(23kB)
strona główna


 

STEPHEN KING

 

 

Zielona Mila

 

Część pierwsza

DWIE MARTWE DZIEWCZYNKI

 

l

 

Zdarzyło się to w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym drugim, kiedy stanowe więzienie wciąż mieściło się w Cold Mountain. I kiedy było tam oczywiście krzesło elektryczne.

Więźniowie żartowali sobie z niego, tak jak zawsze żartuje się z rzeczy, które nas przerażają, ale przed którymi nie sposób uciec. Nazywali je Starą Iskrówą albo Wielką Wyżymaczką. Dowcipkowali na temat wysokich rachunków za energię i o tym, gdzie dyrektor Moores, który miał chorą żonę, usmaży sobie indyka w Święto Dziękczynienia.

Ci jednak, którzy mieli na nim usiąść, bardzo szybko tracili poczucie humoru. Pracując w Cold Mountain, przewodniczyłem siedemdziesięciu ośmiu egzekucjom (tej jednej liczby jestem całkowicie pewien; zapamiętam ją do grobowej deski) i myślę, że do większości skazańców świadomość tego, co się dzieje, docierała dopiero, gdy przywiązywano im kostki do masywnych dębowych nóg Starej Iskrówy. Uprzytamniali sobie wówczas (w ich oczach widać było rodzaj chłodnej konsternacji), że ich własne nogi zakończyły swoją karierę. Wciąż krążyła w nich krew, a mięśnie zachowały siłę, lecz mimo to były bezużyteczne; nigdy już nie miały stąpać po wiejskiej drodze ani zatańczyć z dziewczyną w trakcie oblewania stodoły. Klienci Starej Iskrówy dowiadywali się o swojej śmierci za pośrednictwem nóg. Gdy wypowiedzieli już niezborne i w większości chaotyczne ostatnie słowa, zakładaliśmy im na głowę czarny jedwabny kaptur. Miał zaoszczędzić skazańcom przykrych przeżyć, zawsze jednak podejrzewałem, że tak naprawdę używa się go ze względu na nas, abyśmy nie widzieli w ich oczach tego straszliwego przerażenia, gdy zdawali sobie sprawę, że umrą ze zgiętymi kolanami.

Cele śmierci znajdowały się w Cold Mountain wyłącznie w bloku E, oddalonym nieco od pozostałych czterech i cztery razy od nich mniejszym. Był zbudowany z cegły, nie z desek, i kryty okropnym metalowym dachem, który połyskiwał w letnim słońcu niczym wytrzeszczone oko szaleńca. W środku było sześć cel - trzy po jednej i trzy po drugiej stronie szerokiego korytarza - wszystkie prawie dwa razy większe od cel w innych blokach. I wszystkie pojedyncze. Zakwaterowanie jak na więzienne warunki (zwłaszcza w latach trzydziestych) było wspaniałe, ale lokatorzy chętnie zamieniliby się na którąkolwiek z innych cel. Wierzcie mi, na pewno by się zamienili.

W czasie gdy pełniłem funkcję kierownika bloku, ani razu nie mieliśmy zajętych wszystkich sześciu cel - dzięki Bogu i za to. W najgorszym momencie gościliśmy czworo skazanych, czarnych i białych (w Cold Mountain nie istniała segregacja wśród truposzów) i mieliśmy z nimi prawdziwe skaranie boskie. Była wśród nich i kobieta, Beverly McCall, czarna jak as pik i piękna jak grzech, którego nigdy nie miało się odwagi popełnić. Nie miała mężowi za złe, że od sześciu lat regularnie ją tłukł, nie zamierzała mu jednak darować jednego skoku w bok. Dowiedziawszy się, że ją zdradza, zaczekała wieczorem u szczytu schodów prowadzących do ich mieszkania nad zakładem fryzjerskim na nieszczęsnego Lestera McCalla, przez przyjaciół (i zapewne przez swoją nader chwilową kochankę) zwanego Kosiarzem, i kiedy zdjął do połowy palto, wypruła z niego flaki. Zrobiła to jedną z osobistych brzytew Kosiarza. Na dwa dni przed wyznaczonym terminem egzekucji wezwała mnie do celi i oznajmiła, że we śnie odwiedził ją afrykański duchowy ojciec. Nakazał jej odrzucić nazwisko nadane w niewoli i umrzeć pod prawdziwym, które brzmiało Matuomi. Takie było jej życzenie: chciała, żeby nakaz egzekucji wystawiono na nazwisko Beverly Matuomi. Rozumiem, że duchowy ojciec nie nadał jej żadnego imienia, w każdym razie żadnego, które zdołałaby pojąć. Zapewniłem ją, że oczywiście, w porządku, jak najbardziej. Długie lata, które spędziłem w roli klawisza, nauczyły mnie, że skazańcowi odmawia się tylko wtedy, kiedy jest to absolutnie konieczne. W przypadku Beverly Matuomi i tak nie miało to większego znaczenia. Nazajutrz koło trzeciej po południu zadzwonił do nas gubernator i zamienił jej wyrok na dożywocie w Zakładzie Penitencjarnym dla Kobiet w Grassy Valley - same penitencjariuszki i ani jednego penisa, jak mawialiśmy w tamtym czasie. Muszę przyznać, że cieszyłem się, kiedy za biurkiem oficera dyżurnego okrągły tyłeczek Bev skręcił w lewo zamiast w prawo.

Po trzydziestu pięciu latach - co najmniej trzydziestu pięciu - zobaczyłem jej nekrolog w gazecie, a nad nim fotografię przedstawiającą pociągłą czarną twarz, z chmurą białych włosów i w okularach ze sztucznymi brylancikami po bokach. To była Beverly. Ostatnie dziesięć lat życia spędziła na wolności, napisano w notatce, i praktycznie sama prowadziła niewielką bibliotekę w prowincjonalnym miasteczku Raines Falls. Uczyła również w szkółce niedzielnej i wszyscy bardzo ją lubili. BIBLIOTEKARKA ZMARŁA NA ATAK SERCA, brzmiał tytuł, niżej zaś, jakby po namyśle, dodano mniejszą czcionką: “Spędziła dwadzieścia lat w więzieniu za morderstwo”. Nie zmieniły się tylko jej oczy, szeroko otwarte i płonące za wysadzanymi brylancikami okularami. To były oczy kobiety, która, gdyby okazało się to konieczne, nawet teraz, po siedemdziesiątce, wyjęłaby bez wahania brzytwę z błękitnego słoiczka z płynem dezynfekcyjnym. Morderczynię można poznać zawsze, także wtedy, kiedy osiedla się w małym sennym miasteczku jako bibliotekarka. Można, jeśli ktoś miał styczność z mordercami tak długo jak ja. Tylko raz w życiu zadałem sobie pytanie, co ja tam robię. I to jest chyba powód, dla którego piszę teraz te słowa.

Szeroki korytarz wyłożony był linoleum koloru przejrzałych limon i dlatego to, co w innych więzieniach zwie się Ostatnią Milą, my w Cold Mountain nazywaliśmy Milą Zieloną. Nasza miała od początku do końca około sześćdziesięciu długich kroków i biegła z południa na północ. Na początku znajdowała się izolatka. Na końcu można było skręcić w lewo lub w prawo. Skręt w lewo oznaczał życie - jeśli nazwać życiem to, co działo się na spieczonym słońcem spacerniaku, a wiele osób tak to nazywało; wiele osób spędziło tutaj długie lata i jakoś im to nie zaszkodziło. Złodzieje, podpalacze i maniacy seksualni prowadzili tu swoje rozmowy, chodzili na spacery i ubijali swoje małe interesy.

Skręt na prawo to było coś zupełnie innego. Najpierw wchodziło się do mojego gabinetu (w którym dywan był również zielony, co od dawna chciałem zmienić, lecz nie mogłem się jakoś zmobilizować) i mijało biurko; po jego lewej stronie znajdowała się flaga amerykańska, a po prawej flaga stanu. Naprzeciwko było dwoje drzwi. Jedne prowadziły do małej ubikacji, z której korzystaliśmy ja oraz inni strażnicy z bloku E (a czasami nawet dyrektor Moores), drugie do czegoś w rodzaju szopy. Tam właśnie kończył swoją drogę ten, kto przeszedł Zieloną Milę.

Drzwi były niewielkie - przechodząc przez nie, pochylałem głowę, a John Coffey musiał autentycznie przykucnąć i z trudem się przecisnął. Wychodziło się na mały podest, a potem po trzech betonowych schodkach na dół. Pomieszczenie było obskurne i bez ogrzewania, z podłogą z sosnowych desek i metalowym dachem, podobnym do tego, który krył cały blok. W lecie panowała tu nieznośna spiekota, a w zimie taki chłód, że widziało się własny oddech. Podczas egzekucji Elmera Manfreda - było to chyba w lipcu lub sierpniu tysiąc dziewięćset trzydziestego - zemdlało nam dziewięciu świadków.

Lewa strona szopy była stroną życia. Przechowywano tam łopaty i kilofy (umieszczone w specjalnych stojakach i zabezpieczone łańcuchami, niczym karabiny), a także odzież i materiały, worki z nasionami roślin, które sialiśmy na wiosnę w ogródkach, rolki papieru toaletowego, palety z półfabrykatami do więziennego warsztatu ślusarskiego... nawet worki z wapnem do wytyczania boiska baseballowego i futbolowego - więźniowie grali na tak zwanym Pastwisku i rozgrywane w jesienne popołudnia mecze były zawsze wielkim wydarzeniem.

Po prawej stronie - ponownie śmierć. Stara Iskrówa stała na drewnianym podwyższeniu w południowo-wschodnim rogu szopy; miała masywne dębowe nogi i szerokie dębowe oparcia, które wchłaniały pot przerażonych skazańców w ostatnich minutach ich życia. Na oparciu z tyłu zawieszony był zwykle metalowy hełm, przypominający czapeczkę jakiegoś małego wesołego robota z komiksu o Króliku Rogersie. Podłączony do niego kabel znikał w gazobetonowej ścianie za krzesłem. Z boku stało ocynkowane wiadro. Gdyby ktoś miał ochotę do niego zajrzeć, zobaczyłby w środku gąbkę przyciętą tak, aby dokładnie pasowała do metalowego hełmu. Przed egzekucją zanurzano ją w słonej wodzie, żeby lepiej przewodziła ładunek prądu stałego, który płynął przez kabel, przez gąbkę i przez mózg skazanego.

 

 

2

 

Rok tysiąc dziewięćset trzydziesty drugi był rokiem Johna Coffeya. Szczegóły są w gazetach - może je tam odnaleźć każdy, kogo to interesuje i ma więcej sił od pewnego bardzo starego człowieka, dożywającego swych dni w domu opieki w Georgii. To była gorąca jesień, pamiętam, naprawdę bardzo gorąca: październik nie różnił się prawie od sierpnia, a żona dyrektora, Melinda, trafiła na jakiś czas do szpitala w Indianoli. Przechodziłem wtedy najgorszą w swoim życiu infekcję dróg moczowych, nie aż tak poważną, żebym sam wylądował w szpitalu, ale wystarczająco paskudną, bym pragnął śmierci za każdym razem, gdy szedłem się odlać. To była jesień Eduarda Delacroix, małego łysawego Francuza z myszą, która pojawiła się w lecie i wykonywała tę sprytną sztuczkę ze szpulą. Przede wszystkim jednak była to jesień, kiedy na blok E przybył John Coffey, skazany na śmierć za gwałt i zamordowanie bliźniaczek Dettericków.

Na każdej zmianie mieliśmy czterech albo pięciu strażników, lecz większość z nich nigdy nie zagrzała u nas dłużej miejsca. Dean Stanton, Harry Terwilliger i Brutus Howell (ludzie mówili na niego “Brutal”, ale tylko żartem, bo facet mimo swojej potężnej postury nie skrzywdziłby, gdyby nie musiał, muchy) dzisiaj już nie żyją, podobnie jak Percy Wetmore, który był naprawdę brutalny... a przy tym głupi. Percy nie powinien w ogóle pracować na naszym bloku, gdzie wredny charakter do niczego się nie przydaje i może przysporzyć jedynie kłopotów, był jednak przez swoją żonę spokrewniony z gubernatorem i dlatego został.

To właśnie Percy Wetmore wprowadził Coffeya na blok, zapowiadając go okrzykiem, który rzekomo należał tutaj do tradycji: “Idzie truposz! Idzie do nas truposz!”.

Październik czy nie, wciąż było gorąco jak w piekle. Drzwi na spacerniak otworzyły się i w prostokącie jasnego światła stanął największy facet, jakiego w życiu widziałem, no, może z wyjątkiem kilku koszykarzy, których oglądam czasem w telewizji w “Centrum Rekreacji” tego domu dla śliniących się starców, gdzie w końcu wylądowałem. Na rękach i potężnej piersi miał założone łańcuchy, a na nogach kajdany, połączone kolejnym łańcuchem, który brzęczał niczym kaskady monet, sunąc po zielonym linoleum między celami. Z jednej strony eskortował go Percy Wetmore, z drugiej chudy, mały Harry Terwilliger i obaj wyglądali jak dzieci, prowadzące schwytanego w lesie niedźwiedzia. Przy Coffeyu nawet Brutus Howell wyglądał jak dzieciak, a Brutus miał ponad sześć stóp wzrostu i umięśnioną klatkę i przez jakiś czas, póki nie zawalił sesji i nie wrócił do domu w góry, grał jako napastnik w drużynie futbolowej uniwersytetu stanu Luizjana.

John Coffey był czarny, podobnie jak większość mężczyzn, którzy przed śmiercią w objęciach Starej Iskrówy spędzali jakiś czas na bloku E. Ma sześć stóp i osiem cali wzrostu, nie przypominał jednak wcale gibkich koszykarzy z telewizora - miał szerokie bary i olbrzymią klatkę, obudowaną ze wszystkich stron mięśniami. Dali mu największe drelichy, jakie udało się znaleźć w magazynie, lecz mimo to mankiety spodni sięgały połowy jego żylastych i pokiereszowanych łydek, koszula nie dopinała się na piersi, a rękawy kończyły gdzieś na przedramionach. W wielkiej ręce miętosił czapkę, która też była za mała; na jego ogolonej mahoniowej czaszce przypominałaby cyklistówkę, jaką nosi małpka kataryniarza, z tą różnicą, że była niebieska, nie czerwona. Wydawało się, że może zerwać krępujące go łańcuchy z taką samą łatwością, z jaką zrywa się wstążkę z gwiazdkowego prezentu, ale gdy spojrzałeś mu w twarz, wiedziałeś, że nic takiego się nie zdarzy. Nie malowała się na niej głupota - choć do takiego właśnie wniosku doszedł Percy i zaczął go wkrótce nazywać matołem - lecz zagubienie. Wciąż się rozglądał, jakby chciał odgadnąć, gdzie się znajduje. A może nawet, kim jest. W pierwszej chwili pomyślałem, że wygląda jak czarny Samson... ale po tym, jak Dalila ostrzygła go swoją zdradziecką rączką i pozbawiła całej radości życia.

