(23kB)
strona główna


 

 

Erich von D„niken

 

 

KOSMICZNE MIASTA W EPOCE KAMIENNEJ

 

 

 

 

 

 

 

Wstęp: Anioł Ziemia

 

 

ET, o ile był to naprawdę on, zjawił się bezszelestnie. Dziś

powiedziałbym pewnie, że jak widmo, jak duch. A może była to

nieuchwytna zjawa. Nie mogłem w to uwierzyć, serce waliło mi jak

młotem, jakbym setkę przebiegł w piętnaście sekund. (Ha! Nie jestem

już przecież młodzikiem!) Właściwie nie miał w sobie nic nieziems-

kiego, pomijając brak paznokci i owłosienia na rękach. Zmieszany

patrzyłem mu w twarz, na której również nie było ani śladu zarostu.

Był piękny. Tak uroczy, że mógł uchodzić za dziewczynę - ale

brakowało mu biustu. Jego zęby lśniły w uśmiechu jak diamenty! Jak

go opisać? Czy ktoś stał twarzą w twarz z aniołem? A poza tym czy

anioły są rodzaju żeńskiego, czv nijakiego? Odpowiedź padła, nim

zdążyłem się zastanowić:

- Gabriel był rodzaju męskiego - uśmiechnął się bezczelnie.

- Michał i pozostali posłańcy tak samo.

A niech tam! Anioł rodzaju męskiego. Ale teraz naprawdę zadałem

sobie pytanie, czy to sen, czy jawa. Przywułałem na pomoc całą siłę

woli i wyciągnąłem do niego rękę nad biurkiem.

- Nieeh będzie pochwalony wydusiłem pośpiesznie, bo nie

wpadłem na nic lepszego.

Skinął głową. Z jego rysów biły jednocześnie ufność i smutek,

serdeczność i gorycz - ale poza tym z tej anielskiej twarzy nie dawało

się wyczytać nic więcej. W każdym razie nie był tu chyba duch, bo

dłoń uścisnał mi dość energicznie - ale nie był też człowiekiem.

Pewnie, że się bałem, ale moje vis-a-vis zneutralizowało mój strach

swoją wewnętrzną siłą. W którąkolwiek stronę biegły moje myśli,

ono już je znało. Nagle, w krótkiej chwili spokoju, wpadłem na

idiotyczny pomysł, żeby się przedstawić.

- Erich von D„niken - skinąłem głową.

- Ziemia - odkłonił się uprzejmie.

- Co proszę?

Powtórzył spokojnie, jak gdyby mogło to okiełznać zamęt, panują-

cy w moich szarych komórkach:

- Ziemia! Planeta! Cząstka Wszechświata!

Nadal trzymał moją dłoń. Nagle poczułem, jak moja ręka zanurza

się w głębiach oceanu. Grzbietem zgiętych palców dotknąłem

delikatnie dna morskiego. Znajdowały się tam wzgórza, góry i jed-

wabiście miękkie równiny. To zadziwiające - moja ręka robiła się

coraz dłuższa. Leciutko, bez najmniejszego oporu, przebiłem się

przez skorupę Ziemi. Na ułamek sekundy przyszedł mi na myśl obraz

"Człowiek, który przechodził przez mury". W tym filmie Heinz

Ruhmann mógł przechodzić przez ściany metrowej grubości. Ot, tak

sobie.

A ja wsuwałem rękę pod podmorskie łańcuchy gór. Ot, tak sobie.

Delikatnie, prawie jak chirurg przykładający skalpel do skóry

pacjenta, przebiłem palcem płaszcz Ziemi. Nagle przeszył mnie

straszliwy ból, poczułem, że tysiąc igieł przebija mi ciało aż do kości.

Odruchowo chciałem cofnąć rękę, ale ona tkwiła jak w imadle. Anioł

siedzący vis-a-vis uśmiechnął się, ścisnął moją dłoń, oblewaną

właśnie przez strumień lawy rozpalonej do białości. Nie musiał

wyjaśniać przyczyny bólu: była to podziemna eksplozja bomby

jądrowej.

Potem ból ustąpił, moja ręka wydłużała się nadal - teraz sięgała

już chyba na dwa kilometry w głąb Ziemi. Czubkami palców czułem

płynny metal. Zadziwiające, nie powinienem już mieć ani dłoni, ani

ramienia: wrzący metal to przecież nie ciepła kaszka z mlekiem.

Potem niewidzialna siła poczęła wykręcać mi stawy. Ręka poruszała

się jak warząchew we wrzącej zupie.

- Mam zmienić swoje legowisko? - zażartował łagodnie, a dla

mnie stało się nagle jasne, co miał na myśli: przesunięcie, skok

biegunów.

- Na Boga! Nie! Bardzo proszę!

A potem poczułem opór. Dłoń trafiła jakby na gumę, na coś, czego

nie mogłem przeniknąć. Byłem już chyba blisko jądra Ziemi.

Panowało tam ciśnienie kilku milionów atmosfer - ale ja tego nie

czułem. Moja kończyna chwytna była już chyba tylko wspomnieniem

mojej prawdziwej ręki - ręką astralną, jak powiedzieliby niektórzy.

Bezradnie spojrzałem na anioła. Uśmiechnął się, wydawało się

zresztą, że uśmiecha się stale.

- Dlaczego nie mogę sięgnąć dalej? Czym jest wypełnione

wnętrze Ziemi? Plazmą? Gazem w stanie stałym?

Idiotyczna sytuacja. Siedzę przy swoim biurku w swoich czterech

ścianach, moja prawa ręka sięga skraju jądra Ziemi, naprzeciw mnie

uśmiecha się jakaś zjawa, wyglądająca jak Pan Bóg junior. Na moich

oczach jego głowa przeobraża się w kulę ziemską, ciało znika.

Błękitna Planeta zaczyna wirować mi przed oczyma jak hologram.

Zdumiony widzę, że nasz glob robi się przezroczysty. Na powierzch-

nię wypływa gigantyezna plątanina, sieć grubszych i cieńszych linii,

krzyżujących się i przebiegających we wszystkich kierunkach. Na

punktach przecięcia coś wiruje - jakby widzialny gaz, unoszący się

w atmosferę. Właśnie tam stoją potężne monolity.

Sieć jest trójwymiarowa. Z powierzchni - jak gałęzie, konary

i pień prastarego dębu - grube powrozy-korzenie przenikają przez

płaszcz Ziemi. Po całym układzie przebiegają ładunki energetyczne.

Rozgałęzienia korzeni tkwią głęboko - rozchodzą się niczym cienkie

struny delikatnych włókien nerwowych. Jądro Ziemi lśni jaskrawym,

rozmigotanym światłem. To dziwne, ale wydaje mi się, że jest ono

istotą świadomą. Jak w zwolnionym tempie, przyjmując postać

energii, w jądrze krystalizują się myśli, delikatnymi odgałęzieniami

biegną do pnia, wspinają się przez niezliczone przecięcia, przebijają

powierzchnię Ziemi i błyskawicom podobne lecą w Kosmos. Gdzieś

we Wszechświecie lśni odległa mgławica, potem zakrzywia się w zorzę

polarną, zamienia się w lej, w spiralę, i już w formie wiązki

elektronów pędzi ku Ziemi. Prosto w mroczną otchłań megalitycz-

nego grobu.

Cóż za wspaniały i przemożny spektakl! Anioł Ziemia przyjąwszy

ludzką postać znów siedzi uśmiechnięty naprzeciw, jakby nic się nie

stało, i życzliwie trzyma mnie za rękę. Promienieje,jest najpiękniejszą

istotą, jaką kiedykolwiek widziałem. Zrozumiałem w końcu nawet

wyraz jego twarzy, wyrażający jednocześnie pogodę i lęk, miłość,

nieskończoną mądrość i gorycz. Oto jaśnieją przede mną miliardy lat,

a jednocześnie beztroska młodość. W jedno stapiają się ból i radość.

W tej niepowtarzalnej chwili ujrzałem całą planetę jako istotę jedyną

w swoim rodzaju, uwikłaną w niezwykle skomplikowany system

wzajemnych uwarunkowań. Istotę przyjmującą energię i posłannict-

wa - a następnie odpowiadającą na jedno i drugie. Czy komuś tak

wrażliwemu moźna sprawiać ból? Anioł Ziemia posiadał świado-

mość w wymiarze niedostępnym dla ludzi, a świadomość ta wymie-

niała informacje nie tylko z istotami żyjącymi na Ziemi, lecz również

z przedstawicielami nieznanych inteligencji z otchłani Wszechświata.

Nadeszło dla nas posłanie:

"Kochajcie mnie, Dzieci Ziemi!"

 

 

 

 

I. Symfonia w kamieniu

 

 

 

Różnica między Bogiem a historykami

polega głównie na tym, że Bóg

nie może zmieniać przeszłości.

 

Samuel Butler (1835-1902)

 

 

Jest 21 grudnia 3153 r. prz. Chr. Miejsce: 53ř41' szerokości

północnej, 6ř28' długości zachodniej. Godzina 9:43 rano. Rozpalona

tarcza słoneczna powoli wspina się na skraj wzgórza -jakby bała się

opuścić swoje nocne leże. W dole, nad rzeczką, wiszą welony mgły.

Trochę wyżej, na sztucznie usypanej terasie, wznosi się kamienny

krąg złożony z 97 potężnych monolitów. Odcinek od południo-

wo-wschodniej strony kręgu do jego centrum zajmuje grób koryta-

rzowy. Jak żołnierze stoją tam 43 wielkie kamienie - szerokość

między szeregami wynosi 1 m. U końca kamiennej parady, 18,9 m

dalej, otwiera się przejście do budowli wzniesionej na planie krzyża

i opatrzonej wielotonową kopułą. Z tyłu, w odległości 24 m od

wąskiego wejścia, widać kultowe symbole wyryte na kamieniach

- spirale, trójkąty, zygzaki. W pomieszczeniu, w którym panują

nieprzeniknione ciemności, czekają kapłani. Są pewni swego. Wkrót-

ce się stanie.

Przed wejściem przykucnęło ze stu brodatych mężczyzn. Są umyci,

włosy mają natarte tłuszczem, a za pas zatknęli iglaste gałązki.

Czekają. Ich wzrok wędruje między wschodzącym słońcem a wejś-

ciem do grobu. Dziś będzie im wreszcie wolno przeżyć cud, na który

w niewysłowionym trudzie harowali przez całe dziesięciolecia. Bóg

słońca uczyni wielki zaszczyt ich zmarłemu królowi. Świetlna linia

dotyka krawędzi wzgórza, szczyty monolitów zaczynają lśnić delikat-

ną poświatą.

