(23kB)
strona główna


 

 

 

 

Erich von D„niken

 

 

CZY SIĘ MYLIŁEM?

 

Nowe wspomnienia z przyszłości

 

 

 

 

 

 

 

Rozmowa z moimi Czytelnikami

 

Jednym z najmilszych doświadczeń w życiu

jest być celem nie będąc trafionym.

 

Winston Churchill (1874-l968)

 

Przed mniej więcej dwudziestu laty napisałem swoją pierwszą książkę.

W ciągu następnych dwóch lat od tego momentu proponowałem ją

kolejno 25 (słownie: dwudziestu pięciu) niemieckojęzycznym wydaw-

nictwom. Z miłą sercu regularnością po jakimś czasie znajdowałem

w skrzynce na listy maszynopis z dołączonym do niego stereotypowym

liścikiem zaczynającym się od słów: "Żałujemy bardzo... nie mieści się

w naszym profilu..." itd. Wreszcie w odruchu rozpaczy wysupłałem

ostatnie pieniądze, wsiadłem do mojego rozklekotanego volkswagena

i pojechałem do Hamburga, aby zaproponować panu doktorowi

Thomasowi von Randow, ówczesnemu redaktorowi działu naukowego

tygodnika "Die Zeit", wydrukowanie przynajmniej kilku fragmentów

mojej książki. Doktor von Randow zaprotegował mnie telefonicznie

w wydawnictwie Econ - u pana Erwina Bartha von Wehrenalp

- i kilka dni potem znalazłem się w Dusseldorfie przed jego wielkim

biurkiem. Spojrzał na mnie sceptycznie znad szkieł okularów i oświad-

czył:

- Możemy ewentualnie zaryzykować skromny nakład, powiedzmy:

nie więcej niż trzy tysiące egzemplarzy.

W lutym 1968 Wspomnienia z przyszrości ukazały się na księgarskim

rynku.

W tym czasie redaktorem naczelnym szwajcarskiego tygodnika "Die

Weltwoche" był nieżyjący już dziś dr Rolf Bigler - młodemu pod-

ówczas Jurgowi Ramspeckowi podlegały materiały odcinkowe. (Pan

Ramspeck jest dziś zastępcą redaktora naczelnego tego tygodnika.)

Obydwaj panowie byli zafascynowani moją książką i przedrukowali ją

w całości.

Wywołało to istną lawinę. W krótkim czasie w samej tylko Szwajcarii

sprzedano 20000 egzemplarzy książki, sukces rozciągnął się poza

granice mojego kraju na Republikę Federalną i Austrię. W marcu 1970

roku wydawnictwo Econ wypuściło trzydzieste wydanie Wspomnień,

co dało w sumie 600 tysięcy egzemplarzy. Licząc z wydaniami kieszon-

kowymi i klubowymi Wspomnienia z przyszlości miały na samym tylko

obszarze niemieckojęzycznym łączny nakład ponad 2,1 miliona egzem-

plarzy. Książkę przełożono na 28 języków, ukazała się w 36 krajach, na

jej podstawie nakręcono flm pod tym samym tytułem. Po jego emisji

w telewizji amerykańskiej, w Nowym Świecie wybuchła epidemia

"Danikenitis" (określenie magazynu "Time"). Poruszony przeze mnie

temat "Czy nasi przodkowie byli świadkami wizyty z Kosmosu?" stał się

powszechnym przedmiotem dyskusji.

Wraz z falą sukcesów pojawiła się również fala krytyki. W książce

zatytułowanej Czy bogowie byli astronautami? profesor Ernst von

Khuon zebrał artykuły siedemnastu naukowców. Część tekstów była

jednoznacznie negatywna, część zaś utrzymana w tonie łagodnej

przychylności. Od tego momentu na całym dosłownie świecie jak grzyby

po deszczu pojawiać się poczęły książki żerujące na moim powodzeniu.

Wśród nich zdarzały się produkty zupełnie żałosne. W telewizyjnych

dyskusjach, prowadzonych nie wiadomo dlaczego pod szyldem audycji

"naukowych", bardzo często dochodziło do wypowiedzi niewiele

mających wspólnego z naukowością. Jak powiada Norman Mailer:

"Jeśli idzie o krytyków, to odnosi się czasem wrażenie, iż niektórzy

mylą maszynę do pisania z krzesłem elektrycznym". Ja tę egzekucję

przeżyłem.

Czy pisząc Wspomnienia z przyszlości myliłem się w zasadniczych

punktach?

Byłem - do czego każdy nowicjusz ma pełne prawo - naiwny,

porwany tematem i o całe niebo mniej samokrytyczny, niż stałem się

później w wyniku własnych rozważań i wskutek ataków całej rzeszy

krytyków. Bardzo często dawałem się ponieść entuzjazmowi, aż

nadto chętnie akceptowałem informacje, które wydawały mi się przy-

datne - przy późniejszych weryfikacjach bywałem jednak czasem

niemile zaskoczony. Zdarzało mi się też oprzeć na pracach poważ-

nych autorów naukowych, by zostać potem pouczonym, iż poglądy

owego pana dawno już zostały podważone. Wskutek takich właśnie

przypadków okrzyknięto mnie wszem i wobec autorem "podważo-

nym", odwieszając moje poglądy na wątłym haku. Haczyk tkwiący

w tego rodzaju sądach podważających moje tezy był i jest nadal ten

sam: otóż moi antagoniści - tak samo jak ja - reprezentują całko-

wicie osobiste poglądy i mają pełne prawo, tak jak i ja, przy nich

pozostać.

Oto przykłady:

Napisałem wówczas o mapach tureckiego admirała Piri Reisa, które

podziwiać można w pałacu Topkapi w Istambule, co następuje:

"Równie precyzyjnie wyrysowane są tam wybrzeża Północnej i Po-

łudniowej Ameryki". Zdanie to zostało potem podważone, ponieważ

istotnie kontury obu Ameryk widoczne są jedynie w ogólnych zarysach.

Ta zaakceptowana przeze mnie korekta w żadnej jednak mierze nie

odbiera mapom Piri Reisa ich sensacyjnego charakteru, ponieważ

pokazują one linię brzegową Antarktydy, która przecież ukryta jest pod

warstwą wiecznych śniegów i lodu. Jednym z czekających na odpowiedź

pytań pozostaje, w jaki sposób tego rodzaju dzieła kartograficzne mogły

powstać w czasach Kolumba.

Swego czasu zacytowałem informację, jakoby w Chinach znalezio-

no w jednym z grobów pod Szu-Szu fragmenty aluminiowego pasa,

podczas kiedy de facto - taką wiadomość otrzymałem z Chin

- chodziło o specjalnie hartowany stop srebra. Podobnie czas skorygo-

wał informację o prastarym żelaznym obelisku w Indiach, który nie

ulega korozji mimo wystawienia na działanie atmosfery - obelisk

zaczął w kilku miejscach rdzewieć, sam to widziałem.

W związku z postaciami, obrazami i wydarzeniami opisanymi

w powstałym około 2000 lat przed Chrystusem sumeryjskim eposie

Gilgamesz, zastanawiałem się, czy wspomnianej w nim Bramy Słońca

nie należałoby łączyć ze słynną Bramą Słońca w Tiahuanaco na

płaskowyżu boliwijskim, co byłoby potwierdzeniem tezy o pokonywa-

niu przez naszych praprzodków olbrzymich odległości. Wkrótce sam

doszedłem do wniosku, że takie spekulacje to czysty wymysł: Brama

Słońca z Tiahuanaco otrzymała swoją nazwę dopiero od współczesnych

archeologów, a jak się nazywała przed tysiącymi lat, nie wie nikt.

Podczas mojej pierwszej podróży do Egiptu w roku 1954, mój

przyjaciel z akademika Mahmud Grand, mieszkający w Kairze, powie-

dział mi, że niewielka wysepka na Nilu w pobliżu Assuanu nazwana

została Elefantyna, ponieważ widziana z lotu ptaka przypomina syl-

wetkę słonia. Informacja ta utkwiła w szarych komórkach dziewiętnas-

tolatka prawdopodobnie dlatego, że już wówczas pasowała do mojego

późniejszego spojrzenia na świat. Dziś wiem już, że obok tej połu-

dniowej twierdzy granicznej Egiptu przechodziły po prostu wyprawy

zdążające do Nubii na słoniach.

Wszystko to są przykłady pomyłek, których było w mojej pierwszej

książce znacznie więcej, przyznałem się do nich, ale nie spowodowało to

zawalenia się żadnego z zasadniczych filarów gmachu myślowego, jaki

udało mi się stworzyć. Jeśli chodzi o tego rodzaju pomyłki, to trzeba

zważyć, że w owym czasie stawiałem kroki po nie odkrytej ziemi.

Postępowałem w moim odczuciu bardzo uczciwie, ponieważ każde

pytanie zaopatrywałem przysługującym mu pytajnikiem, było ich

w sumie 323. Moi jakże skrupulatni zazwyczaj krytycy raczyli tę

okoliczność przeoczyć.

Przyjąłem zasadę, by w miarę możliwości informować tylko i wyłącz-

nie o rzeczach, których sam dotknąłem, które sam widziałem i sfoto-

grafowałem. Jest to zasada, której nie trzymają się niekiedy nawet prace

naukowe, jak przyszło mi się z czasem przekonać.

