(23kB)
strona główna


 

Stephen King

 

 

 

Pokochała Toma Gordona

 

(Przełożył Krzysztof Sokołowski]

Książkę tę poświęcam mojemu synowi Owenowi
który w końcu nauczył mnie o baseballu
o wiele więcej, niż ja nauczyłem jego.

 

Czerwiec 1998

Rozgrzewka

 

 

Świat to potwór zębaty, gotów gryźć, gdy tylko zechce. Trisha McFarland odkryła tę fundamentalną prawdę w wieku dziewięciu lat, o dziesiątej rano tego dnia na początku czerwca siedziała na tylnym siedzeniu dodge'a caravana matki, w niebieskiej bluzie treningowej Czerwonych Skarpet (z numerem 36 - numerem Toma Gordona na plecach), bawiąc się swą lalką Moną, o dziesiątej trzydzieści zabłądziła w lesie, o jedenastej rozpaczliwie próbowała opanować atak paniki, broniąc się przed myślą: “To poważna sprawa, to bardzo poważna sprawa”. Rozpaczliwie broniła się także przed myślą, że kiedy ludzi giną w lesie, bywa z nimi niedobrze. Bardzo niedobrze. Bywa, że umierają.

“A wszystko dlatego, że chciało mi się siusiu” - pomyślała, ale prawdę mówiąc, nie chciało jej się siusiu aż tak, poza tym mogła przecież poprosić mamę i Petera, by zaczekali na nią tę małą chwilkę, potrzebną do ukucnięcia za drzewem. Tyle że oni znów się kłócili, ale nowina, no nie, i dlatego została odrobinę z tyłu, nie mówiąc im o tym ani słowa. Dlatego zeszła ze szlaku, za kępę wysokich krzaków, i o tym też nic im nie powiedziała. Uznała, że należy jej się mała przerwa, takie to proste. Miała dość słuchania, jak się kłócą, miała dość udawania wesołej i pogodnej, ukrywania, że marzy tylko o tym, by wrzasnąć na matkę: “Odpuść mu! Jeśli aż tak chce wrócić do Malden i mieszkać z tatą, to mu na to pozwól, wielkie mi co. Gdybym miała prawo jazdy, sama bym go odwiozła i wreszcie mielibyśmy chwilę ciszy i spokoju!” i co by się wówczas stało? Co by powiedziała matka? Jaką by miała minę? i Pete. Pete jest starszy - ma prawie czternaście lat - i całkiem niegłupi, więc czemu się upiera? Dlaczego sobie nie odpuści? Pragnęła powiedzieć mu jedno: “Daj spokój”, a właściwie pragnęła to powiedzieć im obojgu.

Do rozwodu doszło przed rokiem. Sąd przyznał matce prawo do opieki nad dziećmi. Peter gorzko i długo protestował przeciw przeprowadzce z przedmieścia Bostonu do południowego Maine; właściwie nie przerwał protestów aż do dziś. Po części rzeczywiście wolał mieszkać z ojcem i nie miał zamiaru zrezygnować z tego argumentu, kierowany bezbłędnym instynktem, który mu podpowiadał, że w ten sposób jest w stanie ugodzić matkę najgłębiej i najboleśniej, Trisha wiedziała jednak, że nie jest to motyw jedyny ani nawet najważniejszy. Peter chciał wrócić do Bostonu przede wszystkim dlatego, że nienawidził Szkoły Przygotowawczej Sanford, w Malden szło mu jak po maśle. Rządził klubem komputerowym niczym udzielny książę, miał przyjaciół -dupków, bo dupków, ale była tych chłopaków spora grupa i szkolne łobuzy nie ośmielały się ich zaczepiać, w Szkole Przygotowawczej Sanford nie było nawet klubu komputerowego, Pete zdobył sobie zaledwie jednego przyjaciela, Eddiego Rayburna, a w styczniu Eddie wyjechał, bo jego rodzice również się rozwiedli. Pete został więc sam -oferma szkolna, nad którą każdy mógł się znęcać do woli,, a co najgorsze, wszyscy się z niego śmiali. Zyskał sobie nawet przydomek, którego szczerze nienawidził: Compu-World.

W te weekendy, których dzieci nie spędzały z ojcem w Malden, matka zabierała je na wycieczki, z ponurym uporem, na który nie było lekarstwa. Trisha całym sercem marzyła o weekendzie bez wycieczki, bo podczas wycieczek było najgorzej, ale nie spodziewała się, by taki cud nastąpił w przewidywalnej przyszłości. Quilla Andersen (matka wróciła do panieńskiego nazwiska i załóżcie się, o co chcecie, ludzie, że Peter tego też nienawidził) była kobietą, która doskonale wiedziała, czego chce... i dokładnie to dostawała. Podczas jednego z weekendów spędzanych z ojcem Trisha usłyszała, jak jej tata mówi do swego ojca: “Gdyby to Quilla dowodziła pod Little Big Horn, Indianie dostaliby lanie”. Nie podobało jej się, kiedy tata mówił tak o mamie, wydawało się to równie dziecinne, co nielojalne, musiała jednak przyznać, że w tej szczególnej myśli tkwiło więcej niż ziarno prawdy.

W ciągu ostatnich sześciu tygodni, podczas których jej stosunki z Peterem pogarszały się stale i systematycznie, matka zabrała ich do muzeum samochodów w Wiscasset, do wioski Shakerów w Gray, do New England Plant-A-Torium w North Wyndham, do Six-Gun City w Randolph, w New Hampshire, na spływ kajakowy rzeką Saco oraz na narty do Sugarloaf, gdzie Trisha zwichnęła nogę w kostce, co doprowadziło do dzikiej awantury między rodzicami. Wierzcie mi albo nie, rozwód to doskonała zabawa.

Czasami, kiedy któraś z wycieczek naprawdę mu się podobała, Peter zamykał gębę na kłódkę. Stwierdził, że Six-Gun City to “dla dzieci”, ale mama pozwoliła mu spędzić większość czasu w sali gier komputerowych, więc wrócił do domu wprawdzie niekoniecznie szczęśliwy, lecz przynajmniej milczący. Jeśli jednak coś mu się nie podobało (a najbardziej ze wszystkiego nie podobało mu się Plant-A-To-rium, tego dnia, wracając do Sanford, wkurzał się wręcz koncertowo), nie uważał bynajmniej za stosowne zachowania swej opinii dla siebie. Zasada “żyj i daj żyć innym” nie mieściła się w jego światopoglądzie, w matki zresztą też nie, a przynajmniej Trisha nigdy nie dostrzegła u niej usiłowań, by wprowadzić ją w życie. Za to ona sama uznawała ową zasadę za najprzydatniejszą w świecie, ale oczywiście wystarczyło jedno spojrzenie, by stwierdzić: “skóra zdjęta z taty”, co nie zawsze się jej podobało, przeważnie jednak tak.

Trishy nie obchodziło, dokąd wyjeżdżają w soboty. Byłaby wręcz szczęśliwa, gdyby odwiedzali wyłącznie wesołe miasteczka i pola do gry w minigolfa, wówczas bowiem kłótnie nie bywały aż tak straszliwe. Mama uważała jednak, że wycieczki powinny być także “kształcące”, stąd Plant-A-To-rium i wioska Shakerów. Nie da się ukryć, że Pete miał swoje problemy, wśród nich zaś ten, że nienawidził, by kształcono go przymusowo w soboty, które z największą radością spędzałby w pokoju, grając na Macu w “Sanitarium” lub “Rivena”. Raz i drugi zdarzyło mu się wygłosić opinię o wycieczce wystarczająco dobitnie (brzmiało to mniej więcej tak: “o kant dupy potłuc”), by matka uznała za stosowne odesłać go do samochodu z poleceniem “opanowania się”, póki ona nie wróci z Trishą.

Trisha miała wielką ochotę wytłumaczyć matce, że Pete jest za stary, by traktować go jak przedszkolaka i stawiać do kąta, że pewnego dnia mogą wrócić do pustego samochodu, aby stwierdzić, że postanowił autostopem powrócić do Massachusetts, ale - rzecz jasna - milczała. Same sobotnie wycieczki były oczywiście bez sensu, mama jednak nigdy nie przyjęłaby tego do wiadomości. Pod koniec niektórych Quilla Anderson wyglądała co najmniej o pięć lat starzej niż na początku, w kącikach jej ust pojawiały się nagle głębokie bruzdy, masowała skronie, jakby cierpiała na dokuczliwy ból głowy... ale nie rezygnowała i nie miała zamiaru zrezygnować. Gdyby była pod Little Big Horn, Indianie wygraliby - być może - lecz drogo zapłaciliby za to zwycięstwo.

W tym tygodniu wybrali się do miasteczka w zachodniej części stanu. Biegł przez nie prowadzący do New Hampshire Szlak Appalachów. Poprzedniego wieczora, siedząc przy kuchennym stole, mama pokazała im fotografie z broszury. Na większości z nich widać było wesołych wędrowców na ścieżce lub w “miejscach widokowych”. Osłaniali oczy i spoglądali w głąb pięknych leśnych dolin albo na wygładzone przez czas, lecz nadal imponujące szczyty centralnego pasma Gór Białych. Pete siedział przy stole i wyglądał na kosmicznie wręcz znudzonego. Na broszurę zaledwie zerknął z łaski. Mama postanowiła nie dostrzegać tego ostentacyjnego braku zainteresowania. Trisha, której ostatnio coraz mocniej wchodziło to w krew, grała zachwyconą rozkoszniaczkę, w ogóle miała wrażenie, że upodabnia się stopniowo do uczestników teleturniejów, robiących zawsze takie wrażenie, jakby mieli zsikać się w majtki z radości na samą myśl o wygraniu kompletu garnków do gotowania bez wody, a gdyby ktoś spytał, jak się czuje, powiedziałaby, że niczym klej łączący dwie części stłuczonego wazonika. Słaby klej.

Quilla zamknęła broszurkę i odwróciła ją. Na tylnej stronie okładki znajdowała się mapa. Matka stuknęła palcem w niebieską, krętą linię.

- To droga numer 68 - oznajmiła. - Samochód zostawimy na parkingu, o tu. - Poklepała niebieski kwadracik. Teraz przyszła kolej na krętą czerwoną linię. - To Szlak Appalachów między drogami 68 i 302 w New Conway, w New Hampshire. Ma niecałe dziesięć kilometrów, oznaczony jest jako średnio trudny. Aha, środkowa część ma oznaczenie “trudny”, ale nie będziemy potrzebowali sprzętu wspinaczkowego i tak dalej.

Postukała w inny niebieski kwadracik. Pete siedział z głową opartą na dłoni, demonstracyjnie wpatrzony w ścianę. Dłoń uniosła mu w górę kącik ust, przez co wyglądały jak skrzywione w pogardliwym grymasie, w tym roku dostał pryszczy i miał ich na czole cały świeży rząd. Trisha bardzo go kochała, ale czasami - na przykład tego wieczoru, kiedy mama przedstawiła im plan wycieczki - nienawidziła go równie mocno. Bardzo chciała mu powiedzieć, że jest tchórzem, w końcu wszystko się do tego sprowadzało, jeśli, jak zwykł mawiać tata, “przyszło co do czego”. Peter marzył o tym, by powrócić do Malden z małym młodzieńczym ogonkiem między nogami, był bowiem tchórzem. Mama nic go nie obchodziła, siostra nic go nie obchodziła, nie obchodziło go nawet to, że mieszkanie z ojcem wcale nie musiało na dłuższą metę okazać się dla niego dobre. Obchodziło go tylko to, że jada drugie śniadanie, siedząc samotnie na ławce szkolnego boiska. Obchodziło go tylko to, że kiedy wchodzi do klasy po pierwszym dzwonku, ktoś zawsze pozdrawia go słowami: “Hej, jak ci leci, CompuWorld? Co porabiasz, pedałku?”

- To parking, na który wyjdziemy - powiedziała mama, albo nie zauważając, że Pete nie interesuje się mapą, albo udając, że nie zauważa. - Autobus podjeżdża tu około trzeciej. Zabierze nas z powrotem do samochodu, w dwie godziny później jesteśmy w domu. Jeśli nie będziecie zbyt zmęczeni, wybierzemy się razem do kina. Jak wam się to podoba?

Wczoraj wieczorem Pete zachował wyniosłe milczenie, za to dzisiejszego ranka usta mu się nie zamykały. Zaczął, kiedy wsiedli do samochodu w Sanford. Nie chce jechać na wycieczkę, wycieczka jest dowodem ostatecznej głupoty, w telewizji mówili, że po południu ma lać, dlaczego muszą spędzić sobotę, włócząc się po lesie, i to o tej porze roku, kiedy wszędzie bywa najwięcej robali, co się stanie, jeśli Trisha wpadnie w trujący bluszcz (jakby go to w ogóle obchodziło), i tak dalej, i tak dalej. Nic, tylko gadał i gadał. Miał nawet czelność powiedzieć, że powinien siedzieć w domu, ucząc się do egzaminów, choć, zdaniem siostry, w całym dotychczasowym życiu nigdy nie uczył się w sobotę. Mama najpierw milczała bohatersko, ale w końcu przecież zalazł jej za skórę. Udawało mu się to bezbłędnie, jeśli tylko miał dość czasu. Kiedy parkowali na ubitej ziemi przy drodze numer 68, ściskała już kierownicę tak mocno, że aż zbielały jej kostki palców, i mówiła wysokim, urywanym głosem, który Trisha znała aż za dobrze. Przechodziła właśnie z alarmu żółtego w stan alarmu czerwonego, w każdym razie wyglądało na to, że dziesięciokilometrowy spacer po lasach zachodniego Maine może się okazać wyjątkowo długi.

Trisha próbowała najpierw odwrócić uwagę obojga, wygłaszając pełne zachwytu komentarze na widok zrujnowanych stodół, pasących się koni i malowniczych przydrożnych cmentarzy, została jednak tak kompletnie zlekceważona, że po prostu musiała zamilknąć. Siedziała na tylnym siedzeniu z Moną (którą ojciec nazywał Moanie Balogna) na kolanach, przytulona do plecaka, słuchając kłótni i zastanawiając się, czy będzie płakać, czy po prostu zwariuje. Czy kłótnia rodzinna może doprowadzić kogoś do szaleństwa? Może matka masowała czasami skronie czubkami palców nie dlatego, że bolała ją głowa, lecz po to, by powstrzymać zmęczony mózg przed samozapłonem, gwałtowną dekompresją lub czymś w tym rodzaju.

Trisha uciekła od rzeczywistości w swe ukochane marzenie. Zdjęła czapeczkę Czerwonych Skarpet i wczuwając się w rolę, skupiła się na podpisie na daszku, zamaszystym podpisie, wykonanym miękkim flamastrem. Był to podpis Toma Gordona. Peter lubił Mo Yaughna, mama miała słabość do Nomara Garciaparry, lecz faworytem Trishy i jej taty był zdecydowanie Tom Gordon. Zawodnik ten z zasady zamykał grę -wchodził na boisko w ostatniej, dziewiątej rozgrywce, gdy Czerwone Skarpety wygrywały, ale nie decydująco. Tata podziwiał Gordona, ponieważ zawsze wyglądał na absolutnie spokojnego - “w żyłach tego skubańca płynie woda z lodem”, mawiał - więc Trisha też go za to podziwiała, dodając czasami, że tylko Gordonowi wystarczy śmiałości, by narzucić podkręcaną piłkę przy trzy i zero (tę opinię tata przeczytał jej kiedyś ze sprawozdania w “Boston Globe”), o innych sprawach Trisha rozmawiała wyłącznie z Moanie Balogna i, lecz tylko raz, z przyjaciółką, Pepsi Robichaud. Pepsi wspomniała od niechcenia, że Tom Gordon jest “całkiem przystojny”. Monie Trisha mogła się zwierzać bez oporów, i jedynie Mona wiedziała, że Gordon jest najprzystojniejszym żyjącym mężczyzną i że gdyby tylko dotknął ręki Trishy, ona z pewnością by zemdlała, a gdyby ją pocałował, choćby w policzek, to by pewnie nawet umarła.

Teraz, gdy jej matka brat kłócili się zażarcie na wszystkie możliwe tematy: o wycieczkę, o szkołę w Sanford, o całe ich zachwiane życie, Trisha wpatrywała się w czapkę, którą tata jakimś cudem zdobył dla niej w marcu, tuż przed początkiem sezonu baseballowego, i w wyobraźni malowała taką oto scenkę:

“Jestem w parku w Sanford, dzień jak co dzień, idę do domu Pepsi przez teren zabaw dla dzieci. Przy wózku z hot dogami stoi mężczyzna. Jest w dżinsach i białym podkoszulku, na szyi ma złoty łańcuszek; stoi tyłem do mnie, ale widzę, jak łańcuszek błyszczy w promieniach słońca, mężczyzna odwraca się i, Boże, nie wierzę własnym oczom, to naprawdę on, Tom Gordon. Nie wiem, co robi w Sanford, ale to on, tak, to on, i te jego oczy, zupełnie takie jak wtedy, kiedy wpatruje się w bazowego, czekając na jego sygnał, te oczy, uśmiecha się, mówi, że się zgubił, i pyta, czy nie wiem przypadkiem, jak dojechać do miasteczka North Berwick, a ja Boże, mój Boże, trzęsę się cała, wiem, że nie zdołam nic wykrztusić, otworzę usta, lecz nie potrafię wypowiedzieć ani słowa, wydam z siebie tylko zduszony pisk, który tata nazywa czasami pierdnięciem myszy, ale próbuję i okazuje się, że mogę mówić, że mój głos brzmi prawie normalnie, więc mówię...”

Ja mówię, on mówi, potem ja mówię i on mówi; miło jest myśleć o tym, jak mogłaby wyglądać taka rozmowa. Kłótnia z przedniego siedzenia oddala się i cichnie (Trisha nauczyła się już, że milczenie bywa największym błogosławieństwem, jakie jest w stanie ofiarować nam świat). Dziewczynka niczym zahipnotyzowana wpatruje się w podpis na daszku czapki i kiedy dodge skręca na parking, ona jest bardzo, bardzo daleko stąd (“Trisha wędruje po swoim własnym świecie” - jak mawia tata). Nie wie jeszcze, że zwykły, normalny świat to zębaty potwór, lecz już wkrótce się o tym dowie. Teraz jest w Sanford, nie na TR-90. Jest w parku, a nie u wylotu Szlaku Appalachów. Jest z Tomem Gordonem, numer 36, wyjaśnia mu, jak dojechać do North Berwick, a Tom z wdzięczności proponuje jej hot doga - i czy może być większe szczęście na ziemi?

