(23kB)
strona główna



Ryszard Kapuściński

Lapidaria


 

 

Mały, zadrzewiony skwer w centrum Queretaro. Co-

dziennie o szóstej po południu robi się tu rojno. Najpierw

przychodzą kobiety, same kobiety. Są to mamy z córkami

na wydaniu. Mamy rozsiadają się na ławkach otaczają-

cych kępę starych drzew rosnących na środku skweru.

Ławek jest kilkanaście, matek kilkadziesiąt, córek ponad

sto. Dziewczyny witają się i zaczynają chodzić parami

wokół skweru. Chodzą zgodnie z ruchem zegara, zawsze

w tym samym kierunku, niezmiennie, bo to widocznie ry-

tuał praktykowany od zamierzchłych czasów. Po chwili

na skwerze pojawiają się chłopcy, miejscowa kawalerka.

Też witają się (ale tylko chłopcy z chłopcami) i zaczynają

chodzić parami tworząc pierścień krążący na zewnątrz

pierścienia dziewcząt. . Na zewnątrz i w przeciwnym kie-

' runku.

To krążenie pierścieni trwa godzinę.

Mamy patrzą, są czujne.

Panuje cisza.

Słychać tylko rytmiczne kroki poruszających się par.

Regularne, wyraźne, dokładnie odmierzane staccato.

Chłopcy i dziewczęta nie rozmawiają ze sobą, nie wy-

mieniają uwag, dowcipów ani okrzyków. Tylko mijając

się, przyglądają się sobie w skupieniu. Te spojrzenia są

raz dyskretne, raz natarczywe, ale zawsze obecne i uważ-

ne. Obie strony obserwując się oceniają, rozważają, doko-

nują wyboru. Między tymi dwoma krążącymi pierścienia-

. mi wibruje pełne napięcia pole, jest to przestrzeń magne-

tyczna, naładowana z trudem tłumioną emocją, ledwie

powstrzymywanym przyciąganiem.

Po godzinie matki, wszystkie jednocześnie, wstają z ła-

wek i zaczynają się żegnać (trwa to kilka minut). Następ-

, nie wołają dziewczęta i razem, powoli, odchodzą do do-

mów. Pierścień chłopców też pęka i rozsypuje się, chłopcy

znikają w sąsiednich uliczkach.

Plac pustoszeje.

Słychać tylko ogłuszający świergot ptactwa buszującego

w zbitej, zwełnionej kępie drzew rosnących na skwerze.

Tu, w Ameryce Łacińskiej, widać najlepiej, jak świat

żyje na różnych piętrach, właściwie - w różnych komór-

kach, podzielony, zatomizowany. Czy nierówność zawsze

rodzi nienawiść? Tu - raczej frustrację, a u wielu nawet

- pokorę. Pokora ta jest formą samoobrony, chytrym

wybiegiem, który ma zmylić zło, osłabić jego działanie.

Ich siłą jest obrona, a nie atak, umieją przetrwać, ale nie

potrafią zmieniać. Są jak krzew, który rośnie na pustyni

- dość silny, aby żyć, zbyt słaby, aby rodzić.

Istnieją dwa rodzaje korupcji: korupcja bogactwa i ko-

rupcja nędzy. Zwykle mówi się o tej pierwszej, tylko o

niej, ponieważ bogactwo rzeczywiście demoralizuje. A ko-

rupcja nędzy? Z nią mają do czynienia partyzanci w

Ameryce Łacińskiej. Chłop, który za pięć dolarów wydaje

na rzeź cały oddział, oddział walczący o jego ziemię, o je-

go życie.

Nędza jest demoralizująca. Jeżeli trzecia część społe-

czeństwa żyje w nędzy, całe społeczeństwo jest zdemorali-

zowane. Produktem nędzy jest strach i nakaz kategorycz-

ny, marzenie gorączkowe, żeby wyrwać się z niej za

wszelką cenę. Odgrodzić się szybą limuzyny, murem ota-

czającym willę, wysokim kontem bankowym. Nędza

przygniata i odstrasza. Rozluźnia świadomość i skraca

perspektywę. Człowiek myśli tylko o tym, co będzie jadł

dziś, za godzinę, za chwilę. Nędza jest aspołeczna, jest

niesolidarna. Tłum nędzarzy nigdy nie będzie solidarny.

Wystarczy rzucić w ten tłum kawałek chleba - zacznie

się bójka. Obrazy nędzy nie ciekawią ludzi, nie budzą ich

zainteresowania. Ludzie odruchowo odsuwają się od sku-

pisk nędzy. Widocznie w nędzy jest coś wstydliwego, coś

poniżającego, jakaś sytuacja porażki, znamię klęski.

