(23kB)
strona główna


JENNIFER LYNCH

 

SEKRETNY DZIENNIK LAURY PALMER

Kochany pamiętniku! 22 lipca 1984 r.

 

Nazywam się Laura Palmer. Właśnie parę minut temu skończyłam oficjalnie dwanaście lat! Jest 22 lipca 1984 roku, a był to dla mnie wspaniały dzień. Ty byłeś ostatnim prezentem, jaki rozpakowałam, i nie mogłam się doczekać momentu, kiedy pójdę na górę, żeby zacząć ci opowiadać o sobie i o swojej rodzinie. Tobie zwierzać się będę ze wszystkiego. Obiecuję opowiadać ci wszystko, co się będzie działo, wszystko, co czuję, wszystko, czego pragnę, każdą najmniejszą myśl. Są rzeczy, których nie mogę wyjawić nikomu. Obiecuję ci, że ty będziesz o nich wiedział.

Kiedy zeszłam dziś rano na śniadanie, zobaczyłam, że mama obwiesiła cały dom serpentynami i nawet tata paradował w zabawnym kapeluszu, przygrywając na trąbce. Myślałam, że nie wytrzymamy z Donną ze śmiechu.

Donna to moja najlepsza przyjaciółka pod słońcem. Nazywa się Hayward, a jej ojciec, doktor Hayward, sprowadził mnie na świat dwanaście lat temu. To nie do wiary, że udało mi się zajść tak daleko. Mama popłakała się przy stole, mówiąc, że zanim się spostrzegę, będę dorosłą kobietą. O tak, na pewno. Wiem, że upłyną jeszcze lata, zanim dostanę pierwszej miesiączki. Chyba zwariowała, jeśli myśli, że dorosnę w mgnieniu oka, zwłaszcza jeśli będzie mi nadal dawała pluszowe zwierzątka na urodziny!

Dziś wszystko się odbyło tak, jak tego pragnęłam, to znaczy była tylko Donna i rodzice. No i oczywiście mój kot Jupiter. Na śniadanie były moje ulubione naleśniki z jabłkami i sokiem klonowym oraz grzanki z zakwasem.

Od Donny dostałam bluzkę, którą widziałam na wystawie w domu towarowym Horne'a. Wiem, że kupiła ją za swoje kieszonkowe, które odkładała od dłuższego czasu, nie chcąc mi powiedzieć na co. To najpiękniejsza bluzka, jaką kiedykolwiek widziałam! Jest z białego jedwabiu, cała w haftowane różyczki, ale nie na tyle, żeby wyglądała źle. Jest po prostu doskonała. Ja też dam Donnie na urodziny coś ekstra.

Jutro przyjeżdża na cały tydzień moja kuzynka Madeline lub po prostu Maddy. Zamierzam z nią i z Donną wybudować w lesie twierdzę i nocować tam, jeśli mama nam pozwoli. Co do taty -nie mam wątpliwości. On kocha las tak jak ja. Kiedyś śniło mi się, że przeprowadziliśmy się z nim do domu w głębi lasu i za oknem mojego pokoju rosło olbrzymie drzewo, na którym zagnieździły się śpiewające ptaki.

Kochany pamiętniku, zaraz wrócę. Tata woła mnie z dołu. Mówi, że ma niespodziankę. Opowiem ci wszystko, jak wrócę.

 

Całuję, Laura.

 

Kochany pamiętniku! 22 lipca 1984 r., później

 

Nigdy nie uwierzysz, co się stało! Zeszłam na dół, a tata powiedział mnie i mamie, żebyśmy wsiadły do samochodu i nie zadawały żadnych pytań aż dojedziemy na miejsce. Oczywiście, mama zadawała pytania przez całą drogę. Ja nie miałam nic przeciwko temu, licząc, że tacie może coś się wypsnie. Ale na próżno. Sama siedziałam cicho, żeby nie stracić niespodzianki. Kiedy zajechaliśmy pod stajnię na Łamanym Kręgu - wiedziałam! Tata kupił mi kucyka! Pamiętniczku, on jest przepiękny, znacznie piękniejszy niż mogłabym sobie kiedykolwiek zamarzyć! Jest w kolorach czerwono cynamonowym i ciemnobrązowym. Ma duże i słodkie oczy. Mama nie wierzyła własnym oczom, kiedy go zobaczyła i zaczęła się dopytywać, jak tacie udało się to zrobić w tajemnicy przed wszystkimi. Tata powiedział, że gdyby ona wiedziała, z całej niespodzianki byłyby nici, i ma rację.

O mało nie przyprawiłam mamy o zawał, włażąc kucykowi pod nogi, żeby sprawdzić czy jest chłopcem czy dziewczynką. Ale wystarczył rzut oka, żeby stwierdzić, że to chłopiec. Tak jakbym nigdy przedtem czegoś takiego nie widziała. Mama nie zna swojej córeczki tak, jak się jej to wydaje...

Wracając do kucyka. Postanowiłam go nazwać Troy, tak jak kucyk w albumie pani Larkin. Zippy, który pracuje w stajni, powiedział, że napisze mi dużymi literami TROY na tabliczce, którą powiesi się z przodu, tak żeby każdy wiedział od razu, jakie ma imię. Troy jest jeszcze za mały do jazdy, ale za dwa miesiące będę mogła go już dosiąść i pogalopować przez pola. Dziś poszłam z nim na spacer i dałam mu marchewki (tata miał ją w bagażniku) i kostkę cukru, którą dał mi Zippy. Troy był tym wszystkim zachwycony. Przed rozstaniem się wyszeptałam w jego ciepłe, miękkie ucho, że zobaczymy się jutro i że napiszę o nim wszystko tutaj, w pamiętniku. Nie mogę się doczekać, żeby go pokazać Donnie! Zapomniałabym, Maddy też go przecież zobaczy!

Kiedy wracaliśmy ze stajni do domu, tata powiedział, że obchodzimy z Troyem urodziny tego samego dnia, bo kiedy podarowuje się kucyka komuś, kto go będzie kochał, dzieli się z nim wszystko. A więc tobie też, Troy, wszystkiego najlepszego!

Cieszę się, że nie wiem skąd pochodzi, bo w ten sposób jest jakby zesłany z nieba prosto dla mnie.

W każdym razie, pamiętniczku, jutro jest wielki dzień. Dziś będę cudownie spała, śniąc o Troyu i o tym, jak będziemy spędzać razem cały czas. Jestem najszczęśliwszą dziewczyną na świecie.

 

Całuję, Laura.

 

P.S. Mam nadzieję, że BOB nie przyjdzie dziś w nocy.

 

Kochany pamiętniku! 23 lipca 1984 r.

 

Jest późna noc, a ja nie mogę spać. Śnił mi się koszmar za koszmarem i postanowiłam w końcu w ogóle zrezygnować ze snu. Myślę, że Maddy będzie zmęczona podróżą do nas i będzie chciała się jutro zdrzemnąć tak czy owak, więc i ja będę się mogła wtedy przespać. Może kiedy rozjaśni się, moje sny nie będą takie ponure.

Jeden z nich był okropny. Obudziłam się z krzykiem, bojąc się, że mama mnie usłyszy i przyjdzie, a ja chcę być teraz po prostu sama. Ona tego nie zrozumie. Kiedy nie mogę zasnąć albo, tak jak dzisiaj, mam koszmary, zawsze przychodzi i śpiewa mi „Walc Matyldy”. Nie to, żebym nie chciała, żeby mi śpiewała. Po prostu śnił mi się dziś dziwny mężczyzna, który śpiewał właśnie tę piosenkę mamy głosem. Byłam tak przerażona, że nie mogłam się ruszyć.

Śniło mi się, że chodzę po lesie w pobliżu Perłowych Jezior. Wiał bardzo silny wiatr, ale tylko wokół mnie. Było upalnie. Wiatr. Jakieś sześć metrów dalej stał ten mężczyzna. Miał długie włosy i bardzo duże, zgrubiałe ręce. Były bardzo szorstkie, a on, śpiewając, wyciągał je ku mnie. Jego broda nie poruszała się na wietrze, bo wiało tylko wokół mnie. Opuszki jego kciuków były czarne jak węgiel i zataczał nimi kręgi, zbliżając ku mnie ręce. Posuwałam się ku niemu, choć wcale nie chciałam, bo przerażał mnie.

Powiedział: „Mam twojego kota”, a Jupiter wyskoczył mu zza pleców i pomknął w głąb lasu jak biały punkcik na czarnym papierze. Śpiewał dalej, a ja usiłowałam mu powiedzieć, że chcę wracać do domu i chcę, żeby Jupiter poszedł ze mną. Słowa nie mogły mi się jednak przecisnąć przez gardło. Wtedy podniósł ręce, bardzo, bardzo wysoko, jak gdyby z każdą minutą rósł i powiększał się. W miarę jak jego ręce wznosiły się, czułam, że wiatr wokół mnie ustaje i nagle wszystko uspokoiło się. Pomyślałam, że puszcza mnie, bo czyta w moich myślach, tak to przynajmniej odczuwałam. Więc kiedy zatrzymał w ten sposób wiatr swoimi rękami, pomyślałam, że wypuszcza mnie, pozwala pójść do domu.

Wtedy musiałam spojrzeć w dół, bo poczułam ciepło między nogami, ale nie takie przyjemne ciepło, lecz żar. Paliło mnie, więc musiałam rozsunąć nogi, żeby się ochłodziły. Żeby przestały mnie piec, tak mocno. I wtedy zaczęły się rozsuwać same, jak gdyby miały oderwać się od ciała. Pomyślałam, że umrę już tak, i czy ktoś zrozumie, że usiłowałam zacisnąć nogi, ale nie mogłam, bo paliły mnie. Wtedy mężczyzna spojrzał na mnie z tym swoim strasznym uśmiechem i zaśpiewał głosem mamy „Puścisz się ze mną w walca, Matyldo”. A ja znowu usiłowałam mówić, ale nie mogłam. Próbowałam się ruszyć, też nic z tego. On zaś powiedział „Lauro, jesteś w domu”. I obudziłam się.

Czasem kiedy śnię, czuję się jak w potrzasku, tak jestem przerażona. Ale teraz kiedy czytam to, co tu napisałam, nie wydaje mi się to tak straszne. Może od tej pory będę spisywać wszystkie swoje sny, żeby się ich nie bać.

Którejś nocy w ubiegłym roku miałam taki makabryczny sen, że przez cały następny dzień nie mogłam się w szkole uczyć. Donna myślała, że mi szajba odbiła, bo za każdym razem kiedy wypowiadała moje imię albo dotykała mego ramienia, żeby mi podać kartkę, podskakiwałam. Nie odbijała mi jednak szajba, tak jak na przykład Nadine Hurley, tylko wydawało mi się, że ciągle jeszcze śnię. Nie pamiętam tego dokładnie, ale wiem, że w tym śnie byłam w strasznych tarapatach, bo oblałam dziwaczny test, polegający na tym, że trzeba było pomóc łodzią ludziom znajdującym się po drugiej stronie rzeki, a ja nie mogłam, bo chciało mi się akurat pływać czy coś takiego, więc wysłano do mnie kogoś, żeby mnie dotykał w zły, świński sposób. Nie pamiętam nic więcej i nie sądzę, żeby to była wielka strata.

Jestem już tak zmęczona wyczekiwaniem aż dorosnę. Któregoś dnia to się stanie i będę jedyną osobą, która będzie decydować o tym, czy mam czuć się źle czy dobrze po zrobieniu czegoś.

Do usłyszenia jutro. Ogarnia mnie zmęczenie.

 

Laura

 

Kochany pamiętniku! 23 lipca 1984 r.

 

Kuzynka Maddy będzie tu lada moment. Tata pojechał po nią sam na stację, bo mama nie pozwoliła mu mnie obudzić. Nie śpię dopiero od piętnastu minut. Żadnych snów, nie licząc tego, że mama słyszała, jak wołam ją, po czym mówi, że hukałam jak sowa. Głupio mi. Mówi, że kiedy weszła do pokoju, byłam na pół we śnie i... znowu zahukałam, po czym zachichotałam, przekręciłam się i znowu zasnęłam. Mam nadzieję, że nikomu o tym nie powie. Zawsze rozpowiada takie rzeczy w czasie proszonych kolacji na przykład z Haywardami. Zaczyna się to zawsze od słów „Kochana Laura zrobiła coś niezwykłego”, i wtedy już wiadomo, co się święci.

