(23kB)
strona główna


Erich von D„niken

 

 

 

Z POWROTEM DO GWIAZD

 

Argumenty na rzecz niemożliwego

 

 

 

 

Tytuł oryginału: Zuruck zu den Sternen. Argumente fur Unmogliche

 

ţ 1969 by Econ Verlag GmbH, Dusseldorf und Wien

 

 

 

 

 

Przedmowa

 

 

Z powrotem do gwiazd!

Z powrotem? Czyżbyśmy z gwiazd przybyli?

Pragnienie pokoju, poszukiwanie nieśmiertelności, tęsknota do

gwiazd - wszystko to tli się gdzieś w ludzkiej świadomości, od zarania

dziejów niepowstrzymanie prąc ku urzeczywistnieniu.

Czy ów głęboko zakorzeniony w ludzkiej naturze pęd naprawdę jest

taki oczywisty? Czy naprawdę chodzi tylko o ludzkie "pragnienia"?

A może za tymi dążeniami do całkowitego spełnienia, za tą tęsknotą do

gwiazd, kryje się coś innego?

Jestem przekonany, że naszą tęsknotę do gwiazd podsyca pozos-

tawiona na Ziemi przez "bogów" spuścizna. W naszej świadomości

współgrają ze sobą w równym stopniu pamięć naszych ziemskich

przodków, jak też pamięć naszych kosmicznych nauczycieli. Inteligen-

cja człowieka nie wydaje mi się być rezultatem nie kończącej się ewolucji.

Zbyt raptownie się ten proces dokonał. Uważam, że nasi przodkowie

otrzymali inteligencję od "bogów", którzy musieli dysponować wiedzą

umożliwiającą im szybkie zakończenie tego transferu.

Oczywiście niewiele znajdziemy na to dowodów na Ziemi, jeśli

zadowolimy się dotychczasowymi metodami badań przeszłości. W ten

sposób skutecznie pomnożylibyśmy jedynie już istniejące zbiory ludz-

ko-zwierzęcych znalezisk. Każde znalezisko otrzymałoby tabliczkę

z numerem, odstawiono by je do muzealnej gabloty, a pracownicy

muzeum dbaliby, żeby się nie zakurzyło. Za pomocą wyłącznie takich

metod nigdy jednak nie dotrzemy do sedna problemu, który w moim

przekonaniu zawiera się w doniosłym pytaniu: Kiedy i w jaki sposób

nasi przodkowie stali się inteligentni?

Niniejsza książka stanowi próbę dostarczenia nowych argumentów

na poparcie mojej tezy. Ma posłużyć jako kolejny bodziec do przemyś-

leń na temat przeszłych i przyszłych dziejów ludzkości. Zbyt długo

zwlekaliśmy z badaniem naszej prehistorii narzędziami śmiałej wyobra-

źni. Nie uda się zebrać ostatecznych dowodów za życia jednego

pokolenia, lecz mur, który dziś jeszcze oddziela fantazję od rzeczywisto-

ści zaczyna się kruszyć. Ja ze swej strony staram się w tym dopomóc,

dziurawiąc go coraz to nowymi niewygodnymi pytaniami. Może będę

miał szczęście. Może pytania, które stawiają też Louis Pauwels, Jacques

Bergier i Robert Charroux doczekają się odpowiedzi jeszcze za mojego

życia.

Dziękuję niezliczonej rzeszy czytelników moich Wspomnień z przy-

szlości za listy i sugestie. Pragnąłbym, aby potraktowali niniejszą

książkę jako moją odpowiedź na ich słowa zachęty.

Dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi doprowadzić do powstania

tej książki. Napisałem ją w areszcie śledczym kantonu Graubunden

w Chur.

 

 

Erich von Daniken

 

 

 

I. Gdyż nie może być prawdą,

co prawdą być może...

 

 

Gdy w roku 1879 Tomasz Alva Edison wynalazł żarówkę z włóknem

węglowym, z dnia na dzień spadły akcje gazowni. Brytyjska Izba Gmin

powołała komisję do zbadania perspektyw nowego rodzaju oświetlenia.

Wyniki przedstawił Izbie Gmin Sir William Preece, dyrektor poczty

i zarazem prezes komisji, oświadczając, że podłączenie domów do

elektrycznego oświetlenia to czysta utopia!

Dzisiaj żarówki palą się we wszystkich domach cywilizowanego

świata.

Już Leonardo da Vinci, opętany pradawnym marzeniem ludzkości,

by wznieść się w powietrze, przez całe dziesięciolecia z pasją pracował

nad konstruowaniem maszyn latających zdumiewająco przypominają-

cych pierwsze modele nowoczesnych śmigłowców. Z obawy przed

Świętą Inkwizycją ukrył jednak swoje szkice. Kiedy opublikowano je

w roku 1797, reakcja była jednoznaczna: maszyna cięższa od powietrza

nigdy nie będzie w stanie oderwać się od ziemi. Jeszcze na początku

naszego stulecia sławny astronom Simon Newcomb twierdził, iż nie

sposób wyobrazić sobie siły zdolnej sprawić, by latające maszyny mogły

pokonywać w powietrzu dłuższe dystanse.

Zaledwie kilka dziesięcioleci później samoloty przenosiły już ogrom-

ne ciężary przez morza i kontynenty.

Znane na całym świecie naukowe czasopismo "Nature" w roku 1924

skomentowało książkę profesora Hermanna Obertha Die Rakete zu den

Planetenraumen (Rakieta międzyplanetarna) stwierdzeniem, iż plany

rakiety kosmicznej doczekają się urzeczywistnienia prawdopodobnie

dopiero pod koniec istnienia ludzkości. A jeszcze w latach 40-tych,

kiedy pierwsze rakiety oderwały się już od ziemi pokonując po kilkaset

kilometrów, specjaliści od medycyny wykluczali jakąkolwiek możliwość

załogowych lotów kosmicznych, ponieważ ludzki metabolizm nie jest

zdolny przetrzymać wielodniowego stanu nieważkości.

Cóż, rakiety od dawna stały się czymś powszednim, ludzkość nie

wymarła, zaś ludzki metabolizm wbrew wszelkim prognozom najwyraź-

niej całkiem nieźle wytrzymuje stan nieważkości.

Twierdzę, iż w określonym momencie historycznym techniczne

możliwości urzeczywistnienia każdej z nurtujących ludzkość idei są "nie

do udowodnienia". U początku zawsze stały spekulacje tak zwanych

fantastów, którzy musieli znosić gwałtowne ataki lub też - co jest często

znacznie trudniejsze do przełknięcia - pełne politowania uśmieszki

współczesnych.

Bez owijania w bawełnę oświadczam, że w tym właśnie sensie jestem

jednym z fantastów. Z tym że nie uciekam ze swoimi spekulacjami

w splendid isolation. Moje przekonanie, że w odległych epokach Ziemię

odwiedziły istoty rozumne z innych planet, uwzględniali już wcześniej

w swoich rozważaniach liczni naukowcy tak na Zachodzie, jak i na

Wschodzie.

I tak na przykład profesor Charles Hapgood powiedział mi w czasie

jednej z moich wizyt w USA, że Albert Einstein, którego znał osobiście,

jak najbardziej przychylnie odnosił się do tezy o prehistorycznych

odwiedzinach pozaziemskich istot rozumnych.

W Moskwie profesor Josif Samoiłowicz Szkłowski, jeden z czoło-

wych astrofizyków i radioastronomów naszej epoki, zapewnił mnie,

iż jest przekonany, że Ziemię co najmniej raz odwiedzili przybysze

z Kosmosu.

Znany astrobiolog Carl Sagan (USA) również nie wyklucza możliwo-

ści, "że w toku swoich dziejów Ziemia co najmniej raz została

odwiedzona przez przedstawicieli pozaziemskiej cywilizacji".

Zaś "ojciec rakiety", profesor Hermann Oberth, powiedział mi

dosłownie: "Wizytę pozaziemskiej rasy na naszej planecie uważam za

jak najbardziej prawdopodobną".

Miło jest widzieć, że pod wrażeniem pomyślnych lotów kosmicznych

naukowcy zaczynają intesywnie zajmować się ideami, które jeszcze kilka

dziesięcioleci temu bezlitośnie wyszydzano. Jestem też przekonany, że

z każdą rakietą, jaka wylatuje w Kosmos, słabnąć będzie dotychczasowy

opór przeciwko mojej tezie o wizycie "bogów".

Jeszcze dziesięć lat temu szaleństwem było mówić o istnieniu w Kos-

mosie istot rozumnych innych niż ludzie. Dzisiaj nikt już na serio nie

wątpi, że w Kosmosie jest życie. Kiedy w listopadzie 1961 roku

jedenaście znakomitości świata nauki rozchodziło się po tajnym posie-

dzeniu w Greenbank (Zachodnia Wirginia), pozostawiły uzgodniony

wzór, wedle którego w samej tylko naszej galaktyce wyliczyć można

istnienie nawet 50 milionów cywilizacji. Roger A. MacGowan, wysoki

rangą pracownik NASA w Redstone (Alabama), po uwzględnieniu

najnowszych zdobyczy nauki doszedł nawet do 130 milionów hipo-

tetycznych ośrodków cywilizacji w Kosmosie. Te szacunkowe dane

okażą się stosunkowo skromne i ostrożne, jeśli potwierdzi się przypusz-

czenie, iż "klucz do życia" czyli cztery podstawowe zasady organiczne:

adenina, guanina, cytozyna oraz tymina, występują w całym Kosmosie.

W tej sytuacji Wszechświat powinien się wręcz roić od różnych form

życia!

Pod naporem faktów naukowcy przyznają dziś z niechęcią, że loty

kosmiczne w obrębie Układu Słonecznego są jak najbardziej do

pomyślenia, w tym samym jednak zdaniu dodają od razu, że podróże

międzygwiezdne są wykluczone ze względu na gigantyczne odległości.

Prestidigitatorskim ruchem wydobywa się przy tym z kapelusza stwier-

dzenie, że skoro my nigdy nie będziemy mogli odbywać podróży

międzygwiezdnych, to w żadnym okresie naszych dziejów nie mogła

mieć miejsca wizyta przedstawicieli obcych cywilizacji, którzy musieliby

przemierzyć międzygalaktyczną przestrzeń. Koniec, kropka!

A dlaczego tak właściwie podróż międzygwiezdna ma być niemoż-

liwa?

Opierając się na prędkościach, jakie możemy dziś osiągnąć, wyliczo-

no, że na przykład lot do najbliższej nam, odległej o 4,3 lat świetlnych

gwiazdy Alpha Centauri musiałby trwać 80 lat, a więc żaden człowiek

nie przeżyłby drogi powrotnej. Czy ten rachunek jest prawidłowy? No

tak, przeciętna długość życia człowieka wynosi dziś mniej więcej 70 lat.

Szkolenie kosmonautów jest skomplikowane, tak że nawet najbardziej

inteligentny młody człowiek nie jest w stanie zdać mistrzowskiego

egzaminu na astronautę przed ukończeniem dwudziestego roku życia.

Trudno też oczekiwać, że zostanie wysłany w podróż kosmiczną mając

lat więcej niż 60. Tak więc pozostaje mu co najwyżej 40 lat w roli

astronauty. W tej sytuacji stwierdzenie, że 40 lat to za mało na wyprawę

międzygwiezdną wydaje się jak najbardziej logiczne!