Szereg konfliktów ideologicznych pochodzi stąd, że

ideologia zmieniając swoje położenie geograficzne zabar-

wia się inną kulturą, niekiedy zmienia nawet swój sens

pierwotny. Każde środowisko kulturowe opatruje tę samą

ideologię innym odcieniem, coś jej dodaje i czegoś ujmu-

je, wędrówka idei jest procesem czynnym, u kresu tej

wędrówki idea może wystąpić w najbardziej zaskakująco

odmiennym wcieleniu. W każdym ruchu ideologŹŹ w prze-

strzeni - z kraju do kraju, z kontynentu na kontynent, z

' jednego obszaru kulturowego na inny - istnieje poten-

cjalna groźba schizmy. Potencjalna, a może nawet nieuch-

ronna. Przykład chrześcijaństwa, które przesuwając się na

Wschód rozłamuje się na schizmy, zwalczane przez Cen-

trum. Przykład islamu, który rozpada się na schizmy, w

miarę jak rozprzestrzenia się na świecie. Centrum zwalcza

schizmy argumentem, że schizma osłabia ideologię, że jest

jej wroga. Ale dzieje chrześcijaństwa i islamu dowodzą

czegoś innego. Schizma przez uterenowienie, przez zna-

cjonalizowanie ideologŹŹ - wzmacnia ją, choć jednocześ-

nie (i to jest prawdą) - osłabia Centrum. Słowem-

wzmacnia merytorycznie, a osłabia organizacyjnie.

Rodzaje demagogŹŹ uprawiane przez tutejszych polity-

ków:

konserwatyści, prawica - ci głoszą, że jest ciężko, ale

.

ciężko wszystkim, stąd wyjście ku lepszemu leży w jed-

ności, a jedność ta winna wyrażać się w skupieniu wokół

władzy, we wspomaganiu jej, w rozumieniu itd.,

niby-postępowi - ci atakują bogaczy, obcy kapitał,

mówią o nędzy jednych i bogactwie drugich, a potem nic

nie robią, wypalają się w gadaniu, odurzają się gadaniem,

jest wreszcie rodzaj demagogŹŹ - nazwijmy to - spra-

wozdawczej, np. expos‚ prezydenta republiki: dwieście

stron zadrukowanych tysiącem cyfr, nazw, dat, po to,

aby ukryć rzecz główną - że nie zostało zrobione nic

ważnego.

M. zwraca uwagę na ważny element kultury życia w

Meksyku (zresztą ogólnolatynoski). Nazywa to asysten-

cją. To potrzeba uczestniczenia w ważnej uroczystości, w

której biorą udział ważne osoby. Dla asystencji rzuca się

wszystko - jest ona niezbędna dla życia, dla poczucia

godności własnej. Powaga, pompa tych uroczystości-

mowy, bankiety, nastrój, formalizm. Nikogo to nie razi.

Federico Bracamontes, urzędnik bankowy i mój sąsiad,

zaprasza mnie na przyjęcie. Okazja jest następująca: Fe-

derico maluje. Maluje kicze okropne, powiem nawet-

przerażające, czy - jeszcze lepiej: przygnębiające. Robi

przyjęcie z okazji ukończenia takiego właśnie kolejnego

kiczu. W czasie przyjęcia odsłania obraz. Obyczaj wyma-

ga, aby w tym momencie rozległ się jęk zachwytu. Tak

też i jest. Fotograf dokonuje zdjęć, a goście - którzy

przybyli tłumnie - wznoszą toasty za kicze następne i

gratulują autorowi kiczu właśnie odsłoniętego.

Polityka w Ameryce Łacińskiej jest rozumiana jako za-

jęcie dla bogatych. Działacz - to bogacz. Partia to ro-

dzaj businessu, a po to, żeby uprawiać business, trzeba

mieć kapitał. Biedny, zapytany o poglądy polityczne, od-

powiada: "Nie mam poglądów. Jestem na to za biedny".

' Ta postawa jest wynikiem długich doświadczeń w kra-

jach, gdzie polityka dawała zysk, bogactwo, była źródłem

kolosalnych dochodów. Dlatego elity polityczne były i są

tu tak zamknięte, tak niedostępne, ekskluzywne: żeby by-

ło więcej do podziału, do kiesy. Lud to tylko widz, słabo

zorientowany świadek, przygodny kibic.

Umieć ustalić cel konkretny, o który walczy wieś, mia-

' steczko. Ludzie z Santo Victorio walczą o swoje winnice.

