(23kB)
strona główna


ANDRZEJ ZBYCH

 

 

 

 

STAWKA WIĘKSZA

NIŻ ŻYCIE


 

II


W IMIENIU RZECZYPOSPOLITEJ

1

 

Kloss miał tego ranka załatwić parę spraw w dowództwie garnizonu, skorzystał więc z okazji i wyszedł z biura wcześniej. Jego szef, gderliwy oberst von Ossetzky, suchy jak tyka, z wiecznie skwaszoną miną człowieka cierpiącego na woreczek żółciowy, wyjechał do Lwowa na odprawę szefów oddziałów Abwehry „Ost", więc Kloss nie musiał się przed nikim opowiadać.

Machnięciem ręki odpędził kilka riksz, pragnących zaofiarować mu usługi, z nawyku raczej niż z potrzeby przyjrzał się każdemu z rikszarzy, aby się upewnić, czy nie ma wśród nich przypadkiem twarzy skądś mu znanych, oznaczałoby to bowiem, że jest śledzony. Zanotował w pamięci, że żadnego z tych ubranych we włóczkowe czapeczki chłopaków nigdy dotychczas nie widział, więc spokojnie już skręcił w Koszykową.

Zatrzymał się przed wystawą z obuwiem, żeby przyjrzeć się ludziom idącym za nim, ale także niczego podejrzanego nie zobaczył. W witrynie stała jedna para eleganckich butów z cholewami, zwanych „oficerkami", ulubiony strój męskiej młodzieży z tych lat. Smukła linia butów zniewalała nawet niemieckich oficerów. Wielu z nich paradowało w „oficerkach" roboty warszawskich szewców. Kloss przypomniał sobie, że nawet nowo mianowany zastępca szefa Sonderdienstu w Warszawie, hauptsturmfuehrer Neumann, przyodział swoje krzywe nogi w polskie buty - i uśmiechnął się do tego obrazu. On sam jednak nigdy nie pomyślał o tym, żeby zmienić wysłużone regulaminowe obuwie oficera Wehrmachtu, zwijające się nad kostką w przepisową harmonijkę. Nie lubił munduru, który musiał nosić, mierziła go myśl przyozdabiania nienawistnego stroju.

Przeszedł na skos Mokotowską. W tej części Koszykowej ruch był niewielki, nieliczni cywile przesuwali się w pobliżu ścian domów, jakby w każdej chwili gotowi do skrycia się w bramie. Umundurowanych Niemców—choć było to przecież centrum zajętej przez Niemców dzielnicy Warszawy — też było niewielu, o tej porze siedzieli pracowicie przy biurkach w licznych w tej dzielnicy „Amtach", wypełniając z niemiecką pedanterią niezliczone rubryki pism, sprawozdań i wykresów, których ciągle było mało nie nasyconemu Berlinowi.

Drzewa w Alejach Ujazdowskich już się zazieleniły, Kloss z przyjemnością nabrał w płuca świeżego powietrza. Coś go zdumiało w obrazie pustej zupełnie o tej porze ulicy. Przez chwilę nie mógł sobie uświadomić przyczyny swego zdumienia. Dopiero gdy z rykiem swoich sześciu cylindrów przemknął koło niego czarny mercedes z zatkniętym na błotniku hitlerowskim proporczykiem, Kloss zrozumiał, że czar prysł. Po prostu przez chwilę w polu jego widzenia nie było ani jednego munduru feldgrau ani jednej flagi, nie słychać było tupotu podkutych żandarmskich butów. Aleje były tak jak dawniej - ciche, piękne, spokojne. Dopiero ten mercedes, który zazgrzytał właśnie hamulcami u wlotu w aleję Szucha, przypomniał, w czyich rękach jest Warszawa. Kloss odwrócił się w tamtą stronę; powoli unosił się czarno-czerwono-biały szlaban, trzech SS-manów w opadających na oczy hełmach sprawdzało dowody pasażerów mercedesa.

Wzmocnione środki ostrożności po ostatnim udanym zamachu - stwierdził, i ta myśl sprawiła mu przyjemność, bo akurat on, Kloss, wie na pewno, że żadne środki ostrożności me pomogą, że wyroki wydane przez polskie podziemie będą nadal wykonywane.

Przeszedł na drugą stronę ulicy, już z daleka zobaczył na ławce starego, kiepsko ubranego człowieka z niedopałkiem przylepionym do wargi. Podlasiński był zawsze punktualny. Nikomu z obserwujących Klossa w tej chwili nie mogłoby przyjść do głowy, że ten biedny stary Polak, usiłujący bez powodzenia utrzymać w jakim takim stanie wytarte ubranko - typowy urzędnik na emeryturze - i ten wymuskany, sprężysty oficer o twarzy, która mogłaby

 

figurować w obłąkanych książkach teoretyków rasizmu jako najidealniejszy przykład czystej rasy nordyckiej, mogą mieć ze sobą coś wspólnego.

Cóż, stary człowiek zauważył zapewne, że niemiecki oficer zapalił papierosa, dlatego wstał z ławki i poszedł za nim w odległości, jaką nakazywał respekt i strach. Pewnie ma nadzieję, że młody oficer nie dopali do końca papierosa, że ciśnie gdzieś niedbale niedopałek zgnieciony butem. Czy najbardziej szczwany szpicel mógłby przypuścić, że niedopałek, który właśnie podniósł stary człowiek i włożył do blaszanego pudełeczka po tytoniu z wymalowanym na wieku portretem marynarza, zawiera kilka informacji, których ujawnienie naraża zarówno oficera, rzucającego nie dopalonego papierosa, jak i starego człowieka na zarzut zdrady głównej?

Ale na szczęście nikt nie obserwuje tej sceny, a nawet gdyby obserwował, trudno byłoby skojarzyć, że owych dwóch ludzi może coś ze sobą łączyć.

Kloss przyspieszył kroku, jakby teraz nagle zaczęło mu się spieszyć, a przecież właściwe zajęcia oficera Abwehry dopiero go czekały. Będzie musiał przesłuchać paru żołnierzy, których przyłapano na tym, że gdzieś po pijanemu przeklinali wojnę, narodowy socjalizm i ukochanego wodza. Cóż może pomóc tym biednym, oszukanym chłopcom, którym zaczynają się, niestety zbyt późno, otwierać oczy? Od czasu do czasu zniszczy jakieś bardziej obciążające zeznanie gorliwego szpicla, w protokole przesłuchania zasugeruje okoliczności łagodzące. Niewiele to zresztą pomoże tym żołnierzom, wiadomo, co ich czeka - sąd polowy i karna kompania na froncie wschodnim.

Pomyślał, że Podlasiński doszedł już pewnie do brzydkiej secesyjnej kamienicy przy ulicy Mokotowskiej, wysypał na kuchenny stół garść niedopałków, wśród których tylko jeden, porzucony przez Klossa, jest ważny, a pozostałe spełniają jedynie rolę kamuflażu, przecina właśnie delikatnie bibułkę, wyjmuje skrawek cieniutkiego papieru i pochyla się nad wypisanymi maczkiem informacjami. Pierwsza dotyczy łodzi podwodnej U-265, której udało się przedostać na Morze Północne.

A może Podlasiński minął obojętnie narożny dom przy ulicy Mokotowskiej, skręcił w Wilczą i tam dopiero wszedł na schody, żeby jednym z czterech kluczy otworzyć drzwi, na których przyśrubowano elegancką mosiężną tabliczkę z nazwiskiem Feliks Żytogniewski?

Podlasiński? Dlaczego właściwie Podlasiński? — zastanowił się. - Czy to jest prawdziwe nazwisko? Ilekroć o nim pomyślał, zawsze nazywał go Podlasińskim. Czasem Józefem. A ten człowiek, ten niepozorny staruszek z Alej Ujazdowskich, zbierający niedopałki rzucane przez niemieckich oficerów, używa aż czterech nazwisk i to w czasach, kiedy zdobycie lipnych papierów na inne nazwisko stało się dla wielu ludzi sprawą życia. Podlasiński to biedny emeryt, człowiek korzystający z zapomóg RGO, pobożny, mały eks-urzędniczek, który z regularnością nabytą w czasach, gdy był podreferentem w magistracie, przychodzi codziennie na wczesną mszę do kościoła Zbawiciela.

Natomiast całkiem kim innym jest Feliks Żytogniewski, wynajmujący mieszkanie przy Wilczej (a nikt nie mógł wiedzieć, że między mieszkaniami Podlasińskiego i Zytogniewskiego istnieje zamaskowane szafą przejście).

Lekkomyślny ziemianin, któremu powodzi się wcale nieźle, który nie gardzi handlem z niemieckimi intendentami i przy każdym pobycie w Warszawie korzysta z usług kasyna, zorganizowanego przez okupanta dla takich właśnie jak on.

Żytogniewski z kolei stanowi oczywiste przeciwieństwo Franciszka Buły, właściciela czterech platform dwukonnych, nazywanych przez niego szumnie przedsiębiorstwem spedycyjnym.

Codziennie od dziesiątej do czwartej Buła siedział w kantorku przy telefonie, przyjmował zgłoszenia na przewóz mebli albo kontyngentowych ziemniaków. I choć może się to wydać dziwne, te zlecenia jego przedsiębiorstwo, czyli czterech wiecznie podrajcowanych bimbrem wozaków, realizowało całkiem sprawnie. Czy ten solidny drobnomieszczanin, patriota zapewne, ale właśnie w drobnomieszczańskim stylu, nienawidzący Niemców, ale bogacący się na ich obecności, która unieruchomiła w Warszawie inny transport poza konnym, czy ten człowiek, dumnie pokazujący grubą dewizkę wyzierającą z kieszonki kamizelki, może mieć coś wspólnego ze zdrajcą i renegatem, Witalisem Kazimirusem?

Niegdyś Polak - teraz szybko stał się nacjonalistą litewskim i wysługuje się Niemcom jako konsultant Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy do spraw okupowanych terenów litewskich. Przynajmniej tyle można wyczytać z jego papierów. A papiery są autentyczniejsze chyba od rzeczywistych, bo wyprodukowane przez najlepszych specjalistów w branży, którzy uznali, że powołanie Kazimirusa na stanowisko, o jakim Głównemu Urzędowi Bezpieczeństwa Rzeszy nawet się nie śniło, będzie bezpieczniejsze niż zaopatrzenie go w papiery któregoś z istniejących niemieckich urzędów. W skomplikowanej machinie hitlerowskiej biurokracji gubią się sami Niemcy.

Kloss po każdym spotkaniu z Podlasińskim czuł przypływ podziwu dla tego człowieka. On sam przeistoczył się co prawda w Niemca, z powodzeniem grał rolę od dobrych paru lat, zespolił się z nią tak ściśle...

Ale Podlasiński gra cztery role naraz i w każdej jest autentyczny.

Wartownik zastąpił mu drogę.

- Bardzo przepraszam, przepustka, panie poruczniku.

Zatopiony w myślach nie zauważył, że doszedł do budynku komendy garnizonu warszawskiego. Żołnierz zasalutował, otworzył przed nim drzwi.

 

2

 

Było, jak Kloss przewidywał. Józef Podlasiński wszedł do brudnej bramy obskurnej kamienicy przy ulicy Mokotowskiej, minął pierwsze i drugie podwórze, dopiero w trzecim, pogawędziwszy najpierw z dozorcą, spojrzał na okna swego mieszkania. Firanka zaciągnięta, wszystko powinno być w porządku.

Na dzisiejsze spotkanie z Klossem nie zabrał Mundka, osiemnastoletniego cwaniaka z ulicy Ludnej, który zwykle towarzyszył mu w bezpiecznej odległości trzydziestu metrów, gotów w każdej chwili sięgnąć po ukrytą w kieszeni spodni parabelkę. Rzecz w tym, że przed południem miał przyjść Adam, nie byli umówieni dokładnie, Józef bał się, że nie zastanie go w domu, przyjdzie dopiero po południu, a to skomplikowałoby sprawę dalszego przekazania zawartości maleńkiej kartki papieru. Zostawił więc Mundka, żeby zatrzymał Adama w razie potrzeby, dlatego zanim wszedł do domu, odruchowo spojrzał na firankę w oknie, ponieważ wiedział, że Mundek, gdyby znalazł się w sytuacji niebezpiecznej, zrobi wszystko, aby go o niebezpieczeństwie uprzedzić. Mundka nie było w maleńkiej kuchni, do której wchodziło się wprost ze schodów. Wsadził rozczochraną głowę w drzwi dopiero wtedy, gdy Podlasiński, znalazłszy w stosie niedopałków ten jeden potrzebny, wyciągnął z kuchennej szafki starego Underwooda i rozpoczął zamianę informacji o ruchu jakiejś łodzi podwodnej na rządek cyfr, wśród których przeważały jedynki, trójki i siódemki.

- Nie było Adama? - zapytał.

- Był - powiedział Mundek. - Za pół godziny odwiedzi hrabiego Żytogniewskiego.

- Dobra. Możesz spać dalej.

Wysłał chłopaka do pokoju, bo choć znał go dobrze i codziennie powierzał jego refleksowi, oku i sprawności swoje życie, to jednak nie chciałby, aby chłopiec zauważył, że książka, którą Podlasiński rozłożył na stole obok zapisanej wyraźnym maczkiem Klossa kartki, znalezionej w niedopałku, nosi tytuł „Prokurator Alicja Horn". Ta modna przed wojną powieść była w tym miesiącu kluczem szyfrowym całej siatki działającej w Warszawie. Im chłopak mniej będzie wiedział, tym lepiej. Już i tak wie dość dużo, choćby to, że Podlasiński i Zytogniewski to ta sama osoba. Tego nie dało się uniknąć.

Jeszcze więcej wie Adam. Zna wszystkie cztery jego wcielenia; ale Adamowi Józef ufa bezgranicznie. Dwa lata spędził z nim w jednej celi w Rawiczu. Dwa lata sam na sam z człowiekiem we dnie i w nocy - to wystarczy, żeby człowiekowi ufać.

O jego wcieleniach wie jeszcze Kloss, ale to już zupełnie inna historia. Nie Józef decydował, czy może ufać Klossowi, za niego zadecydowała centrala. Po prostu któregoś dnia, osiem miesięcy temu, otrzymał pilny szyfrogram centrali, z którego dowiedział się, że od dziś począwszy został wraz ze swymi ludźmi oddany do wyłącznej dyspozycji oficera wywiadu, kryptonim J-23.

A w parę dni później, gdy we wcieleniu Franciszka Buły odpoczywał w ulubiony sposób: karmił łabędzie w Parku Ujazdowskim, młody człowiek w mundurze hitlerowskiego oficera, usiadł obok niego i najniespodziewaniej w świecie najczystszą polszczyzną wypowiedział trójczłonowe hasło. Od tej pory są w nieustannym kontakcie. Każdy dzień przynosi mu jeśli nie bezpośrednie spotkanie, to przynajmniej telefony lub kartkę w którejś ze skrytek albo, tak jak dziś, w niedopałku papierosa.

Właśnie skończył szyfrowanie meldunku, gdy dobiegł go stłumiony odgłos dzwonka. Nie budząc Mundka otworzył drzwi przepaścistej szafy, wszedł do środka, odsunął jej tylną ścianę i znalazł się w podobnej, choć z pewnością bardziej eleganckiej i stylowej szafie w sypialni Feliksa Zytogniewskiego. Kwiecisty, jedwabny szlafrok narzucił w locie i ten nowy strój jakby go przeobraził wewnętrznie. Zgarbiony emeryt został gdzieś tam za ścianą, a tu ku drzwiom zmierzał stary dżentelmen, człowiek, który zawsze miał pieniądze, ma je teraz i spodziewa się, że będzie je miał w przyszłości.

W okularze judasza dostrzegł otok magistrackiej czapki Adama, potem jego oczy. Spojrzał w głąb, judasz umieszczony był w ten sposób, że można było swobodnie zobaczyć zarówno górny podest, jak i ten pół piętra niżej. Wszystko w porządku, Adam był sam.

- Rachuneczek za gaz, panie hrabio - uśmiechnął się szelmowsko, wchodząc w otwarte drzwi. Nigdy nie zaniedbywał tej formuły, choć przeznaczona była dla kogoś, kto mógłby w jednym z sąsiednich mieszkań stać przy drzwiach. Oświetlił elektryczną latarką gazomierz, porządnie wypisał na kwicie ilość zużytego gazu, przyjął pieniądze, wprawnie odłączając od nich małą karteczkę, którą wsunął za otok czapki.

-Jak leci, Adam?

- Wszystko w porządku, szefie. Kiedy mnie wyślesz do lasu, jak obiecałeś? Dostanę żylaków od tego łażenia po schodach.

-Jesteś mi potrzebny. Pamiętasz, gdzie za tydzień?

- Przedsiębiorstwo spedycyjne. Pamiętam.

Mocno uścisnęli sobie dłonie. Wizyta inkasenta z gazowni nie trwała dłużej, niż powinna była trwać. Obaj byli doświadczonymi konspiratorami i wiedzieli, że nawet taki drobiazg, jak przeciągnięcie wizyty inkasenta może stać się przyczyną nieszczęścia.

Na dobrą sprawę - pomyślał Podlasiński - nie mam nawet czasu z chłopakiem pogadać. - I przez chwilę żal mu się zrobiło celi numer 311 w więzieniu karnym w Rawiczu.

 

3

 

Kloss szybko skończył robotę w areszcie komendy garnizonu. Była jeszcze głupsza, niż przewidywał. Trzech urlopowanych z frontu żołnierzy nawymyślało sierżantowi, dowódcy patrolu żandarmerii, od brudnych pruskich świń, z czego ten postanowił uczynić sprawę polityczną, jako że żołnierze byli wiedeńczykami.

Kloss musiał go przywołać do porządku. Podoficer aż poczerwieniał z wściekłości, kiedy oberleutnant Kloss w krótkich słowach wyjaśnił mu, jaka jest różnica między frontowymi żołnierzami, którzy na krótki tydzień wyrywają się z piekła wschodniego frontu, a szczurem żandarmskim, który od początku wojny tkwi na głębokim zapleczu i wyżywa się w prześladowaniu żołnierzy przelewających krew za fuehrera.

Chłopaków oczywiście kazał zaraz wypuścić, podoficerowi zapowiedział, że za samowolne przetrzymywanie urlopowanych żołnierzy w areszcie zostanie postawiony do raportu, dla siebie zaś całkiem niespodziewanie, w toku badania żołnierzy (nie bohaterów bynajmniej, jak Kloss sugerował żandarmowi, ale typowych frontowych cwaniaków, co to z niejednego kotła wcinali kaszę) uzyskał informacje o dyslokacji dwóch pułków pancernych i jednej dywizji piechoty.

Nie były to zapewne rewelacje, być może centrala zdołała to już ustalić wcześniej, ale Kloss nigdy nie rezygnował z przekazywania nawet takich, niewiele znaczących drobiazgów, ponieważ zdawał sobie sprawę, że w najgorszym razie będą stanowiły potwierdzenie wcześniej zdobytych danych, a zsumowane z innymi podobnymi drobiazgami pozwolą sztabowcom na stworzenie sobie prawdziwego obrazu sił niemieckich na poszczególnych odcinkach, co umożliwi im zaplanowanie nowego dotkliwego uderzenia, które przybliży koniec wojny.

Jaki udział, jaką cząstkę w nowym sukcesie będzie miał Kloss? Nigdy się nad tym nie zastanawiał. Wiedział, że takich jak on jest więcej. Czuł swoją przydatność po każdej udanej ofensywie, po każdej zatopionej łodzi podwodnej. Wiedział oczywiście, że najważniejsi są ci na froncie, twarz w twarz z wrogiem. Ale wiedział też, że dzięki niemu mogą strzelać celniej.

Wyszedł na oświetlony słońcem plac przed budynkiem komendy garnizonu i zastanawiał się właśnie, co ma ze sobą zrobić. Do biura zbyt późno, zresztą szef wróci dopiero wieczorem. Ponury pokój w hotelu oficerskim też go nie nęcił. Postanowił pójść do kasyna.

- Panie poruczniku - odezwał się ktoś za nim. Odwrócił się. Stał przed nim jeden z żołnierzy, których kazał wypuścić.

- Czego chcecie?

