(23kB)
strona główna



ERYCK DANIKEN

SZOK PO PRZYBYCIU BOGÓW


© 1982 by C. Bertelsmann Yerlag, Miinchen 1992

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Prokop, Warszawa 1993

Wstęp

 

 

ISBN 83-86096-02-0

Skład: Wydawnictwo Prokop

Komputerowe przetworzenie i łamanie tekstu: „Iskra", Warszawa

Druk i oprawa: Lubelskie Zakłady Graficzne

Wydawnictwo Prokop, Warszawa 1994

Wydanie I, nakład I: 40 tyś. egz.

Drodzy Czytelnicy!

Lektura tej książki jest jak podróż w czasie. Jej początki sięgają 1492roku, kiedy na horyzoncie pojawił się Krzysztof Kolumb — a prowadziw zamierzchłą, mglistą przeszłość, w czasy naszych najdawniejszychprzodków. Docieramy do epoki, w której z nieba zstępowali "bogowie"i nauczali. Kim byli ci nauczyciele? Skąd przybyli? Opuścili nas nazawsze, czy może ich potomkowie wrócą w dzisiejszych czasach?

Czy człowiek współczesny znów stanął wobec tajemnic znanych zestarych przekazów? Jak zachować się wobec fenomenów UFO i istotz Kosmosu? Czy wśród planetoid — gdzieś między Marsem a Jowiszem— przemyka wielki międzygwiezdny statek kosmiczny? Czy ludzie sąślepi? Czy nie chcemy widzieć, co dzieje się wokół nas?

Moja podróż w czasie, prowadząca w rejony tajemniczych spotkań,nie byłaby możliwa bez pomocy pana Ulricha Dopatki. Pan Dopatkabył wieloletnim wicedyrektorem Biblioteki Uniwersyteckiej Zii-rich-Irchel. Ma nos badacza — a do tego cechuje go mrówczapracowitość, niezbędna przy wyszukiwaniu niezliczonych źródeł pisa-nych oraz ikonograficznych, które dzięki niemu mogłem wykorzystaćw tej książce. Serdecznie mu za to dziękuję.

A państwu, Drodzy Czytelnicy, życzę emocjonującej podróży w prze-szłość, w teraźniejszość i w przyszłość.

 

Wasz

Erich von Daniken

CH-4532 Feldbrunnen14 kwietnia 1992

 

5

 

 

I. Ludzcy bogowie

Zabawne w historii jest to,że się zdarzyła.

Peter Bamm (1879-1975)

„Ujrzeliśmy dwie czy trzy osady, lud tubylczy coś do nas wołał,dziękując Bogu. Paru tubylców przyniosło wodę, inni jedzenie. [...]Zrozumieliśmy, że pytają, czy przybywamy z nieba." [1]

Tymi słowami syn Krzysztofa Kolumba uwiecznił pierwsze spotkanieswojego słynnego ojca z „dzikusami". 12 października 1492 roku, potrwającej 33 dni podróży, Kolumb wyszedł na ląd na San Salvador,jednej z wysp Bahama. Oszołomieni i zdumieni w najwyższym stopniutubylcy nie pojmowali, co się stało. Już po pierwszym zetknięciuz białymi nadzy Indianie o skórze koloru kawy zbiegli się zewsząd namiejsce lądowania przybyszy. Tam ujrzeli ceremonię niepojętą. Ko-lumb, kapitanowie i oficerowie dwóch mniejszych statków flotylli,„Pinty" i „Nini", mieli na sobie przepyszne stroje. Byli ubraniw granatowe i ciemnoczerwone aksamitne kaftany z białymi walońskimikryzami, pludry, fioletowe jedwabne pończochy, szerokie pasy nabijanesrebrem — na to była narzucona pelerynka hiszpańskiej kawaleriidworskiej. Sam Kolumb — potwierdzone — miał kapelusz z szerokimrondem, z którego zwieszały się pozłacane ozdoby. W jednej ręcetrzymał sztylet, w drugiej — sztandar królewski. Towarzyszący muoficerowie zatknęli dumnie w ziemi Nowego Świata flagi z literami „F"oraz „I" — od imion pary królewskiej — Ferdynanda i IzabeliHiszpańskiej. Potem ze statku wygramoliło się dwóch brodatychmnichów w brązowych habitach, niosących krzyż, który wbili obokchorągwi królewskich. Na koniec do grupki dołączyła część załóg— zawadiaki w pstrokatych ubraniach. Jedni brodaci, inni ogoleni. Na

ląd wytaczały się typy z tonsurami i bez. Jedni obuci, inni boso. Parukompanów, pachnących raczej niemiło, miało na sobie koszule w wielkąkratę, inni świecili jasnobrązową skórą nagich torsów, jeszcze inni mimoupału mieli na głowach żelazne hełmy. Oczywiście wszyscy wzięli na lądnoże, sztylety, strzelby — gromada doprawdy godna respektu.

Nawiasem mówiąc dziwne, że na widok tej nieokrzesanej bandyIndianie nie uciekli gdzie pieprz rośnie. Zwyciężyło jednak zafas-cynowanie obcymi. Poza tym Kolumb i jego oficerowie rozdawalidzikim wspaniałe prezenty: tanie czerwone czapeczki, bezwartościoweszklane paciorki, liche lusterka, jakieś grzebyki i „inne przedmiotypośledniej wartości, które oni za godne ceny najwyższej uważali" [1].Tubylcy z szacunkiem obdarzyli te śmiecie słowem turey, co znaczy

— niebo.

Przekonujący przykład cudu, dzięki któremu Kolumb robił z Indianidiotów, miał miejsce dwa i pół miesiąca później. 26 grudnia 1492 rokuKolumb i jego ludzie byli bohaterami święta, celebrowanego przezodważnego do szaleństwa wodza Guacanagari z Haiti. Na powitanieKolumb podarował mu koszulę, parę spodni i parę rękawiczek. „Kiedymyślał, że tego nie widzę, gapił się z zachwytem na rękawiczki"

— zapisał Kolumb [2]. Indiański książę Guacanagari był zapewnewówczas najszczęśliwszym dzieckiem na całym szerokim świecie, bo pozakończeniu uroczystości marynarze zauważyli, jak paraduje po brzeguz dumnie wypiętą piersią i błogim uśmiechem. Oczywiście ubranyw śmieszne pludry! Nim to jednak nastąpiło, Kolumb zademonstrowałswoją „boską" władzę: „Kazałem wypalić z bombardy i ze strzelby.Indianie padli na twarz, usłyszawszy huk wystrzałów. Upłynęła dłuższachwila, nim odważyli się poruszyć". [2]

Znamy opis jednej strony — Kolumba. Jak wyglądałaby po stuleciachrelacja z takiego zdarzenia, gdyby napisali ją Indianie?

Pompa i bluff

Ledwie trzydzieści lat później, w 1519 roku, niechlubny spektaklpowtórzył się, przybierając jednak tragiczny charakter. U wybrzeżyMeksyku pojawiło się 11 statków pod dowództwem Hernana Cortesa.Miały na pokładzie 100 marynarzy i 508 żołnierzy — wśród nich 32kuszników i 13 muszkieterów. Wiozły też 16 koni z prawdziwierycerskimi rzędami. Montezuma, bogaty władca dalekiej WyżynyMeksykańskiej, od dawna wiedział od swoich informatorów, co dziejesię na wybrzeżu. Posłańcy, których posłał do Hiszpanów, ucałowali

 

 

6

7

 

 

 

Delegacja władcy Azteków wchodzi na pokład okrętu Cortesa (rys. z natury Lienzo deTlaxcala)

z czcią drewno statków. Przynieśli dary, w istocie przeznaczone dla bogaQuetzalcoatla: kosztowne szaty i ozdoby ze szczerego złota. „BógCortes" odwdzięczył się paciorkami, które posłańcy Montezumy uznaliza „niebiańskie kamienie szlachetne". Podobnie jak Kolumb kazałwypalić z armaty — delegacja Indian „padła jak martwa na ziemię" [3].Kiedy wstrząśnięci posłańcy powrócili do swojego władcy, złożonorytualną ofiarę z jeńców — dopiero potem posłańcy mogli przekazaćswoją wstrząsającą opowieść... Montezuma słuchał zafascynowanyi „zdumiało go, gdy usłyszał o armatach, szczególnie o ich huku,rozbijającym uszy, smrodzie prochu i ogniu wylatującym z lufy orazo sile kuli, rozszarpującej drzewa" [3]. Straszna zdała się Montezumierelacja posłańców o „zbrojach, pancernych koszulkach, hełmach bojo-wych, mieczach, kuszach, arkebuzach i lancach, przede wszystkimwszakże o koniach i ich wielkości". „I o tym, jak jeździli na nichHiszpanie w zbroi, i że widać im było tylko twarz, a twarze mieli białea oczy szaroniebieskie, rude włosy i długie brody, i że byli też pośródnich czarnoskórzy z kręconymi włosami" [3]. Montezuma i najwyżsikapłani potraktowali prezenty od Cortesa jak relikwie. Parę próbekjedzenia położono w najważniejszej świątyni na kamieniu, na którymwykrwawiano serca, składane na ofiarę bogom [4].

 

Wysłannicy indiańskiego plemienia Tlaxcalteków proszą Cortesa o pokój (rys. z naturyLienzo de Tlaxcala)

Trochę pompy, trochę hałasu, trochę techniki niezrozumiałej dlatubylców — i ciemne dzikusy zaczynają okazywać przybyszom najwyż-szy szacunek. W niedalekiej Ameryce Południowej panuje wtedy InkaAtahualpa, który wygrał właśnie decydującą bitwę przeciw przyrod-niemu bratu Huascarowi. Teraz Atahualpa jest jedynowładcą, możerządzić ogromnym inkaskim imperium bez opozycji politycznej. AleAtahualpa nie jest do końca szczęśliwy, bo informatorzy donieśli muo dziwnych „pływających zamkach" u wybrzeży. „Zamkami" byłyhiszpańskie okręty, posuwające się od Panamy na południe.

Już dwa lata po Cortesie, 13 maja 1531 roku, Hiszpan FranciscoPizarro wraz z niewielkim oddziałem wylądował w Tumbez, porcie nawybrzeżach dzisiejszego Peru. Ówczesny Neil Armstrong, który zrobiłpierwszy krok wprawdzie nie na Księżycu, ale bądź co bądź byłpierwszym białym człowiekiem na kontynencie amerykańskim, na-zywał się Pedro de Candida i był z zawodu sztukatorem. Był postaw-nym mężczyzną. Podczas swojego historycznego występu SeńorPedro nosił „kolczugę sięgającą do kolan", bo obawiał się ukrytychłuczników. W lewym ręku miał tarczę nabijaną srebrem, w pra-wym zaś szeroki miecz. Nawet tresowany jaguar nie odważyłby sięnapaść na tę świetlistą postać. Postać jakby żywcem przeniesionąz odległego królestwa niebieskiego! Indianie byli zdumieni do tegostopnia, że uznali senora za „Syna Słońca". Z ochotą i w pokorzepokazywano mu świątynie i świętości - - był jak bóg przeprowa-

 

 

8

9

 

 

dzający inspekcję swojego królestwa. „Prowadzono go z jednego po-mieszczenia do drugiego, od skarbu do skarbu, a pokazano mu nawetmieszkanie jego brata, Inki". [5]

Przebiegły Francisco Pizarro w jednej chwili wyczuł sytuację. Wie-dział, jak poszło jego ziomkom — Cortesowi i Kolumbowi. Tylkoszkoda, że Montezuma w Meksyku i Atahualpa w Peru nie mielitelefonów. Ze 106 pieszymi i 62 jeźdźcami Pizarro nie miałby żadnychszans w walce ze zdyscyplinowaną, wielką armią Inków. Ale los chciałinaczej.

Atahualpa panował na Wyżynie Peruwiańskiej podobnie jak faraonw Egipcie. Dla poddanych był bogiem, Synem Słońca, bezpośrednimpotomkiem „Synów Słońca". Wedle starej legendy bóg-stwórca TikiWirakocza, który opuścił Ziemię przed dawnymi czasy, miał kiedyśpowrócić. Nawet ojciec Atahualpy, XI Inka Huayna Capac, przepowie-dział, iż „Wirakoczowie" powrócą i spowodują zmierzch królestwa.Jakby tego nie było dosyć, posągi zagadkowego Wirakoczy przed-stawiają go pod postacią istoty z brodą [6]. Nie ma się więc co dziwić, żeobwieszonego łańcuchami mistrza sztukatorskiego Pedra de CandidęInkowie uznali z podziwem za posłańca „Syna Słońca", sądząc zarazem,że jego dowódca, Francisco Pizarro, jest wyczekiwanym Wirakocza wewłasnej osobie.

Ta osobliwa wiara w „bogów", których powrotu „z nieba" albo „zestron dalekich" oczekiwano, jest typowa dla wielu dawnych kultur.Kiedy admirał holenderski Jakob Roggeveen w Wielką Sobotę 1722roku odkrył Wyspę Wielkanocną, jakiś mężczyzna wypłynął mu naspotkanie w łodzi wiosłowej trzy kilometry od brzegu. Holendrzypodjęli samotnika, ten zaś padł z czcią na klepki pokładu. AdmirałRoggeveen okrążając wysepkę zdumiał się zapewne widząc setkipatrzących tępo w morze kamiennych olbrzymów o wielkich, lśniącychoczach i potężnych, rdzawoczerwonych kapeluszach na głowach —jak-by czekających na czyjeś przybycie. Roggeveen nie dobił do wyspyz obawy przed rafami, stanął u jej wybrzeży na kotwicy, a dziwnemuwioślarzowi darował trzy sztuki odzieży. Tubylcowi pomyliły sięnogawki z rękawami. Nie wiedział, co począć z ubraniem. Gdy ma-rynarze dali mu do rąk nóż i widelec i zrobili ruch, jakby wkładali cośsobie do ust, wywrócił oczy i ugryzł widelec. Wyspiarzowi tak bardzopodobało się na pokładzie, że chciał zostać wśród „bogów". Roggeveeni jego oficerowie musieli odegrać regularną pantomimę a w końcuprzemocą pozbyć się tubylca. Niebawem zachwycony tłum wyspiarzyzaczął szturmować statek. Myśląc że są w niebezpieczeństwie, Holend-rzy dobyli noży. Polała się krew, padły strzały.

