(23kB)
strona główna


Erich von D„niken

 

 

 

WSZYSCY JESTEŒMY DZIEĆMI BOGÓW

 

Gdyby groby mogły mówić.

 

 

 

 

 

I. Było sobie raz dwoje królewskich dzieci

 

 

Na zwiadach w Jemenie

 

Baœń jest mostem prowadzšcym do

prawdy.

 

przysłowie arabskie

 

Starozytny Rzym zalozono okolo 733 roku prz. Chr., sto lat wczeœniej

powstalo slynne miasto Majów - Tikal. Poczštki Aten datuje się mniej

wiecej na rok 1500 prz. Chr. Jerycho zbudowano najprawdopodobniej

okolo 6000 prz. Chr. Czy sš jeszcze starsze miasta na naszej planecie?

To możliwe, kronikarze arabscy bowiem zapewniajš, ze Sana, lezšca

2500 m n.p.m. na płaskowyzu jemeńskiego masywu górskiego, jest najstarszym

miastem swiata - zalozono je podobno zaraz po splynieciu wód potopu.

Dotychczas poznałem Rzym, Ateny, Tikal i Jerycho. Powinienem więc poznać

jeszcze Sanę. Nie lezy ona wprawdzie w poblizu najwazniejszych szlaków

komunikacyjnych, dojadę tam więc bocznymi drogami - te zas oferujš

zazwyczaj podróznemu mnóstwo przygód. Takich, jakie będš i naszym udzialem.

Jemen, czyli Jemeńska Republika Arabska, lezy w poludniowej czeœci Pólwyspu

Arabskiego. Sš to tereny zamieszkane przez ludzi juz od prehistorycznych

czasów. Nierzadko powstawala tu wysoka kultura - zdarzylo sie tak na

przyklad okolo 1200 roku prz. Chr., w czasach królestwa Saby. Byl to wówczas

kraj niezwykle bogaty, posiadal bowiem - o czym wspomina kazda encykiopedia

- system irygacyjny, wspanialy jak na ówczesne czasy. Stšd eksportowano

znaczne ilosci kadzidla -jest ono nadal towarem bardzo poszukiwanym.

 

 

Zdarzylo się w 1951 roku.

 

"Wyrzuciliœmy z ciężarówek wszystko, Co sie dało i ruszyliœmy przez wadi.

Ludzie znajdujšcy sie na platformach ciężarówek trzymali się ze wszystkich

sił, wypatrujšc jednoczesnie na równinie wielbłšdnikdw z Maribu... gdy

Chester który w jednej chwili zrozumiał ogrom groyšcego nam

niebezpieczenstwa.. skrecił ostro w lewo z trudem jednak udalo mu sie uciec

przed zbliżajšcymi sie Jemenczykami I utrzymac ciezarówke poza zasiegiem

strzatów."

Przeżycia z tego napadu, który miał miejsce trzydzieœci szeœć tat temu, byly

udziaiem młodego amerykanskiego paleontologa Nwendella Phillipsa, ktdry wraz

ze swoim kolegš, Williamem Frankiem Aibrightem, prowadził prace wykopaliskowe

180 kilometrów na wschdd od Sany.

Pozwolenia na podjecie prac przez badaczy z American Foundation for the Study

of Man udzielil dwczesny król Jemenu imam Ahmed. O istnieniu w okolicy

Maribu zespolu œwištyń Amerykanie dowiedzieli sie z relacji niemieckich

uczonych: Carla Rathjensa i Hermanna von Wissmanna, przebywajšcych w tamtym

rejonie w 1928 roku. Chodzilo jakoby o tajemniczš swiatynie królowej Saby.

Mimo a moze na skutek obecnoœci żołnierzy i urzedników, których imam

przydzielił do ekspedycji, po kilku miesišcach pracy atmosfera w obozie stala

sie prawie nie do zniesienia. Jemenczykom nie podobalo sie, że niewierni

- a za niewiernego jest tu uznawany kazdy, kto nie wierzy w Allaha - szukajš

w ich kraju ukrytych skarbów.

Zarzšdzenia archeologów byly udaremniane przez rozkazy urzedników

królewskich. Pierwsze rozruchy spowodowal nieszczęœliwy wypadek. Jeden

z robotnikdw potršcił przez nieuwagę drewniany stempel, co spowodowało upadek

szeœciu antycznych kolumn, niewielkie obrayenia odnióst jeden robotnik

egipski i jeden jemeński. Urzednicy imama natychmiast zażšdali wydania

lateksowych odbitek, które w trakcie wielomiesiecznej żmudnej pracy zdjęto ze

starych inskrypcji znalezionych na œcianach œwištyń.

Powróciwszy z krótkiego pobytu w Ameryce dokšd udał się, żeby zdobyć

pienišdze na dalsze prowadzenie prac Phillips zastal w obozie atmosfere tak

wybuchowš, że nie bylo już mowy o kontynuowaniu wykopalisk. Podczas

potajemnej nocnej rozmowy archeolodzy postanowili podjšć próbę

natychmiastowej ucieczki. Rozpuœciii pogłoskę, że następnego dnia bedš krecić

film z pobliskich wzgórz.

Oszustwo to podziatalo tym skuteczniej, że wsiadajšc wraz z egipskimi

pomocnikami do ciężarówek pozostawili w obozie prawie cale wyposażenie

ekspedycji, majace wartoœć ponad 200 tys. dolarów. Urzędnicy i żolnierze

imama wyraŸnie sie ucieszyli - nareszcie bedš mogli bez przeszkód robić to

z czym dotychczas musieli sie kryć, czyli kraœć.

 

 

Trzydzieœci Szeœć lat póŸniej

 

Dzisiaj miejscowoœć, którš Phillips opuszczal w takim poœpiechu, jest jednš

z atrakcji turystycznych Jemenu - w 1984 roku Marib polšczono asfaltowa drogš

ze stolica. W czasie stusiedemdziesieciopieciokilometrowej trasy mój

wspólpracownik Raif Lange podziwiał wraz ze mna wspaniale widoki przesuwajšce

sie przed naszymi oczami. Land-Cruisera prowadził młody Jemeńczyk

z zakrzywionym sztyletem (dyambia), obowiazkowo zatkniętym za pas. Gdy

jemeński chiopiec kończy czternaœcie lat, o jego męskoœci swiadczy posiadanie

takiego sztyletu. Od pojemnosci sakiewki natomiast zależy, czy sztylet

będzie szeroki, wielki, czy nieco skromniejszy; czy rękojesć będzie

z bogato zdobionego srebra, czy tylko z rzeŸbionego drewna bšdŸ mniej

szlachetnego metalu; pochwa ze skóry lœnišcej od srebnych nitów czy po prostu

zwyczajny futeral. Najwayniejszy jest sztylet! Obok kierowcy praży sie

w slońcu nasz przewodnik. Jest w marynarce - ubiór zdradza cziowieka z awansu

spotecznego. Jak mielismy sie wkródce przekonać, wiedza oraz inteligencja nie

byly najmocniejszš stronš tego osobnika.

Urzednik biura turystyki, znajdujęcego sie w centrum miasta, bo właœnie tam

wydaje sie zezwolenia na podróżowanie po kraju, polecil ml zaangayować

jemeńskiego kierowce. Byla to niezła rada. Samodzielne prowadzenie wynajętego

samochodu bowiem byloby dla nas rodzajem cichego samobójstwa. W tym kraju nie

liczy sie fakt, czy ktoœ jest winny, czy nie, bo i tak przepisy drogowe sš

nadal uzalešnione od praw religijnych i plemiennych, uszkodzenie ciała

traktowane jest na równi z morderstwem. Jesli ktoœ według przepisów

zachodnich bedzie nawet zupelnie bez winy, to wedlug praw islamu musi

zapłacid rodzinie rannego czy zabitego stosowne odszkodowanie. W roku 1986

wynosilo ono 50 tysięcy marek za zabicie mężczyzny, połowa zaœ tej sumy za

kobietę. W okresie pielgrzymki i ramadanu kwoty ulegaja podwojeniu.

A poza tym może to mieć jeszcze znacznie gorsze następstwa - na przyklad

wówczas, gdy rodzina poszkodowanego bedzie chciała sie zemœcić na sprawcy

wypadku. Wedlug naszego prawa byloby to po prostu morderstwo - tu jednak

przepisy podporzadkowane sš zwyczajom lub prawom plemiennym, a samo

morderstwo jest uznawane za czyn na wskros honorowy.

Na wszelki wypadek wolalem juz nie pytać, czy jako towarzysz podrózy

nie zostane równiez w razie wypadku poproszony do kasy.

Drugš dobrš radš dal mi portier hotelu. Powiedzial, zebym zrobil sobie przede

wszystkim dostatecznš iloœć fotokopii zezwolenia na podróż. I mial po

stokroć rację! Juz w trakcie pierwszej kontroli, którš przeprowadzili

uzbrojeni mlodzi ludzie, pozbawiono mnie oryginalu. Posterunek wlšczył go po

prostu do akt. Następna kontrola odeslalaby mnie z powrotem.

W oddali, lecz jakby zblizone przez wizjer kamery, lœniš w slońcu góry,

rysujšc się jasnym bršzem na tle czarnych cieni. Droga, wijšca sie poœród

zapierajšcych dech w piersi przepaœci, prowadzi przez przełęcz Bin-Ghaylan,

wznoszšcš się 2315 m n.p.m. Od przeleczy Al-Fardah mijamy prehistoryczne

rumowiska kamienne - czworokštne monolity skalne ogromnej wielkosci

wznoszš sie ku niebu niczym drapaeze chmur. Cóz za widok! Kamienne bloki

jakby zawisly nad spiętrzonymi szeœcianami. Barwne szczyty skalne lœniš w

dali rozœwietlone sloncem, jak gdyby dopiero co pomalowali je kolorysci. Z

przełęczy roztacza się widok na wadi, suche doliny cišgnše się w

zóltobršzowej pustyni. Po przejechaniu wielu zakretów, wykutych w litej

skale, ujrzeliomy rozcišgajšcš się 1000 m pod nami równinę, na której

znajduje sie Marib. z kazdš chwilš zblizajšcš nas do dna doliny - a lezy ona

i tak 1300 m n.p.m - robi sie coraz goręcej. Skraj drogi porastajš nieliczne

krzewy i karlowate drzewka. Dalej jest juz tylko piach, pustynia, na której

widok czlowiek zadaje sobie pytanie, czym zywiš siš Beduini oraz ich

zwierzęta i jak w ogóle udaje im sie przezyć. Niemal nie do przebycia sš

czarne jak smola wulkaniczne rumowiska kamienne przy drodze - czerń prawie

piekielna, księżycowy krajobraz Góry wyrastajš zeń jak gigantyczne hałdy

wegla. Wspaniały spektakl natury w poludniowym siońcu. Migotliwe swiatlo.