Lecz jest to wniosek mylny! Już najbardziej prymitywny przy-

kład pokazuje dlaczego, demonstrując jednocześnie, jak znacznie we

wszystkich naszych ideach odnoszących się da przyszłości skrępo-

wani jesteśmy starymi kategoriami myślenia: Oto otrzymuję powie-

dzmy precyzyjne wyliczenie, którego wynik ma dowodzić, iż dla

żyjącej w wodzie bakterii niemożliwe jest przedostanie się od punktu

A do punktu B, ponieważ mikrob ów może się poruszać jedynie

z prędkością "x", przy czym ani prądy wodne ani różnice poziomów

nie są w stanie podnieść tej prędkości więcej niż o "y" procent.

Wygląda to nader przekonująco. Niemniej jednak w wyliczeniu

takim tkwi pewien błąd myślowy! Wodna bakteria może bowiem

przedostać się ż A do B na bardzo różne sposoby. Możemy ją dajmy

na to zamrozić, a potem kostka lodu z zamrożoną bakterią zostanie

przetransportowana samolotem z punktu A do punktu B! Lód

zostaje rozpuszczony i bakteria znajduje się u celu! Zgoda, pod

warunkiem, że uda się wyłączyć motor życia - słyszę. Mnie sposób

ten wydaje się jak najbardziej prawdopodobną, a w dodatku nader

praktyczną metodą transportowania mikrobów - przy czym twier-

dzę jeszcze (i dlatego przytoczyłem ten właśnie przykład), że osiąg-

nęliśmy dokładnie ten punkt, kiedy przestarzałe metody trzeba

zastąpić nowymi.

Moja prognoza, że w niezbyt nawet odległej przyszłości, astronauci

będą na czas międzygwiezdnej podróży zamrażani, by w określonym

terminie mogli być potem odmrożeni i przywróceni do życia, z pewnoś-

cią nie jest szaleństwem, nawet mimo zastrzeżeń, jakie się przeciwko niej

wysuwa. Profesor Alan Sterling Parkes, członek National Institute for

Medical Research w Londynie, reprezentuje pogląd, iż nauki medyczne

już na początku lat siedemdziesiątych w pełni opanują metody nieo-

graniczonego w czasie konserwowania w niskich temperaturach narzą-

dów do transplantacji.

Jak wiadomo, części zawsze kiedyś układają się w całość, toteż jestem

przekonany co do słuszności mojej prognozy.

We wszystkich eksperymentach ze zwierzętami niezmiennie pajawia

się problem utrzymania przy życiu szybko obumierających przy braku

tlenu komórek mózgowych. O tym, jak poważnie pracuje się nad tym

zagadnieniem, świadczy już choćby fakt, że bezustannie zajmują się nim

zespoły badawcze nie tylko sił powietrznych i morskich USA, lecz także

takich firm jak General Electric czy RAND Corporation. Pierwsze

doniesienia o pomyślnych wynikach pochodzą z Western Reserve

Schaol of Medicine w Cleveland (Ohio): przez prawie 18 godzin udało

się tam podtrzymać funkcjonowanie pięciu oddzielonych od ciał

mózgów, w których stwierdzono ponad wszelką wątpliwość występo-

wanie reakcji na bodźce dźwiękowe.

Badania te mieszczą się w szeroko zakrojonych ramach prac nad

skonstruowaniem "cyborga" (skrót od angielskiego "cybernetic or-

ganism"). Niemiecki fizyk i cybernetyk Herbert W. Franke przed-

stawił w jednej z rozmów zakrawające dziś jeszcze na sensację

twierdzenie, iż za kilka dziesiątków lat w drogę ku obcym planetom, by

szukać w Kosmosie śladów obcej inteligencji, wyruszą statki kosmicz-

ne bez astronautów na pokładzie. Patrole kosmiczne bez astronautów?

Herbert W. Franke zakłada, że elektroniczna aparatura sterowana

będzie przez oddzielony od ludzkiego ciała mózg. Ten zanurzony

w odżywczym płynie zasilanym bez przerwy świeżą krwią mózg

stanawić będzie ośrodek sterujący statku kosmicznego. Franke przy-

puszcza, że do takiego spreparowania najlepiej nadawać się będzie

mózg nie narodzonego dziecka, ponieważ - nie obciążony jeszcze

procesami myślowymi - bez przeszkód zdoła wchłonąć niezbędne do

wypełnienia specjalnej misji kosmicznej zasady działania i informacje.

Tak spreparowany mózg pozbawiony będzie świadomości bycia

"czławiekiem". Herbert W. Franke twierdzi: "Emocje, jakie znamy,

byłyby takiemu cyborgowi obce. Nie znałby on uczuć. Pojedynczy

mózg ludzki awansuje do rangi wysłannika całej naszej planety."

Również Roger A. MacGowan prognozuje użycie cyborga,

pół-człowieka, pół-maszyny. Zdaniem tego naukowego praktyka,

cyborg stanie się jak najbardziej pełną elektroniczną "istotą", której

funkcje zaprogramowane zostaną w wypreparowanym mózgu, prze-

twarzającym je potem na polecenia.

Frankfurcki jezuita, Paul Overhage, cieszący się sławą dużej klasy

biologa, tak powiedział o tym "fantastycznym projekcie przyszłości":

"Nie może być w zasadzie najmniejszych wątpliwości co do powodzenia

tega projektu, ponieważ gwałtowny rozwój biocybernetyki coraz bar-

dziej upraszcza tego rodzaju eksperymenty". W ciągu ostatnich dwóch

dziesięcioleci biologia molekularna oraz biochemia w niejako przy-

śpieszonym tempie zapoczątkowały i zakończyły prace, które dosłownie

stawiają na głowie istotne fragmenty dotychczasowej wiedzy i metod

z zakresu medycyny. W zasięgu ręki znajduje się możliwość spowal-

niania, a nawet czasowego powstrzymywanaa procesu starzenia się,

również fantastyczna konstrukcja cyhorga przestała być dziś rodem

z czystej utopii."

Oczywiście projekty te niosą ze sobą problemy natury etycznej

i moralnej, których rozwiązanie może się okazać trudniejsze niż sam

medyczno-techniczny aspekt zagadnienia. Wszystko to jednak prze-

stanie odgrywać zasadniczą rolę, jeśli wziąć pod uwagę całkiem

prawdopodobną ewentualność, że pewnego dnia pojazdy międzyplane-

tarne będą uzyskiwać tak niewyobrażalne prędkości, iż kosmonauci

nawet przy normalnym biegu procesów starzenia się będą mogli

przebywać odległości kosmuczne. Rozwiązanie tego zagadnienia tech-

nicznego zawiera się w całkowicie uznanym już przez naukę zjawisku

dylatacji czasu.

Musimy sobie uświadomić i zrozumieć, że dla uczestników podróży

międzygwiezdnej "ziemskie lata" nie odgrywają w ogóle żadnej roli!

Czas upływający w statku kosmicznym poruszającym się z prędkością

bliską prędkości światła "pełza" powolutku w porównaniu z czasem,

który pędzi na macierzystej planecie. Można to dokładnie wyliczyć za

pomocą wzorów matematycznych. Jakkolwiek niewiarygodnie to za-

brzmi, to w wyliczenia te wcale nie trzeba wierzyć - one są po prostu

udowodnione.

Musimy się uwolnić od naszego pojęcia czasu, mianowicie czasu

ziemskiego. Za pomocą prędkości i energii można manipulować czasem.

Nasze wyruszające w Kosmos prawnuki przebiją barierę czasu.

Osoby sceptycznie nastawione do kwestii technicznej możliwości

podjęcia podróży międzygwiezdnych przytaczają pewien argument

zasługujący na dokładniejsze zbadanie. Otóż nawet jeśliby któregoś

dnia zbudowano silniki rakietowe, zdolne osiągnąć prędkość I50 tys.

km/s i więceţ, to podróż międzygwiezdna i tak nadal byłaby niemoż-

liwa, ponieważ przy takiej prędkości każda najmniejsza nawet cząs-

teczka, jaka zetknęłaby się z zewnętrzną powłoką statku, miałaby

niszczącą moc bomby. Zastrzeżenia tego z pewnością nie da się dziś nie

uznać. Ale jak długo jeszcze? Zarówno w USA, jak i w ZSRR trwają

już prace nad skonstruowaniem elektromagnetycznych pierścieni

ochronnych, których zadanvem byłaby ochrona statków kosmicznych

przed poruszającymi się w próżni niebezpiecznymi drobinami. We

wspomnianych projektach badawczych zanotowano już nader istotne

rezultaty cząstkowe.

Sceptycy twierdzą ponadto, że prędkość przekraczająca 300 tys.

km/s jest czymś całkowicie utopijnym, ponieważ już Einstein wykazał,

iż prędkość światła stanowi absolutną granicę możliwego przyśpiesze-

nia... Również i ten argument jest do utrzymania jedynie wtedy, gdy

wyjdziemy z załoźenia, że statki kosmiczne przyszłości tak jak

dotychczas odrywać się będą od Ziemi dzięki energii milionów litrów

paliwa i że ta sama energia napędzaćje będzie w Kosmosie. Urządzenia

radarowe operują dziś falami o prędkości rozchodzenia wynoszącej

300 tys km/s. Co jednak mają fale do sprawy napędu statków kos-

micznych przyszłości?

Dwaj Francuzi, Louis Pauwels i Jacques Bergier, opisują w swojej

książce Der Planet der unmoglichen Moglichkeiten (Planeta niemoż-

liwych możliwości) fantastyczny projekt badawczy radzieckiego nauko-

wca K.P. Staniukowicza, członka Komisji Komunikacji Międzyplane-

tarnej Akademii Nauk ZSRR. Staniukowicz zajmuje się w swych

rozważaniach sondą kosmiczną napędzaną antymaterią. Ponieważ

sonda uzyska przyśpieszenie tym większe, im szybsze będą emitowane

przez nią cząsteczki, moskiewski profesor i jego zespół wpadli na pomysł

"latającej lampy", pracującej na zasadzie emisji światła, zamiast

rozżarzonych gazów. Prędkości, jakie dadzą się w ten sposób osiągnąć,

są niewyobrażalne. Bergier tak powiada na ten temat: "Załoga takiej

latającej lampy zupełnie nic by nie dostrzegała. Siła ciążenia na statku

kosmicznym byłaby taka sama jak na Ziemi. Czas w odczuciu kosmo-

nautów płynąłby normalnie. Lecz w ciągu niewielu lat mogliby dolecieć

do najodleglejszych gwiazd. Po 22 latach (ich czasu) znajdowaliby sięjuż

w gęstymjądrze naszej Drogi Mlecznej odległym o 75 tys. lat świetlnych

od Ziemi. Po 28 latach dotarliby do Mgławicy Andromedy, czyli

najbliższej nam galaktyki, której odległość od Ziemi wynosi 2 miliony

250 tys. lat świetlnych."

Profesor Bergier, uznany na całym świecie naukowiec, podkreśla, że

wyliczenia te nie mają nic ale to naprawdę nic wspólnego ze science

fiction, ponieważ Staniukowicz zweryfikował eksperymentalnie wzór,

którego prawdziwość może sprawdzić każdy, kto umie się posługiwać

tablicą logarytmiczną. Zgodnie z tym moskiewskim wzorem dla załogi

"latającej lampy" mija zaledwie 65 lat "czasu kosmicznego", podczas

kiedy na naszej planecie upływa 4,5 miliona lat!

