(23kB)
strona główna


Erich von D„niken

 

 

 

 

STRATEGIA BOGÓW

 

Ósmy cud świata

 

 

 

 

 

I. Mityczne czasy

 

 

Obawiać trzeba się nie tych, co mają

inne zdanie, lecz tych, co mają inne

zdanie, lecz są zbyt tchórzliwi, by je

wypowiedzieć.

 

Napoleon Bonaparte (1769-l821)

 

 

Rzeczywistość jest bardziej fantastyczna niż najśmielsza fantazja.

Nim ruszę śladem sprzed wielu tysięcy lat, muszę opowiedzieć historię

tyleż zdumiewającą co kontrowersyjną; historię, która zdarzyła się

w Ameryce w pierwszym trzydziestoleciu minionego wieku - bo

właśnie ona naprowadzi nas na ten ślad.

Wśród imigrantów, których wielkie grupy przybywały wówczas do

Nowego Świata z Niemiec, Skandynawii, Irlandii i Anglii, znalazła się

też rodzina Smithów ze Szkocji. Rodzina ta zamieszkała wraz z ośmior-

giem dzieci w małej miejscowości Palmyra w stanie Nowy Jork.

Tereny te stanowiły granicę cywilizacji - codzienny byt wymagał od

mieszkańców niezwykle ciężkiej pracy. Amerykańska wojna o niepod-

ległość (1775-1883) skończyła się wprawdzie już przed półwieczem, lecz

ten ogromny kraj był nadal bardzo słabo zaludniony, a osadnicy wciąż

musieli walczyć z pierwotnymi mieszkańcami kontynentu, Indianami.

Przybysze z Europy byli pracowici, z dawnej ojczyzny przywieźli ze

sobą nie tylko narzędzia i wielki zasób dobrej woli, lecz również

różnorodność wyznań, które propagowali z iście misjonarską żarliwoś-

cią. Najróżniejsze sekty i wspólnoty religijne pleniły się niczym chwasty.

Apostołowie zbawienia wszelkiej maści wygłaszali kazania, przelicyto-

wywali przeciwników w utarczkach słownych najśmielszymi obiet-

nicami, zdobywali kolejnych wyznawców wizją najstraszniejszych kar

rodem nie z tego świata. Kaplice, świątynie i kościoły wyrastały jak

grzyby po deszczu -jak gdyby sam diabeł przybył tu, aby posiać zamęt

w umysłach osadników.

Pani Smithowa wraz z trojgiem dzieci przyłączyła się - podobnie jak

wielu innych imigrantów - do prezbiterianów. Ale dla jej osiemnasto-

letniego syna Josepha decyzja nie była taka łatwa - rozpaczliwie

poszukiwał prawdziwego Boga, ponieważ rozumiał, że każdy z żar-

liwych głosicieli słowa bożego uznaje tylko własną rację i przekona-

nie, jakoby tylko on jeden całym swoim jestestwem walczył w imię

Chrystusa. Joseph Smith (1805-1844) był nikim - do owej nocy 21

września 1823 roku, kiedy przeżył szczególną wizję.

 

 

Wizja Josepha Smitha

 

Jak w transie modlił się Joseph w swojej sypialni, gdy nagle dziwna

światłość rozjaśniła pomieszczenie oślepiającym blaskiem. Ze światła

wyszedł bosonogi anioł w białej szacie. Zjawa przedstawiła się prze-

straszonemu młodzieńcowi jako boski posłaniec Moroni i przekazała

zdumiewające informacje:

W kamiennej skrytce, niedaleko domu Smithów, spoczywa w ukryciu

księga wyryta na złotych płytach, będąca całościową relacją o dawnych

mieszkańcach kontynentu amerykańskiego i o ich pochodzeniu. Obok

złotych płyt leży napierśnik, do którego przymocowano dwa kamienie,

tak zwane urim i tummim [ Urim i tummim - kamienie wróżebne

żydowskich kapłanów ] - dzięki nim można przetłumaczyć stare

pismo. Poza tym w kamiennej skrzyni jest również "boski kompas".

Posłaniec znikł po przekazaniu informacji, że to Joseph Smith został

wybrany do przetłumaczenia i ogłoszenia fragmentów zapisków.

Ale tylko na chwilę.

Za moment bowiem Moroni pojawił się znowu, powtórzył jeszcze

raz sensacyjne informacje dodając do nich przerażające proroctwo,

wedle którego w przyszłości nastaną straszliwe spustoszenia oraz klęski

głodu.

Nie wiadomo, czy Moroni miał przekazywać wieści partiami, czy był

zapominalski. W każdym razie pojawił się tej nocy jeszcze raz, aby do

uprzednich posłań dorzucić ostrzeżenie, że Josephowi nie wolno nikomu

pokazywać relikwii znajdujących się na wzgórzu Cumorah - zakaz nie

dotyczył wszakże paru określonych osób. Jeśli postąpi wbrew zakazowi,

zginie.

 

 

Co Joseph Smith znalazł na obiecanym miejscu

 

Joseph Smith, niewyspany po niesamowitych nocnych zdarzeniach,

przy skromnym śniadaniu opowiedział oczywiście ojcu o szokują-

cym przeżyciu. Podobnie jak pozostali mieszkańcy osady, również

Smith-senior był człowiekiem o bardzo bigoteryjnych poglądach, nie

miał więc co do tego żadnych wątpliwości, że jego syn otrzymał rozkaz

od samego Boga. Nakazał mu więc odszukać miejsce, opisane przez

anioła Moroniego.

Oto relacja Josepha Smitha:

"W pobliżu wioski Manchester w hrabstwie Ontario, w stanie Nowy

Jork, znajduje się spore wzgórze, najwyższe w okolicy. Na jego

zachodnim zboczu, w pobliżu wierzchołka, leżały pod dość dużym

kamieniem płyty przechowywane w kamiennej skrzyni. Głaz ten był

od góry gruby w środku i obły, ku brzegom cieńszy tak, że środkowa

jego część była widoczna spod ziemi, podczas gdy krawędzie przysy-

pane były ziemią.

Usunąłem ziemię, postarałem się o drążek, podsadziłem go pod

krawędź i z nieznacznym trudem uniosłem kamień. Spojrzawszy

w głąb, rzeczywiście ujrzałem tam płyty oraz Urim i Thummim wraz

z napierśnikiem, jak powiedział mi to posłaniec. Skrzynia, w której

spoczywały, utworzona była z kamieni spojonych masą w rodzaju

cementu. Na dnie skrzyni leżały w poprzek dwa kamienie, a na nich

spoczywały płyty oraz pozostałe przedmioty".

Gdy pobożny ów młodzieniec, ciekawy jak każdy poszukiwacz

skarbów, sięgnął odruchowo po przedmioty, poczuł uderzenie. Spróbo-

wał powtórnie i znów trafił go paraliżujący cios. Za trzecim razem karą

było uderzenie podobne porażeniu prądem - Joseph Smith padł bez

czucia na ziemię.

W tym momencie pojawił się obok niego zagadkowy nocny posłaniec

Moroni i rozkazał, aby Joseph przychodził tu co roku tego dnia, a kiedy

przyjdzie pora, otrzyma święte przedmioty.

Czas nadszedł cztery lata później!

22 września 1827 roku Moroni przekazał Josephowi Smithowi złote

płyty, napierśnik oraz lśniące "pomoce w tłumaczeniu" - urim

i tummim. Moroni wbił dwudziestodwulatkowi do głowy, że zostanie

pociągnięty do odpowiedzialności, jeżeli przez jego niedbalstwo pra-

stare skarby zaginą.

Nie wiem, jak naprawdę wyglądała cała ta historia.

Mimo wszystko właśnie tak przekazano ją w Ksigdze Mormona, biblii

Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych Dni Ostatnich. Wierzy w nią kilka

milionów mormonów, pobożnych i pracowitych ludzi, mających swój

ośrodek w Salt Lake City w stanie Utah.

Nie wiem, czy Joseph Smith był religijnym psychopatą, czy przebieg-

łym demagogiem, który wykorzystał panujący wówczas zamęt religijny

dla zdobycia zwolenników swojej wiary. A może był po prostu

bezinteresownym, uczciwym i szukającym prawdy prorokiem.

Nie wiem również, kto nawiedził młodzieńca w ową noc 21 września

1823 roku i kto przekazał mu cztery lata później ukryty skarb. Czy był to

Indianin, wiedzący o istnieniu dziwnych płyt? Czy ukrył je sam, czy

zrobił to ktoś z członków jego plemienia? A może ten Indianin

nawrócony na wiarę chrześcijańską przez jedną z wielu wspólnot

wyznaniowych, zdradził surowo chronioną tajemnicę? A może jakiś

biały poszukiwacz skarbów, potrzebujący wspólnika, wtajemniczył

Josepha Smitha w swoje plany? A może młodzieniec sam trafił na skarb

i wymyślił historię o objawieniu, aby zwrócić na siebie uwagę otoczenia?

Nie umiem udzielić odpowiedzi na te pytania, jedno tylko wydaje mi

się sprawą bezsporną:

Joseph Smith miał złote płyty z wyrytym tekstem!

 

 

Jedenastu naocznych świadków

 

Z pomocą "kamieni tłumaczenia", urim i tummim, Joseph Smith

przetłumaczył po 21 miesiącach pracy fragment tekstów z płyt, a następ-

nie pokazał go w lipcu 1829 roku - rozumie się, że za zgodą Moroniego!

- trzem czcigodnym i uczciwym mężom. Oliver Cowdery, David

Whitmer i Martin Harris sporządzili dokument, w którym przysięgli na

piśmie, iż widzieli płyty i to, co na nich wyryto.

Świadectwo to ma swoją wagę, bo nie wyparł się go żaden z trzech

panów, choć odwrócili się od Smitha i założonego przezeń kościoła

"Świętych Dni Ostatnich", a dwaj z nich stali się nawet jego zażartymi

przeciwnikami. Żaden nie odwołał przysięgi.

Dwa dni po pokazaniu płyt trzem mężczyznom Smith przedstawił

swój skarb wjasny dzień kolejnym świadkom, którzy mogli wziąć księgę

do ręki i "przekartkować". Również oni poświadczyli ten fakt pięczęcią

i podpisem:

"Wszystkim narodom, pokoleniom i różnojęzycznym ludom, do

których dzieło to dotrze, niech będzie wiadomym, że Joseph Smith,

Junior, tłumacz tego dzieła, pokazał nam płyty, o których mowa,

a które wyglądały na zrobione ze złota, tyle zaś płyt, ile wspomniany

Joseph Smith przetłumaczył, dotykaliśmy naszymi rękoma i widzieli-

śmy wyryte na nich znaki. Wszystko to miało wygląd starożytny i było

osobliwej roboty. I z całą trzeźwością umysłu dajemy świadectwo, że

wspomniany Joseph Smith pokazał nam te płyty, bo widzieliśmy je

i trzymaliśmy je w naszych rękach, i wiemy z całą pewnością, że

wspomniany Joseph Smith ma płyty, o których mówimy. I składamy

nasze podpisy, aby dać światu świadectwo o tym, co widzieliśmy. I nie

plamimy się kłamstwem, czego Bóg jest świadkiem.

