(23kB)
strona główna


 

 

Wolter

Białe i Czarne (1764)

Przełożył: Tadeusz Żeleński Boy

 

Wszyscy w prowincji Kandahar znają przygodę młodego Rustana. Był to jedyny syn miejscowego mirzy; coś jak u nas margrabia, a baron u Niemców. Mirza, jego ojciec, posiadał ładny majątek. Młody Rustan miał się żenić z jakąś panienką czy mirzówną tej samej rangi. Obie rodziny pragnęły tego gorąco. Miał się stać pociechą rodziców, dać żonie szczęście i samemu znaleźć je przy niej.

 

Ale, nieszczęściem, ujrzał księżniczkę Kaszmiru na jarmarku w Kabul. Jest to jarmark o wiele bardziej uczęszczany niż jarmarki w Bassorze i Astrachanie; a oto czemu stary książę Kaszmiru przybył nań ze swoją córką.

 

Stracił dwie najrzadsze sztuki ze swego skarbca: jedna, to diament wielkości kciuka; na diamencie tym wyryto obraz jego z całym kunsztem, który Hindusi poosiadali wówczas i który się później zatracił; drugą był dziryt, który sam z siebie bieżał, gdzie się chciało: rzecz dość pospolita u nas, ale niezwykła w Kaszmirze.

 

Fakir jego Wysokości skradł te dwa klejnoty i przyniósł je księżniczce.

 

- Pilnuj troskliwie tych cacek - rzekł - los twój od tego zależy.

 

Odszedł i już go nie widziano. Książę Kaszmiru, w rozpaczy, postanowił sprawdzić na jarmarku w Kabul, czy wśród kupców ściągających tam ze wszystkich stron świata nie znajdzie się taki, który znalazł jego broń i diament. Zwykł był brać z sobą córkę w każdą podróż. Miała diament dobrze schowany w zapasce; co się tyczy dzirytu, nie mogąc go tak dobrze ukryć, schowała go troskliwie w Kaszmirze w wielkim chińskim kufrze.

 

Rustan i ona ujrzeli się w Kabul; pokochali się z całą szczerością swego wieku, z całą namiętnością tamtejszego klimatu. Jako zakładnik miłości księżniczka dała mu swój diament, kiedy zaś odjeżdżała, Rustan przyrzekł odwiedzić ją tajemnie w Kaszmirze.

 

Młody mirza miał dwóch ulubieńców, którzy mu służyli za sekretarzy, koniuszych, marszałków dworu i pokojowców. Jeden nazywał się Topaz: był piękny, kształtny, biały jak Czerkieska, łagodny i usłużny jak Armeńczyk, roztropny jak Grek. Drugi zwał się Heban: był to bardzo ładny Murzyn, żywszy, obrotniejszy niż Topaz; nic dlań nie było za trudne. Rustan zwierzył im swój zamiar. Topaz silił się odwieść go perswazją, jak sługa, który nierad sprzeciwia się panu; przedstawiał mu wszystko, na co się waży. Czy godzi się pogrążyć dwie rodziny w rozpaczy? wbijać nóż w serce rodziców? Zachwiał Rustana w zamyśle, ale Heban umocnił go i usunął wszystkie skrupuły.

 

Młody człowiek nie miał pieniędzy na tak długą podróż; roztropny Topaz nie byłby mu się starał o pożyczkę; Heban zaradził na to. Ściągnął zręcznie diament swego pana, kazał sporządzić zupełnie podobny, który włożył na miejsce tego, prawdziwy zaś dał w zastaw jakiemuś Ormianinowi za kilka tysięcy rupij.

 

Skoro młody margrabia miał rupie w kieszeni, wnet przygotowano wszystko do wyjazdu. Obarczono słonia pakunkami; oni siedli na koniec. Topaz rzekł:

 

- Pozwoliłem sobie odwodzić pana od zamiaru, ale powiedziawszy swoje winienem słuchać; jestem pańskim sługą, kocham pana, pójdę za panem na kraj świata. Ale poradzimy się w drodze wyroczni, która jest o dwie mile stąd.

 

Rustan zgodził się. Wyrocznia odpowiedziała: - Jeżeli pójdziesz na wschód, znajdziesz się na zachodzie.

 

Rustan zgoła nie rozumiał tej odpowiedzi. Topaz twierdził, że nie zawiera ona nic dobrego. Heban, zawsze usłużny, tłumaczył ją pomyślnie.

 

Była jeszcze druga wyrocznia, w Kabul; udali się do niej. Wyrocznia odpowiedziała: - Jeżeli posiędziesz, nie będziesz posiadał; jeśli będziesz zwycięzcą, nie zwyciężysz; jeśliś jest Rustan, nie będziesz Rustanem.

 

Ta wyrocznia zdała się jeszcze ciemniejsza od tamtej.

 

- Uważaj, panie - powiadał Topaz.

 

- Nic się pan nie bój - zapewniał Heban: i ten sługa, jak można się domyślać, miał zawsze słuszność w oczach pana, ile że podsycał jego żądzę i nadzieję.

 

Opuściwszy Kabul jechali borem; siedli na trawie, aby się pokrzepić i popaść konie. Już miano zdjąć juki ze słonia, który niósł obiad i nakrycie, kiedy się okazało, że Topaz i Heban znikli. Wołają ich, las rozbrzmiewa imionami Hebana i Topaza. Służba szuka na wszystkie strony i napełnia las wołaniem: ani widu, ani słychu. - Widzieliśmy - powiadają Rustanowi - jedynie sępa, który bił się z orłem i wydzierał mu pióra.

 

Opis tej walki obudził ciekawość Rustana; udał się pieszo na wskazane miejsce, nie ujrzał ani sępa, ani orła, ale ujrzał swego słonia, jeszcze objuczonego tobołami, na którego nacierał wielki nosorożec. Jeden uderzał rogiem, drugi trąbą. Na widok Rustana nosorożec ustąpił pola; odprowadzono do obozu słonia, ale okazało się, że konie znikły. - Dziwne rzeczy zdarzają się w lesie w czasie podróży! - krzyknął Rustan. Służba rozglądała się wylękniona, pan zaś był w rozpaczy, iż stracił równocześnie konie, swego drogiego Murzyna i roztropnego Topaza, którego lubił zawsze, mimo że nigdy nie był jego zdania.

 

Pocieszał się nadzieją, że znajdzie się niebawem u stóp księżniczki Kaszmiru, kiedy spotkał dużą zebrę, którą groźny pachołek okładał rzęsiście kijem. Nie masz nic piękniejszego, rzadszego, chybszego w biegu nad taką zebrę. Na ciosy gbura zwierzę odpowiadało wierzganiem zdolnym wyrwać drzewo z korzeniami. Młody mirza wziął stronę zebry, ile że było to śliczne bydlątko. Pachoł uciekł mówiąc do zebry: - Zapłacisz mi za to. - Czworonóg podziękował wybawcy w swoim języku, zbliżył się, dał się popieścić i odwzajemnił pieszczoty. Rustan, podjadłszy, siada na zebrę i wędruje do Kaszmiru wraz ze sługami, którzy dążyli za nim, jedni pieszo, drudzy na słoniu. Zaledwie dosiadł zebry, zwierzę, miast dążyć do Kaszmiru, nawróciło do Kabul. Darmo jeździec ściąga cugle, ściska kolana, bodzie ostrogą, zwalnia cugle, znów ciągnie, okłada trzciną, uparte zwierzę biegnie wciąż do Kabul.

 

Rustan poci się, miota, wpada w rozpacz; naraz spotyka handlarza wielbłądów, który powiada:

 

- Widzę, że masz bardzo niesfornego wierzchowca, który cię niesie gdzie indziej, niż pragniesz; jeśli mi ustąpić tę zebrę, dam ci jednego z moich czterech wielbłądów do wyboru.

 

Rustan dziękuje Opatrzności, że mu zsyła tak korzystną zamianę. - Jakże się mylił Topaz - powiada - wróżąc, że moja podróż będzie nieszczęśliwa. - Siada na najpiękniejszego wielbłąda, trzy inne dążą za nim; dogania swoją karawanę w przeświadczeniu, iż bieży prosto ku szczęściu.

 

Ledwie ujechał cztery perskie mile, zatrzymał go szeroki i bystry potok spadający ze skał białych od piany. Oba brzegi tworzyły strome przepaście, od których widoku wzrok się ćmił i serce mdlało. Żadnego sposobu, aby przebyć potok, żadnej drogi na prawo ani na lewo. - Zaczynam się obawiać - rzekł Rustan - że Topaz słusznie ganił moją podróż i że źlem uczynił podejmując ją. Gdybym miał Hebana, pocieszyłby mnie, znalazłby jaki sposób; ale wszystkiego mi zbywa.

 

Pomięszanie małej gromadki zdwoiło jeszcze jego kłopot. Zapadła ciemna noc; spędzili ją na lamentach. Wreszcie zmęczenie i smutek uśpiły zakochanego wędrowca. Budzi się o świcie i widzi piękny marmurowy most.

 

Wykrzykom, zdumieniu i radości nie było końca. - Czy podobna? czy to sen? co za cud! co za czary! czy odważymy się przejechać! - Cała gromadka klęka, to znów wstaje, zbliża się do mostu, całuje ziemię, spogląda w niebo, wyciąga ręce, stawia nogę ze drżeniem, postępując cofa się, staje w zachwycie; a Rustan powtarza: - Tym razem niebo mi sprzyja, Topaz plótł byle co; wyrocznie były życzliwe; Heban miał słuszność, ale czemu go tu nie ma!

 

Ledwie gromadka przebyła strumień, most wali się ze straszliwym hałasem. - Szczęście! szczęście! - wykrzyknął Rustan - Bogu niech będzie chwała! Niebo niech będzie pobłogosławione! Nie chce, abym wracał do ojczyzny, gdzie byłbym zwykłym szlachcicem; chce, bym zaślubił przedmiot mej miłości: będę księciem Kaszmiru; w ten sposób, posiadając ukochaną, nie będę posiadał mego małego lenna w Kandaharze; będę Rustanem i nie będę, bo zostanę wielkim władcą. Oto znaczna część wyroczni tłumaczy się jasno na mą korzyść; reszt spełni się tak samo. Szczęście, szczęście! Ale czemu nie ma przy mnie Hebana? Żal mi go tysiąc razy więcej niż Topaza.

 

Przebył jeszcze kilka mil bardzo wesoły, ale u schyłku dnia pasmo gór stromszych niż mur forteczny a wyższych od wieży Babel (gdyby była skończona) zamknęło drogę wylękłej karawanie.

 

Wszyscy krzyknęli: - Bóg chce, abyśmy zginęli tutaj! Strzaskał most jedynie po to, aby nam odjąć nadzieję powrotu, wzniósł górę, aby nam przeciąć drogę. O Rustanie, o nieszczęsny margrabio! nie ujrzymy nigdy Kaszmiru! nie wrócimy do Kandahar!

 

Piekący ból, przygnębienie zajęły w duszy Rustana miejsce nieumiarkowanej radości i nadziei. Już nie tłumaczył proroctw na swoją korzyść. - O nieba! Boże miłosierny! czemuż straciłem swego wiernego Topaza.

 

Gdy wymawia te słowa wydając westchnienia i lejąc łzy wobec zrozpaczonych sług, góra otwiera się nagle u podstawy: długi sklepiony korytarz, oświecony setką tysięcy pochodni, ukazuje się olśnionym oczom. Rustan wydaje krzyk, ludzie jego padają na kolana, przeginają się ze zdumieniem wstecz, krzycząc: - Cud! - i powiadając: - Rustan jest ulubieńcem Wisznu, ukochanym przez Brahmę, będzie panem świata.

 

Sam Rustan wierzył w to; był jak nieprzytomny, w głowie mu się kręciło. - Ach, Hebanie, drogi Hebanie, gdzieżeś jest? Czemu nie jesteś świadkiem tych cudów? W jaki sposób cię straciłem? Piękna księżniczko, kiedyż ujrzę twoje wdzięki?

 

Zapuścił się ze służbą, słoniem, wielbłądami, w skalisty korytarz; przebywszy go znalazł się na łące usianej kwiatami, okolonej strumieniem; na skraju widniały cieniste aleje; na końcu tych alei rzeka, nad nią setki ślicznych domków wśród rozkosznych ogrodów. Rustan słyszy wszędzie dźwięki głosów, instrumentów; widzi pląsy, spieszy przebyć most rzucony przez rzekę, pyta pierwszego napotkanego człowieka, co to za kraj.

 

Zagadnięty odpowiada: - Jesteś w krainie Kaszmiru; widzisz mieszkańców oddanych weselu i uciechom. Obchodzimy wesele naszej pięknej księżniczki; wychodzi za pana Barbabu, któremu ojciec ją przyrzekł. Niech ich Bóg darzy wiecznotrwałym szczęściem!

 

Na te słowa Rustan padł zemdlony; szlachcic kaszmirski myślał, że cierpi na wielką chorobę1; kazał go zanieść do swego domu, gdzie Rustan długo leżał bez zmysłów. Posłano po dwóch najbieglejszych lekarzy: zmacali puls chorego, który odzyskawszy nieco przytomności, szlochał, przewracał oczami i wołał co chwilę: - Topazie! Topazie! jakżeś miał słuszność!

 

Jeden z lekarzy rzekł do kaszmirskiego szlachcica: - Poznaję z akcentu, że ten młodzieniec jest z Kandahar; klimat tego kraju nie służy mu, trzeba go odesłać do domu. Widzę z jego oczu, że oszalał; powierzcie mi go, odwiozę go do ojczyzny i uleczę go.

 

Drugi lekarz twierdził, że jest chory tylko ze zgryzoty; że trzeba go zawieźć na wesele księżniczki i dać mu się wytańczyć. Podczas gdy się naradzali, chory odzyskał siły. Odprawiono lekarzy i Rustan został z gospodarzem.

 

- Panie - rzekł - daruj, żem zemdlał w twojej obecności; wiem, że to niegrzecznie; błagam, chciej przyjąć mego słonia w odpłatą względów, którymi mnie zaszczyciłeś.