10

Dzień później 150 ludzi odważyło się wyjść na brzeg. Wstrząśniętaludność otoczyła przybyszy i obsypała prezentami wszelkiego rodzaju.Holendrzy znów wyrwali się z niemiłego okrążenia przy pomocy nożyi broni palnej. Tłum pierzchnął, a „zmieszanie tych ludzi było naderwielkie" [7]. Wyspiarze padali przed Holendrami na ziemię, a gdy chcieliznów się poruszyć, odczołgiwali się do tyłu, aby zachować bezpiecznydystans najmniej dziesięciu kroków. Holenderscy „bogowie" zapewnilisobie szacunek.

Szkoda, że z powodu dwóch straconych kotwic admirał JakobRoggeveen kazał odpłynąć nie zbadawszy wyspy. Od tubylców dowie-działby się zapewne czegoś o dziwnych kamiennych posągach zelśniącymi oczami z macicy perłowej i okazałymi kapeluszami nagłowach. A tak po dziś dzień nie wiemy, kogo uwiecznili mieszkańcyWyspy Wielkanocnej. Monumentalne posągi o zaciśniętych, wąskichustach i poważnych rysach twarzy, przypominających „twarz" robota,nie wyglądają na wizerunki przedstawicieli żadnego plemienia z regionumórz południowych. Kogo tu więc wyobrażono? A może jakiś wiekowywyspiarz powiedziałby Holendrom, kim byli mistrzowie, którzy nau-czyli mieszkańców wysepki dokładnie takiej samej techniki murar-skiej, jaką na dalekiej wyżynie Peru stosowały preinkaskie plemionaindiańskie.

Kolejni przybysze odkryli „na południowym wybrzeżu wyspy domkultowy na wybrukowanym placu, gdzie czczono bogów, którzyprzybyli na statkach z daleka" [8]. Historyk K. Nevermann uważa zaprawdopodobne, że za „bogów" uznawano admirała Roggeveena i jegozałogę. Możliwe, ale kogo oczekiwali wyspiarze n i m przybył tamRoggeveen?

W 1767 roku angielski żeglarz Samuel Wallis odkrył w rejoniepołudniowego Pacyfiku dużą wyspę. Była to Tahiti. Na pozór bezpowodu wyspiarze zaatakowali jego statek. Dwa lata później wylądowałtam francuski odkrywca Louis Antoine de Bougainville. Wyspiarzeprzyjęli go nader serdecznie. Mężczyzn dotykano z czcią, najodważniej-si tubylcy próbowali nawet zobaczyć, co nieznane istoty mają podubraniem. Powód tej zmiany nie jest znany. Może angielski statek miałjakiś znak, kojarzący się wyspiarzom z diabłem albo innym złem [9].Tego samego roku, 13 kwietnia 1769, do Tahiti dotarł Anglik, kapitanCook. I jego przyjęto z wielką serdecznością i z podziwem. Rozważ-ny Cook, zachowując ostrożność w kontaktach z tubylcami, zbadałpowody tej egzaltacji. Co się okazało? Pewien starzec udzielił munastępującej odpowiedzi: Uważa się go za przybyłego z powrotem bogaRongo [10].

11

 

 

27 marca 1777 statki Cooka zbliżały się powoli do Mangai. Wy-spiarze, którzy nigdy w życiu nie widzieli lodzi bez wioseł i przeciwwagi,wylegli wzburzeni z bronią na brzeg. Nagle wodza „oświeciło" i zawołałdo tłumu: „To wielki bóg Motoro, przybywający z wizyty na Yatei". [8]

Świadkiem tajemniczego zachowania tubylców był Cook w 1779 r. naHawajach. Miejscowy dostojnik wszedł na pokład „Resolution" i przy-stroił Jamesa Cooka czerwoną peleryną. O co chodziło? MieszkańcyHawajów uznali Cooka za wracającego bohatera Rono czy Lobo, którykiedyś opuścił wyspę a potem stał się bogiem [11].

Chociaż tubylcy zamordowali później Cooka, jego przybycie spowo-dowało powstanie nowego kultu. Berlińskie Museum fur Yólkerkun-de eksponuje pod numerem VI 7287 kamiennego boga z Hawajów,mającego typowo europejską kryzę i perukę. Bóg określany mianem„Kii akua pohaku" nie jest zdaniem etnologa Karla R. Wernhartanikim innym, jak postacią ewangelickiego duchownego z XVIII wieku[12]. Podobnie ubrany chodził też James Cook.

Nawet jeśli Cook — jakiś duchowny — awansował w pamięcitubylców do godności „boga", pozostaje faktem, że ludy te przedprzybyciem białych czciły jakieś bóstwo, oczekując jego powrotu.Odkrywcy z minionych stuleci nie byli w żadnym razie bogamioryginalnymi. Jest na to przykładów bez liku.

Błyskawicą i grzmotem

Najbliżej Europy leży Afryka. W podróże morskie wyruszali jużFenicjanie, Grecy i Rzymianie. Niestety na pokładach ich statków niebyło etnografów. Nie znamy więc pierwszych reakcji na kontaktymiędzy różnymi kulturami. Wiarygodne opisy pojawiają się dopierow XV w. W 1436 roku Portugalczyk Alfonso Goncales Balsayapożeglował na południe. Pięć lat później podążył za nim jego ziomekAntao Goncalves, a w 1446 roku kapitan Nuno Tristao. Wszyscyprzywieźli do Portugalii murzyńskich niewolników, którzy na pewno nieweszli na pokład dobrowolnie! [13]

W 1456 roku genueński żeglarz Alvise da Cadamosto pisał:„Ci Murzyni zbiegli się, jakbym był jakimś cudownym zjawiskiem.Zdawało się, że widok chrześcijanina jest dla nich nowym doświad-czeniem. Nie dziwili się zbytnio mym sukniom i skórze [...] niektórzydotykali moich rąk i członków i pocierali skórę rąk zwilżywszy jeuprzednio śliną, dla sprawdzenia, czy biel jest prawdziwa, czy to tylkofarba [...]". [14]

12

W dalszej części relacji Alvise da Cadamosto dziwi się tubylcom,którzy „ujrzawszy żaglowce sądzili, że to wielkie morskie ptaki z białymiskrzydłami, które zleciały się tu z jakichś dziwnych rejonów. Kiedyprzed rzuceniem kotwicy zwijano żagle, niektórzy tubylcy myśleli, że [...]statki to ryby. Inni zaś powiadali, że to duchy [...], których należy sięobawiać. Powodem tych poglądów był fakt, że karawele pojawiały sięw krótkim czasie w wielu miejscach, a ich załogi rozpoczynały walkęprzede wszystkim nocą" [13].

Podobnie jak Kolumb i Cortes również Cadamosto straszył tubylcówstrzałami z armat. Ci zaś uważali „bombardy karaweli za dzieło diabła".Nawet lanie świecy czyniło z Cadamosta w oczach Murzynów „czaro-dzieja białych ludzi". Gdy zaś jeden z marynarzy zagrał na kobzie,tubylcy uznali czołobitnie, że „rzecz ta" jest boskim instrumentem,„uczynionym rękoma własnymi przez samego boga, bo tak słodkośpiewa wieloma głosami" [14].

Biedny świat postawiony na głowie! Cześć oddawano rabusiomi najeźdźcom. Ale tubylcy prędko spostrzegli swój błąd. To pewnietam-tamy przekazały wieść, że „czarodziej białych ludzi" jest wszyst-kim, tylko nie świętym. W ujściu strumienia Gambia na karaweleCadamostosa posypały się strzały. Ostrzeliwanie zdumionych Europej-czyków prowadzono prawie bez przerwy z 15 łodzi, a w każdej siedziałodziesięciu ludzi. Cadamosto przywrócił spokój strzelając z armaty.Kamienna kula wpadła z sykiem do wody pośród łodzi. Tubylcywznieśli wiosła i patrzyli na statek jak na zjawisko nadprzyrodzone.

Kiedy ucichło echo wystrzału, ciemnoskórzy na powrót nabraliodwagi. Cadamosto wiedział, że nie może się ugiąć, bo straci respekt.Dał ognia z całej burty. Do zdumionych i osłupiałych tubylców celowaliteż kusznicy i muszkieterzy. Woda wzburzyła się od kuł, łodzieprzewracały się i rozpadały, krzyki przerażenia uciekających i rannychtubylców odbijały się echem od bliskiego wybrzeża. Ciemnoskórzyporzucili wszelką nadzieję, zniknęły iluzje — runął ich świat. Czy był tobiały „bóg", czy biały „diabeł" — jeden wart drugiego w swoimbrutalnym szaleństwie.

Przykładów na to, że biali najeźdźcy niszczyli bez litości wszystko, conie zgadzało się z ich religią bądź stało na przeszkodzie zdobyciu złota,jest mnóstwo. Pisałem już o tym [15]. Teraz chciałbym przede wszystkimukazać rodzaje zachowań „prymitywów" w zetknięciu z nowoczesnątechniką. Szkolnym przykładem naiwnego zachwytu spowodowanegopojawieniem się obcych „bogów" może być to. co przeżył PortugalczykPedro Alvarez Cabral na wybrzeżach dzisiejszej Brazylii. Cabral wy-ruszył w podróż 9 marca 1500 roku w 13 karawel. Jego celem było

13

 

 

obalenie arabskiego monopolu na handel korzeniami. Flotylla miałatylko opłynąć Afrykę, ale na wysokości Zielonego Przylądka żeglarzewpadli w straszny sztorm. Po trzydziestodniowym płynięciu w niezna-nym kierunku, bo nawet oficerowie nie znali pozycji statku, kiedyzabrakło słodkiej wody, a brodaci marynarze zaczęli chorować naszkorbut, zdarzył się cud: za sprawą Matki Boskiej ujrzano ziemię nahoryzoncie. Cabral rzucił kotwice i pierwsza grupa brodatych wilkówmorskich ruszyła w dwóch łodziach ku brzegowi. Wówczas ze wszyst-kich zarośli i zza każdego wzgórza wypadła chmara nagich i bezbron-nych tubylców. Śmiali się i cieszyli. Portugalczykom wydało się, że są„niewinni jak dzieci". Nie proszeni, uniżenie pomagali marynarzomprzy noszeniu i napełnianiu wodą beczek — gestami dopraszali się ciągleo drobne podarki.

Na jednej z wysp — dziś Córo Yermehla — Portugalczycy odprawilimszę wielkanocną dziękując Marii Pannie za wybawienie z morskiejopresji. „Zaniemówiwszy ze zdumienia na widok tak osobliwegopostępowania", Indianie śledzili przygotowania do uroczystości. Kiedydzwoneczki zwiastowały „Kyrie", tubylcy zadęli w rogi i zaczęli tańczyć.Kiedy w trakcie krótkiej procesji wyniesiono krucyfiks oraz herb królaPortugalii a marynarze uklękli, uklękli również Indianie. Podczas mszyksiądz wzniósł ręce — to samo uczynili tubylcy. Gorliwie naśladowalikażdy ruch obcych.

Po ceremonii Portugalczycy obdarowali Indian tandetnymi cynowy-mi krzyżykami — ale przedtem tubylcy musieli uklęknąć, złożyć ręce domodlitwy i pocałować krzyżyk. Indianie posłusznie robili, co im kazano,z oczami promieniejącymi szczęściem. Cabral relacjonował późniejkrólowi Manuelowi I Wielkiemu, iż lud ten szczególnie nadaje się donawracania, albowiem pozbawiony jest jakiejkolwiek wiary i żarliwieprzyjmuje wszelkie duszpasterstwo. O święta naiwności!

Choć nowo odkryci „Brazylijczycy" nie obawiali się poruszać wśródbiałych, to jednak rozpierzchali się bojaźliwie, gdy tylko któryśz marynarzy zrobił jakiś niespodziewany ruch czy zagrał na jakimśinstrumencie. Wracali jednak za każdym razem powoli na miejscezdarzenia, aby jak najdokładniej powtarzać dopiero co zaobserwowanąakcję.

Reakcje tubylców na przerastającą ich technikę pozwalają na wysu-nięcie następujących twierdzeń:

1. Istoty dysponujące techniką wykraczajce daleko w przyszłość pozaich epokę są klasyfikowane jako „nadnaturalne";

2. Pomyłka zostaje wkrótce zauważona, a istoty „nadnaturalne"zostają z powrotem zaklasyfikowane jako ludzie;

14

3. Jeszcze przed przybyciem odkrywców znano tu „nadnaturalnychbogów". Miejscowa ludność oczekuje ich powrotu.Tubylcy stosowali różne metody testowania „nadnaturalności" przy-byszów. Hiszpańscy kronikarze opowiadali, że plemiona karaibskieobserwowały dniem i nocą zwłoki białych ludzi. Gdyby nie pojawiły sięślady rozkładu, zmarłych można by uznać za „bogów" [16].

W 1524 roku florencki żeglarz Yerrazano pisał, iż pewien młodymarynarz ruszył wpław ku brzegowi, aby rzucić Indianom parębezwarościowych ozdóbek. Fala przyboju wyrzuciła nieszczęśnikana brzeg. Natychmiast opadła go chmara Indian i zaciągnęła dowielkiego ogniska. Żeglarze obserwujący scenę ze statku obawiali sięnajgorszego. Tymczasem Indianie zerwali z marynarza ubranie, aletylko po to, żeby go dokładnie obejrzeć. Po zakończeniu badania— skóra okazała się „naprawdę biała" - rozdyskutowani tubylcypozwolili mu odejść [l j.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

15

 

 

Ale żeglarzom nie zawsze udawało się wykręcić sianem. Kłuto ichalbo przypiekano płonącymi głowniami dla sprawdzenia, czy są podatnina zranienie. Jakież to słowa włożył Homer Odysowi w usta? „Biada mi!Do jakichże dostałem się krajów? Między dzicz nieochajną czy kupęhultajów? Bodaj między gościnny lud do cnót nałożon!" (Zwycięzcamisą zwykle hultaje.)

Nosiciele kultury?