"Bez wina jesteśmy niczym". Ich talent, ich siła, ich soli-

darność - wszystko oddane jest walce o winnice. Chłop

, nigdy nie walczy o ziemię wogóle. Walczy o konkretny

kawałek ziemi: od tego dużego kamienia - prosto - do

drzew~, które stoi o - tam - na - lewo. Walczy o to,

co jest w zasięgu ręki, co może objąć spojrzeniem. Poza

granicą horyzontu zaczyna się już inny świat, który do

niego nie należy, który jest mu obcy i często - wrogi.

Tegucigalpa: w Tegucigalpie nie ma czym myśleć.

W La Paz (Boliwia). Plaza Murillo jest centralnym

punktem miasta. W niedzielę rano panowie politycy przy-

chodzą tu czyścić buty. Każda partia zajmuje inną stronę

placu. Każda partia ma swoich czyścibutów. Każda par-

tia ma swoje ulice tradycyjnie zajmowane przez nią na

spotkania i spacery. Dzielnice też mają różne. Ważne jest

zorientować się w tym systemie, który pozwala wszystkim

jakoś żyć, omijać się, siedzieć w swoich matecznikach.

Wielkie place, wielkie ulice mają na całym świecie

wspólną cechę: miejsce człowieka zastępuje tłum. Trzeba

dojść do małych uliczek. iść na peryferie, wejść w bramy,

żeby znowu odnaleźć człowieka.

Teoria czasów lokalnych. Czas posuwa się z różną

szybkością zależnie od miejsca na kuli ziemskiej, zależnie

od tego punktu, w którym jesteśmy, zależnie od kultury.

Ten fakt, że kiedyś istniały różne miary czasu, dowodzi,

że ludzie umieli różnicować je, umieli dostosowywać je do

lokalnych warunków życia i geografii. Każdy, kto żył z

koczownikami na pustyni czy wśród Indian AmazonŹŹ,

wie, jak nasz zegarek traci tam sens i rację bytu. Jest

zbędnym mechanizmem, abstrakcją oderwaną od życia.

Bujna roślinność tropiku myli, stwarza wrażenie łatwej

i niezwykłej urodzajności. Tymczasem wszystko osiąga się

tu za cenę wielkiego trudu i kosztów. Potrzeba ogro-

mnych nakładów, aby wytrzebić roślinność tropikalną i

oczyścić pole pod zasiewy i uprawy. Inne problemy-

plagi insektów, choroby tropikalne. Ale przede wszystkim

- deszcze, które niszczą ziemię, zmywają próchnicę,

przerywają komunikację. Ktoś przewiduje, że gdyby wy-

ciąć dżungle AmazonŹŹ, rejon ten, w ciągu pół wieku, za-

mieni się w pustynię.

Wiadomość o gazecie elektronicznej, która błyskawicz-

nie przeniesie informację do każdego domu. Tak, ale

problem polega na tym, że procesowi przyspieszenia in-

formacji towarzyszy zjawisko jej spłycenia. Coraz więcej

informacji, ale coraz płytszych.

Flash - jest to jednozdaniowa informacja, która po-

przedza szczegółowy opis zdarzenia. Ale jeżeli całą infor-

mację sprowadzi się do flash'ów - co zostanie? Potok

wiadomości, który będzie tylko ogłuszał, stępiał wrażli-

wość, usypiał uwagę.

Jednozdaniowa informacja to często po prostu dezin-

formacja. Oto pojawiła się wiadomość: "Anguilla ogłosi

niepodległość". Anguilla to mała. piękna wysepka na

Morzu Karaibskim. Stara, brytyjska posiadłość. Znalazł

się tam sprytny człowiek, niejaki .lohn Webster. Zawarł

cichą umowę z jedną z firm hotelowych z Miami, że

sprzeda im Anguillę, która jest jedną wielką, gorącą pla-

żą. Aby doprowadzić transakcję do skutku, Webster zało-

żył partię narodowowyzwoleńczą, a następnie ogłosił wys-

pę niepodległym państwem (mieszka tam dziesięć tysięcy

ludzi). Skończyło się wysłaniem na miejsce oddziału poli-

cji londyńskiej i ucieczką Webstera do Miami.

Krajobrazy andyjskie - głębokie, plastyczne, rzeźbione

z rozmachem, wypełniające całą przestrzeń. Nasze ludzkie

zagubienie w tych krajobrazach.