 

Opowiedział następnie swoje przygody, nie wspominając wszelako nic o celu podróży. - Ale, w imię Wisznu i Brahmy - rzekł - powiedz mi, kto jest ów szczęsny Barbabu, który zaślubia księżniczkę, czemu ojciec jej wybrał go za zięcia i czemu księżniczka go przyjęła?

 

- Cudzoziemcze - rzekł mieszkaniec Kaszmiru - księżniczka zgoła nie przyjęła Barbabu; przeciwnie, zalewa się łzami, gdy cały kraj obchodzi jej wesele; zamknęła się w wieży i nie chce ani widzieć zabaw, które dla niej zgotowano.

 

Słysząc to Rustan uczuł, że życie mu wraca; rumieńce, które spłoszyła boleść, wystąpiły znów na twarz. - Powiedzcie mi, proszę, czemu książę Kaszmiru upiera się wydać córkę za jakiegoś Barbabu, skoro ona go nie chce?

 

- Czemu? - odparł gospodarz. - Czy wiadomo ci, że nasz dostojny książę zgubił wielki diament oraz dziryt, na których mu bardzo zależało?

 

- Wiem, oczywiście - rzekł Rustan.

 

- Dowiedz się tedy, że nasz książę, w rozpaczy, że nie ma wieści o swoich klejnotach, naszukawszy się ich długo po całej ziemi, przyrzekł córkę temu, kto mu odniesie jeden lub drugi. Przybył Barbabu niosąc diament i jutro ma zaślubić księżniczkę.

 

Rustan zbladł, wyjąkał coś, pożegnał gospodarza i pomknął na dromaderze do stolicy, gdzie miała się odbyć uroczystość. Przybywa do pałacu, powiada, że ma zwierzyć ważne rzeczy, prosi o wysłuchanie. Odpowiadają mu, że książę jest zajęty przygotowaniami do wesela. - Właśnie dlatego - odpowiada - chcę z nim mówić.

 

- Najjaśniejszy - mówi - niechaj Bóg wieńczy wszystkie twoje dni chwałą i wspaniałością! zięć twój jest hultajem.

 

- Jak to hultajem! Jak śmiesz? Czy tak się mówi do księcia Kaszmiru o zięciu, którego wybrał?

 

- Tak, hultajem - odparł Rustan - i aby tego dowieść Waszej Dostojności, oto twój diament.

 

Książę, zdumiony, porównuje oba diamenty, że zaś nie znał się na tym ani trochę, nie mógł powiedzieć, który jest prawdziwy.

 

- Oto dwa diamenty - rzekł - a mam tylko jedną córkę; jestem w straszliwym kłopocie.

 

Kazał wezwać Barbabu i spytał, czy go nie oszukał. Barbabu przysiągł, że kupił diament od Ormianina; drugi zalotnik nie powiedział, od kogo ma swój, ale ofiarował próbę; mianowicie, aby Jego Dostojość pozwoliła mu się bić z rywalem.

 

- To nie dość, panie, że twój zięć dał diament, trzeba także, aby dał dowody męstwa: czy nie uważasz za właściwe, aby ten, który zabije drugiego, zaślubił księżniczkę?

 

- Bardzo właściwe - odparł książę - to będzie śliczne widowisko dla dworu; bijcież się prędko; zwycięzca weźmie zbroję zwyciężonego, wedle zwyczajów kaszmirskich, i zaślubi moją córkę.

 

Natychmiast dwaj pretendenci zeszli na dziedziniec. Na schodach była sroka i kruk. Kruk krzyczał: - bij się, bij się! - sroka: - nie bij się, nie bij się! - Rozśmieszyło to księcia; dwaj rywale ledwie zwrócili na to uwagę: rozpoczęli walkę; dworzanie otoczyli ich kołem. Księżniczka, wciąż siedząc w wieży, nie chciała być świadkiem widowiska; nie domyślała się zgoła, że jej ukochany jest w Kaszmirze, miała zaś taki wstręt do Barbabu, że nie chciała nic widzieć. Walka odbyła się po formie; Barbabu padł trupem, czym lud był zachwycony, bo Barbabu był brzydki, a Rustan bardzo piękny; oto, co prawie zawsze rozstrzyga o sympatii ludu.

 

Zwycięzca oblókł drucianą koszulkę, szarfę i kask zwyciężonego i udał się, w otoczeniu całego dworu, przy dźwięku trąb, pod okna księżniczki. Wszystko krzyczy: - Piękna księżniczko, przyjdź zobaczyć swego pięknego małżonka, który zabił szpetnego rywala! - dworki powtarzają te słowa. Księżniczka wyjrzała, na nieszczęście, oknem: widząc zbroję człowieka, którego nienawidziła, pobiegła zrozpaczona do chińskiego kufra i dobyła nieszczęsny dziryt, który przebił jej drogiego Rustana zmacawszy spojenie zbroi. Wydał krzyk; na ten krzyk księżniczka poznała głos swego nieszczęśliwego kochanka.

 

Zbiega z rozwianym włosem, mając śmierć w oczach i w sercu. Rustan padł już skrwawiony w ramiona jej ojca. Widzi go: o chwilo, o widoku! o spotkanie, którego bólu, tkliwości i grozy nie podobna wysłowić. Rzuca się nań, ściska go: - Przyjmujesz - mówi - pierwszy i ostatni pocałunek swej kochanki i morderczyni. - Wyciąga grot z rany, wbija go sobie w serce i umiera na ciele ubóstwianego. Ojciec, przerażony, oszalały, gotów umrzeć wraz nią, daremnie sili się przywołać córkę do życia: już zgasła. Przeklina nieszczęsny grot, kruszy go na kawałki, rzuca precz od siebie dwa złowrogie diamenty. Gdy dwór gotuje pogrzeb księżniczki zamiast wesela, on każe przenieść do pałacu zakrwawionego Rustana, w którym tli jeszcze resztka życia.

 

Niosą go do łóżka. Pierwsze, co widzi po dwóch stronach śmiertelnego łoża, to Topaz i Heban.

Zdumienie wróciło mu nieco sił.

 

- Ach, okrutni - mówi - czemuście mnie opuścili?

 

- Nie opuściłem cię, panie, ani na chwilę - rzekł Topaz.

 

- Byłem wciąż przy tobie - rzekł Heban.

 

- Co mówicie? czemu urągacie moim ostatnim chwilom? - odparł Rustan mdlejącym głosem.

 

- Możesz mi wierzyć, panie - rzekł Topaz - wiesz, żem nigdy nie pochwalał tej nieszczęsnej podróży, której straszliwe skutki przewidywałem; to ja byłem orłem, który walczył z sępem i któremu sęp wydarł pióra; byłem słoniem, który unosił toboły, aby cię zmusić do powrotu; byłem zebrą, która cię niosła wbrew twej woli do domu ojca; to ja zbłąkałem twoje konie; to ja uczyniłem strumień, który ci bronił przejścia; ja wzniosłem górę, która ci zamykała opłakaną drogę; ja byłem lekarzem, który ci radził ojczysty klimat; ja byłem sroką, która krzyczała, abyś się nie bił.

 

- A ja - rzekł Heban - byłem sępem, który wydarł pióra orłowi; nosorożcem, który rogiem nacierał na słonia; pastuchem, który bił zebrę; kupcem, który ci ofiarował wielbłądy, iżbyś biegł ku swej zgubie; ja zbudowałem most, przez który przejechałeś; wykopałem tunel, którym przebyłeś górę; byłem lekarzem, który radził ci wstać; krukiem, który krzyczał, abyś się bił.

 

- Niestety! przypomnij sobie wróżby - rzekł Topaz. - Jeśli pójdziesz na wschód znajdziesz się na zachodzie.

 

- Tak - rzekł Heban - grzebią tutaj umarłych z twarzą na zachód; wyrocznia była jasna, czemuś jej nie zrozumiał? Posiadałeś i nie posiadałeś: miałeś diament, ale był fałszywy, i nie wiedziałeś o tym; jesteś Rustanem i przestajesz nim być; wszystko się spełniło.

 

Gdy tak mówił, cztery białe skrzydła okryły ciało Topaza, a cztery czarne skrzydła ciało Hebana.

 

- Co widzę? - wykrzyknął Rustan. Topaz i Heban odpowiedzieli razem:

 

- Widzisz swoje dwa duchy.

 

- Moi panowie - rzekł nieszczęśliwy Rustan - po coście wy się w to mięszali? i po co dwa duchy na jednego biednego człowieka?

 

- Takie prawo - rzekł Topaz - każdy człowiek ma dwa duchy; Platon powiedział to pierwszy, a wielu powtórzyło za nim. Widzisz, że to rzetelna prawda: ja, jak mnie tu oglądasz, jestem twoim dobrym duchem, a moim zadaniem było czuwać przy tobie do ostatniej twojej chwili; wypełniłem to wiernie.

 

- Ale - rzekł umierający - jeśli twoim zadaniem było mi służyć, w takim razie muszę być snadź przyrody o wiele wyższej niż twoja? A przy tym jak śmiesz nazywać się moim dobrym duchem, skoro mi pozwoliłeś błądzić we wszystkim, com podjął, i skoro mi pozwalasz nędznie umrzeć wraz z mą ukochaną?

 

- Niestety! to był twój los - rzekł Topaz.

 

- Jeżeli los robi wszystko - rzekł umierający - na cóż zda się dobry duch? A ty, Hebanie, ze swymi czarnymi skrzydłami, ty jesteś zapewne moim złym duchem?

 

- Rzekłeś - odparł Heban.

 

- Byłeś zatem także złym duchem księżniczki?

 

- Nie, ona miała swego, a ja go dzielnie wspomagałem.

 

- Ach, przeklęty Hebanie, skoro jesteś tak zły, nie należysz tedy do tego samego pana co Topaz? Utworzyły was dwie różne zasady, z których jedna jest dobra, a druga zła w swojej istocie?

 

- To nie jest konieczny wniosek - rzekł Heban - ale jest to, bądź co bądź, wielka trudność.

 

- Nie podobna - podjął umierający - aby dobrotliwa istota stworzyła tak złowrogiego ducha.

 

- Podobna czy nie podobna - odparł Heban - tak jest, jak mówię.

 

- Ach - rzekł Topaz - biedaku, czy nie widzisz, że ten ladaco umyślnie cię jeszcze drażni, aby wzmóc twoją gorączkę i przyśpieszyć chwilę śmierci?

 

- Daj mi pokój, tyle mi wart on co ty - rzekł Rustan - on przyznaje bodaj, że chciał mego zła, a ty, któryś mnie niby bronił, nie zdałeś mi się na nic.

 

- Bardzo mnie to smuci - rzekł dobry duch.

 

- I mnie również - odparł umierający - jest w tym coś, czego nie rozumiem.

 

- Ani ja - rzekł biedny dobry duch.

 

- Dowiem się tego za chwilę - rzekł Rustan.

 

- Hm, to się pokaże - rzekł Topaz.

 

Wówczas wszystko znikło. Rustan znalazł się w domu ojca, którego nie opuszczał, i w łóżku, gdzie spał od godziny.

 

Budzi się cały w pocie, oszołomiony, obmacuje się, woła, krzyczy, dzwoni. Sługa jego Topaz nadbiega w szlafmycy ziewając.

 

- Czym umarł? czy żyję? - wykrzyknął Rustan - czy piękna księżniczka Kaszmiru wyliże się?...

 

- Pan, widzę, śni? - odparł spokojnie Topaz.

 

- Ach! - wykrzyknął Rustan - cóż to się tedy stało z tym niegodziwym Hebanem, wraz z jego czterema czarnymi skrzydłami? To on mnie zgładził tak okrutną śmiercią.

 

- Panie, słyszałem na górze, jak chrapie; mam go zawołać?

 

- Zbrodniarz! już całe pół roku mnie prześladujecie; to on mnie zawiódł na ten nieszczęsny jarmark w Kabul; on ściągnął diament, który mi dała księżniczka; on jest jedyną przyczyną mojej podróży i śmierci księżniczki, i ciosu dzirytem, od którego umieram w kwiecie wieku.

 

- Niech się pan uspokoi - rzekł Topaz - nigdy pan nie był w Kabul; nie ma żadnej księżniczki Kaszmiru; ojciec jej miał tylko dwóch chłopców, którzy obecnie chodzą do szkół. Nie miał pan nigdy diamentu; księżniczka nie mogła umrzeć, skoro się nie urodziła, a pan jest zdrów jak ryba.

 

- Jak to! więc to nieprawda, żeś mnie przygotowywał na śmierć w łóżku księcia Kaszmiru? Nie przyznałeś się, że aby mnie chronić od tylu nieszczęść, byłeś kolejno orłem, słoniem, zebrą, lekarzem i sroką?

 

- Panie, śniło się panu wszystko: myśli nasze tak samo nie zależą od nas we śnie, jak na jawie. Bóg chciał, aby ten ciąg myśli przeszedł panu przez głowę, zapewne, aby panu dać jakąś naukę, z której pan skorzysta.

 

- Drwisz sobie ze mnie - rzekł Rustan - jakże ja długo spałem?

 

- Niespełna godzinę, panie.

 

- Zatem, przeklęty mędrku, jakże chcesz, abym, w ciągu godziny, był na jarmarku w Kabul przed pół rokiem, abym wrócił stamtąd, odbył podróż do Kaszmiru, abyśmy wszyscy pomarli, Barbabu, księżniczka i ja?

 

- Panie, nic łatwiejszego i nic pospolitszego: mogłeś pan doskonale objechać świat i mieć o wiele więcej przygód w znacznie krótszym czasie. Czy nie prawdą jest, że możesz pan w ciągu niewielu godzin przeczytać skróconą historię Persji napisaną przez Zoroastra? a mimo to ten skrót obejmuje osiemset tysięcy lat. Wszystkie te wydarzenia przesuwają się przed pańskimi oczami, jedno po drugim, w ciągu godziny. Owóż, przyzna mi pan, że równie łatwo jest Brahmie ściągnąć je do godziny, co rozciągnąć je na przestrzeni ośmiuset tysięcy lat: to zupełnie jedno i to samo. Wyobraź sobie, że czas obraca się na kole, którego średnica jest nieskończona; pod tym olbrzymim kołem znajduje się niezliczona mnogość kół, jedno w drugim; kółko w środku jest niedostrzegalne i spełnia nieskończoną ilość obrotów ściśle w tym czasie, w którym wielkie koło dokonywa jednego. Jasne jest, iż wszystkie wypadki, od początku świata aż do jego końca, mogą zdarzyć się kolejno w czasie o wiele krótszym, niż stotysięczna część sekundy, i można nawet powiedzieć, że tak się dzieje.

