(23kB)
strona główna


Część pierwsza

 

 

l

 

- To co teraz, ha?

Bytem ja, to znaczy Alex, i trzech moich kumpli, to znaczy Pete, Georgie i Jołop, a Jołop to znaczy po nastojaszczy Jołop, i siedzieliśmy w Barze Krowa zastanawiając się, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym, a wieczór był chujnia mrok ziąb zima sukin kot choć suchy. W Barze Krowa dawali mleko z czymś, to była taka melina, a może wy już nie pamiętacie o braciszkowie moi, co to były za meliny, bo wszystko się teraz tak bystro zmienia i wszyscy raz dwa zabywają, gazet się też wiele nie czyta. Wiec w tym pabie sprzedawali mleko z dodatkiem czegoś jeszcze. Na spirtne nie mieli pozwolenia, ale jeszcze nie wyszedł ukaz, re nielzia robić tych nowych sztuczek, co je dobawiali do regularnego mleczka, więc mogłeś sobie w nim kazać na przykład welocet albo syntemesk, albo drenkrom, albo jeszcze jeden czy drugi taki maraset, że miałeś od niego rozkoszne, ujutne piętnaście minut sam na sam podziwiając Pana Boga i Wsiech Jego Aniołów i Świętych w lewym bucie i do lego błyski wybuchy na cały mózg, no po prostu horror szoł! Albo mogłeś pić mleko z żyletami w środku, tak się u nas mówiło, że się człowiek od niego naostrzy i jest gotów na niemnożko tego brudnego, co to dwadzieścia w jedno, i jak raz to piliśmy tego wieczora, od którego zacznę opowieść.

W karmanach mieliśmy spore dziengi, więc jeśli chodzi o zachwat szmalcu, to nie było potrzeby flekować żadnego dziada w ciemnej uliczce i patrzeć, jak on się maże we krwi, kiedy my liczymy urobek i dzielimy na czterech, ani też robić ultra kuku jakiejś starej siwej babuli w sklepie, a potem się udalać z rechotem i z bebechami jej kasy. Ale, jak to mówią, sama forsa nie daje szczęścia.

Wszyscy czterej byliśmy jak z żurnała wycięci, to znaczy według tamtej mody, czarne bardzo obcisłe rajtki z tak zwanym auszpikiem czyli odlewką dopasowaną w kroku, pod rajtkami, jako osłona i zarazem jako taki wzór, który było widać w odpowiednim świetle, u mnie w kształcie pająka, Pete miał grabę (to znaczy rękę), Georgie bardzo elegancki kwiat, a ten bidny stary Jolop miał na odlewce taki bardzo na huzia ryj (to znaczy mordę) pajaca, bo on w ogóle nie oczeń chwytał i był niewątpliwie z nas czterech najgłupszy. Następnie mieli my wcięte pidżaki bez klap, tylko te ogromne wypchane ramiona (po naszemu: plecza), taka jak gdyby zgrywa, że ktoś może po nastojaszczy mieć takie szerokie bary. No i oprócz tego, braciszku mieliśmy te nie sawsiem białe halsztuki, co wyglądały jak piure z kartoszki z takim jakby deseniem od widelca. Kudły mieliśmy nie za długie i buty w sam raz takie do kopania.

- To co teraz, ha?

Przy barze siedziały w kupie trzy dziule, ale nas było czterech i mieliśmy tę pryncypialność, że jeden za wsiech, wsie za jednego. Te trzy psiczki teź były jak z żurnała, miały peruki na baszkach, fioletową, zieloną i pomarańczową, a każda w cenie, no, ja bym powiedział, przynajmniej trzy albo czterotygodniowy zarobek takiej dziuszki, no i makijaż pod kolor (to znaczy tęcza wokół oczu i usto rozmalowane bardzo szeroko). Dalej miały czarne, długie, zupełnie proste kiece, a na nich przy grudkach wpięte srebrnego koloru znaczki, na których były imiona bojków: Joe, Mike i tak dalej. A to miało znaczyć, że niby z tymi malczykami się przedziobały, zanim im stuknęło czternaście lat. Krugom łypały na nas i już mi sie prawie zachciało bałaknać (normalnie kącikiem ust), żeby zrobić we trzech niemnożko seksu, a bidnego starego Jołopa spławić, bo do tego wystarczy kupić mu pół litra białego, tyle że z syntemeskiem i szlus, ale to by było nie fer. Bo Jołop był wyjątkowo nieatrakcyjny no i taki, jak się nazywał, ale w walce to był brudas po prostu horror szoł! i bardzo zręczny w butach.

- To co teraz, ha?

Ten członio, co siedział koło mnie, bo tam było długie wygodne siedzenie z pluszu wzdłuż całych trzech ścian, to był już nieźle w trakcie, oczy miał szklane i tylko z niego bulgotały takie słowa w rodzaju: - Arystotele morele że mu cieczka rododendron to już farfoklem prima bulba. - Rzeczywiście był daleko w tym kraju, no wprost na orbicie, i ja wiedziałem, jak to jest, bo też próbowałem tego jak każdy, ale na ten raz jakoś mi sie podumało, że to tchórza robota, braciszkowie moi. Głotnąłeś sobie tego mleka i leżysz, i dostajesz takiej prydumki. ze wszystko co cię otacza, już jakby przeszło. To znaczy wszystko widzisz dookoła o kej, bardzo wyraźnie, stoliki, lampy, stereo, dziobki i małyszów, ale wszystko jak gdyby już było i nie jest. I jesteś jakby zahipno na swój but albo pazur, co popadnie, i równocześnie jakby cię kto wziął za kark i trząchał niby koszkę. Tak cię trzęsie i trzęsie, aż niczewo nie zostanie. Już straciłeś imię, płyć i samego siebie i masz to w rzopie, i czekasz, kiedy ci się ten but czy pazur zacznie robić zółty, a potem jeszcze bardziej żółty i jeszcze. Potem światła zaczynają się wzrywać jak bombatomba i ten but czy pazur, czy ociupinka błocku na brzegu nogawki, co by nie było, zmienia się w ogromne ogromne miejsce, większe od całego świata, i jak raz masz się znaleźć ryło w ryło z Panem Bogiem, kiedy to się nagle urywa. Znów jesteś tu i taki więcej mizglący, buźka ci się wykrzywia do bu-hu-huu. Więc to jest fajne, ale tchórzliwe. Nic po to nas wywalili na świat, żebyśmy się obszczali z Bogiem. Takie sztuczki to mogą z człowieka wypruć całą ikrę i wszystko co dobre.

- To co teraz, ha?

Stereo było wkluczone i zdawało się, że głos tej syngierki lata po całym barze, do sufitu i apiać w dół od ściany do ściany. To Berti Laski chrypiała taki bardzo starychowski kawałek pod tytułem: Opalasz mi farbę. Jedna z trzech fifek przy barze ciągle wypaczała brzuch i wciągała go w rytmie tej tak zwanej muzyki. Czułem, jak te żylety w mleku zaczynają mnie rypać i teraz już byłem gotów na niemnożko tego co to dwadzieścia w jedno. Wiec dałem skowyt: - Aut aut aut raus! - jak psiuk i łomot tego członia, co siedział koło mnie i był tak daleko i coś bulgotał, w słuch czyli w ucho, horror szoł! ale on daże nie poczuł i wciąż posuwał swoje: - Telefonczyk mu tward że laz jak bulbetle go bang tara bum. - Ale jeszcze poczuje, kiedy ocknie się i stamtąd wróci.

- Raus a dokąd? - spytał Georgie.

- A tak byle się przejść - powiedziałem - i luknąć, co się hapnie i okaże, o braciszkowie moi.

Więc wytoczyli my się w te wielką zimową noc i paszli po Marghanita Road, i skręcamy w Boothby Avenue i widzimy jak raz to, co nam było nużno, mały figiel na otwarcie wieczoru. Szedł sobie taki trzęsący się stary drewniak w typie jakby psora, w oczkach na klufie i z ryjem odkrytym na zimny wozduch nocny. Miał knigi pod pachą i zafajdany parasol i wyszedł zza rogu od Publo Bibloteki, z której wtedy już mało kto korzystał. W ogóle po zmroku nigdy się nie trafiało dużo tych burżujów starego typu, no bo wciąż za mało policji a my, równe malczyki, w mieście i pod bokiem, tak że ten chryk w typie psora był sam jeden na pustej ulicy. Wiec my podchodzimy do niego bardzo grzecznie i ja mówię:

- Przepraszam, braciszku.

On się na to niemnożko spuknął, widząc, że my czterej podchodzimy tak spokojnie i grzecznie i z uśmiechem, ale powiada: -Tak? O co chodzi? - takim bardzo gromkim, profesorskim głosem, jakby chciał nam pokazać, że nie ma pietra. A ja do niego:

- Widzę, że masz książki pod pachą, braciszku. To zaiste rzadka przyjemność w naszych czasach spotkać kogoś, kto jeszcze czyta, braciszku.

- O! - powiedział, cały się trzęsąc. - Ach tak? O! naturalnie! - I tak patrzył po kolei na wszystkich czterech, znajdując się jakby w samym środeczku kwadratu z samych ułybek i uprzejmości.

- No właśnie - odrzekłem. - I byłbym niezmiernie ciekaw, braciszku, czy byłbyś tak dobry pokazać mi, jakie to mianowicie książki masz pod pachą. Nic na świecie nie sprawia mi tyle radości co dobra i czysta książka, braciszku.

- Czysta - powtórzył. - Czysta, e? - I na to Pete grabnął mu te trzy książki i bystro je rozdał. Ponieważ nas było trzech, potoczyliśmy każdy po jednej, prócz Jołopa. Moja nosiła tytuł Podstawy krystalografii, więc otwarłem ją i powiadam: Znakomite, po prostu świetne!

- i przewracam kartki. I nagle mówię jakby zaszokowanym głosem:

- A cóż to takiego? Co to za ohydne słowo, rumienię się, kiedy na to patrzę. Zawiodłem się na tobie, bracie, słowo daję.

- Ależ to - wykrztusił - to... to...

- No - odezwał się Georgie - to już jest według mnie zupełne świństwo. Tu jest takie słowo, które się zaczyna na p, i drugie na ch. - Miał knigę pod tytułem Cuda i tajemnice płatka śniegu.

- O! - wkluczył się stary bidny Jołop, zaglądając przez ramię do książki, którą trzymał Pete, i jak zwykle przesolił. - Tu jest napisane, co on z nią zrobił, i jest obrazek i w ogóle. - No - powiedział - ty to jesteś naprawdę stary i obleśny ptak sracz.

- Stary człowiek, bracie, i żeby w twoim wieku - powiedziałem i zaczynam drzeć tę moją knigę, a tamci swoje, przy czym Pete i Jołop urządzają zawody w przeciąganiu Systemu romboedralnego. Stary psor na to podnosi wrzask: - Ależ to nie moje książki, to dobro publiczne, ależ to czysta złośliwość i wandalizm! - albo coś w tym rodzaju. I próbuje nam odebrać te książki, co było po prostu, no, wzruszające. - Oj, zasłużyłeś sobie, bracie - powiadam - na małą nauczkę. -Ta książka o kryształach była bardzo solidnie oprawiona i trudna do podarcia w kawałki, bo naprawdę stara i z czasów, kiedy rzeczy się robiło na trwałe, ale jakoś mi się udało powyrywać kartki i kidać je garściami jak płatki śniegu, tylko duże, na tego chryka, co ciągle darł mordę, a potem tamci zrobili to samo, a Jołop tylko ich obtańcowywał jak błazen, bo też i był. - Proszę cię bardzo - zawołał Pete. - Na, masz tu swojego dorsza z kornfleku, ty brudny czytaczu świństw i paskudztwa.

- Ty stary, obleśny chryku, ty! - powiedziałem. I zaczęliśmy dopiero z nim igrać. Pete go trzymał za graby, a Georgie zahaczył i rozpachnął japę, i wtedy Jolop wyjął mu protezy, górną i dolną szczękę. Rzucił je na chodnik, a ja normalnie pod but, chociaż okazały się kurwa twarde, z jakiegoś nowego plajstyku. Drewniak wziął się coś gulgotać, ułch yłch ołch, więc Georgie puścił to jego rozdziawione japsko i tylko razik mu przysunął tą swoją piąchą w pierścionkach, to ten stary chryk normalnie stęknął i od razu krew, coś pięknego, braciszkowie moi, po prostu horror szoł! Więc już tylko zwlekliśmy z niego łachy, aż do majki i długich gaci (bardzo starychowskich, Jołop zdychał ze śmiechu), po czym Pete kopnął go fajnie w brzucho i puściliśmy go. Polazł tak jakby kuśtykając, bo to nie był prawdziwy mocny kop, i robiąc: - O! o! o! - i nie wiedząc dokąd i co jest co, a myśmy się dali w chichot, a potem poszperali my w jego karmanach, tymczasem Jołop nas obtańcowywal z tym zafajdanym parasolem, ale dużośmy nie znaleźli. Kilka starych listów, niektóre datowane aż gdzieś w latach 1960-tych, z takimi słowami jak: Mój najdroższy najdroższy, i tym podobny szajs, i kółko z kluczami, i stare cieknące pióro. Jołop zaprzestał tańców z parasolem i oczywiście musiał wziąć się do czytania w glos jednego listu, jakby chciał dokazać wobec pustej ulicy, że potrafi czytać. - Moje kochanie! - wygłaszał tym strasznie wysokim głosem. - Będę myślała o tobie, kiedy ty się znajdziesz daleko stąd, i mam nadzieję, że nie zapomnisz włożyć coś ciepłego, jeśli będziesz wychodził nocą. - I zaśmiał się bardzo gromko: ho ho ho! udając, że wyciera sobie tym rzopsko. Dobra powiedziałem. - Kończymy z tym, braciszkowie moi. - W sztanach tego chryka znalazło się tylko ciut ciut szmalu (to znaczy forsy), najwyżej trzy golce, więc ustroiliśmy z tą jego drobną parszywą monalizą normalnie razbros, bo to była kurza kasza w porównaniu z tym kasabubu, cośmy już mieli przy sobie. Potem żeśmy potrzaskali parasol i z ciuchami też zrobili razrez i rzucili je na dmuch wiatru, o braciszkowie, i skończyliśmy z tym belfrowatym chrykiem. Ja wiem, żeśmy nic wielkiego znów nie zdziałali, ale to był tylko początek wieczoru i ja cię prze pieprzę praszał ani twoich za to nie będę. Żylety w mleku z dobawką już cięły jak trza i w ogóle horror szoł.

Teraz pierwsza rzecz to uskutecznić małe filantro, żeby z jednej strony spuścić niemnożko szmalcu i przez to mieć lepszą motywację do zachwatu w jakimś tam sklepie, a z drugiej kupić sobie zawczasu alibi, więc poszliśmy do Księcia Nowego Jorku na Amis Avenue i w tym cichym zakątku naturalnie siedziały ze trzy albo cztery stare babule i ciągnęły tę swoją czarną z mydlinami na koszt AZ (czyli Akcji Zasiłków). Więc my ładujemy się jako ci dobrzy malysze, uśmiechając się do wszystkich na dobry wieczór w kościółku, choć te stare pomarszczone chryczki wpadły od razu w dygot, aż im się stare żylaste grabki zatrzęsły na szklanach i mydliny zaczęły chlapać na stół. - Zostawcie nas, chłopcy, w spokoju! - prosi jedna z mordą całą jak mapa od tej tysiącletniej starości. - My jesteśmy biedne staruszki. - A my tylko kaliami błysk błysk błysk w uśmiechu, siadamy i na dzwonek, iczekamy na obra. Jak podszedł, cały w nerwach i trąc sobie szufle o brudny fartuch, zakazaliśmy każdy po weteranie, czyli rum z wiśniakiem, to było wtedy modne, a niektórzy jeszcze lubili w tym psiuk limonu, to był styl kanadyjski. A ja powiadam:

- Daj coś pożywnego tym biednym, starym babulkom. Dla każdej dużego szkota i coś na wynos. - I sypnąłem całą kieszeń monalizy na stół i tamci trzej też, o braciszkowie moi. Więc te ciężko spuknięte stare chryczki zaraz dostały każda jeden podwójny złotogniak i same już nie wiedziały, co robić i co bałaknąć. Jedna wydusiła z siebie: - Dziękuję, chłopcy - ale widać było, że czekają, co wrednego się teraz hapnie. Wsio taki dano im po butli Yank General, to jest taki koniak, na wynos i do tego zakazałem im jeszcze po tuzinie czarnej z mydlinami z dostawą do domu na drugi dzień, żeby każda z tych śmierdzących starych fif zostawiła w barze swój adres. Za ostatek szmalu wykupiliśmy, o braciszkowie moi, wszystkie te paje z mięsem, serki na krakersach, precelki, chrupki i batony czekoladowe, ile ich tylko mieli w pabie, i to też dla tych babulek. A następnie powiedzieliśm: - Wrócimy tu za minutkę. - I te stare pudernice wciąż powtarzały: - Dziękujemy wam, chłopcy! - i: - Niech was Bóg pobłogosławi, chłopcy! - a myśmy wyszli bez jednego centa w karmanach.

