(23kB)
strona główna


Erich von D„niken

 

 

 

W KRZYŻOWYM OGNIU PYTAŃ

 

Czy bogowie byli na Ziemi?

 

 

 

 

Jak powstała ta książka?

 

Wiosną 1977 roku spotkaliśmy się przy kolacji: Erich von Daniken,

wydawcy Erwin Barth von Wehrenalp i Rolf Heyne oraz ja. Daniken

powiedział, że uczestnicy dyskusji, jakie prowadził we wszystkich

krajach - w Ameryce Północnej i Południowej, w Kanadzie, Australii,

Afryce Południowej, Grecji, Indiach, Hiszpanii, Jugosławii, Polsce,

Danii, Austrii, Szwajcarii i w Niemczech - zadawali mu prawie zawsze

te same pytania. Raz dotyczyły one newralgicznych punktówjego teorii,

raz były wynikiem błędnego odczytania tekstu, jeszcze innym razem

świadczyły o niezrozumieniu problemu - zawsze jednak dyskusje te,

nierzadko gwałtowne a nawet pełne agresji, były dla niego inspiracją do

nowych przemyśleń.

Już nie pamiętam, kto rzucił myśl, że warto by zestawić ten

międzynarodowy katalog pytań i odpowiedzi, żeby czytelnikom, którzy

nie mieli okazji wziąć udziału w takich dyskusjach, odpowiedzieć ną

to, czego chcieliby się dowiedzieć, gdyby udało im się wziąć autora

w krzyżowy ogień pytań.

Erich von Daniken, który właśnie skończył książkę Dowody (Bewei-

se), nie zamierzał zabierać się do pisania następnej przed 1979 rokiem.

I wtedy ktoś rzucił myśl, żeby w salach, gdzie Daniken będzie miał

w najbliższych miesiącach odczyty, ustawić mikrofony i nagrać pytania

i odpowiedzi.

Książka ta jest dokumentacją dyskusji, jakie odbywały się na całym

świecie. Teksty lekko podredagowano. Dla ułatwienie lektury pytania

i odpowiedzi powiązano w luźne cykle tematyczne - pozostawiono

jednak elementy będące świadectwem spontaniczności rozmów. Jest to

więc raczej słowo mówione - nie pisane.

 

Wilhelm Roggersdorf

 

 

 

I

______________________________________________________________________

 

 

1. Ile miał pan już w.sumie odczytów, a ile na uniwersytetach?

Nie liczyłem, ale chyba kilkaset, z czego na pewno ponad sto na

uniwersytetach.

 

2. Czy mógłby pan wymienić przynajmniej kilka?

Musiałbym przywołać na pomoc moją chodząca pamięć, mojego

sekretarza Williego Dunnenbergera... Willi, masz pod ręką ten wykaz?

Dunnenberger:

Nie, po co? Powiem to z głowy: Uniwersytet Srinagar w Indiach,

Muzeum Archeologiczne i uniwersytet w Kalkucie, Uniwersytet Har-

varda w Bostonie, University of California Medical Center w San

Francisco, North Adams State College w Massachusetts, Uniwersytet

Pittsburski, Eastern Illinois University w Charleston, Illinois Institute of

Technology w Chicago, University of Missouri w Columbii, Middle

Tennessee State University w Murfreesboro, University of Georgia

w Athens, Georgia University of West Florida w Pensacola, Florida

University of Texas w El Paso, Texas New Mexico State University

w Las Cruces, New Mexico Northern Michigan University w Marquet-

te, Michigan Dalhousie University w Halifax, Canada Texas Christian

University w Fort Worth, Texas University of New Mexico w Albuquer-

que, New Mexico Sir George Williams University, Montreal University

ofTennessee w Knoxville, Tennessee University of Nebraska w Omaha,

Nebraska Mankato State College, Minnesota Georgia State University

w Atlancie, Georgia Technical Tennessee Technical University w Cook-

ville, Tennessee Eastern Kentucky University w Richmond, Kentucky

University of West Virginia w Morgantown, The University of Utah

w Salt Lake City, Utah University of New Hepmshire w Durham,

University of Buffalo, New York University of Nevada w Las Vegas,

Georgia Institute of Technology w Atlancie, Georgia Illinois State

University w Normal w stanie Illinois, Illinois University of North

Carolina...

 

3. Dziękuję, wystarczy, bardzo dziękuję. Zazdroszczę panu takiej chodzą-

cej pamięci. Panie von Daniken, interesuje mnie jeszcze, jak dochodzi do

takich odczytów? Kto pana zaprasza?

W USA środowisko studenckie. W szkołach wyższych istnieją tam

gremia wybierane corocznie przez studentów; gremia te większością

głosów ustalają, kogo zaprosić do wygłoszenia odczytu. Poza tym po

każdym odczycie odbywa się dyskusja. Ale tam dyskusje takie są

zorganizowane od samego początku. Jeszcze przed moim przybyciem

studenci zaznajamiają się dokładnie z moimi książkami i ustalają zestaw

pytań. Pytania te odczytuje mi potem spiker. Ma to swoje wady i zalety.

Wada: nie każdy może spontanicznie zadać pytanie. Ale, proszę

państwa, zalet jest znacznie więcej niż wad! Pytania są precyzyjniejsze,

celniejsze, często bardziej dokładne niż stawiane przez zwykłą publicz-

ność, nie powtarzają się - co dzieje się zawsze w trakcie "normalnej"

dyskusji. A poza tym, mówiąc między nami, nie pojawi się żaden

ważniak, który przy okazji takiej dyskusji chciałby wygłosić swój

wykład, ważniak, który upichcił sobie jakąś ideę, najczęściej nie mającą

się nijak do tematu odczytu. A mnie bardzo trudno przerwać komuś

takiemu, bo ludzie mogliby sobie pomyśleć, że poruszany przez niego

temat jest mi nie na rękę! Trzeba mieć naprawdę mocne nerwy i dużo

rutyny, żeby delikatnie odebrać głos takiemu gadule, który może

ukatrupić każdą dyskusję.

Poza tym w przypadku tak wielkiego audytorium nie można zgłaszać

się do słowa podnosząc rękę. Nie zawsze uda mi się to zauważyć!

Dlaczego? Na mój odczyt na Northern Michigan University w Mar-

quette przyszło dziesięć tysięcy słuchaczy, na odczyt na stadionie

koszykówki uniwersystetu w El Paso w Teksasie nawet jedenaście

tysięcy. Równie wielkie audytoria nie są na dużych uniwersytetach

niczym szczególnym! Mogą sobie państwo wyobrazić, że w takich

warunkach niemożliwa jest dyskusja bez spikera zadającego pytania

przez mikrofon!

 

4. W ramach wymiany studiowalem nu uniwersytecie w, Buffulo, gdzie

miał pan odczyt przed dwoma laty. Chyba się nie pomylę, jeśli powiem, że

dyskusja odbywala się tam bardziej fair niż tu?

Nie pomyli się pan! Kiedy w USA nie umiałem odpowiedzieć na jakieś

pytanie, bo po prostu nie znałem danego problemu albo pytanie

zahaczało o dziedzinę, która była mi obca... tak, kiedy w takim

przypadku mówiłem: Nie wiem, proszę państwa! - to dostawałem

prawdziwe brawa. Oświadczenie "nie wiem" jest tam odbierane jako

fair. To w Europie się zdarza, że bywam wyśmiany albo zakrzyczany,

a nazajutrz na dobitkę czytam w prasie - wybaczcie państwo! - że

unikałem odpowiedzi na pytania.

 

5. Czy mogę zadać mgskie, niedyskretne pytanie?

A pewnie! Trudno wyprowadzić mnie z równowagi, a przykrości to

moja specjalność!

 

6. Podczas wszystkich swoich wypraw i cykli odczytów towarzyszą panu

wyłącznie mgżczyźni, co widać na zdjgciach i filmach. Czy nie lubi pan

kobiet? (Śmiech)

Szanowna pani, panią wziąłbym z przyjemnością! (Śmiech) Ale jest

pewien problem: ja mam żonę! Ona wie o mojej skłonności do słabej płci,

nie mogę więc w żadnym razie wybierać się w podróż z piękną młodą

kobietą. Elisabeth wydrapałaby mi oczy. Poza tym podróże - przede

wszystkim wyprawy - są często tak męczące i mają tak nieprzewidywal-

ny przebieg, że mój szacunek dla kobiet nie pozwala mi narażać je na

sytuacje, które nierzadko, choćby z punktu widzenia higieny, zbliżają się

nawet do granic wytrzymałości mężczyzn. Poza tym - co miała pani

przed chwilą okazję zauważyć - jestem dosłownie skazany na moją

chodzącą pamięć, Williego, który prowadzi moją korespondencję i zna

nazwiska większości ludzi, z którymi przychodzi nam się spotkać, wie po

prostu o wszystkim i z pamięci może przywoływać informacje, o których

ja nie mam pojęcia. Ja zapamiętuję tylko to, co mnie interesuje, za to

gruntownie.

 

7. Czy pracuje pan w dużym zespole?

Nie. W moim biurze i archiwum pracują tylko dwie osoby - Willi

i pewna, zaręczam pani, bardzo pigkna kobieta, ale jej wolno, bo jest

zamężna. Pomoc na czas wypraw, także fachową, angażujemy na

miejscu. Pomijając fakt, że tak jest taniej, bo odpadają koszty podróży,

ma to również tę zaletę, że miejscowi znają swój kraj i mogą nas ostrzec

przed ewentualnymi niebezpieczeństwami.

 

8. Czy wziąlby pan kogoś z nas w taką podróż?

Czemu nie? Trzeba tylko spełnić kilka warunków. Jadący musi

opłacić koszty podróży, musi mieć dobre zdrowie, potwierdzone

badaniem lekarskim, no i musi to być miły gość. Musi być wyspor-

towany. W męczącej podróży na nic są ludzie uparci i pesymiści.

Kierując się prosto do celu nie można tracić czasu na zbędne dyskusje.

A przy okazji zdzierać sobie nerwów...

Ale: Może interesuje państwa, że szwajcarskie biuro podróży "Kuo-

ni" i Lufthansa planują na jesień 1979 roku podróż przez Amerykę

Środkową i Południową po miejscach opisanych w moich książkach.

Ja też wezmę w niej udział, żeby podróżnicy faktycznie dotarli do

opisywanych przeze mnie odkryć i zobaczyli te przedmioty, o których

opowiadam. Jeżeli są państwo zainteresowani, mogą podążyć moimi

śladami z wypiekami na twarzy. Panie również!