Cienie czerni Wszechowiata. Srebne blyski antracytu.

Po dwóch i pół godzinach jazdy docieramy do starej wsi Marib, w której stojš

kilkupiętrowe budynki. w poblizu wydobywa się ropę naftowš. W piekšcym

sloncu na zaladunek czekajš samochody-cysterny.

Nigdzie jednak nie widać starozytnych ruin.

Tylko ciężki upal poludnia pohamowal mojš ciekawoœć - poza tym nadszedl juz

czas na posilek dla moich towarzyszy. Idziemy do hotelowej restauracji,

której czystoœć pozwala domniemywać, ze firma wydobywajšca ropę naftowa

zbudowała jš dla swoich gosci.

Dochodzi do groteskowej pantomimy. Moi Jemenczycy, poza okreœleniem

money, nie znajš oczywiœcie zadnego słowa po angielsku, zapraszam ich więc na

posilek za pomocš gestów. Na szczęœcie jadlospis jest i po angielsku, i po

arabsku. Ralf i ja zamawiamy omlet ze swiezymi pieczarkami, nasi towarzysze

powiedzieli coœ po arabsku, co kelner nagryzmolił w bloczku. Zjedliœmy juz

nasz "omlet" - dwa jajka sadzone z pieczarkami z puszki gdy przed

Jemeńczykami pojawily się dwa soczyste steki. Ani drgnęli. Znów spróbowalem

wiecjšzyka gestów. Tak jak zachęca się dzieci do jedzenia pokazujšc rekš na

usta powiedziaiem "chap, chap". Nic. Jak zahipnotyzowani tkwili nad brylami

miesa, nad talerzami i nad sztućcami. Modlš sie po cichu, czy co? Moze nie

trzeba im przeszkadzać. Nagle pewna mysl jak blyskawica przebiegia mi przez

glowę. Złapalem za koœć, wystajšcš z jednego ze steków, i przysunšłem jš

sobie zachęcajšco do ust. Tamy runęły. Uœmiechnšwszy sie z ulgš, siegneli

palcami po jedzenie - po pewnym czasie kilkoma potężnymi beknięciami dali

nam znać, że już nic nie stoi na przeszkodzie w kontynuowaniu podrózy.

 

 

Tajemnicza królowa Saby

 

Mielismy zamiar obejrzeć tame, która już przed tysišcami lat byla uważana za

niezwykle osišgnišcie techniki, a w literaturze okreœlana jest mianem cudu

starożytnoœci.

Tylko kto postanowil jš tu zbudować? Przedsiewziecie to przypisuje sie

legendarnej królowej Saby. Kim byla królowa? Nawet Stary Testament

wspomina o jej odwiedzinach u króla Salomona - archeolodzy jednak nie trafili

dotychczas na zaden œlad jej istnienia. Fascynujšce jest, jak mgliste

kształty tej tajemniczej postaci przenikajš do rzeczywistoœci. Szukajmy wiec!

Arabski poeta Semeida ibn Allaf napisal:

"Hadhad (potężny król) udal sie pewnego dnia na polowanie. Po pewnym

czasie wypadł na niego wilk, który zapedzał właœnie gazele w wšwóz bez

wyjœcia. Radhad ruszył na wilka, spłoszyi go i uratował gazelę, a potem

poszedl jej œladem. Oddalal sie coraz bardziej od swojej swity, az nagle

ujrzal wielkie, wspaniaie miasto - przed jego oczami roztoczyl sie widok

swietnych budowli, licznych stad wielbišddw i koni, gęstych lasów palmowych

i urodzajnych pól. Naprzeciw wyszedl doń jakiœ człowiek, który rzekl, iz

podobnie jak jego rezydencja równiez miasto nazywa sie Ma'rib, ale

mieszkajšcy tu lud zwie sie Arim i jest plemieniem dzinnów - on sam natomiast

jest ich królem I wladcš, zwšcym się Ieleb I Sa'b. Gdy rozmawiali, obok

przeszla dziewczyna tak nadzwyczajnej pišknooci, ze Hadhad nie potrafil

oderwać od niej wzroku. Wówczas król dzinnów rzekl: 'Dziewczyna ta jest mojš

Córkš, jesli więc chcesz, dam ci jš za żonę, albowiem uratowałeœ jej zycie.

To ona wiasnie byla gazelš, która ocaliłeœ od wilka, i calego jej zycia nie

starczy, by ci sie za to odwdzięczyć. PrzybšdŸ więc za dni trzydzieoci na

uroczystoœci weselne wraz ze swojš rodzinš i ksišżętami.'

Hadhad zawrócil i wkrótce miasto duchów zniknęlo mu z oczu. Po dniach

trzydziestu jednak œcišgnšł wraz ze swojš œwitš na weselne gody. Tymczasem

dżinny zbudowaly palace z fontannami i zalozyly ogrody. Król Ieleb przyjmowal

ich i goscil w najwspanialszy sposób przez trzy dni i trzy noce, dopóki jego

córki Harury nie wprowadzono w komnaty Hadhada.

Palac stal się teraz jego rezydencjš. A Harura zostala matkš Bilkis".

(Bilkis jest arabskim imieniem królowej Saby.)

Jakby nie dooć bylo owych cudownosci, historyk i leksykograf Nashwan ibn

Sa'id, zmarly okolo 1195 roku, pisal, ze miasto, które wynurzylo się

z nicosci, bylo zbudowane z metalu, stało na czterech potęznych kolumnach ze

srebra, a woda plynęla przez nie metalowymi kanalami. Baœń z "Tysiaca

i jednej nocy" czy starozytna science fiction?

Nieco bardziej pomocny jest tu stary Semeida ibn Allaf, który wie, ze królowa

Saby alias Bilkis miała dwa ogrody nawadniane przez dwa Ÿródla, wytryskujšce

z ogromnej zapory wodnej. Własnie tam kieruje się moja ciekawooć.

 

 

Co bylo niegdyœ, a co pozostało

 

Gdyby istniala wówczas Ksiega Rekordów Guinessa, to znalazlaby się w niej

na pewno zapora wodna z Maribu! Starozytni autorzy pisali o niej,

przedstawiajšc ten cud techniki jako najwspaniaisze osišgnięcie arabskiej

sztuki inzynierskiej i kamieniarskiej. Mur zapory mial u podstawy 70 m

szerokoœci, a jego dlugoœć wynosila 615 m - wielkosci te sš porównywalne

z dzisiejszymi zaporami. Rozcišgajšc się między wzniesieniami górujacymi

nad doIinš zapora zatrzymywala coroczne okresowe powodzie nadchodzšce z Wadi

Adana. Przy zboczach gór budowniczowie wznieœli z dokładnie obrobionych

ciosów kamiennych œluzy i kanaly odpływowe - kierowano tamtędy drogocenne

strumienie wody do pólnocnego i poludniowego ogrodu królowej. Wykonane tu

prace kamieniarskie przywodzš mi na myœl inkaskie budowle, znajdujšce sie na

odieglej wyzynie Peru. Zarówno tam, jak i tu w spojenia między kamieniami nie

da się wcisnšć nawet ostrza scyzoryka.

Najlepiej zachowała sie sluza poludniowa. Monolityczne mury wpuszczono w

kamienne podłoże. Między skałami a murem zapory dawni inżynierowie

zbudowali wiaœciwš œluzę - składajš się na niš prostokštne ciosy kamienne

lšczone na krzyż. Sciana œluzy przetrwała, mogłem jš więc zmierzyć. Jej

szerokooć wynosi 4,63 m, najcięższe najnizej leżšce bloki kamienne majš

dlugooc 3,54 m i grubooć 51 cm. Z właœciwych wrót œluzy nie pozostalo

niestety ani œladu.

W razie powodzi masy wody wpadały najpierw do specjalnej niecki wypadowej,

rozpraszajacej impet wynikajšcy z róznicy poziomów, a następnie wplywały do

kanału głównego, skšd licznymi kanałami bocznymi kierowano je na pola, leżšce

na południu. Ówczeœni budowniczowie bardzo chytrze rozwišzali problem

chwilowego przepełnienia kanalu glównego - zaopatrzyli go w specjalny upust,

przejmujšcy nadmiar wody i kierujšcy go w dół wadi.

Od budowli po stronie poludniowej zapora cišgnie sie w poprzek doliny przez

prawie 600 m do budowli po stronie pólnocnej. Takze i tu sluza zachowala sie

w calkiem niezlym stanie, takze i tu woda trafiala najpierw do niecki

wypadowej, dopiero potem zaœ kanalem giównym do "ogrodu pólnocnego". Ogromne

masy usypanej ziemi pomagaly murom wytrzymać napór wody; tutaj też zbudowano

zeby być przygotowanym na kazdš sytuację - wznoszšcy sie stopniowo mur

przelewowy, regulujšcy poziom wody w jeziorze zaporowym.

 

 

Cud z Maribu

 

W 1982 roku na Uniwersytecie Zuryskim Ulrich Brunner przedstawil

rozprawe doktorskš na temat starej oazy Marib; w swojej pracy przytoczył

miedzy innymi wyniki badan przeprowadzonych w tamtym rejonie przez firmę

EIektrowatt z Zurychu, która buduje zapory wodne na calym swiecie. Firma ta

zresztš zaprojektowala na zlecenie rzšdu jemejskiego równiez nowš zapore w

okolicach Maribu.

W studium tym przedstawiono tezę, ze w czasach królestwa Saby w okolicach

Maribu nawadniano sztucznle okolo 9 tys. ha pól uprawnych i ze największy

przeplyw wody w okresie dwuletnim wynosil 950 m3 na sekunde. "Przecietnie

raz na dziesięć lat mozna bylo oczekiwać największego przeplywu w granicach

3750 m3 na sekunde, a w przypadku stuletniej najwiekszej wody nalezalo sie

spodziewać przepływu wynoszšcego 7250 m3 na sekunde." Oznaczalo to, że zapora

mogla sie wówczas napelnić "w czasie nieco dluzszym niz dwie godziny" -

zaprojekowanie muru przelewowego zapobiegalo katastrofie runiecia zapory.

Wedlug najswieższych obliczeń kazdy kanal glówny zapewnial odplyw wody z

szybkoociš okolo 30 m3 na sekunde, zapas wody zgromadzony w jeziorze mógł

tym samym pokryć dwunastodniowe zapotrzebowanie obu ogrodów na wodę

tzn. okolo 60 mln m3. Ulrich Brunner reasumuje: "Najgenialniejsza w systemie

nawadniajšcym z Maribu byla prawdopodobnie prostota cakego projektu,

zapewniajšca mu przetrwanie prawie dwóch tysiecy lat".