"Druga religia" - temat i tytuł eseju o piłce nożnej w

Ameryce Łacińskiej. Zaczyna się od szmacianki w dzielni-

cy slumsów - ciasne uliczki, podwórka, ścisk uganiającej

, się, rozszalałej, rozkrzyczanej dzieciarni. W BrazylŹŹ-

tradycja lansowania króla futbolu, jak gdzie indziej lansu-

je się gwiazdę filmową lub - wodza ludu. Król kopnął

piłkę, król strzelił gola - to napełnia ich dumą. Może

dlatego, że ktoś, że jeden z nich potrafił coś zro-

bić. Mecz piłkarski - jako przyczyna wojny, jako przy-

czyna masakry, jako mechanizm patriotycznego wyłado-

wania (miasto po meczu wygranym, miasto w ekstazie,

Meksyk, Lima, Montevideo jak w czasie festynu, roz-

, świetlone, kolorowe). Mecz ważniejszy niż zmiana rządu

(w Ekwadorze zrobili zamach wojskowy w czasie, kiedy

wszyscy siedzieli przed telewizorami oglądając swoją dru-

żynę grającą z Kolumbią i nikomu nie przyszło do głowy

wystąpić w obronie usuniętego gabinetu). Mecz jako

przyczyna samobójstw (pewna dziewczyna w Salwadorze

po utracie bramki na rzecz Chile), zabójstw popełnionych

w euforŹŹ, w szczęściu (częsty przypadek w BrazylŹŹ). Nogi

Pele (bardzo brzydkie, kosmate i krzywe) są dokładnie i

nieustannie fotografowane - w Guadalajarze Pele siada

na fotelu, a tłum fotoreporterów czołga się po murawie

boiska, fotoreporterzy walczą ze sobą, rozpychają się, wa-

lą po głowach kamerami - każdy zabiega o lepsze zdję-

cie nóg Pelego, którym później gazety poświęcą swoje ko-

lorowe dodatki.

Diego Rivera. Jego freski w kaplicy Escuela Nacional

de Agricultura, w Meksyku (rok 1926). Prowokacja! Bo

stoi ołtarz, krzyż, są ławki dla wiernych. Ale na ścianach

wymalowane sierpy i młoty, czerwone gwiazdy, nagie ba-

by wiejskie. Zapata złożony w grobie. Chłopi z karabina-

mi: Kaplica Sykstyńska Rewolucji Meksykańskiej, "Tym,

którzy padli i którzy jeszcze padną w walce o ziemię".

Rivera - witalny, śmiały, niby-prymitywny, mocny, zde-

cydowany. Bryły - bryły postaci, głów, pięści, kolb ku-

kurydzy, skał. Bryła świadomie zamierzona, ciężka, ma-

sywna, dobrze osadzona na podstawie - na ziemi.. Re-

wolucja i religia - Rivera nie umie tego rozdzielić, a mo-

że nawet inaczej: mówi nam wprost, świadomy swojego

przesłania, że rewolucja może być religią, nadzieją i unie-

sieniem, nim stanie się kapliczną liturgią, obrządkiem

sakralnym, malowidłem naściennym.

Tepotzotlan, Monte Alban, Macchu-Picchu - r‚ligia

Indian a religia katolicka. Ich religia wymagała otwartej

przestrzeni, monumentalnej scenerŹŹ. Nasza religia - to

zgęszczenie, ścieśnienie, to tłum zbity, spocony, napięty,

ich religia - to człowiek w wielkim krajobrazie, to niebo

rozpięte, to ziemia i gwiazdy. W takiej przestrzeni tłum

znikał, wtapiał się w pejzaż uniwersalny, w tym gigan-

tycznym krajobrazie tłum nie mógł unicestwić jednostki,

człowiek mógł być sam na sam z Bogiem, czuć się wolny,

złączony z nadziemską wielkością. Ich architektura sak-

ralna sprowadza się do najprostszej geometrŹŹ. Żadne de-

tale nie rozpraszają uwagi. Wzrok błądzi w przestrzeni. U

nas - tłok i ciasnota, tam - swoboda i nieskończoność,

u nas - mur ograniczający, tam - pejzaż nie ograniczo-

ny.

Z KolumbŹŹ: zasada wydawania wyroku bez jego egze-

kucji. Zawiesić nad głową miecz i kazać żyć w cieniu tego

miecza. Taki człowiek, z mieczem nad głową, żyjący w

warunkach wolności zagrożonej, jest roznosicielem stra-

chu, zatruwa strachem otoczenie. Zachowuje się tak, jak-

by wszyscy widzieli ten wiszący nad nim miecz. Stopnio-

wo taki człowiek staje ' się coraz bardziej i n n y.

Oddala się, nie możemy się porozumieć, tracimy go. I

choć miecz nie drgnie do końca, de facto wyrok jest wy-

konany.