 

9. W jaki właściwie sposób zdobywa pan właściwe informacje? Czy

zatrudnia pan wspólpracowników?

Nie, mam za to niemal nieogarnioną liczbę współpracowników

niejako honorowych. Powód jest bardzo prosty: moje książki wydano

na całym świecie w nakładzie ponad 40 mln egzemplarzy. To znaczy, że

"rozmawiam" z ogromną liczbą ludzi, których nie znam osobiście.

Lektura inspiruje ich do rozmyślań nad "moim" tematem. Tacy

czytelnicy piszą do mnie - a odpowiadam na wszystkie listy, nawet jeśli

już od dawna wiem to, o czym mnie właśnie informują. Ale w tej

powodzi korespondencji pojawiają się też informacje nader interesujące,

często z jakiegoś zakątka świata otrzymuję na przykład fotografie

rysunków naskalnych. Przychodzą paczki zawierające spisaną treść

starych mitów opowiadanych po dziś dzień przez starców jakichś

plemion, albo rzeczy, o których nigdy nie słyszałem. Oczywiście

pojawiają się też listy krytyczne, aleja zawszejestem wdzięczny za słowa

rzeczowej krytyki.

Wszystkie listy oraz odpowiedzi na nie są gromadzone w archiwum.

Kiedy pojawia się coś interesującego, zaczynam zadawać pytania. Na

przykład: Skąd pan to ma? Zjakiego to pochodzi źródła? Czy może pan

przysłać lepsze zdjęcia, pokrywam koszty?! Czy na potwierdzenie tych

informacji istnieją archeologiczne dowody na miejscu? Jeżeli w tym czy

innym przypadku dojdę do przekonania, że wskazówka jest istotna,

oznaczam dane miejsce chorągiewką na trasie kolejnej podróży.

Nie muszę chyba mówić, że listy od czytelników nie są jedynym czy

głównym źródłem informacji. Czytam bardzo dużo literatury na temat

archeologii i mitologii. Jestem na bieżąco - zarówno jeśli chodzi

o rozwój techniki kosmicznej, jak i biologii molekularnej.

A w końcu najważniejsze: Chyba jako jedyny pisarz zajmujący się tą

tematyką mam odczyty we wszystkich krajach świata, a po każdym

takim odczycie, jak dziś wieczór, toczy się dyskusja. Bardzo często jest

ona okazją do poznania ludzi dysponująeych nadzwyczaj wartoś-

ciowymi informacjami. Na przykład przed dwoma laty miałem odczyt

na uniwersytecie w Kalkucie. Następnie na rozmowę zaprosili mnie

sanskrytolodzy. Nigdy przedtem i nigdy potem nie zdobyłem tylu

precyzyjnych informacji o aparatach latających, opisanych w staroin-

dyjskich tekstach. Rozmowy takie są nierzadko zaczątkiem korespon-

dencji i, co najpiękniejsze, przyjaźni.

 

10. Czy czyta pan również książki swoich konkurentów?

Często, ale nie wszystkie. Znam osobiście większość autorów z mojej

działki. Jesteśmy członkami "Ancient Astronaut Society" z Chicago. To

towarzystwo użyteczności publicznej gromadzi wszelkie interesujące

dane na ten temat i przekazuje je swoim członkom, tak jak to się dzieje

w towarzystwach naukowych.

 

11. Czy z wielu informacji wybiera pan tylko te, które pasują do pańskich

teorii ?

Jeżeli pańskie pytanie ma być zarzutem, to ja zarzut ten akceptuję!

W zalewie informacji nie mogę działać inaczej niż uznana nauka

postępująca równie wybiórczo. Proszę wziąć do ręki książkę fachową

- obojętne z jakiej dziedziny. Na pewno będzie pan miał w ręku wybór,

jakiego autor musiał dokonać! Autor chce udowodnić swój pogląd.

Proszę pójść do muzeum! W gablotach zobaczy pan wybór, jakiego

dokonało kierownictwo placówki. Nie mogąc wystawić wszystkiego, co

znajduje się w magazynach i archiwach, dokonuje niezbędnego wyboru.

Poza tym to, czego ja nie opublikuję, bo nie poprze to mojej teorii,

znajdzie się w artykułach i książkach moich przeciwników. Mają prawo

przedstawić to, czego nie napisałem... jako moje i zająć wobec tego

materiału stanowisko!

 

12. Przed paru laty autor książkt " Wspomnienia z rzeczywistości " wy-

sunął wobec pana zarzut, że najistotniejsze fragmenty swojej pierwszej

książki zapożyczylpan od Roberta Charroux. Co może pan powiedzieć na

to posądzenie o plagiat?

Zarzuty te są mi oczywiście znane, nie będą one jednak słuszne tylko

dlatego, że niektórzy ludzie ciągle je odgrzewają! Chciałbym tylko

zapytać, czy przeczytał pan którąś z książek Roberta Charroux?

Nie, nie przeczytalem.

Widzi pan, z panem jest tak samo jak z tymi, co znają tylko książecz-

kę Wspomnienia z rzeczywistości i czytują złośliwe artykuły w prasie.

Proszę zadać sobie trochę trudu i przeczytać w spokoju którąś z jego

książek!

 

13. Pan unika mojego pytania! Jakie stanowisko zajął pan wobec

zarzutów o plagiat? Tego chcialem sig dowiedzieć.

W latach 1960-1965 pisywałem w różnych czasopismach i gazetach

artykuły poruszające temat ujęty później w mojej książce. Na przykład

niemieckojęzyczna gazeta "Der Nordwesten" wydawana w Kanadzie

wydrukowała 8 grudnia 1964 roku całą stronę pod nagłówkiem: "Czy

nasi przodkowie mieli odwiedziny z Kosmosu?" Wtedy w Niemczech

nie było jeszcze Charroux! Tego nie wiedzą moi mili przyjaciele,

zarzucający mi plagiat... albo świadomie nie chcą przyjąć tego do

wiadomości. I to ma być obiektywizm!

 

14. Panie von Daniken, ja czytalem książki Charroux! Trudno nie

zauważyć podobieristw jego książek do pańskich ! Czy pan temu zaprzecza ?

W żadnym razie! To jest nieuniknione, jeżeli dwóch albo więcej

autorów uprawia ten sam ogródek! Proszę wziąć książki dwóch

archeologów, którzy się nawet wcale nie znają, ale opisują te same

znaleziska. Setki autorów w setkach książek pisało o Dolinie Królów

w Egipcie. Ich interpretacje różniły się od siebie, ale z konieczności miały

ze sobą bardzo wiele wspólnego - Dolinę Królów! Na pewno żaden

z tych autorów nie "odpisywał" od innych! Kiedy dwóch albo więcej

lekarzy pisze o terapii choroby wrzodowej żołądka, w nieprzyjemny

sposób łączy ich jedno - wrzody żołądka! Żeby pana uspokoić do

końca: Robert Charroux odrzucił zarzut o plagiat wobec mnie. Jeśli ktoś

może to ocenić, to jest to właśnie Charroux. Jeszcze jakieś pytanie w tej

kwestii?

 

*

 

 

15. Ile zarobil pan dotąd na swoich książkach ? Czy jest pan, co można

często przeczytać, milionerem ?

To byłoby wspaniałe! Ale niech mnie pan lepiej zapyta, ile dotąd

wydałem. Mimo międzynarodowego sukcesu moich książek daleko mi

jeszcze do zamożności. Honoraria są pochłaniane przez moje badania

i przez różne podatki. Mojej rodzinie żyje się całkiem nieźle, mogę sobie

pozwolić na hobby, które jest jednocześnie moim zawodem, czyli na

podróże, na niezbędne kwerendy, na wiele drogich książek, na prowa-

dzenie archiwum, jakiego nie ma w mojej dziedzinie. Jeżeli powie pan, że

to wszystko jest warte miliony, to jestem milionerem. Poza tym proszę

nie wierzyć we wszystko, co piszą gazety.

 

16. Czy pisanie bestsellerów to tylko sposób na wyciąganie ludziom

pieniędzy z kieszeni? Tnk napisal w swojej książce "Interesy z fantazją"

("Gesch„fte mit Phantasie") Pieter Coll.

Nie znam tego pana. Być może to on miał taki zamiar pisząc swoją

książkę. Zapewniam państwa, że nigdy nie siadam do biurka z myślą

o zrobieniu pieniędzy. Nie wygłaszam odczytów i nie biorę udziału

w dyskusjach, takich jak dziś wieczór, dla zgarnięcia forsy. Chodzi mi

o sprawę. O moją sprawę. Ktoś, kto twierdzi inaczej, po prostu mnie nie

zna... albo świadomie mówi nieprawdę. Być może pamięta pan, że przed

opublikowaniem pierwszej książki musiałem się zapożyczyć na kilkaset

tysięcy franków szwajcarskich, które zainwestowałem w mój projekt...

a nikt nie mógł mnie zapewnić na sto procent, że inwestycja ta się opłaci.

Nie sądzę, żeby ktoś - poza mną - był przekonany o tym, że mi się

uda!

 

17. Czy pańska żona jest zadowolona, że tak wiele pan podróżuje ?

Nie. Na pewno nie! Przez osiemnaście lat małżeństwa przyzwyczaiła

się wprawdzie do tego... Musiała się przyzwyczaić. Trzeba mnie brać

takim, jakim jestem.

 

*

 

18. Co pan sądzi o parapsychologii? Jaki pan ma do niej stosunek?

To bardzo rozległa dziedzina. Nie pokrywa się wprawdzie z zakresem

moich badań, ale określiłbym się w tym miejscu jako zapalony laik.

W książce Objawienia ustosunkowałem się do niej w sposób wyczer-

pujący. W Objawieniach przedstawiłem hipotezę, że istoty pozaziemskie

stworzyły ludzką inteligencję "na podobieństwo swoje". Istoty te wiedzą

zatem, jak postępuje rozwój ludzkich mózgów, jak rozwija się nasz

rozum i nasza inteligencja - na ich podobieństwo.

Od dziesiątków lat nauka próbuje "odsłonić", wyjaśnić fenomeny

parapsychologii. Idziejej z trudem, ale wydaje się, że w zakątku zwanym

"telepatia" zrobiła mały kroczek. Ale mimo to: czy na podstawie

dostępnej wiedzy nie jest obecnie możliwe to, żebyśmy my, Ziemianie,

porozumiewali się z istotami pozaziemskimi na drodze parapsychologi-

cznej, na przykład za pośrednictwem telepatii?