- W imieniu swoim i kolegów - zająknął się żołnierz. - Koledzy bardzo się spieszyli, mają teraz pociąg, ja dopiero za dwie godziny, więc zostałem, żeby panu porucznikowi podziękować.

- Nie pojechaliście z nimi? Wydawało mi się, że pochodzicie z Wiednia.

- Tak, pochodzę - powiedział chłopak - ale od trzydziestego ósmego mieszkam w Gdańsku na Horst Mayerstrasse i wydawało mi się...

- Co wam się wydawało? - zapytał z uśmiechem.

Ale nie potrzebował słuchać odpowiedzi.

W trzydziestym ósmym, kiedy Frau Bildtke, wdowa po radcy gdańskiego senatu, wypowiedziała mu mieszkanie, doszedłszy do wniosku, że pobieranie słonego komornego w gdańskich guldenach od Polaka przynosi jej ujmę, musiał szukać nowego lokum. Trudno było znaleźć. Gdańskie gazety całkiem otwarcie judziły przeciwko Polsce i Polakom. Wreszcie udało mu się znaleźć pokoik na poddaszu w domu starego kolejarza, który mimo szalejącego brunatnego terroru, nie zdjął ze ściany w swoim saloniku wyciętego z gazety portretu Karola Liebknechta. To było właśnie na ulicy Horsta Mayera.

- Cóż wam się wydawało? - powtórzył i poczuł kropelki zimnego potu spływające wzdłuż kręgosłupa. Czyżby prowokacja? Wiedzą już o nim? Może dlatego von Ossetzky tak nagle wyjechał?

- Bardzo przepraszam, to chyba pomyłka - powiedział żołnierz. Miał miłą, piegowatą, inteligentną twarz. - Po prostu wydawało mi się, że pana porucznika już gdzieś widziałem. Ale to niemożliwe! Tamten był przecież Polakiem!

-Jaki tamten, mówcie wyraźnie! - uśmiechnął się do żołnierza i poczuł, że zniknęło napięcie. Chłopak najwyraźniej widywał go z daleka, bez trudu da się przekonać, że oberleutnant Hans Kloss nie ma nic wspólnego z jakimś Polakiem, na którego facjatce późno w noc paliło się światło.

Pozwolił chłopakowi opowiedzieć o tym Polaku, tak „niezwykle podobnym do pana porucznika", wzruszył go ten obraz młodego studenta, który za wszelką cenę, nawet za cenę poniżeń, chciał od niemieckich profesorów nauczyć się budowy okrętów.

- Rzeczywiście takie zadziwiające podobieństwo? -zapytał, a gdy tamten skinął głową, dodał: - To złudzenie. Gdybyśmy stanęli obok siebie, dostrzegłby pan masę różnic. - Powiedział właśnie tak: „pan", zamiast użyć regulaminowej formy „wy". Chwila słabości wywołana wspomnieniem tego chłopca, który widział go pochylonego do późnej nocy nad niemieckimi skryptami i książkami. Na szczęście żołnierz nawet tego nie zauważył.

- A wie pan porucznik - powiedział już na odchodnym - tego kolejarza, który wynajmował pokój Polakowi, zaraz potem zabrali. Więcej nie wrócił.

- Kto zabrał? - nie zrozumiał Kloss.

- We wrześniu trzydziestego dziewiątego, po powrocie Gdańska do Rzeszy. Gestapo.

- Widocznie zasłużył — powiedział zimno Kloss. Bez uśmiechu odsalutował żołnierzowi i spiesznie przeciął jasny plac.

Przez całą drogę do kasyna nie opuszczało go wspomnienie chudego staruszka w drucianych okularach, nieustannie poruszającego ustami. Stary kolejarz zwykł był bowiem żuć tytoń.

 

4

 

Adam Pruchnal doszedł do wniosku, że nadeszła pora obiadu. Minął jasno oświetlony plac przed budynkiem komendy garnizonu. Nie lubił tędy chodzić, bo zawsze kręciło się tu pełno Niemców, dzisiaj także, na środku placu jakiś piegowaty żołnierz tłumaczył coś wysokiemu oberleutnantowi, a grupa żandarmów ładowała się właśnie do ciężarówki. Ale magistracka czapka i prawdziwy Ausweiss gwarantowały bezpieczeństwo, przynajmniej względne bezpieczeństwo.

Jadłodajnia, do której kierował się Pruchnal, nie wiadomo dlaczego nosiła miano „Klubowej". Klientami jej nie byli bowiem członkowie ekskluzywnych klubów, chociaż menu, wypisane kredą na czarnej tablicy u wejścia, oferowało klientom zestaw obfity, nieco tylko monotonny. Pyzy, placki ziemniaczane, kotlety z ziemniaków, kartoflanka, kopytka. Na osłodę na samym końcu listy figurował kapuśniak. Ale Adam nie czytał jadłospisu, zresztą nie potrzeba zjedzenia porcji pyzów go tu przygnała. Chociaż pyzy postanowił jednak zjeść. Dopiero płacąc rachunek pannie Stasi, wsunął jej wraz z pieniędzmi maleńką karteczkę, wyjętą zręcznie zza otoka magistrackiej czapki. Nie musiał jej mówić, co ma zrobić z tą karteczką, ponieważ Stanisława Zarębska, pseudo „Zięba", znała dokładnie adres, pod który od kilku miesięcy dostarcza zapisane cyferkami kartki. Nie narzucając nawet płaszcza na kelnerski fartuszek, wybiegła na ulicę, przemknęła się za nadjeżdżającym, oblepionym ludźmi tramwajem do kamienicy przy Polnej 26. Od jadłodajni „Klubowej" trzysta metrów najwyżej. Szyld zawieszony po prawej stronie bramy głosił, że krawiec damski, Marian Skowronek, przyjmuje reperacje i nicowanie odzieży, ale gotów jest także szyć na zamówienie, jeśli klient dostarczy materiał.

Dziewczyna nie musiała czytać tego szyldu, aby wiedzieć, że z bramy należy skręcić w prawo i do drzwi na parterze zadzwonić trzy razy - dwa razy krótko i raz długo. Otworzył jej po chwili, zapytała go, czy kostium został skrócony i uzyskała odpowiedź, jakiej oczekiwała, że będzie gotowy za tydzień. Wetknęła kartkę w dłoń krawca, przez chwilę spotkała się z nim wzrokiem, wydał jej się czymś przerażony...

Musiało mi się przywidzieć - tłumaczyła sobie biegnąc w stronę restauracji.—Przecież, gdyby się czegoś bał, gdyby groziło jakieś niebezpieczeństwo, zniknąłby wymalowany kredą napis K+M+B, tymczasem symbol trzech króli tkwił ciągle na drzwiach pracowni Mariana Skowronka. Biegła spiesznie, właściciel „Klubowej", pan Warchoł, nie powinien w ogóle zauważyć jej nieobecności.

Gdyby, zgodnie z zasadami konspiracji, które poznawała ubiegłej zimy w tajnej szkole podoficerskiej, obejrzała się choć raz, dostrzegłaby bez trudu dwóch ludzi podążających za nią krok w krok.

 

5

 

W dwie godziny później hauptsturmfuehrer Neumann pogwizdując szedł korytarzem gmachu gestapo w alei Szucha. W windzie przyjrzał się sobie z zadowoleniem w wielkim lustrze, niecierpliwił się, że winda zjeżdża zbyt wolno, chciał jak najszybciej znaleźć się w gabinecie standartenfuehrera Luetzke.

Standartenfuehrer nie okazał radości, jego blada twarz z podkrążonymi oczyma nie wyrażała, jak zwykle, niczego. Spokojnie wysłuchał relacji Neumanna o zidentyfikowaniu łączniczki, dostarczającej zaszyfrowane meldunki do pracowni krawieckiej Mariana Skowronka, przez cały czas rozmowy bawił się automatycznym ołówkiem.

- Co pan proponuje? — zapytał, gdy Neumann wreszcie skończył.

- Szukać następnego ogniwa.

- Ile może być jeszcze tych ogniw? - Grafit wyciśnięty ze złotego ołówka standartenfuehrera upadł na gładką powierzchnię biurka i powoli toczył się w stronę zaciśniętej w pięść dłoni Neumanna. Podał szefowi czarny sztyfcik, ten nawet nie podziękował, patrząc na podwładnego bezbarwnym spojrzeniem ryby.

-Trudno powiedzieć - zaczął ostrożnie. -W zeszłym roku w Berlinie udało mi się rozbić dużą siatkę komunistyczną. Niestety, szef siatki umknął nam, popełniając samobójstwo, ale od łącznika, którego przypadkiem chwyciliśmy, do zastępcy szefa siatki było ni mniej ni wiece), tylko dwanaście ogniw. Przyzna pan, panie standartenfuehrer, że to była spora robótka...

- Do rzeczy — przerwał Luetzke. — Za berlińskie sukcesy otrzymał już pan awans, chciałbym, żeby pokazał pan, co pan potrafi na moim terenie.

-Nie przypuszczam... - zaczął.

-Nie mamy czasu na przypuszczenia, Neumann. Mnie nie chodzi o szefa, diabli zresztą wiedzą, może on jest szefem. Pan wie, o kogo mi chodzi? O nieuchwytnego „J-23". Kilkakrotnie byliśmy już o krok i zawsze udało mu się wymknąć. Od dwóch tygodni ma pan radiostację wrogiej agentury. Teraz wreszcie znalazł pan dziewczynę, którą mógłby pan mieć wcześniej po poddaniu tego krawca małej obróbce. I wymaga pan ode mnie, żebym się z pana cieszył.

- Obawiam się - zaczął Neumann. Przyzwyczajony był do tego właśnie sposobu wysławiania. Nawyk dwudziestu lat pracy w przyzwoitej policji politycznej. Jego szefami byli dotychczas starsi panowie o nieskazitelnych manierach, z tytułami naukowymi, zdobytymi w Bonn lub Heidelbergu. Teraz musi pracować z tym półinteligentem, który patrzy zimnym wzrokiem ryby, a za jedyną robotę godną policjanta uważa „wycisk", czyli „obróbkę". Postanowił zmienić ton. Żadne „obawiam się". Z takim trzeba wprost. — Nie, panie standartenfuehrer, ze Skowronka nie wycisnęlibyśmy z tej prostej przyczyny, że Skowronek nawet nie znał nazwiska dziewczyny, która raz na tydzień przynosiła mu zaszyfrowane meldunki.

Luetzke zatrzepotał białymi rzęsami. Na jego bladosinych wargach ukazało się coś w rodzaju uśmiechu.

- Więc dobrze - powiedział cicho. - Daję panu wolną rękę, jeśli idzie o metody. Ale muszę mieć tego J-23. Proszę jednak pamiętać, że czasu mamy niewiele. Na ile właściwie planuje pan tę akcję?

- Dwa miesiące - powiedział Neumann - to minimum.

- Dwa tygodnie - Luetzke zastukał dwukrotnie ołówkiem w blat biurka. - Ze względu na sympatię, jaką żywię do pana, dorzucę panu - stuknął ołówkiem o blat - jeszcze tydzień. Razem trzy tygodnie. I ani dnia dłużej.

Neumann wracał jednak zadowolony. Co prawda tempo, jakie pragnie narzucić sprawie standartenfuehrer, jest szaleństwem. Neumann wie, że takie sprawy trzeba załatwiać delikatnie, nieustannie mając przed oczyma dewizę: „Spiesz się powoli". Nadmierny pośpiech może tylko spłoszyć grubego zwierza, na którego Neumann miał ochotę zapolować.

Natychmiast po powrocie od Luetzkego zwołał naradę całego wydziału. Gra, którą zamierzał podjąć z nieuchwytnym agentem J-23, wymagała skupienia wszystkich sił na tym właśnie zadaniu. Na naradę ściągnął więc nawet małych łapaczy, kręcących się nieustannie po mieście, podsłuchujących rozmowy w zatłoczonych tramwajach czy kolejkach po kartkowy chleb.

- Moi panowie - powiedział, gdy ustało wreszcie szuranie kilkudziesięciu krzeseł ścieśnionych w jego niewielkim gabinecie. - Moi panowie - powtórzył i z uśmiechem potoczył wzrokiem po zwyczajnych, pospolitych twarzach, jakie powinny charakteryzować tajniaków dla łatwiejszego wtopienia w tłum, a które przez swoją nijakość i bezbarwność właśnie ich z tłumu wyróżniają, co pozwala bystremu obserwatorowi rozpoznać tajmaka.

Kilkudziesięciu ludzi, niezbyt bystrych co prawda, ale oddanych, potrafiących strzelać w razie potrzeby i bić bez skrupułów. Część z nich to reichsdeutsche i volksdeutsche, którzy choć wykarmieni na polskim chlebie, gotowi są na wszystko dla nowej ojczyzny. Na nich Neumann liczył najbardziej. Znajomość polskiego, stosunków, zwyczajów, względna łatwość w dotarciu do hermetycznie zamkniętych przed Niemcami środowisk polskich.

W stosunku do nich Neumann miał rozliczne plany. Postanowił, że po sukcesie tej sprawy zaproponuje szefowi plan, który hołubił w sobie od chwili przyjazdu do Generalnej Guberni. Zamierzał zorganizować prowokację na skalę dość niezwykłą, stworzyć z reichsdeutschów i volksdeutschów tajną polską organizację, wciągającą spragnioną czynu młodzież polską. Po paru sukcesach, sprytnie przez Neumanna wyreżyserowanych, mogłaby się ona zintegrować z którąś z wielkich podziemnych organizacji polskich.

Ale o tym będzie jeszcze czas pomyśleć. Na razie jest sprawa tej przeklętej radiostacji, na której ślad wpadł przypadkiem niedawno, niedługo po sprowadzeniu się do Warszawy.

Krawiec Marian Skowronek był człowiekiem rozsądnym. Tak głośno określał Neumann ludzi, którymi w gruncie rzeczy gardził. Skowronek miał przy sobie cyjanek, który mógłby użyć, ale oddał fiolkę Neumannowi, żeby, jak się wyraził, „nie kusiło go". Chciał przeżyć za wszelką cenę. Zgodził się poinformować Neumanna o istocie szyfru, jakim się posługiwał, chociaż i bez tego znalezienie w jego pracowni książki „Prokurator Alicja Horn" pozwoliłoby specjalistom w parę godzin szyfr zgłębić. Ważniejsze jednak, że zgodził się pracować dalej pod kontrolą Niemców.

Luetzke był zdania, że należy postawić na miejscu krawca kogoś innego, ale Neumann przekonał go bez trudu, ze uderzenia palca radiotelegrafisty w klucz są dla doświadczonego ucha tak samo indywidualne jak charakter pisma i najbezpieczniej będzie, jeśli Skowronek pozostanie na swoim miejscu. Oczywiście nie odstępowało go nigdy dwóch ludzi Neumanna, ale poza tym w życiu Mariana Skowronka, na pozór przynajmniej, nic się nie zmieniło. Neumann obiecał mu życie, zamierzając zresztą dotrzymać obietnicy. Wiedział bowiem, że Skowronkowi nie uda się ujść. Rodzaj wyroku z prolongatą. Wcześniej czy później organizacja, dla której Skowronek pracował, dowie się prawdy, a wtedy...

Tak więc miał Skowronka. Teraz doszła do tego ta dziewczyna, Stanisława Zarębska. Już pierwsze dni obserwacji ustaliły ponad wszelką wątpliwość, że jedynym możliwym punktem kontaktowym jest restauracja „Klubowa", gdzie dziewczyna pracowała w charakterze kelnerki. Mieszkała kątem u dozorcy domu naprzeciw restauracji, nigdzie nie bywała, obserwacja nie ustaliła, aby spotykała się z kimkolwiek poza pracą. Dozorca, u którego mieszkała, był sparaliżowany, nie wychodził z domu, jego funkcje spełniała małżonka, ogromne babsko o tubalnym głosie i prymitywnej umysłowości.

Neumann znany był z tego, że niczego me zaniedbywał, poddał więc dyskretnej obserwacji żonę dozorcy, ale obserwacja, jak się tego spodziewał, nie przyniosła żadnych efektów. Pozostała zatem jedynie jadłodajnia. Neumann obstawił więc garkuchnię tajniakami, którzy chcąc nie chcąc wcinali pyzy, placki kartoflane dla dobra sprawy i fuehrera, żeby zaś mieć pewność absolutną, osobiście odwiedził w mieszkaniu właściciela „Klubowej", pana Warchoła i bez większych trudności, ponieważ wizytę złożył o piątej rano, skłonił grubasa do zatrudnienia jednego z ludzi Neumanna w charakterze kasjera, którą to funkcję spełniał do tej pory pan Warchoł osobiście. Parę wypowiedzianych cichym, spokojnym tonem gróźb powinno przekonać Warchoła, że piśniecie komukolwiek z personelu, kim naprawdę jest „kuzyn" siedzący przy kasie, zakończy ziemską wędrówkę restauratora.

Teraz pozostało tylko czekać. Więc Neumann czekał, zbierając tymczasem informacje o dziewczynie. Była córką rolnika spod Wrześni, wysiedlona wraz z rodzicami, którzy zmarli podczas ciężkiej zimy czterdziestego roku. Nic więcej nie udało się ustalić.

Do wtorku nic się nie zdarzyło i hauptsturmfuehrer zaczął się obawiać, że restaurator Warchoł jest facetem szczwanym, który usiłował jego, Neumanna, wyprowadzić w pole, ale we wtorek zaraz po drugiej zadzwonił telefon i Neumann usłyszał w słuchawce zadyszany szept jednego ze swoich agentów z obstawy jadłodajni: „Mamy go!".

Teraz sprawa była prosta. Komplikacje zaczęły się dopiero później, kiedy okazało się, że młody człowiek w czapce pracownika magistratu jest naprawdę pracownikiem tej instytucji. Po ustaleniu nazwiska Adama Pruchnala sięgnięto do ocalałych kartotek granatowej policji, gdzie Pruchnal figurował na liście karanych za działalność wywrotową.

Neumann poczuł się jak łowczy pies, który natrafił na właściwy trop. Wiedział, że śladu tego nie puści.

 

6

 

Mocno znudzony wyszedł Kloss z gabinetu obersta von Ossetzky'ego. Stary Prusak, świeżo naszpikowany na lwowskiej odprawie pouczeniami berlińskiej centrali, blisko trzy godziny męczył Klossa, a wraz z nim kierowników pozostałych referatów „Abwehrstelle Warschau", że należy wzmóc działalność „na odcinku walki z coraz liczniejszymi agenturami bolszewickimi".

Von Ossetzky'ego poinformowano o sformowaniu w Rosji polskiej dywizji, wywiad hitlerowski zdobył też informacje o powstaniu przy dywizji sztabu, koordynującego działania lewicowej partyzantki.

Po referacie Ossetzky'ego wywiązała się dość niemrawa dyskusja, z której wynikało, że warszawska Abwehra dysponuje zbyt małą liczbą sprzętu radiopelengacyjnego, zbyt małą liczbą pieniędzy i agentów. Przy okazji oberleutnanta Klossa spotkało wyróżnienie, szef pochwalił go za zorganizowanie punktu kontaktowego dla agentów.

Gdyby wiedział, do czego służyło naprawdę to brudne, czteropokojowe mieszkanie w na pół wypalonym domu, tuż przy granicy getta... Gdyby wiedział, że w mieszkaniu wynajętym za pieniądze Abwehry pod podłogą łazienki przechowywane były papiery, za które Abwehra i gestapo dałyby każdą sumę w „młynarkach"! Oczywiście oberleutnant Kloss przyjmował tam niekiedy zwerbowanych przez Abwehrę pracowników niemieckich biur i instytucji, ale spotykał się także z ludźmi, za których głowy wyznaczano w Generalnej Guberni nagrody po kilkanaście i kilkadziesiąt tysięcy złotych. Kilkakrotnie w lokalu, pozostającym pod opieką Abwehry, przyjmował wysłanników centrali, ustalił nawet, że w wypadku utraty kontaktu właśnie tam znajdzie go ktoś, kto będzie chciał kontakt nawiązać powtórnie.

Ale Kloss bez zmrużenia oka przyjął pochwałę szefa. Każde takie wypowiedziane przez zwierzchników słowo umacniało jego bezpieczeństwo, odsuwało odeń groźbę zdemaskowania. Oficer, którego chwali nieskory do głaskania po główce von Ossetzky, nie może być przecież przez nikogo podejrzany.