- Aż się człowiek czuje charoszy, nie? - powiada Pete. A stary bidny Jołop widać że niezupełnie poniał, ale nic nie bałaknął, bo się cykał żebyśmy go znów nie nazywali durak i cudowne dziecko bez baszki. No więc przeszli my za róg na Attlee Avenue i ten sklepik ze słodyczami i tabakiem był jeszcze otwarty. Nie ruszaliśmy ich prawie od trzech miesięcy i cała dzielnica była taka więcej spokojna, więc uzbrojone szpiki i patrole mało się tam pokazywały w tych czasach, a bardziej na północnym brzegu. Naciągnęli my swoje maski, to była sawsiem nowa sztuczka, naprawdę wundcr bar, jak odrobione! twarze historycznych osobistości (jak się kupowało, to podawali nazwiska) i mój był Disraeli, Pete miał Elvisa Presleya, Georgie króla Henryka VIII, a stary bidny Jołop wziął poetę nazwiskiem Pebe Shelley. No przebranie jak drut, włosy i w ogóle, z jakiegoś bardzo fajnego plajstyku, tak że dały się zwijać, jak nie były już potrzebne, i schować w bucie: no i weszliśmy we trzech. Pete został na dworze za czasowego, choć tak prawdę powiedziawszy to nie było czego się bać. I ledwo żeśmy postawili nogę w sklepie, od razu lu na starego, a ten Slouse to była taka gromadna kucza jakby galaretki z portwajnu i z miejsca się kapnął i bryzg na zaplecze, gdzie miał telefon i nawierno też swoją fest naoliwioną armatę i w niej sześć wrednych pestek. Więc Jołop obskoczył ten kontuar bystro jak ptak, tylko paczki ryjków prysnęły na wszystkie strony i ruchnęła wielka, płasko wycięta dziobka szczerząca zęby do klientów i wywieszająca do nich grudziska dla reklamy jakiejś tam nowej marki rakotworów. Potem było widno już tylko jakby wielką kulę, co się wtoczyła za firankę w głąb sklepu, a byli to stary Jołop i Slouse, że tak powiem, w zmaganiach na śmierć i życie. Potem dało się słyszeć sapanie i charkot i wierzganie za tą firanką i łubudu przewracające się graty i twojamać i wreszcie szkło brzdęk brzdęk zgrzyt. Tymczasem mama Slouse, jego zakonna fifa, stała jakby zamrożona za ladą. Widać było, że narobi morderczego wrzasku, jak da się jej szansę, więc obskoczyłem bystro ten kontuar i grabnąłem ją, a to był też kawał ciała horror szoł, cała pachnąca i z grudziskami wypiętymi jak banie i bujać się! Położyłem jej grabę na ryju, żeby nie wrzasnęła śmierć i pogrom na cztery wiatry niebieskie, a ta damulka suka jak mnie kąchnie całą gębą, wredziocha, to ja wrzasnąłem zamiast niej, i jak się rozdarła za milicją! No, to wtedy już musiałem jej zrobić po nastojaszczy stuk odważnikiem, a potem doprawić łomem do odkrywania skrzynek, i tu się już pokazała czerwień, ta stara drużka. Tośmy ją rozciągnęli na podłodze i ustroili razrez darcie kiecek, dla żartu, i tak z lekka a niemnożko buta, żeby przestała jęczeć. I widząc ją tak rozłożoną z grodziskami na wierzchu pomyślałem sobie, że może by tak? ale nieh to zostanie na potem. Wobec tego wygarnęliśmy kase i urobek tej nocy pokazał się całkiem horror szoł, i wzięliśmy każdy po kilka paczek co najlepszych rakotworów, no i poszliśmy sobie, o braciszkowie moi.

- Ale co był gromadny i ciężki, to był, ten skurwysyn - powtarzał w kółko Jołop. Nie ponrawił mi się jego wygląd: był brudny i taki zmiętoszony, jak u mużyka, co się z kimś haratał, i oczywiście tak właśnie było, ale nie powinno się nigdy na to wyglądać! Po halsztuku jakby mu ktoś deptał, maskę miał rozdartą i ryło usmotruchane w brudzie z podłogi, więc wzieli my go w boczną uliczkę i doprowadzili co nieco do porządku, plując w halsztuki, żeby z niego zetrzeć to błoto. Czego my byśmy nie zrobili dla naszego Jołopa. Byliśmy z powrotem pod Księciem Nowego Jorku w try miga i według mego zegarka to nie trwało więcej niż dycha minut. Te stare babule jeszcze siedziały przy czarnej z mydlinami przy szkotach, cośmy je im zafundowali, więc my do nich: - No, dziewuszki. to co sobie każemy? - A one znów: - Jak to ładnie z waszej strony, chłopcy, niech Bóg was błogosławi, chłopcy! - i my na dzwonek i kelnera, teraz to już był inny, zakazaliśmy piwsko z rum bumem, bo się nam po nastojaszczy chciało pić, braciszkowie, i co tylko chciały te stare pudernice. Potem mówię do tych babuszek: - Myśmy wcale stąd nie wychodzili, no nie? Byliśmy tu przez cały czas, prawda? - A te bystro się połapały i mówią:

- Tak jest, chłopcy. Nie spuściłyśmy was ani na chwile z oka. Panie Boże wam błogosław - i piją.

Nie żeby to było aż takie ważne. Chyba z pół godziny minęło, zanim się pojawił jakiś znak życia ze strony polucyjniaków, i to też weszło raptem dwóch bardzo młodych szpików, całkiem jcszcze różowych pod tym wielkim hełmem. I jeden pyta:

- Wy coś może wiecie o tym, co się stało dziś wieczór w sklepie u Slouse'a?

- My? - powiadam niewinnie. - A co się stało?

- Kradzież i pobicie. Dwie osoby w szpitalu. A gdzie wyście dzisiaj byli?

- Ten wasz wredny ton mi się nie podoba - odrzekłem. - Mam gdzieś wasze insynuacje. To świadczy, że macie zbyt podejrzliwy charakter, moi mali braciszkowie.

- Oni byli tu przez cały wieczór, chłopcy - zaczęły wykrzykiwać te stare babulki. - Panie Boże ich błogosław! Nie ma na całym świecie lepszych niż oni chłopców, tacy mili, tacy uczynni! Byli tu przez cały czas. Nikt nie widział, żeby się stąd ruszyli na krok.

- My się tylko pytamy - powiedział ten drugi gliniarczyk - Wypełniamy swoje obowiązki, jak wszyscy. Ale jeszcze łypnęli na nas wrednie i z pogróżką, zanim się zmyli. Kiedy już byli przy wyjściu zrobiliśmy mi taki mały koncert na wardze: biribiri bibibi. Ale jeżeli o mnie chodzi, to jednak byłem ciut rozczarowany, że tylko tak się to odbywa i co za czasy. Tak naprawdę to nie ma z czym walczyć. Wszystko łatwe jak całuj mnie w rzopsko. No, ale jeszcze noc była młoda.

 

 

 

2

 

Kiedy wyszliśmy z Księcia Nowego Jorku, w świetle padającym z długiej witryny głównego baru zobaczyliśmy starego, bełkoczącego rzęcha czyli też ochlapusa, co wyrykiwał świńskie pieśni swych ojców i przy tym odbijało mu się bbe bbe, jakby taka świńska orkiestra w tych jego śmierdzących, zgniłych bebechach. Jak raz to, czego nigdy nie mogłem znieść. Po prostu ścierpieć ja nie mógł widoku, jak mużyk cały upaćkany i schlany i bekający zatacza się, w jakim by nie był wieku, ale zwłaszcza kiedy to był po nastojaszczy drewniak, jak ten tutaj. Stał tak jakby rozpłaszczony na ścianie i jego łachy to było jedno wielkie plugastwo, wymięte i rozmemłane i całe w błocku i w łajnie i w paskudztwie. No to wzięliśmy go i przyłożyli fest parę łomotów, a ten wciąż sobie śpiewał. Ta pieśń była o taka:

 

Owszem, wrócę do ciebie, moja mila,

Jak ty już nie będziesz żyła.

 

Ale kiedy Jołop mu kilka razy przyłożył piąchą w to brudne żłopackie ryło, przestał wyć i zaczął wrzeszczeć: - No, jazda, załatwcie mnie, wy tchórzliwe skurwięta, ja już i tak nie chcę żyć w takim cuchnącym świecie. - Więc kazałem Jołopowi, żeby się trochę wstrzymał, bo czasem ciekawiło mnie, co takie stare próchno ma do powiedzenia o życiu i o świecie. Zapylałem: - O! A co w nim tak cuchnie?

Krzyknął: - Ten świat jest śmierdzący, bo pozwala, żeby młodzi tak traktowali starych, jak wy w tej chwili, i nie ma już prawa ani porządku. Ryczał na całe gardło i wymachiwał grabami, i rzeczywiście co do słów to radził sobie zupełnie horror szoł, tylko mu nie w porę wychodziło to hyp hyp z kiszek, jakby coś latało w nim po orbicie, albo jak gdyby jakiś wyjątkowy chamajda wtrącał się i hałasował, więc ten stary chryk mu jakby wygrażal pięściami i wrzeszczał: - To już nie jest świat dla starego człowieka i datego ja się was wcale nie boję, wy pętaki, bo jestem taki zalany, że nawet nie poczuję bólu, jak mnie będziecie bić, a jeśli mnie zabijecie, to jeszcze lepiej, bo ja wolę już nie żyć - To my ryknęli ze śmiechu, a potem obszczerzaliśmy tylko zęby nie odzywając się, i on wreszcie powiedział: - Co to w ogole za taki świat? Ludzie na Księżycu i ludzie krążą wokół Ziemi, jak te muszki koło lampy, a nie zwraca się już uwagi na ziemskie prawo i porządek.

Więc róbcie sobie najgorsze, co potraficie, wy tchórzliwe i brudne chuliganięta. - I zrobił nam koncert na wardze: prrr biribiri bibibi! tak jak my tym młodym gliniarzom, i znów zaczął śpiewać:

 

Ojczyzno, w bitwie moje męstwo

Dało ci pokój i zwycięstwo.

 

Więc myśmy władowali mu po nastojaszczy łomot, uśmiechając się całą gębą, ale on ciągle śpiewał. To się go podcięło, aż ruchnął ciężko na płask i rzygnęło z niego całym kubłem wymiocin z piwska. To było paskudne i szmucyk, wiec wzięliśmy go pod but, wszyscy po kolei, no i wtedy już krew czyli jucha, nie pieśń i nie rzygowiny, popłynęła mu z brudnego starego ryja. No i poszliśmy w swoją stronę.

Billyboy i jego pięciu kumpelków nawinęli nam się przy miejskiej elektrowni. W tych czasach, o braciszkowie moi, gangi łączyły się zwykle po czterech czy pięciu, jak do samochodu, bo czterech to była w gablocie udobna liczba, a sześciu to już górna granica. Czasem gangi się wiązały ze sobą, tworząc jakby małe armie do wielkiej nocnej wojny, ale przeważnie łuczsze było krążyć w niedużej liczbie. A ten Billyboy to było coś takiego, że mdliło mnie na sam widok tej tłustej a obszczerzonej mordy, i wsiegda czuć od niego było ten smród bardzo zjełczałego oleju, co to się na nim w kółko i w kółko smaży, nawet kiedy był odziany w swoje najlepsze ciuchy, jak siejczas. Przyłypali nas w tej samej chwili, kiedy myśmy ich przyłypali, i zaczęło się jakby takie bardzo spokojne kapowanie jedni na drugich. To będzie po nastojaszczy, to będzie jak trza, to będzie nóż, cepki, brzytew, a nie jakaś tam piącha i but. Billyboy i jego kumple przekrócili to czym akurat byli zajęci, bo właśnie się gotowali, żeby wykonać coś na młodej a płaksiwej dziuszce, którą sobie zgarnęli, nie starszej niż dziesięć lat, darła się na cały glos, ale ciuchy jeszcze miała na sobie, sam Billyboy dzierżył ją za jedną grabulę, a jego przychwost Leo za drugą. Pewnie byli jak raz na etapie świńskiego słowa i gotując się do następnego czyli niemnożko ultra kuku. Jak tylko nas zobaczyli z daleka, od razu puścili te małą psiczkę z jej bu-hu-hu, bo tam, skąd ją wzięli, jest przecież takich ile chcąc, i zaraz uciekła, tylko jej te cienkie białe giczki migały w mroku, ciągle robiąc to: - O! o! o! - A ja powiedziałem ułybając się bardzo szeroko i po przyjacielsku: - No, kogo ja widzę, to ten zatłuszczony śmierdzący cap Billyboy we własnej żałobie. Jak się masz, ty glu glu butlo najtańsza zjełczałego oleju po frytkach? No to chodź i weź po dzbukach, jeśli masz w ogóle dzbuki, ty wałachu z galarety odlany, ty! - I zaczęło się.

Było nas czterech na ich sześciu, jak już zaznaczyłem, tylko że stary bidny Jołop, niezależnie od swego jołopstwa, był wart ich trzech co do zaciekłości i w brudnej robocie. Nosił takie dość horror szoł cepki czyli łańcuch, owinięty dwa razy w pasie i odwinął go i zaczął ślicznie machać po głazach czyli oczach. Pete i Żorżyk mieli ostre jak trza noże, a co do mnie, to posługiwałem się starą, fajną i po prostu morderczą brzytwą, klórą teraz już potrafiłem operować i migać artystycznie i wręcz horror szoł. I tak żeśmy się zrażali po ciemku, stary Księżyc z ludźmi, co go obsiedli, właśnie wschodził i gwiazdy też migały ostro jak noże, którym pilno się włączyć. I udało mi się chlasnąć tą brzytwą z góry na dół, z przodu, przez ciuchy jednego z kumpli Billyboya, no bardzo bardzo zręcznie, nawet nie zadrasnąwszy ciała pod odzieżą i ten drug Billyboya nagle znalazł się w walce otwarły niby strączek grochu, z gołym brzuchem i z jajami na wierzchu, no i bardzo się zdenerwował i zaczął tak machać i wrzeszczeć, aż przestał uważać i dał wejście poczciwemu Jołopowi z jego cepkami jak wąż: w-h-h-hiiiisz-sz! tak że Jołop go zacepił po samych patrzalkach i ten drug Billyboya spłynął potykając się na oślep i wyjąc, że mało sobie serca nie wypruł. Dla nas wszystko dalej szło horror szoł i już wkrótce przychwost Billyboya walał się nam pod nogami, oślepiony przez cepki Jołopa i czołgał się w kółko i wył jak zwierzę, ale jeszcze raz wziął fest but w czaszkę i był aut aut i aut.

Z naszej czwórki Jołop, jak zwykle, tak na wygląd wyszedł najgorzej, to znaczy miał całe ryło we krwi i ciuchy upaprane i razrez ale poza nim wszyscy zachowaliśmy spokój i zdrowie. A teraz ten tłusty śmierdziel Billyboy, tego ja chciałem dostać! no i tańczę wokół niego z brzytwą niby jakiś golarz na statku podczas wielkiego sztormu i próbuję dopaść go na parę odlicznych cięć w to paskudne oleiste ryło. Billyboy miał nóż, taki długi sprężynowiec, tylko że był ciut za wolny i ciężki w ruchach, żeby mógł naprawdę zrobić komuś wredziochę. I z prawdziwą satysfakcją, braciszki, odtańczyłem ja przed nim walczyka - w lewo dwa trzy, w prawo dwa trzy - i ciachnąłem go w lewy i w prawy policzek, tak że dwie firanki krwi spłynęły jakby w te samej chwili, z. każdej strony jego tłustej, świńskiej, oleistej mordy jedna w świetle zimowych gwiazd. Ciekła ta jucha jak czerwone płachty, ale widać było, że on nawet nie poczuł, tylko pchał się na mnie jak brudny i tłusty niedźwiedź, i wciąż tylko dżgał tym nożem i dźgał.

Potem usłyszeli my syreny i już było wiadomo, że to gliniarze pędzą z armatami wytkniętymi przez okna z wozów i gotowi do strzału. Ta płaksiwa dziulka dała im znać, oczywiście, bo alarmowa budka stali niedaleko za elektrownią. - Ja cię rychło dostanę, nie bój się! - zawołałem - ty capie śmierdzący! Utnę ci te dzbuki jak nic. - I pobiegli, z wolna i zdyszani, na północ ku rzece, tylko przychwost Leo został charcząc na ziemi, a my poszliśmy w swoją stronę. Tuż za rogiem była alejka, ciemna, pusta i na obie strony otwarta, więc tam odsapnęliśmy, najpierw prędko dysząc, potem coraz wolniej i w końcu normalnie. Jakbyśmy leżeli u stóp dwóch ogromnych gór, to były bloki mieszkalne, i w oknach wszystkich żyliszcz migotało jakby niebieskie pląsające światło. Na pewno ti wi. Dzisiaj był tak zwany program światowy, czyli każdy na świecie oglądał jedno i to samo, kto tylko zechciał, a przeważnie to wpychle w średnim wieku ze średnich klas. Jakiś tam wielki sławny szutniak albo czarny syngier się wygłupia i wszystko to jest odbite w przestrzeni od sputników ti wi, braciszkowie moi. Odczekaliśmy dysząc i słyszeliśmy, jak te wyjące poli mili cyjniaki .przelatują na wschód, więc już kej o kej. Tylko bidny stary Jołop wciąż łypał na gwiazdy i planety i Księżyc z gębą tak rozdziawioną jak rybionek, co nigdy jeszcze nie widział tych rzeczy, i wreszcie powiada:

- Ciekawe, co tam na nich jest. Co też może być tam w górze na takich dingsach?

Szturgnąłem go fest pod żebro i mówię: - Ech, ty głupi skurwlu. Nie myśl o tym. Na pewno takie samo życie jak tu, że ktoś daje nożem, i drugi bierze. A na razie noc jest młoda, więc ruszmy się wreszcie, o braciszkowie. - Tamci na to ryknęli śmiechem, ale stary bidny Jołop tylko się na mnie tak serio wytrzeszczył i apiać zadarł oczy na gwiazdy i Księżyc. No i poszli my sobie alejką, a światowy program błękitniał z obu stron. Teraz był nam potrzebny wóz, więc skręcili my z alejki w lewo i okazało się, że jesteśmy na Priestly Place, bo rzuciła nam się w głazy ta wielka figura z brązu, jakiś starożytny poeta z górną wargą jak małpa i z fają wetkniętą w obwisły ryj. Idąc dalej na siewier doszli my do parszywego starego Filmodromu, który się łuszczył i sypał, bo już prawie nikt tam nie zaglądał oprócz takich malczyków jak ja i kumple, a i to tylko na zgiełk albo razrez, albo trochę tego ryps wyps ryps wyps po ciemku. Z afisza na froncie, oświetlonym parą upstrzonych przez muchy reflektorów, można było wyczytać, że leci jak wykle taki western, gdzie aniołowie są po stronie szeryfa z Usa, co rąbie z sześciostrzałowca do koniokradów z piekła rodem na padbor, jak to na huzia produkował w tych czasach nasz Gosfilm. Pod kinem zaparkowane wozy nie były znów takie wunder bar, przeważnie stare zafajdane gabloty, ale znalazł się jeden Durango 95 i pomyślałem, że to się nada. Georgie miał na kółku tak zwany wsiotwieracz i władowaliśmy się: Jołop i Pete na zadnie, jak lordowie pykając sobie z rakotworów, a ja wkluczylem stacyjkę i dałem zapłon i warknęło nawet zupelnie horror szoł, z tym fajnym ciepłym wibro i pomrukiem, co to czuje się w kiszkach. Potem na but i cofnęliśmy się klasycznie, i nikt nas nie przyłypał.