Na logikę taki telepatyczny przekaz pomyślany w danym języku nie

może być odebrany tylko wtedy, kiedy odbiorca nie mówi w tym

samym języku. Nie można przyjąć, że istoty pozaziemskie opanują

akurat ten jeden spośród 3964 języków, którymi mówi się obecnie na

Ziemi. Czy z tego istotnego powodu porozumienie będzie niemożliwe?

Być może umożliwią je objawienia. Obrazy wysyłane dla wywołania

emocji. Na przykład za pośrednictwem wizerunku pięknej kobiety, za

pośrednictwem Madonny w Kosmosie, budzącej uczucia miłości

i pokoju?

 

*

 

19. Czy wierzy pan w życie pozagrobowe?

Także o tym napisałem wyczerpująco w Objawieniach. Nie chciał-

bym jednak powtarzać tego, co jest w moich książkach. Ale odpowiem

krótko: Podzielam pogląd niektórych tanatologów, twierdzących, że

świadomość jest formą energii. Zgodnie z zasadą zachowania energii,

żadnajej forma nie znika, co najwyżej zamienia się w inną formę energii.

Świadomość nie może więc zniknąć, musi istnieć. Gdzie i jak, tego nie

wiem. Ale wydaje się, że współczesne badania zjawiska śmierci potwier-

dzają hipotezę, że nie jest ona końcem definitywnym.

 

20. Badania nad zjawiskiem śmierci? Co pan tu znowu wymyśla?

Przepraszam, ale niestety nie ja. Ta nauka ma nawet precyzyjną

nazwę - tanatologia, co pochodzi od greckiego słowa thanatos, śmierć.

Tanatologia gromadzi relacje ludzi, którzy byli w stanie śmierci

klinicznej, ale lekarze przywrócili ich do życia.

Wszystkie te relacje są zgodne w jednym: Ludzie znajdujący się

w stanie śmierci klinicznej mają uczucie wychodzenia z ciała, mogą na

siebie spojrzeć z boku. Mają świadomość własnej bezcielesności,

prowadzącą w inną rzeczywistość.

 

*

 

21. Czy pan jest ateistą ?

Nie, w żadnym zakamarku świadomości i w żadnym kąciku serca. Ale

pan mi nie uwierzy zakładając, że moje teorie są słuszne. Nasza bowiem

planeta była kiedyś, bardzo dawno temu, odwiedzana przez istoty

pozaziemskie. I owi nieznani kosmonauci przez celowe sztuczne mutacje

obdarzyli naszych przodków inteligeneją.

Od razu nasuwa się pytanie, kto obdarzył inteligencją owych

pozaziemskich gości?! Czy ich macierzystą planetę odwiedziły kiedyś

jeszcze inne obce istoty z Wszechświata i obdarzyły jej mieszkańców

inteligencją?

To jakby sztafeta biegnąca przez miliony układów słonecznych,

sztafeta, która rozpoczęła się przed paroma miliardami lat.

Ale gdzieś ma ona swój koniec, czy raczej początek wszelkiego bytu.

W tym punkcie zerowym wszelkiego istnienia mówię z respektem

o stworzeniu - religie mówią o Bogu, choć mają na myśli to samo

zjawisko: pierwotną siłę stwórczą, tajemnicę, początek. Tu, właśnie

tu, jest miejsce dla tego, co z braku lepszego określenia nazywamy

Bogiem.

Przyznaję, że przez te wszystkie lata moich poszukiwań zgubiłem

wielu małych ziemskich bożków, nie straciłem jednak tego, co nieogar-

nione rozumem, nie dającego się opisać - Boga. Przeciwnie. Stał się dla

mnie jeszcze większy, jeszcze bardziej nieosiągalny i niepojmowalny niż

dotąd.

 

*

 

22. Erich, jakie są twoje poglądy polityczne?

Przepraszam, ale czy my się znamy?

Nie. Skąd?

Myślałem tylko. . .

No, to jakie są twoje poglądy polityczne?

Pytanie nie wiąże się wprawdzie z moimi teoriami, ale jeśli cię to już

interesuje, powiem!

Nie cierpię prawicowych ekstremistów. Dlatego że w rządzonych

przez nich państwach władza opiera się na klikach i jest popierana przez

wojsko. Istnieją tam zakazy mające charakter zachowawczy, hamujący

postęp. Bronią się na przykład przed przyjezdnymi. Ale jeszcze bardziej

nie lubię ekstremistów lewicowych. W państwach, w których są

u władzy, każdy człowiek jest niejako prowadzony za rączkę a do tego

szpiegowany. Roi się tam od nakazów i zakazów. Nie wolno jeździć,

gdzie ma się ochotę, ani czytać, na co się ma ochotę. Jestem przeciw

wszystkiemu, co ogranicza wolność słowa, wolność podróżowania,

swobodę wyboru dowolnej lektury i tak dalej.

Teraz możesz mnie zaszufladkować, jak ci się podoba.

 

*

 

23. W pewnym magazynie science fiction zjechano wlaśnie od góry do

dolu pariskie książki i opatrzono pana stempelkiem rasisty. Czy pan to

czytał? Czy jest pan rasistą?

Jestem abonentem wycinków prasowych. Stąd wiem codziennie, co

pisze się o mnie na świecie. Brak mi czasu na przeczytanie wszystkiego,

ale czytam rzeczy najważniejsze, wybrane przez mojego sekretarza. Ku

swojemu największemu zdumieniu dowiedziałem się, że zjechano mnie

nie w jednym, lecz w wielu czasopismach science fiction i że określono

mnie obelżywym mianem rasisty.

Porównawszy wiele takich artykułów szybko przejrzałem tę dziecinną

napaść - tak kopie się dołki natury politycznej!

Muszą państwo wiedzieć, że w branży science fiction jest mnóstwo

łgarzy, wśród których są też ludzie uważający się za bardzo mądrych

i dalekowzrocznych, choć naprawdę są zwolennikami przestarzałych

pojęć dawno zmodyfikowanego marksizmu. Biorą więc pod obcas

wszystko, co nie pasuje do jedynie słusznej teoru. Ja nie pasuję do tego

schematu i zaraz państwu powiem dlaczego.

Dla marksistów czystej wody i salonowych komunistów wszelkiej

maści człowiek jest istotą najwyższą, nec plus ultra. Z materii nieożywio-

nej, z niczego, człowiek stał się tym, czym jest dziś. W tym czysto

materialistycznym myśleniu nie ma miejsca dla Boga czy bogów,

biorących udział w akcie stworzenia. Swoim wspaniałym węchem ludzie

ci zwietrzyli, że niespodziewanie stałem się elementem zakłócającym

porządek na ich ideologicznym podwórku, przeszkadza im zapewne

również i to, że właśnie na uniwersytetach wielu krajów pojawiają się

ciekawi świata młodzi ludzie, gotowi przyjąć moją teorię. Z tego i innych

powodów potępiają mnie ci ubodzy duchem. Oczywiście tylko w ra-

mach jedności swojej międzynarodowej struktury. I słusznie!

Bez zastrzeżeń i bez wyjątku stwierdzam, że wszyscy, którzy określają

mnie mianem rasisty, że ci wszyscy nie przeczytali żadnej mojej książki,

nie mówiąc już o jej zrozumieniu!

Stale twierdzę, że czlowiek stał się istotą inteligentną dzięki celowej,

sztucznej mutacji. Mogą państwo przekopać moje książki, postawić je

na głowie - nigdzie nie znajdą państwo miejsca, w którym twierdziłem,

że istotą inteligentną stała się dana ludzka rasa. Ponieważ wszyscy ludzie

wszystkich ras są inteligentni i mogą się ze sobą krzyżować, to spuścizna

bogów dotyczy niejako calej ludzkości.

Jeżeli państwo pozwolą, dla sprowadzenia do absurdu i ostatecznego

odrzucenia zarzutu o rasizm posłużę się cytatem z mojej pierwszej

książki Wspomnienia z przyszlości:

"Ostatnie poznanie człowieka będzie więc polegało na zrozumieniu

że jego dotychczasowy sens życia i wszystkie wysiłki na rzecz postępu

sprowadzają się do tego, żeby czerpać wiedzę z przeszłości. Jest to

konieczne, jeśli człowiek ma być zdolny do życia i współżycia w Kosmo-

sie. Skoro tak się stanie, to najmądrzejszy i zdeklarowany indywidualis-

ta przekona się, że zadanie wszystkich ludzi polega na zasiedleniu

Kosmosu i wzajemnym przekazywaniu sobie energii i doświadczeń.

Wówczas spełni się obietnica "bogów" o pokoju na Ziemi i otwartej

drodze do nieba.

Skoro tylko będące do dyspozycji siły, środki i zasoby intelektualne

przeznaczone zostaną na badania Kosmosu, to ich wynik doprowadzi

do całkowicie oczywistego wniosku o bezsensie wojen na Ziemi. Kiedy

ludzie wszystkich ras, ludów i narodów zjednoczą sig w ponadnarodowym

zadaniu, aby uczynić technicznie możliwymi podróże na odległe plane-

ty, Ziemia ze wszystkimi swoimi miniproblemami odnajdzie właściwą

dla siebie miarę na tle Wszechświata." (Oklaski)

 

24. To dlaczego nie reagujepan na tak perfidne zarzuty jak ten, że pan jest

rasistą ?

Bo te niedorzeczne ataki i ich autorzy są niżej mojego poziomu!

 

*

 

25. Atakuje się pana czgsto i gwałtownie w prasie. Jeszcze nigdy nie

czytałem pańskiej odpowiedzi. W ten sposób powstaje falszywy obraz.

Ludzie sądzą, że nie ma pan nic do powiedzenia na zarzuty, a więc to, co

napisano jest słuszne. Muszg powiedzieć, że sam pan odpowiada za swój

wizerunek. Dlaczego się pan nie broni? Czemu nie daje pan sprostowań?

Zwykle przez dwieście dni w roku nie ma mnie w domu. A kiedy

wracam, nie mam ani czasu, ani ochoty czytać wszystkiego, co o mnie

w tym czasie powypisywano. A jeśli już czytam niektóre artykuły

- które złoszczą mnie, przyznaję, tak samo jak pana! -jeśli je czytam,

to najczęściej są opublikowano na tyle dawno, że nie opłaca się na nie

odpowiadać. Nie mogę wymagać od gazety, aby publikowała moją

odpowiedź na artykuł sprzed dwóch miesięcy. Dla prasy to zeszłoroczny

śnieg. Moje obiekcje byłyby po prostu nieaktualne.