Godzina 9:58. Nad monolitami znajdującymi się przy wejściu do

komór grobowych pojawia się jaskrawy punkt świetlny. Języki ognia

zamieniają się w oślepiającą orgię światła, potem jeden promień

z górnych płyt rzuca na ziemię ostro odcinającą się linię świetlną.

Kapłani patrzą w ekstazie na zdumiewające widowisko. Wąż świetl-

ny wydłuża się, pełznie wąskim przejściem w stronę kultowych

znaków na tylnej ścianie. Potem pasmo światła przeistacza się

w świetlny wachlarz zalewający całą budowlę złotym lśnieniem.

Mniej więcej po siedemnastu minutach wachlarz zaczyna się zwężać.

Jakby na pożegnanie świetlne palce muskają ciemność - w końcu

promieniste czułki wycofują się z komory grobowej.

 

 

Rzeczywistość dnia wczorajszego i pojutrza

 

Opisany przeze mnie świetlny cud zdarzył się naprawdę 21 grudnia

3153 roku przed Chr. I od tego dnia powtarza się co roku

w przesilenie zimowe - od 5143 lat. Owiany mgłą tajemnicy grób

korytarzowy to New Grange. Znajduje się 51 km na północny zachód

od Dublina i około 15 km na zachód od miasteczka Drogheda.

Właśnie tam, w County of Meath, w zakolu rzeki Boyne, w tej okolicy

pełnej zieleni, pierwotni mieszkańcy Irlandii zbudowali wiele grobów

korytarzowych i megalitycznych kręgów kamiennych. Wszystkie

budowle są zorientowane astronomicznie.

New Grange to wspaniały pomnik przeszłości, techniczny cud

z epoki kamiennej. Nie jest to jeden z tych grobowców, w których

chowano powszechnie szanowane osobistości, nie jest to też zwykły

grób, obłożony kamieniami, żeby zwierzęta nie mogły dotrzeć do

zwłok. New Grange to arcydzieło geodezji, astronomiczne poucze-

nie, a zarazem fenomen ówczesnych metod transportu. Powstały

w czasach, kiedy wedle archeologów nie było starożytnego Egiptu,

kiedy nie wzniesiono jeszcze ani jednej piramidy, kiedy nie istniały

starożytne miasta: Ur, Babilon i Knossos. Przypuszczalnie nie

planowano jeszcze nawet budowy potężnego kręgu kamiennego

Stonehenge, kiedy nieznani astronomowie wznosili już grób koryta-

rzowy New Grange.

 

 

Tylko grób?

 

Przez tysiące lat nikt nie zwracał uwagi na okrągłe wzgórze nad

rzeczką Boyne. Dopiero pewnego dnia 1699 roku robotnik Edward

Lhwyd zaklął szpetnie, natknąwszy się przy budowie wytyczonej

tamtędy drogi na blok skalny, którego nijak nie można było usunąć.

Kiedy głaz prawie odkopano, wściekły robotnik zauważył na nim

dwie wyryte spirale i kilka prostokątów. W tym momencie stało się

dla niego jasne: "Znów jakiś cholerny grób!" Wiadomość dotarła do

najbliższego szynku. Tak odkryto New Grange.

Prawdziwe prace wykopaliskowe i konserwacyjne rozpoczęły się

dopiero z początkiem lat sześćdziesiątych naszego stulecia. W 1969

roku kierujący pracami badawczymi prof. Michael J. O'Kelly z Cork

University odkrył prostokątny otwór, znajdujący się nad oboma

monolitami wejściowymi. Otwór miał wprawdzie tylko 20 cm

szerokości, ale to wystarczyło, aby uczonemu zaczęło coś świtać.

Musiał tojednak sprawdżić empirycznie. W przesilenie zimowe 1969

roku - i w rok później - O'Kelly zajmował miejsce w najdalszej

części pomieszczenia. Oto jego relacja:

"Dokładnie o 9:45 nad horyzontem pojawiła się krawędź tarczy

słonecznej, a o 9:58 pierwszy promień wpadający przez niewielki

otwór pokazał się pod dachem wejścia. Promień biegł wzdłuż

pasażu aż do komory grobowej. Wreszcie dotarł do niszy, do

krawędzi kamiennego bloku z misą wyżłobioną ludzkimi rękoma.

Kiedy promień zamienił się w siedemnastocentymetrową świetlną

wstęgę i rozlał po podłodze komory, grób rozświetliły refleksy tak

ostre, że wyraźne stały się różne detale zarówno.komór bocznych,

jak i kopułowatego dachu. O 10:04 pasmo światła zaczęło się zwężać

- dokładnie o 10:04 promień nagle zgasł. A więc przez 21 minut,

o wschodzie słońca w najkrótszy dzień roku, promienie wpadają

wprost do komory grobowej New Grange. Nie wejściem, lecz

specjalnie zaprojektowaną wąską szparą nad wejściem do pasa-

żu."

Prof. O'Kelly jest naukowcem ostrożnym, nie odpowiedział więc

od razu jednoznacznie na pytanie, czy świetlny spektakl jest sprawą

przypadku, czy nie. Tymczasem z problemem uporali się inni

badacze.

Dwaj irlandzcy naukowcy, Tom Ray i Tim O'Brian ze School of

Cosmic Physics przybyli 21 grudnia 1988 roku do komory grobowej

z przyrządami pomiarowymi. Dokładnie cztery i pół minuty po

wschodzie słońca pierwszy jego promień pojawił się w prostokątnym

otworze nad wejściem. Po chwili świetlna kreska zaczęła się powięk-

szać tworząc pasmo o szerokości 34 cm, które jednak napotykając na

swej drodze lekko nachylony monolit zwężało się do 26 cm. Promień

nie dochodził do tylnej ściany grobu pokrytej mistycznymi znakami,

lecz padał dwa metry bliżej - na podłogę. Wprawdzie komorę

i kopułę nadal spowijało migotliwe światło, ale spektakl nie był

doskonały. Zaszła jakaś zmiana.

Naukowcy użyli komputera. Z biegiem tysiącleci oś Ziemi wyko-

nuje powolny ruch, precesję. To dlatego dziś słońce nie wschodzi

w tym samym miejscu co przed pięciu tysiącami lat. W pierwszym

okresie po wzniesieniu budowli - co wykazały obliczenia kom-

puterowe - promienie słońca dokładne jak igła kompasu wpadały

do grobu i rozpoczynały na jego tylnej ścianie, 24 metry od wejścia,

świetlne przedstawienie. Jeśli uwzględnić zmiany nachylenia osi

ziemskiej, łatwo będzie można zrozumieć dzisiejszy przebieg zjawis-

ka. Wędrówkę promienia zakłóca też lekko przechylony monolit.

Samo zjawisko jednak na pewno nie jest sprawą przypadku.

Zmiana położenia jednego choćby monolitu w układzie zepsułaby

wszystko. Gdyby otwór nad wejściem był węższy o centymetr albo

przesunięty o milimetr, to światło nie dotarłoby przez korytarz

i komorę do tylnej ściany. Dalej: gdyby korytarz zbudowany

z monolitów był krótszy lub dłuższy, to albo światło nie padałoby na

tylną ścianę, albo nie rozświetlałoby mistycznych znaków.

Ale to jeszcze nic. Olbrzymia struktura New Grange nie stoi na

równym gruncie, ciąg wschód-zachód nie jest poziomy, wznosi się

ukośnie. Najwyższym punktem podłogi jest ostatni monolit przejś-

cia. Ten wznios był zaplanowany. Nie zapominajmy, że najważniej-

szym miejscem dla przebiegu promieni w dniu 21 grudnia nie jest

wejście do grobu, lecz niewielki szybik. Jedynie jego usytuowanie,

uwzględniające również położenie przeciwległego wzgórza, umoż-

liwiało wejście wiązki promieni do grobu.

Tam światło trafiało jak promień lasera w krawędź kamiennego

bloku z misą. Reszta była magiczną symfonią, powodowaną przez

efekt lustrzany. Promienie rozbiegały się wachlarzowato w kilku

kierunkach, zawsze trafiając na kultowe symbole oraz - oczywiście

- odbijały się w kierunku szybu w dachu kopuły.

Kopuła nad grobem jest cudem samym w sobie. Fachowcy

określająją mianem "fałszywej kopuły". Monolity - u dołu cięższe,

u góry lżejsze - układano jedne na drugich tak, że każdy następny

był nieco wysunięty w stosunku do poprzedniego. W ten sposób nad

centrum grobu powstał zwężający się ku górze szyb sześciometrowej

długości. Na samym końcu tego komina znajduje się monolityczne

zamknięcie, które można w razie potrzeby odsuwać.

Coś, co urzeczywistnia świetlny cud dzięki światłu słonecznemu,

musi również działać - oczywiście ze znacznie słabszym skutkiem

- dzięki światłu gwiazd. Jaka gwiazda stoi w noc X w zenicie nad

kopułą? Naukowcy nie zadali tego pytania. Chciałbymje tu zadać, bo

jako "włóczęga między różnymi dziedzinami nauki" znam budowle

paralelne do New Grange.

 

 

Zmiana scenerii

 

Na olbrzymiej mapie Meksyku Xochicalco nie wygląda nawet jak

ślad po szpilce. Xochicalco, miejscowość leżąca 1500 m n.p.m., jest

pozostałością tajemniczej kultury Majów. W przypadku Xochicalco

pewne jest tylko, że w IX w. po Chr. istniała tam twierdza. Ale to

jeszcze nic, bo o stulecia czy tysiąclecia wcześniej w Xochicalco

znajdowało się zadziwiające obserwatorium. Dotychczas odsłonięto

zaledwie drobną cząstkę tego kompleksu. Jest tam piramida główna,

ochrzczona imieniem "La Malinche", pałac oraz boisko do ob-

rzędowej gry w piłkę. Wszystkie odkopane budowle są zorientowane

w kierunku północ-południe. Dwie piramidy stoją naprzeciw siebie

jak lustrzane odbicia - w dzień zrównania dnia z nocą słońce

pojawia się dokładnie nad linią łączącą ich środki.

Właściwe obserwatorium w Xochicalco znajduje się pod ziemią.