Pierwsza rozgrywka

 

Mama i Peter dali sobie spokój, gdy doszło do wyjmowania z samochodu plecaków i wiklinowego koszyka, do którego Quilla zbierała rośliny. Peter pomógł nawet siostrze założyć plecak wygodnie. Skrócił jeden z pasków. Trisha pozwoliła sobie zatem na chwilę bezsensownej nadziei. Może od tej chwili wszystko będzie w porządku?

- Dzieciaki, macie płaszcze od deszczu? - spytała mama, unosząc wzrok w niebo, na razie czyste, choć na zachodzie gromadziły się chmury.

Trisha pomyślała, że najprawdopodobniej będzie padać, choć zapewne zbyt późno, by Peter mógł skarżyć się z satysfakcją, że przemókł do suchej nitki.

- Mam, mamusiu - zaświergotała radośnie w najlepszym stylu teleturniejów.

Peter tylko burknął coś, co mogło oznaczać “tak”.

- Drugie śniadanie?

Trisha przyznała z entuzjazmem, że owszem, ma drugie śniadanie, Peter znów tylko coś mruknął.

- No to doskonale, bo nie mam zamiaru dzielić się moim. - Quilla zamknęła samochód i poprowadziła ich po ubitej ziemi parkingu w kierunku tablicy, z napisem: “Szlak zachodni”. Kierunek wskazywała strzałka pod spodem. Na parkingu stało kilkanaście samochodów. Ich numery wskazywały, że wszystkie, z wyjątkiem ich dodge'a, pochodzą spoza stanu.

- Środek przeciw komarom?

- Mam, mamo - zaświergotała Trisha, nie do końca pewna, czy go zabrała. Wolała nie zatrzymywać się jednak i nie odwracać, by mama mogła sprawdzić zawartość plecaka, bo to z pewnością obudziłoby milczącego na razie Petera Jeśli będą iść dalej, może zobaczy coś, co go zainteresuje.

Na przykład szopa. Albo jelenia? “Dinozaur byłby niezły” -pomyślała Trisha i zachichotała.

- Co cię tak bawi?

- Tylko moje myśli - odpowiedziała. Dostrzegła zmarszczkę na czole matki, “tylko moje myśli” było jednym z patentowanych określeń Larry'ego McFarlanda. “Marszcz się, marszcz” - pomyślała. “Marszcz się, ile tylko chcesz. Zostałam z tobą i nie skarżę się, jak ten tam ponurak, ale tata nie przestał być moim tatą i nadal go kocham”. Dotknęła daszka czapki, jakby chciała się co do tego upewnić.

- Dobra, dzieci, idziemy - rozkazała Quilla. - Miejcie oczy otwarte.

- Boże, jak ja tego nienawidzę - jęknął Peter i były to pierwsze artykułowane dźwięki wydane przez niego od chwili, gdy wysiedli z samochodu.

“Boże - pomyślała Trisha - ześlij coś: jelenia, dinozaura, UFO, bo jeśli tego nie zrobisz, zaraz znów zaczną się kłócić”.

Bóg zesłał im jednak wyłącznie kilka moskitów - niewątpliwie zwiadowców moskiciej armii, która już wkrótce miała się dowiedzieć, że w drodze jest świeże mięsko. Kiedy mijali strzałkę z napisem “North Conway, 9 km”, matka i syn nie myśleli już o niczym oprócz awantury. Ignorowali Trishę, ignorowali las, ignorowali cały świat z wyjątkiem siebie nawzajem. “Jap, jap, jap, jap...”; Trisha pomyślała nawet, że dla nich to jak jakieś chore pieszczotki, i w gruncie rzeczy szkoda, że okazali się tacy głupi, bo wokół było mnóstwo całkiem fajnych rzeczy. Sosny pachniały mocno i słodko, niemal jak rodzynki. Chmury zaciągały niebo, ale wcale nie przypominały chmur, wydawały się raczej smugami białosinego dymu. Trisha przypuszczała, że trzeba jednak być dorosłym, by coś tak nudnego jak spacer uznać za hobby, ale ten spacer nie był wcale taki zły. Nie wiedziała, czy cały Szlak Appalachów jest równie dobrze utrzymany jak ta jego część, prawdopodobnie nie, ale jeśli jakimś cudem jednak jest, to wiedziała już, dlaczego ludzie decydowali się na przejście nim całych tych tysięcy kilometrów. Przypominało to spacer szeroką, krętą leśną aleją. Niebrukowaną, oczywiście, i prowadzącą pod górę, ale i tak szło się nią bez wysiłku. Obok szlaku stał nawet szałas kryjący pompę, a obok napisane było: “Woda nadaje się do picia. Proszę napełnić dzbanek do zalania pompy dla następnego spragnionego wędrowca”. Trisha miała w plecaku butelkę wody, wielką plastikową butelkę wody, ale nagle marzeniem jej życia stało się zalanie pompy i wypicie świeżej, zimnej wody z zardzewiałego kurka. Napije się zimnej wody z pompy, marząc o tym, że jest Bilbo Bagginsem w drodze do Gór Mglistych.

- Mamo? - przemówiła do pleców matki. - Moglibyśmy się zatrzymać, żeby...

- Peter, na przyjaciół trzeba sobie zapracować! - tłumaczyła Quilla, nie zwracając najmniejszej uwagi na córkę. Nawet się nie odwróciła. - Nie możesz stać i czekać, żeby koledzy do ciebie przyszli i...

- Mamo... Pete... nie moglibyśmy przystanąć na chwilę i...

- Nie rozumiesz - odwarknął Peter. - Nie masz o niczym najmniejszego pojęcia. Nie wiem, jak to wyglądało, kiedy ty chodziłaś do szkoły, ale mogę ci powiedzieć jedno - teraz wszystko jest całkiem inaczej!

- Peter. Mamo. Mamusiu. Tam jest pompa i... - Tak naprawdę pompa była, tak należało się o niej wypowiedzieć poprawną angielszczyzną, w czasie przeszłym, bo została już daleko za nimi i nadal się oddalała.

- Nie przyjmuję tego do wiadomości - odparła natychmiast mama, zajęta dyskusją, i Trisha pomyślała: “Nic dziwnego, że doprowadziła go do szału”, a potem, z zawiścią: “Oni przecież zapomnieli, że ja żyję. Dla nich jestem Niewidzialną Dziewczyną. Niewidzialna Dziewczyna to ja, w gruncie rzeczy mogłabym spokojnie zostać w domu”. Moskit zabrzęczał jej przy uchu, opędziła się od niego machnięciem dłoni.

Doszli do rozgałęzienia szlaku. Główna ścieżka, nie przypominająca już alei, lecz nadal całkiem szeroka i wygodna, odchodziła w lewo za znakiem informującym: “North Conway, 9 km”. Prawe odgałęzienie, zarośnięte i niemal niewidoczne, oznaczone było strzałką z napisem: “Kezar Notch, 16 km”.

- Panowie i panie, muszę się wysiusiać - powiedziała Niewidzialna Dziewczyna, lecz oczywiście nikt nie zwrócił na nią uwagi, mama i brat szli po prostu przed siebie, drogą prowadzącą do North Conway. Szli obok siebie niczym kochankowie, patrząc sobie w oczy niczym kochankowie, kłócąc się jak najgorsi wrogowie. “Równie dobrze moglibyśmy nie ruszać się z domu - pomyślała Trisha. - Mogliby się pokłócić w domu, a ja spokojnie czytałabym sobie książkę. Najlepiej «Hobbita», o istotach lubiących spacery po lesie”.

“Kogo to obchodzi, ja i tak siusiam” - powiedziała sobie, zaciskając usta. Przeszła kilka kroków ścieżką oznaczona strzałką “Kezar Notch”. Sosny, zachowujące przyzwoitą odległość od głównego szlaku, tłoczyły się wokół tej ścieżki, sięgając ku niej granatowoczarnymi gałęziami, poszycie też było gęste, bardzo, bardzo gęste. Poszukała wzrokiem błyszczących liści, typowych dla trującego bluszczu, trującego dębu, trującego... ale nie zauważyła żadnych zagrożeń, Bogu niech będą dzięki choćby i za to. Mama pokazała jej zdjęcia tych groźnych roślin i nauczyła ją rozpoznawać je dwa lata temu, gdy życie było jeszcze prostsze i łatwiejsze. Trisha często i chętnie spacerowała wówczas z mamą po lasach (jeśli chodzi o wycieczkę do Plant-A-Torium, Peter skarżył się na nią wyłącznie dlatego, że wybrała ją matka. Było to tak oczywiste, że on sam nie zdawał sobie sprawy z przemawiającego przez niego samolubstwa, które zepsuło im wszystkim cały dzień). Podczas jednej z wycieczek mama nauczyła ją także tego, jak dziewczynki powinny siusiać w lesie. Nauka zaczęła się od całkiem prostego stwierdzenia: “Najważniejsze i być może jedynie ważne jest, by nie wejść przy tym w trujący bluszcz, a teraz patrz, co robię, i naśladuj mnie”.

Trisha rozejrzała się dookoła, nie zauważyła nikogo, niemniej jednak postanowiła zejść ze ścieżki. Ścieżka do Kezar Notch nie wyglądała na uczęszczaną; zwłaszcza w porównaniu z szeroką aleją głównego szlaku wydawała się zaledwie zaułkiem, ona jednak mimo wszystko nie zamierzała przecież kucać na samym jej środku. Wydawało się to niewłaściwe. Zeszła więc w kierunku rozgałęzienia na North Conway, nadal słysząc rozgniewane głosy matki i brata. Później, nie mając najmniejszych wątpliwości, że zabłądziła, próbując jakoś oswoić się z myślą, że być może przyjdzie jej zginąć w lesie, przypomniała sobie ostatnie usłyszane wyraźnie słowa ich kłótni, wypowiedziane przez Petera piskliwym, napiętym głosem małego dziecka: “Nie wiem, dlaczego mamy płacić za wasze błędy”.

Przeszła kilkanaście kroków w kierunku, z którego dobiegły ją jego słowa, omijając ostrożnie krzaki jeżyn, choć na wycieczkę włożyła dżinsy, a nie szorty. Przystanęła, obejrzała się za siebie. Nadal widziała ścieżkę, a to znaczyło, że każdy idący tędy będzie w stanie dostrzec ją, siusiającą w kucki, z na pół wypełnionym plecakiem na ramionach i czapeczce Czerwonych Skarpet na głowie. Zawstydzające, a raczej, jak powiedziałaby Pepsi “za-dupa-jące” (Quilla Anderson wspomniała kiedyś, że zdjęcie Penelopy Robichaud powinno znajdować się w słowniku przy haśle: “wulgarność”).

Trisha zeszła po łagodnie opadającym zboczu, ślizgając się na pokrywie wilgotnych zeszłorocznych liści. Kiedy, już na dole, znów obejrzała się za siebie, stwierdziła, że ścieżki do Kezar Notch nie widzi - i bardzo dobrze, z przeciwnej strony, przed sobą, słyszała głosy mężczyzny ł dziewczynki, bez wątpienia idących głównym szlakiem, znajdującym się najwyraźniej niedaleko. Rozpinając dżinsy, pomyślała, że jeśli matce i bratu przyjdzie do głowy obejrzeć się nagle, to kiedy zauważą, że zamiast siostry i córki idzie za nimi nieznajomy tata z córeczką, pewnie się zdenerwują.

I bardzo dobrze. Niech się denerwują. Niech raz pomyślą o kimś innym, a nie tylko o sobie.

Cała sztuka, powiedziała jej mama w dawnych dobrych czasach, w podobnym lesie, dwa lata temu, nie polega na siusianiu na dworze. Dziewczęta potrafią to robić równie dobrze, jak chłopcy. Sztuka polega na nienasiusianiu w majtki. Trisha kucnęła, przytrzymując się wygodnej poziomej gałęzi. Wolną ręką sięgnęła między kolana, usuwając spodnie i majteczki z “linii ognia”. Przez chwilę nie działo się nic, jak zwykle. Westchnęła męczeńsko; koło jej ucha zabzyczał moskit, a nie miała już wolnej ręki, żeby się przed nim opędzić.

- o mój Boże, garnki do gotowania bez wody! - syknęła gniewnie i wydało jej się to śmieszne, takie strasznie śmieszne, takie potwornie głupie i okropnie zabawne, że roześmiała się i natychmiast zaczęła siusiać. Skończyła, rozejrzała się dookoła, szukając czegoś, czym mogłaby się wytrzeć, lecz znów przypomniała sobie, co mawiał tata, i zdecydowała, że nie będzie “nadużywać szczęścia”. Potrząsnęła pupcią (jakby mogło jej to w czymś pomóc) i podciągnęła majtki. Usłyszała bzyczenie moskita, uderzyła się w policzek i z zadowoleniem powitała widok krwawej plamki na dłoni. - a myślałeś, że wystrzeliłam cały magazynek, przyjacielu, co? - powiedziała.

Odwróciła się w kierunku, z którego przyszła, a potem odwróciła się znowu. Wpadła na najgorszy pomysł w swoim młodym życiu, a mianowicie, by iść przed siebie, a nie wracać na szlak do Kezar Notch. Oba szlaki rozeszły się, tworząc literę Y, wystarczyło przejść kawałek, by od jednego jej ramienia dotrzeć do drugiego. Zabłądzić na tak małym kawałku drogi, to przecież niemożliwe. Skoro tak wyraźnie słyszała głosy innych, nie istniało nawet najmniejsze niebezpieczeństwo zabłądzenia.

Druga rozgrywka

 

Zachodnie zbocze wąwozu było znacznie bardziej strome od tego, którym zeszła. Wspięła się na nie, przytrzymując się gałęzi drzew, pokonała wzniesienie i ruszyła w kierunku, skąd słyszała głosy, w tym miejscu ziemia porośnięta była gęsto krzakami, których kępy Trisha musiała obchodzić, przez cały czas patrzyła jednak przed siebie, w stronę głównego szlaku. Szła w ten sposób przez jakieś dziesięć minut, a potem zatrzymała się, w tym czułym miejscu między sercem i żołądkiem, gdzie najwyraźniej zbiegały się wszystkie nerwy ciała, poczuła pierwsze niewyraźne jeszcze ukłucie niepokoju. Czy powinna już wyjść na odgałęzienie szlaku, prowadzące do North Conway? Najwyraźniej tak, przecież odgałęzieniem do Kezar Notch przeszła jakieś pięćdziesiąt kroków, zresztą niech będzie sześćdziesiąt albo i siedemdziesiąt, ale z pewnością nie więcej. Odległość między dwoma ramionami Y nie może być przecież aż tak duża!

Nasłuchiwała, oczekując, że usłyszy głosy z głównego szlaku, ale w lesie panowała absolutna cisza. To znaczy nie, cisza nie była wcale absolutna. Trisha Słyszała szum wiatru w wielkich, typowych dla Dzikiego Zachodu sosnach, słyszała wrzaski srok i gdzieś, w oddali, postukiwania dzięcioła wyjadającego ze smakiem późne śniadanie ze spróchniałego pnia drzewa; wokół obu jej uszu - dla odmiany - bzyczały posiłki armii moskitów, ale tej pełnej dźwięków ciszy nie przerywał żaden ludzki glos. Miała wrażenie, że jest jedynym człowiekiem w lesie, i choć zakrawało to na absurd, nerwy między sercem i żołądkiem zagrały raz jeszcze. Tym razem nieco głośniej.

Ruszyła przed siebie, trochę szybciej, marząc tylko o tym, by wyjść wreszcie na szlak, nie myśląc o niczym innym. Drogę zagrodziło jej zwalone drzewo, za wysokie, by przez nie przeleźć, Trisha postanowiła się więc pod nim przeczołgać. Wprawdzie zdawała sobie sprawę, że powinna je obejść, ale co by to było, gdyby straciła poczucie kierunku? “Już straciłaś poczucie kierunku” - szepnął jakiś głos w jej głowie, przerażająco chłodny.

- Stul pysk, nie straciłam poczucia kierunku, stul pysk -szepnęła, klękając.

Pod fragmentem obrośniętego mchem pnia widać było płytkie wgłębienie, postanowiła więc zacząć od niego. Opadłe poprzedniej jesieni liście były mokre, nim to sobie jednak uświadomiła, przód podkoszulka miała zupełnie przemoczony, zdecydowała zatem, że wilgoć nie ma najmniejszego znaczenia. Podczołgała się dalej i uderzyła plecami w pień. Łup.

- Niech to licho weźmie! - szepnęła. “Niech to licho weźmie” było ostatnio ulubionym przekleństwem jej i Pepsi, nie wiedziały dlaczego, lecz brzmiało to jakby trochę z wiejska i trochę z angielska. Cofnęła się. Zamiast pełzać, stanęła na czworakach, otrzepała wilgotne, nadgniłe liście z podkoszulka i dopiero teraz zauważyła, że ręce jej się trzęsą. - Nie boję się - powiedziała specjalnie głośno, własny szept bowiem trochę ją jakby przerażał. - Wcale się nie boję. Szlak jest na wyciągnięcie ręki. Trafię tam za pięć minut i będę musiała biec, żeby ich dogonić.

Zdjęła plecak i popychając go przed sobą, próbowała przepełznąć pod pniem na drugą stronę.

Była mniej więcej w połowie drogi, kiedy coś się pod nią poruszyło. Opuściła głowę. Wśród liści przemykał się gruby, czarny wąż. Przez chwilę nie była zdolna myśleć, czuła wyłącznie obrzydzenie i strach. Zamarła, niezdolna wykrztusić słowa. Nie była w stanie ani wypowiedzieć, ani wyszeptać słowa “wąż”, nie była w stanie nawet uświadomić sobie, co się za tym słowem kryje, czuła to jednak, zimne i pulsujące pod jej ciepłą dłonią. Drgnęła i spróbowała poderwać się na równe nogi, zapominając, że nadal tkwi pod zwalonym pniem. Ułamek gałęzi grubości ramienia ugodził ją w krzyże. Znów padła na ziemię i wyczołgała się spod pnia najszybciej, jak tylko to było możliwe. Prawdopodobnie sama przypominała w tym momencie węża.