Jakie boskie istoty kryły się zdaniem tubylców pod postaciami białychludzi? W historiografii dawnych ludów, które żyły tysiące lat przedepoką odkryć, wymienia się wprawdzie sporadyczne podróże na odległekontytenty — nie mówi się jednak nic o wzorcu zachowań tubylców.Z relacji sporządzonych w ostatnich stuleciach możemy odczytać, że„prymitywy" naśladowały literalnie wszystko, nawet przedmioty— tylko gdzie podziały się tak skopiowane przedmioty będące niejakoskutkiem odkryć wcześniejszych o tysiące lat wypraw Fenicjan, Egip-cjan, Chińczyków czy Persów? Już około 2500 r. prz. Chr. Egipcjanieutrzymywali stosunki z „krajem Bogów", krainą Punt [17]. Były towyprawy handlowe, jak na przykład podróż faraona Mentuhotepa III,który około 2060 r. prz. Chr. wysłał statki do Puntu. Około 600 r. prz.Chr. faraon Necho zlecił nawet fenickiej ekspedycji zbadanie drogimorskiej wokół Słupów Heraklesa. (Na marginesie: Fenicjanie musielidostać kolki ze śmiechu usłyszawszy o zleceniu — od dawna już znaliMaltę i wybrzeża atlantyckie w okolicach Lixus.) Ojciec historyków,Grek Herodot, napisał o tej wspaniałej podróży nie zapominajączwrócić uwagi na fakt, że pozycja Słońca na niebie jest inna na południeod równika, a inna na północ. Nie mówi tylko nic o „kontaktachmiędzyludzkich", o reakcjach tubylców na fenickie statki.

Nieco szczegółów dostarcza relacja Kartagińczyka Hanno, któryokoło 450 r. prz. Chr. opuściwszy macierzysty port z ogromną eks-pedycją liczącą 60 statków pożeglował wzdłuż północnych wybrzeżyAfryki i dalej na południe. Kapitan Hanno dotarł chyba aż do terenówdzisiejszego Kamerunu, pisze bowiem o wybuchu wulkanu „Mont".Ciekawe że określił wulkan mianem „wozu bojowego bogów" [17].Hanno i jego ludzie obserwowali również tubylców i prowadzili z nimihandel „pośredni": wieczorem kładli na brzegu w widocznym miejscupodarki — rano znajdowali tam dobra pozostawione przez tubylców.Udało im się nawet schwytać i zabić kilku mocno owłosionych „leś-nych ludzi" — ich skóry zawiózł następnie do kraju jako dowód na

16

istnienie dziwnej rasy ludzkiej. Trofea te były podobno eksponowanew jednym z pałaców aż do chwili zniszczenia Kartaginy przez Rzymian(145 r. prz. Chr.). Dziś nie da się już ustalić, czy były to skóry goryli, czyinnych małp człekokształtnych. (Określenie „goryl" stworzył ThomasSavage dopiero w 1847 roku.)

Pewne jest tylko to, że na długo przed epoką odkryć dokonanychprzez przedstawicieli kultury Zachodu inne ludy miały okazję przeżyćspotkania z nieznanymi plemionami — tylko nic nie wiadomo o za-chowaniu się tych plemion podczas pierwszej „konfrontacji kulturo-wej". Mimo że już przed 2000 lat (i dawniej!) działali wspaniali zbieraczeinformacji — ówcześni naukowcy i kronikarze. K. Pliniusz Starszy(61-113) pisze o setkach ludów wymieniając ich nazwy i terytoria, którezamieszkują. Pliniusz podaje też wiele zdumiewających szczegółów natemat opisywanych przez siebie krajów — nie ma tam jednak ani słowao zachowaniu się tubylców podczas pierwszego kontaktu z innymiludźmi. Zdumiewające szczegóły? Proszę bardzo. Oto fragment z His-toryi Naturalnej:

„Nad miastem Harpazą w Azyi stoi okropna skała, którą jednympalcem poruszać można; taż sama stoi nieporuszona, gdy ją kto całymciałem popchnąć usiłuje. Na półwyspie tauryckim w kraju parasyńs-kim jest ziemia, która wszystkie rany goi. Ale około Assus w Troadzierodzi się kamień, który wszelkie ciała trawi; zowią go Sarkofagus., Dwie są góry nad rzeką Indem, własnością jednej jest, że wszelkieżelazo przyciąga, drugiej, że je odpycha. Przeto, kto pod obuwiem magwoździe, nie może na pierwszej nogi podnieść, na drugiej zaśpostawić". [18]

Pliniusz opowiada o dziwach ze wszystkich regionów świata, stwier-dza jednak wyraźnie, że o samych ludziach nie powie nic szczególnego,sądząc, że nie warto rozprawiać o niezliczonych obyczajach i obrząd-kach, których jest równie wiele jak społeczności ludzkich. Któż bowiemwierzył w istnienie Murzynów, zanim ich ujrzał? Jakże wiele rzeczyuważa się za niemożliwe, póki się ich nie ujrzy.

Najprawdziwsza prawda! Gdyby słowa Pliniusza nie liczyły sobie1900 lat, można by je przypisać arystokratycznemu, powściągliwemukosmopolicie naszej epoki. Nieznane ludy, nieznane zwyczaje? Oczy-wiście — tylko o tym się nie mówi!

Podobne milczenie zachowuje Diodor Sycylijski, który w I w. prz.Chr. napisał czterdziestotomowe dzieło historyczne!

„Niewielu podjęło się opowiedzenia wszystkich zdarzeń od dawnychczasów po swoje dni, ci zaś albo omieszkali podać datę każdegozdarzenia, albo pomijali milczeniem historię barbarzyńców. Ciż sami

17

 

 

wyrzucili z kretesem za burtę ze względu na trudności w zrozumieniu

stare mity i legendy [...]." [19]

Diodor zapewnia, że robił wszystko, co w jego mocy, pracując nadswoim dziełem przez 30 lat. Można się zeń dowiedzieć rzeczy nad-zwyczajnych o bogach i pradawnych czasach — jeszcze do tego wrócę

zapada jednak milczenie, gdy powinna być mowa o zachowaniudawnych ludów podczas pierwszego kontaktu z obcymi. Podano jakieśochłapy, za to rachunek słony! Pozostaje mozaika relacji historycznych

które, przynajmniej miejscami, przedstawiają obraz o naprawdęcudownych barwach.

Kto wie, że nie tylko Europejczycy organizowali wyprawy odkryw-cze, ale że i do Europy docierali ludzie z innych rejonów świata?W literaturze można znaleźć opisy pojawiania się na kontynencieeuropejskim ludzi o innej barwie skóry, ludzi wyglądających zupełnieobco. Na przykład ów cudzoziemiec o czerwonawej skórze i haczykowa-tym nosie, darowany w 62 r. prz. Chr. rzymskiemu konsulowi Galii,Quintusowi Metellusowi. Postać ta posłużyła za model niedużegobrązowego popiersia o wysokości 19,5 cm, które dostało się do kolekcjiczcigodnego monsieur Edmonda Duranda. W 1825 roku król KarolX darował kolekcję Luwrowi, gdzie po dziś dzień można podziwiaćtwarz o typowo indiańskich rysach i orlim nosie [13].

Sir Walter Raleigh przywiózł z Ameryki Północnej do Europy wodzaMateo. Królowa angielska Elżbieta była „zachwycona" gościem i na-dała Indianinowi tytuł: Lord of Roanoke [16]. Szkoda, że indiańskiwódz alias Lord of Roanoke nie pozostawił pamiętników. Bardzo bysię nam dziś przydał jego punkt widzenia!

A szczęściarz Hernan Cortes, zwycięski zdobywca Meksyku? Przy-wiózł do Hiszpanii całą drużynę piłkarską, która wystąpiła na królews-kim dworze w Madrycie. Aztecy z Ameryki Środkowej grali w tlachtli,morderczą grę w piłkę, nieznaną w Europie. Mecz odbywał się naotoczonym murem prostokątnym placu o wymiarach 40 x 15 m. Gręobserwowały królewskie wysokości ze świtą.

Indianie zaczęli grać. Ucichły nudne dworskie rozmowy. Zdarzeniana boisku zapierały dech w piersi. W Starym Świecie nie widzianojeszcze nic podobnego. Doskonale wyćwiczeni Indianie biegali za pię-ciofuntowa kulą z dziwnego materiału, który nazywali „gumą". Kuli niewolno było dotykać dłońmi ani stopami. Nie mogła upaść na ziemię.Trzeba ją było podbijać błyskawicznymi ruchami łokci, kolan, brzucha,pleców, szyi i głowy. Indianie rzucali się ku piłce szczupakiem.

Gra polegała na przeprowadzeniu piłki na pole przeciwnika i spowo-dowaniu jej upadku na ziemię albo dotknięcia dłonią czy stopą przez

18

gracza drużyny przeciwnej. Najistotniejsze jednak było przerzucenie pił-ki przez kamienną obręcz znajdującą się na murze stojącym w środkuboiska. Gra była niezwykle ryzykowna! Od zetknięcia z piłką pękałynosy, łamały się kości, a —jak relacjonował naoczny świadek — „nie-których graczy zniesiono martwych z boiska" [20].

Co stało się z cudzoziemcami, którzy w pojedynkę lub grupowodotarli do Europy? Wyśmiewano się z nich i drwiono. Nikt nie traktowałich poważnie. Rozpoczęła się publiczna i akademicka dyskusja na temat„dzikich", „barbarzyńców", „prymitywów". Dyskusja ta osiągnęłapunkt kulminacyjny w XVII i XVIII w. Tacy filozofowie jak Wolter,Rousseau, Hume czy Kant podzielili się na dwa obozy [21]. Ówczesneczasy nie różniły się prawie od dzisiejszych. Twierdzono, że nie--Europejczycy są „grubiańscy, lubią mordować, kraść", prowadzą„rozpustny tryb życia" oraz że są kłamliwi, fałszywi, pożądliwi i zazdro-śni. Jeżeli nie-Europejczyk wykazywał oznaki inteligencji, była to tylko„przebiegłość". Nie-Europejczyków traktowano jak „półludzi", mieliprawo tylko do życia w niewolnictwie. Francuski podróżnik La Hontanz ironią bronił kanibalizmu argumentem, że przecież wiadomo, że tu-bylcy przedkładają delikatne mięso Francuzów nad łykowate Brytyj-czyków. Świadczy to wyłącznie o ich wyszukanym smaku!

Pojawiały się oczywiście i poglądy przeciwne. W 1694 r. jezuitaChauchetiere napisał odważnie: „W dzikich ludziach widzimy pięknerelikty ludzkiej natury, jakie wśród ludów administrowanych pojawiająsię jeno w postaci doskonale skorumpowanej [...]. Wszyscy nasi ojcowiei pozostali Francuzi, stykający się z dzikimi, są zdania, że spędzają oniżycie przyjemniej od nas" [9, 22]. Miał rację, ale jak dowodzi niewol-nictwo, nikomu to nie pomogło.

Nie wiadomo tylko dlaczego wszystkie ludy, odkrywane po razpierwszy lub powtórnie, za każdym razem przekazywały sobietam-tamem informację, że właśnie powrócili bogowie. Kogo, naBoga, oczekiwały? Czy niegdyś organizowano wyprawy do odległychkrajów, a ludność tubylcza wierzyła później w ich powtórne przybycie?

Jeszcze dalej w przeszłość

Udokumentowana jest relacja buddyjskiego mnicha Hui Shen (HwuiShan) z Afganistanu, który z sześcioma najwyżej ludźmi wyruszył drogąmorską do krainy Ta Hań (dzisiejsza Kamczatka, leżąca w najdalej napółnocny wschód wysuniętej części Syberii). Było to w 459 r. n.e. [23].Od krainy Ta Hań mnich przepłynął jeszcze 20 tysięcy li, aby odkryć na

19

 

 

wschodzie legendarną krainę Fu Sang. Starożytna miara długości limiała 644,4 m — mnich przepłynął więc morzem okrągłe 12 888 km!Nawet gdyby uwzględnić, że chińska miara długości skurczyła sięz biegiem stuleci do 150 m, to mimo wszystko przebyta droga będziewynosiła 3 000 km. Co robił Hui Shen w dalekim kraju? Mieszkał tamprzez pełne 40 lat — studiował, uczył się — w końcu powrócił do Chin,aby zdać relację ze swoich peregrynacji ukochanemu cesarzowi Wu Ti.Hui Shen pisał, że spotkał tubylców, malujących ciała w paski. Paskiszerokie i proste oznaczały członków klasy wyższej, wąskie i krzywe— przedstawicieli klas niższych.

Wedle opisu Hui Shena wylądował on wraz z towarzyszami podróżyna Alasce. Tamtejsi Eskimosi rzeczywiście malowali ciała w paski.Tylko dlatego nie rozprzestrzenił się tam buddyzm? Po tak długimprzebywaniu mnicha wśród Eskimosów, których „nauczał", na Alascemusiały się zachować ślady jego pobytu. Gdzie są? Ale Eskimosimalowali swoje ciała i oczekiwali niebiańskich bogów jeszcze przedprzybyciem Hui Shena.

Hui Shen dotarł też chyba do Ameryki Środkowej, bo opisujetropikalną i wilgotną krainę ze wspaniałymi nieufortyfikowanymimiastami. Cywilizowani tubylcy nie znali żelaza, mieli za to w wielkichilościach miedź, srebro i złoto. Stosowali papier wytwarzany z roślin,a ich księgi były wielobarwne.

Wszystko to pasuje jak ulał do Ameryki Środkowej. Miasta Majówbyły „wspaniałe" i „nieufortyfikowane". Majowie zaś opanowalicudowne pismo, którego znaki malowano na kartach poskleja-nych w formie leporella. Stronice tych ksiąg sporządzano z cienkichwarstw łyka figowca. Łyko ubijano, aż zmiękło, i dodawano doniego sok drzewa gumowego. Włókna były następnie nasączanekrochmalem uzyskiwanym z roślin bulwiastych i powlekane mlecz-kiem wapiennym. Po wyschnięciu karta wyglądała jak pokryta cieniut-ką warstwą stiuku. Wspaniale jaśniały na niej kolory kładzione przezkaligrafów.

Wielu etnologów umiejscawia cel podróży Hui Shena w AmeryceŚrodkowej [24, 25, 26], inni jednak twierdzą, że kraina Fu Sang toMadagaskar. Ja stawiam na Amerykę Środkową, bo niezliczonewizerunki na stiuku i kamienne reliefy Majów są zdumiewającopodobne do tych, jakie można ujrzeć w Indiach i w Kambodży. Naprzykład dzieła sztuki Majów w Copan (Honduras) i „modlący siękapłan" z Archeologicznego Parku Villahermosa w Meksyku. Postać zezłożonymi dłońmi siedzi w pozycji kwiatu lotosu — dokładnie takiesame wizerunki można znaleźć w Indiach.

20 ,

Faktem jest, że mnich Hui Shen nie nauczył Majów buddyzmui nie przekazał im nawet zasady koła. A poza tym Majowie wznosiliświątynne miasta i tworzyli czterokolorowe księgi przed przyjazdemHui Shena. Nie mógł on być więc „krzewicielem kultury", bo wysokakultura w tym regionie już istniała. Wpływy wschodnie na określonekierunki sztuki są bez wątpienia prawdopodobne. Możliwe jest też, żezagadkowe pokrewieństwa sztuki Azji i Ameryki Środkowej istniałyprzed wizytą Hui Shena — niewykluczone, że azjatyccy żeglarzedotarli do Ameryki Środkowej jeszcze wcześniej.