Ogrom zastosowanej tu techniki mozna zrozumieć, jesli człowlek uœwiadomi

sobie, że przecież sto lat prz. Chr. starozytni Rzymianie zbudowali w Górnej

Bawarii zapore, która moglaby funkcjonować do dziœ!

Ale żadna budowla starożytnooci nie jest chroniona przed klęskami

zywiolowymi. Zapewne wiec i system irygacyjny z Maribu był kilkakrotnie

uszkadzany. Dotyczy to jednak tylko samej zapory - œluzy pozostaly

nienaruszone. Legenda mówi, że pierwszš zapore wodnš w Maribie zbudowano

z ziemi i z kamieni już w 1700 roku prz. Chr. dopiero Sabejczycy wybudowali

tame murowanš i wyposażonš w œluzy, które można podziwiać po dziœ dzień.

Zachowal sie też przekaz mówišcy o zawaleniu sie zapory okolo 500 roku prz.

Chr. - naprawa wymagala pracy 20 tys. ludzi. W końcu nastšpilo

najpoważniejsze przerwanie zapory. Ogromne masy wody porwaly ze sobš to, co

zbudowano przed tysišcami lat, niszczšc przy okazji pola i ogrody. Mówi o tym

XXXIV sura Koranu, "Sabejczycy" (w. 16 n.):

"Oni jednak odwrócili sie / Posłalismy wtedy na nich powódŸ z Al-Arim /

i zamienilismy ich dwa ogrody / na dwa inne ogrody, posiadajšce gorzkie

owoce: / tamaryszki i kilka drzew lotosu. / Tak zaplaciliœmy im za to, /

iż oni nie uwierzyli",

Tylko dlaczego zapore te zbudowano własnie w Maribie, znajdujšcym sie na

równinie tuż obok pustyni? Urzšdzenia irygacyjne budowano wprawdzie w

całym starożytnym Jemenie, również zapory małe - wszystkie one razem

nie gromadziły jednak tyle wody, co zapora w Maribie, który dzięki temu

wyrósł na wielkie miasto handlowe, otoczone bujnymi ogrodami i polami

dajšcymi obfite pplony.

 

 

Dziœ ropa naftowa - wozoraj kadzidło

 

Rozwišzaniem zagadki jest kadzidlo.

Historia biblilna zawiera wzruszajšcš opowieœć o Dziecištku Jezus,

któremu trzej krolowie ze Wschodu przynieœli do betlejemskiej stajenki

mirrę i kadzidlo. Kadzidlo bylo hojnym darem - mialo wartoœć złota. Grecki

historyk Herodot (ok. 490-425 prz. Chr.), podróżujšcy po Bliskim

Wschodzie pisze że w Babilonie wydawano rocznie tysišc talentów srebra

na kndzidło palone na czeœć boga Baala.

Egipcjanie - którzy kadzidłem poprawiali jakoœć powietrza w œwištyniach i

dodawali go jako substancji zapachowej do smoły ziemnej uzywanej przy

muminkowaniu zwłok - pokrywali swoje zapotrzebowanie na kadzidlo robiac

wyprawy nad Morze Czerwone.

W trakcie pogrzebu swojej dlugoletniej kochanki a póŸniejszej zony, Poppei

Sabiny, cesarz Neron urzšdził w Rzymie prawdziwš kilkudniowš kadzidlanš

orgię - w niebo wznioslo sie wiecej kadzidia, niz zbierala go w ciagu roku

cala Arabia - spóŸnione pachnace zadoœćuczynienie za kopniaki, którymi jš

obdarzył i z których powodu zmarla.

Ale kadzidlo bylo nie tylko balsamicznym i narkotycznie pachnšcym œrodkiem

platniczym i kosztownš ofiarš dla bogów. Grecki lekarz Hipokrates (ok. 460-

375 prz. Chr.) odkryl jego lecznicze własciwosci w przypadku astmy i chorób

macicy oraz jako dodatku do balsamów kosmetycznych. Ten cudowny œrodek

przepisywany przez jego uczniów byl prawdziwym przebojem ówczesnej

medycyny.

To, Co Hipokrates uważal za nowosć, Mojżesz i jego lud stosowali już w

trakcie exodusu, 800 lat wczeœniej, do dezynfekcji zapobiegajšcej zarazom.

"I rzekł Mojżesz do Aarona: WeŸ kadzielnicę, włóż w niš ogien z ołtarza,

nasyp kadzidla i udaj sie œpiesznie do zboru, i dokonaj za nich przeblagania,

gdyz Pan rozgniewai się i zaczęła sie plaga. Aaron wzišl kadzielnicę, jak mu

powiedzial Mojżesz, i pobiegł w sam œrodek zgromadzenia, gdzie już zaczela

się plaga wœród ludu. Nasypal kadzidia i dokonal przeblagania za lud. Stanal

pomišdzy umarlymi, żywymi, i plaga zostala powstrzymana". (IV Mojż. 17, 11

- 13)

Można wiec stwierdzić bez przesady - a wcale nie bedzie to kolejna baœń z

"Tysiaca i jednej nocy" - że tym, czym dla współczesnych Arabów jest ropa

naftowa, przynoszšca stale duze dochody, w zamierzchlych czasach bylo

kadzidlo, zasilajšce finansowo wladców.

Kadzidlo pozyskuje sie z aromatycznej zywicy kadzidłowca (Boswelha carteri)

te dziko rosnšce drzewka czy raczej krzewy, osišgajšce do trzech metrów

wysokosci, udajš sie najlepiej na suchych wapiennych wybrzeżach Hadramaut,

nad dzisiejszš Zatokš Adenskš, aż po Zufar w Omanie. Ich kora jest szorstka i

pstrokata, czym przypomina nieco kore naszych brzóz. Pod spodem znajduje sie

warstwa bardziej miekka, zawierajšca - podobnie jak drzewo gumowe - kleistš

żywicę o barwie mleka. Wczesnš wiosnš żywica pulsuje w pniu, który nacina

sie w wielu miejscach, żeby dać jej odplyw. W cieplym powietrzu krople

żywicy zastygajš w grudki, które po tygodniu zeskrobuje się i wyrzuca. Po

miesišcu czynnoœć te sie powtarza. Żywice, plynšcš teraz ze zranionego drzewa

i szybko wysychajšcš, sprzedaje sie jako kadzidlo poœledniejszej jakoœci.

Dopiero trzecie nakuwanie drzewa podczas goršcych miesišcy letnich pozwala

na otrzymanie kadzidła najwyższej jakosci. Niewolnicy ugniatajš zebrany

surowiec w grudy, potem nastšpuje proces oczyszczania i w koncu kadzidlo

dostarcza sie w koszyczkach na miejsce magazynowania i rozdzialu.

Tak, przyroda laskawie postšpila z Arabami - czy to pozwalajšc im uprawiać

kadzidlo, czy wydobywać rope naftowš. Nie bez powodu geografowie rzymscy

nazywali zawsze Pólwysep Arabski Arabia frux, Arabia szczeœliwa.

Nastepnie kadzidlo transportowano wielkimi karawanami do miejsc, gdzie

towar ten ceniono na wagš srebra, a niekiedy zlota. Najwieksze zyski z handlu

kadzidlem czerpal właœnie Marib.

Wyjaœnialoby to zarówno problem finansowania tak ogromnych budowli... jak i

upadku kwitnšcego miasta i królestwa Sabejczyków. Ostatnie zawalenie sie

zapory, której nie dało sie już odbudować, spowodowalo po prostu zanik

dochodów. Potem kadzidlo transportowano droga morskš. Gdy w Ameryce

Srodkowej dżungla zarastała œwištynie i palace Majów, ruchome piaski pustyni

zasypywaly Marib i plantacje kadzidtowca. Wkrótce już tylko historycy

starożytnosci, jak Herodot, Strabon (63 r. prz. Chr. -26 r. po Chr.)

i Pliniusz (24 - 79), pisali jeszcze o szczęœliwym królestwie Saby. Gdyby

w Starym Testamencie i w Koranie nie bylo tak konkretnych informacji o tym

bogatym kraju i jego wladczyni, owianej mglš tajemnicy, to zapewne epoka ta

zostałaby zupelnie niezauwazona i zapomniana - i nikt nie próbowalby jej

nawet badać.

 

 

Zaskoczenie i zdziwienie sš poczštkiem zrozumienia

 

Ortega y Gasset (1883- 1955)

 

Jadšc z Hadramaut do Sany w roku 1589, jezuita Pero Pais przejezdzal przez

Marib - zwiedzal to miejsce z szacunkiem, a potem napisal o potężnych blokach

z kamienia i nieznanych napisach, których nikt nie potrafi odczytać.

Prawie dwieœcie lat póŸniej, w roku 1762, po Jemenie jeŸdzila duńska

ekspedycja pod kierownictwem niemieckiego podróŸnika-badacza, Carstena

Niebuhra (1733 - 1815). Niebuhr jako jedyny członek wyprawy powrócił do

Europy, gdzie w wielu swoich ksišzkach ukazal nauce arabskie skarby -

wspaniałe pomniki przeszloœci i nie dajšce się odczytać inskrypcje.

W 1843 roku ta malo znana czeœć swiata wyraŸnie zbliżyla się do Europy -

Francuz Thomas Joseph Arnaud przywiózł w swoim bagażu do Paryza 56 kopii

sabejskich inskrypcji. Niemiecki baron Adolph von Wrede (1807 - 1863),

wróciwszy z podróży po Jemenie, mówil o grobach, budowlach oraz

inskrypcjach - nie znalazl jednak wydawcy dla swojej ksišzki Podróz do

Hadratnaut, między innymi dlatego, ze Aleksander von Humboldt zarzucil mu

przesadę w opisach. Praca Wredego ukazala się dopiero w trzynaœcie lat po

smierci autora

- dziœ wszyscy wiedzš, że Wrede opisywal wyišcznie fakty. W 1870 roku

Francuz Joseph Halevy (1827- 1917) wœliznšl się podstępem do jemeńskiej

ekspedycji i udalo mu się skopiować, nierzadko z narażeniem życia, ponad 600

starozytnych inskrypcji.

Ale naprawdę problemem zainteresowali się Europejczycy dopiero

po powrocie Austriaka Eduarda Glasera (1855-1908), który podrózowal Po

Jemenie od 1882 do 1889 roku. Przebrawszy się za Araba, mógl przez blisko

szeœć miesięcy mieszkac u jednego z szejków w okolicach Maribu.