W skałach wykuto szyby, w "suficie" zrobiono otwory nakierowane

na określone gwiazdy. Od środka kopulastego sufitu prowadzi na

powierzchnię sześciokątny szyb. 21 czerwca, w dzień przesilenia

letniego, słońce staje nad szybem i rozpoczyna się czarodziejskie

widowisko:

Pomijając słaby poblask padający kolistą plamą na podłogę,

w skalnym pomieszczeniu jest ciemno choć oko wykol. Ze zbliżaniem

się południa do pomieszczenia wkraczają Indianie trzymający zapa-

lone świece. Amuledy i pojemniki z wodą, które przynieśli, stawiają

pod sześciokątnym szybem. Wszystko zaczyna się dokładnie o 12:30.

Słońce stoi nad szybem w zenicie, promienie prześlizgują się wzdłuż

ścian otworu, struga światła rozszerza się, a w końcu wpada całą

szerokością szybu. Kaskady światła wystrzelają z podłogi na wszyst-

kie strony niczym promienie lasera. Cud trwa około 20 minut.

Pomieszczenie lśni przez ten czas niczym kryształ. Gdy blask słabnie,

Indianie biorą amulety i pojemniki z wodą i wynoszą je bez słowa na

zewnątrz.

 

 

Pytania bez odpowiedzi

 

Co wspólnego ma meksykańskie Xochicalco z irlandzkim New

Grange oraz - później to wykażę - z mnóstwem innych prehis-

torycznych monolitycznych budowli?

W obu przypadkach ludzie stworzyli zespoły mogące służyć

różnym celom. Mogły to być:

a) groby;

b) kalendarze;

c) obserwatoria;

d) pomieszczenia kţltowe w dni przesilenia zimowego i letniego;

e) punkty namiarowe;

f) jednostki miary;

g) kapsuły czasowe przeznaczone dla przyszłości.

Na pewno dla chłodnego i ciemnego pomieszczenia można by

znaleźć też inne, znacznie bardziej banalne i codzienne zastosowania,

tyle że wkład pracy w budowę byłby wówczas niewspółmierny do

korzyści. New Grange i Xochicalco to pomniki, to astronomiczne

zegary przeznaczone dla wieczności.

Kto zażądał takiego cudu? Kto wymyślił ekscentryczne gry światła

w Xochicalco i New Grange? Kto wyliczył kąt szybów, przez które

w najkrótszy i w najdłuższy dzień roku wpada słońce? Kto zlecił tak

gigantyczną budowę w czasach, kiedy nie znano dźwigów, a nawet

wielokrążków? W czasach, w których ludzie epoki kamiennej mieli

przecież dość zajęcia przy zdobywaniu żywności dla swojej rodziny

czy swojego plemienia? Wprawdzie budowle w New Grange i Xochi-

calco nie powstały w tym samym okresie, dzielą je tysiące lat, lecz

zarówno w Irlandii, jak i w Meksyku wznoszono je w epoce

określanej powszechnie przez archeologów mianem epoki kamiennej

- w epoce, w której nie znano metalu.

W Xochicalco świątynie i obserwatoria były poświęcone latające-

mu wężowi, tajemniczemu bogu, który miał obdarzyć ludy Mezoa-

meryki wiedzą astronomiczną i matematyczną. Na podstawie prze-

kazu sądzi się, że budowniczowie New Grange wznieśli swój

monument ku chwale celtyckiego boga o imieniu An Dagda Mor. To

tylko legenda, ale pasowałaby do całości. W końcu An Dagda Mor

był bogiem słońca i światła. W New Grange znaleziono jego symbol,

tarczę słoneczną nad dziwnym statkiem z wciągniętymi żaglami.

Fachowcy, stojący twardo na gruncie obecnej rzeczywistości,

widzą w New Grange grób olbrzyma albo księcia. Jest wprawdzie

mimo wszystko trochę zbyt okazały - ma 15 m wysokości, 95 m

średnicy, a składa się nań 400 monolitów - ale kto by się tym

przejmował? Olbrzymi i książęta spoczywają zwykle w gigantycznych

grobowcach. Niepokoi tylko, że w New Grange nie znaleziono ani

kości olbrzyma, ani księcia, tylko resztki jakichś kosteczek i trochę

popiołu. Nie ma też tego wszystkiego, co nierozłącznie wiązało się

z gigantami i książętami. Ani biżuterii, ani zbytkownych skór, ani

książęcej broni i srebra. Skąpi mieszkańcy New Grange nie włożyli

swojemu zmarłemu szefowi do grobu nawet kilku kamieni szlachet-

nych. No tak, a na dobitkę zapomnieli o sarkofagu czy choćby

wyżłobionym kamieniu na ciało. Co za nieokrzesana banda!

 

 

Logiczne?

 

Niektóre stwierdzenia znajdują w pustych głowach duży od-

dźwięk. Podobniejest w pustych grobowcach. Dlaczego New Grange

ma być grobem? Ta idea straszy w literaturze fachowej jako

"stwierdzony fakt" i nie da sięjej już chyba wykorzenić. Lecz cóż to

za fakty? W New Grange znaleziono kości ludzkie i zwierzęce - ergo

budowlę wzniesiono jako grobowiec. Faktem jest również, że każde

takie miejsce, każdą dziurę można wykorzystać na grób, nawet jeśli

pierwotnie służyły innym celom. W konsekwencji idea New Grange

mogła odpowiadać całkiem innym wyobrażeniom, nawet jeżeli

- znacznie później - pojawiły się tam kości. Spokój zmarłych był

święty dla wszystkich ludów - tylko czemu zwłoki pod kopułą New

Grange corocznie oślepiało i niepokoiło słońce? Gdyby New Grange

było od samego początku pomyślane jako grób, to między zmarłym

a centralnym ciałem niebieskim lub Wszechświatem musiał istnieć

jakiś szczególny związek. Jaki?

Żaden lud nie wznosił budowli kultowej o symbolicznej sile New

Grange ot tak sobie - tylko dla zabicia czasu. Trzeba było

obserwacji prowadzonych co najmniej przez czas życia jednego

pokolenia, aby dla warunków geograficznych New Grange obliczyć

dzień, godzinę i minutę przesilenia zimowego. Trzeba było sporzą-

dzić dokładne plany - może modele - przyszłej budowli, wy-

znaczyć skrupulatnie każdy kąt w pochyłym terenie - bo każdy

monolit musiał się przecież znaleźć na swoim miejscu. A kamienie

kultowe z wyrytymi na nich geometrycznymi motywami trzeba było

oczywiście postawić przed ostatecznym zamknięciem grobowca.

Tak, a przed rozpoczęciem budowy należało splantować wzgórze

pod odpowiednim kątem, "dowieźć" piasek i żwir oraz mieć pod ręką

ogromne głazy z szarego granitu i sjenitu. Główny projektant

przedstawił swoje plany i obliczenia ochrą na skórach reniferów,

rozłożył na ziemi kąty oraz linki miernicze. A przy tym trzymał się

skrupulatnie stosowanej wówczas powszechnie w Europie jednostki

miary - megalitycznego jarda odkrytego w naszych czasach przez

prof. Alexandra Thoma. Jard ten ma 82,9 cm a stosowano go bez

wyjątku przy wznoszeniu wszystkich megalitycznych budowli - od

New Grange i Stonehenge po Bretanię. Może w epoce kamiennej

czytywano czasopismo "Współczesna architektura megalityczna"?

"Można wyjść od jakiegoś punktu widzenia, ale nie można na nim

spocząć" - mawiał Erich Kastner.

Wyjdę więc od mojego punktu widzenia! Skoro New Grange

(i inne struktury tego rodzaju) zaprojektowano jako grobowiec,

to pochowany tu zmarły musiał mieć wprost nadludzki wpływ na

współczesnych. Dlaczego? Ponieważ kiedy rodzi się dziecko, nie

sposób przewidzieć, czy wyrośnie z niego bohater albo superman.

A wznoszenie budowli grobowej, poprzedzone nadto sporządzeniem

koniecznych obliczeń, pomiarów, modeli i dowiezieniem budulca,

musiało trwać przez jedno (ówczesne!) pokolenie. Ergo - budowę

grobowca dla przyszłego potomka musiał zapoczątkować już jego

ojciec czy dziadek. Wznoszenie czegoś takiego dla siebie miałoby sens

tylko wtedy, gdyby inwestor mógł całkowicie polegać na potomnych.

Na ile pewne są obietnice spadkobierców? Na przykład w starożyt-

nym Egipcie każdy faraon śpieszył się, aby za swojego życia skończyć

budowę piramidy. Nie można było liczyć na niczyje zapewnienia,

spadkobiercy zbyt często zmieniali przeznaczenie komór grobowych

budowli, przystosowując je i wykorzystując do własnych celów. Jeśli

w dziesięć lat po śmierci zmarły nadal trwał w pamięci ludu, musiał

być osobistością wybijającą się ponad przeciętność. Ale osoby

powszechnie szanowane lub znienawidzone mają przecież imiona,

które wszyscy znają. Gdzież więc podziały się imiona, gdzie twarze

nadludzi z New Grange?

A jeśli to tyrani rozkazali, aby po ich śmierci zbudowano

grobowiec? Przypadki takie jak Cheops są znane na całym świecie.

Tyrani są zawsze próżni - ale próżności nie da się w żadnym razie

pogodzić z anonimowością. Gdzie ślady przepysznego pogrzebu

z New Grange? Gdzie pozostałości po broni, po ulubionych przed-

miotach zmarłego, po jego sukniach? Nie ma nic - poza paroma

spiralami, prostokątami i piramidalnymi trójkątami wyrytymi na

głazach. Pełna anonimowość.

 

 

Przyrząd do pomiaru czasu

postawiony na wieczne czasy

 

Ale istnieje drogowskaz tak ogromny i wyraźny, że musi rzucić

nam się w oczy nawet po tysiącleciach - jest nim sama budowla.

New Grange dowodzi, że przed ponad 5000 lat żyli ludzie, którzy

naprawdę dobrze znali się na mechanice nieba, bardzo dobrze na

obliczeniach kątów, na rysunkach, planach, ewentualnie na mode-

lach - a w każdym razie zaskakująco dobrze na transporcie wielkich

ciężarów i na budowaniu. Same dziwy, których nijak nie daje się

wpasować w tępą epokę kamienną, a tym mniej w ewolucję

technologii. Jak wiadomo, zawsze coś wynika z czegoś, żadna zatem

wiedza astronomiczno-technologiczna nie wzięła się z niczego,

musiała mieć fazę początkową.