Wynudzony więc setnie, wyszedł z gmachu Abwehry, skonstatował, że liście na drzewach rozwinęły się bardziej, czuć było zbliżające się lato. Z rozkładu dnia Józefa Podlasińskiego wynikało, że powinien o tej porze siedzieć w kantorze jako Franciszek Buła. Zadzwonił tam z pierwszego ulicznego automatu.

— Chciałbym przewieźć dwie tony węgla pierwszego gatunku - powiedział w słuchawkę, choć usłyszał głos Józefa. Tamten także był ostrożny, choć z pewnością również poznał Klossa po głosie.

- Jaki adres? - zapytał.-Aleja Róż 127.

To nic, że ta krótka uliczka, licząca zaledwie kilkanaście domów, nie mogła mieć kamienicy oznaczonej tak wysokim numerem. Cała rozmowa miał znaczyć, że Kloss pragnie spotkać się z Józefem w zwykłym miejscu nad stawem w Parku Ujazdowskim, a cyfra ponad sto oznaczała, że spotkanie powinno się odbyć natychmiast, w ciągu najbliższej godziny. Gdyby Kloss wymienił numer domu niższy niż sto, znaczyłoby to, że pragnie spotkać się dopiero nazajutrz, ale wtedy trzeba byłoby określić godzinę za pomocą liczby wiązek drewna, które mają
być przywiezione.

„Buła" siedział, tak jak było ustalone, na skraju ławki tuż nad stawem, ubrany solidnie, lecz nieelegancko, tak jak powinien być ubrany właściciel czterech platform konnych, nazywający siebie nieco na wyrost przedsiębiorcą spedycyjnym. Z papierkowej torebki wybierał skórki chleba, kruszył je w palcach i rzucał wygłodniałym łabędziom.

- Czy nadałeś mój poprzedni meldunek o łodzi podwodnej U-265? - zapytał Kloss patrząc w przestrzeń.

- Oczywiście - odparł, nie przestając drobić chleba.

- Coś mi się nie zgadza - powiedział Kloss. - To było tydzień temu, a wczoraj łódź oznaczona tym numerem storpedowała kilka statków z konwoju płynącego do Murmańska. To nie żadne przechwałki, to nie z komunikatu dla prasy, tylko z wewnętrznego biuletynu Abwehry.

- Może nie udało im się zniszczyć.

- W każdym razie sprawdź, czy dostali tę informację. W razie potrzeby powtórz ją jeszcze. Ta łódź ma bazę w północnej Norwegii.

- W porządku, przekażę. Masz coś jeszcze?

- Parę drobiazgów. Weźmiesz, kiedy się oddalę. Przekaż to dzisiaj.

- Co z radiostacją?

- Na razie bezpieczna - odpowiedział Kloss wstając i popychając w stronę Podlasińskiego pudełko zapałek. - Ciągle nie mogą złapać systemu nadawania o różnych porach. Gdyby były jakieś polecenia dla mnie...

- Proponuję kawiarnię w samo południe. Jeśli nie będzie padało, na tarasie. Tam zawsze o tej porze jest tłok. Przysiądę się do ciebie, jeśli będę coś miał.

Kloss nie spiesząc się wstał z ławki i z wolna podążył ku głównej alei. Z którejś z bocznych dróżek wybiegł mu wprost pod nogi czteroletni może berbeć. Byłby upadł, gdyby go Kloss nie pochwycił. Malec dopiero teraz dostrzegł mundur Klossa. Grymas płaczu wykrzywił mu buzię. Wyrwał się z objęć oficera i z rykiem pobiegł w stronę matki.

Kloss przywykł do tego, że jego mundur budził strach i pogardę dorosłych, tym boleśniej odczuwał zachowanie dzieciaków.

Najgorsze są takie przypadkowe sytuacje, najtrudniej wtedy utrzymać się w roli - myślał Kloss idąc do kasyna, gdzie umówił się z leutnantem Tietschem. Przypomniało mu się spotkanie z żołnierzem sprzed paru dni, może dlatego, że ten chłopczyk w parku był piegowaty jak tamten żołnierz.

Jeśli kiedy wpadnę - pomyślał - to stanie się to właśnie dzięki jakiemuś głupiemu przypadkowi. Głupiemu i pozornie bez znaczenia.

Nie zdajemy sobie sprawy, jak wielu ludzi nas zna. Każdy z nich był dla Klossa groźny. Ten żołnierz, który wymienił Horst Mayerstrasse na środku rozsłonecznionego placu przed komendą garnizonu, wytrącił go z równowagi na dobre parę godzin. Ale bywają gorsze spotkania. Na przykład zdarzenie sprzed pół roku.

Umówił się ze sturmfuehrerem Brunnerem i paroma innymi gestapowcami w Alejach Jerozolimskich przy Dworcu Głównym. Mieli jechać z jakimś świeżo przybyłym z Berlina bonzą partyjnym na polowanie do Puszczy Białowieskiej i Kloss czekał niecierpliwie na Brunnera, który jak zwykle nie grzeszył punktualnością.

Zły i zmarznięty, w krótkim myśliwskim półkożuszku, przestępował z nogi na nogę - od czasu do czasu demonstracyjnie przywdziewał cywilne ubranie. Jego praca w Abwehrze w charakterze rzeczoznawcy spraw polskich dostatecznie usprawiedliwiała tę maskaradę, a chciał przyzwyczaić swych przyjaciół z gestapo na wypadek, gdyby kiedyś jakiemuś szpiclowi wpadł w oko oberleutnant Kloss w cywilu. Stał więc i marzł, gdy nagle usłyszał tuż za sobą okrzyk: „Janek!"

Jak przez mgłę przypomniał sobie tę dziewczynę. Na imię miała Krystyna, ale kazała mówić do siebie Krycha. Poznał ją, kiedy po ucieczce z Kościerzyny w jesieni trzydziestego dziewiątego roku szukał w Warszawie kontaktu z jakąś organizacją. Krycha, daleka kuzynka właścicieli willi, w której znalazł schronienie, marzyła o tym samym. Kiedy wszelkie próby zawiodły, postanowili przez Słowację i Węgry przedrzeć się do Francji, gdzie generał Sikorski formował polską armię. W końcu jednak całkiem przypadkowo udało mu się trafić do jednej z dopiero co powstałych organizacji patriotycznych i z rozkazu organizacji powrócił do Kościerzyny, utraciwszy wszelki kontakt z Krycha.

Zostało mu wspomnienie niejasne i zatarte przez czas. Dwa czy trzy tygodnie, kilkanaście wieczorów poświęconych snuciu planów przedarcia się na Węgry, cień zaledwie jakiegoś romansu, dwa czy trzy przelotne pocałunki, ale więcej podniosłych patriotycznych rozmów.

I właśnie teraz, kiedy czeka na ludzi ubranych w czarne mundury, musiała się napatoczyć. Chciał się z nią natychmiast pożegnać, powiedział, że bardzo się spieszy, ale w tym momencie nadjechał samochód z Brunnerem i jego kamratami.

Kloss dostrzegł zdumienie pomieszane ze wstrętem, gdy samochód zatrzymał się tuż przy nich i Brunner z okrzykiem: „Hans, nie podrywaj Polek!" wciągnął go niemal do auta.

Dziewczynie wydawało się, że zrozumiała wszystko. Gdyby miała broń - tyle wyczytał w jej wzroku - zastrzeliłaby go na miejscu. Długo prześladowało go spojrzenie Krychy, bał się, że nigdy więcej jej nie spotka i że w jej oczach na zawsze pozostanie sprzedawczykiem i zdrajcą.

Tak. Możliwość takich spotkań przerażała go najbardziej. We Francji czy w Rosji, gdzie od czasu do czasu przerzuca go kapryśny rozkaz dowództwa, czuje się znacznie bezpieczniej. Ale tu przydaje się najbardziej i dlatego z uczuciem ulgi wita każde wezwanie do powrotu.

Tietscha jeszcze w kasynie nie było. Powoli ciągnął kiepskie piwo, łowiąc uchem strzępy rozmów przy sąsiednich stolikach. Jedna zainteresowała go szczególnie.

Czerwony na twarzy - czy to od upału, czy od nadmiernej ilości wypitego alkoholu - major z naszywkami czołgisty opowiadał coś blademu jakby dla kontrastu kapitanowi intendentury, którego Kloss znał z widzenia.

- Wiesz, bracie, ilu naszych zginęło w samej tylko Chorwacji? Dwadzieścia procent stanów osobowych. To tak, jakby co piątego postawić pod ścianę i... tratatata -zaczął imitować strzelanie. — Ale to jest średnia, bracie, średnia statystyczna, niech ją szlag... Z niektórych batalionów piechoty nie ocalał ani jeden człowiek. Wystrzelali do nogi.

Dalej Kloss nie dosłyszał, bo zmitygowany - widać przez kapitana - czerwonolicy major ściszył głos.

Kloss doszedł do wniosku, że nadarzyła się okazja, aby podtrzymać o sobie opinię służbisty. Podszedł do stolika, przy którym siedzieli major i kapitan, odwołał majora na bok.

- Oberleutnant Kloss z Abwehry - przedstawił się. -Chciałem panu majorowi zwrócić uwagę, że zbyt głośno mówi pan o sprawach, będących służbową tajemnicą. Na szczęście ja siedziałem najbliżej pańskiego stolika, ale mógł przecież siedzieć ktoś inny.

- Wydawało mi się - wybąkał major - że w klubie oficerskim...

- Mógł siedzieć - przerwał mu w pół słowa Kloss -ktoś, kto sporządziłby raport. Nie muszę panu mówić, że sianie defetyzmu i wyolbrzymianie naszych strat oceniane jest bardzo surowo...

-Ależ...

- Proszę słuchać. - Kloss ani myślał zrezygnować ze swojej przewagi. Był to rodzaj jego prywatnego odwetu. - Mógł tu także siedzieć wróg. Wróg jest wszędzie. Zapomniał pan, co doktor Goebbels powiedział na ten temat? - zauważył, że twarz majora spąsowiała jeszcze bardziej i zaczyna nabierać odcienia sinego.

- Tym razem daruję panu majorowi. Rozumiem, że oficer, który dopiero co wrócił z frontu, ma ochotę wygadać się, pochwalić sukcesami, ale o sukcesach także — dodał tonem nauczyciela — proszę mówić ciszej.

Odwrócił się na pięcie i zostawił ogłupiałego, lekko chwiejącego się na nogach majora. Oczywiście informacja o stratach w Chorwacji zostanie przekazana, gdzie należy.

Dostrzegł wchodzącego Tietscha, machnął mu ręką wskazując stolik. Kątem oka dostrzegł, że major przywołał gestem kapitana i obaj pospiesznie opuszczają kasyno. Prawdopodobnie major zapyta intendenta, kim jest ten młody, bezczelny porucznik, tamten wysłucha, jakiej to reprymendy udzielono majorowi i utwierdzi się w przekonaniu, że oberleutnant Kloss to niebezpieczny, zapalony nazista. Być może podzieli się z kimś tą opinią, a na tym przecież Klossowi zależało najbardziej.

Myślał o tym, słuchając monotonnego jak ciurkanie wody z kranu głosu leutnanta Tietscha, w cywilu aptekarza z małej bawarskiej mieściny. Tietsch skarżył się, że jego sekcja ciągle nie może złapać radiostacji, która przyprawia dowództwo o wściekłość, ale cóż on może zrobić, kiedy radiostacja działa w kwadracie kilkunastu najgęściej zaludnionych ulic śródmieścia. Co prawda każdego wtorku, ale zawsze o innej godzinie, a Tietsch nie może przecież posłać tych swoich marnych pięciu wozów pelengacyjnych na cały dzień, bo po pierwsze -potrzebne są gdzie indziej, a po drugie - gdy raz zorganizował taką sekcję, radiostacja, jakby kpiąc zeń w żywe oczy, w ten właśnie wtorek, kiedy za wstawiennictwem oberleutnanta Klossa udało mu się ściągnąć kilkanaście wozów z prowincji, najbezczelniej w świecie w ogóle się nie odezwała.

Tietsch ożywił się nieco, gdy zjawił się kelner i zaproponował panom oficerom baraninę, ponieważ mimo niepozornej postury był okropnym żarłokiem, i zawsze wprawiał Klossa w zdumienie ilością pochłanianego jadła. Kloss imponował mu przede wszystkim wojskową postawą, której sam, mimo usiłowań, nie potrafił nabyć, a także ujmującym sposobem bycia, zjednującym oberleutnantowi przyjaciół. Życzliwe koleżeństwo, okazywane przez Klossa, przyjął jako dar. Kloss nigdy zresztą nie wyzyskiwał tej przewagi, przeciwnie — podsuwając Tietschowi rady i sugestie starał się to uczynić w taki sposób, aby Tietsch mógł myśleć, że wylęgły się w jego głowie. Kloss w zamian zyskiwał dostęp o każdej porze do pomieszczeń zajmowanych przez referat Tietscha, a to pozwalało mu chronić własną radiostację.

- Powiedz, Hans, co ja mam robić, żeby mi nie zabierano ludzi - żalił się swoim płaczliwym głosem, pochłaniając trzecią porcję budyniu, polanego sokiem malinowym. - Co ja mam zrobić, żeby mi nie zabierano ludzi? Dzisiaj znowu musiałem dać czterech swoich chłopaków do dyspozycji gestapo. Ten Neumann strasznie się tam szarogęsi, a nasz Ossetzky ulega Luetzkemu, jakby był jego fagasem.

- Po co Neumannowi twoi ludzie? - zapytał bez zainteresowania Kloss.

- Diabli go wiedzą - prychnął Tietsch znad budyniu. -Szykuje jakąś gigantyczną policyjną akcję. Interesują go abonenci elektrowni czy gazowni, już nie pamiętam.

Zamglonym wzrokiem spoglądał na kelnera zbierającego talerze. Klossowi się zdawało, że Tietsch zastanawia się, czy nie zamówić jeszcze czegoś. Ale widać uznał, że ma dość, bo zamówił tylko piwo.

- Wiesz, Hans - powiedział zgarniając pianę - cholernie mnie denerwują ci byli policjanci, wyspecjalizowani w łapaniu drobnych złodziejaszków i alfonsów. Przyodziali teraz czarne mundury i rżną wielkich asów wywiadu.

- Masz rację - powiedział bezmyślnie, bo zastanawiał się właśnie, cóż to za wielką akcję policyjną szykuje krzywonogi hauptsturmfuehrer. Choć przyznał Tietschowi rację, bynajmniej nie lekceważył Neumanna. Znał ten gatunek funkcjonariuszy powolnych, cierpliwych, upartych jak muły. Wiedział, że właśnie tacy bywają najtrudniejszymi przeciwnikami

 

7

 

Głos standartenfuehrera Luetzkego w telefonie nie wróżył nic dobrego.

- Zaraz schodzę — powiedział Neumann.

Tym razem nie skorzystał z windy, nie spieszył się do obejrzenia rybich, bezbarwnych oczek swego szefa. Głównymi schodami dwóch podoficerów SS ciągnęło w dół pokrwawioną dziewczynę. Musiała być kimś znacznym, jeśli przesłuchiwano ją na górze. Normalne przesłuchiwania odbywały się w piwnicy, w gmachu byłego polskiego Ministerstwa Oświecenia i Wyznań Religijnych. Dziewczyna uczepiła się kurczowo poręczy. Jeden z podoficerów zaczął wyłamywać jej ręce. Neumann odwrócił się z niesmakiem.

Stosują swoje ulubione metody - pomyślał z sarkazmem. - Z tej dziewczyny nie wycisną już nic.

Gdyby sprawa dotarła do niego, wiedziałby, jak postąpić. Po pierwsze nie aresztowałby dziewczyny...

Ten obraz nasunął mu myśl o akcji, którą właśnie prowadzi i za chwilę zrelacjonuje standartenfuehrerowi, który, gdyby nie jego rozbiegane ręce, bezustannie obracające jakiś przedmiot, wyglądem przypominałby nieboszczyka.

Dla Neumanna sprawa była prosta. Ustalono, że z kelnerką z restauracji „Klubowa" kontaktuje się niejaki Adam Pruchnal, lat dwadzieścia osiem, notowany w kartotekach polskiej przedwojennej policji jako osobnik karany za działalność komunistyczną. Od tygodnia jest pod nieustanną inwigilacją. Jednocześnie drobiazgowemu badaniu poddawana jest przeszłość ludzi, z którymi się stykał poza pracą.

Ale najważniejsza jest praca tego Pruchnala. Neumann czuje, że inkasent gazowni otrzymuje meldunki w którymś z mieszkań w rejonie swego inkasa. Rejon znajduje się w śródmieściu i obejmuje kilka przyległych ulic. Skromnie licząc, trzy i pół tysiąca mieszkań. Gdyby udało się stwierdzić, w którym z tych mieszkań Pruchnal bywa cztery razy w miesiącu, meldunki napływają bowiem regularnie co tydzień, sprawa byłaby prosta... Luetzke zaproponuje oczywiście zdjęcie tego inkasenta. W zeszłym tygodniu wysunął taką sugestię.

- Czy ma pan do mnie zaufanie, szefie? - zapytał wtedy Neumann. — Oczywiście, możemy mieć w sieci płotkę, ale wtedy szczupak się wymknie, a on jest naprawdę groźny. Rozszyfrowałem tekst ostatniego meldunku. Nasz szczupak już wie o sukcesie łodzi U-265, chociaż ostatni komunikat OKW jeszcze o tym nie wspominał. W meldunku jest informacja, że do wyposażenia plutonu piechoty ma wejść CKM ze specjalnym chłodzeniem, przygotowany do warunków afrykańskich, i obiecuje dostarczyć dane dotyczące tego CKM-u.

- Nie musi mnie pan przekonywać - rzekł wtedy Luetzke - że J-23 jest groźny i niebezpieczny. Nie będę się wtrącał, ale niech się pan pospieszy.

Neumann skorzystał z okazji i wymógł na szefie, żeby ten załatwił wypożyczenie paru ludzi z Abwehry; akcja, którą prowadził, nie miała bowiem precedensu. Trzy i pół tysiąca ludzi, będących głównymi lokatorami, plus członkowie rodzin i sublokatorzy? Nawet po wyłączeniu dzieci, pozostaje około dziesięciu tysięcy osób. Należało ustalić personalia tych osób, prawdziwe personalia, bo muszą się wśród nich znaleźć ludzie z fałszywymi papierami, poszukać wśród nich oficerów rezerwy, zwolnionych z oflagów, bądź też ludzi, którzy ukrywają się przed władzami niemieckimi. Przedwojenna działalność Pruchnala zdaje się wskazywać, że J-23 ma powiązania z kręgami skrajnej lewicy, a więc należy wśród tych dziesięciu tysięcy osób znaleźć takich, którzy przed wojną zamieszani byli w działalność komunistyczną.

Tak jak przewidywał, sekcja CI, zajmująca się badaniem kontaktów pozaurzędowych Adama Pruchnala, nie wniosła nic nowego. Instynkt Neumanna nie mylił - tego był pewien. Kontakt musi odbywać się w którymś z tych trzech i pół tysiąca mieszkań. Na podstawie badania rachunków usiłowano dociec, czy inkasent odwiedza któreś z tych mieszkań częściej niż raz w miesiącu. Nic na to nie wskazywało.

Wtedy Neumann uczepił się innej koncepcji. Radiostacja pracuje co wtorek, tego samego dnia Stanisława Zarębska przynosi meldunki do krawca Skowronka, a przedtem, ale także zawsze we wtorek, spotyka się z Adamem Pruchnalem. Jest rzeczą mało prawdopodobną, żeby Pruchnal chodził z tak niebezpiecznym materiałem po mieście lub przechowywał go gdzieś. Prawdopodobnie także wrogiej agenturze zależy na maksymalnej aktualności nadsyłanych materiałów, wynikałoby więc z tego, że inkasent otrzymuje meldunki w każdy wtorek.

Ta hipoteza pozwoliłaby zacieśnić krąg do czterystu mieszkań, ale jeśli Neumann by się pomylił, zaprowadziłoby go to na manowce. Na wszelki jednak wypadek trzech ludzi po piętnaście godzin na dobę ślęczało nad kartotekami osób mieszkających w owych czterystu lokalach, usiłując za wszelką cenę znaleźć między nimi jakieś powiązania.