Posluchajmy więc, co przed ponad stu laty zobaczyl i opisal Glaser:

"Ruiny œwištyń majš kształt elipsy, której dluższa oœ przebiega dokładnie z

pólnocy na poludnie... Dokładnie w kierunku północnego wschodu, patrzšc od

centrum budowli, stojš cztery kolumny...". W swiatyni opisanej przez Glasera

uczeni zaczęli podejrzewać pomnik religii nawiazujšcej do astronomii. W 1904

roku Ditlef Nielsen poddal pod dyskusję swojš wizię staroarabskiego kultu

Księzyca:

"Astronomiczne ukierunkowanie wedlug okreslonych stron

nieba... oraz caly kompleks wydaje się slużyć celom astronomicznyrn...

Wszystkie obrzędy byly w najdrobniejszych szczególach zwiazane z

obserwaejami astronomicznymi, albowiem bieg cial niebieskich po firmamencie

byl zarazem drogš istot boskich."

Jest to opinia obowišzujšca po dziœ dzien. Od pewnego czasu jednak zaczyly

się nasuwać nastepujšce pytania: Czy królowš Saby otaczał kult kosmiczny? Czy

jej nie dajšce się okreœlić tajemnicze pochodzenie nie wykazuje być moze

jakiegoœ zwišzku z Wszechœwiatem i bogami?

W kazdym razie Jemen stal się teraz centrum zainteresowania. Wyruszali tam

podrdznicy-badacze, archeolodzy oraz zwykli poszukiwacze przygód.

W 1928 roku dwaj Niemcy, Hermann von Wissmann i Carl Rathjens, odkopali

tuż za granicami Sany ruiny œwištyni. W 1936 roku Anglik Harry St. John B.

Philby opisal tajemnicze budowle i nie dajšce się odczytać inskrypcje z

krainy Asir, ztajdujšcej się dziœ na granicy Jemenu, a podjęta w latach 1948

- 1949 ekspedycja Ryckmannsa, Philby'ego i Lippensa wprawila wszystkich w

zdumienie odkryciem w poludniowej Arabii monolitycznych kręgów kamiennych

zorientowanych astronomicznie - podobnie jak europejskie (Stonehenge). W roku

1952 William Frank Aibright I Wendell Phillips rozpoczęli szeroko zakrojone

prace wykopaliskowe w okolicach Maribu.

Od tego czasu nie prowadzi się tam żadnych poszukiwan. Wprawdzie

Niemiecki Instytut Archeologiczny ma filię w Sanie oraz placówkę w Maribie,

zajmujšcš się zabezpieczaniem i katalogowaniem pozostalosci historycznych, to

jednak prace wykopaliskowe na wielkš skalę będš możliwe dopiero wówczas,

gdy Jemen jako panstwo będzie na tyle silny, żeby jego prawa zdołały

zdominować prawa poszczególnych plemion, rodów, uważajšcych każdy

przedmiot znaleziony na swoim terenie za prywatnš wlasnoœć.

 

 

Wizja lokalna

 

Rozczarowany i zdezorientowany zwiedzalem miejsca, o których archeolodzy

napisali tyle zdumiewajšcych rzeczy. Cóż pozostalo po Haram Bilkis, œwištyni

Królowej Saby? Wielkie elipsoidalne rumowisko z piasku wznosi siy tylko kilka

niewielkich kolumn. Za nieistotnymi resztkami murów stoi rzšd oœmiu slupów.

Pary złomów kamienia. To wszystko. Ale nawet te kilka kolumn pozwala

zrozumieć dokladnoœć sztuki inżynierskiej stosowanej przez budowniczych.

Zeby zapewnić możliwie dużš statecznoœć kamiennym poprzecznicom,

spoczywajšcym niegdyœ na samej górze, w szczytach kolumn wykuto jakby

trzpienie, a w poprzecznicach otwory, które pasowaly dokiadnie do trzpieni.

Dzięki temu "sufit" byl mocno polšczony z podporami. Tak samo powstajš dziœ

betonowe mosty z prefabrykatów.

Kilka kilometrów od miejsca, w którym znajdowala siy niegdyœ œwištynia

królowej, mamiejš resztki œwištyni Księżyca. Pięć piętnastometrowych

monolitów wznosi się w błękitne niebo, sprawiajęc wrazenie pięciu palców

olbrzymiej skarżšcej się ręki: Gdzież jest, o bogowie, wasza œwietnoœć, gdzie

wasza wspaniaioœć? Boki kamiennych słupów sš jak wypolerowane, kanty

ostre. Na ziemi lezš boki wapienia, na których przy odrobinie szczęœcia da

się jeszcze odkryć sabejskie inskrypcje. Niezależnie od kierunku padania

promieni słonecznych pięć kolumn wznoszšcych się w niebo zawsze rzuca na

piach pustyni ogromne i czarne jak smoła równolegle cienie. Cienie te, jak

gigantyczne wskazówki zegara Slonecznego, raz dziennie wędrujš wokół

kamiennego kwintetu. Czas plynie.

Tego dnia bylismy jedynymi zwiedzajšcymi nie liczšc siedmio- czy

osmioletmego chiopca, który zjawił się tu zupelnie nagle i nie wiadomo skšd.

Stanšl między dwiema kolumnami, o jednš oparł siy nogami, o drugš plecami, i

jak akrobata, bez pomocy ršk, zaczšl się wspinać. Najpierw ruch kolan i stóp,

potem siedzenia i pleców - i już wzniósł się o piętnascie centymetrów

utrzymujšc równowagę rękami. Nie bylo tam ani występu, ani najmniejszego

zaglębienia, gdzie mógłby się wesprzeć bosymi stopami. Nagle poczulem strach:

czy w razie wypadku nie spotka mnie krwawa zemsta plemienia tylko z powodu

mojej tu obecnosci? "Ach, co tam!" - powiedziałem sobie, gdy szczuplutki

chłopiec przeskakiwal z jednego monolitu na drugi, klaniajšc się nam machajšc

rękoma. Robi to zapewne od dawna - podobnie jak jego ojciec - skoro tylko

zobaczy turystów. po spektaklu - a na dół zszedł jak wiewiórka - otrzymawszy

obfity bakszysz zniknšł równie szybko, jak się pojawil. Nie wiadomo gdzie.

Dziennikarz telewizyjny Volker Panzer, który wraz z dr. Gottfriedem

Kirchnerem stworzył dokumentację TERRA X, pisze: "Ostatnie badania

prowadzone przez Niemiecki Instytut Archeologiczny wykazały, że Marib był

zasiedlony z całš pewnoscia około 1500 r. prz. Chr. - o ile nie wczeœniej".

Dziœ od tego czasu minęło prawie 3500 lat, a slady znajdujš się tylko 15

metrów pod moimi stopami. Rozbijam się namiętnie po różnych dziedzinach

wiedzy - korcilo mnie więc, żeby zaczšć rozgrzebywać piach golymi rękoma.

Nie moglem patrzeć, jak pustynia nieublaganie pochiania plony ekspedycji

Aibrighta i Phillipsa, które, prawie wyrwane przeszloœci, znów zapadajš się

w nicoœć.

 

 

Łamigłówka z królowš Saby

 

Jeżeli czegoœ nie udaje się odkryc z pomocš archeologii, to należy sięgnšć

do starych inskrypcji, układać łamigłówkę z legend, podejrzanych przekazów,

odnajdować zamierzchłš przeszloœć idšc drogami, którymi nie uda się pójœć

historykom.

ponieważ trzeba będzie tu sięgać do Starego Testamentu, przytoczmy więc

legendy z I Księgi Królewskiej (10, 110, 93):

,,A gdy królowa Saby usłyszała wieœć o Salomonie opartš na chwale Pana,

wybrala się do niego, żeby go doœwiadczyć przez stawianie trudnych pytan.

Przybyla do Jeruzalemu z nadzwyczaj wspaniałym orszakiem na wielbłšdach

objuczonych wonnosciami, wielkš iloœciš złota i drogimi kamieniami, i

przyszedłszy do Salomona rozmawiala z nim o wszystkim, co miala na sercu.

Salomon zas odpowiadal na wszystkie jej pytania i nie bylo takiego pytania,

na które król nie umiałby dać jej odpowiedzi. Gdy więc królowa Saby poznala

calš mšdroœć Salomona i obejrzala palac, który zbudował, potrawy na jego

stole i stanowiska jego dostojników, i sprawnoœć w uslugiwaniu jego slug, ich

stroje, podawane napoje oraz jego ofiarę całopalnš, jakš złożył w przybytku

Pana, nie mogla wyjœć z podziwu i rzekła do króla:

Prawdš okazało się to, co o twoich sprawach i o twojej mšdroœci slyszalam w

mojej ziemi, lecz nie wierzylam tym slowom, az przybylam i zobaczylam na

własne oczy; a i tak nie powiedziano mi ani połowy tego, bo znacznie

przewyższyleœ mšdroœciš i zacnoœciš to, co o tobie slyszalam [...]. po czym

podarowala królowi sto dwadzieœcia talentów złota i ogromnš iloœć wonnosci

i drogich kamieni. Nigdy już nie nadeszlo tyle wonnosci, ile wtedy podarowala

królowa Saby królowi Salomonowi [...]. Król Salomon zaœ podarowal

królowej Saby wszystko, czego zapragnęla [...]. potem ona wybrala się w

drogę powrotnš i pojechala do swojej ziemi wraz ze swoimi dworzanami".

Kiedy mogło mieć miejsce owo królewskie spotkanie na szczycie?

Król Salomon zyl podobno okolo 965 -926 r. prz. Chr. Teoretycznie więc moglo

się ono odbyć właœnie w tym czasie, który pokrywa się zresztš z okresem

rozkwitu Maribu. Swiadectwa jednak sš sprzeczne.

Według Zydów do Starego Testamentu należš również midrasze, zawierajšce

wyjasnienia i komentarze. Byly one odczytywane wraz z fragmentami Pisma w

czasie slużby bożej. Midrasze stanowiš kopalnię wiedzy o religli zydowskiej.

Z tego zbioru pochodzi równiez drugi chaldejski targum (tlumaczenie z

komentarzem) Księgi Estery. Nie da się okreœlić, kiedy powstała ta nowela

historyczna. specjalisci datujš jš na VII wiek prz. Chr., autorzy

jednak, kimkolwiek byli, powoluja się na Ÿródia jeszcze wczeœniejsze, juz nie

istniejšce. W drugim targumie znajdujš się nawet opisy tulaczek Salomona,

informacje o wypędzeniu Zydów (ok 597 r. prz Chr.) za czasów

Nabuchodonozora II, wiadomosci o tronie Salomona i wizycie królowej Saby na

dworze króla. Mozna tu znaleŸć więcej szczegółów niz w Starym

Testamencie. W drugim targumie król Salomon przesyła nawet królowej Saby

groznie brzmięce poslanie, w którym donosi, ze oczekuje jej bezzwlocznej

wizyty.