Osoba pochowana w grobie korytarzowym New Grange - jeśli

istotnie jest to miejsce pochówku - wywodziła się zapewne spośród

wykształconych astronomów. Inaczej nie byłoby najmniejszego

powodu dla tak precyzyjnego ukierunkowania budowli na punkt

przesilenia zimowego. A jeśli nawet odrzucimy przypuszczenie, że

jest to grób, to i tak faktem pozostanie zorientowanie astronomiczne.

Już słyszę zarzut, że megalityczne budowle zorientowane astro-

nomicznie spełniały jedną najważniejszą funkcję: kalendarza. Jest to

zarzut tak błahy, że wzdragam się pisać o nim znowu. Do czego więc

służyło New Grange? Czy sama miejscowość, jej pozycja geograficz-

na, była "miejscem świętym"? Możliwe, lecz wtedy musiałoby być

takich punktów wiele. Megalityczne budowle zalewają świat! Poza

tym "święty punkt" wcale nie wyjaśnia astronomiczno-technicznego

know-how.

Pewne jest tylko to, że w mglistych mrokach prehistoru ktoś

umieścił w tej okolicy precyzyjny astronomiczny zegar, pomnik,

który nawet po pięciu (lub więcej) tysiącach lat nadal przekazuje

swoje przesłanie. Jakie przesłanie? Kim byli owi filozofowie czasu,

uczeni, którzy potrafili wpływać zarówno na swoją epokę, jak i na

daleką przyszłość? Po co robili to, co robili? Co nimi powodowało?

Jaki był motyw ich postępowania?

 

 

 

 

 

II. Słońce w cieniu

 

 

 

Doświadczenie to nazwa, którą każdy

określa głupstwa, jakie zrobił w życiu.

 

Oscar Wilde (1856-1900)

 

 

Historia powstawania rodzaju ludzkiego to naprawdę małpi gaj.

Kryminał z tysiącami otwartych kwestii i tysiącami pseudologicz-

nych wyjaśnień. Nie chcę powtarzać, o czym przed piętnastu laty

pisałem w Dowodach [5], lecz po raz któryś muszę przypomnieć

o paru drobiazgach, wskazując je palcem na mapie wczesnego

stadium ewolucji. Zbyt pocieszne są przeskoki od małpy do fachow-

ców epoki megalitycznej. Zbyt oczywiste sprzeczności, na chybcika

wmiatane pod dywan.

Geolodzy i paleontolodzy uporządkowali przeszłość. Historię

Ziemi opatrzyli takimi nazwami jak kambr, ordowik, dewon czy

karbon. Są to ery liczące sobie po wiele milionów lat. A ponieważ są

tak długie, trzeba było je podzielić na okresy krótsze. Jednym z nich

jest plejstocen w wielkim czwartorzędzie.

Było to mniej więcej między 2 000 000 a 10 000 lat, klimat Ziemi

ulegał wtedy silnym wahaniom. Po okresach lodowcowych przy-

chodziły interglacjały i odwrotnie - oczywiście bez udziału człowie-

ka, była to bowiem wówczas dopiero małpopodobna istota wegetują-

ca na drzewach czy zamieszkująca jaskinie. Na ziemi istniało wiele

gatunków zwierząt, po których do dziś pozostały tylko resztki kości

albo skamieliny. Nikt nie może z pewnością oświadczyć, dlaczego te

kochane bydlątka wymarły. Pewnejestjedynie, że nie było wtedy ani

ludzi, ani smrodu spalin.

 

 

Inteligentny głupek

 

Mniej więcej przed 75 tys. lat na terenach między dzisiejszym

Dusseldorfem a Wuppertalem żyła inteligentna, dwunożna istota,

którą nauka nazwała "neandertalczykiem". W podręcznikach szkol-

nych napisano, że neandertalczyka odkrył w roku 1856 nauczyciel

szkoły realnej w Elberfeld - Johann Carl Fuhlrott - ale to nie do

końca prawda. Dwóch robotników usuwało glinę z niewielkiej groty

koło Mettmann w Neandertalu, gdy nagle przy kolejnym uderzeniu

oskarda zobaczyli kości. Pomyśleli sobie, że to szkielet niedźwiedzia.

Neandertalczyk narodził się dopiero wówczas, gdy właściciele kamie-

niołomu do oględzin kości wezwali pana Fuhlrotta.

Jesienią 1856 roku wiele gazet pisało o znalezisku, a pan Fuhlrott

wpadł niespodziewanie w tarapaty. Charles Darwin ( 1809-1882) nie

opublikował jeszcze swojej książki O powstawaniu gatunków, nauka

pozostawała pod wpływem biblijnej relacji o stworzeniu, a czołowy

francuski uczony Georges Cuvier (1769-1832) dopiero co oświad-

czył dogmatycznie: "L'homme fossile n'existe pas!" (Człowiek

kopalny nie istnieje!).

Pan Fuhlrott był człowiekiem bojowym. Wygłaszał odczyty przed

naukowymi gremiami, pisał artykuły i korespondował z uczonymi.

Potem pojawiło się epokowe dzieło Darwina i świat nauki się

zbuntował. Z neandertalczykiem rozprawiano się, aż pierze leciało.

Najsławniejszy wówczas w Niemczech patolog, prof. Rudolf

Virchow (1821-1902), zaklasyfikował znalezisko z Neandertalu

jako "rachitycznego idiotę", jego zaś kolega, Carl Mayer, stwierdził

na podstawie czaszki, że to "mongołowaty Kozak".

"Idiota" przeobraził się wkrótce w uznanego przez naukę Homo

neandertalensis sapiens [6], ale zdawało się, że zaraz znowu rozpłynie

się w powietrzu. Przed około 40 tys. lat pojawił się mianowicie inny

typ, człowiek z Cro-Magnon, co spowodowało - abrakadabra! - że

neandertalczyk zniknął. (My, ludzie współcześni, należymy do

gatunku Cro-Magnon, który zalicza się z kolei do gatunku Homo

sapiens sapiens.) Kwestią sporną pozostaje, dlaczego neandertalczyk

zszedł ze sceny. Może sparzył się z typem z Cro-Magnon? W każdym

razie potomstwo z takiego związku było możliwe - przynajmniej ze

względu na powinowaetwa genetyczne.

Cóż jednak dziwnego było w neandertalczyku? Dlaczego tyle się

o nim mówi, skoro zniknął bez śladu?

Jego mózg miał objętość 1750 cm3. Dla prymitywnego, okrytego

skórami kanibala, który zjadał podobno mózgi osobników swojego

gatunku, było to o wiele za dużo. Objętość mózgu człowieka

współczesnego waha się między 1200 a 1800 cm3. Można stąd wnosić,

że od tamtego czasu nie staliśmy się wcale mądrzejsi lub - odwrotnie

- że pojemność naszego mózgu nie jest większa niż przed 75 tys. lat.

Biorąc pod uwagę ciężar mózgu, neandertalczyk mógłby wznosić

w swojej epoce imponujące budowle. Zaniedbał się oczywiście

- nawet potomkowie człowieka z Cro-Magnon przez następne 35

tys. lat nie stworzyli ani jednego arcydzieła architektury.

 

 

Żył, ale niczego się nie nauczył

 

Nasi krewni z owej zamierzchłej epoki pozostawili nam w spadku

jedynie proste ozdoby, strzały, ostrza oszczepów oraz mnóstwo

kamiennych narzędzi. Wydaje się przy tym, że istniały prawdziwe

"fabryki narzędzi" i coś w rodzaju "dystrybucji", bo tysiące krze-

miennych narzędzi znaleziono w okolicach, gdzie krzemień nie

występuje. "Rekiny przemysłu epoki kamiennej" już wtedy musiały

kierować niezłymi frmami obróbki krzemienia. Jak na przykład

w bawarskim okręgu Kelheim, gdzie odkryto kopalnię krzemienia,

mającą setki szybów.

Kopalnie krzemienia nie bardzo pasują do obrazu epoki kamien-

nej, mącą nasze prostoduszne wyobrażenie o ówczesnych ludziach.

Jedną z takich kopalń udostępniono zwiedzającym. Znajduje się ona

w pobliżu holenderskiej miejscowości Rijckholt między Akwizg-

ranem a Maastricht. Holender Joseph Hamel natknął się tam na

liczne szyby kopalniane, wypełnione wapiennym gruzem. W latach

dwudziestych w szybach myszkowali mnisi z klasztoru dominikanów

z Rijckholt. "Urobek" - tysiąc dwieście krzemiennych siekierek.

Dokładne badanie tajemniczej kopalni przeprowadziła w latach

sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych Rejonowa Grupa

Limburg Holenderskiego Towarzystwa Geologicznego. Do 1972

roku holenderski zespół udostępnił chodnik poprzeczny o długości

150 m. Zespół, złożony w większości z idealistów, odkrył na obszarze

3 000 m2 co najmniej 66 szybów. Cała kopalnia zajmuje 25 ha. Na tej

powierzchni powinno się więc znajdować ok. 5 000 szybów. Na

podstawie ilości i wielkości sztolni można obliczyć, że w epoce

kamiennej wydobyto stamtąd około 41 250 m3 brył krzemienia. Był to

surowiec na około 153 mln siekierek!

Pracowici badacze z Holenderskiego Towarzystwa Geologicznego

znaleźli w szybach ponad 15 tys. narzędzi. Także na tej podstawie

można obliczyć, że na całym obszarze kopalni musi się ich jeszcze

znajdować około 2,5 mln. Zakładając, że kopalnię użytkowano przez

500 lat, to przez te wszystkie lata wytwarzano tam dziennie 1 500

siekierek. Kawałek węgla drzewnego znaleziony w jednym z szybów

datowano na 3150 r. przed Chr. ( +/- 60 lat). Marny dowód na wiek

kopalni, bo ta drobina mogła wpaść do szybu wiele lat później.

Kto organizował - przed ponad 5 000 lat! - budowę sztolni?

Jakie stosowano narzędzia? Przy wydobyciu metra sześciennego

wapienia niszczyło się około pięciu kamiennych siekier. Jak stemp-

lowano stropy chodników? Jakiego używano oświetlenia? W kopalni

nie znaleziono śladów pochodni czy innych kopcących źródeł

światła.