Słowo: różnica między wagą słowa u nich i u nas. "I

słowo stało się ciałem". Otóż tutaj słowo nigdy nie osiąga

tego stadium, tego stopnia krystalizacji. Tu słowo jest

korkiem na wodzie, pierzem na wichrze. Pływa, fruwa,

rozpada się, jest zmienne jak kalejdoskop; jest nieuchwyt-

ne, pojawia się i znika bez śladu, a często - bez wraże-

nia. Nie ma ciężaru, nie ma tej bezwzględnej, topornej

natrętności, nie jest zagrożeniem. Czto napisano pierom,

nie wyrubat' toporom. Stąd nabożeństwo odprawiane

nad każdym słowem, gdyż jest ono traktowane magicznie,

to znaczy wierzy się, że ono rządzi rzeczywistością, że

może ją stworzyć, zmienić albo unicestwić.

Opisać proces przemiany białego w BIAŁEGO. Biały

w Europie nie ma świadomości, że jest biały. Nie zastana-

wia się nad tym, nie żyje tą myślą. Natomiast biały w

Trzecim Świecie staje się, w miarę upływu czasu, coraz

bardziej biały. Jest ograniczony i izolowany przez to, że

jest biały, a jednak sam będzie swoją białość umacniać,

ponieważ dla niego białość - to wyższość (lub złudzenie

wyższości).

Dyskryminacja rasowa jest znacznie bardziej odczuwal-

na i upokarzająca niż dyskryminacja ekonomiczna. Stąd

w Stanach Zjednoczonych istnieje ruch Black Power czy

Poder Chicano, natomiast nie ma np. ruchu Italian Po-

wer, ponieważ Włosi, choć często źle ekonomicznie sytuo-

wani, nie są dyskryminowani rasowo, są biali. Dyskrymi-

nacja rasowa rodzi ruchy protestu i odwetu bardziej

gwałtowne i niszczycielskie niż dyskryminacja ekonomicz-

na.

Charakterystyczne dla ewolucji politycznej inteligenta

latynoskiego jest to, że z reguły zaczyna działać na lewi-

cy, a kończy - na prawicy. Zaczyna od udziału w anty-

rządowej demonstracji studenckiej, a kończy za biurkiem

ministerialnym. Od młodego buntownika do starego biu-

rokraty - taka jest jego droga. Nigdzie na świecie prze-

paść między młodością a starością, między początkiem a

końcem życiorysu nie jest tak drastyczna. Campo Salas,

komunizujący jako student, kończy jako minister prze-

mysłu i handlu w rządzie Diaza Ordaza (Meksyk). Eko-

nomista Aldo Ferrer, demaskator systemu argentyńskie-

go, kończy jako minister gospodarki w rządzie gen. Le-

vingstona. Angel Asturias, pisarz-demaskator, buntownik

studencki, kończy jako ambasador skrajnie despotyczne-

go reżimu Montenegro (Gwatemala). Jakaż zdolność asy-

milacyjna tych reżimów! Przyswoją, wchłoną wszelką

opozycję.

Niebezpieczeństwo stagnacji polega m.in. na tym, że

stagnacja rodzi akomodację, że wewnątrz systemu niewy-

godnego wytwarza się podsystem wygodny, z którego

część ludzi chętnie korzysta. Pojawia się cała warstwa he-

roicznych pasożytów podających się za ofiary systemu,

ale w rzeczywistości zainteresowanych w jego utrzymaniu,

ponieważ zapewnia im względnie wygodne życie.

Gomez Padilla z Dominikany opowiadał mi, że u nich

istnieje system list - różne listy sporządzane przez poli-

cję, na tych listach różni ludzie zaliczani do opozycji. Na

przykład on, Gomez, był na tzw. lista para encarcelar. Je-

żeli cokolwiek zdarzyło się w kraju, zaraz był zamykany.

Najczęściej nie wiedział dlaczego. Czasem dowiadywał się

w areszcie od kolegów, którzy byli na tej samej liście,

czasem dopiero po wyjściu albo nawet z gazet. W miarę

zaostrzania się represji, coraz więcej ludzi dostawało się

na jakąś listę. Była i gradacja list - dzięki protekcjom i

łapówkom można było zostać przesuniętym na lepszą, ła-

godniejszą listę. Ale jeżeli powinęła się noga, można było

spaść na listę gorszą. Byli przyjaciele z tej samej listy, by-

ły znajomości, które się urywały, kiedy ktoś przechodził

na inną listę.

, Octavio Paz o Latynosach: "Mieszkańcy przedmieść hi-

storŹŹ". Tenże: "Na naszych ziemiach wrogich myśleniu".