W 219 r. prz. Chr. nadworny alchemik Hsii Fu opowiedział podobnocesarzowi Shin Huang Ti zadziwiające rzeczy o tajemniczych wyspachna Morzu Wschodnim (Pacyfik). Cesarz zorganizował ekspedycję,która odkryła krainę z fantastycznym pałacem Chih-Cheng. Terazcesarz zaczął poszukiwać eliksiru życia, bo uznał, że władca ma prawodo wiecznej młodości. Król odległej krainy, odkrytej przez Hsii Fu,przyrzekł dostarczyć czarodziejską substancję, jeżeli jego chiński kole-ga przyśle mu w zamian 3 000 młodych mężczyzn i kobiet, wśród nichrzemieślników. Cesarz Shin Huang Ti, czekający z niecierpliwością nacudowny środek, załadował na statki wielkiej floty młodzieńcówi dziewczyny, rzemieślników, prezenty i „wszystkie rodzaje zbóż". Postatkach wszelki słuch zaginął.

Mieszana załoga w sile 3 000 ludzi? „Wszystkie rodzaje zbóż"? Jeżeliwyprawa dotarła do celu, to gdzieś na kuli ziemskiej musiał powstaćszczep chińskiej kultury. Również nowe zboża nie zniknęłyby bez śla-du. Ta przedchrześcijańska chińska ekspedycja nie mogła dotrzeć doAmeryki Środkowej — choćby ze względu na nieobecność tu „rodza-jów zbóż". Wylądowała zapewne w rejonie Oceanu Spokojnego. Tam

— na przykład na Wyspach Karolińskich — można wykazać pra-dawne wpływy chińskie [27].

Bezustannie przeczesuję literaturę w poszukiwaniu prawdziwych„bogów" — istot nie pasujących do wizerunku żeglarza, istot czynią-cych rzeczy nadnaturalne. Kim były? Z jakich rejonów Ziemi czy

— moim zdaniem — z jakich rejonów Drogi Mlecznej przybyły? Czypierwotni „bogowie", którzy głupiutkiego człowieczka otumanialinadnaturalnymi widowiskami, byli ziemskiego czy pozaziemskiegopochodzenia? Powinniśmy też pamiętać, że w przypadku każdej kon-frontacji kulturowej przybycie bogów powodowało szok ale ludy„prymitywne" potrafiły zaraz odróżnić istoty ludzkie i ziemską technikęistot „wyższych". Starożytne Chiny stanowiły dobry punkt wyjścia dowypraw wokółziemskich. Mimo wszystko jednak Chińczykom byłobytrudno odgrywać rolę pierwotnych „bogów".

21

 

 

Jeszcze dalej w mrokach przeszłości niż zaginione 3000 Chińczykówgubi się podróż Sataspesa, kuzyna perskiego króla Kserksesa I (ok.517-465 prz. Chr.). Nieszczęśliwemu Sataspesowi udowodniono zgwał-cenie damy stanu wyższego i skazano na śmierć przez wbicie na pal.Matka Sataspesa jednak przekonała króla, aby dał jej synowi szansę.Kserkses wysłał więc lubieżnika w ekspedycję „za Słupy Heraklesa".Sataspes dopłynął podobno aż do dzisiejszego Senegalu (Afryka),a może i do Gwinei. W każdym razie opisuje „karłowate ludy", któremogą być tożsame z Pigmejami. „Potem statek stanął", bo prąd był zasilny. Sataspes dał rozkaz do powrotu mając nadzieję, że znajdzie łaskęw oczach władcy. Kserkses jednak podjął decyzję niekorzystną dlaSataspesa, który jego zdaniem do celu nie dotarł. Nieszczęśnika wbitona pal [28].

Także i tu nie mamy żadnych informacji, jak tubylcy zareagowali naprzybycie Persów. Ale nie należy chyba przypuszczać, że czczono ichjako „bogów" — nic nie wiadomo o perskim kulcie bogów w Afryce.W poszukiwaniu bogów oryginalnych pływamy po bardzo płytkichwodach: coś jest możliwe, prawie niczego nie można wykluczyć.

Znany jest też stary arabski dokument, znaleziony na WyspachKanaryjskich koło Las Palmas [29]. Dokument ów mówi nie tylkoo przybyciu Arabów na Wyspy Kanaryjskie — relacjonuje również ichpobyt w nieznanych krainach, do których można dopłynąć „podtrzecim klimatem Nubijskiego Geografa". Tam, na jednym z mórz, jestwyspa o nazwie „Sala, na której są mężczyźni w rodzaju kobiet [...] a ichoddech jest niczym dym palonego drewna [...] mężczyźni zaś różnią sięod kobiet wyłącznie narządami płciowymi. Nie mają bród a okrywająsię liśćmi drzew".

To na milę pachnie Indianami. „Dymiący oddech" może być dymemtytoniowym, bród zaś Indianie nie mają. Ponieważ nie rośnie im teżowłosienie na piersi, Arabowie mogli wziąć ich za kobiety. Także ciArabowie nie mogli ^działać jako „bogowie", bo ani w AmerycePołudniowej, ani w Środkowej nic nie wiadomo o oddawaniu czcibóstwom arabskim albo o kulcie noszącym znamiona kultury arabskiej.Może z jednym wyjątkiem.

Religie to również mity

Podstawą religii mormonów jest Księga Mormona. Znalazł ją podob-no w minionym stuleciu w bardzo tajemniczych okolicznościach JosephSmith (1805-1844), założyciel religii. Księga Mormona opisuje ze

22

wszystkimi szczegółami zadziwiającą podróż z Jerozolimy do AmerykiPołudniowej. Podróż ta miała się odbyć około 600 r. prz. Chr.

Relacjonuje ją niejaki Nefi, który powiada, że jego ojciec zwał sięLehi, matka zaś Saria.

W Księdze Mormona Nefi opowiada co następuje:„[...] na początku pierwszego roku panowania Sedecjasza, króla Judy,pojawiło się tam wielu proroków głoszących ludziom, że jeśli się nienawrócą, wielkie miasto Jerozolima ulegnie zagładzie", (l Ne. 1:4)Na razie wszystko się zgadza. Jerozolimę obrócono w perzynę w 586 r.prz. Chr. Wówczas Pan — kimkolwiek był — nakazał zbudować statek,„abym mógł przeprawić twoich przez te wody" (l Ne. 17:8).

Tajemniczy Pan zaopatrzył emigrantów nie tylko w żywność — dał imteż kompas. Opierając się na wyczerpującej relacji Nefiego historycymormońscy są przekonani, że grupa powędrowała najpierw z Jerozoli-my przez Półwysep Arabski, w rejonie Zatoki Adeńskiej zbudowałastatek, aby przez Ocean Indyjski i Spokojny dotrzeć do wybrzeżyAmeryki Południowej. Wkrótce po wylądowaniu Nefici zaczęli „u-prawiać ziemię i siać nasiona. I zasialiśmy wszystkie nasiona, którezabraliśmy z Jerozolimy [...]" (l Ne. 18:24). Nefici płodzili też pilniepotomstwo i wznosili świątynię „na wzór świątyni Salomona" (2 Ne.5:16).

Nawet jeśli ta historia jest tylko częścią religii, nie wolno jej odrzucaćbez sprawdzenia. Daty, liczby, imiona i nazwy podawane w KsiędzeMormona są zdumiewająco dokładne. Jerozolimscy Nefici osiedliw Ameryce Południowej. Czy w oczach Indian odegrali rolę bogów?Nie. Nefici mieli własną religię. A nawet w (znacznie późniejszym)imperium Inków nie da się znaleźć żadnych śladów wyznania moj-żeszowego i żadnych żydowskich przedmiotów kultowych. Lud, którysię tak szybko rozmnaża, nie niszczy swoich świętości.

Poza tym nie była to pierwsza podróż Nefitów ze wschodu na zachód.Wedle Księgi Mormona już w trzecim tysiącleciu prz. Chr. do AmerykiPołudniowej dotarła inna grupa — kierowana i instruowana przez Pana.Była to zapewne podróż pełna przygód, a odbyto ją w ośmiu doskonaleszczelnych barkach bez okien:

f „I zbudowali je w ten sposób, że były dopasowane i jak naczynia nieprzepuszczały wody. Ich dno, ściany boczne i sklepienie były szczelnejak w naczyniu. Były one na długość drzewa z zaostrzoną przedniąi tylną częścią i miały drzwi, które zamknięte pasowały dokładnie, żebarka była szczelna niczym naczynie". (Et. 2:17)Gdy emigranci skończyli budowę statków, zauważyli błąd konstruk-cyjny: po zamknięciu drzwi w środku było ciemno choć oko wykol. Pan

23

 

 

darował im więc 16 świecących kamieni, po dwa na statek, które przez344 dni dawały jasne światło. Pierwsza klasa!

Można w to wierzyć lub nie. Faktem jednak jest, że babiloński poemato stworzeniu, Enuma Elisz, opisuje podobną podróż. Jest tam mowao potopie, który zdołał przeżyć Atra-Hasis. We fragmentaryczniezachowanym eposie bóg Enki daje Atra-Hasisowi dokładne wskazówkido budowy statku. Na zarzut Atra-Hasisa, że nie zna się on naszkutnictwie, bóg Enki rysuje i wyjaśnia szczegóły projektu statku [30].Amerykański orientalista Zacharia Sitchin, który zajmował sięszczegółowo tym tekstem, pisze:

„Enki chciał, żeby Atra-Hasis zbudował statek 'przemyślany', zamy-kany hermetycznie i uszczelniony 'lepką mazią'. Statek nie mógł miećpokładu ani żadnego otworu, przez który 'wnikałoby słońce'. Miałbyć jak 'statek apsu', sulili — dokładnie to słowo (soleleth) stosujewspółczesny język hebrajski na określenie łodzi podwodnej. — Niechto będzie statek MA.GUr.Gur! — powiedział Enki (statek, którymoże się kołysać i wywracać)". [31]

Czyżby więc pramieszkańcami Ameryki Południowej byli starożytniBabilończycy i Izraelici? Czy to oni odgrywali rolę „bogów", którychobawiała się ludność indiańska? Niemożliwe. Kontrargumenty są tesame. Gdzie w Ameryce Południowej znajdują się ślady kulturybabilońskiej lub żydowskiej? Oba ludy miały wyraźnie określone zasadywiary, dokładne wyobrażenia bogów, przemioty i postacie kultowe.Znam dawne świątynie Ameryki Południowej —z wyjątkiem Chavin deHuantar (Peru), Tiahuanaco i sąsiedniego Puma-Punku (Boliwia) niema nic, co można by zaliczyć do całkiem obcej kultury. W tych trzechwymienionych miejscach zaś nic nie wiadomo ani o bogach babilońs-kich, ani o żydowskich.

Pamiątki z innego świata

Ale nie należy pomijać milczeniem faktu, że w Nowym Świecieznaleziono kilka kontrowersyjnych przedmiotów, które co najmniejświadczą o wizycie gości z Azji. Na przykład w Kentucky w USAodkryto w 1932 roku stare monety z napisem „rok 2. wolności Izraela"[25]. W 1891 roku w grobie wodza Czirokezów z Bat Creek w stanieTennessee natrafiono na plakietkę pokrytą osobliwym pismem. Choćwizerunek plakietki opublikował trzy lata później Smithsonian In-stitute, to aż do 1964 r. nie wiedziano, co z tym fantem począć.Tajemnicę odkrył dopiero prof. Cyrus H. Gordon za pomocą prostej

24

sztuczki — lustrzanego odbicia obrazu. Gordon odczytał słowa „dlakraju Judy", według innych ekspertów było to słowo „Judea" i dataokoło 100 roku [32].

Wszystkie te znaleziska — istnieje ich wiele — są w literaturzenaukowej sprawą sporną. Poza tym nie wyjaśniają istoty pierwot-nych „bogów". W jakikolwiek sposób wódz Czirokezów wszedł w po-siadanie plakietki — to już przedtem czcił swoich bogów. Plakiet-ka miała dlań co najwyżej wartość rzeczy jedynej w swoim rodzaju,nieznanej, niezrozumiałej. Dlatego włożono mu ją do grobu. Nie-zrozumiałe przedmioty są uważane przez plemiona tubylcze za „nad-naturalne", za „nie z ich świata" i czczone jak relikwie. Oto wspaniałeprzykłady:

W 1579 roku kapitan Francis Drakę w imieniu Korony Brytyjskiejobjął w posiadanie wybrzeża kalifornijskie. W pięć statków wpłynął dozatoki, gdzie żyli Indianie Miwok. Anglicy wywarli na Indianachogromne wrażenie. Indianie zaś zapragnęli zaraz spotkania z wodzemich plemienia o imieniu Hioh. Ten przystroił Drake'a jakby koronąi wieloma wytwornymi łańcuchami. Podczas tej uroczystości Indianieśpiewali ogłuszająco o tym — na ile Drakę i jego oficerowie zrozumielisłowa że uważają białych za bogów, z którymi walka jest beznadziej-na. W oświadczeniu mówiącym o przejęciu ziemi Drakę wymieniłkrólową Elżbietę, a Indianie z chęcią poddali się temu „naczelnemubogowi" [33, 34]. Dla zademonstrowania poddaństwa Indianie wybie-rali sobie jakąś osobę — marynarza albo żołnierza — przynosili jejprezenty i biczowali się na jej oczach. Zdumieni Anglicy nie mogli sięprawie obronić przed tą przemożną chęcią ponoszenia ofiar. Praw-dopodobnie powodem zdumienia Indian i oddawania przez nich„boskiej" czci Anglikom było pięć bajecznie kolorowych statków.Drakę pisał:

„Gdy się zbliżyli [Indianie], stanęli jak wryci, bo ujrzeli rzeczy,

których nigdy nie widzieli i o których nie słyszeli. Byli skłonni czcić

nas uniżenie i ze strachem jak bogów".

Francis Drakę kazał przybić na potężnym drewnianym słupie mosięż-ną płytę, świadczącą o objęciu tych terenów w posiadanie. W otwórw płycie oficerowie wtłoczyli sześciopensówkę z wizerunkiem Elżbiety LBóg raczy wiedzieć, podczas jakich uroczystości oddawano cześći okadzano „boga Elżbietę I". Faktem jest, że tę samą płytę, prawie nieuszkodzoną, znaleziono w pewnym indiańskim grobie w 1936 r. Musiałabyć co najmniej przez trzy stulecia dobrze przechowywana i stalepolerowana olejem, bo niewiele warta moneta nie nosiła śladówgrynszpanu.