Poigraliśmy sobie ciut po tak zwanym Centrum, strasząc drewniaków i babulki na przejściach, goniąc zygzakiem koszki i te pe. A później szosą na zachód. Nie było wielkiego ruchu, więc wciskałem girę normalnie w dechę prawie że na wylot i Durango 95 siorbał drogę jak makaron. Wkrótce były już tylko zimowe drzewa i mrok, braciszkowie moi, taki wiejski mrok, i raz przejechałem po czymś dużym i z warczący zębatą paszczą nagle w reflektorach, potem skrzyknęło i glamznęło pod nami i stary Jołop na zadku mało sobie łba nie odrechotał: ho ho ho! A potem przyuważyliśmy jakiegoś małysza z dziuszką pod drzewem na lib lib i przystanęli my, i wznieśli okrzyk na ich cześć, a potem daliśmy obojgu wycisk, ale tak niemnożko i od niechcenia, tylko żeby się popłakali, i znów pajechali. Co teraz było nam potrzebne, to normalnie wizyta z zaskoczenia. To dopiero podnieca, to jest coś! do śmiechu i do łomotu w ultra gwałt. Wreszcie dotarli my do takiego osiedla i zaraz za nim była jakby mała osobna dacza z kawałkiem ogrodu. Księżyc już wzeszedł na balszoj i ten domek widno było dokładnie jak w dzień, kiedy odpuściłem gaz i po hamulcach, a ci trzej chichrali się jak z uma szedłszy, i widzieliśmy nazwę na furtce: DOMCIU... co za ponura nazwa. Wylazłem z wozu i kazałem kumplom ściszyć ten uśmiech i zachować powagę, odkryłem tę malutką furtkę i podszedłem do drzwi od frontu. Zapukałem delikatnie i nikt się nie zjawił, więc zapukałem ciut mocniej i na ten raz usłyszałem kroki, potem odciąganie zasuwy, potem drzwi się troszeczkę uchyliły, może na cal, tak że zobaczyłem oko patrzące na mnie, a drzwi były zakryte na łańcuch. - Kto tam? - Głos był jakiejś fifki, tak na ucho sądząc dość młodej dziulki, więc odezwałem się bardzo wytwornym głosem jak prawdziwy dżentelmen:

- Bardzo panią przepraszam, jest mi tak przykro, że państwa niepokoję, ale wyszliśmy na spacer i mój przyjaciel nagle zasłabł z takimi objawami, że teraz leży na szosie nieprzytomny i rzęzi. Czy byłaby pani tak dobra pozwolić mi skorzystać ze swego telefonu i zadzwonić na pogotowie?

- U nas nie ma telefonu - powiedziała ta fifa. - Bardzo mi przykro. Musi pan niestety iść do kogoś innego. - Z wnętrza tego malutkiego żyliszcza wciąż było słychać klak klak klakot-i-klak klak i klak klak klak-klak czyjejś maszyny do pisania, a potem zapadła cisza i rozległ się głos tego mudaka: - O co chodzi, kochanie?

- To czy byłaby pani tak dobra - powiedziałem - dać mu łyk wody? To jest coś w rodzaju omdlenia. Tak wygląda, jakby stracił przytomność.

Fifka się zawahała i powiada: - Proszę zaczekać. - I odeszła, a moi trzej kumple wysiedli z auta i przemknęli się do mnie horror szoł po cichutku, wciągając maski, potem ja naciąg naciąg swoją i wystarczyło już tylko wsunąć grabę i odhaczyć łańcuch, po tym jak udało mi się zmiękczyć tę psiochę swym dżentelmeńskim głosem, tak że nie domknęła z powrotem drzwi, jak powinna, skoro myśmy byli ci nocni nieznajomi. I wpadliśmy z rykiem we czterech, przy czym Jołop grał jak zwykle szutniaka, podskakując i wykrzykując brudne słowa, i faktycznie był to fajniutki mały domek, muszę przyznać. Z rechotem wbiegliśmy do pokoju, gdzie się paliło światło, i ta psiczka się tam jakby kuliła w sobie, i była to fajna młoda rzeżucha z takimi grudkami, że horror szoł! i z nią był ten członio, ten jej zakonnik czyli ślubny, też dosyć młody w oczkach w rogowej oprawie, a na stole maszyna do pisania i wszędzie porozkidane mnóstwo bumagi, ale był też jeden stosik porządnie ułożony, jakby to, co on już wystukał, czyli ze znów taki w typie inteligenta od książek, w typie tego, cośmy z nim kilka godzin temu poigrali, tylko że ten tutaj był pisarz, nie czytacz. W każdym razie rzekł:

- Co to ma znaczyć? Kim jesteście? Jak śmiecie wchodzić do mojego domu bez pozwolenia? - A głos mu się tylko trząsł i grabki też. Więc powiadam:

- Nie lękaj się. Jeśli trwogę masz w sercu, bracie, oto cię zaklinam, zbądż się jej co rychlej. - Potem Georgie i Pete poszli zajrzeć do kuchni, a Jołop stał przy mnie z rozdziawionym ryjem czekał na rozkaz. - A to, co to jest? - zapytałem, biorąc ze stołu plik maszynopisu, a ten w rogowych pinglach mówi trzęsąc się:

- To właśnie chciałbym usłyszeć. Co to jest takiego? Czego tu chcecie? Wynoście się, zanim was wyrzucę. - Więc bidny stary Jołop w masce jako Pebe Shelley tak się obśmiał, że wprost ryczał jak zwierzę.

- To jest książka - powiadam. - Piszesz tę książkę. - Tu zmieniłem głos na taki więcej niekulturny. - Bo ja zawsze miałem szaconek dla tych, co to piszom książki. - Spojrzałem na pierwszą stronę i tam był tytuł: MECHANICZNA POMARAŃCZA. Więc powiedziałem: - Co za głupi tytuł. Kto w ogóle słyszał o mechanicznej pomarańczy? - I przeczytałem kusoczek takim bardzo uniesionym głosem jak na kazaniu: - Próba narzucenia człowiekowi, istocie, która też rośnie i zdolna jest do słodyczy, aby się w końcowym okrążeniu rozpływał soczyście u brodatych warg Boga, próba narzucenia, powiadam, praw i warunków odpowiednich dla mechanicznego stworu, przeciw temu wznoszę miecz mego pióra... - Na to Jołop dał koncert na wardze i ja się też musiałem roześmiać. Potem zacząłem drzeć te kartki na kawałeczki i razbros po podłodze, i ten członio pisarz jakby oszalał i rzucił się na mnie, szczerząc te żółte zagryzione kafle i z pazurami, jakby mnie chciał rozszarpać. To był sygnał dla starego Jolopa i on wszedł do akcji z ułybką na ryju i robiąc uch uch i a! a! a! w drygające ryło tego mudaka, łup łup, z lewej piąchy i znów prawą, tak że nasz ukochany stary czerwony kumpel, wino czerwone z kranu z beczki wszędzie jednakowe, jakby z jednej wielkiej wytwórni, polało się i splamiło ten czysty, prześliczny dywan i strzępy książki, którą ja wciąż darłem razrez! razrez! A tymczasem dziulka, jego wierna i kochająca zakonnica, stała jak przymarznięta do kominka i zaczęła wreszcie tak z lekka niemnożko pokrzykiwać, jakby do taktu Jołopowi przy tej jego robocie. Potem z kuchni przyszli Georgie i Pete, obaj coś żwykając na całego, chociaż w maskach, nie sprawiało to wcale kłopotu, Georgie z zimnym udkiem czegoś tam w łapie i z połową buły przykrytej bryłą masła w drugiej, a Pete z butlą piwa z pieniącym się łbem i z potężną grudą czegoś w rodzaju ciasta ze śliwkami. Zrobili ho ho ho widząc jak stary Jolop obtańcowuje pisarza i daje z piachy, aż się ten mudak pisarz rozpłakał, jakby dzieło jego życia poszło na marne i bu-hu-huu tą wykrzywioną w prostokąt bardzo krwawą buźką, ale to było takie ho ho ho zdławione od żarcia i było widno kęsy tego, co jedli. To mi się nie spodobało, bo świńskie i szmucyk, więc powiedziałem:

- Won z tym żarciem. Wcale wam nie pozwoliłem jeść. Złapcie tego mudaka, żeby wszystko widział i nie mógł się wyrwać. - Więc cisnęli tę tłustą piszczę na stół, między fruwające bumagi, i poczłapali do pisarza, którego rogowe pingle były już potrzask trzask, ale jeszcze się trzymały, a stary Jołop go furt obtańcowywał i w drżączkę wprawiał ozdóbki na gzymsie kominka (aż je zmiotłem i już się nie mogły trząść, o nie, braciszkowie moi) w igraszkach z tym autorem Mechanicznej pomarańczy, robiąc mu cały ryj na fioletowo i ociekająco, niby jakiś bardzo szczególny rodzaj soczystego owocu. - Już dobra, Jołop - odezwałem się. -- Teraz ta druga rzecz, panie Boże dopomóż. - Więc on złapał się z tyłu za dziuszkę, która ciągle ach ach achała w takim bardzo horror szoł rytmie na cztery, wykręcił jej grabki do tyłu, tymczasem ja obdzierałem z niej to tamto i owo, a ci bez przerwy ho ho ho! i faktycznie to się okazały bardzo horror szoł i fajne grudki, co spojrzały na mnie tymi różowymi ślipkami, o braciszkowie, jak ściągałem rajtki i szykowałem się, żeby jej zapchnąć. A już zapychając słyszałem okrzyki bólu i ten krwawy mudak pisarz, co go trzymali Pete i Georgie, mało się im nie wyrwał, rycząc jak psych najbrudniejsze ze słów, jakie znam, i na dobawkę jeszcze inne, co sam wydumał. Jak już byłem fertyk, to przyszła kolej na Jołopa i on sobie posunął jak bydlak z chrapaniem, wyciem i charkotem, na co ta jego maska Pebe Shelley wcale nie zwracała uwagi, a ja trzymałem. Potem zmiana, Jołop i ja żeśmy dzierżyli tego zafajdanego członia, co właściwie się już nawet nie rzucał, tylko mamlał jakieś rozlazłe słowa, jak w tym kraju mołoczni z dobawką, a Żorżyk i Pietia robili swoje. Potem się zrobiło tak raczej cicho, a nas rozsadzała jakby nienawiść, no to rozwaliliśmy, co jeszcze było do rozwalenia, maszynę, lampę, fotele, a Jołop (to typowe dla tego Jołopa) odlał się i zgasił ogień w kominku i chciał nasrać na dywan, bo papieru było dość na tym pojebowisku, ale ja powiedziałem stop. I: - Aut aut aut aut! raus! - dałem skowyt. Ten członio i jego psiocha byli tak jakby nieobecni, złachani w krwi i ledwie wydający jakieś odgłosy. Ale przeżyją.

Wsiedliśmy do wozu i pozwoliłem, żeby Georgie wziął kierownicę, bo sam czułem się niemnożko wymięty, i ruszyliśmy z powrotem do miasta, rozjeżdżając po drodze jakieś dziwne i piszczące paskudztwa.

 

 

 

 

3

 

Tak i dojechali my nazad do miasta, braciszkowie, tylko nie ze wszystkim, bo już prawie na okrainie, przy tak zwanym Kanale Przemysłowym, widzimy, że strzałka paliwa jakby oklapła, jak te nasze he he he strzałki, a maszyna kaszle khe khe khe. No i nie zmartwienie, bo stacja kolejki migała sino łysk aut lysk aut zaraz tam niedaleko. Rozchodziło się tylko o to, czy zostawić wóz do zgarnięcia polucyjniakom, czy w tym naszym nastrojeniu na wred i zabój pichnąć go fest i w te zagwiaździochę, aż chlupnie, póki wieczór nie umarł. To my się raz dwa zdecydo na to drugie i wysiedliśmy, i z hamulca, i dopchnęliśmy go we czterech na brzeg tej śmierdęgi niby syrop zmieszany z fekałem ludzkim, a potem r-r-raz go pych i po-o-szedł! Musieliśmy bystro uskoczyć, żeby ta paskuda nam nie chlupnęła na ciuch, ale on tylko spl-l-luw-sz-sz i potem glolp! i paszol do dna i fajnie. - Żegnaj mi, stary towarzyszu! - zawołał Georgie, a Jołop znów uraczył nas wielkim rechotem: - Chu chu chu chu. - Potem ruszyliśmy na stację, żeby ujechać ten jeden przystanek do Centrum, jak nazywali środeczek miasta. Zapłacili my grzecznie za bilety i czekali jak dżentelmeni spokojnie na peronie, stary Jołop dokazywał przy automatach, bo miał w karmanach pełno drobnej monalizy i w razie czego był gotów rozdać te czekoladki biednym i głodującym, choć nie było takich pod ręką, a potem się wtarabanił stary ekspres torpedo i my do niego, a wyglądał prawie że pusty. Aby zająć się na te trzy minuty jazdy, powygłupialiśmy się z tak zwaną tapicerką, po niemnożku wydzierając sobie dość fajnie flaki z siedzeń, a Jołop wziął i przyłańcuszył w okno, że szkło bryzg i odmigotało w ten zimowy wozduch, ale byliśmy już tak więcej zrypani i wymiętoszeni, i spluci po tym wieczorze, bo się upuściło niemnożko tej energii, o braciszkowie moi, tylko Jołop, takie to już było szutniackie zwierzę, ciągle ta zgrywa i radocha, tylko że na wygląd cały uszargany i zanadto śmierdzący od potu, i to też była jedna rzecz u starego Jołopa wsiegda dla mnie przeciwna.

Wysiedliśmy w Centrum i wolno suniemy znów do Baru Krowa, a co i raz wszyscy uaaaa w rozziew i tylne plomby do kiężyca, gwiazd i do latami, bo jeszcze byliśmy malczykami, co rosną, i w dzień chodziło się do szkoły, a w Krowie okazało się jeszcze gorzej zatłoczone niż przedtem. Ale ten członio, co przedtem cały czas bulgotał, będąc na cyku, na białym i syntemesku albo czymś tam, wciąż zasuwał to samo: - Łobu za ułkamartwej że nie droszło hej hoglatonicznie pogoda z wietrzą. - Musiał to już być jego trzeci albo czwarty kurs tego wieczora, bo miał ten nieludzko blady wygląd jakby nie człowiek a rzecz i jakby ryło miał po nastojaszczy wyrżnięte z kawałka kredy. Jak mu się chciało spędzić tyle czasu na haju, to już faktycznie powinien wziąć osobny pokoik na tyłach, a nie siedzieć tu na dużej sali, bo tu zawsze jakieś malczyki ustroją sobie z nim, niemnożko ubawu, chociaż nie za ostro, bo w starej Krowie zawsze mają utajonych gdzieś fest łamignatów, którzy dadzą radę każdej rozróbce! Mimo to Jołop wcisnął się koło tego członia i wydając ten swój szutniacki wrzask, aż pokazał w gardle dyndałki, żgnął go w stopę swoim wielkim, ubłoconym buciorem. Ale ten członio, braciszkowie, w ogóle nic nie słyszał, bo już był ponad ciałem.

Wokół nas tankowały i doiły, i dokazywały przeważnie nastole (po naszemu nastolami nazywało się seksolatki), ale było też nieco takich więcej drewniaków, mużyki i fifki też (ale żadnych burżujów) śmiali się i bałakali przy barze. Po fryzjerce i luźnych ciuchach (przeważnie wielkie swetry jakby ze sznurka) dało się poznać, że przyszli z prób w studio ti wi, zaraz za rogiem. Ich dziule miały te ożywione bardzo ryje i szerokie, ogromne usta, czerwone że horror szoł, z mnóstwem zębów, i śmiechały się i niczewo nie troszczyły się o zło świata. A potem płyta na stereo dźwiękła i zgasła (był to Johnny Żiwago, ten ruski kocur, a wykonywał Tyłko raz na dwa dni) i w tej jakby picredyszce, w krótkim małczaniu, zanim wpadła następna, któraś z tych fifek - bardzo krasiwa i z wielkim ustem w ułybce, chyba w latach już lak nieźle trzydziestych - nagle dała się w śpiew, nie więcej niż półtora taktu, jakby za przykład czegoś tam, o czym wsie bałakali, i to było jakby na chwilę, o braciszkowie moi, jakiś wielki ptak wleciał do tej mołoczni i poczułem, jak mi każdy jeden maleńki włosek na ciele staje dęba i dreszcze po mnie polazły do góry jak powolne małe jaszczurki, a potem apiać w dół. Bo poznałem, co ona śpiewa. To ten kawałek z opery Friedricha Gitterfenstera Das Bettzeug, gdzie ona to pieje z poderżniętym już gardłem, a słowa są: Może tak i lepiej. W każdym razie aż mną zatrzęsło.

Ale stary Jołop, jak tylko usłyszał ten kusoczek śpiewu niby kęs czerwonego od żaru mięsa chlaśnięty na talerz, z miejsca rypnął jedno z tych swoich chamstw, na ten raz trąbkę z warg, po czym sobacze wycie, po czym dwoma paluchami podwójny sztos w górę, po czym wywrzask i w rechot. To ja się poczułem cały w gorączce i jakby mnie rozpalona krew zachłysnęła, na słych i na widok tej wulgarni Jołopa i mówię: - Ty skurwlu. Ty brudny zapluty nieokrzesany skurwlu. - Georgie siedział między mną a tym hadkim Jołopem, sięgnąłem przez niego i piąchnąłem Jołopa w usto. Jołop się zdziwił, japsko mu się otwarło i siedział ocierając sobie blut grabą z ryła, w oszołomieniu łypiąc to jak mu cieknie czerwone, to znów na mnie.

- Czego mi to za co zrobiłeś? - spytał jak to on, po ciemniacku. Mało kto zakapował, co zrobiłem, a kto widział, ten nie uważał. Stereo było znowu wkluczone i grało coś bardzo rzygotliwego na elektroniczną gitarę.

Odbałaknąłem mu:

- Za to, że jesteś skurwlem bez wychowania i bezjednej malejszej kroszki pojęcia, jak się zachowywać publicznie, o ty braciszku mój.

Jołop na to łypnął na mnie zęborożno złym okiem i gada:

- W takim razie ja nie lubię, że to zrobiłeś. I nie jestem już twój braciszek i nie mam życzenia - Wyjął z karmana wielki, zaglucony tasztuk i przytykał go sobie zbierając tę spływającą czerwień, ciągle zdziwiony, przy gladając się temu i marszcząc, jakby mu się widziało, że krew to dla innych mużyków, a tylko nie dla niego. Całkiem jakby wyśpiewywał tę krew, żeby nadrobić swoje wychamienie się, kiedy tamta dziula śpiewała muzykę. Ale ta fifa chichrała się teraz ha ha ha przy barze ze swoimi drużkami, jej czerwone usta były w ruchu i kafle błyskały, nawet nie zauważyła brudnej wulgarni Jołopa. Tak po nastojaszczy to mnie Jołop oskorbił.

Powiedziałem: - Jak tego nie lubisz, a na tamto nie masz życzenia, to wiesz, co zrobić, mój mały braciszku. - A na to Georgie ostrym tonem, tak że spojrzałem:

- O kej. Nie zaczynajmy.