Kiedyś opowiedziała na przykład w obecności wszystkich, że któregoś wieczoru, tuż przed jej pójściem spać, poszłam we śnie do kuchni. Zdjęłam z siebie ubranie, wepchnęłam je do piecyka i wróciłam do łóżka. Teraz za każdym razem kiedy pomagam z Donną przy kolacji u Haywardów i podchodzę do piecyka, pani Hayward pyta żartobliwie, czy zdaję sobie sprawę z tego, że piecyk to piecyk a nie pralka.

Mama popiła sobie tego wieczoru, kiedy to opowiadała, więc jej przebaczyłam. Ale jeśli powie komuś, że pohukiwałam, to chyba umrę. Przypuszczam, że nigdy nie nadchodzi taka chwila, żeby rodzice przestali być dla dzieci źródłem ciągłego zażenowania. Moi nie są tu wyjątkiem.

Może gdybym przestała wyprawiać głupoty przez sen, nie miałaby co ludziom opowiadać.

Reszta potem.

 

Laura

(hu, hu)

 

Kochany pamiętniku! 27 lipca 1984 r.

 

Mam ci tyle do opowiedzenia. Te słowa dochodzą z wnętrza fortecy, którą zbudowałyśmy z Donną i Maddy. Tata i mama zgodzili się na nią, pod warunkiem, że będziemy z tyłu domu. Użyłyśmy drzewa, które dał nam Ed Hurley, a tata pozbijał wszystko gwoździami. Donna mówi, że gdyby zerwała się burza, byłoby po wszystkim, ale mnie się wydaje, że to by wytrzymało, bez względu na okoliczności.

Maddy jest teraz taka ładna. Ma szesnaście lat i tak jej zazdroszczę jej życia. Żebym to ja miała szesnaście lat! U siebie ma chłopaka i już za nim tęskni. On już tutaj wcześniej dzwonił, żeby się upewnić, czy dojechała szczęśliwie. Tata podśmiewał się z niej, jak to się przez telefon wdzięczyła, ale Maddy nic sobie z tego nie robiła. Donna uważa, że stałego chłopaka będzie miała pewnie dopiero po czterdziestce, kiedy brać ją będzie głuchota. Powiedziałam jej, że zwariowała, bo chłopcy już się za nami obydwiema oglądają, tylko że my jesteśmy za mądre, żeby z nimi chodzić. Zastanawiam się, jak to będzie, kiedy ktoś oprócz rodziców będzie mnie kochał i czy będzie dzwonił, kiedy będę w drodze, żeby upewnić się czy wszystko w porządku.

W każdym razie wcześniej poszłyśmy wszystkie odwiedzić Troya w stajni, wyszczotkowałyśmy go i nakarmiły. Zarówno Donna jak i Maddy powiedziały, że w życiu nie widziały tak pięknego kucyka. Zastanawiam się, czym też sobie na niego zasłużyłam. Donna też marzyła o kucyku latami, a ojciec nigdy jej go nie kupił. Ciekawe, jak długo Troy będzie żył i czy po jego śmierci kiedykolwiek przestanę płakać.

Donna właśnie podejrzała, co napisałam o umieraniu Troya i mówi, że mam za dużo smutnych myśli i jeśli tak dalej pójdzie, to kto wie, co się stanie. Donna nie wie wszystkiego tego, o czym ja wiem. Nic na to nie poradzę, ale czasami mam smutne myśli. Czasem są to myśli siedzące we mnie najgłębiej.

Mama zapakowała nam kanapki i dwa termosy. Jeden z lodowatym mlekiem, drugi z gorącą czekoladą. Maddy nie wypije więcej niż filiżankę czekolady, bo mówi, że zawsze jej od tego wyskakują krosty. Ja tam nie widzę na jej twarzy żadnych krost. Miesiączkować zaczęła trzy lata temu i mówi, że to wprost koszmar. Dostaje się od tego wyprysków i skurczów, i przez cały czas jest się zmęczoną i zdenerwowaną. Świetnie. Jeszcze jedna rzecz do wypatrywania z utęsknieniem. Mama dostała pierwszy okres, kiedy była w moim wieku. Mam tylko nadzieję, że to nie oznacza, że i ja go dostanę w tym roku. Teraz kiedy Maddy mi to opisała, straciłam wszelką ochotę.

Wszystkie trzy jemy kanapki, popijamy mlekiem i piszemy pamiętniki. Pamiętnik Maddy jest taki duży i gruby! Pamiętnik Donny jest grubszy niż mój, ale ja uczynię cię większym niż ten, który ma Maddy. Podoba mi się idea trzymania wszystkich myśli w jednym miejscu; jakby to był mózg, do którego można zajrzeć. Latarka, którą powiesiłyśmy na szczycie twierdzy, świeci w dół tak, że wszystkie możemy widzieć. Trochę światła dochodziło też z okien domu, ale zasłoniłyśmy je, zgodziwszy się, że psuło wrażenie znajdowania się samemu w lesie. Wszystkie te koce i jedzenie dają nam i tak poczucie znajdowania się dokładnie tam, gdzie się znajdujemy. W ogródku z tyłu domu! Maddy mówi, że przyniosła paczkę papierosów i później, kiedy rodzice pójdą spać, jeśli chcemy, możemy ich spróbować. Mówi, że stęchły, bo trzyma je od miesięcy, ale nie dotykała ich, bojąc się, że rodzice się zorientują. Może spróbuję jednego. Donna mówi, że nie chce, a my z Maddy na to, że nie będziemy nalegać, bo prawdziwe przyjaciółki tego nie robią. Ale ja założę się, że mogę skłonić Donnę do zapalenia rzucając na nią właściwe spojrzenie. Założę się.

Reszta później.

 

Jestem z powrotem.

Śmiejemy się tak głośno, że bolą nas brzuchy. Maddy opisywała, jak całuje swego chłopaka językiem, co mnie i Donnę zbulwersowało. Donna wykrzywiła się i powiedziała, że nie podoba się jej pomysł całowania przy pomocy języka, a ja udałam, że jestem tego samego zdania..., ale, serio, mój ty pamiętniku, kiedy usłyszałam, jak to się robi, dziwnie jakoś i śmiesznie poczułam się na żołądku. Inaczej niż..., no, nie ważne. Doznałam uczucia, że może mi się spodobać całowanie językiem. Wypróbuję to z chłopcem, który mi się podoba, jak tylko będę mogła. Maddy powiedziała, że na początku się bała, ale teraz robi to już od roku i uwielbia to. Ja opowiedziałam im obu o tym, jak w ubiegłym miesiącu, kiedy miałam gorączkę, weszłam do sypialni rodziców i zobaczyłam ich nagich, z ojcem na wierzchu. Po prostu wyszłam, a parę minut później mama przyniosła mi aspirynę i napój. Nigdy do tego nie wróciła. Donna mówi, że na pewno kochali się. Ja już o tym wiedziałam, ale nie wyglądało na to, że lubią to. Po prostu zdawali się poruszać bardzo powoli, właściwie nawet na siebie nie patrząc.

Maddy sądzi, że to był „chybcik”. Uch, moi rodzice i seks. Co za grubiaństwo. Wiem, że z tego pochodzę, ale nie zależy mi na zobaczeniu tego ponownie kiedykolwiek. Obiecuję od razu, że (jeśli) będę uprawiać miłość, będzie to dla mnie znacznie większą uciechą.

Rodzice przyszli właśnie powiedzieć nam dobranoc. Dzwonili rodzice Donny, mówiąc, że nie musi iść jutro do kościoła, więc może spać z nami. Ucieszyłyśmy się wszystkie słysząc to.

Tata kazał nam wszystkim zamknąć oczy i otworzyć ręce, po czym wetknął każdej batona, zastrzegając, żebyśmy nic nie powiedziały mamie. Potem przyszła mama, wsunęła mi torebkę i powiedziała, żeby nic nie mówić tacie. Były tam następne trzy batony! Maddy spojrzała tylko na swój i westchnęła. „Krosty”, to było wszystko, co mogła wymówić. Ale otworzyła oba, po czym wszystkie wepchnęłyśmy do ust oba nasze batony i usiłowały śpiewać „Wiosłuj, wiosłuj, wiosłuj swoją łodzią” z pełnymi ustami. Donna powiedziała, że przeżuty baton wygląda jak resztki pozostawione nam przez Troya, więc wszystkie wyplułyśmy to.

Maddy opowiedziała fajną historię, dość straszną, o rodzinie, która wyjeżdża na noc, a po powrocie znajdują ukrywających się w ich domu ludzi, którzy czekają, żeby ich zabić. Były tam jeszcze inne rzeczy, ale nie jestem pewna, co z tego chcę w przyszłości pamiętać. Nie chcę podsycać swych snów. Kiedy Donna wyszła z fortecy, żeby zrobić siusiu, Maddy zwierzyła mi się, że też miała złe sny. Powiedziała, że nie chciała mówić o tym w obecności Donny, bo ona mogłaby nie zrozumieć. Mówi, że widzi w snach mnie w lesie. Wróciła Donna i Maddy nic już nie dodała. Ciekawe czy Maddy widziała długowłosego mężczyzną? A wiatr? Maddy pisze w pamiętniku wiersze, bo mówi, że czasem fajniej jest pisać je niż jakieś nudne starocie, a gdyby pamiętnik wpadł komuś przypadkiem w ręce, to wiersze mogą pozostać niezrozumiałe. Jutro spróbuję.

Reszta później.

 

Aha, nie mówiłam, że Donna spróbuje pod moim wpływem papierosa? Maddy wyjęła je i zapaliła jednego, po czym podała go mi do pociągnięcia. Lubię wypuszczać dym z ust. To tak jak gdyby wychodził ze mnie duch, tańczący, snujący się, wiotki duch. Jak gdybym była dorosłą kobietą, otoczoną ludźmi, którzy się we mnie wpatrują, jak gdyby chcieli być mną. Nawet Donna powiedziała, że kiedy palę, wyglądam jak dojrzała osoba. Nawet się nie zaciągnęłam, więc ciekawa jestem, jak by to wyglądało, gdybym to zrobiła.

Potem była kolej na Donnę i zanim zdążyła powiedzieć „nie”, ja rzuciłam: „Cieszę się, że spróbowałam; wcale nie muszę tego więcej robić, jeśli nie będę chciała”. Więc wzięła ode mnie papierosa i wypuściła parę razy dym w twierdzy. Ona też wyglądała dobrze paląc, ale obleciał ją jakoś strach, zakrztusiła się i zaniosła naprawdę głośnym kaszlem, więc zgasiłyśmy papierosa i szybko wywietrzyłyśmy twierdzę, na wypadek gdyby rodzice się obudzili. Myślę, że kiedyś kupię sobie paczkę papierosów i będę je po prostu trzymać, tak jak Maddy. Nie przyzwyczaję się, jestem za ostrożna.

Teraz już idziemy spać i wszystkie odmeldowujemy się u naszych pamiętników. Dobranoc! Myślę, że ty i ja będziemy wspaniałymi towarzyszami.

 

Całuję, Laura.

 

 

Kochany pamiętniku! 29 lipca 1984 r.

 

Oto wiersz.

 

Od światła w moim oknie może wejrzeć we mnie,

Ale ja widzę go dopiero kiedy jest blisko

Oddychając, z uśmiechem koło mego okna

Przychodzi po mnie

Kręć się, kręć

Wyjdź i baw się, baw

Leż i nie ruszaj się, leż.

 

Okruchy rymów i piosenek

Części lasu w moich włosach i ubraniu

Czasem widzę go obok

kiedy wiem, że nie może tu być

Czasem czuję go obok

wiem, że muszę to znieść.

 

Kiedy wołam

Nikt nie może mnie usłyszeć

Kiedy szepcę, myśli

Że to tylko do niego.