Neumann wiedział, że jest to jedyna możliwa metoda, ale zdawał sobie sprawę, że brak mu czasu.

Stanął przed obitymi materacem drzwiami standartenfuehrera. Ilse, krótkonoga, piersiasta sekretarka Luetzkego, bez słowa wskazała drzwi gabinetu szefa.

Kiepski znak - pomyślał Neumann. Idealnej sekretarce zawsze udzielał się nastrój standartenfuehrera.

 

8

 

Luetzke bawił się tym razem zapalniczką. Jego chude palce obracały mały przedmiot ze złota, kładły i podnosiły. Neumann z trudem oderwał wzrok od tych rozedrganych rąk.

- Zbyt długo trwa ta zabawa, Neumann - powiedział prawie szeptem. Tym razem nie wskazał Neumannowi krzesła, więc hauptsturmfuehrer stał wyprężony. - Czytałem pański ostatni raport. Duża praca, a właściwie duże pozory pracy. Listy, nazwiska, papierki, a ten J-23 ciągle nieuchwytny. Czego pan tak sterczy? Niech pan siada! Jego ostatnia informacja, zarówno ta o stratach, jakie ponieśliśmy w Jugosławii, jak i ta o przerzuceniu grup specjalnych na południe, jest zgodna z prawdą.

-Zwracam panu uwagę, standartenfuehrer - Neumann z ulgą wyprostował nogi - że żadna z tych informacji nie przyda się bolszewikom, nie dotrze do nich, ponieważ korzystając ze zdobytych szyfrów, przekazaliśmy ich centrali materiały spreparowane przez nas.

Ale Luetzke nie pozwolił mu zaliczyć tego punktu.

- On żyje, on działa. Dopóki nie będziemy go mieli w garści, nie możemy spać spokojnie. W tej wrogiej centrali nie siedzą idioci, Neumann. Zrozumieją pewnego dnia, że podsuwamy im fałszywe informacje i wtedy koniec. Albo też ten J-23 zorientuje się, że coś jest nie tak i przestanie korzystać z radiostacji zainstalowanej u tego krawca. A czy może pan zagwarantować, że nie ma drugiej rezerwowej radiostacji - i co wtedy? Co nam zostanie w garści? Ten radzista, z którego już nic więcej nie da się wydusić? Ta kucharka czy kelnerka, która wie pewnie tyle samo co my, to znaczy, że ma odebrać kartkę papieru zapisaną cyframi i dostarczyć ją do pracowni krawieckiej? Wierzę, że chce pan złapać szczupaka, ale na szczupaki nie poluje się stojąc godzinami z wędką na brzegu. Wie pan, co to jest spinning?

- Są trudności — udało się wreszcie wtrącić Neumannowi. — Ten inkasent nie odwiedził w ciągu ostatniego miesiąca ani jednego mieszkania dwukrotnie. Siatka musi być zakonspirowana głębiej, niż myśleliśmy. Ale to tylko kwestia czasu. Muszą wpaść.

- Wie pan, Neumann, że brak nam właśnie czasu. Dlatego musi pan sprawę przyspieszyć. Jeśli złapiemy J-23, pośrednie ogniwa wpadną nam same w ręce, a jeśli nawet komuś się uda wymknąć, nie ma tragedii - jedna płotka mniej czy więcej. On jest zbyt dobrze poinformowany. Albo sam ma coś wspólnego z niemiecką administracją wojenną, albo ma tam dobrych informatorów. Będziemy ich mogli chwycić, gdy złapiemy jego.

- Ależ... - chciał powiedzieć, że zbyt pospieszne działanie może tylko zepsuć sprawę, urwać nitkę od kłębka, nitkę, za którą, chociaż powoli, Neumann się jednak posuwa. Standartenfuehrer nie pozwolił mu jednak powiedzieć ani słowa. Zastukał palcami w biurko.

- Pytałem, czy wie pan, co to jest spinning? Lubię, kiedy moi podwładni odpowiadają na pytania. Szczupaka, mój drogi Neumann, łowi się na błysk. Rzuca mu się z wędką małą wirującą rybkę, inaczej nie chwyci haczyka. A potem szybciutko ściąga się korbką linkę.

- Przynęta? - zapytał, a Standartenfuehrer uśmiechnął się po raz pierwszy tego dnia i Neumann pomyślał, że chyba omylił się w ocenie swego szefa. „Szczupaka łapie się na błysk", to nie jest wcale głupie. - Mam pomysł -powiedział Neumann - pomysł rzucenia szczupakowi małej wirującej rybki. Dość ryzykowny, co prawda. Tego J-23 można by wezwać na spotkanie z funkcjonariuszem z ich centrali, w celu udzielenia pilnych instrukcji.

- Rozwija się pan, Neumann. Lubię, kiedy moi ludzie rozwijają się. - Postukał zapalniczką w polerowany blat biurka.

- Ryzykujemy zdemaskowanie naszej akcji. Niewykluczone, że ma umówiony ze swoją centralą jakiś specjalny sposób na takie okazje.

- Gdyby w trzydziestym szóstym nasz fuehrer nie zaryzykował i nie wkroczył do Nadrenii - powiedział sentencjonalnie Luetzke - nie bylibyśmy dziś panami Europy.

Neumann zrozumiał, że właśnie w tym momencie jego samodzielność się skończyła, że może teraz jedynie wstać, stuknąć obcasami i wyjść. Decyzję podjął za niego ktoś inny.

 

9

 

Kloss wiedział już wszystko. To znaczy rozumiał w najogólniejszych zarysach mechanizm gry prowadzonej przez Neumanna i, jak zwykle w chwilach największego zagrożenia, układał sobie plan działań na najbliższe godziny. Neumann się naciął - to pewne, ale zagrożenie nie przestaje być aktualne.

Dopił swoje wino, zostawił na stoliku pieniądze i wyszedł z „Cafe Clubu". Szatniarze komentowali widocznie wypadki z ostatnich minut, bo zbyt gwałtownie zaczęli mówić o pogodzie, gdy stanął przed ladą i poprosił o swą czapkę. W lustrze zobaczył, że czarny opel Neumanna ruszył właśnie sprzed klubu, za nim półciężarówka z kilkoma SS-manami.

Postanowił pójść piechotą. Do spotkania z Podlasińskim miał blisko pół godziny, mógł jeszcze raz przemyśleć wydarzenia ostatniego tygodnia.

Kiedy spotkali się w ubiegłą środę, jak zwykle w Parku Ujazdowskim koło łabędzi, zdziwił go niepokój opanowanego zazwyczaj Józefa. Przyniósł właśnie otrzymane zwykłą drogą polecenie centrali, żeby J-23 zjawił się określonego dnia w „Cafe Clubie" z białym goździkiem jako znakiem rozpoznawczym.

- Gdzie mam wpiąć ten kwiatek? - zapytał Kloss, gdy przeczytał wezwanie napisane na marginesie gazety pozostawionej na ławce. - Ten kwiatek nie pachnie mi najładniej - dodał, nie uznał bowiem za stosowne wyjaśnić Podlasińskiemu, że umówionym od dawna hasłem do spotkania z centralą miało być żądanie podania dokładnego składu osobowego 33 pułku grenadierów pancernych.

Postanowił jednak pójść do „Cafe Clubu", naturalnie bez goździka, bo gdzież oficer może wpiąć goździk? Chciał zobaczyć, z kim ma do czynienia, kto jest jego przeciwnikiem. Myślał oczywiście, że sprawa skończy się na niczym, nie przypuszczał, że napatoczy się właśnie jakiś stary Niemiec z kwiatkiem w klapie, który chwycony przez dwóch tajniaków, będzie krzyczał, że jest doktorem Mayerem z organizacji Todt i osobistym przyjacielem ministra Schachta.

Zaraz po wejściu do „Cafe Clubu" dostrzegł Neumanna i wtedy wiedział już wszystko. Więc na tym polega ta gigantyczna operacja w berlińskim stylu. Ale co ma do tego gazownia czy elektrownia, coś, o czym mówił mu w kasynie leutnant Tietsch? Nie mógł tego skojarzyć. Postanowił, że zapyta o to Józefa.

Są dwie możliwości - myślał chłodno - albo wpadł Józef, albo radiostacja. Gdyby Józef, Kloss nie mógłby iść dziś spokojnie ulicą. Prawdopodobnie siedziałby w lochu w alei Szucha, a w najlepszym razie w więzieniu Abwehry. A może już by nie żył, zgniótłszy zębami wprawioną w plombę mikroskopijną fiolkę z cyjankali, przygotowaną na taką okoliczność.

Pozostaje więc radiostacja. Służba bezpieczeństwa dysponuje własnym radionasłuchem, mogli więc wpaść na ślad radiostacji, niezależnie od sekcji Tietscha. Co prawda powinni powiadomić o tym Abwehrę, ale Kloss nieraz był świadkiem, że zazdrosny o sukcesy Luetzke ukrywał, jak długo się dało, informacje o niezwykłym znaczeniu.

A może wpadli na ślad radiostacji przypadkiem? Tego, niestety, nigdy się nie dowie. Nie widział na oczy radzisty, kiedyś tylko, gdy przechodził z Józefem ulicą Polną, Podlasiński pokazał mu szyld Skowronka. Ofuknął go wtedy. Starał się zawsze wiedzieć tylko to, co niezbędne. Kontakt z radiostacją miał utrzymywać Józef, a właściwie jego siatka, o której Kloss także nic nie wiedział, bo nie chciał wiedzieć. Więc jeśli radiostacja wpadła przypadkiem - niespodziewana rewizja w poszukiwaniu radioodbiornika lub ukrywających się Żydów — to cała siatka musi być pod obserwacją gestapo.

Jedno jest pewne - nie dotarli do Józefa. Będzie musiał zwinąć swoje cztery mieszkania i poszukać sobie piątego albo jeszcze lepiej — na jakiś czas ulotnić się z Warszawy, a jeśli mu się uda — ostrzec ludzi z siatki.

Kloss usiadł na tarasie kawiarni, rozejrzał się -Józefa nie było. Spojrzał na ulicę, żeby zobaczyć, czy nie nadchodzi, i zmartwiał. Ubrany elegancko Józef, wymachując parasolem, przecinał plac, gdy trzech żandarmów zagrodziło mu drogę.

Czyżby już go mieli? - zląkł się widząc, jak Podlasiński podsuwa żandarmom papiery. Nagle ulga. Żandarmi przepuścili Józefa, podoficer dowodzący patrolem podniósł rękę do hełmu.

- Zląkłem się o ciebie - powiedział Kloss, gdy Podlasiński siadł wreszcie, odkładając porządnie kapelusz i parasol na wolne krzesło.

- Niepotrzebnie - uśmiechnął się - Witalis Kazimirus, konsultant RSHA do spraw okupowanych terenów litewskich, jest człowiekiem, któremu podoficer żandarmerii może tylko zasalutować. Czy wiesz, że oni bledną na widok legitymacji Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy? Tylko udają, że czytają, to już tylko formalność, żeby jakoś wyjść z twarzą, bo naprawdę zupełnie im wystarcza ta ciemnozielona okładka z gapą. Co w „Cafe Clubie"? - zapytał.

- Bardzo niedobrze. Aresztowali jakiegoś doktora Mayera, który był na tyle nieostrożny, że wpiął sobie goździk w klapę. Sam krzywonogi Neumann był przy tym.

- To znaczy - zaczął Józef - że mają naszą radiostację i szyfr?

Powinien się tego wcześniej domyślić. Wtedy, kiedy nie dotarła do naszych informacja o łodzi podwodnej bazującej w północnej Norwegii.

- O mnie jeszcze nie wiedzą - z uśmiechem skłonił się niebrzydkiej dziewczynie, uczepionej ramienia jakiegoś sturmfuehrera SS. Józef o niczym nie zapomniał. Ten ukłon przeznaczony dla kobiety wiadomej profesji oznaczał, że ani na chwilę nie przestawał być starym birbantem i lekkoduchem, za jakiego uchodzić powinien Witalis Kazimirus. Nikomu, patrzącemu z daleka na tych dwóch mężczyzn ucinających, jakby się zdawało, swobodną pogawędkę, nie mogło przyjść do głowy, że są to ludzie śmiertelnie zagrożeni.

-Wiesz, że mam obstawę - powiedział Józef. - Mundek to pistolet, jakich mało. Gdybym był śledzony...

- Wiem - odparł Kloss. - Ty nie wchodzisz w rachubę. Te cztery mieszkania na cztery różne nazwiska pozwolą ci zniknąć niepostrzeżenie.

- To znaczy - powiedział Podlasiński - że Adam nie sypnął. Nie mają jeszcze Adama. On zna wszystkie moje cztery wcielenia. Właściwie głównie dla ułatwienia pracy Adamowi urządziłem się pod czterema nazwiskami.

Dzięki temu może mnie odwiedzać raz na tydzień i brać pocztę razem z pieniędzmi za gaz.

- Za gaz? - zapytał Kloss, to przypomniało mu, co mówił Tietsch o jakiejś akcji Neumanna wśród abonentów gazowni.

- Jest inkasentem. To zresztą jego prawdziwa praca jeszcze sprzed wojny.

-Więc go mają - powiedział Kloss. Zrelacjonował Józefowi rozmowę z Tietschem o gigantycznej akcji Neumanna. - Musisz go ostrzec, niech pryska do lasu.

- A dziewczyna?

- Następne ogniwo. Musi zdecydować Adam. Jeśli ma do niej zaufanie.

- Będzie u mnie jutro.

-Więc mech uciekają jutro. Ale przedtem poślecie jeszcze jeden meldunek od J-23.

- Oszalałeś? Jeśli radiostacja jest spalona...

- Właśnie. Meldunek nie dotrze do centrali, jak nie dotarł żaden z wysyłanych w ciągu ostatnich trzech tygodni. Otrzyma go Otto Neumann. To będzie rodzaj listu prywatnego. Nadacie, że J-23 nie mógł zjawić się w umówionym miejscu, ponieważ w wyznaczonym dniu był służbowo w Szczecinie. Prosi o podanie następnego terminu i miejsca.

- Chcesz go zająć na parę dni?

- Tak. Musicie mieć czas na zmycie się z Warszawy. Nie zapomnij zabrać ze sobą kopii moich meldunków z ostatnich trzech - czterech tygodni. Przekaż je Bartkowi, powinien mieć jakiś nowy szyfr i radiostację.

- A ty? - zapytał Józef.

- Muszę pomóc biednemu Tietschowi. Chłopak nie może wpaść na system, według którego pracuje wroga radiostacja.

Wstał i lekko skłonił się Podlasińskiemu. Nie zamienili ze sobą ani słowa pożegnania, chociaż obaj myśleli o tym samym - czy zobaczą się jeszcze kiedykolwiek?

 

10

 

Bartek nie był zachwycony rozkazem, który otrzymał ubiegłej nocy. Musiał nagle odwołać ludzi z zaplanowanej kolejówki, na gwałt szykować lądowisko. Na szczęście w pobliżu nie było dużych oddziałów niemieckich, mógł zorganizować wszystko w ciągu dnia. Ale cóż! Z rozkazami się nie dyskutuje, a rozkaz był wyraźny: przygotować lądowisko, przyleci wysłannik z centrali.

Czekali od zmroku na wielkiej polanie w środku puszczy Kozienickiej. W wykopanych dołach leżał już chrust polany benzyną, przygotowany do podpalenia, gdy usłyszą nadlatujący samolot. Ale samolot nie nadlatywał. Noc była chłodna. Adam, nie przyzwyczajony do lasu, szczękał zębami.

- Martwię się o Józefa. Co mu się mogło stać? Dlaczego jeszcze go nie ma?

- Nie kracz! - powiedział Bartek ze złością. - Nie kracz, bo wykraczesz! Czwarty raz to już powtarzam dzisiejszej nocy.

- Powiedział mi, że spotkamy się u ciebie. Myślałem, że już jest. Czyżby nie zdążył?

- Znowu zaczynasz - mruknął Bartek i podał Adamowi tlący się niedopałek. - Masz, pociągnij, zajmij czymś gębę, nie będziesz plótł głupstw.

Chwilę siedzieli w milczeniu. Gdzieś nad nimi pohukiwała sowa. Do Bartka podkradł się nie znany Adamowi młody partyzant.

- Obywatelu dowódco, jeśli w ciągu pół godziny nie nadleci... Zaraz będzie świtać.

Wtedy właśnie usłyszał terkot nadlatującej maszyny. Chłopak, nie czekając na rozkaz, pobiegł ku zrzutowisku. W wykopanych dołach, ułożonych tak, że tworzyły gigantyczną literę „T", błysnął w górę ogień. Pilot musiał dostrzec znak, bo schodził do lądowania.

Bartek podszedł do samolotu i pomógł wygramolić się otyłemu mężczyźnie w długim kożuchu, który krepował mu ruchy. Partyzanci wyładowali broń i amunicję, przenosili ją na przygotowane chłopskie furmanki, a on prowadził wysłannika w stronę leśniczówki.

- Nie macie kogoś, kogo chcecie przerzucić? - zapytał otyły mężczyzna. - Samolot zaraz startuje.

- Wy zostajecie? - zdziwił się Bartek.

Tamten mruknął potakująco i nic więcej tej nocy Bartek się od niego nie dowiedział. Nazajutrz dopiero mężczyzna przedstawił się.

- Kapitan Antoni - powiedział - w sprawie wsypy.

- Szybko reagujecie — rzekł Bartek. — O tym, że znaleźli się ludzie z siatki warszawskiej, poinformowałem was zaledwie cztery dni temu. Mam dla was niespodziankę. Do Adama i „Zięby" dobił radzista.

- To interesujące - odezwał się wysłannik. - Chcę go przesłuchać w pierwszej kolejności.

- Niestety to niemożliwe. Chłopak jest nieprzytomny. Raniono go podczas ucieczki. Cudem dotarł do wójta w Kozienicach. Martwię się o Józefa i Mundka - dodał. - Powinni już być. Wtedy siatka byłaby w komplecie.

- Nie bardzo - rzekł Antoni. - Brak J-23.

 

11

 

Zaraz po śniadaniu rozpoczął przesłuchania. Z obowiązku Bartek w nich uczestniczył, nie bardzo jednak rozumiejąc sens podchwytliwych pytań. Prawdę mówiąc, wysłannik centrali nie przypadł do serca Bankowi. Oschły, czujny, nieufny... Bartkowi wydawało się, że i na sobie czuje uważne, świdrujące spojrzenie tamtego. Cóż - myślał - taka robota. Wysłannik pochylał się właśnie nad Stasia Zarębską, pseudonim „Zięba". Dziewczyna starała się odpowiedzieć możliwie precyzyjnie na zadawane pytania, ale widać było, że deprymuje ją ton Antoniego.

- Twierdzisz, że ostrzegł cię Adam?

- Tak - odpowiedziała.

- Mówił, że jesteś śledzona. Czy dodał, od jak dawna?

- Nie. Kazał mi pryskać. Umówił się ze mną na stacji w Pyrach.

-Kogo znałaś?

- Tylko Adama i Skowronka.

-Wiesz, kim jest J-23?

- Nie wiem.

- Czy sama nie zauważyłaś, że jesteś śledzona? A może - podniósł głos - nie chciałaś zauważyć?

- Nie! - krzyknęła histerycznie dziewczyna. - Nie jestem... Wiem, że to był błąd, powinnam była bardziej uważać, ale spieszyłam się, wyskakiwałam z meldunkiem w czasie pracy. Ustaliliśmy z Adamem, że tak będzie najbezpieczniej.

- A u Skowronka wszystko było w porządku?

- Zawsze sprawdzałam. Na drzwiach był wypisany kredą znak K+M+B. W razie niebezpieczeństwa byłby przecież starty.

Dziewczyna zawahała się i Antoni zauważył to wahanie.

- Więc był znak czy nie?

- Był na pewno, tylko wydawało mi się... ale musiało mi się wydawać... Odniosłam wrażenie, że Skowronek się czegoś boi, miał takie oczy.

- Kiedy powstało w was to wrażenie?

- Dwa, nie, trzy tygodnie temu.