Obrzydliwy gad znikł, ale strach pozostał. Przycisnęła ręką ukrytego wśród zgniłych liści obrzydliwego stwora, przycisnęła go ręką. Dzięki Bogu, najwyraźniej nie był jadowity. Tylko co, jeśli tu jest więcej węży? i co, jeśli te następne będą jadowite? Co, jeśli te lasy aż się od nich roją? a roją się z całą pewnością, lasy zawsze aż roją się od tego, czego nie lubisz, od wszystkiego, co napawa cię przerażeniem i czego nienawidzisz instynktownie, wszystkiego, co budzi w tobie jedno uczucie: ślepą, wszechogarniającą panikę. Dlaczego w ogóle zdecydowała się pojechać na tę wycieczkę? i w dodatku pojechać na nią z radością!

Chwyciła ramiączko plecaka i pobiegła przed siebie, czując, jak plecak obija jej się o nogi. Przez ramię rzucała nieufne spojrzenia na leżący pień, na stojące drzewa, na gąszcz gałęzi wypełniający próżnię pomiędzy nimi; czuła paniczny strach, że zobaczy węża, i jeszcze gorszy, jeszcze bardziej paniczny strach przed zobaczeniem mnóstwa węży, niczym w jakimś horrorze “Inwazja morderczych węży”, w roli głównej Patricia McFarland, przerażająca opowieść o dziewczynce, która zabłądziła w lesie i...

“Przecież ja nie...” - pomyślała Trisha i w tym momencie, ponieważ oglądała się przez ramię, potknęła się o kamień sterczący z grząskiej ziemi, zachwiała, machnęła wolną ręką (w drugiej trzymała plecak) w skazanym z góry na niepowodzenie wysiłku utrzymania równowagi i ciężko przewróciła się na bok. Poczuła straszny ból w krzyżu, gdzie poprzednio ugodziła ją gałąź.

Leżała na boku wśród liści, wilgotnych, lecz nie tak obrzydliwie zgniłych, jak pod pniem drzewa, oddychając szybko i czując bicie serca między oczami. Nagle, przerażona i wytrącona z równowagi, zdała sobie sprawę, że wcale nie jest pewna, czy porusza się we właściwym kierunku. Oglądała się przecież za siebie, więc mogła w którymś momencie skręcić. Mogła, ale nie musiała.

“Wróć do powalonego drzewa - pomyślała. - Stań w miejscu, w którym spod niego wyszłaś, spójrz wprost przed siebie i idź w tym kierunku, a trafisz na główny szlak”.

Ale czy naprawdę? Jeśli tak, to dlaczego jeszcze do niego nie doszła?

Poczuła napływające do oczu łzy. Mrugnęła i wielkim wysiłkiem woli powstrzymała się od płaczu. Gdyby zaczęła płakać, nie mogłaby już wytłumaczyć sama sobie, że się nie boi. Gdyby zaczęła płakać, wszystko mogłoby się zdarzyć.

Bardzo powoli wróciła pod zwalone, zarośnięte mchem drzewo. Strasznie się bała konieczności zrobienia choćby kilku kroków w złym kierunku, równie niechętnie wracała do miejsca, w którym widziała węża (mógł sobie nie być jadowity, niech mu będzie, i tak nienawidziła wszystkich węży), zdawała sobie jednak sprawę, że musi to zrobić. Dostrzegła miejsce, w którym spod liści prześwitywała ziemia, to tam zobaczyła (i - Boże jedyny - także dotknęła) węża; rysa długości małej dziewczynki w leśnym poszyciu już podchodziła wodą. Przyglądając się jej, znów potarła dłonie o wilgotną, zabłoconą bluzkę. To, że bluzka była mokra i zabłocona, było w jakiś dziwny sposób najbardziej niepokojące. Świadczyło o tym, że nastąpiła zmiana planu... a nowy plan, zakładający pełzanie po wilgotnej ziemi pod zwalonymi drzewami, uświadamiał, że ta zmiana nie jest bynajmniej zmianą na lepsze.

“Po co w ogóle zeszłam ze ścieżki? i dlaczego odeszłam tak daleko, że straciłam ją z oczu? Tylko po to, żeby zrobić siusiu? Przecież nie chciało mi się siusiu aż tak bardzo! Zeszłam ze ścieżki, a to znaczy, że musiałam być szalona, a potem dostałam kolejnego ataku szaleństwa i pomyślałam, że mogę bezpiecznie skrócić sobie drogę przez dziki las (dopiero teraz przyszło jej do głowy to określenie: «dziki las»). No cóż, dzisiaj rzeczywiście czegoś się nauczyłam. Nauczyłam się, że nie wolno schodzić ze szlaku. Niezależnie od tego, co musisz zrobić, niezależnie od tego, jak bardzo musisz zrobić to, co musisz zrobić, niezależnie od tego, czego musisz wysłuchać i jak długo będziesz tego słuchała, nie wolno zejść ze szlaku. Na szlaku koszulka Czerwonych Skarpet była sucha i czysta. Na szlaku nie czuło się ucisku w dołku, a serce biło mocno, równo i powoli. Na szlaku człowiek czuje się bezpieczny, a tylko to się liczy”.

Na szlaku człowiek czuje się bezpieczny.

Trisha sięgnęła ręką za plecy i wymacała wielką dziurę w podkoszulku na wysokości krzyża, a więc ułamek gałęzi przewróconego drzewa rozerwał go tak łatwo, a ona miała nadzieję, że nic takiego się nie stało. Na czubkach palców dostrzegła ślady krwi. Chlipnęła i otarła dłoń o dżinsy.

- Pociesz się, że przynajmniej nie był to zardzewiały gwóźdź - powiedziała głośno. - Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. - Matka często to powtarzała, lecz Trishy te słowa wcale nie dodały odwagi. Na razie wszystko było źle. Gorzej niż kiedykolwiek.

Przyjrzała się dokładnie ziemi pod drzewem, przesunęła nawet butem po liściach, po wężu nie pozostał jednak żaden ślad. Tak, najprawdopodobniej nie był to wąż jadowity, ale obrzydliwy, owszem. Węże są strasznie obrzydliwe. Obie i śliskie, z tymi swoimi ruchliwymi, drgającymi językami. Nie chciała o nim myśleć nawet teraz, nie chciała pamiętać, jak pulsował jej pod ręką, niczym zimny mięsień.

“Dlaczego nie włożyłam butów?” Trisha przyjrzała się swoim niskim reebokom. “Dlaczego musiałam włożyć te cholerne łapcie?” Odpowiedź na to pytanie narzucała się sama - włożyła je, bo doskonale nadawały się do spaceru po ścieżce, a plan zakładał pozostawanie na ścieżce przez cały czas.

Zamknęła na chwilę oczy.

- Nie stało się nic wielkiego - znów powiedziała na głos. -Wystarczy, żebym nie straciła głowy, nie popadła w panikę. Za chwilkę, no, może za kilka chwil, usłyszę ludzkie głosy.

Tym razem własny głos trocheja pocieszył i poczuła się odrobinę lepiej. Odwróciła się, ustawiła nogi po obu stronach bruzdy w ziemi, którą wyryła własnym ciałem, i przylgnęła pośladkami do porośniętego mchem pnia, o tak. Patrzeć wprost przed siebie. Tam jest główny szlak. Musi być.

Może tak, może nie? Czy nie lepiej byłoby zaczekać tutaj? Zaczekać na głosy. Upewnić się, która strona jest właściwa.

A jednak Trisha nie była w stanie czekać. Bardzo chciała powrócić już na ścieżkę, zapomnieć o tych przerażających dziesięciu (a może minęło nawet piętnastu) minutach, im wcześniej, tym lepiej. Zarzuciła więc plecak na ramiona, żałując, że nie ma przy niej rozgniewanego, narzekającego, ale w gruncie całkiem sympatycznego starszego brata, który poprawiłby paski, i ruszyła przed siebie. Małe muszki zdołały ją już osaczyć i wokół jej głowy latało ich tyle, że miała wrażenie, iż przed oczami tańczą jej czarne plamki. Odpędzała owady, machając rękami, ale ich nie zabijała. Kiedyś, dawno temu, być może wtedy, kiedy nauczyła ją siusiać w lesie, mama powiedziała jej, że moskity należy zabijać, ale małe muszki się odgania. Quilla Andersen (wówczas będąca jeszcze Quillą McFarland) wyjaśniła, że zabijanie nawet przyciąga małe muszki, no i oczywiście ludzie, którzy bez przerwy klepią się po całym ciele, gorzej znoszą całą tę sytuację. “Jeśli chodzi o owady w lesie - uczyła mama - najlepiej jest myśleć jak koń. Wyobrazić sobie, że ma się ogon i że można je nim odpędzić”.

Stojąc przy zwalonym drzewie i oganiając się od muszek, ale ich nie zabijając, Trisha wypatrzyła wysoką sosnę, rosnącą jakieś czterdzieści metrów dalej... czterdzieści metrów dalej na północ, jeśli w ogóle zachowała jakieś pojęcie o stronach świata. Podeszła do drzewa, stanęła przy nim, oparła dłonie na lepkiej od żywicy korze i obejrzała się za siebie. Czy szła w prostej linii? Miała nadzieję, że tak.

Nabrawszy odwagi, rozejrzała się dookoła i dostrzegła gęsto rosnące krzaczki, pokryte czerwonymi kulkami. Podczas którejś z poprzednich wycieczek matka pokazała je im obojgu, a kiedy Trisha zwróciła jej uwagę, że to wilcze jagody, śmiertelna trucizna, tak twierdzi Pepsi, roześmiała się i powiedziała: “Słynna Pepsi jednak nie wie wszystkiego. Co za ulga. To golteria, Trish. Wcale nie jest trująca. Smakuje jak guma do żucia Teaberry, ta sprzedawana w czerwonym opakowaniu”. Zjadła kilka golterii i - ponieważ nie padła na ziemię, nie zaczęła się dusić i nie dostała drgawek - Trisha także ich spróbowała. Jej w smaku przypominały raczej żelki, te zielone, lekko szczypiące w język. Teraz podeszła do krzaczków, pomyślała, że mogłaby przecież zjeść parę golterii, po prostu żeby się pocieszyć, ale zrezygnowała. Nie czuła głodu, a żeby ją pocieszyć, trzeba byłoby czegoś doprawdy wyjątkowego, nie jakichś tam jagód. Odetchnęła ostrym zapachem dużych, pokrytych woskiem liści, zdaniem matki, także jadalnych (jej nawet do głowy nie przyszło ich próbować, w końcu nie była przecież świstakiem), a potem znów spojrzała na sosnę. Oceniła, że nadal idzie w linii prostej, i wybrała sobie trzeci punkt orientacyjny: skałkę przypominającą kapelusz ze starego, czarno-białego filmu. Po niej przyszła kolej na kilka brzóz, a później na rosnącą w połowie zbocza wspaniałą kępę paproci.

Trisha tak bardzo koncentrowała się na kolejnych punktach orientacyjnych (koniec z oglądaniem się przez ramię, skarbie), że dopiero kiedy stanęła przy paprociach, uświadomiła sobie, iż - kiepski żart - będąc w lesie, nie widzi drzew. Poruszanie się od punktu do punktu to oczywiście bardzo fajna rzecz i istotnie, ona idzie chyba niemal dokładnie w linii prostej, lecz co z tego, jeśli w złym kierunku? Wystarczy przecież, by był tylko odrobinę zły, i nieszczęście gotowe, a ona bez wątpienia idzie w złym kierunku. Gdyby nie zboczyła, z całą pewnością wyszłaby już na szlak. Przecież przeszła. ..

- Rany - powiedziała głośno, a w jej głosie brzmiała nutka, która wcale jej się nie spodobała. - Musiałam przejść z półtora kilometra, a może nawet dwa?

Wokół jej głowy bzyczały owady. Muchy trzymały się raczej przed oczami, moskity brzęczały niczym miniaturowe helikoptery koło uszu, doprowadzając ją tym brzęczeniem do szaleństwa. Zamachnęła się na jednego i chybiła, ale walnęła się w ucho i teraz brzęczało jej także w głowie. Mimo to musiała siłą powstrzymywać się przed kolejną próbą. Gdyby zaczęła, skończyłaby prawdopodobnie, sama waląc się po głowie, niczym bohater starego filmu animowanego.

Upuściła plecak, ukucnęła, odpięła klapę i zajrzała do środka. Znalazła niebieski plastikowy płaszcz przeciwdeszczowy, papierową torbę z drugim śniadaniem, które przygotowała sama, gameboya, krem przeciwsłoneczny (nie bardzo przydatny, chmury prawie całkiem przesłoniły już słońce i z nieba znikały właśnie ostatnie plamy błękitu), butelkę wody, butelkę Surge, balonik Twinkie i torebkę chipsów. Czego nie znalazła, to płynu przeciw komarom. Oczywiście, rzecz była do przewidzenia. Trisha wysmarowała się jednak płynem do opalania z nadzieją, że powstrzyma to przynajmniej muszki, i zaczęła pakować plecak od nowa. Przerwała na chwilę, przyglądając się balonikowi, ale też go w końcu odłożyła, w zasadzie bardzo te baloniki lubiła, spodziewała się nawet, że kiedy dojdzie do wieku Pele'a, będzie jednym wielkim pryszczem na nogach, ale na razie nadal nie czuła ani śladu głodu.

“A poza tym możesz nie dożyć wieku Petera - podszepnął jej niepokojący, wewnętrzny głos. Jak to możliwe, że gdzieś w człowieku drzemie laki zimny, laki beznamiętny, jego własny wewnętrzny głos? Taki zdrajca, niewierzący w sprawę. - Może być i tak, że nigdy nie wyjdziesz z tego lasu”.

- Zamknij się, zamknij, zamknij!... - syknęła, zapinając klapę plecaka drżącymi palcami. Już miała wstać, lecz zamarła nagle, klęcząc na jednym kolanie w wilgotnej ziemi, z podniesioną głową, węsząc niczym łania, która po raz pierwszy oddaliła się od matki. Tylko że Trisha nie węszyła, lecz nasłuchiwała, całą swą uwagę skupiając wyłącznie na zmyśle słuchu.

Słyszała trzask gałęzi poruszających się na najlżejszym wietrze. Słyszała bzyczenie tych okropnych, wstrętnych moskitów. Słyszała postukiwanie dzięcioła. Gdzieś, z daleka, dobiegało ją krakanie kruka. Jeszcze dalej, prawie na granicy słyszalności, warczał silnik samolotu. Nie słyszała natomiast ludzkich głosów, dobiegających ze szlaku. Pod tym względem w lesie panowała absolutna cisza. Zupełnie jakby szlak prowadzący do North Conway został wymazany z rzeczywistości.

Dźwięk silnika samolotowego umilkł i dziewczynka musiała pogodzić się z rzeczywistością. Wstała. Nogi miała ciężkie i ciało też wydawało się ważyć zbyt wiele, za to głowa sprawiała wrażenie wypełnionego lekkim gazem balonu, przyczepionego do ołowianych odważników. Trisha poczuła nagle, że się dusi, tonie w oceanie samotności, dławi się jaskrawym, wszechogarniającym poczuciem odłączenia od reszty ludzi, w jakiś sposób udało jej się przerwać więzy, zabłądzić poza linię boiska w świat, w którym nie obowiązywały już znane jej doskonale reguły gry.

- Hej! - krzyknęła. - Hej, ludzie, czy mnie słyszycie? Słyszycie mnie? Hej! - Umilkła, modląc się o jakąś, jakąkolwiek odpowiedź, nie usłyszała jednak żadnej odpowiedzi, wykrzyczała więc z siebie to, co najgorsze. - Ratunku! Pomocy! Pomóżcie mi! Zabłądziłam! Zabłądziłam w tym lesie!

Rozpłakała się, niezdolna dłużej wstrzymywać łez. Nie potrafiła już się oszukiwać, wmawiać sobie, że w pełni kontroluje sytuację. Głos jej drżał, najpierw był głosem przerażonego małego dziecka, potem wręcz głosem niemowlęcia zapomnianego w kołysce i - a to przeraziło ją znacznie bardziej niż cokolwiek, co stało się dzisiejszego ranka -jedynym ludzkim głosem, jaki rozlegał się w okolicy, zapłakanym i cienkim, wołającym o pomoc, zabłądziła bowiem w lesie.

Trzecia rozgrywka

Krzyczała tak przez dobre piętnaście minut, czasami przykładając dłonie do ust i zwracając się w kierunku, w którym, jak się jej wydawało, powinien się znajdować główny szlak, ale głównie po prostu krzyczała przed siebie. Krzyknęła wreszcie po raz ostatni, i był to krzyk bez słów, ostateczny wyraz strachu i rozpaczy, tak głośny, że zabolało ją gardło, a potem padła na ziemię obok plecaka, ukryła twarz w dłoniach i zapłakała. Płakała tak może pięć minut (nie potrafiła powiedzieć dokładnie, jak długo to trwało, jej zegarek został w domu, leżał sobie teraz na stoliku przy łóżku, kolejne chytre posunięcie Wielkiej Trishy), a kiedy przestała płakać, poczuła się odrobinkę lepiej... pod każdym względem, z wyjątkiem owadów. Owady były wszędzie, pełzały, brzęczały i bzyczały, próbowały wyssać jej krew i spić pot. Doprowadzały ją po prostu do szaleństwa. Poderwała się na równe nogi, wymachując w powietrzu czapeczką Czerwonych Skarpet, cały czas przypominając sobie, że nie wolno jej próbować zabić dręczycieli, lecz jednocześnie wiedząc, że będzie próbowała i zacznie próbować już wkrótce. Po prostu nie zdoła się powstrzymać.