- Dla Jołopa to czysty zysk - powiadam. - Jołop nie może być przez całe życie wciąż jak mały rybionek. - I łypnąłem ostro na Żorżyka. Teraz Jołop się odezwał, a czerwone mu już trochę mniej ciekło:

- Co za prawo naturalne on ma, że mu się zdaje, że może mi dawać rozkazy albo w ryło, jak mu się spodoba? Akurat, jajco! to mu powiem! Jeszcze mogę mu cepkami oczy wypuścić, u mnie to tyle co luknąć!

- Uważaj - powiedziałem tak cicho, jak było możebne przy tym stereo miotającym się po ścianach i suficie, i z tym członiem na trypie, co siedział przy Jołopie i teraz już gromko posuwał swoje: - Iskrzy bliż się, ultroptymalutka! - Powiedziałem: - Bacznie uważaj, o Jołopie mój, azali jednym z żywych na tym świecie pragniesz pozostać.

- Jaja - rzekł jadowicie Jołop - wielkie ci jajka śmajka, o! Nie miałeś prawa tak robić. Mogę się z tobą zejść na cepie, na nóż, na brzytew, kiedy tylko zechcesz, a nie będziesz mnie bez powodu szturgał i to czysta prawda i recht, że nie będę na to pozwalał.

- Nóż i podaj czas - odwarkłem.

Pete się wmieszał: - Ojej, przestańcie już wy dwaj, małysze! Jesteśmy kumple, nie? Kumple się nie mają tak chować. Luknijcie, tam już paru malczykom ryje się tak obluzowały, że rechoczą z nas, jakby się nabijali. Musimy się trzymać jeden za drugiego.

- Jołop musi - odrzekłem - nauczyć się, gdzie jest jego miejsce. Recht?

- Zaraz - powiada Georgie. - Co to za mowa o miejscu. Pierwsze słyszę o uczeniu się, gdzie czyje miejsce.

Pete odezwał się: - Jak już ma być po prawdzie, Alex, to nie powinieneś dać Jołopowi tej lufy, one nie była słuszna. Powiem to jeden raz i kropka. Mówię ci to z całym szacunkiem, ale jakbyś mnie tak dołożył, to byś mi za to odpowiadał. Więcej nie powiem. - I utopił ryło w stakanie z mlekiem.

Czułem, jak rośnie we mnie w środku razdraz, ale starałem się to ukryć mówiąc spokojnie: - Musi być jeden wożaty. Dyscyplina być musi. Recht? - Żaden nie odkazał ani słowa, nawet baszką nie kiwnął. Mnie w środku wezbrał jeszcze gorszy razdraz, a po wierzchu spokój.

- Ja - powiedziałem - dowodzę wami od dawna. Wszyscy jesteśmy kumple, ale ktoś musi dowodzić. Recht? Recht? - Wszyscy tak jakby kiwnęli, ale z powściągiem. Jołop osuszył sobie resztkę juchy. To on się odezwał.

- Recht, recht. No i fajno fajn. Może wszystkie są trochę ustawszy. Lepiej już nie gadać. - Byłem zaskoczony i daże memnożko spuknięty, że Jołop nagle tak umno zabałakał. Jołop dobawił: - A tera bojki najlepiej do kojki, czyli że suniemy na chatę, recht? - Byłem naisto porażony. Tamci dwaj kiwnęli, że recht recht recht. Więc mówię:

- Ty poniał, Jołop, o co był ten stuk w usto. Muzyka, panimajesz. Mnie zawsze odbija, kiedy dziuszka śpiewa, a jakieś wpychle przeszkadza. No i tak wyszło.

- To idziem do nory i w kimono - powiada Jołop. - Jak dla malczyków, co rosną, to była dość długa noc. Recht? - Recht recht, kiwnęli tamci dwaj. Więc ja na to:

- Po mojemu to czas iść na chatę. Jołop to niepłocho przydumał - Jakbyimy się nie spotkali w dzień, o braciszkowie, to co, zawtra w tym samym czasie i miejscu?

- Owszem - powiada Georgie. - Da się zrobić.

- Ja się może niemnożko spóźnię - mówi Jołop. - Wsio taki w tym samym miejscu i prawie w tym samym czasie, natyrlik. - Ciągle sobie przy tym obcieral usto, chociaż jucha mu już nie ciekła. - No i - powiada - mam nadzieję, że zawtra żadna psiocha tu nie będzie śpiewać - I dał to swoje wielkie ho ho ho ho ho, po szutniacku, jak to Jołop. Wyglądało na to, że jest za głupi nawet żeby się fest oskorbić.

Więc rozeszli my się, a mnie się czkało brrr-l-hep? od tej zimnej koli, co ją wydoiłem. Brzytew do grdyk miałem pod ręką na wypadek, jakby kumple Billyboya czekali koło bloku, albo w ogóle która bądź z innych band, jaczejek czy gangów, co i raz bywało w borbie. Ja pożywałem na chacie ze starzykami, było to żyliszcze w Bloku Municypalnym 18A, między Kingsley Avenue i Wilsonsway. Do głównego wejścia dotarłem bez kłopotu, chociaż jak podchodziłem, to w rynsztoku walał się jeden malczyk i wył, i jęczał, cały bardzo fajnie pokrajany w razrez, a pod latarniami też widne były gdzieniegdzie smugi krwi jak rozpiska, o braciszkowie moi, z ubawu tej nocy. Uświadczyłem też zaraz przy 18A rzucone truski jakiejś dziobki! widocznie zdarte z niej nasiliło w gorącej chwili, o braciszkowie moi! No i do środka. W holu na ścianach fajno stare malowidło w stylu municypalnym, same dobrze rozwinięte mużyki i psiczki, w powadze i godności trudu przy warsztacie i maszynie, bez jednej nitki ciuchów na tych swoich odliczno mięśniatych cielskach. Ale oczywiście malczyki pożywające w 18A, jak się było spodziewać, upiększyli i na dobawkę ukrasili ten wielki malunek padchadziaszczym kulkowcem i mazakiem, dopisując im kudły i stojące chojaki, i świńskie teksty w balonikach wyłażących tym gołoguzym (to znaczy nagim) członiom i rzeżuchom z dostojnych ust. Poszedłem do liftu, ale nawet nie nużno było naciskać elektro knopki. żeby sprawdzić, czy to działa, czy nie, bo widać tej nocy ktoś tak horror szoł tutaj łomotnął, aż metalowe drzwi się zupełnie wgięly, rzeczywiście była to nielicha krzepa, więc przyszło mi się człapać pieszkom dziesięć pięter pod górę. Kląłem i sapałem wdrapując się, umęczony gorzej na cielsku niż na mózgłowiu. Wprost niewynosimo chciało mi się w ten wieczór muzyki, może mnie ta dziulka pod Krową tak ruszyła. Chciałem się nią tak jakby nażreć do syta, zanim ostemplują mi paszport, o braciszkowie, na granicy największego kimona i podniosą ten pasiasty szlaban, żeby mnie tam przepuścić.

Odkluczyłem drzwi numer 10-8 własnym kluczykiem i w środku nasze mini żyliszcze pokazało się cichutkie, ojczyk i macica znajdowali się w krainie snu, a na stole maty mi położyła niemnożki przekąs, ot, parę kusoczków gąbczastej puszkowiny z jednym czy drugim buterbrotem i stakanczyk zimnego starego mleka. Ho ho ho, stare mleczko, a w nim ani żylet, ani syntemesku, ani drenkromu. Teraz to już najniewinniejsze mleko, braciszkowie, zawsze wyda mi się takie okrutnie złe. Jednak piłem to i żarłem aż charcząc, bardziej głodny niż mi się z początku zdawało, wziąłem też owocowego paja ze spiżarni, odrywałem z niego całe grudy i pchałem sobie w to żarłoczne usto. Później umyłem zęby i pocmokawszy, aby sobie oczyścić stare japsko chlipadłem (czyli jęzorem), udałem się do swojego pokoiku (czyli komnatki), ozwłócząc się po drodze z ciuchów. Tu było moje wyrko i tereo, pychota mojego życia, i moja szafa z płytami, i flagi i proporczyki na ścianach jak pamiątki mego żywota w poprawczakach od jedenastego roku życia, braciszkowie moi, wszystkie aż świecące się i z wypukłą nazwą albo numerem: Południe 4. Szkoła Poprawcza Metro Sekcja Niebieskich. Chłopaki z Alpha.

Małe głośniki mojego stereo były rozmieszczone po całym pokoju, na suficie, ścianach, podłodze, tak że wyciągnięty na łóżku i słuchając muzyki byłem jakby otoczony i splątany w sieciach orkiestry. Więc tej nocy leżał mi przede wszystkim nowy koncert skrzypcowy tego Amerykańca, Geoffreya Plautusa, który wykonuje Odysseus Choerilos z orkiestni filharmonii w Macon, Georgia, więc wysmyknąłem go z miejsca, gdzie był troskliwie rozpołożony, wkluczylem na stereo i czekam.

No i - bracia - zaczęło się. Och, niebo w uszach, niebo i błogość. Leżałem całkiem nagi do sufitu, z grabami pod głową na poduszce, oczy mając zamknięte, usto rozdziawione z rozkoszy, zasłuchany w zalew krasiwych dźwięków. Och, co za ucieleśnione wspanialstwo i przewspaniałość. Puzony mi pod łóżkiem kruszyły czerwone złoto, a za moją głową trąbki trojako srebromieniące się, a tam u drzwi kotły toczą mi się po kiszkach i znów znikły chrupnięte jak grom z cukru. Och, kakoj cud wsiech cudów. A potem ten ptak niby z najwątlej uprzędzionych metali nieba, albo jak srebrzyste wino płynące w kosmolocie, ciążenie już czepucha i tyle, skrzypce solo wzbiły się ponad inne smyczki, a te inne struny jak jedwabna klatka wokół mojego łóżka. Potem flet i obój wkręciły się, jak robaki jak gdyby platynowe, w gęste ciągnące się toffi złota i srebra. Tak błogo mi byto, braciszkowie. Ojczyk i maciocha w swojej sypialni obok nauczyli się już nie stukać w ścianę o ten, jak oni to nazywali, hałas. Przyuczyłem ich. Teraz wolą pigułki na sen. Może już je zażyli, wiedząc, jaka to dla mnie radość ta nocna muzyka. Tak słuchając jej z zaciśniętymi głazami, żeby zamknąć w nich tę błogość lepszą niż jaki bądź God czy Gospod po syntemesku, zwidywałem takie lube widoki. W tych przywidzeniach mużyki i psiochy, młodzi i wapniaki, walali się po ziemi skrzycząc o litość, a ja rechotałem całą gębą i wkręcałem im w ryła swój but. I te psiczki obdzierane i krzyczące, przyparte do muru, a ja nic tylko zapycham w nie jak maczugą i rzeczywiście, kiedy ta muzyka, a było to całe w jednej części, wspięła się na sam szczyt swojej najwyższej wieży, to ja, leżąc na łóżku z zaciśniętymi gałami i z łapami pod baszką, pękłem i zbryzgałem się wrzeszcząc aaaaaaach z tej rozkoszy. I tak doślizgała się ta przewoschodno krasiwa muzyka do swego żarzącego się końca.

Później kazałem sobie fajnego Mozarta, Jowiszową, i znów były nowe widoki innych mord, żeby je rozkwaszać i miażdżyć, a potem sobie przydumałem, że ma być jeszcze jedna płyta, zanim przekroczę granicę, i chciałem coś starychowskiego a mocnego, i bardzo zwartego, więc puściłem J. S. Bacha Koncert brandenburski na same średnie i niskie smyczki. I słuchając go z jeszcze inną rozkoszą niż przedtem, zobaczyłem apiać ten tytuł na bumadze, z którą uskuteczniłem razrez tej nocy, już jakby dawno temu, w tej daczy, co ją nazwali DOMCIU. Było w nim coś o mechanicznej pomarańczy. Słuchając J. S. Bacha zacząłem lepiej niż dotąd kapować, co to znaczy, no i przydumało mi się, chłonąc brązową wspaniałość tego starożytnego niemieckiego mistrza, że warto było im obojgu dać jeszcze gorszy łomot i rozdziargać ich na strzępy po ich własnej posadzce.

 

 

 

 

4

 

Na zawtra obudziłem się o ósmej zero zero, braciszkowie moi, a że wciąż czułem się zrypany i wymięty i skuty i spluty, i patrzalki mi się normalnie kleiły od tego śpiku, to pomyślałem, że nie pójdę dzisiaj do szkoły. Podumałem, że łuczsze pobarłożę sobie jeszcze ciut w łóżku, tak z czasik albo dwa, potem się ładnie i nie śpiesząc ubiorę, może się nawet popluskam w kąpiółce, zrobię tosta i posłucham co w radio albo żurnał poczytam, sam na samo gwałt i adzinoko. A dopiero na polanczu, jak mi się będzie chciało, to może wdepnę do starej rzygoły i popatrzę, co się kitlasi w tym przybytku nikudysznej do niczewo nie sposobnej nauki, o braciszkowie moi. Słyszałem, jak mój tatata zrzędzi i tłucze się i wreszcie wybywa do tej farbiarni, gdzie pracolił, i zaraz maciocha zawołała, ale teraz już tak po nastojaszczy z szacunkiem, jak zacząłem róść duży i krzepki:

- Już po ósmej, synu. Żebyś się znów nie spóźnił.

To ja odkrzyknąłem: - Baszka mnie ciut pobolewa. Jak nie będziesz mi jej zawracać, to spróbuję się przespać i na popołudnie będę git. - Usłyszałem jej tak jakby wzdych i rzekła:

- To zostawię ci śniadanie w piecyku, synu. Bo muszę już iść. - I faktycznie było to prawo dla wsiech, kto nie rybionek, nie z rybionkiem i nie chory, że musi iść i rabotać. Moja mać pracoliła w jednym Gosmarkecie, jak to nazywali, ładując na półki zupę i fasolę w puszkach i tym podobny szajs. Więc usłyszałem jak wstawia brzdęk talerz do gazowego piecyka, a potem włożyła buty, wzięła kapotę zza drzwi i apiać wzdychnęła, i powiedziała: - To ja wychodzę, synku. - Ale ja udawałem, że jestem abratno w kraju snów i naisto zaraz mi się fajnie zakimało i miałem taki dziwny i jakby całkiem nastojaszczy drzym, w którym przyśnił mi się mój drug Georgie. W tym przywidzeniu on zrobił się jakby dużo starszy i uch jaki twardziel i ostrzak, i bałakał o dyscyplinie i posłuszeństwie, i jak wszystkie malczyki pod jego rządami mają skakać i już, i raz, i salutować jak w wojsku, a ja stałem w szeregu jak wszyscy mówiąc: ta jes! s! i: nie! s! a potem uwidzialem wyraźnie, że Georgie ma te gwiazdki na pleczach i jest normalnie generał. A potem wezwał starego Jołopa z batem, a Jołop był dużo starszy i siwy i nie dostawało mu paru zębów, co było widać, kiedy się dał w rechot na mój widok, a potem mój drug Georgie rzekł, pokazując na mnie: - Ten mudak ma na ciuchach sam fekał i brud!

i tak było faktycznie. Na to ja dałem krzyk: - Nic bijcie mnie, proszę was, braciszkowie! i chodu. Ale uciekałem tak jakby w kółko i Jołop tuż za mną a obśmiewał się, że mało sobie łba nie odrechotał, i trzaskał z bicza, a co mnie fest siepnął tym batem, to jakby dzwonek elektro dryn dryn dryn dryndał oczeń gromko, i od dzwonka też ból jakby mnie dziargał.

Tak i obudziłem się wniezapno, a serce mi bach bach bach, i natyrlik faktycznie dzwonek brrrrr darł się, owszem, dzwonek do naszych drzwi. Udawałem, że nie ma nikogo w domu, ale to brrrrr nie ustawało, a potem usłyszałem głos wołający przez te drzwi: - No już dość tego, wyłaź z wyra! wiem, że się wylegujesz. - Od razu poznałem głos. To był P. R. Deltoid (jak można się tak nazywać), mój tak zwany Porehabilitacyjny Doradca, przeciążony robotą grzdyl mający setki takich na rozkładzie. Krzyknąłem recht rccht recht, głosem takim więcej zbolałym, i wstawszy z łóżka przyodziałem się, o braciszkowie moi, w bardzo fajny a długi podom jakby z jedwabiu, a wszędzie na tym podomie były wzory w takie jakby gromadne miasta. Potem giry wsadziłem w takie bardzo udobne puchate tufle, uczesałem bujny swój przepych i już byłem gotów dla P. R. Deltoida. Kiedy mu odkluczyłem, wtarabanił się wymięty z wyglądu, ze starą zeszmaconą szlapą na baszce, w zbrudłachanym deszczowcu. - A, nasz Alex - powiada. - Spotkałem twoją matkę, no tak. Coś mówiła, że ciebie gdzieś boli. Dlatego nie jesteś w szkole, no tak.

- Mam dotkliwy ból głowy, braciszku, proszę pana - mówię swoim wytwornym głosem. - Spodziewam się, że do popołudnia mi raczej powinno ulżyć.

- A już do wieczora na pewno, no tak - powiada P. R. Deltoid. - Wieczór to niezła pora, Alex, mój chłopcze, co? Siadaj - powiedział - siadaj, siadaj! - jakby to była jego chata, a ja u niego za gościa. I usiadł na tym starychowskim bujaku mojego facia i wziął się bujać, jakby po to przyszedł.

- Może czaszkę starego czaju, proszę pana? - zapytałem. - To znaczy herbaty.

- Nie mam czasu - odrzekł. I bujał się, a na mnie brwi zmarszczywszy wciąż się spodełbił i błysk błysk, jakby wszystek czas na świecie był jego. - Czasu nie mam, owszem - powiada, no całkiem po duracku. Więc nastawiłem czajnik. A potem mówię: - Czemu zawdzięczam tę niezwykłą przyjemność? Czy coś się stało, proszę pana?

- Stało się? - odkazał, bardzo bystro i chytro, łypiąc na mnie jakby przyczajony, ale krugom bujając się. Potem przyuważył ogłoszenie w gazecie, co leżała na stole: krasiwa i uśmiejnie patrząca młoda psiczka z grudkami wywieszonymi na cześć, o braciszkowie moi, Uroków Słonecznych Plaż Jugosławii. Po czym, tak jakby głotnąwszy ją na dwa kęsy, zapytał: - A dlaczego pomyślałeś w ten sposób, że coś miało się stać? Zrobiłeś coś takiego, co się nie należało, tak?