Istnieją także książki pisane przez naukowców i techników, które

- w całości, bądź częściowo - potwierdzają moje tezy! Niechętnie,

ale jednak potwierdzają. O tym, jak z Szawła można przemienić się

w Pawła, opowiada w swojej książce Joseph F. Blumrich, który

w okresie swego nawrócenia kierował wydziałem projektów NASA

w Huntsville. Oto co pisze:

"Cała sprawa zaczęła się od rozmowy telefonicznej pomiędzy Long

Island i Huntsville. Nasz syn, Christoph, opowiadał nam między

innymi, tak na zasadzie 'co by wam tu jeszcze powiedzieć', że właśnie

przeczytał niesłychanie interesującą książkę, którą my też koniecznie

musimy przeczytać i w której chodzi o przybyszy z Kosmosu, którzy

odwiedzili Ziemię. Tytuł miał brzmieć Wspomnienia z przyszlości.

Autor? Niejaki Erich von Daniken. Jako posłuszni rodzice poszliśmy

za radą naszego oczytanego syna i zamówiliśmy rzeczone dzieło.

Jeśli o mnie chodzi, to zgodziłem się je zamówić, ponieważ wiem, że

tego rodzaju książki zawsze są pasjonującą lekturą. Czasami są wręcz

ekscytujące. W odległych czasach, krajach i regionach świata, o których

niewiele wiemy, potrafią się dziać wspaniałe rzeczy. Jako inżynier

zajmujący się od roku 1934 budową samolotów, od lat jedenastu zaś

projektujący wielkie rakiety nośne i satelity, wiedziałem oczywiście

z góry, że to wszystko brednie. Jasna sprawa! No i po jakichś sześciu czy

siedmiu tygodniach nadeszła z Niemiec zamówiona książka, a z nią

parę innych. - Cóż, Daniken może poczekać.

Kiedy przyszedł czas na niego, pierwsza zaczęła czytać moja żona.

Dziś nie pamiętam już, co wtedy robiłem czy czytałem. Pamiętam za to

bardzo dokładnie, że niezliczoną ilość razy przerywała mi moje

niezwykle oczywiście ważne rozmyślania okrzykami zdziwienia i peł-

nymi entuzjazmu stwierdzeniami, że koniecznie, ale to koniecznie muszę

tę książkę przeczytać! No i oczywiście przytaczała mnóstwo cytatów.

Ja tylko uśmiechałem się z wyżyn mojej wiedzy.

I tak na nasze piękne amerykańskie Południe zawitał listopad, a z nim

dzień, kiedy nie mogłem już odkładać lektury Danikena. Musiałem

przynajmniej do niego zajrzeć i chociażby wyrywkowo przeczytać.

Było to wieczorem, gdzieś tak drugiego, a może trzeciego listopada.

Nigdy nie zapomnę godzin spędzonych nad tą książką!

Czytam więc sobie, uśmiecham się i śmieję w głos, i powoli zaczynam

się trochę złościć, że dałem się namówić na lekturę, bo przecież z góry

wiedziałem, czego mogę się spodziewać!

Wtedy natrafiłem na to miejsce, gdzie Daniken pisze o przeżyciach

proroka Ezechiela. Byłem zachwycony: nareszcie coś technicznego,

coś, do czego mogę się ustosunkować na gruncie moich zawodowych

doświadczeń. Wszystko wskazywało na to, że jest dostatecznie dużo

szczegółów i będę mógł to sprawdzić! Wystarczy podejść do regału,

wyjąć Biblię i udowodnić żonie i sobie samemu, dlaczego ten Daniken

absolutnie nie może mieć racji.

Zamknąłem książkę, położyłem ją niezbyt delikatnie na stole i wyjaś-

niłem mojej zdumionej małżonce, co zaraz zrobię.

Takie było przynajmniej moje przekonanie.

Zacząłem znowu czytać, tym razem proroka Ezechiela, o którym do

tego wieczora wiedziałem tylko tyle, że istniał. Zaraz w pierwszym

rozdziale natrafiłem na zdanie: 'Ich nogi były proste, a stopa ich nóg

była jak kopyto cielęcia i lśniły jak polerowany brąz'. To był werset

siódmy.

Dla lepszego zrozumienia tego, co teraz nastąpi, muszę wspomnieć

pokrótce o mojej pracy zawodowej. Otóż w latach 1962/64 kierowałem

grupą, która miała za zadanie znalezienie rozwiązań konstrukcyjnych

dla nowych, nieznanych dotychczas wymogów i warunków. Jednym

z zadań było przebadanie wsporników, na jakich osiadać by miał

hipotetyczny lądownik księżycowy. Zaprojektowaliśmy sprężynujące

łapy do jednorazowego użytku oraz 'stopy', których forma i wielkość

gwarantowałyby odpowiednie rozłożenie ciężaru oraz stabilność w mie-

jscu lądowania. Na koniec sporządziliśmy szczegółowe plany konstruk-

cyjne, wsporniki zostały wykonane w warsztatach i przeprowadziliśmy

drobiazgowe próby. Z powodu tych prac, które ciągnęły się z przerwami

około półtora do dwóch lat, wygląd tych elementów konstrukcyjnych

był mi doskonale znany. Wsporniki zbliżonej konstrukcji mógł też

obejrzeć każdy na zdjęciach bądź w telewizyjnych transmisjach z lądo-

wania na Księżycu załogi Apolla.

Jak sobie to później uświadomiłem, Ezechiel musiał wszystko to, co

widział, opisywać jako obraz. Mówi on o obłokach, żywych istotach

i twarzach, ponieważ były to jedyne dostępne mu środki wyrazu. Nie

miał świadomości technicznej, która pozwoliłaby mu rozumieć, co widzi

i opisuje. Skoro więc widział coś jakby proste nogi i zaokrąglone stopy,

to po prostu to w ten sposób opisał - nie wiedząc nawet, że dokonuje

opisu technicznego w bezpośredniej formie.

A zatem to, co przeczytałem w siódmym wersecie Księgi Ezechiela, po

raz pierwszy zawierało technicznie wykonalne i przynajmniej z pozoru

poprawne rozwiązanie techniczne.

Uśmieszek zniknął mi z twarzy. Zapałałem ogromną ciekawością, bo

zakładając, że ten opis jest rzeczywiście prawdziwy, to co można w nim

jeszcze znaleźć? Przez jakiś czas wszystko szło łatwo i sprawnie. Jeśli

nogi były rzeczywiście nogami, to nic łatwiejszego, jak przyjąć, że

skrzydła były rzeczywiście skrzydłami, a mianowicie łopatami wirni-

ków nośnych, ramiona zaś były ramionami mechanicznymi. A jeśli to

wszystko: skrzydła, ramiona, nogi i stopy naszkicować razem z frag-

mentem cylindrycznego korpusu, to otrzymamy twór, którego wygląd

uzasadnia dezorientację proroka, przypisującego mu początkowo

podobieństwo do człowieka, zastąpione później określeniem "istota

żywa".

Wielkim znakiem zapytania pozostał w końcu już tylko wygląd

zasadniczego korpusu tego pojazdu kosmicznego. Opis Ezechiela

przekazuje tylko jego optyczne podobieństwo do helikoptera. Szukałem

i próbowałem. Razem z żoną porównywaliśmy teksty z różnych wydań

Biblii, które mieliśmy w domu, i odkryliśmy kolejne opisy w dalszych

rozdziałach Księgi Ezechiela. Nigdzie jednak nie znalazłem lepszych

punktów zaczepienia dla szukanego przeze mnie rozwiązania.

Mój zapał był już na tyle mocny, że nie zniechęciłem się i nie

powróciłem do negatywnego nastawienia, z jakim przystępowałem do

lektury. Było już dobrze po północy, kiedy nagle przypomniałem sobie

o pewnej nowej formie latającego pojazdu, z której opisem zetknąłem się

przed laty. Rzecz była wręcz niesamowita: zastosowanie tej formy

dosłownie z miejsca usunęło wszelkie wątpliwości co do kształtu

opisywanego u Ezechiela pojazdu! Byliśmy podnieceni i znajdowaliśmy

coraz to nowe fragmenty tekstu zgadzające się z domniemanym przez

nas kształtem pojazdu kosmicznego. Nadal jednak nie mieliśmy decydu-

jącego dowodu. Otwartym pozostawało pytanie, czy taki twór zdolny

jest do lotu? Sprawa jednak stała się już bardzo poważna.

Przede wszystkim zaraz następnego dnia dokonałem wstępnych ob-

liczeń sprawności układu przy szacunkowo zakładanej wadze elemen-

tów. Już to pierwsze obliczenie okazało się rozstrzygające, ponieważ

wynikało z niego jednoznacznie, że konstrukcja faktycznie jest wykonal-

na. Pozostała jeszcze cała ogromna praca obliczeniowa, niezbędna do

tego, by w pełni udowodnić prawdziwość opisu. Zagłębiając się coraz

bardziej w materię zagadnienia stwierdziłem, że opis podany przez

Ezechiela jest nader precyzyjny. Był to dla mnie niezwykle emocjonujący

i fascynujący okres.

Książkę Danikena także przeczytałem do końca.

Z uśmiechem. Tyle że jego przyczyna była już zupełnie inna".

 

We Wspomnieniach z przyszłości pisałem: "Przyznaję, że spekula-

cja to materia poprzetykana wieloma dziurami. 'Brak dowodów'

można powiedzieć. Przyszłość pokaże, ile z tych dziur można będzie

zapchać".