- Idzie truposz! - powtórzył Percy, ciągnąc za sobą tego niedźwiedzia zakutego w ludzkie kajdanki, tak jakby naprawdę wierzył, że zdołałby go ruszyć z miejsca, gdyby Coffey uznał, że nie pójdzie ani kroku dalej. Harry w ogóle się nie odzywał, ale miał zakłopotaną minę. - Idzie tru...

- Dosyć tego dobrego - przerwałem mu. Siedziałem na pryczy w celi przeznaczonej dla Coffeya. Wiedziałem oczywiście o jego przyjeździe i czekałem, żeby go powitać i zapoznać z regulaminem, lecz aż do tej chwili nie miałem pojęcia, że jest taki wielki. Percy obrzucił mnie spojrzeniem zdradzającym, że wszyscy wiedzą, jaki ze mnie dupek (z wyjątkiem naturalnie tego wielkiego manekina, który wiedział wyłącznie, jak gwałcić i mordować małe dziewczynki), nie odezwał się jednak ani słowem.

Cała trójka stanęła przed otwartymi drzwiami celi, a ja skinąłem głową Harry’emu.

- Na pewno chcesz zostać z nim razem w celi, szefie? - zapytał. Nieczęsto słyszałem niepokój w głosie Harry’ego; był tu razem ze mną podczas buntu przed sześciu albo siedmiu laty i ani razu nie stracił zimnej krwi, nawet kiedy zaczęły krążyć plotki, że niektórzy z więźniów mają broń.

- Czy będę miał z tobą jakieś kłopoty, duży? - zapytałem, siedząc na pryczy i starając się nie pokazywać po sobie bólu: infekcja, o której wspomniałem, nie dokuczała mi jeszcze tak bardzo, ale nie było mi lekko, możecie wierzyć.

Coffey pokręcił powoli głową - w lewo i w prawo - i z powrotem spojrzał na wprost. Kiedy już utkwił we mnie wzrok, ani na chwilę go nie oderwał. Harry trzymał w dłoni jego papiery.

- Daj mu te dokumenty - powiedziałem. - Włóż mu do ręki.

Harry wykonał polecenie. Olbrzym zacisnął na nich palce niczym lunatyk.

- Teraz ty mi je daj, duży - rozkazałem i Coffey zrobił to, pobrzękując łańcuchami. Wchodząc do celi musiał schylić głowę.

Zerknąłem na formularz, głównie po to, żeby sprawdzić, czy jego wzrost jest udokumentowanym faktem, a nie optyczną iluzją. Był faktem: sześć stóp i osiem cali. Wagę oceniono na dwieście osiemdziesiąt funtów, ale zrobiono to chyba na oko; według mnie musiał mieć co najmniej trzysta dwadzieścia, a może nawet trzysta pięćdziesiąt. W rubryce “blizny i znaki szczególne” stary Magnusson z działu rejestracji wpisał drukowanymi literami tylko jedno słowo: LICZNE.

Podniosłem wzrok. Coffey przesunął się trochę na bok i zobaczyłem, że Harry stoi po drugiej stronie korytarza, obok celi Delacroix, który przed przyjazdem Coffeya był naszym jedynym więźniem. Del był drobnym łysawym mężczyzną o zatroskanej twarzy księgowego, który zdaje sobie sprawę, że wkrótce wyjdą na jaw jego machinacje. Oswojona mysz siedziała mu na ramieniu.

Percy Wetmore zajrzał do celi, którą obejmował właśnie w posiadanie John Coffey. Wyjął już wcześniej z wykonanego na miarę olstra swoją hikorową pałkę i uderzał nią teraz w otwartą dłoń jak ktoś, kto chce się pobawić ulubioną zabawką. Nagle poczułem, że nie mogę znieść dłużej jego obecności. Może sprawił to niezwykły o tej porze roku upał, może infekcja, która paliła mnie żywym ogniem w kroczu i nie pozwalała znieść dotyku flanelowej bielizny, a może świadomość, że egzekucję tego czarnego faceta poprowadzi idiota, który najwyraźniej chciał go najpierw trochę ociosać. Być może sprawiły to wszystkie te trzy rzeczy naraz. Tak czy inaczej zapomniałem na krótką chwilę o politycznych koneksjach Wetmore’a.

- Trzeba pomóc przy przeprowadzce ambulatorium, Percy - powiedziałem.

- Tym zajmuje się Bili Dodge.

- Wiem, że się tym zajmuje - stwierdziłem. - Idź mu pomóż.

- To nie należy do moich obowiązków - odparł Percy. - Do moich obowiązków należy pilnowanie tego złamasa. - Słowem “złamas”, które stanowiło skrót określenia “kutas złamany”, Percy zwykł określać dużych mężczyzn. Nie lubił ich. Nie był tak chudy jak Harry Terwilliger, ale natura poskąpiła mu wzrostu. Upierdliwy facet, jeden z tych, którzy chętnie wszczynają bójki, zwłaszcza kiedy wiadomo z góry, że przeciwnik nie ma żadnych szans. W dodatku bardzo czuły na punkcie swoich włosów. Bez przerwy je czesał.

- W takim razie spełniłeś już swój obowiązek - oświadczyłem. - Idź do ambulatorium.

Percy wysunął do przodu dolną wargę. Bili Dodge i jego ludzie dźwigali pudła, pościel, nawet żelazne łóżka; całe ambulatorium przenoszono do nowego drewnianego baraku po zachodniej stronie więzienia. Upał i ciężka fizyczna robota. Percy Wetmore nie lubił ani jednego, ani drugiego.

- Mają tylu ludzi, ile trzeba - mruknął.

- Więc idź tam i udawaj, że jesteś szefem - powiedziałem, podnosząc głos. Zobaczyłem, że Harry się krzywi, ale wcale się tym nie przejąłem. Jeśli gubernator każe dyrektorowi Mooresowi wyrzucić mnie za to, że nacisnąłem na odcisk temu palantowi, kogo wyznaczą na moje miejsce? Wetmore’a? Wolne żarty. - Naprawdę nie obchodzi mnie, co będziesz robił, Percy, pod warunkiem że jakiś czas cię tu nie będzie.

Przez chwilę myślałem, że się zbuntuje i będę musiał się z nim użerać, mając tuż obok siebie Coffeya, który stał przez cały czas bez ruchu niczym największy na świecie zepsuty zegar. Ale Percy wsadził swoją pałkę do olstra - tego głupiego megalomańskiego gadżetu - i ruszył dumnym krokiem do wyjścia. Nie pamiętam, który ze strażników pełnił tego dnia dyżur za biurkiem - pewnie jeden z żółtodziobów, co to nigdy nie zagrzali u nas długo miejsca - ale Percy’emu nie spodobał się chyba wyraz jego twarzy.

- Przestań szczerzyć zęby, gamoniu, bo ci je powybijam - warknął, przechodząc obok niego. Zabrzęczały klucze, korytarz oświetliła na chwilę smuga dziennego światła i Percy Wetmore przynajmniej na jakiś czas dał nam od siebie odpocząć. Mysz Francuza przebiegała z jego jednego ramienia na drugie, poruszając swoimi maleńkimi wąsikami.

- Spokój, Panie Dzwoneczku - szepnął Delacroix i mysz przystanęła na lewym ramieniu, zupełnie jakby rozumiała, co do niej mówi. - Nie ruszaj się i siedź cicho. - Jego śpiewny luizjański akcent sprawił, że te proste słowa zabrzmiały jakoś egzotycznie, z cudzoziemska.

- Połóż się, Del - powiedziałem. - Odpocznij sobie. Ciebie też nie powinno to interesować.

Delacroix posłuchał mnie. Zgwałcił i zabił młodą dziewczynę, a potem porzucił jej ciało za budynkiem, w którym mieszkała, oblał je naftą i podpalił, wyobrażając sobie naiwnie, że usunie w ten sposób dowody zbrodni. Od ognia zajął się cały dom i w pożarze zginęło sześć kolejnych osób, w tym dwoje dzieci. Była to jedyna zbrodnia, którą popełnił, i teraz pozostał po prostu łagodnym mężczyzną o zatroskanej twarzy, łysinie na czubku głowy i potarganych włosach zachodzących na kołnierzyk koszuli. Wkrótce miał zasiąść na Starej Iskrówie, a Stara Iskrówa miała położyć kres jego życiu... lecz to coś, co dokonało owej okropnej zbrodni, dawno zniknęło i teraz Delacroix leżał spokojnie na swojej pryczy, pozwalając biegać po sobie swemu małemu popiskującemu kompanowi. Na swój sposób to właśnie było najgorsze; Stara Iskrówa nigdy nie wypalała tego, co tkwiło w ich wnętrzu, a środki, które im dzisiaj wstrzykują, nigdy tego nie usypiają. To coś opuszcza ich ciało i przesiada się na kogoś innego, a my zabijamy łupinę, w której nie kołacze się już życie.

- Czy będziesz grzeczny, jeśli pozwolę Harry’emu cię rozkuć? - zapytałem olbrzyma.

Kiwnął głową - w podobny sposób, w jaki nią przedtem pokręcił - w dół, do góry i z powrotem do pozycji na wprost. Ani na chwilę nie odrywał ode mnie swoich dziwnych oczu. Był w nich jakiś spokój, ale niekoniecznie taki, który wzbudzałby bezwarunkowe zaufanie. Dałem znak Harry’emu, który podszedł i rozpiął łańcuchy. Nie okazywał teraz cienia strachu, chociaż klęczał między potężnymi niczym pnie drzew nogami Coffeya, zdejmując kajdany z jego kostek. To rozwiało trochę moje obawy. Harry’ego denerwował Percy, a ja wierzyłem w jego intuicję. Wierzyłem w intuicję wszystkich moich stałych pracowników z wyjątkiem Percy’ego.

Miałem przygotowaną krótką mowę, której wysłuchiwali wszyscy nowo przybyli, wahałem się jednak, czy wygłosić ją Coffeyowi, tak dalece odbiegał od normy, nie tylko z powodu swego wzrostu.

Kiedy Harry się cofnął (Coffey stał nieruchomo podczas całej ceremonii rozkuwania, łagodny jak perszeron), przyjrzałem się swojemu nowemu lokatorowi i postukałem kciukiem w podkładkę do papierów.

- Potrafisz mówić, duży?

- Tak, proszę pana szefa, potrafię mówić - odparł. Miał głęboki, dudniący cicho głos, który przywodził na myśl dopiero co włączony silnik traktora. Nie zaciągał, jak czyni to typowy Południowiec, w jego wymowie były jednak pewne południowe naleciałości, które później zauważyłem. Tak jakby mieszkał na Południu, ale z niego nie pochodził. Nie mówił ani jak analfabeta, ani jak człowiek wykształcony. Jego sposób wysławiania się był, podobnie jak wiele innych rzeczy, kompletną zagadką. Najbardziej niepokoiły mnie jego oczy - widoczny w nich rodzaj spokojnej nieobecności, tak jakby przez większość czasu przebywał zupełnie gdzie indziej.

- Nazywasz się John Coffey.

- Tak, proszę pana szefa, tak jak napój, tylko inaczej się pisze.

- To znaczy, że potrafisz pisać? Pisać i czytać?

- Tylko własne nazwisko, szefie.

Westchnąłem, po czym uraczyłem go krótką wersją swojej mowy. Już wtedy doszedłem do wniosku, że nie będzie sprawiał żadnych kłopotów - w czym jednocześnie się myliłem i miałem rację.

- Nazywam się Paul Edgecombe - oznajmiłem. - Jestem kierownikiem bloku E, naczelnym strażnikiem. Jeśli będziesz ode mnie czegoś chciał, poproś mnie po nazwisku. Jeśli mnie tu nie będzie, poproś tego drugiego strażnika. Nazywa się Harry Terwilliger. Albo pana Stantona lub Howella. Rozumiesz?

Coffey kiwnął głową.

- Nie spodziewaj się, że dostaniesz cokolwiek, na co masz ochotę, dopóki nie uznamy, że rzeczywiście tego potrzebujesz. To nie jest hotel. Jasne?

Ponownie pokiwał głową.

- To spokojne miejsce, duży, niepodobne do reszty więzienia. Mamy tutaj tylko ciebie i Delacroix. Nie będziesz pracował; większość czasu spędzisz po prostu w celi. Dzięki temu będziesz mógł sobie wszystko przemyśleć. - Na myślenie mieli na ogół aż za dużo czasu, ale tego mu nie powiedziałem. - Nieraz, jeśli jest spokój, puszczamy radio. Lubisz radio?

Pokiwał głową, ale niezbyt pewnie, jakby nie bardzo wiedział, o czym mówię. Odkryłem potem, że tak było rzeczywiście; Coffey poznawał pewne rzeczy, gdy się z nimi ponownie stykał, potem jednak zupełnie o nich zapominał. Znał bohaterów Our Gal Sunday, ale nie pamiętał zbyt dobrze, czego dokonali w ostatnim odcinku.

- Jeśli będziesz grzeczny, dostaniesz na czas posiłki, nigdy nie trafisz do izolatki na końcu korytarza ani nie będziesz musiał nosić jednego z tych płóciennych ubranek, które zapinają się z tyłu. Masz dwie godziny na spacer od czwartej do szóstej po południu oprócz sobót, kiedy nasi pozostali pensjonariusze rozgrywają mecz futbolu. Jeśli jest ktoś, kto chce cię odwiedzić, będzie mógł to zrobić w niedzielę po południu. Masz kogoś takiego, Coffey?

Potrząsnął głową.

- Nikogo, proszę pana szefa.

- Może odwiedzi cię adwokat?

- Już go chyba nie zobaczę - stwierdził. - Dali mi go na kredyt. Nie wierzę, żeby tłukł się tu do mnie w te góry.