W mrocznym łonie przyszłości rodzi się coś, czego skutków nie

potrafię sobie wyobrazić nawet w najśmielszej fantazji. W roku 1967

Gerald Feinberg, profesor fizyki teoretycznej na uniwersytecie Colum-

bia w Nowym Jorku apublikował w naukowym czasopiśmie "Physical

Review" swoją teorię tachionów (nazwa "tachion" pochodzi od grec-

kiego słowa tachys szybki). Nie chodzi tu bynajmniej o jakieś utopijne

koncepcje, lecz o poważne naukowe badania. Na politechnice zuryskiej

prowadzi się już na ten temat seminaria!

Oto skrótowa prezentacja teorii tachionów. Według einsteinowskiej

teorii względności masa ciała rośnie proporcjonalnie do wzrostu

prędkości. Masa (czyli energia), która osiągnie prędkość światła, stanie

się nieskończenie wielka. Feinberg wyprowadził matematyczny dowód

istnienia swoistego pendant do einsteinowskiej masy, a mianowicie

cząsteczki, które poruszają się nieskończenie szybko ulegają jednak

dezintegracji, gdy zbliżą się do prędkości światła. Według Feinberga

tachiony są biliony razy szybsze od światła, lecz przestają istnieć, kiedy

spowolni się je do prędkości światła bądź poniżej tej prędkości.

Tak jak teoria względności (bez której nie może się dziś obejść ani

fizyka, ani rnatematyka) przez całe dziesięciolecia dowiedziona była

jedynie metodami matematycznymi, tak też istnienie tachionów wyka-

zać można dziś jeszcze wyłącznie matematycznie, a nie eksperymen-

talnie. Profesor Feinberg właśnie pracuje nad dowodem eksperymen-

talnym.

Przy mojej wierze w przyszłość, kiedy słyszę o tego rodzaju bada-

niach, ponosi mnie fantazja. Aż nazbyt często w ciągu ostatnich stu lat

otrzymywaliśmy rzecz uważaną niegdyś za niemożliwą w postaci

wytwarzanego seryjnie produktu. Dlatego też pozwolę sobie na roz-

winięcie pewnej myśli, która jak już powiedziałem, jest jeszcze w stadium

zalążkowym.

Co może się wydarzyć?

Jeśliby się udało sztucznie wytworzyć lub "schwytać" tachiony,

można by przetworzyć je na energię napędzającą sondy kosmiczne.

Wówczas, jak sobie wyobrażam, statek kosmiczny najpierw zostałby

rozpędzony za pomocą silnika fotonowego do prędkości światła,

a z chwilą jej osiągnięcia komputery przełączyłyby silniki na napęd

tachionowy. Zjaką prędkością mógłby wówczas poruszać się statek? Ze

stukrotną, a może tysiąckrotną prędkością światła? Dzisiaj nikt tego

jeszcze nie wie, istnieją natomiast przypuszczenia, że z chwilą prze-

kroczenia prędkości światła statek kosmiczny opuściłby tak zwaną

czasoprzestrzeń Einsteina i został wyrzucony w bliżej nie zdefiniowany

wyższy wymiar. W owym wymiarze dla lotów kosmicznych czynnik

czasu będzie niemalże bez znaczenia.

Znam wiele badań z różnych dziedzin, których rezultaty w ostatecz-

nym rozrachunku służą głównie sprawie lotów międzygwiezdnych.

Byłem w paru laboratoriach i rozmawiałem z naukowcami. Nikt nie

potrafi określić liczby fizyków, chemików, biologów, fizyków atomo-

wych, parapsychologów, genetyków i inżynierów, którzy pracują nad

zagadnieniami (określa się je niejednokrotnie, choć niezbyt fortunnie,

nazwą "badania futurologiczne"), które umożliwić mają człowiekowi

podróż z powrotem do gwiazd.

Wydaje mi się zwykłym błędem ludzkiej samooceny, jeśli pod

naporem niepodważalnych faktów dostarczanych przez rozwijającą się

bezustannie technikę dopuszczamy wprawdzie możliwość badań Kos-

mosu w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości, jednocześnie zaś upor-

czywie zaprzeczamy możliwości istnienia w Kosmosie cywilizacji, która

już tysiące lat przed nami opanowała arkana lotów międzygwiezdnych

i dlatego mogła odwiedzić naszą planetę.

Ponieważ z dawien dawna już w szkole wpaja się uczniom dumne

przekonanie, jakoby człowiek był "koroną stworzenia", rewolucyjną

i widocznie niezbyt miłą jest myśl, że już przed wieloma tysiącami lat

istniała obca cywilizacja znacznie przewyższająca "koronę stworzenia".

Niezależnie od tego, jak nieprzyjemna może być ta myśl, trzeba się z nią

pogodzić!

 

 

 

 

II. Na tropach życia

 

 

W swoich Wspomnieniach z przyszdości (Erinnerungen an die Zukunft)

sformułowałem spekulatywną myśl, iż "bóg" stworzył człowieka na

własny obraz i podobieństwo drogą sztucznych mutacji. Wyraziłem

przypuszczenie, że Homo sapiens został wyodrębniony spośród małp

w drodze celowej mutacji. Twierdzenie to spotkało się z licznymi

atakami.

Ponieważ powstanie i rozwój człowieka prześledzono dotychczas

jedynie na naszej planecie, moja hipoteza o ewentualnej ingerencji w ten

proces istot pozaziemskich jest istotnie śmiała. Gdyby jednak włączyć tę

myśl w obręb rzeczy możliwych, zniszczyłoby to malownicze drzewo

genealogiczne: małpy zeszły z drzew, przeszły proces stopniowej mutacji

i stały się praprzodkami człowieka. Od czasu, kiedy Karol Darwin

(1809-1882) przedstawił swoją teorię doboru naturalnego, wszystkie

skamieniałości poczynając od szkieletu prehistorycznego małpoluda po

przedstawiciela Homo sapiens zdawały się być niezbitymi argumentami

przemawiającymi za darwinowską teorią ewolucji. Kiedy nauczyciel

Johann Carl Fuhlrott (1804-1877) znalazł w miejscowości Neander-

thal pod Dusseldorfem kilka starych kości i zmontował z nich czaszkę

neandertalczyka, żyjącego w ostatnim okresie międzylodowcowym i na

początku zlodowacenia Wurm, czyli mniej więcej 80 do 120 tys. lat

temu, stworzył też na podstawie tego znaleziska teorię o małpoludzie.

Wywołało to niemałe oburzenie w świecie nauki. Spętani religijnym

dogmatem przeciwnicy teorii Fuhlrotta argumentowali mało przeko-

nująco, iż nie może być człowieka prehistorycznego, albowiem nie ma

prawa go być.

Jest wielu różnych przedstawicieli typu określanego jako "człowiek

neandertalski". Pod E1 Fajum w pobliżu Kairu znaleziono żuchwę

małpy z gatunku naczelnych. Żuchwę tę datowano na okres oligoceński,

czyli jakieś 30-40 milionów lat temu. Jeśli nie ma w tym pomyłki,

stanowiłoby to dowód, że istoty człekopodobne musiały istnieć na długo

przed pojawieniem się neandertalczyka. Skamieniałe szczątki homini-

dów znajdowano również w Anglii, Afryce, Australii, na Borneo

i w wielu innych częściach świata.

Czego te znaleziska dowodzą?

Tego, że nie można powiedzieć nic na pewno, ponieważ niemal

z każdym nowym znaleziskiem trzeba weryfikować dopiero co wprowa-

dzone do podręczników daty. Pomimo dużej liczby tych znalezisk należy

jasno powiedzieć, że nie dają one dostatecznych punktów zaczepienia,

by można było mówić o historycznej ciągłości pochodzenia i rozwoju

rodzaju ludzkiego. Wprawdzie drzewo genealogiczne od pierwszych

hominidów po gatunek Homo sapiens daje się jednoznacznie prześledzić

na przestrzeni milionów lat, ale jeśli idzie o powstanie in-

teligencji, nie da się nic konkretnego powiedzieć. Istnieją minima-

lne ślady z zamierzchłej przeszłości, które jednak w żadnym wypadku

nie układają się w spójną całość. Jak dotąd nie miałem szczęścia spotkać

choćby tylko w miarę przekonującego wyjaśnienia problemu powstania

inteligencji u człowieka. Liczba proponowanych koncepcji i teorii na

temat, jak dokonać się miał ów "cud", jest wielka. Dlatego uważam, że

moja teoria ma takie samo prawo oczekiwać uznania i weryfikacji.

Wygląda na to, że w toku miliardów lat istnienia życia na Ziemi

ludzka inteligencja "pojawiła się" niejako z dnia na dzień. W skali

miliardów lat można mówić o "nagłym" wystąpieniu tego zjawiska.

Ledwie co wyszedłszy ze stadium antropoidów nasi przodkowie w toku

zdumiewająco krótkiego procesu ewolucji stworzyli to, co nazywamy

ludzką kulturą. W tym celu jednak musiało dojść do nagłego pojawienia

się inteligencji! Minęło kilkaset milionów lat, zanim wskutek natural-

nych mutacji pojawiły się antropoidy, za to później nastąpił błyskawicz-

ny rozwój do hominidów i dalej. Ni stąd, ni zowądjakieś 40 tys. lat temu

nastąpił niesamowity skok w rozwoju: odkrycie maczugi jako broni,

łukujako narzędzia polowań, użycie ogniajako pomocnej siły, wprowa-

dzenie kamiennych tłuków jako narzędzi, na ścianach jaskiń pojawiają

się pierwsze malowidła. Ale pierwsze ślady działalności technicznej, czyli

garncarstwo, dzieli od pierwszych znalezisk z koczowisk hominidów

dystans 500 tysięcy lat! Loren Eiseley, profesor antropologii Uniwer-

sytetu Pensylwania pisze, że człowiek wyodrębniał się ze świata zwierząt

przez miliony lat, bardzo wolno nabierając ludzkich cech. "Z jednym

tylko wyjątkiem od tej reguły: wszystko wskazuje na to, że jego mózg

pod koniec tego procesu przeszedł gwałtowny wzrost i dopiero wskutek

tego człowiek ostatecznie oderwał się od swoich zwierzęcych krew-

niaków", pisze profesor. Kto nauczył nas myślenia?

Jakkolwiek nader szanuję wysiłki antropologów, chciałbym otwarcie

przyznać, że niezbyt mnie interesuje, na jakie to zamierzchłe lata

pozwalają datować moment pojawienia się pierwszych zębów trzono-

wych u antropoidów bądź hominidów skamieniałe znaleziska. Nie jest też

dla mnie zbyt ważne, kiedy pierwszy praczłowiek zaczął używać

kamiennych narzędzi. Jest dla mnie rzeczą oczywistą, że praczłowiek był

najinteligentniejszą istotą żywą na naszej planecie, tak jak jest dla mnie

logiczne, że "bogowie" wybrali do sztucznej mutacji właśnie tę

istotę. Bardzieji interesuje mnie, kiedy praczłowiek po raz pierwszy

wprowadził do swojej wspólnoty takie pojęcia obyczajowe jak wierność,

miłość czy przyjaźń. Pod czyim wpływem dokonała się w nim taka

przemiana? Kto wpoił ludzim uczucia takie jak pokora? Kto nauczył ich

wstydzić się aktu płciowego?