Królowa przeczytala wiadomosc, która przerazila jš do tego stopnia, ze

zaczęla rwac na sobie kosztowne szaty i rozpaczliwym krzykiem wezwała

swoich doradcow. Mędrcy ci odrzekli: Nie znamy króla Salomona i nie

obchodzš nas jego rzšdy. Ale królowa nie posluchala ich rady.

"Wyposażyła jednak wszystkie morskie statki w perly i kamienie szlachetne

jako dary dla Salomona, a nadto przesłała mu szesć tysiecy chlopców i

dziewczšt, zrodzonych o tej samej godzinie, tego samego dnia, miesišca i

roku, wszystkich jednakiego wzrostu i wyglšdu, wszystkich odzianych w

purpurowe suknie. Dala im list do Saloniona, w którym prosi, ze choc ma

jeŸdzić ze swego kraju do jego co pełne siedem lat, to zeby jednak mogla

pojawić się za lat trzy. Gdy przybyla po uplywie tego terminu, Salomon

zasiadł w szklanej komnacie. Jej zdalo się jednak, ze siedzi w wodzie,

podniosia więc swoje suknie, zeby do niego dojœć. Wówczas zobaczył, ze ona

ma owłoęione nogi, i rzekl: "Pięknoœć twa jest pięknoœcia kobiety, ale twe

owlosienie jest owlosieniem męzczyzny. Owlosienie jest ozdoba męzczyzny,

lecz szpeci kobietę."

Szeœć tysięcy chłopców i dziewczšt, podobnych do siebie jak szeœć tysięcy

kropli wody, bylo zapewne wytworem fantazji arabskich bajarzy. Husein ibn

Muhammed ibn al Hasan, biograf Mahometa, redukuje te liczbę do pieciuset,

twierdzi jednak - podobnie jak kronikarz perski Mansur, autor arabskiej

kroniki, obejmujšcej historie całego swiata, który mówi juz tylko o stu

chłopcach i dziewczetach - ze wszyscy wyglšdali tak samo. Zadziwiajšce.

Nieważne, ile młodych osób znalazlo sie w ekspedycji, nalezaloby raczej

zadać pytanie, co własciwie mieli oni robić u Salomona. Mówi o tym Husein

ibn Muhammed ibn al Hasan:

"Na potrzeby misji. przebrała pieciuset młodzienców za dziewice,

a piećset dziewic za mlodzieńców, polecajšc pierwszym zachowywać

sie jak dziewczeta, drugim zaœ jak chlopcy. Razem z nimi przeslala

Salomonowi zamknietš skrzynkę z nie przewierconš perłš i kręto

przewierconym diamentem, wreszcie puchar, który król miał napełnić wodš,

która ani nie spadla z nieba, ani nie wytrysnęła z ziemi".

Nadzwyczaj sprytne, chciala bowiem podejœć w ten sposób krola Salomona,

który miał opinię niezwykle mšdrego. Nie udało sie jej to jednak - Salomon

przewiercil perle cudownym kamieniem, przez diament przewlekl jedwabnš nić z

pomocš jedwabnika, a puchar wypelnil końskim potem. Odkrył równiez

tajemnicę pieciuset chlopców i dziewczšt obserwujšc, jak sie myjš. Chłopcy

zawijali rękawy, dziewczeta nie.

Tajemnicza jest tez sama misja Bilkis do królewskiego kolegi - na podróz

do jego kraju zuzyla pelne siedem lat. Odtegłoœć dzielšca Marib od Jerozolimy

wynosila wówczas - i nadal wynosi - około 2500 kilometrów. Załóżmy wiec, ze

karawana - podróżowano bowiem wtedy na wielbłšdach - poruszala sie z

predkoœcia 30 kilometrów dziennie: podróz trwałaby więc trzy miesišce. Ale

gdyby królowa - jak chce drugi targum - użyla do tego "morskich statków",

wsiadłszy na nie w którymœ z portów Morza Czerwonego, a wysiadłszy na lšd

w dzisiejszej Akabie, to droga trwalaby znacznie krócej.

W tym samym zródte mozna znaleŸć informacje, ze królewscy partnerzy w

końcu się pobrali i ze od tej chwili Salomon "co miesięc spedzał przy niej

trzy dni w stoticy - Maribie". Przy takiej odleglosci i takim czasie podróży?

Salomon chyba naprawdę chował w zanadrzu jakšœ tajemnicę, bo fakt

comiesięcznej wizyty w Maribie zaakceptowali nawet intelektualiœci swiata

arabskiego.

Opierajš sie oni m.in. na komentarzach do Koranu, które napisali w XI w.

arabscy uczeni al-Kisa'i oraz ath-Tha'lab. Wedlug tych komentarzy Salomon

przebywał w Mekce - w czasach przedislamskich bylo to swiete miejsce

Abrahama. Nie ma o tym wprawdzie ani slowa w Starym Testamencie, ale to

jeszcze o niczym nie œwiadczy, bo Zydzi unikajš w swoich pismach wszelkich

nawiazań do œwiętych miejsc staroarabskich.

Bedšc w Mekce, król postanowil pojechać do Jemenu, żeby obejrzeć kwitnace

ogrody królowej Saby. Gdyby podróz miala przebiegć wedlug założonego

planu, to na miłosnš wycieczkę nalezaloby przeznaczyć co najmniej miesišc:

"Ale z pomoca wiatrów, którymi władał, Salomon wraz ze swojš armia przebyl

calš drogę w czasie od wschodu do zachodu [gwiazdy] Canopus".

Wedlug przekazów udalo się królowi pokonać ów odcinek drogi

w tak rekordowym czasie dzieki pomocy demonów i wiatrów...

I "nadprzyrodzonego œrodka transportu". Bez samolotów, smiglowców, a co

najmniej bez balonów na goręce powietrze, romantyczne

comiesieczne weekendy, jakie kochankowie spedzali w altanie w Maribie, nie

bylyby przecież zupełnie możliwe... "Nadprzyrodzony œrodek transportu"?

Salomon miał poważne problemy z damš swego serca! Kronikarze arabscy

przysiygajš na wszystkie swietosci, że królowa miala owlosione nogi, uznajšc

zarazem ten zwierzęcy defekt urody za dowód jej pozaziemskiego,

demonicznego pochodzenia. Miłoœć jednak jest bardzo pomyslowa - swojemu

nadwomemu lekarzowi kazał Salomon spreparować pierwszy w historii œrodek

do depilacji!

 

 

Calkowicie zmechanizowany, zwariowany tron królewski

 

Autorzy Biblii obdarzyli Salomona pięknym przydomkiem "mšdry".

"Salomonowe wyroki" oglaszano z wyżyn tronu, który nie miał sobie równego

na calym swiecie. Byl to cudowny mechanizm, którego zadziwiajšcy opis

przekazano w targumie do Ksiygi Estery. Z nie koóczšcych siš partii tekstu

zaczerpnšłem informacje dotyczšce funkejonowania tronu. Opisy te wprawiajš

czytelnika w najwyższe zdumienie:

"Nigdy jeszcze na żadnego króla nie stworzono takiego dziela...

A tak zbudowany byl ów cud:

Obok tronu stało naprzeciwko siebie dwanaœcie zlotych lwów i dwanaœcie

złotych orłów tak, że prawa łapa lwa znajdowala się naprzeciw lewej łapy

orla. W sumie byly 72 zlote lwy i 72 złote orly. W górnej częœci oparcia

tronu znajdowala się okršgła kopuła, do której prowadziło szeœć złotych

stopni... Na pierwszym stopniu leżał byk a naprzeciw niego lew, na drugim

niedŸwiedŸ a naprzeciw niego jagnię, na trzecim orzel a naprzeciw niego anka,

na czwartym orzeł a naprzeciw niego paw, na pištym kot a naprzeciw niego

kogut, na szóstym jastrzšb a naprzeciw niego gołšb - wszystkie te zwierzęta

były ze szczerego złota. Nad tronem przymocowano dwadzieœcia jeden złotych

skrzydel, dajšcych Salomonowi cień.

Od którejkolwiek strony zechcial Salomon wejœć na tron, mógl to zrobić za

pomocš mechanizmu. Gdy tylko król postawil nogę na najniższym stopniu,

zloty lew podnosil go wnet na stopień drugi, lew z drugiego stopnia na trzeci

i tak dalej na czwarty, pišty a w koncu na szósty stopień. Potem sfruwaly

orly, chwytaly króla i unosily na góry tronu. W mechanizimie tym umieszczono

również srebrnego smoka...

A kiedy król spoczšl już na tronie, wielki orzel brał koronę i wkladal mu jš

na glowę. Potem smok powtórnie wyzwalał mechanizm - teraz wstawaly lwy i

orly i ocienialy glowy króla Salomona... Jesli przed królem stawali

œwiadkowie, wtedy ruszal mechanizm kół zębatych - byk porykiwal, lwy ryczały,

niedŸwiedŸ pomrukiwal, owca beczala, pantera wyła, anka zawodzila, kot

miauczal, paw krzyczał, kogut pial, jastrzšb kwilil, ptaki ćwierkaly...

Gdy jednak przepelnila się miara grzechów Izraela, w potęgę urósl

Nabuchodonozor II, występny król Babilonu... Kazał sprowadzić sobie również

tron króla Salomona, a gdy, nie znajšc mechanizmu, zaczšl nań wsępować i

postawil nogę na pierwszym stopniu, lew przetršcil mu prawe biodro I uderzył

w lewe, na skutek czego Nabuchodonozor okulał na cale zycie. Po nim tron

króla Salomona zdobyl Aleksander Macedoński i przywiózl do Egiptu. Gdy

Szyszak, król Egiptu, ujrzal tron tak wspanialy, najpiykniejszy ze wszystkich

tronów królewskicb, też zapragnšl nań wstšpić i usišœć na nim, nie wiedzial

jednak, te mechanizm sam zacznie go podnosić, gdy więc postawil nogę na

pierwszym stopniu, lew przetršcil mu prawe biodro, uderzyl w lewe, diatego

też Szyszak byl póŸniej przez cale życie zwany Faraonem Kulawym".

,,Dopiero oko stwarza œwiat" - powiedzial Christian Morgenstem (1871 -

1914). To, co ujrzeli i opisali kronikarze starożytnoœci, bylo niepojytym

cudem.

Kto go jednak wymyœlił? Kto nakazał urzeczywistnić pomysł? Kto wreszcie

skonstruował ten szczególny rodzaj robota? Do poruszania zwierzšt

pomagajšcych królowi niezbędna była bez wštpienia jakaœ energia. Jaka

energia?

Mšdry król musiał niš dysponować. Ten zadziwiajšcy czlowiek byl przecież

"wladcš wiatrów" oraz posiadal "nadprzyrodzone œrodki transportu". To

trochę za wiele jak na tamte czasy. Cóż to byl za swiat?