 

- Nic nie rozumiem - rzekł Rustan.

 

- Jeśli pan chce - rzekł Topaz - mam papugę, która to panu z łatwością wytłumaczy. Urodziła się jakiś czas przed potopem; była w arce, dużo widziała, mimo to ma dopiero półtora roku i opowie panu swoją historię, to bardzo zajmujące.

 

- Idź prędko po tę papugę - rzekł Rustan - zabawi mnie chwilę, póki nie zasnę.

 

- Jest u mojej siostry, zakonnicy - odparł Topaz - pójdę po nią. Ubawi pana; ma dobrą pamięć, opowiada po prostu, bez silenia się na dowcip i bez frazesów.

 

- Doskonale - rzekł Rustan - właśnie tak lubię, aby mi opowiadano.

 

Przyprowadzono papugę, która zaczęła tak:2

 

 

----------------------------------------------------------------------------

 

1. Wielka choroba - epilepsja.

 

2. N. B. Panna Katarzyna Vadé nie mogła odnaleźć opowiadania papugi w tece swego zmarłego krewniaka, Antoniego Vadé, autora tej powiastki. Wielka to szkoda, zważywszy czasy, w których żyła ta papuga. (Przypisek Woltera.)

 

Wolter

Historia Dobrego Bramina

(1759)

Przełożył: Tadeusz Żeleński Boy

 

Spotkałem w ciągu swoich podróży starego bramina, człowieka pełnego roztropności, bystrego i uczonego. Co więcej, był bogaty a tym samym jeszcze mędrszy, ile że mając wszystkiego pod dostatkiem nie potrzebował nikogo oszukiwać. Dom jego prowadziły bardzo składnie trzy piękne żony, które na wyprzódki starały mu się przypodobać; kiedy zaś bramin nie bawił się z kobietami, zajmował się filozofowaniem.

 

W pobliżu jego domu, który był piękny, strojny i otoczony uroczymi ogrodami, mieszkała stara Hinduska, bigotka, głupia i biedna.

 

Bramin ozwał się pewnego dnia: - Chciałbym się nigdy nie urodzić.

 

Spytałem, czemu. Odparł: - Studiuję od czterdziestu lat i widzę, że mogę uważać te czterdzieści lat za tracone; pouczam innych, a sam nie wiem nic; stan ten rodzi we mnie tyle upokorzenia i niesmaku, że życie mi wprost obrzydło. Urodziłem się, żyję w czasie, a nie wiem, co to czas. Znajduję się w punkcie pomiędzy dwiema wiecznościami, a nie mam żadnego pojęcia o wieczności. stworzony jestem z materii; myślę, a nigdy nie zdołałem rozeznać tego, co wytwarza myśl; nie wiem, czy pojmowanie jest we mnie prostą własnością jak chodzenie, trawienie, i czy myślę głową, tak jak biorę rękami. Nie tylko zasada mojej myśli jest mi nie znana, ale zasada moich ruchów również jest dla mnie ukryta; nie wiem, po co istnieję. Tymczasem zasypują mnie co dzień pytaniami o to wszystko; trzeba odpowiadać; nie mam nic rozsądnego do powiedzenia; gadam wiele i kiedy skończę mówić, wstyd mi za samego siebie.

 

Gorzej jeszcze, kiedy mnie pytają, czy Brahma począł się z Wisznu czy też obaj są wieczni. Bóg mi świadkiem, nie mam o tym najmniejszego pojęcia; widać to z moich odpowiedzi. "Ach, wielebny ojcze - powiadają - poucz nas, czym się dzieje, że zło zalewa całą ziemię." Jestem w równym kłopocie jak ci, którzy mnie pytają; tłumaczę im niekiedy, że wszystko dzieje się jak najlepiej: ale ci, których spotkała ruina lub kalectwo, nie chcą w to wierzyć, ja też nie. Chowam się do domu przygnieciony własną ciekawością i niewiedzą. Czytam dawne księgi, ale one zdwajają jeszcze ciemności wkoło mnie. Zwracam się do innych braminów; jedni odpowiadają, że trzeba używać życia i drwić sobie z ludzi; inni mniemają, że wiedzą coś, i gubią się w niedorzecznych rojeniach; wszystko to wzmaga jeno bolesne uczucie, jakiego doświadczam. Bliski jestem niekiedy rozpaczy, kiedy myślę, że po wszystkich dociekaniach nie wiem ani skąd się biorę, ani czym jestem, ani dokąd pójdę , ani co się ze mną stanie.

 

Stan tego zacnego męża obudził we mnie prawdziwe współczucie, jako iż był to człowiek nad wyraz rozsądny i najlepszej wiary. Zrozumiałem, że im więcej miał światła w głowie a czucia w sercu, tym był nieszczęśliwszy.

 

Tegoż dnia spotkałem staruszkę, sąsiadkę dobrego bramina: pytałem, czy martwi ją kiedy to, że nie wie, jakiej przyrody jest jej dusza. Nie zrozumiała nawet pytania: nie zastanawiała się nigdy ani przez chwilę nad sprawami, które dręczyły bramina. Wierzyła z całego serca w metamorfozy Wisznu i byle miała od czasu do czasu wodę z Gangesu, aby się opłukać, uważała się za najszczęśliwszą z kobiet.

 

Uderzony szczęściem tej biednej istoty wróciłem do filozofa i rzekłem:

 

- Czy nie wstyd ci być nieszczęśliwym, gdy tuż pod twoim domem znajduje się stary bezduszny grat, który nie myśli o niczym i żyje zadowolony?

 

- Masz słuszność - odpowiedział - powtarzałem sobie sto razy, że byłbym szczęśliwy, gdybym był równie tępy jak moja sąsiadka, a mimo to nie chciałbym takiego szczęścia.

 

Ta odpowiedź bramina sprawiła na mnie głębsze wrażenie niż wszystko: wszedłem w siebie i dostrzegłem, że w istocie nie chciałbym być szczęśliwy pod warunkiem, że będę głupcem.

 

Zwróciłem się z tą kwestią do filozofów, którzy podzielili moje zdanie. - A jednak - rzekłem - istnieje jakaś sprzeczność w tym sposobie myślenia: ostatecznie bowiem o cóż chodzi? o to, aby być szczęśliwym. Cóż znaczy, czy się jest rozumnym, czy głupim? Więcej jeszcze: ci, którzy są zadowoleni z istnienia, są zupełnie pewni, że są zadowoleni; ci, którzy rozumują, nie są równie pewni, że dobrze rozumują. Jasne jest tedy - mówiłem - że byłoby wskazane zgodzić się na brak rozsądku, o ile ten rozsądek staje się źródłem udręczeń.

 

Wszyscy podzielili moje zdanie; mimo to nie znalazłem żadnego, który by się chciał zgodzić na zamianę i stać się głupcem po to, aby być szczęśliwym. Wywnioskowałem stąd, że jeśli przywiązujemy wagę do szczęścia, bardziej jeszcze przywiązujemy ją do rozumu.

 

Bądź co bądź, zastanowiwszy się gruntownie, sądzę, że przekładać rozum nad szczęściem dowodzi wielkiego nierozsądku. Jak więc wytłumaczyć tę sprzeczność? Jak wszystkie inne. Można by o tym wiele mówić.

 

Wolter

Historia podróży Skarmentada1

spisana przez niego samego

(1756)

Przełożył: Tadeusz Żeleński Boy

 

Urodziłem się w Kandii w roku 1600. Ojciec mój był gubernatorem tego miasta; przypominam też sobie, że pewien mierny poeta, nazwiskiem Iro2, sklecił na moją cześć liche wiersze, w których wywodzi mnie w prostej linii od Minosa; niebawem, gdy ojciec mój popadł w niełaskę, spłodził inny wiersz, w którym pochodzę już tylko od Pasiphae3 i od jej kochanka. Był to bardzo lichy człowiek ten Iro i najnudniejsze ladaco na całej wyspie.

 

Gdym doszedł piętnastu lat, ojciec wysłał mnie na studia do Rzymu. Przybyłem tam w nadziei poznania wszystkich prawd; dotąd bowiem uczono mnie wręcz przeciwnych rzeczy, zgodnie z obyczajem tego światka, od Chin aż po Alpy. Monsignor Profondo, któremu mnie polecono, był to osobliwy człowiek i jeden z najstraszliwszych uczeńców, jacy byli kiedy na świecie. Chciał mnie nauczyć kategoryj Arystotelesa, a był skłonny pomieścić mnie w kategorii swoich oblubieńców,

ledwiem się wymknął! Widziałem procesję, egzorcyzmy i nieco rabunków. Mówiono, ale bardzo fałszywie, że signora Olimpia4, osoba wielce przemyślna, sprzedaje wiele rzeczy, których nie powinno się sprzedawać. Byłem w wieku, w którym to wszystko wydawało mi się bardzo ponętne. Młoda dama wielce łaskawych obyczajów, zwana signora Fatelo, poczuła do mnie skłonność. Zalecali się do niej: wielebny o. Sztyletini i wielebny o. Otrutini, młody księżyk z zakonu, który już nie istnieje: pogodziła ich obdarzając mnie swymi łaskami; w rezultacie omal mnie nie wyklęto i nie otruto. Odjechałem zachwycony architekturą św. Piotra.

 

Zajechałem do Francji; było to za panowania Ludwika Sprawiedliwego. Pierwsza rzecz, o którą mnie spytano, to czy chcę na śniadanie kawałeczek generała d'Ancre5, którego lud upiekł na pieczyste i którego wydzielano bardzo tanio każdemu, kto zapragnął.

 

Państwo to było ustawiczną pastwą wojen domowych, często o miejsce w Radzie, czasem o parę stronic teologicznej kontrowersji. Już przeszło sześćdziesiąt lat ogień ten, to tlący pod popiołem, to rozdmuchany gwałtownie, pustoszył ten piękny kraj. Były to owe swobody gallikańskiego kościoła6.

 

- Ach - mówiłem sobie - wszakże ten lud łagodny jest z natury! Kto mógł tak wypaczyć jego charakter? Żartuje, a urządza noce św. Bartłomieja. Szczęśliwy czas, w którym będzie tylko żartował!

 

Przeprawiłem się do Anglii: te same kłótnie, te same szaleństwa. Świątobliwi katolicy zamierzyli dla dobra Kościoła wysadzić w powietrze króla7, rodzinę królewską i cały parlament, aby oswobodzić Anglię od tych heretyków. Pokazano mi miejsce, gdzie błogosławiona królowa Maria, córka Henryka VIII, spaliła przeszło pięciuset poddanych. Pewien irlandzki ksiądz upewniła mnie, że to był bardzo piękny uczynek: po pierwsze, ponieważ ci, których spalono, to byli Anglicy; po wtóre, ponieważ nie używali nigdy wody święconej i nie wierzyli w dziurę św. Patryka8. Dziwił się zwłaszcza, że królowej Marii jeszcze nie kanonizowano; ale spodziewał się, że to nastąpi niebawem, kiedy kardynał-siostrzeniec będzie miał trochę czasu.

 

Udałem się do Holandii, gdzie flegmatyczne usposobienie mieszkańców dawało mi rękojmię spokoju. Kiedy przybyłem do Hagi, ucinano właśnie głowę bardzo czcigodnemu starcowi. Była to łysa głowa kanclerza Barneweldta9, który położył największe zasługi dla republiki. Tknięty litością pytałem, co za zbrodnię popełnił, czy zdradził państwo.

 

- Gorzej - odparł kaznodzieja w czarnym płaszczu - to człowiek, który sądzi, że dobre uczynki mogą zbawić człowieka na równi z wiarą. Rozumie pan, że gdyby podobne mniemania znalazły grunt, republika nie mogłaby istnieć: trzeba surowych praw, aby powściągnąć tak ohydne zgorszenie.

 

Głęboki polityk tamtejszy dodał wzdychając:

 

- Ach panie, dobre czasy nie będą trwały wiecznie; to jedynie przypadkiem ten lud jest tak gorliwy; w gruncie charakter jego skłonny jest do ohydnej tolerancji; kiedyś dojdzie do tego: to zgroza pomyśleć.

 

Co do mnie, w oczekiwaniu aż ten złowrogi czas pobłażliwości nadejdzie, opuściłem rychło ów kraj, gdzie surowości nie łagodzi żaden powab, i puściłem się do Hiszpanii.

 

Dwór bawił w Sewilli, galiony10 nadeszły, wszystko w najpiękniejszej porze roku oddychało dostatkiem i weselem. Ujrzałem na końcu alei cytrynowej i pomarańczowej olbrzymie szranki otoczone kosztownie obitymi trybunami. Król, królowa, infanci, infantki zasiadali pod wspaniałym baldachimem. Naprzeciw tej dostojnej rodziny znajdował się drugi tron, wyższy. Rzekłem do jednego z towarzyszów:

 

- O ile ten tron nie jest dla Pana Boga, nie widzę, komu by mógł służyć.

 

Pewien poważny Hiszpan usłyszał te słowa: kosztowały mnie one drogo. Wyobrażałem sobie, że ujrzymy jakiś karuzel albo walkę byków, kiedy na onym tronie ukazał się wielki inkwizytor błogosławiąc z wysokości króla i naród.

 

Następnie przybyła armia mnichów kroczących parami, białych, czarnych, szarych, obutych, bosych, z brodą, bez brody, z kapturem i bez kaptura; potem szedł kat; potem, w otoczeniu ceklarzy11 i grandów, około czterdziestu osób odzianych w worki, na których wymalowano diabłów i płomienie; byli to Żydzi, którzy nie chcieli bezwarunkowo wyprzeć się Mojżesza, oraz chrześcijanie, którzy zaślubili swoje kumy albo którzy nie oddali czci Matce Boskiej z Atocha12, lub też nie chcieli się wyzbyć gotowizny na rzecz hieronimitów13. Odśpiewano pobożnie piękne modlitwy, po czym spalono na wolnym ogniu wszystkich winnych, czym cała rodzina królewska była nadzwyczaj zbudowana.