 

26. To niech pan idzie do sądu! Wniesie oskarżenie!

Proszę wybaczyć moje rozbawienie! Zastanówmy się, jak to wygląda

w praktyce. Gdybym wniósł sprawę do sądu, musiałbym wziąć dobrego

adwokata, który zażąda zaliczki w wysokości paru tysięcy marek.

Wyobraźmy sobie, że wygram sprawę w pierwszej instancji. Wtedy

strona przegrana wniesie rewizję do instancji wyższej. A to będzie dla

mnie znów strata czasu i pieniędzy. Ale to jeszcze nie koniec, strona

przegrana może jeszcze uruchomić najwyższą instancję, na co nie

wypada się nie zgodzić - sprawę trzeba doprowadzić do końca

- przecież nie mogę przegrać! A więc kolejne wydatki, nie mogę

wyjeżdżać, nie mogę wygłaszać odczytów, bo muszę pojawiać się na

kolejnych rozprawach a poza tym wymaga to mnóstwa przygotowań,

bo muszę z moim adwokatem ustalić linię ataku.

Proszę mi wierzyć, ale radakcja każdego z takich czasopism mających

za sobą wydawnictwo jest znacznie bogatsza ode mnie. A co się stanie,

jeżeli wygram, przebrnąwszy w końcu przez wszystkie instancje?! Po

dwóch albo trzech latach redakcja zostanie zobowiązana do opub-

likowania sprostowania. Tymczasem czytelnik dawno już zapomniał,

o co chodzi. Na koniec i tak okaże się, kto jest silniejszy: redakcja na

pewno opublikuje sprostowanie opatrzone szyderczym komentarzem

- którego nie da się już podważyć z prawnego punktu widzenia! Taka jest

prawda. Czy nadal będzie mi pan doradzał, abym wniósł sprawę do sądu?

 

*

 

27. Czy w przyszłym roku wyjdzie kolejna pańska książka?

Nie, na pewno nie.

 

28. A w 1979?

Nie potrafię powiedzieć, nie wiem. Nie pracuję według planu. Książka

musi dojrzeć do napisania. Trzymam kilka ogonów za sroki, prze-

praszam: kilka srok za ogon, i jeśli któraś zerwie się do lotu... to wtedy!

Nie mogę się powtarzać, bo wzięliby mi to państwo całkiem słusznie za

złe. Znów będzie potrzeba wiele poszukiwań i wiele podróży, co z kolei

kosztuje mnóstwo pracy, czasu i pieniędzy. Jeśli pyta mnie pan dziś

o datę, to sądzę, że nowa książka powstanie w 1980. Ale, powiem bez

ogródek, od dawna w wolnych chwilach myślę o powieści. Jeśli

zdecyduję się w końcu na jej napisanie, to ukaże się w 1979 roku.

 

29. Czy pańscy przeciwnicy nie wezmą tego panu za złe?

Niech wezmą! Będę się tylko z tego śmiał! Jako autor powieści znajdę

się w najlepszym towarzystwie! Słyszał pan może o brytyjskim matema-

tyku i astronomie Fredzie Hoyle'em. Nie? Hoyle jest słynnym nauko-

wcem - na podstawie ogólnej teorii względności przedstawił izotropicz-

ny model Wszechświata, dowodzący ciągłości powstawania materii. Jest

to powszechnie akceptawana tak zwana teoria "steady-state". Ten

znakomity naukowiec jest jednak również znanym autorem wspania-

łych powieści science fiction. Na początku jego koledzy po fachu brali

mu to za złe, ale z czasem się przyzwyczaili.

Po napisaniu powieści znajdę się też w towarzystwie Artura C.

Clarke'a. Cłarke studiował matematykę i fizykę, jest członkiem szacow-

nego Royał Astronomicał Society, był prezesem British Interplanetary

Society. Otrzymał wiele renomowanych nagród za prace na temat teorii

lotu oraz podróży kosmicznych. . . i ten właśnie pan Clarke pisuje

powieści science fictaon, które wydano na świecie w nakładzie prze-

kraczającym pięć milionów egzemplarzy.

Czy muszę państwu mówić, że jest z tego powodu atakowany? Ale

ludzi zawistnych nie trzeba brać poważnie!

 

*

 

30. Pańskie książki osiągnęły na świecie łączny nakład 38 milionów

egzemplarzy.

Nawet trochę więcej!

 

31. Każda książka ma wysokość 20 cm. Położone jedna za drugą miałyby

długość 7600 kilometróiv. Wie pan o tym?

Nie, nigdy nie wpadłem na pomysł, żeby to policzyć. Poza tym jestem

słaby w rachunkach.

 

32. Pańskie książki mają przeciętnie grubość 3,5 cm. I ułożone jedna na

drugiej stworzyłyby wieżę o wysokości 1 330 000 metrów!

Ciekawe, nie mogę teraz tego sprawdzić, ale nie wiem również, po co

takie wyliczenia?!

Po nic. Chciałem panu tylko wyliczyć, jak bardzo przerósł pan

niektórych ludzi!

Dzięki za komplement!

 

33. Czy jest pan przeciwnikiem elektrowni atomowych?

Nie.

 

34. Co?! Ktoś taki jak pan, tak interesujący sig przyszłością, ma przecież

cholerny obowiązek przestrzegania swoich czytelników i słuchaczy przed

straszliwym niebezpieczeństwem wykorzystywania energii atomowej. Czy

jest pan na to za wielkim tchórzem?

Mój panie, czy chce pan zamienić ten wieczór w dyskusję na temat

energii jądrowej? Mamy tu dziś inny temat...

 

35. Odważny pan von Daniken jest tchórzem! Sam zajmuje się pan nauką,

ale kiedy pańscy czytelnicy zadają panu zasadnicze pytanie w kwestii

energii jądrowej, to pan tchórzy! Czyż nie powiedział pan na wstępie, że

odpowie pan na wszystkie pytanie dotyczące dziedziny, którą się pan

zajmuje, i pańskiej osoby?

Powiedziałem, i będę się przy tym upierał. Ale pańskie pytanie nie

dotyczy ani sprawy, ani mojej osoby!

 

36. Nie?! Czy nie dotyczy pańskiej osoby twierdzenie, że jest pan zbyt

wielkim tchórzem, aby zająć stanowisko w tak palącej i ważnej dla

wszystkich kwestii? (Śmiech)

Tchórzem? A czy na pytanie, czy jestem przeciw budowie elektrowni

atomowych, nie odpowiedziałem panu jasno: "nie"? Sądzę, że teraz

trzeba mieć trochę odwagi, aby się przyznać, że aprobuje się wykorzys-

tywanie energii jądrowej... (Krzyki i gwizdy)

Proszę! Słyszą państwo! Zadano mi pytanie. Zapewne po to, abym

wypowiedział własne zdanie! I odpowiedziałem na nie jednym, jasnym

słowem. Skończmy z tym może!

(Okrzyki: "Nie!", "Niech pan nie będzie tchórzem!"

"Boi się!", "Niech pan odpowie!" etc.)

Szanowni państwo! Widzę, że przeciwnicy energii atomowej stanowią

dziś większość. Nie uda się nam wrócić do rzeczowej, spokojnej

dyskusji, jeżełi nie zajmę w tej sprawie stanowiska. Ale mam jedną

prośbę: Zachowujmy się tak jak dotąd, chciałbym w spokoju przed-

stawić moje pogłądy.

A więc:

Kiedy przed paru laty czytałem pierwsze propagandowe pisemka

w tej kwestii, również byłem przeciwny wykorzystywaniu energii

atomowej. Alejak na mój gust argumentami w tej sprawie były za często

slogany, brakowało mi rzeczowego za i przeciw. Dla określenia

własnego stanowiska zastosowałem moją starą metodę... czyli udałem

się pod właściwy adres! We właściwym miejscu znalazłem właściwych

naukowców i techników. Zacząłem ich pytać. Poza tym byłem w działa-

jących elektrowniach atomowych.

W trakcie tego dochodzenia zorientowałem się szybko, że w materia-

łach propagandowych przeciwników energu atomowej umieszcza się

wypowiedzi fzyków o światowej sławie wyrwane z kontekstu. Zebrałem

oświadczenia specjalistów i stwierdziłem, że ich poglądy różnią się

całkowicie od ich okrojonych wypowiedzi na ulotkach! Nie podobało

mi się to. Zupełnie. Przeciwnicy energii atomowej skaptowali paru

ludzi z elity, a nawet fachowców - na przykład futurologa Roberta

Jungka, który wprawdzie wszystko ma już dawno za sobą, umie jednak

nadal zadziałać z telewizora wymownym spojrzeniem i zmarszczonym

czołem.

Czarno na białym przeczytałem i usłyszałem, że odpowiedzialni

naukowcy i technicy zajmujący się zawodowo sprawami energii atomo-

wej są za jej wykorzystywaniem.

 

37. Ale ich opłaca lobby atomowe! A może nie!

Takimi wyświechtanymi stwierdzeniami nie zrobi pan na mnie

żadnego wrażenia! Ogromna rzesza rozsądnych, patrzących daleko

w przyszłość, bardzo odpowiedzialnych naukowców z całego świata nie

jest przecież przekupywana przez energetyką jądrową - bo to pan

chciał chyba powiedzieć! - a naukowcy ci są za wykorzystywaniem

energii atomowej.

 

38. Pana też przekupili! Pieniądze nie śmierdzą!

Chce pan powiedzieć, że rosyjscy naukowcy potrzebują lobby?! Oni

pracują nad wykorzystaniem energii atomowej tylko na zlecenie swojego

przywództwa, a mądrzy i dalekowzroczni władcy na Kremlu wiedzą, że

gospodarka krajów komunistycznych padnie bez energii jądrowej.

Dlatego - myślę, że pan to czytał! - dlatego kraje bloku wschodniego

postanowiły pod koniec czerwca 1977 roku w Warszawie zainwestować

w program rozwoju energetyki jądrowej do 1980 roku ponad 10 mld

dolarów. Proszę posłuchać: w Warszawie postanowiono też natych-

miastowe wprowadzenie do seryjnej produkcji elektrowni atomowej

o mocy 700 MW! Rosjanie są za mądrzy, żeby nie wykorzystywali

dyskusji toczących się na Zachodzie dla zrobienia szalonego kroku

w technice! I proszę dobrze posłuchać: produkowane seryjnie elektro-

wnie atomowe postanowiono również eksportować do krajów roz-

wijających się!