Przyjrzałem mu się baczniej, żeby sprawdzić, czy nie robi sobie przypadkiem żartów, ale nie sprawiał takiego wrażenia. I w gruncie rzeczy wcale się tego nie spodziewałem. Apelacje nie były dla kogoś takiego jak John Coffey; w każdym razie nie w tamtych czasach; tacy jak on mieli swoje pięć minut w sądzie, a potem świat zapominał o nich aż do dnia, kiedy w gazecie ukazywała się mała notatka o tym, że przez takiego to a takiego faceta puszczono trochę prądu koło północy. Kogoś, kto miał żonę, dzieci albo przyjaciół, z którymi chciał się spotkać w niedzielę, łatwiej było trzymać w ryzach, jeśli wydawał się krnąbrny. Coffey nie sprawiał wrażenia krnąbrnego i bardzo mnie to cieszyło, ponieważ był taki cholernie wielki.

Uniosłem się nieco na pryczy, a potem doszedłem do wniosku, że poczuję się chyba lepiej, jeśli wstanę. Kiedy to zrobiłem, Coffey cofnął się z szacunkiem i splótł ręce na brzuchu.

- Możesz mieć tutaj łatwe albo trudne życie, duży, wszystko zależy od ciebie. Możesz również ułatwić życie nam wszystkim, ponieważ w gruncie rzeczy sprowadza się to do tego samego. Będziemy cię traktować tak, jak na to zasłużysz. Masz jakieś pytania?

- Czy po kolacji na korytarzu pali się światło? - zapytał, jakby tylko na to czekał.

Zamrugałem oczyma. Nowo przybyli zadawali mnóstwo dziwnych pytań - jednego z nich interesowały rozmiary cycków mojej żony - nikt jednak nie zapytał jeszcze o coś takiego.

Coffey uśmiechnął się z lekkim zażenowaniem, tak jakby wiedział, że wezmę go za głupka, ale nie mógł się powstrzymać.

- Czasami boję się ciemności - wyjaśnił. - Zwłaszcza w nowym miejscu.

Przyjrzałem mu się - samym jego rozmiarom - i dziwnie mnie ujął. Ci ludzie potrafią wzruszyć; nie widzi się ich w najgorszym momencie, kiedy wykuwają swój horror niczym demony w piekielnej kuźni.

- Tak, pali się - odparłem. - Od dziewiątej wieczór aż do piątej rano na całej Mili świeci się połowa wszystkich żarówek. - Nagle zdałem sobie sprawę, że nie ma najprawdopodobniej bladego pojęcia, o czym mówię: nie odróżniał Zielonej Mili od błota znad Missisipi. - To znaczy na korytarzu - dodałem.

Coffey pokiwał z ulgą głową. Przez chwilę nie byłem pewien, czy wie, co to jest korytarz, ale widział chyba dwustuwatowe żarówki w drucianych osłonach.

A potem zrobiłem coś, czego nie zrobiłem dotąd wobec żadnego więźnia - podałem mu rękę. Do dzisiaj nie wiem dlaczego. Może dlatego, że zapytał o te światła? Harry Terwilliger zamrugał oczyma, tyle tylko wam powiem. Coffey ujął z zadziwiającą delikatnością moją rękę, która w całości zniknęła w jego dłoni, i to było wszystko. Miałem kolejną ćmę w butelce. Zrobiliśmy, co do nas należało.

Wyszedłem z celi. Harry zamknął drzwi i przekręcił klucze w obu zamkach. Coffey stał przez kilka chwil w miejscu, jakby nie wiedział, co ze sobą zrobić, a potem usiadł na pryczy, splótł swoje dłonie olbrzyma między kolanami i pochylił głowę jak człowiek, który się modli albo kogoś opłakuje. Później powiedział coś ze swoim dziwnym, prawie południowym akcentem. Nie wiedziałem wówczas, co zrobił - nie trzeba wiedzieć, jaką zbrodnię popełnił człowiek, żeby go żywić i przygotować do momentu, gdy będzie musiał spłacić swój dług - ale słysząc to poczułem, jak przechodzi mnie dreszcz.

- Nie mogłem nic pomóc, szefie - powiedział. - Próbowałem to cofnąć, ale było za późno.

 

 

3

 

- Będziesz miał jeszcze kłopoty z Percym - oznajmił Harry, kiedy wracaliśmy korytarzem do mojego gabinetu.

Dean Stanton, ktoś w rodzaju mojego drugiego zastępcy (oficjalnie nie mieliśmy takiej funkcji - Percy Wetmore naprawiłby to niedopatrzenie w mgnieniu oka), siedział przy moim biurku, wpisując dane do akt. Ja sam nigdy nie miałem do tego serca. Nie podniósł nawet wzroku, gdy weszliśmy, wsunął tylko głębiej na nos okulary i wrócił do swojej papierkowej roboty.

- Mam kłopoty z tym dzięciołem, odkąd tu się pojawił - odparłem, ostrożnie odciągając materiał spodni od krocza i krzywiąc się z bólu. - Słyszałeś, co krzyczał, wprowadzając tego wielkoluda na blok?

- Nie mogłem nie słyszeć - stwierdził Harry. - Szedłem tuż obok niego.

- Ja siedziałem wtedy w kiblu, ale też dobrze słyszałem - mruknął Dean. Wziął do ręki kartkę papieru, podniósł ją do światła (zobaczyłem, że oprócz napisanego na maszynie tekstu jest na niej ślad po kubku z kawą) i wyrzucił do kosza. - “Idzie truposz”. Musiał to wyczytać w jednym z tych pism, które tak go rajcują.

Prawdopodobnie właśnie tak było. Percy Wetmore okazał się zagorzałym czytelnikiem “Argosy”, “Stag” i “Men’s Adventure”. W każdym numerze była tam, jak się zdaje, jakaś więzienna historyjka i Percy czytał ją z wypiekami na twarzy niczym prowadzący badania naukowiec. Miało się wrażenie, że szuka w życiu jakichś wskazówek i uznał, że te pisma są najlepszym źródłem informacji. Przyszedł do nas zaraz po tym, jak upiekliśmy Anthony’ego Raya, mordercę z toporem, i właściwie nie brał jeszcze udziału w żadnej egzekucji, ale oglądał jedną z nastawni.

- Facet zna wysoko postawionych ludzi - oznajmił Harry. - Ma plecy. Dostanie ci się za to, że wysłałeś go z bloku. I dostanie ci się jeszcze bardziej za to, iż oczekiwałeś, że zrobi raz coś pożytecznego.

- Wcale tego nie oczekiwałem - odparłem. Może i nie oczekiwałem, ale miałem cichą nadzieję. Bili Dodge nie był człowiekiem, który pozwoliłby komuś się opieprzać, podczas gdy inni ciężko harują. - Na razie bardziej mnie interesuje nasz wielkolud. Czy będą z nim jakieś kłopoty?

Harry pokręcił stanowczo głową.

- Podczas rozprawy w hrabstwie Trapingus siedział cicho jak trusia - stwierdził Dean. Zdjął z nosa okulary bez oprawek i zaczai je czyścić rąbkiem kamizelki. - Oczywiście miał na sobie więcej łańcuchów niż duch Marleya, kiedy ukazał się Scrooge’owi, ale gdyby chciał, mógł je łatwo spikwiczyć. To był kalambur, synu - dodał.

- Wiem - odparłem, chociaż nie miałem o tym pojęcia. Nie znosiłem, kiedy chciał pokazać, że jest ode mnie mądrzejszy.

- Duży sukinsyn, nie? - zapytał.

- Tak - zgodziłem się. - Piekielnie duży.

- Będziemy musieli przerobić Starą Iskrówę na Superfajerkę, żeby przypiec mu tyłek.

- Nie martw się o Starą Iskrówę - odparłem roztargnionym tonem. - Wielcy faceci robią się na niej tacy malutcy.

Dean pomasował nos w miejscu, gdzie widniały zaczerwienienia od okularów, i pokiwał głową.

- Zgadza się - mruknął. - Jest w tym wiele racji, nie da się ukryć.

- Czy któryś z was wie, gdzie przebywał, zanim zjawił się w... Tefton? - zapytałem. - To było w Tefton, prawda?

- Tak - potwierdził Dean. - W Tefton, w hrabstwie Trapingus. Nikt nie wie, gdzie przebywał, zanim się tam zjawił i zrobił to, co zrobił. Pewnie szwendał się po całym stanie. Jeśli cię to naprawdę interesuje, możesz znaleźć coś w gazetach w więziennej bibliotece. Nie przeniosą jej w nowe miejsce wcześniej jak w przyszłym tygodniu. Będziesz mógł posłuchać skarg swojego kumpla, którego zagnałeś do roboty piętro wyżej - dodał, szczerząc zęby.

- Może rzeczywiście tam zajrzę - mruknąłem. Później, po południu, zrobiłem to.

Biblioteka mieściła się na tyłach budynku, w którym miano urządzić więzienny warsztat samochodowy - taki przynajmniej był plan. Moim zdaniem ktoś chciał się na tym nieźle obłowić, ale trwał właśnie Wielki Kryzys i zachowałem swoją opinię dla siebie; podobnie powinienem zrobić w sprawie Percy’ego, ale czasami nie sposób po prostu trzymać gęby zamkniętej na kłódkę. Niewyparzony język przysparza człowiekowi więcej kłopotów, niż kiedykolwiek przysporzył mu kutas. Warsztat samochodowy nigdy zresztą nie powstał - w następnym roku całe więzienie przeniesiono sześćdziesiąt mil dalej, do Brighton. Kolejne pieniądze przeszły z rączki do rączki. Kolejne konfitury. Ale to nie moja sprawa.

Administracja przeprowadziła się już do nowego budynku po wschodniej stronie dziedzińca; teraz przenoszono ambulatorium (kto z tych wiejskich ciołków wpadł w ogóle na pomysł, żeby umieścić je na drugim piętrze, stanowiło kolejną z wielu zagadek, w jakie obfituje życie), a bibliotekę już częściowo spakowano - w gruncie rzeczy nie było tam dużo do pakowania - i stała prawie pusta. Stary budynek miał szalowane ściany i wciśnięty był między bloki A i B. Wychodziły na niego ich łazienki i w całym wnętrzu unosił się niewyraźny zapach moczu, co było prawdopodobnie jedynym rozsądnym powodem przeprowadzki. Pomieszczenie, w którym mieściła się biblioteka, miało kształt litery L i rozmiarami niewiele różniło się od mojego gabinetu. Poszukałem wzrokiem wentylatora, ale wszystkie już zabrano. Musiało tam być ze czterdzieści stopni i siadając, znowu poczułem to gorące pulsowanie w kroczu. Przypominało ćmienie zęba. Wiem, że - zważywszy na to, o jakiej części ciała tu mówimy - może się to wydać absurdem, ale nie potrafiłem tego porównać z niczym innym. Ból był o wiele gorszy podczas oddawania i zaraz po oddaniu moczu, a ja zrobiłem to bezpośrednio przedtem.

Ktoś tam jednak był - kościsty stary więzień o nazwisku Gibbons, który drzemał w kącie, z leżącą na kolanach powieścią z Dzikiego Zachodu i kapeluszem nasuniętym na oczy. Nie przeszkadzał mu ani upał, ani stękanie, łomoty i powtarzające się co jakiś czas przekleństwa, które dochodziły z ambulatorium piętro wyżej. (Musiało tam być co najmniej dziesięć stopni więcej i miałem nadzieję, że Percy Wetmore dobrze się bawi). Ja też mu nie przeszkadzałem, schowałem się bowiem od razu za rogiem, gdzie trzymano gazety. Obawiałem się, że wbrew temu, co powiedział Dean, zabrano je razem z wentylatorami, ale nie, leżały na swoim miejscu i odszukanie historii bliźniaczek Dettericków nie sprawiło mi większej trudności; pisano o nich na pierwszej stronie od dnia popełnienia zbrodni w czerwcu, aż do procesu, który odbył się na przełomie sierpnia i września. Wkrótce przestałem zwracać uwagę na skwar, hałasy na górze i astmatyczne chrapanie starego Gibbonsa. Myśl o tych dziewięcioletnich małych dziewczynkach - ich okolonych blond lokami główkach i zalotnych buziach Bobbsey Twins - była w połączeniu z mroczną postacią Coffeya wyjątkowo niemiła, ale nie potrafiłem przed nią uciec. Zważywszy na jego rozmiary, łatwo było wyobrazić sobie, że pożarł je niczym olbrzym z bajki. To, co im rzeczywiście zrobił, było znacznie gorsze, i miał szczęście, że nie zlinczowano go od razu tam, na brzegu rzeki. Oczywiście, jeśli ktoś uzna za szczęście przejście Zielonej Mili i randkę ze Starą Iskrówą.

 

 

4

 

Królową Bawełnę zdetronizowano na Południu siedemdziesiąt lat przed opisywanymi tutaj wydarzeniami i nigdy nie odzyskała korony, chociaż w latach trzydziestych wróciła na krótko do łask. Nie było już plantacji bawełny, lecz w południowej części naszego stanu pozostało kilkadziesiąt bawełnianych farm. Jedna z nich należała do Klausa Dettericka. W latach pięćdziesiątych uważany byłby pewnie za kogoś, kto z trudem wiąże koniec z końcem, dwadzieścia lat wcześniej uchodził jednak za człowieka zamożnego, płacił bowiem co miesiąc gotówką swoje rachunki w sklepie i nie spuszczał wzroku, spotykając przypadkowo na ulicy prezesa banku. Gospodarstwo było zadbane i duże. Oprócz bawełny Detterick hodował kurczaki, a także kilka krów. Mieli z żoną trójkę dzieci: dwunastoletniego Howarda i bliźniaczki, Corę i Kathe.

Pewnej ciepłej czerwcowej nocy tamtego roku dziewczynki poprosiły, aby pozwolono im spać na zabudowanej werandzie, biegnącej wzdłuż całej bocznej ściany domu. Miała to dla nich być nie lada atrakcja. Matka ucałowała je na dobranoc tuż przed dziewiątą, kiedy ostatnie promienie słońca gasły na horyzoncie. Zobaczyła je ponownie dopiero, gdy leżały w trumnach, połatane przez przedsiębiorcę pogrzebowego, któremu udało się naprawić większość szkód.

W tamtych latach wiejskie rodziny chodziły do łóżka bardzo wcześnie - “kiedy robiło się ciemno pod stołem”, jak mawiała moja własna matka - i spały kamiennym snem. Klaus, Marjorie i Howie Detterickowie rzeczywiście spali twardo owej nocy, gdy porwano bliźniaczki. Klausa obudziłby na pewno, gdyby zaszczekał, Bowser, stary wielki półkrwi collie, ale Bowser nie zrobił tego. Nie zaszczekał ani tej nocy, ani nigdy więcej.