Kilka z nich można zapchać już teraz. Nie zdołałbym tego dokonać

bez słów otuchy, bez przyjacielskich rad i pomocy. Szczególne po-

dziękowania winien jestem profesorowi doktorowi Harry'emu Ruppe

z Wydziału Technologii Kosmicznej Politechniki Monachijskiej, który

służył mi wieloma cennymi wskazówkami. Panu Profesorowi Wil-

der-Smithowi dziękuję za umożliwienie mi zapoznania się z wynikami

jego badań nad powstawaniem życia, które ukazały mi zaskakujące

konsekwencje moich hipotez. Dziękuję profesorowi Ernstowi von

Khuon za jego inicjatywę, by poddać moją teorię naukowej dyskusji.

Przy okazji niniejszej książki moje szczególne podziękowania należą się

profesorowi Rolfowi Ulbrichowi z Wolnego Uniwersytetu Berlińskiego

za jego przekłady z rosyjskiego oraz profesorowi Dileepowi Kumarowi

Kandżilalowi z Kalkuty, za jego wspaniały referat.

Publikując tę moją dwunastą z kolei książkę winien jestem jednak

słowa podziękowania głównie i przede wszystkim moim wiernym

Czytelnikom, od których otrzymałem dwanaście tysięcy listów, co

dodało mi odwagi i zachęciło do dalszej pracy, ponadto czter-

dziestu dwóm wydawcom z całego świata, którzy podejmując na

początku ryzyko wydania moich książek, obecnie czynią to z radoś-

cią, ponadto kierującemu Wydawnictwem Bertelsmann panu Peterowi

Gutmannowi, pod którego skrzydła obecnie powracam. Dziękuję

mojemu współpracownikowi Willemu Dunnenbergerowi, który oka-

zał się wspaniałym towarzyszem podróży i znakomitym tropicielem

śladów w różnych bibliotekach. Dziękuję Ulrichowi Dopatce z głów-

nej biblioteki uniwersytetu w Zurychu, który potrafił wyczarować

dla mnie najbardziej nieosiągalne woluminy. Dziękuję mojej żonie

Elisabeth, która po z górą dwudziestu latach naszego małżeństwa

nadal z pogodną wyrozumiałością znosi wszelkie zamieszanie w naszym

domu.

Pierwsze zdanie Wspomnień z przyszfości brzmiało: "Napisanie tej

książki wymagało pewnej odwagi - przeczytanie jej wymaga odwagi

nie mniejszej".

Jest to również mottem Nowych wspomnień z przyszlości. Chciałbym

jeszcze przekazać Państwu na drogę słowa Goethego: "Przeciwnicy

sądzą, że nam zaprzeczają powtarzając swoje zdanie i nie zważając na

nasze!"

 

Feldbrunnen, w czerwcu 1985 r

 

Erich von Daniken

 

 

 

 

I. Nowe wspomnienia z przyszłości

 

 

Przyszłość ma wiele imion.

Dla słabych jest czymś nieosiągalnym.

Dla bojaźliwych jest czymś nieznanym.

Dla odważnych jest szansą.

 

Victor Hugo (1802 -1885)

 

Młody człowiek w mundurze US Air Force nie był zbyt rozmowny.

Krótko i zwięźle, a zarazem z wyczuwalną niechęcią odpowiadał na

moje podyktowane ciekawością pytania. Było to o ósmej rano drugiego

sierpnia 1984 roku. Jechaliśmy Colorado Highway 115. Mój milczący

kierowca wprowadził chevroleta na asfaltową, krętą, górską trasę. Nie

pytając go o nic, sam stwierdziłem spoglądając na licznik, że ujechaliśmy

pięć kilometrów, zanim dotarliśmy do niepozornego budyneczku

- Cheyenne Mountain Complex. Przed niewielkim budynkiem roz-

ciągał się olbrzymi parking. Gdzie się podziali kierowcy tych nie-

zliczonych samochodów?

Przy wejściu do tego niedużego budynku powitała mnie pani K.

Cormier, wiceszef wydziału US Space Command do spraw kontaktów

ze środkami masowego przekazu. Wzięła moją torbę i aparaty foto-

graficzne i przekazała je sierżantowi, który prześwietlił je, jak podczas

rutynowej kontroli bezpieczeństwa na lotniskach. Sprawdzono mój

paszport, a potem do tropikalnej koszuli przyczepiono mi na wysokości

piersi plakietkę z numerem i datą. Po przejściu tunelu rentgenowskiego

i dwojga drzwi z drucianej siatki, które otwierały się i zamykały

bezszelestnie, wdrapaliśmy się do zielonego wojskowego autobusu,

który zakręciwszy elegancko wjechał do rzęsiście oświetlonego tunelu

w skale. Wkrótce zatrzymał się przed prawdopodobnie największymi

i najgrubszymi drzwiami sejfu na świecie: to wysokie na trzy metry,

szerokie na cztery, grube na metr i osadzone w granicie stalowe

naonstrum waży 25 ton! Po kolejnej kontroli dokumentów otworzyły się

niecałe trzydzieści metrów dalej kolejne drzwi tego samego kalibru.

Zafascynowany przypatrywałem się, jak bezszelestnie otwierają się

i zamykają.

- Te napędzane hydraulicznie i elektromagnetycznie drzwi zamy-

kają się hermetycznie w ciągu zaledwie 7 sekund - wyjaśniła pani

Cormier.

Zdumiony stanąłem w wykutym w skałach podziemnym hangarze,

w którym z powodzeniem można by dokonywać przeglądu kilku jumbo

jetów równocześnie. Dowiedziałem się, że z masywu górskiego wy-

kruszono za pamocą materiałów wybuchowych siedemset tysięcy ton

granitu, ilość, którą w przypadku wątpliwości spokojnie można za-

okrąglić w górę, ponieważ tutaj wolą raczej nie dopowiedzieć niż

przesadzić. Żeby nic się nie zmarnowało, wydobyto te masy granitu na

zewnątrz, gdzie posłużyły jako podłoże dla parkingu na skalistym

terenie.

Ściany i sufity tuneli, sztolni łącznikowych i hal zabezpieczone są

stalowymi siatkami przed osypywaniem się skał, aby zaś uodpornić na

tąpnięcia same skały, wbito w granit 11 tysięcy stalowych bolców

o długości dochodzącej do 11 metrów.

Jest to jedna z najpotężniejszych i najmniej znanych współczes-

nych budowli. Składa się z piętnastu trzypiętrowych stalowych kon-

strukcji, spaczywających na 1319 stalowych sprężynach, z których

każda waży pół tony. "Domy" tej stalowej technicznej wioski nie mają

żadnego bezpośredniego kontaktu ze skałą, nie stykają się też ze sobą

nawzajem. Elastyczne połączenia mają za zadanie wytłumienie wszel-

kich ewentualnych wstrząsów powstałych w wyniku trzęsienia ziemi

bądź eksplozji atomowej i zagwarantowanie swobodnego "pływania"

budowli.

Podczas zwiedzania centrum przestałem się też dziwić, do kogo mogą

należeć te niezliczone samochody na parkingu: ich właściciele stanowią

sześciotysięczną armię Space Command, z której kilkaset osób pracuje

w podziemnym centrum dowodzenia w górach Cheyenne pod Colorado

Springs, czyli w mózgu amerykańskiej sieci kontroli przestrzeni kos-

micznej.

Pani Cormier powiedziała coś do telefonu. Jak za sprawą zaklęcia

Alibaby "Sezamie, otwórz się!", płynnie otwarły się jakieś drzwi

i weszliśmy do zaciemniónego pomieszczenia. Na dwóch poziomach

siedziało tam kilkunastu mężczyzn mających przed sobą ekrany monito-

rów i komputerowe klawiatury. Na lekko ukośnej ścianie widniały

zarysy kontynentów poprzecinane delikatnymi, rozgałęziającymi się

liniami.

 

 

Gdzie jest Salut 6?

 

- Co tu się odbywa? - spytałem pełniącego służbę oficera, kiedy

moje oczy oswoiły się już z tym dziwnym światem.

- Kontrolujemy orbity wszystkich satelitów krążących wokół Ziemi

- brzmiała odpowiedź.

- Wszystkich? Nie tylko waszych...?

- Nie. Nie przesłyszał się pan. Wszystkich! - uśmiechnął się oficer.

- Czy możemy przeprowadzić jakąś próbę?

- Bardzo proszę. Na pewno nas pan nie zaskoczy.

- W takim razie proszę powiedzieć, gdzie jest teraz Salut 6?

Oficer nachylił się do jednego z kolegów i szepnął mu coś do ucha.

Kilka uderzeń w klawisze i na wielkim ekranie pojawiła się krzywa,

która wydłużała się w ślimaczym tempie.

- Salut 6 to nie satelita, tylko stacja orbitalna, z którą wielokrotnie

łączyły się już inne radzieckie pojazdy kosmiczne - wyjaśnił mój oficer,

kiedy patrzyliśmy na krzywą obrazującą orbitę. - Wystrzelono ją 29

września 1977 roku.

Punkt na końcu krzywej zatrzymał się.

- Widzi pan, to obrazuje obecną pozycję stacji Salut 6. Znajduje się

ona teraz dokładnie nad Węgrami.