Tenże: "Nasza tradycja ciągłego zaczynania od począt-

ku". I jeszcze: "Jest w nas nieustanne poczucie frustra-

cji".

Meksyk. W nędznej wiosce rozmowa z chłopami. Po-

korne, zabiedzone typy. Skarżą się na wszystko, wzdy-

chają.

- Dlaczego nie walczycie?

Cisza, po chwili odpowiedź:

- Bo nie mamy świadomości, seńor.

Dla nich świadomość to narzędzie takie jak motyka,

jak siekiera. To coś materialnego. To nawet jakby luksus.

Człowieka biednego nie stać, żeby miał świadomość.

W górach Sierra Madre de Chiapas,. w czasie podróży

przez Yucatan, widziałem pogrzeb w wiosce indiańskiej.

Uderzył mnie roboczy charakter tej uroczystości, w której

właściwie nie było nic z uroczystości. Z początku myśla-

łem, że to ludzie wracają z pracy. Szli gromadą, rozma-

wiali, spierali się. Żadnych strojów żałobnych. Ni śpiewu,

ni płaczu. Nieśli dwie trumny, jedna z nich była maleńka

pewnie chowali kobietę i dziecko, zmarłych w czasie

połogu. Ów roboczy charakter pogrzebu podkreślał co-

dzienność śmierci wśród tych ludzi, jej zwyczajność.

Chłopi nie wierzyli w śmierć Zapaty. Emiliano Zapata,

przywódca rewolucji meksykańskiej, zginął w 1919 roku.

Profesor Soreló Inclan wspomina, że dwadzieścia lat póź-

niej słyszał chłopów mówiących przed mauzoleum Zapa-

ty: "Tutaj leży jakiś nieboszczyk. Zapaty tu nie ma".

Strach w Urugwaju:

Paco, cynik i złośliwiec, opowiadał mi o eksperymen-

tach, jakie urządzał z ludźmi na ulicach Montevideo. A

więc zaczynał iść za przygodnym człowiekiem. Człowiek

przystawał - Paco przystawał. Człowiek ruszał - Paco

za nim. Po jakimś czasie zaczynał się oglądać: Paco pa-

trzył na niego przez ciemne okulary. Mijały chwile i Paco

widział, jak na twarzy człowieka pojawia się pot. Jak jego

koszula zaczyna być mokra na plecach. Wtedy Paco po-

rzucał swoją ofiarę i odchodził.

Wszystko może być dowodem:

oto prokuratura generalna Meksyku przedstawia jako

dowody oskarżenia przeciw małej, podziemnej organizacji

Ruch Akcji Rewolucyjnej m.in. peruki, sztuczne rzęsy.

okulary przeciwsłoneczne, maszyny do pisania, magneto-

fony, lampę naftową, pudełko zapałek, klej itd. Nawet

kilka jednakowych łyżek. Wspólnie jedli, a więc stanowili

organizację! Konspirowali!

Cechy populizmu:

ambiguo - dwuznaczny, nawet wieloznaczny, nie-

skonkretyzowany, mętny;

transaccional - polityka przetargów, godzenia sprzecz-

ności, kunktatorstwo, paktowanie;

sin salida - polityka, która nie prowadzi do żadnych

ostatecznych rozwiązań, która pozostawia struktury nie-

naruszone;

demagogico - język ludu, ale działanie - bez ludu,

ataki na oligarchię, ale słowne tylko, mgliste i bałamutne.

Nowa mentalność (mowa o ruchach studenckich w

Ameryce Łacińskiej), jej cechy:

potrzeba uczestnictwa,

- potrzeba efektu natychmiastowego, kult fajerwerku,

- potrzeba negacji totalnej, ciągłego przeczenia,

- potrzeba emocji, przeżycia,

- potrzeba akcji, czystego ruchu (od akcji do akcji,

bez refleksji, bez analizy, aż do wyczerpania energŹŹ, aż

do przejścia w przewlekły; przygnębiający stan odrętwie-

nia)..

W sumie jest to mentalność subiektywna i spontanicz-

na, dla której cel jest tak daleki, że aż niewidoczny i dla-

tego zamiast celu widzi ona tylko środek, mitologizując

go i składając mu ofiary.