Czy istnieje jakieś wiarygodne wyjaśnienie faktu, że dzikie istoty

zaczęły się nagle przyodziewać? Niektórzy wskazują na zmiany klimatu

bądź jego wahania, ale wcale mnie to nie przekonuje, bowiem już

wcześniej takie wahania z pewnością występowały. Mówi się też, że

antropoidy chciały się w ten sposób przyozdobić! Gdyby to była prawda

to żyjące dziko goryle, szympansy i orangutany też powinny stopniowo

zacząć obwieszać się ozdobami czy nakładać spodnie.

Dlaczego antropoidy, ledwie wyszedłszy z całkowitej dzikości, nagle

zaczęły grzebać ciała swoich pobratymców?

Kto doradził dzikim istotom, aby sięgnęły po nasiona konkretnych

dziko rosnących roślin, rozdrabniały je, rozcierały, doda-

wały wody i wypiekały z tej masy pożywienie?

Po prostu intryguje mnie pytanie, dlaczego antropoidy, hominidy

i praludzie przez całe miliony lat niczego się nie nauczyły i dlaczego

potem praczłowiek nagle tak dużo sobie przyswoił. Czyżby dotąd zbyt

mało się nad tym istotnym pytaniem zastanawiano?

Dziedzina badań, która postawiła sobie za zadanie wyjaśnienie

sprawy pochodzenia człowieka jest bardzo ciekawa i warta zaan-

gażowania.

Co najmniej tak samo interesująca wydaje mi się jednak kwestia

dlaczego, po co, w jaki sposób i kiedy człowiek stał się inteligentny.

Loren Eiseley pisze: "Dzisiaj natomiast musimy przyjąć, że człowiek

pojawił się stosunkowo niedawno, ponieważ dopiero niedawno tak

żywiołowo zaznaczył swoje istnienie. Mamy wszelkie powody przypusz-

czać, iż niezależnie od sił, jakie mogły mieć swój udział w kształtowaniu

ludzkiego mózgu, jest rzeczą niemożliwą, aby tak znaczne zdolności

umysłowe, jak te obserwowane dziś wśród wszystkich ludów na Ziemi,

wykształciły się wyłącznie wskutek zażartej i długotrwałej walki o byt

pomiędzy licznymi ludzkimi gromadami. Musiało istnieć coś innego,

jakiś inny czynnik rozwoju, który umknął jaţk na razie uwadze

teoretyków ewolucji."

Tak właśnie przypuszczam. We wszystkich rozważaniach pominięto

jak dotąd decydujący aspekt. Prawdopodobnie nie uda się wypełnić

wszystkich luk w koncepcji rozwoju człowieka, jeśli nie uwzględni się

teorii o wizycie przedstawicieli obcej cywilizacji na naszej planecie i nie

sprawdzi, czy te obce istoty nie są aby odpowiedzialne za wprowadzenie

sztucznych zmian w czynnikach dziedzicznych, za manipulacje kodem

genetycznym i raptownie nabytą inteligencję człowieka... Postaram się

przeprowadzić tutaj kilka wywodów na poparcie mojej tezy, iż człowiek

jest tworem pozaziemskich "bogów".

 

 

W roku 1847 Justus von Liebig napisał w 23. z kolei "liście

chemicznym": "Jeśli ktokolwiek zajmował się kiedyś kwaśnym węg-

lanem amonowym, fosforkiem wapniowym czy potasowym, ten od razu

uzna za rzecz wykluczoną, by z tych substancji wskutek działania ciepła,

elektryczności czy innej siły naturalnej kiedykolwiek mógł powstać

zdolny do dalszego rozrodu i wyższego rozwoju zalążek..." Wielki

chemik pisał dalej, że tylko dyletant może przyjąć, iż życie powstało

z materii nieożywionej. Dziś już wiemy, że tak jednak było w istocie.

Współczesna nauka przyjmuje, iż pierwsze ślady życia pojawiły się na

Ziemi 1,5 miliarda lat temu. Profesor Hans Vogel pisze: "Nagie lądy

i rozległy praocean otoczone były atmosferą pozbawioną jeszcze tlenu.

Metan, wodór, amoniak, para wodna, może jeszcze acetylen i cyjano-

wodór, tworzyły powłokę wokół pozbawionej jeszcze życia Ziemi.

W takim właśnie środowisku miało powstać pierwsze życie."

W swoich staraniach, by natrafić na trop powstania życia, naukowcy

próbowali wytworzyć materię organiczną z nieorganicznej w warun-

kach imitujących pierwotną atmosferę Ziemi.

Arnerykański laureat nagrody Nobla, profesor Harold Clayton Urey

przypuszczał, że pierwotna atmosfera Ziemi była nieporównanie bar-

dziej przepuszczalna dla promieni ultrafioletowych niż nasza obecna

atmosfera. Dlatego też zachęcił on swojego współpracownika, dra

Stanleya Millera, aby ten sprawdził doświadczalnie, czy po naświetleniu

wytworzonej w retorcie mieszanki imitującej pierwotną atmosferę Ziemi

uda się uzyskać niezbędne dla powstania wszelkiego życia aminokwasy.

W roku 1953 dr Stanley Miller przystąpił do eksperymentów.

Skonstruował on szklany pojemnik, w którym z amoniaku, wodoru,

metanu i pary wodnej wytworzył imitację pierwotnej atmosfery Ziemi.

Aby eksperyment odbył się w warunkach jałowych, przez 18 godzin

wygrzewał swoją dziś już przysłowiową "aparaturę Millera" w tem-

peraturze 180 stopni Celsjusza. W górnej połowie szklanej kuli zatopio-

ne były dwie elektrody, między którymi bez przerwy przeskakiwały

iskry. W ten sposób za pomocą prądu wysokiej częstotliwości o napięciu

60 tys. woltów wytwarzano nieustającą "praburzę". W mniejszej kuli

podgrzewano wyjałowioną wodę, której pary doprowadzano za pomo-

cą rurki do kuli z pierwotną atmosferą. Schłodzone składniki spływały

z powrotem do kuli z wyjałowioną wodą, były tam ponownie pod-

grzewane i znowu przedostawały się do kuli z pierwotną atmosferą.

W ten sposób Miller wytworzył w warunkach laboratoryjnych obieg,

który od zarania dziejów występuje na Ziemi. Eksperyment odbywał się

bez przerwy przez tydzień.

Co powstało z pierwotnej atmosfery pod wpływem bezustannych

piorunów praburzy? W upichconym tym sposobem "prabulionie"

stwierdzono obecność aminokwasu masłowego, asparaginowego, alani-

ny oraz glicyny, czyli aminokwasów niezbędnych do budowy systemów

biologicznych. Z materii nieorganicznej powstały w toku eksperymentu

Millera skomplikowane związki organiczne.

W następnych latach przeprowadzono niezliczoną ilość takich eks-

perymentów przy zmieniających się warunkach początkowych. W su-

mie udało się uzyskać dwanaście aminokwasów. Wtedy już nikt nie

mógł wątpić, że z pierwotnej atmosfery panującej na Ziemi mogły

powstać niezbędne dla wszelkiego życia aminokwasy.

Niektórzy uczeni zastosowali zamiast amoniaku azot, zamiast meta-

nu formaldehyd, a nawet dwutlenek węgla. Wyładowania elektryczne

Millera zastąpiono ultradźwiękami lub też zwykłym światłem. Rezul-

taty pozostały te same! Ze wszystkich tych jakże różny skład mających

praatmosfer za każdym razem powstawały m.in. aminokwasy oraz

bezazotowe organiczne kwasy węglowe. W kilku eksperymentach

uzyskano nawet cukry.

Jak należy rozumieć to zjawisko?

Od kiedy człowiek nauczył się myśleć, zawsze dąży do tego, aby

wszystko, co go otacza, zawsze rozpatrywać dwubiegunowo: światło

stoi w opozycji do cienia, gorące do zimnego, śmierć do życia. W tymjak

najszerzej rozumianym polu przeciwieństw mieści się też określanie

wszelkiej materii żywej mianem "organicznej", a wszelkiej materii

nieożywionej mianem "nieorganicznej". Tak jak między ekstremalnymi

określeniami istnieje wiele stopni pośrednich, tak samo od dawna już nie

sposób zakreślić jednoznacznej granicy między chemią organiczną

a nieorganiczną.

Kiedy nasza planeta zaczęła się ochładzać, z lekkich związków,

których gazowe cząsteczki mieszały się chaotycznie ze sobą utworzyło

się to, co nazywamy "pierwotną atmosferą" Ziemi. Składała się ona

przeważnie z tych związków, z których Miller ugotował w toku

laboratoryjnych eksperymentów "prabulion". Wskutek wysokich po-

czątkowo temperatur panujących na Ziemi i niewielkiej siły przyciąga-

nia, lekkie gazy takie jak hel i wolny wodór ulotniły się w Kosmos,

podczas kiedy ciężkie cząsteczki gazowe, takie jak azot, tlen, dwutlenek

węgla a także ciężkie atomy gazów szlachetnych zostały zatrzymane.

Wodór w swojej postaci pierwiastkowej właściwie w obecnej atmosferze

nie występuje, znajdujemy go tylko w postaci składnika innych związ-

ków chemicznych. Dwa atomy wodoru z jednym atomem tlenu tworzą

na przykład niezwykle ważny dla życia na Ziemi związek - wodę (wzór

chemiczny H2O).

I tak zaczął się obieg składników: woda parowała unosząc się w górę

wraz z prądami ciepła, by zebrana w chmury ochłodzić się w wyższych

partiach atmosfery i opaść z powrotem w postaci deszczu. Ten

pierwotny deszcz wypłukiwał z gorącej kamiennej skorupy najróżniejsze

związki nieorganiczne, unosząc je do praoceanu. Z praatmosfery

również oddzielały się związki nieorganiczne, takie jak amoniak czy

cyjanowodór, i przedostawszy się do praoceanu brały udział w za-

chodzących tam reakcjach chemicznych. W ciągu milionów lat atmo-

sfera Ziemi stopniowo wzbogacała się w tlen.

Proces ten dokonywał się bardzo powoli. Nauka jest dziś zgodna co

do tego, że przemiana pierwotnej atmosfery redukującej w naszą

utleniającą dokonała się w ciągu mniej więcej 1,2 miliarda lat. U począt-

ków tego procesu była wspomniana prazupa, w której liczne rozpusz-

czone związki stanowiły doskonałą pożywkę dla pierwszych prymityw-

nych form życia.

Przyjęło się uważać, że życie musi być związane zjakimś organizmem,

w najprostszym przypadku tym organizmem jest pojedyncza komórka.

O tym, że jakiś organizm żyje, świadczy zachodząca w nim przemiana

materii i energii, świadczy też jego rozwaj. O życiu stanowią funkcje.

Czy wszystkie te uznawane dziś kryteria rzeczywiście muszą być

spełnione? Jeśli tak, to wirus nie żyje, ponieważ sam jako taki nie

wykazuje przemiany energii i materii, nie spożywa i nie wydala. Wirus

tylko rozmnaża się w obrębie obcych komórek przez reprodukcję - jest

pasożytem.