- Czy to są symulowane obliczenia przypuszczalnej orbity, czy też

Salut 6 naprawdę porusza się po orbicie wyznaczonej przez tę wy-

dłużającą się powoli krzywą?

- Jest to aktualny czas i aktualna pozycja - powiedział oficer

uśmiechając się wyrozumiale.

Dowiedziałem się, że "tam w górze" znajduje się ponad 15 tysięcy

obiektów, wliczając w to fragmenty rakiet i inny złom kosmiczny. Po

regularnych orbitach krąży natomiast wokół Ziemi 5312 satelitów.

Oficer z dumą pokazuje mi jedyny w wolnym świecie Space Catalogue,

katalog kosmiczny, który wygląda niemal jak staroświecki rejestr; ujęte

w nim jest szczegółowo każde wystrzelenie kolejnego satelity oraz

moment jego ponownego wejścia w atmosferę.

Oczywiście nie ma tutaj urzędników w zarękawkach. Wszystko jest

skomputeryzowane. Bank danych US Space Command nie ogranicza

się do zwykłego katalogowania satelitów, zawarta jest w nim także pełna

ich charakterystyka: czy jest to satelita cywilny, czy wojskowy, jakie jest

jego przeznaczenie, czy ma stałą orbitę, czy wszystkie urządzenia na

pokładzie funkcjonują prawidłowo? Zaś za jednym naciśnięciem guzika

ekrany pokazują pozycje wszystkich 5312 satelitów w dniu 2 sierpnia

1984 roku! Od tego dnia trochę ich zresztą przybyło...

Komputery potrafią pokazać nie tylko stan na dziś. Za pomocą

specjalnego kodu można uzyskać symulację przyszłych pozycji w do-

wolnym dniu. Kiedy na początku 1983 roku radioaktywny satelita

radziecki Kosmos 1402 zaczął się zataczać na swojej orbicie, zespoły

komputerów US Space Command w mgnieniu oka obliczyły, w którym

miejscu wejdzie w atmosferę, i podały ewentualny rejon jego upadku.

Jak się dowiedziałem, przedmioty o średnicy około jednego metra mają

59 szans na przedostanie się przez gęste warstwy atrnosfery. Większe

rozpadają się na kawałki i na ekranach monitorów wygląda to tak,

jakby nastąpił atak rakietowy z powietrza.

Pierwszym wymiarem, w jakim poruszał się człowiek, był ląd, potem

morze, potem powietrze, dziś jego "żywiołem" staje się Kosmos.

Rosjanie mają pod tym względem nieporównanie bogatsze doświad-

czenia od Amerykanów. Gdyby policzyć godziny i dni, Rosjanie od

roku 1977 mieli swoich kosmonautów na orbicie przez całe sześć lat,

Amerykanie natomiast zaledwie 300 dni.

 

 

Tam, gdzie utopia staje się rzeczywistością

 

W stalowym centrum dowodzenia w górach Cheyenne utopia dawno

już stała się rzeczywistością. Cała armia najwspanialszych matematy-

ków, nawet gdyby składała się z samych Einsteinów, przez lata nie

zdołałaby dokonać tego, co za sprawą komputerów zabiera kilka

sekund. Kiedy jakiś radziecki szpieg kosmiczny podleci zbyt blisko

amerykańskiego satelity, komputery w mgnieniu oka wszczynają alarm.

Space Command ostrzega również zaprzyjaźnione państwa, od

Japonii przez Europę aż po Indie, mające swoje satelity na orbitach

wokółziemskich. Tu wylicza się bezkolizyjne orbity przekazując dane

instytucjom cywilnym i wojskowym. Również daty startu i orbity

promu kosmicznego pochodzą z tej granitowej góry. W Kosmosie

panuje spory ścisk, więc bezkolizyjne orbity są w cenie. Dzięki szybkiej

informacji STS 4 wyminął w odległości 12 km odłamek rakiety, zaś STS

9 przeleciał o 1300 m od wraka jednego z satelitów radzieckich.

Kontrola najbliższego Ziemi obszaru Kosmosu jest szczelna. W roku

1984 NASA zgubiła dwa umieszczone na orbicie przez prom kosmiczny

stosunkowo małe satelity. Space Command odnalazła je w mgnieniu oka.

Przekazano mnie kolejnemu oficerowi.

- Witamy serdecznie - powiedział. - Na naszej załodze spoczywa

wielka odpowiedzialność. Bardzo proszę, aby nie przeszkadzał pan

nikomu... i proszę nie mówić zbyt głośno.

Znajdowaliśmy się w centrum wczesnego ostrzegania. Panowała tu

atmosfera wielkiej biblioteki uniwersyteckiej, tyle że nie było tu książek,

lecz komputery i ekrany monitorów, zaś całe pomieszczenie było

zaciemnione i zaopatrywane w przefiltrowane, pozbawione bakterii

powietrze, czystsze niż gdziekolwiek na świecie.

Do tego momentu żyłem w mylnym przeświadczeniu, że płynący

w zanurzeniu okręt podwodny jest niemożliwy do wykrycia. Tutaj

przekonano mnie, że jest inaczej: tak jak można dokładnie ustalić

pozycję każdego satelity czy jego odłamka, tak można zlokalizować

dowolny okręt podwodny, niezależnie, czy stoi na kotwicy w jakimś

porcie, czy płynie w zanurzeniu po dowolnym morzu świata. Jest tylko

jeden wyjątek: jak dotąd nie udawało się wyśledzić bardzo małych łodzi,

powiedzmy jednoosobowych. Jestem pewien, że tylko do czasu.

- Mamy system czujników rozmieszczonych na wszystkich kon-

tynentach, pod wodą i w Kosmosie - wyjaśnił mi oficer. - Czujnikom

tym, wiązce szukającej, jak w urządzeniach radarowych, czy też

detektorom podczerwieni na satelitach, nie ujdzie żaden start rakiety

nawet wówczas, gdyby część z nich została uszkodzona. Same czujniki

rozmieszczone w Kosmosie dostarczają przez okrągłą dobę około 20

tysięcy informacji. Gdy tylko jakiś czujnik zarejestruje coś niezwykłego

- może to być też wybuch wulkanu czy pożar buszu - z szybkością

światła przekazuje tę informację do centralnego komputera, a więc

bezpośrednio tutaj, do ośradka wczesnego ostrzegania. Komputer

analizuje meldunek i wyświetla szczegóły bezpośrednio na tych pięciu

wielkich ekranach. Dla unaocznienia szybkości działania podam panu

przykład. Balistyczny atak rakietowy trwa, w zależności od miejsca

stacjonowania odpalanej rakiety, do 1800 sekund, w tym czasie poci-

ski dotrą do kontynentu amerykańskiego. Jeśli założymy, że rakiety

wystrzelono z okrętu podwodnego, to w zależności od pozycji tego

okrętu czas na ostrzeżenie może się skrócić nawet do 600 sekund.

Komputery podają nam od razu, które czujniki zgłosiły dane

zdarzenie, wyświetlają czas startu, dokładną pozycję, z jakiej wy-

strzelono rakietę, szybkość startową, kierunek lotu, o jaki typ rakiety

chodzi i mnóstwo innych szczegółów. Jeśli mamy stąd wysłać sygnał

ostrzegawczy, musimy mieć całkowitą pewność, że nie chodzi o jakieś

zakłócenia techniczne czy fałszywy alarm...

- W jaki sposób to stwierdzacie?

- Mamy tu telefony bezpieczeństwa. Nie trzeba wybierać żadnego

numeru. Wystarczy podnieść słuchawkę, a po drugiej stronie od razu

odzywa się właściwa placówka. Mamy takie połączenia ze wszystkimi

ważniejszymi ośrodkami dowodzenia. Gdy komputery wyświetlają na

ekranach dalsze szczegóły, my już siedzimy przy telefonach. Musimy się

upewnić, że ośrodki dowodzenia na Grenlandii, na Alasce czy w Arabii

Saudyjskiej mają te same informacje co my. Jednocześnie komputer

wysyła zapytania do innych typów czujników (wszystko to jest już za-

programowane), które reagują na przykład nie na podczerwień, ale na

poziom promieniowania czy na bodźce optyczne...

- Chce pan przez to powiedzieć, że wiecie od razu, czy dana rakieta

jest uzbrojona, czy też nie? - zapytałem.

- Przecież musimy! W jaki sposób moglibyśmy inaczej odróżnić

atrapy od prawdziwych głowic?

Zaniemówiłem. Niedoinformowany obawiałem się dotąd, że jedna

jedyna omyłkowa wystrzelana rakieta może wywołać trzecią wojnę

światową, i aż do tej chwili sądziłem, że jeden zwichnięty komputer może

wciągnąć cały świat w atomowy konflikt. Teraz już wiem, że zarówno

ludzie, jak i komputery oraz czujniki zostają poddani procedurom

sprawdzającym, zanim Space Command w ogóle wyśle alarm do

strategicznego centrum dowodzenia... a potem wysyła drugi, potwier-

dzający "prawdziwaść" ataku.

 

 

W Rosji wystrzelono rakietę

 

Podczas naszej rozmowy, kiedy to na ekranach przez cały czas mi-

gotały kolumny danych, rozległ się nagle przerywany sygnał i rozbłysła

czerwona lampka z napisem: classified (tajne). Jak za dotknięciem

czarodziejskiej różdżki wszystkie ekrany momentalnie opustoszały. Na

sekundę. Potem błyskawiczni pomocnicy ludzkich mózgów zaczęli

przesyłać na monitory kolumny liczb, wykresy i obrazy, jednacześnie

wysokowydajne drukarki wypluwały metry papierowej taśmy. Kilku

oficerów sięgnęło po słuchawki telefonów i rozmawiało ze swoimi

partnerami w różnych miejscach globu. Co się takiego stało?

