(23kB)
strona główna


 

 

 

Erich von D„niken

 

 

DZIEŃ, W KTÓRYM PRZYBYLI BOGOWIE

 

 

 

 

 

 

 

I. Cudowna podróż w epokę kamienną

 

 

Dwie rzeczy nie mają granic:

wszechświat i ludzka głupota

 

Albert Einstein (1879-1955)

 

 

Już pierwszego wieczora w Gwatemali zdarzyło się coś, czego nie

lubię, kiedy mam zamiar nie nagabywany pomyszkować sobie w jakimś

kraju. W hallu hotelu "El Dorado" usłyszałem, że ktoś wywołuje moje

nazwisko - trzeci program telewizji prosił mnie o wywiad.

W Gwatemali byłem przed pięciu laty. Od tamtej pory stolica tego

kraju przeżyła wielki rozwój. O ile jednak dumna sylwetka centrum

pełnego rozmigotanych reklam prawie się nie zmieniła, o tyle pozostała

część sześćsettysięcznego miasta leżącego 1493 m n.p.m. między wul-

kanami Agua a Fuego, tętni nowym życiem. Republika Gwatemali nie

chce być ciągle krajem rozwijającym się, pragnie wyjść z izolacji, w jakiej

znalazły się mniejsze narody. Rozbudzone ambicje odczuwa się tu na

każdym kroku. Około 60 % ludności stanowią Indianie, 25% Metysi

reszta - to biali, z których większość mieszka tu od pokoleń.

Miasto Gwatemala będzie dla nas w najbliższych dniach bazą

wypadową wypraw do starożytnych siedlisk Majów, pierwszym celem

zaś Tikal. Samolotem towarzystwa lotniczego "Aviateca" lecimy naza-

jutrz w południe do Flores nad jeziorem Peten Itz . W nowym budynku

dworca lotniczego wita nas potworna duchota. Pod eternitowym

dachem hali przypominającej hangar żar jak w piecu. Nie znaleźliśmy

samochodu terenowego, wynająłem więc półciężarówkę datsuna. Po-

wiedziano mi też, że droga do Tikal jest w doskonałym stanie.

Byłem przyzwyczajony do informacji tego rodzaju. Z każdym

przejechanym kilometrem oczekiwałem więc niespodziewanego końca

równiutkiej wstęgi asfaltu - nic takiego się jednak nie stało. Jak nam

obiecywano, jechaliśmy dobrą drogą, mijając fincas, ogromne majątki

ziemskie z plantacjami kawy i kukurydzy. Aż do Tikal sześćdziesięcio-

kilometrowa droga była równa jak stół. Gdyby ulewne tropikalne

deszcze nie ograniczały widoczności, przybylibyśmy na miejsce już po

godzinie jazdy. A tak dopiero o późnym zmierzchu dotarliśmy do szlaba-

nu zamykającego wjazd do Archeologicznego Parku Narodowego Tikal.

Ralf, chemik in spe a zarazem mój towarzysz podróży, podobnie jak ja

wypatrywał hotelu "Jungle Lodge", w którym spędziłem kilka dni przed

siedemnastu laty. Przy drodze znajdowały się wówczas tablice infor-

macyjne. Teraz nie było żadnej.

- Seĺores. - zawołałem w kierunku trzech Indian siedzących na

ziemi. - Gdzie jest "Jungle Lodge" ?

Spojrzeli na mnie tępo. Czy mój hiszpański był aż tak niezrozumiały,

a może oni znali tylko jeden z szesnastu indiańskich dialektów, którymi

po dziś dzień mówi się w Gwatemali? Dodałem gazu.

Granatowe chmury deszczowe sprawiły, że zmierzch zapadł szybciej

niż zazwyczaj. Gdzieniegdzie jaśniały prostokąty niewielkieh okien

rozświetlonych słabymi żarówkami, przed ubogimi chatami dymiły

pochodnie. Po chwili poczuliśmy swojski zapach węgla drzewnego.

Nagle datsun zaczął podskakiwać na wybojach, skręciłem więc w kie-

runku światła widocznego między dwoma olbrzymimi puchowcami.

[Puchowiec (Ceibapentandra) - drzewo, z którego jajowatych owoców o długości

do 15 cm wydobywa się wełnisty puch, stosowany jako materiał tapicerski oraz

wypełnienie kamizelek ratunkowych (kapoków).]

Pod okapem drewnianej chaty jakiś starzec palił fajkę. Wcale nie

przeszkadzał mu deszcz, który zaczynał właśnie bębnić po dachu

naszego samochodu zamieniając zarazem drogę w grzęzawisko.

- Przepraszam - zapytałem najpierw po hiszpańsku, a potem po

angielsku. - Jak dojechać do "Jungle Lodge"? - Starzec pokręcił

głową, ale nie była to chyba odpowiedź. Nagle przypomniało mi się, że

hotel stał na niewielkim wzgórzu.

Droga, którą jechaliśmy, zamieniła się w potok.

- Ta woda płynie z góry - rzucił Ralf z humorem. Skręciłem

w łożysko strumienia i ruszyłem pod prąd. Datsun jęczał podskakując

na korzeniach i głazach. Wreszcie reflektory prześliznęły się po znisz-

czonej drewnianej tablicy, na której widniał czerwony napis: JUNGLE

LODGE. Samochód kołysał się sunąc wśród drzew i krzaków. Gdzieś tu

znajduje się zapewne budynek hotelu i bungalowy.

Zatrzymałem wóz, zgasiłem reflektory. Kiedy oczy przyzwyczaiły się

nam do ciemności, ujrzeliśmy nie oświetlony, wydłużony budynek,

pokryty dachem z liści palmowyeh i łyka. Ze środka dobiegały męskie

głosy. Wszystko było nieco niesamowite. Zawołałem Halo, a zaraz

potem: "Buenos tardes!"

Usłyszeliśmy kroki. Za drzwiami ktoś zapalił zapalniczkę, po chwili

zajaśniało światło. Roztańczony płomień oślepiał padając nam prosto

w twarz. Trzymający świecę człowiek o posturze zapaśnika wagi ciężkiej

spojrzał na mnie przyjaźnie.

- Bienvenidos! Seĺor von D„niken? - Przez dłuższą chwilę olbrzym

przyglądał mi się badawczo. - Bienvenidos, don Eric! - powiedział

w końcu niskim i jakby melancholijnym głosem. Rozbłysła latarka.

Ujrzałezn poczciwą twarz o długim, wąskim nosie. Mężczyzna miał koło

pięćdziesiątki, był ubrany w brązową bawełnianą koszulę w żółtą kratę

i o wiele za ciasne zielone spodnie ze sztruksu, nie prane od niepamięt-

nych czasów.

- Skąd pan mnie zna?

Olbrzym przedstawił się pod okapem, po którym z szumem spływały

potoki deszczu:

- Jestem Julio Chaves. Proszę mi mówić Julio. - Wymawiał "j"

jako twarde, gardłowe "h". - Czy mogę do pana mówić don Eric?

- Proszę mi mówić Erich! - zgodziłem się, lecz nadal mówił do

mnie "Don Eric". W kilku słowach wyjaśnił, że jest Gwatemalczykiem

ale pochodzi z Europy i jest inżynierem budownictwa, że archeologiczna

pasja kazała mu przez wiele lat studiować historię Tikal i innych

ośrodków kultowych Majów, że przeczytał wszystkie hiszpańskie

wydania moich książek, zna zamieszczone w nich zdjęcia i widział mnie

wczoraj w telewizji.

- Dlaczego nigdzie nie pali się światło?

- Ze względu na moskity. - Olbrzym z rezygnacją opuścił ręce,

kiedy jednak brązowawy owad wielkości chrabąszcza wkręcił mi się we

włosy, Julio bez wahania palnął mnie swoją wielką łapą.

- Pardon! - powiedział i pstryknąwszy palcami cisnął martwego

owada w deszcz, a potem szerokim gestem zaprosił nas do środka. Jeden

z trzech obecnych tam mężczyzn zapalił natychmiast przedpotopową

latarnię.

- Gdzie są goście hotelu? - zacząłem się dopytywać patrząc na

resztki minionej świetności pomieszczenia.

- Poza nami nie ma nikogo. Ludzie nocują tu tylko w ostateczności

- powiedział Julio.

Kiedy byłem tu ostatni raz, hotel "Jungle Lodge" był jeszcze nowy.

Mieszkali w nim archeolodzy, studenci, turyści. Od kiedy jednak

asfaltowa szosa połączyła Tikal z Flores, turyści wołą eleganckie hotele

w mieście. Archeolodzy natomiast już się tu nie pojawiają, bo prac

wykopaliskowych w Tikal prawie się nie prowadzi. Hotele, nie mające

klientów, podupadają jeszcze prędzej, niż je budowano. W tropikalnej

dżungli ząb czasu daje znać o sobie znacznie szybciej niż gdzie indziej.

Moskitiery w oknach są dziurawe, materace i pościel wilgotne, za to

z pryszniców woda ledwie kapie.

Razem z Juliem i pozostałymi mężczyznami siedzieliśmy w "jadalni"

wokół świecy. Nagle na dworze coś zaczęło warczeć - uruchomiono

prądnicę. Po chwili rozjarzyły się gołe żarówki.

Dekoracja, jaka zainspirowałaby Hitchcocka do napisania sceny

dramatycznego morderstwa! Półmrok. Przy stole sześciu zmęczonych

mężczyzn - trzej o twarzach pokrytych nieświeżym zarostem podają

sobie po kolei butelkę rumu. Na ścianie za ladą wiszą zardzewiałe klucze

do pokoi i zblakły kalendarz sprzed trzech lat wydany przez jakąś frmę

ubezpieczeniową. Wielkie pożółkłe prześcieradło, na którym widać

jakby odbicie steli Majów, dzieli długie pomieszczenie na dwie części.

Poza tym stoi tu jeszcze wiele stołów pomalowanych na brązowo.

Dziury między dachem a ścianami zapewniają stały dopływ świeżego

powietrza i ułatwiają bezustanne wizyty wszelkiego latającego robact-

wa. Słychać brzęczenie moskitów, które tak długo obmacują czułkami

ściany, podłogę i stoły, aż trafą w końcu z satysfakcją na ludzkie ciało.

Indiańska dziewczyna - gdzie ukrywała się dotąd? - podaje nam

sznycle wołowe z nie omaszczonym ryżem. Wygłodniali rzucamy się na

jedzenie. Dobra psu i mucha! (Któregoś dnia zaszedłem do kuchni

i zrobiło mi się niedobrze. Na stole lażały kawałki mięsa, owoce

i jarzyny, na których roiło się od much i mrówek. Garnki i patelnie były

pokryte zakrzepłym starym tłuszczem. Przez następne cztery dni

żywiliśmy się wyłącznie orzeszkami z puszki i coca-colą.)