 

Wieczorem, gdy miałem się kłaść do łóżka, zjawili się u mnie dwaj konfidenci inkwizycji wraz ze świętą Hermandad14: uścisnęli mnie czule i zawiedli bez słowa do cienistego więzienia, mającego za całe umeblowanie tapczan i krucyfiks. Spędziłem tam sześć tygodni, po których wielebny ojciec inkwizytor zaprosił mnie na pogadankę; uściskał mnie z iście ojcowską czułością i rzekł, iż bardzo mu było przykro, kiedy się dowiedział, że mnie tak licho pomieszczono, ale wszystkie

apartamenty są zajęte; na inny raz ma nadzieję, że będzie mi wygodniej. Następnie spytał przyjaźnie, czy nie wiem, za co tu siedzę. Odparłem wielebnemu, że prawdopodobnie za swoje grzechy.

 

- Powiedz, drogie dziecko, za jaki grzech? Zwierz mi się z całą ufnością.

 

Daremnie łamałem sobie głowę, nie mogłem zgadnąć. Miłosiernie ojciec naprowadził mnie. Wreszcie przypomniałem sobie swoje niebaczne słowa. Skończyło się na dyscyplinie i na trzydziestu tysiącach realów. Zaprowadzono mnie, abym się pokłonił wielkiemu inkwizytorowi: był to bardzo uprzejmy człowiek; spytał, jak mi się podobała uroczystość. Odparłem, że byłem zachwycony, i pomknąłem, aby naglić towarzyszów podróży do odjazdu, mimo uroków tego kraju. Mieli czas dowiedzieć się znakomitych czynach, których Hiszpanie dokonali dla sprawy religii. Czytali pamiętniki słynnego biskupa z Chiapa15, z których okazuje się, że zamordowano, spalono lub utopiono w Ameryce dziesięć milionów niewiernych, aby ich nawrócić. Przypuszczam, że biskup przesadza, ale gdyby nawet uszczuplić liczbę ofiar do pięciu milionów, to i tak byłoby cudowne.

 

Wciąż parła mnie żądza podróży. Chciałem zakończyć przejażdżkę po Europie Turcją; skierowaliśmy się w tamtą stronę. Postanawiałem zachować dla siebie sąd o uroczystościach, które tam zobaczę.

 

- Ci Turcy - rzekłem do towarzysza - to niewierni żyjący bez chrztu: tym samym muszą być o wiele więksi okrutnicy od wielebnych inkwizytorów. Trzymajmy język za zębami, kiedy znajdziemy się u tych mahometan.

 

Jesteśmy tedy w Turcji. Zdumiałem się widząc tam o wiele więcej chrześcijańskich kościołów niż w Kandii. Ujrzałem liczne gromady mnichów, którym pozwalano swobodnie modlić się do Matki Boskiej i przeklinać Mahometa po grecku, po łacinie, po ormiańsku.

 

- Poczciwi ludzie, ci Turcy! - wykrzyknąłem.

 

Chrześcijanie greccy i chrześcijanie łacińscy żyli w Konstantynopolu w śmiertelnej wojnie; niewolnicy ci żarli się wzajem jak psy, które gryzą się na ulicy i które panowie grzmocą kijem, aby je rozdzielić. Wielki wezyr popierał wówczas Greków. Patriarcha grecki oskarżył mnie, żem wieczerzał u patriarchy łacińskiego; skazano mnie, na pełnym Dywanie, na pięćset bambusów w pięty, z prawem zamiany na pięćset cekinów. Nazajutrz uduszono wezyra; na trzeci dzień następca jego, który był za stronnictwem łacińskim i którego uduszono dopiero za miesiąc, skazał mnie na tę samą grzywnę za to, żem wieczerzał u patriarchy greckiego. Znalazłem się w smutnej konieczności unikania zarówno greckiego jak łacińskiego kościoła. Aby się pocieszyć, wynająłem sobie bardzo ładną Czerkieskę, istotę najczulszą w sypialni a najżarliwszą w meczecie. Jednej noc w słodkim wylewie miłości krzyknęła ściskając mnie: Alla! Illa! Alla! Są to sakramentalne słowa Turków; myślałem, że to są wyrazy miłości; wykrzyknąłem też bardzo czule: - Alla! Illa! Alla!

 

- Ach! - rzekła - Bogu najwyższemu chwała! Tyś Turkiem!

 

Rzekłem, iż błogosławię Boga za to, że dał mi siły po temu; byłem bardzo rad z siebie. Rano zjawia się iman, aby mnie obrzezać; że zaś czyniłem pewne trudności, kadi owej dzielnicy, zacny człowiek, zaproponował mi, że mnie wbije na pal; ocaliłem napletek i tyłek ceną tysiąca cekinów i uciekłem co żywo do Persji, postanawiając nie słuchać już w Turcji mszy ani łacińskiej, ani greckiej i nie krzyczeć: Alla! Illa! Alla! na schadzce miłosnej.

 

Kiedym wjeżdżał do Ispahanu, spytano mnie, czy jestem za czarnym, czy za białym baranem. Odpowiedziałem, że mi to jest obojętne, byle był kruchy. Trzeba wiedzieć, że Persja dzieliła się jeszcze na stronnictwa Białego i Czarnego Barana. Posądzono mnie, że sobie drwię z obu stronnictw, tak iż wpadłem w szpetną kabałę u samych wrót miasta; znowuż kosztowało mnie sporo cekinów, aby się pozbyć obu baranów.

 

Dotarłem do Chin z tłumaczem, który mnie upewniał, że tam żyje się swobodnie i wesoło. Tatarzy opanowali Chiny, spustoszywszy wszystko ogniem i mieczem; wielebni zaś ojcowie jezuici z jednej strony, a wielebni ojcowie dominikanie z drugiej, utrzymywali, iż pozyskują dusze dla Boga, mimo że nikt nic o tym nie wiedział. Nie widziano jeszcze w świecie tak żarliwych apostołów; prześladowali się zacięcie nawzajem; pisali do Rzymu tomy oszczerstw; o jedną duszę wymyślali sobie od heretyków i szalbierzy. Toczył się zwłaszcza między nimi straszliwy spór o sposób kłaniania się: jezuici chcieli, aby Chińczycy kłaniali się rodzicom na sposób chiński, dominikanie byli za sposobem rzymskim. Zdarzyło mi się, że jezuici wzięli mnie za dominikanina. Przedstawili mnie przed tatarskim monarchą za papieskiego szpiega. Najwyższa rada zleciła wielkiemu mandarynowi, który dał mandat sierżantowi, który rozkazał czterem zbirom, aby mnie ujęli i związali z całą uroczystością. Zaprowadzono mnie, po stu czterdziestu czołobitnościach, przed oblicze Najjaśniejszego. Spytał mnie, czy jestem szpiegiem papieża i czy to prawda, że ten władca ma przybyć osobiście, aby go złożyć z tronu. Odpowiedziałem, że papież16 to sędziwy kapłan liczący siedemdziesiąt lat, że mieszka o cztery tysiące mil od Jego Najjaśniejszego tatarsko chińskiego Majestatu, że ma około dwóch tysięcy gwardzistów, którzy stoją na warcie z parasolami, że nie chce składać z tronu nikogo i że Najjaśniejszy może spać spokojnie. Była to najmniej groźna przygoda mego życia. Wysłano mnie do Makao, skąd odpłynąłem do Europy.

 

Koło Golkondy trzeba było naprawić statek. Skorzystałem z tego, aby zobaczyć dwór wielkiego Aureng Zeba17, o którym opowiadano cuda: bawił wówczas w Delhi. Miałem wreszcie przyjemność ujrzeć go w dniu uroczystej ceremonii, w czasie której przyjął niebiański podarek przysłany mu przez szeryfa Mekki: była to miotła, którą zamiatano święty dom, Kaaba, beth Alla18. Miotła ta jest symbolem miotły boskiej, która wymiata wszystkie śmiecie duszy. Aureng Zeb nie potrzebował jej chyba: był to najpobożniejszy człowiek w Hindustanie. Prawda, że zamordował brata i otruł ojca; dwudziestu radżów i tyluż omrów zginęło na mękach, ale to była rzecz bez znaczenia, mówiono tylko o jego pobożności. Przyrównywano doń jedynie święty majestat najoświeceńszego cesarza marokańskiego, Muleja Izmaela19, który ucinał głowy co piątek po modlitwie.

 

Nie mówiłem ani słowa; podróże wyrobiły mnie; czułem, że nie do mnie należy rozstrzygać między tymi dwoma dostojnymi monarchami. Młody Francuz, z którym mieszkałem, uchybił (sam to przyznaję) cesarzowi Indyj i cesarzowi Maroko. Ważył się rzec niebacznie, że istnieją w Europie pobożni monarchowie, którzy rządzą dobrze państwem, a nawet chodzą do kościoła, nie mordując ojców i braci i nie ucinając głów poddanym. Tłumacz nasz przełożył na język hinduski bezbożne

odezwanie się młokosa. Pouczony dawniejszymi przygodami kazałem szybko okulbaczyć wielbłądy: opuściliśmy z Francuzem miasto. Dowiedziałem się później, że tej samej nocy oficerowie wielkiego Aureng Zeba przybyli, aby nas ująć, ale znaleźli tylko tłumacza. Stracono go na rynku; i wszyscy dworacy oświadczyli bez pochlebstwa, że śmierć jego była bardzo zasłużona.

 

Pozostało mi zwiedzić Afrykę, aby poznać wszystkie rozkosze globu. Ujrzałem ją w istocie. Okręt mój dostał się w ręce murzyńskich korsarzy. Nasz kapitan podniósł lament pytając, czemu tak gwałcą prawo narodów. Murzyński kapitan odpowiedział:

 

- Wy macie nosy długie, a my płaskie; włosy macie gładkie, a my kędzierzawe; macie skórę popielatą,

a my hebanową; tym samym jest nam przeznaczone, wedle świętych praw natury, żyć w wiecznej nieprzyjaźni. Wy nas kupujecie na targu na wybrzeżach Gwinei jak juczne zwierzęta, aby nas zmuszać do niedorzecznej i mozolnej pracy. Każecie nam żyć pod grozą batoga w górach, aby dobywać jakiś żółty piasek, który sam przez się jest do niczego i niewart jest ani nawet dobrej egipskiej cebuli; toteż kiedy my was spotykamy i kiedy jesteśmy silniejsi, każemy wam uprawiać nasze pola lub obcinamy wam nosy i uszy.

 

Nie było co odpowiedzieć na tak roztropną mowę. Jąłem uprawiać pole starej Murzynichy, aby ocalić uszy i nos. Wykupiono mnie po upływie roku. Widziałem wszystko, co jest pięknego, dobrego i godnego podziwu na ziemi; postanowiłem nie wychylać już nosa poza swój zaścianek. Ożeniłem się z krajanką; zostałem rogaczem i przekonałem się, że jest to najmilszy stan na ziemi.

 

 

----------------------------------------------------------------------------

 

1. Historia podróży Skarmentada, jest szkicem Kandyda, napisanego w roku 1759.

 

2. Iro - anogram poety Piotra Karola Roi - (1683 1764), który wsławił się swymi złośliwymi epigramami.

 

3. Pasiphae - żona Minosa, mitycznego króla Krety.

 

4. Olimpia - dona Olimpia Pamfili (1594 1656), bratowa i kochanka papieża Innocentego X (1574 1655), pomawiana o sprzedawanie najwyższych godności kościelnych.

 

5. Generał d'Ancre - Concini marszałek d'Ancre, faworyt królowej francuskiej Marii Medici (1573 1642), znienawidzony przez szlachtę francuską za swą pychę i sprzeniewierzenia. Zabił go w roku 1617 kapitan gwardii Mikołaj Vitry (1581 1644). Ludność Paryża rozszarpała zwłoki Conciniego i spaliła je przed statuą Henryka IV.

 

6. ... swobody gallikańskiego kościoła - dążenie kościoła katolickiego we Francji do uniezależnienia się od władzy papieża.

 

7. Spisek prochowy w roku 1605.

 

8. Dziura św. Patryka - dziurę św. Patryka uważali Irlandczycy za bramę do czyśćca.

 

9. Barneweldt Jan Van Olden (1549 1619) - holenderski mąż stanu, przedstawiciel patrycjatu. Maurycy de Nassau (1567 1625), szef stronnictwa ludowego, oskarżył go o zdradę stanu i korzystając ze sporów religijnych dzielących Holandię na dwa wrogie stronnictwa, skazał Barneweldta na szafot jako heretyka.

 

10. Galiony - hiszpańskie okręty przewożące złoto i srebro z kopalń Peru i Meksyku.

 

11. Ceklarz - pachołek miejski, oprawca.

 

12. Ta Matka Boska jest z drzewa; płacze co rok w dzień swojego święta i lud płacze również. Jednego dnia kaznodzieja widząc stolarza, który stał z suchymi oczyma, spytał go, jak może się nie zalać łzami, kiedy Najświętsza Panna je wylewa. "Ach, wielebny ojcze, to ja umocowałem ją wczoraj w nyży. Wbiłem jej trzy wielkie gwoździe z tyłu: wówczas to byłaby płakała, gdyby mogła." (Przypisek Woltera, w Wyciągu z dziennika dworu Ludwika XIV.)

 

13. Hieronimici - zakon mnichów pustelników.

 

14. Święta Hermandad - stowarzyszenie stworzone w Hiszpanii w roku 1476 celem obrony przeciwko złoczyńcom.

 

15. Biskup z Chiapa - Barthelemy Las Casas (1474 1566), biskup meksykańskiego miasta Chiapa, bronił Indian przeciwko okrutnemu wyzyskowi białych zdobywców.

 

16. Papież - Innocenty X.

 

17. Aurang Zeb (1619 1707) - mongolski władca Hindustanu od r. 1659. Podbił Dekan, Wizapur i Golkondę. Jego nietolerancja religijna była przyczyną licznych buntów krwawo tłumionych.