Klaus obudził się o brzasku, żeby wydoić krowy. Obora była po drugiej stronie obejścia i nie przyszło mu nawet do głowy, żeby rzucić okiem na bliźniaczki. To, że nie przyłączył się do niego Bowser, również nie wzbudziło jego obaw. Pies traktował kurczaki i krowy z wielką pogardą i podczas oporządzania inwentarza krył się normalnie w swojej budzie za oborą, chyba że go wezwano... i to w sposób bardzo zdecydowany.

Marjorie zeszła na dół mniej więcej kwadrans po tym, jak jej mąż włożył w sieni buty i poczłapał do obory. Nastawiła kawę i zaczęła smażyć plastry bekonu. Smakowite zapachy wywabiły Howiego z jego pokoiku na poddaszu, ale dziewczynki się nie pojawiały. Wbijając jajka do bekonu, Marjorie wysłała Howiego, żeby sprowadził siostry. Zaraz po śniadaniu Klaus chciał na ogół, by przyniosły świeże jajka z kurnika. Tego ranka jednak nikt nie zjadł śniadania na farmie Dettericków. Howie wrócił do kuchni z pobladłą twarzą. Jego oczy przed chwilą jeszcze spuchnięte od snu były szeroko otwarte.

- Nie ma ich - powiedział.

Marjorie wyszła na werandę, z początku bardziej poirytowana niż zaniepokojona. Przypuszczała, jeśli w ogóle coś przypuszczała, opowiadała później, że dziewczynki postanowiły wybrać się na poranny spacer i narwać polnych kwiatów. Albo wpadły na jakiś podobnie głupi pensjonarski pomysł. Jeden rzut oka na werandę wystarczył, żeby zrozumiała, dlaczego Howie tak bardzo pobladł na twarzy.

Zawołała męża - wrzasnęła głośno, żeby przyszedł - i Klaus przybiegł w te pędy, w butach pochlapanych mlekiem, które wylało się z wiadra. To, co zobaczył na werandzie, ścięłoby z nóg najbardziej nawet dzielnego ojca. Koce, w które dziewczynki się opatuliły, gdy z nadejściem nocy zrobiło się chłodniej, leżały ciśnięte w kąt. Drzwi na werandę wyrwane zostały z górnego zawiasu i zwisały przekrzywione na zewnątrz. A deski werandy i stopnie za okaleczonymi drzwiami splamione były krwią.

Marjorie zaczęła błagać męża, żeby nie wyruszał sam na poszukiwanie dziewczynek i nie zabierał ze sobą syna, jeśli taki właśnie miał zamiar, jej słowa na nic się jednak nie zdały. Klaus złapał dubeltówkę, którą trzymał w sieni, zawieszoną wysoko poza zasięgiem dziecinnych dłoni, i wręczył Howiemu strzelbę kaliber .22, którą miał mu dać w czerwcu na urodziny. A potem wybiegli z domu, nie zwracając najmniejszej uwagi na zawodzącą, lamentującą kobietę, która chciała koniecznie wiedzieć, co uczynią, jeśli trafią na wałęsających się robotników sezonowych albo bandę czarnuchów, którzy uciekli z obozu pracy w Laduc. Robiąc to, mieli moim zdaniem rację. Krew nie kapała już po stopniach, była jednak lepka i miała odcień czerwony, nie brązowy, który przybiera, gdy dobrze skrzepnie. Porwanie zdarzyło się całkiem niedawno. Klaus musiał uznać, że istnieje jeszcze szansa ocalenia dziewczynek, i miał zamiar z niej skorzystać.

Żaden z nich nie znał się zbyt dobrze na tropieniu śladów. Byli zbieraczami, nie myśliwymi - ludźmi, którzy polują w sezonie na szopy i jelenie nie dlatego, że tak im na tym zależy, ale dlatego, że tego się od nich oczekuje. Całe obejście poprzecinane było pozostawionymi w błocie śladami, układającymi się w wielką bezsensowną plątaninę. Klaus i Howie obiegli dookoła oborę i prawie natychmiast zobaczyli, dlaczego Bowser, pies niezbyt zajadły, lecz czujny, nie podniósł alarmu. Leżał do połowy wyciągnięty z budy zbitej z desek, które zostały po budowie obory (nad okrągłym otworem z przodu przybita była tabliczka z wykaligrafowanym starannie napisem BOWSER - obejrzałem jej zdjęcie w gazecie), i miał pysk przekręcony prawie o trzysta sześćdziesiąt stopni. Uśmiercić w ten sposób tak duże zwierzę mógł tylko człowiek obdarzony olbrzymią siłą, powiedział potem ławie przysięgłych oskarżyciel Johna Coffeya... po czym posłał długie wymowne spojrzenie w stronę siedzącego ze spuszczonymi oczyma wielkoluda, ubranego w fabrycznie nowe, zakupione przez stan drelichy, które wyglądały na nim jak ubranie po młodszym bracie. Klaus i Howie znaleźli przy psie kawałek gotowanej kiełbasy. Zakładano - moim zdaniem, niewątpliwie słusznie - że Coffey zwabił psa kiełbasą, potem zaś, kiedy Bowser połykał ostatni kęs, złamał mu kark jednym szarpnięciem swoich mocarnych dłoni.

Za oborą zaczynały się północne pastwiska Dettericków, na które nie wyszła tego dnia żadna krowa. Trawę pokrywała poranna rosa i widać było wyraźnie przecinające ją na ukos ślady, prowadzące na północny zachód.

Chociaż bliski histerii, Klaus Detterick przez chwilę się zawahał. Nie bał się człowieka lub ludzi, którzy porwali jego córki, ale tego, że podąży śladami, które sprawca zostawił, nie oddalając się, lecz zmierzając w stronę jego farmy... słowem, że pójdzie w złym kierunku, podczas gdy liczyła się każda sekunda.

Howie rozwiązał ten dylemat, ściągając skrawek żółtego materiału z krzewu, który rósł tuż za skrajem obejścia. Kiedy stojącemu za barierką dla świadków Klausowi pokazano później ten sam kawałek tkaniny, rozpoznał w nim z płaczem fragment szortów swojej córki Kathe. Dwadzieścia jardów dalej znaleźli zwisający z wystającej gałązki jałowca spłowiały zielony strzęp nocnej koszulki, którą Cora miała na sobie, kiedy całowała rodziców na dobranoc.

Detterickowie ruszyli biegiem przez pastwisko, trzymając przed sobą broń, niczym żołnierze, którzy szturmują pod ciężkim ostrzałem terytorium wroga. Z wszystkiego, co wydarzyło się owego dnia, najbardziej dziwi mnie, że chłopak, który ścigał rozpaczliwie ojca, czasami tracąc go prawie zupełnie z oczu i zaciskając kurczowo w dłoni strzelbę, ani razu się nie potknął i nie wpakował kuli w plecy Klausa Dettericka.

Na farmie znajdował się telefon - kolejny sygnał wskazujący, że Detterickom powodziło się całkiem nieźle w tych ciężkich czasach - i Marjorie połączyła się z centralą, aby przedzwonić do ilu tylko zdoła sąsiadów i powiadomić ich o nieszczęściu, które spadło na nich jak grom z jasnego nieba. Wiedziała, że każdy telefon spowoduje rozchodzące się koncentrycznie kręgi, niczym ciśnięte w spokojną toń kamyki. A potem podniosła po raz ostatni słuchawkę i wypowiedziała słowa, które stanowiły niemal symbol tego wczesnego okresu telefonizacji, przynajmniej na wiejskim Południu.

- Halo, centrala, czy pani mnie słyszy?

Centrala słyszała, ale przez krótki moment nie mogła się odezwać; zacną kobietę zupełnie zamurowało.

- Tak, pani Detterick - wykrztusiła w końcu - słyszę panią dobrze, o słodki błogosławiony Jezu, modlę się teraz, żeby pani małym dziewczynkom nic się nie stało...

- Dziękuję pani bardzo - przerwała jej Marjorie - ale czy może pani poprosić Pana Boga, żeby chwilę poczekał, i połączyć mnie z biurem szeryfa w Tefton?

Szeryf hrabstwa Trapingus był brzuchatym staruchem z czerwonym od whisky nosem i grzywą białych włosów tak cienkich, że wyglądały jak kłaki do czyszczenia fajki. Dobrze go znałem; przyjeżdżał wielokrotnie do Cold Mountain, żeby zobaczyć, jak “jego chłopcy” - tak właśnie ich nazywał - przenoszą się do wieczności. Świadkowie egzekucji siadali na takich samych składanych krzesełkach, jakie widzieliście prawdopodobnie na pogrzebach, herbatkach w kościele albo w kole gospodyń wiejskich (tak się składa, że nasze wypożyczaliśmy w jednym z nich) i za każdym razem, gdy szeryf Homer Cribus umieszczał swój tyłek na jednym z nich, miałem nadzieję, że krzesło rozpadnie się pod nim z suchym trzaskiem. Obawiałem się tego dnia i jednocześnie skrycie o nim marzyłem, nigdy jednak nie nadszedł. Niedługo potem - nie więcej niż rok lub dwa po uprowadzeniu bliźniaczek - Homer zmarł na zawał serca podczas stosunku z siedemnastoletnią czarną dziewczyną o nazwisku Daphne Shurtleff. Dużo się o tym gadało wspominając, jak to przed wyborami afiszował się zawsze ze swoją żoną i szóstką chłopaków - w tamtych czasach każdy, kto ubiegał się o jakąś wybieralną funkcję i nie był baptystą, mógł to sobie, jak głosiło ludowe porzekadło, wybić z głowy. Ale ludzie kochają hipokrytów - rozpoznają w nich samych siebie i zawsze robi im się ciepło na sercu, gdy złapie się kogoś innego ze spuszczonymi gatkami i kutasem na wierzchu.

Szeryf Cribus był nie tylko hipokrytą - był także kompletnym głąbem, z tych, co to nigdy nie zapomną sfotografować się z czyimś kotkiem na ręku, podczas gdy to zupełnie kto inny - na przykład zastępca Rob McGee - ryzykuje złamanie obojczyka, wspinając się po drzewie i znosząc zwierzaka na dół.

McGee słuchał przez jakieś dwie minuty paplaniny Marjorie Detterick, po czym zadał jej kilka pytań, szybkich i celnych niczym wymierzone w twarz ciosy doświadczonego boksera - krótkie i mocne proste, po których krew tryska, jeszcze nim zacznie boleć.

- Zadzwonię do Boba Marchanta - oznajmił, kiedy udzieliła na nie odpowiedzi. - Ma psy. Niech pani nie rusza się z farmy, pani Detterick. Jeśli wrócą pani mąż i chłopak, niech pani zatrzyma ich w domu. Stara się ich zatrzymać, w każdym razie.

Jej mąż i chłopak zdążyli tymczasem przebiec trzy mile śladem porywacza, posuwając się przez cały czas polami na północny zachód. Po wejściu do sosnowego lasu zgubili jednak trop. Byli, jak powiedziałem, farmerami, nie myśliwymi, i domyślali się już, że ścigają prawdziwą bestię. Po drodze znaleźli żółty stanik Kathe oraz kolejny strzęp nocnej koszuli Cory. Obie części garderoby były pokrwawione i ani Klaus, ani Howie nie śpieszyli się już tak bardzo; ich gorące nadzieje musiała ostudzić chłodna pewność, sącząca się wzdłuż kręgosłupa niczym zimna woda, która spływa w dół, ponieważ jest cięższa.

Weszli do lasu, szukając śladów i nie znalazłszy żadnych, spróbowali bezskutecznie w drugim, a potem w trzecim miejscu. Za którymś razem odkryli plamę krwi na igłach jednej z sosen. Przeszli jakiś odcinek w tym kierunku, a potem zaczęli z powrotem penetrować obrzeża lasu. Dochodziła dziewiąta, gdy usłyszeli za sobą nawoływania mężczyzn i szczekanie psów. Rob McGee zorganizował grupę pościgową w czasie, który szeryfowi Cribusowi zajęłoby wypicie pierwszej tego dnia filiżanki kawy zaprawionej brandy, i kwadrans po dziewiątej dotarli do Klausa i Howiego, którzy kręcili się desperacko w kółko przy skraju lasu. Wkrótce ruszyli dalej, prowadzeni przez psy Boba. McGee pozwolił Detterickom brać udział w pościgu - nie zawróciliby nawet, gdyby im zabronił, bez względu na to, jak bardzo bali się tego, co zobaczą, i zastępca szeryfa chyba to rozumiał - ale kazał im rozładować broń. Inni zrobili to samo, powiedział; tak będzie bezpieczniej. Ani on, ani żaden z członków grupy pościgowej nie wspomniał, że Detterickowie byli jedynymi, których poprosił o oddanie nabojów. Oszołomieni i pragnący teraz tylko dotrwać do końca koszmaru i mieć to za sobą, zrobili, co im polecił. Każąc Detterickom rozładować broń i oddać kule, Rob McGee uratował zapewne życie Coffeyowi.

Biegnąc za ujadającymi głośno psami i posuwając się z grubsza na północny zachód, minęli dwie mile sosnowego młodnika i dotarli do brzegu Trapingus River, która w tym miejscu płynie szerokim wolnym nurtem na południowy wschód, przecinając niskie zalesione pagórki, gdzie członkowie rodzin o nazwiskach Cray, Robinette i Duplissey robią samodzielnie mandoliny i wypluwają zepsute zęby podczas orki; zacofane okolice, gdzie mężczyźni podają sobie nawzajem węże podczas niedzielnych nabożeństw i śpią w objęciach własnych córek w niedzielne noce. Znałem dobrze te rodziny; wiele z nich dostarczało co jakiś czas strawy Starej Iskrówie. Po drugiej stronie rzeki mężczyźni widzieli lśniące w czerwcowym słońcu tory bocznej linii Great Southern. Milę dalej po prawej stronie rzekę przecinał most prowadzący ku zagłębiu węglowemu West Green.

Odkryli tutaj pogniecioną trawę, połamane krzaki i tyle krwi, że wielu mężczyzn musiało pobiec z powrotem do lasu i wyrzygać śniadanie. Znaleźli również pokrwawione strzępy nocnej koszuli Cory. Howie, który do tej pory trzymał się zadziwiająco dobrze, oparł się o swego ojca i o mało nie zemdlał.

Tutaj także psy Boba Marchanta, po raz pierwszy i jedyny tego dnia, nie mogły się pogodzić co do dalszego kierunku pościgu. Było ich sześć: dwa ogary, dwa wyżły i dwa podobne do terierów mieszańce, które Południowcy nazywają murzyńskimi kundlami. Mieszańce chciały iść na północny zachód, w górę Trapingus River; reszta rwała się w drugą stronę, na południowy wschód. Zaplątały się wszystkie we własne smycze i chociaż gazety nie napisały o tym ani słowa, mogę sobie wyobrazić straszliwe przekleństwa, jakie musiał miotać Bobo, popychając je i ciągnąc gołymi rękoma (z pewnością najbardziej inteligentnymi spośród wszystkich części jego ciała). W swoim czasie znałem kilku psiarzy i wiem z doświadczenia, że w pełni zasługują na krążące na ich temat opinie.