Julio i brodacze zanieśli nasze bagaże do bungalowu nr 3. Umówiliś-

my się na dziewiątą rano - o wiele za późno, bo o śnie i tak nie było co

marzyć. Ze zmęczenia można się było wprawdzie jakoś przyzwyczaić do

ciasnego łóżka pokrytego pleśnią, ale z moskitami nie dało się znaleźć

żadnej płaszczyzny porozumienia. Szparę pod drzwiami i dziury

w siatkach umieszczonych w oknach pozaklejałem wrrawdzie plastrem,

którego wielkie rolki zawsze wożę ze sobą, ale wobec pluskiew i innych

pasożytów byliśmy bezradni - gryzły nas bez przerwy w łydki, uda i co

szlachetniejsze części ciała. Znalazły chyba szczególne upodobanie

w szwajcarskiej krwi. Założyliśmy dżinsy i obwiązaliśmy nogawki

w kostkach sznurowadłami. Ale nie spaliśmy nadal, bo na dworze

odzywały się jakieś zwierzęta. Ustawiczne "uuurch, uuurch, uuurch aż

do bólu wwiercało się w uszy. O siatki w oknach obijały się chrabąszcze.

Czy w ogóle udało nam się zasnąć? Jeśli tak, to zapadaliśmy w sen tylko

na krótkie chwile - pod narkozą zmęczenia. O pierwszym brzasku

wstaliśmy, zjedliśmy trochę orzeszków z puszki, a potem obolali

powlekliśmy się do datsuna - na pierwszym biegu, podskakując na

wybojach koryta wczorajszej rzeki, która dziś na powrót przeobraziła

się w drogę, pojechaliśmy do Tikal.

 

 

Tikal, najstarsze miasto Niziny Maya

 

O brzasku Tikal sprawiało wrażenie miasta duchów. Szare welony

mgły wznoszące się nad akropolem otulały szczyty piramid. Spod stóp

uciekały nam jaszczurki. W zaroślach hałasował grzechotnik - prze-

płoszyliśmy go jednak rzucając kamieniami.

Tikal jest najstarszym miastem Majów - znaleziska świadczą, że

istniało już w VIII w. prz. Chr. Starożytny Rzym założono podobno

w 753 r. prz. Chr. Wprawdzie rozkwit Tikal przypada wprawdzie na ten

sam okres, łecz ekspansja tej zdumiewającej struktury urbanistycznej

wymyka się wszelkim porównaniom z innymi wielkimi miastami tamtej

epoki.

Obszar, uznany przez rząd Gwatemali za Archeologiczny Park

Narodowy, obejmuje 576 km2. Znajduje się tu ogromne skupisko ruin

- w większości pokrytych bujną roślinnością - świadczących, że

niegdyś stały tu "nowoczesne" wówczas budowle. W "city", strefie

obejmującej około 16 km2, zlokalizowano mniej więcej trzy tysiące

zabytków, z których część już odkopano. Są to domy mieszkalne

i pałace, rezydencje władców, tarasy, platformy, piramidy oraz ołtarze

- łączą je ulice o kamiennej nawierzchni, przy których znajdują się

wielkie place do obrzędowej gry w piłkę. Lotnicze zdjęcia radarowe

wykazały również istnienie podziemnej sieci kanalizacyjnej - systemu

irygacyjnego rozciągającego się na cały Jukatan. Infrastruktura wodo-

ciągowa była równie niezbędna jak ogromne, planowo rozmieszczone

zbiorniki wodne, z których siedem odkryto w strefie wewnętrznej, trzy

zaś w zewnętrznej - Tikal nie leży ani nad rzeką, ani nad jeziorem.

Ludność tego miasta w okresie narodzin Chrystusa eksperci oceniają

dziś na około 50-90 tys., a jest to liczba, którą - jeśli weźmie się pod

uwagę wielkość metropolii - w trakcie odkopywania dalszych znale-

zisk trzeba będzie zapewne skorygować w górę.

- Proszę mi powiedzieć, don Eric, dlaczego Tikal zbudowano

właśnie tu, w sercu dżungli, nie zaś nad brzegami jeziora Peten Itza,

odległego zaledwie o czterdzieści kilometrów? Dlaczego właśnie tu?

- Don Eric nie wie.

- Może przez przypadek... - odparłem, żeby spoconemu olb-

rzymowi dać choćby namiastkę odpowiedzi. Brązowym grzbietem dłoni

Julio zaczął nerwowo trzeć czoło zlane potem.

- Bzdura! Tu nie ma mowy o żadnym przypadku! Tikal to

matematyczno-astronomiczne monstrum... - Julio zaczynał się robić

gadatliwy. Wyniośle wskazał na siedemdziesięciometrową piramidę

leżącą z prawej. - Oto świątynia IV! - Potem wskazał na lewo, gdzie

stała piramida "tylko" czterdziestometrowa. - Oto świątynia I. Jeśli

przeciągnie pan linię prostą między środkiem świątyni I a środkiem

świątyni IV, to 13 sierpnia linia ta wskaże dokładnie azymut Słońca

[Azymut - kąt zawarty między południkiem miejscowym a południkiem przecho-

dzącym przez obserwowane ciało niebieskie, mierzy się go od południa na

zachód, północ i wschód.]

o zachodzie. Przed nami widać świątynię III. Linia prosta łącząca

świątynię I z III wskazuje dzień równonocy, kolejna prosta, między III

a IV, wschód Słońca pierwszego dnia zimy. I co pan na to, don Eric!

Don Eric milczał, ale Julio spostrzegł jego sceptyczne spojrzenie.

- Świątynia V, ta z tyłu, leży dokładnie na wierzchołku kąta

prostego, którego ramiona biegną do świątyni I i IV! - Spojrzał na mnie

z radością.

- No i co z tego? Istnieje znacznie więcej budowli, które tworzą ze

sobą kąt prosty. Cóż w tym dziwnego?

Julio zbliżył się do mnie prawie groźnie.

- Ma pan kompas?

Nosiłem go w torbie z aparatami fotograficznymi. Po chwili przyrząd

spoczął w wielkim łapsku Julia, który poprosił, żebym spojrzał na

czerwoną igłę, która jak zawsze wskazywała północ.

- Czy mógłby pan wskazać piramidę, której przekątne leżą na linii

północ-południe lub wschód-zachód? - spytał.

Przeniosłem wzrok z kompasu na piramidy.

- Nie - powiedziałem.

Julio uśmiechnął się z wyższością.

- Dobrze. Wejdźmy na szczyt świątyni I!

Zarzuciliśmy aparaty fotograficzne na ramię i ruszyliśmy posłusznie

za naszym olbrzymem. Julio zdążał żwawo w kierunku schodów

świątyni - od lat zdarzało mu się wiele razy wchodzić na nią

z kompasem i przyrządami mierniczymi, dla nas jednak była to

wspinaczka ryzykowna. Stopnie sięgały do kolan, a na dobitkę były tak

strome, że wejście przypominało mi wspinaczkę w skałach naszych

szwajcarskich gór. W dole leżała Plaza - porośnięta trawą, otoczona

piramidami i świątyniami. Pięcioro wczesnych turystów, otulonych

w kolorowe peleryny, wyglądało jak pięć pracowitych mrówek którym

leniwa królowa dała rozkaz obfotografowania wszystkich stel, owych

kamiennych przedmiotów, których pierwotne znaczenie pozostaje do

dziś kwestią sporną.

Bez tchu stanęliśmy na szczycie, na najwyższej platformie piramidy,

nazywanej przez archeologów świątynią I.

Nawet na górze było jak w pralni. Po chwili usłyszeliśmy magiczne

brzęczenie i otoczyły nas roje moskitów. Piątka turystów spojrzała ku

nam. Jeden z nich zawołał:

- How is it up there?

- Głupie pytanie - mruknął Ralf. - Prawie jak na Matterhornie!

- odkrzyknął po chwili trzymając się stalowego łańcucha przymocowa-

nego na wszelki wypadek do kamieni. - Kto stąd spadnie, nie wstanie

chyba o własnych siłach, prawda, don Julio?

- Będzie trochę połamany - odrzekł Julio ze znudzeniem. - Dużo

gorzej spaść z siedemdziesięciometrowej świątyni IV. Zeszłego roku

zabiło się tam dwóch turystów i jeden przewodnik.

- Matterrhorn załatwia czterech alpinistów rocznie - Ralf upierał

się przy danych krajowych.

- W trampkach - dorzuciłem, bo myślałem właśnie, że o wiele

łatwiej byłoby się tu wspinać w czymś takim.

Julio znów zabrał głos:

- Don Eric, niech pan spojrzy w stronę świątyni V! Czy tworzy kąt

prosty ze świątynią I, czy z IV?

Staliśmy na szczycie świątyni I. Rzuciłem okiem na schody i ściany,

spojrzałem ku świątyni V, potem ku bardziej oddalonej świątyni IV.

Kompas potwierdzał to, co widziałem: świątynia IV, I i V tworzyły

trójkąt prostokątny. Ale co w tym dziwnego? Dlaczego nie miałby to być

przypadek? Powiedziałem to na głos.

- Nie o to chodzi - pouczył mnie Julio. - Zauważył pan, że ani

jedna ze świątyń nie jest zorientowana zgodnie ze stronami świata. Przed

chwilą przyznał pan, że świątynia IV, I i V tworzą trójkąt prostokątny.

Ale w jakim kierunku odchodzą od osi północ-południe ramiona tego

trójkąta prowadzące do świątyni V i I?

Rozbawiony oddał mi kompas. Spojrzałem na świątynię V.

- Tak na oko 15 do 17 stopni na północny wschód - odparłem

niezdecydowanie - może ten stary kompas nie jest za dokładny...

- Dokładnie siedemnaście stopni! - tryumfował Julio Chaves,

inżynier, który musiał to wiedzieć na pewno. - Mówię panu, że nic nie

jest tu przypadkowe!

Nic nie rozumiałem. Co ma znaczyć ta bzdura z siedemnastoma

stopniami odchylenia na północny wschód?

- Don Eric! - Julio mówił teraz spokojnie i stanowczo. Podniosłem

wzrok ku jego twarzy. - Tula. Chichen-Itza. Mayapan. Teotihua-

can... To tylko kilka słynnych miast Majów, które można znaleźć

w każdym przewodniku. W każdym z tych miast osie budynków

odchylają się o siedemnaście stopni na północny wschód. Przypadek?

Po tej zaskakującej wypowiedzi Julio zrobił pauzę, jakiej nie zain-

scenizowałby lepiej żaden reżyser. Powoli zaczęła do mnie docierać

niesamowitość tej informacji. Julio chciał dowieść, że ośrodki kultowe

Mezoameryki zbudowano według planu, określającego szczegółowo

[Obszar na którym rozwijały się niegdyś wysokie kultuy Majów - w odróżnieniu

od północnego Meksyku i południowych rejonów Ameryki Środkowej od Nikaragui

po Panamę, należących raczej do tradycji południowoamerykańskiej albo kręgu

karaibskiego.]

zorientowanie budowli. Miejscowości, wymienione przez Julia, zbudo-

wano w różnych okresach, ich inwestorzy jednak oraz architekci byli

zawsze posłuszni jakimś tajemniczym, nieubłaganym przykazaniom.