Bryły krzemienia o średnicy do jednego metra znajdują się przede

wszystkim.w pokładach wapienia z okresu kredy (ok. 80 mln lat

temu). Wiadomo już, że myśliwi epoki kamiennej robili z krzemienia

narzędzia -jest to bowiem zjednej strony materiał kruchy i daje się

łatwo obrabiać, z drugiej strony jednak twardy jak stal. Samorzutne

wydobywanie się krzemiennych brył z pokładów wapienia odbywa

się przez tysiąclecia w procesie erozji tego ostatniego. Kto poinst-

ruował facetów z epoki kamiennej, że w głębi ziemi, pod warstwą

piasku, żwiru i wapienia jest krzemień? Jak zorganizowano dystrybu-

cję milionów krzemiennych narzędzi w inne rejony? Jaki rodzaj

handlu uprawiano? Trudno sobie wyobrazić, żeby górnicy z epoki

kamiennej ryli w ziemi za darmo. Wydaje sig, że coś umknęło naszej

uwadze. "Rodzina Krzemień" była zorganizowana!

Przez dziesiątki tysięcy lat - przenieśmy to na nasze wyobrażenia

czasu - z inteligencją naszych przodków nic się nie działo. Bytowali

w lasach i w jaskiniach, czerpali wodę z tego samego wodopoju co

zwierzęta, harpunami łowili ryby i polowali na jelenie, mamuty,

niedźwiedzie, dzikie konie i inne zwierzęta. Ci, których nie stresował

akurat problem zdobycia pożywienia, rzeźbili w muszlach, kościach,

szukalijagód albo upiększali swojejaskinie i obozowiska abstrakcyj-

nymi rytami naskalnymi... aż, właśnie... aż - hokus-pokus - pofał-

dowała im się nagle kora mózgowa i wynaleźli astronomię oraz

architekturę megalityczną.

Co różniło człowieka od małpy? Przez dziesiątki tysięcy lat

- a jeżeli weźmiemy pod uwagę neandertalczyka potrafiącego

myśleć, to nawet przez pełne 70 tys. lat - nasi bracia nie wymyślili nic

nowego. Tysiąc lat stanowi okres dość dhzgi, dziesięć tysięcy to cała

epoka. Dla gatunku inteligentnego, mówiącego, wędrownego i wy-

mieniającego doświadczenia tysiące lat to wieczność.

 

 

Pseudoargumenty

 

Chociaż nic nie wiadomo dokładnie, antropologia uznaje proces

ewolucji człowieka od małpy do Homo sapiens sapiens za pewnik. To

naprawdę smutne, jakie pseudoargumenty stosuje się w podręcz-

nikach, żeby zatkać luki w naszej wiedzy. Czytam, że praludzie żyli

w hordach i dzięki temu rozwinęli zespół zachowań inteligentnych

i społecznych. Groza! Wiele gatunków zwierząt, nie tylko małpy,

żyło i żyje w hordach, lecz poza pewną hierarchią i umiejętnością

utrzymania porządku w stadzie nie rozwinęły inteligentnych za-

chowań.

Mówi się, że człowiek jest inteligentny, bo dopasował się lepiej niż

inne małpy. Do ezego, proszę, Homo sapiens sapiens dopasował się

lepiej? To żaden argument. Dlaczego nie "dopasowały" się inne

naczelne - goryle, szympansy i orangutany? Zgodnie z prawami

ewolucji nawet te zabawne stworzenia musiałyby "z konieczności"

rozwinąć inteligencję. Ewolucji nie można w zależności od potrzeb

stosować do wybranego (przez kogo wybranego?) gatunku. Fakt, że

jesteśmy inteligentni, dowodzi - w porównaniu z istotami niein-

teligentnymi - tylko tego, że nawet my nie powinniśmy być

inteligentni. Istnieją poza tym gatunki nieporównanie starsze od

naczelnych. Wykazano, że na przykład skorpiony czy karaluchy żyły

już 500 mln lat temu. Jeśli przeżyły, to musiały się "dostosować"

o wiele lepiej od nieporównanie młodszego Homo sapiens. Gdzież są

przedmioty artystyczne stworzone przez skorpiony, gdzie ich miejsca

wiecznego spoczynku?

Dowiaduję się, że człowiek nie ma sierści, bo zaczął okrywać się

futrami zwierząt. Chyba ktoś tu robi ze mnie balona. Przecież

człowiekowi pierwotnemu sierść nie wypadła dlatego, że zawijał się

w futra!

Podobno człowiek zszedł z drzewa ze względu na klimat. Tam do

diabła! Ludzie to mają pomysły! Jak gdyby jakiś gatunek małp

przewidział, że będzie kiedyś niezbędny dla człowieka w teorii

ewolucji, i zszedł z drzew - lecz choć działo się to w jednym i tym

samym klimacie, kolegów bujających się wśród konarów zostawił.

Zachowania społeczne naszych praprzodków były bardzo słabo

rozwinięte.

Bzdura! To wcale nie tak, bo - jak piszą w mądrych książkach

- było tam jeszcze coś. Człowiek pierwotny stanął na tylnych nogach

ze strachu przed silniejszymi zwierzętami i w celu łatwiejszego

zdobywania pokarmu. To naprawdę zabawne! Małpie naśladownict-

wo jest przysłowiowe. Dlaczego więc inne małpy nie naśladowały

tego sprytnego zachowania? Mniej bały się dzikich zwierząt? A jeśli

już taka logika zmusza do stosowania inteligencji, to przecież żyrafy,

które widzą i czują każdego wroga na parę kilometrów, już od dawna

powinny się były oddawać jakiejś rozwiniętej żyrafiej religu.

Argumentuje się nawet, że naczelne naszej rodziny zaczęły jeść

mięso, żeby odżywiać się łatwiej i lepiej. "Nasza" małpia rodzina

miała tym samym zdobyć znaczną przewagę nad innymi małpami.

O Boże! Od kiedy "łatwiej" upolować gazelę niż zerwać owoc

z drzewa? Poza tym dzikie koty i ryby drapieżne od milionów lat żrą

tylko mięso, razem z mózgami swoich ofiar. Czy stały się przez to

inteligentne?

Na wszystkie mleczne drogi Wszechświata! Jeżeli przyjmiemy takie

i sto innych podobnych motywacjijako powód, żejakiś gatunek staje

się inteligentny, to na naszej planecie musiałoby się roić od inteligent-

nych form życia - szczególnie takich, które mogłyby rzucić na wagę

znacznie więcej lat niż te marne milioniki, jakie my mamy do

dyspozycji.

 

 

Hokus-pokus-marokus

 

Prosto do królestwa czarów prowadzą twierdzenia, że organizmy

żywe wykształciły określone narządy, bo ich potrzebowały. To, co po

wielu próbach udaje się naszemu genetykowi w niezłym laborato-

rium, według modlitewnika ewolucji przebiega non stop?

Dla przeprowadzenia genetycznej zmiany, dla przemieszczenia

jednego nukleotydu, konieczna jest mutacja. Takie mutacje mogą

przebiegać samorzutnie - na przykład pod wpływem promieni

jonizujących lub związków chemicznych działających na DNA (kwas

dezoksyrybonukleinowy). Ale samo pragnienie zaistnienia mutacji

nie wystarczy do wymiany jednego nukleotydu na drugi czy nawet

zastąpienia jednej sekwencji cząstek podstawowych przez inną. Czy

będzie sprzecznością stwierdzenie: jeżeli najprostsze formy życia, np.

wielokomórkowce, nie miały i nie mają mózgu, to gdzie powstają ich

życzenia czy nawet rozkazy, aby chęć mutacji zamienić w czyn?

O ile formy pozbawione mózgu nie mogą nawet marzyć o wyraże-

niu chęci takiej zamiany, o tyle w przypadku istot nim dysponujących

chęć taka jest zupełnie zrozumiała - lecz mimo to długo jeszcze nie

da się jej do końca wyjaśnić. Człowiek pierwotny zaczął nagle żreć

mięso, więc wykształcił mocniejsze zęby, które mu szybko rosły. Czy

zatem człowiek pierwotny posiadał zdolności parapsychologiczne

albo umiejętności transcendentne - pozwalające mu za pomocą

mózgu kierować procesami mutacji? A tego wymaga ta logika, od

której włos się jeży na głowie - z drugiej strony tylko cud może tak

nagle zmienić kod genetyczny, czyli kolejność podstawowych cząstek

DNA. Proszę mi łaskawie wytłumaczyć, w jaki sposób chęć zmiany

lub wszechmocne środowisko może doprowadzić do zamierzonej

mutacji.

Nie mniej zagadkowe jest dla mnie permanentne twierdzenie, że

w trakcie tysięcy lat ewolucji samorzutnie wykształcają się narządy

niezbędne istotom żywym. Myśl tę wypowiedział już przed 170 laty

Jean Baptiste Lamarck (1744-1829), twórca lamarkizmu. W epoce

technologii genetycznej teorię tę należałoby dawno zarzucić, ajednak

się tego nie robi. Czytam, że przyroda w cudowny sposób troszczy się

o nasze potrzeby. A więc cudowna przyroda zawiodła na całej linii.

Mimo stałych, przypadkowych ingerencji w strukturę DNA, wywie-

rających na "naszą linię" przede wszystkim rzekomo pozytywne

rezultaty.

Człowiekowi dała mózg o wiele za duży, jak na jego potrzeby. Swój

najdoskonalszy produkt opatrzyła marnym organem wzroku, po-

zwalającym patrzeć tylko do przodu. W swoich mniej rozwiniętych

wyrobach, na przykład w insektach, montuje oczy o ogromnym kącie

widzenia - ślimakowi wprawiła nawet aparaturę pozwalającą

wysuwać organ wzroku i patrzeć we wszystkich kierunkach. Najdos-

konalszy produkt natury, Homo sapiens, ma bardzo wiele wad.

 

 

Konsekwencja

 

Przy tych wszystkich zarzutach jest dla mnie całkiem jasne, że

staliśmy się takimi, jakimi jesteśmy, i że "nasza linia" nie potrzebuje

wysuwanych oczu, żeby zajść jeszcze dalej. Nie należy jednak

postępować tak, jakby wszystkie cuda można było wyjaśnić mutacją,

selekcją naturalną, milionami lat i niemal nieprzerwanym łańcuchem

przypadków. Kiedyś instytucje kościelne blokowały postęp nauki.

Na podobny hamulec naciskają dziś przedstawiciele różnych ideo-

logu. Dawniej wierzono w religie i ich twórców - dziś wedle tej samej

recepty wierzy się w ideologie i ich twórców. Wciąż tylko się wierzy.

W tej ogromnej wspólnocie wiernych naukowcy nie zaryzykują

nawet słówkiem. Kto wskoczy na ring i będzie samotnie walczyć

przeciw uznanym autorytetom?