Christian Whitmer Hiram Page

Jacob Whitmer Joseph Smith, Senior

Peter Whitmer, Junior Hyrum Smith

John Whitmer Samuel H. Smith"

Przysięga złożona przez jedenastu w sumie mężczyzn - z których

żaden nie należał do kościoła założonego przez Josepha Smitha (byli to

raczej walczący obrońcy starej wiary, którzy wezwali na świadka

swojego Boga) - ma duże znaczenie, jeżeli weźmie się pod uwagę

żarliwą pobożność i fanatyczne przywiązanie, powodowane strachem

przed karą Sądu Ostatecznego, jakie osadnicy żywili wówczas do swoich

wspólnot i sekt.

 

 

Księga Mormona

 

O tym, że Smith dysponował przez pewien czas płytami z tekstem,

można wnioskować nie tylko z wystąpień przysięgłych świadków: mówi

o tym również sama treść tłumaczenia! Wyklucza ono bowiem fałszerst-

wo carkowite - pewne wydaje się natomiast, że mamy do czynienia

z fałszerstwem czgściowym.

Smith pisał, że złote płyty księgi są cienkie, że są nieco cieńsze od

zwykłej blachy; "strony" były umocowane jak w segregatorze - za

pomocą trzech kabłąków. Sama księga miała szerokość około 15 cm,

wysokość około 20 cm i około 15 cm grubości. Jedną trzecią metalowych

płyt dawało się bez trudu przewracać, pozostałe dwie trzecie natomiast

były połączone w blok - "zapieczętowane". Smith sporządził odciski

znaków z płyt, znaki te zostały zaklasyfikowane później przez nauko-

wców jako "zreformowane egipskie hieroglify".

Dzisiejsza Ksigga Mormona KościoJa Jezusa Chrystusa Świętych Dni

Ostatnich opiera się na tłumaczeniu zagadkowych płyt dokonanym

przez Josepha Smitha - uzupełnionym proroctwami dotyczącymi

Jezusa (na pewno nie było ich w tekście pierwotnym) i jest jakby

kontynuacją historii biblijnej, dopasowanej do wiary społeczeństwa

amerykańskiego lat pięćdziesiątych minionego stulecia.

Smith wraz ze swoją religią Świętych Dni Ostatnich stał się wkrótce

obiektem drwin, a także niechęca amerykańskich fundamentalistów,

którzy trzymali się rygorystycznie "dasłownego odczytywania" Biblii

i z całą żarliwością atakowali teolagię krytyczną i nowoczesną biologię.

Fundamentaliści są w USA nadal.

Dla Smitha cała historia zrobiła się niezbyt przyjemna, bo po

zakończeniu tłumaczenia anioł Moroni zażądał zwrotu płyt, które miały

być ukryte dla przyszłych pokoleń. Paza tłunzaczeniem oraz potwier-

dzonymi przysięgą oświadczeniami jedenastu mężczyzn biedny Joseph

nie dysponował więc dowodem na to, że prawie przez dwa lata co dzień

miał w ręku złote płyty.

Ale młoda wspólnota mormońska trzymała się dzielnie. Powiększała

się mimo ustawicznych prześóadowań (dziś liczy 5 mln członków), choć

już wtedy dochodziło w jej łonie do konfliktów, które doprowadziły

w końcu do aresztowania Josepha i jego brata Hyruma. 27 czerwca 1844

roku motłoch wdarł się do więzienia w Carthago w stanie Illinois

i zastrzelił obu braci. Pracowici i bogobojni mormoni mieli więc teraz

swoich męczenników. Stanowili ścisłą wspólnotę i w ciągu 140 lat

swojego istnienia stworzyli bezprzykładne religijne i świeckie imperium.

 

 

Wędrówka z Bliskiego Wschodu

na kontynent amerykański

 

Między minionymi tysiącleciami a dniem przedwczorajszym minione-

go stulecia trwa nad mglistą otchłanią chybotliwy most, umocowany

słabo do brzegów czasu - wiele zbutwiałych desek tego mostu zmusza

badaczy, którzy nie chcą utonąć w odmętach teraźniejszości, do

wykonywania nader ryzykownych ewolucji. Do przerzucenia względnie

solidnego mostu między tysiącleciami nadają się szczególnie dwa

fragmenty Księgi Mormona: Księga Etera i Nefiego.

Na 24 płytach Księgi Etera zawarto historię ludu Jereda. W tłumacze-

niu czytamy, że podobno już podczas budowy wieży Babel, a więc pod

koniec trzeciego tysiąclecia prz. Chr., Jeredzi błagali swojego boga

o wybawienie z wojennej zawieruchy. Bóg wysłuchał modlitw i po-

prowadził Jeredów w spektakularny sposób najpierw na pustynię,

a potem przeprawił ich przez ocean na kontynent amerykański. Podróż,

opisana po najdrobniejsze szczegóły, trwała 344 dni. Na płytach nie

zapisano, w jakim rejonie amerykańskiego wybrzeża zakończyła się

wędrówka, ale zajrzyjmy do Księgi Etera:

"I stało się, że gdy zeszli do doliny Nimrod [chodzi o Mezopotamię

- przyp. EvD], Pan zstąpił i rozmawiał z bratem Jereda, a był

w obłoku, że brat Jereda nie widział Go. [...] I Pan szedł przed nimi

i mówił im z obłoku, dokąd mają iść. I gdy wyszli z puszczy,

zbudowali barki, którymi przeprawili się przez wielkie wody, kiero-

wani bez przerwy ręką Pana. [...] A były one małe i lekkie, że unosiły

się na wodzie niczym ptactwo wodne. I zbudowali je w ten sposób, że

były dopasowane i jak naczynia nie przepuszczały wody. Ich dno,

ściany boczne i sklepienie były szczelne jak w naczyniu. Były one na

długość drzewa z zaostrzoną przednią i tylną częścią i miały drzwi,

które zarnknięte pasowały dokładnie, że barka była szczelna niczym

naczynie". (Et. 2:4 nn.)

Po zbudowaniu wedle wskazań "Pana" ośmiu nie mających okien,

doskanale szczelnych pojazdów, Jeredzi zauważyli przykry błąd kon-

strukcyjny: gdy zamknięto drzwi, w łodzi robiło się ciemno choć oko

wykol. Nie był to oczywiście błąd, bo "Pan" dał im zaraz 16 świecących

"kamieni", po dwa na każdą łódź, "kamienie" zaś przez 344 dni świeciły

gasnym światłem. Pierwsza klasa!

Łodzie - załadowane nasionami i drobnymi zwierzętami wszelkiego

rodzaju - musiały być w zdumiewający sposób sterowne przy każdej

pogodzie. Nawet jeśli tłumaczenie Księgi Etera tylko częściowo od-

powiada oryginałowi, to i tak Jeredami kierował fenomenalny "Pan".

Człowiek nie może wyjść ze zdumienia:

"Wiele razy pochłaniały ich głębiny morza, gdy burze i gwałtowne

wichry piętrzyły nad nimi fale. I gdy pochłaniały ich głębiny morza,

woda nie mogła wyrządzić im żadnej szkody, gdyż łodzie ich były

szczelne jak naczynia i jak arka Noego. I będąc otoczeni ze wszystkich

stron wodą wołali modląc się do Pana, i Pan wyprowadzał ich na

powierzchnię morza". (Et. 6:6, 7)

 

 

Co to za Bóg zorganizował tę wyprawę?

 

Najpierw Bóg stworzył człowieka, potem unicestwił w potopie

potomstwo jego potomków. Z tymi, którzy przeżyli, zawarł przymierze

"po wieczne czasy" (I Mojż. 9,12). Krnąbrni ludzie chcieli być równi

Bogu, zbudlowali więc w Babilonie potężną wieżę. Rozgniewany Bóg

rozproszył ich "po całej powierzchni ziemi" (I Mojż. 11,1 nn.). Wśród

wypędzonych byli Jeredzi, którzy w stateczkach lekkich niczym ptactwo

wodne, do tego zaopatrzonych w dziwne źródła światła, zostali

skierawani do Ameryki.

Ale dlaczego Bóg, który chciał dać jakiejś grupie ludzi szansę

przeżycia, męczył ich budową ośmiu stateczków? Czy nie mógł ich

wyekspediować na odległy kontynent mocą swojej cudownej siły?

Czy Bóg ten nie potrafił czy nie chciał przewieźć Jeredów przez ocean

drogą powietrzną? Bo o tym, że chciał przetransportować ich przez

Wielką Wodę, świadczą fakty. Czy potrafił dać tylko techniczne

wskazówki do wybudowania stateczków? Czy zapomniał, że w ich

wnętrzu będzie ciemno jak w nocy, a dopiero potem skorygował swój

błąd, dając podróżnym świecące kamienie? Nawet jeśli nie miał ochoty

czynić cudu, nawet jeśli zmusuł ludzi do ciężkiej pracy, pozostaje

zagadką, dlaczego nie podrzucił Jeredom projektu statku pełnomors-

kiego, którym dało by się wygodnie przepłynąć Atlantyk. A skoro już

płynęli w takich skorupkach, to dlaczego potężny Bóg, Pan wiatrów

i chmur, nie postarał się o lepszą pogodę dla swoich owieczek?

To irytujące, że ów ponadczasowy i wszechwiedzący Bóg znał

przyszłość tak powierzchownie. Czy nie przeczuwał, że w tysiące lat po

podróży przez ocean przekaz da powody do wątpienia w jego wszech-

moc? Czy prowokował pytanie: dlaczego zastosowano środki technicz-

ne, dlaczego nie stał się cud? Postąpiłby znacznie rozsądniej stosując nie

dające się wyjaśnić cudowne zjawisko. Cuda nie poddają się kalkula-

cjom krytycznego rozumu.

W końcu Jeredzi dotarli do Ameryki pod pokładami rachitycznych

łódeczek. Czy jednak kierujący całą operacją "Bóg" nve dysponował

dostatecznymi środkami technicznymi do przetransportowania swoich

podopiecznych przez Wielką Wodę w mniej niebezpieczny sposób? Co

to za "Bóg" zajmował się tymi sprawami przed 5000 lat?