 

18. Beth Alla (arab.) - dom Boga.

 

19. Mulej Izmael (1646 1727) - sułtan Maroka od roku 1672.

 

Wolter

Jennot i Colin

(1764)

Przełożył: Tadeusz Żeleński Boy

 

Wiele wiarygodnych osób znało Jeannota i Colina w szkole w mieście Issoire, w Owernii, miejscowości sławnej w całym świecie dzięki swemu kolegium i swoim żelaznym garnkom. Jeannot był synem znanego handlarza mułów; Colin zawdzięczał życie zacnemu rolnikowi z okolicy, który uprawiał ziemię w cztery muły i który opłaciwszy półgłówne, podymne, łanowe, targowe, poradlne i narębne, niewiele mógł zaoszczędzić z końcem roku.

 

Jeannot i Colin były to, jak na Owerniaków, wcale ładne dzieciaki; kochali się bardzo i płatali figle i psoty, które zawsze jest miło wspomnieć, kiedy się ludzie spotkają później w świecie.

 

Nauki ich miały się już ku końcowi, kiedy krawiec przyniósł Jeannotowi aksamitne ubranie, z mieniącej się materii, wraz z lyońską kamizelką w nader dobrym guście; przesyłce towarzyszył list do pana de la Jeannotičre. Colin podziwiał ubranie bez cienia zazdrości, ale Jeannot przybrał wyniosły ton, który zmartwił Colina. Od tej chwili Jeannot przestał się uczyć, przeglądał się wciąż w lustrze i pogardzał wszystkim. W jakiś czas potem nadszedł list od pana margrabiego de la Jeannotičre: był to rozkaz od ojca, aby syn przybył do Paryża. Jeannot wsiadł do kolaski podając Colinowi rękę dosyć z pańska, z protekcjonalnym uśmiechem. Colin uczuł swą nicość i rozpłakał się. Jeannot odjechał w całym blasku.

 

Czytelników, którzy lubią dokładne wiadomości, należy pouczyć, że starszy pan Jeannot zdobył szybko ogromny majątek na spekulacjach. Pytacie, w jaki sposób powstają te olbrzymie fortuny? Trzeba szczęścia. Pan Jeannot był przystojnym mężczyzną, żona jego też była ładna i jeszcze świeża. Udali się do Paryża dla procesu, który ich rujnował, kiedy los, który wywyższa i zniża ludzi wedle swego kaprysu, zetknął ich z żoną z przedsiębiorcy szpitalów wojskowych, bardzo zdolnego człowieka, który mógł się pochlubić, że zabił więcej żołnierzy w rok, niż armaty zgładziły ich w lat dziesięć. Jeannot spodobał się pani, pani Jeannot spodobała się panu. Jeannot wszedł niebawem do interesu w charakterze wspólnika; wszedł także i w inne interesy. Z chwilą gdy człowiek raz znajdzie się na fali, trzeba mu tylko pozwolić się nieść; robi bez trudu olbrzymi majątek. Mizeracy, którzy z brzegu patrzą, jak płyniesz pełnymi żaglami, otwierają zdumione oczy i nie wiedzą, w jaki sposób zdołałeś się dobić; zazdroszczą ci na ślepo i piszą na ciebie paszkwile, których nie czytasz. Wszystko to zdarzyło się panu Jeannot, który został niebawem panem de la Jeannotičre i który kupiwszy po pół roku margrabstwo, odebrał ze szkoły pana margrabiego juniora, aby go wprowadzić w wielki świat paryski.

 

Colin, zawsze serdeczny, napisał z powinszowaniem do dawnego towarzysza. Młody margrabia nie odpowiedział ani słowa. Colin odchorował to ze zmartwienia.

 

Rodzice postarali się dla młodego panicza o guwernera: guwerner ten, jegomość bardzo wytworny, ale nie umiejący nic, nie mógł niczego nauczyć swego wychowanka. Pan chciał, aby jego syn umiał po łacinie, pani nie chciała. Wzięli za rozjemcę pewnego autora, który zdobył sobie sławę lekkością i powabem swoich dzieł. Zaproszono go na obiad. Pan domu zaczął w ten sposób: - Panie, ponieważ umie pan po łacinie i bywa pan na dworze...

 

- Ja! po łacinie! ani słowa - odparł literat - i bardzo sobie to chwalę: jasne jest, że o wiele lepiej włada się własnym językiem, kiedy się nie rozprasza na języki obce. Weź pan nasze damy: umysł ich ma o wiele więcej powabu niż męski; piszą listy z większym bez porównania wdziękiem, a mają tę wyższość nad nami jedynie dzięki temu, że nie umieją po łacinie.

 

- I cóż! nie miałam racji? - rzekła pani. - Chcę, aby mój syn był człowiekiem gładkim, aby miał powodzenie; a widzisz sam, gdyby umiał po łacinie, byłby zgubiony. Czy grywa się, powiedz, komedię i operę po łacinie? czy zaleca się kto do dam po łacinie?

 

Pan, olśniony tymi racjami, ustąpił; uchwalono, że młody margrabia nie będzie tracił czasu na poznanie Cycerona, Horacego i Wergiliusza.

 

- Czegóż więc będzie się uczył? Trzebaż, aby coś umiał; czy nie można by mu wyłożyć nieco geografii?

 

- Na co mu to? - odparł guwerner. - Kiedy pan margrabia zechce pojechać do swego majątku, czyż pocztylioni nie będą znali drogi? Nie zabłądzą z pewnością. Nie trzeba cyrkla, aby podróżować; jedzie się bardzo wygodnie z Paryża do Owernii, nic nie wiedząc o szerokości geograficznej.

 

- Ma pan słuszność - rzekł ojciec. - Ale słyszałem o pięknej nauce, którą zowią, zdaje się, astronomią.

 

- Cóż za bzdurstwo! - odparł guwerner - czyż człowiek kieruje się w świecie wedle gwiazd? Czy pan margrabia ma się zamęczać obliczaniem zaćmienia, skoro je znajdzie na czas w kalendarzu, który go pouczy i w dodatku o świętach ruchomych, kwadrach księżyca i wieku wszystkich księżniczek w Europie?

 

Pani była w zupełności zdania guwernera. Młody margrabia był w siódmym niebie; ojciec kręcił mocno głową:

 

- Czegóż tedy będziemy uczyli syna? - mówił.

 

- Sztuki znalezienia się w świecie - odparł wezwany do rady przyjaciel. - Skoro nauczy się być miłym, będzie umiał wszystko, a sztuki tej nauczy się u swojej mamy bez najmniejszego trudu dla obojga.

 

Słysząc to pani uściskała dwornego nieuka i rzekła:

 

- Widać zaraz, że pan jest najuczeńszy człowiek w świecie; syn mój będzie panu wdzięczny całe wykształcenie. Ale zdaje mi się, że nieźle by było umieć nieco historii.

 

- Och, pani, na cóż się to zdało? - odparł tamten. - Przyjemna i pożyteczna jest tylko historia ostatniej doby. Wszystkie historie starożytne to są (powiada jeden z naszych luminarzy1) jedynie uświęcone bajki; co do nowożytnej to chaos, którego nie podobna rozplątać2. Co pani syna obchodzi, że Karol Wielki ustanowił dwunastu parów i że się jego następca jąkał?

 

- Święte słowa! - wykrzyknął guwerner. - Dławi się umysł dzieci stekiem niepotrzebnych wiadomości; ale najgłupsza, moim zdaniem, ze wszystkich nauk i najbardziej zdolna zdusić wszelki talent, to geometria. Ta pocieszna nauka ma za przedmiot powierzchnie, linie i punkty, które nie istnieją w naturze. Można poprowadzić w myśli sto tysięcy linij krzywych między kołem a dotykającą go linią prostą, mimo że w rzeczywistości nie można tam zmieścić ani zdziebełka. Doprawdy, cała geometria to tylko głupi żart.

 

Oboje państwo niezupełnie zrozumieli, o co guwernerowi chodzi, ale zgodzili się skwapliwie z jego zdaniem.

 

- Pan całą gębą, jak pan margrabia - ciągnął - nie ma co sobie suszyć głowy tymi baśniami. Jeśli kiedy będzie potrzebował znakomitego geometry, aby zdjął plan jego majątku, rozmierzą mu go za dobrą zapłatę. Jeśli zechce rozjaśnić mroki swego szlachectwa, które sięga zamierzchłych czasów, pośle po benedyktyna. Tak samo ze wszystkim. Młody panicz tak szczęśliwie urodzony nie jest ani malarzem, ani muzykiem, ani architektem, ani rzeźbiarzem, ale daje kwitnąć wszystkim sztukom, wspomagając je swą hojnością. Lepiej, to pewna, popierać je niż wykonywać; wystarczy, aby pan margrabia miał smak; rzeczą artystów jest pracować dlań; słusznie też powiadają, że ludzie dobrze urodzeni (mam na myśli tych, którzy są bardzo bogaci) umieją wszystko bez nauki, ponieważ uczą się w końcu sądzić o rzeczach, które zamawiają i płacą.

 

Miły nieuk wtrącił się do rozmowy i rzekł: - Bardzo trafnie pani zauważyła, że ostatecznym celem człowieka jest powodzenie w towarzystwie. Otóż, powiedzcie szczerze, czy powodzenie zdobywa się nauką? Czy przyszło komu do głowy w wykwintnym świecie mówić o geometrii? Czy bada kto kiedy dystyngowanego człowieka, jaka gwiazda wstaje dziś ze słońcem? Czy pyta kto przy kolacji, czy Klodion Kędzierzawy przeszedł Ren?

 

- Oczywiście nie! - wykrzyknęła margrabina de la Jeannotičre, która urodzie swej zawdzięczała styczność z wielkim światem - toteż syn mój nie powinien dławić swoich talentów tymi rupieciami. Ale ostatecznie, czegóż go będziemy uczyć? Dobrze jest, aby młody magnat umiał zabłysnąć w potrzebie, jak powiada margrabia, mój mąż. Przypominam sobie, słyszałam z ust pewnego księdza, że najprzyjemniejsza z nauk to jakaś rzecz, której nazwy zapomniałam, ale która zaczyna się na H.

 

- Na H, pani? Czy nie herboryzowanie?

 

- Nie, nie: zaczynało się, mówię panu, na Ha, a kończyło się na arz.

 

- A, rozumiem, pani: herbarz; to jest, w istocie, bardzo głęboka wiedza, ale nie jest już w modzie, odkąd poniechano malowania herbów na drzwiczkach karocy; była to najpożyteczniejsza rzecz w cywilizowanym państwie. Zresztą ta nauka byłaby bez końca: nie ma dziś cyrulika, który by nie miał herbu; a wiadomo pani, że każda rzecz, która się staje pospolitą, traci na blasku.

 

Wreszcie, rozpatrzywszy silne i słabe strony różnych nauk, osądzono, że pan margrabia będzie się uczył tańca.

 

Natura, ta troskliwa opiekunka, dała mu talent, który się rozwinął niebawem nader szczęśliwie: śpiewał bardzo przyjemnie modne piosenki. Wdzięk młodości połączony z tym szacownym darem zyskał mu reputacją młodzieńca pełnego nadziei. Kobiety przepadały za nim; mając w głowie moc piosenek składał je dla swoich bogiń. W jednej piosence łupił "Bachusa i Amora", w drugiej "Noc i dzień", w trzeciej "Wdzięki i męki"; że zaś w jego wierszach było zawsze o parę stóp za wiele lub za mało, dawał je poprawiać kosztem dwudziestu ludwików od piosenki; za czym ogłoszono go w "Roku Piśmienniczym"3 następcą La Fare'a, Chaulieu, Hamiltona, Sarrazina i Voiture'a4

 

Pani margrabina nabiła sobie głowę, że jest matką poety, i jęła wydawać kolacje dla paryskiej literatury. Niebawem młodemu człowiekowi przewróciło się w głowie; nauczył się mówić rzeczy, których sam nie rozumiał, i wydoskonalił się w rzemiośle wałkonia. Widząc go tak wymownym, ojciec począł żałować, że go nie dał uczyć łaciny, bo byłby mu kupił jaki wysoki urząd. Matka, ożywiona górniejszymi uczuciami, podjęła się wystarać dla syna o pułk w armii; tymczasem uprawiał miłość. Miłość bywa niekiedy droższa niż szlify pułkownika. Wydawał wiele, rodzice zaś tym bardziej silili się na pańskość.

 

Młoda i szlachetnie urodzona wdowa, ich sąsiadka, posiadająca jedynie skromne mienie, postanowiła zaopiekować się magnacką fortuną państwa de la Jeannotičre zaślubiając młodego margrabiego. Ściągnęła go do siebie, rozkochała go, pozwoliła mu zgadnąć, że nie jest jej obojętny, przeprowadziła go przez wszystkie szczeble, oczarowała go, opanowała bez trudu. Karmiła go to pochlebstwami, to radami, stała się najlepszą przyjaciółką jego rodziców. Stara sąsiadka podsunęła małżeństwo; rodzice, olśnieni tym związkiem, przyjęli z radością propozycję; oddali swego jedynaka serdecznej przyjaciółce. Młody margrabia miał tedy pojąć żonę, którą ubóstwiał i która go kochała. Przyjaciele domu winszowali mu: układano punkty kontraktu gotując wesele i epithalamium.

 

Pewnego ranka młody człowiek znajdował się u kolan uroczej istoty, którą miłość, szacunek i przyjaźń miały mu zaswatać niebawem; w tkliwej rozmowie kosztowali pierwocin szczęścia; robili plany rozkosznego życia, kiedy wpadł mocno zmięszany lokal margrabiny.

 

- Ładna historia - rzekł - komornicy wynoszą meble jaśnie państwa; wszystko zajęli wierzyciele; bąkają coś o areszcie; trzeba mi się zakrzątnąć, aby odebrać swoje zasługi.

 

- Co ty bajesz - rzekł margrabia - zaraz zobaczymy, co to ma znaczyć.

 

- Tak - rzekła wdowa - idź skarcić tych hultajów; spiesz żywo.

 

Biegnie; wpadał do domu; ojca już odprowadzono do więzienia; cała służba uciekła unosząc, co kto mógł. Matka, sama, bez pomocy, bez pociechy, tonęła we łzach; nie zostało jej nic prócz wspomnienia majątku, urody, błędów i szalonych wydatków.