Czym w takim razie jest życie? Czy uda nam się je zdefniować?

Jeśli prześledzimy najważniejsze etapy powstania życia na Ziemi,

nasuwa się pytanie: Jak to było z pierwszą żywą komórką? Fundamen-

talne w tym względzie były badania Theodora Schwanna (1810 - 1882)

i Matthiasa Schleidena (1804-1881). Schwann dowiódł, że zwierzęta

i rośliny zbudowane są z komórek, Schleiden z kolei zrozumiał

znaczenie jądra komórkowego. Potem przeor zakonu augustianów

Gregor Johann Mendel (1822-1884), wykładowca przyrodoznawstwa

i fizyki w Brunn (Brno), przeprowadził swoje doświadczenia z krzyżo-

wym zapłodnienvem grochu i fasoli. Postępowy duchowny, który na

podstawie swoich uporczywych doświadczeń doszedł do sformułowania

trzech praw dziedziczenia cech, stał się ojcem nauki o dziedziczeniu.

Jego prawa uznaje się dziś za bezsporne w odniesieniu zarówno do

człowieka, jak też zwierząt i roślin.

W połowie XIX wieku dowiedziono, że komórka jest nośnikiem

wszystkich funkcji życiowych. Dowód ten stał się fundamentem wszyst-

kich wielkich odkryć biologii. Dopiero nowe metody techniczne (rent-

genologia, elektroforeza, ultramikroskopia, mikroskopia fazowo-kon-

trastowa itd.) umożliwiły badania komórki i jądra komórkowego.

W komórkach i jądrach komórkowych upatruje się centra infor-

macyjne do przechowywania i przekazywania zespołu cech. Stosun-

kowo niedawno podjęte badania w tej dziedzinie wykazały już dla

każdego gatunku istot żywych inną stałą liczbę i formę chromosomów.

Chrornosomy są nośnikami informacji genetycznej. Komórki orga-

nizmu ludzkiego mają na przykład 23 pary, czyli 46 chromosomów,

organizmu pszczoły 8 par czyli 16 chromosomów, a owcy 27 par czyli 54

chromosomy...

Cząsteczki białka w komórkach składają się z łańcuchów amino-

kwasów. Po dokonaniu tej naukowej konstatacji wyłoniło się nowe

pytanie: W jaki sposób z aminokwasów powstają żywe komórki?

W związku z nie do końca jeszcze rozwiązaną kwestią, w jaki sposób

mogło powstać białko zanim jeszcze istniały żywe kornórki, Rutherford

Platt przedstawia teorię dr. George'a Walda z Harvardu. Otóż Wald

zakładał, że w określonych warunkach naturalnych aminokwasy same

muszą dać na to odpowiedź. Dr S.W. Fox z Instytutu Ewolucji

Molekularnej w Miami sprawdził tę tezę wysuszając związki amino-

kwasów. Fox i jego współpracownicy zobaczyli, że aminokwasy przy-

bierają formę długich, nitkowatych tworów submikroskopowych two-

rząc łańcuchy zawierające setki cząsteczek aminokwasów. Dr Fox

nazwał je "proteidami", czyli związkami białkopodobnymi.

W uzupełnieniu badań profesorów J. Oró i A. P. Kimballa chemikom

dr. Matthew'owi i dr. Moserowi udało się w roku 1961 wytworzyć

białko ze żrącego kwasu pruskiego i wody. Trzej naukowcy

z Salk-Institute, Robert Sanchez, James Ferris i Leslie Orgel dokonali

sztucznej syntezy niezbędnych w przemianie materii i rozmnażaniu

kwasów nukleinowych czyli występujących w jądrze komórkowym

związków składających się z zasad nukleinowych, wodorotlenków

i kwasu fosforowego.

 

 

Ważne jest, abyśmy po tej wycieczce przez chemię i biologię pojęli, iż

tworzenie żywego organizmu jest procesem chemicznym. "Życie"

można stworzyć w laboratorium. Co jednak kwasy nukleinowe mają

wspólnego z życiem?

Kwasy nukleinowe decydują o skomplikowanym procesie dziedzicze-

nia. Kolejność ustawienia czterech podstawowych zasad: adeniny,

guaniny, cytozyny oraz tyminy tworzy kod genetyczny wszelkiego życia.

Z chwilą dokonania tego odkrycia, chemia pozbawiła misterium życia

znacznej części jego tajemniczości.

Są dwie grupy kwasów nukleinowych, których skrótowe nazwy RNA

(kwas rybonukleinowy) i DNA (kwas dezoksyrybonukleinowy) są już

znane każdemu uważnemu czytelnikowi prasy ostatnich lat. Obydwa te

kwasy, zarówno DNA jak i RNA, są niezbędne do syntezy białka

w komórkach. Jest rzeczą stwierdzoną, że cząstki białkowe wszystkich

przebadanych do dziś organizmów zbudowane są z 20 aminokwasów

i że kolejność, uporządkowanie aminokwasów w cząsteczce proteino-

wej, wyznaczana jest przez kolejność ezterech głównych zasad w DNA

( = kod genetyczny).

Chociaż wiemy, jak tworzy się kod genetyczny, to jednak daleko nam

jeszcze do odczytania informacji zawartej w pojedynczym chromo-

somie. Niemniej jednak myśl, że 20 aminokwasów stanowi nośnik

wszelkiego życia i że ich uporządkowanie w cząsteczce białka wy-

znaczone jest przez kod genetyczny, otwiera zupełnie nieznane światy.

Gordon Rattray Taylor w swojej książce Die biologische Zeitbombe

(Biologiczna bomba zegarowa) przytacza w kontekście tych niewyob-

rażalnych możliwości poglądy laureatów nagrody Nobla, dr. Maxa

Perutza i profesora Marshala W. Nierenberga.

Dr Max Perutz: "W jednej tyłko ludzkiej komórce znajduje się około

1000 milionów zasadowych par ńukleotydowych rozdzielonych między

46 chromosomów. Jak moglibyśmy zatem wyeliminować lub dodać

jakiś jeden określony gen konkretnego chromosomu czy też naprawić

daną parę nukleotydową? Wydaje mi się to mało realne."

Profesor Marshall W. Nierenberg, który w zasadniczy sposób

przyczynił się do odkrycia kodu genetycznego, jest zupełnie innego

zdania: "Nie mam właściwie wątpliwości, że pewnego dnia trudności

uda się przezwyciężyć. Jedyne pytanie, to kiedy to nastąpi. Przypusz-

czam, że już w ciągu najbliższych 25 lat uda się programować komórki

za pomocą syntetycznych infarmacji genetycznych."

I wreszcie wspomnijmy profesora genetyki Uniwersytetu Stanforda

w Kalifornii, Joshuę Lederberga, który uważa, iż już za ł0 czy 20 lat

będziemy potrafili manipulować naszym materiałem genetycznym.

W każdym razie wiemy przynajmniej tyle, że możliwy jest wgląd

w czynniki dziedziczenia i dakonywanie w nich zmian. A ponieważ

wiemy to już my, ludzie, nie widzę powodu, dla którego nie miała by

o tym wiedzieć pozaziemska cywilizacja, radząca sobie z podróżami

międzygwiezdnymi a więc wyprzedzająca nas w badaniach o tysiące

lat.

Fizyk i matematyk Herman Kahn, kierownik Hudson Institute

w Nowym Jorku oraz Anthony J. Wiener, doradca amerykańskich

instytucji rządowych i współpracownik tegoż instytutu, w swojej książce

Ihr werdel es erleben (Zobaczycte to na wlusne oczy) cytują publikację

z "Washington Post" z 31. 10. 1966 roku, w której przedstawiono

efektywne możliwości manipulacji kodem genetycznym:

"Zajedyne 10-15 lat może być tak, że kobieta pójdzie do odpowied-

niego sklepu, obejrzy sobie różne paczuszki, podobne do tych,

w jakich sprzedaje się dziś nasiona roślin, i w ten sposób wybierze

sobie dziecko, wedle opiśu na etykietce. Każda paczuszka będzie

zawierać zamrożony jednodniowy embrion, zaś etykietka poinfor-

muje nabywcę o kolorze włosów i oczu, przypuszczalnym wzroście

i ilorazie inteligencji. Będzie też dołączona gwarancja, że embrion nie

jest obciążony żadnymi wadami dziedzicznymi. Kobieta pójdzie

z wybranym embrionem do lekarza, który jej go wszczepi. Od tego

momentu dziecko przez dziewięć miesięcy rozwijać się będzie w jej

łonie jak jej własne."

Takie wizje przyszłości nie są całkowitą utopią, ponieważ DNA

zawiera genetyczne informacje na temat budowy komórki oraz wszyst-

kich pozostałych czynników dziedzicznych. Łańcuch DNA to idealna

karta perforowana umożliwiająca stworzenie wszelkiego życia, ponie-

waż nie tylko zawiera 20 aminokwasów, lecz także - podobnie jak

przygotowana dla współczesnego komputera karta perforowana - zgła-

sza komendą "start" lub "stop" początek i koniec łańcucha protein.

I tak jak wjednostce centralnej elektronicznej maszyny liczącej zapisany

jest "bit kontrolny" mający za zadanie sprawdzenie każdej operacji

obliczeniowej, tak samo łańcuchy DNA poddawane są w komórkach

stałej kontroli pod kątem prawidłowości funkcjonowania.

James D. Watson, który w wieku 24 lat w rozstrzygający sposób

przyczynił się do odkrycia budowy DNA, zdążył już opisać koleje swej

pracy w książce Die Doppel-Helix (Podwójn spirala). Za 900 słów,

którymi Watson opisał w czasopiśmie "Nature" dziwaczne kręcone

schodki, czyli formę budowy cząsteczki DNA, otrzymał on wraz ze

swoimi współpracownikami Francisem H.C. Crickiem oraz Mauricem

H.F. Wilkinsem nagrodę Nobla w roku 1962. Jego książka o mały włos

by się nie ukazała: dyrekcja uniwersyteckiego wydawnictwa na Harvar-

dzie była przeciwna otwartości tego teksu obawiając się, że swoboda

wywodów Watsona zniszczy mit o ascetyzmie badań naukowych.

Watson przyznaje bowiem z absolutną otwartością, że swój sukces

zawdzięcza przede wszystkim temu, czego dokonano już przed nim oraz

błędom kolegów naukowców.

W grudniu 1967 roku miało miejsce w Ameryce spektakularne

wydarzenie. Ówczesny prezydent USA Lyndon B. Johnson osobiście

zaanonsował na konferencji prasowej pewne osiągnięcie naukowe

takimi oto słowy: "Będzie to najciekawszy artykuł, jaki kiedykolwiek

zdarzyło się państwu czytać! Budzące szacunek osiągnięcie! Otwiera

nam ono drzwi do nowych odkryć oraz pozwala wejrzeć w fundamental-

ne tajemnice życia."

Jakie to odkrycie było aż tak ważne, iż zajęły się nim najwyższe sfery

polityczne?