Literatura mrocznej prehistorii jest w istocie mityczna. Nic nie

wiadomo na pewno. Bezgranicznie głupiej ludzkości zawsze udawało się

zniszczyć przekazy z minionych epok. Liczącą 50000 woluminów wielką

bibliotekę w Pergamonie w Azji Mniejszej obrócono w perzynę.

Zniszczono wspaniałe biblioteki w starej Jerozolimie i w Aleksandrii,

płomienie pochłonęły przeogromne księgozbiory Majów i Azteków.

Ludzie zawsze niszczyli zbiory wiedzy przeszłości - ale na szczęście nie

dość skrupulatnie. Istnieją jeszcze fragmenty tysiącletnich przekazów,

z których można z trudem ułożyć puzzle, ukazujące wizerunki działają-

cych niegdyś "bogów". Szczątki tekstów nie pozwalają wysnuć wniosku

co do wieku przekazów. Kronikarze zapisywali bezkrytycznie wszystko,

co było im dane przeżyć i o czym dowiedzieli się ze słyszenia. Bardzo

stare, po prostu stare oraz "nowe" historie splatały ię w barwne

opowieści. Epoki mieszały się jak w mikserze. Lata zataczały kręgi,

grupując się z biegiem stuleci wokół jednego punktu.

Nie pozostaje nam więc dziś nic innego, jak zerwać kolejne warstwy

z tej "cebuli" - odsłonić wnętrze, istotę rzeczy. To, na co natrafimy

w "sarnym sednie", nie jest wcale "cudowne", niewyjaśnialne, nie

odwołuje się do wiary, lecz jest sprawą rozumu - da się więc

zanalizować i wyjaśnić. Idąc od sedna przekazów - po usunięciu

naleciałości - można odnaleźć ślady, pozostawione dla ciekawych

świata ludzi dalekiej przyszłości. Przyszłość ta właśnie się zaczęła!

 

 

Księga na kamieniu szafiru

 

W Legendach Żydów zpradawnych czasów można przeczytać, że anioł

Raziel "z rozkazu Najwyższego" przyniósł Adamowi po jego wypędze-

niu z raju księgę, której tekst wyryto jasno i wyraźnie "na kamieniu

szafiru". Anioł poinformował Adama, że może się kształcić z tej księgi.

Ojciec rodzaju ludzkiego pojął, że książka jest niezwykle cenna, chował

ją zatem po każdej lekturze do jaskini.

Z księgi Adam dowiedział się...

"[...] wszystkiego o swoich członkach i żyłach, i o wszystkim, co dzieje

się w środku jego ciała, o jego celach i przyczynach".

Nauczył się też rozumieć bieg planet. Z pomocą księgi mógł:

"[...] badać orbity Księżyca i Aldebarana, Oriona i Syriusza. Potrafił

wymienić nazwę każdego nieba i wiedział, na czym polegajego istota.

[...] Wiedział co to huk grzmotu, co to błyskawica, umiał też

powiedzieć, co zdarzy się od pełni do pełni".

"Księga" na szafirze zawierająca wskazówki z dziedziny anatomii

i astronomii? Prezent Raziela dla Adama był równie zaskakujący jak

anioła Moroniego dla Josepha Smitha!

Dla kronikarzy z zamierzchłej przeszłości było to coś w rodzaju

"kaczki dziennikarskiej". "Księga" na szafirze? Kompletna bzdura!

My, mądre dzieci epoki komputerów, wiemy, że to, co niegdyś było

nie do pomyślenia, dziś jest możliwe do zrealizowania z technicznego

punktu widzenia. Każdy wie, że w technice półprzewodnikowej "ryje

się" płytki krzemu, aby zmagazynować na nich miliony informacji.

Patrząc z perspektywy dnia dzisiejszego nasuwa się pytaruie: czy zapis

tekstu na szafirze był efektem technologii wyprzedzającej daleko naszą?

Legendy Żydów z pradawnych czasów mówią, że Adam miał przeka-

zać drogocenną księgę synowi Setowi, który z kolei pozostawił ją swoim

potomkom, od Henocha, Noego, Abrahama, Mojżesza, Aarona - sa-

me tęgie głowy! - aż po Salomona (ok. 965-926 prz. Chr.), króla Judy

i Izraela, który zdobył swoją olbrzymią wiedzę dzięki szafirowi.

Wedle Legend Żydów z pradawnych czasów apokryficzna Księga

Henocha ma być częścią "szafirowej księgi" Adama. Henoch, siódmy

z dziesięciu praojców, pozostawał oczywiście w bezpośrednim kontak-

cie z Bogiem, rozmawiał ze "strażnikami nieba" i "upadłynii aniołami".

Mając 365 lat został - wcale nie umarł - w spektakularny sposób

"usunięty" do nieba. Najstarsze żydowskie legendy podają dalej, że

Henoch zdobył swoją obszerną wiedzę za pośrednictwem "szafrowej

księgi" Adama i gramadził wokół siebie ludzi, by ich nauczać,

objawiając mądrości z niej pochodzące:

"Gdy zatem ludzie siedzieli wokół Henocha, a Henoch powiedział do

nich, wznieśli oczy i ujrzeli zstępujący z nieba kształt rumaka, a rumak

ten burzą spadał na ziemię. Wonczas powiedzieli o tym ludzie

Henochowi, a Henoch odparł im: Dla mnie zstąpił ów rumak. Czas

nadszedł oraz dzień, gdy od was odejdę i odtąd nigdy was już nie ujrzę.

A rumak już był i stał przed Henochem, a wszyscy, co byli

z Henochem, widzieli to wyraźnie".

Starożydowski przekaz mówi dalej, iż wierni wcale nie chcieli

opuszczać Henocha w padróży do nieba, że podążali za nim, choć on

prosił ich po siedmiokroć, aby go zostawili, że napominał ich stanow-

czo, aby zawrócili, gdyż inaczej umrą. Podobno po każdym takim

ostrzeżeniu pewna grupa ludzi odchodziła do domów, lecz najwytrwalsi

zostawali przy Henochu. Wierność, przywiązanie, ciekawość? W końcu

Henoch dał za wygraną, choć był zły:

"Ponieważ uparli się, że z nim pójdą, on przestał do nich mówić, a oni

poszli za nim i już nie zawrócili. W siódmy dzień zaś zdarzyło się, że

Henoch w burzy wjechał do nieba na ognistym wozie ciągniętym

przez ogniste rumaki".

W jak "nieboski" sposób odbywał się start Henocha ku niebu, opisują

starożydowskie przekazy. Gdy nastał spokój, ludzie, którzy zawrócili,

odnaleźli swoich towarzyszy do ostatniej chwili depczących Henochowi

po piętach: gorliwcy leżeli martwi na stanowisku startowym - najmoc-

niej przepraszam! - na miejscu, z którego wzniósł się Henoch z pomocą

rumaków ognistych.

 

 

Wielkie czasy bogów

 

Mityczne czasy między pojawieniem się Adama w scenariuszu historii

ludzkości a budową wieży Babel były pierwszym okresem działalności

bogów, latających rumaków plujących ogniem, zagadkowych śmierci

i zdumiewających narodzin.

Historia ta sięga bardzo daleko w przeszłość, choć poznaliśmy ją

dopiero w 1947 r. Wtedy to bowiem natrafiono w Qumran na sensacyjne

znaleziska: w miejscowych grotach odkryto w glinianych pojemnikach

rękopisy z II w. prz. Chr.

Jeden z nich mówi o Lameku, praojcu koczowników i muzyków,

a zarazem ojcu Noego.

Lamek jest kontent zapewne jeszcze i dziś, że intymne historie

rodzinne nie wyszły na jaw za jego życia - bo są równie nieprzyjemne,

co zdumiewające. Małżonka Lameka, Bat-Enosz, wydała na świat

dziecko, mimo że Lamek nie wszedł z nią do łoża. Dopiero później

dowiedział się od swojego dziadka Henocha, że nasienie w łono jego

małżonki włożyli "strażnicy nieba". Lamek okazał się wielkoduszny

i uznał dziecko za swoje. Na prośbę "strażników", spłodzone w tak

dziwny sposób dziecko nazwano Noe. Noe zdobył światową sławę jako

człowiek, który przeżył potop.

Jakby nie dość było tych kłopotów, nie udało się też utrzymać

w tajemnicy narodzin w żadnym razie nie w naturalny sposób spłodzo-

nego dziecka syna Lameka, Nira. Żoną Nira była Sopranima, osoba

- jak twierdzi rodzina - bezpłodna. Wielokrotne próby Nira zapłod-

nienia Sopranimy spełzły na niczym. Dla kapłana Najwyższego, jakim

był Nir, podziwianego za mądrość przez prostych ludzi, niesłychaną

hańbą stała się wiadomość o ciąży małżonki. Wstrząśnięty i roz-

gniewany w najwyższym stopniu, Nir zelżył Sopranimę w tak okropny

sposób, iż padła trupem, z jej łona jednak wyszedł chłopczyk o wzroście

trzylatka. Nir zawołał wtedy swojego brata Noego. Obaj pochowali

Sopranimę i dali chłopcu imię Melchisedek. Melchisedek stał się znany

jako legendarny król-kapłan Salemu, późniejszego Jeru-Salem.

Nie ma najmniejszych wątpliwości, że w przypadku Melchisedeka

chodziło o "niebiańskie narodziny". Zanim Pan otworzył hydranty

zapoczątkowując potop, z nieba zstąpił archanioł Michał i oznajmił

przybranemu ojcu Nirowi, iż to "Pan" zasadził Melchisedeka w łonie

Sopranimy. Dlatego właśnie - zrozumiałe! - "Pan" przysyła ar-

chanioła Michała z rozkazem zabrania Melchisedeka do raju, aby tam

przetrwał w zdrowiu rychły potop:

"I wziął Michał chłopca w ową noc, w którą i on zstąpił na ziemię,

a wziął go na swe skrzydła i umieścił w raju Adama".

Melchisedek przeżył! Po potopie pojawił się znowu. Pisze o tym

kronikarz Mojżesz:

"A gdy wracał po zwycięstwie nad Kedorlaomerem i królami, którzy

z nim byli, wyszedł mu na spotkanie król Sodomy do doliny Szewe,

doliny królewskiej, Melchisedek zaś, król Salemu, wyniósł chleb

i wino. A był on kapłanem Boga Najwyższego. I błogosławił mu,

mówiąc: Niech będzie błogosławiony Abram przez Boga Najwyż-

szego, stworzyciela nieba i ziemi! I niech będzie błogosławiony Bóg

Najwyższy, który wydał nieprzyjaciół twaich w ręce twoje! A Abram

dał mu dziesięcinę ze wszystkiego". (I Mojż. 14, 17-20)

Setki znawców i egzegetów Biblii gorączkowało się nad tym fragmen-

tem: "Oczywiste jest, że zdumiewająca postać króla-kapłana Sale-

mu, który zjawia się i znika jak deus ex machina, intrygowała potom-

nych".