25

 

 

Przedmioty pozostawiane przez zdobywców i odkrywców awan-sowały w wielu dających się udowodnić przypadkach do rangi relikwii.W 1565 r. francuski kapitan Jean Ribault postawił na Florydziekolumnę pamiątkową, nie zapominając przybić do niej godła jakoznaku prawa własności do tej ziemi. W kilka lat później pojawił się jegonastępca, monsieur Landonniere. Miejscowy wódz Athore obsypałprzybysza prezentami. Kolumna wzniesiona przez Ribaulta była ob-wieszona girlandami kwiatów, wokół stały dary ofiarne. Miejsce stałosię nową świętością, kolumna ośrodkiem kultu.

To, co zdarzyło się w Ameryce, miało również miejsce na innychkontynentach. Jako znak własności Portugalczycy postawili w Afrycetak zwane „kolumny Padrao". Nieświadomi mieszkańcy wybrzeżaczcili je, dopóki nie zauważyli — za późno — po co naprawdę je tuumieszczono [35]. Ze zdumieniem oglądano, podziwiano i czczononajróżniejsze przedmioty, a nawet się ich obawiano.

„Nic nie zdziwiło czarnych bardziej niż bombardy karaweli", za-pisał kapitan Alvise da Cadamosto anno 1456. Czarnoskórzy,których wpuszczono na pokład, na widok dział i innych przed-

 

Kolumna, postawiona na Florydzie przez francuskich zdobywców, stała się przedmiotemkultu (miedzioryt wg Th. de Bry, 1590)

26

miotów wpadali w panikę albo w zdumienie. Kobzę nazywali„jeszcze żywe zwierzę", a oczy namalowane na rufie statku uznaliza prawdziwe. Nawet zapalanie świecy było dla nich magicznymrytuałem [361

Człowiek z Księżyca

We wrześniu 1871 roku rosyjski podróżnik Mikłucho-Makłaj do-płynął na pokładzie statku „Witeź" do Bongu (wybrzeże NowejGwinei). Zdumieni tubylcy przyglądali się z oddali jego poczynaniom.Którejś nocy zauważyli, że Mikłucho-Makłaj przechadza się z latarnią.Od razu zaczęła krążyć plotka, że przybył z Księżyca. Rosjanin byłdobroduszny, przyjacielski i cierpliwy, rozmawiał z tubylcami, na ilebyło to możliwe. Starał się im tłumaczyć, że przybył nie z Księżyca, tylkoz Rosji. Ale tubylcy nie potrafili niczego przyporządkować pojęciu„Rosja". A przybysz miał białą skórę i dowodził wielkim pojazdem. Pokrótkim namyśle kapłani zdecydowali się obwołać go „bogiem TamoAnut", a „Witezia" uznali za boski pojazd. Galion jakiegoś rozbitegostatku wyrzucony na brzeg stał się świętym symbolem nowego bogaTamo Anut.

Po pewnym czasie pojawili się tam Holendrzy i Niemcy -- nowiprzybysze wszędzie trafiali na symbole boga Tamo Anut, któregopowrotu oczywiście oczekiwano. Prezenty otrzymywane od Europej-czyków tubylcy uważali za dary boga Tamo Anut. Oświadczyliprzybyszom, że bóg Tamo Anut mieszka w „krainie Anut", a jest tokrólestwo najwyższego boga stworzenia, i że mieszkający tam ludziemają wielkie domy i „metalowe narzędzia" [37].

Pewnego ranka zdarzyła się rzecz niezwykła. W pobliżu przepływałstatek. Tubylcy obserwowali uważnie dymiącego potwora. Statekzniknął za horyzontem, a wówczas rozeszła się wieść, że był to bóg TamoAnut palący wielkie cygaro.

Tak więc mity mogą powstawać z zupełnie błahych powodów,a zwykłe przedmioty urastać do rangi obiektów kultu. Jeżeli natomiast„bogowie" pozostają na danym terenie dłuższy czas, są ściągani"z powrotem na ziemię, „pozbawiani" boskości. Miejscowa ludnośćzaczyna dostrzegać w nich ludzkie cechy, a obiekty kultu wędrują naśmietnik. Prawdziwi bogowie mają być niezmienni i dokonywać rzeczynadnaturalnych.

Przedmioty należące do pseudobogów częstokroć imitowano albopowielano zachowując ich pierwotną funkcję. O takim zjawisku pisze

 

 

kapitan Fernam Mendez Pinto, który w połowie XVI w. zawijał dowielu japońskich portów:

„Jeden z nas [...] lubił dla rozrywki strzelać z arkebuza, a że byłstrzelcem nader udatnym, ustrzelił raz 26 dzikich kaczek. Kiedy ciludzie zauważyli jego strzelanie, jakiego dotąd nie widzieli, niewiedzieli, co to, a nie znając tajemnicy prochu, wnioskowali, że mu-si za tym stać jakieś czarodziejstwo [...]. Sporządzili sobie modelrzeczonego arkebuza, aby wedle takowego robić następne, wskutekczego przed naszym wyjazdem mieli ich już 600. W 1566 roku byłookoło 30 000, co niepomiernie mnie zadziwiło. Paru wiarygodnychkupców zapewniało mnie, że na całej wyspie Japonii jest ponad300 000 arkebuzów [...]". [38, 39]

W tym przypadku „czarodziejska broń" białych ludzi nie stała sięprzedmiotem kultu — kopiowano ją dla celów praktycznych. Japoń-czycy zawsze byli genialnymi imitatorami. Konieczna w takim przypad-ku jest tylko umiejętność rozumienia techniki, dobre rzemiosło i brakobaw przed magią. W innych częściach świata szok po przybyciu bogówdoprowadzał do kopiowania najidiotyczniejszych przedmiotów, bez

zachowania ich jakiejkolwiek funkcji użytkowej. Bywało tak nawetw naszym stuleciu.

Wiosną 1945 roku Amerykanie założyli w okolicach Hollandii (NowaGwinea) bazę wojskową. Niekiedy stacjonowało tam do 40 tyś. żoł-nierzy. Bez przerwy lądowały i startowały samoloty dowożące posiłkiwalczącym w rejonie Pacyfiku. Tubylcy, przeważnie Papuasi, obser-wowali niezrozumiałe dla nich poczynania obcych. Nie mieli zielonegopojęcia ani o polityce światowej, ani o technice. Amerykańscy żołnierzedawali im drobne prezenty — jak przed wiekami Cortes czy Kolumb.Tyle że teraz były to konserwy, czekolada, guma do żucia, T-shirty, starebuty — czasami noże, garnki czy butelki. Tubylcy nazywali je cargo (topochodzące z języka hiszpańskiego słowo oznacza ładunek). Corazwięcej Papuasów chciało dostać cargo, coraz więcej odważało się wyjśćz dżungli. Zapuszczali się aż na skraj lotniska, do baraków i szop. Tuwidzieli wielkie srebrne ptaki z hukiem wzbijające się w chmury- leciały zapewne do nieba. Plemiona papuaskie zaczęły radzić. Cozrobić, żeby srebrne ptaki poleciały wprost do ich siedzib i wyładowałytam cargo!

 

 

 

To nie jest współczesny zegarek. Ta bransoletka z brązu jest tylko zewnętrznym na-śladownictwem zegarka (eksponat z Koninklijk Museum voor Midden-Afrika, Tervuren)

28

Telefon do bogów

W końcu tubylcy doszli do wniosku, że muszą postępować tak jakobcy — wtedy „niebiańskie ptaki" same do nich przylecą. Na pustychplażach zbudowali z dostępnego materiału składy na „niebiańskiecargo". Na wyspie Wewak powstało „lotnisko" z imitacjami pasówstartowych i samolotów z drewna i słomy. Nie brakło szpitali polowych,w których pracowali „lekarze" i „pielęgniarki". Młodzież męskaćwiczyła musztrę. Drewniane kije imitowały karabiny. We wschodniejczęści Wyżyny Nowogwinejskiej holenderscy urzędnicy odkryli „radio-stacje" oraz „izolatory" zwinięte z liści. Bambusowe tyczki wielkościchat były „antenami", same chaty zaś połączono „przewodami"z włókien roślinnych. Mieszkańcy stawali w szeregu przed „radiostac-jami" i machając pochodniami imitowali lampy sygnałowe. Kapłaniprzemawiali do drewnianych mikrofonów i zakładali słuchawki z ko-rzeni drzew.

Holenderscy i amerykańscy oficerowie śmiali się zdumieni, patrząc nate błazenady. Tubylcy zaś pilnie i z niewiarygodną powagą naśladowaliwszystko, co widzieli. Wkrótce w użyciu pojawiły się „stalowe hełmy"z żółwich skorup, „lotnicze okulary" z macicy perłowej i „zegarki"z pasków futra. Nie tylko na wybrzeżu — również na centralnej wyżynie

29

 

 

Nowej Gwinei wzniesiono „domy cargo". Wieść zataczała coraz szerszekręgi, oczekiwano „wielkich, latających świń" [40].

Wkrótce nastąpiło smutne otrzeźwienie. „Srebrne ptaki" odleciały nalotniska w pobliżu frontu, cargo nie wypełniło szop, ze „słuchawek" niedobiegł żaden głos, z „karabinów" nie padł strzał. Z biegiem lat imita-cje powyrzucano albo zastosowano w charakterze ozdób. Co byłobyjednak, gdyby biali zniknęli na zawsze po krótkiej wizycie? Późniejsiodkrywcy znaleźliby na pewno kult nader zabawny. Religię cargoz antenopodobymi przedmiotami kultu, radiopodobnymi stacjamii lotniskopodobnymi świątyniami na świeżym powietrzu.

Właśnie tego brak mi u ludów starożytności. Gdyby zetknęły sięz przerastającą ich techniką ziemską, to ich kulty i obrzędy.wykazywałyby pewne naśladownictwa nieznanej cywilizacji. Pochodzi-my od małpy, małpującej to, czego nie rozumie. A ja, chociaż cierpliwieszukam, w przypadku konfrontacji kulturowych znajduję tylko „szokpo przybyciu bogów", pełne wiary oczekiwanie ich powrotu -- niewidzę jednak nigdzie naśladownictwa techniki chińskiej, babilońskiej,żydowskiej, egipskiej, perskiej czy innej. Musiałyby istnieć ryty naskal-ne, drewniane posążki albo wizerunki na ceramice, na których przed-stawiono by „coś" z owego obcego świata. W końcu właśnie takieprocesy można prześledzić w epoce odkryć geograficznych. Na połu-dniowym wschodzie USA znaleziono ryty naskalne, ukazujące mężczyz-nę w kapeluszu i pumpach. Są to wizerunki badacza, majora Wesleya,który przebywał w minionym stuleciu wśród zamieszkujących tamplemion indiańskich [41, 42]. Nad brzegami Rio Usumacinta, naterytorium indiańskiego plemienia Lacandonów w Gwatemali, od-naleziono ryty przedstawiające hiszpańską karawelę [43]. Podobnewizerunki odkrył koło Amalivaca (Wenezuela) ojciec Bartolomeo de lasCasas. Przedstawiają one typy łodzi z Wysp Kanaryjskich. U plemieniaManus — jest to rybacki lud zamieszkujący Wyspy Admiralicjiw Archipelagu Bismarcka — etnograf Margaret Mead znalazła modelesamolotów, wykonane z drewna wyrzuconego przez fale. Rybacy wi-dzieli zapewne prawdziwe samoloty, które przedstawili później w tensposób [44]. I, o czym już wspominałem, w berlińskim Museum furVólkerkunde stoi kamienny bóg z Hawajów — w europejskiej kryziei w peruce.

Kurioza — od kultur cargo po pludry — świadczą o skłonnościach„dzikich" do naśladownictwa. Nigdy nie zapominają oni najbardziejcharakterystycznych przedmiotów, jakimi posługiwali się obcy przyby-sze. Często przedmioty niezrozumiałego przeznaczenia są imitowanealbo stają się elementem ustnych przekazów. Pod koniec minionego

30

stulecia etnolog G. T. Emmos natknął się u wielu indiańskich plemionpółnocno-zachodniego wybrzeża na opisy „wielkich, czarnych ptakówz białymi skrzydłami", z których wysiadali ludzie. O czym opowiadaliIndianie? Mozolny wywiad wyjaśnił zagadkę. Indianie opisali tak statki„La Boussole" i „L'Astrolabe" francuskiego podróżnika La Perouse'a,który przybył tam w 1786 roku [45, 46]. Nawet zwieńczona krzyżemkolumna, którą Kolumb kazał postawić na przylądku Maisi (Kuba),przetrwała stulecia jako świadectwo „niebiańskich odwiedzin" [47].

Znana jest też przygoda, jaka przydarzyła się niemieckiemu piloto-wi-badaczowi Hansowi Bertramowi podczas przymusowego lądowaniaw Australii. Aborygeni nie zabili go tylko dlatego, że miał lotniczeokulary. Postacie w takich okularach tubylcy znali z rytów naskalnych.Coś wręcz przeciwnego przeżył pilot Leal Neto, który w 1954 rokuodważył się wylądować na terytorium plemion Suya w środkowejBrazylii. Na jego samolot spadł grad strzał. Późniejsze dochodzeniewyjaśniło zachowanie tubylców. Indianom wydawało się, że samo-lot jest „potworem o twardej skorupie", o którym dawne przekazyopowiadały same niedobre rzeczy [48]. Gdzież jednak podziały sięlegendy oraz imitacje przedmiotów będące skutkiem przybycia znaczniewcześniejszych wypraw Chińczyków?