 

39. Gdzie pan wyczytał takie bzdury?

Każdy, kto umie czytać, znajdzie to w prasie, ta zaś cytowała

informację agencji TASS o Konferencji Warszawskiej. Muszę niestety

powiedzieć, jest pan ślepy na jedno oko. To, o czym panu mówię, było

doniesieniem urzędowym, a żeby pana usatysfakcjonować, mogę jeszcze

powiedzieć, że w Dortmundzie pokazano mi artykuł zamieszczony

w pewnej komunistycznej gazetce. W artykule tym pisano - słusznie!

- z dumą o postępie w Związku Radzieckim! Słyszał pan, że gdzieś

dzwonią, ale nie wie gdzie! (Śmiech)

Chciałbym teraz pokrótce powiedzieć, co moim zdaniem przeciwnicy

energii atomowej przedstawiają w sposób niesłuszny.

Twierdzą wciąż - rozumiem doskonale, że u ludzi, którzy mają

świeżo w pamięci tragedię w Hiroszimie, budzi to straszne obawy-

twierdzą wciąż, że elektrownie atomowe są równie niebezpieczne

jak bomby atomowe, a w razie zaistnienia serii czynników może dojść

do eksplozji takiej "elektrowni-bomby". Twierdzenie takie, muszę to

powiedzieć wyraźnie, jest kompletną brzdurą! Gdyby elektrownia

atomowa wyleciała w powietrze, to "wyleciałyby w powietrze" wszy-

stkie prawa fizyki, a wówczas nie mielibyśmy już dawno żad-

nych możliwości, bo prawa te towarzyszą nam już od dość długiego

czasu!

Twierdzi się, że klęski żywiołowe - na przykład trzęsienie ziemi

- mogą uszkodzić reaktor atomowy, a wtedy promieniowanie radioak-

tywne na zawsze zniszczy środowisko naturalne. W tym jest pewien

szkopuł! Bardzo, bardzo silne trzęsienie ziemi może - wchodzimy tu

w sferę skrajności statystycznych - doprowadzić do katastrofy.

Podobny sytuacja byłaby w razie wojny... ale z bronią nuklearną pod

bokiem żyjemy już od lat!

Czy mam przypomnieć, że początkowo przeciwko budowie elektro-

wni wodnych protestowano bez dobrze zorganizowanych, czasem

wydaje się, że zawodowych inicjatyw obywatelskich? Że robili tak nasi

dziadkowie i pradziadkowie!? I że również te wiekowe obiekty ener-

getyki powodowały katastofy, kiedy pękały zapory?! Czy w elektro-

wniach węglowych i opalanych olejem nie zdarzają się wypadki,

powodujące szkody środowiska naturalnego? O, przepraszam, zapom-

niałem, że nie należy też budować elektrowni węglowych i na olej

opałowy. Zapalmy kaganki! Wróćmy do natury!

Mówi się, że odpady radioaktywne stanowią zagrożenie dla przy-

szłych pokoleń! Szanowni państwo, wierzę w naukę! Przecież ledwie

wczoraj Max Planck sformułował prawo promieniowania, Niels Bohr

stworzył model atomu, a Otto Hahn dokonał rozszczepienia jądra

uranu! A dziś energię jądrową już wykorzystujemy! Uważam drogę do

tego miejsca za trudniejszą od drogi do znalezienia metod unieszkod-

liwiania odpadów promieniotwórczych.

Bądź co bądź wiemy już, że bloki z tymi odpadami mogą być

składowane w podziemnych pomieszczeniach przez setki lat bez szkody

dla środowiska! Jestem pewien, że znajdziemy nieszkodliwe dla środowi-

ska miejsca składowania odpadów atomowych. Przyszłe pokolenia nie

będą takie głupie, żeby ich nie kontrolować... a może znajdą inne,

prostsze metody unicestwiania odpadów promieniotwórczych, tych

niebezpiecznych śmieci, które dziś wywołują tak częste dyskusje.

 

40. Niech pan coś zaproponuje!

Odważny krzykaczu, czego pan jeszcze chce ode mnie?! Powiem panu

tylko, nad czym debatuje nauka: Być może pewnego dnia odpady

promieniotwórcze wystrzeli się w kierunku Słońca albo jakiejś czarnej

dziury! To, co dziś niemożliwe ze względu na koszty, nie musi być

niemożliwe w przyszłości! Ja ufam w przyszłość, ufam, że znajdzie się

rozwiązania, o jakich dziś nawet nie śnimy...

 

41. Cóż to znów za obrzydliwe "czarne dziury"? To pan je wymyślil?

Ależ, mój panie, jestem gotów udzielać panu wszelkich informacji, ale

nie będę dawać panu korepetycji w dziedzinie współczesnej nauki. Ma

pan czarną dziurę w swojej wiedzy, proszę ją czym prędzej zapełnić!

 

42. Zagrożenie plutonem pomija pan zapewne rozmyślnie? Można prze-

czytać, że terroryści mogą skonstruować domowym sposobem głowice

atomowe i zagrozić całym narodom!

Ma pan rację. Dlategojestem przeciwny szybkim reaktorom powiela-

jącym, bo wytwarzają one wielokrotnie więcej plutonu od "zwykłej"

elektrowni atomowej.

 

43. Jest pan gorliwym czytelnikiem prasy. Nie czytał pan, ile wypadków

śmiertelnych wydarzylo się w elektroiwniach atomowych?

Chwileczkę, mogę to panu powiedzieć dokładnie, dziś było coś

takiego w gazecie... O tu! Związek Zawodowy Górnictwa i Pracow-

ników Energetyki informuje, że w 173 elektrowniach atomowych

działających na świecie, że w tych elektrowniach w okresie od 1945 do

1975 roku wydarzyło się tylko siedem wypadków śmiertelnych spowo-

dowanych napromieniowaniem. Jestem pewien, że w elektrowniach

węglowych, olejowych i wodnych było w ciągu tych trzydziestu lat

więcej wypadków śmiertelnych, tylko się o tym nie mówi. Poza tym

Światowa Agencja Energii Atomowej stwierdziła, że dotychczas nie

zdarzył się jeszcze żaden poważny wypadek zagrażający środowisku!

Awarie, które wyolbrzymia się w prasie, awarie takie zdarzają się

codziennie w zakładach przemysłowych wszystkich branż, ale poza

niewielką notatką w prasie lokalnej nic się o nich nie mówi! Ale życie

ludzkie zawsze jest życiem ludzkim, niezależnie od tego, gdzie się

kończy.

Kiedy w elektrowni atomowej zerwie się jakiś przewód, to choć

wielokrotne zabezpieczenia sprawią, że wszystko zaraz znajdzie się

znów pod kontrolą, to z faktu tego robi się sensację na miarę końca

świata. Nadzwyczajna staranność, wszelkie możliwe zabezpieczenia

- wszystko jest oczywiste, ale, moi państwo, myślę, że wyrazem

nieodpowiedzialności i histerii jest przykładanie tu różnych miar! I to

tylko po to, żeby zbuntować ludzi przeciw nieuchronności postępu.

Czynnik ludzki może zawieść wszędzie, jestem jednak przekonany, że

nigdzie nie przykłada się równie wielkiej wagi do bezpieczeństwa jak

w elektrowniach atomowych. Nikt poważny nie kwestionuje chyba

faktu, że elektrownie atomowe dostarczają najczystszej energu w na-

szym stuleciu! I jestem przekonany, że jest to energia najbezpieczniejsza

- czy się to panu podoba, czy nie! (Oklaski i krzyki)

 

44. Nie zgadzam się! Trzeba budować więcej elektrowni węglowych! Czy

nie wystarczały nam dotychczas?!

Nie dość, że zachowuje się pan jak fanatyk, to jest jeszcze źle

poinformowany. W przeciwieństwie do raczej nieszkodliwych dla

środowiska elektrowni atomowych elektrownie węglowe wypuszczają

do atmosfery ogromne ilości dwutlenku siarki, nie mówiąc o innych

truciznach. Właśnie w aglomeracjach miejskich, w których pobliżu

buduje się takie elektrownie, właśnie tam spaliny z elektrowni węg-

lowych stanowią wielkie zagrożenie dla zdrowia. Ochrona środowiska

idzie zawsze w parze z ochroną krajobrazu. Czy wie pan, że elektrownia

węglowa zajmuje znacznie większą powierzchnię od atomowej?! Fakt, że

energia uzyskiwana z węgla jest nieporównanie droższa, nie stanowi

zapewne dla pana argumentu...

 

45. Trzeba równomiernie rozdzielać istniejące zasoby energii!

Równomiernie między kogo czy dla kogo?

 

46. Przemysł musi oszczędzać prąd!

Przemysł nie zużywa nawet połowy wytwarzanego prądu! Jak zechce

pan tak rozdzielać niedobór, to dojdziemy do ostateczności, mój panie!

Nie będzie pan mógł używać ucządzeń gospodarstwa domowego

w swoim domu!

Wie pan chociaż, jak chce się rozdzielić ten niedobór? Mówi pan

"równomiernie"?! Ceny energii elektrycznej trzeba by podnieść tak

drastycznie, żeby ludzie straciIi ochotę na mycie naczyń w zmywarkach,

żeby myli się zimną wodą, żeby nie trzymali w domu zapasów, bo

energia zużywana przez lodówki byłaby za droga, niezwykle drogie

byłoby nawet oglądanie telewizji!

Zakładam, że jest pan skłonny to wszystko zaakceptować, ale co

z bezrobociem? Ludzie przestaną kupować pralki, odkurzacze, radia

i tak dalej, bo nie będą sobie mogli pozwolić na ich używanie. Zmniej-

szy się en masse liczba miejsc pracy. Na zawsze. Chce pan tego? Chce

pan, żeby było więcej biedy, bo przecież mówi pan o jej równym

podziale? A może chce pan przykręcić prąd przemysłowi? Nie rozu-

miem, co panu chodzi po głowie! Nie myśli pan chyba, że rozwój trzeba

zastopować. . .

 

47. Inicjatywy obywatelskie tysięcy ludzi przypuszczają na calym świecie

szturm na elektrownie atomowe. Czy to wszystko są idioci?