- To takie powiedzenie, proszę pana - odrzekłem.

- No to - rzekł P. R. Deltoid - ja mam dla ciebie też takie powiedzonko, żebyś uważał, Alex, mój malutki, bo za następnym razem, o czym bardzo dobrze wiesz, to już będzie rzeszotka, kraty, i cała moja fatyga na nic. Jak ci już nie żal tego ohydnego siebie, to przynajmniej na mnie miej wzgląd, żem się nad tobą napocił. Gruba czarna krecha, powiem ci w zaufaniu, za każdego nie zresocjalizowanego. Przyznanie się do klapy za każdego z was, co kończy w tej pokratkowanej dziurze.

- Nic zrobiłem nic złego, proszę pana - odpowiedziałem. - Mili cyjniaki nic nie maja na mnie, braciszku, to znaczy proszę pana.

- Tej mowy o miłych cyjniakach to mi nie wstawiaj - rzeki na to P. R. Deltoid, bardzo ustawszy, ale ciągle bujając się. Że policja cię ostatnimi czasy nie zwinęła, to nie znaczy, o czym ci doskonale wiadomo, że nie wdałeś się w jakieś łajdactwo. Zeszłej nocy było trochę harataniny, może nie? Poszły nieco w ruch majchry i łańcuchy od rowerów i tym podobne. Jeden z przyjaciół pewnego Tłuścioszka został o późnej godzinie zabrany przez pogotowie z okolic elektrowni i odwieziony do szpitala, bardzo niemile pokrajany, no tak. Padło twoje nazwisko. Wiadomość doszła do mnie ta droga co zawsze. Wspomniano również paru z twoich przyjaciół. Wygląda na to, że ostatniej nocy trafiło się całkiem sporo dość różnorodnego brutalstwa. Och, udowodnić to niczego nie może nikt i nikomu, jak zwykle. Aleja cię ostrzegam, Alex, jako ten dobry przyjaciel, którym zawsze byłem dla ciebie, mój malutki, jako jedyny człowiek w całym tym poharatanym i chorym społeczeństwie, który jeszcze chce cię uratować przed tobą samym.

- Wszystko to doceniam, proszę pana - odpowiedziałem szczerze i z głębi serca.

- Tak, doceniasz, co? - jakby skrzywił się i zaszydził. - Tylko uważaj, i to wszystko, no tak. My więcej wiemy, niż ci się wydaje, mój chłopcze. - I jeszcze powiedział głosem bardzo cierpiącym, ale wciąż bujając się buju buju: Co was opętało? Badamy ten problem i badamy już prawie od stulecia, tak, i nie posunęliśmy się o krok. Masz tutaj niezły dom i kochających rodziców, mózg też nie najgorszy. Czy to jakiś diabeł w ciebie wstępuje?

- Nikt na mnie nic nie ma, proszę pana - odpowiedziałem. - Już od dawna nie wpadłem w graby polucyjniakom.

- I to mnie martwi - westchnął P. R. Delloid. - Jak dla zdrowia to trochę za długo. Według moich obliczeń już czas na ciebie, I dlatego cię ostrzegam, Alex, żebyś przestał pchać swój przystojny młody ryj w błoto, mój malutki, no właśnie. Czy wyrażam się dość jasno?

- Jak tafla niezmąconego jeziora - odrzekłem - proszę pana. Jasno jak lazurowy błękit najgłębszego lata. Może pan na mnie liczyć. - I posłałem mu najładniejszy zębaty uśmiech.

Ale kiedy on uszedł, a ja robiłem sobie ten imbryczek mocnego czaju, to się obszczerzalem do siebie z tych rzeczy, co P. R. Deltoid i jego kumple łamią nad nimi głowę. No i dobra, ja robię zło, niby cały ten zachwat i łomot i krajanie brzytwą, i to stare ryps wyps ryps wyps, a jak mnie złapią, no, to tym gorzej dla mnie, o braciszkowie moi, no pewnie że nie można prowadzić kraju, gdyby w nim każdy jeden tak wyprawiał po nocy jak ja. Więc jeśli mnie chapną i dostanę trzy miechy tu a potem sześć tam, no i wreszcie - jak ostrzega mnie życzliwie P. R. Deltoid - za następnym razem, już mimo tych moich młodziutkich latek braciszkowie, w samym gromadnym zwierzyńcu dla bydląt nie z tej ziemi, no, to powiem: - Racja, panowie, tylko że niestety ja nie cierpię być zamknięty w klatce. I na przyszłość będę się starał, na taką, co wyciąga ku mnie swe śnieżnobiałe jak ta lilia ramiona, znaczy się przyszłość, zanim jakiś majcher dogoni mnie albo jucha wybryzga swój końcowy chór w poskręcanym metalu i rozpryśniętym szkle na autostradzie, będę się starał, żeby więcej nikt mnie nie złapał. - To jest mowa jak trza. Ale to, obgryzanie sobie paznokci u nóg, braciszkowie moi, żeby dojść, jaka może być przyczyna zła, od tego ja się mogę tylko ześmiać. Nad przyczyną dobroci nie główkują, więc czemu na odwrót? Jeżeli wpychle są dobre to dlatego, że lubią, a ja wcale im tych przyjemności bym nie odbierał, i to samo na odwrót. A tak się złożyło, że ja właśnie wolę na odwrót. A w dodatku zło to coś w samym sobie, w tobie czy we mnie, sam na samo gwałt i adzinoko, a te siebie to wszystkie postwarzał stary God czy Gospod i w tym jego pychota i radość. Ale co jest niesobą, to zła nie ścierpi, znaczy że ci wszyscy z rządu i sądu i ze szkół nie mogą pozwalać na zło, bo by pozwalali być sobą. A czy nasza historia najnowsza, o braciszkowie, to nie jest o tym, jak dzielne małe każde sobie zrażają się przeciw tym gromadnym maszynom? To ja wam całkiem poważnie mówię, braciszkowie. Ale co ja robię, to robię, bo lubię robić.

Więc teraz, w ten uśmiechający się poranek zimowy, doję sobie ten bardzo krzepki czaj z mlekiem i do tego łycha za łychą cukru, bo jestem łasy na słodkie, a z piecyka dostałem śniadanie, co je dla mnie naszykowała moja bidna stara maciocha. Tyle co jajko sadzone, ale zrobiłem se tosta i mlaszcząc pożarłem to jajko z tostem i dżemem, czytając gazetę. W gazecie było jak zwykle o ultra kuku i napadach na banki i strajkach, i jak to piłkarze doprowadzają do tego, że strach wszystkich paraliżuje, bo ci odgrażają się, że nie będą grać w najbliższą sobotę jak nie połuczą za to więcej szmalu, te wredne malczyki byki. I że dalsze loty kosmiczne i stereo ti wi z jeszcze większymi ekranami, i darmowe paczki mydlanych płatków za etykiety od zup w puszkach, niebywała okazja tylko przez jeden tydzień, aż się obśmiałem. I był wielki gromadny artykuł o Współczesnej Młodzieży (znaczy się o mnie, więc ukłoniłem się w klasycznym stylu, obszczerzając kafle jak z uma szedłszy) jakiegoś tam bardzo umnego łysonia. Przeczytałem go i sobie uważnie, braciszkowie, żłopiąc ten stary czaj filiżana za taską za czaszką, siorb siorb i do tego chrup chrup kawałki czarnego tostu zanurzone w dżem ehem i jajko śmajko. Ten rozumniak pieprzył normalnie o braku rodzicielskiej dyscypliny, jak on to nazywał, o niedoborze uczycieli takich fest horror szoł, co by obłomotali tym krwawym łapserdakom ich niewinne rzopiątka, aż by zaczęli bu-hu-hu o litość. Wszystko to hojdy bojdy i do śmiechu, ale zawsze miło wiedzieć, o braciszkowie moi, że się nami ciągle interesują. Ani dnia, żeby nie było czegoś o Współczesnej Młodzieży, ale najlepsza rzecz, jaką dali w tej starej gazecie, to kiedy jakiś drewniak w psiej obroży napisał że jako sługa Boży i po głębokim przemyśleniu on uważa, iż To Szatan Hula Po tym Padole Łez i tak jakby się chytro zakrada w te młodziutkie niewinne ciała, i że to świat dorosłych jest temu winien przez te swoje wojny i bomby i absurdalność. No i git galant. Chyba on wie, co gada, skoro z niego ten zawodowy kapłon i bogusław? Czyli że do nas, młodych i niewinnych malczyków, nie można mieć o nic pretensji.

Recht recht recht.

Jak już dałem parę razy hyp hyp napchawszy ten mój niewinny żołąd, wziąłem się dostawać z szafy łachy na dzień, wkluczywszy radio. Szła muzyka, bardzo fajniutki kwartecik smyczkowy, o braciszkowie moi, Claudiusa Birdmana, co go niepłocho znałem. Tylko ażem się obśmiał od przydumki, jak w jednym takim artykule o Współczesnej Młodzieży kiedyś pisało, jaka ona byłaby, ta Współczesna Młodzież, lepsiejsza, tylko żeby ją pobudzać do Wrażliwości Artystycznej w Rozmaitych Dziedzinach Sztuki. Pod wpływem Wielkiej Muzyki, pisało tam, i Wielkiej Poezji ta Współczesna Młodzież normalnie uspokoi się i będzie taka więcej Kulturalna. Aha! Kulturalna, syf że mi w jaja! Mnie, o braciszkowie moi, muzyka zawsze tak naostrzyła, że poczułem się jak sam God Gospod, że tylko łomot tym piorunem i grzmotem, i żeby mi te mużyki i psiochy tylko wyły w mojej ha ha ha władzy. A jak sobie opluskałem niemnożko ryja i graby, i już odziawszy się (moje dzienne łachy były takie normalnie studenckie, no, ciemnosine kaloty i sweter z bukwą A jak Alex) pomyślałem, że przynajmniej mam czas (no i dziengi, bo w karmanach było u mnie dość tego kasabubu) zajrzeć do butiku z płytami po to stereo Dziewiątej Beethovena (znaczy się tej z chórami), co ją sobie przyrzekłem i zakazałem już dawno temu, na płycie Masterstroke w nagraniu Esh Sham Symphony pod batutą El Muhaiwira. No i wyczołgałem się, o braciszkowie moi.

Dzień bardzo się różnił od nocy. Noc to była moja i kumpli, i w ogóle nastolów, a stare burżuje zapierały się w środku i chłeptały ten idiocki program światowy w ti wi, ale dzień to był dla drewniaków i wsiegda w dzień szalało się jakby więcej szpików i poli mili cyjniaków. Wsiadłem na rogu w basa i pojechałem do Centrum, stamtąd cof się pieszo na Taylor Place i już byłem w butiku, który zaszczycałem dając mu łaskawie zarobić, o braciszkowie. Nazywał się głupio MELODIA, ale poza tym bardzo horror szoł i nowe nagrania mieli tam w try miga. Wchodzę i nie było poza mną klientów, tylko dwie młode dziulki obciągające loda na patyku (a było to, zauważcie, samo dno zimy) i tak sobie jakby grzebiące w nowych płytach z popem (Johnny Burnaway, Stash Kroh, The Mixers. Na Vremya Upokoyat Vas Ed Cum Id Molotov i cały ten szajs). Te dwie psiczki miały najwyżej po dziesięć lat i tak samo jak ja, nawierno, kazawszy sobie ranek wolny od rzygoły. Od razu było widno, że mają) się za całkiem dorosłe psiochy, po tym rzucaniu biodrem na widok Oddanego Wam Autora Tych Słów, o braciszkowie, i po wypchanych grudkach i jakie usto miały, całe w rozczerwieni. Podszedłem grzecznie i kaflami cały w uśmiech do kontuaru, gdzie stary Andy (on też wsiegda grzeczny, zawsze uczynny, po nastojaszczy drewniak na balszoj, mimo że łysy i bardzo a bardzo chudoszczawy).

- Aha - powiada - chyba wiem, czego pan szuka! Mam dobre wiadomości, nawet bardzo dobre. Już przyszło. - I łapskami tak jakby u wielkiego dyrygenta wybijając takt poszedł mi to przyturlać. Dwie małe psiczki zaczęły się chichrać, jak to w tym wieku, a ja na nie łypnąłem dość chłodno. Andy wrócił się w try miga pomachiwując wielkim, błyszczącym, białym kitlem Dziewiątej, na którym, o braciszkowie moi, spodełbił się naburmuszoną jakby od piorunów mordą sam Ludwik Van. - Proszę - powiedział Andy. - Może przegramy na próbę? - Ale ja chciałem to już mieć w domu na moim stereo i posłuszać sam na samo gwałt i adzinoko, już napalony jak sam czort. Wygrzebałem dziengi, żeby zabulić, a jedna z tych małych psiczek odzywa się:

- Ty szczo dostał, brat? Kto taki wielik, taki adzinok? - Bo te małe psiczki bałakały znów po swojemu. - Boska Siedemnastka? Luke Sterne? Goglarz Gogol? - I obie się zachichrały, w kołys i w biodro. A mnie wtedy jak strzeli przydumka, mało nie padłem z tej udręki w rozkosz, o braciszkowie moi, aż dychnąć nie mogłem prawie przez dziesięć sekund. Przyszedłem w siebie, wykonałem do nich tymi świeżo na biało wyszorowanymi kaflami i mówię:

- A co wy macie w domku, siostrzyczki, na czym grać te swoje puchate szczebioty? -- Bo przyuważyłem, że płyty, które one kupują, to taki pop chłam nastolowaty. - Nawierno macie takie małe, ciupcie! uciułane portablo, jak te kręciołki na zielonią trawkę. - Im się na to dolna warga tak jakby obciągnęła. - Pójdziecie z wujkiem - zagajam - i posłuchacie, jak trza. Posłuchacie trąb anielskich i puzonów diabelskich. Czujcie się zaproszone. - I tak niby że się ukłoniłem. Te obie znów rozchichrały się i jedna mówi:

- Ojej, ale my jesteśmy głodne. Ojej, ale my byśmy zjadły. - A druga wstawia: - Da da, już to ona może powiedzieć, a niby nie może. - Więc ja odkazałem:

- Wujek nakarmi was. Wybierzcie lokal.

Tu one się już poczuły oczeń wyrafino, co było po prostu, no, wzruszające, i zaczęły balakać tonem wielkich dam o takich rzeczach jak Ritz, Bristol, Hilton, Il Ristorante Granturco i tym podobne. A ja przekróciłem to mówiąc: - Wujek was zaprowadzi. - I zaprowadziłem je za najbliższy róg do Pasta Parlour i dałem im napchać w te niewinne twarzyczki spaghetti i kiełbasek, i ptysiów, i banana splitów i gorącej czekolady, aż mało się nie porzygałem na sam widok, bo ja, braciszki, kazałem sobie tylko skromnie płat zimnej szynki i aż warczącą grudę paprykarza. Te małe psiczki były do siebie bardzo podobne, chociaż nie siostry. Miały całkiem identiko przydumki, albo ich brak, i włosy tego samego koloru: tak jakby wykraszone na słomkowo. Nu ładno, od dziś będą już po nastojaszczy dorosłe. Dziś daję sobie dzień i na balszoj. Żadnej tam rzygoły na to polancze, ale przeszkolenie i owszem, z Alexem w roli profesora. Powiedziały mi, że wabią się Marty i Sonietta, całkiem z uma szedłszy imiona i sam szczyt mody w ich dziecięcym wieku, no to wtedy ja bałaknąłem:

- Fajno fajn, Marty i Sonietta. Już czas fest pokręcić. Spadamy. - Jak wyszli my na zimną ulicę, im się zwidziało, że basem nie pojadą, o nie, tylko taryfą, no to dałem im do humoru, czemu nie, a w środku się tak śmiechałem że po prostu horror szot, i zgarnąłem gablotę ze stojanki przy Centrum. Taryfiarz. stary wąsaty próchniak w uszarganym łachu, mówi do mnie:

- Tylko bez prucia. Żadnych zabaw z siedzeniami. Dopiero co kazałem dać świeżą tapicerkę. - Ukoiłem jego idiockie obawy i pajechali my pod Blok Municypalny 18A, no a te nieustraszone małe psiczki nic tylko chichrały się i w szept szept. No i krótko powiedziawszy dojechali my, braciszkowie, i wtaszczyłcm je na górę pod numer 10-8, a te cały czas wsio tylko zdyszane i rozchichrane, a potem chciało im się pić, to ja normalnie rozpachnąłem skarbczyk w mojej komnacie i dałem tym dycholatkom po takim horror szoł szkocie, tylko że z niezłą dobawką sody takiej co w igły i szpilki. One siadły na moim wyrku (jeszcze nie posłanym) i buju buju nóżętami, a ja puściłem te ich wzruszające płyciątka przez moje stereo. Jakby się pociągało jakiś napachniony słodki napoik dla dzieci, takie to było, jakby w ślicznych i tiu tiu i drogich złotych pucharkach. Ale one robiły och och och i pokrzykiwały: - Wierzchowe! - i: - Ale przeleśne! - i różne takie kopnięte słówka, co były sam szczyt mody w tej grupie młodziaków. Więc kręciłem dla nich ten szajs i zachęcałem do picia, i one były wcale nie od tego, braciszki. No i zanim ten ich wzruszający pop chłam przekręciło się po dwa razy (to były dwie płytki: Miodowy nosek, śpiewał Ike Yard, i Noc po dniu po nocy wystękiwane do rzygania przez dwóch obezjajców, nazwisk już nic pamiętam), obie były jak to zwyczajnie takie małe psiczki prawie że u szczytu histerii, aż chodzące po całym wyrku i po mnie, że jestem z nimi w tej komnacie.

Co się tam po nastojaszczy wyczyniało tego popołudnia, to ja wam nie muszę opisywać, braciszki, bo sami se możecie lekko rozgadnąć. Dycholatki były w try miga rozdziane i mało się nie ześmialy, bo im się to wystawiało jak frajda frojda i szutka nie z tej ziemi, że stary wujek Alex bez nitki gołoguzy stoi z dmuchawą jak rękojeść i psiuk ze strzykawki, niby taki rozdziany wracz, i potem ładuje sobie dziab w grabę, tego co warczy, hormonu kiciora z dżungli. Po czym wyjąłem cudowną Dziewiątą z jej koszulki, tak że Ludwik Van też był nagi, i puściłem igłę w syk na końcową część, co jest sama rozkosz. No i rozległo się, basowe struny jakby mi gadały spod łóżka z resztą orkiestry, a potem ludzki głos wszedł i mówił im wsiem, żeby się dać w radochę, a potem ta przekrasna błoga melodia cała o Radości, jaka to przewoschodna iskra z nieba, i zaraz poczułem, jak we mnie skoczyły w środku te stare tygrysy i rzuciłem się na te dwie psiczki. Teraz już nie widziało im się, że to figle, i nie z uciechy krzycząc przyszło im się zdać na czudackie i dzikie żądze Aleksandra Ogromniastego, a chuci te, przez Dziewiątą i dziab na dodatek, były wprost niesłychane i gromadne i nadzwyczaj wymagające, o braciszkowie moi. Tylko że obie dziuszki były już oczeń oczeń na cyku i nie mogły za wiele czuć.