Nie wiemy, kiedy plemiona o słabo rozwiniętej technice przeżyłypierwszy kontakt z inną kulturą. Możemy jednak wykazać, że takiezdarzenia stają się trwałym elementem tradycji tych plemion. Przeko-nującym przykładem takiego zjawiska może być wyprawa FrankaHurleya na Papuę - Nową Gwineę łodzią latającą w latach dwudzies-tych. Hurley, fotograf Lang i tłumacz wystartowali z Port Moresby.Lecąc wzdłuż wybrzeża dotarli nad wilgotny las równikowy, w którymujrzeli prehistoryczne chaty. W końcu odważyli się wylądować koło wsiKaimari:

 

 

 

 

 

 

31

 

 

„[...] Lecieliśmy nad wsiami, których mieszkańcy pierzchali wgęstwinę, ujrzawszy nadlatującego wielkiego diabła, który pędziłw niskich chmurach [...]. Lądowanie poszło gładko, ale [...] kunaszemu zdumieniu Lang i ja stwierdziliśmy, że tubylcy patrzą nanas jak na istoty nadnaturalne i że samolot stał się przedmiotemczci i trwogi [...]". [49]

Tłumacz na próżno próbował cokolwiek zrozumieć - - w końcupojął, iż dla odważnych wojowników samolot był „diabłem,który zleciał z nieba" albo łodzią-należeć-dwa-bogi". Tubylcymieli już złe doświadczenia z jakimś samolotem. Nikt nie wie-dział, kiedy to było. Nie wiadomo o żadnej ekspedycji lot-niczej, która zjawiła się tu przed Hurleyem. Jacy to więc an-tyczni lotnicy stali się praprzyczyną strachu tubylców? Aby udo-bruchać dopiero co przybyłego z przestworzy „boga Hurleya",„dzicy" co wieczór podpływali łodzią do wodnosamolotu i skła-dali w ofierze świnię, z trudem wciąganą na dziób płatowca. SprytnyHurley wyrzucał martwe zwierzę w ciemnościach nocy za burtę.Brak tuszy stanowił dla tubylców dowód, że łódź-należeć-dwa-bogi"przyjęła ofiarę.

 

Tubylcy ze wsi Kaimari co wieczór kładli na dziobie wodnosamolotu ofiarną świnie32

Frank Hurley nie zdołał się oprzeć pokusie udawania boga. Podczasspektakularnej ceremonii mającej na celu uleczenie chorego zapalił półfunta magnezji:

„[...] wrzuciłem paczuszkę w ogień i wyniosłem się cichaczem. Ciż-ba, która nie do końca wierzyła w moje czarodziejskie umiejętności,zebrała się wokół ogniska. Ogień lizał już opakowanie. Po chwilimagnezja rozbłysła z głuchym hukiem. Wyglądało to tak, jakbymiędzy tubylców spadła rakieta międzygwiezdna. Jak rakiety wy-strzeliły w górę płonące pochodnie; dał się słyszeć krzyk zgrozy.Tubylcy rozpierzchli się śmiertelnie przerażeni. Bębnienie ucichło[...]." [49]

Hurley nie zapomniał o pacjencie, który „otrzymał odpowiedniądawkę tranu, a nazajutrz poczuł się na tyle dobrze, że przechadzał siężwawo wśród współplemieńców [...]". Pacjent ten na pewno będzieopowiadał wnukom o straszliwej nocy. „Później usłyszałem — relac-jonuje Hurley — że mój niewinny żart przysporzył mi sławy dim-dim-puripuri — białego czarownika."

Bogowie, diabły, powracający przodkowie, absurdalne imitacje wy-tworów techniki, zalew sprzecznych przekazów — i bądź tu mądry,człowieku! Chwała Bogu są mosty, którymi można się wygodnieprzemieszczać z teraźniejszości w przeszłość, ale nawet dziś zeszłorocznyśnieg może się łatwo zamienić w gołoledź.

W 1920 roku Erich Scheurmann, podróżujący po morzach połu-dniowych, opublikował mowy wodza Tuiavii. Wódz ten w młodościuczył się w szkole misyjnej na Samoa. Później odwiedził nawet Europę.Przy tej okazji Tuiavii, zbulwersowany przejawami nieznanej cywi-lizacji, rejestrował wszystko, co dla niego nowe: pośpiech, dymiącesamochody, radia, wielopiętrowe budynki, wielkie dworce i tłumy naulicach. Powróciwszy na wyspę Tuiavii wykorzystał te oszałamiającewrażenia, żeby do członków swojego plemienia wygłaszać napominają-ce, filozofujące mowy.

Dobór słów i wymowa tekstu

Kwestią sporną jest, czy mowy te były w ogóle wygłaszane. Pewne jesttylko to, że Erich Scheurmann dłuższy czas przebywał wśród mieszkań-ców wysp południowych i stąd znał ich wyobrażenia o białych. Możenawet przez jakiś czas kontaktował się z Tuiavii, którego poznał „naodległej wysepce Upolu w archipelagu Samoa" [50]. Tam, we wsiTiavea, powstały szydercze mowy wodza, który naśmiewał się z kultury

33

 

 

europejskiej. Duet Scheurmann/Tuiavii buduje most w przeszłość zapomocą słów na określenie przedmiotów obcych członkom plemienia.I tak europejskie ubranie nazywa się „skóra", guziki zaś — „muszle".

Mankiety to „wapienne obręcze", cylinder — „sztywne naczynie",domy—„skrzynie z kamienia", schody — „gałęzie", a dźwięk dzwonkato „krzyk". Tramwaj nazywa się „szklana skrzynia na metalowychtaśmach", a pociąg to „statek długi jak robak, który się ślizga".

Telefony to „słowa-wdmuchiwać-w-metalowe-włókna", a karabin topo prostu „ognista rura". Wskazówki zegara to „małe palce", a pierw-sze samoloty to łodzie jeżdżące od chmury do chmury". Maszynaparowa to „rzecz pożerająca czarne kamienie i dająca siłę", a pióro — napewno państwo nie zgadną — „kość do pisania".

Elektryczność nazywa się „chwytać-błyskawice-z-nieba", kino jest„miejscem nieprawdziwego życia", zawód nazywa się „tylko-jed-no-umieć", latarka to „iskierka". Klawisze fortepianu są „białymii czarnymi języczkami".

Można sobie wyobrazić wartość formalną następującej informacji:„Gdy słońce stało na niebie, pokryły się małe palce. Mój towarzyszwdmuchnął kilka słów w metalowe włókna i po kilku małych gałęziachwsiadł do łodzi, jeżdżącej od chmury do chmury. Tam powiesił swojesztywne naczynie na gałęzi i poprosił, żebym spojrzał w dół. Ujrzałemwiele skrzyń z kamienia, kilka szklanych skrzyń na metalowych taśmacha nawet długi statek podobny do robaka, który szybko się oddalał.Nagle zjawiła się piękna dziewczyna z kością do pisania. Przyniosła namnapój i powiedziała, że zaraz ujrzymy miejsce nieprawdziwego życia..."

Jak nasi przodkowie opisywali rzeczy, na które nie mieli określeń?Jeśli na coś brak określenia, trzeba to nazwać za pomocą słówistniejących. Dla Indian Ameryki Północnej parowóz jest „ognistymrumakiem", a telefon „śpiewającym drutem". Alkohol stał się „wodąognistą", a magnetofon „rzeczą kradnącą głos". Kiedy w październiku1978 r. w Zairze wystartowała rakieta, reporterzy telewizyjni zapytalikilku czarnych w buszu, co myślą o tym wydarzeniu: „Nasi potężniprzyjaciele wysyłają ogień do nieba" — brzmiała lapidarna odpowiedź.Z niewiedzy i kalekich określeń powstają legendy — tak było kiedyś,tak jest i dziś.

W połowie lat dwudziestych bracia Michael, Benjamin i James Leahypojechali na Nową Gwineę, gdzie na wybrzeżu zapanowała akuratgorączka złota. Bracia Leahy mieli ze sobą nie tylko sita do płukaniazłota, lecz również aparaty fotograficzne. 60 lat później terytoria„dzikich" ucywilizowano. Ekipa telewizji australijskiej udała się w tenrejon i pokazała mieszkańcom powiększenia starych zdjęć zrobionych

34

przez braci Leahy. Kilku staruszków rozpoznało się na fotografiach.Dziś wyglądają zupełnie inaczej — noszą buty, spodnie i koszule. Nazdjęciach widać ich jeszcze w przepaskach biodrowych, w rękachtrzymają dzidy. Jeden ze starców powiedział:

„Byłem dzieckiem. Ojciec zabierał mnie ze sobą na polowania. Wtedy

ujrzeliśmy pierwszych białych ludzi. Przestraszyłem się okropnie

i zacząłem płakać. Jeszcze nigdy nie widziałem takiej istoty. Skąd

przybyła? Z nieba czy z rzeki?" [51]

Swoje przeżycia z lat dwudziestych bracia Leahy utrwalali również napiśmie — pramieszkańców dziwił każdy przedmiot: zapałka, konserwa,ołówek, nożyczki. O tym, co działo się w umysłach tubylców, opowiada-ją dziś starcy:

„W naszej wsi rozeszła się wieść, że przybyły błyskawice. Uważaliśmy

białych za błyskawice z nieba. Inni powiadali, że to nasi przodkowie,

którzy powrócili z królestwa umarłych". [51]

A cóż innego mieli myśleć, skoro istniał pradawny przekaz, wedlektórego bogowie zstąpili niegdyś z nieba i nauczali ludzi. Był kultzmarłych, wiara w królestwo przodków na tamtym świecie. Starzec,który ujrzał wówczas białych z dużymi kolorowymi plecakami, tak ująłwrażenia tubylców: „Myśleliśmy, że mają tam swoje żony!".

Dzikich zdumiały również spodnie przybyszy. Zadawali sobie pyta-nie, jak te istoty pozbywają się ekskrementów: „Bo przez to się nie da!".I tak w głowach miejscowych zakiełkowała myśl, że biali są pewnieistotami z nieba — aż pewnego dnia jeden z tubylców zauważyłz ukrycia, jak biały spuszcza spodnie i pozbywa się czegoś z wyraźnąulgą. „Jeden z niebiańskich przybyszy właśnie to zrobił!" — oświadczyłszpieg swoim współplemieńcom. Kilku śmiałków ostrożnie obwąchałorzecz pozostawioną przez białego człowieka — niebiańskie gównośmierdziało tak samo jak ziemskie.

Bracia Leahy wraz z kolumnami tragarzy przebyli góry. Wkrótcezrozumieli, że w ten sposób nie da się tu doprowadzić zaopatrzeniaz wybrzeża. Wykarczowali więc w zaroślach pas startowy. Tubylcy niewiedzieli wprawdzie, o co chodzi, pomagali jednak chętnie. Tysiącemężczyzn, kobiet i dzieci ze śpiewem na ustach wyrównywało ziemięudeptując ją cierpliwie. „Byli szczęśliwi, że mogą sobie potupać" — pisałBenjamin Leahy.

Nim przyleciał pierwszy samolot wezwany przez radio, braciauświadomili tubylcom, że z nieba przybędzie wielki ptak, niosącyw swoim brzuchu ludzi. Oczywiście na skraju pasa startowego stanęłytysiące ciekawskich, żeby obejrzeć widowisko. Pewna staruszka opowie-działa, że przy lądowaniu wielkiego ptaka ludzie rzucili się na ziemię

35

 

 

i ukryli twarze. Wielu przestraszyło się tak bardzo, że bezwiednie oddałomocz. Potem jednak uciekli i ukryli się, niektórzy obejmowali się,krzycząc ze strachu. Benjamin Leahy pisał: „Ludzie wpadli w panikę, bonie wiedzieli, co to jest".

Stopniowo, gdy porozumienie stało się możliwe, tubylcy zaczęlipojmować, że dziwni biali nie są istotami z nieba. Mimo to nadal byliprzekonani, że biali są duchami przodków. Jak do tego doszło?

Od niepamiętnych czasów panował tu zwyczaj palenia zmarłych.Popioły i resztki kości wrzucano do rzeki. A co robili obcy? Godzinamistali w rzece. Płukali piasek, odcedzając w dziwnych miskach żółtekamyki. Musieli więc być zmarłymi przodkami, szukającymi w rzeceswoich resztek. Bo jak inaczej wytłumaczyć takie zachowanie?

Mijały lata. Powoli znikały ostatnie niejasności. Biali zostali, było ichcoraz więcej. Młode pokolenie tubylców uczyło się w szkołach misyj-nych. Przełamano utrudniającą komunikację barierę językową, miejs-cowi zaczynali rozumieć nową cywilizację.

Ale co by było, gdyby po krótkim pobycie biali zniknęli równie nagle,jak się pojawili? Gdyby przez stulecia czy tysiąclecia tubylcy nie mielikontaktu z białymi ludźmi? Pewne jak amen w pacierzu byłoby po-wstanie nowego kultu, nowej religii, kultu powracających przodków,szukających w rzece swoich kości, kultu białych, którzy w potężnym,grzmiącym ptaku o twardej skorupie zstępują z nieba, aby znów tamzniknąć! Byłoby właśnie tak!

Ale dlaczego, i to jest celem moich badań, tyle tubylczych plemionczeka na „bogów z nieba"?

II. Boscy ludzie

Czas to dobry nauczyciel.

Szkoda tylko, że uśmiercaswoich uczniów.

Curt Goetz (1888-1960)

Historię dynastii Szang przekazano w tak zwanych Annałach Szi-chi,człowiek stoi tu więc na pewnym gruncie [52]. Pierwszym panują-cym, od którego imienia wzięła nazwę prowincja, był Czeng Ting. TenCzeng Ting zapoczątkował wprawdzie swój ród, ale nie był pier-wszym cesarzem. Był nim jego poprzednik Chieh Kuci z dynastii Hia,podobno dyktator o skłonnościach sadomasochistycznych — z tegopowodu pozbawiono go tronu. Uczynił to właśnie założyciel dynastiiSzang, mężny Czeng Ting. Annały podają, że miał „latające wozy". Alenie wyprodukował ich we własnych zakładach lotniczych — byływytworem tajemniczego ludu zwącego się Chi-Kung. Taaak, a ludmieszkał ni mniej, ni więcej tylko o 40 000 li „po drugiej stronienefrytowej bramy". Gdziekolwiek to było, była to odległość większa odpołowy równika, bo 40 tyś. li to 40 000 x 644,4 m, czyli 25 776 km! Jeżeliza podstawę obliczeń przyjąć małe li (150 m), to lud zajmujący siębudową samolotów mieszkał w odległości 6 000 km od granic cesarstwa.

O ludzie Chi-Kung napisano: „Potrafili też wytwarzać latające wozy,które przy sprzyjającym wietrze pokonywały wielkie odległości. Zaczasów Tinga (1760 r. prz. Chr.) zachodni wiatr zaniósł taki wóz aż doJutschou (Honan), po czym Ting połamał go, albowiem me życzył sobie,aby jego lud zobaczył ten pojazd".

Chiński poeta Kuo p'o (270-324 r. po Chr.) podchwycił wątekznaleziony w annałach przodków. Pisał: „Godne podziwu są precyzyjneprace ludu Chi-Kung. Myśląc o wietrze wytężyli głowę i wynaleźli

37

 

 

latający wóz, który wznosząc się i opadając, zależnie od potrzeby,dowiózł ich jako gości do cesarza Tinga".