Nie była pewna, czy powinna czekać, czy też raczej iść. Nie miała pojęcia, co będzie dla niej lepsze, bała się tak, że nie potrafiła myśleć racjonalnie. Zamiast rozsądku przemówiły nogi - ruszyła przed siebie, rzucając dookoła przerażone spojrzenia, ocierając przedramieniem podpuchnięte oczy. Podnosiła rękę raz po raz, kiedy tylko dostrzegła na niej kilka moskitów. Teraz uderzyła na ślepo, zabijając trzy, z których dwa zdążyły się już nażreć. Widok własnej krwi nie wyprowadzał jej na ogół z równowagi, tym razem jednak nogi się pod nią ugięły, usiadła ciężko na pokrytej igłami ziemi pod kilkoma starymi sosnami i znów się rozpłakała. Bolała ją głowa, dokuczał żołądek. “Kilka chwil temu siedziałam w samochodzie - myślała, niezdolna uwolnić się od tej myśli. - Siedziałam w samochodzie, na tylnym siedzeniu, a na przednim kłócili się mama i Peter”. Nagle przypomniał się jej gniewny głos brata, mówiącego: “Nie rozumiem, dlaczego mamy płacić za wasze pomyłki”. Pomyślała, że są to być może ostatnie słowa Petera, jakie usłyszała, i zadrżała, jakby dostrzegła wypełzającego ku niej z cieni strasznego potwora.

Tym razem łzy obeschły wcześniej niż poprzednio, nie płakała też aż tak histerycznie. Kiedy znów wstała (wymachując wokół głowy czapeczką i niemal nie zdając sobie z tego sprawy), była prawie spokojna. Nie wątpiła, iż mama wie już, że jej córka zabłądziła. Najpierw pomyśli, że miała dość awantury i wróciła do samochodu. Oboje zawrócą więc na parking, po drodze pytając ludzi, czy nie widzieli dziewczynki w czapeczce Czerwonych Skarpet (niemal słyszała głos mamy: “Ma dziewięć lat, ale jest wysoka jak na swój wiek i wygląda doroślej”). Dojdą do samochodu i zobaczą, że jej w nim nie ma, więc poważniej się zaniepokoją. Mama będzie wręcz przerażona. Na myśl o tym Trisha poczuła się winna, a także więcej niż odrobinę przestraszona. Narobiła zamieszania, prawdopodobnie wielkiego zamieszania, będą jej szukali nie tylko ratownicy, lecz pewnie także Służba Leśna, a wszystko przez to, że jak głupia zeszła z wyznaczonego szlaku.

Ten nowy strach nałożył się na wszystkie poprzednie obawy i Trisha przyśpieszyła kroku z nadzieją, że trafi na główny szlak, nim wszystkie te okropne rzeczy w ogóle się wydarzą, nim osobiście stanie się przyczyną tego, co matka zwykła nazywać “publicznym praniem brudów”. Parła przed siebie, zapominając o planie zakładającym poruszanie się między dwoma wybranymi punktami, dokładnie w linii prostej, nieświadomie skręcając coraz dalej na zachód, oddalając się od Szlaku Appalachów wraz z jego mniej ważnymi trasami wycieczkowymi i ścieżkami, skręcając w kierunku, w którym były wyłącznie dzikie lasy z wysokim poszyciem, strome kamieniste wzgórza i w ogóle teren trudny do przebycia. Krzyczała i słuchała, słuchała i krzyczała. Zdumiałaby się śmiertelnie, gdyby wiedziała, że jej matka i brat nadal się kłócą i wciąż jeszcze nie zdają sobie sprawy z tego, że ich córka i siostra zaginęła.

Trisha parła przed siebie, opędzając się od rojów muszek, nie omijając już skupisk pomniejszych krzaczków, lecz po prostu przedzierając się przez nie. Słuchała i wołała, wołała i słuchała, tylko że tak naprawdę wcale nie słuchała, już nie. Nie czuła moskitów, siedzących jej rzędem na karku tuż poniżej linii włosów niczym pijacy w dopiero co otwartym barze, wychylający szklaneczkę za szklaneczką, nie czuła muszek wijących się rozpaczliwie, przylepionych do jej policzków w miejscach, gdzie łzy nie całkiem jeszcze wyschły.

Wpadła w panikę nie nagle -jak wówczas, gdy dotknęła węża - lecz powoli, przedziwnie stopniowo. Czerpała z zasobów świata, a jednocześnie niemal całkowicie się od niego odcięła. Szła coraz szybciej, nie patrząc, dokąd idzie, wołała o pomoc, nie słuchając własnego głosu, wydawało jej się, że nasłuchuje odpowiedzi, choć prawdopodobnie nie usłyszałaby nic nawet zza najbliższego drzewa. Zaczęła biec, w ogóle nie zdając sobie sprawy z tego, że biegnie. “Muszę zachować spokój - powtarzała sobie - choć nie biegła już, lecz wręcz pędziła. - Przed chwilą zaledwie siedziałam w samochodzie -myślała, biegnąc coraz szybciej. - «Nie wiem, dlaczego mamy płacić za wasze błędy»” - przypomniała sobie, w ostatniej chwili unikając gałęzi wymierzonej, jak mogłoby się zdawać, wprost w jej oko. Gałąź drasnęła Trishę w policzek, na którym pojawiła się cienka smużka krwi.

Biegła, hałaśliwie przedzierając się przez krzaki, nie słysząc trzasku łamanych gałązek, nieświadoma, że kolce rozdzierają jej dżinsy i skórę na nagich ramionach, czując na twarzy chłodny, przedziwnie podniecający podmuch powietrza. Wbiegła na zbocze, pędziła teraz przed siebie najszybciej, jak potrafiła, z przekrzywioną czapeczką na głowie i powiewającymi włosami (po gumce, która ściągała je w koński ogon, nie pozostało nawet wspomnienie), przeskakiwała mniejsze drzewka, powalone przez burzę przed wielu laty, dotarła na szczyt... i nagle pojawiła się przed nią szaroniebieska dolina, której przeciwległe, oddalone o kilka kilometrów zbocze wyznaczała naga granitowa ściana, przed sobą zaś miała tylko świeże powietrze wiosennego dnia; w ostatnich chwilach życia spadałaby przez nie, wirując i na darmo wzywając pomocy mamusi.

Trisha nie myślała, bała się tak bardzo, że nie była w stanie myśleć, lecz jej ciało samo z siebie rozpoznało, że nie zdąży zatrzymać się przed urwiskiem. Mogła tylko mieć nadzieję, że zdoła skręcić, nim będzie za późno. Skoczyła w lewo, prawa stopa poślizgnęła się i dziewczynka zawisła nad przepaścią. Słyszała, jak od skalnej ściany odrywają się kamyki i spadają w dół.

Biegła wzdłuż krawędzi urwiska, po cienkiej linii, odgradzającej zasypane igłami poszycie lasu od nagiej skały. Biegła, w jakiś niejasny, lecz dobitny sposób zdając sobie sprawę z nieszczęścia, które omal jej nie spotkało. Jednocześnie gdzieś z głębin pamięci wypłynęła scena z filmu science fiction, w którym bohater oszukał atakujące go dinozaury, tak że we wściekłej szarży spadły w przepaść.

Przed nią pojawił się dąb. Dobre sześć metrów jego pnia wisiało nad przepaścią niczym bukszpryt statku. Dziewczynka chwyciła drzewo w objęcia i przytuliła się do niego, przylgnęła podrapanym, zakrwawionym policzkiem do gładkiej kory, oddychając z wysiłkiem - każdy oddech odzywał się w jej płucach gwizdem, a przez usta wychodził jako szloch. Stała tak przez bardzo długą chwilę, drżąca i przerażona, nie śmiać oderwać się od drzewa, w końcu otworzyła oczy. Patrzyła w prawo i dostrzegła to, czego nie chciała dostrzec, nim udało się jej odwrócić.

W tym miejscu zbocze doliny miało niewiele więcej niż piętnaście metrów wysokości. Dno usłane było polodowcowymi, ostrymi głazami, spomiędzy których wyrastały gdzieniegdzie jaskrawozielone krzaczki. Nie brakowało tam też nadgniłych drzew i gałęzi, pozostałości po jakiejś dawnej burzy. Nagle z przeraźliwą jasnością wyobraziła sobie, co mogłoby się zdarzyć; oczami wyobraźni widziała samą siebie spadającą na dno, krzyczącą i wymachującą ramionami, widziała martwą ostrą gałąź, przebijającą jej ciało pod dolną szczęką, przechodzącą między zębami, przyszpilającą język do podniebienia niczym czerwoną karteczkę, a w końcu docierającą do mózgu i zabijającą ją.

- Nie! - krzyknęła, czując jednocześnie wstręt i przerażenie, bo przecież tak mogło być, tak omal nie było! Zachłysnęła się własnym oddechem. - Ale nic się nie stało - powiedziała cicho, szybko. Zadrapania po kolcach na ramionach i skaleczenia na policzku pulsowały bólem i szczypały od potu, z czego dopiero teraz zaczynała zdawać sobie sprawę. -Nic mi się nie stało, wszystko w porządku. Nic ci się nie stało, mała. - Puściła pień, zachwiała się i znów schwyciła go kurczowo w nagłym ataku paniki. Nie myślała jeszcze całkiem racjonalnie i po trosze spodziewała się, że ziemia w każdej chwili może się przechylić i zrzucić ją w przepaść. Nic mi nie jest - powtórzyła tym samym szybkim, zdyszanym głosem. - Nic mi nie jest, nic mi nie jest. - Powtarzała te słowa raz za razem, niczym zaklęcie, upłynęło jednak kilka minut, nim była w stanie zmusić się do puszczenia pnia przewróconego dębu po raz drugi, a gdy wreszcie jej się to udało, natychmiast odstąpiła od urwiska. Włożyła czapeczkę na głowę, obracając ją daszkiem do tyłu, z czego zresztą nie zdawała sobie sprawy, i spojrzała przez całą szerokość doliny. Zobaczyła niebo, ciężkie od deszczowych chmur, zobaczyła drzewa, na oko ze sześć bilionów drzew, nie dostrzegła natomiast ani śladu obecności człowieka, choćby tylko dymu z ogniska.

- Wszystko w porządku, ze mną wszystko w porządku -powiedziała głośno, odsuwając się od rozpadliny. Krzyknęła, gdy coś - wąż, wąż - otarło się o jej nogę, ale były to oczywiście tylko krzaki. Krzaki golterii, las był ich pełen, takich słodkich, takich obrzydliwych, i owady znów ją znalazły, otoczyły chmarą, setki czarnych plamek tańczyły jej przed oczami, tylko że teraz wydawały się czarniejsze niż przedtem, a także otwierały się niczym kwiaty czarnych róż. Trisha zdążyła jeszcze pomyśleć: “Mdleję, właśnie mdleję” -i przewróciła się na wznak, wywracając oczy, tak że widać było tylko białka. Muszki krążyły nad jej bladą twarzą, a po chwili dwa najodważniejsze moskity usiadły na jej powiekach i rozpoczęły ucztę.

Początek czwartej

Odzyskując przytomność, Trisha pomyślała najpierw: “Mama przesuwa meble”. Potem, że tata zabrał ją do hali Good Skaters w Lynn i że to dzieciaki szaleją na rolkach na starym drewnianym, pochylonym torze. Nagle coś zimnego rozprysło jej się na nosie, więc otworzyła oczy. Kolejna kropla wody trafiła ją wprost w czoło. Na niebie zabłysło jaskrawe białe światło, skrzywiła się i zmrużyła oczy. Huk grzmotu spowodował, że z chrapliwym jękiem obróciła się na bok i instynktownie zwinęła w pozycji płodu, i wówczas niebiosa się rozwarły.

Trisha usiadła i mechanicznie włożyła na głowę leżącą obok niej na ziemi czapeczkę. Oddychała ciężko, niczym ktoś, kogo wrzucono do bardzo zimnej wody (a czuła się dokładnie jak ten ktoś). Skoczyła na równe nogi, zachwiała się, lecz nie upadła. Rozległ się kolejny grzmot, na niebie pojawiła się białoniebieska blizna błyskawicy. Stojąc tak z wodą ściekającą z nosa, z mokrymi włosami przylepionymi do policzków, Trisha dostrzegła wysoki, na pół uschnięty świerk w dolinie, wybuchający nagle i rozpadający się na dwie płonące części.

A potem spadł deszcz tak gęsty, iż dolina na jej oczach zmieniła się we własny szkic, okryty szarą gazą.

Trisha wycofała się w głąb lasu. Przyklękła i wyciągnęła z plecaka niebieski płaszcz przeciwdeszczowy. Włożyła go (tata powiedziałby w tym momencie: “Lepiej późno niż wcale”), po czym usiadła przy powalonym drzewie, w głowie nadal jej się kręciło, powieki miała spuchnięte i swędzące. Okrywające ją gałęzie powstrzymywały deszcz, zbyt gwałtowny jednak, by zdołały powstrzymać go skutecznie. Narzuciła na głowę kaptur i słuchała dźwięku spadających nań kropel, bardzo podobnego do odgłosu deszczu uderzającego w dach samochodu. Dostrzegła wszechobecną chmurę muszek, pomachała przed oczami dłonią, ale w tym geście brakowało siły. “Nic ich nie odpędzi, zawsze są głodne, kłuły mnie w powieki, kiedy leżałam nieprzytomna, i nie pogardzą nawet moim martwym ciałem” - pomyślała i znów się rozpłakała, cicho, rozpaczliwie. Nie przestała jednak opędzać się od much, kurczyła się też za każdym grzmotem. Bez zegarka, nie widząc słońca, nie miała pojęcia, jak szybko mija czas. Wiedziała tylko tyle, że siedziała nieruchomo, skulona, mała postać w niebieskim płaszczyku, przytulona do zwalonego drzewa, póki huk grzmotów nie zaczął cichnąć na wschodzie niczym pokonany, lecz nadal agresywny byk. Deszcz ciągle padał. Komary bzyczały wokół niej, jeden nawet zabłąkał się pomiędzy jej głowę i kaptur. Przycisnęła kaptur kciukiem do głowy i jękliwe bzyczenie nagle umilkło.

- a masz - powiedziała ponuro. - Załatwiłam cię, przerobiłam na marmoladę.

Kiedy próbowała wstać, poczuła burczenie w żołądku. Przedtem nie była głodna, ale to zdążyło się już zmienić. Okropna była sama myśl o tym, że błądziła wystarczająco długo, by zgłodnieć. Zastanowiła się przelotnie, ile takich okropnych rzeczy jeszcze ją spotka, i doszła do wniosku, że lepiej nic nie widzieć, niczego nie przewidywać. “Może już żadna? - pomyślała. - Hej, dziewczyno, uśmiechnij się, może wszystkie okropne rzeczy są już za tobą”.

Zdjęła płaszcz i nim otworzyła plecak, przyjrzała się sobie dokładnie. Wyglądała żałośnie, przemoczona do suchej nitki i od stóp do głów pokryta sosnowymi igłami, na które padła zemdlona. “Zemdlałam pierwszy raz w życiu - pomyślała. - Będę musiała powiedzieć o tym Pepsi, zakładając oczywiście, że kiedyś jeszcze ją zobaczę”.

- Tylko nie zaczynaj - upomniała się głośno i odpięła klapę plecaka. Wyjęła z niego jedzenie i picie, układając je przed sobą w prostej linii. Widok papierowej torby z drugim śniadaniem sprawił, że żołądek zaburczał jej głośniej, bardziej natarczywie. Która właściwie może być godzina? Ukryty gdzieś głęboko umysłowy zegar, sterowany metabolizmem ciała, powiedział jej, że jest prawdopodobnie około trzeciej po południu, że od czasu, kiedy we wnęce śniadaniowej kuchni ich domu radośnie zajadała płatki kukurydziane, minęło osiem godzin, a od chwili, gdy zdecydowała się pójść po trzykroć przeklętym skrótem, pięć. Było około trzeciej. Może nawet bliżej czwartej.

Na drugie śniadanie przygotowała sobie jajko na twardo (nadal w skorupce), kanapkę z tuńczykiem i kilka łodyg selera. Miała także małą torebkę chipsów, całkiem dużą butelkę wody, butelkę Surge, największą, dwudziestojednouncjową, bo bardzo lubiła Surge, oraz batoniki Twinkie.

Na widok cytrynowo-limonowej oranżady Trisha poczuła nagle, że bardziej chce jej się pić niż jeść, a przede wszystkim jest szaleńczo wręcz spragniona cukru. Odkręciła zakrętkę, podniosła butelkę do ust i zawahała się. Pragnienie pragnieniem, ale nie byłoby najmądrzej wypić pół butelki jednym haustem. Nie jest przecież wykluczone, że pozostanie w lesie przynajmniej na jakiś czas. Nie miała ochoty w to uwierzyć, jęknęła, próbowała odsunąć od siebie tę głupią, wręcz szaleńczą myśl, ale jednocześnie doskonale wiedziała, że nie może sobie na to pozwolić. Kiedy wyjdzie wreszcie z tych lasów, znów będzie mogła myśleć jak dziecko, na razie jednak powinna zachowywać się jak dorosła, w każdym razie w miarę możliwości.

“Przecież wiesz, co widziałaś - pomyślała. - Wielką dolinę, w której nie było nic oprócz drzew. Ani śladu drogi, ani śladu dymu. Więc musisz zachowywać się mądrze. Musisz oszczędzać zapasy. Mama udzieliłaby ci dokładnie takiej rady. Tata też”.

Wypiła trzy łyki Surge, odsunęła butelkę od ust, czknęła i wypiła jeszcze dwa. Starannie zakręciła korek, po czym przyjrzała się reszcie zapasów.

Zdecydowała się na jajko. Obrała je, bardzo dbając o to, by skorupki odłożyć do plastikowej torebki, w którą jajko było pierwotnie zapakowane (do głowy jej nie przyszło, że śmiecąc i w ogóle pozostawiając jakieś ślady swej obecności, może uratować życie), a następnie posypała je solą. Zaszlochała przy tym krótko, wyobraźnia bowiem pokazała jej małą dziewczynkę w bezpiecznej kuchni w domu, sypiącą sól na papierek i skręcającą go zgodnie z naukami matki. Widziała cień głowy i rąk tej dziewczynki, rzucany na biały kuchenny blat przez zapaloną lampę, słyszała dobiegający z dużego pokoju dźwięk telewizyjnych wiadomości, słyszała kroki chodzącego po sypialni na piętrze Petera. Wspomnienie to było czyste, wyraźne i jasne niczym halucynacja, wydawało się niemal wizją. Zupełnie jak u tonącego, który widzi samego siebie siedzącego w łodzi, spokojnego, rozluźnionego, tak straszliwie, beztrosko bezpiecznego.