Bobo skrócił smycze i kiedy psy zbiły się w stado, podsunął im pod nosy nocną koszulę Cory, żeby przypomnieć, co tutaj robią w ten skwarny dzień, kiedy temperatura w południe miała dojść do trzydziestu pięciu stopni, a nad głowami ścigających unosiły się już chmary muszek. Mieszańce złapały trop, postanowiły głosować tak jak reszta, po czym całe stado ruszyło ujadając w dół rzeki.

Nie minęło nawet dziesięć minut, kiedy mężczyźni zatrzymali się, uświadamiając sobie, że jakiś głos przebija się przez szczekanie psów. Było to raczej wycie niż ujadanie - dźwięk, którego nie wydaje żaden pies nawet w obliczu śmierci. Ani jeden z nich nie słyszał nigdy czegoś takiego, wszyscy jednak domyślili się od razu, że to człowiek. Tak przynajmniej twierdzili, a ja im wierzę. Myślę, że sam też bym go rozpoznał. Słyszałem, jak ludzie wyją w ten sposób w drodze na krzesło elektryczne. Zdarza się to niezbyt często; większość bierze się w garść i idzie spokojnie, sypiąc nawet czasem żarcikami, jakby to był szkolny piknik, ale paru zawsze się wyłamie. Należą do nich ci, którzy naprawdę wierzą w piekło i wiedzą, że czeka ich ono u kresu Zielonej Mili.

Bobo ponownie skrócił smycze. Psy były warte parę dolców i nie chciał, żeby zabił je jakiś bełkoczący i wyjący w pobliżu psychopata. Pozostali mężczyźni załadowali broń. Od tego wycia przeszedł ich dreszcz i czuli, jak krople potu pod pachami i na plecach spływają lodowatymi strużkami w dół. Kiedy mężczyznę przechodzi taki dreszcz, potrzebuje, jeśli ma iść dalej, kogoś, kto go poprowadzi, i kimś takim okazał się zastępca McGee. Wysunął się na czoło i ruszył raźno (choć jestem przekonany, że wcale się tak nie czuł) ku kępie olch, które rosły na skraju lasu. Pozostali stąpali za nim mniej więcej pięć kroków z tyłu. McGee zatrzymał się tylko raz i dał znak największemu z nich - Samowi Hollisowi - żeby trzymał się blisko Klausa Dettericka.

Za olchami las odbijał trochę w prawo. Po lewej stronie teren opadał łagodnie ku rzece. Tam właśnie stanęli wszyscy jak wryci w miejscu. Myślę, że daliby bardzo dużo, żeby móc nie oglądać tego, co zobaczyli, i że żaden z nich nie zapomniał owego widoku do końca życia; to był ten rodzaj koszmaru, nagiego i parującego w słońcu, który kryje się za zasłonami i dekoracjami zwyczajnego życia - podwieczorkami w kościele, spacerami wiejską drogą, uczciwą pracą i pocałunkami w łóżku. W każdym człowieku jest trupia czaszka i powiadam wam, że trupia czaszka jest w życiu wszystkich ludzi. Ci mężczyźni zobaczyli ją właśnie tamtego dnia - zobaczyli to, co kryje się za zębami wyszczerzonymi w uśmiechu.

Na brzegu rzeki siedział w spłowiałym pokrwawionym kombinezonie największy mężczyzna, jakiego którykolwiek z nich widział - John Coffey. Jego olbrzymie płaskie stopy były bose. Na głowie miał spłowiałą czerwoną chustkę - zawiązaną podobnie, jak czynią to idące do kościoła wiejskie kobiety. Wokół niego krążyła czarna chmura komarów. Z rąk zwisały mu nagie ciała dziewczynek. Ich blond włosy, niegdyś kręcone i jasne niczym korona mlecza, przylegały teraz do główek i pociągnięte były czerwonymi smugami. Trzymający je mężczyzna siedział z zadartą w górę głową, wyjąc niczym wilk do księżyca, z mokrymi od łez brązowymi policzkami i twarzą skrzywioną w potwornym grymasie żalu. Unosił pierś w spazmatycznym oddechu, aż napinały się szelki jego kombinezonu, a potem z jego ust wyrywała się kolejna głośna skarga. Czytamy często w gazecie, że “zabójca nie okazywał ani cienia skruchy”, w tym wypadku jednak rzecz miała się zupełnie inaczej. Johna Coffeya rozdzierała świadomość tego, co zrobił... ale przecież żył. Dziewczynki były martwe. Zostały rozdarte w bardziej fundamentalny sposób.

Nikt nie wiedział, jak długo tam stali, przyglądając się zawodzącemu mężczyźnie, który nie odrywał z kolei wzroku od pociągu, zbliżającego się ze stukotem kół do mostu zawieszonego nad srebrną taflą rzeki. Zdawało się, że gapią się tak przez godzinę albo całą wieczność, lecz mimo to pociąg nie posunął się ani o jard do przodu i mieli wrażenie, że jego koła stukają w miejscu, niczym dziecko w ataku złości. Słońce nie schowało się za chmurę i oczy nie zaszły im mgłą. Wciąż mieli przed sobą ten sam widok, prawdziwy jak ukąszenie psa. Czarny mężczyzna kołysał się w przód i w tył, a Cora i Kathe kołysały się razem z nim niczym lalki w objęciach giganta. Mięśnie jego olbrzymich zakrwawionych ramion napinały się i rozluźniały, napinały się i rozluźniały, napinały się i rozluźniały.

Klaus Detterick pierwszy ruszył z miejsca. Krzycząc wniebogłosy, rzucił się ku potworowi, który zgwałcił i zabił jego córki. Sam Hollis starał się wywiązać z powierzonego zadania, ale nie zdołał. Był o sześć cali wyższy od Klausa i ważył co najmniej siedemdziesiąt funtów więcej, lecz Klaus strząsnął po prostu z ramion jego ręce. Przebiegł przez otwarte pole i z rozpędu kopnął w głowę siedzącego na brzegu olbrzyma. Roboczy but, pochlapany mlekiem, które zdążyło już skwaśnieć na słońcu, trafił Coffeya prosto w lewą skroń, ale on nie wydawał się tego w ogóle zauważać. Siedział tam dalej, łkając, kołysząc się i wpatrując w drugi brzeg rzeki. Tak jak go sobie wyobrażam, mógł przypominać postać z jakiegoś wygłaszanego w sosnowym lesie zielonoświątkowego kazania: postać wiernego wyznawcy Krzyża, wypatrującego ziemi Goszen... mógł przypominać, gdyby nie te zwłoki.

Czterech mężczyzn odciągało ogarniętego furią farmera od Johna Coffeya i nim im to się w końcu udało, Klaus zdążył go nieźle pokiereszować. Na Coffeyu nie wywarło to jednak większego wrażenia; bez przerwy kwilił, gapiąc się na drugi brzeg rzeki. Z Dettericka tymczasem uszła cała energia - jakby przez wielkiego czarnego mężczyznę płynął jakiś dziwny galwanizujący prąd (wciąż mam skłonność do używania elektrycznych metafor; musicie mi wybaczyć) i z chwilą gdy przerwano między nimi połączenie, zdrętwiał jak ktoś, kogo odrzuciło od gołego kabla. Ukląkł na szeroko rozstawionych nogach przy brzegu rzeki i zasłaniając twarz rękoma zaniósł się łkaniem. Howie ukląkł przy nim i objęli się, dotykając czołami.

Dwaj członkowie grupy pościgowej przystanęli obok, żeby ich pilnować. Reszta otoczyła zapłakanego czarnego mężczyznę, mierząc do niego z dubeltówek. Coffey najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z ich obecności. McGee dał krok do przodu, przestąpił niepewnie z nogi na nogę i przykucnął na piętach.

- Proszę pana - powiedział cicho i Coffey od razu umilkł. McGee spojrzał w podbiegłe krwią oczy. Wciąż płynęły z nich łzy, tak jakby ktoś zostawił w nich otwarty kran. Były mokre od łez, ale jednocześnie wydawały się pogodne... odległe i spokojne. W życiu nie widziałem takich dziwnych oczu i McGee musiał chyba odnieść takie samo wrażenie. “Przypominały oczy zwierzęcia, które nigdy przedtem nie widziało człowieka”, powiedział reporterowi o nazwisku Hammersmith tuż przed rozprawą.

- Słyszy mnie pan? - zapytał.

Coffey pokiwał powoli głową. Wciąż trzymał na rękach swoje nieme lalki, z podbródkami wbitymi w piersi, tak że nie widać było dobrze ich twarzy - jedno z niewielu dobrodziejstw, które Bóg uznał za stosowne zesłać owego dnia.

- Ma pan jakieś nazwisko? - zapytał McGee.

- John Coffey - odparł czarny mężczyzna grubym, zdławionym przez łzy głosem. - Coffey jak napój, tylko inaczej się pisze.

McGee pokiwał głową, po czym wskazał kciukiem wybrzuszoną kieszonkę na piersi Coffeya. Przyszło mu do głowy, że może tam chować broń - choć w gruncie rzeczy mężczyzna o takiej posturze nie potrzebował broni, żeby kogoś poważnie poszkodować, gdyby się na to zdecydował.

- Co tam masz, Johnie Coffey? Czy to przypadkiem nie spluwa? Pistolet?

- Nie, proszę pana - odparł grubym głosem Coffey, ani na moment nie spuszczając z Roba McGee tych swoich dziwnych oczu - roniących łzy i udręczonych, a zarazem odległych i dziwnie spokojnych, tak jakby prawdziwy John Coffey znajdował się zupełnie gdzie indziej i przyglądał innemu krajobrazowi, gdzie zamordowane małe dziewczynki nie były czymś, czym trzeba by się aż tak przejmować. - To tylko moje małe drugie śniadanie.

- Twierdzisz, że to tylko drugie śniadanie? - zdziwił się McGee, a Coffey pokiwał głową.

- Tak, proszę pana - mruknął, nie zwracając uwagi na łzy cieknące mu po policzkach i wiszące pod nosem smarki.

- A gdzie ktoś taki jak ty dostaje drugie śniadanie, Johnie Coffeyu?

McGee starał się zachować spokój, choć czuł już wtedy dobiegający od dziewczynek zapach i widział muchy siadające i kosztujące krwi w bardziej mokrych miejscach. Najgorsze były ich włosy, powiedział później... i nie znalazłem tego w relacji zamieszczonej w gazecie; uznano, że coś takiego nie nadaje się do rodzinnej lektury. Dowiedziałem się o tym od reportera, który pisał o procesie, niejakiego pana Hammersmitha. Odwiedziłem go jakiś czas później, kiedy John Coffey stał się dla mnie swego rodzaju obsesją. McGee powiedział Hammersmithowi, że ich jasne włosy nie były już wcale jasne. Były kasztanowe. Krew ciekła po ich policzkach, jakby ktoś nieudolnie je ufarbował i nie trzeba było doktora, żeby domyślić się, że kruche czaszki rozbite zostały jedna o drugą przez te mocarne dłonie. Być może płakały. Być może chciał, żeby umilkły. Jeśli miały szczęście, stało się to, nim je zgwałcił.

Patrząc na to, trudno było zebrać myśli, jeśli nawet ktoś traktował swoje obowiązki tak sumiennie jak zastępca McGee. Chwilowa dekoncentracja może doprowadzić do błędu, a nawet do niepotrzebnego rozlewu krwi. McGee wziął głęboki oddech i uspokoił się. W każdym razie spróbował się uspokoić.

- Właściwie niezupełnie dobrze pamiętam, proszę pana, niech mnie diabli, jeśli kłamię - stwierdził Coffey swoim zdławionym od łez głosem - ale to chyba moje drugie śniadanie. Sandwicz i słodkie pikle.

- Jeśli nie zrobi ci to różnicy, sam to sprawdzę - powiedział McGee. - I nie ruszaj się teraz, Johnie Coffeyu. Nie rób tego, chłopie, bo wycelowaliśmy w ciebie dosyć dubeltówek, żebyś zniknął od pasa w górę, jeśli tylko ruszysz małym palcem.

Coffey utkwił wzrok w rzece i nie poruszył się, kiedy McGee sięgnął delikatnie do jego kieszonki na piersi i wyciągnął coś, co opakowane było w gazetowy papier i związane kawałkiem szpagatu. McGee zerwał sznurek i odwinął papier, ale i bez tego wiedział, że Coffey mówi prawdę, że to tylko drugie śniadanie. W środku była kanapka z bekonem i pomidorem, porcja dżemu oraz słodkie pikle owinięte w krzyżówkę, której John Coffey nigdy już nie miał okazji rozwiązać. Nie było kiełbasy. Wchodzącą w skład drugiego śniadania kiełbasą pożywił się Bowser.

Nie spuszczając oczu z Coffeya, McGee podał przez ramię zawiniątko jednemu z mężczyzn. Kucając w ten sposób, znajdował się zbyt blisko Coffeya, żeby pozwolić sobie na chwilę nieuwagi. Drugie śniadanie, z powrotem opakowane i związane nowym sznurkiem, wylądowało w końcu w plecaku Boba Marchanta, w którym ten trzymał jedzenie dla psów (i, jak sądzę, kilka robaków na ryby). Nie dołączono go do materiałów dowodowych - sprawiedliwość w tej części świata działa szybko, lecz nie aż tak szybko, jak psuje się kanapka z bekonem i pomidorem - znalazła się tam jednak jego fotografia.

- Co się tutaj wydarzyło, Johnie Coffeyu? - zapytał niskim poważnym głosem McGee. - Czy chcesz mi powiedzieć?

I Coffey powiedział mu prawie dokładnie to samo, co później powiedział mnie; były to również ostatnie słowa, które prokurator skierował do ławy przysięgłych podczas rozprawy.

- Nie mogłem nic pomóc - oznajmił. - Próbowałem to cofnąć, ale było za późno.

- Chłopie, jesteś aresztowany za morderstwo - powiedział McGee, po czym splunął Johnowi Coffeyowi prosto w twarz.

Wydanie werdyktu zajęło ławie przysięgłych czterdzieści pięć minut. Dokładnie tyle, ile trzeba, żeby zjeść drugie śniadanie. Zastanawiam się, czy dopisywał im apetyt.