Jak ostatnia część szła po raz drugi z całym tym gromem i krzykiem że Frojda Frojda Frojda, to te dwie dycholatki już wcale nie były wielkie damy i wyrafino. Tak jakby się obudziły od tego, co im się robi w te małe osóbki, i że chcą do domu i że jestem ta wściekła bestia. A wyglądały jak po wielkim zrażaniu się, no i faktycznie były, całe obite i spuchnięte na ryju. Trudno, jak się nie idzie do szkoły, to trza się inaczej pouczyć. No i właśnie nauczyły się. A teraz krzyczały i robiły o! o! o! wciągając na siebie ciuszki, i ciupciały mnie tymi piąsteczkami, a ja leżałem rozwalony, brudny i goły na tym wyrku, zrypany i spluty. Ta mała Sonietta krzyczała: - Podłe zwierzę i bestia! Wstrętna ohyda! - Więc dałem im pozbierać swoje barachlo i spłynąć, i zrobiły to, jęcząc, że powinny się mną zająć polucyjniaki i cały ten szajs. No i podrałowały w dół po schodach, a ja odpłynąłem w kimono, ciągle przy tym Frojda Frojda Frojda Frojda na całego w grzmocie i wrzasku.

 

 

 

 

5

 

A faktycznie tak wyszło, że zbudziłem się późno (koło siódmej trzydzieści na moim zegarku) i pokazało się, że to nie było rozumne. Zrazu widać, jak wszystko liczy się na tym niecharoszym świecie. W try miga pajmiosz, jak jedno prowadzi do drugiego. Recht recht recht. Moje stereo już nie zasuwało że Radość i że Uścisk Uścisk Wam Miliony, więc ktoś je musiał wykluczyć, czyli że ojczyk albo maciocha, oboje teraz dawszy się odliczno słyszeć w bywalni (to znaczy stołowej) i sądząc po tym brzęk brzęk talerzy i siorb siorb czaju ze stakanów, siedzący przy swoim wymęczonym żarciu po całym dniu pracolenia on w tej farbami a ona w magazynie. Bidne chryki. Pieczalne drewniaki. Włożyłem podom i wyjrzałem do nich, przebrany za kochającego jedynaka.

- Cześ cześ cześ - zagaiłem. - Odpuściłem se ten dzionek i już mi git. Teraz mogę iść na wieczór popracolić, żeby ciut zarabotać. - Bo w tym czasie oni dowierzali, albo tak mówili, że ja się tym zajmuję. - Mniam niam, maćku! A mogę tego dostać? - To był taki jak gdyby paj w mrożonce, który ona rozmroz i potem odgrzała nie wyglądał zbyt apetycznie, ale wypadało to skazać. Facio łypnął na mnie tak jakby podejrzliwie i nie za oczeń mu coś ponrawiwszy się, ale milczał, bo już wiedział że morda i ani gu gu, a maciocha dała się w taki ustawszy jakby śmieszek, co to synu jedyny owocu mego żywota i te pe. Wytańczyłem ja do łazienki i dałem se bardzo skory prysk na całego, czując się brudny i klejaszczy, a potem do nory i w ciuch na wieczór. Po czym już świecący się, uczesany, wyszczotko i git galant z kiciorem, przysiadłem na kusoczek paju. Ojczyk zagaił:

- Nie żebym się chciał wtrącać, synu, ale właściwie gdzie ty chodzisz wieczorami do pracy?

- Ooch - żwyknąłem z pełnej gęby - różnie, tak pomagam i w ogóle. Tu i tam, jak się hapnie. - I pogłaziwszy mu tak szmucyk prosto w ślepia, jakby mówiąc, że niech uważa co jest jego brocha, a co moja to moja. - O pieniądze nigdy nie proszę, recht? Na łachy ani też na ubaw, nikagda, co? No to czego się rozpytywać?

Facio od razu grzeczniulko bubeł w kubeł. - Przepraszam, synu - powiada. - Tylko tak się czasami martwię. Czasem mi się coś przyśni. Możesz się z tego śmiać, ale mimo wszystko coś w tych snach jest. Zeszłej nocy przyśniłeś mi się i bardzo mi się ten sen nie podobał.

- O? - Teraz mię zainteresował, że tak śni o mnie. I lak mi się przywidziało, że ja chyba też miałem jakiś sen, ale nie mogłem go tak naisto wspomnieć. - No no? - zapytałem przestawszy żwykać tego klejącego się paja.

- To było jak żywe - powiedział facio. - Widziałem, jak leżysz na ulicy, a inni chłopcy cię biją. Wyglądali jak ci chłopcy, z którymi się zadawałeś, zanim cię skierowano ostatni raz do szkoły poprawczej.

- Tak? - Ześmiałem się z tego w środku, że mój ojczyk dowierza, że ja się faktycznie naprostowałem, albo stara się dowierzać w to, ze dowierza. I tu przypomniałem sobie mój drzym, co go miałem dziś rano, jak Georgie wydaje te generalskie rozkazy, a stary Jołop się obśmiewa bez zębów i siepie batem. Ale mówiono mi, że w snach to idzie na odwrót. - Nie martw się o twego syna jednorodzonego i dziedzica, o mój zaprawdę ojcze! - rzekłem. - Zbądź się trwóg. On wżdy poradziech sobie zdoli albowiem.

- A ty - snuje mój ojczyk - leżałeś całkiem bezradny we krwi i nie mogłeś się bronić. -To już było na huzia i na odwrót, więc apiać się w sobie po cichu z lekka obszczerzyłem, po czym wygrzebałem wsie dziengi z karmanów i dźwięknąlem je na zaświniony od sosów obrus.

- Na tu, faćku - powiadam - niewiele tego. Tyle co zarabotałem przeszłej nocy. Może starczy na jeszcze jednego szkota dla ciebie i maćki gdzieś w miłym zaciszu.

- Dziękuję, synu - odpowiedział. - Ale my teraz niedużo wychodzimy. Boimy się za dużo wychodzić, kiedy tak się zrobiło na ulicy. Ci młodzi chuliganie i tym podobne. Ale dziękuję ci. Jutro przyniosę jej za to jakąś butelczynę. - I zgarnął te nieuczciwie nabyte golce do karmanu w sztanach, bo mać zmywała jak raz posudę w kuchni. A ja wybyłem, cały krugom w kochających ułybkach.

Jak znalazłem się po schodach na dole budynku, to się nieco zdziwiłem. A nawet więcej. Bo stanąłem z japą szeroko rozpachniętą jakby mi ziewak w rozdziaw zaskoczył. Oni przyszli mnie spotkać. Czekali koło pogryzmolonego na gęsto municypalnego malowidła nagiej godności trudu, gołoguzych mużyków i psioch z powagą u kół napędowych przemysłu, jak już mówiłem, z całym tym szajsem wypisanym z ich ust przez niegrzecznych malczyków. Jołop miał wieli gruby śryk z czarnej farby tłuszczowej i gwazdrał nim brudne słowa, duże i na balszoj, po naszym fresku municypalnym i jak to Jołop dawał ten swój rechot - łuuu hu hu hu! - zatrudniając się tym. Ale obrócił się, jak Georgie i Pete dali mi stary cześ prywiet, oba w błysk błysk ukazując po drużeski kafle, i trąbnął: On jest, on przybywszy, ura! - i puścił się w kilka niełowkich piruetów.

- Już martwiliśmy się - powiada Georgie. - My tam czekamy i doimy se mleczko na brzytwach, a ciebie może to czy tamto oskorbiło, no to wpadli my do twojej katedry. Tak to rychtyk i było, Pietia, recht?

- Ano ja że recht! - mówi Pete.

- Prze pieprzę praszam - powiedziałem ostrożno. - Baszka mnie ciut poboliwała i musiałem przekimać. Nie zbudzili mnie jak przykazałem. Ale więc jesteśmy w kupie i gotowi połuczyć, co ta stara noc nam przyniesie, tak? - Jak gdyby przejąłem to: tak? od P. R. Deltoida, mojego post kurwatora. Aż dziwne.

- To przykre, że cię bolało - wstawia Żorżyk, tak niby że oczeń troskliwie. - Może za dużo nadużywasz tej baszki, co? Na to rozkazywanie i dyscyplinę i te pe. A na pewno już ból ci przeszedł? A na pewno ci nie lepiej wleźć abratno do wyrka? - I wszyscy się z lekka obśmiali.

- Nu pagadi - odkazałem. - Lepiej zróbmy z tym na glanc porządek. Ten sarkazm, jeśli mi to wolno tak nazwać, nie przystaje do was, o drużkowie wy moi. Możeście wy ustroili za moimi plecami jakiś drobny a cichy bałach, takie sobie ciut małych zgrywoszutek i tym podobne. Jako wasz kumpel i wożaty chyba mam recht wiedzieć, co jest grane, nie? No więc Jołop, co wróży ten twój gromadny koński rozdziaw na ryju? - Bo Jołop miał uścisko rozpachnięte w taki jakby z uma szedłszy bez głosu rechot. Na to w try miga włączył się Georgie:

- No dobra, będzie tego przystawania do Jołopa, braciszku. To jedna rzecz z nowego układu.

- Z nowego układu? - ja mu na to. - Co za mowa o nowym układzie? Tu nawierno był jakiś gromadny bałach i kwacz za moimi uśpionymi plecami. Niech ja więcej usłyszę. - I tak jakby założywszy graby oparłem się udobno do słuchania o potrzaskaną poręcz, ciągle jeszcze stojąc wyżej od nich, tych moich niby to drugów, na trzecim schodku.

- Bez urazy, Alex - rzekł Pete - ale chcieliśmy tak coś więcej demokratycznie. A nie że ty cały czas mówisz, co robić a czego nie. Tylko bez urazy.

Georgie wmieszał się: - Uraza czy nie uraza, to tu ni pry czom. Chodzi o to, komu tu przychodzą pomysły. Jakie on miał pomysły? - I wyślepiał się tak na mnie czelno i na całego. Wszystko to malutkie piwko i tyle tego, jak ostatniej nocy. A my dorastamy, braciszki.

- No dalej - mówię wciąż nie ruszając się. - Niech ja jeszcze posłyszę.

- Jak sam chcesz - powiada Georgie - to pażałusta, czemu nie. Szlajamy się w kółko, w zachwat po sklepach i te pe, żeby zarabotać po tej marnej grabuli szmalcu na ryło. A tymczasem Will Angliczanin w Kafe Pod Bychem jest gotów upłynnić wszystko, co jaki bądź malczyk się nie pokusi grabnąć. Błyskotki, lód - mówił dalej a wciąż z tymi zimnymi ślepiami we mnie. - Duże duże duże kasabubu leży i czeka, tak mi właśnie skazał Will Angliczanin.

- Aha - powiedziałem, cały na luzie, ale w środku już po nastojaszczy razdraz. - Odkąd to się zadajesz i ugadzasz z Willem Angliczaninem?

- Tak od kiedy niekiedy - powiada Georgie - wypuszczam się sam na samo gwałt i adzinoko. Na ten przykład w ostatni szabas. Mam prawo na własne życie, mój drużku, recht?

Wszystko to mi się, braciszki, wcale nie ponrawiło. - A na co ci się nada - wstawiłem - to duże duże duże kasabubu czyli dziengi, jak to wielkolepno nazywasz? Czy ci brak jakiej bądź rzeczy z tego, co nużno? Jak ci nużno auto, zrywasz je sobie z drzewa. Jak ci potrzebna monaliza, to se ją zgarniasz. Tak? No to skąd ci przyszła wniezapno ta chuć, aby zdziałać się tym gromadnym i nadzianym kapitalistą?

- E - odkazał mi Georgie - czasem to ty dumasz i bałakasz jak drobny rybionek. - Jołop się na to roz ho ho ho. Dziś w nocy - powiada Georgie - zrobimy taki zachwat po mużycku na kawał chłopa.

Więc mój drzym się sprawdził. Georgie za generała i mówi, co będziemy robić a czego nie, i Jołop z batem a bezumny jak szczerzący się buldog. Ale ja pogrywalem z czuciem a ostrożno, bardzo oslrożno, mówiąc i ułybając się: - Fajno fajn i git. Po prostu horror szoł. Inicjatywa się budzi w tych co umieją czekać. Sporo się ode mnie naumiałeś, mój drużku. Teraz gadaj, co za błysk cię naszedł, mój Georgie bojku.

- Och - powiada Georgie, cwany i chytry w tej utybce - najpierw damy se mleka z dobawką i co ty na to? Żebyśmy się naostrzyli, małyszku, a ty najbardziej, bo my już nad tobą mamy przewagę.

- Wyskazałeś jak raz to, co myślałem - ja na to, ułybając się na balszoj. - Właśnie chciałem zapropo żeby do naszej Krowy. Git git git. Wiedź nas do mołoczni, Georgiutek. - I wykonałem ten jakby głęboki ukłon, ułybając się jak z uma szedłszy, ale cały czas pracując główką. Tylko jak wykitrali my się na ulicę, to ja raz i uświadczyłem, że dumać to dla bezumnych, a rozumniak to chwyta się tego jakby natchnienia i co Bóg ześle. Bo jak raz przyszła mi z pomocą przednia muzyczka. Akurat przejeżdżało auto i miało wkluczone radio, i doleciał mnie może z takt albo dwa Ludwika Van (była to ostatnia część Koncertu skrzypcowego) i od razu wiedziałem co robić. Bałaknąłem takim jakby grubym a niskim głosem: - Recht. Georgie, i już! - i wyrwałem swoją brzytew do grdyk. Georgie powiedział: - He? - ale też był dość prędki w nożu i ostrze mu szt z rukojatki, i już był jeden na drugiego. Stary Jołop włączył się: - Nie, żadne recht! - i chap się za cepki w pasie, ale Pete bałaknął i położył fest grabę na starym Jołopie: - Zostaw ich. Tak to jest recht. - No to Georgie i niżej podpisany wzięli my się za te ciche kocie podchody, szukając wejścia, a styl znając jeden drugiego ciut aż za horror szoł, Georgie od czasu w czas doskakując szuch szuch z tym łyskającym majchrem, ale nie mógł mnie sięgnąć. A cały czas wpychle przechodzili i widzieli to wszystko, ale nikt się nie wkluk, nie ich brocha i codzienny widok. Aż odliczyłem sobie raz dwa trzy i dałem normalnie ciach ciach ciach brzytwą, nie po ryju i nie po oczach, tylko po grabie, w której Georgie miał nóż i - o braciszkowie moi - upuścił. Właśnie. Upuścił ten nóż dźwięk dźwiąk na twardy zimowy chodnik. Tyle że go połaskotałem moją brzytwą po palcach i już stał wybałuszywszy się na to malutkie ciur ciur juchy wyczerwieniające mu się w blasku latarni. - No - powiadam, i teraz już sam zacząłem, bo Pete poradził Jołopowi, żeby nie odwijał tych cepków z pasa i Jołop się posłuszał - no, Jołop, to teraz my z tobą załatwimy tę rzecz, no nie? Stary Jołop na to dał: Aaaaaaarhgh! - niby jakieś gromadne a bezumne zwierzę i wyśmignął te cepki z pasa fest horror szoł i tak skoro, że aż na podziw. To dla mnie teraz był padchadziaszczy styl żeby iść nisko jak gdyby w żabim podrygu, żeby chronić ryło i patrzałki, i tak zrobiłem, braciszkowie, no i ten bidny stary Jołop został się niemnożko zaskoczony, bo był przywykłszy do prostego ryj w ryj siach siach siach. No muszę powiedzieć, że mnie fest użasno siepnął po grzbiecie i dziargnęło mnie wprost z uma szedłszy, ale i kazał mi ten ból sprężyć się bystro i na całego i załatwić się ze starym Jołopem. Więc mignąłem brzytwą po jego lewej girze w tym oczeń obcisłym rajtku i chlasnąłem tak na dłoń ciucha i puściłem niemnożko blutu psiuk psiuk, żeby stary Jołop dostał małpiego umu. A potem jak on dał się w auuu auu auu jak psiuk, to ja poszedłem w ten sam styl co z Georgiem, stawiając na jeden ruch - góra, blok i ciach - i poczułem jak brzytwa wchodzi jak trza i w sam raz głęboko w mięcho w nadgarstku starego Jołopa i uronił te cepki jak wąż i uwrzasnął się jak mały rybionek. Po czym próbował sobie wypić cały blut z tego nadgarstka i równocześnie krzyczeć, ale juchy szło za mnogo żeby to wypić, więc zrobiło mu się tak bul bul bul bąbel i bluzgała ta jucha bardzo fajnie, ale nie za długo.

Ja znów bałaknąłem:

- Recht, o drużkowie moi, to już teraz będzie wiadomo. No słucham, Pete?

- Ja nic nie mówiłem - powiada Pete. - Daże ani słowa nie bałaknąłem. Słuchaj, stary Jołop się wyfarbuje na śmierć.

- Niemożliwe odkazałem. - Umiera się tylko raz. Jołop umarł jeszcze przed urodzeniem. A ten krasny krasny sok zaraz sam się zatrzyma. - Bo nie chlasnąłem go po głównych żyłach. I wydostałem osobiście czysty tasztuk z karmana, i owinąłem nim grabę bidnego, starego, umierającego Jołopa, a on wył i jęczał, i jucha zatrzymała się, tak jak skazałem, o braciszkowie moi. Więc już teraz wiedzą, barany, pomyślałem sobie, kto tu jest ich pan i wożaty.

Niedługo to zajęło, żeby ukoić dwóch rannych żołnierzy w cichym zakątku, pod Księciem Nowego Jorku, tyle co duży złotogniak dla każdego (za ich własne dziengi, bo ja swoje dałem ojczykowi) i utrzeć w tasztuki zamoczone w kuwszynie z wodą. Te pudernice stare, cośmy im ustroili przeszłej nocy filantro, znów tam były i nic tylko wstawiały: -- Dziękujemy wam, chłopcy - i: - Niech was Bóg błogosławi, chłopcy - jakby już nie mogły tego przekrócić, mimo że nie powtórzyliśmy tego filantro. Ale Pete zagaił: - To co sobie damy, dziewuszki? - i kupił im czarną z mydlinami i wyglądało, że ma sporo tego kasabubu w karmanach, więc one się jeszcze głośniej rozdarły z tym swoim: - Niechaj was Bóg wszystkich pobłogosławi i zachowa w zdrowiu, chłopaki - i: -My nigdy byśmy na was nie powiedziały - i: - Wy jesteście najlepsi chłopcy na świecie.