Trisha miała jednak lat dziewięć, prawie dziesięć, i była wysoka jak na swój wiek. Głód okazał się silniejszy niż wspomnienia i strach. Posoliła jajko i zjadła je szybko, nadal szlochając. Smakowało wspaniale. Chętnie zjadłaby drugie, a zapewne nawet i trzecie. Matka nazywała je wprawdzie “bombami cholesterolowymi”, ale cholesterol nie wydawał się szczególnie groźny komuś, kto zabłądził w lesie, krwawił z zadrapań, a powieki miał tak opuchnięte od ugryzień owadów, że sprawiały wrażenie obłożonych czymś, może ciastem przyklejonym do rzęs.

Przyjrzała się balonikom, po czym odwinęło sreberko i zjadła jeden. “Seks...szkolne!” - westchnęła; tego największego ze wszystkich komplementów nauczyła się oczywiście od Pepsi. Napiła się wody. Potem, szybko, nie dając szansy dłoniom, bo któraś mogła okazać się zdrajczynią i wepchnąć jej w usta coś jeszcze, spakowała resztę jedzenia do torby, zwinęła ją (torba dała się zwinąć znacznie bardziej niż przedtem), sprawdziła, czy butelka Surge została dobrze zakręcona, i schowała wszystkie swe dobra do plecaka. Jej palce trafiły na wypukłość jednej z kieszeni i nagle doznała uczucia zachwytu, mającego być może coś wspólnego z wchłoniętymi przed chwilą kaloriami.

Walkman! Zabrała ze sobą walkmana! o tak!

Odpięła wewnętrzną kieszonkę i wyjęła go, trzymając urządzenie delikatniej niż ksiądz eucharystię. Przewód słuchawek owinięty był wokół niego starannie, same słuchawki przypięte do plastikowych uchwytów, w środku znajdowała się ulubiona w tej chwili taśma jej i Pepsi, “Tubthumper” Chumbawamby, ale Trishy nie zależało akurat na muzyce. Nałożyła słuchawki i wsunęła je w uszy, przełączyła funkcję na radio i włączyła walkmana. Najpierw usłyszała wyłącznie szum, radio bowiem nastawione było na WMGX nadające z Portland, nieco niżej na skali znajdowało się jednak WO-XO z Norway, a po drugiej stronie WCAS, niewielka stacja z Castle Rock, miasteczka, które mijali po drodze na tę wycieczkę. Niemal słyszała głos brata, ociekający nowo odkrytą ironią nastolatka, mówiącego: “WCAS! Pipidówa dzisiaj, reszta świata jutro”, i rzeczywiście WCAS było stacją prowincjonalną, bez najmniejszych wątpliwości. Nadawało płaczliwe piosenki kowbojskie, śpiewane przez wykonawców takich jak Mark Chestnut i Tracę Adkins, a w przerwach didżejka przyjmowała telefony od ludzi pragnących sprzedać pralki, suszarki, buicki i broń myśliwską, a jednak Trisha miała teraz jakiś kontakt z ludźmi, słyszała w tej dziczy ich głosy, usiadła więc na zwalonym drzewie, zachwycona, machinalnie opędzając się czapeczką od owadów. Podano godzinę - była trzecia dziewięć.

O wpół do czwartej didżejka przerwała “Radiowy sklepik” na chwilę wystarczającą do przeczytania lokalnych wiadomości. Społeczność Castle Rock zdecydowanie wystąpiła przeciw barowi, który na piątkowe i sobotnie wieczory zatrudnił tancerki topless, w miejscowym domu starców wybuchł pożar (na szczęście nikt nie został ranny), tor wyścigów samochodowych w Castle Rock miał zostać otwarty po renowacji na święto Czwartego Lipca z nowiutkimi trybunami, zapowiadany jest pokaz sztucznych ogni. Popołudnie deszczowe, noc pogodna, jutrzejszy ranek słoneczny, temperatura dochodząca do trzydziestu stopni, i to wszystko. Ani słowa o zaginionej dziewczynce. Nie wiedziała, czy ma się tym cieszyć, czy martwić.

Już miała wyłączyć radio, kiedy kobiecy głos podał jeszcze jedną informację: “I nie zapomnijcie, proszę, że bostońskie Czerwone Skarpety walczą dziś z tymi utrapionymi nowojorskimi Jankesami. Spotkanie zaczyna się o siódmej i jasne, będziecie mogli wysłuchać transmisji tu, na WCAS, gdzie wszyscy wciągnęliśmy oczywiście czerwone skarpety, a teraz wracamy do...”

“A teraz wracamy do najbardziej gównianego dnia w życiu małej dziewczynki” - pomyślała Trisha, wyłączając radio i owijając je sznurem słuchawek. Mimo wszystko musiała przyznać, że po raz pierwszy od chwili, gdy poczuła ten charakterystyczny skurcz gdzieś między sercem a żołądkiem, odzyskała coś w rodzaju spokoju i poczucia pewności. Częściowo zapewne dlatego, że zjadła co nieco, ale zapewne więcej miał z tym wspólnego ludzki głos z radia, prawdziwy ludzki głos, rozbrzmiewający tuż przy uchu.

Moskity zgromadziły się w stada na jej udach, próbując przegryźć się przez materiał dżinsów. Dzięki Bogu, nie włożyła szortów, z jej nóg pozostałyby wyłącznie ogryzione kości.

Ubiła moskity i wstała. Co teraz? Czy wie, co powinien robić ktoś, kto się zgubił w lesie? No cóż, wiedziała, że słońce wschodzi na wschodzie i zachodzi na zachodzie, i niewiele więcej. Ktoś kiedyś powiedział jej, że mech rośnie na drzewach od strony północnej, a może południowej, tak naprawę nie pamiętała której. Być może najmądrzejsze, co mogła zrobić, to pozostać na miejscu, znaleźć sobie schronienie przed moskitami raczej niż deszczem (kilku z nich znów udało się przedostać pod kaptur i doprowadzały ją do szaleństwa) i czekać na ekipę ratunkową. Gdyby miała zapałki, mogłaby spróbować rozpalić ognisko, las był mokry po deszczu i ogień z pewnością by się nie rozprzestrzenił, a dym wskazałby drogę ratownikom. Oczywiście “gdyby świnie miały skrzydła, boczek umiałby latać”. Mądrość ze skarbnicy ojca.

- Zaraz, chwileczkę - powiedziała głośno. - Zaraz, chwileczkę...

Pamiętała coś o wodzie. Może wydostać się z lasu dzięki pomocy wody. Tylko jak?... Przypomniała sobie odpowiedź na to pytanie i znów poczuła znajome uniesienie, tak silne, że zakręciło jej się w głowie. Zachwiała się, jakby nagle usłyszała puls rytmicznej muzyki... Trzeba znaleźć strumień! Tej mądrości nie zawdzięczała matce, znalazła ją w książeczce z cyklu ,.Little House”, bardzo dawno temu, miała wówczas może z siedem lat. Trzeba znaleźć strumień, pójść z jego prądem, a prędzej czy później strumień albo wyprowadzi cię z lasu, albo doprowadzi do większego strumienia. Jeśli doprowadzi do większego strumienia, trzeba iść z jego prądem aż do znalezienia jeszcze większego strumienia, w każdym razie któryś z kolejnych “większych strumieni” z całą pewnością wyprowadzi człowieka z lasu, wszystkie strumienie bowiem płyną do morza, a nad morzem nie ma lasu, tylko plaże, klify i od czasu do czasu latarnie morskie, a jak ma znaleźć strumień? Ależ nie ma nic prostszego, wystarczy iść wzdłuż krawędzi urwiska, w które omal nie wpadła, taka była głupia. Krawędź urwiska poprowadzi ją w jednym określonym kierunku, więc prędzej czy później musi znaleźć ten pierwszy strumyk, w lasach ich nie brakuje, najłatwiej znaleźć strumyk w lesie...

Zarzuciła plecak na ramiona - tym razem także na płaszcz przeciwdeszczowy - po czym ostrożnie podeszła do krawędzi urwiska w miejscu, w którym leżał powalony przez burzę dąb, w tej chwili Trisha myślała o swym panicznym biegu przez las z mieszaniną czułości i wstydu charakterystyczną dla dorosłego, wspominającego wyjątkowo niemiłe przeżycia dzieciństwa, mimo wszystko jednak nie była w stanie podejść zbyt blisko krawędzi. Gdyby to zrobiła, pewnie dostałaby mdłości. Może by zemdlała... albo na przykład zwymiotowała, a zwymiotować tę odrobinę jedzenia, którą przed chwilą spożyła, to byłby naprawdę bardzo nierozsądny pomysł...

Skręciła w lewo i ruszyła przez las, mając krawędź doliny w odległości co najmniej pięciu metrów, po prawej ręce. Co pewien czas wręcz zmuszała się, by podejść nieco bliżej i upewnić się, że się od niej nie oddala, że i ona, i widoczna za nią bezkresna dolina, nadal pozostają w zasięgu wzroku. Wciąż nasłuchiwała też ludzkich głosów, ale bez wielkiej nadziei, nie wiadomo, którędy przebiegał główny szlak, mogła nań natrafić wyłącznie dzięki łutowi najgłupszego w świecie szczęścia. Teraz najważniejszy był szmer strumienia -i wreszcie go usłyszała.

“Niewielki pożytek z wodospadu, który wali się w dół z tego przeklętego urwiska” - pomyślała i zdecydowała, że nim uda się jej dotrzeć do strumienia, podejdzie i sprawdzi, jak to urwisko wygląda, w ten sposób przynajmniej uniknie rozczarowania.

Drzewa rosły tu nieco dalej od krawędzi, przestrzeń między granicą lasu a zboczem doliny porastały krzaki, które za cztery do pięciu tygodni nakarmiłyby ją bez wątpienia czarnymi jagodami. Na razie jednak przyszłe jagody miały postać zielonych kulek, najzupełniej niejadalnych. Nie brakowało tu jednak golterii, jak najbardziej jadalnych, co warto było chyba zapamiętać. Tak na wszelki przypadek.

Ziemia pomiędzy krzaczkami jagód była jałowa, skalista, odzywała się pod nogami Trishy dźwiękiem przypominającym deptanie rozbitego szkła. Szła po tym piargu bardzo ostrożnie, a kiedy znalazła się jakieś trzy metry od krawędzi, opadła na czworaki i zaczęła się czołgać. “Jestem bezpieczna - powtarzała sobie - jestem najzupełniej bezpieczna, bo wiem, czym mi to grozi...”, a jednak serce jak młotem waliło jej w piersi. Dotarła wreszcie nad skraj przepaści i roześmiała się krótko, nerwowo, przepaści bowiem właściwie tu nie było.

Dolina nadal wydawała się bardzo szeroka, ale i to się miało wkrótce zmienić, gdyż po tej stronie jej krawędź opadała; Trisha tak intensywnie wsłuchiwała się w szmer wody i tak intensywnie myślała (przede wszystkim o tym, by znów nie wpaść w panikę), że w ogóle nie zdawała sobie z tego sprawy. Podpełzła nieco dalej, za ostatni rząd krzaczków, i spojrzała w dół.

Ściana doliny opadała w tym miejscu na najwyżej sześć metrów, i nie była to już skalna ściana, lecz raczej stromy piarg. Na dnie dziewczynka dostrzegła nagie drzewa, krzaczki jagód i kolczaste jeżyny, rosnące pomiędzy ostrymi, polodowcowymi skałami. Deszcz przestał już padać, grzmoty rozlegały się zaledwie od czasu do czasu, niegroźne, lecz dowodzące, że natura nie jest w najlepszym humorze, po burzy pozostała jednak mżawka; widoczne na dole głazy robiły wrażenie nieprzyjemnych, śliskich, niczym żużel pozostały po wytapianiu żelazu.

Trisha cofnęła się i wstała. Brnąc wśród niskich krzaczków, ruszyła w kierunku, skąd dobiegał odgłos strumienia. Zaczynała już odczuwać zmęczenie, bolały ją mięśnie nóg, uznała jednak, że w zasadzie jest w dobrej formie. Bała się, pewnie, ze się bała, ale przynajmniej nie tak strasznie, jak przedtem. To przecież jasne, że ktoś ją znajdzie. Ktoś zawsze znajduje ludzi, którzy gubią się w lesie. Używa się do tego samolotów, helikopterów i specjalnie tresowanych psów, pracujących dopóty, dopóki ten, kto się zgubił, nie zostanie odnaleziony.

“A może ja sama jakoś się uratuję - pomyślała. - Znajdę chatę traperską, wejdę do niej przez okno, jeśli drzwi będą zamknięte, i oczywiście nikogo w środku nie zastanę, ale będzie tam telefon...”

Oczami wyobraźni Trisha już widziała się w chacie jakiegoś trapera, nieużywanej od jesieni, oczami wyobraźni widziała kraciastą ceratę, narzuconą niedbale na meble, i niedźwiedzią skórę na podłodze. Czuła zapach kurzu i popiołu z węglowej kuchni, ten jej sen na jawie był tak przekonujący, że czuła nawet zapach dawno parzonej kawy! Chata była pusta, lecz wyposażona w telefon, staroświecki, z ciężką słuchawką, którą podnosiło się do ucha obiema dłońmi, ale działający. Słyszała nawet, jak mówi do słuchawki: “Halo? Mama? Tu Trisha. Właściwie to nie wiem, gdzie jestem, ale niemi sienie...”

Wyobrażona, nieistniejąca chata i wyobrażony, nieistniejący telefon zaprzątnęły ją tak bardzo, że omal nie wpadła do strumyka wypływającego z lasu i spadającego po niskim, kamienistym zboczu, w ostatniej chwili złapała się gałęzi brzozy i zapatrzyła w strumyk z uśmiechem na ustach. Dzień miała gówniany, nie da się ukryć, iż był to dzień gówniany, ale szczęście chyba już się do niej uśmiechnęło, więc czapki z głów, panie i panowie! Podeszła do krawędzi urwiska. Strumyk spadał z niego, tu i ówdzie trafiając na co większe głazy i pieniąc się na nich; w słoneczne popołudnie w pianie widziałaby zapewne tęcze. Zbocze po jego obu stronach wydawało się śliskie, zdradzieckie, pełne luźnych, wilgotnych kamieni, mimo wszystko jednak krzaki rosły tu dość gęsto. Gdyby zdarzyło się jej poślizgnąć, chwyciłaby się po prostu któregoś z nich, tak jak przedtem chwyciła się pnia brzozy.

- Woda prowadzi do ludzi - powiedziała głośno i zaczęła schodzić po zboczu.

Schodziła bokiem, drobnymi kroczkami, prawym brzegiem strumyka, z początku szło jej nieźle, mimo iż zbocze okazało się w rzeczywistości bardziej strome, niż mogło się to wydawać z góry, a kamienie usuwały się spod nóg przy każdym kroku. Niesiony na ramionach plecak, o którym niemal zapomniała, ujawnił teraz swe istnienie, przypominając ciężkie, choć bezwładne dziecko w nosiłkach; ilekroć się przesuwał, musiała machać rękami, by utrzymać równowagę. Mimo to wszystko nadal wydawało jej się w porządku -i bardzo dobrze, ponieważ kiedy przystanęła w połowie drogi z dolną, prawą stopą wciśniętą między luźne kamienie, zdała sobie sprawę, że wrócić na górę już nie zdoła. Na dobre czy na złe, musiała zejść w dolinę.

Ruszyła przed siebie, w trzech czwartych drogi owad, wielki owad, a nie muszka i nie komar, uderzył ją w twarz, i była to osa, bez wątpienia osa. Zamachnęła się na nią z krzykiem, plecak przekrzywił się gwałtownie i nagle nie sposób już było mówić o utrzymaniu równowagi. Upadła, ramieniem uderzyła w skaliste zbocze, aż szczęknęły jej zęby, i zaczęła się po nim ślizgać.

- Kurka wodna! - krzyknęła, kurczowo chwytając się, czego tylko się dało. Zdołała uchwycić garść kamieni, które spadały wraz z nią, poczuła nagły ból, kiedy ostry odłamek kwarcu przeciął jej dłoń. Trafiła na krzak, którego nie obroniły przed nią absurdalnie płytkie korzenie. Trafiła na coś stopą, prawa noga wygięła się boleśnie i Trisha nagle wzleciała w powietrze, wykonując niezaplanowane salto, choć miała wrażenie, że to świat kręci się wokół niej.

Upadła na plecy i zsuwała się dalej, szeroko rozstawiając nogi i wymachując ramionami, krzycząc z bólu, strachu i zaskoczenia. Płaszcz przeciwdeszczowy i podkoszulek podwinęły się jej aż na łopatki, ostre kamienie wyrywały kawałki skóry z pleców. Próbowała hamować stopami, lewa trafiła w głębiej wbity w ziemię kamień, co obróciło ją w prawo. Trisha natychmiast zaczęła się toczyć, brzuch, plecy, brzuch, plecak to wbijał się jej w ramiona, to podrywał ją w powietrze. Niebo jakimś cudem znalazło się w dole, nieznośny ostry piarg w górze, potem zamieniły się miejscami, zmiana partnera w tańcu, wszyscy zmieniamy partnerów.

Ostatnie dziesięć metrów Trisha zjechała na lewym boku, z wyciągniętym lewym ramieniem i twarzą skrytą w zgięciu łokcia. Coś uderzyło ją wystarczająco mocno, by nabić jej siniaki na tym boku, i nagle, nim w ogóle zdążyła spojrzeć nad ramieniem, poczuła świdrujący ból tuż nad lewą kością policzkową. Krzyknęła i poderwała się na kolana, instynktownie uderzając i miażdżąc to coś, czyli oczywiście kolejną osę, która zdołała jednak użądlić ją po raz drugi, a kiedy Trisha otworzyła oczy, ujrzała osy wszędzie dookoła, żółtobrązowe potwory o zwisających, ciężkich odwłokach, obrzydliwe, tłuste fabryki jadu.

Ześlizgnęła się wprost na martwe drzewo u stóp zbocza, jakieś siedem metrów od wesołego strumyka, w miejscu, gdzie z jego pnia wyrastały najniższe gałęzie, dokładnie na poziomie oczu dziewczynki dziewięcioletniej, ale wysokiej jak na swój wiek, wisiało szare gniazdo. Wściekłe osy pełzały po nim, a inne wylatywały z otworu u góry.