Naukowcom Stanford University z Palo Alto w Kalifornii udało się

zsyntetyzować biologicznie aktywne jądro wirusa. Opierając się na

genetycznym wzorze wirusa typu Phi X 174 zbudowali z nukleotydów

jedną z owych wielkich molekuł sterujących wszelkimi procesami

życiowymi, mianowicie DNA. Następnie wszczepili sztuczne jądra

wirusów do komórek-gospodarzy. Sztuczne wirusy zaczęły się tam

rozwijać zupełnie jak prawdziwe! Jak przystało na pasożyty zmusiły

zarażone komórki do wyprodukowania milionów nowych wirusów

według wzoru Phi X 174. Tak jak się to dzieje w organizmie zarażonym

infekcją wirusową sztuczne wirusy wydostały się potem z komó-

rek-gospodarzy po wyeksploatowaniu ich energii życiowej.

Infortnacje zawarte w DNA sprawiają, że komórka wytwarza

cząsteczki białka z aminokwasów łączonych w milionowe kombinacje.

Każda nowa kombinacja odpowiada dokładnie zaprogramowanemu

wzorcowi. Kalifornijscy uczeni wyliczyli, że w procesie powstawania

około 100 milionów komórek może się zdarzyć zaledwiejeden "genety-

czny błąd drukarski".

Do tego doniosłego odkrycia doszło zaledwie w 15 lat po wyjaśnieniu

struktury DNA przez Watsona, Cricka i Wilkinsa. Laureat nagrody

Nobla, profesor Arthur Kornberg wspólnie ze swoimi współpracow-

nikami przebadał niezliczone tysiące kombinacji odcyfrowując kod

genetyczny wirusa Phi X 174. W laboratoriach Kalifornii "wyproduko-

wano" życie.

Ten i ów czytelnik zadaje sobie pewnie pytanie, co te wszystkie

biochemiczne dywagacje mają wspólnego z tematem mojej książki. Od

chwili pojawienia się pierwszych doniesień śledziłem wspomniane

badania z wielką ciekawością. Dlaczego?

Rezultaty tych badań wręcz zmuszają mnie do wyciągnięcia pewnego

konsekwentnego wniosku, wniosku, który tak oto sformułował Sir

Bernard Lovell, twórca i dyrektor obserwatorium radioteleskopowego

w Jodrell Bank w Wielkiej Brytanii: "Wydaje się, że w ciągu ostatnich

dwóch lat dyskusja nad pytaniem, czy istnieje życie poza Ziemią,

nabrała powagi i doniosłości. Powaga ta jest konsekwencją dzisiejszych

poglądów naukowych, wedle których powstanie Układu Słonecznego

oraz życia organicznego na Ziemi prawdopodobnie nie są jedynymi tego

typu przypadkami w Kosmosie."

Latem 1969 roku "Physical Review Letters" poinformowało, że

amerykańskim naukowcom udało się wykryć za pomocą radioteleskopu

w Greenbank w Zachodniej Wirginii ślady formaldehydu w gazowych

i pyłowych obłokach w przestrzeni kosmicznej. Formaldehyd, który

nasza chemia stosuje m.in. do konserwowania i dezynfekowania, to

bezbarwny gaz o nieprzyjemnym, gryzącym zapachu. Ten, jak dotąd

najbardziej złożony ze wszystkich związków występujących w Kosmo-

sie, wykryty przez amerykańskich naukowców w 15 spośród 23 źródeł

promieniowania, uzupełnia listę prasubstancji wykorzystywanych przez

aminokwasyjako cegiełki życia. Powyższa wiadomość dostarcza nowej

pożywki przypuszczeniom, że w Kosmosie istnieje życie.

Jeśli jednak na innych planetach istnieje życie, to uważam za rzecz

bardzo prawdopodobną, że obcy kosmonauci przywieźli ze sobą na

Ziemię tę wiedzę, którą my dopiero zdobywamy i za pomocą manipula-

cji kodem genetycznym sprawili, że nasi przodkowie stali się inteligen-

tni. W starszym z biblijnych opisów dzieła stworzenia świata czytamy (I

Mojż. 5, 1-2):

"[...] Kiedy Bóg stworzył człowieka, na podobieństwo Boże uczynił

go.

Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich oraz błogosławił im i nazwał

ich ludźmi, gdy zostali stworzeni."

Mogło to nastąpić - takie jest moje przypuszczenie - w drodze

sztucznej mutacji kodu genetycznego euhominidów dokonanej przez

przedstawicieli cywilizacji pozaziemskiej. Wskutek tego nowi ludzie od

razu otrzymali swoiste cechy, takie jak świadomość, pamięć, inteligencję

czy umiejętności rzemieślnicze i technaczne.

W nowszym z biblijnych opisów stworzenia świata (I Mojż. 2, 21-23)

znajdujemy inną wersję dzieła stwarzenia kobiety:

"Wtedy zesłał Pan Bóg głęboki sen na człowieka, tak że zasnął. Potem

wyjął jedno z jego żeber i wypełnił ciałem to miejsce.

A z żebra, które wyjiął z człowieka, ukształtował Pan Bóg kobietę

i przyprowadził ją do człowieka.

Wtedy rzekł człowiek: Ta dopiero jest kością z kości (sic!) moich

i ciałem z ciała (sic!) mojego. Będzie się nazywała mężatką, gdyż

z męża została wzięta."

Jest rzeczą jak najbardziej możliwą, że kobietę stworzono z mężczyz-

ny. Trudno jednak przyjąć, by Ewa dzięki czarnoksięskiej sztuczce

- po zabiegu chirurgicznym? - rozwinęła się w nagą piękność

z wyjętego z męskiej klatiki piersiowej żebra! Być może powstała dzięki

męskiej komórce nasiennej, Ponieważ jednak wedle biblijnej Genesis

w raju nie było innej istoty żeńskiej, która mogłaby donosić zapłod-

nioną komórkę, Ewa tnusiała zostać wyhodowana w "probówce". Po

dziś dzień zachowały się pewne rysunki naskalne, na których w pobliżu

wizerunków praczłowieka widać jakieś przypominające chemiczną

kolbę twory. Czyżby zatem znacznie bardziej od nas zaawansowani

naukowo przedstawiciele obcej cywilizacji, znając reakcje immunobio-

logiczne, wykorzystali kość Adama, a może szpik kostny, jako kulturę

komórkową, umieszczając w niej zarodek i doprowadzając do jego

rozwoju. Oczywiście stosunkowo łatwo dostępne w ludzkim ciele

żebro byłoby przy tym biologicznie jak najbardziej prawdopodobnym

akcie stworzenia odpawiednim pojemnikiem. Jest to jedynie spekula-

cja, lecz absolutnie umotywowana na tle wiedzy jaką dysponuje

dzisiejsza nauka.

Ponieważ także w Biblii Ewa dość nagle zostaje Adamowi dana na

towarzyszkę życia, w świetle przedstawionej przeze mnie hipotetycznej

wizji sztucznego stworzenia kobiety równie nagle wizerunek kobiety

powinien pojawić się w malowidłach naskalnych bądź wizerunkach

rzeźbionych na kości przez ludzi epoki kamiennej. I rzeczywiście

przypuszczenie takie znajduje rozliczne potwierdzenia: dopiero bowiem

w starszej epoce kamiennej pojawiają się tak zwane "bóstwa-matki".

Figurki kobiece z epoki kamiennej znaleziono m.in. w La Gravette,

Leussel i Lespugue we Francji, w Cukurca w południowej Turcji,

w Kostienkach koło Woroneża, w Willendorf w Austrii i Petersfels

w Niemczech.

Wszystkie te kobiece figurki określa się pochlebnym mianem "We-

nus". W przypadku niemal każdej z nich artysta położył największy

nacisk na uwydatnienie cech płciowych i uwidocznienie ciąży. Archeo-

logowie zaliczają te kobiece figurki z epoki kamiennej do kultury La

Gravette. Nie dowiemy się już, jakiemu mogły służyć celowi, ani też

dlaczego wszystkie bez wyjątku pojawiają się dopiero w plejstocenie.

Można przypuścić, że proces powstawania praczłowieka w różnych

częściach naszego głobu przebiegał w różny sposób: w drodze zamierzo-

nych mutacji kodu genetycznego euhominidów oraz sztucznego stworze-

nia istoty żeńskiej hodowanej w probówce.

Mimo to "nowi" ludzie znów parzyli się potem ze zwierzętami. Tymi

występkami trzeba chyba obciążyć prehistorycznego Adama, ponieważ

tylko on mógł pamiętać, że kiedyś parzył się z małpami. Po prze-

prowadzeniu sztucznej mutacji krzyżówki miały następować tylko

między nowymi ludźmi, ponieważ każdy "skok w bok" do poprzednich

"małpich" partnerów, jeśli prowadził do ciąży, oznaczał regres. Czy nie

można się w tym dopatrywać grzechu pierworodnego? Czyż bowiem nie

mamy tu niejako do czynienia z grzechem przeciwko właściwym dla

nowego gatunku komórkom?

W kilka tysięcy lat później "bogowie" - bgdzie jeszcze o tym mowa

- skorygowali ten "grzech pierworodny" niszcząc człekopodobne

zwierzęta, odsiewając od nich dobrze zachowaną grupę nowych ludzi

i wszczepiając jej w drodze drugiej sztucznej mutacji nowy materiał

genetyczny.

Również dla paleontologii nagłe, nieomal błyskawiczne wyłonienie

się neantropów, czyli tej grupy hominidów, do której należymy, z rodziny

prehominidów charakteryzujących się jeszcze formami przedludzkimi

stanowi nie rozwiązaną zagadkę. Proces ten próbuje się na razie

wyjaśnić mówiąc o samoistnej mutacji.

Jeśli w naszych spekulacjach na temat sztucznej zamierzonej mutacji

przeprowadzonej przez obce istoty inteligentne przyjmiemy datowania

paleoantropologiczne wyznaczające najistotniejsze zmiany, jakim pod-

legali nasi praprzodkowie, to pierwsza sztuczna mutacja musiała mieć

miejsce 20 do 40 tysięcy lat przed Chrystusem. Druga z kolei przypadła-

by już na czasy nam bliższe, mianowicie 3500 do 7000 lat przed

Chrystusem.

Jeśli przyjmę te daty, to pierwsza "wizyta bogów" musiałaby

przypadać mniej więcej na okres, kiedy pojawiły się pierwsze przed-

stawienia plastyczne i figurki kobiet.

 

 

Kompetentna nauka wzbrania się przed tak odległymi datowaniami.

Ale czyż akceptowane przez naszą dzisiejszą naukę bez zastrzeżeń

zjawisko dylatacji czasu nie obowiązywało w każdym punkcie naszych

dziejów?

We wszystkich planowanych na dziś i na przyszłość lotach kosmicz-

nych dylatacja jest wielkością wiadomą. Zasada ta została wprawdzie

"odkryta" dopiero w naszej epoce, ale ponieważjest zasadą, obowiązy-

wała przecież od zawsze, a więc także dla "bogów", którzy mogli

przybyć na Ziemię statkami kosmicznymi rozwijającymi prędkość

zbliżoną do prędkości światła.

Czy nie nadszedł już właściwy moment, by także antropologia

zechciała wreszcie zauważyć to zweryfikowane przez naukę zjawisko?

Czyż nie wyjaśniłoby to za jednym zamachem wielu jakże zagadkowo

wyglądających kwestii dotyczących powstania i nabycia inteligencji

przez naszych przodków?