Dziwne.

 

 

Monumentalne relikwie

 

Za jedyny pewnik można uznać tylko, że budowniczowie wznieśli te

wszystkie świątynie i piramidy nie po to, aby służyły za obiekt fotografii

dla turystów XX wieku. Reszta jest wyłącznie przypuszczeniem bądź

czystą spekulacją.

Od samego początku świątynie i piramidy stały tam, gdzie znajdują

się dziś ich ruiny. Nie ulega wątpliwości, że nim rozpoczęto karczowanie

dżungli w tych miejscach - nie przypadkowych! - planiści Tikal

dobrze przemyśleli wybór placu budowy. Ale najpierw inwestor musiał

zdecydować, gdzie stanie dana budowla. Wznoszony budynek musiał

potem czemuś służyć.

Tikal było zapewne strukturą urbanistyczną o szczególnym znacze-

niu. Wykopaliska wykazały, że niektóre "nowe budowle" postawiono

na fundamentach starszych - w trakcie stuleci wykorzystywano

drogocenny grunt tak, jak postępuje się obecnie na Manhattanie, burząc

stare drapacze chmur i stawiając na ich miejsce nowe. Dlaczego? Bo

kiedyś centrum Manhattanu zostało raz na zawsze podzielone na

kwadratowe działki.

Centrum Tikal musiało być ruzplanowane w quasi-księdze wieczystej.

Wyjątki dotyczyły co najwyżej piramid: wzniesiono je na ziemi dziewi-

czej, stały tu od samego początku, udało im się nawet przetrwać upadek

kwitnącej stolicy Majów.

Piramidy miały jakieś pierwotne znaczenie. Tylko jakie? Jak dotąd nie

osiągnięto porozumienia na temat prawdziwego przeznaczenia tych

kamiennych olbrzymów.

Czy były to obserwatoria? Dlaczego zgromadzono ich tyle w jednym

miejscu?

A może były to groby? Gdzieniegdzie w piramidach znaleziono

grobowce, powinny jednak istnieć również godne i wspaniałe mauzolea,

które budowano - nawet dla królów i kapłanów - nieco mniejszym

kosztem. Gdyby były to miejsca pochówku, wówczas należałoby

oczekiwać, że komory grobowe będą się znajdować w każdej piramidzie.

A może wzniesiono je dla szkół różnych kierunków myślowych?

Hipoteza tak nieprawdopodobna, że trzeba ją od razu wykluczyć. Gdzie

wykładaliby docenci, gdzie uczyliby się studenci? Na górze zmieści się

tylko kilku ludzi.

Czy te masywne, wysokie kamienne budowle były miejscami ofiar-

nymi, na których kapłani w ponurym rytuale wydzierali niewolnikom

serca z piersi i ofiarowywali je bogom słońca? Gdy w Tikal powstawały

piramidy, nie składano tam jeszcze ofiar z ludzi, które - jak twierdzą

świadectwa - rozpowszechniły się dopiero od początku naszej ery.

A jeśli nawet, to przecież nie trzeba do tego tak wielu miejsc ofiarnych

jak w Tikal. Archeolodzy z Uniwersytetu Stanowego Pensylwania,

którzy prowadzili tu prace wykopaliskowe, znaleźli w strefie centralnej

ponad 60 piramid różnej wielkości oraz ich ruin - aż po siedem-

dziesięciometrową piramidę Świątyni.

Czy piramidy były pomnikami rodzin panujących? Czy różnice

w wielkości były wyrazem znaczenia i siły tych rodzin? Przypuszczenie to

może mieć rację bytu. W Tikal znaleziono stele upamiętniające znaczące

osobistości. Czy osoby te mogły sobie pozwolić na luksus budowy

piramidy, czy musiały być zarazem królami-kapłanami o rozległej

wiedzy w dziedzinie matematyki, astronomii i architektury, trzymający-

mi się ponadto przekazanych (nakazanych?) planów. Nikt paważny nie

kwestionuje już faktu, że owe "wielkopańskie rezydencje" były orien-

towane astronomicznie.

Najważniejsze pytania: Czy pod piramidami pogrzebano starych,

prawdziwych bogów? Razem z przedmiotami używanymi za życia oraz

tajemniczym sprzętem technicznym, podziwianym przez pierwotnych

mieszkańców tego kraju? Czy w tak zwanych grobach kapłańskich

pochowano jedynie strażników i obrońców bogów? Owych mędrców,

którzy sprowadzili tu lud, a następnie go nauczali? A może bogowie

zażądali postawienia masywnych, kamiennych "zamków", które miały

przetrwać wieki, żeby stanowiły świadectwo dla przyszłych pokoleń?

Spekulacje tego rodzaju trzeba zweryfkować. Jak dotąd pod żadną

z piramid nie drążono sztolni kontrolnych prowadzących do środka

budowli! Sztolnie te musiałyby sięgać pod ziemię równie głęboko, jak

wysoko wznosi się nad nią piramida.

W muzeum w holenderskim mieście Lejda znajduje się jadeitowa

płytka - w literaturze fachowej zwana płytką z Leiden. Zalicza się ją do

najstarszych znalezisk z Tikal. Wyryto na niej piętnaście hieroglifów

Majów. Po imieniu, którego nie udało się dotąd odcyfrować, odc tano

następujący tekst: "[...] zstąpił ów władca rodziny niebiańskiej z Tikal

[...]". Rodzina niebiańska? Jakiż to władca zstąpił? Choć pytania te

pozostają na razie bez odpowiedzi, pozwalają jednak na wyciągnigcie

pewnych wniosków.

Budowniczowie Tikal znali pismo, dysponowali doskonałym kalen-

darzem. Wszystkie znane nam ludy rozwijały się powoli, stopniowo

zdobywając, pomnażając i doskonaląc kolejne wiadomości i umiejętno-

ści. Nikomu nigdy nic nie spadło z nieba. A może?

Tikal było ośrodkiem sakralnym, w którym budowle stały na z góry

określonych miejscach. Jeśli coś tu zbudowano, to owo coś trwało, co

najwyżej było rozbudowywane, lecz nigdy nie popadało w niepamięć.

Tikal było zapewne punktem przyciągającym ludzi jak magnes - my

nazwalibyśmy je miejscem pielgrzymek. Miejscowość rosła. Powstawały

kolejne place, wznoszono kolejne świątynie, a miejsca świgte zdobiono

coraz bardziej bogato. Wszystko jednak, co dodawano później, niezale-

żnie od epoki, miało ściśle określone położenie i orientację w stronach

świata zgodną z prawami astronomii, opartymi na obserwacjach ciał

niebieskich. Jak dotąd wiemy tylko tyle.

Podzielam zachwyt fachowców nad mistrzostwem tego projektu i nad

jego realizacją. Oczywiście, wśród Majów byli wspaniali budowniczowie

oraz artyści rzemiosła jedyni w swoim rodzaju. Bez pomocy z zewnątrz

stworzyli budowle niezwykle śmiałe. Jeśli nawet zaakceptuje się taką

hipotezę, to i tak trzeba będzie jeszcze odpowiedzieć na pytanie, jak

i skąd otrzymali takie umiejętności? Pytanie to zazwyczaj odkłada się

wstydliwie ad acta.

"Czego nie wiemy, potrzebne nam właśnie, A to, co wiemy, nie przyda

się na nic..." - napisał Johann Wolfgang von Goethe w Fauście. To

samo można powiedzieć o Tikal.

 

 

Śmieją się nawet bogowie!

 

Boiska do piłki nożnej mają na całym świecie wymiary 105x70 m.

Wielki Plac między świątynią I a świątynią II ma wymiary 120x75 m. Na

powierzshni dwa razy większej (!) rozciąga się na południe od Placu

akropol. Zespół 42 budowli jest podzielony na sześć dziedzińców

- a każdy leży na innym poziomie. Setki sklepionych pomieszczeń

połączono schodami i kamiennymi przejściami - labirynt, w którym

można się zgubić.

Nikt nie potrafi udzielić jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czemu

służył ten ogromny kompleks budynków. Czy były to mieszkania

kapłanów, siedziby zarządców, miejsca na "święte zapasy" jakichś dóbr.

Kolosalny układ zagnieżdżonych wzajemnie akropoli odjął zapewne

intepretatorom fenomenu Tikal i mowę, i rozum. Jeśli zespół ten leżałby

na jednym poziomie, wówczas niektóre rzeczy można by jeszcze

zaakceptować. Wówczas ów architektoniczny plaster miodu, złożony

z pomieszczeń, sal i korytarzy, mógłby być powiększany według

potrzeb. Gmatwanina budowli piętrzy się jednak na sześciu różnych

sztucznych poziomach-platformach. To wymagało już dysponowania

szczegółowym projektem. Wymagało organizacji. Wymagało odpowie-

dnich narzędzi, a przede wszystkim musiało mieć jakiś sensowny cel.

Wszystkiego dokonał lud epoki kamiennej.

- Lud epoki kamiennej! - pomyślałem na tyle głośno, że Julio

usłyszał. Chwilę patrzył na mnie zdumiony, potem zaśmiał się na całe

gardło. Nie mógł przestać. Brązowe ręce o stwardniałej skórze zbliżył do

ust i zawołał w kierunku akropolu:

- Stone-age people! Stone-age people! - A potem znów

zagrzmiał urywanym śmiechem tak, jak śmieją się tylko olbrzymy. Po

chwili jego głos powrócił echem odbitym od piramid i pustych

pomieszczeń akropolu. Julio uznał to za zabawne, że jego śmiech

powraca echem pierwotnych głosek.

- Don Eric! - Uśmiechnął się do mnie słuchając z zadowoleniem.

- Smieją się nawet bogowie!

Nauka twierdzi, że ludzie żyjący w epoce kamiennej nie znali metalu.

Cokolwiek tworzyli - czy były to budowle, czy rzeźbione stele i reliefy

- tworzyli bez użycia narzędzi z metalu. Podobno używali zaost-

rzonych kawałków kości, siekier z bazaltu, diorytu i obsydianu,

[Bazalt - magmowa skała wulkaniczna; dioryt - magmowa skała głębinowa,

używana na kamienie nagrobne i jako materiał drogowy; obsydian - zastygła

fawa wulkaniczna o dużej zawartości krzemu.]

zwanego również szkliwem wulkanicznym - był to kamień o najwięk-

szej twardości.

- Niech pan nie wierzy w te bzdury! - Julio spojrzał na mnie

z sarkazmem.

- A to niby dlaczego? Jak dotąd w Tikal nie znaleziono ani śladu

metalu, a nawet ani śladu ruin, które pozwoliłyby wysnuć wniosek, że go

używano. . .

- To żaden dowód! Kiedy rozpoczęto prace wykopaliskowe, ruiny

Tikal już od ponad tysiąca lat znajdowały się pod ziemią, porosła je

dżungla, spłukały tropikalne deszcze. W tej okolicy, nawet nasze noże

podobno nierdzewne, zamieniają się w rdzę za życia jednego pokolenia.