Bynajmniej, istnieją jednak dwie kategorie przeciwników energii

atomowej. Jedni mają motywację polityczną - to oni są inspiratorami

tego ruchu. W istocie wcale nie chodzi im o ostrzeganie przed

niebezpieczeństwem związanym z energią jądrową.

Jest i kategoria druga, która nie ma nic, ale to nic wspólnego

z pierwszą! Zaliczają się do niej zaniepokojeni, rozważni obywatele,

wierzący całym sercem, że działają w słusznej sprawie. Nie są oni jednak

niestety rzeczowo i dostatecznie poinformowani. W dobrej wierze

przyjmują - i to świadczy o zręczności kategorii pierwszej - tylko

wybrane argumenty.

Czy sądzi pan, że w XIX wieku obywatele, którzy zbierali się, aby

protestować przeciwko wprowadzaniu elektryczności, byli nie mniej

szacowni? Co by było, gdyby już wówczas pojawiły się inicjatywy

obywatelskie, które za pośrednictwem radia, prasy, telewizji i partii

politycznych rozgłaszałyby, że za sprawą dziwacznego nowego wynalaz-

ku zwanego eIektrycznością nastąpi koniec świata? Za pomocą ar-

gumentacji podobnej do dzisiejszej. Bo wówczas elektryczność była

naprawdę wynalazkiem budzącym grozę!

Dziś można powiedzieć, że dzięki Bogu nie było wtedy inicjatyw

obywatelskich. Inaczej nie mielibyśmy światła elektrycznego, radia,

telefonów, telewizorów, lodówek. Żylibyśmy w kraju zacofanym. Znam

takie kraje z moich podróży, zapewniam państwa, również, a może

zwłaszcza tych, którzy tak chętnie występują przeciwko energii atomo-

wej, że nikt z obecnych w tej sali nie chciałby tam żyć!... Nie, mój panie,

pan również nie!

Uważam za słuszny i konieczny - my, Szwajcarzy, stosujemy to już

od zamierzchłych czasów - uważam za słuszny współudział obywateIi

w podejmowaniu wszystkich ważniejszych decyzji, tak - nawet przez

wyrażanie swojego wotum. Przy takim nastawieniu uważam jednak, że

powinniśmy uważniej słuchać opinii fachowców, nie powinniśmy

natomiast dawać się tak łatwo nakłaniać dwuznacznej agitacji. Ponie-

waż jest to naprawdę - być może rozstrzygająca - decyzja dotycząca

naszej przyszłości, powinniśmy sobie zatykać uszy, kiedy z przyczyn

taktycznych politycy stają na czele pozornie popularnego nurtu. Nie

lubię polityków płynących z prądem, od polityków oczekuję, żeby robili

dużo szumu. (Oklaski)

 

48. Jestem żoną i matką, która z troski o swoje dzieci bierze udzial

w marszach antyatomowych. Nlówił pan o przeciwnikach politycznych.

Z polityką nie mam nic wspólnego. Proszę wymienić mi ludzi, którzy za

naszym pośrednictwem robią polityczny interes...

Proszę pani, nie chciałbym kontynuować tego tematu, bo nie jest to

temat tego wieczoru. Jestem gotów usiąść z panią potem w restauracji na

dole. Przy szklance wina możemy podyskutować...

(Zgiełk. Okrzyki: "Tak", "Niech

odpowie!", "Tchórz!", gwizdy)

 

49. Proszę, musi pan odpowiedzieć!

Dobrze. Chce pani znać moje zdanie. Dla osób zaangażowanych

w politykę energia atomowa jest tylko pretekstem do zmiany naszego

systemu społecznego. Proszę mi nie przerywać...

Rachunek jest prosty. Mniej energii oznacza zwiększenie bezrobocia.

Zwiększenie bezrobocia oznacza większą liczbę ludzi niezadowolonych,

podatniejszych na manipulacje. Oznacza to jednak zarazem większe

wydatki państwa na zasiłki dla bezrobotnych i opiekę społeczną. W tej

sytuacji państwo będzie musiało zdobyć więcej pieniędzy zwiększając

podatki i pobierając inne opłaty od pracującej części społeczeństwa.

Skutek? Zwiększy się krąg niezadowolonych. Masy zaczną przypomi-

nać beczkę prochu, do której wystarczy doprowadzić lont. W polityce

zapanuje chaos! A właśnie tego pragną polityczni inspiratorzy demonst-

racji antyatomowych.

Zmniejszenie ilości energii elektrycznej równa się zmniejszeniu produ-

kcji, co równa się z kolei mniejszej liczbie miejsc pracy, co równa się

z kolei większemu niezadowoleniu, którego skutkiem mogą być zamie-

szki i przewrót!

Szanowni państwo, za późno pytać o powody tej zmiany tematu, ale

istnieje przecież równie ważny cel, zakładam, że zajmiemy się teraz

innym celem ataku. Ten jest tylko pretekstem!

Temat, w który mnie wmanewrowano, zanadto wypełnia nasz

wieczór. Ale jeżeli będą mi państwo nadal uparcie zadawać takie

pytania, rzucę na problem trochę światła, z czym się państwo po

namyśle zgodzą.

Jak bezpieczne są, zdaniem państwa, metody uzyskiwania energii,

którą obecnie wykorzystujemy? Będącej motorem postępu i dającej nam

dobrobyt?

Jeszcze niedawno na powody zmian klimatycznych, które właśnie

obserwujemy, meteorolodzy mieli prawie tyle samo różnych teorii, ile

osób liczy ich branża. Terazjednak zgodzili się co do tego, że to ludzkość

jest sprawcą zmian klimatycznych, prowadzących zresztą do jej zguby.

Nie, nie, powodem tego nie są elektrownie atomowe, ale proces

uzyskiwania energii przez spalanie węgla, drewna, oleju opałowego

i gazu ziemnego. Przerażającym zmianom klimatu są winne ponad

cztery miliardy ludzi... tylko dlatego, że nie chcą marznąć i chcą mieć

pracę! Ale spalając drewno i zapasy kopalin wypuszczają do atmosfery

ogromne ilości dwutlenku węgla, który niczym nieprzepuszczalna

osłona otacza kulę ziemską. Śmiertelna osłona. Ziemia nie może oddać

ciepła otrzymanego ze Słońca, bo nie pozwala na to warstwa dwutlenku

węgla. Co się stanie - a dowiemy się tego my sami - co będzie tego

skutkiem?

Nauka twierdzi, że jeśli nic się nie zmieni, to za 2ţ30 lat wielkie

połacie żyznej ziemi ulegną zestepowieniu! Dwutlenek węgla, a wy-

twarzamy go my wszyscy, zmieni procesy chemiczne w atmosferze tak,

że gwałtowne zmiany klimatyczne doprowadzą, będą musiały do-

prowadzić do katastrofy.

Najgorsze, że warstwa dwutlenku węgla się nie zmniejsza! Z dwutlen-

ku węgla wyemitowanego do atmosfery w ostatnim stuleciu pozostało

do dziś, do teraz, jeszcze 5O%, a my codziennie puszczamy "do góry"

kolejne gigantyczne ilości tego gazu! Tak, jeżeli protestuje się przeciw

energii atomowej, to trzeba wiedzieć i trzeba mówić, że ilość biomasy

przetwarzającej w procesie fotosyntezy dwutlenek węgla na tlen zmniej-

szyła się już dawno skutkiem wyrębu wielkich połaci leśnych.

Jeśli ludzkość ma przeżyć, technika musi, moi państwo, rozwiązać

również ten problem - spalania drewna i węgla, oleju i gazu ziemnego.

Rozwiązać przez wprowadzenie nowych form energii, a pierwszym

praktycznym a zarazem najczystszym rozwiązaniem tego problemujest

energia atomowa. A przynajmniej na razie nie ma nic lepszego. Jeżeli się

coś pojawi, natychmiast zapomnę o energii atomowej! Poza tym nie

można być ciągle tylko przeciw, trzeba być też za. Wiemy, że życie

i postęp mają ogromną cenę, ale nie będzie jej czym zapłacić, jeśli

będziemy postępować jak dotąd.

Na koniec, naprawdę na koniec tej nie chcianej, nie chcianej przeze

mnie dyskusji, nie mogę nie wspomnieć o pewnym pikantnym szczególe.

Wiosną tego roku [1977] odbyła się w D„nikenie - nic nie poradzę, jest

taka miejscowość w Szwajcarii i tak właśnie się nazywa - odbyła się

w D„nikenie demonstracja antyatomowa. Władze kantonu Solura

poprosiły o pomoc przy ochronie gotowej elektrowni atomowej około

1000 policjanów z sąsiednich kantonów. Całkowity koszt ochrony

wyniósł ponad dwa miliony franków szwajcarskich! Wiedzą państwo,

kto za to zapłacił? Państwo i ja, z podatków! Nie demonstranci!

 

50. Powinni zabulić właściciele elektrowni atomowych!

Myli się pan, nieznany przyjacielu! Elektrownie atomowe, przynaj-

mniej w Szwajcarii, są zwykle własnością Konfederacji, kantonów, gmin

i instytucji publicznych. Poszkodowani są więc za każdym razem

podatnicy! (Niezrozumiałe krzyki)

Proszę mi wybaczyć, ale zakończę tę dyskusję... Czy ktoś ma pytania

dotyczące mojego odczytu albo moich książek? Proszę...

 

*

 

51. Chcinlbym panu powiedzieć, co razi mnie w pańskich teoriach.

Dobijają czytelnika przykladami z dziedziny chemii, fizyki i techniki.

Poruszają próblemy archeologczne. Potem wypuszcza pan powódź cyta-

tów z Biblii, "Gilgamesza" i Bóg wie czego. Co ma z tym zrobić czytelnik?

Zaakceptować pańskie interpretacje? Czy dotąd wszyscy się mylili?! Na

podstawie tych samych tekstów inni dowodzą calkiem innych hipotez. Jaki

powinien być pariskim zdaniem czytelnik idealny?

Chciałbym mieć czytelników krytycznych, otwartych na świat, zdej-

mujących z oczu klapki, będące skutkiem wychowania czy nauki

- czytelników myślących i zastanawiających się, jak było naprawdę.