Zdarzyła się tam istotnie rzecz nadzwyczajna. W hierarchii tcadycji

żydowskiej na czele stał Abraham, pierwszy z patriarchów i założycieli

religii. A tu nagle pojawia się prawie nikomu nie znany Melchisedek

i błogosławi Abrahama! Ale to jeszcze nie wszystko: patriarcha składa

dobrowolnie królowi Salemu "dziesięcinę ze wszystkiego"! Cóż to był za

kapłan "Boga Najwyższego"? Istniał tylko jeden Bóg, którego uznawał

również Abraham. A może Abraham wiedział o nadzwyczajnych

"niebiańskich narodzinach"? Ten Melchisedek pojawia się poza planem

- nie daje się umieścić w gotowym schemacie.

Odrzuciwszy naiwną wiarę i odważywszy się na nowoczesne spekula-

cje, można zagadkę Melchisedeka rozwiązać: Grupa istot pozaziems-

kich, składająca się z tak zwanych bogów, poczęła Noego i Mel-

chisedeka za pomocą sztucznego zapłodnienia. Prawni ojcowie, Lamek

i Nir, uznali ich za swoich synów wbrew własnemu przekonaniu, mieli

bowiem jeszcze w pamięci zapewnienia swoich małżonek, Bat-Enosz

i Sopranimy, że synowie zostali zasiani w ich łonach przez istoty

"niebiańskie". Są to ci sami niebiańscy bogowie, którzy unicestwili

potomność, ponieważ eksperyment genetyczny zaczął posuwać się

w niewłaściwym kierunku. Przed potopem uchroniono oba "produkty"

manipulacji genetycznych: Noe, kapitan arki, stał się patriarchą nowego

rodzaju, król-kapłan Melchisedek zaś jego mistrzem.

Fakt, iż Melchisedek żył przed i po potopie, nie powinien nam

przeszkadzać. Było to możliwe dzięki zjawisku odkrytemu przez Alberta

Einsteina i udowodnionemu eksperymentalnie: jeżeli Melchisedek wsiadł

- za sprawą archanioła Michała - do statku kosmicznego, który

z wielką szybkością odleciał a następnie powrócił na Ziemię, to po

względnie krótkim czasie lotu na Ziemi mogły upłynąć wieki lub

tysiąclecia, a załoga statku wcale się przy tym nie postarzała. Melchisedek

był nadal młody i gotowy do wypełniania kalejnych zadań.

 

[ O efektach przesunięcia w czasie innych postaci biblijnych pisałem

w mojej książce Beweise (Dowody). ]

 

Nie zależy to ani od upływu czasu, ani od imion. "Legendarne"

przekazy nie dają się umieścić w czasie. Czy człowiek, który przeżył

potop, w istocie nazywał się Noe, jak twierdzi Biblia? A może nazywał

się Utnapisztim, jak chce sumerski epos Gilgamesz, powstały około

2000 r. prz. Chr.? A może wcale nie nazywał się Utnapisztim, lecz

Mulkueikai, jak kolumbijscy Indianie Kagaba nazywają swojego pro-

roka, który przeżył potop w czarodziejskim statku? Imiona - dym to

i mary. Ważna jest istota przekazu.

 

 

Most między tysiącleciami

 

Czyżbyśmy stracili z oczu Ksigęg Mormona? Co wspólnego ma anioł

Raziel z wniebowstąpieniem Henocha, co wspólnego ma sztuczne

poczęcie Noego i Melchisedeka z Księgą Mormona?

W przełożonej przez Smitha Księdze Etera czytamy, że Jeredzi

wyruszyli na ośmiu stateczkach na morze w czasach budowy wieży

Babel. Jeredzi wywodzą się od Jereda, ten zaś był ojcem Henocha!

"Jered" znaczy tyle co "ten, który zstąpił", zrozumiałe jest więc, że

Jeredzi pochodzili z "boskiej linii" i dlatego bogowie skierowali ich po

potopie do nowej dziedzicznej krainy. Zespół kosmonautów troszczył

się o potomstwo. Wygląda to na nepotyzm.

Przypomnijmy sobie: W Księdze Etera Jeredzi przybywają do nowej

ojczyzny na ośmiu pozbawionych okien stateczkach, szczelnych jak

naczynia. Podobną podróż opisuje babiloński epos Enuma elisz. Jest

tam też mowa o potopie, ale ten, któremu udaje się przeżyć, nazywa się

Atra-Hasis. W tym zachowanym we fragmentach utworze bóg Enki

przekazuje wybranemu do przeżycia Atra-Hasisowi dokładne wskaza-

nia, jak zbudować statek. Na protest Atra-Hasisa, że nie zna się na

budowie statków, bóg Enki rysuje na ziemi plan wodnego pojazdu,

opatrując go wyjaśnieniami.

Amerykański orientalista Zacharia Sitchin, pierwszy naukowiec,

który odważył się na współczesną interpretację tekstów sumerskich,

asyryjskich, babilońskich i biblijnych, pisze:

"Enki domagał się, aby Atra-Hasis zbudował statek 'przemyślany',

zamykany hermetycznie i uszczełniony 'lepką mazią'. Statek nie mógł

mieć pokładu ani żadnego otworu, przez który 'wnikałoby słońce'.

Miał być jak 'statek Apsu', sulili - dokładnie to słowo (soleleth)

stosuje współczesny język hebrajski na określenie łodzi podwodnej.

- Niech to będzie statek MA.GUr.Gur! - powiedział Enki (statek,

który może się kołysać i wywracać)".

 

 

Dręczące pytania

 

W 1827 roku w rękach Josepha Smitha znajdowały się niezwykłe złote

płyty. Biedny imigrant ze Szkocji nie znał ani języka aramejskiego, ani

starohebrajskiego, nigdy nie widział sumerskiego pisma klinowego,

ba!, w owych czasach nie było na świecie naukowca, który w ogóle

mógłby przetłumaczyć sumerskie teksty, ponieważ odkryto je - podob-

nie jak słynny epos o Gilgameszu - znacznie później: W jaki więc

sposób wyjaśnić podobieństwa między Księgą Etera a tekstami od-

krytymi później?

Ludzie każdej epoki patrzą na historię przez okulary szlifowane przez

naukowców. Okulary z warsztatów nauk ścisłych - matematyki, fizyki,

biologii, chemii - wyostrzają obraz. Gdy jednak do godności nauki

wyniesiono teologię i psychologię, okulary zaszły mgłą - duecik ten

należało pozostawić raczej w sferze ducha. Gdy teolodzy i psycholodzy

wrzucą stare teksty do swoich "naukowych" mikserów, to wychodzi

z tego co najwyżej mętna wiara. Ten produkt ma być efektem

naukowego poznania? Brrr!

W nieco subtelniejszy sposób, w elitarnym języku naukowej nomen-

klatury, wyznaje się pogląd, że jednak starożytni kronikarze kłamali.

Naukowcy zapędzeni w kozi róg są raczej gotowi zaakceptować fakt (na

co nie potrafią się zdobyć archeolodzy, etnolodzy i prehistorycy), że już

przed tysiącleciami ludzie potrafili budować pełnomorskie statki z pra-

wdziwego zdarzenia... niż uznać obecność "bogów" - nieznanych na-

uczycieli.

Czy kronikarze, autorzy eposu Enuma elisz, kłamią pisząc, że bóg

Enki uczył Atra-Hasisa budowy statków? Dlaczego dopiero za sprawą

bogów Noe i Untapisztim wpadli na pomysł zbudowania statków tak

szczelnych i sołidnych, że pozwoliły im przeżyć? W jakim czarodziejskim

warsztacie skonstruowano sztuczne oświetlenie dla floty Jeredów? Jeżeli

nie było uczonych, to jak wytłumaczyć "cud" sztucznych zapłodnień,

które doprowadziły do narodzin tak wielkich postaci jak Noe i Mel-

chisedek?

Wiem, że Noe nie był pierwowozorem! Najstarszym sumerskim

Noem nie był nawet Untapisztim, ale znacznie odeń starszy Ziusudra.

Przykład ten dowodnie świadczy o tym, że różni kronikarze: a) czerpali

z dawniejszych źródeł oraz b) bohaterom z minionych czasów nadawali

imiona typowe dla swojego ludu. Niezależnie jednak od tego, pod jakim

imieniem pogromcy potopu wchodzili do legend, zawsze byli boskiego

pochodzenia.

 

 

Poszlaki pozwalające sformułować list gończy

 

Kto założywszy czyste, krytyczne okulary przestudiuje zachowane we

fragmentach starożytne teksty, znajdzie w nich elementy pozwalające

zidentyfikować "bogów".

W przeciwieństwie do Boga panującego w Universum, boskie po-

stacie z legend i mitów wcale nie były wszechmocne. Nie występowały

w strojach baśniowych wróżek, które czarodziejską różdżką przenosiły

całe grupy ludzi zjednego miejsca w drugie. "Bogowie" latali wprawdzie

nad ziemią, w szczególnych przypadkach brali na pokład latających

statków pasażerów, ale w swoich pojazdach nie przewozili większych

grup ludzi. To jasne: "bogowie" nie mieli dużych statków kosmicznych,

ich możliwości techniczne były bardzo ograniczone: Pojazdy te były

prawdopodobnie czymś pośrednim między promem kosmicznym a śmi-

głowcem. To, że w cżasach biblijnych taki niewielki lądownik był realny

z technicznego puntku widzenia, dowiódł inżynier NASA Joseph

Blumrich na podstawie Księgi Ezechiela.

Z wielkiego macierzystego statku kosmicznego, krążącego po orbicie

wokółziemskiej - którego nigdy nie ujrzeli mieszkańcy Błękitnej

Planety - przybywały na Ziemię mniejsze pojazdy. Tak jak amerykań-

ski prom kosmiczny, mieściły one tylko kilka osób. Przed wejściem

w atmosferę statek hamował silnikiem strumieniowym. Silnik czerpał

energię z reaktora nuklearnego. (Przeciwnicy energii atomowej zaraz

podniosą larum. że na pewno napromieniowywało to załogę statku.

Bzdura. Dlaczego marynarze atomowych łodzi podwodnych nie są

napromieniowani nawet po dłuższych rejsach?)