Otóż właśnie w tym momencie, o 10.33 czasu miejscowego dnia

2 sierpnia 1984 najednym z radzieckich poligonów wystrzelono rakietę

- dla ludzi ze Space Con:imand rutynowa sprawa, dla mnie duże

przeżycie, ponieważ zaledwie w kilka sekund po starcie tej rakiety gdzieś

tam w Związku Radzieckim w Colorado Springs już o niej wiedziano,

natychmiast też znany był punkt, z którego ją wystrzelono, typ rakiety,

błyskawicznie pojawiły się krzywe obrazujące kierunek jej lotu i pręd-

kość, od razu wiedziano, dokąd leci, czy jest uzbrojona, czy też nie.

Błyskawicznie nadchodzące kolejne serie danych pojawiły się na

ekranach i wydrukach.

- Z jaką dokładnością można obliczyć, gdzie taka rakieta uderzy?

- Do około stu metrów - powiedział oficer tak, jakby to było coś

zupełnie oczywistego.

Niesamowite, a jednak w pewnym sensie uspokajające. A do tego

komputery, pracujące tutaj z tak niesłychaną szybkością, należą już

niejako do przestarzałej generacji, jak wyjaśnił mi generał brygady Earl

S. van Imwegen. Istnieją już podobno znacznie szybsze maszyny

o możliwościach wręcz niewyobrażalnych. Na moje pytanie, dlaczego

nie zastosowano tu jeszcze sprzętu najnowszej generacji, odpowiedział,

że Space Command przechodzi na nową aparaturę dopiero wtedy,

kiedy zostanie ona sprawdzona we wszystkich teoretycznie możliwych

sytuacjach.

Space Command, instytucja na wskroś wojskowa, nie kieruje ani

siłami strategicznymi, ani też systemami broni kosmicznej, jej jedynym

zadaniem jest obserwacja bliskiego Kosmosu, identyfikacja i klasyfika-

cja wszystkich poruszających się w nim obiektów. Tu, w stalowej wiosce

pod górami Cheyenne, nie pracują fanatycy polityczni ani ludzie

zwariowani na punkcie Kosmosu, żadni adepci science fiction czy

fantaści. Tutaj wszyscy, od sierżanta po generała, każdy na wyznaczonej

pozycji, zajmują się obserwacją Kosmosu w jednym celu: aby zawczasu

ostrzec Amerykę i cały świat przed ewentualnym niespodziewanym

atakiem.

Mimo wszystko groźba nuklearnego ataku istnieje.

 

 

Wojny Gwiezdne - no i co z tego?

 

23 marca 1983 prezydent Ronald Reagan wystąpił przed kamerami

telewizji amerykańskiej przedstawiając "Inicjatywę Obrony Strategicz-

nej" (SDI - Strategic Defense Initiative). Tego wieczora Ronald

Reagan zaapelował do amerykańskich naukowców, by "dali nam do

ręki środki, które sprawią, że broń jądrowa stanie się zawodna

i przestarzała".

Apel Ronalda Reagana do naukowców USA być może zajmie

w książkach późniejszych historyków miejsce ważniejsze niż słynny apel

Johna F. Kennedy'ego z roku 1961, który wskazał Księżyc jako

pierwszy cel podróży kosmicznych. Inicjatywa Kennedy'ego zaowoco-

wała dnia 3 marca 1969 lądowaniem na Księżycu bezzałogowej sondy

Łuna 9, zaś 20 lipca 1969 roku załogowego lądownika LM (Lunar

Module) ze statku Apollo 11.

Również zadanie postawione przez Ronalda Reagana będzie wyma-

gało czasu, lecz jego wypełnienie nie będzie miało nic wspólnego

z programem gwiezdnyeh wojen (star wars). Do gwiazd w Kosmosie jest

jeszcze długa, bardzo długa droga. To, co zainicjował Ronald Reagan,

kiedyś na pewno zostanie przez naukowców i techników zrealizowane.

Wynik ich wysiłków nie będzie jednak miał nic wspólnego z wojnami

gwiezdnymi. "Przemówienie o wojnach gwiezdnych" cytowano jedynie

fragmentarycznie i rozkolportowano po świecie w chwytliwym sloga-

nie. Uważam za stosowne przytoczyć z niego co bardziej znamienne

fragmenty. Oto one:

"Chciałbym przedstawić państwu wizję przyszłości, która oferuje

nadzieję. Musimy przeciwstawić budzącym grozę rakietom radzieckim

środki obronne. Czy nie jest atrakcyjną perspektywą, że wolny naród

żyje w pewności, mając świadomość, iż ta pewność nie opiera się na

potencjale umożliwiającym Ameryce natychmiastowe uderzenie od-

wetowe w przypadku radzieckiego ataku, lecz na tym, że posiadamy

system pozwalający przechwycić i zniszczyć rakiety strategiczno-balis-

tyczne, jeszcze zanim dotrą nad nasze terytorium bądź terytorium

któregokolwiek z naszych sprzymierzeńców? Zdaję sobie sprawę, że jest

to ogromne przedsięwzięcie techniczne, którego prawdopodobnie nie da

się zrealizować przed końcem obecnego stulecia. Jednakże technologia

osiągnęła już taki stopień wyrafinowania, że sensowne wydaje się

podjęcie takiego wysiłku. [...] Wzywam naukowców, którzy sprokuro-

wali nam bombę atomową, by postawili swoje znakomite talenty

w służbę ludzkości i pokoju światowego i dali nam do ręki środki, które

uczynią broń atomową bezużyteczną i zbędną. [...] Dzisiaj czynię ten

ważny pierwszy krok. Stawiam oto zadanie, by podjęto rozległe

i intensywne wysiłki mające na celu określenie długofalowego programu

badawczo-rozwojowego, mającego na celu wyeliminowanie groźby

stwarzanej przez strategiczne rakiety nuklearne".

Czy możliwe będzie przechwytywanie i "neutralizowanie" rakiet

w czasie ich lotu w przestrzeni kosmicznej, zanim osiągną swój cel? Czy

w ogóle należy sobie życzyć, aby wizja Ronalda Reagana stała się

rzeczywistością? Czy w ostatecznym rozrachunku nie sprowokuje to

drugiej strony do skonstruowania jeszcze groźniejszych rakiet, po-

zwalających na sforsowanie systemu obrony?

Co te polityczno-wojskowe kontrowersje mają wspólnego z moimi

teoriami?

Wiele, i to nawet bardzo!

Zdobycze techniki, majaczące gdzieś tam na horyzoncie dalekiej

przyszłości, już raz znalazły zastosowanie... w odległej przeszłości

rodzaju ludzkiego. Muszę zająć się przyszłymi broniami kosmicznymi,

aby czytelnik potrafił sobie uzmysłowić, co takiego istniało już kiedyś

w zamierzchłej przeszłości.

 

 

Tajny projekt "LM"

 

W roku 1943 prowadzono w Niemczech tajne badania opatrzone

kryptonimem "LM". LM to skrót od Linear-Motor, czyli silnik liniowy.

Dotychczas pociski wystrzeliwano wykorzystując energię rozprężają-

cych się w lufie gazów. W przypadku silnika liniowego pocisk jest

przyciągany/odpychany przez włączane kolejno pola magnetyczne.

Takie pola magnetyczne nadają pociskom przyśpieszenie większe niż

najsilniejszy ładunek wybuchowy i to w dodatku bezgłośnie, bez

żadnych detonacji! Technikom niemieckim udało się (w roku 1943!)

nadać pociskowi o masie 10 gramów przyśpieszenie 1050 m/s. Celem

było uzyskanie przyśpieszenia 2000 m/s dla pocisku siedmiokilo-

gramowego.

Amerykanie udoskonalili techniczną zasadę działania rail gun (działo

szynowe), w ich laboratoriach dwukilogramowe pociski wylatują z lufy

z prgdkością początkową wynoszącą 20 km/s, czyli dziesięciokrotnie

przewyższającą tę osiągniętą w niemieckich doświadczeniach z roku

1943. Rail gun nadaje przyśpieszenie plazmie, plazma pociskowi.

 

[ Plazma - silnie zjonizowany quasi-neutralny gaz, w którym obok cząstek

obojętnych znajdują się wolne jony i elektrony. Plazma jest diamagnetyczna,

to znaczy umieszczona w polu magnetycznym magnesuje się proporcjonalnie do

niego, lecz ze znakiem przeciwnym. ]

 

Pociski te są tak szybkie, że tarcie powietrza nie jest w stanie odchylić

toru ich lotu ani ich spowolnić. Zdolność niszcząca tych pocisków,

"śmiercionośna" nawet dla rakiet, bierze się z samej ich energii

kinetycznej.