Jakie metale - pomijając oczywiście metale szlachetne, które są za

miękkie do obróbki kamienia - mogły w takich warunkach przetrwać

tysiąclecia?

- Ale przecież tu nie chodzi wyłącznie o Tikal. Jak dotąd w żadnym

z siedlisk Majów nie natrafiono na metal...

Julio przysiadł na jednym ze stopni, zaproponowałem mu papierosa

- wetknął go sobie w usta, ale nawet nie zauważył, że podaję mu ogień.

- Myślę nad tym od wielu lat i zawsze dochodzę do wniosku, że

metal musiał być uważany przez Majów za świętość! Może był to

prezent dany kapłanom i uczonym przez bogów i jako taki czczony

i strzeżony, a nawet ukrywany. Kapłani wiedzieli - od bogów - co

można zrobić z metalu: sztylety, miecze, tarcze oraz inną broń. Wiedzieli

także, iż lud jest ciemiężony, zmuszany do pracy przy budowlach.

Sytuacja ta mogłaby w końcu doprowadzić do powstania, do rewolucji.

Właśnie dlatego mądrzy kapłani nie mogli dopuścić, żeby metal wpadł

w ręce ludu. Ale mimo to będę twierdził, że wielu Majów weszło

w posiadanie metalu! Czy dowodem na to nie są ślady precyzyjnej

obróbki kamieniarskiej? Bo czy można było dojść do takiej perfekcji

obrabiając kamień innym kamieniem albo zaostrzonym kawałkiem

kości? Don Eric, w Tikal znaleziono przepięknie rzeźbione głowy

z kryształu górskiego. Na pewno obrabiano je za pomocą narzędzi

sporządzonych z metalu. Tak samo jak te foremne kółka!

- Kółka? - spytałem, wykorzystując chwilę, gdy przerwał dla

nabrania oddechu, żeby zapalić mu papierosa. - Zawsze czytałem, że

Majowie nie znali koła?

Julio rozpoczął inhalację, ale już po chwili mówił dalej otoczony

kłębami dymu.

- No to niech pan pójdzie do Museo de Arte Prehispanico

w Oaxaca! Tam zobaczy pan kółka z kryształu górskiego. A w muzeach

antropologicznych w stolicy Meksyku i w Jalapa stoją w gablotach

zabawki na kółkach! Coś jakby pies ciągnący wózek... Wszystko to

znaleziono w dawnych siedliskach Majów.

Julio uzupełniał i potwierdzał moje wiadomości. W Copan, mieście

Majów leżącym w dzisiejszym Hondurasie, zrobiłem zdjęcia kół zęba-

tych - są one dowodem na istniejące niegdyś technologie. Koła zębate

z Copan niszczeją rzucone w rogu wielkiego placu. Przed obiektywem

aparatu znalazły się też kamienne koła mające kiedyś piasty. Ostatnio

przeczytałem również, iż Majowie wprawdzie koło znali, nie stosowali

go jednak. Twierdzenie takie byłoby przekonujące, gdyby w tym kraju

nie istniały drogi...

 

 

Drogi, którymi nikt nie jeździł?

 

Pięć dróg o jasnej nawierzchni i solidnej podbudowie biegnie z Tikal

przez dżunglę. W stosownej literaturze określa się je mianem dróg

procesyjnych lub obrzędowych. To zadziwiające, po jakie środki sięga

archeologia, żeby tylko utrzymać przy życiu teorie skazane na wymar-

cie!

Zdjęcia lotnicze udowodniły już dawno, że miasta Majów łączyła cała

sieć dróg. Szesnaście (!) z nich miało swój początek lub koniec w Coba,

na północy dzisiejszego terytorium Quintana Roo w Meksyku. Jedna

z dróg, mijając Coba, biegła wielkim łukiem do Yaxuna, niewielkiej

miejscowości w pobliżu najważniejszego miasta Majów, Chichen-Itza.

Zdjęcia lotnicze ujawniły jasne wstęgi prześwitujące przez roślinność

dżungli, pozwalając przypuszczać, że stukilometrową drogę z Coba do

Yaxuna poprowadzono dalej przez Chichen-Itza aż do Mayapan

i Uxmal. Daje to w sumie 300 km. Według zdjęć lotniczych jeszcze

dłuższa jest droga biegnąca z Dzibilchaltńn koło Meridy, stolicy

Jukatanu, na wschodnie wybrzeże Morza Karaibskiego, w okolice

wyspy Cozumel.

Budowniczowie pracowali chyba według jednolitego planu. Wszyst-

kie drogi wyłożono kawałkami skały, a następnie pokryto jasną

nawierzchnią, odporną na wpływy atmosferyczne. Odcinek Co-

ba-Yaxuna ma szerokość 10 m - pewna przesada jak na drogę

procesyjną, bo mogłoby tamtędy iść w jednym rzędzie piętnaście osób ze

śpiewem na ustach.

Owe 100 km podzielono na 7 odcinków prostych - najdłuższy liczy

36 km. Na początku każdego odcinka droga lekko zmienia kierunek.

Nauka twierdzi, że Majowie nie znali kompasu. Jak więc wytyczali

drogę? Jakimi przyrządami geodezyjnymi dysponowali?

Czy określali kierunek za pomocą ognia i znaków dymnych? Rejon

jest płaski jak patelnia, a na dobitkę porośnięty bujną roślinnością. Nie

ma wzniesień, z których można dawać odpowiednie znaki. Ogniska,

płonące w ciemnozielonej gęstwinie, byłoby widać co najwyżej na kilka

kilometrów. W trakcie pewnej dyskusji któryś z jej uczestników

stwierdził, że rozwiązanie problemu jest niezwykłe proste - budow-

niczowie wytyczali linie za pomocą lin i wyznaczali bieg drogi palikami.

Wszystkie te propozycje opierają się na założeniu, że w dżungli

robiono przecinki! Bo dopiero wówczas można było ustawiać znaki,

widzieć ogniska i rozciągać liny. Przedtem jednak trzeba było ustalić

i wyznaczyć kierunek przecinki.

Dla pełnego skompletowania listy bezsensownych prób wyjaśnienia

tego problemu należałoby wymienić jeszcze twierdzenie, zgodnie z któ-

rym Majowie wytyczali drogi według gwiazd. Ale gwiazdy świecą

wyłącznie nocą, bezustannie zmieniają swoje położenie na niebie, a poza

tym w strefie tropików są przez dwie trzecie roku zupełnie niewidoczne.

Nie da się ich nawet policzyć, nie mówiąc o wykorzystywaniu do

wytyczania dróg.

Dla liczykrupów, jacy znajdują się wśród moich krytyków, chciałbym

w tym miejscu wnieść pewną poprawkę: gładka powierzchnia patelni ma

tu i ówdzie niewielkie zagłębienia - lekkie obniżenia terenu występują

w pobliżu rzek i bagien. Majowie zniwelowali je. Gdzie było to

konieczne, zbudowali sklepione przepusty, a poziom niektórych odcin-

ków podnieśli o 5 m nad poziom gruntu. Drogi obrzędowe nie

wymagały w żadnym razie takiego nakładu środków, pielgrzymi

przeszliby przecież i tak bez narzekań przez obniżenia terenu. Mimo to

jednak drogę splantowano dokładnie i wyrównano!

Jadąc współczesną szosą musimy czasem zwolnić w miejscu, gdzie

prowadzi się roboty drogowe - widzimy wówczas ogromne walce

wyrównujące podłoże.

W pobliżu Ekal, na odcinku drogi łączącej Coba z Yaxuna, znalezio-

no pięciotonowy walec rozbity na dwie części! Walec długości 4 m nie

miał jednak osi - należałoby go więc określić mianem wielkiej rolki.

Czysty obłęd! Oto ludzie żyjący w epoce kamiennej potrafili wyciąć

ogromny kawał skały, a następnie obrobić go w kształcie rolki długości

4 m, ludzie ci zarazem nie stosowali koła - chociaż je znali!

Po co więc Majowie niwelowali drogi, jeśli nie jeździły nimi wozy na

kołach. Dlaczego odcinki biegnące przez tereny bagniste budowali na

tak solidnych fundamentach, że nie osiadły one do dziś? A jeżeli nie

pojazdy na kołach, to co jeździło po tak wspaniale zbudowanych

drogach? Sanie na drewnianych płozach? Sanie pozostawiłyby jednak

wyraźne ślady na nawierzchni. A może ślizgały się po nawierzchni

podobnie jak żeglarze pustyni? To prawie niemożliwe, bo przecież i oni

stosowaliby płozy lub koła. Czy pędzono tymi drogami zwierzęta juczne

i pociągowe, czy jeźdżono na nich wierzchem? Według obowiązującej

teorii Majowie nie znali jednak ani zwierząt jucznych, ani pociągowych.

Czy zatem poruszali się w powietrzu, latali nie dotykając ziemi? Ale do

tego nie byłyby im przecież potrzebne drogi. A może to ja pominąłem

jakąś możliwość użytkowego wykorzystania tej sieci komunikacyjnej?

A może - tak jak archeologom - umknęło coś również mojej uwadze?

 

 

Rozmowy nad dachami Tikal

 

Przycupnęliśmy na szczycie jednej z piramid. Słońce paliło niemiłosie-

rnie w odkryte części ciała mimo olejku do opalania, który ocalił mnie

kiedyś przed poparzeniem nawet na lodowcu. Na Wielkim Placu u stóp

akropolu tłoczyły się grupy turystów, błyski odbite od obiektywów

aparatów fotograficznych docierały aż do nas - zdjęcia raczej nie

Wyjdą.

- Julio, jak pan myśli, po co Majowie budowali drogi?

Julio odparł prawie z oburzeniem, jak gdyby moje pytanie naruszyło

jakieś tabu:

- Dla bogów!

- Dla chwały religii...

- Dla bogów! - upierał się Julio. - Bogowie mieli pojazdy!

Pokazali władcom Majów, jak budować drogi, a ci zwołali całe armie

niewolników, żeby urzeczywistnić te plany.

- Nigdzie nie znaleziono pozostałości po boskiech pojazdach,

nigdzie nie ma rysunków przedstawiających coś takiego!

- Przecież często wcale nie wiemy, co przedstawiają reliefy. Wizeru-

nek znajdujący się na płycie sarkofagu w Palenque może przedstawiać

boski pojazd. Zna pan zapewne hieroglify ukazujące dymiącego boga,

również on może siedzieć w pojeździe, który wcale nie jest pojazdem

z epoki. Z faktu, że zachowane obiekty sztuki Majów nie przedstawiają

koła, mogę też wyciągnąć wniosek, iż było ono uważane za obiekt

sakralny.

- Drogi powstawały przecież w różnych okresach, a bogowie

przebywali tu pewnie tylko na samym początku epoki Majów, może

nawet wcześniej, w czasach protoplastów tego narodu.