 

Skoro syn wypłakał się z matką, rzekł wreszcie:

 

- Nie rozpaczajmy, ta młoda wdowa kocha mnie szalenie; jest bardziej jeszcze szlachetna niż bogata, jestem jej pewien: pędzę i przyprowadzę ją tutaj.

 

Wraca tedy do ukochanej; zastaje ją sam na sam z przystojnym oficerkiem.

 

- Jak to, to pan, panie de la Jeannotičre; co pan tu robi? czy można tak opuszczać swoją matkę? idź pan do tej zacnej osoby, powiedz, że zawsze jestem jej szczerze życzliwa; potrzebuję właśnie pokojówki, zachowam jej pierwszeństwo.

 

- Mój chłopcze, wydajesz mi się wcale gracki - rzekł oficer - jeśli chcesz wstąpić do mojej kompanii, pomyślę o tobie.

 

Margrabia, osłupiały, z wściekłością w sercu udał się do dawnego guwernera, wylał swe bóle na jego łono i poprosił o radę. Ów poradził mu, aby został jak on guwernerem.

 

- Niestety! nic nie umiem, niczego mnie pan nie nauczył: jesteś główną przyczyną mego nieszczęścia.

 

To mówiąc szlochał.

 

- Pisz pan powieści - rzekł jakiś gryzipiórek, który był przy tym - to w Paryżu doskonały sposób utrzymania.

 

Młody człowiek, coraz bardziej zrozpaczony, pobiegł do matczynego spowiednika: był to teatyn bardzo wzięty, który sprawował duchowną opiekę tylko przy bardzo znamienitych damach.

 

- Mój Boże, panie margrabio, gdzie pańska karoca? jak się miewa czcigodna matka pańska, pani margrabina?

 

Biedny chłopak opowiedział mu nieszczęścia rodzinne. W miarę opowiadania teatyn przybierał minę coraz poważniejszą, coraz bardziej obojętną i dostojną.

 

- Mój synu, to palec mądrości bożej: bogactwa psują jeno serce. Bóg uczynił tedy matce pańskiej tę łaskę, iż doprowadził ją do zupełnej nędzy?

 

- Tak, ojcze.

 

- Tym lepiej, pewna jest swego zbawienia.

 

- Ale, mój ojcze, nim to nastąpi, czy nie byłoby sposobu uzyskania dla niej jakiej pomocy na tym świecie?

 

- Bądź zdrów, mój synu, pewna dostojna penitentka oczekuje mnie.

 

Margrabia omal nie zemdlał. To samo mniej więcej przyjęcie znalazł u wszystkich przyjaciół; w pół dnia lepiej poznał świat niż przez całe dotychczasowe życie.

 

Gdy tak tonął w bezmiarze rozpaczy, ujrzał staroświecką landarę ze skórzanymi firankami, a za nią cztery ogromne, wysoko naładowane wozy. W landarze siedział młody człowiek z prosta ubrany: okrągła i świeża twarz oddychała poczciwością i weselem. Żona, nieduża brunetka o niewybrednej urodzie, trzęsła się koło niego. Pojazd nie jechał tak, jak jeżdżą dworscy panicze; podróżny miał czas przyjrzeć się margrabiemu, który stał jak martwy, pogrążony w boleści.

 

- Boże ty mój - zawołał - toć to Jeannot!

 

Słysząc to miano margrabia podnosi oczy; pojazd zatrzymuje się.

 

- To Jeannot, ależ tak, to Jeannot!

 

Mały, pulchny człowieczek daje susa i pędzi uściskać dawnego kolegę. Jeannot poznaje Colina; twarz mu spłonęła wstydem, łzy puściły mu się z oczu.

 

- Wzgardziłeś mną - rzekł Colin - ale choć jesteś wielkim panem, będę cię kochał zawsze.

 

Jeannot, zmięszany i rozczulony, opowiada mu, szlochając, swoje nieszczęście.

 

- Chodź do mojej kwatery, powiesz mi resztę - rzekł Colin - uściskaj moją babę i pójdziemy razem

na obiad.

 

Idą wszyscy troje pieszo, wozy za nimi.

 

- Cóż to jest ta cała karawana? czy to twoje?

 

- Tak, wszystko to moje i mojej żony. Przybywamy z miasteczka. Stoję na czele fabryczki cyny i miedzi. Ożeniłem się z córką bogatego kupca sprzętów potrzebnych wielkim i małym. Pracujemy tęgo, Bóg nam błogosławi. Nie odmieniliśmy stanu, jesteśmy szczęśliwi. Poratujemy naszego drogiego Jeannot. Puść kantem margrabstwo: wszystkie wielkości świata nie są warte dobrej przyjaźni. Wrócisz ze mną do miasteczka, nauczę cię rzemiosła: nie jest trudne; przyjmę cię do spółki i będziemy żyli wesoło tam, gdzieśmy się urodzili.

 

Jeannot, oszołomiony, doznawał kolejno uczuć bólu i radości, roztkliwienia i wstydu; powtarzał po cichu: - Wszyscy nasi świetni przyjaciele zdradzili mnie, a Colin, którym wzgardziłem, sam jeden spieszy mi z pomocą. Co za nauczka!

 

Poczciwość Colina rozwinęła w sercu Jeannota dobre ziarno, którego świat nie zdołał zdławić. Uczuł, że nie mógłby opuścić rodziców. - Zaopiekujemy się twoją matką - rzekł Colin - co zaś do nieboraka ojca, który jest w więzieniu, rozumiem się nieco na interesach: wierzyciele widząc, że nie ma już nic, zadowolą się lada czym; biorę wszystko na siebie.

 

Colin dokazał tego, że wydobył ojca z więzienia. Jeannot wrócił do swego miasteczka z rodzicami, którzy chwycili się dawnego rzemiosła. Zaślubił siostrę Colina, która z usposobienia podobna do brata, stworzyła mu miłe życie. I Jeannot ojciec, Jeannotowa matka oraz Jeannot syn poznali, że szczęście nie mieści się w próżności.

 

 

----------------------------------------------------------------------------

 

1. ...jeden z naszych luminarzy - Fontenelle. Był on jednym z filarów koterii Nowożytników usiłujących zastąpić estetykę opartą na tradycjach antycznych nowoczesnym pojęciem piękna.

 

2. W XVIII wieku nie uważano jeszcze historii za dyscyplinę naukową.

 

3. "Rok Piśmienniczy" - pismo wydawane przez Elie Catherine Frérona (1719 1776), wroga filozofów walczących o reformy polityczno społeczne, obrońcę starego porządku. Wolter, gdzie mógł, kąsał go swym szyderstwem.

 

4. La Fare, Chaulieu, Hamilton, Sarrazin i Voiture - Karol August la Fare (1644 1712), Wilhelm Chaulieu (1639 1720), Antoni Hamilton (1646 1720), Jan Franciszek Sarasin (1603 1654), Wincenty Voiture (1597 1648) - drugorzędni francuscy poeci salonowi.

 

Wolter

Kandyd1, czyli optymizm

 

 

Tłumaczenie Tadeusz Żeleński (Boy)

 

Dzieło przełożone z niemieckiego rękopisu doktora Ralfa2 z

przyczynkami, znalezionymi w kieszeni tegoż doktora zmarłego w

Minden, r. p. 1759

 

I. JAK KANDYD CHOWAŁ SIĘ W PIĘKNYM ZAMKU

I JAK GO STAMTĄD WYGNANO

 

W Westfalii, w zamku barona de Thunder-ten-tronckh, żył młody chłopiec, którego natura obdarzyła charakterem najłagodniejszym w świecie3. Fizjonomia odzwierciedlała jego duszę. Posiadał dość zdrowy sąd o rzeczach, przy dowcipie niezmiernie prostym; mniemam, iż z tej przyczyny dano mu imię Kandyda. Starzy słudzy podejrzewali, że jest synem siostry barona oraz pewnego zacnego i godnego szlachcica z sąsiedztwa, którego ta panna uparcie wzbraniała się zaślubić, ponieważ mógł się wywieść ledwie z siedemdziesięciu jeden pokoleń, reszta zaś drzewa genealogicznego gubiła się gdzieś w odmęcie czasów.

 

Baron był jednym z najpotężniejszych panów w Westfalii, zamek jego bowiem posiadał drzwi i okna. Główna komnata strojna była nawet dywanami. Zebrawszy wszystkie psy z obejścia, można było w potrzebie utworzyć coś na kształt sfory; chłopcy stajenni byli masztelarzami, miejscowy wikary wielkim jałmużnikiem. Wszyscy tytułowali barona jego dostojnością i śmiali się z jego konceptów.

 

Pani baronowa, która ważyła około trzystu pięćdziesięciu funtów, zażywała z tej przyczyny wielkiego poważania; czyniła honory domu z godnością jednającą jej tym większy szacunek. Córka, Kunegunda, licząca siedemnaście wiosen, była rumiana, świeża, pulchna i apetyczna. Syn okazywał się we wszystkim godny ojca. Preceptor Pangloss4 był wyrocznią domu, a mały Kandyd słuchał jego nauk z ufnością właściwą jego wiekowi i naturze.

 

Pangloss wykładał tajniki metafizyko-teologo-kosmolo-nigologii. Dowodził wprost cudownie, że nie ma skutku bez przyczyny i że na tym najlepszym z możliwych światów zamek jego wysokości pana barona jest najpiękniejszym z zamków, pani baronowa zaś najlepszą z możliwych kasztelanek.

 

- Dowiedzione jest - powiadał - że nic nie może być inaczej; ponieważ wszystko istnieje dla jakiegoś celu, wszystko z konieczności musi istnieć dla najlepszego celu. Zważcie dobrze, iż nosy są stworzone do okularów; dlatego mamy okulary. Nogi są wyraźnie stworzone po to, aby były obute; dlatego mamy obuwie. Kamienie są po to, aby je ciosano i budowano z nich zaniki; dlatego jego dostojność pan baron ma bardzo piękny zamek; największy baron w okolicy musi mieć najlepsze mieszkanie. Świnie są po to, aby je zjadać; dlatego mamy wieprzowinę przez cały rok. Z tego wynika, iż ci, którzy twierdzili, że wszystko jest dobre, powiedzieli głupstwo; trzeba było rzec, że wszystko jest najlepsze.

 

Kandyd słuchał uważnie i wierzył w prostocie ducha; panna Kunegunda wydawała się mu bowiem bardzo urodziwa, mimo iż nigdy nie odważył się jej tego wyznać. Wnioskował, iż po szczęściu urodzenia się baronem de Thunder-ten-tronckh drugim stopniem szczęścia jest być panną Kunegundą, trzecim widywać ją co dzień, czwartym zaś słuchać mistrza Panglossa, największego filozofa w okolicy, a tym samym na całej ziemi.

 

Jednego dnia Kunegundą, przechadzając się wpodle zaniku po małym lasku, który nazywano parkiem, ujrzała w gęstwinie doktora Panglossa, jak dawał lekcję eksperymentalnej fizyki pokojówce jej matki, fertycznej brunetce, bardzo ładnej i niesrogiej. Ponieważ panna Kunegundą miała z natury wielką ciekawość do nauk, przyglądała się z zapartym oddechem owym kilkakroć ponawianym doświadczeniom; ujrzała jasno przekonywającą argumentację doktora, przyczyny i skutki i wróciła do domu wzruszona, zadumana, wskroś przenikniona chęcią poświęcenia się naukom. Myślała przy tym, że ona mogłaby snadnie być skutecznym argumentem dla młodego Kandyda, on zaś nawzajem dla niej.

 

Spotkała Kandyda wracając do zamku i poczerwieniała; Kandyd poczerwieniał również. Rzekła mu przerywanym głosem: "Dzień dobry!" Kandyd odpowiedział nie wiedząc sam, co mówi. Nazajutrz po obiedzie, kiedy wstawano od stołu, Kunegundą i Kandyd znaleźli się za parawanem; Kunegundą upuściła chusteczkę. Kandyd ją podniósł; wzięła go niewinnie za rękę; chłopiec ucałował niewinnie rękę panienki z żywością, uczuciem, wdziękiem nie do opisania; usta ich się spotkały, oczy zapłonęły, kolana zaczęły drżeć, ręce zabłąkały się. Baron de Thunder-ten-tronckh przechodził koło parawanu i widząc tę przyczynę i ten skutek wypędził Kandyda z zaniku paroma kopniakami w pośladki. Kunegundą zemdlała; kiedy przyszła do siebie, otrzymała silny policzek od baronowej; tak wszystko zmąciło się w najpiękniejszym i najmilszym z możebnych zaników.

 

 

 

II. JAK KANDYD DOSTAŁ SIĘ MIĘDZY BUŁGARÓW

 

Kandyd wypędzony z raju ziemskiego szedł długo, nie wiedząc dokąd, płacząc, wznosząc oczy do nieba, obracając je często ku najpiękniejszemu z zamków, który zawierał najpiękniejszą z baronówien. Położył się bez wieczerzy, w szczerym polu, w bruździe między zagonami; śnieg padał wielkimi płatami. Nazajutrz przemarznięty do szpiku Kandyd zawlókł się do sąsiedniej wsi, noszącej miano Yalberghoff-trarbk-dikdorff, bez grosza, umierając z głodu i znużenia. Zatrzymał się smutno u wrót gospody. Dwaj błękitno ubrani ludzie zwrócili nań oczy.

 

- Patrz, kamracie - rzekł jeden. - Doskonale zbudowany chłopak; ręczę, że ma przepisaną miarę.

 

Podeszli i zaprosili uprzejmie Kandyda na obiad.

 

- Panowie - rzekł Kandyd z uroczą skromnością. - Świadczycie mi wiele zaszczytu, ale nie mam czym zapłacić za siebie.

 

- Och, panie - rzekł jeden z błękitnych. - Osoby pańskiej powierzchowności i zalet nie płacą nigdy za nic; czyż nie posiadasz pięciu stóp i pięciu cali wzrostu?

 

- Tak, panowie, w istocie to moja miara - odparł z ukłonem.

 

- Och, drogi panie, siadaj z nami; nie tylko wyrównamy za ciebie rachunek, ale nie ścierpimy, aby człowiekowi takiemu jak pan miało kiedykolwiek braknąć pieniędzy; toć pierwszym obowiązkiem ludzi jest pomagać sobie wzajem.