Na wysokości 10 km nad Ziemią pojazd się zatrzymywał. Z korpusu

wysuwały się dwa lub cztery wirniki nośne. (Wirniki nie mogły się

wysuwać, powiedzą sceptycy. Mogły, bo - przykładem niech będzie

antena samochodowa! - były składane. A energia? Dostarczał jej

oczywiście reaktor atomowy.) Lądownik opuszczał się na Ziemię,

mogąc siadać zarówno na równinach, jak i w terenie górzystym.

(Utopia? Skąd istoty pozaziemskie znały gęstość atmosfery ziemskiej?

Jak wyglądały wirniki nośne? Stojąc na znacznie wyższym poziomie

techniki od mieszkańców Ziemi, zbadały to wszystko krążąc na orbicie

wokółziemskiej. Poza tym: śruba okrętowa porusza statek w każdym

ośrodku ciekłym - czy będzie to woda słodka, czy słona, olej, czy morze

whisky. Konstruktorzy samolotów dawno rozwiązali problem ustawia-

nia aktywnych elementów wirnika nośnego śmigłowca w zależności od

ciśnienia atmosferycznego.)

Lądowaniem śmigłowców można by też wytłumaczyć hałas, grzmoty

i dudnienia słyszane podlczas przybywania "bogów", a opisywane

z wyraźnym strachem przez kronikarzy starożytności.

W niewielkich lądownikach nie można było oczywiście przewozić

większych grup ludzi. Kiedy jakiś "bóg" najwyższy, niebiański, chciał

przetransportować przez ocean swoich pupilów, uczył ich - co zawarto

w legendach - jak budować statki.

Jeżeli nie uda się nam już odnaleźć następnych pradawnych tekstów

- które bez wątpienia czekają gdzieś na swojego odkrywcę - nie

dowiemy się, w jakich legendarnych czasach zdarzyło się to wszystko.

Kiedyś na Ziemi działali "bogowie".

 

 

Pokrewieństwa

 

Większość entografów jest dziś zdania, że miały miejsce kontakty

między Starym a Nowym Swiatem - przez cieśninę Beringa albo przez

Antlantyk, co udowodnił Thar Heyerdahl swoimi wyprawami na

tratwie. Podobieństwa między kulturami Ameryki Południowej

i Środkowej a Bliskiego Wschodu są bezsporne. Swiadczą o tym

następujące przykłady:

 

Bliski i Środkowy Wschód Ameryka Południowa i Środkowa

 

Dokładne obliczenia kalendarzo- Równie dokładne kalendarze In-

we Sumerów, Babilończyków ków i (później) Majów

i Egipcjan

Umiejętność obróbki i transportu Takimi samymi umiejętnościami

kamiennych megalitycznych gi- technicznymi dysponowały ple-

gantów u Sumerów, Babilończy- miona preinkaskie oraz Inkowie.

ków, Egipcjan i innych ludów Ich świadectwa można oglądać

w Tiahuanaco, Boliwii i Sacsayhu-

aman (Peru)

Dolmeny i menhiry w Galilei, Sa- Takie same znaleziska w Kolum-

marii i Judei oraz w prehis- bii

torycznej Francji i Anglii

Sarkofagi wycinane z jednego olb- To samo

rzymiego kamienia

Mumifikacje To samo

Zorientowane astronomicznie Takie same znaleziska z okresu

prehistoryczne kręgi i prostokąty prehistorii w Peru i Kolumbii

kamienne

Potężne, skierowane ku niebu To samo w Peru (Nazca, Palpa)

oznaczenia na pustyni w dzisiej- i na stromych wybrzeżach Chile

szej Arabii Saudyjskiej

Małżeństwa braci z siostrami Kazirodztwo było praktykowane

u Babilończyków i faraonów egip- również u Inków dla zachowania

skich "boskiej krwi" boga Słońca

Przekazy o potopie zawierające te Takie same przekazy u kolumbijs-

same szczegóły (np. kruk i gołąb kich Indian Kagaba oraz potom-

wypuszczany z arki) u Sumerów, ków meksykańskich Azteków.

Babilończyków i Żydów Aztecki Noe nazywa się Tapi. Az-

tecka relacja o potopie jest iden-

tyczna z biblijną

Deformacje czaszek niemowląt Takie same deformacje u plemion

u Egipcjan preinkaskich oraz inkaskich

Wizerunki operacji czaszki na ży- Takie same trepancje u Inków

wych ludziach u Babilończyków i wszystkich plemion indiańskich

i Egipcjan

Umiejętności inżynieryjno-techni- To samo u Inków i Majów. Ostat-

czne pozwalające na budowę wiel- nio z powietrza i satelitów stwier-

kich systemów irygacyjnych u Ba- dzono istnienie wielkich systemów

bilończyków irygacyjnych Majów

Ozdoby głowy albo korona z piór Takie same zwyczaje u Inków

noszona dla ukazania, że jest się i wszystkich plemion indiańskich

blisko "tego, który lata". Wodzo-

wie egipscy i hetyccy

Cześć oddawana "latającemu Budowle Inków i Majów roją się

wężowi" u Babilończyków, Egipc- od "latających wężów"

jan, Hetytów i innych ludów Me-

zopotamii

Budowa piramid dla oddania czci Strzelające w niebo piramidy

bogom i dla zbliżenia się do nich schodkowe Majów nie wyglądają

wprawdzie tak samo jak nieco

mniej strome, wykładane płytami

piramidy w okolicach Kairu, lecz

przecież i w Egipcie stały piramidy

schodkowe - np. w Sakkara.

Ogromna piramida w Teotihua-

can w Meksyku jest porównywal-

na z piramidami egipskimi. Mezo-

potamskie zikkuraty są schodko-

wymi pierwowzorami piramid

W I Księdze Mojżeszowej napi- W Popol Vuh, legendzie o stworze-

sano: "cała ziemia miała jeden niu Majów-Quiche, w Części II,

język i jednakowe słowa" (I Mojż. Rozdział III, napisano: "Jeden był

11,1) język wszystkich. Nie wzywali dre-

wna ani kamienia [...]", a w Części

III, Rozdział V: "Cóż takiego

uczyniliśmy? Jesteśmy zgubieni!

W czym zostaliśmy oszukani? Jed-

na była nasza mowa, gdy przybyli-

śmy tam, do Tulan"

W II Księdze Mojżeszowej Pan W legendach Cakchiquelów,

mówi do Mojżesza: "Ty zaś pod- szczepie plemienia Majów, czyta-

nieś laskę swoją i wyciągnij rękę my: "Wetknijmy ostrza naszych

swoją nad morze, i rozdziel je, lasek w piach pod morzem i pręd-

a synowie izraelscy przejdą środ- ko ujarzmimy piachem morze. Po-

kiem morza po suchym gruncie" mogą nam nasze czerwone laski,

(II Mojż. 14, 16) które otrzymaliśmy przed brama-

mi Tuli [...] Gdy dotarliśmy do

krańca morza, Balam-Quitze do-

tknął je swoją laską, a zaraz ot-

worzyła się droga"

Nieco dalej, również w II Księdze W Popol Vuh, Część III, Rozdział

Mojżeszowej, możemy natomiast VII, czytamy: "[...] jakby nie było

przeczytać następujący fragment: morza, przeszli na tę stronę; po

"A Mojżesz wyciągnął rękę nad kamieniach przeszli, po kamie-

morze. Pan zaś sprowadził gwał- niach okrągłych, leżących na pias-

towny wiatr wschodni wiejący ku. Z tej też przyczyny zostały one

przez całą noc i cofnął morze, nazwane Kamieniami w Szeregu,

i zamienił w suchy ląd. Wody się Wyrwanymi Piaskami, takie imio-

rozstąpiły. A synowie izraelscy szli na im nadali, gdy wędrowali po-

środkiem morza po suchym grun- śród morza, pośród rozstępują-

cie, wody zaś były imjakby murem cych się przed nimi wód"

po ich prawej i lewej stronie" (II

Mojż. 14, 21-22)

W I Księdze Mojżeszowej jest taki W Popol Vuh, Część IV, Rozdział

fragment: "[...] To będzie znakiem V, napisano: "To będzie pamiąt-

przymierza, które ja ustanawiam ka, którą wam zostawiam. To bę-

między mną a między wami i mię- dzie wasza potęga. Żegnam się

dzy każdą istotą żyjącą, która jest pełen smutku - dodał. Wtedy

z wami, po wieczne czasy" zostawił znak swego istnienia [...]"

(I Mojż. 9, 12)

W księdze Daniela znalazły się W Popol Vuh, Część II, Rozdział

takie słowa: "Wtedy związano X, czytamy: "Potem wstąpili

tych mężów w ich płaszczach, tu- w ogień w Domu Ognia, gdzie był

nikach, czapkach i w pozostałych tylko ogień, ale nie spłonęli. Paliły

ubraniach i wrzucono do wnętrza się tylko węgle i drwa. I tak samo

rozpalonego pieca ognistego [...] gdy nastał świt, byli cali. Ale prag-

A on odpowiadając rzekł: Oto ja nieniem [Panów Xibalba] było,

widzę czterech mężów chodzących aby umarli tam, w tym domu, do

wolno w środku ognia i nie ma na którego weszli. Jednakże nie stało

nich żadnego uszkodzenia, a wy- się tak i przeraziło to wielce Panów

gląd czwartej osoby podobny jest Xibalba"

do anioła" (Dan. 3, 21 i 25)

 

 

Byłoby niezwykle korzystne a zarazem godne podziwu, gdyby tę

skromną listę zdumiewających podobieństw starożytnych tekstów

Starego i Nowego Świata rozbudować w jakiejś pracy doktorskiej do

rozmiarów pokaźnej książki - jeżeli rzeczywiście można mówić

o zainteresowaniu rozwiązywaniem zagadek przeszłości.

Thor Heyerdahl zwrócił uwagę świata nauki na inne pokrewieństwa

- podobna technika tkania bawełny, rytuał obrzezania, takie same

złote wyrobyjubilerskie, podobna technika wojenna itd. . Gerd von

Hassler, dziennikarz i popularyzator nauki, wykazał dziwne podobieńs-

two imion bogów i miast na obu kontynentach.

Ostatnie wątpliwości co do importu kultury z rejonu Mezopotamii do

Ameryki Południowej i Środkowej rozwiewa Popol Tiuh - w Części IV,

Rozdział V i VI czytamy, iż praojcowie przybyli ze Wschodu:

"Takie więc było zniknięcie i koniec Balam-Quitze, Balam-Acaba,

Mahucutaha i Iqui-Balama, pierwszych mężów, którzy przybyli

stamtąd, zza morza, skąd wstaje slorice. Upłynęło dużo czasu, odkąd

tu przyszli, aż do chwili gdy umarli, będąc już bardzo starymi,

wodzowie i ofiarnicy, bo tak ich zwano. [...] przyszli, gdy udali się za

morze, aby otrzymać malowidła z Tulan, malowidła, jak nazywano

to, na czym przedstawili swe dzieje".