Paragwaj. Młodzi konspiratorzy. Ich naiwność, niedoj-

rzałość, często - nieodpowiedzialność. Ich kostium, gest,

poza. Konspiracja - jako forma życia towarzyskiego, ja-

ko styl, jako temat ciekawej rozmowy. Konspirują, bo to

należy do dobrego tonu, często konspirują z nudów, żeby

coś robić, żeby się tym trochę ponarkotyzować. Ponieważ

uważają władzę za wroga kultury, za jej niszczyciela,

traktują konspirację jako udział w kulturze, jako rodzaj

twórczości. Rzadko jednak myślą o działaniu skromnym,

mrówczym, wytrwałym, częściej jest to działanie - mani-

festacja, w którym chodzi o to, aby się pokazać, dowar-

tościować, coś przeżyć, stworzyć legendę. Przygoda, która

czasem kończy się śmiercią. Bezradni, nie mogąc pokonać

władzy, czerpią satysfakcję z tego, że nie szczędzą jej

obelg, że nią gardzą. W sumie - obie strony są silne i na

swoich miejscach. Silna jest władza, gdyż przeciwnik nie

zagraża jej fizycznie, i silna opozycja - poczuciem swojej

moralnej wyższości, swojej racji. W ten sposób od lat pa-

nuje między nimi impas, sytuacja patowa, układ napiętej

równowagi, który mimo -pływu czasu nie przechyla się

na żadną stronę.

Także władza ma własną konspirację. Aby zwalczać

przeciwników, tworzy ona organizacje pseudokonspiracyj-

ne, rodzaj półoficjalnego podziemia. Bojówki takie mają

różne nazwy: Porras, Esquadron de Morte, Mano Blan-

ca. To one sieją postrach w szeregach opozycji, grożą,

terroryzują, wykonują wyroki. Policja udaje, że ma czyste

ręce, nawet będzie stwarzać wrażenie, że ściga bojówka-

rzy (których sama werbowała i którymi kieruje). W rze-

czywistości opozycja została zdemoralizowana i zni-

szczona nie przez frontalne działania aparatu represji, ale

infiltracją i prowokacją, a więc dzięki temu, że policji

udało się stworzyć dziesiątki niby-to-konspiracyjnych

grup i związków i w ten sposób tak zamącić, zaciemnić

obraz, tak zatrzeć granice i linie demarkacyjne, taką

stworzyć niewyraźność, niepewność i dwuznaczność, że

już nikt, poza samą policją, nie był pewien niczego, a i

ona też, okresami, gubiła się w świecie, który sama powo-

łała do życia.

Cechą charakterystyczną rozwoju Ameryki Łacińskiej

jest to, że nigdy jedna rzecz nie likwiduje drugiej całkowi-

cie, że tutaj "nowe" nie usuwa "starego", że walka mię-

dzy nowym i starym nie kończy się zniszczeniem jednej ze

stron, lecz kompromisem, że - słowem - proces rozwo-

ju jest tu procesem nawarstwiania, gromadzenia, dodawa-

nia. Tym samym jest to proces kumulacji napięć, które

jednak rzadko kończą się wyładowaniem ostatecznym.

Antonio Sanchez (meksykański "Excelsior"), przypo-

minając termin Pawlesa i Bergera "kryptokracja" na ok-

reślenie współczesnych rządów i ich tajności, pisze: "W

państwie współczesnym życie przeciętnego obywatela jest

warunkowane tajemniczymi decyzjami podejmowanymi

przez grupy nie znanych mu ludzi, którzy mają wpływ na

wszystkie dziedziny naszej egzystencji. Wejście do najbar-

dziej zamkniętych elit polityczno-ekonomicznych przypo-

mina ceremonie tajemnych inicjacji, urządzane przez tajne

stowarzyszenia w rodzaju masonów".

Siła władzy latynoamerykańskiej polega na jej słabości.

Władza pojawia się tylko w momentach ostatecznych.

Przez to w życiu codziennym nie jest odczuwana jako in-

stytucja natrętna i wszechstronna, nie drażni. Człowiek

porusza się tu w świecie rozluźnionym, który daje mu po-

czucie wolności.

Honduras. Na przyjęciu poznałem generała w stanie

spoczynku - Rojasa Toledo. Przyszedł w mundurze,

miał na piersi dwa rzędy orderów. Nie brał udziału w ża-

dnej wojnie. .Górny rząd wypełniały ordery "Za Odwa-

gę", które otrzymał za udział w zamachach wojskowych.

Za każdego obalonego prezydenta republiki - order. W

dolnym rzędzie wisiały ordery "Za Lojalność" - przy-

znawane w nagrodę, kiedy opowiadał się po stronie rządu

- przeciw zamachowcom. Te dwa rzędy orderów bez-

konfliktowo koegzystowały na jego piersi.