W końcu zagaiłem: - No to jesteśmy, Georgie, apiać tam gdzieżeśmy byli, tak? Wsio po dawnemu i zabywamy o wszystkim, co było, recht?

- Recht recht recht - dał na to Georgie. Tylko stary Jołop ciągle wypadał jak gdyby ciut porażony i daże bałaknął: - Wiecie co, ja bym dostał tego wielkiego skurwla, ja bym mu przyłańcuszył, tylko że jakiś mudak wlazł mi w drogę. Całkiem jakby się nie ze mną zrażał, ale z jakimś obcym malczykiem. Ja się znów odezwałem.

- No Georgie bojku, to co miałeś na oku?

- E tam - powiada Georgie - to już nie tej nocy. Słuchaj, może by już nie dzisiaj, co.

- Jesteś ten duży krzepki mużyk - odkazałem - tak jak my wszyscy. Nie jesteśmy jakieś tam drobne rybionki, co, Georgie bojku? Cóż tedy na oku miałeś azaliż?

- Mogłem mu przyłańcuszyć fest po tych patrzałkach - gadał znów Jołop, a te stare babuszki wciąż posuwały swoje: - Dziękujemy wam, chłopcy.

- Bo to był widzisz ten dom - odrzekł Georgie. - Ten co ma na przedzie dwie lampy. Na którym jest taka głupia nazwa.

- Jaka głupia nazwa?

- A no ta Sadyba czy Siedziba, czy jakaś podobna głupota. Gdzie żyje ta starożytna próchniaczka, co ma koty i cale to kurewsko stare, a drogie barachlo.

- Na przykład?

- Złoto i srebro i różne takie biżuty. Will Angliczanin tak jakby nam o tym powiedział.

- Już ja poniał - odkazałem. - Poniał git i odliczno. - Wiedziałem, co ma na myśli. Stare Miasto, tuż za Blokiem Municypalnym Victoria. A no cóż, po nastojaszczy dobry wożaty zawsze wie, kiedy ustąpić i pokazać się tak jakby wielkoduszny dla swoich podwłasnych. - Bardzo dobrze, Georgie- powiadam. - To jest git przydumka i ją trzeba wykonać. Spadamy nie mieszkając. - A jakżeśmy wychodzili, to te stare babuszki skazały: - Nic nie powiemy, chłopcy. Byliście tu cały ten czas, chłopaki. - A ja im na to: - Dobre stare dziewuszki. Wracamy za dziesięć minut jeszcze coś wam dokupić. - I powiodłem moich trzech drużków na swe nieszczęście.

 

 

 

 

6

 

Tuż na wschód za Księciem Nowego Jorku rozpołożyły się biurowce i ta stara, złachana bibloteka i za nią ten gromadny blok mieszkalny zwany Victoria od wiktorii, znaczy się pabiedy jakiejś, czy co, a potem się dochodziło do takich żyliszcz jakby staromiejskiego typu w dzielnicy zwanej Stare Miasto. I zdarzały się tu po nastojaszczy fajne, horror szoł i starożytne domki, o braciszkowie, a w nich pożywały stare wpychle, różne tam chudoszczawe i szczekające pułkowniki z laskami w ręku i psiochy stare, owdowiałe, no i głuche stare damy z kotami, co przez cały swój prawiczy żywot nie poczuły, o braciszkowie moi, żeby mużyk jej dotknął. I dostawało tu, jest prawda, tych starychowskich rupów, za co na rynku można od turystów zgarnąć nieliche kasabubu: jak obrazy i klejnoty i różne takie starożytne gówna jeszcze sprzed ery plastiku. Więc podeszli my grzecznie i po cichu do tego żyliszcza, co się nazywało Sadyba, i przed nim sterczały kuliste lampy na żelaznych badylach, jakby z dwóch stron pilnowały wejścia od frontu, i do tego jakby przytuszone światło w jednej z izbuszek na dole, więc my zaszli w taki fajny kawałek ciemnej uliczki, żeby luknąć w akoszko, co tam proischodzi. W oknie była rzeszotka, i to żelazna, jakby w mamrze (czyli więźniu) a nie w domu, ale co tam dzieje się, było nam i tak jawnie widno.

A działo się, że ta stara psiocha, w kudłach już bardzo siwa i z mordą całkiem pokreśloną, z flachy mlecznej rozlewała to stare mleko w spodki, a potem stawiała te spodki w niz na podłodze, więc było poznać, że tam w dole kłębi się mnóstwo kotów i koszek dających jej miauk i miauk. Daże uwidzieli my kilku ich, gromadne i spasłe bydlaki, jak prygają na stół i rozdziawiwszy się wydają z siebie mrrr mrrrmrrr. I jak ta zgrzybiała babulka im odkazuje, też widno, jakby za coś łajać te swoje kiciorki. Oprócz tego było widno w komnacie na ścianach mnóstwo starych obrazów i przedpotopowych, na podziw ozdobnych zegarów, i też jakby wazonów i ozdóbek, co wypadały oczeń stare i kosztowne. Georgie wyszeptał: - Za to da się połuczyć horror szoł jakie kasabubu, o braciszkowie moi. Will Angliczanin pali się do tego. - A na to Pete: - Jak wejść? - Teraz to polegało na mnie, i to raz dwa raz, nim Georgie zacznie nam dyktować, jak wejść. - Pierwsza rzecz - wyszeptałem - to spróbować normalnie od frontu. Pójdę bardzo grzecznie i powiem, że jeden mój kumpel tak jakby przymglał na ulicy. Georgie niech będzie gotów pokazać się za takiego, jakby otwarła. Potem jęk o wodę albo żeby dźwięknąć po doktora. I ładować się aby nie za szumno. - A na to Georgie:

- Może nie otworzyć. - A ja:

- Próba, nie? - Więc on jakby drygnął pleczami, czyniąc żabi pysk. A ja do Jołopa i Pieti: - Wy dwaj, braciszki, po dwóch stronach drzwi. Recht? - Kiwnęli po ciemku recht recht recht. - Dawaj! - to ja do Żorżyka i bez obciachu sunę prosto do drzwi. Był tam wcisk do dzwonka, ja go wpych i słyszę brrr brrrrrr w głębi. Potem jakby czuło się nasłuchiwanie, jak gdyby ta psiocha i wsie jej koszki w słuch na to brr brrrr i zastanawiały się. To ja ciut jakby natarczywiej na dzwonek. Po czym nakłoniłem się do szpary na listy i wołam takim jakby wytwornym głosem: - Proszę panią, błagam o pomoc. Mojemu przyjacielowi właśnie coś dziwnego stało się na ulicy. Czy mogę zadzwonić po doktora, bardzo bym prosił. - Po czym światło zapaliło się w holu i posłyszałem, jak ta stara babula człap człap tymi nogami w człapakach do drzwi frontowych i tak mi się zwidziało, nie wiem dlaczego, że ona pod każdą pachą ma tłustego, gromadnego kiciora.

I krzyknęła, aż mnie poraziło, jakie grube ma to głosisko:

- Wynocha. Jazda stąd, albo strzelam. - Jak Georgie to usłyszał, o mało nie zachichrał. A ja mówię po dżentelmeńsku, takim pilnym i cierpiącym głosem:

- Och, błagam panią, proszę pomóc! Mój przyjaciel tak ciężko się rozchorował.

- Wynocha stąd - odryknęła. - Znam te wasze parszywe sztuczki, żebym otworzyła drzwi, to już mi wepchniecie, czego wcale nie mam ochoty kupić. Jazda mi stąd, powiedziałam. - No, to była cudowna po nastojaszczy niewinność. - Proszę się wynosić - ona znów - albo koty na was wypuszczę. - Że jest niemnożko z uma szedłszy, to się dało powiedzieć, od tego życia sam na samo gwałt i wciąż adzinoko. Spojrzałem w górę i widzę nad wejściem suwane okno i że rychlej będzie wspiąć się normalnie po ramionach i wleźć tamtędy. Bo tu będziemy aż do rana stać i przepychać się. Więc mówię do niej:

- No trudno, skoro pani nam nie chce pomóc, to muszę zwrócić się z moim cierpiącym przyjacielem do kogo innego. - I odmigałem precz moich drużków po cichutku, tylko sam zakrzyczawszy: - Nie martw się, mój przyjacielu, na pewno znajdzie się dla ciebie gdzie indziej dobry samarytanin. Do tej starszej pani chyba nie można mi pretensji, że jest podejrzliwa, jak po nocy kręci się tylu łobuzóz i urwipołci. A skądże. - Potem odczekali my znów po ciemku i ja szepnąłem: - Recht. Z powrotem do drzwi. Ja się wespnę Jołopowi na plecza. Odkryję w górze akoszko i włażę, braciszki. A tam przymknę tę starą picz i wam otworzę. Nie ma sprawy. - Tak normalnie im dokazywałem, kto tu z nas wożaty i od błysku. - Ino luknąć - powiadam. - Całkiem horror szoł to wyrobione w kamieniu, o, nade drzwiami! będzie o co nogi zahaczyć. - Więc przyjrzeli mi się, widno z podziwu, pomyślałem, i bałaknęli wsie kiwnąwszy mi po ciemku recht recht i recht.

Na paluszkach i znów pod te drzwięta. Jołop u nas był za mocnego i normalnie wydźwignęli mnie Pete i Georgie na jego krzepkie i po mużycku gromadne plecza. A cały ten czas, o! dzięki ci, światowy programie w tej ocipiałej ti wi! a tym bardziej, że wpychle czują nocny lęk z niedostatku policji nocnej, tak martwa była ulica. Już u Jołopa na pleczach zobaczyłem, że to kamieniarstwo nade drzwiami fajnie mi uchwyci but. I kolano w górę, braciszkowie, i już! Okno było, jak się spodziewałem, zakryte, ale sięgnąłem brzytwą i trach delikatnie szkło jej kościaną rukojatką. W niżu drużkowie moi tylko sapali. Więc ja grabę w rozpęk i jak pichnąłem, tak dolna połowa śmignęła w górę, pięknie i gładziutko. I raz dwa jakby w kąpiółkę, dostałem się. A moje owieczki z dołu gapią się, rozdziawione, o braciszkowie moi.

I dawaj obijać się ja po ciemku, nic, tylko łóżka i komody i gromadne ciężkie fotele i stosy pudeł i książek. A ja po męsku szagom marsz ku drzwiom pokoju, w którym się znalazłem, a gdzie szparka pod nimi przeświecała. Drzwi uczyniły kwiiiiiiiiik i oto zakurzony korytarz z innymi drzwiami. Tyle się tu marnuje, braciszkowie, znaczy się wszystkie te komnaty i tylko jedna stara picz i jej kici kici, ale może te kiciory i koszki mają dla każdego po jednej sypialni? i pożywają se tak na śmietance i rybich łbach jak te królowe udzielne i kniazie. Z dołu szedł jakby przytuszony głos tej starej psiochy: - Tak tak tak, dooobrze! - ale widać musiała bałakać do tych miauczących z bokowca maaaaaa że chciałyby jeszcze mleka. I przyuważył ja schody idące w niz do holu i błysnęło mi, żeby pokazać tym kapryśnym i nie oczeń spolegliwym, tym nikudysznym kumplom, że jestem wart ich trzech i jeszcze ponadto. Że wszystko to zrobię sam na samo gwałt i adzinoko. Jakby trza, to zdziałam ultra kuku sam dla tej chryczki starożytnej i jej kiciorów, a potem zgarnę ile w grabach się zmieści barachła, co mi się wyda poleżne i walczyka! do tych drzwiąt od frontu i rozpachnąć je, i sypnąć złota i srebra po wyczekujących mnie drużkach. A niech wiedzą, co się znaczy istne wożactwo.

Tak i zszedłem ja z wolna po cichu, dziwując się po schodach w niz, jakie to starożytne porno w lanszaftach: że dziuszki długo i prostowłose w kołnierzu wysokim i jakby wiocha, w niej drzewa i konie, i jakiś grzdyl świętojebliwy, gołoguzy i obwisły na krzyżu. Woniało tam aż pleśniawie od tych koszek i od kocich ryb i murchłego żyliszcza w starym brudactwie, inaczej niż w blokach. I już byłem na dole i widziałem światło w tej komnacie z frontu, gdzie ona mlekiem obkarmiała te swoje koty i koszki. Oraz jak ta wielka i opasła szkacina to włazi, a to wyłazi, a chwost im się wołnuje i jakby się czochrały u spodu drzwi. Na wielkiej drewnianej skrzyni w ciemnym holu zobaczyłem fajniutką, drobną figurkę, co świeciła w blasku od komnaty, więc ją zgarnąłem sam dla własnego siebie, a była to młoda i chuda dziuszka, stała na jednej nodze z wyciągniętymi rękoma i widno, że cała ze srebra. I z nią już w oświetlony pokój i zagaiwszy: - Hej hej hej. To wreszcie spotkaliśmy się. Nasz krótki bałach przez szparę do listów nie dał nam, że tak powiem, do izbytku satysfakcji, nieprawdaż? Należy to przyznać, o! zaiste nie dał, ty stara i smrodliwa raszplo. - I tak jakbym się przyszczurzyl i zamrugał w oślep do tej komnaty i starej psiochy. Pełno tu było kotów i koszek snujących się tam i nazad po dywanie, a w powietrzu nisko unosiły się kłaki kociego futra i były te opasłe bydlaki różnego kształtu i barwy, czarne, białe, szarobure i marmurkowate, rude i w każdym wieku, czyli że i figlu miglu ze sobą kociątka i dorosłe kiciory, i takie po nastojaszczy śliniące się, stare i bardzo złe. Ich pani, ta stara psiocha, rypnęla na mnie wściekle niby chłop i odezwała się:

- Jak tu wszedłeś? Nie zbliżaj się, ty płazie, ty zasmarkany łobuzie, bo zmuszona będę cię uderzyć. .

Obśmiałem się z tego po prostu horror szoł widząc, ze ma w żylastej łapie zafajdaną laskę, no, kij, i podniosła go na mnie z pogróżką. To ja błysk dając kaflami podszedłem do niej, wcale nie śpiesząc się, i po drodze przyuważylem na takim jakby kredensiku coś malutkiego a ślicznego, co tylko malczyk rozkochany w muzyce, niby ja, mógł się spodziewać że uświadczy na własne dwoje oczu, taki jakby łeb i plecza samego Ludwika Van, co się nazywa popiersie (czyli biuścisko) niby że kamienne z długimi włosami, ze ślepymi oczyma i w gromadnym a fiu iiu halsztuku. To ja do niego ze słowami: - No, ale pięknota i całe moje. -- Tylko że tak szagając na prałom i tylko on w głazach, nic więcej, z grabą łapczywie wyciśniętą, nie baczyłem tych spodków z mlekiem na podłodze i w jeden, i straciłem niemnożko równowagi. - Uups powiadam, starając się udzierżać, a ta fifa zgrzybiała jak chytro doskoczy z tylu i oczeń bystro na swój wiek i trach! trach! mnie po baszce tym swoim kusztyczkiem laski. Aż ruchnąłem na graby i kolana, chcę się pozbierać i zagajam: - Nieładnie, oj, nieładnie! A ta znów trach trach trach i powiada: - Ty nędzna, ty mała pluskwo z rynsztoka, będziesz mi się włamywał do prawdziwych ludzi! - A mnie się nie ponrawiła ta zabawa w trach trach no i grabnąłem za czubek tej lagi, jak na mnie leciał, i znów ona straciwszy równowagę i chciała się oprzeć na stół, a tu obrus pojechał i z nim ten dzban mleka i flacha zachybotnęły się, jak fest upite, i bryzg to białe na całość i krugom, a ta wyłożywszy się na podłodze, tylko stękła i znowu swoje: - A do licha, ty smarkaczu, no, pożałujesz. - Teraz już i koszki wzięły się spuknięte biegać i prygać, cale to szamrajstwo, koci popłoch i tyle, niektóre znów miały zgryz do koleżków i aby im przyłożyć khaaa po kociemu i dać ze starego pazura i ptf ptf i grrrr! i khaaaaark. A ja się podniosłem i leży ta wredna stara pizga zajadła, ta bzdręga i tylko faflami dryga i stęka, jakby się starała dźwignąć, to przyłożyłem jej malutkiego, fajnego kopa w ryło i jej się to czegoś nie spodobało, bo skrzyknęła: - Uaaaaa! - i widno było, jak jej pożyłkowana i kropczata morda robi się purch purch purowa w miejscu, gdzie ja przykarbowalcm jej ze starego giczoła.

Jak odstępowałem po tym kopie, to musiałem nadepnąć na chwost jakiemuś z tych zrażających się ze skrzykiem kociątek, bo usłyszałem gromkie jaauuuuu i stwierdziłem, że coś jakby z futra i zębów i pazurów okręciło mi nogę, a ja w to mięchem klnę i próbuję otrząchnąć w jednej łapie z tą srebrną figurką i do tego chcę przestąpić to fifsko na podłodze i grabnąć Ludwika Van tak cudnie sępiącego się jakby w kamieniu. I bryzg w następny aż po brzegi spodek mleka śmietankowego i znów mało nie pofrunęło mnie, owszem, bardzo to wszystko uśmiejne, jakby sobie wystawić, że trafiło na kogo innego, a nie na Pokornego Sługę i Autora Tych Słów. A ta stara z podłogi jak sięgnie przez kotłujące się i drące kociska i chaps mnie za giczoł, nie zaprzestając tego: - Uaaaaaa! - na mnie, a bywszy już trochę z równowagi, na ten raz wykonałem po nastojaszczy bach trach i lubudu, w mleko chlups i w rozwrzeszczane koty, a ta stara bzdręga mnie piąchami po ryju, bo już oba my na podłodze, i w skrzyk: - Huzia na niego, bić go, powyrywać mu te pazury z łap i brać go, jadowitego gnojka! - wszystko do tych kociątek: i jakby się posłuszały tej starej chryczki, parę ich dorwało mnie i wzięły się dziargać jak z uma szedłszy. Aż i ja z uma wyszedłem, braciszkowie, i wziąłem je łomotać, a babuszka na to: Uch ty ropuchu, nie waż się tknąć moich kociątek! - i dziarg mnie po mordzie. To ja w skrzyk: - Oż ty brudny, stary torbiszonie! - i zaniosłem się tą małą jakby srebrną figurką i raz ją normalnie w łeb i dopiero się tak bardzo horror szoł i fajnie przymknęła.