Kilku zasapanych turystów wspinało się na piramidę, podciągali się

na stalowym łańcuchu. Julio nie dał sobie przerwać.

- Dobrze, nawet jeśli bogowie byli tu tylko na samym początku,

nawet jeśli potem zniknęli albo pogrzebano ich pod piramidami - już

samo to mogło zainspirować Majów do zbudowania pierwszej drogi.

W późniejszych epokach tubylcy szli gorliwie za tym przykładem

budując jedną drogę za drugą - na pamiątkę pobytu bogów i w przeko-

naniu o ich powrocie. Budując drogi, piramidy i świątynie przygotowy-

wali się do nadejścia dnia X.

Julio przemawiał równie płomiennie jak Abraliam a Santa Clara,

najżarliwszy kaznodzieja baroku. Przypomniały mi się linie na peru-

wiańskiej równinie Nazca, które moim zdaniem Indianie sporządzili

w oczekiwaniu na dzień powrotu bogów - były to znaki widoczne

nawet z dużej wysokości.

W naszym punkcie obserwacyjnym na szczycie piramidy zrobiło się

trochę ciasno. Było słychać wszelkie możliwe języki. Pojawili się

Amerykanie, jeszcze więcej było Japończyków, znaleźli się też turyści

z Europy. Wycieczki do miast Majów są w modzie od wielu lat.

Z informacji biur podróży organizujących grupowe wycieczki, jakie

prowadziłem do Mezoameryki i Ameryki Południowej, wiem, że

wszystkie miejsca sprzedaje się bardzo szybko. Wkrótce wymknęliśmy

się z tłoku, wsiedliśmy do datsuna i ruszyliśmy w dalszą podróż

miescowymi drogami. Noszą one imiona słynnych badaczy, którzy

odwiedzali Tikal. Jest więc Droga Maudsley'a - nazwana tak według

nazwiska Alfreda Percivala Maudsley'a, przebywającego tu w 1895

roku, są Drogi Malera i Tozzera - według nazwisk Teoberta Malera

i Alfreda Marstona Tozzera, którzy znaleźli się w tej okolicy w począt-

kach naszego wieku, Droga Mendeza - według nazwiska Modesta

Mendeza, który w 1848 roku badał ruiny Tikal.

Wrażenia były tak silne, że zapomniałem o prawie siedemdziesięcio-

stopniowej temperaturze panującej w wozie. Julio i Ralf siedzieli na

skrzyni chłodzeni pędem powietrza. Wspaniałe obrazy zmieniały się co

chwila jak w kalejdoskopie. Bliźniacze piramidy bez budowli sakralnych

na szczycie przesuwały się przed kikutami piramid, których odkopane

resztki wynurzały się z zielonej gęstwiny. W Tikal jest 151 stel, większość

na Wielkim Placu. Z kompleksów budowli wyrastały ogromne tropikal-

ne drzewa o potężnych, zielonych koronach. Kwiaty trwoniły świetliste

kolory. Z szarobrązowych stel patrzyły na nas twarze władców i głowy

bogów. Zatrzymywaliśmy się często i wspinaliśmy na sterty kamieni

- pozostałości po budynkach, które padły ofarą czasu. Zdawało się, że

Tikal ciągnie się bez granic, zatracając się w swojej imponującej

wspaniałości. Tu można dotknąć historii.

 

 

Skomplikowana podróż w przeszłość

 

Trzy dni później Julio opuścił "Jungle Lodge". Musiałem mu obiecać,

że na pewno odwiedzę plantacje Las Illusiones, Los Tarros i Bilbao.

Mówił. że znajdują się tam kamienie boskiego pochodzenia, do dziś

czczone przez Indian jako boskie kamienie - niektóre są tak ciężkie, że

nie można ich przetransportować do żadnego muzeum, leżą więc na

polach. W żadnym razie nie powinienem się dopytywać o znaleziska

archeologiczne - co najwyżej o piedras antiguas, stare kamienie. Julio

opisał, jak dotrzeć do czczonych osobliwości, krzyżykami oznaczył na

mapie miejsca, gdzie powinniśmy o nie pytać.

Gwatemalczycy wszędzie byli dla nas niezwykle uprzejmi i uczynni,

niekiedy mimo woli nieco zabawni - niestety informacje, jakich

udzielali, rzadko odpowiadały prawdzie.

Wynajętym volkswagenem-garbusem jechaliśmy południowym skra-

Jem Wyżyny Gwatemalskiej przez prowincję Escuintla w stronę Oceanu

Spokojnego. Julio powiedział, żebyśmy zaczęli się dopytywać o drogę

do piedras antiguas na około 50 km przed wybrzeżem.

W Santa Lucia zatrzymaliśmy się przed pralnią na świeżym powiet-

rzu, pod której dachem dziewczęta i kobiety prały w baliach i miskach

bieliznę. Silnik ucichł, nasze spojrzenia pobiegły w kierunku studni

- niestety, piękne dziewczyny od razu zasłoniły gołe piersi, a kobiety

zachichotały z zakłopotaniem.

- Przepraszam, gdzie tu są stare kamienie? Las Illusiones, Los

Tarros, Bilbao?

Odpowiedział nam śmiech i ożywiona paplanina, potem każda

z wiejskich piękności wskazała ręką inną stronę.

- Drogie panie - przywołałem na pomoc cały swój szwajcarski

wdzięk - zgódźmy się na jeden kierunek.

Z roztrajkotanej grupki wysunęła się rezolutna czarnuszka. Opalona

na brąz, ubrana w dżinsy uwydatniające jędrny tyłeczek, podparła się

pod boki. Najpierw zapytała, skąd jesteśmy. Pomyślałem sobie, że byle

komu nie udziela się tu informacji.

- Z Europy, z niedużego, spokojnego kraju, w którym jest wiele

pięknych gór i zielonych łąk, ze Szwajcarii! - powiedziałem jak

najuprzejmiej.

Czarnowłosej piękności zaczęło coś świtać - oczywiście, zna ten kraj,

to u jego wybrzeży zauważono niedawno radzieckie łodzie podwodne.

Gdyby nie zabraniała tego europejska etykieta, wybuchnąłbym śmie-

chem - pohamowałem się jednak i wyjaśniłem spokojnie, że łodzie

podwodne zauważono u wybrzeży Szwecji, a moja ojczyzna nie leży nad

morzem. Czarnuszka, wyraźnie zainteresowana problemami polityki

europejskiej, wydawała się nieco rozczarowana, zebrała jednak siły do

kolejnego pytania: Czy Szwajcaria należy do Niemiec Wschodnich, czy

do Zachodnich. Znów musiałem ją rozczarować. Wyjaśniłem, że

Szwajcaria, jest państwem autonomicznym o najstarszej demokracji na

świecie i zanim piękność zdążyła zadać kolejne pytanie, pośpiesznie

powtórzyłem swoje: Gdzie są fincas?

Czarnowłosa wskazała nam trzy strony.

- Tam, tam i jeszcze tam!

- Co jest tam?

- Bilbao. Trzeba dojechać do placu w środku wsi, na skrzyżowaniu

skręcić w prawo pod górę, a na górze w lewo. Potem niech pan jeszcze

raz zapyta...

- A Las Illusiones i Los Tarros?

- Trzeba pojechać w kierunku Mazatenango, do następnej wsi!

To już było coś. W trakcie pożegnalnych gestów mój wzrok prześliz-

nął się po apetycznie opiętych dżinsach i jędrych piersiach, które znów

zajaśniały w słońcu. W takim towarzystwie nawet noce w "Jungle

Lodge" byłyby znośne. Moskity nie miałyby większego znaczenia.

Człowiek nauczyłby się jakoś z nimi współżyć.

 

 

Fincas, które poza kukurydzą i kawą

kryją niezliczone skarby

 

Bilbao jak wymarłe prażyło się w słońcu. Natknęliśmy się tam na

ciężki traktor. Na siodełku siedział wąsaty seńor w towarzystwie dwóch

indiańskich chłopców. Na widok obcych obaj kurczowo złapali za

maczety.

- Szukamypiedras antiguas! Gdzie one są? - spytałem uprzejmie.

Po chwili namysłu, podczas której ciemne, nieufne oczy badawczo

patrzyły to na nas, to na volkswagena, mężczyzna zaczął się dopytywać.

- Czy panowie są archeologami? - Ton pozwalał wysnuć przypusz-

czenie, że nasz rozmówca nie miał najlepszych doświadczeń z ludźmi

tego zawodu.

Wyjaśniłem, że nie, że przyjechaliśmy ze Szwajcarii i chcieliśmy tylko

sfotografować stare kamienie. Na dźwięk słowa "Szwajcaria" twarz mu

się rozjaśniła.

- Panowie są Szwajcarami! Znam dwóch Szwajcarów, inżynierów

mechaników. To dobrzy ludzie!

Podziękowałem w duchu moim ziomkom, próbując zarazem zro-

zumieć, o czym mężczyzna opowiada chłopcom w niezrozumiałym

dialekcie. Jeden z nich zeskoczył z traktora i wśliznął się do samochodu,

nie wypuszczając jednak z ręki maczety. Mówiąc nienaganną szkolną

hiszpańszczyzną poprowadził nas wąskimi polnymi drogami pośród

plantacji kawy i kukurydzy. Wreszcie rozkazującym tonem powiedział:

"Tu!". Wyskoczył z samochodu zwinnie jak wiewiórka i maczetą zaczął

wycinać ścieżkę w gąszczu dwuipółmetrowej kukurydzy, której długie,

szerokie liście obijały się nam o uszy. Przedzierając się przez gęstwinę

staraliśmy się nie stracić z oczu naszego przewodnika. Nagle chłopiec

przepuścił nas do przodu.

- Tam! - powiedział.

Po kilku krokach stanęliśmy na polance, stanowiącej wspaniałą,

zieloną oprawę dla kontrastującego z nią niebieskawego lśnienia bazaltu

- piedra antigua miał mniej więcej trzy i pół do czterech metrów

średnicy.

Do fotografii reliefu chciałbym dodać parę słów wyjaśnienia:

W centrum mitologicznej sceny stoi wysoki mężczyzna z rękami

skierowanymi ku górze. W jednej trzyma coś, co przypomina białą broń

kłującą, w drugiej okrągły przedmiot, który można uznać zarówno za

piłkę czy trupią czaszkę, jak i za owoc kakaowca lub gniazdo szerszeni.

(Majowie ciskali bombami szerszeniowymi w szeregi nieprzyjaciół.

Tylko jak miotacze chronili się przed ukąszeniami tych owadów?)