Czytelnik idealny, o jakiego pan pyta, powinien mieć sporą dozę

optymizmu co do przyszłości. Przepraszam, ale rzygać mi się chce na

samą myśl o modnym dziś czarnowidztwie! (Oklaski)

Ma pan całkowitą rację: na podstawie tych samych tekstów inni

wyciągają zupełnie inne wnioski niż ja. Chciałby się pan dowiedzieć, od

czego to zależy...

Autor ograniczający się do swojej dziedziny, powiedzmy archeolog,

etymolog czy teolog, otrzymał określone wykształcenie. Wyrósł na

literaturze fachowej wielu, bardzo wielu poprzedników - jego umysł

znajduje się zatem pod wpływem "premyślicieli". W końcu nie potrafi

myśleć inaczej i odrzuca każdą nową dla siebie, inną interpretację jako

niefachową,jako nierzeczową,jako nonsens. Ale, mój panie,jeśli chodzi

o różnorodne interpretacje starych tekstów, nie tylko ja toczę spory

z naukowcami - naukowcy tej samej dziedziny też drą ze sobą koty. To

groteskowe, ale prawdziwe.

Psycholog - tu wchodzimy między linie frontu wszystkich dziedzin

nauki - zinterpretuje opisy ze Starego Testamentu, przedstawiające

objawienia połączone z dymem, drżeniem ziemi, ogniem i swędem,

zupełnie, ale to zupełnie inaczej niż teolog. Który z nich dotarł do

"prawdy", nie można dziśjeszcze stwierdzić, dlatego uważam, że równie

uprawnione jest poddanie pod dyskusję moich interpretacji jak inter-

pretacji spierających się ze sobą naukowców.

W jednym punkcie, jak twierdzę, wyprzedzam innych badaczy

- mianowicie wtedy, gdy w starych tekstach pojawiają się opisy

techniczne, o których dawny kronikarz nie miał pojęcia. Albo wtedy,

gdy stare przekazy zawierają dane, które wedle ówczesnego stanu

wiedzy nie mogly się tam znaleźć! W tych punktach, które należy

dokładnie zaznaczyć, reprezentuję pogląd, że próg zrozumienia tekstów

należy pokonać stosując interpretacje nowe - nie psychologiczne albo

teologiczne! Ponieważ nasi przodkowie sami przekazali nam informa-

cję, że źródłem wiedzy był dla nich "bóg" względnie "bogowie",

twierdzę zupełnie słusznie, że ta wiedza pochodziła od istot pozaziems-

kich!

 

52. Może pan podać jakiś przyklad?

W moich książkach jest pełno takich przykładów, czy mówiąc ściślej

- dowodów. Ale weźmy choćby to, co wie afrykańskie plemię

Dogonów! Dysponuje ono wiedzą na temat układu Syriusza. Dowie-

dziono, że od 10 tysięcy lat Dogonowie znają orbitę niewidzialnego

z Ziemi Syriusza B wraz ze szczegółami, jakich nie da się poznać

obserwując niebo gołym okiem. Do tego są potrzebne wielkie teleskopy!

Ponieważ Dogonowie twierdzą, że informacje te otrzymali od boga

o imieniu Nommo, to zapewne słuszne jest moje przypuszczenie, że ten

pan Nommo był gościem z Kosmosu. Zjakiegoż bowiem innego źródła

Dogonowie otrzymaliby takie informacje przed tysiącami lat? My

wiemy o tym dopiero od pięćdziesięciu lat. Jak państwo widzą, tu

wyprzedzam przestarzałe interpretacje...

 

53. Panie von Daniken, w telewizji często oglądam dyskusje na pański

temat, często nie wypada w nich pan najlepiej, a widz, który nie czytał

pańskich książek, nie może sobie wyrobić własnego zdania. Dlaczego nie

przedstawi pan kiedyś swoich teorii w telewizji?

Nie powiem panu nic nowego, jeśli wyjawię, że telewizja nie jest

niestety moją własnością. Na ekran człowiek dostaje się - jakże

inaczej?! - za pośrednictwem wyroków boskich... albo się nie dostaje.

Parę razy miałem okazję wygłosić krótkie oświadczenia, ale nigdy nie

mogłem odpowiedzieć na zjadliwą polemikę. Nie, zaraz! W Radiu

Luksemburg przez 45 dni przedstawiałem swoją teorię w codziennych

pięciominutowych porcjach. Odzew był ogromny... Gdyby mnie do

telewizji wpuszczano, na pewno bym się tam pojawiał!

 

*

 

54. Niemieckie czasopismo "Geo" opublikowalo przed paroma miesiąca-

mi relację o płaskowyżu Nazca. W artykule zabrała głos badaczka Nazca

Maria Reiche i określiła pana mianem aferzysty. Co pan na to?

Zaraz po przeczytaniu tego tekstu napisałem do pani Reiche, ale do

dziś nie dostałem odpowiedzi. Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby ta

starsza pani powiedziała coś takiego! Nie miała również najmniejszego

powodu, żeby mnie szkalować, bo na temat płaskowyżu Nazca nie

napisałem niczego, co można nazwać szwindlem. A to, że w sprawie

Nazca mam inne zdanie niż pani Reiche i oficjalna archeologia, jest

chyba moim dobrym prawem, choćby dlatego, że nawet uczeni nie są

w tej kwestii jednomyślni.

Dwadzieścia osób - wszystko moi znajomi, a wśród nich prezes

Ancient Astronaut Society, adwokat Gene Philips z Chicago - roz-

mawiało w połowie lipca 1977 roku z panią Reiche. Rozmowa odbyła się

w hotelu Touristas w Nazca, gdzie pani Reiche "rozbiła obóz".

Przesłuchałem taśmy nagrane w trakcie tej rozmowy. Pani Reiche była

nadzwyczaj miła, miała poczucie humoru i wyrażała się o mnie bardzo

pozytywnie!

 

55. Czy dziennikarz może wlożyć komuś w usta określenie "aferzysta"?

Ach, na pewno pan wie, że wszędzie są czarne owce, są dziennikarze

i "dziennikarze" - ci drudzy na szczęście stanowią mniejszość, choć

czasem robią dużo złej krwi. Ale nie wiem, czy nie są po prostu ofiarami

swoich czytelników, którzy - jak się niestety okazuje! - chętniej

czytają rzeczy negatywne od pozytywnych. Nie jest to dla mnie żadna

pociecha, ale to trzeba wiedzieć... a może i myśleć o tym.

 

56. Jestem rzecznikiem Klubu D„nikena...

To w Houston jest Klub D„nikena?

A czemu mialoby nie być? Wszyscy stoimy tu jedną nogą na rampie

startowej!

Ilu macie członków?

Jak organizujemy party, to trzydziestu, a na cotygodniowych ze-

braniach tylko dwunastu!

Jakie reprezentują zawody?

Ja jestem założycielem, pracuję jako inżynier w NASA. Mamy kogoś

z zarządu portu, kogoś z przemyslu chemicznego, producenta bawełny,

sprzedawcę hamburgerów. . .

W Huston są chyba wszystkie gałęzie przemysłu!

Chyba tak. . .

Jaki jest przeciętny wiek członków?

Mniej wigcej migdzy 25 a 35 lat...

Chciał pan zadać pytanie, przeszkodziłem panu!

 

57. Tak, mialem zapytać, jak się to wszystko właściwie u pana zaczęło.

Jak doszedł pan do swojej idei?

Dla ścisłości muszę od razu powiedzieć, że idea o odwiedzinach istot

z Kosmosu nie jest niczym nowym i nie ja jestem jej autorem.

W literaturze science fiction idea ta istnieje od 70 lat. Ja ją podjąłem

i opatrzywszy nowymi argumentami poddałem pod dyskusję.

Ale pańskie pytanie!

Oczywiście zadawano mi je bardzo często, tak że właściwie mógłbym

odesłać pana do moich tekstów, ale fanklubowi trzeba udzielać

odpowiedzi z pierwszej ręki. A więc tak: Wychowano mnie w surowym

internacie katolickim. Najważniejszym przedmiotem w szkole była

religia. Musieliśmy tłumaczyć Biblię z greki na łacinę a potem na

niemiecki. Wówczas trafiłem na hebrajskie słowo, pojęcie "elohim",

które należało przetłumaczyć "bogowie", nie zaś, jak w Biblii, "Bóg".

W amerykańskiej Biblii też czytamy:

"A kiedy ludzie zaczęli rozmnażać się na ziemi i rodziły im się córki,

ujrzeli synowie boży, że córki ludzkie były piękne. Wzięli więc sobie za

żony te wszystkie, które sobie upatrzyli."

Może to pan przeczytać w 6. rozdziale Księgi Rodzaju!

W innym miejscu Księgi Rodzaju może pan też przeczytać:

"Uczyńmy człowieka na obraz nasz, podobnego do nas". Skąd wzięła

się liczba mnoga, dlaczego "my", dlaczego nie "ja"?

Mojżeszowi, który był monoteistą, wolno było mówić tylko ojednym

bogu!

Zapytałem o to naszego profesora teologii. Odpowiadał skąpo, nie

satysfakcjonowały mnie jego wyjaśnienia. Powiedział, że Mojżesz miał

na myśli Trójcę Swiętą, ale była to idiotyczna wymówka, bo Trójcę

Świętą wymyślono znacznie później, na soborach chrześcijańskich.

A może, mówił profesor, biblijni praojcowie używali liczby mnogiej ze

względów grzecznościowych. Kolejna wymówka, a w żadnym razie

odpowiedź, a Mojżesz nie popełnia pomyłki, bo liczbę mnogą stosuje

bardzo często. Zadawałem sobie pytanie, dlaczego mówi o "synach

bożych"? A wszystkie wymijające odpowiedzi profesora wprowadzały

mi w głowie coraz większy zamęt.

Poszedłem po linii najmniejszego oporu. Wystarałem się o literaturę

z zakresu innych religii i we wszystkim, co czytałem, była mowa

o "bogach". Najbardziej irytował mnie fakt, że "bogowie" zstępowali

z nieba i wstępowali tam z powrotem, a towarzyszył temu hałas, dym,

drżenie ziemi i niemiły zapach. Tutaj ma pan lekcje poglądowe, jak

wyglądały starty bogów! A najbardziej przeszkadzała mi myśl, że

wszechobecny "Bóg", żeby już pozostać przy biblijnej liczbie pojedyn-

czej, do poruszania się potrzebował pojazdów! Uczono nas przecież, że

Bóg może być jednocześnie wszędzie! Wtedy pomyślałem, że coś tu nie

gra.