 

 

Dar Salomona - pojazd powietrzny

 

Najstarszš etiopskš legendš jest epos Kebra Nagast, Co znaczy "Chwala

Królów Abisynii" - jej najwczeœniejsze wersje datuje się mniej więcej na

800 rok prz. Chr., czyli blisko czasów Salomona.

Przekladu na niemiecki podjšł się asyriolog Carl Bezold (1859 - 1922)

na zlecenie Królewsko-Bawarskiej Akademii Nauk. Przekład opiera się

na tekstach Etiopczykdw Izaaka i Jemharany-Aba, które pochodzš z

1409 r. prz. Chr. - te powołujš się znów na wersje jeszcze starsze. Kebra

Ncigast ukazuje wizyty królowej Saby u króla Salomona. Królowa nosi

tu etiopski wariant sabejskiego imienia Bilkis - Makeda. I znów przedstawia

się czytelnikowi buchatteryjne wyliczenia ilosci zjedzonego chleba,

przyprowadzonych przez orszak królowej wołów tucznych, owiec itd,. - także

tu dochodzi do gwaltownych amorów Makedy i Salomona; kronika opowiada

jednak i o innych jego kochankach. Przed Makedš królewski bałamut roztacza

całš swš sztukę uwodzicielskš, chce królowš nie tylko zacišgnšć do lóżka,

lecz również proponuje jej malżeństwo, a nawet godnoœć królewskš. Makeda

uprawia z nim miloœć, pragnie jednak, co latwo zrozumieć, powrócić do swego

pięknego zielonego kraju. Monarcha pozwala jej odjechać, a na pożegnanie

obdarowuje naprawdy po królewsku - jak utrzymujš kronikarze jednym z

prezentów byl pojazd powietrzny:

"I [...] dal jej wszystkie, jakie można bylo zapragnšć, wspanialosci

i bogactwa, i piękne szaty pocišgajšce oczy, i wszystkie wspaniatosci,

których zapragnšć mogla Kraina Etiopil, wielblšdy i wozy około szeœciu

tysięcy, obładowane drogocennym sprzętem, którego można

bylo zapragnšć, i pojazdy, którymi jedzie się po lšdzie, jeden pojazd, który

jedzie po wodzie, i jeden pojazd, który pędzi w powietrzu, a które zbudował

dzięki mšdroœci, jakš Bóg go obdarzyl". (KN, r. 3o)

 

 

Niebiańska podróz królewskiego syna

 

W dziewięć miesięcy po powrocie - jak widać, czas trwania cišży nie zmienil

się od tamtej pory - królowa Makeda wydaje na swiat owoc tej milosci. Gdy syn

nieco dorasta, ojciec odwiedza go w Jerozolimie. Tam chlopaczek, obmywany

wszelkiini wonnosciami Arabji, kradnie ojcu œwiętš Arkę Przymierza, ktorš

Mojżesz wedle wskazówek Jahwe kazal zbudować na czeœć Boga Izraela. Byla

to tajemnicza skrzynia z drewna akacjowego, wyłożona złotem wewnštrz i na

zewnštrz. Miala 1,75 m diugosci, 1 m szerokoœci i 1 m wysokoœci. Poza tym

przedmiotem, najbardziej chronionym przez Salomona, synalek przywlaszczył

sobie jeszcze z wyposażenia ekspedycji ojca jeden - a może więcej - latajšcy

wóz. W Ketra Nagast opisano i ten przypadek. podróż z Etiopii do Jerozolimy

odbywa en gros i en detail poruszajšca się ociężale w promieniach palšcego

slonca bogata karawana - podróż powrotnš zaœ królewski syn odbywa szaiejšc

na pokładzie wozu niebieskiego.

,,Wszystko pędzilo na wozie, jak okręt na morzu, który ponosi wiatr [...]

i jak orzel, gdy Iekko unosi się na wietrze (KN, r. sz) [...] odpowiedzieli

im [zolnierzom króla Salomona] mieszkańcy Egiptu:

Dawno temu przeszli [tędy] ludzie Etiopii, pędzšc na wozie jak anioty, szybsi

od orlów na nieble [...]. Tojest trzeci dzien, jak odszedl. A gdy zaladowali

swoje wozy, nie posuwaly się one po ziemi, lecz zawieszeni byli w powietrzu,

i szybsi byli od orłów na niebie, i caly ich dobytek posuwal się z nimi w

powietrzu na wozie." (KN, r. s8)

W ten sposób król i wszyscy, co byli posłuszni jego rozkazom, lecieli na

wozie bez cierpień I chorób, bez glodu i bez pragnienia, bez potu i bez

zmęczenia, przebywajšc jednego dnia drogę, na którš trzeba trzech miesięcy.

Właœnie to może być wyjasnieniem comiesięcznych wizyt króla u królowej -

wóz niebiański Salomona skracal trzymiesiycznš drogę do jednego dnia!

 

 

Czy zamek moze zniknšć?

 

Gdybyż to Koran i Biblia byly tylko zbiorami basni Wschodu, nad którymi

można z przymrużeniem oka przejœć do porzšdku dziennego! De facto sš

to jednak wielkie księgi zawierajšce historię ludzkoœci. Tresci biblijne

akceptuje 1,6 mid chrzeœcijan, 850 mln mahometan tresci Koranu. Skšdkolwiek

pochodziłyby niezwykłe przekazy, czy ze starych Ÿródeł, czy z inspiracji

boskiej - to przecież Koran (Sura XXX IV, w. 12 n.) podaje informacje

o tym, że Allah przydzielił Królowi Salomonowi posluszne mu duchy:

,,A Salomonowi podporzšdkowaliœmy wiatr [...] / A wœrod dzinnów byly

takie, / które pracowaly dla niego, / za pozwoleniem Boga. [...] /I robili

dla niego, co on chcial: / sanktuaria I posšgi, I misy jak sadzawki [...]"

Wszyscy kronikarze staroarabscy byli zgodni Co do jednego - że Salomon za

pomocš "demonów" i "geniuszów" kazal zbudować dla królowej trzy ogromne

zamki - po jednym mialy pozostać ruiny w Baalbek. Zagadkš natomiast

pozostaje, co wspólnego mialo Baalbek, lezšce w dzisiejszym Libanie, z

mocarstwem jemenskiej królowej. Jak podkreœlano, Salim oraz Gumdan, czyli

drugi i trzeci zamek, zostaly zbudowane nie przez robotników Salomona, lecz

przez "istoty widmowe". Zamek Gumdan, pierwsza budowla powstala po

potopie, zostal uznany przez wszystkich archeologów jemenskich za jedyny,

który istnial naprawdę - Choć po dziœ dzien brak na to niezbitych dowodów.

Zamku trzeba szukać na wschodnich krancach dzisiejszej Sany, tam gdzie stoi

teraz cytadela. Byloby dobrze, gdyby zezwolenie na prace wykopaliskowe

otrzymal Niemiecki Instytut Archeologiczny - mozna by zaczšć grzebać

w ziemi przed drzwiami budynku zajmowanego przez tę placówke.

Arabski historyk al-Hamdani pozostawil po sobie wiele prac. W yIII

Księdze jednego ze swych dziel zapewnia ze ruiny poteżnego zamku Gumdan

widzial na wlasne oczy. Ogledziny te musialy sie odbyc okolo 930-940 r.

Wypowiedz dziejopisa pokrywa sie z opiniš jego afgańskiego kolegi

Biruniego, który żył w tamtym okresie i opisal olbrzymie ruiny znajdujšce się

w poblizu Sany. Również wspomniany już Carsten Niebuhr przywiozl ze swojej

wyprawy opis zamku Gumdan.

"Miasto Sana lezy na 15ř21' szerokoœci północnej u podnóża góry zwanej

Nikkum lub Lokkum, na której widać jeszcze ruiny niezwykle starego kasztelu,

zbudowanego jakoby przez Sema, najstarszego syna Noego."

Z lat siedemdziesištych naszego wieku pochodza informacje, zdobyte przez

włoskiego archeologa i orientalistę Gabriela Mandela. Przejrzał on wiele

Ÿródel w Jemenie - na ich podstawie stwierdzil, ze palac Gumdan mial jakoby

okolo 200 m wysokosci, byl wiec najwyższa budowlš swiata po wiezy Babel.

Ai-Hamdani scharakteryzowal Marib jako "miasto o podniebnych wieżach".

Po dzis dzień turyœci zwiedzajšcy Sane podziwiajš stare wielopietrowe

budynki. Tylko dlaczego stawiano w Jemenie budowle tak wysokie, skoro

naprawde nie brakowalo tam miejsca? Czyzby opierano się na wzorach z

Muribu Gumdan?

Nawet jesii kronikarze arabscy nie zgadzajš sie w opisie szczegułów,

to jednak caly czas zapewniajš unisono: Sana była najstarszym miastem swiata,

zalozonym przez Sema, najstarszego syna Noego, zaraz po spłynięciu wód

potopu. Nam, ludziom Zachodu wcale nie jest tak powszechnie znane, ze

zarówno Arabowie jak i Zydzi sš Semitami - wywodzš się własnie od Sema.

W wiele pokoleń po Semie Arabowie podzielili się na dwa podstawowe rody:

jedna linia miala wywodzić się od Izmaela, syna Abrahama, druga zaœ od

Quahtana, który w Starym Testamencie pojawia sięjako Joktan. Bezpoœrednim

potomkiem Qahtana byl Abd-Szams, przez Arabów zwany Szeba - w Europie Saba.

Abd-Szams znaczy "czciciel gwiazd", tym samym znalezliœmy sie znów przy

Sabejczykach, którzy holdowali kultowi gwiazd.

Historycy arabscy przekazali nam dokładne genealogie, z których mozna sie

dowiedzieć, kto byl czyim dzieckiem. Czy sš one bezbłędne, można

stwierdzić w rownie niewielkim stopniu, jak w przypadku starotestamentowych

list dziedzicznych. W poszczegolnych przypadkach arabskie drzewa

genealogiczne wywodzily się bezposrednio od gwiazd, ktore czcili panujšcy:

 

"Himyar modlil się do Slonca.

Kinanah czcil zwłaszcza Księżyc.

Misam modlil się do pięciu gwiazd Byka.

Lachm i Dżuzam czcili planete Jowisz.

Tasm modlił się do konstelacji Canopusa.

Kajs czcil Psiš Gwiazdę Syriusza.

Asad czcil planetę Merkury."