Istnieją rysunki owych aparatów latających, na których widoczne sąszczegóły, w naszych oczach „chińskie" w całym tego słowa znaczeniu.Cesarz Czeng Ting ukrywał te aparaty przed spojrzeniem poddanych.„Głównemu inżynierowi" cesarza, Ki Kung Shi, udało się nawetzbudować kopię takiego niebieskiego wozu. Później pojazdy te znisz-czono, „aby na zawsze zachować je w tajemnicy". Rozbrojenie w staro-żytnych Chinach! W dziele Szang hai tiszing Kuo p'o pisze o różnychsprawach owej epoki [53, 54, 55]. „Latające wozy" pojawiają się tamczęsto pod nazwą „latające koła".

Jeszcze w średniowieczu filozof i mnich Roger Bacon (1219-1294)dysponował informacjami na temat latających aparatów, bo w pracyz 1256 roku napisał:

„Mogły też być wytwarzane aparaty latające (instrumentu vo-landi) [...] były one wytwarzane bardzo dawnotemu, a pewnem jest, że takowy instrument do latania posia-dano". [56]

Moi czytelnicy wiedzą, że „latające wozy" i „latające koła" stanowiąelement niezliczonych przekazów. Za dublet powietrznych odwiedzin nadworze chińskiego władcy Czeng Tinga mogą być uznane podróżeindyjskiego króla Rumanwata, który kazał zbudować statek powietrznytak wielki, że mieściło się tam naraz wielu ludzi:

„Zasiadł więc król w niebiańskim wozie wraz ze służbą ze swegoharemu, ze swoimi kobietami, dostojnikami i grupą ludzi pocho-dzących ze wszystkich dzielnic miasta. Dotarli do kresu firma-mentu, a w końcu podążyli drogą wiatrów. Wóz niebieski okrążyłziemię lecąc nad oceanami i skierował się ku miastu Avantis,gdzie obchodzono święto. Maszynę zatrzymano, aby król mógłwziąć udział w święcie. Po krótkim pobycie król wystartowałz powrotem na oczach niezliczonych gapiów, podziwiających wózniebieski". [57]

Ci powietrzni żeglarze antyku byli całkiem nieźli! Oczywiście rozu-miem, że te wszystkie aparaty latające uzna się zaraz za wytworyfantazji. Z zatęchłego worka psychologii wyciągnie się — normalka!— przedwczorajszy argument, że człowiek zawsze chciał dorównaćptakom i marzył o lataniu. Wymówka banalna, bo przecież — szczegól-nie w przekazach staroindyjskich — wyraźnie odróżnia się wozy latająceod nielatających. Może o tym zaświadczyć kilka cytatów z Ramajany,zestawionych przez znawcę sanskrytu, prof. dr. Kandżilala z SanscritCollege w Kalkucie:

38

„Wraz z Kharą wsiadł do latającego pojazdu ozdobionego kosztow-nościami i twarzami demonów. Pojazd poruszał się z hałasemrównym grzmotom". (3.35.6-7)

„Wsiądź do tego pojazdu, który jest wysadzany kosztownościamii może wznieść się w powietrze. Kiedy uprowadziłeś Sitę [małżonkękróla], możesz podążać, dokąd chcesz. Drogą powietrzną zawiozęją do Lanki [dziś Sri Lanka — Cejlon] [...] I tak Rawana i Mari-cha wsiedli do pojazdu powietrznego podobnego pałacowi [ ] "(3.42.7-9)

„Ty szubrawcze, myślisz, że skoro postarałeś się o ten pojazd po-wietrzny, będziesz żył w dobrobycie?" (3.30.12)„Potem zjawił się pojazd samoistny [...] znów w Lance z biedną Sitai Tridżatą." (4.48.25-37)

„Jest to wyborny pojazd powietrzny, zwany Puśpaka a lśniący jaksłońce." (4.121.10-30)

„Obiekt latający, ozdobiony łabędziem, wzniósł się z hukiem w prze-stworza." (4.123.1)

„Wszystkie damy z haremu króla małp Sugriwy pośpiesznie skoń-czyły się stroić i wsiadły do latającego pojazdu." (4.123.1-55) [58]A w eposie Mahabharata jest 41 fragmentów tekstu mówiącychwyraźnie o pojazdach latających. Oto przykłady:

„Och, ty, potomku Kurusa, ów zły człowiek przybył pojazdemlatającym samodzielnie, który może poruszać się wszędzie i znanyjest jako Saubhara." (Vanaparva Ch. 14, w. 15-22)„Również ludzie poruszają się po niebie pojazdami latającymiudekorowanymi łabędziami a równie komfortowymi jak pałace."(Vanaparva Ch. 200, w. 52-56)

„Wielki pan przekazał mu poruszający się samodzielnie pojazdlatający." (Vanaparva Ch. 207, w. 6-9) [59]

A zatwardziałym reprezentantom poglądu, że są to tylko wytworywybujałej fantazji dawnych Hindusów, podsuńmy dyskretnie fragmen-cik z dzieła powstałego w zupełnie innym regionie Ziemi — myślę

0 etiopskiej Księdze Królów. Tam latają nie Chińczycy ani Hindusi, lecznasz stary znajomy — król Salomon:

„Wszystko pędziło na wozie, jak okręt na morzu, który ponosi wiatr[...] i szybsi byli od orłów na niebie, i cały ich dobytek posuwał sięz nimi w powietrzu na wozie." [60]

W ten sposób król i wszyscy, co byli posłuszni jego rozkazom, lecielina wozie bez cierpień i chorób, bez głodu i bez pragnienia, bez potu

i zmęczenia, przebywając jednego dnia drogę, na którą potrzeba trzech miesięcy.

39

 

 

W czasach antycznych na pewno byli ludzie stosujący maszynylatające. Choć na to twierdzenie istnieją niepodważalne dowody, niktnie potraktuje ich serio. Założymy się? Arogancja najświatlejszych niedopuszcza istnienia czegoś, co istnieć nie może. Dowody? Jakie do-wody?

kierunkiem prof. dr. Josyera pracował nad odczytaniem tekstów przez20 lat. Jesienią 1973 roku przedstawiono angielski przekład poprze-dzony tekstem sanskryckim. Dzięki temu każdy naukowiec zajmującysię sanskrytem mógł sprawdzić wierność tłumaczenia. Książka zatytuło-wana Yymaanika-Shaastra or Science of Aeronautics [61] zainteresowałana Zachodzie niewielu fachowców, ci zaś podziwiali wprawdzie dosko-nałe tłumaczenie, nie podnieśli jednak z tego powodu specjalnej wrzawy.

Rękopisy opisujące prehistorycznątechnikę latania

W 1918 roku w Bibliotece Baroda Royal Sanskrit w Mysore w In-diach odkryto rękopis pracy Yaimanika Sastra, który przeleżał tam niezauważony całe wieki. Dopiero w 1943 roku fragmenty tego dziełaopublikowano pod tytułem Yimana Sastra. Znawcy sanskrytu z PoonaCollege zauważyli wkrótce, że tekst ten wykazuje wiele podobieństw dostarszych tekstów sanskryckich, sięgających 1610 roku. Teraz do pracywłączyli się naukowcy Academy of Sanskrit Research z Mysore.Kolekcję tekstów uzupełniono rękopisami z zatęchłych podziemi znisz-czonych świątyń. Do Akademii dostarczono całe pliki starych pism,powiązane i ściśnięte starymi drewnianymi tabliczkami. Anglików nieinteresowały te zabytki — kapłani zaś obawiali się, że starożytnemanuskrypty zbutwieją, zostaną zżarte przez szczury albo zniszczejąw inny sposób. Dyrektor Akademii prof. dr G. R. Josyer i jegowspółpracownicy posortowali materiały według stopnia zniszczeniai według wieku. Choć papiery liczyły sobie w najlepszym przypadku 350lat, zawierały wiedzę z minionych tysiącleci. Wkrótce pojawiły się nazwyi dziwolągi słowne dobrze znane sanskrytologom. Pradawna formawersyfikacyjna wskazywała bez wątpienia na fakt, że treść pochodziz zamierzchłej przeszłości. Teksty, jak to w indyjskich klasztorach(i chrześcijańskich też), były stale przepisywane. 25 sierpnia 1952 rokunaukowcy Akademii przekazali indyjskim mediom pierwszą informacjęo odkryciu. Pięćdziesięcioletni wówczas prof. Josyer oświadczył skrom-nie:

„Szanowni państwo! Mamy przed sobą 500 ślok czyli stanc tekstów

staroindyjskich, mówiących wyłącznie o prehistorycznym lotnictwie.

Jest to 6000 ręcznie pisanych linijek. Opisują one aparaty latające

typu wimana, rukma, sundra i szokuna".

O odkryciu napisały hinduskie gazety — ale sensacyjna informacjanie zainteresowała reszty świata. Ludzie byli zajęci usuwaniem szkódwojennych i rozkręcaniem gospodarki. Niewielki zespół badawczy pod

40

 

 

 

Aparaty latające w starożytnych Indiach? Fantazja i marzenia jakichświecznych szperaczy. Wtajemniczeni fachowcy wiedzieli, że i w innychtekstach sanskryckich jest mowa o „latających wozach". Na przykładw tomie XXV Samarangana Sutradhara czy w Yuktikalpataru z Bhodża,tekstu opublikowanego przez Calcutta Oriental Society w 1917 r. Niebyło więc szczególnego powodu do podnoszenia wrzawy.

 

 

Tymczasem udowodniono, że opisy prehistorycznych aparatówlatających liczą sobie tysiące lat. Będąc w Indiach pytałem o to wielupoważnych sanskrytologów — potwierdzili oni i prawdziwość odpisówdawnych tekstów, i doskonałość tłumaczenia.

Dziesięć rozdziałów porusza problematykę przerażająco współczesną

— mówią o treningu i skafandrach pilotów, o korytarzach powietrz-nych, o elementach maszyn latających, o stosowanych w nich metalach,o metalach pochłaniających wysokie temperatury i o różnych rodzajachnapędu. Jest tam też lista 32 reguł, do których musi się stosować osobakierująca pojazdem powietrznym. W końcu tekst podaje sekrety, jak„skakać" określonymi typami pojazdów powietrznych, jak lecieć„wężykiem", jak pilot może „patrzeć na wszystkie strony" i „słyszećodległe dźwięki". Przeliczono również prędkość poszczególnych typówwimana na jednostki współczesne — wynosiła ona 5760 km/h.

Informacje z przeszłości mogą — jeżeli się je weźmie poważnie

— zrewolucjonizować współczesne lotnictwo i kosmonautykę. Mówisię tam o składnikach, pozwalających zrobić po zmieszaniu w od-powiednich proporcjach 16 powłok pochłaniających ciepło. Wyjaś-nia się też, jak uzyskiwać czyste metale, jakie kwasy dodawać dodanego stopu i jakie oleje stosować do jego obróbki w danej tem-peraturze. Opisano siedem typów silnika oraz typy wimana, do którychmożna je zastosować. Nie brak informacji ani o wielkości maszynlatających, ani o możliwościach ich zastosowania czy osiąganympułapie. Tytuły rozdziałów brzmią jak z dzisiejszego podręcznika dlapilotów:

„Korytarze powietrzne — Elementy maszyny — Skafandry — Posiłki

O materiałach — Punkt topnienia — Lustra — Moc — Maszyny

żne typy samolotów — Szakuma-wimana — Sundara-wimana

Rukma-wimana — Tripura-wimana"'. [61]

Nieżyjący już dziś pro f. dr Josyer przekazał mi w Mysore egzemplarztych zdumiewających tekstów. Nigdy się z nim nie rozstaję! Profesorpozwolił mi też cytować fragmenty tego dzieła, „jako daninę za Pańskie

 

 

 

42

nieustanne starania w służbie prawdy", jak napisał w dedykacji. Otokilka wspaniałych próbek:

„Zajmiemy się teraz lustrami i soczewkami koniecznymi w wimana.Jest ich siedem. Oto one: mukura-kalpa — lustro dalekiego zasięgu,skaktjaakarszana darpana — lustro zbierające energię [...] rowdridar pana — lustro potęgujące przerażenie. Lustro wiszwakrija musibyć ruchome i powinno znajdować się blisko pilota, żeby ten mógłw każdym momencie widzieć wszystko wokół siebie. Wytwarza się jew następujący sposób:

Dwie części satwa [...] pięć części rtęci [...] sześć części miki [...] osiemczęści sproszkowanych pereł [...] dziesięć części granitowego piasku[...] osiem części soli [...]. Składniki trzeba oczyścić, zważyć i podgrzaćw piecu do przetapiania do temperatury 800° C. Kiedy wszystko sięstopi, należy wlać masę do przygotowanej formy [...]". [61]Wielokropki umieszczone przeze mnie w powyższym fragmenciezastępują staroindyjskie dziwolągi słowne, nie mające żadnego sensow-nego odpowiednika ani w języku angielskim, ani w niemieckim.W kolejnym fragmencie staroindyjscy autorzy wyjaśniają, że istniejewiele niszczycielskich sił, które za pomocą różnych rodzajów lustermożna zneutralizować albo osłabić. W sumie wymienia się 633 „złewpływy", które mogą być niebezpieczne dla aparatu latającego. Wyliczasię też drobiazgowo składniki różnych „luster", dzięki którym możnaneutralizować negatywne wpływy. Są wśród nich: promieniowaniesłoneczne, promieniowanie kosmiczne, wiatry, ogień, broń nieprzy-jacielska itd.:

„Rowdri-darpana to soczewka, która w postać płynną zamieniawszystko, na co się ją skieruje [...] Przy zastosowaniu rowdri dopromieni słonecznych uwalnia się zła siła zwana maarikaa, któranaładowana energią słoneczną niszczy samoloty nieprzyjacielskie".[61]

Teksty te wyjaśniają również, że w wimana trzeba użyć 27 różnychrodzajów szkła i omawiają ich zastosowanie. Mówią, z jakiego materia-łu zrobiono podłogę, ściany i piętra, a z jakich 28 rodzajów włókiensporządzono kombinezon pilota. Wyliczono nawet 25 rodzajów „połą-czeń", przetwarzających energię słoneczną na użyteczną siłę. Dowiadu-jemy się, że istnieje 16 019 (szesnaście tysięcy dziewiętnaście) rodzajówpromieniowania cieplnego — rodzaje te dzielą się na „podgrupy".Określone rodzaje promieniowania wyzwalają dane energie, a innekombinacje promieniowania energie inne, ale za pomocą różnych lusterw energię można zamienić każdy składnik promieniowania. Opisano tezniewielkie obiekty latające zrobione ze szkła i sposób ich budowy:

43

 

 

„Owe dwanaście oczyszczonych składników należy wymieszać w pro-porcji 5:3:5:1:10:10:11:8:7:2:6:1. Umieścić je w piecu do przetapianiamającym kształt lotosu i ogrzewanym węglem drzewnym. Należy gorozgrzać do temperatury 323° [...]. Efektem będzie szitaranjikaadarsa,czyli szkło, zawierające w sobie chłód". [61]Chodzi zapewne o szkło pochłaniające wysokie temperatury.W pojazdach latających są zamontowane nawet odgromniki, bo— kto o tym dziś wie? — istnieje pięć rodzajów piorunów stanowiącychniebezpieczeństwo dla maszyny latającej.