Mógłbym całkiem nieźle żyć sobie z teorią ewolucji, gdyby nie

propagowała wniosków ostatecznych, dążących do jednotorowości

w myśleniu. Religie minionych stuleci wyniosły człowieka do godno-

ści "korony stworzenia" - myślenie kategoriami ewolucji robi

z niego "szczyt ewolucji". W obu przypadkachjesteśmy "najwięksi".

To bardzo pochlebiające, ale zamyka horyzonty nowych rozwiązań.

Jak myśliwy-zbieracz przeobraził się w wykształconego technika

kultury megalitycznej? Przez długotrwałe, ustawiczne dopasowywa-

nie? Przez podnoszenie możliwości intelektualnych i ukierunkowaną

naukę? Zgoda - jest to doktryna popularna, lecz zarazem wyraz

umysłowego lenistwa opartego na niechęci do nauki.

 

 

Adieu, stara teorio!

 

Ewolucja nigdy nie była procesem ustawicznej, powolnej zmiany

i dopasowywania. Przeobrażenia następowały falami, skokowo. "W

istocie różne gatunki pojawiały się nagle - nie zaś spokojnie

i niezauważenie. Całość następowała na sygnał fanfar."

Człowieka, który to napisał, nie można określić mianem fantasty.

Specjaliści nie pomówią go też o dyletanctwo. Sir Fred Hoyle jest

profesorem fzyki teoretycznej, założycielem Instytutu Astronomii

Teoretycznej w Cambridge i członkiem amerykańskiej Academy of

Science. W swoich dwóch książkach [7, 8], które powinny się stać

lekturą obowiązkową każdego antropologa, sprowadza adabsurdum

dotychczasowe założenia teorii ewolucji. Dowód Hoyle'a jest nie do

obalenia - a więc się go przemilcza. Rozumiem, że przed outsiderem

staje ściana pysznego i obłudnego milczenia - sam doznałem tego

w trakcie pracy. Zawstydzające jest jednak, że wielcy naukowcy

sięgają po podobne środki wobec siebie nawzajem.

Fred Hoyle wykazuje, że Ziemia "nie jest biologicznym centrum

Wszechświata, lecz tylko jakby punktem zbornym". Geny, cegiełki

życia przeobrażające wszystko i odpowiedzialne za samorzutne

i niezrozumiałe mutacje przybyły i przybywają z Kosmosu.

Naprawdę nowatorska idea! Jasne, że nie podoba się nikomu, kto

uważa się za szczyt ewolucji albo za koronę stworzenia. Straszna

myśl: Nie jesteśmy najwięksi? Czy to geny z Kosmosu miałyby

spowodować i powodować - również w naszej epoce - skoki

mutacyjne?

Oburzenie dowodem Freda Hoyle'a jest zrozumiałe. A przy tym

nawet w kręgu ludzi nauki już od dobrych dwudziestu lat przewidy-

wano, że w końcu pojawi się argumentacja nie do odparcia.

Wystarczyło zajrzeć do jednej z tak inteligentnych książek prof. dr.

Wildera-Smitha, albo - niech i tak będzie! - przekart-

kować nowsze dzieło laureata Nagrody Nobla, Francisa Cricka.

(Oraz literaturę dodatkową!)

A jeśli ktoś stwierdzi, że to wyjątki i przedstawiają tylko teorię, ten

niech w pierwszej bibliotece uniwersyteckiej sięgnie do na wskroś

nowatorskiej książki Brunona Vollmerta 'Cząsteczka i życie'.

Profesor Vollmert był bądź co bądź profesorem zwyczajnym chemii

substancji znakrocząsteczkowych oraz dyrektorem Instytutu Polime-

rów Uniwersytetu Karlsruhe. Naprawdę nie jest ignorantem? To

właśnie specjaliści w tej dziedzinie najlepiej znają się na powstawaniu

takich makrocząsteczek jak DNA.

 

 

Ideologia kontra nauka

 

Votlmert stwierdza jasno i wyraźnie, iż chemik zajmujący się

polimerami ani nie da sobie wmówić, ani sam sobie nie wmówi, że

cząsteczki DNA powstały w prabułionie przypadkiem. Dotyczy to

także łańcuchowego przyrostu DNA w trakcie przechodzenia na

Ziemi od niższego gatunku zwierząt do wyższego. Vollmert mówi

dosłownie:

"Uważam darwinizm za nieszczęśliwą pomyłkę, zawdzięczającą

swój bezprzykładny sukces tylko i wyłącznie antropocentrycz-

nemu myśleniu życzeniowemu."

To samo mówi Fred Hoyle, który zadaje sobie pytanie, dlaczego

biolodzy zachwycają się fantazjami wyssanymi z palca, a kwestionują

"to, co oczywiste". Hoyle:

"W epoce przedkopernikańskiej sądzono błędnie, że Ziemia jest

geometrycznym i fizycznym środkiem Wszechświata. Dziś z pozo-

ru godna szacunku ziemska nauka widzi w człowieku biologiczne

centrum Wszechświata - wprost niewiarygodne powtórzenie

poprzedniego błędu."

Tak to już jest. Jak mogło dojść do tego, że nauczyciele akademic-

cy, którzy powinni być otwarci na każdą argumentację, upierają się

przy starym i przez prawdziwych fachowców dawno odrzuconym

bezsensownym modelu ewolucji? To sprawa systemu.

Autor dysertacji czy książki naukowej musi cytować, cytować

i jeszcze raz cytować - powtarzając stare punkty widzenia jak

w młynku modlitewnym. Praca nie musi być nowatorska, wystarczy,

że zawiera prawdy wielokrotnie przeżute i będzie wykazywać jakieś

związki między nimi. To, co się "wie", sprawia radość i przynosi

zadowolenie, nawet jeśli ta "wiedza" jest wiedzą życzeniową, pozor-

ną. Inne punkty widzenia odpędza sięjak natrętne muchy - przyno-

szące same przykrości. Poza tym - z socjologicznego punktu

widzenia - swoim zachowaniem człowiek czuje się związany ze

stadem. Ta większość również składa się z powtarzaczy. Do tego

dochodzi, że dotychczasowa teoria ewolucji dostała się do wielkiej

stajni ideologicznej. Hoyle: "Kto nie życzy sobie, aby darwinizm był

traktowany jako zjawisko społeczno-polityczne i nie uważa, że jest

niezbędny dla spokoju dusz obywateli państwa, widzi to zapewne

inaczej."

Anioł Ziemia nie jest systemem zamkniętym - nigdy takim nie

był. Ziemia otrzymuje z zewnątrz posłania oraz informacje, powodu-

jące nagłe skoki ewolucji. Człowiek nie oddzielił się od małpy dlatego,

że lepiej się do czegoś dopasował, lecz dlatego, że nowe geny

pozwoliły mu wznieść się na wyższy poziom. W równie niewielkim

stopniu to, że z Homo erectus powstał neandertalczyk, a z neandertal-

czyka astronom i technik epoki megalitycznej, jest spowodowane

faktem, że dostosowywał się do zmiennych wpływów środowiska

- raz do epoki lodowcowej, raz do interglacjału. Posłanie inteligencji

jest kosmiczne, tylko jego cielesna powłoka powstała na miejscu.

 

 

Wspaniała sprawa

 

Twierdzę ni mniej, ni więcej jak tylko, że zmiany form życia nie

przebiegały powoli i w pojedynczych egzemplarzach, lecz masowo.

Niejest to pomysł nowy, propaguję go od piętnastu lat. Degraduje

on do rangi groteski dotychczasowe twierdzenie o mozolnej i ustawi-

cznej ewolucji, dowodząc przynajmniej tego, że lekceważymy jakieś

inne wpływy.

Każda forma życia rozmnażająca się przez zapłodnienie dysponuje

specyficzną liczbą chromosomów. Komórka płciowa człowieka ma

ich 46: 22 autosomy oraz jeden chromosom X lub Y. Tylko takie

same pary chromosomów są zdolne do zapłodnienia. Dlatego

- gdyby perwersja tego rodzaju przyszła komuś do głowy - czło-

wiek nie może się krzyżować z szympansem, choć oba gatunki

wywodzą się z jednego pnia. Ich liczby chromosomów zupełnie do

siebie nie pasują.

Wprawdzie u wszystkich gatunków występują stałe, pojedyncze

mutacje chromosomowe, lecz nosiciele tak zmutowanych chromo-

somów są bezpłodni - mają chromosomów za dużo lub za mało. Na

lądzie żyje około 20 tys. gatunków pająków - ale przedstawiciele

różnych gatunków nie mogą mieć ze sobą potomstwa.

Możliwe jest oczywiście, że wśród wielu nowo narodzonych

osobników przypadkiem odnajdą się pasujący do siebie i spłodzą

potomstwo tworząc w ten sposób nowy gatunek. Jego przed-

stawiciele jednak będą mogli się mnożyć tylko w związkach między

krewnymi "obarczonymi błędem drukarskim". Towarzysz Przypa-

dek daje na wszystko baczenie, a nikt nie wie, jak długo to potrwa.

W trakcie ewolucji z meduz, robaków i podobnych stworzeń

powstały kręgowce. Ale z kim sparzył się pierwszy nowy osobnik,

wyciągnięty niejako z bębna loterii nieskończonej sekwencji przypad-

ków? Czy człowiek myślący może wierzyć, że obok takiego pierw-

szego zmutowanego bydlątka zaroiło się od razu od odpowiednich

dla niego partnerów seksualnych? Żeby nastąpił akt zapłodnienia,

potrzeba dwojga osobników tego samego gatunku, ale różnej płci.

Dzięki Bogu, chciałoby się dodać. Mutacja tylko jednego osobnika,

zmiana zespołu chromosomów tylko jednej istoty nie zda się na nic.

Trudno też sobie wyobrazić, żeby jednocześnie - a zarazem

niezależnie od siebie - nastąpiły dwie takie same mutacje, i żeby te

istoty, samiec i samica, spotkały się przypadkiem na bezkresnych

połaciach kuli ziemskiej!

Co robił nasz pierwszy samotny, szkaradny praprzodek? O jakiej

liczbie chromosomów mówiły jego komórki? Z kim mógłby się

rozmnażać? W końcu rozwinął pewnie w sobie ten pierwotny popęd,

bo inaczej jego linia by się urwała, zanim zdążyłby się na Ziemi na

dobre zadomowić.

Wyznawcy ewolucji przecinają ten węzeł gordyjski wiarą wjedno-

czesne mutacje u bliźniąt i/albo tak zwanych "form przejściowych".

O co chodzi?