W 1519 roku, kiedy hiszpańscy zdobywcy rozłożyli się obozem przed

Tenochtitlan, władca Azteków Montezuma (1466-1520) wygłosił do

indiańskich kapłanów i najwyższych dygnitarzy mowę, zaczynającą

się tak:

"Tako wam, jako i mnie wiadome jest, iż przodkowie nasi nie

pochodzą z tego kraju, w którym żyjemy, lecz pod dowództwem

wielkiego księcia przywędrowali z bardzo daleka".

Montezuma był wodzem wykształconym, był uczony wedle stanu

współczesnej mu nauki, znał również dobrze przekazy przodków.

Wiedział, o czym mówi. Przybycie Hiszpanów pod przywództwem

Hernana Cortesa było dlań spełnieniem wiary w powrót boga Quetzal-

coatla, nie stawiał więc oporu.

Nieistotne jest wobec tego już pytanie, czy nastąpił wpływ jednej

kultury na drugą, należy się raczej odważyć na podjęcie próby

znalezienia odpowiedzi, kiedy to nastąpiło i dlaczego.

 

 

Kiedy i dlaczego?

 

Bezcelowe jest zgadywanie, kiedy to się zdarzyło. Mimo dających się

datować znalezisk archeologicznych, nieznane są nawet terminy choćby

bardzo przybliżone. Aztecy powoływali się na przekazy tak stare, że nie

mieli najmniejszego pojęcia o ich początkach. Talk samo było u Majów

oraz Inków. To, co dopisywał za każdym razem kolejny pisarz, było mu

znane tylko ze słyszenia: "To było w zapisach ojców". Nie podawano

źródeł - bardzo naganne. Autorzy kronik nie wiedzieli ani kim byli ci

ojcowie, ani kiedy przybyli.

Datowania archeologiczne jednak sięgają coraz dalej w przeszłość.

W "Scientific American" słynny badacz historii Majów Norman

Hammond opisał pochodzące z 2600 r. prz. Chr. ceramiczne znaleziska

z Jukatanu, półwyspu oddzielającego Zatokę Meksykańską od Morza

Karaibskiego. Na podstawie motywów artystycznych przedstawionych

na ceramice można doliczyć jeszcze parę preklasycznych okresów

w historii Majów. Nowe datowanie wprowadza do sprawy okropny

chaos, wedle bowiem dotychczasowej opinii archeologów Stare Im-

perium Majów liczy się od ok. 600 r. prz. Chr., preklasyczny okres

natomiast zaczął się najwcześniej ok. 900 r. prz. Chr. Cóż począć

z niepotrzebnymi skorupami, za starymi o 1500 lat jak na obowiązujący

schemat? Najchętniej zakopano by je z powrotem i zapomniano,

pozostawiając tym samym twardy orzech do zgryzienia przyszłym

pokoleniom. Każde nowe datowanie utrudnia rozwiązanie tej łamigłó-

wki, z nadzieją czekamy też na kolejne znaleziska. Ostatnia opinia nauki

brzmi: na temat daty legendarnego przybycia przodków Majów nie

można powiedzieć nic pewnego ani na podstawie świadectw pisanych,

ani archeologicznych. Daty majaczą mgliście w mroku historii.

Równie niejasny jest też sposób pokonywania odległości. Wczesną

wiosną i zimą można przejść przez pokrytą lodem Cieśninę Beringa

- między Przylądkiem Księcia Walii w Ameryce Północnej a Przyląd-

kiem Dieżniewa w Azji. Przez cały rok jednak dryfujące lody i mgły

utrudniają tu zarówno żeglugę, jak i przejście suchą nogą. W razie

prehistorycznej wędrówki ta niebezpieczna lodowa droga nie wydaje się

najlepszym pomysłem. Ale jeśli założymy, że do przepłynięcia Atlan-

tyku stosawano tratwy, kanu albo prymitywne łodzie żaglowe, to

musimy przyjąć, że cel podróży był wędrowcom znany.

Doceniam oczywiście odwagę i umiłowanie ryzyka naszych przod-

ków, którzy dopiero co opuścili epokę kamienną. Uważam, że znalazł-

szy się w trudnej sytuacji, potrafili być odważni nawet do szaleństwa, ale

na pewno nie mieli skłonności samobójczych. Byli mieszkańcami lądu,

obawiali się więc rozszalałego morza, które słabiutkie tratwy łamało jak

zapałki. Jeżeli mimo to odważyli się na podjęcie tak niebezpiecznej

wyprawy, cel musiał im się po stokroć opłacać. Gdy zaakceptujemy tę

możliwość, to jasna będzie przynajmniej odpowiedź na pytanie "dla-

czego?": "bogowie" przyrzekli im ziemię obiecaną! Konsekwencją

obietnicy jednak była konieczność nauczenia ludzi budowy statków,

nawigacji etc. Bogowie wskazywali też płynącym kruchymi łupinkami

niewielkim grupkom ludzi - bo nie była to wcale "wędrówka ludów"

- drogę do celu. Tak, jak zapisano to w przekazach.

 

 

Nieokiełznany rozum

 

Pozostaje jeszcze spekulacja, jakie znaczenie dla przemieszczenia

niewielkiej liczby ludzi w inne rejony Ziemi miała "boskość". Czy

chodziło o przeniesienie pół-boskich potomków na nowe, bezpieczniej-

sze ziemie dziedziczne? Czy "bogowie" przewidzieli kierunek rozwoju

ludzkości, kierunek wykształcania się ludzkiej inteligencji? A może

oczekiwali, iż wśród potomków sztucznie spłodzonych patriarchów

Noego i Melchisedeka będą naukowcy, którzy odnajdą i zrozumieją

"boską" spuściznę? Czy byli pewni, że pozostawione ślady nigdy nie

ulegną zniszczeniu?

Istoty żywe podlegają uwarunkowaniom niezależnym od ich woli.

Moskity lecą nocą do światła świecy i nie potrafią się od tego po-

wstrzymać. Zeby żyć, człowiek musi jeść i pić, czy mu się to podoba,

czy nie. Są to biologiczne funkcje organizmu.

Istota obdarzona inteligencją zadaje pytania, czy tego chce, czy nie.

Inteligencja chce wiedzieć: Jak było kiedyś? W jaki sposób staliśmy się

tacy, jacy jesteśmy? Od kogo pochodzi myślenie odróżniające Homo

sapiens od zwierząt? Seria takich pytań doprowadzi nas niechybnie do

"bogów" - czy chcemy tego, czy nie. Rozum jest nieokiełznaną bestią.

Wciąż pyta: jak było kiedyś? I stwierdza w końcu, że historia ludzkości

pozbawiona "bogów" prowadzi na manowce.

Mity i legendy są świadectwem wielkiego wrażenia, jakie na prehis-

torycznych ludziach wywarło pojawienie się "bogów". Kronikarze

podejmowali wątek przekazu i snuli go dalej. "Boskie" czyny znalazły

tam swój wyraz: od pełnego efektów przypaminających burzę pojawienia

się przybyszów, po wielakrotne instrukcje udzielane Ziemianom. Dys-

ponując "boskimi" możliwościami, nasi przadkowie "przekładali" na

arcydzieła architektury to, czega się nauczyli, posługiwali się "ponad-

czasową" techniką, tworzyli zdumiewające dzieła sztuki. Cywilizacja tak

rozwinięta jak nasza powinna się nad tym zastanowić. Tak się sądzi.

 

 

Księga Nefiego

 

O tym, jak rozmyślnie porozmieszczano ślady, przekonuje księga

Popol Vuh, należąca do wielkich świadectw jutrzenki ludzkości. Napisa-

no tam, że boscy słudzy przenieśli przez morze "malowidła z Tulan,

malowidła, jak nazywano to, na czym przedstawili swe dzieje". Tak więc

stary przekaz Majów-Quiche powołuje się na pisma jeszcze starsze,

a część Ksiggi Mormona stanowią właśnie takie pisma. Z 24 płyt Księgi

Mormona - a stanowią one tylko niewielką część całości - Joseph

Smith przetłumaczył opis przepłynięcia Atlantyku przez Jeredów.

Zasadniczą część księgi przetłumaczył Joseph Smith z Płyt Nefiego.

Kim był Nefi? Był synem żydowskiej rodziny, która ok. 600 r. prz. Chr.

- a więc tysiące lat po wyczynie Jeredów - mieszkała w Jerozolimie.

Ojcem Nefiego był Lehi, matką - Saria.

W Księdze Mormona Nefi opowiada:

[...] na początku pierwszego roku panowania Sedecjasza, króla Judy,

pojawiło się tam wielu proroków głoszących ludziom, że jeśli się nie

nawrócą, wielkie miasto Jerozolima ulegnie zagładzie". (I Ne. 1:4)

Zgadza się. Jeruzalem obrócono w perzynę w 586 r. prz. Chr. Z tej

legendarnej epoki znani są Jeremiasz i Ezechiel. Musiały to być czasy

szczególne, obaj prorocy bowiem - Jeremiasz i Ezechiel - nieustannie

rozmawiali ze swoim "bagiem", który zstępował na ziemię w pojeździe

wydzielającym okropny hałas i ogień.

To samo, co spotkało obu proroków, przydarzyło się ojcu Nefiego,

Lehiemu:

"I gdy modlił się do Pana, ukazał się słup ognia i zatrzymał na skale

przed nim [...] I stało się, że zobaczył Jednego zstępującego z nieba,

i Jego blask zaćmiewał blask słońca w południe". (1 Ne. 1:6, 1:9)

Istota z kolumny ognistej rozkazała Lehiemu zawołać Sarię, synów

i córki - a więc i Nefiego - oraz przyjaciół rodziny. Grupkę tę

wybrano do dalekiej podróży. Pokonawszy parę bardziej i mniej

istotnych problemów, wybrańcy pod przywództwem tajemniczego

"Pana" zbudowali statek:

"I Pan przemówił do mnie: Zbudujesz statek, jak ci to pokażę, abym

mógł przeprawić twoich przez te wody". (I Ne. 17:9)

Ale to jeszcze nie wszystko, bo tajemnicza istota podarowała

budowniczym statku "pożywienie dla kosmonautów", którego nie

trzeba było przyrządzać ani gotować. Wiedziała nie tylko, że jedzenie

potrzebne jest ciału i duszy, lecz również to, że podróżnym niezbędny

jest jeszcze jeden przyrząd - kompas!