Mój głosik w gardle

Zawsze myślę, że musiałam

Coś zrobić

Lub mogę coś zrobić

Ale nikt, nikt nie śpieszy z pomocą,

Mówi,

Dziewczynce małej jak ty.

 

Kochany pamiętniku! 30 lipca 1984 r.

 

Maddy przywiozła ze sobą górę ubrań i dała mi je wszystkie do przymierzenia przed lustrem. Zrozumiała, że byłam czymś przygnębiona... Chyba. Niektóre z jej strojów są przepiękne. Lubię to, jak się w nich czuję. Zwłaszcza w tej krótkiej spódniczce, z obcasami i białym puchowym sweterkiem.

Maddy powiedziała, że wyglądam jak Audrey Horne. To córka Beniamina Horne'a, u którego pracuje mój ojciec. Beniamin jest bardzo, bardzo bogaty. Audrey jest ładna, ale cicha, a czasem złośliwa. Ojciec nie poświęca jej wiele uwagi i prawdopodobnie dlatego ona się tak zachowuje. O mnie jednak zawsze dbał od urodzenia. Zawsze kiedy jest przyjęcie albo spotkanie w Great Northern, Beniamin sadza mnie na kolanach i śpiewa mi cicho do ucha. Czasem jest mi głupio wobec Audrey. Kiedy widzi, jak on mi śpiewa, musi jej się robić smutno, bo często wybiega z pokoju i nie wraca aż matka jej każe. Kiedy indziej sprawia mi jednak chyba satysfakcję, kiedy ona tak wybiega. Tak jakbym była w centrum uwagi, znaczyła dla niego więcej niż własna córka. Wiem, że nieładnie tak mówić, ale jestem po prostu szczera.

Prawdę mówiąc, chyba podobałam się też sobie w ubraniach Maddy. Coś we mnie wezbrało jak bańka. Tak czujesz się na karuzeli, nie będąc jeszcze przyzwyczajoną do lotu w górę i w dół. Na pewno gdybym ubierała się w ten sposób cały czas, wszystko byłoby zupełnie inne.

Później poszłyśmy z Maddy na spacer, ale oczywiście w dżinsach i koszulkach. W Twin Peaks rzadko spotyka się obcasy i krótkie spódniczki poza upstrzonymi chorągiewkami ogłoszeniami o zabawie tanecznej czy jarmarku. Poszłyśmy do Parku Wschodniego i przysiadłyśmy na tarasie. Maddy powiedziała, że nie narzeka na sytuację w domu, „z wyjątkiem niesłychanej czasem wrzaskliwości rodziców”. Cytuję ją celowo dosłownie, bo pomyślałam sobie, że jest to bardzo celnie powiedziane. Powiedziała, że w życiu jest wiele rzeczy, które początkowo wyglądają na niewłaściwe, ale z czasem zżywamy się z nimi.

Może powinnam zacząć myśleć w ten sposób. Może powinnam być lepszym człowiekiem, a nie myśleć w kółko o tym, co mi się przydarza. Mam nadzieję, że wkrótce na tyle dojdę w tym do wprawy, że uda mi się otrząsnąć ze wszystkiego, co tak mnie trapi, ze spraw, których nadal nie jestem nawet w stanie opisać inaczej niż fragmentarycznie. Jeśli będę lepszym człowiekiem i każdego dnia będę się starała coraz bardziej, może wszystko to się jakoś ułoży.

 

Całuję, Laura.

 

30 lipca 1984 r., później.

 

KTÓREGOŚ DNIA DORASTAĆ BĘDZIE ŁATWIEJ

 

W głębi są wzgórza kobiety gotowe do wynurzenia By ujrzeć niebo

By ujrzeć słońce i księżyc

I gwiazdki w czerni ręki mężczyzny

 

Czasami rano

Przejrzę się na wskroś

Zobaczę tworzące się wzgórza i doliny

Pomyślę o podziemnych rzekach.

 

Na zewnątrz

Kwitnę

Wewnątrz usycham

 

Gdybym tylko mogła zrozumieć

Dlaczego płaczę

Gdybym tylko mogła powstrzymać strach

Przed snem o swej śmierci.

 

Kochany pamiętniku! 2 sierpnia 1984 r.

 

Nie piszę od dawna i bardzo za to przepraszam. Maddy wyjechała trzy dni temu, a ja czuję w głębi lęk przed czymś, czego nie rozumiem.

Stało się też coś dobrego. Dziś, w środku nocy, doznałam najwspanialszego uczucia. Jak gdyby coś ciepłego w piersiach i ciepło między nogami. Całe moje ciało, zdawało się, wyszło na zewnątrz i czułam, że mogę po prostu odpłynąć. Myślą, że miałam we śnie jakiś orgazm. To straszne i krępuję się o tym pisać, ale było jednocześnie jakby przyjemne.

Zaraz potem wyobraziłam sobie we śnie chłopca, który wchodzi do pokoju i kładzie rękę na mojej koszuli nocnej, dotykając mnie delikatnie. Szeptał miłe, łagodne słowa, a potem powiedział, że mam leżeć sztywno, bo inaczej odejdzie. Potem zsunął mnie za nogi na koniec łóżka, a kiedy kolana zgięły mi się w dół na końcu materaca, kazał mi zamknąć oczy i poczułam, jak otwiera mnie coraz szerzej i szerzej. Musiałam spojrzeć, żeby zobaczyć co się dzieje, ale kiedy to zrobiłam, jego już nie było. Spojrzałam na brzuch - byłam w ciąży. On zaś siedział we mnie, ale mały jak niemowlę. Szkoda, że to się tak skończyło. Nie wiem, dlaczego mój mózg to zrobił. Wolałam, kiedy zsuwał mnie łagodnie w dół i przejmował delikatnie kontrolę.

 

Laura

 

Kochany pamiętniku! 7 sierpnia 1984 r.

 

Dzisiejsze popołudnie spędziłam z Troyem, czyszcząc go, szczotkując i karmiąc. Zafascynowało mnie, jak bardzo sprawiał wrażenie, że rozumie, jak ja się czuję. Ocierał się o mnie chrapami przez dłuższy czas, podczas gdy szczotkowałam mu grzywę i łeb, a kiedy siadłam w rogu jego przegrody, opuścił łeb i pozwoliłam mu oddychać mi w twarz i po całej szyi. Zastanawiam się, czy ludzie zakochują się w koniach tak głęboko, jak ja kocham swojego. A może to złe, że tak myślę i czuję?

Szkoda, że nie ma tu Donny. Naprawdę szkoda, że nie ma Maddy. Muszę zadzwonić do Donny i zapytać, czy nie mogłaby przyjechać na jakąś noc. A może ja mogłabym do niej pojechać? Tak mogłoby być nawet lepiej. Czasami moja sypialnia jest najlepszym miejscem na świecie, kiedy indziej znów osacza mnie i dusi.

Ciekawe, czy umierając też to się czuje... Duszenie. Czy też jest tak, jak mówią, kiedy się jest w kościele. Że ulatuje się coraz wyżej i wyżej aż Jezus cię zobaczy i weźmie za rękę. Nie jestem pewna, czy chcę być koło Jezusa w momencie śmierci. Mogłabym zrobić jakiś błąd, nawet najmniejszy, i zdenerwować go. Nie znam go na tyle, żeby wiedzieć co mogłoby go wyprowadzić z równowagi. Pewnie - Biblia mówi, że przebacza, że umarł za moje grzechy i kocha wszystkich bez względu na ich winy... Ale ludzie też mówią, że ja jestem doskonałą córką, najszczęśliwszą dziewczyną na świecie, bez żadnych problemów. A to wcale nie prawda. No więc skąd mam wiedzieć, czy z Jezusem nie jest naprawdę tak jak ze mną? Czy nie jest czasem przerażony i niedobry, choć większość ludzi może nie mieć pojęcia jakim cudem ani kiedy? Chyba będzie można ze mnie zrobić prezent Szatanowi, jeśli nie będę uważać. Czasem, kiedy mam się spotkać z BOBEM, myślę, że już i tak jestem u Szatana, i że nigdy więcej nie uda mi się wydostać z lasu na czas, aby być Laurą - dobrą, prawdziwą i czystą.

Czasami myślę, że życie byłoby o tyle łatwiejsze, gdybyśmy nie musieli myśleć o tym, że jesteśmy chłopcami czy dziewczynkami, mężczyznami czy kobietami; że jesteśmy starzy czy młodzi, grubi czy chudzi... Gdybyśmy po prostu wszyscy mieli pewność, że jesteśmy jednakowi. Mogłoby to być nudne, ale zniknęłoby niebezpieczeństwo życia...

Wrócę po telefonie do Donny.

Donna powiedziała, że żałuje, że nie możemy zrobić czegoś razem dziś wieczór, ale u niej w domu jest dziś „wieczór rodzinny”. No to chyba zostanę tylko z tobą, pamiętniczku. Może niedługo będziemy mogli wyjść do lasu i zapalić jednego z papierosów, które Maddy zostawiła mi. Mam cztery. Schowałam je starannie w słupku łóżka. Tam też chowam notki ze szkoły, które nie chcę, żeby wpadły w ręce mamie, kiedy sprzątając wtyka wszędzie nos - no wiesz, jak to mama. Kocham ją, ale ona nie zawsze rozumie, co chcę jej powiedzieć. Dostałaby prawdopodobnie zawału, gdyby dowiedziała się o wszystkim, co mi wiruje w głowie. W każdym razie, trzeba zdjąć gałkę i tam jest dziura. Tata nazwałby to „wgłębieniem”. Ma jakieś dziesięć centymetrów głębokości i znakomicie nadaje się na schowek. Dopóki na słupku wisi torebka albo sweter, nie można nawet poznać, że gałkę się zdejmuje.

No więc może wyjdziemy, tylko ty i ja, z latarką i papierosem, żeby porozmawiać sobie. Wiem, że ty, bardziej nawet niż Donna, możesz utrzymać tajemnicę. Nigdy nie mogłabym powiedzieć mamie o sprawach seksualnych, które chodzą mi po głowie. Boję się, że jeśli to wypowiem, Bóg to usłyszy, albo ktoś dowie się, jaka jestem niedobra i powie... Nikt inny o takich rzeczach nigdy nie myśli.

Na pewno nie. Założę się, że nigdy nie będę miała mężczyzny, którego pragnę, bo za każdym razem, kiedy będziemy się chcieli całować albo baraszkować, on będzie myślał, że jestem wariatką, chorym dziwakiem. Mam nadzieję, że nie jestem taka. Byłoby to strasznie smutne, gdyby było prawdą. Jakże mogę przestać myśleć tak, jak myślę? Nie mogę powstrzymać mózgu przed myśleniem takich rzeczy. Rzeczy, które rozgrzewają me ciało, wprawiają w ruch mą klatkę piersiową, wypełniając ją powietrzem i opróżniając zeń, tak jak w książkach i na filmach, ale nie całkiem, bo tam nigdy nie mówi się o wyobrażeniach, które ja mam.

Idę teraz na dół na kolację. Szkoda, że ciebie też nie mogę schować w słupku od łóżka. Na razie schowani cię pod matą na swojej ścianie. Mam nadzieję, że nie spadniesz!

 

Reszta później, Laura.

 

No, pamiętniczku! 11 sierpnia 1984 r.

 

Jesteśmy. Jakieś półtora kilometra od domu, tuż przed zapadnięciem zmroku. W lecie lasy wyglądają jakby mniej niebezpiecznie aż do późnej nocy. Ciepło tu i siedzimy sobie razem oparci o pień wielkiego drzewa. To tutejsza jodła, ulubione drzewo moje i Donny. Kiedy patrzę w górę, jakby mnie kołysało.

Myślę, że zapalę tego papierosa. Przyniosłam puszkę z napojem, do której wrzucę potem popiół i niedopałek, żeby nie puścić z dymem całego miasteczka T.P. W szkole nazywamy czasem Twin Peaks T.P. Świat ma w dupie T.P. Najczęściej mówi to Bobby Briggs. Potem ciągnie wszystkie dziewczyny za włosy i czka nam w twarz. Oczywiście, podobamy mu się. Byłam kiedyś w gospodzie R & R po szkole, a on przyszedł za mną i szarpnął mnie za włosy z całej siły.