Samica hominida rodzi bliźniaki. Braciszek i siostrzyczka parzą się

ijuż mamy nową linię. Jest to bez wątpienia kazirodztwo, bo nie było

możliwości parzenia się z innymi hominidami ze względu na różnice

w ilości chromosomów. Jest jeszcze gorzej: kazirodztwo powoduje

zwiększenie się błędów zawartych w kodzie genetycznym - nie ma

wyjścia. (Gdy zrobimy fotokopię z oryginału, a potem kolejną kopię

z tej kopii - i z każdej następnej kopii dalszą kopię, to n-ta kopia

będzie zupełnie nie do użytku.)

Hipoteza "form przejściowych" jest jeszcze słabsza. Prof. dr

Wilder-Smith, który swój pierwszy biret włożył doktoryzując się

w dziedzinie chemu organicznej i na pewno zalicza się do naukowców

bardzo wykształconych, wyjaśnił to na następującym przykładzie:

"Formy przejściowe powstałe na drodze ewolucji nie mogą spełnić

żadnego zadania, bo są doskonale nieprzydatne. Za przykład

może posłużyć organizm samicy wieloryba, pozwalający jej kar-

mić ssące potomstwo pod wodą, nie dając mu przy tym utonąć.

Nie można sobie wyobrazić żadnej ewolucyjnej formy pośred-

niej na drodze od zwykłego sutka do w pełni rozwiniętego sutka

wielorybicy, umożliwiającego karmienie pod wodą. Albo sutek

ten istniał od razu w formie takiej jak dziś, albo go nie było.

Jeżeli się twierdzi, że taki organ wykształca się stopniowo przez

przypadkowe mutacje, to dla wielorybów oznaczałoby to śmierć

przez utonięcie w trakcie rozwoju sutka - a rozwój ten musiał

trwać tysiące lat. Odrzucanie w trakcie badań możliwości plano-

wania takich stuktur poddaje naszą łatwowierność próbie trud-

niejszej niż wezwanie, aby uwierzyć w inteligentnego konstruktora

sutka, który poza tym musiał się znać na hydraulice."

Ta argumentacja powinna ostatecznie rozbroić niedowiarków.

Nie! - krzyczą osoby przyzwyczajone do starego poglądu wy-

skakującego jak diabełek z pudełka. Wieloryb, mówią, jest ssakiem,

który kiedyś żył na lądzie i dopiero potem chlupnął do wody. Jest to

argumentacja jeszcze bardziej wyświechtana. Jakże odważnej zmiany

warunków życia wymaga się od wieloryba, który na świat wydawał

swoje dzieci na lądzie i stopniowo - zbrojny w sutek! - udawał się

w odmęty, żeby młode mogły ssać pod wodą. Fenomenalne! To

niewątpliwe, że wieloryb jako ssak musiał zmienić środowisko - ale

nie była to zmiana powolna i ustawiczna, lecz nagła.

"Formy przejściowe" nie rozwiązują problemu liczbowych zmian

zespołu chromosomów. O ile takie "formy przejściowe" w ogóle

istniały. Sir Fred Hoyle uważa "formy przejściowe" znalezione

w kopalnych skamielinach za legendę. Hoyle:

"Twierdzenia te [dotyczące form przejściowych - przyp. E.v.D.]

są tym bardziej problematyczne, im wyższa jest wartość naukowa

pracy [...] Jeśli człowiek się uprze i przebrnie przez literaturę

geologiczną, to w końcu dojdzie do następującej prawdy: skamieli-

ny są dla darwinizmu dokumentem niewystarczającym nie ze

względu na brak umiejętności geologów, lecz dlatego, że wymaga-

ne przez teorię powolne przemiany w trakcie ewolucji nie miały

miejsca."

Widząc ten spis z natury można dostać zawrotów głowy. Ale lepiej

mieć przez chwilę zawroty głowy, niż kręcić bez sensu przez całe życie.

Jeżeli nie miała miejsca żadna stała i powolna zmiana form życia i ich

zachowań to gdzież przyczyna zmian?

 

 

Upiory krążą

 

Ani na chwilę nie możemy zapomnieć o tysiącach lat, tej otchłani

czasu, w której człowiek był myśliwym i zbieraczem. Potem nagle

poczuł cudowne tchnienie i jego szare komórki postanowiły, że

będzie wydrapywać rysunki na skałach i ścianach jaskiń. W ten

sposób dostał się na autostradę ewolucji?

Zdumiewające jest tylko, że nasi zmarli przodkowie załatwili

sprawę globalnie. Ryty naskalne (petroglify) są dziedziną sztuki

znaną na całym świecie - była ona uprawiana przez ludy, które ani

nic o sobie nie wiedziały, ani wiedzieć nie mogły. Wydrapywano je na

skalnych zboczach wyżyny Tassili na Saharze (Algieria), w dżungli

Mato Grosso, w dalekim Jemenie, na wybrzeżach południowego

Chile. "Obrazkowe pozdrowienia" od ludzi z epoki kamiennej,

"widokówki" z odległej przeszłości znajdujemy od Hawajów po

środkowe Chiny, od Syberii po pohzdniową Afrykę. W paru

przypadkach wiemy, które plemiona sporządzały ryty - tyle że ludy

te nazwała pośmiertnie dopiero współczesna nauka.

Ile takich rytów istnieje? Pewnie miliony. Są one nawet na

maleńkich wyspach i najwyższych górach. Można na nie trafić

zarówno na mroźnej Alasce, jak i na rozpalonej słońcem wyżynie

Kimberley w Australii. Wszędzie, gdzie dotarło globalne wezwanie:

"Przyjaciele, nadeszła era sztuki naskalnej!"

Koczownicy epoki kamiennej cholernie się chyba nudzili. Aż

w końcu zaczęli tworzyć - jako rylca używali ostrego kamienia,

szkicownikiem była skalna ściana. A potem zawładnęła nimi nagle

potrzeba dalszego przekazywania informacji. W zasadzie nie można

by temu nic zarzucić, gdyby nie dwa zastanawiające fenomeny:

a) występowanie rytów na obszarze całej kuli ziemskiej;

b) powtarzające się motywy.

Badanie symboli należy do dziedzin wiedzy traktowanych nie dość

poważnie przez niektórych badaczy prehistorii. A jeśli już któryś

zasiądzie do czasochłonnej i mozolnej pracy, polegającej na sporządza-

niu reprodukcji i interpretowaniu wizerunków naskalnych, to ograni-

cza się zwykle do jednego regionu. Brakuje opracowań globalnych.

Prawie przed trzydziestu laty Oswald O. Tobisch próbował stworzyć

system złożony z co najmniej 6 000 rysunków. Jego odkrycia, przed-

stawione w długich tabelach, zapierają dech w piersi.

Tobisch wykazał pokrewieństwa rytów z całego świata. Można

odnieść wrażenie, że prehistorycznym artystom dana była kiedyś

wspólna prakultura albo wspólna prawiedza.

Przez 30 lat od wydania książki Tobischa opublikowano wiele

albumów i broszur o niezliczonych rytach naskalnych

- istnieje więc ogromny materiał porównawczy. Ostatnio zawią-

zano też międzynarodowe towarzystwa, których członkowie "za-

przedali się" sztuce naskalnej. Na przykład autriacko-szwajcarskie

GE-FE-BI zajmuje się porównawczymi badaniami sztuki na-

skalnej. Towarzystwo to kolekcjonuje i publikuje wspaniałe materia-

ły. Oczywiście te miliony rytów naskalnych nie powstały w tym

samym czasie, często - ale nie zawsze - dzielą je tysiąclecia.

Niekiedy w trakcie tysiącleci te same skały "zamalowywano"

kolejnymi dziełami sztuki. Mimo to pozostaje faktem jednoczesne

sporządzanie rytów naskalnych w niezwykle odległych od siebie

rejonach naszego globu.

Czy w Toro Muerto w Peru, gdzie odkryto dziesiątki tysięcy rytów,

czy we włoskiej Val Camonica, czy przy autostradzie Karakorum

w Pakistanie, czy na Wyżynie Colorado w USA, czy w Paraibo

w Brazylii, czy wreszcie w południowej Japonu - wszędzie pojawiają

się te same symbole i postacie. Nie kwestionuję faktu - bo kto

mógłby? - że wśród nich znajdują się też przedstawienia typowo

lokalne, nie spotykane gdzie indziej - zagadka zadziwiających

pokrewieństw artystycznych jednak pozostaje.

Z codziennością ludzi epoki kamiennej - nieważne, gdzie żyli

- wiążą się sceny z polowań, poza tym słońce, księżyc, koła,

kreskowe ludziki, odciski dłoni czy rysunki ukazujące uprawę roli.

Zadziwiające jest tylko to, że postacie były opatrywane unisono

takimi samymi atrybutami, jak gdyby na wszystkie kontynenty

tam-tamy przekazały informację: "bogowie to ci z promieniami!"

"Bogowie" są zwykle wyobrażani jako postacie większe niż zwykli

ludzie. Ich głowy są zawsze przyozdobione "aureolą", z której

nierzadko wybiegają promienie. Wyraźnie też widać, że ludzie

pozostają zazwyczaj w bezpiecznej odległości od bogów - klęcząc,

leżąc na ziemi albo wznosząc ręce. Cóż skłoniło naszych przodków,

dopiero co wyrosłych z małpy, do wyrażania tak ujednoliconych

poglądów? Czy prehistoryczni artyści ukończyli tę samą akademig

sztułc pięknych? A może wzięli udział w tej samej międzynarodowej

konferencji na temat sztuki naskalnej?

Carl Gustaw Jung czy Sigmund Freud mogą do wyjaśnienia

zagadki zatrudnić zbiorową podświadomość, kolektywne wizje albo

głębię psyche. Mnie wydaje sig jednak, że przypuszczenie Oswalda

Tobischa, fachowca i podróżnika, znacznie bardziej przybliżyło

rozwiązanie tego zagadkowego probłemu:

"Czy niegdyś istniała jedność pojmowania boga przez niezrozu-

miałą dla dzisiejszych umysłów międzynarodowość, i czy ludzkość

ówczesnej epoki tkwiła może jeszcze w kręgu 'praobjawienia'

stwórcy jedynego i wszechmocnego?"

Ci faceci epoki kamiennej to były cwane chłopaczki! Albo Anioł

Ziemia wlał im przez lejek do głowy powszechne posłanie, albo

glohalna wieść wnikała jakoś inaczej w budzące się umysły, albo

wreszcie wszyscy ludzie epoki kamiennej to samo widzieli, podziwiali,

tego samego się bali - i wiedzg tę przekazywali następnym pokole-

niom. Jak byłoby dla nas wygodniej? Tak czy siak, bezspornym faktem

są tajemnicze dzieła sztuki z czasów, gdy telefaksy podłączone

do międzynarodowej sieci telefonicznej nie wypluwały jeszcze obo-

wiązującego wzoru obrazu. Te kilka porównań mówi za siebie.