 

 

5

 

Domyślacie się chyba, że nie dowiedziałem się tego wszystkiego w ciągu jednego upalnego popołudnia w likwidowanej więziennej bibliotece, przerzucając stare gazety, zapakowane do dwóch skrzyń po pomarańczach Pomona. Dowiedziałem się jednak dosyć, żeby zafundować sobie bezsenną noc. Moja żona wstała o drugiej i znalazła mnie w kuchni, popijającego maślankę i palącego własnoręcznie skręconego papierosa. Zapytała, czy stało się coś złego, a ja odpowiadając okłamałem ją, co robiłem bardzo rzadko w trakcie naszego długiego małżeństwa. Oznajmiłem, że miałem kolejną scysję z Percym Wetmore’em. Rzeczywiście miałem, ale nie dlatego przecież sterczałem w nocy w kuchni. Na ogół przestawałem się przejmować Percym zaraz po wyjściu z pracy.

- Zapomnij o tym zgniłku i wracaj do łóżka - powiedziała. - Mam coś, co pomoże ci zasnąć. Będziesz mógł tego skosztować do woli.

- To brzmi zachęcająco, ale myślę, że powinniśmy się chwilowo wstrzymać - odparłem. - Coś złego dzieje się z moją kanalizacją i nie chciałbym, żebyś się ode mnie zaraziła.

Janice uniosła brew.

- Coś złego z kanalizacją, powiadasz? - mruknęła. - Zaczepiłeś chyba niewłaściwą panienkę, kiedy ostatnim razem byłeś w Baton Rouge.

Nigdy nie byłem w Baton Rouge, nigdy w życiu nie zbliżyłem się do prostytutki i oboje o tym świetnie wiedzieliśmy.

- To tylko zwykła infekcja dróg moczowych - powiedziałem. - Moja matka mówiła, że chłopcom przytrafia się to, kiedy siusiają pod wiatr, wiejący z północy.

- Twoja matka nie wychodziła również przez cały dzień z domu, jeśli wysypała jej się sól - stwierdziła Janice. - Doktor Sadler...

- Nie, moja pani - przerwałem jej, podnosząc dłoń. - Doktor Sadler zapisze mi sulfonamidy i pod koniec tygodnia będę rzygał jak kot w swoim gabinecie. Potrwa to najwyżej parę dni i najlepiej będzie, jeśli weźmiemy w tym czasie na wstrzymanie.

Pocałowała mnie w czoło tuż nad lewą brwią. Zawsze dostawałem od tego łachotek, a ona świetnie o tym wiedziała.

- Biedactwo. Tak jakbyś nie miał dość kłopotów z tym okropnym Percym Wetmore’em. Wracaj szybko do łóżka.

Wróciłem, ale przedtem jeszcze wyszedłem na werandę, żeby opróżnić pęcherz (sprawdziwszy najpierw mokrym kciukiem kierunek wiatru - rzadko kiedy ignoruje się największe nawet głupstwa, które słyszymy od rodziców, gdy jesteśmy mali). Sikanie na dworze należy do tych radości wiejskiego życia, o których nigdy nie pisali poeci, ale tej nocy nie było wcale radosne; mocz palił mnie niczym struga płonącej nafty. Mimo to miałem wrażenie, że czuję się lepiej niż po południu, i wiedziałem, że czuję się lepiej niż dwa, trzy dni wcześniej. Miałem nadzieję, że wracam do zdrowia, nigdy jednak nadzieje nie były tak zwodnicze. Nikt nie uprzedził mnie, że to draństwo, które zagnieżdża się w środku, gdzie jest mokro i ciepło, odpoczywa czasem przez dzień lub dwa, a potem atakuje ze zdwojoną siłą. Zdziwiłbym się pewnie jeszcze bardziej, gdyby ktoś powiedział mi, że za piętnaście albo dwadzieścia lat zostaną wynalezione tabletki, które likwidują podobną infekcję w rekordowym czasie... i chociaż powodują czasem mdłości lub biegunkę, na pewno nie dostaje się po nich takich torsji jak po sulfonamidach doktora Sadlera. Wówczas, w tysiąc dziewięćset trzydziestym drugim, nie było innej rady - musiałem czekać i starać się nie zwracać uwagi na to, że ktoś rozlał w moich wnętrznościach bańkę nafty, a potem przystawił do niej zapałkę. Wypaliłem papierosa, wróciłem do sypialni i w końcu zasnąłem. Śniły mi się dziewczynki o nieśmiałych buziach i włosach zlepionych krwią.

 

 

6

 

Nazajutrz rano znalazłem na biurku różową karteczkę z poleceniem, bym jak najszybciej zameldował się w gabinecie dyrektora. Wiedziałem, o co chodzi - w tej grze obowiązywały pewne niepisane, lecz bardzo ważne zasady, a ja przestałem ich wczoraj przestrzegać - i dlatego odkładałem jak najdłużej moment konfrontacji. Podobnie chyba jak wizytę u lekarza w sprawie mojej infekcji. Zawsze uważałem, że w całym gadaniu o tym, jak dobrze “mieć już coś za sobą”, jest wiele przesady.

Tak więc nie śpieszyłem się zbytnio do gabinetu Mooresa. Zdjąłem i powiesiłem na krześle swój wełniany mundur i włączyłem stojący w kącie wentylator - zapowiadał się kolejny upalny dzień. Następnie usiadłem za biurkiem i zacząłem przeglądać nocny raport Brutusa Howella. Nie zdarzyło się nic ważnego. Delacroix szlochał jakiś czas po zmianie straży - w nocy często płakał żałując, jestem tego całkiem pewien, bardziej siebie aniżeli ludzi, których upiekł żywcem - a potem wyjął z pudełka po cygarach swoją mysz, Pana Dzwoneczka. To go uspokoiło i przez resztę nocy spał jak dziecko. Pan Dzwoneczek spędził ją najprawdopodobniej na brzuchu Delacroix, z ogonem zwiniętym pod łapami, nie zmrużywszy ani na chwilę oka. Można było pomyśleć, iż sam Pan Bóg postanowił, że Francuzowi potrzebny jest anioł stróż, uznając zarazem w swojej mądrości, że tylko mysz będzie odpowiednia dla takiego szczura jak nasz mający na sumieniu sześć istnień ludzkich przyjaciel z Luizjany. Tego wszystkiego nie było oczywiście w raporcie Brutala, spędziłem jednak na bloku dość nocy, żeby czytać między wierszami. Niżej znajdowała się krótka notatka o Coffeyu: “Leżał, nie śpiąc, na ogół cicho, być może trochę płakał. Próbowałem nawiązać z nim rozmowę, ale po kilku mruknięciach dałem za wygraną. Może Paul albo Harry będą mieli więcej szczęścia”.

“Próby nawiązania rozmowy” były najważniejszą rzeczą w naszej pracy, naprawdę. Wtedy tego nie wiedziałem, ale patrząc wstecz z oddalenia, jakie daje moja dziwna starość (sądzę, że każda starość wydaje się dziwna ludziom, którzy muszą jej doświadczać), rozumiem to i wiem nawet, dlaczego wtedy tego nie wiedziałem - było to bowiem zbyt ważne: tak nieodzowne dla naszej pracy, jak nieodzowne jest oddychanie po to, żeby żyć. Nawiązanie rozmowy nie było aż tak ważne dla strażników, którzy nie zagrzali u nas dłużej miejsca, ale dla mnie, Harry’ego, Brutala i Deana stanowiło sprawę o podstawowym znaczeniu... i dlatego między innymi tak bardzo przeszkadzał nam Percy Wetmore. Nienawidzili go więźniowie, nienawidzili strażnicy... nienawidzili go chyba wszyscy, z wyjątkiem jego politycznych protektorów, samego Percy’ego i być może (ale tylko być może) jego matki. Był niczym wsypana do weselnego tortu porcja arszeniku i pewnie od samego początku wiedziałem, że ściągnie nam na głowę nieszczęście. Był katastrofą, która czeka na to, żeby się wydarzyć. Co do nas, żachnęlibyśmy się pewnie, gdyby ktoś oznajmił, że jesteśmy bardziej użyteczni jako psychiatrzy skazanych, a nie ich strażnicy... taki pomysł nawet dzisiaj budzi we mnie częściowy sprzeciw - wiedzieliśmy jednak, jak nawiązać rozmowę. A bez rozmowy ci, których czekało spotkanie ze Starą Iskrówą, mieli brzydki zwyczaj popadania w obłęd.

Zanotowałem pod raportem Brutala, że powinienem porozmawiać z Johnem Coffeyem - w każdym razie spróbować porozmawiać - następnie zaś zapoznałem się z notatką zastępcy dyrektora, Curtisa Andersena. Zawiadamiał w niej, że wkrótce spodziewa się wyznaczenia DE dla Edwarda Delacrois (Andersen nieprawidłowo zapisał jego imię i nazwisko; facet nazywał się w rzeczywistości Eduard Delacroix). DE oznaczało datę egzekucji i z tego, co wyczytałem, Curtis dowiedział się z dobrze poinformowanego źródła, że mały Francuz przejdzie Milę na krótko przed Zaduszkami - najprawdopodobniej miało się to odbyć dwudziestego siódmego października. Przedtem jednak możemy się spodziewać nowego pensjonariusza, niejakiego Williama Whartona. “Jest, jak lubicie to określać, »trudnym dzieckiem«”, napisał Curtis swoim odchylonym do tyłu i trochę pedantycznym charakterem pisma. “To kompletny szajbus i bardzo się tym szczyci. Przez ponad rok szwendał się po całym stanie i w końcu trafił na swój wielki dzień. Zabił podczas napadu trzy osoby, w tym ciężarną kobietę, a potem uciekając, policjanta z drogówki. Nie zdążył tylko załatwić ślepca i zakonnicy”. Czytając to, uśmiechnąłem się lekko. “Wharton ma dziewiętnaście lat i wytatuowany na lewym przedramieniu napis BILLY KID. Będziecie musieli raz czy dwa dać mu po łapach, to nie ulega kwestii, ale robiąc to, uważajcie. Facetowi jest po prostu wszystko jedno”. Curtis podkreślił to zdanie dwa razy, po czym dodał: “Poza tym może u nas dłużej zabawić. Złożył apelację, no i trzeba wziąć pod uwagę fakt, że jest młodociany”.

Szalony dzieciak, składający apelację i mogący u nas dłużej zabawić. Brzmiało to całkiem ciekawie. Nagle zrobiło mi się jeszcze goręcej i nie mogłem już odkładać na później spotkania z dyrektorem Mooresem.

Za mojego pobytu w Cold Mountain dyrektorzy zmieniali się dwa razy. Hal Moores był z nich ostatni i najlepszy, bez dwóch zdań. Porządny i prostolinijny, może nie tak inteligentny jak Curtis Andersen, mający jednak dość politycznego instynktu, aby zachować swoje stanowisko w tych smutnych czasach... i dość uczciwości, żeby nie dać się skorumpować. Wiadomo było, że wyżej nie awansuje, ale wcale mu to nie przeszkadzało. Miał wtedy pięćdziesiąt osiem albo dziewięć lat, białe włosy i porytą zmarszczkami twarz starego wyżła, którego Bobo Marchant dołączyłby pewnie chętnie do swojego stada. Ręce trzęsły mu się w wyniku jakiegoś porażenia, ale był silny jak tur. Rok wcześniej, kiedy więzień rzucił się na niego na spacerniaku z pałką wystruganą z listwy, Moores nie cofnął się nawet o krok. Złapał drania za rękę i ścisnął tak mocno, że pękające kości trzaskały jak wrzucone w ogień suche gałązki. Napastnik zapomniał o wszystkich swoich pretensjach, padł na kolana w błoto i zaczął wołać “mamo”.

- Nie jestem twoją matką - odparł Moores ze swoim południowym akcentem - ale gdybym nią był, podniósłbym spódnicę i obsikał cię ze wstydu, że wyszedłeś z mego łona.

Kiedy wkroczyłem do gabinetu, uniósł się z krzesła, ale dałem znak, żeby nie wstawał. Usiadłem po drugiej stronie biurka i zapytałem, jak się czuje jego żona... tyle że w naszej części świata nie pyta się o to w ten sposób.

- Co słychać u twojej ślicznotki? - brzmiało moje pytanie, tak jakby Melinda miała siedemnaście, a nie sześćdziesiąt dwa albo trzy lata. Moje zainteresowanie było szczere - sam mógłbym pokochać i poślubić tę kobietę, gdyby w odpowiedniej chwili przecięły się linie naszego życia - ale oczywiście chciałem też odwlec moment, kiedy przejdziemy do głównego tematu rozmowy.

Moores głęboko westchnął.

- Niezbyt dobrze, Paul. Naprawdę niezbyt dobrze.

- Wciąż ma te bóle głowy?

- W tym tygodniu tylko raz, ale ten atak był najgorszy ze wszystkich, które miała do tej pory: przedwczoraj przykuł ją praktycznie na cały dzień do łóżka. A teraz straciła na dodatek władzę w prawej ręce... - dodał, unosząc własną, upstrzoną plamami wątrobowymi prawą dłoń. Obserwowaliśmy przez chwilę obaj, jak drży nad jego biurkiem, a potem opuścił ją z powrotem. Wiedziałem, że dałby wszystko, żeby nie mówić tego, co właśnie mówił, i ja sam też dałbym wszystko, żeby tego nie słyszeć. Bóle głowy Melindy zaczęły się na wiosnę i przez całe lato lekarze powtarzali, że to migreny o podłożu nerwowym i że ich źródłem może być stres związany ze zbliżającym się odejściem Hala na emeryturę. Tyle że oboje nie mogli się doczekać, kiedy na nią przejdzie, a moja własna żona poinformowała mnie, że migrena jest chorobą, na którą zapadają ludzie młodzi; cierpiące na nią osoby, zbliżając się do wieku Melindy, czują się na ogół lepiej, a nie gorzej. A teraz ta bezwładna prawa ręka. Nie wyglądało mi to na nerwobóle; bardziej już na cholerny wylew.

- Doktor Haverstrom chce, żeby pojechała do szpitala w Indianoli - oznajmił Moores. - Poddała się badaniom. Ma na myśli prześwietlenie głowy i nie wiadomo co jeszcze. Melinda jest śmiertelnie przerażona. - Przerwał na chwilę, a potem dodał: - Szczerze mówiąc, ja też.

- Namów ją, żeby tam pojechała - powiedziałem. - Nie zwlekaj. Jeśli zobaczą to na rentgenie, być może okaże się, że potrafią to wyleczyć.