 

W istocie owe nie konczšce się listy imion sš juz dzis nie do sprawdzenia,

bezsprzeczne jest tylko to iż istniejš od dawna. W IX w prz. Chr. arabski

historyk lbn Wadih al-Ya'qubi probowal Uporzšdkowac drzewa

genealogiczne - tylko linia poludniowoarabska, rozpoczynajšca się od

Qahtana (Joktana), zawiera trzydziesci jeden dynastii, które miały rzšdzić

przez ok 3500 lat. Wedlug tych dokumentów krol Salomon okupował rzekomo

tron Saby przez pelne 350 lat. Czysty obłęd! Stary Testament przyznaje, ze

okres rzšdow Salomona obejmuje na pewno lata 960 - 932 prz. Chr. Pozniej, jak

twierdzi Biblia, jego krolestwo rozpadlo się na dwa państwa - krolestwem Judy

rzšdzil Rechabeam, syn Salomona, Jerohoam zas, urzędnik Salomona przejšl

królestwo Izraela. Arabowie sš innego zdania: po smierci Salomona Rechabeam

przejšl rowniez regencję w królestwie Saby, tym samym po interregnum

powrócono do starej linii dynastycznej.

 

 

Legendy lubujš sie w cudach

 

Podczas trzydziestoletniego obcowania z podaniami ludowyini zrozumiałem,

że wprawdzie legenda rozkoszuje się przesadš i cudami, ale zarazem - jako

literacki towarzysz historii - zawiera w sobie sporo prawdy. Choć legenda

stoi w opozycji do historii, moze być jednak uzupelnieniem prac dziejopisow.

O tym, że daty oraz imiona postaci z legend rzadko zgadzajš się

z rzeczywistoœciš, niech zaswiadczš dwa "klasyczne" przyklady.

Zgodnie z biblijnym opisem potopu Noe zbudował statek, na którym

przeżył zalew wód razem ze swojš rodzinš, slużbš i zwierzętami.

O podobnym zdarzeniu opowiada o wiele starszy epos sumeryiski

Gilgamesz, powstały 2000 lat prz. Chr. Biblijny Noe nazywa się tam

Utnapiszti, a swojš historię - choć treœć jest taka sama - przekazuje

w formie pierwszoosobowej. Poprzednikiem Utnapiszti byl jeszcze

starszy Ziusudra. Wszystkie ludy starozytne pozostawily po sobie

legendy o potopie i wszystkie te legendy mialy bohatera, któremu udalo

się przeżyć.

Kazdy zna oczywiœcie wzruszajšcš historyjkę o chłopczyku noszšcym imię

Mojżesz, który - zostawiony w skrzynce z papirusu na brzegu rzeki - poplynšl

z biegiem Nilu, a uratowala go milosierna córka faraona. W indyjskim eposie

Mahabharata - byl to bestseller juz IV w. prz. Chr. - dziewica Kunti oczekuje

dziecka poczętego przez boga Slonca. Obawiajšc się hańby, umieszcza dziecko

w wyplatanym koszyku uszczelnionym smołš i spuszcza do rzeki. Dzielny

człowiek Adhirata wylawia dziecko z wody, a nastepnie wychowuje. Na

glinianych tabliczkach spisano legendę o babilońskim królu Sargonie, ktory

opowiada, ze matka ulozyla go w trzcinowym koszyku, uszczelnionym smołš,

a rzeka poniosla koszyk do człowieka nazywajšcego się Akki, który wychowal

Sargona.

Mojzesz, Kunti i Sargon zyli w róznych rejonach i w różnych czasach. Kiedyœ

tam jednak, ktoœ tam, polozyl gdzieœ tam na wodę nowo narodzonego... i

wszędzie znajda wyrosla na uwielbianego władcę. Takie własnie jest prawdziwe

sedno opowiesci.

Przed siedemdziesieciu laty dr J. Bergmann, rabin gminy zydowskiej Berlina,

napisał:

"Legenda nie zgadza się ze Ÿródlami historycznymi, lubuje sie

w cudach, wędrujšc bez wytchnienia po stuleciach i krajach opowiada

w różnej formie o wielu osobach i zdarzeniach. Nie wszystko

wprawdzie, o czym mówi, jest wymyslone fantazja ludowa przecież

nie stwarza czegoœ z niczego, lecz nawišzuje do zdarzeń rzeczywistych

osób żyjšcych naprawdę".

 

 

Dlaczego bogów wymazano z pamięci

 

Salomon i królowa Saby byli oczywiœcie bohaterami legend, które jednak byly

scisle zwišzane ze "zdarzeniami rzeczywistymi i osobami żyjšcymi naprawdę".

podania zydowskie i arabskie opierajš się na materiale wczeœniejszym, do

ktorego nowi gawedziarze dodawali własnych bohaterów. Gdyby twierdzeniu

temu miala zaprzeczyć teza, ze Biblia nie jest legendš, lecz wprost

przeciwnie - zawiera slowo Boże, to można by zacytować owo slowo Boze, które

w Księdze Estery (6,1) potwierdza, ze Biblia przytacza równiez stare zródła:

"poniewaz tej nocy sen odbiegl króla, kazal sobie więc przynieœć

księgę pamiętnych wydarzeń dziejowych i o nich królowi czytano".

"Lepiej zapalić niewielkie swiatelko, niz przeklinać wielkš ciemnoœc"' __

twierdzil filozof chinski Konfucjusz (551-479 prz. Chr.). Zapalmy

więc owo swiatelko, które pozwoli nam zrozumieć, iz "księga pamiętnych

wydarzeń dziejowych" zawiera przeciez podania!

Z przejœciem do zydowskiego monoteizmu, czyli do wiary w jednego boga,

wykreslono ze starych podań wszystko, co bylo w jakikolwiek sposób

zwiazane z innymi bogami i bóstwami minionej epoki. Redaktorzy Biblii

postšpili niezwykle mšdrze, zastepijšc - zeby nie pozbawić swego ludu

wszystkich zwišzków z przeszłoœciš - imiona przekazane w legendach nowymi,

semickimi. Przypisali takze całkowicie niezrozumiale zdarzenia minionego juz

swiata bogów Bogu nowemu jedynemu.

Podobne operacje kosmetyczne przeprowadzono równiez w swiecie arabskim

w religii islamskiej. Mahomet potępil kult bogów starozytnosci uprawiany w

czasach przedislamskich, uzywajšc tak przerazajšcych gróŸb, ze dawniejsze

podania - jezeli w ogóle sie zachowaly - niezwykle trudno powišzać z

rzeczywistosciš na podstawie imion i dat. Nic dziwnego, ze arabscy uczeni w

okresie powstawania islamu nie zdobywali sie prawie nigdy na odwagę

wymieniania starych podań - Allah karal przeciez bezlitoœnie wszystkich

odszczepieńców.

To samo zdarzylo sie i wówczas, gdy poslannicy chrzeœcijaństwa nawracali

indian w Ameryce œrodkowej. Zlikwidowano wszystkie pogańskie wierzenia -

obowiazujšca i sluszna byla tylko religia nowa, stara zaœ niewazna

i fałszywa.

Zakrawa prawie na cud, ze mimo to na wszystkich tych obszarach pojawiali się

kronikarze, którzy w tajemnicy spisywali stare legendy, przekazujšc je tym

samym przyszlym pokoleniom. Dziela takiego dokonal między innymi ibn al-

Kalbi, a praca jego nosi tytul Kitab Al-Asnam, czyli Księga bóstw.

Przez przytaczanie imion i dat al-Kalbi staral się zapewnić podaniu atmosferę

wiarygodnosci.

"W imieniu Allaha najlitoœciwszego.

Szejk Ab… 'l-Husain al-Mubarak ben Abd al-Gabbar ben Ahmad as-Sarafi

opowiadal nam... gdy ja sluchałem... ze - gdy ismƒ'il, syn Ibrahima (obu

niech Bóg blogoslawi), mieszkal w Mekce i urodzilo mu się tam duzo dzieci,

tak ze wypelnily Mekkę i wygonily z niej Amalekitów - wkrótce Mekka stala się

dla nich za ciasna. Doszlo między nimi do walk i nienawisci i jedna ich częsć

wypędzila drugš...

Doszlo do tego, ze poczęli się modlić, jak im się podobalo... Modlili się

więc do wizerunków bóstw, zwracajac się ku religiom ludów istniejacych przed

nimi, i wydobyli z ukrycia bozki, które czcil lud Noego (niech będzie

blogoslawiony!), opierajšc się na pamięci, ktora wœród nich przetrwala."

W Księdze Bóstw można znaleŸć również historię nawišzujšcš do postaci

pierwszego czlowieka. Dzieci Seta, jednego z synów Adama, sporzšdziły Pięć

posšgów bóstw, czczonych podobno jeszcze za czasdw Noego. W koncu wody

potopu splukały posšgi aż na brzeg morza w Dżiddzie. Mieszkańcy nizin

znaleŸli owe figury i czcili je nadal - zwaly się one Wadd, Sowa, Jaghut,

Ja'uk i Nasr. Opisano je dokładnie i przypisano plemionom, które się do nich

modliły. O bożku Wadd mówiono:

"Wadd byl posšgiem wielkiego mężczyzny, największego, jaki tylko może

być mężczyzna. postać była okryta dwiema szatami, wykutymi w kamieniu...

Wadd miał nadto miecz oraz łuk przerzucony przez ramię. Przed sobš trzymal

włócznię z proporcem i skórzany kolczan pelen strzal."

Nie zš to więc tylko urojenia wschodnich bajarzy. W Księdze bóstw czytamy

na przykład, że Nasr był "ustawiony w pewnej miejscowošci kraju Saba, zwanej

Bal ha, gdzie sluzyli mu ludzie narodu Himjar (Himjaryci - poludniowoarabski

lud z czasdw przedislamskich. Stare inskrypcje poludniowoarabskie sš

okreœlane jako himjaryckie.) i ludy sasiednie". I rzeczywiœcie

na obszarze zajmowanym niegdyœ przez królestwo Sabejczyków znaleziono

himjaryckie inskrypcje, zawierajšce linię Nasr. Wprawdzie to tylko legenda,

ale informacja dotyczšca terenu, na jakim czczono Nasra, wcale nie była

blędna.

Trochę to przykre dla uczonych, którzy w legendach chcieliby widneć

wylšcznie coœ w rodzaju starozytnej literatury science fiction. Podobnie

twierdzi zresztš Wemer Daum, jeden z najwybitniejszych znawców Jemenu,

piszšc o analizie postaci bóstw południowoarabskich:

"Własnie tu otwiera się jakże szerokie pole dla spekulacji i własnie dlatego

nie istnieje inna dziedzina wiedzy, której przedstawiciele byliby od dawna

tak ze sobš sklóceni, jak nauka zajmujšca się poludniowymi rejonami Arabli".