Norma mrugnęła do mnie i zapytała, czy wyznaczyliśmy już datę ślubu. Jest stuknięta, jeśli wydaje jej się, że się będę z nim zadawać. Chłopiec, z którym się zbliżę, nie będzie mnie tak ciągnął za włosy... On mnie chyba pociągnął tak, jak robią to w moich wyobrażeniach. Całą dłonią, powoli zwijając ją w pięść z tyłu mojej głowy i przyciągając bliżej do pocałunku z językiem.

Zastanawiam się, czy wszystkie członki wyglądają tak jak taty. Ciągle widzę mamę, jak tamtej nocy usiłuje go zakryć prześcieradłem. Przypominał mi jakby coś surowego. Coś, co może będzie w porządku za chwilę, albo było w porządku chwilę temu, zanim ktoś ściągnął z tego skórę i zrobiło się całe różowe i dziwaczne. Może zobaczę kiedyś jakiś przyjemniejszy. Boże, mam nadzieję! Nie będę leżeć tak jak mama wtedy. Niczym ryba na doku, usiłująca nauczyć się oddychać poza wodą. Ledwie jakieś chuchania i dmuchania, ale nic poza tym. Jeśli znajdę odpowiedniego mężczyznę, może będę się czuła na tyle dobrze, że będę się mogła zachowywać tak, jak uważam, że dziewczęta powinny się zachowywać, kiedy są z kimś. Połowę kontrolując, a połowę... Nie znam tego słowa. Może robię się za bardzo wstrętna. Chyba bym umarła, gdyby ktoś zobaczył, co napisałam.

Zaczęły hukać sowy. Jedna z nich siedzi na drzewie akurat nade mną... Coś w niej dziwnego. Nie wiem czy to sowa chłopiec, ale czuję, jak gdyby się na mnie patrzyła. Za każdym razem, kiedy spoglądam w górę, jej głowa porusza się jakby szybko się ode mnie odwracała. Ciekawe, czy wie, o czym piszę. Boże, powinnam lepiej zacząć być bardzo grzeczną dziewczynką. I to już. Może to jest taki ptak jak w tamtej historii, którą czytałam. Tamte ptaszysko mogło rzucić się w dół i siąść na czyimś ramieniu, zachowując się bardzo miło, ale mogąc za to czytać w myślach. Jeśli ta osoba miała złe myśli, ptak zaczynał dziobać jej oczy i uszy, tak żeby głowa zajęta była tylko widzeniem i słyszeniem, a nie złymi i wstrętnymi myślami.

Śni mi się czasem, że latam. Ciekawe czy ptakom śni się czasem, że idą do szkoły albo do pracy. Że mają garnitury i sukienki zamiast piór, o których śnimy my. Ja przefrunęłabym nad Twin Peaks i nad ziemią, która leży dalej. Nigdy bym nie wróciła, gdybym nie musiała.

Napiszę wiersz, a potem pójdę do domu.

 

Tkwi we mnie coś

o czym nikt nie wie Jak sekret

Czasem dochodzi do głosu

I pogrążam się

W głębi ciemności.

Ten sekret mówi mi

Że nigdy nie urosnę

Nigdy nie zaśmieję się z przyjaciółmi

Nigdy nie będę tym kim powinnam jeśli ujawnię

Jego imię.

Nie wiem czy to jawa

Czy mój sen o tym

Bo kiedy mnie to dotyka

Odpływam

Bez łez

Bez krzyku

Zaplątana

W koszmar rąk

I palców

I cienkich głosików w lesie

Tak błędnie

Tak pięknie

Tak źle

Tak bardzo Laura.

 

Muszę iść do domu. Jest za ciemno. Nie jest tu przyjemnie być o tej porze.

 

Laura

 

Kochany pamiętniku! 16 sierpnia 1984 r.

 

Nigdy przedtem w życiu nie miałam w głowie takiego zamętu. Jest dokładnie piąta trzydzieści rano i ledwie trzymam to pióro, tak się trzęsę. Byłam znowu w lesie. Zagubiona, ale prowadzona. Myślę, że jestem bardzo niedobra. Jutro zacznę nowe życie. Nie będę już miała złych myśli. Nie będę więcej myślała o seksie. Może on przestanie przychodzić, jeśli będę się bardziej starała być grzeczna. Może mogłabym być jak Donna. Ona jest dobra. Ja jestem zła.

 

Laura

 

P.S. Obiecuję, obiecuję, obiecuję być grzeczna!

 

Kochany pamiętniku! 31 sierpnia 1984 r.

 

Nie piszę do ciebie od wieków, bo starałam się strasznie być szczęśliwa i dobra i ciągle wśród ludzi, żeby nigdy nie być sama i nie myśleć o złych rzeczach. Dziś muszę jednak do ciebie napisać, żeby ci donieść o nowościach.

Dostałam okresu. Wszystko nie tak, jak myślałam. W przyszłym tygodniu zaczyna się szkoła, a tu masz ci los. Wstawałam dziś rano z łóżka i zobaczyłam krew. Zawołałam mamę, a ona oczywiście zrobiła z tego całą aferę. Zawołała tatę, kiedy prosiłam ją, żeby nikomu nie mówiła. A teraz prawdopodobnie wiedzą wszyscy aż po Great Northern. Chciałam po prostu jakieś cholerne podpaski, a ona zaraz zaczęła całą tę historię o tym, jak to jestem teraz kobietą i w ogóle. Dobrze, dobrze, więc to jest coś nadzwyczajnego. Ale to może tylko pogorszyć sprawę, jeśli nie będę uważać. Teraz jestem w łóżku i mam skurcze.

Mama przeniosła telewizor do mojego pokoju, co było miłe. Mam na brzuchu termofor i stosy aspiryny przy łóżku. Telewizja nie bardzo mnie interesuje, więc znów jestem sam na sam z dziwnymi myślami na temat życia i... innych spraw. Chyba to co ze mnie teraz wychodzi, miało być źródłem życia jakiejś istoty. Cieszę się, że w tej chwili nie ma we mnie nikogo. Przynajmniej dziecka.

Czasami myślę, że ktoś jest we mnie, ale to moja inna, dziwniejsza połowa. Czasem widzą ją w lustrze. Nie wiem, czy chcę mieć kiedykolwiek własne dzieci. Rodzicom coś się staje, albo ludziom, którzy zostają rodzicami. Myślę, że zapominają o tym, że kiedyś sami byli dziećmi i że coś może ich dzieci czasem wprawić w zakłopotanie albo zdenerwować. Po prostu zapomnieli albo postanowili to ignorować. Za dużo złych rzeczy przydarza mi się czasem późną nocą, więc chyba nie byłabym za dobrą matką. Jest mi w głębi smutno z tego powodu.

Jedno mnie cieszy. Jupiter leży obok mnie w łóżku i mruczy delikatnie. Tak jak i ty, nigdy by mnie nie krytykował.

 

Laura

 

Kochany pamiętniku! 1 września 1984 r.

 

Bolą mnie piersi, co jest głupawe, bo są przecież takie małe. Co prawda są większe niż w zeszłym tygodniu, a już na pewno wyglądają ładniej. Zawsze takie twarde na różowych koniuszkach. Ale, Boże, jak bolą.

Mama przyszła wcześniej i właściwie dobrze nam się rozmawiało. Powiedziałam jej, że nie powinna była mówić tacie o moim okresie. Przeprosiła, ale powiedziała, że wiedziała, jaki będzie dumny z tego, że jego dziewczynka staje się kobietą. Zmieniła mi wodę w termoforze i długo rozcierała mi brzuch. Nie musiałyśmy nic do siebie mówić przez dłuższą chwilę, a pomimo to odniosłam wrażenie, że rozmawiamy.

Potem wsunęła się do mojego łóżka na godzinkę i pozwoliła mi zasnąć na swoim ramieniu. Kiedy się obudziłam, wypiłyśmy razem lemoniadę i po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam, że jesteśmy sobie naprawdę bliskie.

Mam nadzieję, że będę dziś spała w nocy.

 

Całuję, Laura.

 

Kochany pamiętniku! 9 września 1984 r.

 

Odkryłam dziś coś u siebie. Pamiętasz tę noc, kiedy ci powiedziałam, że obudziłam się z tym wspaniałym uczuciem? Otóż jest na moim ciele specjalne miejsce, które pozwala mi to odczuwać tak często, jak tego zapragnę. Ciepłe, wspaniałe miejsce, gdzie wszystko inne topnieje i pozwala mi po prostu czuć się dobrze. Mój tajemny czerwony guziczek. Jest cały mój. Wreszcie coś, dzięki czemu mogę się oddalić razem ze swoją wyobraźnią. Mogę to robić w łóżku, bardzo delikatnie koniuszkiem palca i jest to przemiłe. Mogę w wannie, przysuwając się do wody lecącej z kranu (nigdy nie wiedziałam, że kąpiel może być taka rozkoszna!). Albo pod prysznicem, kiedy leci małym strumykiem. Cała się prężę i podskakuję, i czasem muszę chwycić poduszkę, żeby zakryć sobie głowę, żeby w ciemności nikt nie słyszał pisków, jakie wydaję. Jest to w końcu tajemnica i, czy to coś złego czy dobrego, czuję się tak dobrze, kiedy się to zdarza. Nikt nie musi o tym wiedzieć, z wyjątkiem ciebie, pamiętniczku.

To był tydzień! Moja miesiączka i w ogóle, a teraz to prze-słodkie odkrycie. Zaczynam czuć się jak kobieta i któregoś dnia, może bardzo niedługo, podzielę się tym z kimś wyjątkowym.

Dobranoc! Dobranoc! Dobranoc!

 

Laura

 

P.S. Mam głęboką nadzieję, że nie robię czegoś złego dotykając się. Mam nadzieję, że robią to wszystkie dziewczęta i nie będę ukarana za to później.

 

Do osoby naruszającej moją prywatność: 15 września 1984 r.

Moje zaufanie do rodziny i przyjaciół zostało poderwane w sposób niewiarygodny. Mam pewność, że ktoś (może nawet parę osób) brał i czytał mój pamiętnik. Nie będę kontynuować pisania przez długi czas, jeśli w ogóle. Zniszczyliście moje zaufanie i poczucie bezpieczeństwa. Nienawidzę was za to, kimkolwiek jesteście.

Piszę na tych kartkach rzeczy czasem zbyt przerażające albo zbyt krępujące do ponownego czytania nawet przeze mnie... Mam nadzieję, że strony te będą odwracane tylko przeze mnie, tylko wtedy kiedy zapragnę. Wiele spraw mnie rani i przyprawia o zamęt. Potrzebuję prywatnych kartek, żeby przyjrzeć się swemu umysłowi z zewnątrz, zdystansować się.

 

Proszę nie zbliżać się do tego pamiętnika.

Serio.

 

Laura

 

Kochany pamiętniku! 3 października 1985 r.

 

Po ponad rocznej przerwie postanowiłam odezwać się do ciebie. Znalazłam kryjówkę, o której nie będę mówić, na wypadek gdyby znaleziono cię na zewnątrz i ktoś wścibski zainteresowałby się, gdzie ona jest.

Wiem, że to nie twoja wina, że ktoś cię znalazł i postanowił wtrynić nosa, ale potrzebowałam dużo czasu, żeby poczuć się na tyle bezpiecznie, zęby móc znowu pisać na twoich stronach. Bardzo, bardzo wiele rzeczy wydarzyło się od czasu, kiedy po raz ostatni miałeś ode mnie wiadomości. Wiele z tych spraw dowiodło, że moje refleksje o tym, jaki ten świat jest właściwie okrutny i smutny, są prawdziwe i zostały jako takie potwierdzone.

Nie ufam nikomu, a sobie rzadko. Szamoczę się większość ranków, popołudni i wieczorów z tym, co jest dobre a co złe. Nie rozumiem, czy spotyka mnie kara za coś złego, co uczyniłam, coś czego nie pamiętam, czy też zdarza się to każdemu, a ja jestem po prostu za głupia, żeby to zrozumieć.