"I rano, gdy mój ojciec wstał i podszedł do wejścia namiotu, ku

swemu ogromnemu zdziwieniu ujrzał na ziemi kulę misternej roboty

z wyśmienitego mosiądzu. I w kuli tej umieszczone były dwie strzałki

i jedna z nich wskazywała kierunek, w którym mieliśmy podążać na

pustyni. [...] I podążaliśmy według wskazań kuli, która prowadziła

nas przez żyzne obszary pustyni." (1 Ne. 16:10, 16:16)

Podczas podróży Lehi umarł. Po nim dowództwo przejął Nefi.

Z powodu specjalnych względów, jakimi "Pan" darzył Nefiego, zazdro-

śni bracia pojmali go i zawiązali. Z niemiłej sytuacji wybawił Nefiego

kompas:

"I stało się, że gdy związali mnie tak mocno, że nie mogłem się

poruszyć, busola, którą nam Pan dał, przestała działać": (1 Ne.

18:12)

Bunt wygasł, ekspedycja dotarła do kontynentu amerykańskiego

razem z metalowymi płytami i kompasem:

"I ja, Nefi, zabrałem także ze sobą wyryte na mosiężnych płytach

kroniki i kulę, czyli busolę, którą, jak już pisałem, Pan przygotował

dla mojego ojca". (2 Ne. 5:12)

Na podstawie opisów Nefiego mormońscy badacze sądzą, że grupa

powędrowała z wybrzeży Morza Czerwonego przez Półwysep Arabski aż

na wybrzeża Oceanu Indyjskiego - w okolice Zatoki Adeńskiej - gdzie

zbudowała swój statek, aby przez południowe rejony Oceanu Spokojnego

dotrzeć do Ameryki Południowej. J. E. Talmage stwierdził, że było to

około 590 r. prz. Chr. - zapamiętajmy sobie dobrze tę datę.

Istnieje zadziwiający dublet: opowieść, którą Joseph Smith przełożył

w 1827 roku z metalowych płyt, możemy znaleźć w Popol Vuh. Smith

jednak nie mógł znać treści biblii Majów-Quiche, Wolfagang Cerdan

przetłumaczył ją bowiem dopiero w latach pięćdziesiątych naszego

stulecia!

 

[ Polski przekład Popol Vuh, Księgi rady narodu Quichce ukazał się

w 1980 r., jego autorami są Halina Czarnocka i Carlos Marrodan Casas

(przyp. tłum.). ]

 

 

Bezprzykładna budowa

 

Na kontynent amerykański dotarły niezależnie od siebie dwie grupy

przybyszów:

- Jeredzi w hermetycznie zamkniętych stateczkach, w czasie pierw-

szej "boskiej fali". Były to mityczne czasy, w których kronikarze

dokładnie pomieszali "szafirową" księgę Adama, wniebowstąpie-

nie Henocha, dzieci z próbówki, czyli Noego i Melchisedeka, oraz

"panów" stworzenia, znanych jako Utnapisztim, Ziusudra i wielu,

wielu innych;

- Nefici, którzy przybywając ze wschodu dotarli do Ameryki Połu-

dniowej tysiące lat później, około 590 r. prz. Chr.

Wkrótce po wylądowaniu Nefi kazał wznieść świątynię:

"I ja, Nefi, zbudowałem świątynię na wzór świątyni Salomona, ale

bez tak wielu drogocennych rzeczy, gdyż nie znaleźliśmy ich na tej

ziemi. Dlatego ta świątynia nie mogła być jak świątynia Salomona,

lecz sposób budowy był na wzór świątyni Salomona i jej wykonanie

było misterne". (2 Ne. 5:16)

Nie chodzi mi wcale o udowodnienie, które fragmenty Księgi

Mormona są prawdziwe. Wiernych Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych

Dni Ostatnich ucieszy jednak zapewne fakt, że produktem ubocznym

moich badań jest następujący dowód:

Nefi zbudował świątynię "na wzór świątyni Salomona". Jeśli to

prawda, to gdzieś w Ameryce Południowej musi stać pomniejszona

replika świątyni, którą Salomon rozkazał wznieść w Jerozolimie

- struktura architektoniczna z dziedzińcami wewnętrznymi i zewnętrz-

nymi, z miejscem świętym i czterema bramami na cztery strony świata.

Świątynia ta powstałaby między VI a V w. prz. Chr.

Poza tym: świątynię Nefiego zbudowano by bez wzorów i zapożyczeń

typowych dla architektury Ameryki Południowej. Poszukiwana świąty-

nia byłaby "budowlą znikąd" - nie obeiążoną miejscową tradycją.

Trafiłem nie tylko na ślad świątyni, do której pasują te założenia, lecz

również na ślad "Pana", który przyprowadził Nefitów do Ameryki

Południowej. Czy po przybyeiu "bóg" ten istniał nadal, czy rozpłynął

się niczym duch? Poza tym: gdzie Nefi zwerbował robotników? Do

Ameryki Południowej przybył przecież z niewielką grupką ludzi.

Zaraz po przybyciu Nefici zaczęli "uprawiać ziemię i siać nasiona.

I zasialiśmy wszystkie nasiona, które zabraliśmy z Jerozolimy [...]"

(1 Ne. 18:24).

Następnie zaczęli płodzić potomstwo - wyznawali wielożeństwo

(zabronione im przez państwo w 1890 r.). Zakładając, że grupa

imigrantów składała się ze 100 kobiet i 100 mężczyzn, a każda kobieta

rodziła jedno dziecko rocznie, to społeczeństwo Nefitów miałoby po 15

latach 1500 nowych członków. Pierworodni, mający po 15 lat, a więc

dojrzali płciowo, od razu poszli za przykładem dorosłych i walnie

przyczynili się do powiększenia grupy. Po 30 latach przynajmniej 5000

Nefitów mogło już chwalić "Pana". Było zatem dość ludzi, aby

rozpocząć budowę świątyni, szczególnie gdyby do pracy zgodzili się

dołączyć pierwotni mieszkańcy kontynentu. Dość było siły roboczej.

"Pan" był obecny! Zaraz po przybyciu dał Nefiemu zadanie:

"I stało się, że z nakazu Pana sporządziłem płyty z metalu, abym mógł

na nich zapisać dzieje mojego ludu". (1 Ne. 19:1)

Minęło 30 lat. "Pan" przywiązywał wagę do konsekwentnie prowa-

dzonego "dziennika pokładowego". Znów nakazał Nefiemu:

"I upłynęło trzydzieści lat od czasu, gdy opuściliśmy Jerozolimę. [...]

I stało się, że Pan Bóg powiedział mi: Przygotuj inne płyty i dla

pożytku twojego ludu zapisz na nich wiele z tego, co jest dobre

w Moich oczach". (2 Ne. 5 : 28, 5 : 30)

Czy "Pan" był zarozumiały? Dlaczego chciał, aby zapisywano rzeczy,

które były "dobre w Jego oczach"? Bezustannie żąda, aby jego złote

słowa ryto na metalowych płytach, uważa, że są niezwykle ważne dla

przyszłości - inaczej pozwoliłby zapisywać je na materiałach palnych,

jak papirus, skóra czy drewno. Sprytny "Pan" troszczył się o trwałość

swoich przekazów - adresowanych do inteligentnych istot przyszłości.

Trudne pytania: Czy w Ameryce Południowej znajduje się świątynia

zbudowana na wzór świątyni Salomona? Czy można tam znaleźć

dowody na działalność bogów?

Zapraszam do jej zwiedzenia.

 

 

 

 

II. Na początku wszystko było inne

 

 

Zwrócić na coś uwagę większości

znaczy: pomóc zdrowemu rozsądkowi

wpaść na właściwy ślad.

Gotthold Ephraim Lessing (1729-1781)

 

 

Lało jak z cebra w ów dzień kwietniowy 1980 roku, gdy przed naszymi

drzwiami stanęło dwóch przemokłych do suchej nitki mormońskich

misjonarzy. Starszy, mający około 30 lat, był Amerykaninem i nazywał

się Charly; młodszy, Paul, mieszkał w Bernie. Posłańcy Kościoła Jezusa

Chrystusa Świętych Dni Ostatnich podarowali mi niemiecki przekład

Ksiggi Mormona, siedem innych wersji językowych stało już w mojej

bibliotece. Zaprosiłem misjonarzy do domu, aby rozgrzali się przy

filiżance kawy.

Paul zapytał, co sądzę o Księdze Mormona. Powiedziałem, że - moim

zdaniem - treść Płyt Etera i Nefiego jest bardzo interesująca i zawiera

wiele informacji. Stwierdziłem też, że w żadnym razie nie uważam ich za

fałszerstwo, choć przyznaję z ubolewaniem, iż do tekstu oryginalnego

dodano później różne dość prostackie proroctwa dotyczące Jezusa

Chrystusa.

Młodzi nosiciele wiary nie chcieli się z tym zgodzić, bo albo cała

Księga Mormona powstała z inspiracji Ducha Świętego, ergo jest

prawdziwa, albo całość jest do niczego. Obeznany nieco z tematem,

dałem im do zrozumienia, iż czuję zdecydowaną niechęć do takiej

dyskusji, co berneńczyk zrozumiał w lot -jakby wbrew powszechnemu

przekonaniu, że mieszkańcy tego miasta nie są zbyt lotni - i powiedział:

- Bez watpienia zna pan wiele zrujnowanych budowli w Ameryce

Południowej. Nie widział pan ruin przypominających jerozolimską

świątynię Salomona?

Zgodnie z prawdą powiedziałem, że nic takiego nie przychodzi mi do

głowy. Misjonarze pożegnali się, nie podejmująe dalszych, beznadziej-

nych prób nawrócenia mnie. Ten kwietniowy dzień był tak okropny, że

na pewno znaleźli kolejną ofiarę swojej żarliwości, jeżeli tylko chcieli

zasłużyć się błękitnemu niebu.

Paul zabił mi ćwieka, który co chwila dawał znać o sobie.

Pytanie, czy w Ameryce Południowej jest świątynia wymieniona

w Księdze Nefiego, nie było dla mnie mniej ważne niż pytanie, czy

istniała świątynia, którą tak wyczerpująco opisał w Starym Testamencie

prorok Ezechiel - świątynia w dalekim kraju, na wysokiej górze,

zbudowana jak świątynia Salomona. Byłoby nadzwyczaj interesujące,

gdyby w Ameryce Południowej istniała świątynia odpowiadająca

opisom Ezechiela.

Co wspólnego ma Nefi z Księgi Mormona z biblijnym Ezechielem?

Obaj żyli w tych samych czasach, w tym samym rejonie geograficznym.