Najskuteczniejszą dziś - przypuszczalnie! - ale też i najbardziej

skomplikowaną bronią kosmiczną jest zasilany energią jądrową laser

rentgenowski. Wykonany z trzymanego w absolutnej tajemnicy stopu

cylinder otacza mikroskopijnej wielkości ładunek jądrowy. Uwolniona

z chwilą wybuchu atomowego energia termiczna powoduje wysłanie

promieni rentgenowskich przez atomy włókien metalu. Błysk ten ma

energię stu miliardów watów i dzięki owym cylindrycznie rozmiesz-

czonym metalowym włóknom trafia w cel w formie wiązki. Wiązka

wysłana z takiego lasera rentgenowskiego nie daje się wprawdzie skupić

w jednym punkcie jak wiązka lasera optycznego, ale rozrzut przy

odległości wynoszącej ponad 4000 kilometrów nie powinien podobno

przekroczyć 200 metrów. Moc promieniowaniajestjedna'k nadal na tyle

potężna, by zadać nadlatującej rakiecie niszczący rentgenowski cios,

wystarczający do rozerwania spawów zbiornika paliwa czy też cał-

kowitej zmiany toru jej lotu. Wadą tego urządzenia jest to, że inicjująca

emisję promieniowania rentgenowskiego eksplozja jądrowa niszczy

także sam laser. Wymagałoby to zatem rozmieszczenia na Ziemi całej

sieci gotowych do strzału laserów bądź też stacjonowania ich w Kosmo-

sie. Bogu dzięki jednak stacjonowanie broni jądrowej w Kosmosie

zostało zakazane na mocy układów między Wschodem a Zachodem.

 

 

Niszczycielskie promienie ultrafioletowe

 

Promienie ultrafioletowe, o których tu mowa, całkowicie nie nadają

się do opalania i zabiegów upiększających ciało.

Poszukując możliwości neutralizacji rakiet z głowicami jądrowymi za

pomocą poruszających się z prędkością światła promieni lasera, prze-

prowadzono próby z tzw. laserem ekscymerowym. Laser ten pracuje na

bazie związków halogenu z gazami szlachetnymi i wytwarza intensywną

wiązkę promieniowania ultrafoletowego o długości fali 0,3 mikrometra

(1um = 1/1000000 m). Rozwiązanie to ma wszelkie cechy jajka

Kolumba: promień laserowy wytwarzany jest na Ziemi, oddziałuje

jednak z Kosmosu! A oto jak się to dzieje:

Na wysokości 1000 km nad Ziemią umieszcza się na orbicie zwierciad-

ło bojowe, drugi reflektor wyniesiony zostaje na orbitę geostacjonarną

przebiegającą na wysokości 36 tys. km. To znaczy, że reflektor ten przez

cały czas, niezależnie od ruchu obrotowego planety, pozostaje w tym

samym miejscu nad powierzchnią Ziemi. W momencie startu obcej

rakiety czujniki podczerwieni wychwytują promieniowanie cieplne

płomienia z dyszy i wszczynają alarm. Zawieszone 1000 km nad Ziemią

zwierciadło zostaje nakierowane na lecący obiekt za pomocą wiązki

z niewinnego lasera optycznego lub radaru i śledzi jego lot. Geosta-

cjonarny reflektor na orbicie 36 tys. km pozostaje w permanentnej

"łączności wzrokowej" ze zwierciadłem bojowym z pułapu 1000 km.

W pobliżu stacji naziemnej rezerwuje się energię jednej elektrowni,

w ciągu sekundy można ją doprowadzić do lasera. Kiedy tylko Space

Command ostatecznie zidentyfikuje rakietę jako atakujący wrogi pocisk

i najwyższe dowództwo wyda rozkaz do strzału, dalszy ciąg wypadków

to nanosekundy. Laser ekscymerowy zostaje zasilony energią. Z szyb-

kością światła intensywna wiązka promieni ultrafioletowych dociera

do geostacjonarnego reflektora, skąd przesłana zostaje do "zwierciadła

bojowego", które od dawna nakierowane jest na cel. Wiązka niszczy ten

cel energią wyrażającą się wartością 160 megadżuli. Wyzwolona przy

tym energia mogłaby rozpuścić stuczterdziestokilogramowy kawał

lodu. Bezgłośnie. Sterowana ludzką ręką błyskawica. Oczywiście dwa

takie zwierciadła, jak te opisane powyżej, nie wystarczyłyby do znisz-

czenia eskadry rakiet. W planach i przewidywaniach mówi się o około

400 "zwierciadłach bojowych", które musiałyby stale okrążać Ziemię

bądź też być zamontowane na rakietach, które w ciągu kilku sekund

mogłyby je wynieść na orbitę.

 

 

Przestarzałe określenie NIEMOŻLIWE

 

To, o czym pisali autorzy powieści science fiction, a co poważni

naukowcy kwitowali uśmieszkami wyższości, stało się rzeczywistością.

Obskuranckie i niejednokrotnie sprowadzone ad absurdum słowo

NIEMOŻLIWE wciąż jednak ma się dobrze.

Za NIEMOŻLIWE uważano, że meteory spadają z nieba.

Za NIEMOŻLIWE uważano pradawne marzenie, by człowiek mógł

wznieść się w powietrze.

NIEMOŻLIWOŚĆ pokonania bariery dźwięku była niejako prawem

fizycznym.

Myśl o tym, że atom, najmniejsza cząstka materii, może zostać

podzielony, uważana była za NIEMOŻLIWĄ.

Ktoś, kto uważał za możliwe, że ludzie kiedykolwiek staną na

Księżycu nie mówiąc już o Marsie, zbywany był jako NIEMOŻLIWY

fantasta.

NIEMOŻLIWA była jeszcze nie tak dawno myśl, że rozchodzące się

na wszystkie strony promieniowanie świetlne można skupić w spójną

wiązkę i nakierować na jeden punkt.

NIEMOŻLIWĄ fantazją była "spekulacja" na temat przeprogramo-

wywania kodów genetycznych.

NIEMOŻLIWE jest, twierdzono, przenoszenie myśli bezpośrednio

z mózgu do mózgu. NIEMOŻLIWE jest, podobno, zniesienie siły

ciążenia czy też osiągnięcie kiedykolwiek prędkości światła.

NIEMOZLIWE, wszystko NIEMOŻLIWE, a przecież częściowo już

zrealizowane.

Jeśli ktoś nie chce wierzyć realistycznym prorokom, powinien przy-

najmniej dokładniej przeczytać Biblię. W Księdze Rodzaju można

bowiem przeczytać, co następuje:

"[...] a to dopiero początek ich dzieła. Teraz już dla nich nic nie będzie

niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić". (I Mojż. 11, 6)

Chińscy chłopi mają takie bardzo trafne przysłowie: "Kto ogląda

niebo w wodzie, ten widzi ryby na drzewach!"

 

 

Jak mucha w ciemnym pokoju

 

W laboratoriach badawczych prowadzi się prace nad nowymi

rodzajami broni, które mogą wysyłać na odległość tysięcy kilometrów

podatomowe promieniowanie cząsteczkowe o niszczącym działaniu.

Mimo tajności tych badań, do opinii publicznej przedostały się donie-

sienia, że w Lawrence Laboratory w Kalifornii eksperymentuje się

z broniami cząsteczkowymi strzelającymi "amunicją" składającą się

z energetycznie naładowanych protonów i ujemnie naładowanych

elektronów. Te promienie nie wypalają dziur, nie niszczą rakiet, ale za to

mogą przenikać przez każdą przeszkodę i... sparaliżować komputery.

Niemożliwe? Poczekamy, zobaczymy.

Podobno NIEMOŻLIWE jest trafienie kuli karabinowej w trakcie

lotu inną kulą. 10 czerwca 1984 amerykańscy technicy skreślili to

NIEMOZLIWE.

W ten zielonoświątkowy poniedziałek o godzinie 10.58 z bazy

lotniczej Vandenberg wystartowała rakieta Minuteman. Jej cel to

niewielka wysepka Meck na atolu Kwajalein na Pacyfiku, okoła 8000

km od wybrzeży Kalifornii. Już w fazie startu Space Command na-

mierzyło rakietę, komputery wysłały dane o torze jej lotu na monitory

i przekazały stacji radarowej na Kwajalein. Tam superszybki komputer

najnowszej generacji obliczył kurs kolizyjny i przeciwko "wrogiemu

pociskowi" wysłano antyrakietę, która pomknęła mu na spotkanie

z prędkością 25 tys. km na godzinę. Czujnik w głowicy antyrakiety ma

taką czułość, że potrafiłby wyodrębnić "ciepło" bloku lodu od jeszcze

niższej temperatury kosmicznego tła, jego pomiary przekazywane były

do pokładowego komputera, który na bieżąco dokonywał korekty

kursu za pomocą dysz sterujących. Na wysokości 200 km antyrakieta

rozpostarła coś w rodzaju parasola z metalowej siatki mającego pięć

metrów średnicy, który miał zagwarantować, że pociski się nie miną.

Siatka okazała się niepotrzebna. Direct impact (pełne trafienie) - za-

meldowały komputery Space Command.

Próba ta wykazała, że pędzącą z kilkakrotną prędkością dźwięku

rakietę można trafić drugą podobnie szybko lecącą rakietą. NIEMOŻ-

LIWE! - myślano jeszcze przed paroma laty. Jeśli rakieta uniesie się już

z rampy startowej, nic jej nie powstrzyma! Strącić? NIEMOŻLIWE.

I znowu kolejne NIEMOŻLIWE powędrowało do kosza.

Amerykański samolot bojowy F-15 osiąga dzisiaj pułap 15 km.