Podziękował dziewczynie, kazał jej poprosić Adama. Gdy wychodziła już, przypomniał, co zdaniem Bartka było zupełnie zbędne, że nie wolno jej się oddalać z obozu.

- Czy nie przesadzacie? - zapytał po jej wyjściu Bartek.

- Człowieku! - tamten popatrzył nań przenikliwie. -Każdy z nich jest potencjalnym zdrajcą. Od pięciu tygodni radiostacja nadaje fałszywe meldunki. Rozumiesz? Trzeba oczyścić siatkę, wyeliminować tego, kto zdradził. Co ze Skowronkiem? - zapytał.

- Był u niego felczer. Po południu będziecie go mogli przesłuchać. Siadaj, Adam - rzekł do wchodzącego Pruchnala. Chciał uprzejmością zatrzeć nieprzyjemną scenę przesłuchania, która zapewne teraz nastąpi.

- Kiedy Józef zawiadomił cię o alarmie? — padło pierwsze pytanie.

- W ubiegły wtorek. Zgłosiłem się do mieszkania, w którym zameldowany był jako Witalis Kazimirus. Jak zwykle pobrałem opłatę za gaz.

- Czy Józef powiedział, że jesteś śledzony?

- Kazał mi pryskać i zabrać dziewczynę, jeśli jej ufam. Nie miałem powodu, by jej nie ufać.

- Czy powiedział ci o rodzaju zagrożenia?

-Józef nigdy nie mówił za wiele.

- A nazwisko? Nie wymienił żadnego nazwiska?

-Nie. Powiedział tylko, że istnieje niebezpieczeństwo wsypy.

- A jednak kazał wam przedtem nadać jeszcze jeden meldunek. Co wiesz o treści tego meldunku?

- Zawsze otrzymywałem teksty zaszyfrowane.

- W gestapo mają chyba szyfrantów...

- Wy mnie podejrzewacie! Wypraszam sobie! Ja nie jestem zdrajcą! .

- O nic cię jeszcze me podejrzewam.

- Gdybym ja był wtyczką gestapo, sypałbym Józefa. Tylko ja jeden z całej siatki... - przerwał, bo uświadomił sobie, że Józef nie zjawił się dotąd w oddziale.

- Tak - powiedział Antoni - tylko ty jeden z całej siatki znałeś wszystkie cztery jego adresy i nazwiska.

- Jeśli mnie podejrzewacie...

- Adama znam od ośmiu lat - powiedział Bartek. -Jeśli ma to dla was jakieś znaczenie, ręczę za niego.

Adam już wyszedł. Siedzieli nad glinianymi miseczkami ze zsiadłym mlekiem, które postawiła przed nimi gospodyni.

- Coś mi się nie zgadza w tej historii - powiedział Antoni. -Józef ich ostrzega, a potem znika bez śladu. Radiostacja przez miesiąc faszeruje nas kłamstwami, a radzista zjawia się u was cały i zdrowy.

- No, nie bardzo zdrowy - wtrącił Bartek.

- Tu gdzieś tkwi jakiś fałsz. Logiczne byłoby tylko jedno wytłumaczenie, że zdradził ktoś, kto znał wyłącznie Podlasińskiego. Ktoś, komu udało się później zdobyć adres radiostacji. Nie, chwileczkę, szyfr znał Józef, więc jeśli wierzymy Józefowi, to musimy założyć, że otrzymywał informacje już spreparowane.

- Proponuję nie spieszyć się z wnioskami. Poczekajmy, co powie krawiec...

Skowronek wreszcie odzyskał przytomność, ale ciągle był jeszcze słaby.

- Właśnie nadawałem - mówił cichym głosem - kiedy usłyszałem łomot do drzwi. Nie mogłem się mylić, to byli Niemcy. O tym, żeby zetrzeć umowny znak, nie było co marzyć. Usiłowałem, zgodnie z instrukcją, zniszczyć przede wszystkim szyfry. Wrzuciłem książkę pod kuchnię, także meldunek, który dostałem tego dnia. Jak na złość, nie chciało się palić. Musiałem podlać naftą. Otworzyłem drzwi na schody kuchenne, ale usłyszałem, że tędy idą także.

- To był Wehrmacht?

- Tak - zawahał się Skowronek. - Kilkunastu żołnierzy i dwóch oficerów. A potem przyszedł jeszcze jeden w czarnym mundurze.

- Gestapo i Wehrmacht jednocześnie?

- Nie wiem - oddychał z trudem. - Nie zastanawiałem się nad tym. - Zamknął oczy na chwilę, potem znów je otworzył. - Kiedy wpadł ten gestapowiec, to jeden z tych oficerów zaczął mu meldować. Zapamiętałem nawet nazwisko oficera: oberleutnant Kloss. I wtedy ja skorzystałem z zamieszania i skoczyłem przez okno. Pod moim oknem jest szopa, pół piętra zaledwie. Nie słyszałem strzałów, dopiero później zobaczyłem, że jestem ranny.

-Jak się nazywał ten niemiecki oficer? Powtórz - zażądał Antoni.

- Kloss. Oberleutnant Kloss.

Bartek, kiedy wrócili już do drugiej izby, chciał powiedzieć Antoniemu, że to niemożliwe, że stykał się z Klossem, że zna go i ceni. Tamten, jakby uprzedzając jego argumentację, powiedział:

- Każdy agent w końcu wpada i wtedy ma do wyboru - albo zginąć, albo zdradzić. Pracować dalej pod kierownictwem wroga.

- Nie wierzę, żeby J-23...

- Teraz wszystko komponuje się w jedną całość. Niemcy zorientowali się, że wcześniej czy później spostrzeżemy, że J-23 wprowadza nas w błąd. Co robi centrala w takich wypadkach? Zrywa, kontakty z agentem. Chcieli temu zapobiec, wobec czego wkracza oberleutnant Kloss, nakrywając radiostację. Aranżują to w ten sposób, żeby umożliwić ucieczkę radziście, bo wiedzą, że radzista dotrze do nas i wymieni nazwisko oficera, który wkroczył do radiostacji. Jeśli Kloss likwiduje dezintormującą nas radiostację, nie mamy powodu mu nie ufać. Rozumiecie teraz perfidny plan?

Bartek pokiwał głową, choć pewność, z jaką ten grubas wypowiadał swoje sądy, cokolwiek go przeraziła. Ucieszył się, że wejście Adama przerwało im rozmowę, że nie będzie musiał potwierdzić, że zrozumiał, że akceptuje ten tok myślenia Antoniego.

Adam przyniósł wiadomość, że właśnie zjawił się Mundek, obstawa Józefa. Wezwali chłopca, ale nic nie potrafił powiedzieć. Z Józefem rozstali się blisko tydzień temu i od tamtej pory go nie widział. Myślał, że Józef będzie już w lesie. Przychodzi dopiero teraz, bo w Karczewie, gdzie zatrzymał się na noc, wpadł w kocioł, żandarmi otoczyli wieś i przetrząsali ją w poszukiwaniu rąbanki.

- Czy widzieliście tego niemieckiego oficera, z którym niekiedy spotykał się Józef?
- Tak - odparł chłopak.

- Potrafilibyście go rozpoznać? - Z pewnością.

Jutro pojedziecie do Warszawy.

Bartek zrozumiał nareszcie, co tamten miał na myśli.

- Chcecie, żeby Mundek zastrzelił J-23?

- Mamy prawo decyzji w takich wypadkach - odparł Antoni. - A ten Mundek, sami powiedzieliście, dobry w strzelaniu.

- Ale dowody, dowody?! - krzyknął Bartek.

- Jest wojna. Poszlaki są bardzo silne. Nie możemy ryzykować. W imieniu sądu podziemnego Rzeczypospolitej Polskiej...

 

12

 

Neumann gotów jest zgodzić się ze swoim szefem. Jest idiotą, dał się wodzić za nos. Myślał, że miał w ręku tego J-23, a tymczasem to J-23 zakpił z niego. Luetzke jakby nagle ożył, chodził, tupiąc, po gabinecie i tłumaczył Neumannowi, że jeśli uda mu się z tej całej afery wykręcić wschodnim frontem, to i tak może się uważać za w czepku urodzonego, bo on - Luetzke sądzi, że dla takich ludzi jak Neumann jedynym właściwym miejscem jest obóz koncentracyjny.

A całe to piekło oczywiście o Ilsę, krótkonogą sekretarkę standartenfuehrera. Skąd na Boga Neumann miał wiedzieć, że ta dziewczyna jest siostrzenicą gauleitera?

Kiedy dostał ostatni przeznaczony do nadania meldunek, że J-23 nie mógł się zjawić na spotkanie, bo był służbowo w Szczecinie, zrozumiał, że wpadła mu w ręce gratka, o jakiej marzył. Potwierdzała się koncepcja, że owym tajemniczym J-23 musi być ktoś na służbie niemieckiej, nikt inny bowiem nie jeździłby służbowo.

Ustalenie, kto z pracowników niemieckich w Warszawie był w tym dniu w Szczecinie, to dla ludzi Neumanna sprawa paru godzin. Jedyną osobą w delegacji służbowej była właśnie Ilsa Kempke. Wyobrażał już sobie minę standartenfuehrera, gdy od niego dowie się, że nieuchwytny J-23 i jego sekretarka to ta sama osoba.

Oczywiście dał się nabrać. Ten J-23 zorientował się, że historia z kwiatkiem jest prowokacją szytą grubymi nićmi i postanowił dać Neumannowi prztyczka w nos. Ale to przecież nie Neumann wymyślił „łapanie szczupaka na błysk", Neumann chciał spokojnie, powolutku, jak należy.

W dodatku przyplątało się to idiotyczne nieporozumienie z Abwehrą. Trzeba trafu, że Neumann osobiście przyniósł spreparowany meldunek do mieszkania krawca i przyglądał się właśnie szybkim ruchom palca Skowronka na kluczu telegraficznym, śledząc, czy nadaje właściwy tekst, gdy rozległo się walenie w drzwi i zaraz potem wpadli dwaj oficerowie z Abwehry.

Musiał w dodatku od tego smarkacza Klossa wysłuchać pouczeń, że SD pracuje jak na prywatnym folwarku, że nie zawiadamiając Abwehry powodują rozpraszanie wysiłków, co nie było całkiem pozbawione racji.

A jeszcze do tego ucieczka radiotelegrafisty! Wydawałoby się, że facet jest już całkiem zeszmacony, że nie zdobędzie się na żaden ruch, a tymczasem...

Teraz wroga centrala nie uwierzy nawet, gdyby nadawać tym samym szyfrem na tej samej fali. Już przerwanie nadawania w połowie musi obudzić ich czujność, a co dopiero zmiana radiotelegrafisty!

- Przysłano pana, Neumann, z Berlina - standartenfuehrer znów mówił cicho - aby postawił pan na nogi naszą robotę kontrwywiadowczą. Nie przeczę, udało się panu osiągnąć pewne sukcesy na wstępie - złapał pan wrogą radiostację. Już wtedy sugerowałem, żeby oddać radzistę chłopcom z alei Szucha. Wydusiliby z niego cokolwiek. Ale pan wolał stosować swoje metody, a Warszawa nie jest miejscem, gdzie można stosować berlińskie metody.

- Pan zaakceptował mój plan - powiedział Neumann.

- Nadaliśmy cztery dezinformujące meldunki, a to także jest pewnym zyskiem.

-Jeśli nie zorientowali się dotychczas, że podsuwaliśmy im padlinę, to wpadną na to jutro. A J-23 będzie działał dalej.

- Gdyby nie to idiotyczne nieporozumienie z Abwehrą... - powiedział Neumann i czuł, że za chwilę padnie to, czego obawiał się najbardziej.

- Trzeba było przewidzieć - powiedział Leutzke i Neumann jakby odetchnął, że najgorsze odwlokło się jeszcze. Postanowił właśnie grać na zwłokę. Idealny sposób

- okrągłe zdanie, uniżona forma.

- Pozwalam sobie zwrócić pańską uwagę, standartenfuehrer, że nalegałem, aby poinformować Abwehrę o rozpracowaniu radiostacji.

Lekki grymas na twarzy Luetzkego wskazywał, że zrozumiał, co miał na myśli Neumann.

- Nie przypominam sobie. A jeśli nawet. Panu też wydawało się, że potrafimy to załatwić sami, bez pomocy tych elegancików z Wehrmachtu. Co z radiotelegrafistą? Nie złapaliście go?

- Ukarałem Lepkego, który stracił głowę.

- Nic mnie to nie obchodzi! Dość tej zabawy! Musicie zwinąć resztę siatki, to znaczy tę kelnerkę i inkasenta gazowni.

Więc jednak nastąpiło. Przecież musiało nastąpić. Dlaczego się dziwię - pomyślał Neumann.

- To niemożliwe - wykrztusił z trudem.

- Znów chce mi pan zaproponować swoje metody? Nic z tego! Muszą coś wiedzieć na temat tego J-23.

- Oni uciekli! - powiedział patrząc wprost w krąglejące ze zdumienia, blade oczy Luetzkego. - Zdołaliśmy ustalić, że Pruchnal wsiadł do rikszy prowadzonej przez naszego agenta, potem znaleźliśmy naszego człowieka zamordowanego, a dziewczyna wydostała się tylnym wyjściem z restauracji.

- Rozumiem - odezwał się Luetzke po długiej chwili ciszy. - Zostało panu w garści powietrze. Precz! - wrzasnął nagle nieswoim głosem, wyciągniętą ręką wskazując drzwi.

- Heil Hitler! - powiedział Neumann, tym samym gestem wznosząc rękę do góry.

 

13

 

Kloss był niespokojny. Od dziesięciu dni, od ostatniej rozmowy z Józefem żadnego znaku życia. Oczywiście Józef nie może zadzwonić do niego do biura i powiedzieć: „Wszystko w porządku. Mam nowe mieszkanie i nowe papiery", nie może także przysłać widokówki z pozdrowieniami. Ale są skrzynki, kilkanaście miejsc w różnych punktach miasta, gdzie można przekazać wiadomość. Jest wreszcie to mieszkanie na Bonifraterskiej, tuż przy granicy getta, w którym Kloss zorganizował punkt kontaktowy dla agentów Abwehry. Ciotka Zuzanna wie, że w każdy dzień nieparzysty, między siódmą a dziewiątą wieczór, można tam zastać oberleutnanta Klossa, więc dlaczego centrala nie daje znaku życia?

Mniejsza już o te kilkanaście nowych informacji, które udało mu się zebrać. Najważniejszą sprawą jest poinformowanie Józefa, że krawiec Marian Skowronek, pozostający niewątpliwie na usługach gestapo, zdołał uciec, kiedy Kloss na prośbę Tietscha towarzyszył mu w nalocie na radiostację.

Kloss zobaczył pustą budkę ulicznego automatu telefonicznego i przyspieszył kroku. Postanowił, że spróbuje jeszcze raz, który to już raz, zadzwonić do Józefa. Wrzucił monetę do automatu i kolejno w czterech mieszkaniach monotonne brzęczenie w aparacie raz jeszcze potwierdziło, że nikt nie podniesie słuchawki.

Znów ruszył przed siebie. Powinien dziś zajrzeć do jeszcze jednej skrzynki kontaktowej. Skrzynką była ściana wypalonego domu z głębokimi wyrwami po pociskach. W trzeciej wyrwie, licząc od bramy, mógł znaleźć kartkę. Rozejrzał się - ulica była pusta.

Sięgnął ręką udając, że poprawia sobie mundur, ale w skrzynce nic nie znalazł. Znów się rozejrzał, bo instynkt mówił mu, że jest obserwowany.

Czyżby nerwy? Opustoszała ulica, po jednej stronie ceglany mur bez żadnej wnęki czy załomu, gdzie mógłby się ktoś skryć. Głośno klaskały o nierówny bruk kopyta chudej szkapy ciągnącej dorożkę. Odwrócił się na pięcie i skierował w stronę śródmieścia, ale uczucie, że jest obserwowany, nie opuszczało go.

Biedny Tietsch - pomyślał, żeby odwrócić uwagę od tego idiotycznego, niczym nie umotywowanego przeczucia - biedny Tietsch nie dostanie upragnionego urlopu, a tak bardzo chciałby pojechać i pokazać się w swoim bawarskim miasteczku z orderem nad kieszenią munduru. Łatwo pozwolił sobie podsunąć myśl, że wroga radiostacja nadaje według pory wschodu i zachodu księżyca. Bez trudu uwierzył, że sam wpadł na to. Oczywiście za skandal, który wybuchł, kiedy okazało się, że Sonderdienst kontroluje radiostację, nikt nie mógł obwiniać Klossa.

Zresztą awantura nie była zbyt wielka. Na twarzy obersta von Ossetzky'ego pojawiło się nawet coś w rodzaju uśmiechu, gdy oberleutnant Kloss meldował mu o tragicznej w skutkach pomyłce. Ale oczywiście o urlopie dla Tietscha trudno było w tych warunkach marzyć, będzie się musiał, biedak, pocieszyć paroma dodatkowymi porcjami budyniu.

Kloss zachichotał do tej myśli i w tym momencie usłyszał strzał. Odwrócił się, padł za załomem muru, zobaczył sylwetkę chłopaka, przecinającego na skos ulicę i niknącego w gruzach spalonego domu, obok którego Kloss przed chwilą przechodził.

Zza zakrętu wypadło kilku żandarmów z bronią gotową do strzału. Wachmeister z rudym wąsikiem pomagał Klossowi się podnieść.

- Pan jest ranny, panie oberleutnant?

- Nie, na szczęście nie.

- Do pana strzelali.

- Być może - odparł Kloss. - Uciekł w tamtą stronę. Ubrany w czerwony sweter - pokazał kierunek przeciwny niż spalony dom.

Mam nadzieję - pomyślał- że nikt o tej porze nie chodzi w czerwonym swetrze.

Usłyszał tupot oddalającego się patrolu. Otrzepał mundur, zatrzymał przejeżdżającą rikszę.

- Bonifraterska! - rzucił. Postanowił jechać do meliny jak w każdy nieparzysty dzień, chociaż poznał chłopca, który strzeliwszy do niego, przebiegał na skos ulicę.

To był Mundek, chłopak, o którym Józef mówił: „Mój pistolet" albo „Moja obstawa". Kloss widział go parokrotnie z daleka. Nie mógł się mylić.

Obszedł wpółzrujnowany dom przy Bonifraterskiej i na klatkę schodową przedostał się przez piwnicę.

W jednej chwili zrozumiał, co się stało. Józef prawdopodobnie wpadł, a tylko on wiedział, kto jest zdrajcą. Ciotka Zuzanna zorientowała się, że była wprowadzana w błąd. Kloss wie, że w takich sytuacjach rozkaz może być tylko jeden - zabić. Wie, że sam w podobnej sytuacji postąpiłby tak samo.

Ale wie także, że on nie jest zdrajcą i za wszelką cenę musi to udowodnić. Gdyby stanął przed sądem... Ale nikt nie odczyta mu wyroku. Na to nie ma czasu. Najwyżej potem przyczepią kartkę: „W imieniu Rzeczypospolitej sąd Polski Podziemnej..."

Starając się iść bezszelestnie, wspinał się na schody. Nadsłuchiwał przez chwilę. Nikogo za nim nie było. Ale nie jest nigdzie powiedziane, że chłopak działa sam. Może ktoś inny czeka już w tym mieszkaniu? Z podestu schodów nie było nic słychać, ale Kloss wiedział, że człowiek za drzwiami, jeśli tam jest, stoi teraz bez ruchu, wstrzymując nawet oddech.

Specjalnie głośno zaczął otwierać drzwi sąsiedniego mieszkania. Zamknął je z trzaskiem.

Teraz już działał błyskawicznie. Kilka kroków, balkon łączący się z balkonem tamtego mieszkania. Przesadził balustradę, wypchnął szybę i z okrzykiem: Hande hoch! znalazł się w stołowym.

Odpowiedziała mu cisza. Szybko omiótł pokój spojrzeniem. Był sam. Teraz przedpokój, kuchnia i alkowa, pozostałe pokoje.

Wszystko w porządku. Sprawdził, czy drzwi są zamknięte. Tak, wszystko było, jak zostawił. Odsunął zasuwkę. Ustalono, że drzwi w dni nieparzyste muszą być otwarte. Co będzie, jeśli ten chłopak tu przyjdzie? A raczej pewne, że nie zrezygnuje po jednej nieudanej próbie z wykonania rozkazu, który otrzymał.