Przede wszystkim odkryłam, że to nie tata podarował mi Tro-ya, ale Beniamin Horne. Mniejsza o szczegóły. Powiedzmy, że usłyszałam, jak Audrey kłóciła się o to z ojcem, kiedy byłam z wizytą u Johnny'ego w Great Northern. Johnny to brat Audrey, drugie dziecko Beniamina. Jest spowolniały. Jest starszy ode mnie, ale umysł ma małego dziecka. Tak przynajmniej mówią lekarze.

Myślę czasem, że on po prostu postanowił być cicho, bo czasem jest znacznie ciekawiej tylko słuchać ludzi zamiast do nich mówić. On nigdy nie mówi, z wyjątkiem słów „tak” i „Indianin”. Uwielbia Indian. Ciągle nosi pióropusz, z takich pięknych kolorowych piór i malowanych skórzanych pasków. Z jego punktu widzenia świat jest dziwną mieszanką szczęścia i bólu. Myślę, że rozumiem bardziej jego niż wielu innych ludzi. Może znajdę jakiś sposób, żeby więcej z nim przebywać. Tak często pozostawiają go samego.

Cieszę się, że Troy jest moim kucykiem. Uwielbiam na nim jeździć, chodzić z nim lub po prostu patrzeć jak skubie trawę.

Teraz jednak czuję się nieswojo wobec taty. Jak gdyby był mniej uczciwy, skoro powiedział, że Troy to był prezent od niego. Może zresztą Beniamin chciał, żeby tak było, nie wiem. Jak by nie było, jestem chyba teraz nim bardziej zaintrygowana i czuję, jak gdybym zawdzięczała mu więcej niż tacie.

Czasem myślę, że lepiej by było, żebym w ogóle nie dostawała własnego kucyka, bo nie traciłabym wtedy szacunku dla taty, a Beniamin pozostałby po prostu Beniaminem. Co gorsza, nie ma teraz prawdopodobnie mowy o porozumieniu między mną a Audrey. Czuję się trochę przybita, że stało się to z mojego powodu. Ale też daje mi to poczucie siły. Dlaczego te rzeczy przytrafiają się mnie?

Wiesz, myślę, że spośród wszystkich mężczyzn, jakich znam na świecie, doktor Hayward jest przeze mnie najbardziej kochany. Nie jest egoistą, jest uprzejmy i zawsze ma dla mnie delikatny uśmiech, który inspiruje, przebacza, czy w ogóle jakoś doskonale wypełnia wyrwę, którą czuję w sobie. Trzynaście lat temu sprowadził mnie na ten świat i przez chwilkę przyciskał mocno moje małe ciało. W swoich marzeniach wyobrażam sobie ten moment jako jeden z najcieplejszych w moim życiu. Kocham go za to, że mnie, to małe wystraszone dziecko dopiero co zetknięte z powietrzem ł światłem, przyciskał i pozwolił uwierzyć, bez wypowiedzenia słowa, że znowu przyciśnie mnie, jeśli kiedykolwiek będę go potrzebować.

Przypomina mi kogoś, kogo chętnie widziałabym całe życie, dzień w dzień. Łagodność dziadka i pomocna ojcowska dłoń.

 

Wrócę po kolacji. Jest jeszcze masa innych wieści

 

Całuję, Laura.

 

Kochany pamiętniku! 3 października 1985 r., później

 

Kolacja była dziś dobra. Jedno z moich ulubionych dań: ziemniaczane racuchy, polanę kremowym sosem kukurydzianym, z warzywami. Będę musiała wkrótce zmienić sposób odżywiania się, bo grozi mi pęknięcie jak balonowi. Mama zrobiła to dziś specjalnie dla mnie, bo wie, że jestem ciągle rozbita z powodu Jupitera. Tata i ona jedli natomiast kurczaka.

Jupiter to druga wiadomość. Zwykle szedł na tył domu i bawił się w ogródku. Nie ma tam ogrodzenia, ale nigdy się nie gubił. Myślę, że był za mądry, żeby opuszczać dom, w którym tak bardzo go kochaliśmy i tak dobrze go żywiliśmy. Nawet jeśli nie pisałam ci o nim za często, był dla mnie czymś wyjątkowym na świecie, zawsze taki łagodny i słodki. Kochał mnie zawsze, bez względu na to jak wyglądałam i co dobrego czy złego zrobiłam w danym dniu.

Często, kiedy nie mogłam spać w nocy, bawiliśmy się obydwoje na dole zwojem sznurka, tylko przy świetle małej bocznej lampki. Potem zajadaliśmy się lodami w kuchni. Jupiter był wielbicielem waniliowych. Dom pogrążony był w ciemnościach, a my grasowaliśmy razem, aż wreszcie dopadał nas sen. Mam ciągle zdjęcie z Jupiterem, które tata zrobił nam na kanapie w dużym pokoju po jednej z takich nocy. Zasnęliśmy tam, nie doszedłszy do łóżka na górę.

Dałam zdjęcie Jupitera szeryfowi Trumanowi, żeby mógł je wywiesić na posterunku. Mam nadzieję, że znajdą tego, kto go potrącił. Wiem, że to był prawdopodobnie wypadek, bo kilka minut wcześniej Jupiter znalazł myszkę czy coś takiego... Nie zwróciłam na to uwagi, a on popędził z tym i wpadł pod koła na szosie. Mama usłyszała hałas i krzyknęła, żebym się nie ruszała aż sprawdzi, co się stało. Mama i ja mamy jednak czasem te same myśli, takie same sny, i tak naprawdę to nie sądziła, że zostałabym w pokoju wiedząc. No więc nie usłuchałam i poszłam go obejrzeć. Oddychał jeszcze przez parę chwil, z oczu i brzucha płynęła mu krew.

Wierzyć mi się nie chce, że ktoś mógłby potrącić takiego kota, w środku dnia, nic nikomu nie mówiąc. Żeby nie zatrzymać się, nie podejść do najbliższego domu i powiedzieć co się stało. Mama słyszała pisk opon, a tata mówi, że szkoda, że go nie było w domu, bo może mógłby rozpoznać po tym dźwięku rodzaj samochodu sprawcy. Ja w to wątpię, ale miło, że tak myślał.

Teraz leży pogrzebany na dworze. Odszedł bliski przyjaciel, kiedy tak zależy mi na niewielu, których mam. Wolałabym, żeby umarło coś innego niż Jupiter.

Jeśli mam być szczera, a zawsze jestem, wiele osób w Twin Peaks lubi mnie. Bardzo wielu wie, jak się nazywam i zwłaszcza w szkole czuję się bardzo popularna. Sęk w tym, że tak naprawdę ja nie znam żadnej z tych osób w sposób, w jaki im się wydaje, że mnie znają. I myślę, że mogę spokojnie powiedzieć, że oni w ogóle mnie nie znają. Najwięcej wie Donna.

Ciągle jednak obawiam się jej opowiedzieć, co widzę w swej wyobraźni i w koszmarach, bo o ile czasem rozumie doskonale, to kiedy indziej nic tylko chichocze, a ja nie mam odwagi zapytać, dlaczego takie rzeczy ją śmieszą. Znowu więc czuję się źle i zamykam usta na długo. Kocham Donnę bardzo, ale czasem obawiam się, że w ogóle nie przebywałaby ze mną, gdyby wiedziała, jakie jest moje wnętrze. Czarne i ponure, utopione w snach o wielkich mężczyznach i rozmaitych sposobach, w jakie mogą mnie ściskać i podporządkowywać sobie. Księżniczka z bajki, która myśli, że została uratowana z wieży, tymczasem odkrywa, że mężczyzna, który ją uprowadza, nie ma zamiaru jej ratować, lecz wejść w nią głęboko. Jechać na niej, jakby była zwierzęciem, drażnić się z nią, kazać zamykać oczy i słuchać jak opowiada wszystko, co robi. Krok po kroku. Mam nadzieję, że nie ma nic złego w myśleniu o tym.

 

Całuję, Laura.

 

Kochany pamiętniku! 12 października 1985 r.

 

Wczoraj w nocy spróbowałam papierosa z marihuaną. Zostałam na noc u Donny, ale jej rodzice pojechali z moimi do Great Northern na przyjęcie u Beniamina. Mnie i Donnie nie chciało się tam iść, jeśli chodzi o mnie to głównie ze względu na Audrey. Namówiłam Donnę na przejażdżkę rowerami do Book House, żeby poznać kogoś nowego. Musiałam ją przekonywać nie wiem ile, że nikomu nie powiem i że zdążymy z powrotem przed rodzicami. W końcu zgodziła się, bo obie byłyśmy już strasznie znudzone widząc bez przerwy te same twarze wokół.

Byliśmy tam może pół godziny, kiedy ci chłopcy, Josh i Tim, i jeszcze jeden, którego imienia nie pamiętam, podeszli do nas. Ja paliłam papierosa, którego zwinęłam kiedyś z biurka recepcjonistki w Great Northern, kiedy zaniosłam Johnny'emu książkę o Indianach.

Myśleli, że jesteśmy starsze, widząc, że jedna z nas pali. No więc Josh i Tim i ten trzeci podeszli do nas. Powiedzieli, że są z Kanady, co nie ulegało wątpliwości, bo w kółko mówili „ej”. „Chcesz lepszego papierosa, ej?” Donna od razu wpadła Timowi w oko, co napędziło jej trochę pietra, bo wszyscy trzej mieli po około dwadzieścia lat. Mnie żaden nie poruszył, choć wyglądali sympatycznie. Czułam się całkiem bezpiecznie, ale bez podniecenia... Wiesz, co mam na myśli?

W każdym razie, powiedziałam, że chcę spróbować lepszego papierosa i poszłyśmy z Donną za nimi na tyły Book House, żeby to zrobić. Donna wymyśliła całą historię, jak to przyjechałyśmy do Twin Peaks w odwiedziny na jedną noc i że musimy być przy autokarze za niecałą godzinę. Powiedziała, że jesteśmy z wycieczką „Leśnymi szlakami”. Sądzę, że uwierzyli, bo zapalili tego papierosa w pośpiechu. Josh powiedział, że za pierwszym razem możemy nie poczuć, ale ja z Donną pokazałyśmy mu, że się myli. Kazał nam „zaciągnąć się, ej?” a my zrobiłyśmy to... sześć razy! Pamiętniczku, to było niesamowite. Uczucie zrelaksowania, ciepła i trochę... seksu.

Nazywałam Donnę „Trisha”, a ona mnie „Sernice” (to tak na wszelki wypadek, gdyby kiedyś wrócili i pytali się o nas... z jakiegokolwiek powodu; nie chciałyśmy, żeby ktokolwiek wiedział). No więc zaśmiewałyśmy się bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Cokolwiek wpadło mi w oko wywoływało histeryczną reakcję. Wszystko było zamazane i jakby falowało, jak gdybym oglądała świat przez dno pustej szklanki. Wiał ciepły letni wiatr, drzewa pachniały cudownie.

Tim przyniósł nam filiżankę kawy z domieszką czekolady i usiedliśmy całą piątką. Rozmawialiśmy o wszystkim, tak jakby nasz świat był jakimś malutkim kłaczkiem, którego wielkolud nie zauważył na swetrze, ale wkrótce, kto wie, czy po prostu nas nie strzepnie albo nie wrzuci do pralki i zatopi na śmierć. Donna powiedziała, że może nasze pojęcie stu lat jest dla tego olbrzyma tylko ułamkiem sekundy i wkrótce coś będzie się musiało stać, bo jak długo siedzi się w swetrze.

Spodobał nam się pomysł, że mogą być jeszcze inne małe światy, czy też kosmki na jego swetrze i pomyśleliśmy, że chcielibyśmy kiedyś poznać parę osób z tych innych miejsc, pod warunkiem, że byłyby dla nas miłe. Z Zajazdu dolatywały stłumione dźwięki muzyki i po prostu musiałam wstać i zatańczyć. Od wieków nie było mi lepiej. Unosiłam się w nocnym powietrzu, czując w środku ciepło.