Powstają już plany maszyny zwanej Advanced Fighter, która osiągając

trzykrotną prędkaść dźwięku wznosić się ma na wysokość 40 km

- samolot o właściwościach niemal satelity. Takie samoloty mogłyby

wynosić pod skrzydłami kilka antyrakiet na wielkie wysokości, tam je

odczepiać i wystrzelać w stronę "wrogich" rakiet. Już dzisiaj myśliwce

mogą (mogłyby) wynosić rakiety aż do stratosfery i niszczyć za ich

pomocą satelity i stacje orbitalne. Wysokość nakładów finansowych na

tę największą technologiczną bitwę w dziejach świata jest niewyobrażal-

na. Według oficjalnych danych do końca obecnego stulecia na różnego

typu badania broni kosmicznych wydatkowanych zostanie 500 miliar-

dów dolarów. Czy wytknięte przez naukowców cele są w ogóle osią-

galne? Dlaczego wydaje się takie sumy, angażuje taki potencjał umys-

łowy i tyle siły roboczej w tego rodzaju projekty? Czy militaryzacja

Kosmosu jest nieunikniona? Do czego to wszystko prowadzi?

 

 

Dziury w parasolu

 

Dotychczas każda broń powodowała wynalezienie jeszcze doskonal-

szej kontrbroni. Światli naukowcy podnieśli wrzawę przeciwko military-

zacji Kosmosu. W studium zatytułowanym "Obrona przeciwrakietowa

w Kosmosie" czworo znających się na rzeczy naukowców wykazało

istnienie luk w planowanym parasolu ochronnym, wskazało na po-

wstanie (nieuniknionych) dziur, przez które można go będzie przebić.

Znawcy prawa międzynarodowego zwracają uwagę na problemy praw-

ne. 27 stycznia 1967 dwa supermocarstwa i 80 innych państw podpisały

tzw. układ kosmiczny, którego artykuł II głosi:

"Przestrzeń kosmiczna łącznie z Księżycem i innymi ciałami niebies-

kimi nie może stać się własnością jakiegokolwiek państwa poprzez

roszczenie prawa zwierzchności, wskutek korzystania z niego, okupacji

bądź jakimkolwiek innym sposobem".

Niebo gwieździste nad nami nie może zmienić się w pole bitwy, jego

gwiazdy nie mogą zostać zdegradowane przez imperialny kolonializm.

Jeśli idzie o stacjonowanie broni w Kosmosie, to artykuł IV układu

z roku 1967 stanowi:

"Państwa Strony Układu zobowiązują się nie umiejscawiać na orbicie

dookoła Ziemi jakichkolwiek obiektów przenoszących bronie jądrowe

lub jakiekolwiek inne rodzaje broni masowego zniszczenia, nie in-

stalować takich broni na ciałach niebieskich ani nie umieszczać takich

broni w przestrzeni kosmicznej w jakikolwiek inny sposób.

Księżyc i inne ciała niebieskie będą użytkowane przez wszystkie

Państwa Strony Układu wyłącznie do celów pokojowych. Zakładanie

wojskowych baz, instalacji i fortyfikacji, wypróbowywanie jakiegokol-

wiek typu broni oraz przeprowadzanie manewrów wojskowych na

ciałach niebieskich będzie zabronione. Posługiwanie się personelem

wojskowym do badań naukowych lub do jakichkolwiek innych celów

pokojowych nie będzie zakazane. Nie będzie również zakazane korzys-

tanie z wszelkiego wyposażenia lub ułatwienia koniecznego do pokojo-

wego badania Księżyca i innych ciał niebieskich".

 

 

Wczoraj uchwalone - dzisiaj przestarzałe

 

Według kryteriów techniki z roku 1967 wszystko w tym układzie

wydawało się jasne, a przecież nic jasne nie jest. Układ zakazuje jedynie

umieszczania w Kosmosie "broni jądrowej i broni masowego znisz-

czenia". Laser użyty przeciwko przenoszącej głowice jądrowe rakiecie

nie jest ani jednym, ani drugim. Kremlowi udała się, trzeba przyznać,

iście genialna dezinformacja. To w Moskwie bowiem ukuto hasło

o wojnach gwiezdnych w przemówieniu prezydenta Reagana, zaś za-

chodnie media podchwyciły tylko atrakcyjną formułkę. Od tej chwili

po świecie krąży opinia, że Ameryka zamierza "zainstalować" w Kos-

mosie jakieś niszczycielskie systemy broni, broń laserową w kilku

odmianach, podczas kiedy dążenia Związku Radzieckiego zmierzają

wyłącznie do zapewnienia światu pokojowej przyszłości. Aby mgła nie

była tak bardzo nieprzenikniona, trzeba mieć stale na uwadze dowie-

dziony fakt, że to Rosjanie jako pierwsi umieścili na orbicie satelity

przeznaczone do niszczenia innych satelitów... zaś na doświadczenia

z bronią laserową wydali do roku 1983 o wiele więcej pieniędzy niż

Amerykanie. Nawiasem mówiąc Stany Zjednoczone już raz musiały się

zadowolić drugim miejscem: mianowicie 12 kwietnia 1961 roku major

lotnictwa Jurij Gagarin jako pierwszy człowiek poleciał w Kosmos.

Szef Organizacji do Spraw Obrony Strategicznej generał James A.

Abrahamson powiedział 1 grudnia 1984 w jednym z wywiadów:

"Rosjanie już od dawna prowadzili badania nad bronią laserową.

Jestem w posiadaniu artykułu ze źródeł radzieckich, napisanego w roku

1982, i nader interesującego. Naszkicowana jest w nim architektura tego

wszystkiego, nad czym obecnie pracujemy, a było to przecież na długo

przed przemówieniem Prezydenta".

"Dzieje świata są sumą tego wszystkiego, czego można było uniknąć"

- napisał kiedyś laureat nagrody Nobla, Bertrand Russell.

Czy jest to nie kończąca się spirala? Rozmowy rozbrojeniowe toczą

się od momentu wynalezienia kuszy: już wtedy przeciwnicy zapewniali

się wzajemnie, że w walce nie będą stosować tej śmiercionośnej broni.

Dlaczego jednak w spirali przybywa zwojów? Ponieważ ludzie się siebie

boją, ponieważ boją się stanąć jeden drugiemu na drodze. A dlaczego?

Ponieważ żadna ze stron nie ma pewności, co ta druga tak naprawdę

zamierza. Co było najpierw: jajko czy kura? W ten właśnie sposób po

każdej nowej broni wynaleziona zostaje następna, a ponieważ kontrola

arsenałów jest niemożliwa, spirala zbrojeń rozkręca się bezustannie jako

jedyne w świecie perpetuum mobile.

 

 

Rozważania człowieka apolitycznego

 

Nie jestem agentem Departamentu Stanu i, pomimo że nawet jako

Szwajcar doświadczam uciążliwości konfliktu Wschód-Zachód, nie

jestem bynajmniej, moi czytelnicy wiedzą to doskonale, absolutnie

obojętny politycznie, jednak w centrum mojego zainteresowania stoi

tylko i wyłącznie pokój i rozwój techniczny w służbie ludzkości. Zbyt

często jednak i zbyt długo przebywałem w USA, abym miał sądzić, że

naród amerykański tęskni za pokojem mniej niż którykolwiek inny.

W latach 1820 -1977 - z tego roku pochodzą ostatnie znane mi dane

- Stany Zjednoczone przyjęły 48,06 miliona imigrantów z Europy

(75,2 %), Azji (5,4 %), z Kanady, Ameryki Środkowej i Południowej

(18,3 %). Żaden inny naród nie otwiera tak szeroko drzwi swojego kraju

dla nowych przybyszów. Czy te miliony nadal przybywających dob-

rowolnie do USA osób chcą wojny? Nie, wszyscy ci ludzie chcą

pracować i żyć w wolności, a obydwa te pragnienia spełnić może tylko

pokój, a nie wojna. Po tak zwanym przemówieniu o wojnach gwiezd-

nych przygniatająca większość 220 milionów Amerykanów ponow-

nie wybrała Ronalda Reagana na prezydenta, a oni na pewno chcą

 

[ Ronald Reagan uzyskał większość w 49 z 50 stanów ]

 

korzystać ze swojego dobrobytu w pokoju. Bynajmniej nie zarzucam

Rosjanom mniejszego umiłowania pokoju, nie, tyle że nie mogę go

z takim przekonaniem potwierdzić. Błogosławieństwem, a zarazem

przekleństwem demokracji jest to, że wszystko dociera do wiadomości

ludzi. Osobliwością i wadą dyktatury jest natomiast to, że do wiadomo-

ści ludzi nie przedostaje się nic, co ma być tajemnicą.

Dlatego wierzę Amerykanom, że zamierzają uwolnić świat od nuk-

learnego terroru i uczynić zbędnymi rakiety z głowicami jądrowymi

poprzez uniemożliwienie ich zastosowania, ponieważ w każdym wypad-

ku zostaną zniszczone jeszcze w Kosmosie.

W dyskusji telewizyjnej z 6 września 1984 roku profesor Edward

Teller, współtwórca bomby atomowej i wodorowej i jeden z inicjatorów

programu SDI, powiedział:

"Jak uniknąć wojny? [...] Jeśli mnie uderzysz, to ci oddam, a mój cios

będzie tak straszny, że nie odważysz się mnie uderzyć. Ładne nigdy to

nie było, nie było to nawet do przyjęcia. [...] Jesteśmy przekonani, że

będziemy mogli zrezygnować z odstraszania groźbą odwetu, a więc

mordu, ponieważ zamiast odwetu będziemy mieli obronę. [...] Najważ-

niejsze, aby zamiast ataku mieć ochronę, i za taką właśnie ochroną się

opowiadam".