Mógłby z łatwością zastrzelić tego chłopca. I tak by zrobił, gdyby był tym, za kogo go uważają. Ale on przecież nie jest zdrajcą. Nie zabije, ale nie może też dać się zabić. Liczył się z tym, że przyjdzie kiedyś zginąć. To ryzyko wkalkulowane jest w grę, jaką prowadzi od lat. Ale żeby tak głupio, z ręki towarzysza? Polaka?

Powoli zaczął odpinać mundur, potem poszedł do alkowy i wyciągnął z szafy koc. Po namyśle wziął drugi.

W pół godziny później, wstrzymując oddech, doszedł do podestu drugiego piętra młody człowiek w skórzanej kurtce i butach z cholewami. Chwilę nadsłuchiwał pod drzwiami, potem wyjął rewolwer i wsunął tłumik na lufę. Mechanizm był dobrze naoliwiony, nawet nie skrzypnął. Nie skrzypnęły także drzwi, gdy chłopak nacisnął klamkę.

Przedpokój był pusty, światło elektrycznej latarki nie wydobyło z mroku niczego podejrzanego. Półuchylone drzwi prowadziły do wnętrza mieszkania. Zobaczył sylwetkę na tapczanie; strzelił wprost w widoczne z daleka dystynkcje munduru kogoś, kto leżał przykryty kocem. Strzały były cichutkie i brzmiały nie głośniej niż pstryknięcie elektrycznego wyłącznika.

Chłopak nie zdążył się jeszcze zdziwić, że ciało leżącego nawet nie drgnęło, gdy silny cios w podbródek rzucił go na drzwi. Broń wypadła Mundkowi z ręki, podniósł ją tamten człowiek, podszedł do kontaktu i zapalił światło.

Mundek zobaczył teraz mężczyznę ubranego tylko w spodnie i koszulę. Nie mógł się mylić - to był Niemiec, którego miał zabić.

Człowiek ten podszedł doń, pomógł ogłuszonemu podnieść się i powiedział najczystszą polszczyzną:

- Nie mogłem postąpić inaczej. Muszę ci wyjaśnić parę rzeczy; przede wszystkim powiedz, co z Józefem?

Ale chłopiec nie wiedział. Podobnie jak Kloss, nie miał pojęcia, że Józef po wielu perypetiach dotarł wreszcie do lasu, że wymógł na kapitanie Antonim decyzję natychmiastowego wyjazdu do Warszawy w celu odwołania wyroku śmierci na Hansa Klossa, agenta o kryptonimie J-23, i że znajdował się właśnie w drodze.

 

 

ŻELAZNY KRZYŻ

 

 

1

 

Szarak stulił uszy i rzucił się w gąszcz, ale nie zdążył dobiec. Któraś z drobin śrutu dosięgła go w skoku. Stanął na tylnych nóżkach, zakręcił się w miejscu i upadł.
Oberst Herbert Reiner przewiesił strzelbę przez ramię: i włożył w oko monokl.

- Szósty— rzekł, nie ukrywając zadowolenia. Ruszył w stronę ustrzelonego szaraka. Hrabia Edwin Wąsowski powstrzymał go ruchem dłoni.

- Chłopi zabiorą, panie pułkowniku.
Z zarośli wysunął się standartenfuehrer Dibelius, pomachał im ręką z daleka.

- Jak zwykle, mój Herbercie, niezawodne oko i ręka.

W długim futrze, sięgającym niemal ziemi, wyglądał jak niedźwiedź. Zwaliste cielsko, kołyszący się krok i podniesione w geście pozdrowienia ramię, którego Dibelius nie opuścił pewnie dlatego, by nie stracić równowagi w sięgającym kolan śniegu.

Jak tańczący niedźwiedź - pomyślał Wąsowskł.

-Jest pan, pułkowniku, królem dzisiejszego polowania - powiedział głośno. - Ale chyba dość, przemarzliśmy.

-Pan jest gospodarzem, drogi kuzynie. Nie ma mi pan za złe, że zwracam się do pana w ten sposób? Czy mówiłem ci już, Maks - Reiner zwrócił się do Dibeliusa, który wytoczył się właśnie z zaspy i tupiąc otrzepywał ze śniegu swoje wysokie buty - czy mówiłem ci już, Maks, że jesteśmy z panem Wąsowskim skoligaceni?

- Pan pułkownik czyni mi zaszczyt - powiedział Wąsowski.

- Mówiłeś, mówiłeś wielokrotnie - prychnął Dibelius. - Robi się późno - zwrócił się do Wąsowskiego.

- Pan hrabia proponuje właśnie, żeby skończyć. Już mi pachnie pański sławny bigos.

Wąsowski kiwnął dłonią ku grupce chłopów stojących opodal przy saniach. Rozległ się dźwięk myśliwskiego rogu. Z zarośli wyszli zapóźnieni myśliwi.

- Proszę bardzo do sań, panowie - rzekł Wąsowski. — Ja pojadę wierzchem, muszę przecież dopilnować, żeby bigos się nie przypalił.

Wskoczył lekko na konia. Mimo pięćdziesiątki na karku, zachował sprężystość ruchów zwycięzcy kilku międzynarodowych zawodów hippicznych. Machnął im dłonią i spiął gniadego ostrogą. Ruszył na przełaj przez las. Chciał być przed nimi nie tyle może ze względu na bigos, co na spodziewaną wizytę. Kiedy przed pałacykiem myśliwskim zeskoczył z konia i pieszczotliwym klepnięciem w parujący zad skierował go ku stajniom, sań z niemieckimi oficerami jeszcze nie było widać, nie docierał nawet przenikliwy, niosący się daleko dźwięk dzwonków uwiązanych koniom do uprzęży.

W wielkim hallu, obłożonym ciemną dębiną i ustrojonym myśliwskimi trofeami gospodarza, siedział już młody człowiek, z którym hrabia Wąsowski miał się zobaczyć. Lokaj Franciszek Zrebko - pod takim nazwiskiem i w takiej funkcji występował od dwóch lat major Ruciński, przed wojną odpowiedzialny pracownik referatu „Zachód" drugiego oddziału Sztabu Generalnego, wieloletni przełożony rotmistrza Wąsowskiego z tegoż oddziału - podawał właśnie ogień młodemu oberleutnantowi Wehrmachtu.

- Nieźle się panu żyje, hrabio — powiedział Kloss, gdy ujrzał Wąsowskiego.

-Ma pan to dla mnie? - zapytał Wąsowski ściskając mu dłoń. - Musi się pan pospieszyć, za parę minut tu będą.

- Nie muszę - odparł Kloss. - Jestem tu służbowo. Mam zabrać jednego z pańskich gości. -Wyciągnął z teczki maleńką paczkę, podał ją Wąsowskiemu. - Tu są pieniądze, tyle, ile pan prosił. Ciotka Zuzanna okazała się tym razem hojna.

- Mam coś dla pana - powiedział Wąsowski - coś, co bardzo ucieszy ciotkę Zuzannę. Może pan zabrać ze sobą. Parę rodzinnych fotografii z zimowego leża... wilka. -Czekał na efekt. Nie zawiódł się, Kloss gwizdnął.

- Ma pan wilczą jamę? Siedzibę naszego ukochanego wodza?

- Zaraz... - zaczął Wąsowski, ale właśnie usłyszeli dzwonki, a w chwilę potem parskanie koni, głośne gardłowe krzyki, tupot nóg. -Trudno -powiedział Wąsowski. - Pojutrze w zwykłym miejscu.

- Proszę to dobrze schować, licho me śpi.

- Niech pan będzie spokojny, w tym domu szuka się tylko wódki, a jej nie zbraknie.

Franciszek rzucił się, by pomóc gościom wysupłać się z kożuchów naciągniętych na wojskowe płaszcze. Kloss odszukał wzrokiem Reinera, przepisowo trzasnął butami. Remer nawet nie starał się ukryć, że treść rozkazu przywiezionego przez oberleutnanta Klossa nie budzi w nim entuzjazmu.

-Trudno - mruknął, a potem, przekrzykując gwar wielu głosów, zawołał: - Przykro mi, moi panowie, przykro mi szczególnie wobec pana, drogi gospodarzu i kuzynie - poszukał wzrokiem Wąsowskiego - ale siła wyższa...

- Generał? - zapytał półgłosem Dibelius. - Nie umiesz sobie wychować tego starego capa? Zapowiadała się całkiem niezła pijatyka.

- Bardzo was proszę, moi panowie - ciągnął Reiner -nie przeszkadzajcie sobie, ale sami wiecie, że nasi zwierzchnicy potrzebują nas najbardziej wtedy, gdy nam to najmniej odpowiada. Służba nie drużba.

- Trudno - rzekł Wąsowski, wyciągając ku Reinerowi obie ręce, jakby chciał go objąć uściskiem. - Wiem, co znaczy rozkaz, sam przecież służyłem w armii Jego Cesarskiej Mości Franciszka Józefa, notabene w jednym pułku z pańskim szefem, generałem Wierlingerem. Niech pan go przy okazji pozdrowi ode mnie, mam nadzieję, że mnie pamięta.

- Bardzo ciepło pana wspomina - powiedział Reiner. - Chodźmy, Kloss, nie powąchamy nawet sławnego bigosu pana hrabiego.

- Więc może strzemiennego? - gospodarz otworzył szeroko drzwi wiodące do jadalni. Na widok uginającego się pod ciężarem półmisków stołu zabłysły oczy paru oficerom, nie przywykłym do oglądania takich widoków w czwartym roku wojny.

- Niestety, drogi Wąsowski - Reiner potrząsnął głową.

- A więc, panie oberst, do następnego polowania. Sezon dopiero się rozpoczął.

- Ba! - prychnął po swojemu Dibelius. - W tym kraju nie mamy zbyt wiele czasu, by polować na zające, polujemy na ludzi - roześmiał się zadowolony ze swego dowcipu. - Przepraszam - dodał - na podludzi. Wypijemy zatem twoje zdrowie, Reiner.

Już idąc w stronę drzwi Kloss zauważył, jak Wąsowski, wziąwszy Dibeliusa pod ramię, prowadzi go w stronę jadalni. Ten poufały gest w stosunku do szefa SD i policji na cały dystrykt, człowieka, którego dźwięk nazwiska zdolny był przyprawić każdego w tej części kraju o atak przerażenia, towarzyszył Klossowi w drodze do Warszawy. Rozleniwiony ciepłem panującym we wnętrzu puł-kownikowskiego mercedesa, milczeniem Reinera drzemiącego na tylnym siedzeniu, cichym szmerem silnika, trwał w stanie pół snu, pół jawy, ale widok byłego pracownika drugiego oddziału, a obecnie członka tej samej co Kloss grupy, noszącej kryptonim „Wanda", w czułym uścisku z osławionym Maksem Dibeliusem, nawet przez SS-manów nazywanym „krwawym Maksem", tkwił mu pod powiekami. Niezły aktor, myślał walcząc z ogarniającą go sennością. Ciekawe, czy jest naprawdę hrabią.

Kloss nie mógł wiedzieć, że ten, którego nazwał w myślach niezłym aktorem, jest w przededniu odegrania największej roli w swoim życiu. Nie wiedział też, że właśnie jemu, Klossowi, przypadnie trudna rola reżysera w tym spektaklu.

 

2

 

Mróz chwycił mocno, śnieg, który przyprószył koleiny wyżłobione przez odjeżdżający samochód obersta Reinera, chrzęścił pod butami dwóch bahnschutzów strzegących niewielkiej stacyjki i teoretycznie przynajmniej dziesięciokilometrowego odcinka torów przebiegających opodal myśliwskiego pałacyku Wąsowskiego. Klęli swego zwierzchnika, ospowatego gefreitra, który w taki ziąb wysłał ich na obchód torów. Ale oni me są idiotami, nie są zresztą młodzikami ślepo wykonującymi rozkazy. Obaj mają sporo po czterdziestce, pochodzą z sąsiednich wsi w Schwarzwaldzie, mają do siebie zaufanie i wiedzą, że jeden drugiego nie sypnie. Wiedzą też, że z chodzenia wzdłuż toru nic dobrego nie wyjdzie, zarobić można co najwyżej kulkę od jakiegoś przyczajonego w krzakach partyzanta, a zanadto chcą wrócić do swoich bab w Turyngii, by ryzykować nocne spotkania z uzbrojonymi ludźmi. Nie umawiając się skręcili z nasypu, gdy tylko oddalili się na odległość, z jakiej dziobaty Peter nie mógłby ich zza skarpy wypatrzyć. Wieś była o kilometr i obaj wiedzieli, że nocna wycieczka, o ileż mniej niebezpieczna od bezsensownego spaceru po torach, których i tak we dwóch upilnować nie zdołają, jest znacznie bardziej owocna. Ludzie rozbudzeni w środku nocy waleniem kolbą w drzwi nie zastanawiają się, czy strażnicy kolejowi mają prawo rekwirować żywność i bimber. Zresztą cóż tu mówić o prawie, kiedy ma się dwa schmeisery, umie się wrzeszczeć i nie trzeba się tłumaczyć z wystrzelonych naboi. Obaj byli chłopami i bez trudu rozszyfrowali chłopskie schowki, zawsze znajdując to parę jaj, to gęś, to połeć tłustego szpeku. Wrzeszcząc swoje: „Baba, dawaj szpek, schnell!", mścili się za to, że zamiast leżeć u boku swojej kobiety pod ciepłą pierzyną, muszą łazić po nocy w tym zimnym, nieprzyjaznym kraju, bać się humorów ospowatego gefreitra, który w każdej chwili może napisać raport, w wyniku czego znajdą się na wschodzie, w kraju, gdzie ludzie są przynajmniej tak samo nieprzyjaźni, a zimno jeszcze dotkliwsze.

-Jutro wyślę mojej paczkę — powiedział niższy z bahnschutzów. - Trochę słoniny i te pończochy.

Drugi skinął głową. Wiedział, o co chodzi. Pohandlowali niedawno z kolejarzami. Za pół wieprzka dostali parę kartonów francuskich pończoch. Jest ich tyle, że kobiety będą mogły do końca życia chodzić co niedziela do kościoła w jedwabnych pończochach. Nagle zatrzymał się.

- Czego stoisz? - zapytał ten niższy. - Czy pamiętasz, że Peter chce gęś? Przecież po to nas dzisiaj wysłał. Trzeba dać łobuzowi, bo...

- Cicho - zgromił go drugi. - Słuchaj, muzyka.

Przeszli kilkadziesiąt metrów i usłyszeli ją jeszcze wyraźniej. Po paru chwilach zobaczyli niczym nie zasłonięte okna, dobiegł ich gwar wielu głosów.

- To ten hrabia - powiedział niższy bahnschutz. - Czuję, że się dzisiaj obłowimy.

Stukając buciskami wtargnęli na ganek, załomotali kolbami, ale ci w środku pewnie nie słyszeli, co już było bezczelnością. Wyższy z rozpędu kopnął drzwi i omal się nie przewrócił wpadając do hallu. Mieli pecha. Otwierające się drzwi zasłoniły wieszak obładowany oficerskimi płaszczami i czapkami z trupią główką. Ten widok by ich otrzeźwił. Teraz rozwścieczeni, że nikt nie pofatygował się, by wyjść do nich do hallu, idą do drzwi, zza których dobiega ryk śmiechu i chrapliwy dźwięk patefonu. Niższy otwiera je szeroko.

- Cicho! - krzyczy i nagle milknie. Drugi, jeszcze w hallu, nie wiedząc, dlaczego tamten zamilkł, wrzeszczy:

- Zasłonić okna, jest Befehl, zasłonić okna! - Przekroczył próg i zamarł.

Standartenfuehrer Dibelius podniósł się chwiejnie, zrobił krok w ich kierunku, ale wypity alkohol uderzył mu do głowy, bo aż musiał się oprzeć o ramię któregoś z siedzących oficerów.

- Panie Standartenfuehrer - wybełkotał bahnschutz, który wszedł pierwszy - myśmy nie wiedzieli...

- Milczeć! - wrzasnął Dibelius. - Nie pozwoliłem wam gadać! Teraz już wiecie! Tam, gdzie ja jestem, obowiązuje mój rozkaz, zrozumiano?

Równocześnie niemal szczeknęli swoje: jawohl, robiąc krok do tyłu.

- Kto wam pozwolił odejść? - wrzasnął Dibelius. -"Wyślę na wschód!... - zakrztusił się krzykiem.

- Ależ drogi Dibelius - mitygował go Wąsowski, - Ci żołnierze nie mieli złych intencji. W końcu to dobrze, że niemieccy żołnierze dbają, by przestrzegano zarządzeń niemieckich władz. To moja wina. Tak rzadko używam tego pałacyku, że nie poleciłem, by zrobiono zasłony na okna. Franciszku - zwrócił się do lokaja - dopilnuj, aby następnym razem...

- Tak jest, panie hrabio.

- Precz! Wynoście się! - krzyknął Dibelius.

- Chwileczkę - powiedział Wąsowski. Bahnschutze zatrzymali się niezdecydowanie. - Franciszku - zwrócił się Wąsowski do lokaja - zaprowadź tych chłopców do kuchni, niech im dadzą coś do jedzenia i sznapsa na rozgrzewkę, żeby mogli wypić za zdrowie pana standartenfuehrera Dibeliusa.

- RozBrolleś mnie, drogi Wąsowski, rozBrolleś mnie kompletnie. Idźcie - szerokim gestem wskazał żołnierzom drogę - i nigdy więcej nie interesujcie się światłem w tym domu ani moim przyjacielem, panem Wąsowskim. Czy wiecie głuptaki, że przed chwilą ustaliliśmy z panem hrabią, iż w roku tysiąc dziewięćset jedenastym pan hrabia i ja mieszkaliśmy w Monachium przy jednej ulicy, jadaliśmy w tej samej restauracji, chodziliśmy do jednego burdelu i wcale się nie znaliśmy? - Pijackim gestem usiłował objąć Wąsowskiego.

Oficerowie wstali wznosząc kieliszki. Dibelius chwycił szklankę, nalał do pełna, z rozmachem stuknął w kieliszek Wąsowskiego. Któryś z młodszych oficerów zaintonował burszowską pieśń. Dibelius nie puszczał ramienia Wąsowskiego.

- Przyjacielu - bełkotał - zdaje się, że wypiłem kapin-kę za dużo. - Czknął głośno. - Prowadź - powiedział -prowadź do toalety - dodał na pytające spojrzenie Wąsowskiego.

Bahnschutze wyprowadzeni przez Franciszka zniknęli gdzieś w zakamarkach hallu. Dibelius puścił ramię Wąsowskiego i biegiem rzucił się w stronę wskazanych drzwi. Puścił szeroki strumień wody na twarz, paroma klapnięciami pomasował obrzękłe policzki. Potem przeglądał się chwilę w lustrze, mętnie konstatując, że włosów ma coraz mniej, a wory pod oczyma coraz większe i bardziej brunatne. Nie odwracając się sięgnął w stronę półki z ręcznikami i pośliznął się na mokrej posadzce. Upadł. Poczuł nieprzepartą ochotę wyciągnięcia się choćby tu, na tej podłodze, gwałtowną potrzebę snu. Może się nawet zdrzemnął i otrzeźwiła go dopiero kapiąca z niedokręconego kranu woda. Postanowił się podnieść i walcząc z ogarniającą go sennością, szukał wzrokiem punktu zaczepienia dla rąk. Wreszcie znalazł — umywalka. Chwycił za jej brzeg, ale przewrócił się powtórnie,

bo umywalka, jakby nie przytwierdzona do ściany, odjechała pod naciskiem jego ciała, ukazując ciemną niszę. Po dobrej chwili dopiero zrozumiał, że to, co widzi, nie jest początkiem delirium. Wstał nadspodziewanie łatwo. Z rozmachem walnął się kilkakroć po twarzy, by otrzeźwieć, ale nisza nie znikała. Jeszcze sobie nie wierząc, sięgnął ręką. Poczuł pod dłonią jakiś przedmiot, wyciągnął to, co znalazł. Zobaczył gruby plik studolarowych banknotów, przepasany banderolą, jakby prosto z banku. Sięgnął do wnęki powtórnie, trzymał teraz paczkę papierosów juno. Paczkę otwartą, ale w środku nie było papierosów. Kilka rolek wąziuteńkiej taśmy fotograficznej zdziałało cud. Dibelius natychmiast otrzeźwiał. Przysiadł na skraju wanny, zastanowił się chwilę, spoglądając na banknoty i paczkę po papierosach. Wstał, położył znalezione przedmioty tam, gdzie były przedtem, pociągnął brzeg umywalki - wróciła na swoje miejsce nadspodziewanie łatwo.