Donna przyłączyła się do mnie na parę minut, aż uświadomiła sobie, że musimy iść do... AUTOKARU! Musiałyśmy skłamać, że wypożyczyłyśmy rowery z biura rzeczy zagubionych na posterunku szeryfa, ale nie sądzę, żeby oni dali się na to nabrać. Jeśli orientowali się, byli na tyle sympatyczni, że nie dali nam nic poznać. Może to też dodawało smaczku ich wieczorowi. Chociaż, może nie, bo są przecież starsi i mieli prawdopodobnie znacznie bardziej ekscytujące wieczory.

W drodze do domu musiałyśmy ciągle przystawać, tak byłyśmy rozchichotane. W końcu mnie się tak strasznie zachciało herbatników z mlekiem, że chyba bym padła, gdybym ich nie dostała. Donna zgadzała się w stu procentach, że musimy zjeść coś słodkiego i powiedziała, że u nich w domu jest ciasto. Ale to wydawało się nie na miejscu. Opróżniłyśmy więc kieszenie i postanowiłyśmy zaszaleć w Cash & Carry. Nakupiłyśmy tyle świństw, że resztę drogi do Donny musiałyśmy iść obok rowerów, żeby każda z nas mogła dźwigać torbę. Przez całą drogę umierałyśmy ze strachu, tak jak nam chłopcy powiedzieli, bo oczy miałyśmy nabiegłe krwią i chciałyśmy zdążyć do domu przed rodzicami.

Miałyśmy cholerne szczęście, bo jak tylko przekroczyłyśmy próg, zadzwonił dr Hayward, mówiąc, że się trochę przeciągnie, bo Beniamin pokazuje slajdy czy coś takiego. Bogu dzięki! Pobiegłyśmy na górę i zapuściłyśmy krople do oczu. Potem włączyłyśmy muzykę, jadłyśmy, tańczyłyśmy i śmiałyśmy się. Kiedy wszyscy wrócili, spałyśmy jak susły.

Wiem, że narkotyki są niedobre, ale zaczynam czuć, że to lubię. Być niedobrą.

 

Reszta jutro, Laura.

 

Kochany pamiętniku! 20 października 1985 r.

 

Minęło niewiele ponad tydzień i mam nowe wieści. Przepraszam, że nie pisałam, ale tu działy się szalone rzeczy... To znaczy przynajmniej we mnie. Dom - bez zmian. Irytujący bardziej niż cokolwiek innego. Boże, czuję się czasem w potrzasku, jakbym musiała na zawsze nosić przyklejony uśmiech, bo inaczej wszystkich odstraszę.

Zastanawiam się, czy ból, ale nie taki związany ze śmiercią kota czy ciotki, lecz taki, z którym trzeba żyć... czy taki ból może być przyjacielem? Ból jako cień lub towarzysz. Ciekawe, czy to możliwe...

W każdym razie wieści są dziwne. Trochę się denerwuję, zastanawiając na ile całe to niebezpieczeństwo sprawiło mi przyjemność, ale opowiem ci wszystko, żeby sobie ulżyć. Może będzie tak jak ze snami - łatwiej zrozumieć, jeśli się to widzi na papierze. No więc.

W ubiegły piątek, przedwczoraj, poszłam z Donną znowu do Book House około czwartej po południu. Szłyśmy z nadzieją, że będą tam Josh i Tim ze swoim kolegą i będziemy mogły znowu przypalić takiego fajnego papierosa. Ubrałyśmy się trochę lepiej, nie za elegancko czy zwariowanie, bo znamy praktycznie każdego w mieście i nie chciałyśmy, żeby to dotarło do rodziców. Niemniej miałyśmy na sobie dość krótkie koszulki, nieco bardziej obcisłe niż zaaprobowałaby to większość ludzi, z wyjątkiem oczywiście chłopców, i podmalowałyśmy się trochę szminką, którą mama Donny, pani Hayward, podarowała jej na Wielkanoc, bo Donna chciała ją wypróbować, a jej mama uważała, że powinna mieć własną.

No, ale. Dojechałyśmy do Book House, a tam nie było nikogo, z wyjątkiem Jake'a Morrisseya, który prowadzi ten interes. Myślę, że powinnam ci to opisać, żebyś wiedział, gdzie byłam. Jest to kawiarnia właściwie dla facetów, choć dziewczętom też wolno przychodzić. Takie jakby miejsce spotkań mężczyzn. Wszędzie dokoła są książki - na stołach i na półkach, które ciągną się w głąb, wzdłuż trzech ścian. Pachnie papierosami, wodą po goleniu i kawą. Kawa parzy się tam ciągle. Tym razem, siedząc tam, zauważyłam zdjęcie mężczyzny odpowiadającego całkowicie mojej wyobraźni. Nie odezwałam się oczywiście ani słowem, ale jest po prostu idealny. Szorstki i twardy, lecz z oczami psiny i delikatną skórą.

Na zdjęciu jest w dżinsach i skórzanej kurtce. Trzyma książkę i siedzi na motocyklu czytając. Zakochałam się! No więc byłyśmy tam tylko my. Jake podał kawę i powiedział, że wkrótce zaczną się schodzić ludzie, więc może będzie rozsądniej, jeśli wyjdziemy zanim przyjdą, zważywszy zwłaszcza na nasze stroje. Zapytał pół żartem pół serio „Szukacie dziewczęta kłopotu chłopięcej natury?”

Donna poczerwieniała, a ja powiedziałam mu, co usłyszą ode mnie rodzice, gdyby kiedykolwiek się dowiedzieli. „My tylko bawimy się i udajemy. To ma być rozrywka, nie kłopot”. Zrozumiał, czy raczej „kupił” to, a my, po skończeniu kawy, wyszłyśmy. W drzwiach jednak powiedziałam mu, że jakiś tydzień temu było tu trzech naprawdę sympatycznych Kanadyjczyków, którzy pomogli nam naprawić dętki podziurawione na szkle z rozbitych butelek po piwie, które zawsze leżą przed Zajazdem. Powiedziałam mu, że gdyby ich zobaczył - Josha, Tima i jeszcze takiego blondyna - powinien im powiedzieć, że chcemy im podziękować i zaprosić na kawę czy coś takiego. Potem powiedziałam mu, że będziemy prawdopodobnie rozmawiać na tyłach, gdyby się pojawili. Jake obiecał przekazać wiadomość, gdyby przyszli.

Zgadłeś! Pojawili się. Jake musiał im przekazać to, co mu powiedziałam, bo przyszli śmiejąc się i nie dając nam spokoju za to, że przedtem skłamałyśmy. Donna miała tyle refleksu i sprytu, żeby powiedzieć „Chciałyśmy się upewnić czy jesteście równi, zanim powiemy wam kim jesteśmy i tak dalej”.

Wszyscy trzej stwierdzili, że wyglądamy naprawdę świetnie. Okazało się, że ten trzeci ma na imię Rick i wszyscy mają po dwadzieścia dwa lata. My powiedziałyśmy, że nasz wiek nie ma znaczenia i że nie powstrzyma żadnej z nas przed zabawą, pod warunkiem, że będziemy z powrotem w domu przed dziesiątą. Gdyby robiło się później, musiałybyśmy zadzwonić. Josh powiedział, że ma trochę alkoholu i jeśli znamy w lesie jakieś miejsce, gdzie można by zapalić małe ognisko, moglibyśmy wszyscy tam pójść i urządzić małe party. W tym momencie była mniej więcej piąta trzydzieści.

Tym razem byli półciężarówką a nie na rowerach, więc wsiadłyśmy z Donną na platformę i kazały im przeciąć szosę Lucky 21, kierując się ku lasom za Dolnym Miastem. Doszłyśmy obie do wniosku, że tam będzie bezpieczniej, bo gdyby coś się stało, mogłabym po prostu powiedzieć, że się zgubiłam z Donną, że poszłyśmy na przykład na spacer i straciłyśmy orientację. Tak czy owak wszystko byłoby w porządku. Chłopcy wyglądali sympatycznie, więc zaufałyśmy im po raz drugi.

Dojechaliśmy do miejsca, gdzie płynął strumyk i nie było prawie w ogóle igliwia na ziemi, więc nie było niebezpieczeństwa z ogniem. Tim i Rick zaczęli się rozglądać za drewnem do podpałki, a Josh otworzył butelkę... chyba to był dżin. Jedyny alkohol, jaki Donna i ja miałyśmy kiedykolwiek w ustach, to kieliszek szampana - jeden kieliszek, na przyjęciu urodzinowym u doktora Haywarda w zeszłym roku. To natomiast było dla nas zupełną nowością. Donna wyglądała na podnieconą, ale i zdenerwowaną. Ja byłam normalnie podniecona i pierwsza pociągnęłam łyk po Joshu. Podawaliśmy sobie butelkę z rąk do rąk... aż opróżniła się.

Mnie i Donnę ścięło z nóg niemal natychmiast. Rick ciągle powtarzał „Nie ma co, są wstawione”.

Zarówno Donna jak i ja musiałyśmy zrobić siusiu, więc odeszłyśmy od ogniska jakieś dziesięć metrów i kucnęłyśmy za drzewem. Przez chwilę byłyśmy tam w strachu, naprawdę w strachu. Nie wiedziałyśmy jak się zachować. Myślałyśmy ciągle obie, że pleciemy głupstwa, wyglądamy za młodo czy nie wiem już.

Kiedy podniosłam się, doznałam olśnienia. Pomyślałam sobie „Teraz już za późno, jesteś wstawiona, lepiej baw się, tylko nie zapominaj patrzeć na zegarek!” Donna zgodziła się, że lepiej dać się ponieść wydarzeniom, tyle że trzymając się razem na wypadek, gdyby znowu obleciał nas strach.

Tim włączył stereo w samochodzie, a ja zapytałam, czy nie będzie wyglądało głupio, jeśli trochę potańczę, bo podoba mi się

piosenka. Wszyscy trzej powiedzieli O.K., Donna zaś siedziała jakiś czas, wpatrując się w ognisko. Tim podszedł i usiadł tuż koło niej, szepcząc jej coś na ucho. Zrobiła wielkie oczy, jakby zaśmiała się i rozluźniła. Musiał jej powiedzieć coś, co sprawiło jej przyjemność, może jakiś komplement. Muszę pamiętać, żeby ją zapytać co też jej naszeptał.

No więc ja tańczyłam, a Josh i Rick nie mogli oderwać ode mnie oczu... Miałam całkiem dobre samopoczucie albo byłam pewna siebie, a może i to i to. Zaczęłam trochę szaleć i przeszłam do bardziej seksownego tańca, tego, który ćwiczyłam sama w pokoju przed lustrem. Obracałam biodrami w koło, poruszając powoli ramionami i dotykając czasem bioder, tam gdzie sprawiało mi przyjemność dotykać się.

Choroba! Mama woła mnie na dół do zmywania. Zaraz wrócę. Będzie dużo więcej!

 

Całuję, Laura.

 

Pamiętniczku, jestem z powrotem. Przepraszam, że musiałam przerwać.

 

No więc tańczyłam. Donna widziała, co robię i patrzyła na mnie jak na wariatkę. Rozglądała się przez chwilę i myślę, że też chciała zwrócić na siebie uwagę, bo spojrzała na zegarek i krzyknęła „Chodźmy kąpać się nago!” Już to powinno wam powiedzieć, jaka była pijana. Wszyscy ucichli, przez sekundę słuchali muzyki, a potem powiedzieli „w porządku”.

Więc zdjęłyśmy z Donną ubranie... Wszystko. O mały włos nie zostawiłyśmy majtek, ale bałyśmy się, że sobie pomyślą, że jesteśmy małe głupie dziewczynki. Oni siedzieli w potoku oparci o skały, kiedy podeszłyśmy z powrotem do ogniska. W najgłębszym miejscu potok ma chyba metr głębokości. No więc siedzieli tam, a my położyłyśmy ubranie na ziemi i stałyśmy przy ognisku przez chwilę. Kiedy zaczęłyśmy iść w stronę wody, Josh powiedział „Stańcie na chwilę”.