- Tak - zgodził się, a potem na krótki moment - z tego, co pamiętam, jedyny podczas naszej rozmowy - nasze oczy spotkały się i zrozumieliśmy się doskonale bez słów. To mógł być wylew, tak. To mógł być także rak rozwijający się w jej mózgu, a wtedy szansę na to, że lekarze mogą coś poradzić, były bliskie zeru. Nie zapominajcie, że był rok tysiąc dziewięćset trzydziesty drugi, a wtedy nawet przy czymś tak stosunkowo prostym jak infekcja dróg moczowych trzeba było brać sulfonamidy i rzygać albo zaciskać zęby i cierpieć.

- Dziękuję za twoją troskę, Paul. A teraz porozmawiajmy o Percym Wetmorze.

Jęknąłem i zakryłem oczy.

- Dziś rano miałem telefon ze stolicy stanu - oświadczył spokojnym tonem dyrektor. - Domyślasz się zapewne, że nie była to przyjemna rozmowa. Gubernator ma żonę, z której zdaniem liczy się tak bardzo, że czasami nie wiadomo, kto właściwie sprawuje urząd. Jego żona ma brata, a brat ma syna jedynaka, który nazywa się Percy Wetmore. Percy zadzwonił wczoraj wieczorem do swego taty, a tato zadzwonił do ciotki Percy’ego. Czy muszę ci dalej tłumaczyć?

- Nie - odparłem. - Percy poleciał ze skargą. Zupełnie jak pierwszy lepszy gnojek w szkole, opowiadający nauczycielce, że widział, jak Jack i Jill obściskują się w łazience.

- Tak - zgodził się Moores. - Tak to mniej więcej wygląda.

- Pamiętasz, co wyprawiał Percy, kiedy na blok przybył Delacroix? - zapytałem. - Co wyprawiał z tą swoją przeklętą hikorową pałką?

- Tak, ale...

- I wiesz, jak wali nią czasami w kraty, po prostu żeby się zabawić. Ten facet jest podły i głupi i nie wiem, jak długo jeszcze zdołam z nim wytrzymać. Taka jest prawda.

Znaliśmy się z Mooresem od pięciu lat. Dla ludzi, którzy się dobrze rozumieją, to może być bardzo długo, zwłaszcza że ich praca polega między innymi na zadawaniu śmierci. Mam na myśli, iż pojmował, o co mi chodzi. Nie chciałem odejść; nie podczas Wielkiego Kryzysu, czającego się za murami więzienia niczym niebezpieczny przestępca, którego w odróżnieniu od naszych podopiecznych nie mogliśmy wsadzić za kratki. Ludzie lepsi ode mnie przemierzali kraj na piechotę albo towarowymi pociągami. Miałem szczęście i wiedziałem o tym - odchowałem dzieci i przed dwoma laty spłaciłem hipotekę, ten dwustufuntowy blok marmuru, który tak długo leżał mi na piersi.

Człowiek musi jednak coś jeść i jego żona także. Poza tym kiedy tylko mieliśmy trochę więcej grosza (a czasami nawet kiedy nie mieliśmy, jeśli listy od Jane brzmiały szczególnie rozpaczliwie), wysyłaliśmy dwadzieścia dolców naszej córce i zięciowi. Jej mąż był bezrobotnym nauczycielem liceum i jeśli ten fakt nie kwalifikował go do otrzymania wsparcia, w takim razie to słowo nie miało żadnego znaczenia. Człowiek nie rzucał wtedy stałej, nieźle płatnej roboty, takiej jak moja... to znaczy, nie robił tego bez namysłu. Ale tamtej jesieni nie stać mnie było na chłodny namysł. Na dworze żar lał się z nieba, a spalająca mnie od wewnątrz infekcja przestawiła termostat na jeszcze wyższą temperaturę. Kiedy człowiek jest w tego rodzaju sytuacji, pięści idą czasem w ruch szybciej, niż pomyśli głowa. A jeśli rąbnie się choć raz ustosunkowanego faceta pokroju Percy’ego Wetmore’a, to równie dobrze można mu spuścić porządny łomot, ponieważ i tak nie ma już drogi odwrotu.

- Postaraj się jakoś wytrzymać - dodał cicho Moores. - To właśnie chciałem ci głównie powiedzieć. Mam wiadomość z dobrego źródła... dokładnie rzecz biorąc od osoby, która dzisiaj dzwoniła... że Percy stara się o pracę w Briar i że jego podanie zostanie rozpatrzone pozytywnie.

- Briar... - mruknąłem. Chodziło o Briar Ridge, jeden z dwóch stanowych szpitali. - Co on kombinuje? Chce zwiedzić wszystkie stanowe instytucje?

- To praca administracyjna. Lepszy zarobek i papierkowa robota zamiast przesuwania w skwarze szpitalnych łóżek. - Moores uśmiechnął się półgębkiem. - Czy wiesz, Paul, że mógłbyś już wcześniej pozbyć się Percy’ego, gdybyś podczas egzekucji Wodza nie umieścił go razem z Van Hayem w nastawni? - dodał.

To, co powiedział, wydało mi się przez moment tak dziwaczne, że zupełnie nie wiedziałem, do czego zmierza. A może nie chciałem wiedzieć.

- A gdzie miałem go umieścić? Chryste, on w ogóle nie wie, co się u nas dzieje. Włączenie go do zespołu, który zajmuje się bezpośrednio skazańcem... - Nie dokończyłem zdania. Potencjalne ryzyko wydawało się ogromne.

- Tak czy owak powinieneś wyznaczyć go do Delacroix. Oczywiście, jeśli chcesz mieć go z głowy.

Opadła mi szczęka, ale pojąłem w końcu, o co chodzi.

- Co masz na myśli? - zapytałem. - Że chce być tuż obok, by poczuć, jak facetowi smażą się jaja?

Moores wzruszył ramionami. Jego twarz, tak miękka, gdy mówił o żonie, przybrała teraz kamienny wyraz.

- Delacroix upiecze się bez względu na to, czy Percy będzie, czy nie będzie stał tuż obok - powiedział. - Mam rację?

- Tak, ale on może coś schrzanić. Prawdę mówiąc, Hal, on prawie na pewno coś schrzani. I to na oczach jakichś trzydziestu świadków... wśród których będą reporterzy aż z Luizjany.

- Ty i Brutus Howell dopilnujecie, żeby do tego nie doszło - stwierdził Moores. - A jeśli mimo to coś schrzani, pójdzie to na jego konto i zostanie w aktach przez długi czas po tym, jak skończą się jego koneksje w urzędzie gubernatora. Rozumiesz?

Rozumiałem. Zbierało mnie na mdłości, ale rozumiałem.

- Może będzie chciał zaczekać na Coffeya - dodał Moores - jeżeli jednak będziemy mieli szczęście, zadowoli się Delacroix. Nie zapomnij po prostu go wyznaczyć.

Zamierzałem umieścić Percy’ego ponownie w nastawni, a potem w tunelu, przy wózku, który miał odwieźć Eduarda Delacroix do zaparkowanego naprzeciwko więzienia karawanu, lecz wszystkie te plany wzięły teraz w łeb. Kiwnąłem głową. Miałem świadomość, że podejmuję ryzyko, ale machnąłem na to ręką. Żeby pozbyć się Percy’ego Wetmore’a, uszczypnąłbym w tyłek samego diabła. Mógł wziąć udział w tej egzekucji, nałożyć skazańcowi kask, a potem zerknąć przez kratkę i powiedzieć Van Hayowi, żeby przesunął dźwignię na dwójkę; mógł patrzeć, jak mały Francuz dosiada błyskawicy, którą on, Percy Wetmore, wypuścił z butelki. Niech przeżyje ten swój mały plugawy , dreszczyk emocji, jeśli tego właśnie dostarczało mu usankcjonowane przez państwo morderstwo. Niech spiernicza do Briar Ridge, gdzie będzie miał swój własny gabinet i własny wentylator. A jeżeli jego wujek nie wygra następnych wyborów i Percy będzie musiał przekonać się, jak naprawdę pracuje się w twardym, spalonym przez słońce świecie, gdzie nie wszyscy źli faceci siedzą za kratkami i gdzie samemu można też czasami oberwać po głowie, tym lepiej dla niego.

- W porządku - oznajmiłem wstając. - Wyznaczę go do Delacroix. A tymczasem postaram się nad sobą panować.

- Doskonale - mruknął Moores i również wstał zza biurka. - Zapomniałem zapytać, jak się czujesz - dodał, wskazując delikatnie w stronę mojego krocza.

- Chyba trochę lepiej.

- To znakomicie - stwierdził i odprowadził mnie do drzwi. - Swoją drogą, co myślisz o Coffeyu? Czy będziemy z nim mieli jakieś kłopoty?

- Nie sądzę - odparłem. - Na razie jest spokojny jak trusia. Jest dziwny... ma dziwne oczy... ale spokojny. Tak czy owak mamy na niego oko. Nie musisz się martwić.

- Wiesz oczywiście, co zrobił.

- Jasne.

Moores przeszedł ze mną przez sekretariat, gdzie stukała na swoim starym underwoodzie, jak to czyniła chyba od schyłku ostatniego okresu lodowcowego, jego sekretarka, panna Hannah. Odchodziłem z radością w sercu. W gruncie rzeczy miałem poczucie, że mi się upiekło. I miło było wiedzieć, że być może uda nam się jednak pozbyć Percy’ego.

- Przekaż Melindzie kosz z wyrazami mojej miłości - powiedziałem. - I nie funduj sobie przy okazji dodatkowej skrzynki zmartwień. Na pewno się okaże, że to zwykła migrena, nic więcej.

- Jasne - odparł i wykrzywił usta w uśmiechu. W połączeniu z jego smutnymi oczyma wyglądało to naprawdę upiornie.

Co do mnie, wróciłem na blok E, aby zacząć kolejny dzień pracy. Trzeba było przeczytać i napisać różne dokumenty, wymyć podłogi, podać posiłki, sporządzić listę dyżurów na następny tydzień i dopilnować setek różnych innych szczegółów. Przede wszystkim jednak trzeba było czekać - w więzieniu zawsze się na coś czeka tak długo, że czekanie nigdy się nie kończy. Czekałem, aż Eduard Delacroix przejdzie Zieloną Milę, czekałem na Williama Whartona, który miał pojawić się ze swym szyderczym uśmiechem i tatuażem BILLY KID na przedramieniu, przede wszystkim jednak czekałem, kiedy Percy Wetmore zniknie z mojego życia.

 

 

7

 

Mysz Eduarda Delacroix była jedną z zagadek natury. Nigdy wcześniej nie widziałem na bloku żadnej myszy i nigdy nie zobaczyłem ich później, gdy Delacroix rozstał się z nami pewnej gorącej burzowej październikowej nocy - rozstał się w sposób tak makabryczny, że nie potrafię wprost o tym myśleć. Delacroix twierdził, że to on wytresował mysz, którą nazwaliśmy na początku Matrosem Willym, ja jednak uważam, że wcale tak nie było. Tego samego zdania był Dean Stanton i Brutal. Obaj pełnili nocną służbę, gdy mysz pojawiła się po raz pierwszy i już wtedy, jak ujął to Brutal, “była na pół oswojona i dwa razy mądrzejsza od tego Francuza, któremu wydawało się, że jest jej właścicielem”.

Dean i ja siedzieliśmy w moim gabinecie i przeglądaliśmy stare akta. Mieliśmy wysłać listy do świadków pięciu egzekucji na krześle elektrycznym oraz sześciu egzekucji przez powieszenie, które odbyły się przed rokiem tysiąc dziewięćset dwudziestym dziewiątym. W gruncie rzeczy zależało nam na odpowiedzi na jedno pytanie: jak im się podobała obsługa? Wiem, że to brzmi groteskowo, ale sprawa była ważna. Jako podatnicy byli naszymi klientami, w dodatku bardzo szczególnymi. Ktoś, kto przybywa o północy, aby patrzeć, jak ginie człowiek, ma jakiś silny powód, żeby to zrobić, jakąś szczególną potrzebę, i jeśli egzekucja stanowi właściwą karę, wtedy ta potrzeba powinna zostać zaspokojona. Tych ludzi dręczył jakiś koszmar. Egzekucja miała udowodnić im, że ten koszmar się skończył. Może rzeczywiście na tym to polega. Czasami.

- Hej! - zawołał Brutal z korytarza, gdzie siedział przy biurku strażnika dyżurnego. - Hej, wy dwaj! Chodźcie tutaj!

Dean i ja spojrzeliśmy na siebie z niepokojem. Baliśmy się, że coś złego stało się Indianinowi z Oklahomy (naprawdę nazywał się Arlen Bitterbuck, ale my ochrzciliśmy go Wodzem, a Harry nawet Wodzem Kozim Serkiem, ponieważ tak właśnie śmierdział według niego Bitterbuck) albo więźniowi, którego nazywaliśmy Prezesem. Ale potem Brutal wybuchnął śmiechem i wybiegliśmy obaj z gabinetu, żeby zobaczyć, co się dzieje. Śmiech na bloku E wydawał się prawie tak samo niestosowny jak w kościele.

Stary Tu-Tut, więzień, który obsługiwał wózek z prowiantem, zdążył odwiedzić nas ze swoim sklepikiem na kółkach i Brutal zaopatrzył się u niego na długą noc: na biurku zobaczyłem trzy sandwicze, dwie oranżady i dwie babeczki. A także porcję sałatki pomidorowej, ukradzionej zapewne przez Tu-Tuta z więziennej kuchni, do której teoretycznie nie miał dostępu. Brutal miał przed sobą otwartą księgę dyżurów, której, o dziwo, nie zdążył jeszcze niczym zachlapać. Może dlatego, że dopiero zaczął się posilać.

- Co jest? - zapytał Dean. - Co się stało?

- Zarząd więziennictwa musiał sypnąć groszem i zatrudnili w końcu kolejnego strażnika - stwierdził zaśmiewając się Brutal. - Spójrzcie tam.

Wskazał ręką korytarz i zobaczyliśmy mysz. Ja też zacząłem się śmiać i po chwili zawtórował mi Dean. Naprawdę trudno było się powstrzymać; gryzoń rzeczywiście przypominał wykonującego obchód strażnika: małego, kosmatego strażnika, sprawdzającego, czy nikt nie próbuje dać nogi albo popełnić samobójstwa. Przebiegał kilka jardów wzdłuż Zielonej Mili, obracał łepek w lewo i w prawo, jakby zaglądał do cel, a potem znowu ruszał do przodu. To, że naszym głośnym krzykom i śmiechom towarzyszyło chrapanie dwóch więźniów, dodawało jeszcze śmieszności całej sytuacji.