-Nie Reiner jest królem dzisiejszego polowania, tylko standartenfuehrer Maks Dibelius - powiedział swemu odbiciu w lustrze. Odbicie zamrugało doń małymi, ale teraz już prawie trzeźwymi oczami.

W hallu nie było nikogo — to ułatwiało sprawę. Podszedł do zawieszonego na ścianie staroświeckiego telefonu, zażądał błyskawicznego połączenia z Warszawą. Służbista Lohse, który pełnił dziś dyżur, chyba nie spał, bo odezwał się prawie natychmiast.

— Sześciu ludzi — warknął - jak najszybciej! — i odłożył słuchawkę na widełki. Nie chciał słuchać pytań Lohsego ani udzielać mu wyjaśnień. Niech myśli, że jego szef boi się po prostu wracać po nocy bez obstawy.

Goście hrabiego zbierali się już do odjazdu. Kolejno podchodzili do Wąsowskiego, ściskali mu dłonie, a on każdemu z jednakowo ujmującym uśmiechem mówił, że to on jest winien wdzięczność za zaszczyt, jaki mu sprawili. Dibelius zapadł w głębokim fotelu koło kominka.
Wyciągnął przed siebie nogi i gryzł nie zapalone cygaro.

- Nie jedzie pan, panie standartenfuehrer? - zwrócił się doń chudy pułkownik saperów z długą, pomarszczoną szyją obskubanego indora, pod którą dyndał żelazny krzyż.

- Zepsuł się mój wóz - skłamał naprędce Dibelius.

- Chętnie pana zabierzemy - zaproponował major lotnictwa.

- Dziękuję - odparł. - Zadzwoniłem, żeby mi przysłali drugi. Poczekam. Oczywiście, jeśli nasz gospodarz pozwoli.

- Naturalnie, panie standartenfuehrer - powiedział hrabia. -Jeśli pan się źle czuje...

- Czuję się znakomicie. Dawno nie czułem się tak dobrze.

- Miałem na myśli - wyjaśnił Wąsowski - pokoje gościnne. Franciszek dobrze napalił. Prześpi się pan, a rano przyjemniej jechać. Ośnieżone lasy pięknie wyglądają o świcie.

- Dobrze panu, Wąsowski — rzekł Dibelius, podając równocześnie dłoń majorowi z zawieszoną na temblaku ręką. - Dobrze panu - powtórzył. - Ma pan czas, by kontemplować uroki natury. Zresztą nie mogę sobie pozwolić na spanie dzisiejszej nocy, nawet w pokoju świetnie ogrzanym przez pańskiego Franciszka. Muszę jeszcze popracować.

Za oknem zawarczały silniki samochodów odjeżdżających oficerów. Wąsowski odprowadził gości aż do drzwi wejściowych. Dibelius wyciągnięty wygodnie w fotelu ćmił cygaro, które wreszcie zapalił, podnosząc rozżarzoną głownię z kominka.

- Pan jest nadzwyczajny, Dibelius - powiedział Wąsowski zapadając w drugi obity skórą fotel. - Po takim dniu będzie pan jeszcze pracował? Ale wierzę panu, choć pół godziny temu dałbym głowę, że pójdzie pan spać. Oto cecha prawdziwego Niemca: obowiązki na pierwszym miejscu. Gdybyż moi rodacy zastosowali tę dewizę, może historia byłaby dla nich łaskawsza... Ale cóż, my lubimy gadać, wiecować...

- Lubicie jeść i pić, to mi się u was podoba.

- Więc rnoże jeszcze po kapince świetnej nalewki. Robił ją Franciszek według receptury swojej matki, która była ochmistrzynią w majątku mojej matki, hrabianki von Eckendorff. Skusi się pan?

- Nalewki z tak dobrym rodowodem chętnie skosztuję.

Franciszek, jakby tylko na to czekał, pochylił się ku nim z tacą, na której była już kryształowa karafka pełna połyskliwie rubinowej cieczy i dwa ciężkie, kryształowe kieliszki.

- Prosit, mój Wąsowski - Dibelius wzniósł kieliszek. Posmakował alkoholu, mlasnął z uznaniem. - Więc to przez swoją matkę de domo von Eckendorff jest pan spokrewniony z oberstem Reinerem?

- Ściśle biorąc - powiedział Wąsowski - to tylko uprzejmość pana pułkownika każe mu nazywać mnie kuzynem. Dziesiąta woda po kisielu mówi się po polsku o takim pokrewieństwie.

- Ale jednak w pana żyłach płynie połowa krwi niemieckiej. Zastanawiam się, czy to dużo, czy mało.

- Akurat tyle, by zyskać życzliwość i zaufanie niemieckich oficerów. Gdyby nie fatalny wynik wojny światowej, być może służylibyśmy w jednym pułku. Już wtedy, pamiętam, w dwunastym - trzynastym roku, już wtedy wielu światłych oficerów myślało o zjednoczeniu wszystkich Niemców pod berłem jednego cesarza.

- Dopiero naszemu fuehrerowi udało się zrealizować marzenia pańskich kolegów. Czy także pańskie? Te pięćdziesiąt procent krwi niemieckiej...

- Obawiam się - przerwał mu Wąsowski - że najwyżej czterdzieści dziewięć. Dzisiaj płynie w moich żyłach co najmniej jeden procent alkoholu. Ale przerwałem panu.

- Głupstwo, Wąsowski. Wrócimy do tej rozmowy nieraz, mogę dać na to panu słowo. Jeszcze pana znudzą rozmowy ze mną.

Usłyszeli narastający szum motorów.

- No, wreszcie! - powiedział Dibelius. - Przyjechali. Jeszcze chwila, a gotów byłby pan stracić do mnie cierpliwość.

Energicznym ruchem wziął Wąsowskiego pod ramię. SS-haupsturmfuehrer Adolf Lohse otrzepywał się właśnie ze śniegu, gdy stanęli w drzwiach hallu. Twarz Dibeliusa, łagodna i dobroduszna do tej chwili, stężała w jednej sekundzie.

- Pójdziemy teraz, mój Wąsowski, zwiedzić pańską łazienkę. - Odpiął kaburę, wyjął broń. - Chodź, Lohse, zobaczysz coś ciekawego. Pan hrabia pójdzie z nami -skłonił się szyderczo. Nie zauważył na szczęście lokaja Franciszka, który wyłaniał się właśnie z pomieszczeń wiodących do kuchni i w samą porę zatrzymał się w cieniu schodów.

Tymczasem Dibelius, jak rutynowany cyrkowy sztukmistrz, powoli zbliżał się do umywalki. Jednym ruchem, ale powolnym, celebrowanym pociągnął brzeg umywalki.

- Zaskakujące, co, Wąsowski?

- Skrytka? - Wąsowski przybliżył do oka pincenez, jakby sobie nie dowierzał.

- Pan niby nie wie?

-W pałacyku myśliwskim rzadko bywam, mam mieszkanie w Warszawie. To zabawne, te stare domy kryją zawsze jakieś tajemnice.

- Rzeczywiście, bardzo zabawne - mówił Dibelius spokojnie. - Szczególnie, że na tych banknotach – wetknął rękę do skrytki i z triumfem podsunął paczkę pod oczy Wąsowskiego - jest data emisji: 1939, 1938, o, jest nawet 1940. Jakież tajemnicze potrafią być te stare, rzadko używane myśliwskie pałacyki. - Z paczki papierosów juno wysypał na dłoń zwitek mikrofilmów. - Prawda, Wąsowski?

- Sporo pieniędzy, sądząc na oko - rzekł Wąsowski. Wyciągnął papierosa, zapalił.

Ale Dibelius ma już dość udawania.

- Bierz go! - wrzasnął. Mocno pchnął Wąsowskiego w stronę SS-mana, który zwabiony hałasem stanął w drzwiach łazienki.

- Dziwny sposób dziękowania za gościnę. —Wąsowski strzepnął z klapy popiół. - Myślę, że mogę wziąć futro.

- Milcz! Jeszcze ci podziękuję. Babcia von Eckendorff niewiele ci pomoże. Lohse - przypomniał sobie nagle -tu jest jeszcze lokaj.

- Właśnie - rzekł Wąsowski. - Do tej pory nie pozwolił pan sobie powiedzieć, że tej łazienki używa służba, moja jest na górze.

Lohse z wyciągniętą z kabury bronią rzucił się w stronę kuchni. Wrócił po chwili. Otwarte na oścież okno wyjaśniło mu wszystko.

- Uciekł - powiedział. - Sądząc po zimnie, jakie tam panuje, musiało się to stać dobre parę minut temu.

- Więc to Franciszek? - zdziwił się Wąsowski. - Nie do wiary. Ale dlaczego w przeciwnym razie by uciekał? Przykro mi, panie standartenfuehrer, że w moim domu znalazł się człowiek...

- Milcz - powiedział Dibelius cicho. - Pogadamy w Warszawie. - I nie patrząc na Wąsowskiego ruszył ku drzwiom.

Dwaj bahnschutze, obładowani prowiantem, dalekim łukiem ominęli tym razem myśliwski pałacyk.

- Popatrz, Horst - odezwał się niższy, wskazując głową słaby poblask bijący z okien dworku. - Pan z panem zawsze się dogadają. Jak się jest hrabią, to można być nawet Polakiem.

Ale wyższy z bahnschutzów nie podjął tematu. Zajęty był poskramianiem gęsi, która tłukła skrzydłami, usiłując wyrwać mu się ze zgrabiałych z zimna rąk.

 

3

 

Oberst Reiner trzęsącymi się ze zdenerwowania rękami zapinał guziki bluzy i jednocześnie głośnymi przekleństwami (w stosunkach z innymi oficerami, nawet młodszymi, był zawsze wzorem powściągliwości, w domu jednak się nie krępował) popędzał ordynansa, tłustego feldfebla, który grzebał się z przygotowaniem mu porannej kawy. Na jego usprawiedliwienie trzeba powiedzieć, że nie był przyzwyczajony do przyrządzania pułkownikowi kawy o tak wczesnej porze.

Reiner podszedł do okna, odsunął storę, na ciemnym zimowym niebie iskrzyły się gwiazdy. Pseudoantyczny zegar na biedermeierowskiej komodzie (Reiner odziedziczył to mieszkanie wraz z meblami po jakimś adwokacie, którego wysiedlono do getta) wskazywał piątą piętnaście.

- Klaus, ty leniwa świnio!

- Tak jest, panie oberst — powiedział ordynans. W wyciągniętej ręce trzymał talerzyk, na którym pomieścił filiżankę i parę herbatników. Spod narzuconego na długą nocną koszulę płaszcza wojskowego wyzierały całkiem cywilne ranne pantofle. Ordynans wyglądał jak stara tłusta baba.

- Mogę już odejść, panie pułkowniku?

Odejść, to znaczy wrócić do ciepłego łóżka w służbówce za kuchnią, gdy tymczasem on, pułkownik Reiner, przez ten idiotyczny telefon i przez pijackie urojenia oszalałego Dibehusa będzie tłukł się na drugi koniec miasta, zajmie mu to co najmniej pół godziny, następne pół godziny powrót, a co najmniej godziny trzeba, żeby wybić z upartego łba standartenfuehrera SD jego obłędne pomysły, czyli nie ma mowy o drzemce, czasu wystarczy tylko na to, by się ogolić i zejść do biura.

- Nie - warknął mściwie - dość się wyspałeś, Klaus. Wytrzep wszystkie dywany, zapastujesz podłogę. Sprawdzę po przyjściu.

-Tak jest-powiedział Kłaus bez entuzjazmu i szurnął nogami, jakby dla zademonstrowania, że chętnie trzasnąłby po żołniersku butami, gdyby nie to, że ma na nogach ranne pantofle.

Parząc sobie usta Reiner wypił czarną kawę, bo zaspany Klaus zapomniał mu jak zwykle dolać skondensowanego mleka.

Pewnie od wypijania mojego przydziału mleka tak się roztył - pomyślał zbiegając ze schodów.

Przed bramą ryczał motor jego mercedesa. Szofer, nie bacząc na zalecenie oszczędzania benzyny, grzał silnik na wysokich obrotach. Dopiero opadłszy na miękkie poduszki i rzuciwszy szoferowi adres alei Szucha, pułkownik Reiner zaczął zastanawiać się, co by było, jeśliby ta wiadomość, zakomunikowana mu przed kwadransem przez Dibeliusa, okazała się prawdą, a nie makabrycznym żartem standartenfuehrera. Przeraził się tej myśli. Zęby zagłuszyć strach, pochylił się ku szoferowi.

- Nie mógłbyś pospieszyć?

-Jest ślisko, panie oberst, jadę osiemdziesiątką - powiedział szofer, ale posłusznie dodał gazu.

Wbiegając na trzecie piętro po szerokich marmurowych schodach byłego polskiego Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, gdzie mieściło się biuro Dibeliusa, Reiner miał jeszcze nadzieję, że stary opój zakpił sobie z niego, że pragnie u siebie w biurze kontynuować pijaństwo zaczęte w majątku Wąsowskie-go. Ale gdy nacisnął klamkę obitych skórzanym materacem drzwi sekretariatu i spotkał się wzrokiem z zimnymi, rybimi oczami hauptsturmfuehrera Lohsego, który uczepiony słuchawki telefonu nie pofatygował się nawet, by wstać na powitanie pułkownika, a tylko ruchem brody dał mu do poznania, że Dibelius czeka w gabinecie, zrozumiał, że trzeba się przygotować na najgorsze. Twarz standartenfuehrera Dibeliusa także nie wróżyła niczego dobrego: głębokie cienie po nieprzespanej nocy, ale wyraz absolutnej trzeźwości.

Reiner ciężko opadł we wnętrze skórzanego fotela naprzeciw biurka.

- Zwariowałeś, Dibelius, zupełnie zwariawałeś. Powiedz, że to nieprawda — rzekł cicho i bez nadziei na potwierdzenie.

Dibelius bez słowa podsunął mu kasetkę z cygarami. Podał Reinerowi ogień.

- To niemożliwe - powiedział Reiner czując nagle, że kołnierz jego szytego na miarę munduru staje się w jednej chwili zbyt ciasny. —To nie mieści się w głowie.

- A jednak - były to pierwsze słowa Dibeliusa. Przez szerokość biurka podał Reinerowi kartkę maszynopisu. - Przeczytaj.

Był to lapidarny, napisany dość podłą niemczyzną, protokół zajścia w pałacu myśliwskim niejakiego Edwina Wąsowskiego. Drobiazgowy opis łazienki i wnęki za uchylającą się umywalką. Reiner uśmiechnął się w duchu na widok sformułowania: „niejakiego Wąsowskiego". Dibelius nie mógł się pozbyć nawyków byłego komisarza pruskiej policji - ale spostrzegł natychmiast, że ten wewnętrzny śmiech jest tylko pozą mającą ukryć prawdziwy strach. Wyjął cygaro z ust, dostrzegł drżenie ręki.

- Może istotnie ten służący...

- Obudziłem naszych techników - powiedział Dibelius, nie pozwalając mu skończyć. -Teraz mogę już z całą pewnością stwierdzić, że zarówno na banknotach, jak i na ebonitowych osłonkach filmu są odciski palców Wąsowskiego.

- Tylko jego? - chciał wiedzieć Reiner.

- Inne także. W każdym razie nie tego lokaja. Kazałem wziąć odciski z karafki i tacy. On sam nam co prawda umknął, ale wyciągnąłem już jego kartę rozpoznawczą.

- Więc przy tym wszystkim nieostrożny?

- Skrytka była świetnie zamaskowana. Tobie mogę powiedzieć, że odkryłem ją całkiem przypadkowo. A co do lokaja, to sprawa wcale nie jest taka czysta. Jeden z moich ludzi z archiwum przysięga, że widział już gdzieś twarz tego lokaja. Zresztą jego ucieczka mówi sama za siebie, prawdopodobnie wspólnicy.

- A filmy? Co zawierają filmy?

- Zapewniam cię, że nie są to amatorskie zdjęcia z wycieczek. Jakieś plany i fragmenty systemu umocnień. Nie zdołaliśmy jeszcze ustalić, czy przedstawiają jeden obiekt, czy więcej. W każdym razie - umocnienia. Ponadto schemat organizacyjny policji berlińskiej, sfotografowany fragment listy pracowników upoważnionych do specjalnego deputatu żywnościowego, wykaz nazwisk oficerów SD pracujących w grupach specjalnych. Niemało, jak widzisz.

- To wyglądałoby dość jednoznacznie - powiedział Reiner. Zrozumiał właśnie, że jego obawy były nieco przesadzone. W końcu sprawa znalazła się w rękach Dibeliusa, któremu zapewne nie będzie zależało na nadawaniu jej nadmiernego rozgłosu. U Wąsowskiego bywali przecież...

-Jednoznacznie i niewesoło dla nas. — Głos Dibehusa przerwał mu tok rozmyślań. - Co prawda ja nie jestem jego kuzynem, żadne hrabiowskie koligacje nie wchodzą w rachubę - nie usiłował nawet kryć ironii - ale... - zawiesił głos. - Powiem ci, Reiner, po raz pierwszy w życiu jestem szczęśliwy, że mój ojciec był masarzem, a nie baronem...

- Nasze powinowactwo...

- Wiem, wiem - przerwał mu Dibelius. - Zresztą nie chodzi o pokrewieństwo, wystarczą stosunki, jakie z nim utrzymywałeś. I nie tylko ty.

- Właśnie - powiedział chłodno Reiner - ty także. Przypomnij sobie, właśnie ty mi go przedstawiłeś.

- Nie zapomniałem - wydął wargi w grymasie - nie ma się co licytować. Jeśli jesteś ciekaw, poznałem go na przyjęciu u gubernatora. Przedstawiła nas sobie jego żona.

- Ja widywałem go jeszcze wcześniej w Berlinie. Nie poznaliśmy się wówczas osobiście, ale on mnie zapamiętał. Zapewniam cię, że w bardzo dobrym domu.

-Tym lepiej - powiedział Dibelius. Wstał i przeciągnął się jak człowiek, który wykonał jakąś ciężką robotę. A na pytające spojrzenie Reinera dodał: - Tym lepiej, że nie tylko my jesteśmy wbabrani w tę marmoladę. Większość przebywających w Warszawie wyższych oficerów bywała na urządzanych przez niego przyjęciach albo w tej willi na Żoliborzu, albo w pałacyku w Wąsowie. Te nasze snobizmy oficerskie! Wiedeński hrabia, psiakrew! Jego dziadek kupił pewnie tytuł wzbogaciwszy się na dostawach jutowych onuc dla wojska. Ale nasi oficerowie, szczególnie ci, którzy uważają się za wychowanków starej szkoły...

- Dajmy temu spokój — uciął Reiner. Sam się zdziwił pewnością w brzmieniu swego głosu. W tym, co mówił Dibelius, znalazł parę punktów, które pozwolą mu wy-leźć z całej afery. Powiedział to głośno:

- Wybrnąć z tego z honorem? - powtórzył Dibelius. -Zastanówmy się więc... Wiemy już, że Wąsowski znał wielu postawionych wyżej od nas. Mam informacje z absolutnie pewnego źródła, że wzywano go nawet na Wawel, wiesz, wtedy, gdy myślano jeszcze o utworzeniu czegoś w rodzaju rządu w tym kraju. Będzie więc zależało nie tylko nam na tym, żeby ukręcić łeb tej idiotycznej sprawie.

- A konkretnie? - zapytał Reiner.

- Proponuję - powiedział Dibelius - proponuję ci współpracę. Chcę też, abyśmy dali szansę młodzieży. Mój zastępca, Lohse, aż się pali do roboty. Ty także wspominałeś mi o jakimś inteligentnym oficerze. Ten twój, jak mu tam Kloss, powinien być wystarczająco inteligentny do rozszyfrowania siatki Wąsowskiego, a jednocześnie dość sprytny, aby dojrzeć swój interes w nie mieszaniu naszych ludzi w tę aferę. Mojemu Lohsemu ufam. To wierny pies.