Mężczyzna ma na sobie współcześnie wyglądającą koszulkę z krótkimi

rękawami przylegającą do ciała i zakończoną szerokim pasem, z którego

zwiesza się prawie do ziemi lina z wielką pętlą na końcu. Równie

współczesne jak koszula jest zdobienie tkanej przepaski, na której

wyhaftowano twarz. Przepaska jest zakończona frędzlami. Spodnie

postaci są obcisłe jak dżinsy, stopy tkwią w butach sięgających do kostek

i opatrzonych dość ekstrawaganckimi klamerkami. Z lewej strony

mężczyzny stoi ktoś bosy - nie ma na sobie nic oprócz szerokiej

przepaski biodrowej. Można odnieść wrażenie, że podaje coś postaci

centralnej albo przynajmniej w niezbyt elegancki sposób pokazuje jej

coś palcem. Z prawej strony kamiennej sceny siedzi na stołku Indianin,

który ma wprawdzie na głowie hełm, ale jest bosy i żongluje piłkami albo

czymś okrągłym, w każdym razie przedmiotami podobnymi do tego,

jaki trzyma współcześnie wyglądający mężczyzna w centrum obrazu.

Ruchomą scenę otaczają ptaki, figurki, twarze i symboliczne znaki.

I trzeba patrzeć naprawdę uważnie, żeby spostrzec owalny przedmiot,

znajdujący się na przegubie prawej ręki mężczyzny -jest to istotnie coś

godnego uwagi, bo w równie dziwne rekwizyty byli wyposażani bogowie

na drugim końcu świata, w państwie Akad i w Babilonie nad Eufratem.

Jak głęboko w ziemi tkwi ten kamień? Czy na jego niewidocznej

stronie też znajduje się relief? Ciekawość archeologów jeszcze tu nie

dotarła.

Na wiejskim placu w Santa Lucia Cotzumalguapa podobny kamień,

na którym znajdują się takie same wizerunki, jest traktowany jak

pomnik. Archeolodzy są zdania, że uwieczniono na nim rytualną scenę

ubierania się do obrzędowej gry w piłkę, narodowego sportu Majów.

Ale zdrowy rozsądek każe podać tę interpretację w wątpliwość: Ozdoba

głowy mężczyzny dominującego w obrazie zdecydowanie przeszkadza-

łaby w grze, lina zwisająca między nogami utrudniałaby bieganie,

szeroki i obcisły pas krępowałby ciało, wielkie buty uniemożliwiałyby

szybkie zmiany kierunku ruchu w trakcie gry - poza tym po co do gry

w piłkę tak ostra broń. Broń ta przypomina przedmioty, w jakie

wyposażano posągi bogów w Tuli, boskiej stolicy królestwa Tolteków.

W ziemi, na której stoimy, znaleziono w 1860 roku przy karczowaniu

drzew wspaniałe stele. Wieść o tym dotarła do Austriaka, dr. Habla,

podróżującego w 1862 roku po Meksyku. Habel przyjechał tu i jako

pierwszy sporządził rysunki stel, które pokazał podczas pobytu w Ber-

linie dyrektorowi Królewskiego Muzeum Etnograficznego, dr. Adol-

fowi Bastianowi (1826-1905). Bastian pojechał do Santa Lucia Cot-

zumalguapa w I 876 roku, odkupił od właściciela gruntu znalezione stele

i uzyskał odeń zapewnienie, że berlińskie muzeum będzie miało prawo

zakupić wszystkie przyszłe znaleziska. Dzięki temu w Muzeum Etno-

graficznym w Berlinie Zachodnim można podziwiać osiem stel. Zgodnie

z umową z 1876 roku muzeum rościło sobie również prawa do

kamiennego reliefu na polu kukurydzy, ale dziś nie wolno już wywozić

z Gwatemali zabytków. Kraje Ameryki Środkowej stały się dumne ze

swojej historii - gdyby jeszcze mogły uchronić bezcenne skarby przed

szkodliwymi wpływami atmosfery, to radość z identyfikowania się

z mieszkającym tu niegdyś ludem byłaby niczym niezmącona.

Stele w berlińskim Muzeum Etnograficznym mają upamiętniać sceny

z obrzędowej gry w piłkę: zwycięzca wręcza bogu słońca serce. Jakiegoż

to boga słońca spotyka taki zaszczyt? Na wizerunku widać otoczoną

promieniami istotę w hełmie, która zstępuje z nieba. Lapidarna

informacja zawarta w katalogu - bóg słońca -jest niewystarczająca.

Gdyby chciało się to wyrazić we współczesnym żargonie, trzeba by

zadać pytanie: Kogo wyobrażano pod postacią "boga słońca", jakie

znaczenie miała ta postać dla człowieka, który uwiecznił ją na steli,

a poza tym, dlaczego bóg słońca żądał dla siebie serca - ofiary

najdroższej.

- Chce pan kupić stare kamienie? - spytał mnie mężczyzna, kiedy

wróciliśmy do traktora.

- Nie, dziękuję - odparłem. Ktoś, u kogo na granicy odkryje się

w bagażu zabytki, jest uznawany - czy był świadom popełnianego

przestępstwa, czy nie - za winnego, nie miałbym więc żadnej szansy na

dowiezienie kamiennego mężczyzny z pola kukurydzy w Santa Lucia

Cotzumalguapa do mojego ogrodu w Feldbrunnen. Ale nawet w 1876

roku problemy prawie nie do pokonania stanęły przed dr. Bastianem

który dysponując ofcjalnym zezwoleniem ówczesnego rządu, chciał

przetransportować wielotonowe stele. Rozwiązanie znaleźli dopiero

dwaj specjalnie sprowadzeni inżynierowie, dzięki którym olbrzymy

udało się dostarczyć po bezdrożach do portu San Jose, odległego o 80

km: stele, zdobione jednostronnie, przepiłowano wzdłuż na dwie części,

a strony pozbawione rysunku wydrążono dla zmniejszenia ciężaru.

Płaskie lecz nadal bardzo ciężkie płyty umocowano ostrożnie na

platformach ciągniętych przez woły. Mimo wszy^sko jedna ze stel

obsunęła się podczas przeładunku - do dziś spoczywa na dnie basenu

portowego San Jose. Także w trakcie kolejnych dni zdecydowanie

odrzucałem dalsze oferty sprzedaży "starych kamieni".

Czarnowłosa piękność dała mi niezbyt dokładne informacje. Powie-

działa, że finca Las Illusiones znajduje się w następnej wsi. Według

traktorzysty było to nie tam, lecz w pobliżu - ure wsi mieliśmy tylko

spytać o drogę.

W cieniu, na stopniach kościoła z czasów kolonialnych trzej Indianie

grali w karty. Gdy zapytałem o drogę, jeden z nich podszedł ze

szczwanym uśmiechem na twarzy i próbował mi wcisnąć "stare

kamienie". Nie udało mu się jednak mnie przekonać nawet do kupna

kamyków mieszczących się w dłoni. Nie dysponując mikroskopem

i stosowną wiedzą człowiek nie ma zielonego pojęcia, co jest naprau=dę

"stare", co zaś tylko "staro" wygląda, a pochodzi z najświeższej

produkcji. Miejscowi ludzie podrabiają kamienie tak, że wyglądają one

na bardzo stare. Dysponując uzdolnieniami swoich przodków, rzeźbią

według znanych sobie wzorów sceny mitologiczne, wkładają kamienie

do żarzącego się popiołu z węgla drzewnego, potem wcierają w nie

szczotką czarną pastę do butów i trzymają przez parę dni na deszczu.

W ten sposób oprócz kukurydzy i kawy również "stare kamienie", tak

lubiane przez "szybkobieżnych" turystów, trafają do rodzinnych

zbiorów jako egzotyczne trofea.

Po drugiej stronie, pod kolorowymi liśćmi drzewa mesquite, którego

owoce przypominające chleb świętojański służą za paszę dla bydła,

przykucnął policjant. Podszedłem do niego, aby uzyskać informację, że

tak powiem urzędową - młody człowiek w mundurze wstał i z kie-

szonki na piersi wyciągnął gwizdek, zapewne, aby pokazać, że w każdej

chwili może zagwizdać po posiłki. Z nieruchoznej twarzy nie dało się

wyczytać, czy wie, gdzie znajduje się poszukiwane miejsce. W każdym

razie skierował nas do kolegi na posterunku. Ten wysłuchawszy, o co

chodzi, przekazał nas bez słowa komendantowi, siedzącemu w pomiesz-

czeniu obok. W sposób miły, lecz zdecydowany szef zażądał ode mnie

paszportu, po czym krytycznie taksował każdą z pieczęci wbitych na

kolejnych granicach. Za kogo mnie właściwie uważał? Za poszukiwacza

antyków? Jego urzędowa twarz rozjaśniła się jednak od razu uprzej-

mością, kiedy na jednej ze stron natrafił wreszcie na szwajcarski

krzyż. W niezrozumiałym dialekcie wydał natychmiast rozkaz młodziut-

kiemu, nieśmiałemu rekrutowi, żeby pilotował nas do fnca Las

Illusiones.

W trakcie jazdy nasz policjant zasłonił mi nagle ręką pole widzenia

- nie pozostało nic innego, jak natychmiast zahamować. Zatrzymaliś-

my się przed bramą kutą w żelazie.

- Las Illusiones! - oznajmił nasz przewodnik.

Wysiadłem z wozu i od razu zaskoczył mnie widok duplikatu

kamiennej rzeźby, jaką sfotografowałem pigć lat temu w El Baul

[Erich von D„niken, Reise nach Kiribati, Dusseldorf 1981, s. 259 n.]

wiosczynie o parę kilometrów od Santa Lucia Cotzumalguapa. Również

w El Baul rzeźba wyobraża mężczyznę silnego jak tur, w wojennym

nakryciu głowy, które chroni go niczym hełm nurka - za "okienkiem"

widać twarz. "Hełm" jest połączony "wężem" z "pojemnikiem" na

plecach postaci. Oczywiście - czytam - chodzi o zwycięzcę w ob-

rzędowej grze w piłkę. "Graez w piłkę" z E1 Baul trwa pogrążony

w zadumie pod mizernym drewnianyzn daszkiem na tyłach cukrowni

- nie lepiej przechowywany jest jego duplikat, niszczejący pośród

rupieci na jakimś parkingu. W katalogach wspaniałość z El Baul określa

się mianem "monumentu nr 27", nigdzie jednak nie natknąłem się na

jakąkolwiek wskazówkę, że istniejejego dublet. A może przewieziono tu

monument nr 27? (Nawiasem mówiąc tego samego dnia byłem w El

Baul. Osiłek stoi tam nadal, tylko chroniący go drewniany daszek

rozpłynął się jak sen jaki złoty.)

Otworzyliśmy ciężką bramę. W środku pochrząkiwały świnie, dwa

wychudzone psy podbiegły do nas machając ogonami - dałem im

trochę orzeszków z naszych zapasów. Przy bramie, prowadzącej na

teren ogrodzony płotem z desek, stał na straży żując liście koki

korpulentny starszy mężczyzna. Narażony ria kaprysy pogody, marnieje

tu zbiór rzuconych byie jak niepowtarzalnych zabytków - ogromne,

cudownie wykończone rzeźby głów o wielkich oczach, stele, które od

razu przywiodły mi na myśl San Augustin w Ameryce Południowej.

 

Co najmniej w czterech reliefach widać rękę tego samego artysty.