Może nawet się znali. Obaj opisywali latającego boga, który zstępował

na ziemię i udzielał ludziom różnych rad. Właśnie na rozkaz tego boga

Nefi polecił wznieść w Ameryce Południowej świątynię, z tym samym

bogiem poleciał Ezechiel do dalekiego kraju, gdzie pokazano mu

kompleks świątynny na wysokiej górze, zbudowany jak świątynia

Salomona. Udowodniono, że Ezechiel mieszkał w Jerozolimie i w Babi-

lonu. Jeśli ktoś pokazał mu świątynię w Ameryce Południowej - a pro-

rok opisałją z niewiarygodną dokładnością - to ten ktoś musiał go tam

zawieźć drogą powietrzną. Nie ma innej możliwości.

Moje poszukiwania świątyni Salomona w Ameryce Południowej

były zainspirowane nie tylko lekturą Księgi Mormona, poszukiwałem

bowiem także świątyni opisywanej przez Ezechiela oraz śladów

"latającego boga", który w maczał w tym palce. Dopiero później

pomyślałem sobie, jakie by to było fasycynujące, gdyby zetknęły się

oba ślady.

 

 

Andyjska Jerozolima nazywa się

Chavin de Huantar

 

W oczach migotały mi fotografie świątyń, zamieszczone w pracach

archeologicznych. Znalezienie świątyni właściwej stało się dla mnie

ważniejsze niż dla zapalonego flatelisty zdabycie "błękitnego Mauritiu-

sa". Za każdym razem, kiedy zaczynałem dostrzegać podobieństwa,

plan jerozolimskiej świątyni Salomona mówił, że mojemu "znalezisku"

czegoś brakuje, że jest za młode lub za stare, że nie powstało za czasów

Ezechiela i Nefiego. Zgromadziłem 39 bogato ilustrowanych dzieł.

W każdym omawiano Chavin de Huantar. Postanowiłem odwiedzić to

miejsce, zmierzyć je dokładnie, poznać okolicę.

Rok 1981. Słotna i zimna wiosna w Europie. Gdy w stolicy Peru Limie

wynajmowałem radziecki łazik, ładę-niwę, panowała tam jesień.

Wczesnym rankiem, długo przed świtem, ruszyłem asfaltową szosą

- Panamericana del Norte - jedną z najwspanialszych tras widoko-

wych świata, przez piaszczyste pustynie wzdłuż wybrzeży w kierunku

Trujillo, czwartego co do wielkości miasta Peru. W pobliżu miasteczka

Pativilca zjechałem z Panamericany. Droga biegła teraz między planta-

cjami trzciny cukrowej.

Kiedy w maleńkiej placówce celnej uiściłem 250 soles, od strony łady

doleciał mnie zapach benzyny. Okazało się, że samochód nie ma korka

paliwa. Owinąłem kamień plastykową torbą i zatkałem dziurę.

Mniej więcej po 30 km jazdy kamienną pustynią obok groźnych

urwisk, droga zaczęła się łagodnie wznosić. Po odgałęzieniu do Pativilca

- w dali widać ruiny indiańskiej twierdzy z epoki Chimu - na

wysokości 780 m dotarłem do Chasquitambo, wiochy zabitej dechami.

W dawnych czasach był to punkt kontrolny inkaskich posłań-

ców-biegaczy. Dziś to miejsce też nadaje się tylko do tego, aby je

ominąć.

Ciasnymi serpentynami rozpoczął się podjazd nad rdzawobrązową

przepaścią. Po chwili ciężkie chmury deszczowe znalazły się pod nami,

zniknęły też ściany mgły, pozwalając ujrzeć dalekie szczyty - jasno-

brązowe bądź lśniące czernią.

Z każdym zakrętem wznosiliśmy się coraz wyżej, a moja rozklekotana

i kaszląca łada-niwa miała coraz mniejszą ochotę na kontynuowanie

podróży. Wspaniały produkt komunizmu nie dawał sobie rady nawet na

drugim biegu. Koło Cajacay, na wysokości 2600 m, staruszka wyzionęła

ducha. Astma. Silnikowi zabrakło tlenu. Zdjąłem pokrywę filtru powiet-

rza. Wymienny wkład, który zazwyczaj bez trudu przepuszcza powietrze,

wyglądał jak gipsowy opatrunek. Wyrzuciłem wszystko, zamknąłem

pokrywę, przekręciłem kluczyk i... krnąbrny wehikuł skoczył do przodu

jak rasowy koń. Zrozumiał, że muszę dostać się na szczyty.

 

 

Towarzysze podróży

 

Pokonując kolejne zakręty miałem wrażenie, że za następnym ujrzę

przełęcz. Złudna to była nadzieja, bo przede mną wciąż otwierały się

nowe doliny. Lepianki na skraju drogi pojawiały się coraz rzadziej.

Indianie w kolorowych ponczach, z ciężkimi tobołami na plecach,

stawiali powoli krok za krokiem - w niezmiennym, wypróbowanym

rytmie. Człowiek dziwi się, w jaki sposób pracowici autochtoni potrafią

przeżyć na tej nieurodzajnej, skalistej ziemi. Jedna trzecia liczącego 14,6

miliona mieszkańców Peru mieszka w wysoko położonych częściach

kraju.

Po dotarciu na wysokość 4100 m znalazłem się wreszcie na zimnej,

spowitej chmurami przełęczy. W europejskich szerokościach geograficz-

nych byłaby to strefa wiecznych śniegów, ale Peru leży bliżej równika.

Tu rosła nawet skąpa trawa i suche krzaki.

Młoda Indianka o ciemnobrązowej cerze - z niemowlęciem w chuś-

cie na piersi i ciężkim workiem kartotli na plecach - spojrzała na mnie

nieufnie wielkimi, ciemnymi oczami, gdy zapytałem, czy mogę ją

podwieźć: tak uprzejmi nieznajomi rzadko pojawiają się pewnie w tej

okolicy. Zdjąłem jej worek i położyłem za siedzenia. Wsiadła i uśmiech-

nęła się z zażenowaniem, gdy udało się jej wreszcie ogarnąć sześć

spódnic, jakie noszą Indianki. Minęliśmy zamarzniętą lagunę Conoco-

cha, mając przed sobą jęzory lodowca wznoszącego się na 6600 m

szczytu Cordillera de Huayhuash.

Z milkliwej Indianki wyciągnąłem informację o celu jej podróży

- było nim Catac leżące na wysokości 3540 m, w dolinie Rio Santa.

Wstrząsnęła mną myśl, że kobieta z dzieckiem i takim ciężarem

musiałaby iść 40 km, co zajęłobyjej dwa dni - samochodem dotarliśmy

tam w ciągu pół godziny. W Catac jest rozgałęzienie drogi prowadzące

do Chavin de Hauntar.

Na jedynej tu stacji benzynowej "wziąłem na pokład" młodą damę

oraz dwóch mężczyzn - ona nazywała się Ruth, czarnobrody mężczyz-

na - Uri, rudobrody - Isaak. Byli to Izraelczycy, którzy postanowili

przez rok wędrować po świecie gdzie oczy poniosą - nie mogli się

jednak oderwać od takich obiektów jak Chavin de Huantar. Zapytali,

co mnie tu sprowadza. Na początek poprzestałem na mętnych aluzjach

do świątyni Salomona i proroka Ezechiela. Nie wiedziałem, czy nie są to

przypadkiem ortodoksyjni żydzi, których zaszokuje prawdziwy cel

mojej ekspedycji.

- Jest pan Szwajcarem? - zapytał Uri. - To zna pan na pewno

książki Ericha von Danikena. Gość głosi idee, co do których nie jestem

pewien, czy są szalone, czy może mają ręce i nogi...

Zagryzłem wargi.

W Catac skończył się asfalt, dalej gruntowa droga prowadziła

zakolami do malowniczego lodowego górskiego jeziora Quericocha

(3980 m n.p.m.). Wzrok przykuwały pokryte śniegiem szczyty Yanama-

rey (5260 m n.p.m.).

Potem był tunel przy przełęczy Kahuish (4510 m n.p.m.). Słowo

"tunel" może wywołać u mieszkańców krajów uprzemysłowionych

niewłaściwe skojarzenia, należy więc zwrócić uwagę, że tutejszy był

w istocie tylko pośpiesznie wykutym w skale "korytarzem", przez który

prowadziła droga z dziurami po kolana. Ze stropu i ścian kapała woda

z lodowca. Świateł i znaków regulujących ruch nie ma oczywiście na tej

jednokierunkowej drodze z koszmarnego snu. Jeżeli z przeciwnej strony

widać zbliżające się w fontannach wody światła jakiegoś pojazdu, to

kierowca będący bliżej wyjścia musi wycofać swój samochód. Oczywiś-

cie każdy wjeżdża do "tunelu" z nadzieją, że nie natknie się na nikogo

jadącego z przeciwka. Ta droga nie zasługuje nawet na jedną gwiazdkę

w przewodniku.

O ile wjazd na przełęcz był męczący, o tyle stromy zjazd w dolinę

Mosny mógł przyprawić o drżenie kolan i zawrót głowy nawet tak

wytrawnego kierowcęjakja. Dróżka, przyklejona do ściany przepaści,

wiła się ciasnymi zakrętami niczym wąż bez końca. Marzyłem, żeby

nie mieć prawego oka, bo właśnie po tej stronie rozciągała się zło-

wroga przepaść. W okolicach wioski Machac (3180 m n.p.m.) wjecha-

liśmy w dolinę. Niezmierzone ruiny Chavin de Huantar są tuż przy

drodze.

Hotel "Turistas" był wypełniony do ostatniego łóżka - nie przez

turystów, lecz archeologów. Zebrała się tu śmietanka przedstawicieli

tego zawodu z Niemiec i Peru. Spośród dostojnej grupy profesorowie

Udo Oberem i Hennig Bischof pozdrowili mnie uprzejmie, ich

peruwiańscy koledzy natomiast uprzejmie i życzliwie. Dla Niemców

jestem wciąż nieobliczalnym laikiem, który nie wiadomo, z czym

wyskoczy. Peruwiańczycy traktują mnie inaczej. Kiedy przed kilku

laty byłem uroczyście przyjmowany przez członków rady gminy

miasta Nazca, burmistrz powiedział w laudatio, że istnieje wiele teorii

na temat zagadkowych linii na płaskowyżu Nazca. Trudno dziś

rozstrzygnąć, czy były to kalendarze, czy też miejsca startu balonów na

gorące powietrze, pozostałości inkaskich dróg czy rysunki kultowe,

place gry albo oznaczenia terenowe dla istot pozaziemskich. "Nas,

którzy tu żyjemy i pracujemy - powiedział burmistrz Nazca - wcale

nie interesuje, który specjalista ma rację. Pewne jest tylko to, że pan



dalej


strona główna
(23kB)