- Nie mogę tego powiedzieć o Klossie - rzekł Reiner. -Jest samodzielny, bardzo samodzielny, ale na szczęście jego postawa nie budzi żadnych zastrzeżeń.

- Najważniejsze - powiedział Dibelius - żeby nie był zbyt ambitny. Rozumiesz, co mam na myśli? -Nie oczekując odpowiedzi na to pytanie, przeszedł naokoło biurka i zapadł w drugi obity skórą fotel, naprzeciw Reinera. Z rozmachem klepnął go w kolano. — Proponuję, żebyś sprawę przedstawił mu tak...

 

4

 

Co panu dolega, panie oberleutnant? - zapytał Kurt, stawiając obok łóżka Klossa wyczyszczone do połysku buty. — Może pójść do apteki?

- Dziękuję - odparł - nic mi nie jest. Przynieś śniadanie, zaraz wstaję. Była jakaś poczta?

- Zapomina pan, oberleutnant, że dziś niedziela.

- A tobie nigdy nie zdarzyło się mieć kaca? - skrzywił usta w udawanym uśmiechu.

- To może postarać się o kwaśne mleko? - Kurt tak ochoczo chciał spełniać nie wypowiedziane nawet pragnienia swego przełożonego, że najwidoczniej zaplanował sobie wolne popołudnie. Kloss zapytał go o to wprost.

- Rzeczywiście, chciałem pójść do kina, jeśli pan oberleutnant nie ma nic przeciwko temu. Ale jeśli idzie o kaca, to moim zdaniem najlepsze jest kwaśne mleko, chociaż kiedy byłem w Rosji, nauczyłem się, że oni tam na kaca...

Kloss gestem wyprosił Kurta z pokoju. Opowieści o leczeniu się z kaca kwasem z ogórków słuchał już parokrotnie. Postanowił, że pozwoli pójść Kurtowi do kina, ale powie mu to dopiero po obiedzie, niech się chłopak choć przez parę godzin postara. I niech myśli, że ober-leutnant Kloss poprzedniej nocy za dużo wypił.

To nie była prawda. Kloss ma zmartwienie, kłopot, z którym nie wie, jak sobie poradzić.

Zaczęło się w nocy z piątku na sobotę. Spał w najlepsze, była trzecia czy czwarta nad ranem, gdy zaterkotał telefon, który ustawił na podłodze koło tapczanu.

- Ciotka Wanda ciężko zachorowała - usłyszał w słuchawce - Odwieziono ją do szpitala w Warszawie.

- Was? - ryknął, jak powinien był ryknąć niemiecki oficer wyrwany ze snu w środku nocy.

- Odwiedzić ją można w niedzielę w szpitalu Dzieciątka Jezus - powiedział ktoś po polsku, jakby nie zauważył tego ryku.

Więc Kloss musiał znowu wrzasnąć po niemiecku, że to pomyłka i polska bezczelność, a potem z rozmachem trzasnąć słuchawką o widełki. Dla kogoś z podsłuchu sprawa musi być oczywista. Jakiś Polak przez pomyłkę połączył się z mieszkaniem niemieckiego oficera i otrzymał należytą odprawę. Ale Kloss me zmrużył już oka tej nocy. Kryptonim „Wanda" nosił rotmistrz Wąsowski, z którym widział się kilka godzin temu. Wyjazd do szpitala do Warszawy mógł oznaczać tylko jedno: aresztowanie. Głos majora Rucińskiego, który występował w towarzystwie Wąsowskiego jako jego kamerdyner, poznał Kloss od razu. Informacja o odwiedzinach oznaczała kontakt. Liczba liter ostatniego usłyszanego w słuchawce słowa wyznaczała godzinę. Więc w niedzielę o piątej w miejscu od dawna ustalonym spotka się Kloss z kimś, kto dostarczy mu dalszych szczegółów aresztowania

Wąsowskiego. Dopiero w niedzielę o piątej po południu, a był świt sobotniego dnia. Przypomniał sobie Wąsowskiego, który niemalże czułym uściskiem obejmował standartenfuehrera Dibeliusa i teraz ten sam Wąsowski... Nie, to się nie mieści w głowie. W jaki sposób mogła nastąpić wpadka? Czyżby Dibelius przyjeżdżając na polowanie planował, że zabierze ze sobą gospodarza? Co wpadło w jego ręce? Czy także dwie paczki studolaro-wych banknotów, które przywiózł Kloss? Z uczuciem ulgi przypomniał sobie, że dolary podał Wąsowskiemu owinięte w gazetę. Był chyba w rękawiczkach, więc prawdopodobnie uniknął pozostawienia śladów. Ale mają Wąsowskiego, który go przecież zna. Co prawda to twardy i doświadczony oficer wywiadu, ale czy się nie załamie? Dibelius, zwany „krwawym Maksem", chełpił się, że łamie najtwardszych. Jednocześnie druga zagadka: jak udało się wymknąć Rucińskiemu? A może Dibelius aresztował także kamerdynera i ten sprzedał mu Klossa, a telefon to właśnie cena, jaką Ruciński wpłacił Dibeliusowi za ratowanie głowy? Odepchnął od siebie tę myśl, bo w końcu jedyną podstawą do snucia tych czarnych myśli była osobista niechęć do Rucińskiego. Właściwie nie wiadomo, dlaczego go nie lubił. Jego robota była bezbłędna, znajomość rzemiosła znakomita. Może ton wyższości, jaki niekiedy Ruciński przybierał wobec niego, on, stary fachowiec, wobec amatora, za jakiego uważał Klossa; może to usposobiło doń Klossa nieprzyjaźnie?

Ale nie może przecież teraz, w chwili śmiertelnego zagrożenia, opierać się na własnych ulotnych animozjach. Można nie czuć szczególnego nabożeństwa do sanacyjnego dwójkarza, ale cenić jego pracę, fachowość, odwagę i zimną krew.

Postanowił odłożyć tę sprawę do niedzielnego popołudnia, nie myśleć o niej więcej, dopóki nie dowie się szczegółów. Na wszelki wypadek oczyścił, jak mógł, mieszkanie, korzystając, że Kurt jeszcze śpi, spalił nad popielniczką parę bibułek z notatkami, których treści nauczył się przedtem na pamięć, i poszedł do biura. Tu dopiero okazało się, że będzie jednak musiał myśleć o sprawie, którą rozpoczął nocny telefon, i to dzięki oberstowi Kelnerowi.

Sierżant Patschke, szef tajnej kancelarii, dopadł Klossa w korytarzu.

- Szef chce pana natychmiast widzieć, poruczniku, dwa razy już pytał o pana.

Kloss ze zdumieniem spojrzał na zegarek. Sierżant zrozumiał ten gest.

- Nie, nie spóźnił się pan, to Reiner zjawił się o świcie.

Kloss zapukał do masywnych, wykładanych dębowym fornirem drzwi. Wyprężył się przed biurkiem pułkownika.

- Proszę siadać, poruczniku. Chcę z panem porozmawiać dłużej.

Uprzejmy ton, jak zwykle nienaganne maniery, tylko jakiś popłoch w oczach, skonstatował Kloss. Czyżby on też się bał? Reiner podsunął Klossowi fotel, uczynił gest, jakby chciał pomóc porucznikowi w zajęciu miejsca. Do takiej uprzejmości nigdy się jeszcze me posunął.

- Daruję sobie wstępy typu: bardzo pana cenię etc. Zacznę od konkretów. Misja, którą chcę panu powierzyć, jest ważna i niesłychanie delikatna. Właśnie dlatego postanowiłem dać panu szansę. Pomyślne zakończenie tej sprawy może panu przynieść żelazny krzyż, klęska -kosztowałaby dużo. Nie tylko pana. Ale pana także kosztowałaby wiele - powtórzył.

- Lubię hazard - powiedział Kloss szczerze.

- Aresztowaliśmy niebezpiecznego agenta, poruczniku. Samego aresztowania dokonał resort naszego przyjaciela Dibeliusa, ale sprawę postanowiliśmy ze względu na jej wagę poprowadzić wspólnie. Dotyczy tak samo resortu bezpieczeństwa, jak i Abwehry. Chciałbym tę sprawę powierzyć panu i doświadczonemu, posiadającemu długoletnią praktykę kryminalną oficerowi SD, hauptsturmfuehrerowi Lohse. Zna go pan?

- Znam. Kogóż to aresztowano? - zapytał przeczuwając odpowiedź.

Reiner potwierdził jego przypuszczenia. Nie odrywając wzroku od papierów, zrelacjonował Klossowi historię przypadkowego znalezienia skrytki w łazience. Pozwolił sobie nawet na pewne uszczypliwości pod adresem standartenfuehrera, który tylko dzięki swemu stanowi zamroczenia odkrył skrytkę, jakby w ten sposób chciał między sobą a Klossem zadzierzgnąć jakieś porozumienie. „Ten stary pijak ma piekielne szczęście i zdolność do nawarzenia piwa, które musimy wspólnie wypić" - zdawał się brzmieć podtekst uszczypliwości Reinera. Potem pokrótce zrelacjonował ucieczkę lokaja i podał zawartość skrytki, ale w pewnej chwili urwał w pół słowa.

- Wszystkie szczegóły znajdzie pan w papierach. Teraz chciałbym panu, poruczniku, zwrócić uwagę na delikatne i subtelne aspekty sprawy. Edwin Wąsowski jest arystokratą, skollgaconym z paroma dobrymi familiami niemieckimi. Byłoby ze wszech miar godne ubolewania, gdyby... - zawiesił głos.

Kloss skinął głową, że zrozumiał.

- Wybaczy pan, panie oberst - zaczął powoli, jakby chciał dobrać właściwe słowa i przychodziło mu to z trudem — kiedy wczoraj przyjechałem po pana z rozkazem generała Wierlingera, odniosłem wrażenie, że Wąsowskiego łączy ze standartenfuehrerem Dibeliusem pewna, powiedziałbym, zażyłość. Jeśli moje wrażenie było fałszywe...

- Nie było, Kloss. Bywaliśmy u niego wszyscy, ja także. Wąsowski bywał także w domu warszawskiego gubernatora, raz zaproszono go nawet na Wawel. Jeśli powiem panu jeszcze, że widywałem go w Berlinie w domu... -zawahał się. - Mniejsza o to. Żadna z tych wizyt nie może mieć związku ze sprawą Wąsowskiego, nie może, rozumie pan? Jeśli ma pan jakieś wątpliwości w tej sprawie, proszę powiedzieć mi teraz. Mogę jeszcze zwolnić pana z prowadzenia jej.

- Nie mam żadnych wątpliwości - odparł Kloss - jeśli idzie o wierność pana pułkownika wobec naszego fuehrera.

- To mi wystarczy. Od poniedziałku weźmiecie się razem z Lohsem za sprawę. Nie spieszcie się, pracujcie powoli i ostrożnie. Pragnę, żeby mnie pan dobrze zrozumiał, nie chcemy z Dibeliusem oszczędzać wrogów Rzeszy bez względu na ich stanowiska i związki rodzinne. Ale nie możemy pozwolić, żeby brud tej sprawy zbrukał ludzi niewinnych, którzy może zbyt lekkomyślnie ulegli czarowi osobistemu Wąsowskiego, ale pozostali uczciwymi Niemcami i hitlerowcami. Sprawa metod śledztwa zależy tylko od was. Jedno jest pewne: musi być skuteczne, bezlitosne wobec wrogów, dyskretne...

Zadzwonił telefon. Reiner podniósł słuchawkę. Kloss dostrzegł, że w miarę słuchania z twarzy obersta odpływa krew.

-Jest właśnie u mnie, drogi Dibeliusie, zaraz mu przekażę. - Odłożył słuchawkę na widełki. Stanął naprzeciw Klossa, zmuszając jego tym samym do przyjęcia postawy zasadniczej. Spojrzał mu prosto w oczy. — Kloss - powiedział - bardzo dużo od pana zależy. Są chwile przełomowe w karierze młodego oficera. Biada temu, kto nie dostrzeże ich w porę. Standartenfuehrer Dibelius poinformował mnie właśnie, że plany znalezione w myśliwskim pałacyku w Wąsowie zawierają usytuowanie stanowisk obronnych wokół głównej kwatery naszego fuehrera...

To było w sobotę. Po wyjściu od Reinera Kloss tylko na chwilę wrócił do biura, zlecając swemu pomocnikowi, młodemu leutnantowi Geislerowi bieżące sprawy.

Postanowił się przejść, by przemyśleć to, co się stało. Nie mógł sobie darować, że podczas ostatniej wizyty w pałacyku myśliwskim nie zabrał mikrofilmów. Oczywiście istnieje szansa, że Klossowi uda się skopiować je we wstępnej fazie śledztwa, ale zadanie może utrudnić fakt, że Dibelius, a więc zapewne i Lohse, wiedzą już, co przedstawiają plany w maleńkich klateczkach mikrofilmu. Ale o tym będzie czas myśleć później, teraz pozostaje sprawa najważniejsza: Wąsowski.

Kloss niemal nic o nim nie wiedział. Kiedy kilka miesięcy temu wysłannik z centrali poinformował go o przejęciu przez ciotkę Zuzannę jednej z przedwojennych berlińskich siatek polskiej „dwójki" wraz z jej ekspozyturami w Warszawie, Wiedniu i Krakowie, me krył swoich obaw. Ale kilkumiesięczna współpraca z Wąsowskim, który kierował właśnie wraz z majorem Rucińskim warszawską ekspozyturą, przekonała go, że opłaciło się podjąć to ryzyko. Od Wąsowskiego dostał już kilkakrotnie duże, dobre materiały, nieraz całościowe opracowanie problemu, którego złożenie z poszczególnych informacji agenturalnych trwałoby znacznie dłużej, nie mówiąc już o tym, że Wąsowski dzięki swym stosunkom potrafił dotrzeć do środowisk, wśród których łatwiej było o niedyskrecję, często bardzo ważną nie tylko dla działań militarnych, ale także dyplomacji aliantów.

Wpadka Wąsowskiego będzie więc poważnym ciosem dla ciotki Zuzanny. Szansę wydostania go z łap Dibeliusa są prawie żadne, a zresztą bez względu na sympatię, jaką Kloss żywił osobiście do Wąsowskiego, nie jego osoba jest tu najważniejsza, lecz działalność, a ta jest raz na zawsze spalona.

W grę wchodzi także bezpieczeństwo osobiste Klossa. Prawdopodobnie tylko jego, chociaż tego również nie może być pewien, ale to też zupełnie wystarczy. O Wąsowskim mógł wydać tylko jak najlepszą opinię, instynktownie wyczuwał w nim człowieka, który pod dobroduszną jowialnością skrywa upór i niezłomność.

Istnieje jednak małe „ale"... Wąsowski był zawodowcem, od lat grał rolę bogatego utracjusza, żarłoka i birbanta, o tyle dlań łatwiejszą, że istotnie wywodził się z hrabiowskiej, dość majętnej rodziny... Lecz to właśnie stwarza niebezpieczeństwo identyfikacji roli z życiem. Może Wąsowskiemu żal będzie rozstawać się ze swoim wcieleniem i za cenę zachowania statusu zgodzi się sprzedać Dibeliusowi wszystkich, a może tak utożsamił się z grą, że będzie chciał ją ciągnąć nawet pod kontrolą Niemców? Kloss zbyt dobrze poznał arkana swojej roboty, by nie zdawać sobie sprawy z groźby, jaką niesie ta gra. Nieraz stykał się z agentami pracującymi dla dwóch, trzech lub więcej panów, którzy w pewnym punkcie swego życia nie indentyfikowali się już z żadnym mocodawcą — prowadzili swoją własną grę.

Z najbliższej apteki zadzwonił do Lohsego. Ten wiedząc, że mają współpracować, potraktował Klossa nieco z góry. To Klossowi nawet odpowiadało, rola pomocnika hauptsturmfuehrera niesie ze sobą jakieś możliwości.

Nie zauważył nawet, kiedy się zdrzemnął. Obudził go Kurt, wnosząc parujące talerze. Dochodziła czwarta. Kloss czym prędzej zjadł obiad, dał Kurtowi przepustkę na popołudnie i pierwszą rikszą pojechał na Mokotowską. W maleńkiej kawiarence dostrzegł siedzącą pod oknem nie znaną mu dziewczynę, która popijając ersatzową herbatę spoglądała na leżący przed nią „Kurier Warszawski", stojącą na nim zieloną torebkę i parę skrzyżowanych zielonych rękawiczek. Poczekał, aż dziewczyna wypije, i kiedy wstała, ruszył w parę chwil po niej. Szła nie oglądając się, a Kloss postępował kilkanaście metrów za nią. Skręciła w Wilczą, przecięła Kruczą i Marszałkowską, zatrzymała się, jakby sprawdzając adres, przed burym domem koło Poznańskiej. Na drugim piętrze przystanęła przed jakimiś drzwiami, otworzyła je kluczem i pozostawiła uchylone.

Major Ruciński czekał na niego w dużym, mrocznym, zagraconym pokoju. Bez słowa podsunął Klossowi krzesło, z którego poduszki wyłaziła morska trawa.

-To się musiało kiedyś stać - powiedział. - Chce pan wiedzieć, jak to było?

- Wiem - odparł. - Od poniedziałku wraz z haupt-sturmfuehrerem Lohsem przejmuję tę sprawę.

- Bogu dzięki! - powiedział tamten.

- Niby dlaczego? - zaperzył się Kloss. - Chyba nie wyobraża pan sobie, że będę mógł go oszczędzać. Być może będę musiał patrzeć, jak go biją i słyszeć, kiedy sypnie pierwsze nazwisko. Nie wykluczani, że będzie to moje nazwisko.

- Edwin nie powie, Edwin nic nie powie.

Kloss uśmiechnął się tylko. Widział ludzi zdawałoby się silnych i uczciwych, którzy błagali, by ich zabić, a kiedy śmierć nie nadchodziła, sypali najbliższych krewnych i przyjaciół, skazując ich na takie same tortury.

- Znam go od piętnastu lat, jeszcze z Berlina i Hamburga. Jeśli nie będzie mógł wytrzymać, zgniecie fiolkę ukrytą w plombie zęba. Mogę panu obiecać, że Edwin nie straci zimnej krwi. Jeśli moglibyśmy coś dla niego zrobić...

- Co? - roześmiał mu się Kloss w twarz. Ten Ruciński działał mu na nerwy. - Zorganizować akcję na aleję Szu-cha? Odbić go może?

Ruciński milczał. Klossowi zrobiło się go żal, a jednocześnie poczuł coś w rodzaju zawstydzenia. Tamten jakby tego nie zauważył.

- Wie pan - powiedział - Edwin Wąsowski to zadziwiający człowiek. Jak pan myśli, dlaczego on to robił? Kariera? Gwizdał na karierę. Nigdy mi tego nie mówił, ale zdaje się, że w ogóle nie lubił wojska. Pieniądze? Śmieszne. Edwin na placówce berlińskiej wydał więcej pieniędzy swoich niż rządowych. Więc i to odpada. Nie lubił Niemców, a szczególnie Prusaków, ale mój Boże, sama niechęć do przedstawicieli innego narodu, żeby nie wiem nawet jak wielka, nie wystarczy. On to robił, i to znakomicie, mogę panu powiedzieć, ponieważ był aktorem, był aktorem, któremu nie dane było nigdy zagrać na scenie. Grał w życiu, przygotowywał się do swych ról niezwykle starannie. W trzydziestym piątym potrzebowaliśmy, po zlikwidowaniu naszej poprzedniej siatki, jakiegoś punktu zaczepienia. Utworzyliśmy takie fikcyjne przedsiębiorstwo: hambursko-południowoamerykańskie towarzystwo obrotu kawą. To miała być pokrywka dla naszej prawdziwej działalności. I była. Ale Edwin... Pan nie zna Edwina. On naprawdę zaczął handlować kawą. Mało tego. Stał się jednym z czołowych fachowców w branży. Mógłby szybko zrobić majątek. Czy rozumie pan, do czego zmierzam?

- Nie - przyznał szczerze Kloss.



dalej


strona główna
(23kB)