Zatrzymałyśmy się. Po chwili milczenia powiedział do Tima i Ricka: „Czy widzieliście kiedykolwiek w życiu widok tak piękny jak te dwie dziewczyny?” Obydwaj wydali dźwięki oznaczające, że im też się podoba. Poruszałyśmy się trochę, kiedy uświadomiłyśmy sobie, że mają oczy wlepione w nas tak... tak blisko, no wiesz. Tim powiedział: „Patrzcie, jakie ogień rzuca cienie na ich skórze”. Spojrzałyśmy z Donną na siebie a potem na nich. Trudno ich było dostrzec, bo stałyśmy tak blisko ognia, a oni siedzieli w potoku w ciemnościach. Rick rzucił tylko „Prosimy, chodźcie do nas do wody”.Weszłyśmy.

To było zdumiewające. Kiedy podeszłyśmy do nich bliżej i zaczęły ich dotykać pod wodą, to uczucie miękkości i śliskości było jakby snem. Nigdy nie czułam niczego tak przyjemnego i tak zbliżonego do wytworów swojej fantazji. Wszyscy mieli... twarde... twarde... Chyba nazwę to konie, bo „penis” brzmi jak słowo, które czyta się tylko w podręcznikach wychowania seksualnego. No więc były wszystkie twarde.

Powiedziałam (głównie dlatego, że wiedziałam, że Donna ma większego pietra niż ja), powiedziałam „Niech dzisiejszy wieczór będzie zabawą... żebyśmy wszyscy mogli wrócić do domu z tym przyjemnym pragnieniem, żeby stało się więcej... My nie pójdziemy z wami na całego.”

Kiedy wyszło to z moich ust, sama nie mogłam uwierzyć. Kto to mówi? Co ja, trzynastoletnia Laura Palmer, robiłam w tym lesie z trzema nagimi chłopakami starszymi o dziewięć lat?

Oni zgodzili się, ale Josh zapytał: „Czy możemy przynajmniej was dotykać, a może pocałować się?” Donna spojrzała na mnie tak samo jak rok temu, kiedy Maddy mówiła o całowaniu. Odpowiedziałam, że ja nie mam nic przeciwko temu, ale jeśli Donna ma, to nie mogą jej zmuszać. Kiedy patrzę teraz wstecz, coś mi mówi, że te chłopaki nigdy w życiu nie były bardziej podniecone. Nie sądzę, że zrobiliby coś złego, nawet gdybyśmy o to prosiły, bo byli w takim samym strachu jak my. To była taka intymna i dziwna noc. Jak gdyby las wprawił nas w szaleństwo, jak gdyby drzewa i to, że zapadł zmrok, sprawiły, że zapomnieliśmy o istnieniu wszystkiego innego. Była ósma trzydzieści i została tylko godzina do powrotu do domu.

Uklękłam w potoku przed Joshem i zmoczyłam włosy. Potem, patrząc na niego powiedziałam: „Możesz ich dotknąć, jeśli chcesz, wolno ci”. Więc bardzo powoli położył dłonie na moich piersiach, które jak myślę, osiągnęły dobre rozmiary jak na mój wiek, i zadrżał na chwilę, jakby zdumiony. Czułam się jakbym była na szczycie świata. Przyprawiałam tego dwudziestodwuletnie-go chłopaka o szaleństwo! Dotykał ich, potem dotknął tylko sutek, a ponieważ nie mogłam powstrzymać się przed powiedzeniem jak mi dobrze, zaśmiałam się.

Tim zaczął dotykać piersi Donny, a ona patrzyła tylko w ciszy, jak to robi. Rick nie miał z kim być, więc powiedziałam: „Możesz też mnie dotykać... ale pamiętaj, umówiliśmy się... prawda?” Skinął głową, podpłynął do mnie i przyłożył usta do mojego sutka. Musiałam zamknąć oczy, żeby mi całkiem nie wyszły z głowy. Uczucie było nie do opisania! Nie mogłam powstrzymać się przed myśleniem o facecie ze zdjęcia w Book House. Opowiem to, nawet jeśli brzmi dziwacznie.

Miałam najbardziej seksowną myśl, że karmię go. Jakbym miała wewnątrz całe ciepło i pokarm, których kiedykolwiek potrzebowałby... ten starszy chłopiec, potrzebujący mnie. Czułam w sobie siłę, jakby moja fantazja pracowała dla nich. Josh przyłożył usta do mojego drugiego sutka, a Tim i Donna odpłynęli trochę od nas i zaczęli rozmawiać. Potem wyszli z wody, ubrali się i siedli po prostu przy ognisku... dalej rozmawiając. Było mi wszystko jedno, nie mogłam na nic zważać. Nie zamierzałam tego powstrzymywać zanim musiałabym; było mi zbyt dobrze, żeby to zepsuć.

Wyszeptałam do Josha i Ricka, że pragnę, żeby jeden z nich całował mnie, bardzo delikatnie i powoli... i może drugi mógłby dalej dotykać mnie tak, jak to robią. Rick powiedział, że Josh może mnie całować, obojętnie, tylko żeby on też mógł potem.

Więc Josh pochylił się nade mną i przysunął bardzo blisko. Tuż przed pocałowaniem zapytał, dosłownie, „Powoli?” Powiedziałam, że tak. A on „Powoli i delikatnie...” Otworzył usta, ja otworzyłam swoje i nasze języki zaczęły poruszać się razem, jak gdybyśmy pragnęli jeszcze więcej, więcej... ale nie szybko, powoli... tak przyjemnie i powoli. A Rick ssał moje sutki, wydając dźwięki jakby był głodny i dostawał pokarm, albo jakby jadł jakieś znakomite lody. Bez względu na to jak on się czuł, sądząc po dźwiękach, mnie było dziesięć razy lepiej, wierz mi.

Zaczęłam śnić w trakcie tego, nie wiem jak długo, i miałam uczucie, że nic złego nigdy mi się nie przydarzyło, nigdy. Wszystko zniknęło i nagle było mi obojętne, czy zobaczę kiedykolwiek Donnę, rodziców, kogokolwiek... kiedykolwiek. To ciepłe uczucie, że jestem potrzebna, chciana, wyjątkowa, jakbym była skarbem... Chciałam czuć tylko to, na zawsze. Nie miałam określonego wieku, nie istniał czas, praca domowa, kłopoty, obowiązki, nic, co mąciłoby mi umysł lub cofało do małej Laury. Nie miałam iluś tam lat i byłam wszystkim, czego ci chłopcy chcieli. Byłam czymś z ich marzeń!

Potem zaczął mnie całować Rick. Był tak samo delikatny i słodki, ale miał inny sposób całowania. Poruszał inaczej językiem i wargami, zatrzymując się od czasu do czasu i przygryzając leciutko moje wargi, jakby prowokując.

Wiem, pamiętniczku, że się rozpisuję, ale muszę się komuś zwierzyć. Donna, choć tam była, tak naprawdę nie była obecna tak jak ja. Nie była na to przygotowana - na sposób, w jaki będzie się czuła. Nie żeby było w tym coś złego, ale Donnę ciągle jeszcze interesuje jak być grzeczną... do końca. Co do mnie, to myślę, że jestem dobra, na ile mogę, może nawet bardziej niż większość ludzi, ale od dawna potrzebowałam zapomnieć... i to było niewiarygodne rozwiązanie.

Nic więcej nie wydarzyło się w potoku, z wyjątkiem tego, że dotykałam ich obu między nogami. Byłam tak łagodna, jak oni byli ze mną, i myślałam, że to cudowne, że są tak twardzi, i że ta twardość unosi się w wodzie... coś, co mogłam czuć, ale nie widzieć. Tak, tego pragnęłam. Byłam w stanie chcieć więcej, ale cieszyłam się tym, co mam.

Tim i Donna wymienili się telefonami, ja tymczasem ubierałam się. Jedyna rzecz, która wzbudziła we mnie niejaki niepokój to było to, że byłam naprawdę upita i zaczynało mnie nudzić. Donnę chyba też, bo Tim powiedział: „Może powinniśmy im pomóc zwymiotować, żeby nie stało się to, kiedy dotrą do domu... Donna martwi się, wiecie, jak wytłumaczyć to wszystko rodzicom.”

Nie mogłam uwierzyć, jacy byli równi wobec nas. Nie wypsnął się im ani jeden dowcip, nie dali też nam poznać, że jesteśmy przy nich niczym. Wiem, że nie jesteśmy, ale miło było, zwłaszcza w stanie w jakim się znajdowałyśmy, me słyszeć czegoś takiego Rick powiedział, że w schowku w samochodzie jest guma do żucia i jeśli chcemy, możemy się poczęstować. Wyobrażałam sobie swoją drogę do domu - zalana i oszołomiona. Perspektywa rzygania nie wyglądała zabawnie, ale ponieważ Tim sugerował że może to nam pomóc otrzeźwieć, odeszłyśmy z Donną na bok i wetknęłyśmy palce do gardła. Wyleciało. Było to straszne, ale w istocie poczułam się lepiej, a Donna powiedziała ze łatwiej no tym iść Powiedziałam, że musimy się prawdopodobnie zbierać i że jeśli nie mają nic przeciwko temu, może mogliby wysadzić nas w pobliżu któregokolwiek z domów. Pomyślałam, że jazda pickupem i świeże powietrze też dobrze nam zrobią.

Poczekaj chwilę, pamiętniczku. Mama chce mnie pocałować na dobranoc.

 

No, już jestem. Bogu dzięki nie widziała cię.

Kiedy chłopcy nas zawieźli na miejsce, zeskoczyłyśmy z platformy Tim pocałował Donnę w rękę naprawdę romantycznie, a Rick i Josh powiedzieli, że naprawdę cieszą się z poznania jej. Ja podeszłam do okienka kierowcy, gdzie siedział Josh, i miałam mu po-dziękować czy powiedzieć coś takiego... ale on mnie powstrzymał (Przeszły mnie ciarki.) Położył palec na moich ustach i powiedział- Nie sądzę, żebym cię kiedykolwiek zapomniał, Laura”. Uśmiechnął się, a Rick dodał: „Dzięki za to, że nam tak zaufałyście” Kiedy odjechali, mało się nie popłakałyśmy.

Byłyśmy jedną przecznicę od domu Donny. Każda z nas wzięła do ust dodatkowy kawałek gumy do żucia i przećwiczyłyśmy swoją wersie Byłyśmy w lesie i rozmawiałyśmy. Wymyślałyśmy rożne historie opowiadałyśmy sobie sny... przepowiadały przyszłość.

Donna stwierdziła, że nie ma poczucia, ze kłamie, bo właśnie to z Timem robiła. Całowali się parę razy i tuż przed wejściem do domu przyznała, że naprawdę to lubi.

Doszłam do wniosku, że nie powinnyśmy w ogolę tłumaczyć się z tego co robiłyśmy, kiedy nas nie było, chyba żeby ktoś pytał Widziałam ludzi gęsto tłumaczących się i wygląda to tak jakby kłamali albo coś ukrywali, co by właśnie miało miejsce w tym przypadku.

Kiedy weszłyśmy, rodzice Donny spali na kanapie, więc prześlizgnęłyśmy się koło nich do pokoju Donny. Umyłyśmy zęby, doprowadziły trochę do ładu włosy i przed zejściem na dół uścisnęłyśmy się. Nie powiedziałyśmy słowa. Po prostu uścisnęłyśmy się. Myślę, że w ten sposób powiedziałyśmy sobie, że mamy swoją tajemnicę, że ciągle jesteśmy przyjaciółkami i że nic nam się nie stało. Byłyśmy w domu i wszystko było w porządku.

Donna obudziła ojca i powiedziała, że czekała z tym, bo spał tak spokojnie z głową opartą na ramieniu pani Hayward. Zaoferował się, że podwiezie mnie do domu, więc zadzwoniłam do mamy, która powiedziała, że nie zdawała sobie nawet sprawy z tego, która jest godzina, bo czytała znakomitą książkę. Powiedziała, że tata jest już w łóżku, ale ona będzie na mnie czekać.