 

 

 

 

III. Narodziny techniki

 

 

 

Wśród ludzi jest więcej

kopii niż oryginałów.

 

Pablo Picasso (1881 - 1973)

 

To, co przedstawiłem na poprzednich stronach jako materiał do

dyskusji, może wprawić w osłupienie, wywołać gniew lub zdziwienie,

- a przecież jest to tylko wstęp do niewiarygodnej historii. Kolejną

rundę zapowie uderzenie w gong, rozpoczynające pieśń pogrzebową.

Kiedy nasi przodkowie wynaleźli wreszcie kulturę i zaczgli sporzą-

dzać ryty naskalne oraz inne niewielkie dzieła sztuki, nauczyli się

wobec siebie respektu. Uświadomienie, że ludzie nie są wcale sobie

równi, było tożsame z narodzinami szacunku. Ktoś, kto tworzył

wspaniałe rysunki naskalne, dysponował odmiennymi zdolnościami

niż ktoś, kto wyłamywał kły mamutom. Pierwszy był zapewne

drobny, wrażliwy, drugi zaś muskularny, silnie zbudowany, dzielny

i odważny do szaleństwa. Ale i tak nie oni, lecz rodząca matka

znajdowała sig zapewne - o czym świadczą posążki tak zwanych

"bogiń macierzyństwa" - na pierwszym miejscu "listy rankingowej

cenionych zawodów".

Uznanie w oczach współplemieńców spowodowane określonymi

zdolnościami spowodowało, że ludziom nimi obdarzonym oddawa-

no cześć - to zaś z kolei doprowadziło do budowy grobów. Nie

można się było bezczynnie przyglądać, jak sępy i hieny rozszarpują

zwłoki kochanej lub szanowanej osoby. Nastał zwyczaj grzebania

zmarłych. Żałobnicy patrzyli ze smutkiem i łzami w oczach na

miejsce, w którym spoczywała ukochana osoba. Czy to było

wszystko? Czy naprawdę nic po niej nie pozostało? Z szacunkiem

dotykano nielicznych kawałków futra, narzędzi i dzieł sztuki, które

pozostawił nieboszczyk. Zaczęto oddawać cześć zmarłym, powstał

kult zmarłych, prehistoryczny człowiek zaczynał się zastanawiać, co

jest po śmierci. A może umarły żyje gdzieś nadal? Czy liszka nie

przepoczwarza się, aby zbudzić się wiosnąjako motyl? Czy wracający

z królestwa zmarłych nie zażądają przypadkiem zwrotu swojej broni,

narzędzi, ubrań i ulubionych przedmiotów?

Zmarłych zaczęto grzebać uroczyście, znamienitym osobom kła-

dziono do grobu przedmioty codziennego użytku. Ale ziemia była

twarda, kamienne narzędzia nie bardzo nadawały się do kopania,

głębokość grobu była wciąż niedostateczna - zwierzęta wygrzeby-

wały zwłoki. Zrodziła się więc idea, aby nad miejscem pochówku

układać kamienne płyty - tak powstały pierwsze, nieduże dolmeny.

Dolmeny były zjawiskiem globalnym = tyle że nie ma w nich nic

tajemniczego ani zagadkowego. Jeszcze nie. Znam nieduże dolmeny

na wszystkich kontynentach. W Europie jest ich pełno. Dolmen jako

ochrona zwłok powstał z naturalnej potrzeby... aż - tak, aż

w którymś tysiącleciu przed Chrystusem ziemski glob ogarnęła

kolejna "fala mody". Ludzie zaczęli piętrzyć "superdolmeny" zorien-

towane astronomicznie, o których nie możemy powiedzieć na pewno,

że przeznaczeniem ich było miejsce pochówku.

 

 

Nowy wirus: megalititis

 

O Boże, gdybyż New Grange był jedynym korytarzowym grobem

na świecie! Jakie proste i logiczne stałoby się wówczas wytłumacze-

nie. Gdyby czarodziejskie światła i promieniste cuda ograniczały się

do Irlandii i Xochicalco, nie miałbym powodu do czepiania się spraw

wątpliwych i wyciągania nielogiczności. Ale polecenia danego przez

czarodziejską różdżkę: "Budujeie olbrzymie megalityczne groby

zorientowane astronomicznie" posłuchano na całym świecie. Tyl-

ko w rejonie zatoki Morbihan (Bretania) 135 spośród 156 dol-

menów jest zorientowanych na przesilenie letnie lub zimowe. Jestem

skłonny powiedzieć, że "w najbardziej niemożliwych miejscach"

- mówiąc obrazowo: z dala od "kamiennej zarazy" - powstawały

astronomiczne budowle megalityczne, "groby korytarzowe", przeo-

gromne dolmeny, samotne menhiry na wzniesieniach będących

punktami obserwacyjnymi oraz całe ich szeregi, zorientowane z geo-

metryczną precyzją, lecz nijak nie pasujące do obrazu epoki kamien-

nej.

Od neandertalczyka począwszy potencjał mózgowy na pewno był

już nastawiony na potrzeby naukowego poznania. Ale neandertal-

czyk czy człowiek z Cro-Magnon i jego potomkowie tak samo gapili

się w noene niebo, podziwiali gwiazdy, tępo patrzyli w Księżyc

i przeżywali pory roku jak człowiek megalitu w roku X. O ile jednak

potomkowie neandertalczyka przez tysiące lat gapili się na gwiazdy,

o tyle człowiekowi megalitu astronomia, geometria i matematyka

weszły do głowy właściwie przez jedną noc - do tego opanował on

bez trudu technikę transportowania i podnoszenia do pionu ogrom-

nych głazów. W owej trudno datowalnej epoce w ludzkim mózgu

ruszyło kilka nowych, ważnych trybików. Szare komórki zaczęły

niespodziewanie myśleć, liczyć i kombinować.

Zarzut, że wiadomości te były gromadzone powoli i przekazywane

z pokolenia na pokolenie, że nic nie powstało "przezjedną noc", stoi

w sprzeczności z kamiennymi faktami. Nie istniało wówczas pismo,

nie było bibliotek, w których gromadzonoby wiedzę. Z najwyższego

bocianiego gniazda nie dałoby się dostrzec wędrowców krzewiących

te umiejętności na całym świecie. Człowiek epoki kamiennej został

obdarzony wiedzą jak najniewinniejsza dziewica dziecięciem.

W obliczu "miedzynarodowości" kultur megalitycznych odważę

sig zadać kilka prowokujących pytań: Czy do systemu "człowiek"

dodano świeże geny? A może geny prastare, ale zawierające nowe

informacje, przetrwały w lodzie kontynentalnym? Czy fakt, że Anioł

Ziemia dał te prastare/nowe informacje do dyspozycji przyrodzie, był

skutkiem topnienia lodów? A może na ludzi megalitu wywarli wpływ

nauczyciele spoza Ziemi?

W którym miejscu należy zacząć wyliczanie rzeczy niemożliwych?

Bywałemu człowiekowi Zachodu nazwa Stonehenge jest bliska,

widział też zdjęcia alej menhirów w Bretanii. Może czytał coś

o dolmenach i grobach korytarzowych w Danii a podczas wakacji

dotykał megalitycznych budowli w Hiszpanii, na Minorce czy

Wyspach Kanaryjskich. Wszystko w zasięgu ręki. Ale pan Muller czy

pan Kowalski nie wie nic - bo skądże? - o kulturach megalitycz-

nych Peru, Sri Lanki, Ameryki Północnej czy Indii. W samych

południowych Indiach jest około 15b0 megalitycznych nekropoli,

a paręset w pozostałych regionach tego kraju - aż po Wyżynę

Kaszmirską.

Co to znaczy "megalityczny"?

Oto co pisze na ten temat Encyklopedia Archeologii Lubbego:

"Megality - budowle, groby i skupiska kamienne złożone

z wielkich głazów (gr. megas: wielki oraz litos: kamień). Nie istniał

jeden lud megalityczny, lecz megalityczne zwyczaje u wielu ludów

i plemion."

 

 

Nieprecyzyjne daty

 

Tak to już jest. W konsekwencji nie ma również ograniczonej

czasowo epoki megalitycznej. Ktokolwiek na świecie obrabiał,

transportował i wznosił do pionu wielkie głazy, robił to w swoţej

epoce megalitycznej - kiedykolwiek by to było. Istnieją świątynie

megalityczne, których nie można datować z pewnością, inne po-

wstałe ok. 2 000 r. prz.Chr., i jeszcze inne, wzniesione w ostatnim

stuleciu. Mnie chodzi wyłącznie o budowle najstarsze. Wszystko, co

ma mniej niż 5000 lat, nie wchodzi w rachubę, bo w późniejszych

epokach zbyt wielki był wzajemny wpływ poszczególnych ludów na

siebie - "przejmowano" zwyczaje od innych.

Datowanie megalitów jest nader interesujące. Oddam wszystkie

skarby świata, żeby się dowiedzieć, jak archeolodzy dochodzą do

takich rezultatów? Na wykładach słyszę wciąż, że wiek tej czy tamtej

próbki można "łatwo" ustalić za pomocą metody C-14. Trzeba sobie

od razu uświadomić, że kamieni nie da się w ten sposób datować.

Metoda opiera się na zjawisku rozpadu radioaktywnego izotopu

węgla C-14 i ma zastosowanie tylko do substancji organicznych

(kości, węgiel drzewny, tkaniny itp.).

Ale kamienie też "dysponują" pewnym rodzajem promieniowania

pochodzącego z atmosfery. Radioaktywność ta jest stale w stanie

rozpadu - jej natężenie ulega zmniejszeniu - powodując tym

samym zmiany struktury atomowej. "Dziury" w tej strukturze są od

razu zastępowane przez jony i elektrony, przy czym elektrony

zmieniają swoje położenie, gdy tylko do kamienia doprowadzi się

energię.

Dzięki temu udało się stworzyć nową metodę datowania przed-

miotów - analizę termoluminescencyjną. Próbka jest ogrzewana

{doprowadzanie energii), elektrony redukują swoją energię do nis-

kiego poziomu i różnicę energetyczną zwracają w formie dającego się

zmierzyć promieniowania.



dalej


strona główna
(23kB)