Wstałem ja z tych rozjarganych kotów, z podłogi, i co ja słyszę w oddaleniu, jak nie stary wóz policyjny, pędzący na sygnale i zrazu mi błysnęło, że ta kocia bzdręga już truła w telefon do gliniarzy, kiedy ja myślałem, że woła na te swoje miauczydła i mruczydła, a w niej podejrzliwość już zakipiała, ledwie zadzwoniłem, że niby o pomoc. Więc teraz, posłyszawszy ten użasny wyj glinowozu, rzuciłem się do frontowych drzwi: no i po nastojaszczy uszarpalem się, co by odkluk odkluk te wszystkie rygle i zamki i łańcuchy i wszelkie zabezpieczenia. Wreszcie odkryłem i kogo ja widzę na dworze, w progu, jak nie starego Jołopa! a tamci dwaj niby moi drużkowie tak spruwają, że już ledwie ich widno. - Raus! - dałem krzyk do Jołopa. - Glina! - Jołop na to: - A ty zostaniesz się ich przywitać hu hu hu i dopiero ujrzałem, że on ma cepki w grabie i zamachnął się i one whiiisz! jak wąż i z lekka zacepił mnie artystycznie po samych powiekach, tyle co je zdążyłem przymknąć. Aż zawyłem i w kółko, starając się dojrzeć coś w tym do wycia okropnym bólu, a Jołop mi wstawia: - Nie lubię ja żebyś mi robił to, co zrobiłeś, mój stary braciszku. To nie było recht, żeś mi tak zrobił, drużku. - I dobiegło mnie, jak udalają się jego ciężkie buciory z tym jego hu hu hu w ciemność i najwyżej po siedmiu sekundach usłyszałem, jak zajeżdża glinowóz w tym wrednie opadającym wyciu syreny jak bezumno i dziko węszący zwierz. Ja też wyłem i jakby zatoczywszy się i łbem trach! o ścianę w holu, z głazami zaciśniętymi fest i sok je zalewał, oczeń boleśnie. I macałem tak w przejściu w holu jakby na oślep, kiedy wpadło gliniarstwo. Nie widziałem ich, oczywiście, ale słyszałem i prawie że poczułem, jak zacuchły te skurwle i zaraz ich dotyk, jak dorwali mnie ostro i za grabę, wykręcili, no i wywlekli mnie. Posłyszałem też głos jednego szpiku jakby z tej komnaty, co ja wyszedłszy, gdzie te kociska: - Jest ciężko pobita, ale oddycha - i wciąż ten gromki miauk i miauk.

- To dopiero przyjemność - odezwał się jakiś inny gliniarz, kiedy mnie wrzucali, raz dwa i żestoko, do wozu. - Nasz malutki Alex i cały dla nas. - To ja krzyknąłem:

- Jestem zupełnie ślepy, żeby was Bóg skarał i wykrwawił, wy brudne skurwle!

- Uważaj, mowa, mowa - śmiechnął się czyjś glos i dostałem jakby na odlew grabą w tych pierścionkach albo czymś podobnym w samego ryja. Więc ja do nich:

- A żeby was Bóg miłosierny ukatrupił, wy cuchnące bękarty niedomyte. A gdzie reszta? Gdzie moi drużkowie, ci szajsowaci zdrajcy? Jeden z tych braciszków moich, skurwiel ponury, tak mi przyłańcuszył po ślepiach. Łapcie ich, bo uciekną. Wszystko to ich sprawa, braciszki. Przymusili mnie. Jestem niewinny, żeby tak was Bóg pomordował. - Teraz wszyscy już porechotali się ze mnie na całego, bez kroszki tej wrażliwości, no i wrypali mnie lup łup na tył wozu, a ja wciąż posuwałem o tych niby to drużkach moich, aż dotarło do mnie, że nic z tego nie wyjdzie, bo już dawno siedzą se ujutno pod Księciem Nowego Jorku i ładują te czarną z mydlinami oraz podwójne szkoty w chętne gardziołka tych starych śmierdzących fif i te wykrzykują: - Dziękujemy wam, chłopcy. Boże was pobłogosław. Byliście tu przez cały czas, chłopaki. Nie spuściłyśmy z was ani na chwilę z oka.

W tym czasie gnali my pod sygnałem na komisariat (znaczy się uczastek) poli mili, ja wklinowany między dwóch gliniarzy i co raz przypadkiem biorąc to stuk, to łomot od tych śmiejaszczych byków. Aż pokazało się, że już mogę ciut po niemnożku odkryć te powieki i przez cieknące łzy dojrzeć coś jakby miasto, ale zamglone i rozpłynięte w biegu, a światła jakby najeżdżały wciąż jedno na drugie. I przez te bolesne patrzałki widziałem już koło siebie dwóch szpików rechoczących i z przodu szafiora z chudą szyją i przy nim drugiego wybladka z grubą, co zagajał do mnie tak jakby w przekąs: - No co, Alex bojku, to czeka nas z tobą przyjemny wieczór, co? - Więc ja mu na to:

- A skąd wiesz, jak się nazywam, ty gnojny śmierdzący byku? Żeby cię Bóg siepnął do piekła, ty brudny skurwlu ty, łachmyto. - Ci apiać na to w rechot i jeden z tych obok zafajdanych łapsów mało mi ucha nie ukręcił. A ten z byczym karkiem nie prowadzący tak mi posunął:

- Każdy zna małego Alexa i jego drużków. Już sławnym chłopięciem stał się nasz Alex.

- To nie ja - krzyknąłem. To tamci. Georgie i Jołop i Pete. To są istne skurwysyny, a nie moi drużkowie.

- No cóż - mówi ten karczasty - będziesz miał cały wieczór na opowiadanie, jakich to czynów bohaterskich dopuścili się ci młodzieńcy i jak sprowadzili na złą drogę małego Alexa, to niewinne biedactwo. - Tu rozdało się wycie drugiej, jakby policyjnej syreny i minęli nasz wóz, tylko w przeciwną stronę.

- To po tych skurwli? - zagabnąłem. - Czy to wasze skurwle jadą ich zgarnąć?

- To była - odkazał mi z byczą szyją - karetka pogotowia. - Niewątpliwie po tę starszą panią, po twoją ofiarę, ty makabryczny i wredny łajdaku.

- Wszystko to ich wina - dałem skowyt i zamrugałem tymi bolesnymi głazami. - Te skurwle nawierno siedzą i trąbią pod Księciem Nowego Jorku. Zgarnijcie ich, wy śmierdziele i niech was szlag trafi. - Znów rozległ się rechot i znów połuczyłem niemnożko łup, o braciszkowie moi, w to biedne, zbolałe usto. A potem zajechali my pod ten zafajdany uczastek i pomogli mi wysiąść, kopiąc i szarpiąc, i co stopień to ładując mi lup łup w górę po schodkach i już wiedziałem, że nie będą ze mną pogrywać fer te zafajdane podłe niemyte skurwle, żeby ich tak Bóg skarał.

 

 

 

 

7

 

Zawlekli mnie do cyrkułu jasnego aż oślepia, wybielonego, w którym to aż zatykała woń jakby zmieszane w jedno rzygowiny i sracz i z mordy cuch od piwska i dezynfekalia, wszystko jakby z tych klatek obok przez rzeszotki. W celach część zakluczonych robiła zgiełk to pizgając mięchem, to wyśpiewując i wydało mi się, że słychać, jak jeden ryczy po żłopacku:

 

Owszem, wrócę do ciebie, moja mila.

Jak ty już nie będziesz żyła.

 

Ale i gliniarze pokrzykiwali na nich, żeby się zamknąć i daże było słyszno, jakby ktoś brał horror szoł po nastojaszczy łomot i wizgał uujjjj głosem uchlanej starej psiochy, a nie mużyka. Ze mną było w tej stróżówce czterech łapsów i wsie na balszoj gromko trąbili sobie czaj, na stole gromadny imbryk, a ci siorb siorb i bekają na sto dwa z tych wielkich brudnych kubasów. Mnie wcale nie poczęstowali. Jedno co połuczyłem od nich, braciszkowie moi, to stare i zafajdane lustro, żebym się przejrzał: i naisto już nie byłem ten przystojniak Wasz Młody Gawędziarz i wygląd mój budził trwogę: usto spuchnięte i głazki do imentu czerwone i kluf też obtłuczony jak bulwa. Poryczeli się wprost horror szoł zobaczywszy, jak mnie to nie wkusno i jeden powiada: - Zły sen zakochanego i tyle. - Wszedł jakiś wysoki bonziak z gwiazdkami na pleczach, żeby pokazać, jaki to on duży duży duży! i zobaczył mnie i zrobił: - Hm. No i zaczęło się.

Ja skazałem:

- Nie powiem ani jednego słowa jedynego, póki nie ujrzę tu mego adwokata. Znam się na prawie, wy skurwiołki. - A ci się normalnie dali w rechot oczeń gromko na balszoj i ten gwiaździsty ober gliniarz powiada:

- Ależ recht i rychtyk, chłopaki, zaczniemy od pokazania mu, że my też się znamy na prawie i że jednak nie tylko w tym rzecz. - Miał taki dżentelmeński głos i bałakał jakby oczeń ustawszy i kiwnął jakby po drużeski na jednego tłustego i gromadnego szpika. I ten gruby dziarmaga zdjął kurtkę i było widno, że ma stare po nastojaszczy wielgachne brzucho i podszedł nie śpiesząc się i poczułem cuch wydudloncgo czaju z mlekiem, jak rozdziawił się do mnie i obszczerzył w tym oczeń chytrym a wymęczonym uśmiechu. Nie był za dobrze ogolony jak na gliniarza i miał pod pachami takie plamska od wyschniętego potu, i jak się przybliżył, to zajechało jakby woskowiną z niemytych uszu. I zwinął to parszywe czerwone grabsko w kułak i dogitarzyl mi w sam żołądek, co było nie fer, a reszta miłych cyjniaków o mało se łbów nie odrechotala za wyjątkiem tego najważniejszego, co wciąż ustawszy i jakby znudzony obszczerzal się i tyle. Aż musiałem się oprzeć o wybieloną ścianę i ta bielizna cały ciuch mi usmotruchala, jak pytałem się apiać dychnąć w okrutnym bólu, a potem wyrzygnąć tego paja klejaszczego się, co zjadłem, nim wieczór się zaczął. Ale tego bym nie zniósł, żeby wziąć i zarzygać podłogę, więc się udzierżałem. I patrzę, a ten tłusty dziarmaga odwraca się do swoich kumpli, do cyjniaków, aby się z nimi fest obśmiać, że mnie tak załatwił, no to uniosłem prawy giczoł i zanim krzyknęli, aby uważał, ja mu fajnie przyładowałem horror szoł kopa jak raz w piszczel. A ten wziął prygać w kółko i wrzeszczeć na zabój.

Ale potem flekowali mnie już kolejno, szwyrgając mnie jeden drugiemu jak tę krwawą, zeszmaconą piłkę, o braciszkowie moi. z piąchy mi ładując to w jaja, to w ryj, to w brzuch i przy tym z buta, aż nareszcie przyszło mi się rzygnąć na tę podłogę i daże skazałem na to jak z uma szedłszy: - Ja winowat, oj, braciszki, tak że nielzia! Ja winowat winowat i winowat. - A ci dali mnie odrywki ze starych gazet i kazali, żebym wytarł, i na ostatku przymusili mnie, że mam uładzić do czysta trocinami. A potem zagaiwszy no po prostu jak serdeczni moi przyjaciele kazali siad na zad i że wreszcie sobie grzecznie porozmawiamy. I na to wszedł zobaczyć się ze mną P. R. Deltoid, bo miał biuro w tym nastojaszczym budynku, z wyglądu bardzo ustawszy i zbrudłachany, i zaczął od słów: - No i stało się, Alex, mój chłopcze, co? Toczka w toczkę jak przewidywałem. No i proszę proszę, no tak. - Po czym zwrócił się do miłych cyjniaków: - Cześć, inspektorze. Cześć, sierżancie. Cześć i dobry wieczór wszystkim. No, to ja mam tę sprawę z głowy, no i tak. Proszę proszę, jak ten chłopak wygląda? Coś wydaje mi się że nie za bardzo.

- No cóż, gwałt się gwałtem odciska - zagaił ten najważniejszy jak święty baranek. - Bo stawiał czynny opór zatrzymującej go legalnie policji.

- No i sprawa z głowy, no tak - powtórzył - P. R. Deltoid. I wyślepił się na mnie tak całkiem zimno, jakbym ja teraz już był rzecz, a nie zakrwawiony, pobity i bardzo ustawszy człowiek. - Chyba muszę jutro pokazać się w sądzie.

- To nie ja zrobiłem, braciszku, proszę pana- odezwałem się tak ciut płaksiwie. - Bardzo proszę za mną przemówić, bo nie jestem taki doszczętnie zły. To inni zdradziecko wciągnęli mnie, proszę pana, i podprowadzili.

- Rozśpiewał się jak makolągwa - zaszydził ten bonziak. - Aż dach się unosi od jego śpiewu.

- Przemówię - rzekł chłodno P. R. Deltoid. - Nie bój się nic, będę jutro w tym sądzie.

- Gdyby pan miał chęć mu przyłożyć po mordzie - włączył się najważniejszy - to proszę się nie krępować. My go przytrzymamy. Dla pana to chyba znów ciężkie rozczarowanie.

Na to P. R Deltoid uczynił coś, o co nigdy bym nie posądził takiego jak on, co ma obowiązek społeczny ratować i wychowywać nas, niegrzecznych małyszów na takich po nastojaszczy horror szoł małyszów, a zwłaszcza przy tych gliniarzach. Postąpił się bliżej i napluł. No tak, napluł. W ryja mi napluł tak fest, na całego, potem wytarł se ten mokry, zapluty pysk wierzchem dłoni. A ja wziąłem swój zakrwawiony tasztuk i tarłem, i ocierałem, i wciąż tarłem sobie oplute lico, powtarzając: - Dziękuję panu, bardzo panu dziękuję, to bardzo szlachetnie z pana strony, ogromnie panu jestem wdzięczny. - Po czym P. R. Deltoid wyszedł ani słowem się już nie odzywając.

A polucyjniaki wzięli się za to długie zeznanie, co je miałem podpisać, to ja podumałem sobie: a niech was piekło i szlag trafi, a jeżeli wy wszyscy jesteście po stronie dobra, to ja cieszę się, że po tej drugiej. - No i fajno - skazałem - wy zafajdane skurwysynki, o, tym jesteście, wy gnojne łachmytki. Bierzta, czemu nie, wszystko se bierzta. Nie idę się więcej czołgać na brzuchu, wy parchate kundle. Od czego chcecie zacząć, wy zacuchłe szajsowate bydlaki? Jak ostatni raz byłem w poprawczaku? A to horror szołe pażałusta, horror szol. - I posunąłem im wszystko jak leci, a ten mili stenograf, bardzo cichy i spuknięly członio, po prawdzie to sawsiem nie w typie gliniarza, bazgrał tej rozpiski stronę za stroną za stroną za. Wszystko im posunąłem, i ultra kuku, i stary zachwat, i łomot, i ryps wyps tam i nazad, wszystko, aż do tej nocy u starej bogatej psiochy z jej miau miau kiciorami. I postarał się ja, żeby moi tak zwani drużkowie tkwili w tym aż po szyję. A jak przekopałem się przez to wszystko, ten mili stenograf robił takie wrażenie, jakby mu było trochę słabo; nieszczęsny mudak. I ten ważniak mu skazał tak więcej miłosiernie:

- Już dobrze, synu. teraz idź napij się czaju i przestukaj cały ten brud i plugastwo, tylko przedtem ściśnij sobie nos klamerkami do bielizny, w trzech kopiach, żeby nasz miody przystojniaczek mógł to podpisać. A ciebie - zwrócił się do mnie - już można odprowadzić do ślubnych apartamentów z wszelkimi udogodnieniami i z wodą bieżącą.

W porządku - tym ustawszym głosem do dwóch gliniarzy z tych zaiste najtwardszych - zabierzcie go.

Więc odprowadzili mnie na kopach i z piąchy i na twojamaci do tych klatek i zakluk zakluk w celi, gdzie było już pewnie z dziesięciu albo dwunastu zakluczonych, w tym wielu pijanych. Było wśród nich po nastojaszczy unter bydło, użasna trwohyda, jeden z klufem do imentu wyżartym i gębą rozdziawioną jak wielka czarna dziura, jeden chrapiący na podłodze, rozwalony, a glut mu z ryja cały czas wyciekał i jeden, co jakby cały fekał se normalnie dawał w kaloty. Było także dwóch jakby dupodajnych, obaj napalili się na mnie i jeden mi prygnął na grzbiet i przyszło mi się z nim fest poharatać i tak śmierdział jakby denaturką i tanią perfumą, że o mato się znów nie porzygałem, tylko już nie miałem czym, o braciszkowie moi. A potem drugi z łapami do mnie i ci dwaj zaczęli się szarpać z charkotem, obaj napaleni na moją płyć. I tak wzięli się rozrabiać, aż paru gliniarzy wpadło i pałami dało im obu taki łomot, że im przeszła zadyma i już całkiem spoko usiadłszy zagapili się w przestrzeń, a po mordzie jednemu z nich stary blut kap kap i kap. W celi były daże i prycze, ale zapełnione. Wdrapawszy się po jednej na sam wierzch (a spiętrzone były po cztery) znalazłem starego chryka, jak chrapał, nawierno pizgnięty tam na górę przez łapsów. Tak czy siak zwaliłem go w niz (nie był znów taki ciężki) i ruchnąwszy na jakiegoś tłuściocha, żłopaka, co kimał na podłodze, obaj zbudzili się i w skrzyk, i zaczęli się tak wzruszająco łomotać. A ja leżąc na tym zacuchłym barłogu, o braciszkowie moi, zapadłem w oczeń ustawszy i wymęczony i obolały sen. Ale nie był to właściwie sen, tylko jakby przeprowadzka do innego, lepszego świata. W tym innym, lepsiejszym świecie, o braciszkowie moi, znalazłem się jakby na wielkim polu, gdzie najrozmaitsze kwiaty i drzewa, i był jakby kozioł z mordą jak u człowieka, grający na takim flecie. A potem się wydźwignął jak słońce sam Ludwik Van z mordą jakby z pioruna i grzmotu, w halsztuku i z rozwianymi dziko wło sami, no i usłyszałem Dziewiątą, jej ostatnią część, ze słowami ciut pomieszanymi, jakby wiedziały, że wypada się tak pomieszać, bo to jest we śnie:



dalej


strona główna
(23kB)