Kolejna osa użądliła Trishę w szyję po prawej, tuż pod daszkiem czapki, następna w prawe ramię nad łokciem. Wrzeszcząc, w ślepej panice, dziewczynka rzuciła się do ucieczki. Poczuła przeszywający ból w karku i na plecach, nisko, tuz nad paskiem dżinsów, pod podwiniętą koszulą i między strzępami podartego płaszcza przeciwdeszczowego. Biegła w kierunku strumienia bezmyślnie, bez planu, bez żadnego zamiaru, nie widziała tam po prostu żadnych większych przeszkód. Śmigała między kępami krzaków, a kiedy się zagęściły, przedzierała się przez nie, tratując je. Ciężko dysząc, zatrzymała się wreszcie nad brzegiem strumienia; zapłakana i przerażona, obejrzała się przez ramię. Osy znikły,

ale nim im uciekła, zdołały przecież dokonać dzieła zniszczenia. Lewe oko, blisko którego użądliła ją pierwsza, było tak spuchnięte, że nic przez nie nie widziała.

“Jeśli jestem uczulona na jad os, umrę” - pomyślała, ale nadal w szoku, nie przywiązywała do tej refleksji większego znaczenia. Usiadła na brzegu strumyka, przyczyny jej ostatnich kłopotów, szlochając i pociągając nosem. Opanowała się odrobinę, zdjęła z ramion plecak. Jej ciałem targały dreszcze, na przemian sztywniało ono i rozluźniało się, a kiedy mięśnie się napinały, czuła ostry ból ukąszeń. Objęła plecak ramionami, kołysała go na kolanach jak dziecko i płakała. Przypomniał jej Monę spoczywającą na tylnym siedzeniu samochodu, poczciwą starą Moanie Balognę o wielkich niebieskich oczach. Był taki czas, kiedy rodzice najpierw rozważali rozwód, a potem się rozwodzili, gdy uważała Monę za swą jedyną pociechę; nawet Pepsi nie byłaby w stanie zrozumieć, co przeżywała. Teraz rozwód rodziców wydawał jej się sprawą nieważną, wręcz błahą. Na świecie istniały sprawy boleśniejsze niż dwójka dorosłych, którzy nie potrafią żyć razem, na przykład osy, i Trisha dałaby wiele, by znów mieć przy sobie Monę.

Na szczęście nie miała umrzeć od osiego jadu, bo gdyby miała, to zapewne już by umarła. Podsłuchała kiedyś, jak mama i pani Thomas, mieszkająca po drugiej stronie ulicy, rozmawiały o kimś uczulonym na osy czy pszczoły i pani Thomas powiedziała wówczas: “W dziesięć sekund po użądleniach biedny Frank był spuchnięty jak balon. Gdyby nie miał przy sobie strzykawki, to chyba udusiłby się na śmierć”. Ona jednak bynajmniej się nie dusiła, choć użądlenia strasznie ją bolały i rzeczywiście, puchły niemal jak balony. To przy oku zmieniło się w miniaturowy wulkan gorącej tkanki, a kiedy przycisnęła je palcami, przeraźliwy ból odczuła aż w głowie i po prostu musiała krzyknąć. Nie płakała już, lecz mimo to z jej lewego oka łzy płynęły nieprzerwanym strumieniem.

Poruszając dłońmi ostrożnie, delikatnie, Trisha sprawdziła, w jakim jest stanie. Udało się jej umiejscowić co najmniej sześć żądeł, a tuż nad biodrem po lewej było miejsce, w które wbiły się dwa lub nawet trzy, i ono bolało najbardziej. Plecy zdawały się wręcz odarte ze skóry, lewe ramię zaś, którym osłaniała się podczas ostatniego etapu zjazdu, ociekało krwią od łokcia aż do nadgarstka. Policzek, zraniony wcześniej gałęzią, teraz znów krwawił.

“To nie w porządku - uznała. - To nie w po...”

I nagle do głowy wpadła jej straszna myśl, tylko że nie była to właściwie myśl, lecz raczej pewność. Rozbiła walkmana, jej walkman roztrzaskał się na milion części w kieszeni plecaka, niemożliwe, żeby przetrwał zjazd po zboczu. Chwyciła sprzączki zakrwawionymi, drżącymi palcami, szarpała paski i wreszcie odpięła klapę. Wyciągnęła game-boya, oczywiście zniszczonego, z displayu, na którym tańczyły niegdyś elektroniczne znaczki, pozostało tylko kilka kawałków żółtego szkła. Pękła również torba chipsów i biała plastikowa obudowa pokryta była tłustymi okruchami.

Obie plastikowe butelki, wody i Surge, były wgniecione, lecz całe. Torba z drugim śniadaniem miała teraz grubość jeża przejechanego przez samochód, ją także oblepiały okruchy chipsów, Trisha nie pofatygowała się jednak, by zajrzeć do środka. “Mój walkman - powtarzała raz za razem, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że szlocha. Otworzyła wewnętrzną kieszeń. - Mój mały, biedny walkman”. Urwanie kontaktu z głosami z prawdziwego, ludzkiego świata wydawało się jej w tej sytuacji wręcz nie do zniesienia.

Sięgnęła do kieszeni i oto zdarzył się cud... wyciągnęła walkmana nienaruszonego. Tyle że sznur słuchawek, poprzednio schludnie obwiązany wokół niego, zsunął się i splątał, ale to wszystko. Trzymała go w dłoniach, z niedowierzaniem biegając wzrokiem od niego do gameboya i z powrotem. Jakim cudem jedno przetrwało bez uszczerbku, a drugie zostało tak całkowicie zniszczone? Jak to możliwe?

“To niemożliwe - odpowiedział jej znienawidzony głos w głowie. - Walkman wygląda dobrze, ale ma zniszczony środek”.

Trisha wyprostowała przewód, założyła słuchawki i położyła palec na przycisku “Power”. Zapomniała o żądłach, o ugryzieniach owadów, o zadrapaniach i rozcięciach. Zamknęła spuchnięte, ciężkie powieki, odcinając się od zewnętrznego świata.

- Boże, błagam - powiedziała w tę ciemność - nie dopuść, by mój walkman był zepsuty, i włączyła go.

- Informacja z ostatniej chwili - powiedział głos didżejki tak czysty i dźwięczny, jakby przemawiał do Trishy w środku głowy. - Kobieta z Sanford, odbywająca z dwojgiem dzieci wycieczkę odcinkiem Szlaku Appalachów, poinformowała władze, że jej córka, dziewięcioletnia Patricia McFarland, znikła, prawdopodobnie zabłądziwszy w lasach na zachód od TR-90 i miasteczka Motton”.

Trisha otworzyła szeroko oczy i słuchała radia jeszcze przez dobre dziesięć minut, mimo iż WCAS, niczym jakiś nałogowiec, natychmiast powróciło do kowbojskiej muzyki i informacji o wyścigach NASCAR, a więc zabłądziła w lesie i informację tę podano oficjalnie, w radiu. Zatem już bardzo niedługo oni rozpoczną akcję poszukiwawczą, kimkolwiek byliby ci oni; najprawdopodobniej są to ludzie w gotowych do startu helikopterach i treserzy psów gończych. “Matka będzie śmiertelnie przerażona” - pomyślała Trisha i ku własnemu zaskoczeniu odczuła odrobinę satysfakcji.

“Nie miałam odpowiedniej opieki - tłumaczyła się, zdejmując z siebie jakąkolwiek odpowiedzialność za to, co się stało. - Jestem małą dziewczynką i nie miałam odpowiedniej opieki, a jeśli będzie na mnie krzyczeć, powiem jej: «Kłóciliście się cały czas, nie potrafiliście przestać, a ja miałam już tego kompletnie dość»”. Pepsi by się to spodobało.

W końcu wyłączyła jednak walkmana, owinęła go kablem słuchawek, cmoknęła z wdzięczności gładką obudowę i schowała troskliwie urządzenie do kieszeni plecaka. Przyjrzała się spłaszczonej torbie ze śniadaniem i zdecydowała, że brak jej siły charakteru, by otworzyć ją i sprawdzić, w jakim stanie jest kanapka z tuńczykiem i drugi baton. Byłoby to przeżycie zbyt przygnębiające. Dobrze przynajmniej, że zjadła jajko, zapobiegając w ten sposób jego przetworzeniu na sałatkę jajeczną. Na tę myśl powinna być może zachichotać, ale jakoś nie była w stanie. Studnia chichotów, którą jej matka uważała za niewyczerpaną, najwyraźniej wyschła.

Usiadła na brzegu strumyczka, w tym miejscu szerokiego na zaledwie metr z kawałkiem, i wpatrzona weń ponuro, zajadała chipsy, najpierw te z pękniętej torby, potem te przyklejone do torebki z drugim śniadaniem, a na końcu okruszki, które przylgnęły do dna plecaka. Jakiś wielki owad, bucząc, przeleciał jej przed twarzą, krzyknęła i uniosła dłoń w obronnym geście, ale była to tylko ważka.

Wreszcie, poruszając się powoli jak sześćdziesięcioletnia babcia po dniu ciężkiej pracy (i rzeczywiście czuła się jak sześćdziesięcioletnia babcia po dniu ciężkiej pracy), zebrała wszystkie swe dobra łącznie z roztrzaskanym gameboyem, schowała je z powrotem do plecaka i wstała. Nie zapinając klapy, zdjęła płaszcz przeciwdeszczowy i przyjrzała mu się uważnie. Cienki i nietrwały, nie zapewnił jej żadnej ochrony podczas upadku, za to podarł się dosłownie na paski, trzepoczące na wietrze w sposób, który w innych okolicznościach z pewnością uznałaby za komiczny - przypominał niebieską plastikową spódniczkę hula - pomyślała jednak, że warto go zatrzymać. Zapewniał przynajmniej jakąś ochronę przed owadami, które znów krążyły chmurą nad jej nieszczęsną głową. Moskitów też było więcej niż przedtem, zapewne przyciągnęła je krew na jej ramionach, którą jakoś wyczuwały.

Miała właśnie włożyć resztki płaszcza przeciwdeszczowego - plecak był następny - kiedy po raz pierwszy dostrzegła błoto na brzegu strumyka. Przyklęknęła na jedno kolano, krzywiąc się, kiedy materiał dżinsów potarł użądlenia na biodrze, i zanurzyła palce w szarobrązowej mazi. Spróbować czy nie spróbować?

- a co mi to może zaszkodzić? - westchnęła i nałożyła warstewkę błota na opuchliznę na biodrze. Było cudownie zimne i ból zmniejszył się wyraźnie niemal natychmiast. Bardzo ostrożnie posmarowała więc błotem wszystkie użądlenia, do których była w stanie dosięgnąć, łącznie z opuchlizną zasłaniającą jej oko. Następnie wytarła dłonie o dżinsy (i dłonie, i dżinsy wyglądały obecnie znacznie gorzej niż sześć godzin temu), włożyła podarty płaszcz, narzuciła plecak na ramiona (dzięki Bogu, nie ocierał żadnej z ran) i ruszyła w dół strumienia, w pięć minut później była z powrotem w lesie.

Maszerowała wzdłuż brzegu przez mniej więcej cztery godziny, słysząc wyłącznie ptasie śpiewy i bzyczenie owadów. Mżyło właściwie cały czas, a raz mżawka przeszła w deszcz, wystarczająco gwałtowny, by ponownie przemoczyć ją do suchej nitki, choć zdołała się schronić pod największym drzewem w okolicy. Pocieszało ją tylko to, że podczas tego deszczu nie grzmiało i nie błyskało.

Trisha nigdy nie czuła się dziewczynką z miasta aż tak rozpaczliwie, jak podczas tego okropnego dnia, który powoli chylił się już ku zachodowi. Miała wrażenie, że charakter lasu zmienia się falami. Przez pewien czas szła wśród wielkich starych sosen, i to było w porządku, ponieważ wyglądało zupełnie jak scena z filmów animowanych Disneya. Potem, nagle, nadchodziła inna fala, a ona musiała się przeciskać wśród gęsto rosnących, pokręconych drzew i kęp krzaków, które przeważnie miały kolce, cały czas uchylając się przed suchymi gałęziami, usiłującymi poranić jej ramiona i wydłubać oczy. Mogło się wydawać, że rosną tylko po to, by zagradzać drogę, i powoli, w miarę jak zmęczenie Trishy wzrastało, dziewczynka zaczęła przypisywać im inteligencję, świadomość obecności obcej istoty w niebieskim płaszczu przeciwdeszczowym, której trzeba przeszkodzić i którą trzeba zranić. Ale nawet ta objawiana przez drzewa chęć, by ją podrapać, a w sprzyjających okolicznościach może nawet wydłubać jej oko, nie wydawała się najważniejsza. Przede wszystkim chciały one odciąć ją i odepchnąć od strumienia, drogi do innych ludzi, jedynego sposobu wydostania się z lasu.

Trisha oddalała się od brzegu wówczas, gdy był on zarośnięty tak gęsto, że przedarcie się przez zarośla wydawało się niemożliwością, absolutnie natomiast nie godziła się skręcić w las tak głęboko, by przestać słyszeć szum płynącej wody. Gdy tylko wydawało jej się, że cichy szmer strumienia zanika, wolała raczej na czworakach przedzierać się pod gałęziami, niż iść dalej przed siebie i szukać łatwiejszej drogi. Nienawidziła czołgać się po wilgotnej ziemi. Wśród sosen ziemia była sucha i miękko usłana igłami, w kępach krzaków zawsze wydawała się nieprzyjemnie błotnista. Niemal przez cały czas plecak przeszkadzał jej strasznie, plątał się w gałęziach, a kilka razy dosłownie się w nich zakleszczał... i przez cały czas, niezależnie od tego, jak gęste były zarośla, nad głową dziewczynki unosiła się chmura muszek.

Rozumiała, dlaczego czuje się tak źle, skąd bierze się ogarniające ją uczucie beznadziejności, ale nie potrafiła wypowiedzieć tego słowami. Chodziło po prostu o to, że wielu rzeczy w lesie nie umiała nazwać. Matka nauczyła ją rozpoznawać brzozy, buki, klony, świerki i sosny, nauczyła ją rozpoznawać tępe stukanie dzięcioła i chrapliwe krakanie wron, ze zmierzchem w lesie niosło się też skrzypliwe cykanie świerszczy... ale czym właściwie była cała reszta? Jeśli matka jej tego uczyła, Trisha zapomniała tych lekcji, miała jednak wrażenie, że wcale ich nie było. Zaczynała rozumieć, że matka jest, podobnie jak ona sama, dziewczyną z miasta, z Massachusetts, która przeniosła się do Maine, lubi spacerować po lesie i przeczytała kilka popularnych książek przyrodniczych. Czym na przykład były gęste krzaki o lśniących zielonych liściach? Boże, byle nie trującym dębem! Albo małe powykręcane drzewka o szarych pniach? Albo drzewa o wąskich, zwisających liściach? Lasy wokoło Sanford, po których matka tak lubiła spacerować, czasami sama, a czasami z córką, były lasami oswojonymi. Ten las z całą pewnością nie był oswojony.

Trisha próbowała wyobrazić sobie setki poszukujących jej mężczyzn, zbliżających się do niej powoli. Wyobraźnię miała niezłą, więc początkowo przychodziło jej to bez kłopotu. Widziała dziesiątki wielkich żółtych autobusów szkolnych z tabliczkami: “Wynajęte: ekipy poszukiwawcze”, tam gdzie zwykle umieszczało się informację, dokąd autobus dojeżdża. Widziała, jak zjeżdżają na parkingi wzdłuż całego Szlaku Appalachów w zachodniej części Maine. Widziała, jak przez otwarte drzwi wysypują się z nich mężczyźni w brązowych mundurach, niektórzy z psami na smyczach, wszyscy z krótkofalówkami przy paskach, a kilku z tymi specjalnymi wielkimi głośnikami na baterie. Ich głos miała usłyszeć pierwszy, donośny, wzmocniony, boski głos wołający: “Trisho McFarland, gdzie jesteś? Jeśli mnie słyszysz, idź w kierunku głosu!”

A jednak cienie w lasach wydłużały się i krzyżowały, ona zaś nie słyszała ludzkiego głosu, wyłącznie cichy szmer strumienia, tak samo szerokiego tu, jak w miejscu, w którym nań trafiła, i swój własny przyśpieszony oddech. Obraz mężczyzn w brązowych mundurach bladł i słabł.

“Nie mogę zostać tu przez całą noc - pomyślała - nikt chyba nie oczekuje ode mnie, że zostanę tu przez całą noc...”

Poczuła kolejny przypływ paniki: przyśpieszone bicie serca, suchość w ustach, tępy ból oczu wychodzących z oczodołów. Zabłądziła w lesie, otaczały ją drzewa, których nie potrafiła nawet nazwać, była sama w miejscu zupełnie obcym miejskiemu doświadczeniu; jej możliwości rozpoznawania świata i reagowania nań zawęziły się więc dramatycznie do najprostszych i najbardziej prymitywnych. Jednym krokiem pokonała drogę dzielącą dziewczynkę miejską od dziewczynki jaskiniowej.

Trisha bała się ciemności nawet w domu, w swoim pokoju, oświetlonym przez okno stojącą na rogu latarnią. Pomyślała, że jeśli przyjdzie jej spędzić noc tu, w lesie, z pewnością oszaleje. Coś jej podpowiadało, że powinna pędzić, uciekać. Nie przejmować się tym, że każdy strumień musi w końcu doprowadzić zbłąkanego wędrowca do ludzi. To prawdopodobnie jeszcze jeden nonsens z serii książeczek “Little House”. Szła wzdłuż tego strumienia ładne parę kilometrów i jedyne, do czego ją doprowadził, to do jeszcze większej inwazji owadów. Pragnęła uciec od niego jak najdalej, obojętne dokąd, najlepiej w tym kierunku, w którym najłatwiej jej będzie uciekać. Biec tak szybko, by spotkać ludzi jeszcze przed zmrokiem. Był to pomysł doprawdy zwariowany, z czego doskonale zdawała sobie sprawę... ale cóż? Nie zmalał od tego ból oczu (a i ukąszenia znów zaczęły boleć), nie znikł metaliczny smak strachu w ustach.

Przedarła się przez kępę drzew rosnących tak blisko siebie, że były właściwie ze sobą splątane, i wyszła na małą, półkolistą polankę w miejscu, gdzie strumyk skręcał lekko w lewo. Polanka, ograniczona krzakami i rosnącymi tu i ówdzie drzewami, wydała jej się po prostu rajem. Był tu nawet zwalony pień, mogący posłużyć za ławkę.