Od chwili ich ostatniej bytności na Ziemi dla "bogów" wcale nie

upłynęła wieczność! Jeśli złożyli wizytę na naszej planecie tysiące

ziemskich lat temu, to dla załogi statku kosmicznego może to oznaczać

zaledwie kilka dziesięcioleci...

Dla kogoś, kto uzna prawdziwość zasady dylatacji czasu także dla

kosmonautów z innych planet, natychmiast stanie się jasne, że ci sami

"bogowie", którzy z Homo sapiens stworzyli kobietę, mogli być tymi,

którzy przekazali Mojżeszowi skomplikowane techniczne wskazówki

dotyczące budowy Arki Przymierza.

Wiem, że trudno to pojąć, ale tak właśnie mogło być. Pozwolę sobie

jeszcze raz podkreślić, że wszystko to wcale nie musi być spekulacją.

Astronomia już od dłuższego czasu z powodzeniem radzi sobie z tymi

osobliwymi przesunięciami czasu. Właściwie chodzi już tylko o to, aby

również archeologia i paleoantropologia uznały ten czynnik...

 

 

 

 

III. "Niedzielny" badacz zadaje pytania...

 

 

To wielki przywilej, kiedy człowiek jako "niedzielny badacz" i laik

wolny od "obciążeń" znawców przedmiotu może puścić wodze fantazji

i zadawać pytania, które w pierwszej chwili zbijają specjalistów

z pantałyku. Oczywiście korzystam z tego przywileju wstrząsając

fundamentem, na którym spoczywa wiele koncepcji dotyczących naszej

prehistorii obłożonych akademickim tabu. Niedzielni badacze są jak

wiadomo nieprzyjemnie skrupulatni. Bardzo dużo zbierają, czytają

i podróżują, ponieważ lubią, by ich pytania były strzałami o ostrzach

z najlepszej stali, w nadziei, że trafią nimi w dziesiątkę...

Instytut Badań Elektroakustycznych w Marsylii przeniósł się wiosną

1964 roku do nowego budynku. W kilka dni po przeprowadzce wielu

współpracowników profesora Vladimira Gavreau zaczęło się uskarżać

na bóle głowy, mdłości i swędzenie skóry, wielu było tak osłabionych, że

trzęśli się jak osiki. Ponieważ instytut zajmował się problemami

elektroakustyki pojawiło sig podejrzenie, iż złe samopoczucie wywołuje

jakieś niekontrolowane promieniowanie powstające w laboratoriach.

Naukowcy przebadali budynek od piwnic po strychy niezwykle czułymi

przyrządami szukając przyczyny złego samopoczucia pracowników

instytutu. I znaleźli ją. Okazało się jednak, że nie było to żadne

niekontrolowane promieniowanie elektryczne, tylko fale dźwiękowe

o bardzo niskiej częstotliwości wytwarzane przez jeden z wentylatorów

i wprawiające cały budynek w drgania infradźwiękowe!

Zagrał tu jeden ze szczęśliwych zbiegów okoliczności, które jakże

często pomagają nauce. Otóż profesor Gavreau od 20 lat zajmował się

badaniem fal dźwiękowych.

Po tym incydencie powiedział on sobie, że zjawisko wywołane

"nieumyślnie" przez wentylator można przecież z pewnością wytworzyć

także doświadczalnie. W ten sposób wybudował ze swoimi współ-

pracownikami pierwsze działo dźwiękowe świata. Do kratownicy

przymocowano 61 węży, przez które równomiernie tłoczono sprężone

powietrze aż do uzyskania ledwie słyszalnego dźwięku o częstotliwości

196 herców. Rezultat okazał się druzgocący: ściany świeżo postawione-

go budynku zarysowały się, żołądki i wnętrzności obecnych w laborato-

rium naukowców wpadły w bolesne drgania. Urządzenie trzeba było

natychmiast wyłączyć.

W konsekwencji tego pierwszego eksperymentu profesor Gavreau

zbudował osłony dla obsługi i skonstruował prawdziwą "trąbę śmierci"

o mocy 2000 watów, wytwarzającą fale akustyczne o częstotliwości 37

herców. W Marsylu nie można było wypróbować tej konstrukcji na

pełną moc, ponieważ spowodowałoby to runięcie w gruzy budynków

w promieniu kilku kilometrów. Obecnie trwają prace przy budowie

"trąby" o długości 23 metrów, która ma wytwarzać fale akustyczne

nawet o śmiertelnej częstotliwości 3,5 herca.

Pomijając przerażającą wizję przyszłych zastosowań takiej "trąby

śmierci", przed oczami staje nam pewne wydarzenie ze starożytności...

Kiedy naród wybrany suchą stopą przekroczył wody rzeki Jordan

i rozpoczął oblężenie bronionego przez siedmiometrowej grubości mury

miasta Jerycho, jego kapłani otrzymali skomplikowaną instrukcję dęcia

w "trąby". W Księdze Jozuego (6, 20) czytamy:

"[...] A gdy lud usłyszał głos trąb [...] mur rozpadł się w miejscu, lud

zaś wkroczył do miasta, każdy prosto przed siebie [...]"

Ani siła wszystkich kapłańskich płuc ani wielotysięczny chór trąb nie

zdołałyby zdmuchnąć siedmiometrowych murów! Za to - jak już dziś

wiemy - fale akustyczne o niszczycielskiej częstotliwości z powodze-

niem mogły obrócić je w ruinę.

 

 

W polemice przed mikrofonami szwajcarskiego radia pani dr Mot-

tier, archeolog z Uniwersytetu Berneńskiego oświadczyła mi, że nigdy

w naszych dziejach nie było olbrzymów, że nie znaleziono jak dotąd

żadnych skamieniałości pozwalających wysnuć wniosek o istnieniu

jakiejś prehistorycznej rasy olbrzymów.

Przeciwnego zdania jest natomiast dawny francuski delegat Towarzy-

stwa Prehistorycznego, dr Lovis Burkhalter, który w roku 1950 na

łamach "Revue du Musee de Beyrouth" napisał: "Trzeba w tym miejscu

jasno powiedzieć, że istnienie gigantycznych istot ludzkich w epoce

aszelskiej uznać trzeba za rzecz naukowa potwierdzoną."

Co zatem jest prawdą? Znaleziano narzędzia nadzwyczajnej wielko-

ści. Ludzie normalnego wzrostu nie mogliby się nimi posługiwać.

Archeologowie wykopali w pobliżu Sasnych (6 km od Safita w Syrii)

tłuki pięściawe a wadze 3,8 kg. Nie od macochy są także tłuki znalezione

w Ain Fritissa (wschodnie Maroko): długie na 32 cm, szerokie na 22 cm,

waga 4,2 kg. Przyjmując proporcje czławieka normalnego wzrostu

istoty zdolne posługiwać się takimi nieporęcznymi narzędziami musiały-

by mieć około 4 metrów wzrostu.

Oprócz wspomnianych narzędzi co najmniej trzy inne uznane nauko-

wo znaleziska świadczą o istnieniu w prehistorycznych czasach olb-

rzymów:

1. Olbrzym z Jawy.

2. Olbrzym z południowych Chin.

3. Olbrzym z południowej Afryki (Transwal).

Jakiej rasy byli przedstawicielami?

Czy były to pojedyncze osobniki?

Czy były to produkty błędnie zaprogramowanej mutacji?

Czy byli to bezpośredni potomkowie obcych kosmonautów?

Czy były to wytworzone za pomocą nowego kodu genetycznego

szczególnie inteligentne istoty o wysokiej wiedzy technicznej?

Na podstawie znalezionych skamieniałości nie sposób sformułować

spójnych adpowiedzi na moje pytania. Znaleziska są zbyt fragmen-

taryczne, by mogły posłużyć za cegiełki do skonstruowania prawdziwej

genealogii. Czy w ogóle gdziekolwiek na świecie prowadzi się sys-

tematyczne badania pod tym kątem? Od czasu do czasu ogłasza się

sensacyjne odkrycia, ale prawie zawsze znaleziska są całkowicie przy-

padkowe.

Starożytne dokumenty natomiast - a nie ma powodu im nie wierzyć

- jednoznacznie potwierdzają istnienie w pradawnych czasach olb-

rzymów. W Pierwszej Księdze Mojżeszowej, w rozdziale 6, wersecie

4 czytamy:

"A w owych czasach, również i potem, gdy synowie boży obcowali

z córkami ludzkimi, byli na ziemi olbrzymi, których im one rodziły.

To są macarze, którzy z dawien dawna byli sławni."

Obrazowy opis znajdujemy w Czwartej Księdze Mojżeszowej, roz-

dział 13, werset 33:

"Widzieliśmy też tam olbrzymów, synów Anaka, z rodu olbrzymów,

i wydawaliśmy się sobie w porównaniu z nimi jak szarańcza, i takimi

też byliśmy w ich oczach."

W Piątej Księdze Mojżeszowej, w rozdziale 3, werset 11, są nawet

dane pozwalające w przybliżeniu oszacować wymiary tych istot:

"Gdyż ów Og, król Aszanu, był ostatnim z rodu olbrzymów; wszak

jego grobowiec, grobowiec żelazny znajduje się w Rabbat synów

Ammonowych, a ma dziewięć łokci długości, cztery łokcie szerokości

według zwykłego łokcia męskiego."

Łokieć hebrajski mierzy prawie 48,4 cm!

Ale nie tylko w księgach Mojżeszowych jasno i wyraźnie mówi się

o olbrzymach. Również powstałe później księgi Starego Testamentu

podają opisy tych superludzi. Autorzy tych ksiąg żyli w różnych czasach

i w różnych miejscach, nie mogli się więc ze sobą umówić. Równie mało

prawdopodobne jest - jak próbują niekiedy dowodzić teologowie - by

motyw olbrzymów wpleciono w teksty dopiero później, by stworzyć

symbole "zła". Gdyby owi apologeci bliżej przyjrzeli się biblijnym

tekstom, musieliby zauważyć, że olbrzymy pojawiają się zawsze przy

okazji wykonywania jak najbardziej praktycznych zadań - na przykład

w czasie wojen i pojedynków - nigdy natomiast przy okazji roz-

trząsania pojęć moralnych czy moralnego zachowania.

Zresztą dokumentacja dotycząca starożytnych olbrzymów zawarta

jest nie tylko w Biblii. Również Majowie i Inkowie podają w swoich

mitach, że pierwsze plemię stworzone przez "bogów" po potopie było

plemieniem olbrzymów. Imiona dwóch najważniejszych olbrzymów

brzmią Atlan (Atlas) i Theitani (Tytan).

Podobnie jak "latający bogowie" olbrzymy przewijają się przez

wszystkie podania, legendy i święte księgi na całym świecie. W żadnym

z tych źródeł jednak olbrzymy nie były stawiane na równi z bogami.

Pewna istotna ułomność trzymała je na ziemi: olbrzymi nie umieli

mianowicie latać! Wyłącznie kiedy jakiś olbrzym określany jest jedno-

znacznie jako potomek "boga" zabierany bywa w podniebną podróż.

Ogólnie rzecz biorąc w stosunku do bogów olbrzymy są zawsze

posłuszne i spełniają funkcje służebne, wypełniają boskie polecenia,

wreszcie zaczyna się je określać mianem "głupich istot" i stopniowo ślad

po nich całkowicie znika z literatury.