 

- Macie słuszność - odparł Kandyd. - Toż samo powiadał mistrz Pangloss; widzę, że w istocie wszystko jest jak najlepiej.

 

Proszą, aby przyjął kilka talarów; bierze i chce wystawić oblig; nie przyjmują, siadają z nim do stołu.

 

- Powiedz, czy kochasz tkliwie...

 

- Ach, tak - odpowiedział. - Kocham tkliwie pannę Kunegundę.

 

- Nie - odparł jeden z nieznajomych. - Pytamy, czy kochasz tkliwie króla Bułgarów5?

 

- Ani trochę - odpowiedział. - Nie widziałem go na oczy,

 

- Jak to! Ależ to czarujący monarcha; trzeba wypić jego zdrowie.

 

- Och, bardzo chętnie, owszem. Pije.

 

- Wystarczy - powiadają mu. - Oto jesteś ostoją, podporą, obrońcą, bohaterem Bułgarów; los twój zapewniony, sława niezawodna.

 

Wkładają mu natychmiast kajdany na nogi i prowadzą go do pułku. Każą mu się obracać w prawo, w lewo, brać broń na ramię, zdejmować, mierzyć, strzelać, podwajać krok i sypią mu trzydzieści kijów; nazajutrz wykonywa to samo mniej niezdarnie i dostaje tylko dwadzieścia; trzeciego dnia trzepią mu tylko dziesięć, a towarzysze patrzą nań jak na młody fenomen.

 

Kandyd, oszołomiony, nie pojmował jeszcze zbyt dobrze profesji bohatera. Pewnego pięknego dnia wiosennego wpadło mu do głowy puścić się na przechadzkę. Kroczył swobodnie przed siebie w mniemaniu, iż jest to przywilejem rodzaju ludzkiego jak i bydlęcego posługiwać się własnymi nogami wedle upodobania. Nie zrobił ani dwóch mil, kiedy dopadło go czterech innych sześciostopowych bohaterów; wiążą go i prowadzą do więzienia. Spytano go wedle form prawnych, czy woli przejść trzydzieści sześć razy przez rózgi całego pułku, czy też otrzymać naraz dwanaście kuł w mózgownicę. Próżno przedkładał, iż każdy człowiek posiada wolną wolę i że on osobiście nie życzy sobie ani tego, ani tego; trzeba było wybierać. Owóż mocą owego daru boskiego, który nazywa się wolnością, namyślił się przejść trzydzieści sześć razy przez rózgi; odbył dwie takie przechadzki. Pułk liczył dwa tysiące ludzi; to wyniosło cztery tysiące rózeg, które od karku do pośladków obnażyły mu wszystkie mięśnie i nerwy. Gdy przyszła chwila trzeciej przechadzki, Kandyd przywiedziony do ostateczności poprosił jako o łaskę, aby mu raczono strzelić w łeb i uzyskał ten fawor; zawiązują mu oczy i każą klęknąć. W tejże chwili przejeżdża król Bułgarów, pyta o zbrodnię delikwenta; że zaś był to król obdarzony niepospolitym geniuszem, zrozumiał ze wszystkiego, co usłyszał o Kandydzie, że młody ten metafizyk bardzo jest nieświadomy spraw tego świata; jakoż ułaskawił go ze wspaniałomyślnością, którą będą wysławiać wszystkie gazety po wszystkie wieki. Dzielny chirurg uleczył Kandyda w trzy tygodnie za pomocą maści przepisanych przez Dioskorydesa. Miał już nieco skóry i mógł chodzić, kiedy król Bułgarów wydał bitwę królowi Abarów.

 

 

 

III. JAK KANDYD UMKNĄŁ Z ARMII BUŁGARÓW

I CO MU SIĘ PRZYTRAFIŁO

 

Nie można sobie wyobrazić nic równie pięknego, sprawnego, świetnego, równie dobrze wyćwiczonego jak obie armie. Trąby, piszczałki, oboje, bębny, armaty tworzyły harmonię, jakiej nie słyszano ani w piekle. Zrazu armaty obaliły po sześć tysięcy ludzi z każdej strony; następnie strzelanina uprzątnęła z najlepszego ze światów dziewięć do dziesięciu tysięcy hultajów, którzy zanieczyszczali jego powierzchnię. Bagnet również uporał się z paroma tysiącami; wszystko razem mogło sięgać jakichś trzydziestu tysięcy dusz. W czasie tych heroicznych jatek Kandyd, który trząsł się jak szczery filozof, ukrył się, jak mógł, najtroskliwiej. Wreszcie, gdy obaj królowie kazali śpiewać, każdy w swoim obozie, Te Deum, powziął postanowienie, aby się udać gdzie indziej roztrząsać problemy przyczyn i skutków. Okraczając całe sterty trupów i umierających dotarł do sąsiedniej wioski; zastał kupę popiołów; była to wieś abarska, którą Bułgarzy spalili wedle kanonów prawa publicznego. Tu pokłuci ranami starcy patrzyli, jak żony ich pozarzynane konały w męczarniach tuląc dzieci do zakrwawionych piersi; tam dziewczyny z porozpruwanymi brzuchami, nasyciwszy naturalne popędy bohaterów, wydawały ostatnie tchnienie; inne, wpół-spalone, krzyczały, aby je dobito. Mózgi walały się po ziemi obok poucinanych rąk i nóg.

 

Kandyd umknął, co miał tchu, do dalszej wioski: należała do Bułgarów i bohaterowie abarscy obeszli się z nią tak samo. Wciąż stąpając po drgających członkach lub po zwęglonych ciałach wydostał się wreszcie poza pole bitwy, niosąc w tornistrze nieco zapasów i nie zapominając ani na chwilę o pannie Kunegundzie. Wiwenda skończyła się właśnie, kiedy dotarł do Holandii; ale ponieważ słyszał, iż jest to kraj bogaty i chrześcijański, nie wątpił, że znajdzie przyjęcie równie dobre jak ongi w zamku barona, nim go wygnano stamtąd za sprawą pięknych oczu Kunegundy.

 

Zwrócił się do kilku poważnych obywateli z prośbą o jałmużnę, odpowiedzieli jednocześnie, że jeśli zechce dalej uprawiać to rzemiosło, będą zmuszeni oddać go do domu poprawy, iżby się nauczył przyzwoitości.

 

Zwrócił się następnie do człowieka, który dopiero co wobec wielkiego zgromadzenia rozprawiał godzinę o miłosierdziu6. Ów spojrzał nań z ukosa i rzekł:

 

- Co ty tu robisz? Czy bawisz tu dla dobrej przyczyny?

 

- Nie ma skutku bez przyczyny - odparł skromnie Kandyd. - Wszystko wiąże się łańcuchem konieczności i dąży do najlepszego celu. Trzeba było, aby mnie wygnano z pobliża panny Kunegundy i abym przeszedł dwa razy przez rózgi; tak samo trzeba, bym prosił o chleb, póki nie będę mógł nań zapracować; nie mogło być inaczej.

 

- Mój przyjacielu - rzekł mówca. - Czy wierzysz, że papież jest antychrystem?

 

- Nie słyszałem jeszcze o tym - odparł Kandyd - ale czy jest, czy nie jest, ja nie mam chleba.

 

- Niewart go jesteś - rzekł tamten. - Precz, nędzniku, precz, łotrze, nie zbliżaj się do mnie, póki życia.

 

Żona mówcy wystawiła głowę przez okno i na widok człowieka, który wątpił, iż papież jest antychrystem, wypróżniła mu na łeb pełny... O nieba, do jakichż wybryków posuwa się żarliwość religijna u dam!

 

Pewien człowiek, który nie był ochrzczony, poczciwy anabaptysta7 imieniem Jakub, ujrzał, w jak okrutny i haniebny sposób potraktowano jednego z jego braci, istotę o dwóch nogach, bez pierza, obdarzoną duszą; zaprowadził go do siebie, umył go, dał mu chleba i piwa, obdarował go dwoma florenami, ofiarował się nawet zatrudnić go w swoich fabrykach perskich tkanin, które wyrabia się w Holandii. Kandyd, padając niemal na twarz przed dobroczyńcą, wykrzyknął:

 

- Dobrze powiadał mistrz Pangloss, że wszystko w świecie dzieje się najlepiej; pańska dobroć wzruszyła mnie o wiele bardziej niż okrucieństwo jegomościa w czarnym płaszczu oraz jego małżonki!

 

Nazajutrz przechadzając się spotkał nędzarza, całego okrytego wrzodami, z martwymi oczyma, ze stoczonym końcem nosa, z wykrzywioną gębą, z czarnymi zębami, ochrypłym głosem, dręczonego okutnym kaszlem i wypluwającego po jednym zębie przy każdym napadzie.

 

 

 

IV. JAK KANDYD SPOTKAŁ SWEGO DAWNEGO MISTRZA

FILOZOFII, DOKTORA PANGLOSSA,

I CO Z TEGO WYNIKŁO

 

Kandyd, bardziej jeszcze przejęty współczuciem niż grozą, oddał przeraźliwemu nędzarzowi dwa floreny poczciwego anabaptysty. Widmo popatrzyło nań uważnie, zalało się łzami i padło mu na szyję. Kandyd cofnął się przerażony.

 

- Ach! - rzekł nędzarz do drugiego nędzarza. - Nie poznajesz już swego drogiego Panglossa?

 

- Co słyszę, to ty, ukochany mistrzu? Ty, w tym okrutnym stanie! Cóż za nieszczęście cię spotkało? Czemu nie jesteś już w najpiękniejszym z zamków? Co się stało z panną Kunegundą, perłą dziewic, arcytworem przyrody?

 

- Słabo mi - rzekł Pangloss.

 

Natychmiast Kandyd zawiódł go do domu anabaptysty, gdzie dał mu kawałek chleba; kiedy zaś Pangloss pokrzepił się nieco:

 

- I cóż - spytał - Kunegundą?

 

- Umarła - odparł tamten.

 

Słysząc to Kandyd zemdlał; przyjaciel ocucił go trochą lichego octu, który znalazł się przypadkiem w izbie. Kandyd otworzył oczy:

 

- Kunegunda umarła! Och, najlepszy ze światów, gdzieżeś jest? Ale z czego umarła? Czyżby z tego, iż widziała, jak ojciec jej wygania mnie z zamku nogą?

 

- Nie - rzekł Pangloss. - Rozpruli jej brzuch żołnierze bułgarscy, nagwałciwszy się jej wprzód ile wlazło; roztrzaskali głowę baronowi, który chciał jej bronić; baronową pokrajali na kawałki; mego biednego pupila spotkał los podobny jak siostrę; co się zaś tyczy zamku, nie pozostał ani kamień na kamieniu, ani jedna stodoła, ani baran, ani kaczka, ani drzewo. Ale pomszczono nas wspaniale. Abarowie bowiem uczynili toż samo w sąsiednim zamku, należącym do szlachcica bułgarskiego.

 

Słysząc to Kandyd ponownie zemdlał; następnie, przyszedłszy do siebie i powiedziawszy wszystko, co miał do powiedzenia, zapytał o przyczynę i skutek i o wystarczającą rację, która doprowadziła Panglossa do tak żałosnego stanu.

 

- Niestety - rzekł tamten. - Miłość; miłość, pocieszycielka rodzaju ludzkiego, zachowawczym świata, dusza wszystkich czujących istot, tkliwa miłość.

 

- Ach - rzekł Kandyd. - Poznałem i ja tę miłość, ową władczynię serc, duszę naszej duszy; przyniosła mi tylko jednego całusa i dwadzieścia kopniaków w siedzenie. W jaki sposób ta piękna przyczyna mogła sprawić w tobie tak żałosny skutek?

 

Pangloss odparł w tych słowach:

 

- O, drogi Kandydzie! Znałeś Pakitę, subretkę dostojnej baronowej; zakosztowałem w jej ramionach słodyczy raju: ale stały się one źródłem piekielnych mąk, które mnie oto trawią: była nimi skażona do szpiku; może umarła od nich! Pakita otrzymała ten podarek od uczonego franciszkanina, który dotarł aż do źródła, miał go bowiem od starej hrabiny, która otrzymała go od kapitana kawalerii, który zawdzięcza go margrabinie, która dostała go od pazia, który otrzymał go od jezuity, który w czas swego nowicjatu posiadł go w prostej linii od jednego z towarzyszów Krzysztofa Kolumba. Co do mnie, nie udzielę go już nikomu, bo umieram.

 

- O, Panglossie! - wykrzyknął Kandyd. - Cóż za osobliwa genealogia! Zali nie diabeł był jej protoplastą?

 

- Wcale nie - odparł ów wielki człowiek. - Była to rzecz nieodzowna na najlepszym ze światów, składnik konieczny; gdyby Kolumb nie nabył na Wyspie Ameryckiej tej choroby, która zatruwa źródło płodzenia, często udaremniając samo płodzenie, i która jest najoczywiściej sprzeczna z wielkim celem przyrody, nie mielibyśmy ani czekolady, ani koszenili; a trzeba jeszcze zauważyć, że do dziś na kontynencie choroba ta jest naszą specjalnością, jak spory teologiczne. Turcy, Indianie, Persowie, Chińczycy, Syjamczycy, Japończycy nie znają jej jeszcze, ale istnieje wystarczająca racja, aby ją poznali z kolei w ciągu następnych wieków. Na razie uczyniła ona cudowne postępy wśród nas, a zwłaszcza w owych armiach złożonych z poczciwych, dobrze wytresowanych rekrutów, które rozstrzygają o losach państw. Można twierdzić stanowczo, iż kiedy trzydzieści tysięcy ludzi walczy w regularnej bitwie przeciw drugiej armii tej samej siły, po każdej stronie znajduje się około dwudziestu tysięcy dotkniętych francą.

 

- To cudowne - rzekł Kandyd - ale trzeba się leczyć, mistrzu.

 

- W jaki sposób? - odparł Pangloss. - Nie mam ani szeląga, mój przyjacielu; na całej zaś powierzchni kuli ziemskiej nikt ci nie puści krwi ani nie wsunie lewatywy, jeżeli mu nie zapłacisz albo ktoś inny nie zechce zapłacić za ciebie.