W takim razie kiedyś odbywała się, przemknęło mi przez myśl, migracja

Indian z Południa na Północ, z Ameryki Południowej do Środkowej.

Trudno tylko zrozumieć postępowanie gwatemalskich archeologów, któ-

rzy pozwalają niszczeć skarbom przeszłości bez jakiejkolwiek ochrony.

Młodziutki policjant mógłby nas wprawdzie nazajutrz zaprowadzić

dofinca Los Tarros, ale nawet on nie wiedział, gdzie to jest. Zdawało się,

że Indianie pracujący na plantacjach niezbyt chętnie udzielają infor-

macji, a nawet, że celowo wprowadzają nas w błąd. Chwilę po deszczu,

który spadł na dżunglę, jakby ktoś na górze wylewał wodę z ogromnej

wanny, słońce wymiotło wszystkie chmury. Powietrze było tak pełne

wilgoci, że nie dawało się prawie wciągnąć do płuc - kleiło się,

pachniało stęchlizną. W trakcie dalszej jazdy dołączyły do nas moskity

[Erich von D„niken, Strategie der G”tter, Dusseldorf 1981, s. 152 n.]

- gdy tylko wyrzuciliśmy jednego przez okno, pojawiało się z brzęcze-

niem dwóch albo trzech jego krewnych, którzy od razu zabierali się do,

bezbronnych ofar zamkniętych w ciasnym pudle samochodu.

W południe zrobiliśmy sobie odpoczynek w cieniu kępy drzew. Nagle

dobiegło do nas niewyraźne mamrotanie. Zarzuciliśmy aparaty foto-

graficzne na ramię i poszliśmy w tamtym kierunku. Wdrapaliśmy się na

jakiś pagórek i przedarliśmy przez gęste zarośla. Po chwili stanęliśmy na

polanie, gdzie ujrzeliśmy dziewięcioro Indian-czterech mężczyzn, trzy

kc,biety i dwóch chłopców - była to najwyraźniej rodzina. Ustawieni

w półkole trwali w skupieniu przed kamienną twarzą, wystającą na kilka

metrów z ziemi. Paliły się na niej świece - jak na ołtarzu w kościele

- z czoła wspaniałej rzeźby wosk kapał na jej brwi. Grupka wiernych

zebrana wokół swojego boga i zatopiona w medytacji wzbudzała

szacunek. Mimo że poruszaliśmy się bardzo cicho, nasze przybycie

przerwało modlitwę. Indianie patrzyli na nas z lękiem, jakby przyłapano

ich na czymś zabronionym. Podeszliśmy w milezeniu starając się sprawić

wrażenie, że chcemy złożyć hołd ich kamiennemu bogu.

Twarz, na której spoczywały spojrzenia Indian, patrzyła przyjaźnie

i w porównaniu z innymi rzeźbami znajdującymi się w tych okolicach

miała zadowoloną minę. Nad potężnym, haczykowatym nosem śmiały

się owalne oczy - zdawało się nawet, że na ustach błąka się filuterny

uśmieszek. Nareszcie roześmiany bóg, pomyślałem. Indianie patrzyli

w milczeniu. Podnieśli amulety leżące przed rzeźbą i sehowali je do

brązowego worka z juty.

- Czy ta rzeźba wyobraża boga? - spytałem najstarszego, który bez

wątpienia był głową rodu, jako jedyny więc mógł odpowiedzieć.

- Tak, serior - odparł prawie bezgłośnie.

- Co to za bóg?

Nie zrozumiałem odpowiedzi, którą było długie imię w indiańskim

narzeczu. Spytałem powtórnie. Tym razem odpowiedź padła w czystej

hiszpańszczyźnie:

- Bóg szczęścia.

- Czy ta rzeźba znajduje się tu od dawna?

- Od niepamiętnych czasów - powiedział Indianin. - Ten bóg

pomagał kiedyś naszym przodkom, dzisiaj pomaga nam.

Rodzina starała się dyskretnie zniknąć. Być może Indianie obawiali

się, że doniosę wiejskiemu księdzu o "pogańskich" obrzędach, jakie tu

odprawiają. Uspokoili się jednak, gdy usłyszeli, że jestem z dalekiego

kraju i jeszcze dziś jadę dalej. Nie kryjąc się wyciągnęli więc znów

amulety z worka, zapalili świece, a na jeden z kamieni nasypali trochę

kadzidła, które po zapaleniu zaczęło wydzielać słodkawy, żywiczny

zapach. Potem pogrążyli się w modlitwie. Wycofaliśmy się bezgłośnie.

Nasz policjant był oburzony. Wychował się w Santa Lucia Cotzumal-

guapa i nie wiedział, że jego ziomkowie modlą się nadal do starych

bogów o szezęście i błogosławieństwo. Wynagrodziliśmy naszego

nieśmiałego przewodnika, który nie krył radości z nieoczekiwanego

bakszyszu. Późnym wieczorem dotarliśmy do stolicy Gwatemali. Byliś-

tny zmęczeni bogatymi wrażeniami minionego dnia.

 

 

Nokturn

 

W hotelu "El Dorado" czekała na mnie karteczka z prośbą, żebym

zadzwonił na uniwersytet do profesora Diego Moliny. Portier powie-

dział mi, że profesor jest najwybitniejszym gwatemalskim fotografem,

wykładającym na miejscowym uniwersytecie fotografikę.

Godzinę później Molina przyjechał po nas do hotelu - wysoki,

szczupły mężczyzna koło trzydziestki. Z kącika ust zwisało mu

Hav-a-Tampa, niewielkie cygaro, które - najezęściej zgasłe - miał

zwyczaj trzymać w zębach zawsze i wszędzie. Podczas jazdy do atelier

opowiedział nam, że spędził kiedyś półtora roku w Tikal - dzięki temu

mógł uwiecznić metropolię Majów na fotografach wykorzystując

różnorodność światła o wszystkich porach dnia i roku. Zdjęcia, które

nam pokazał, były wspaniałe. Molina współpracuje z niemieckim

czasopismem "Geo" i amerykańskim "National Geographic". Nie ma

lepszych zdjęć Tikal.

Molina zapytał, czy będzie mu wolno mi zrobić, jak się wyraził,

zdjęcie "dramatyczne". Czemu nie? Posadził mnie na obrotowym

krześle. W twarz padało mi oślepiające światło reflektorów. Wykonując

grzecznie kolejne polecenie mistrza, przyjąłem właśnie jakąś nader

niewygodną pozycję, gdy jeden z normalnych tutaj blekautów pogrążył

nas w zupełnym mroku - światło wysiadło w całym mieście. W grobo-

wych ciemnościach widziałem tylko czerwonawy ognik cygara profeso-

ra. Po chwili potrzebnej na wypalenie papierosa reflektory rozbłysły

znowu.

Diego Molina usiadł na wysokim stołku za wielkun aparatem

fotograficznym - i stołek natychmiast się załamał. Wybuchnęliśmy

śmiechem. Usiadłszy na drugim stołku Molina zaaranżował wszystko

na nowo. Dało się słyszeć pstryknięcie migawki - w tym samym

momencie strzelił jeden z reflektorów pod sufitem - kawałki szkła

przeleciały mi koło głowy. Z niepokojem popatrzyłem na pozostałe

źródła światła. Molina jednak zapewnił od razu, że coś takiego

wprawdzie się czasem zdarza, ale bardzo rzadko, i że dziś nie ma już

najmniejszych powodów do obaw.

Jego uspokajające słowa zapadały właśnie kojąco w moją zlęknioną

duszę, kiedy z transformatora, oplecionego przewodami jak nitkami

spaghetti, począł wydobywać się dym. Coś zasyczało, potem dał się

słyszeć przytłumiony huk i transformator wyzionął ducha. Znów

siedzieliśmy w ciemnościach. Diego Molina, mistrz improwizaeji,

wyczarował po chwili kilka akumulatorów, wymienił bezpieczniki,

wszystko podłączył jak trzeba - przez cały czas cienkie cygaro zwisało

mu nieruchomo z lewego kącika ust, on zaś ich prawą stroną tłumaczył,

co robi. Potem otaksował mnie wzrokiem i - żeby zająć czymś moje

ręce - wcisnął mi w palce jakiś starożytny posążek, który zresztą pod

koniec pozowania wyśliznął mi się i roztrzaskał na podłodze.

Po "terminowaniu u fotografa" stało się dla mnie jasne, że zawód

modela jest: a) bardzo męczący, b) niezwykle niebezpieczny oraz c) nie

dla mnie. Niejasne było tylko to, czy przed oddaniem tej książki do

druku nadejdzie cykl zdjęć zatytułowany "Tikal". Diego Molina

przyrzekł mi, że tak się stanie. Mariaĺa?

[Postscriptum: Molina dotrzymał słowa. Zdjęcia dotarły na czas.]

 

 

Okrężną drogą do Copan

 

Właściwie to nie chcieliśmy być wcale w Tegucigalpie, stolicy

Hondurasu. Naszym celem było Copan, leżące bliżej stolicy Gwatemali.

Ale powiedziano nam, że lepiej polecieć samolotem nadkładając drogi,

bo jechać do Copan przez dżunglę byłoby niebezpiecznie nawet wozem

terenowym. Do Tegucigalpy polecieliśmy więc maszyną honduraskiego

towarzystwa lotniczego "Sahsa".

Czasem jakieś mało istotne, lecz zabawne zdarzenie może powetować

człowiekowi niedorzeczny wybór dłuższej drogi. Coś takiego mieliśmy

okazję przeżyć w hotelu "Honduras Maya", gdzie w kasynie gry na

parterze kwitnie hazard. Postanowiliśmy dokonać tam z Ralfem

inspekcji.

Na stół do ruletki zwróciliśmy uwagę ze względu na graczy. Po prawej

ręce krupiera siedział spocony, gruby Murzyn, tak rozgrzany grą, że pot

z tyłu głowy lał mu się wprost na marynarkę. Zdawało się, że olbrzym

wcale nie ma szyi. Facet promieniał przy tym pogodą człowieka, który

zawsze wygrywa - i rzeczywiście, po każdej grze krupier przesuwał

vvjego stronę pokaźny słupek żetonów. Naprzeciw grubasa, po drugiej

stronie stołu, stał przeraźliwie chudy biały mężczyzna o twarzy pokrytej

kilkudniowym zarostem. Mężczyzna ów po każdej grze wyszczerzał dwa

żółte kły - jedyne, jakie mu pozostały. Ta niezbyt dobrana para

stanow'iła tandem.

Zaledwie koło ruletki stawało, obaj ze zręcznością kieszonkowców

obstawiati wszystkie pola od 1 do 36, a nawet, jak to się robi w ruletce

amerykańskiej, zero i dwa zera - w sumie więc 38 liczb. Logiczne więc,

że przy każdej turze wygrywali, przegrywając jednocześnie. Na stole

pozostawał żeton trzydziesty szósty, wygrywający, a zero i dwa zera

przegrywały. W takiej grze wygraną było więc tylko trzydzieści pięć

żetonów, czego zdawał się nie dostrzegać ani czarnoskóry grubas, ani

biały chudzielec. Kiedy kulka się zatrzymywała, pokazywali sobie

palcami znak zwycięstwa, wymyślony przez Winstona Churchilla

w trakcie - miejmy nadzieję - ostatniej wojny. "V" - Victory.