Usiadła na tym pniu, zamknęła oczy i próbowała pomodlić się o ratunek. Prośba do Boga o to, by walkman okazał się cały, była łatwa, ponieważ poprosiła Go o to spontanicznie, teraz jednak modlitwa przychodziła jej z trudem. Oboje rodzice nie chodzili do kościoła, mama wychowała się w wierze katolickiej, lecz ją porzuciła, tata - o ile wiedziała - nie miał czego porzucać, i teraz ich córka znów się zagubiła, nie znajdując właściwych słów. Zmówiła “Ojcze nasz”, ale w jej ustach słowa modlitwy brzmiały nieprzekonująco i nie przynosiły ukojenia, wydawały się w tej sytuacji równie użyteczne, jak elektryczny otwieracz do puszek. Otworzyła oczy i rozejrzała się dookoła. Aż za dobrze widziała, jak szaro robi się na świecie. Nerwowo splotła poranione dłonie.

Nie pamiętała, by kiedykolwiek zdarzyło jej się dyskutować o kwestiach natury duchowej z matką, ale przed niespełna miesiącem spytała ojca, czy wierzy w Boga. Siedzieli przed jego małym domkiem w Malden, zajadając lody od lodziarza, który nadal rozwoził je białym, dzwoniącym samochodzikiem (na samą myśl o tym małym białym samochodziku Trisha omal znów się nie rozpłakała). Peter był, jak to się mówiło w Malden, “w parku”, wygłupiając się ze swoimi dawnymi przyjaciółmi.

- Bóg - powiedział wówczas tata, smakując to słowo niczym nowy smak lodów: waniliowe z Bogiem poproszę zamiast waniliowych z rodzynkami. - Dlaczego o to pytasz, malutka?

Trisha pokręciła głową na znak, że nie wie, dlaczego o to zapytała. Teraz, siedząc na zwalonym pniu w ten chmurny, obrzydzony ciągłym bzykaniem owadów czerwcowy wieczór, pomyślała naraz ze strachem, że być może gdzieś, w najgłębszej głębi jej istoty, kryje się coś, co potrafi przewidywać przyszłość, i że to coś być może przewidziało, iż wkrótce będzie potrzebować Boga, więc wysłało sygnał do jej świadomości.

- Bóg - powtórzył Larry McFarland, liżąc lody. - Bóg... no tak, Bóg. - Przerwał i znów się zamyślił. Trisha siedziała po swojej stronie piknikowego stoliczka, patrzyła na mały, wymagający przystrzyżenia trawnik i nie poganiała ojca, on zaś powiedział w końcu: - Powiem ci, w co wierzę. Wierzę w Niesłyszalne.

- w co? - Trisha spojrzała na ojca, niepewna, czy mówi poważnie, czy żartuje. Ale nie sprawiał wrażenia kogoś, kogo trzymają się żarty.

- w Niesłyszalne. Pamiętasz, jak mieszkaliśmy przy Fore Street?

Oczywiście, że pamiętała dom przy Fore Street. Od domu, w którym mieszkał teraz tata, dzieliły go trzy przecznice, stał prawie na granicy miejskiej Lyne. Był większy i miał większy trawnik, który tata zawsze porządnie kosił, w tamtych czasach Sanford przeznaczone było dla dziadków i na wakacje, a Pepsi była po prostu wakacyjną koleżanką i dmuchanie w ramię, “ramienne pryki” były najśmieszniejszą rzeczą pod słońcem, oczywiście oprócz prawdziwych pryków. Przy Fore Street kuchnia nie pachniała zwietrzałym piwem, jak ta. Trisha skinęła głową, doskonale wiedząc, o czym mówi ojciec.

- Ten dom miał elektryczne ogrzewanie. Pamiętasz, jak transformatory w piwnicy szumiały nawet w lecie, kiedy nie włączaliśmy ogrzewania?

Pokręciła głową. Tata tylko skinął głową, jakby tego się właśnie spodziewał.

- Nie słyszałaś ich, bo się do nich przyzwyczaiłaś - wyjaśnił po prostu. - Ale uwierz mi na słowo, one szumiały, a nawet w domu, w którym nie ma transformatorów, zawsze coś się dzieje. Lodówka włącza się i wyłącza. Bulgoczą rury. Skrzypi podłoga. Po ulicy pod oknem jeżdżą samochody. Słyszymy to przez cały czas, ale tak naprawdę wcale tego nie słyszymy, bo wszystkie te odgłosy stały się... - Gestem nakazał jej skończyć, pamiętała ten gest z najwcześniejszego dzieciństwa, kiedy siadywała na kolanach ojca i dopiero uczyła się czytać, i zawsze bardzo go lubiła. Dawne dobre czasy.

- .. .niesłyszalne - powiedziała nie dlatego, by rozumiała dokładnie, o czym mówi, lecz dlatego, że ojciec nie pozostawił żadnych wątpliwości co do tego, czego po niej oczekuje.

- Oootóż to! - Tata znów machnął ręką, w której trzymał lody. Kilka kropel spadło mu na nogę i pociekło po nogawce roboczych spodni. Trisha próbowała zgadnąć, ile piw już wypił. - Doskonale, kochanie. Niesłyszalne. Nie wierzę w działającego w świecie, myślącego Boga, który wie o każdym martwym ptaku w Australii i każdej martwej musze w Indiach, Boga zapisującego nasze grzechy w wielkiej złotej księdze i sądzącego nas według nich po śmierci. Nie chcę wierzyć w Boga świadomie stwarzającego złych ludzi, by po śmierci smażyli się w piekle, które również stworzył, wierzę jednak, że musi istnieć coś.

Rozejrzał się po podwórku zarośniętym zbyt wysoką, zbyt nierówną trawą, po małym zestawie zjeżdżalni i huśtawek, które ustawił dla swych dzieci (Peter dawno z niego wyrósł i ona także, choć podczas wizyt nadal się huśtała i parę razy zjeżdżała ze zjeżdżalni, po prostu po to, by sprawić mu przyjemność), spojrzał na dwa ogródkowe krasnale (jednego z nich prawie nie było widać zza kępy nieskoszonej wysokiej trawy) i na drewniane ogrodzenie, pilnie domagające się pomalowania, w tym momencie wydał jej się stary. Wystraszony. (“Zagubiony w lesie” - pomyślała w tej chwili, siedząc na zwalonym pniu z plecaczkiem między nogami). Nagle skinął głową i spojrzał na córkę.

- Tak, kochanie, coś - mówił dalej. - w jakąś nieczułą dobrą siłę. Wiesz, co to znaczy “nieczuła”?

Trisha skinęła głową. Nie bardzo wiedziała, co miał na myśli, nie chciała jednak, by przerwał i zaczął jej wszystko wyjaśniać. Nie chciała, żeby ojciec ją uczył, nie dziś, dziś chciała sama uczyć się od niego.

- Sądzę, że istnieje siła, dzięki której pijane dzieciaki -większość pijanych dzieciaków - nie giną w samochodach, wracając z balu maturalnego albo pierwszego w ich życiu wielkiego koncertu rockowego. Dzięki której większość samolotów nie rozbija się nawet w wypadku poważnej awarii w powietrzu. Nie wszystkie, po prostu większość. Hej, słuchaj, samo to, że od 1945 roku nie użyto broni jądrowej przeciw żyjącym ludziom, dowodzi, że jakaś taka siła musi być po naszej stronie. Oczywiście, prędzej czy później ktoś tej broni użyje, ale... przeszło pół wieku... to bardzo długo. - Przerwał i spojrzał na gipsowe krasnale o wesołych, pustych twarzach. - To coś, dzięki czemu większość z nas nie umiera we śnie. Nie doskonały, wszystkowidzący Bóg, zresztą, moim zdaniem, nie ma dowodów na jego istnienie, lecz jakaś moc.

- Niesłyszalne.

- Punkt dla ciebie.

Trisha zrozumiała mniej więcej, co miał na myśli, ale wcale jej się to nie spodobało. Czuła się zupełnie tak, jakby dostała list z pozoru bardzo ważny i interesujący, lecz - po rozerwaniu koperty - przeczytała w nagłówku: “Drogi mieszkańcu”.

- Wierzysz w coś jeszcze, tato?

- Ależ oczywiście, w to, co wszyscy, kochanie, w śmierć, w podatki i w to, że jesteś najpiękniejszą dziewczynką na świecie.

- Taaato! - Roześmiała się i zaczęła się wyrywać, ojciec zaś przytulił ją i pocałował w czubek głowy. Lubiła, kiedy ją przytulał i całował, ale nie podobał jej się zapach piwa w jego oddechu.

Ojciec puścił ją i wstał.

- Wierzę także, że przyszła pora na piwo. Chcesz mrożonej herbaty?

- Nie, dziękuję - powiedziała Trisha i być może rzeczywiście zdarzyło jej się przewidzieć przyszłość, ponieważ do pleców odchodzącego ojca powiedziała: - Tato, czy ty wierzysz w coś jeszcze? Ale tak naprawdę?

Ojciec spoważniał wtedy i zatrzymał się w pół kroku. Stał nieruchomo, zamyślony (siedząc na powalonym pniu drzewa, Trisha przypomniała sobie, jak wielką przyjemność sprawił jej ten prosty fakt, że on myśli nad jej pytaniem), a roztopione lody ściekały mu na rękę. Nagle podniósł głowę i uśmiechnął się.

- Wierzę też, że twój ukochany Tom Gordon wygra w tym roku czterdzieści gier w końcówkach - powiedział. Wierzę, że w tej chwili jest najlepszym kończącym we wszystkich głównych ligach i że jeśli nie dozna kontuzji, a średnia wybić Skarpet się utrzyma, w październiku będzie narzucał w mistrzostwach świata. Wystarczy ci?

- Jaaasne! - Roześmiała się wesoło, zapominając o tym, że pytała poważnie, naprawdę bowiem kochała się w Tomie Gordonie, kochała ojca za to, że o tym wie i że żartuje z niej sobie, zamiast się złościć. Rzuciła mu się w ramiona i przytuliła go, nie dbając o to, że roztopione lody ściekają jej na bluzeczkę. Co znaczy zaplamiona bluzeczka między przyjaciółmi?

Teraz, siedząc na polance w lesie w zapadającej ciemności, wsłuchując się w otaczający ją szmer wody, wpatrzona w drzewa, zmieniające w mroku kształty i zdające się przeistaczać w jakieś straszne stwory, oczekując wzmocnionego elektronicznie krzyku: “Idź w kierunku mojego głosu!” i szczekania psów, pomyślała: “Nie umiem modlić się do Niesłyszalnego. Po prostu nie umiem”. Nie potrafiła także modlić się do Toma Gordona, to już byłoby naprawdę śmieszne, ale mogła posłuchać, jak narzuca... i to przeciw Jankesom. WCAS włożyło czerwone skarpety, ona też mogła je włożyć. Oczywiście, powinna oszczędzać baterie, doskonale zdawała sobie z tego sprawę, ale nic nie zaszkodzi, jeśli przez chwilę posłucha transmisji, prawda? i kto wie, może nim skończy się mecz, usłyszy ludzkie głosy i szczekanie psów?

Otworzyła plecak, bardzo ostrożnie wyjęła walkmana z jego wewnętrznej kieszeni, założyła słuchawki na uszy. Zawahała się, nagle najzupełniej pewna, że radio nie będzie działać, że kiedy spadała ze zbocza doliny, obluzował się jakiś najważniejszy drucik, i że gdy je włączy, w słuchawkach usłyszy wyłącznie ciszę. Wydawało się to głupie, oczywiście, ale tego akurat dnia, którego przydarzyło jej się tyle strasznych rzeczy, było także przygnębiająco wręcz prawdopodobne.

- Spróbuj, spróbuj, ty tchórzu!

Włączyła radio i oto zdarzyło się coś w rodzaju cudu: usłyszała głos Jerry'ego Trupiano i, co znacznie ważniejsze, także odgłosy z Fenway Park. Siedziała oto w mrocznym, ociekającym deszczem lesie, zagubiona i samotna, ale słyszała trzydzieści tysięcy ludzi.

To był rzeczywiście cud.

- ...wstępuje na stanowisko - mówił Troop - odchyla się, narzuca i... wywołany trzeci strike! Martinez widział, gdzie patrzy! Och, to była śliczna piłka na zewnątrz, przeszła przez sam róg i Bernie Williams nawet się nie poruszył, o mój Boże! Mamy za sobą dwie i pół rozgrywki i nadal Jankesi dwa, czerwone Skarpety zero.

Śpiewny głos poinstruował Trishę, by zadzwoniła 1-800--54-GIANT, żeby zreperować sobie coś tam w samochodzie, ale nie usłyszała, o co właściwie chodzi. Dwie i pół rozgrywki za nami, co oznacza, że musi być około ósmej, z początku wydawało jej się to zdumiewające, lecz mimo wszystko, biorąc pod uwagę szary, szybko zapadający zmrok, nie było przecież tak znowu niewiarygodne. Pozostawiona sama sobie, Trisha przeżyła dziesięć godzin. Niemal wieczność, choć jeśli spojrzeć na to z drugiej strony, te dziesięć godzin wydawało się trwać zaledwie chwilkę.

Pomachała, opędzając się od owadów (gest ten był już tak odruchowy, że zupełnie nie zdawała sobie z niego sprawy), po czym zajrzała do torby z drugim śniadaniem. Kanapka z tuńczykiem wyglądała lepiej, niż można się było spodziewać; wprawdzie spłaszczona i porozrywana na części, nadal jednak przypominała kanapkę. Plastikowa torebka jakoś tam utrzymała ją w kupie. Pozostała połówka balonika Twinkie zmieniła się jednak w coś, co Pepsi Robichaud nazwałaby najprawdopodobniej “totalną glizdą”.

Trisha siedziała wsłuchana w transmisję meczu. Powoli zjadła pół kanapki. Pobudziła ona jej apetyt i z przyjemnością zjadłaby resztę, ale zamiast to zrobić, schowała ją z powrotem do torby i zajęła się zgniecionym balonikiem, wybierając palcem wilgotne ciasto i wstrętno-smaczne kremowe nadzienie (“Dlaczego nazywają je kremowym, a nie po prostu śmietankowym?” - zastanowiła się przelotnie). Kiedy nie mogła już nic wygrzebać palcem, wywróciła sreberko na drugą stronę i najzwyczajniej w świecie je wylizała. “Mówcie mi pani Schludna” - pomyślała, odkładając wylizane sreberko do torebki. Pozwoliła sobie także na trzy spore łyki Surge, następnie zaś rozpoczęła polowanie na resztki chipsów, używając do tego celu wilgotnego, brudnego palca. Czerwone Skarpety walczyły tymczasem z Jankesami przez końcówkę trzeciej i całą czwartą rozgrywkę.

W połowie piątej Jankesi prowadzili cztery -jeden. Martineza zastąpił Jim Corsi. Larry McFarland odnosił się do Jima Corsiego nadzwyczaj nieufnie. Pewnego razu, rozmawiając z córką o baseballu przez telefon, powiedział: “Wspomnij moje słowa, malutka - Jim Corsi nie jest przyjacielem Czerwonych Skarpet”. Trisha zaczęła wówczas chichotać, po prostu nie potrafiła się powstrzymać. Powiedział to tak uroczyście. Tata też dostał w końcu napadu chichotków. Słowa te pozostały ich tajemnym sposobem porozumiewania się, czymś w rodzaju hasła. “Wspomnij moje słowa, Jim Corsi nie jest przyjacielem Czerwonych Skarpet”.

W końcówce szóstej Corsi okazał się jednak przyjacielem Czerwonych Skarpet, eliminując po kolei trzech wybijających. Trisha doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że powinna wyłączyć radio, oszczędzać baterie. Tom Gordon nie miał wystąpić w meczu, w którym Czerwone Skarpety przegrywały o trzy obiegnięcia, nie potrafiła jednak znieść myśli o rozłączeniu się z Fenway Park. Słuchała szumu z trybun, monotonnego, potężnego jak szum morskiej fali zaklętej w muszlę, ważniejszego dla niej niż głosy komentatorów: Jerry'ego Trupiano i Joego Castiglione. Ci ludzie byli tam, naprawdę tam, na stadionie, zajadali hot dogi i pili piwo, stali w kolejkach po pamiątki, lody i zupę rybną sprzedawaną w kioskach Legał Seafood, obserwowali Darrena Lewisa, czyli DeeLu, jak nazywali go czasem komentatorzy, wstępującego do batterboksu, ciągnącego za sobą długie cienie od elektrycznego oświetlenia, bo na stadionie już się przecież ściemniało. Nie zniosłaby myśli o zamianie szumu trzydziestotysięcznego tłumu na bzyczenie moskitów, których o zmierzchu zrobiło się jeszcze więcej, kapanie kropli deszczu z liści drzew, chrypliwe cykanie świerszczy... oraz wszystkie inne możliwe dźwięki.

To właśnie tych innych odgłosów najbardziej się bała.

Innych odgłosów w ciemności.

DeeLu narzucił w prawo, przesuwając bazowego, a jedno wykluczenie później Mo Yaughn złapał odchodzącą piłkę, która nie chciała odejść.

- Odrobione, odrobione, odrooobione! - wyśpiewał Troop. - Byk jest w zagrodzie Czerwonych Skarpet. Ktoś, zdaje się, że Rich Garces, złapał piłkę w locie. Pełne obiegnięcie, Mo Yaughn! Jego dwunaste w tym roku. Jankesi prowadzą tylko jednym punktem!

Siedząca na powalonym drzewie Trisha roześmiała się, klasnęła w dłonie i mocniej nasadziła na głowę czapeczkę z autografem Toma Gordona, w lesie zapadła ciemność.

Na początku ósmej rozgrywki Nomar Garciaparra wybił za dwie bazy wprost w ekran na szczycie Zielonego Potwora. Czerwone Skarpety objęły prowadzenie pięć do czterech. Tom Gordon wyszedł narzucać w końcówce dziewiątej.