Kiedy przeczytałem Księgę Ezechiela, a potem wpadło mi w ręce

tłumaczenie Księgi Henocha, prysła moja naiwna dziecięca wiara!

Henoch mówił jasno i wyraźnie o "strażnikach nieba"! Co miał na

myśli?! W każdym razie nic nie mogło mnie już powstrzymać przed

wyszukiwaniem fascynujących przekazów. Otworzył się przede mną

nowy świat, ale to przecież pan zna. . .

 

*

 

58. Czy zna pan amerykańskiego astronoma i eksperta w dziedzinie

biologu kosmicznej Carla Sagana? Co pan o nim sądzi?

Nie rozumiem wprawdzie, po co to pytanie... ale proszę bardzo: Nie

znam Sagana osobiście, ale przeczytałem kilka jego książek i widziałem

go wiele razy w amerykańskiej telewizji. Na pewno jest to człowiek

roztropny i myślący logicznie. Tym, co mi się w nim nie podoba, jest jego

naukowa arogancja. To by pasowało do tego, co mówili znający go

ludzie: jest próżny, udaje, że ma więcej oleju w głowie niż tysiąc innych,

wydaje mu się, że jest ponad wszystko. A poza tym Sagan napisał wstęp

do amerykańskiej książki antydanikenowskiej, po jego przeczytaniu

odniosłem wrażenie, że albo moich książek nie czytał, albo ich nie

zrozumiał.

Zgadzam się jednak w zupełności z przekonaniem Sagana, że istoty

pozaziemskie już dawno wynalazły podróże kosmiczne.

 

*

 

59. W pewnymm magazynie ilustrowanym widziałem zdjęcie, na którym

stoi pan przed swoim archiwum. Co pan w nim gromadzi, co zawiera?

Ponieważ na moim archiwum nie ma napisu "ściśle tajne", chętnie

panu odpowiem. A więc, gromadzi się tam interesujące artykuły z gazet

i czasopism naukowych, zawiera ono też moją korespondencję z nauko-

wcami, są tam fatokopie ważnych dla mnie dokumentów. W karto-

tekach znajduje się ponad dziesięć tysięcy takich dokumentów, do tego

oczywiście negatywy filmów i ieh kopie. Negatywy i fotografie stanowią

około 15 tys. pozycji w archiwum. Nie wliczałem tu artykułów na mój

temat i na temat moich książek, które ukazują się od 1968 roku

- zebrało się ich już ponad 30 tysięcy. W segregatorach znajdują się

również listy od czytelników - do dziś prawie 28 tysięcy. Poza tym jest

jeszcze archiwum dźwiękowe, zawierające wywiady ze mną, dyskusje,

nagrania odczytów różnych naukowców.

To dobrze, że pan mnie o to pyta! Jakimś czas temu przed moimi

drzwiami stanęła grupa młodych ludzi, którzy chcieli przeprowadzić

inspekcję mojego archiwum! Proszę sobie wyobrazić, co to by było,

gdyby na taki pomysł wpadł choćby tylko co dziesiąty czytelnik moich

książek!

 

60. Sprawiłem sobie niewielką bibliotekę, w której znalazły się prawie

wszystkie książki z poruszanej przez pana dziedziny. Są tam książki

Roberta Charroux, Pauwelsa i Bergiera, Andrew Thomasa, Tomkinsa,

Colosimo, Krassy i innych. Często odkrywam podobieństwa, co wprzypa-

dku poruszania tej samej tematyki jest zrozumiałe. Ale nie rozumiem

jednego: kiedy czytam artykuly krytyczne dotyczące tej dziedziny, to

najbardziej lekceważący i najzlośliwszy ton zawsze słychać w związku

z pańskimi książkami, a nie zabiera się głosu na temat większości

pozostałych. Jaki jest tego powód?

O, przyjacielu, gdybym wiedział? Mogę tylko zgadywać.

Może najistotniejszym powodem jest fakt, że moi czytelnicy na całym

świecie są mi wierni, dzięki czemu moje książki osiągają wysokie

nakłady. W grę może tu więc wchodzić, choć to tylko przypuszczenie,

odrobina zazdrości.

Może chodzi o to, że bez żadnej asekuracji uczestniczę w dyskusjach,

ryzykując otwartą wymianę zdań. Wiem, że to prowokujące.

Pewną rolę odgrywa też może chęć uczynienia się ważnym? Jak łatwo

bowiem rozświetlić sobie czółko aureolą nadzwyczajnej mądrości

ucierając noska takiemu Danikenowi!

Mówię to panu z całkowitą pewnością, bo wszystkie artykuły

krytyczne wędrujące do archiwum przechodzą przez moje biurko. Mogę

panu powiedzieć jeszcze jedno: niewielu krytyków naprawdę prze-

czytało do końca moje książki! Człowiek odnosi takie wrażenie

porównując ze sobą artykuły krytyczne. A i tu można zauważyć

zabawną prawidłowość: nierzadko najpierw pojawia sięjakiś prominen-

tny albo półprominentny nowator, który nadaje ton, a po nim

przychodzą epigoni - tym mianem określa się miernych naśladowców

sławnych ludzi! - którzy bezmyślnie powtarzają to, co im podrzucono.

Całość określa się mianem odwagi cywilnej!

 

*

 

61. Od miesięcy toczą się dyskusje na temat książki Charlesa Berlitza

"Trójkąt Bermudzki". Czy zaginigcia statków i samolotów wiąże pan ze

swoimi teoriami? Czy zna pan Charlesa Berlitza?

Znam pana Berlitza osobiście.

Jeśli zaś idzie o fenomeny w Trójkącie Bermudzkim, nie mogę o tym

powiedzieć prawie nic ponadto, bo nie mam żadnych innych informa-

cji na ten temat. Czytałem wprawdzie zarówno wspomnianą książkę

Berlitza, Limbo of the lost, jak i parę innych, ale nie wiem jeszcze, czy

opisane w nich fenomeny nie znajdą naturalnego wyjaśnienia. W ostat-

nich miesiącach przebywa tam międzynarodowa grupa badaczy po-

szukująca wyjaśnienia tych zjawisk.

Jeśli jednak, jak przypuszcza Berlitz, w tamtejszych głębinach na-

prawdę istnieje piramida wysokości stu pięćdziesięciu metrów, to

byłbym szczęśliwy, gdyby przypuszczenia te się potwierdziły. Pod-

budowałoby to moją hipotezę, że we wczesnej starożytności istniała

technika, o jakiej nie mamy dziś pojęcia. Tak, gdyby istnienie takiej

techniki potwierdziło się w Trójkącie Bermudzkim, potwierdziłoby to

zarazem istnienie moich istot pozaziemskich.

 

62. Pański stosunek do spekulacji na temat Trójkąta Bermudzkiego jest

więc nieco sceptyczny, ucieszyłby się pan jednak, gdyby rozstrzygnigcia

poszły po myśli Berlitza?

Tak !

 

63. Nie ma pan więc na to żadnego wyjaśnienia?

Nie, żadnego, uważam jednak pewną wskazówkę naukowców za

prawdopodobne naturalne wyjaśnienie tych fenomenów. Istnieją mia-

nowicie tak zwane podwodne zjawiska wulkaniczne. Mówi się, że na dnie

morza wybuchają wulkany, wypluwając z niewyobrażalną siłą magmę,

roztopioną masę z głębin ziemi. Skutkiem tego są gwałtowne ruchy

powierzchni morza. Niszczące fale przypływu łamią się potem w pierwo-

tnym wirze, który może wciągać statki w głębinę. Podczas takich

wybuchów wyzwalają się również ogromne ilości gazu. Wyładowują się

one w burzach, eksplozjach powodujących trąby powietrzne, w których

samoloty przechodzą potworne turbulencje.

Jak mówiłem, nie jest to wyjaśnienie moje, przypuszczają tak

naukowcy, ale ja z chęcią przyznam, że wiele faktów przemawia za tym

przypuszczeniem.

Może w nachodzących miesiącach staniemy się mądrzejsi, bo, jak

mówiłem, na miejscu jest już międzynarodowa grupa badawcza,

próbująca wyjaśnić te fenomeny.

 

*

 

64. Przeczytałem wszystkie pańskie książki oraz obejrzalem oba filmy.

Nieco mnie to rozczarowało.

Mnie również trochę.

 

65. Tak, ale dlaczego filmy nie są tak pouczającejak pańskie książki ? Czy

odniosły sukces?

Zacznę od drugiej części pytania: Film "Wspomnienia z przyszłości"

odniósł wielki międzynarodowy sukces. W Rosji wyświetlano go w 1800

kopiach, ile kopii rozpowszechniono w czerwonych Chinach, nie wiemy.

W Ameryce Południowej film leciał miesiącami przy pełnej sali, a w USA

emisja telewizyjna tego obrazu było kroplą w morzu w porównaniu

z wybuchem "totalnej epidemii D„nikenitis", jak napisała pewna

amerykańska gazeta. Pańskie ambiwalentne odczucie podzielam o tyle,

że wspaniałe zdjęcia, na przykład linii z płaskowyżu Nazca albo płyty

nagrobnej z Palenque, zrywały widza z krzesła, a potem leciały ujęcia

raczej nudne. Nie mogłem niestety asystować przy produkcji, nie byłem

też autorem scenariusza.

W przypadku filmu "Posłanie bogów" był pewien haczyk, który

zauważyłem za późno. Wyraziłem mnóstwo życzeń i propozycji - w pa-

ru przypadkach na ich realizację zabrakło pieniędzy, w innych ich

realizacja była niemożliwa ze względu na reżysera. W jego umowie był

mianowicie passus mówiący o tym, że ma to być "film Haralda Reinla".

W ten sposób ja zostałem skreślony. Była to dla mnie dobra nauczka.

Coś takiego drugi raz się nie powtórzy.

A może - nie wiem, nie mogę też już tego dowieść - może to ja

popełniłem błąd. Pewne amerykańskie towarzystwo filmowe chciało na

kanwie moich książek nakręcić film fabularny, z prawdziwą love story.

Posikałem się ze strachu. Może powinienem tym ludziom pozwolić

nakręcić coś takiego, forsy mieli dosyć.

Dla mnie była to zupełna nowość, niech więc i państwo zajrzą za

kulisy kinematografii: Bez wiedzy mojego niemieckiego producenta

amerykańska firma rozpowszechniająca film całkowicie zmieniła naszą



dalej


strona główna
(23kB)