 

Te ostatnie słowa zrodziły w Kandydzie postanowienie: rzucił się do nóg miłosiernego Jakuba i odmalował tak wzruszająco stan przyjaciela, iż poczciwiec nie zawahał się przygarnąć doktora Panglossa: dał go leczyć swoim kosztem. Dzięki kuracji Pangloss postradał tylko jedno oko i jedno ucho. Pisał dobrze i doskonale znał arytmetykę. Anabaptysta Jakub powierzył mu prowadzenie ksiąg. Po upływie dwóch miesięcy, zmuszony udać się do Lizbony w sprawach handlowych, zabrał na okręt obu filozofów. Pangloss wytłumaczył mu, jako wszystko w świecie dzieje się możliwie najlepiej. Jakub nie był tego zdania.

 

- Musieli ludzie - rzekł - zepsuć cokolwiek naturę; nie urodzili się wszak wilkami, a stali się wilkami. Bóg nie dał im ani armat dwudziestego czwartego kalibru, ani bagnetów, oni zaś sporządzili sobie bagnety i armaty, aby się uśmiercać wzajem. Mógłbym przytoczyć również bankructwa oraz trybunały, które zagarniają mienie bankrutów, aby zeń wyzuć wierzycieli.

 

- Wszystko to jest nieodzowne - odparł jednooki doktor. - Niedole poszczególne składają się na powszechne dobro; tym samym, im więcej jest nieszczęść poszczególnych, tym bardziej całość jest dobra.

 

Gdy tak rozumował, ściemniło się, wiatry zadęły ze wszystkich stron naraz i tuż pod samym portem okręt stał się igraszką najstraszliwszej burzy.

 

 

 

V. BURZA, ROZBICIE, TRZĘSIENIE ZIEMI

JAKO TEŻ INNE PRZYGODY DOKTORA PANGLOSSA,

KANDYDA I ANABAPTYSTY JAKUBA

 

Połowa podróżnych, osłabionych, dławionych niepojętą męczarnią, w jaką kołysanie okrętu wprawia nerwy i wszystkie humory cielesne wstrząsane w najsprzeczniejszych kierunkach, nie miała nawet siły troszczyć się o bezpieczeństwo. Druga połowa wydawała okrzyki i wznosiła modły; żagle poszły w strzępy, maszty w drzazgi, dno się rozpukło. Pracował, kto mógł, jeden nie rozumiał drugiego, nikt nie kierował pracą. Anabaptysta pomagał trochę przy sterze stojąc na pomoście; jakiś majtek, wściekły, uderzył go z całych sił i rozciągnął go na pokładzie, ale od ciosu, jaki mu wymierzył, sam doznał tak gwałtownego wstrząsu, iż wypadł na łeb ze statku. Tak wisiał zaczepiony o kawałek złamanego masztu. Dobry Jakub śpieszy z pomocą, pomaga mu wygramolić się z powrotem i z wielkiego wysiłku stacza się w morze, w oczach tegoż majtka, który pozwala mu zginąć, nie racząc nawet nań spojrzeć. Kandyd zbliża się, widzi swego dobroczyńcę, jak zjawia się jeszcze raz na fali i zanurza się w niej na zawsze. Chce się rzucić za nim w morze: filozof Pangloss wstrzymuje go, dowodząc, iż Zatokę Lizbońską stworzono umyślnie w tym celu, aby anabaptysta w niej utonął. Gdy to udowadniał a priori, okręt rozszczepia się i pęka; wszystko ginie, z wyjątkiem Panglossa, Kandyda i nieludzkiego majtka, który dał utonąć cnotliwemu anabaptyście; hultaj dopłynął szczęśliwie do brzegu, dokąd też Pangloss i Kandyd dostali się na belce.

 

Skoro trochę przyszli do siebie, powędrowali do Lizbony; zostało im nieco pieniędzy, dzięki którym mieli nadzieję uratować się od głodu, ocalawszy tak szczęśliwie z burzy.

 

Ledwie stanęli w mieście płacząc nad śmiercią dobroczyńcy, uczuli, że ziemia drży im pod stopami, morze wznosi się i bałwani w porcie, krusząc okręty stojące na kotwicy8. Kłęby ognia i dymu napełniają ulice i rynki, domy walą się, dachy osuwają się na fundamenty, a fundamenty rozsypują się w gruzy: trzydzieści tysięcy mieszkańców wszelkiego wieku i płci znajduje śmierć pod ruinami. Majtek powiada pogwizdując i klnąc pod nosem:

 

- Można tu będzie coś zarobić przy tej okazji.

 

- Jaka może być wystarczająca racja tego fenomenu? - pytał Pangloss.

 

- To już chyba koniec świata! - wykrzyknął Kandyd.

 

Majtek pędzi niezwłocznie między ruiny, naraża się na śmierć, aby znaleźć nieco pieniędzy, znajduje je, zagarnia, upija się, po czym, jeszcze odurzony winem, kupuje uścisk pierwszej dziewki spotkanej na gruzach domów pośród umierających i umarłych. Wśród tego Pangloss ciągnie go za rękaw.

 

- Mój przyjacielu - mówił. - Niedobrze sobie poczynasz; chybiasz powszechnemu rozumowi, chwila nie jest zgoła po temu.

 

- Do kroćset kaduków - odparł tamten. - Jestem majtek, rodem z Batawii; zdeptałem cztery razy krucyfiks w czterech podróżach do Japonii9; dobrześ się wybrał, człeku, ze swoim powszechnym rozumem!

 

Parę odłamków zraniło Kandyda; legł na ulicy, przysypany gruzem. Mówił do Panglossa:

 

- Przez litość! Postaraj się o trochę wina i oliwy; umieram.

 

- Owo trzęsienie ziemi to nie żadna nowość - odparł Pangloss. - Miasto Lima w Ameryce uległo w zeszłym roku takiemuż wstrząśnieniu; te same przyczyny, ten sam skutek; niezawodnie musi się ciągnąć żyła siarki pod ziemią od Limy do Lizbony.

 

- To wielce prawdopodobne - odrzekł Kandyd - ale, na Boga, trochę oliwy i wina.

 

- Jak to: prawdopodobne? - odparł filozof. - Twierdzę, że to rzecz udowodniona.

 

Kandyd stracił przytomność, Pangloss zaś przyniósł nieco wody z pobliskiej studni.

 

Nazajutrz, znalazłszy wśród gruzów jakieś prowianty, skrzepili się nieco. Następnie wzięli się po równi z drugimi do pracy, aby ulżyć doli pozostałych przy życiu mieszkańców. Paru obywateli, którym użyczyli pomocy, zaprosiło ich na obiad, ot, na jaki można się było zdobyć wśród takiej katastrofy. Posiłek był smutny; biesiadnicy skrapiali chleb łzami; ale Pangloss pocieszył ich upewniając, iż nie mogło być inaczej:

 

- Wszystko to - powiadał - jest możliwie najlepiej: jeżeli bowiem wulkan jest w Lizbonie, nie mógł być gdzie indziej; nie jest bowiem możebne, aby rzeczy nie były tam, gdzie są, wszystko bowiem jest dobrze.

 

Mały, czarniawy człowieczek, zausznik inkwizycji, a sąsiad Panglossa przy stole, ozwał się uprzejmie:

 

- Widocznie łaskawy pan nie wierzy w grzech pierworodny; jeśli bowiem wszystko jest najlepiej, nie było ani upadku, ani kary.

 

- Wasza ekscelencja raczy łaskawie darować - odparł Pangloss jeszcze uprzejmiej. - Upadek człowieka i przekleństwo wchodziły nieodzownie w skład najlepszego z możliwych światów.

 

- Zatem szanowny pan nie wierzy w wolną wolę? - rzekł ów konfident.

 

- Wasza ekscelencja wybaczy - rzekł Pangloss. - Wolność może istnieć wraz z nieodzowną koniecznością; albowiem było konieczne, abyśmy byli wolni; albowiem, ostatecznie, wolność określona przeznaczeniem...

 

Pangloss nie skończył mówić, kiedy konfident dał znak podczaszemu, który mu nalewał szklankę wina porto czy też oporto.

 

 

 

VI. JAK UCZYNIONO PIĘKNE AUTO-DA-FE,

ABY ZAPOBIEC TRZĘSIENIOM ZIEMI,

I JAK KANDYDOWI WYCHŁOSTANO ZADEK

 

Po trzęsieniu ziemi, które zniszczyło trzy czwarte Lizbony mędrcy owej krainy nie znaleźli skuteczniejszego środka przeciw całkowitej ruinie, jak dać ludowi piękne auto-da-fe10. Uniwersytet w Koimbrze orzekł, iż widowisko kilku osób spalonych uroczyście na wolnym ogniu jest niezawodnym sekretem przeciwko trzęsieniu ziemi.

 

W myśl tego zapatrywania pochwycono jakiegoś Biskajczyka, któremu dowiedziono, iż zaślubił swą kumę, oraz dwóch Portugalczykow, którzy jedząc kuraka oddzielili tłustość; również związano po obiedzie doktora Panglossa i jego ucznia Kandyda, jednego za to, że mówił, drugiego, że przysłuchiwał się z potakującą miną. Zaprowadzono obu, każdego oddzielnie, do nader cienistych mieszkań, w których nigdy nie ma przyczyny uskarżać się na zbytek słońca. W tydzień później ustrojono obu w san-benito11 i ozdobiono im głowy mitrami z papieru: mitra i san-benito Kandyda pomalowane były w płomienie odwrócone, diabły zaś były bez ogonów i pazurów; natomiast diabły Panglossa posiadały pazury i ogony, a płomienie strzelały ku górze. Tak odziani szli w procesji i wysłuchali wzruszającego kazania, któremu towarzyszyły uczone śpiewy. Kandyda oćwiczono rytmicznie, w takt melodii. Biskajczyka i dwóch nieboraków, którzy nie chcieli jeść smalcu, spalono. Panglossa zaś powieszono, mimo że to nie było w zwyczaju. Tegoż samego dnia ziemia zatrzęsła się na nowo z przerażającym łoskotem12.

 

Kandyd przerażony, oszołomiony, odurzony, cały zakrwawiony i drżący powiadał sam do siebie: "Jeżeli to jest najlepszy z możliwych światów, jakież są inne? Miejsza jeszcze, gdyby mnie tylko oćwiczono, toż samo zdarzyło mi się u Bułgarów; ale, o drogi Panglossie! Największy z filozofów. Trzebaż, bym patrzał, jak dyndasz, nie wiadomo za co! O drogi anabaptysto! Najlepszy z ludzi, trzebaż było ci utonąć w porcie! O panno Kunegundo! Perło dziewic, trzebaż, aby ci rozpruto żołądek!"

 

Wlókł się z miejsca kaźni ledwie trzymając się na nogach, napominany, oćwiczony, rozgrzeszony i pobłogosławiony, kiedy zbliżyła się doń jakaś staruszka i rzekła:

 

- Synu, bądź dobrej otuchy i chodź ze mną.

 

 

 

VII. JAK PEWNA STARUSZKA ZAOPIEKOWAŁA SIĘ

KANDYDEM I JAK ODNALAZŁ PRZEDMIOT

SWEGO KOCHANIA

 

Kandyd nie nabrał wprawdzie otuchy, ale udał się za staruszką do lepianki; dała mu słoik tłustości, aby się natarł, zostawiła mu jeść i pić; wskazała łóżko skromne, ale dość czyste, obok łóżka znalazła się odzież.

 

- Jedz, pij, śpij - rzekła - i niech Najświętsza Panna z Atocha, jego dostojność święty Antoni z Padwy i jego dostojność święty Jakub z Kompostelli mają cię w swej opiece! Wrócę jutro.

 

Kandyd, wciąż silnie zdziwiony wszystkim, co widział i co wycierpiał, a jeszcze więcej miłosierdziem staruszki, chciał ucałować jej rękę.

 

- Nie moją rękę trzeba ci całować - rzekła stara. - Wrócę jutro. Nasmaruj się, jedz i śpij.

 

Mimo tylu nieszczęść Kandyd zjadł i usnął. Nazajutrz stara przynosi mu śniadanie, ogląda grzbiet, naciera inną jeszcze maścią; przynosi następnie obiad; wraca o zmroku i przynosi wieczerzę. Nazajutrz dopełnia znowuż tych samych obrządków.

 

- Kto jesteś? - pyta wciąż Kandyd. - Kto cię natchnął taką dobrocią? Jak ci się odwdzięczę?

 

Dobra kobieta nie odpowiadała nic. Wróciła nad wieczorem, ale bez prowiantów.

 

- Pójdź ze mną - rzekła - i nie mów ani słowa.

 

Bierze go pod ramię i idzie z nim przez pole, mniej więcej ćwierć mili; przybywają do ustronnego domku otoczonego ogrodem i kanałami. Staruszka puka do małych drzwiczek. Otwieraj; prowadzi Kandyda ukrytymi schodkami do złoconego gabinetu, sadza go na adamaszkowej kanapie, zamyka drzwi i odchodzi. Kandyd miał uczucie, że śni; dotychczasowe życie zdawało mu się snem złowrogim, obecna zaś chwila

snem rozkosznym.

 

Stara zjawia się niebawem, z trudem podtrzymując drugą kobietę o wyniosłej postaci, drżącą na całym ciele, lśniącą od drogich kamieni i okrytą zasłoną.

 

- Zdejm ten welon - rzekła stara.

 

Młody człowiek zbliża się; podnosi welon nieśmiałą ręką. Co za chwila! Co za niespodzianka! Zdaje mu się, iż widzi Kunegundę; widzi ją w istocie, to ona! Siły go opuszczają, nie może wymówić słowa, pada jej do nóg. Kunegunda osuwa się na kanapę. Stara skrapia ich trzeźwiącą wódką, odzyskują zmysły, mowę; zrazu padają przerywane słowa, krzyżują się pytania, odpowiedzi, westchnienia, łzy, okrzyki. Stara zaleca im, aby robili mniej hałasu, i zostawia ich samych.

 

- Jak to, to ty - rzekł Kandyd - żyjesz? Odnajduję cię w Portugalii! Nie zgwałcono cię zatem? Nie rozpruto ci żołądka, jak mi zaręczał Pangloss?



dalej


strona główna
(23kB)