 

 

Prom kosmiczny "Columbia" potwierdza prawdziwoœć legendy

 

"Doœwiadczenie to okulary rozumu" brzmi arabskie przyslowie. Tylko przez

jakie okulary oglšdać przeszloœć? Znam uczonych, którzy najchętniej wydaliby

legendy na pastwę plomieni w pseudonaukowym auto da fe - żeby móc się

potem opierać wyłšcznie na faktach historycznych. Ten sposób pojmowania

"wiedzy" moze się utrzymać tylko do chwili, gdy swiatlo dzienne ujrzš

inskrypcje, posšgi albo budowle, co do których nie bylo dotychczas zadnych

œwiadectw sprawdzonych historycznie.

To, Co okreœla się mianem "sprawdzonego historycznie", w momencie

calkowitego zaskoczenia wymaga mimo wszystko sprowadzenia przeklętych

legend na pomoc w poszukiwaniach. Czy bowiem nawet ich najzacieklejszy

przeciwnik zaprzeczy, że legendy byly nierzadko bodŸcem do rozpoczęcia prac

archeologicznych? (Schliemann!) O tak, istniejš prawdy "legendarne", które

niczym grom z jasnego nieba zmieniajš cale krajobrazy nauki. Od dawien dawna

na przyklad istnieje legenda, przekazywana przez arabskich bajarzy ludowych,

która opowiada o Bahr-Bela-Ma, wielkich rzekach płynšcych przez Saharę.

Miały one być szersze od Nilu, a nad ich brzegami rozwijaia się wysoka

kultura. Bezsens, fata morgana, ludowe bajdy - tak brzmiała ocena fachowców.

W listopadzie 1982 roku misja amerykaliskiego wahadłowca "Columbia", która

dysponowala specjalistycznymi urzšdzeniami radarowymi, potwierdziła

prawdziwoœć tej legendy. Pod powierzchniš Sahary istniejš koryta pradawnych

rzek, które mialy do 15 kilometrów szerokoœci. Próbne wiercenia doprowadzily

do wydobycia zwiru rzecznego juz z glębokoœci kilku metrów. Archeolog

amerykański, Vance Haynes, uwaza, iż po przeanalizowaniu wszystkich danych,

dostarczonych przez "Columbię", będzie mozna stworzyć "pewnego rodzaju

mapę dróg", łšczšcych siedliska prehistorycznych grup etnicznych.

Legendy sš trwalsze od skóry, potrafiš przetrwać mumie, za których zycia

przekazywano niegdyœ z ust do ust podania ludowe.

 

 

Tajemniezy pan Z. z Koranu

 

Koran, podobnie jak Stary Testament, jest niewyczerpanym Ÿródłem

tajemniczych informacji. Prawda, którš chce się wydobyć, znajduje się nie w

intrydze opowiesci, lecz w jej sednie. Przed rozpoczyciem poszukiwań trzeba

odpowiednio zorientować swój kompas, zadajšc następujšce pytania: Co chciał

nam naprawdę przekazać czlowiek opowiadajšcy legendę? Co poznał tylko ze

slyszenia, Co zaœ przeżył sam? Takie jest własnie sedno przekazów, które

wcišż dostarcza nam nowych niespodzianek.

Koran (Sura XVIII, w. 92 nn.) opowiada historię o potężnym Zu'l-Karnajnie,

który przybyl do kraju Arabów. Nikt nie wiedział, kim jest nieznajomy pan Z.

Jedna szkoła egzegetów Koranu przypuszcza, że był to Aleksander Wielki (356

- 323 prz. Chr.), druga z kolei twierdzi, że jego imię nalezałoby tlumaczyć

jako "posiadajšcy dwa rogi". Baœniowe zwierzę? Nieznany pan Z., jak podaje

Koran, "poszedł innš droga. / Az kiedy doszedl do miejsca / znajdujšcego się

między dwiema zaporami, / znalazl za nimi pewien lud, / który zaledwie mógl

pojšć jakškoiwiek mowę". Mimo wszystko lud ów jakoœ się z panem Z.

porozumial. Poskarżył się na wojowników pustoszšcych kraj i spytał, czy pan

Z. móglby zbudować mur między ich ludem a wojowniczymi plemionami. Tajemniczy

pan Z. odpowiedzial wówczas: "udzielcie mi więc wydatnej pomocy, / a ja

zbuduję między wami a nimi tamę. / Przynieœcie mi sztaby zelaza!" Tyle Koran,

który nie przekazuje dokladniejszych informacji na temat pana Z. Nie wiadomo

również, gdzie zbudowano ów mur.

Science fiction?

W swojej ksiażce podróz do Hadramaut Adolph von Wrede zapisal pod datš 16

lipca 1843 roku:

"Ruiny 'Obne nie sš ruinami miasta, jak to sobie megdyœ wyobrażalem, lecz

ruinami muru, który przecišgnięto w poprzek doliny, a następnie po zboczu

niezbyt stromej góry... Przeznaczenie tego muru wyraza się już w samym

sposobie jego poprowadzenia - zamykal on zapewne wejœcie do Wadi Hadlar i

do Hadramaut... Okreœleme czasu, w jakim mur ten powstal, pozostawiam

uczonym..."

Adolph von Wrede potwierdzil tym samym prawdziwoœć legendy.

 

 

Szukajšc tunelu z Bainun

 

Wedle slów Koranu "demony" Salomona poza zbudowaniem trzech zamków

dla królowej Saby wykuly jakoby tunel, który przechodzil przez wierzcholek

góry znajdujšcej się w poblizu wsi Bai nun w Jemenie. Twierdzenie to, nie

datowane, potwierdzil w swojej ksišżce Opisanie Pólwyspu Arabskiego jemeński

uczony Al-Hamdani (jego pełne nazwisko brzmi: Abu Muhammed al-Hasan ibn Ahmed

ibn Ja'qub ibn Jusuf ibn da'ud al-Hamdani), zmarły w 945 r. po Chr. w

wiezieniu w Sanie:

"Przewiercono nawet Bainun, górę. Przewiercil jš jeden z himjaryckich królów,

żeby wodę z lejšcych za niš terenów doprowadzić do okolic Bainun".

Ai-Hamdani przypisal tedy budowę tunelu pewnemu "himjaryckiemu królowi"

niestety zapomnial wymiemć jego imię. Miejscowoœć Bainun byla w czasach

himiaryckich jednym z centrów wladzy królewskiej.

Resztki królewskiego pałacu można podziwiać po dziœ dzień, należaloby się

więc spodziewać, że da się odnaleŸć również œlady tunelu. Tyle przynajmniej

udalo mi się dowiedzieć. Szukajšc fotografii tunelu znalazlem tylko w

przewodniku DuMonta zdjęcie kanalu irygacyjnego z czasów himjaryckich.

Zwietrzylem jednak możliwoœć sprawdzenia prawdziwoœci legendy na miejscu.

postanowilem zobaczyć Bai nun.

 

 

Czas narkotyku

 

Sana. Jadę do biura turystyki, wydajšcego zezwolenia na podróżowanie po

Jemenie. Kierowca taksówki ma spuchnięty policzek. Robi mi się go żal.

pomyœlałem sobie, że nie powinien prowadzić, lecz pójœć do dentysty, który od

razu wyrwalby mu jeden z bršzowych, zepsutych zębów. Patrzylem na jego

twarz, czy przypadkiem nie zacznie kurczyć się z bólu. Malowalo się na niej

jednak coœ wręcz przeciwnego - œwiadczyła o rozluŸnieniu i pogodzie ducha.

Od czasu do czasu wsuwal sobie coœ do ust i magazynowal w torebce

policzkowej. O drugiej zatrzymaliœmy się przed biurem. podszedlem do wejœcia,

ale powstrzymala mnie tabliczka z napisem CLOSED - zamknięte. W trakcie

spaceru dotarlem aż na rynek.

Wszędzie mężczyŸni siedzšcy w kucki - a wszyscy mieli wypchane policzki.

Na jednej z ulic, przed sklepem, mlodzieniec z dwoma wypchanymi policzkami

wytrzeszczyl na mnie szklane oczy i podal pęczek jakiejœ zieleniny. Czy to

liscie koki, jakie żujš indianie w Peru i w Boliwii?

Zaczšłem kartkować przewodnik i po chwili przeczytalem: "Codziennie między

pierwszš a piata po poludniu życie publiczne zamiera. Przy tym kilmacie i

wysokosci n.p.m. konieczna jest przerwa na odpoczynek, w którego trakcie

mieszkańcy oddajš się przyjemnoœci przeżuwania lisci czuwaliczki jadalnej".

Nie jest to jednak wcale zwiazane wyłšcznie z naszymi narkotycznymi czasami.

Już bowiem przed pięćdziesięciu laty podrólnik-badacz Hans Relfritz, który w

Sanie dostal się do więzienia, pisał:

"Najczęœciej okolo pištej zbierali się wszyscy, byla to bowiem godzina żucia

czuwaliczki, uwalana tu za równie œwiętš jak w krajach Zachodu godzina picia

herbaty. Czuwaliczka jest równie niezbędna dla Arabów z południa jak Koran.

Jest to narkotyk. Jemeńczycy jednak nazywajš go eliksirem życia. Zwyczaj

żucia czuwaliczki jest powszechny w całym narodzie, holduja mu więc prawie

wszyscy - mężczylni, kobiety, dzieci..."

Czuwaliczka jest narkotykiem. Jemeńczyk uspokaja się pod jej działaniem,

robiš mu się szklane oczy, a podobno nawet jaœniej mysli w stanie odurzenia.

Aż 90% ludnosci - prawie wszyscy więc, aż po oseski - odprężajš się w trakcie

popoludnia w ten sam sposób. Liscie czuwaliczki rozgniata sie zebami na

miazgę, z ktdrej językiem robi się grudę wielkosci jaja i przetaczajš

następnie z jednej strony ust na drugš, nasycajšc œlinš, wysysajšc i

bezustannie uzupelniajšc œwieżymi liœćmi. Tubylcy nazywajš nawet żartobliwie

narkotyk "jemeńskš whisky". Ze swoich doœwiadczen mogę powiedzieć, że

pijšc whisky nie trzeba aż tak wiele czasu, żeby znaleŸć się na haju - musze

jednak dodać, że po "jemenskiej whisky" cziowiek nie ma kaca, podobno nie

osłabia ona również postrzegania zmyslowego. Bez czuwaliczki nie da się tu

zawrzeć korzystnego interesu. "Nawet dzieci sš zdania, że nie poradzš sobie

w szkole nie używszy wprzódy czarodziejskiego ziela."

Wiejskie popoludnie na haju. MężczyŸni uzbrojeni w zakrzywione sztylety

siedzš w kucki przed swoimi dormami, siorbiš herbaty, palš papierosy i żujš



dalej


strona główna
(23kB)