Nie mam poczucia winy z powodu tego, co się stało, ale podejrzewam, że tylko dlatego, że nikt się o nas nie martwił, zaś chłopcy byli tacy mili. Ogarnia mnie w środku smutek na myśl, że jest już po wszystkim. Że skończyła się noc, a ja jestem znowu Laurą. Mam trzynaście lat i jestem oczkiem w głowie taty. Nie ze złością, ale z niecierpliwością nie mogę się doczekać, kiedy będę starsza, samodzielna, odpowiedzialna tylko przed sobą.

Niech Bóg ma w opiece mamę, tatę, Troya, Jupitera - świeć Panie nad jego duszą - i chłopców Josha, Tima i Ricka. Dzięki, Boże, za podarowanie mi tych paru godzin... BŁOGOŚCI.

 

Reszta wkrótce, L.

 

P.S. Mam uczucie, że za każdym razem, kiedy myślę o ubiegłej nocy, trochę ją zmieniam. Za każdym razem chłopcy obchodzą się ze mną trochę ostrzej. Ja staję się bardziej uwodzicielska i każę im opowiadać, co czują, kiedy mnie dotykają. Każę opowiadać, jak oni to odbierają. Nie wiem, dlaczego to zmieniłam... Uwielbiałam to tak, jak było, ale kiedy to ponownie składam w głowie, każę im robić trochę gorsze rzeczy. Lubię to uczucie. Lubią to, że czują więcej niż ja.

 

Kochany pamiętniku! 10 listopada 1985 r.

 

Po raz pierwszy od stu lat przespałam całą noc bez budzenia się. Kiedy obudziłam się, nie mogłam nawet przypomnieć sobie, co mi się śniło i czy w ogóle mi się śniło. Wiem - mówi się, że każdy ma zawsze jakieś sny, ale ja zwykle je pamiętam. W każdym razie, szczotkowałam Troya w stajni, kiedy nagle w głowie zaświtał mi adres: River Road nr 1400, River Road nr 1400. Przyśnił mi się. Poczułam nagle, że muszę się tam znaleźć. Muszę odnaleźć to miejsce i zobaczyć co tam jest. Postanowiłam zadzwonić do mamy i powiedzieć jej, że biorę Troya na przejażdżkę i zaraz wrócę.

Trochę się orientowałam, gdzie może być River Road nr 1400, ale na wszelki wypadek sprawdziłam u Zippy'a. Powiedział, że to nie tak daleko, ale tam prawie nic nie ma. Powiedziałam mu, że chcę się przejechać z Troyem gdzieś, gdzie jeszcze nie byłam. Nie chciałam ujawniać, że adres ten przyśnił mi się i muszę ustalić czy w ogóle istnieje. Obawiam się, że skończy się na dziwnym spojrzeniu, a ja przecież nie byłam nawet pewna, co mnie tak do tego ciągnęło. Myślę, że ze względu na wszystkie wydarzenia nie chciałam nic nikomu na ten temat mówić. Chciałam to utrzymać w tajemnicy, jak tyle innych rzeczy. Zippy zaznaczył, że trzeba skręcić w lewo na rozwidleniu polnej drogi, gdyż w przeciwnym razie wyląduję na szosie, a to zaszkodziłoby kopytom i podkowom Troya. Obiecałam i wyruszyliśmy.

W głowie kłębiły mi się różne myśli i nawet rozpłakałam się, bo zaczęłam myśleć o Joshu, Timie i Ricku, i o tym, że prawdopodobnie nigdy już ich nie zobaczę. Pomyślałam też, że Donna nie dzwoniła do mnie jeszcze dzisiaj i zaniepokoiłam się. Może pomyślała, że jestem sprośna czy niegrzeczna. Poczułam nieodpartą potrzebę porozmawiania z nią. Mam nadzieję, że nie przestanie mnie lubić. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby to się stało. Za każdym razem kiedy kończyła mi się myśl, obojętnie jaka, pojawiał się w głowie ten adres, aż znalazłam się naprzeciw bardzo starej, opuszczonej stacji benzynowej. Zsiadłam z Troya i przywiązałam go do ramy, która tam jeszcze się ostała, a która biegnie u góry wokół dystrybutorów. Taka z napisami mówiącymi gdzie jest jaka benzyna. Wszystko zarośnięte było trawą, więc pozwoliłam Troyowi ją skubać, żebym sama mogła się rozejrzeć.

Kiedy obeszłam Troya i znalazłam się dokładnie naprzeciwko stacji, zobaczyłam kobietę, która stała cicho ze swoim pniakiem, tuż pod drewnianą tabliczką z napisem River Road nr 1400. Kiedy uśmiechnęła się do mnie, uświadomiłam sobie, że widziałam już jej twarz w snach. Nie odzywałyśmy się długo do siebie. Stałyśmy tylko i uśmiechały się. Nie czułam się źle, ale byłam ciekawa, po co tam jest. Właśnie kiedy to sobie pomyślałam, odezwała się do mnie.

Powiedziała: „Wiem, że intryguje cię to miejsce i ja sama.”

Przytaknęłam głową.

„Sen powiedział mi, że mam się tu z tobą spotkać, tak żebyśmy mogły spędzić z sobą trochę czasu” powiedziała.

Mój żołądek podskoczył, a usta rozwarły się szeroko.

„Czasem mam sny jak inni ludzie”, powiedziała spokojnie. „To się po prostu zdarza”.

Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że Margaret, kobieta z pniakiem, jest tak miła. Siadłyśmy razem na trawie, a ona powiedziała, że dużo o mnie wie, dużo rzeczy wyjątkowych. Powiedziała, że nie powinnam tak często się martwić. Jeśli będę zwracać uwagę na otaczający mnie świat, te wyjątkowe rzeczy nadejdą.

Dotykała często swego pniaka; milkła pochylając się nisko, żeby go posłuchać. Przeważnie uśmiechała się, jak gdyby ją to bawiło, sprawiało przyjemność. Kiedy indziej mówiła do pniaka, że teraz nie chce o tym słyszeć. Moment nie jest właściwy.

Za ostatnim razem, kiedy tak było, odwróciła się do mnie i wyszeptała „Prawda jest inna niż pozory”.

Spojrzała w dal, a potem znów ku mnie z innym już spojrzeniem na twarzy, jak gdyby z ulgą, że ciągle jesteśmy same. Powiedziała, że wie, że śniło mi się, że jestem kobietą i że to dobrze, bo dziewczęta zawsze mają takie sny. Potem słowa zaczęły się jej plątać... Mówiła dużo o lasach, a ja usiłowałam słuchać uważnie, bo ufałam jej i pomyślałam, że może wie coś, co by mi pomogło. Dużo było w tym mamrotania. Pamiętam to, więc zapiszę, choć nie wiem, co znaczy. Może zrozumiem później. To co udało mi się zrozumieć, wprawiło mnie w dobre samopoczucie, jak gdybym nie była zła cały czas i mogła chyba czegoś pragnąć bez obaw, że zachowuję się egoistycznie.

Oto niektóre rzeczy, które mi powiedziała. Ze czasem las jest miejscem, w którym uczymy się spraw i uczymy się samych siebie. Kiedy indziej las jest miejscem przebywania innych stworzeń i wtedy nie jest dla nas. Powiedziała, że czasem ludzie jadą z namiotem i uczą się rzeczy, których nie powinni. Dzieci padają czasem ofiarą... Chyba tak to powiedziała. Co jeszcze...? Starałam się usilnie wszystko zapamiętać. Aha. Powiedziała, że będzie obserwować i kiedyś ludzie dowiedzą się, że widzi dużo i pamięta.

Powiedziała, że ważne jest pamiętać rzeczy, które się widzi i czuje. Sowy są czasem duże. O właśnie! O tym zupełnie zapomniałam. Sowy są czasem duże. Mam nadzieję, że to nie oznacza, że moja mama opowiadała o tym „sowim śnie”, który miałam. Nie sądzę, ale to dla mnie jedyne wyjaśnienie, które ma sens. Mam nadzieję zrozumieć to wszystko wkrótce. Tak czy owak, siedziałam obok niej i słuchałam, jak nuci taką piosenkę, której nigdy przedtem nie słyszałam, ale wydała mi się bardzo sympatyczna. Dawała mi poczucie bezpieczeństwa i myślę, że ona chciała, żebym tak się czuła. Żal mi jej, bo ludzie myślą, że jest dziwaczna, taki odmieniec. A ona wcale nie jest taka.

Widziałam w jej oczach, że wyrządzono jej jakąś krzywdę, ale nie mogłam nawet przypuszczać jaką, aż mama powiedziała mi, kiedy wróciłam do domu. Powiedziała, że Margaret (kobieta z pniakiem) miała męża strażaka, który zginął gasząc pożar. Mama powiedziała, że to było straszne, bo przeleciał jakoś przez dach i spadł głową w dół prosto w żar, w którym spalił się, a najpierw jego twarz. Byli dopiero od niedawna małżeństwem, kiedy zginął, i od tamtej pory Margaret jest bardzo cicha, kryjąc cały ból w sobie. Mama powiedziała również, że z tym pniakiem nosi się dopiero od tej śmierci.

Nie miałam o tym pojęcia, kiedy byłam z nią pod numerem 1400 na River Road, ale to chyba naprawdę nie miało znaczenia.

Powiedziałam jej, że dla mnie jest bardzo miłą i drogą osobą, bo nie chciałam, żeby nasza rozmowa urwała się. Dodałam, że mam nadzieję, że ma rację co do tego, że moje życie zawiera rzeczy wyjątkowe, że będę się za nimi rozglądać, bo chcę dobrze.

Potem powiedziałam jej coś, czego, mam nadzieję, nigdy nie powtórzy. Nawet nie miałam takiego zamiaru i, prawdę mówiąc, nie wiedziałam, skąd mi się to bierze. Powiedziałam jej, że zdarzają mi się czasem rzeczy, o których nikt nie wie. Dzieje się to w lesie, kiedy jest bardzo ciemno. Powiedziałam jej, że czasem nie mam nawet pewności, że to jest realne, czasem zaś myślę, że to jest bardziej realne niż poranny wschód słońca, i że na samą myśl o tym ogarnia mnie przerażenie. Kiedy skończyłam, pamiętam, odwróciła się w drugą stronę. Pomyślałam, że powiedziałam coś, co ją zdenerwowało. Złapała mocno swój pniak, potem spojrzała znów na mnie i powiedziała, że jestem piękną dziewczynką i że wiele osób w moim życiu będzie mnie kochać.

Mam nadzieję, że wiele osób w moim życiu będzie mnie kochać. Któregoś dnia ktoś będzie mnie kochać tak, jak kochali mnie chłopcy, a nawet bardziej. Zastanawiam się, gdzie taki człowiek jest teraz i czy on zastanawia się, gdzie ja jestem, jak wyglądam i kiedy się wreszcie spotkamy. Ciekawe, czy Margaret myślała kiedykolwiek o seksie w taki sam sposób jak ja.

Wracając do domu usiłowałam zanucić piosenkę, którą ona mi nuciła, ale nie mogłam jej sobie przypomnieć. Było mi bardzo dobrze, kiedy odjeżdżałam z River Road 1400, i to uczucie pozostawało we mnie przez całą drogę z powrotem do stajni, przez całą drogę do domu z mamą samochodem, a nawet teraz jest tak samo silne. Mam nadzieję, że ona cieszy się tak samo. Szkoda tylko, że nie przywiozłam jej wiadomości o tym, jak szczęśliwe będzie jej życie. Naprawdę szkoda, że nic dla niej nie miałam.

 

Dokończę później, Laura.

 

P.S. Donna ciągle jeszcze nie dzwoniła.

 

13 listopada 19

 

SŁUCHAJĄC LASU

 

Wnętrza drzew kryją dusze, myślę

Dusze, które rosną i zmieniają się

Wewnątrz każdego liścia, tak cicho

Pamięć chwil, których nikt inny nie widział

Ale ludzie nigdy nie słuchają

Nie zastanawiają się

Że drzewa mogłyby widzieć co się dzieje

Że ich szelest

Podpowiada, że chcą mówić.

 

Może próbowały wyszeptać

W dłoń czyjejś ręki

swą pamięć małej dziewczynki



dalej


strona główna
(23kB)