Trisha osunęła się z pnia na ziemię. Szorstka kora podrapała użądlenia na biodrze, dziewczynka nie zwróciła jednak na to nawet najmniejszej uwagi. Moskity rzuciły się na jej nagie plecy, niechronione przez bluzkę, która oczywiście natychmiast podjechała do góry, ani przez strzępy przeciwdeszczowego płaszcza, nie czuła jednak ukąszeń. Nieruchomym wzrokiem patrzyła na odbijające się w strumyku ostatnie promienie dziennego światła, nadające jego powierzchni ciemnosiną barwę rtęci. Siedziała na wilgotnej ziemi z palcami przyciśniętymi do kącików ust. Nagle stało się dla niej bardzo ważne, by Tom Gordon zdołał utrzymać przewagę jednej bazy, żeby zapewnił Skarpetom zwycięstwo w meczu z potężnymi Jankesami, którzy przegrali wprawdzie dwumecz z Anaheim na początku sezonu, ale potem właściwie nie przegrywali.

- Dawaj, Tom - powiedziała.

W pokoju hotelowym w Castle View jej matka umierała z przerażenia, ojciec leciał właśnie deltą z Bostonu do Portland, by towarzyszyć żonie i synowi, w koszarach policji stanowej hrabstwa Castle, mianowanych czasowo Punktem Zbornym Patricia, ekipy poszukiwawcze niemal dokładnie takie, jakie wyobrażała sobie dziewczynka, meldowały się po powrocie z pierwszych, bezskutecznych wypadów ratunkowych, pod koszarami stały wozy transmisyjne trzech stacji telewizyjnych z Portland i dwóch z Portsmouth, blisko czterdziestu doświadczonych leśników (niektórzy z nich rzeczywiście mieli psy) pozostało w lasach Motton i trzech innych miasteczek, rozciągających się aż po wbijające się w tym miejscu w Maine wzdłuż TR-90, TR-100, TR-110 New Hampshire. Ludzie lasu zgadzali się ze sobą co do tego, że Patricia McFarland nadal przebywa w rejonie Motton TR--90, w końcu była tylko małą dziewczynką i z pewnością nie odeszła daleko od miejsca, w którym widziano ją po raz ostatni. Ci doświadczeni przewodnicy, strażnicy ostoi zwierzyny i ludzie ze Służby Leśnej oniemieliby ze zdumienia, gdyby dowiedzieli się, że Trisha zdołała oddalić się o blisko piętnaście kilometrów od miejsca, które uważali za najprawdopodobniejsze miejsce jej pobytu.

- Dawaj, Tom! - szepnęła. - Dawaj, Tom, raz dwa trzy, dawaj! Przecież wiesz, jak to idzie!

Dzisiaj zaczęło się jednak zupełnie inaczej. Na początku dziewiątej Gordon oddał bazę przystojnemu, łecz złowrogiemu śródpolowemu Jankesów, Derekowi Jeterowi, i Trisha przypomniała sobie, co kiedyś powiedział jej tata: jeżeli przegrywający zespół dostaje darmową bazę, jego szansę na zdobycie punktu wzrastają o siedemdziesiąt procent.

“Jeśli wygramy, jeśli Tom uratuje grę, ja też zostanę uratowana”. Ta myśl przyszła jej do głowy nagle, wybuchła w niej niczym fajerwerk. Było to oczywiście głupie, tak głupie, jak ojcowskie stukanie w niemalowane drewno między dwoma narzuceniami, co robił zawsze, gdy jednak w lesie robiło się coraz ciemniej, a z powierzchni strumyka znikły ostatnie poblaski srebra, myśl ta wydawała się coraz logiczniejsza i jedynie słuszna, pewna jak dwa a dwa cztery. Jeśli Tom Gordon uratuje mecz, ona także zostanie uratowana.

Pojawił się Paul O'Neill. Jedno wykluczenie. Na batter-boksie stanął Bernie Williams. “Zawsze niebezpieczny wybijający” - zauważył Joe Castiglione i Williams natychmiast wybił singla na środek, wysyłając Jetera do trzeciej.

- Dlaczego to powiedziałeś, Joe! - jęknęła Trisha. -O rany, dlaczego musiałeś to powiedzieć!

Pierwsza i trzecia baza obsadzone, tylko jeden zawodnik wykluczony. Kibice na Fenway wrzeszczeli i podskakiwali. Oczami wyobraźni Trisha widziała, jak wychylają się do przodu na ławkach.

- Dawaj, Tom, dawaj, dawaj! - szeptała. Nadal wisiała nad nią chmura muszek, ale teraz dziewczynka w ogóle ich nie widziała, w sercu poczuła ostrą, zimną rozpacz niczym ten nieznośny głos w głowie, który słyszała wcześniej. Jankesi byli po prostu za dobrzy. Wybicie na bazę zakończy mecz remisem, długa piłka da Jankesom zwycięstwo i ten okropny, okropny Tino Martinez będzie ugotowany, mając za sobą najgroźniejszego wybijającego. Słomka klęczy pewnie teraz w kółku, wymachując pałką i obserwując, co się dzieje.

Gordon doprowadził do dwa i dwa, a potem rzucił podkręcaną piłkę.

- Wykluczył go! - krzyknął Joe Castiglione, jakby nie wierzył własnym oczom. - Ach, ludzie, jakie to było śliczne! Martinez minął się z piłką co najmniej o stopę.

- o dwie stopy - wtrącił natychmiast Troop.

- Więc wszystko sprowadza się do tego - mówił dalej Joe, a Trisha słyszała w tle inne głosy, głosy kibiców. Usłyszała też rytmiczne klaskanie. Wierni z Fenway wstawali teraz z miejsc niczym uczestniczy nabożeństwa w kościele przed odśpiewaniem hymnu - dwie bazy obsadzone, dwóch zawodników wykluczonych, Czerwone Skarpety prowadzą jedną bazą, Tom Gordon czeka na swoim miejscu, a do batterboksu podchodzi...

- Nie ośmielisz się tego powiedzieć - szepnęła Trisha, nadal siedząca z czubkami palców przyciśniętym do kącików ust. - Nie wolno ci tego powiedzieć!

Joe nie usłyszał jej jednak. Dokończył:

- ...zawsze niebezpieczny Darryl Strawberry.

No tak, to już koniec, wielki Joe Castiglione otworzył wielką gębę i zapeszył mecz. Czy nie mógł po prostu podać nazwiska: “Strawberry”? Co go podkusiło, żeby powtarzać te bzdury o “zawsze niebezpiecznym”? Przecież każdy idiota wie, że nazwanie “niebezpiecznymi” czyni ich niebezpiecznymi!

- No dobrze, proszę państwa, proszę zapiąć pasy. Strawberry ustawia kij, Jerry tańczy wokół trzeciej, próbując ściągnąć na siebie narzut, a przynajmniej uwagę Gordona, jednak bez powodzenia. Gordon skupia się, Yeritek daje mu znak. Gotowe. Gordon narzuca, Strawberry nie trafia. Strawberry kręci głową z niesmakiem...

- a nie powinien, to był przecież całkiem dobry narzut -wtrącił Troop i Trisha, siedząca w mroku gdzieś w zapadłym kącie niczego, pomyślała: “Zamknij się, zamknij się choćby na sekundę...”

- Słomka schodzi ze stanowiska, klepie się po ochraniaczach, wraca. Gordon patrzy na Williamsa na pierwszej, narzuca. .. za nisko i na zewnątrz.

Trisha jęknęła. Palce wbiła w policzki tak głęboko, że aż skrzywiły jej usta w niesamowitym uśmiechu. Serce waliło w piersi, jakby chciało z niej wyskoczyć.

- No to zaczynamy - powiedział Joe. - Gordon gotowy, narzuca, Strawberry uderza... wybija daleko i wysoko na prawe zapole, jeśli piłka nie zboczy, to koniec... ale zbacza. ..zbacza... zbacza... zbacza... , Trisha nie oddychała już.

- Faul - dokończył Joe. - Ale było groźnie, zbyt groźnie. Piłka minęła Pesky Pole po złej stronie o zaledwie sześć, może osiem stóp.

- Powiedziałbym, że raczej o cztery stopy - sprostował natychmiast Troop.

- a tobie śmierdzą stopy - syknęła Trisha. - Tom, błagam cię, proszę... - Ale wiedziała, że tym razem Tomowi się nie uda. Było blisko, ale bliżej już nie będzie.

Widziała Tonią Gordona oczami wyobraźni. Nie był tak wysoki i męski jak Randy Johnson, nie był też niski i okrąglutki jak Rich Garces. Średniego wzrostu, szczupły i... przystojny, bardzo przystojny, zwłaszcza w czapce nasuniętej na oczy. Tata twierdził, że prawie wszyscy baseballiści są przystojni. “Mają to w genach” - powiedział jej kiedyś, a potem dodał: “Oczywiście wielu z nich ma pusto w głowie, więc jakoś się to wszystko równoważy”. Jej nie chodziło jednak o urodę Tonią Gordona. Zwróciła na niego uwagę, zawsze był bowiem spokojny, przed narzuceniem stał nieruchomo, i to wzbudzało jej podziw. Nie dreptał po wzgórku miotającego, jak wielu innych narzucających, nie pochylał się, żeby zawiązać buty, nie podnosił torebki z talkiem, aby zaraz odrzucić ją w chmurce białego pyłu. Nie, numer 36 po prostu czekał nieruchomo, aż odbijający zakończy przygotowania. No i oczywiście był ten jego gest, który powtarzał zawsze, kiedy udało mu się uratować wynik. Gest, który wykonywał, zstępując ze wzgórka. Za to też go kochała.

- Gordon odciąga rękę, narzuca... w ziemię. Yeritek zablokował piłkę ciałem, ocalając bazę. Remisową bazę.

- No, niech to diabli - rzucił Troop.

Joe nie próbował nawet złagodzić jego słów.

- Gordon bierze głęboki oddech. Strawberry czeka, Gordon narzuca... za wysoko!

W głowie Trishy wycie tłumu zabrzmiało niby ryk groźnego wichru.

- Mniej więcej trzydzieści tysięcy sędziów na trybunach nie zgodziło się z tym werdyktem - skomentował Troop.

- Owszem, ale decyduje stojący za wzgórkiem Larry Barnett, a Barnett zdecydował, że piłka była za wysoka. Darryl Strawberry rozdaje karty. Trzy i dwa.

Rytmiczne klaskanie tłumu stawało się coraz głośniejsze. Ten odgłos wypełnił jej uszy, wypełnił świat. Postukała w martwy pień, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, co robi.

- Cały stadion stoi - mówił Joe Castiglione. - Trzydzieści tysięcy ludzi, dziś nikt nie wyszedł w połowie przedstawienia.

- Najwyżej parę osób - uzupełnił Troop, ale nie zwrócili na niego uwagi ani Trisha, ani sam Joe.

- Gordon wstępuje na stanowisko...

Tak, widziała go na stanowisku, stojącego nieruchomo, ze złączonymi dłońmi. Nie patrzy na bazę domową, ogląda się przez lewe ramię.

- Gordon przygotowuje narzut...

To Trisha widziała także, lewa stopa przesuwająca się za stojącą twardo na ziemi prawą, dłonie - jedna w rękawicy, druga trzymająca piłkę - złożone na wysokości mostka, widziała nawet Berniego Williamsa wychylającego się jak na zwolnionym filmie, Tom Gordon na nic nie zwracał jednak uwagi i nawet w ruchu zachowywał coś ze swego cudownego spokoju, wpatrywał się w rękawicę Jasona Yeriteka wiszącą nisko, skierowaną ku zewnętrznemu rogowi pola.

- Gordon narzuca trzy na dwa, narzuca i... Tłum, jego radosny wybuch jak grom, powiedział jej wszystko.

- Sędzia wywołał strike three! - Joe Castiglione niemal krzyczał. - o mój Boże, Gordon narzucił podkręconą piłkę trzy na dwa i Strawberry nawet się nie poruszył. Czerwone Skarpety wygrywają z Jankesami pięć cztery, Gordon ratuje wynik po raz osiemnasty w tym sezonie! - Opanował się i już ciszej mówił: - Koledzy Gordona biegną na wzgórek, na czele z Mo Yaughnem wyrzucającym ręce w powietrze w odruchu radości, ale sam Tom, czekając na ich szarżę, wykonuje gest, który kibice poznali już doskonale, choć przecież od niedawna gra jako ostatni narzucający w drużynie Czerwonych Skarpet.

Trisha po prostu się rozpłakała. Wyłączyła walkmana i siedziała nieruchomo na wilgotnej ziemi z wyciągniętymi przed siebie, rozstawionymi nogami, pomiędzy którymi podarty płaszcz przeciwdeszczowy wisiał w strzępach niczym plastikowa spódniczka hula. Wylała więcej łez niż przez cały dzień od czasu, gdy się zorientowała, że zabłądziła, lecz tym razem były to łzy ulgi. Zabłądziła, ale przecież ją znajdą. Nie wątpiła w to. Tom Gordon uratował zwycięstwo, więc ona też zostanie uratowana. Nadal płacząc, rozpostarła poncho, rozłożyła je na ziemi, wsuwając tak głęboko pod drzewo, jak tylko, jej zdaniem, powinna zdołać się pod nie wczołgać, a potem przesunęła się w lewo i ułożyła na zaimprowizowanym posłaniu. Zrobiła to wszystko właściwie instynktownie, mechanicznie, myślami była bowiem nadal na Fenway Park, widziała sędziego, który wyklucza Strawberry'ego, widziała Mo Yaughna biegnącego na wzgórek, by pogratulować Gordonowi, widziała Nomara Garciaparrę kłusującego ku niemu z pola, Johna Yalentina z trzeciej bazy i Marka Lemke'a z drugiej, lecz nim zdołali go dopaść, Gordon wykonał gest, który wykonywał zawsze, gdy udawało mu się uratować zwycięstwo: uniósł palec, wskazując nim niebo.

Trisha schowała walkmana do plecaka i nim złożyła głowę na ramieniu, wskazała palcem niebo, zupełnie jak Tom Gordon. Bo i czemu nie? Coś pomogło jej wszak przeżyć dzień, choć był to dzień straszny, a kiedy tak uniosła palec, to coś wydało jej się Bogiem. Nie można przecież wskazać palcem głupiego szczęścia albo Niesłyszalnego, prawda?

Poczuła się dzięki temu jednocześnie lepiej i gorzej. Lepiej, ponieważ gest ten wydał jej się bardziej modlitwą niż jakiekolwiek wypowiedziane słowa, a gorzej, po raz pierwszy bowiem tego dnia odczuła prawdziwą samotność; kiedy, naśladując Toma Gordona, wskazała niebo, nagle poczuła się zagubiona w jakimś zupełnie nowym, nieprzewidzianym sensie tego słowa. Głosy, które dzięki słuchawkom walkmana jeszcze przed chwilą wypełniały jej głowę, wydawały się teraz pochodzić wprost z sennych majaków, były głosami duchów. Zadrżała nagle, nie chciała myśleć o duchach - nie tu, nie w lesie, w ciemności, schowana pod pniem przewróconego drzewa. Tęskniła za matką, ale najbardziej chciała mieć przy sobie ojca. Ojciec zdołałby ją stąd wydostać, wziął za rękę i wyprowadził do ludzi. Gdyby rozbolały Trishę nogi, wziąłby córkę na ręce. Ojciec był duży i silny. Kiedy spędzali weekendy w jego domu w Malden, w sobotę wieczór nadal brał ją na ręce i zanosił do sypialni, choć miała już dziewięć lat i była wysoka jak na swój wiek, z wizyt w Malden najbardziej lubiła tę właśnie chwilę.

Z podszytym rozpaczą zdumieniem Trisha stwierdziła nagle, że tęskni nawet za swym głupkowatym, skarżącym się bez przerwy na wszystko bratem.

Zasnęła, płacząc i chwytając ustami wielkie hausty powietrza. Krążące w ciemności owady zbliżyły się do niej ostrożnie, aż w końcu wylądowały na odsłoniętych kawałkach skóry i zaczęły pożywiać się krwią i potem.

Przez las przeleciał podmuch wiatru, poruszając liśćmi i strącając z nich ostatnie krople. Po kilku sekundach powietrze znieruchomiało, a potem nie było już nieruchome, przeszył je bowiem trzask łamanych gałązek. Znów zapadła cisza, lecz niemal natychmiast przerwał ją szelest poruszanych gałęzi i ostry, chrypliwy dźwięk. Wrona zakrakała raz, na alarm, i znów chwila ciszy, po czym coś zaczęło zbliżać się do miejsca, w którym Trisha spała z głową opartą na ramieniu.

Koniec czwartej

Byli w ogródku za małym domkiem taty w Malden, tylko we dwoje. Siedzieli na ogrodowych krzesełkach, mocno zardzewiałych, przyglądając się trawie, która trochę za bardzo urosła. Krasnoludki przypatrywały się Trishy z nieprzyjemnymi uśmiechami na przesłoniętych kępami chwastów twarzach. Trisha płakała, ponieważ ojciec był dla niej niemiły. Nigdy dotąd nie był dla niej niemiły, zawsze tulił ją i całował w czubek głowy i nazywał “malutka”, ale teraz był dla niej niemiły, był niemiły tylko dlatego, że nie chciała otworzyć wejścia do piwnicy, znajdującego się pod kuchennym oknem, zejść po czterech stopniach i przynieść mu puszki piwa ze skrzynki, którą zawsze tam trzymał, bo w piwnicy było chłodno. Była tak zdenerwowana, że zrobiła sobie chyba coś z twarzą, gdyż bardzo ją swędziała, i ramiona też.

- Dziecko wyje, tatuś piwo pije - powiedział ojciec, pochylając się ku niej, aż poczuła jego oddech na twarzy. Tata nie potrzebował jeszcze jednego piwa, już był pijany, jego oddech pachniał drożdżami i martwą myszą. - Dlaczego jesteś taką tchórzliwą małą myszką? Nie masz w żyłach ani odrobiny wody z lodem.

Płacząc, lecz zdecydowana udowodnić ojcu, że potrafi zachować zimną krew, wstała z zardzewiałego ogrodowego krzesełka i podeszła do jeszcze bardziej zardzewiałej klapy piwnicy. Boże, swędziało ją całe ciało, nie chciała odchylić klapy, ponieważ po jej drugiej stronie czekało na nią coś okropnego, wiedziały o tym nawet ogrodowe krasnale, dlatego uśmiechały się tak złośliwie, a jednak położyła dłoń na uchwycie, a za plecami słyszała głos ojca, okropny, kpiący głos obcego człowieka, zachęcający ją, by uniosła tę klapę, dalej mała, dalej maleńka, weź się w garść i zrób to!



dalej


strona główna
(23kB)