Poważny badacz, profesor Denis Saurat, dyrektor Centre Inter-

national d'Etudes Francaises w Nicei, podążył śladami olbrzymów.

Potwierdza on jednoznacznie ich istnienie w dawnych czasach, zresztą

nawet badacze, którzy żywią pewne wątpliwości prędzej czy później

muszą zastanowić się nad gigantycznymi grobami, menhirami, zbudo-

wanymi z pionowo ustawionych, grubo ciosanych bloków skalnych

o wysokości nawen 20 metrów, nad dolmenami, czyli zbudowanymi

z masywnych bloków komorami grobowymi, czy też nad innymi

pomnikami megalitycznymi, nie mówiąc juź po prostu o nie wyjaśnionej

kwestii osiągnięć technicznych, jakimi były obróbka i transport gigan-

tycznych kawałów skał. I właśnie tutaj, w tym przybytku niewyjaś-

nionego, kryje się dla mnie oczywisty dowód na to, że olbrzymy musiały

istnieć. Sprawa wszystkich tych gigantycznych dzieł architektanicznych,

kunsztownie obrobionych skalnych bloków, które możemy po dziś

dzień podziwiać, tylko wówczas da się przekonująco wyjaśnić, kiedy za

ich twórców uznamy olbrzymów lub istoty dysponujące nie znaną nam

techniką.

W czasie swoich podróży stając przed prehistorycznymi świadect-

wami zawsze zadawałem sobie pytanie: Czy wolno nam zadowalać się

dotychczasowymi interpretacjami i objaśnieniami tych cudów? Czy

wspólnym wysiłkiem nie powinniśmy się zdobyć na odwagę, by

zweryfikować (ewentualną) realność początkowo utopijnie brzmiących

przypuszczeń?

 

W czasie swojej ostatniej podróży po Peru w roku 1968 wraz z moim

przyjacielem Hansem Neunerem ponownie odwiedziłem megalityczne

budowle Sacsayhuaman ("jastrzębie skały"), znajdujące się ok.

3500 - 3800 m n.p.m. na obrzeżach dawnej inkaskiej twierdzy Cuzco.

Z miarką i aparatem fotograficznym zbliżyliśmy się ponownie do tych

ruin, które nie są ruinami w potocznym rozumieniu tego słowa, nie ma

tu bowiem trudn.ych do zdefiniowania zwałów potrzaskanego kamienia,

nie ma mało czytelnych resztek jakichś historycznych budowli. Skalny

labirynt Sacsayhuaman sprawia wrażenie postawionej przy użyciu

wyrafinowanej techniki superbudowli. Komuś, kto przez cały dzień

wspinał się w rozrzedzonym powietrzu tego płaskowyżu wśród kamien-

nych gigantów, pieczar i monumentalnych skalnych bloków, kto

dotykał gładkich, perfekcyjnie obrobionych murów, trudna zaakcep-

tować wyjaśnienie, iż wszystko to zostało wykonane w zamierzchłych

prehistorycznych czasach ręką ludzką za pomocą moczonych w wodzie

drewnianych klinów oraz zwyczajnych kamiennych pięściaków.

Oto jeden tylko z obmierzonych przez nas przykładów. Z granitowe-

go bloku - 11 m wysokości, 18 m szerokości, jakby wyrwanego ze

skalnej ściany - wycięto czworościan o wysokości 2,16 m, szerokości

3,40 m i głębokości 0,83 m. Pierwszorzędna robota! Nic tu nie zostało

wykruszone, byle jak wyrąbane, nie ma żadnych nierówności ani śladów

partackiej obróbki. Jeśli nawet resztką wiary jesteśmy skłonni przyjąć

możliwość, że jacyś szczególnie biegli w rzemiośle kamieniarze w toku

wieloletniej pracy zdołali oddzielić od skalnej ściany cztery boki giganta,

to przecież w końcu i tak stajemy bezradni przed pytaniem, w jaki to

sposób sprytni kamieniarze poradzili sobie z oddzieleniem tylnej ściany

czworościanu? Jest rzeczą dowiedzioną, że prace wykonano w czasach

preinkaskich. Wtedy kamieniarze nie mieli chyba jeszcze do dyspozycji

wrębiarek, jakich używa się dziś do wycinania skał na tunele metra!

Prawdopodobnae nie dgsponowali też wiedzą chemiczną, która po-

zwoliłaby im oddlzielać skalne bloki za pomocą kwasów...

A może jednak tak?

Wchodziliśmy do licznych skalnych grat o długości 60 do 80 m. Ich

prosty niegdyś przebieg został zakłócony jakby przez jakąś pierwotną

siłę, korytarze są częściowo zniszczone bądź poprzemieszczane. Długie

odcinki ścian i stropów zachowały się w całości. Perfekcją wykonania

spokojnie mogą konkurować z najlepszymi współczesnymi odlewami

z betonu. Nic tu nie jest składane z kawałków, nie ma części łączonych

jakąś zaprawą - wszystko jest jak "odlane z jednego kawałka".

Krawędzie mają kąty proste i są ostre jak noże. Szerokie na 20 cm

granitowe listwy układają się jedna nad drugą tak równiutko, jakby

dopiero wczoraj usunięto drewniane szalunki.

Przechodziliśmy przez korytarze i komory wyprostowani, w ciągłym

napięciu, jaka niespodzianka czeka nas przy następnym rozgałęzieniu.

Bez przerwy przywoływałem na pamięć dotychczasowe wyjaśnienia

archeologów na temat tego cudu techniki budowlanej, ale jakoś nie

chciały mi trafić do przekonania. O wiele bardziej prawdopodobne

wydaje się, że w czasach prehistorycznych musiały się tu znajdować

dopracowane do ostatniego szczegółu fortyfikacje. Wszystkie te bez-

błędnie abrobione kamienne kolosy mogły stanowić elementy mega-

litycznej budowli. Przypuszczalnie, gdyby przeprowadzono tu sys-

tematyczne badania, dałoby się odsłonić cały kompleks bądź go

zrekonstruować.

Oczywiście zastanawialiśmy się także, czy nie ma jakiegoś konwenc-

jonalnego wyjaśnienia dlaczego budowla z Sacsayhuaman obróciła się

w "pole ruin".

Erupcje wulkanu? Nigdzie w pobliżu żadnej nie było.

Przesunięcia skorupy ziemskiej? Ostatni silny wstrząs miał tu podob-

no miejsce 200 tysięcy lat temu.

Trzęsienie ziemi? Raczej mało prawdopodobne, aby ono poczyniło

tego rodzaju szkody, w których widać jeszcze tyle porządku w niepo-

rządku. Dodatkowe znaki zapytania przy tych wszystkich pytaniach

biorą się z faktu, że obrobione granitowe bloki wykazują w dodatku

zeszkliwienie powstające wyłącznie pod działaniem szczególnie wyso-

kich temperatur.

Kaprys natury? Granitowe bloki mają precyzyjnie wykonane rowki,

ponadto widać w nich otwory mocowań, zupełnie jakby bloki te zostały

oderwane jedne od drugich.

Ani archeologowie z miasta Cuzco, ani ich koledzy z muzeów w Limie

nie potraflli podać mi zadowalającego wyjaśnienia badanych przez nas

tworów.

- Preinkaskie, albo może nawet z kultury Tiahuanaco - twierdzili.

Oczywiście to żadna hańba czegoś nie wiedzieć. Na temat ob-

robionych skał, które widzieliśmy w Sacsayhuaman nie wiadomo

w każdym razie nic pewnego. Pewne jest tylko, że cały kompleks

wykonały w nie znanym czasie nie znanymi metodami nie znane nam

bliżej istoty. Pewne jest, że kompleks ten istniał już zanim powstała

słynna inkaska twierdza Synów Słońca i że został zniszczony przed

wybudowaniem tych inkaskich fortyfikacji.

To samo dotyczy Tiahuanaco w Boliwii.

Przestudiowałem mnóstwo książek, z których dowiedziałem się

zdumiewających rzeczy na temat Tiahuanaco. Wszystkie jednak opisy

bledną, kiedy się to widzi na własne oczy. Czytałem też to i owo na temat

osobliwych "wodociągów", które znaleziono w Tiahuanaco. Nimi

właśnie szczególnie się zainteresowałem w czasie ostatniej wyprawy na

płaskowyż.

Tak więc znalazłem się oto po raz drugi w Tiahuanaco, 4 tysiące

metrów nad poziomem morza. W czasie ostatniej bytności poświęciłem

"wodociągom" zbyt mało czasu. Tym razem chciałem nadrobić to

niedopatrzenie.

Pierwsze zadziwiające fragmenty "przewodów" znalazłem w murze

zrekonstruowanej świątyni. Uważnie przestudiowaliśmy ten detal:

wmontowano go na chybił trafił. Przewód tkwił w ścianie zupełnie bez

sensu. Wyglądał co najwyżej dekoracyjnie, jakby wykonano go z myślą

o turystach.

Kiedy udało mi się potem dotknąć "rur wodociągowych" w innym

miejscu, potwierdziło się to, co o nich czytałem: mają absolutnie

nowoczesną formę, gładki obrys z polerowanymi powierzchniami

w środku i od zewnątrz, równe krawędzie. Wgłębienia i rowki po-

szczególnych odcinków są dokładnie do siebie dopasowane. Możnaje ze

sobą zestawiać jak klacki.

O ile zdumiewa już sama technika i rzemieślnicza precyzja tych dzieł,

które archealogia przypisuje preinkaskim plemionom, o tyle człowiek

doprawdy nie wie już, co myśleć, kiedy widzi, że to, co dotychczas

skatalogowano jako "przewody wodociągowe" istnieje także w wersji

podwójnej! Jeden przewód wodociągowy byłby już majstersztykiem,

a co dopiera wykonane z jednega kamienia podwójne przewody! I to

podwójne przewody o idealnie wyszlifowanych elementach narożnych!

Jakjednak wytłumaczyć, że znaleziono jedynie górne połowy przewo-

dów?

W przypadku "wodociągów" można przecież zrezygnować co naj-

wyżej z górnej części, nigdy natamiast z dolnej!

Czy te kamienne przewody w ogóle służyły jako "wodociągi"?

A możejest zupełnie inne, na pierwszy rzut oka oczywiście fantastycz-

ne wyjaśnienie?

Legendarne przekazy oraz zachowane rysunki naskalne pozwalają

przypuszczać, że "bogowie" przybywali do Tiahuanaco na narady

zanim jeszcze został stworzony człowiek. W języku naszej epoki lotów

kosmicznyth oznacza to, że obcy astronauci zbudowali sobie na

boliwijskim płaskowyżu główną bazę. Dysponowali wysoko rozwiniętą

techniką, tak jak my dysponujemy dziś laserowym promieniem, frezami

wibracyjnymi, elektronarzędziami. Przy pomocy tej techniki wykonali

szereg zwykłych użytkowych budowli. Czy w tej sytuacji "przewody

wodociągowe" nie były raczej osłanami kabli energetycznych łączących

poszczególne kompleksy budynków?

Istoty, które potrafiły wykonać rury takie jak te z Tiahuanaco,

musiały dysponować znakomitymi umiejętnościami technicznymi. Is-

toty o tym stopniu inteligencji nie mogły być tak głupie, aby robić

przewody wadociągowe z podwójnych rur, skoro w o wiele mniej



dalej


strona główna
(23kB)