Poza tym, że zaglądała do cel, była to najzwyczajniejsza brązowa mysz. Do jednej albo dwu nawet weszła, przeciskając się pod kratami z gracją, której pozazdrościłoby jej z pewnością wielu naszych obecnych i byłych lokatorów. Którym oczywiście bardziej zależało na wydostaniu się, a nie na wejściu do środka.

Nie odwiedziła żadnej z zamieszkanych cel, wyłącznie puste, i w końcu dotarła niemal do miejsca, gdzie siedzieliśmy. Myślałem, że zawróci i ucieknie, ale ona nie okazywała żadnego lęku.

- To nie jest normalne, żeby mysz podchodziła tak blisko ludzi - stwierdził trochę nerwowo Dean. - Może jest wściekła?

- Chryste Panie - mruknął Brutal, przeżuwając kęs kanapki z wołowiną. - Znalazł się wielki mysi ekspert. Widzisz, żeby toczyła z pyska pianę, mysi ekspercie?

- Nie widzę w ogóle jej pyska - odparł Dean i ponownie wybuchnęliśmy śmiechem. Ja też nie widziałem jej pyska, widziałem jednak ciemne małe kropeczki, które były jej oczyma i nie wydawały się wcale szalone bądź wściekłe. Sprawiały wrażenie ciekawych i inteligentnych. Zdarzyło mi się wykonywać wyroki na ludziach - obdarzonych podobno nieśmiertelną duszą - którzy wydawali się głupsi od tej myszy.

Doszła do miejsca oddalonego zaledwie trzy stopy od biurka oficera dyżurnego... Wbrew temu, co sobie może wyobrażacie, nie było ono niczym nadzwyczajnym i nie różniło się od mebli, jakie widuje się w publicznych szkołach. I tu się zatrzymała, podwijając ogon pod siebie, schludna niczym poprawiająca spódnicę starsza panna.

Nagle przestałem się śmiać i poczułem chłód, który przeszedł mnie aż do szpiku kości. Mam ochotę napisać, że nie wiem, jaki był tego powód - nikt nie lubi wyrywać się z czymś, co mogłoby go narazić na śmieszność - ale oczywiście wiem i jeśli mogę napisać prawdę o innych rzeczach, mogę napisać ją również teraz. Przez moment wyobraziłem sobie, że jestem tą myszą - nie strażnikiem, lecz po prostu jednym ze skazanych więźniów, skazanych i wyklętych, a mimo to spoglądających odważnie na biurko, które tej myszy musiało się wydawać na milę wysokie (jak zapewne nam będzie się kiedyś wydawać boski tron), i na siedzących za nim, mówiących grubymi głosami, odzianych na niebiesko olbrzymów. Olbrzymów, którzy strzelali do jej pobratymców z wiatrówek, tłukli ich miotłami albo zastawiali pułapki, które łamały im grzbiety, gdy zakradali się ostrożnie pod tabliczkę z napisem VICTOR, żeby poskubać ser leżący na małej miedzianej płytce.

Nie mieliśmy obok żadnej miotły, ale przy biurku stało wiadro z tkwiącą w wyżymaczce szczotką; tego wieczoru przypadła moja kolej na sprzątanie i nim zaczęliśmy razem z Deanem przeglądać akta, wyszorowałem zielone linoleum na korytarzu i we wszystkich sześciu celach. Widziałem, że Dean ma zamiar złapać szczotkę, i kiedy zacisnął palce na drewnianym kiju, dotknąłem lekko jego dłoni.

- Zostaw - powiedziałem.

Wzruszył ramionami i puścił szczotkę. Miałem wrażenie, że sam też nie miał wielkiej ochoty jej użyć.

Brutal odłamał kawałek kanapki z wołowiną i wysunął go poza skraj biurka, obracając delikatnie w palcach. Mysz spojrzała w górę z jeszcze żywszym zainteresowaniem, jakby wiedziała, co to jest. Być może wiedziała; zobaczyłem, jak poruszają się jej wąsiki, gdy marszczyła nos.

- Nie, Brutal, nie! - zawołał Dean, a potem spojrzał na mnie. - Nie pozwól mu tego robić, Paul! Jeśli zacznie karmić tego zwierzaka, równie dobrze możemy otworzyć tutaj jadłodajnię dla wszystkiego, co się rusza.

- Chcę tylko zobaczyć, co ona zrobi - stwierdził Brutal. - Dla dobra nauki. - Spojrzał na mnie; to ja byłem tutaj szefem, nawet w tak drobnych odbiegających od rutyny sprawach. Przez chwilę się zastanawiałem, a potem wzruszyłem ramionami, jakby było mi wszystko jedno. Prawdę mówiąc, też chciałem chyba zobaczyć, co zrobi.

Oczywiście nie pogardziła poczęstunkiem. Trwał w końcu Wielki Kryzys. Ale sposób, w jaki to zrobiła, zafascynował nas wszystkich. Podeszła do kawałka sandwicza, obwąchała go dookoła, a potem przycupnęła w miejscu niczym pokazujący sztuczkę pies i odsunęła na bok chleb, żeby dostać się do mięsa. Zrobiła to z prawdziwym znawstwem, jak ktoś, kto siada do rostbefu w swojej ulubionej restauracji. Nigdy nie widziałem, żeby jakieś zwierzę, nawet dobrze wytresowany pies, jadło w ten sposób. I przez cały czas ani na chwilę nie spuściła z nas oczu.

- Albo jest cholernie sprytna, albo głodna jak wszyscy diabli - odezwał się czyjś głos. To był Bitterbuck. Obudził się i podszedł do krat, ubrany tylko w zwisające na tyłku szorty. Między drugim i trzecim palcem prawej ręki trzymał własnoręcznie skręconego papierosa. Siwe włosy opadały mu dwoma warkoczami na ramiona - niegdyś prawdopodobnie umięśnione, teraz powoli flaczejące.

- Znasz może jakie indiańskie mądrości na temat myszy, Wodzu? - zapytał Brutal, obserwując jedzącego gryzonia. Na wszystkich nas wywarła wrażenie elegancja, z jaką trzymał w przednich łapkach kawałek wołowiny, obracając ją co jakiś czas i jakby z podziwem oglądając.

- Nie. Znałem kiedyś wojownika, który twierdził, że ma rękawice zrobione z mysiej skóry, ale nie wierzyłem mu - odparł Bitterbuck, po czym roześmiał się, jak gdyby powiedział to tylko dla żartu, i odszedł od krat. Usłyszeliśmy skrzypienie pryczy, kiedy się z powrotem położył.

To dało najwyraźniej sygnał myszy. Spałaszowała to, co trzymała w łapkach, obwąchała to, co zostało (w większości chleb przesiąknięty żółtą musztardą), i ponownie nam się przyjrzała, jakby chciała zapamiętać nasze twarze, w razie gdybyśmy się jeszcze czasami spotkali. Następnie zaś odwróciła się i odbiegła tą samą drogą, którą przyszła, nie zaglądając już do cel. Jej pośpiech przywiódł mi na myśl Białego Królika z Alicji w krainie czarów i uśmiechnąłem się. Mysz nie zwalniając ani na chwilę kroku, zniknęła pod drzwiami izolatki - obitego miękką tkaniną pomieszczenia, przeznaczonego dla ludzi, którym wymiękły mózgi. Kiedy nie trzeba jej było użytkować zgodnie z przeznaczeniem, trzymaliśmy tam przybory do sprzątania oraz trochę książek (w większości westerny Clarence Mulford, ale również - wypożyczana tylko na specjalne okazje - bogato ilustrowana opowieść o tym, jak to Popeye, Bluto oraz pogromca hamburgerów Wimpy ciupciali na zmianę Olive Oyl). Były tam także materiały do prac ręcznych i rysowania, wśród nich kredki, z których Delacroix zrobił potem dobry użytek. Ale wtedy nie mieliśmy go jeszcze na głowie; działo się to przed jego przybyciem, pamiętacie. W izolatce był również kaftan, którego nikt nie miał ochoty nosić - biały, zrobiony z podwójnie zszytego płótna, z zapinanymi z tyłu guzikami, sprzączkami i klamrami. Wiedzieliśmy wszyscy, jak błyskawicznie nałożyć go jednemu z naszych trudnych dzieci. Nasi straceńcy nieczęsto dostawali szału, ale kiedy do tego dochodziło, nie czekaliśmy, aż sytuacja unormuje się sama.

Brutal sięgnął do szuflady i wyciągnął z niej wielką księgę, Oprawną w skórę, z wytłoczonym złotymi literami napisem: ODWIEDZAJĄCY. Normalnie leżała w szufladzie całymi miesiącami. Kiedy któryś z więźniów miał gości - a nie był to jego adwokat lub kapłan - przyjmował ich w specjalnym pokoju obok stołówki. Nazywaliśmy go Amfiladą, sam nie wiem dlaczego.

- Co, u diabła, strzeliło ci do głowy? - zapytał Dean Stanton, zerkając znad swoich okularów na Brutala, ale ten zignorował go i zaczął przerzucać powoli kartki z nazwiskami gości, którzy złożyli wizyty nieżyjącym już osobom.

- Wykonuję dziewiętnasty punkt regulaminu - odparł Brutal, otwierając księgę na właściwej stronie. Wziął ołówek, polizał jego czubek - paskudny nawyk, którego nie mogliśmy w żaden sposób wykorzenić - i pochylił się nad biurkiem. Punkt dziewiętnasty stwierdzał zwięźle: “Każda osoba, która odwiedza blok E, powinna okazać żółtą przepustkę administracyjną i zostać bezzwłocznie wpisana do akt”.

- Ten człowiek oszalał - mruknął Dean.

- Nie okazała co prawda przepustki, ale tym razem zamierzam jej darować - powiedział Brutal. Jeszcze raz polizał na szczęście czubek ołówka, po czym w rubryce WEJŚCIE NA BLOK wpisał godzinę 21.49.

- Jasne, czemu nie, wielcy szefowie stosują wobec myszy taryfę ulgową - stwierdziłem.

- Oczywiście - zgodził się Brutal. - Ze względu na brak kieszeni. - Odwrócił się, żeby spojrzeć na wiszący za biurkiem ścienny zegar, a następnie w rubryce WYJŚCIE Z BLOKU wpisał godzinę 22.01. Szersza rubryka w środku zatytułowana była NAZWISKO ODWIEDZAJĄCEGO. Po chwili zastanowienia - najprawdopodobniej poświęconej problemom ortografii, jestem bowiem pewien, że już wcześniej wpadł na cały pomysł - Brutus Howell napisał starannie MATROS WILLY, którym to przezwiskiem większość ludzi określała wówczas Myszkę Mickey. Nazwano ją tak po pierwszym filmie dźwiękowym, na którym stała na mostku parowca, przewracając oczyma, kręcąc kuprem i pociągając za sznurek syreny.

- Wszystko załatwione jak trzeba - oświadczył zamykając księgę i schował ją z powrotem do szuflady.

Roześmiałem się, ale Dean, który z pewnych spraw nie potrafił po prostu żartować, zmarszczył brwi i zaczął energicznie wycierać okulary.

- Jeśli ktoś to zobaczy, będziesz miał nieprzyjemności - oznajmił. - Ktoś niewłaściwy - dodał po krótkim zastanowieniu, a potem zawahał się ponownie i mrużąc oczy rozejrzał dookoła, prawie tak, jakby uważał, że ściany mają uszy. - Na przykład Percy-Pocałuj-Mnie-W-Dupę-I-Spierdalaj-W-Podskokach-Wetmore.

- Nie mów - żachnął się Brutal. - Dzień, w którym Percy Wetmore zaparkuje swój wąski tyłek na tym krześle, będzie dniem, w którym złożę wymówienie.

- Nie będziesz musiał - uspokoił go Dean. - Jeżeli Percy szepnie co trzeba odpowiedniej osobie, wywalą cię na zbity pysk za wypisywanie głupot w księdze odwiedzających. A on może to zrobić. Świetnie o tym wiesz.

Brutal zasępił się, ale nic nie powiedział. Przewidywałem, że zetrze później w nocy to, co napisał. A jeśli tego nie zrobi, zetrę to ja sam.

Następnego wieczoru, po odprowadzeniu najpierw Bitterbucka, a potem Prezesa na blok D, gdzie nasi skazańcy brali prysznic, kiedy regularnych więźniów zamykano w celach, Brutal zapytał, czy nie moglibyśmy poszukać Matrosa Willy’ego w izolatce.

- Chyba powinniśmy to zrobić - odparłem. Dzień wcześniej uśmieliśmy się z tej myszy po pachy, ale wiedziałem, że jeśli Brutal i ja znajdziemy ją w izolatce - zwłaszcza jeśli odkryjemy, że założyła norę w jednej z wyściełanych ścian - będziemy musieli ją zabić. Lepiej zabić zwiadowcę, bez względu na to, jak bardzo jest zabawny, niż żyć później z całą kolonią pielgrzymów. Nie muszę chyba dodawać, że perspektywa zamordowania myszy specjalnie nas nie przerażała. W końcu państwo płaciło nam właśnie za tępienie szczurów.

Tego wieczoru nie znaleźliśmy jednak Matrosa Willy’ego - znanego później pod imieniem Pana Dzwoneczka - ani zakładającego norę, ani schowanego za gratami, które wysunęliśmy na korytarz. Gratów było bardzo dużo, więcej, niż się spodziewałem, ponieważ od dawna już nie musieliśmy używać izolatki. To miało się zmienić wraz z przybyciem Williama Whartona, ale wtedy jeszcze o tym oczywiście nie wiedzieliśmy. Na szczęście.

- Gdzie ona się podziała? - zapytał w końcu Brutal, ocierając pot z karku wielką niebieską chustką. - Żadnej dziury, żadnej szpary... jest co prawda otwór odpływowy, ale... - Pod kratką, przez którą mogła się od biedy przecisnąć, znajdowała się stalowa siatka, tak gęsta, że nie przefrunęłaby przez nią nawet mucha. - Jak się tu dostała? Jak stąd wyszła?

- Nie wiem - odparłem.

- Przecież tu weszła, prawda? Widzieliśmy to wszyscy trzej.

- Zgadza się, przelazła pod drzwiami. Musiała się przecisnąć, ale jakoś się jej udało.

- Jejku - mruknął Brutal i zabrzmiało to dziwnie w ustach tak dużego mężczyzny. - Dobrze, że więźniowie nie mogą się tak skurczyć, prawda?

- Żebyś wiedział - odparłem, przebiegając po raz ostatni oczyma płócienne ściany, szukając jakiejś dziurki, szpary, czegokolwiek. Nie zobaczyłem niczego. - Idziemy.



dalej


strona główna
(23kB)