Krupierzy - równie dystyngowani jak wszysey przedstawiciele tego

zawodu na świecie - z trudem zachowywali powagę, co pewien czas

jednak rzueali sobie kątem oka ironiczne spojrzenia. Gracz, który nie

umie liczyć, jest dla nich w najprawdziwszym sensie tego słowa gotówką

- niedbale zgarniali wszystko, co "wygrywający" wrzucali im do

skarbonki.

 

 

Copan, najbardziej na południe

wysunięte miasto Majów

 

Oszczędziwszy nam dwa dni jazdy przez dżunglę niewielki samolot

pilotowany przez Indianina usiadł po godzinnym locie na wyboistym

pasie lotniska w Copan - znaleźliśmy się w takim samym tropikalnym

klimacie w jakim leży Tikal, oddalone o 270 km w linii prostej.

Hiszpański kronikarz, Diego Garcia de Palacio, pisał anno 1576

o Copan:

"[...] znajdują się tam ruiny wspaniałych świątyń, świadczących

o tym, że stało tu niegdyś wielkie miasto, i nie można nawet

przypuszczać, żeby ludzie tak prymitywni,jak mieszkający tu tubylcy,

zdołali je zbudować [...]. Wśród ruin [...] znajdują się rzeczy godne

najwyższej uwagi. Zanim człowiek tam dotrze, trafi na bardzo grube.

mury i olbrzymiego, kamiennego orła mającego na piersi kwadrat

o boku dłuższym niż ćwierć hiszpańskiego łokcia, w kwadracie tym są

znaki nieznanego pisma. Gdy się podejdzie bliżej, widać postać

wielkiego, kamiennego olbrzyma. Indianie powiadają, że był to

strażnik świątyni [...)." [1]

[Przypisy oznaczone liczbami w nawiasacb umieszczono na końcu książki.]

Dziś z "olbrzymiego, kamiennego orła" nie pozostało nic. Copan,

największą atrakcję Hondurasu, fachowcy nazywają "Aleksandrią

Nowego Swiata". Sylvanus Griswold Morley (1883-1948), słynny

amerykański badacz historii Majów, powiedział, że Copan było mias-

tem, w którym astronomia osiągnęła najwyższy stopień rozwoju, i że

uważa je za główny ośrodek nauki Majów. [2]

Zarośnięte dżunglą ruiny odkryto w 1839 roku. Sto lat później

rozpoczęto prace wykopaliskowe. Do dziś odsłonięto 38 stel, mających

przeciętnie 4 m wysokości i 1,5 m szerokości - wszystkie bogato

zdobione reliefami.

Literatura o tych odkryciach jest równie obszerna, co pełna sprzecz-

ności. Ktoś twierdzi, że w "steli B" odkrył wizerunek trąby słonia, ktoś

inny widzi w niej natomiast stylizowane ary - papugi żyjące w tych

stronach. Dowiedziono wprawdzie, że mężczyźni tego ludu nie mieli

bród, tymczasem obserwatora zaskakują stele przedstawiające broda-

czy - "stela B" prezentuje dwa takie wizerunki.

Centrum Copan, jego pałace i piramidy, świątynie i tarasy - wszyst-

ko to leży nad rozciągającym się poniżej miastem - nazwano je zatem

akropolis, górne miasto. Prawie w samym jego środku znajduje się plac

do obrzędowej gry w piłkę mający wymiary 26 x 7 m.

Szczęśliwy przypadek sprawił, że naszym cicerone był Tony. Ten

nieco niezgrabny drągal oprowadzający obcokrajowców okazał się

w trakcie rozmowy członkiem AAS. Miał nawet przy sobie legityma-

[Adres sekcji niemieckojęzycznej: CH-4532 Feldbrunnen/SO]

cję członkowską. AAS jest skrótem od Ancient Astronaut Society,

towarzystwa założonego w 1973 roku w Chicago, którego członkowie

mieszkają w ponad 50 krajach świata. AAS jest towarzystwem wyższej

użyteczności publicznej, ajego celemjest popieranie (przez gromadzeniq

i wymianę danych) teorii, wedle której naszą planetę odwiedzały

w prehistorycznych czasach istoty pozaziemskie.

Tony zwrócił mi uwagę na szczegóły, które turyści mijają zazwyczaj

w pośpiechu. Zatrzymywaliśmy się przed stelami, wykazującymi zdu,

miewające podobieństwo do sztukaterii, jakie można oglądać w Angkor

Wat, świątyni kambodżańskich Khmerów. Trafiając na analogie tego

rodzaju archeolodzy spuszczają wzrok. Tak ścisłe powiązania między

Copan a Kambodżą nie mogły przecież istnieć. Cóż by się stało, gdyby

w naszym tak wspaniale poklasyfkowanym świecie zapanował nagle

chaos!

Tony pokazał nam koła zębate wykute w kamieniu i przedmioty

wyglądającejak koła z piastami - były to ołtarze zdobione hieroglifami

kalendarzowymi - osobliwy twór nieodparcie przypominający moto-

cykl.

Zupełną sensacją natomiast są schody hieroglifów o 63 stopniach,

które kiedyś prowadziły do świątyni leżącej dziś w gruzach. Stopnie

o szerokości 10 m są zdobione reliefami. Wizerunki grup siedzących

ludzi przeplatają się z inskrypcjami kalendarzowymi i 2500 hieroglifami

-jest to najdłuższa inskrypcja Majów i większajej część wciąż czeka na

odcyfrowanie. Kiedy znaleźliśmy się u stóp piramidy schodkowej, Tony

zwrócił nam uwagę na kamień ofiarny, na którym przedstawiono

szesnastu kapłanów-astronomów, mających na głowach turbany i sie-

dzących w kucki na sposób wschodni, a zajętych dwustusześćdziesięcio-

dniowym kalendarzem rytualnym.

W odróżnieniu od Tikal Copan, leżące w trzynastokilometrowej

dolinie Motagua, wzniesiono bezpośrednio nad rzeką o tej samej

nazwie. Mimo to jednak Majowie zbudowali tu jeszcze kanały i zbior-

niki na wodę! System irygacyjny mający parę tysięcy kilometrów udało

się odkryć dopiero dzięki zastosowaniu nowoczesnej metody rozpoz-

nania radarowego.

Od dawna było wiadomo, że Majowie budowali kanały, nikt jednak

nie zadał sobie trudu dokładnego zbadania któregoś z nich. Dopiero

w 1975 roku amerykańscy naukowcy wpadli na pomysł zastosowania do

tego radaru. [3] Chcieli się dowiedzieć, czy pod nieprzeniknioną

roślinnością dżungli nie kryją się jeszcze inne miasta Majów. Patrick

Culbert i Richard E.W. Adams, archeolodzy z Uniwersytetu Stanowego

Arizona, poprosili o pomoc NASA. W 1977 r. dostali do dyspozycji

specjalny radar "Galilaeo II", skonstruowany do badania powierzchni

Wenuś.

"Galilaeo II" emitował fale radarowe z samolotu nie tylko pionowo

w dół wysyłał także sygnały i odbierał ich odbicia do 75o na prawo od

samolotu. W październiku 1977 r. w czasie dwuipółgodzinnego lotu

sporządzono radarową inwentaryzację kartografczną ponad 20 tys.

km2. W lalach 1979 i 1980 odbyły się kolejne loty z zastosowaniem

jeszcze nowocześniejszej techniki.

Badacze znaleźli to, czego szukali - skupiska kamieni i ruiny

- wszystkie charakterystyczne punkty były ze sobą połączone "delikat-

nymi" łukowatymi liniami. Można powiedzieć, że odkrycie sieci kana-

łów było produktem ubocznym właściwego przedsięwzięcia.

Lubię te nieuniknione pytania: Kto zlecił budowę? Kto sporządził

plany? Skąd przybyły całe masy ludzi, aby zbudować jednocześnie

pałace, świątynie, piramidy, drogi i kanały? Skąd wzięli się rolnicy,

żywiący armię robotników i ich rodziny? Kto uznaje to za oczywistość,

powinien się przynajmniej zdziwić osiągnięciami tego ludu epoki

kamiennej.

W jaskrawożółtym świetle wieczoru polecieliśmy z powrotem. Budo-

wle i drzewa rzucały wydłużone cienie, nawet ludzie nie mogli się ukryć

przed oślepiającym reflektorem nisko stojącego słońca.

 

 

Zdumiewające Xochicalco

 

Na mapie Meksyku, liczącego 2 mln km2 (Szwajcaria ma 41 tys. km2,

RFN - 356 km2), Xochicalco nie wygląda nawet jak ślad po szpilce, jest

jednak zdumiewające. Brakowało mi go do kolekcji.

Już sama podróż ze stolicy Meksyku na południe - przez piniowe

lasy, przez porośnięte ciernistymi krzewami stepy pełne kaktusów,

hibiskusów i bougainville'ów, wszystkie gatunki orchidei rosnące na

zboczach przy drodze, biegnącej przez 2800 km cały czas pod górę, jest

niczym sen o wspaniałościach naszego pięknego świata. O wąskiej,

subtropikalnej dolinie Cuernevaca, przez którąjechaliśmy, Meksykanie

mówią, że zawsze było tu niebo na ziemi - klimat łagodny, ziemia

urodzajna, ludzie zaś (właśnie dlatego) mili i spokojni. Cały czas można

jechać według drogowskazów, na których umieszczOno piktogramy

zachęcające do zwiedzenia wszelkich możliwych atrakcji: stalaktyto-

wych jaskiń w Cacahuamilpa, siedmiu jezior na zalesionym zboczu

Zempoala - ciągle widać też piktogramy kierujące do piramid

schodkowych.

Na wysokości 1500 m drogowskaz pokazuje, jak dojechać do piramid

w Xochicalco, leżącego w łańcuchu górskim Ajusco. Budowniczowie

obcięli szczyt góry i wyrównali go dla swoich celów. Nie wiadomo, kiedy

to się stało. Dokumenty mówią tylko, że w IX w. po Chr. istniała tu

najważniejsza twierdza Mezoameryki. Jest to informacja raczej skrom-

na, bo o stulecia wcześniej powstało tu astronomiczne centrum oraz

zadziwiające obserwatorium. Jak brzmiała pierwotna nazwa Xochical-

co? Kto to wie? W jezyku nahuatl xochicalco znaczy "miejsce domu

[Język z rodziny uto-azteckiej, używany w środkowym i południowym Meksyku.]

kwiatów". Określenie to ma rację bytu - w odróżnieniu od innych, dość

swobodnych nazw. Wystarczy rozejrzeć się po okolicy.



dalej


strona główna
(23kB)