Teller zaangażował się na rzecz rozwoju broni skierowanych nie

przeciwko ludziom, lecz przeciwko broni przeciwnika. Na zarzut, że

przecież tych wszystkich technologu przyszłości jeszcze nie ma, Teller

odparł z godną zastanowienia swobodą: "Dysponujemy już znacznie

większymi możliwościami, o których niestety nie wolno mi jeszcze

mówić..."

Przed tysiącleciami walczyli ze sobą oko w oko pojedynczy ludzie; już

ludzie jaskiniowi zaczynali się grupować. Z pierwszych ludzkich osiedli

wychodziły przeciwko sobie hordy z dzidami i łukami. Państwa-miasta

i królestwa organizowały uporządkowane, różnorodne oddziały, okręty

stawały się twierdzami z załogą. Jako prekursorzy czołgów pojawiały

się na frontach uzbrojone wozy bojowe. Ni stąd, ni zowąd pojawiły się

nagle nowe stopy metali na miecze i zbroje. Zawsze gdzieś tam ludzie

głowili się nad nowymi technikami mordu, zaś miasta i państwa

sprzymierzały się pod znakiem wspólnoty interesów. Na rynku pojawiły

się armaty, rewolwery i karabiny maszynowe, za pomocą których

można było zabić w jeszcze bardziej przerażający sposób jeszcze więcej

ludzi. Pewnego dnia samoloty przeniosły wojnę w powietrze, łodzie

podwodne pod powierzchnię mórz. Kiedy ludzkie umysły stały się już

niedoścignione w walce na lądzie, na wodzie i w powietrzu, zaczęły

szukać czwartej płaszczyzny do prowadzenia konfliktu i "odkryły"

Kosmos. Zawsze też jednocześnie prowadzono rokowania na temat

rozbrojenia i pokoju - liczba tak zwanych traktatów pokojowych idzie

w setki. Pomimo wszystkich rokowań rozbrojeniowych następuje dalsza

eskalacja broni w toku najwyraźniej niepowstrzymanej ewolucji wyna-

lazków technicznych. Jakkolwiek paradoksalnie to zabrzmi, ma to

również - proszę się nie przestraszyć - swoje dobre strony.

 

 

Ewolucja prze ku Kosmosowi

 

Czy nam się to podoba, czy też nie, historia wielkich konfliktów

politycznych jest zarazem historią epokowych wynalazków technicz-

nych. I tak samo, jak pytano w tamtych epokach, możemy zapytać i my:

Co nas czeka jutro, co nas czeka pojutrze?

Teza, że jedno z supermocarstw może pokonać drugie, jest absurdal-

na. Ciągłość ewolucji nowych rodzajów broni wzmacnia jeszcze tę

patową sytuację, w której, rozpatrując rzecz całą w perspektywie

historycznej, może nastąpić jedynie krótki moment zakłócenia równo-

wagi, aby jednak w decydującej chwili znowu wszystko wróciło do

poprzedniego stanu.

Ponieważ na Ziemi i w najbliższym jej sąsiedztwie, mówiąc potocznie,

nie ma już widoków najakieś spektakularne sukcesy, ewolucja technicz-

na prze w stronę odległych obszarów Kosmosu. Na opanowanie tego

nowego wymiaru nie wystarczą już zasoby monetarne, umysłowe

i techniczne jednego bloku. Będzie to już zadanie dla wszystkich

narodów. Założę się, i mam nadzieję zainkasować jeszcze wygraną

osobiście, że na Alfa Centauri (najbliższa Ziemi gwiazda odległa "tylko"

o nieco ponad 4 lata świetlne) nie polecą ani Rosjanie, ani Amerykanie,

tylko coś w rodzaju międzynarodowej załogi, będącej wysłannikiem

działającej w pokojowych celach ludzkości.

Pierwsze nieśmiałe oznaki tej ewolucji w stronę Kosmosu pobrzmie-

wają nawetjuż w Międzynarodowym Układzie o Pokojowym Wykorzy-

staniu Kosmosu z roku 1967, który stwierdza:

"Przy badaniu i użytkowaniu Kosmosu, łącznie z Księżycem i innymi

ciałami niebieskimi, Państwa Strony Układu będą się kierowały zasadą

współpracy i wzajemnej pomocy".

Treść artykułu V powinna być postulatem i wytyczną w podróży ku

gwiazdom:

"Kosmonautów należy wspierać jako wyslanników ludzkości".

Wolniej, znacznie wolniej dokonuje się ewolucja rozwoju technicz-

nego w sytuacji braku presji strachu przed wojną. W wolnym świecie

codzienna konkurencja zmusza do innowacji. Bodźcem dla wynalazców

jest dążenie, by wytwarzać coraz lepsze i bardziej praktyczne, ułat-

wiające życie produkty o coraz to nowych zastosowaniach. Zwiększona

sprzedaż daje większy dobrobyt i większe bezpieczeństwo socjalne.

Bodźcem dla wszystkich działających na polu gospodarczym jest

maksymalizacja zysku, katalizatorem zaś swobodna konkurencja. Tam,

gdzie zawodzi wymiana informacji, gdzie niemożliwe jest podróżowa-

nie, dokąd człowiekowi przyjdzie ochota, gdzie swobodne wypowiedzi

naukowców i techników są zabronione, konkurencja wyszydzana,

droga do zwiększenia dobrobytu poprzez pracowitość jedostki za-

blokowana, postęp dokonuje się tylko na rozkaz i w kierunku wy-

tkniętego celu, obojętne, czy celem tym będzie papier toaletowy, czy

rakiety. W tym współzawodnictwie nikogo nie powinno zdziwić, jeśli

w decydującym biegu Stany Zjednoczone znajdą się daleko w przodzie.

 

 

W roku 2000 i później

 

Jak w Stanach Zjednoczonych dochodzi do narodzin wizji przyszło-

ści, chciałbym pokazać na pewnym rzeczywistym przykładzie.

Z inicjatywy NASA odbyło się w dniach 15 -19 stycznia 1984 roku

na terenie Uniwersytetu Austin w Teksasie pewne spotkanie. Jego temat

brzmiał: "Techniczne możliwości lotów w roku 2000 i później".

Dwudziestu jeden uczestników reprezentowało uniwersytety, dwudzies-

tu ośmiu przemysł, trzydziestu placówki państwowe, takie jak NASA,

Air Force, czy US Navy. Zaproszono głównie młodych badaczy, którzy

mieli wnieść w obrady swój świeży zapał. Nie było to więc, jak widać,

spotkanie panów w eleganckich garniturach i panował pełen luz.

W czasie inauguracyjnego spotkania przy kawie zaproponowano

utworzenie siedmiu grup problemowych, do których każdy z gości mógł

się przyłączyć w zależności od zainteresowań i wiedzy. Grupy były

następujące:

- aerodynamika,

- komputer,

- nawigacja,

- materiały,

- zespoły napędowe,

- struktury,

- czynnik ludzki.

Każda z grup roboczych wybrała przewodniczącego, który stawiał

audytorium pytania w rodzaju:

- Jaki typ samolotu byłby w roku 2000 wskazany?

- Jakimi właściwościami powinien się on charakteryzować? Duży

i powolny, szybki i niewielki czy też kombinacja obydwu wariantów?

Czy powinien poruszać się tylko w atmosferze, czy też posiadać

zdolność osiągania stratosfery?

- Jak szybki powinien być?

- Jakie wymagania należałoby postawić materiałowi, z którego będzie

zbudowany?

- Czy samolot ten powinien mieć zdolność pionowego startu i lądo-

wania.

- Jakie należy opracować nowe tworzywa?

- Jakie należy skonstruować nowe silniki?

- Jaka jest dopuszczalna granica natężenia hałasu?

- Jaki powinien mieć zasięg?

- Jakie pojawiają się w związku z tym wymagania odnośnie do

nawigacji i komputera?

- Czy człowiek będzie zdolny do opanowania koniecznych do tego

systemów komputerowych?

- Czy symbioza człowieka z komputerem jest rozsądna i pożądana?

Każdy uczestnik mógł przedstawić swoje pomysły, mógł zgłaszać

zastrzeżenia do tego, co usłyszał od innych, w rozmowach z uczest-

nikami innych grup mógł wybadać szanse realizacji szczególnie śmiałych

technologii.

Grupa zajmująca się problemami materiałowymi doszła na przykład

do wniosku, że konieczne będzie wynalezienie nowych stopów metali

zdolnych zastąpić aluminium, zmniejszyć ciężar maszyny i wytrzymać

wysokie temperatury w wyniku tarcia przy znacznych prędkościach.

Zaproponowano spieki ceramiczne, szklane, grafitowe oraz kompozyty

z włókien szklanych czy też niezwykle wytrzymałych włókien węg-

lowych w rodzaju kevlaru. Fachowcy od komputerów zaproponowali

pewne rozwiązania pozwalające poprzez nowe systemy nadzoru lotu

zredukować o 50% czas potrzebny na lądowanie i uzyskanie zezwolenia

na start. Maszyny liczące, stukrotnie efektywniejsze i o wiele mniejsze od



dalej


strona główna
(23kB)