Nawet jeśli nie udaje się przetłumaczyć wielu słów i wyrażeń,sanskrytolodzy znają ich prawdopodobne znaczenie. Choć teksty za-warte w Yymaanika-Shaastra znane mi są od ćwierćwiecza, unikałemdotąd ich cytowania. Mówi się, że z jajek można wprawdzie zrobićomlet, ale z omletu nie zrobi się jajek. Powyższe fragmenty są wy-śmienitym kąskiem nie tylko dla producenta samolotów, lecz równieżdla metalurgów i wytwórców szkła, którzy po przeprowadzeniu od-powiednich doświadczeń mogliby na pewno wyprodukować nowe stopymetali i lustra.

Czy w ten sposób udało się zdemaskować „bogów"? Czy „bogowie"byli tylko latającymi ludźmi z odległych rejonów świata, skąd — podob-nie jak w naszym stuleciu — odwiedzali „kraje rozwijające się", aby siaćtam myślowy zamęt? Czy brawurowi piloci prehistorii byli przyczyną„szoku po przybyciu bogów"? Czy to na ich powrót czekają tubylczeplemiona w najdalszych częściach świata?

Incydenty z mórz południowych

Polinezja (gr. kraina wielu wysp) leży w gigantycznym trójkąciemiędzy Hawajami, Wyspą Wielkanocną a Nową Zelandią. Pierwotnimieszkańcy Polinezji mają wspólne legendy—nawet jeśli występują tamróżne postacie bogów, noszące różne imiona. Problem w tym, że coi rusz bogowie ci czynią rzeczy niemożliwe.

Pramieszkańcy Nowej Zelandii, Maorysi, opowiadają, że na wschod-nim wybrzeżu wylądował kiedyś z dwiema córkami zagadkowy królRupe mający dwa dziwne „ptaki". Rupe wysłał oba ptaki na zwiady.Pierwszy miał zmierzyć spadek rzek i zbadać prądy morskie, drugi— sprawdzić jagody i rośliny pod kątem ich przydatności do spożycia.Piękna sprawa! Facet był chyba jakimś naukowcem, a „ptaszki" mu-siały dysponować umiejętnościami, o jakich się zwykłym ptakom nieśniło. Pierwszy połamał sobie skrzydła w wodospadzie i wypadł z gry.

44

Drugi zbłądził podczas lotu przez las i król nigdy go już nie ujrzał.Dlatego — tyle legenda — Rupe i jego córki nie mogli powrócić doojczyzny. Ale dlaczego nie mogli? Rupe miał przecież statek. Czy„ptaki" były mu potrzebne do prowadzenia nawigacji, a może Ziemianie była jego ojczyzną?

John White, etnograf z minionego stulecia, w zbiorze zatytułowanymAncient History ofthe Maori [62] zamieścił kilka przekazów, które nijaknie pasują do naszego obrazu świata. Już spis treści tej książki, wydanejw 1887 roku, czyta się jak literaturę science fiction: „Wojna w Kosmosie

Małżeństwa bogów z ludźmi — Podróże między Ziemią a gwiazdami

Żywność spadająca z nieba". Książka opowiada również o tym, żeplemię Nga-Ti-Hau prowadziło wojnę przeciw znacznie silniejszemuwrogowi. Kiedy wróg osaczył plemię, jego członkowie poprosili o po-moc boga Rongamai. Ten nie dał się długo prosić:

„Jego pojawienie się było niczym blask gwiazdy, jak płomień ognisty,

jak słońce". [62]

Bóg Rongamai przeleciał nad wiejskim placem i wylądował:

„Ziemia zadrżała, chmury kurzu przesłoniły widok, dał się słyszeć

huk grzmotu, a potem jakby szum muszli". [62]

Takie efekty na pewno nie były dziełem Jamesa Cooka czy jegoholenderskiego kolegi Jakoba Roggeveena. Musieli w tym maczać palce„bogowie" znacznie potężniejsi. A dla mnie, wędrowca między różnymidziedzinami wiedzy, za każdym razem jest czymś podniosłym przytacza-nie przekazów podobnych treściowo, lecz pochodzących z różnychczęści Ziemi. Dla porównania Ramajana:

„[...] Gdy ów rydwan ukazał się w obozie małp, jego wspaniałość

i blask wywarły na Ramie głębokie wrażenie.

Skąd się on tu wziął? — zapytał.

Panie — odpowiedział woźnica — nazywam się Matali. Mamzaszczyt być woźnicą Indry. Brahma, bóg o czterech obliczachi stwórca wszechświata, oraz Siwa, którego moc ośmieliła Rawane,aby ci teraz rzucił wyzwanie, rozkazali mi przyprowadzić tu tenrydwan do twojego użytku. Zdolny jest latać szybciej od wiatru ponadwszelkimi przeszkodami, nad każdą górą, morzem czy niebem,i dopomoże ci wyjść zwycięsko z bitwy. [...] Rama przypasał miecz,zarzucił na ramiona dwa kołczany pełne niezwykłych strzał i wsiadłdo rydwanu. [...] Ziemię spowiła zupełna ciemność od krańca dokrańca i wszelkie stworzenie znieruchomiało jak tknięte paraliżem.Astra owa wywołała także potoki deszczu z jednej strony, deszczkamieni z drugiej, burzę gradową i straszliwy huragan. [...] \V pewnejchwili Rama musiał przerwać walkę, aby się zastanowić, jakiego

45

 

 

ostatniego środka ma użyć, by położyć jej kres. Po dłuższym namyślepostanowił posłużyć się brahmastrą, bronią specjalnie niegdyś obmyś-loną przez Brahmę dla Siwy. [...] Rama pomodliwszy się użył zaklęćnadających pociskowi największą moc, po czym wysłał go w kierunkuRawany, celując w serce, nie w głowę, gdyż odporność Rawany nietyczyła serca. [...] Prosząc o niezniszczalność swych głów i ramion,Rawana zapomniał o sercu, które teraz przeszyła broń stworzona przezBrahmę, kończąc żywot władcy rykszasów". [63]

W fachowej literaturze etnograficznej nie przeprowadza się takichporównań, bo tego robić nie należy. Błądzi się za to w religijno--psychologicznej mgle przeszłości zadając gwałt psychologii, próbującwyjaśnić to, czego przy jej pomocy nijak wyjaśnić się nie da. Czytamwięc, że są to stylizowane zjawiska przyrody albo deifikacja ziemskichbohaterów. Co to ma znaczyć? Już rzymski cesarz i filozof MarekAureliusz twierdził: Głupią rzeczą jest oburzać się na świat. Świata tonie obchodzi.

W Wisznu-Puranie, innym staroindyjskim podaniu, można nawetprzeczytać, że bogowie przybyli z firmamentu własnym pojazdem:

„Kalki jeszcze mówi, a z nieba zstępują dwa lśniące jak słońce,

składające się z kamieni szlachetnych wszelkiego rodzaju, poruszające

się o własnej sile wozy kierowane przez nich, przez promienistą broń

chronione".[64]

Czy w Indiach, czy na Polinezji — zawsze znaleźli się ludzie, którzyutrwalili zadziwiające zdarzenia. I zarówno tu, jak i tam mówi sięo imponujących, bogom podobnych istotach, które pozostawiły posobie niezatarte wrażenie. W legendzie Maorysów pojawia się bógPou-Rangahua, który przyleciał do Nowej Zelandii z ojczystego świata„Hawaiki". „Hawaiki" to słowo, które występuje też w tekstachstaroindyjskich. Znaczy ono: Droga Mleczna. Po wylądowaniu bógPou-Rangahua powiedział:

„Przybywam i mam nieznaną ziemię pod nogami. Przybywam i nowe

niebo wiruje nade mną. Przybywam na tę ziemię i jest ona dla mnie

przyjaznym miejscem spocznienia". [62]

Powyższe fragmenty nie wymagają chyba wyjaśnień. Myślę też, żetych bogów trudno pomylić z żeglarzami-odkrywcami z minionychstuleci. Opisywane istoty latały! Aha, maoryjski Rupe, dysponującydziwnymi ptakami, miał też siostrę, którą uwięził jakiś zazdrosnyczłowiek. Będąc w potrzebie, wezwała na pomoc brata. Wkrótce grzmotstraszliwy rozległ się nad chatą — to nadleciał Rupe. Choć ludzie nietraktowali jej najlepiej, siostra poprosiła brata, żeby przetransportowałich drogą powietrzną z wyspy na kontynent. Rupe powiedział, że będzie

46

musiał odbyć trzy loty. Wyspiarze wsiedli, a on poleciał nad morzei wrzucił ich do wody. Potem wziął na pokład siostrę, która spostrzegłazwłoki i ubrania na powierzchni wody. „Czemu to uczyniłeś?", spytałabrata. Rupe odparł: „Wyrządzili ci krzywdę, gdy mieszkałaś w ich kraju.Stąd mój gniew, dlatego wyrzuciłem ich do morza". [65]

Dobry był numer z tego Rupego!

W legendach dawnych Polinezyjczyków pełno podobnych przypad-ków. Nierzadko tubylcy potrafią te zdumiewające zdarzenia zlokalizo-wać. Na przykład mieszkańcy wyspy Pentecost (Nowe Hebrydy) odda-ją cześć „kamieniowi o kształcie skrzydła", bo jest to symbol boga

o imieniu Vingaga. Bóg ten w pradawnych czasach przybył na wyspę

i dał wyspiarzom obowiązujące prawa. Po pobycie na Ziemi Yingagaodleciał do swojej odległej ojczyzny [66]. Na wyspie Raivavae (PolinezjaFrancuska) po dziś dzień świątynia Te-Mahara jest uważana za miejsce,w którym bóg Maui wylądował po locie kosmicznym [67]. A mieszkańcyAtu Ona (wyspy Marąuesas Keys) oddają nawet cześć niewielkiej górzeKei Ani, uważając ją za miejsce, gdzie bogowie po raz pierwszy zstąpiliz nieba. Prapolinezyjczycy nazywali jeszcze górę „Mouna tautini-etua",co znaczy dosłownie „góra, na której wylądowali bogowie" [68].

Nie wiemy, jaką cześć oddawali ludzie tak niezwykłym postaciom,nie mogło to jednak wyglądać inaczej niż w (dającej się sprawdzić)epoce odkryć. Kontakty Kolumba, Cortesa, Pizarra czy Cookaz tubylcami i — w późniejszych czasach — powstanie kultów imitacyj-nych pozwalają zrozumieć, co było pożywką mitów i legend. Chyba, żenasza głupota pozwoli nam odważyć się na uznanie wszystkich dziełkronikarzy prehistorii za łgarstwo. Nie było wówczas — podkreślam— agencji prasowych. Dlaczego więc sedno wszystkich tych przekazówjest takie samo? A może autorzy ówczesnych relacji zostali poddaniindoktrynacji w jakiejś niebańskiej szkole wyższej? Co skłoniło ludypierwotne do opowiadania ze szczegółami o „latających istotach"?Twierdzenie o „myśleniu życzeniowym" zwraca się przeciwko swoimautorom!

„Kiedy w 1911 roku nad rezerwatem Red Lake w Minnesocieprzeleciał pierwszy samolot, Indianie wiedzieli od razu, co się dzieje.Hałaśliwy potwór był grzmiącym ptakiem, mityczną istotą, z którejoczu wystrzelały błyskawice i której skrzydła wyzwalały grzmoty.W pośpiechu wszyscy pobiegli na brzeg jeziora, żeby złożyć w ofierze

tytoń [...]" [69].

Pamięć o „grzmiącym ptaku" jest żywa u wszystkich Indian Ameryki

Północnej. Indianie znad Thomson River twierdzą na przykład ze

pewien stary mężczyzna, zwany przez nich „Przetwarzającym lub

47

 

 

„Kojotem", przybył w „grzmiącym ptaku" i uporządkował ich świat.Pewnego dnia powróci z „głośnym biciem w bęben". „Istota porząd-kująca świat" żyje „poza Ziemią" [70].

W rezerwatach indiańskich w Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie stoiwiele słupów totemicznych. Są to kolorowo malowane pnie drzewz maskami i skrzydłami. Często umieszczony na samej górze „thunder-bird" jest uważany za „grzmiącego ptaka", który kiedyś wylądował nadmorzem. „Rozpiętość jego skrzydeł była na długość dwóch kanu",precyzują legendy, a „z jego brzucha wypełzły jakieś istoty". Grzmiącybóg nie mógł być w żadnym razie samolotem z naszych czasów, boi przekazy, i słupy totemiczne z „wizerunkami thunderbirda" istniałyna długo przed powstaniem lotnictwa.

Co więc widzieli przodkowie Indian? O czym opowiadały sobiekolejne pokolenia? Co pletli Chińczycy o „zręcznych wytworach luduChi-Kung, sporządzającego latające wozy"? W jaki sposób indyjski królRumanwat razem z haremem i wieloma dostojnikami mógł „obleciećziemię wozem niebieskim"? Dlaczego w staroindyjskich eposach pełno„samodzielnie latających pojazdów powietrznych", znanych jako saub-hapura i wimancft Skąd wzięły się szczegółowe dane konstrukcyjnewimana! Dlaczego „ziemia drżała" i dlaczego dawał się słyszeć „hałasniczym grzmot", kiedy bóg mórz południowych Rongamai opuszczałsię na ziemię? I dlaczego — na brodę proroka — nawet król Salomonużywał maszyny latającej, która „jednego dnia pokonywała drogę, naktórą trzeba trzech miesięcy"?

Etnografowie pytani, co sądzić o prehistorycznym lotnictwie, od-powiadają zmęczonym uśmiechem. „Prehistoryczne lotnictwo? W bajkipan wierzy?" W najlepszym razie słyszymy wytarte frazesy, że chodzi



dalej


strona główna
(23kB)