Ludzie w krajach Trzeciego Świata: ich osłabiony po-

tencjał biologiczny, ograniczona percepcja wskutek niedo-

żywienia, rozwinięte psychozy społeczne itd. Jeżeli w ta-

kim środowisku dojdzie do głosu instynkt walki, będzie

on miał dwie cechy: a - brak ukierunkowania (bunt des-

trukcji ślepej), b - krótkotrwałość. Będzie to jednorazo-

we wyładowanie, po którym nastąpi odpływ, długi okres

apatŹŹ, rezygnacji, nawet lęku i zwiększonej pokory (czar-

ni, którzy po buncie płaczą, Indianie, którzy chowają się

po domach, naciągają na głowy koce). Stąd niewytłuma-

czalne na pozór reakcje, kiedy np. zbuntowani zdobywają

miasto, a potem sami, bez nacisku, wycofują się z niego.

Albo żołnierze, którzy po buncie z własnej inicjatywy od-

dają broń.

Ameryka Łacińska (ogólnie): zwraca uwagę, że wyda-

rzenie polityczne ma tu z reguły płytki, powierzchowny

charakter. Powierzchnia jest ruchliwa, wzburzona, a wnę-

trze, głębia - nieruchome, wnętrze to zastoina. Tutejsze

struktury wytworzyły potężne mechanizmy samoobrony,

których zbyt słaba opozycja (opozycja najczęściej etycz-

no-werbalna), nie może przełamać. Mój przyjaciel, Carlos

Fereira, jest przykładem człowieka z takiej opozycji. Jego

główna cecha to pesymizm posunięty do takiej skrajności,

że staje się nieuświadomioną akceptacją status quo.

Wszystkie zjawiska negatywne Carlos przyjmuje kiwnię-

ciem głowy oznaczającym: wiadomo, wiadomo, nie może

być inaczej. A więc to, że jest źle - jest normalne. Nato-

miast wszystkie zjawiska pozytywne przyjmuje sceptycz-

nie, nieufnie. Carlos nie stara się zmienić rzeczywistości

- chce się od niej odciąć, izolować. Tak również zacho-

wują się tutejsi konspiratorzy i partyzanci. Ich ruch jest

przede wszystkim ruchem oczyszczenia moralnego. Cel

polityczny jest w jakimś sensie wtórny i nawet niezbyt

wyraźnie uświadomiony. Wielu młodych wstępuje do par-

tyzantki, bo nie chce brać na siebie winy za nadużycia sy-

stemu. Walczą nie z pozycji pretendentów do władzy, ale

z pozycji apostołów egalitaryzmu, rozumianego jako ka-

tegoria moralna. Nie myślą o tym, czy zwyciężą, myślą o

tym, że chcą być czyści.

Cztery "legalne" metody likwidacji fizycznej przeciwni-

ków politycznych: 1 - desaparecido, tj. ten, który zni-

knął, wyszedł z domu i nie wrócił, szedł ulicą i nagle zni-

knął, nikt nie wie, co się z nim stało, przecież nie mógł

wyparować, a jednak już go nie będzie; 2 - lex fuga, tj.

prawo ucieczki, inaczej: ktoś został zatrzymany, ale za-

czął uciekać, ściślej - aby usprawiedliwić zabójstwo, po-

licja ogłasza, że zatrzymany zginął, ponieważ usiłował

uciekać i policjanci musieli otworzyć ogień, stąd, w rezul-

tacie, ten niefortunny i przykry epilog; 3 - accidente, tj.

wypadek. Bardzo częste usprawiedliwienie zabójstwa. Po-

dejrzany jechał samochodem i albo sam wpadł na drze-

wo, albo ktoś na niego najechał, właściwie nie wiadomo,

jak to było dokładnie, ale śledztwo wszystko kiedyś usta-

li, sprawa zostanie wyjaśniona; 4 - zabity przez "hom-

bres desconocidos", tj. przez ludzi nieznanych, po prostu

ktoś go zabił, oczywiście, policja poszukuje morderców,

ale czy to tak łatwo znaleźć mordercę? Przecież sam nie

przyjdzie i nie przyzna się do winy. Tak, wiemy, że stało

się wielkie nieszczęście, nie trzeba nas o tym przekony-

wać.

Notatka z dziennika "Ovaciones", Meksyk 28.2.72:

"Rafael Radilla Meganda, oskarżony o dokonanie 27

zabójstw, zginął wczoraj tak, jak żył - z pistoletem w rę-

ku. Radilla, którego od wielu lat policja nie była w stanie

ująć, został zaskoczony wczoraj w barze w Chilpancingo

przez pięciu mężczyzn, którzy wpakowali w jego ciało 125

kul. Radilla wyciągnął swój pistolet automatyczny, ale

powalony huraganem pocisków, nie zdążył wystrzelić.

Napastnicy uciekli na koniach w kierunku gór otaczają-

cych miasto. Policja twierdzi, że byli to bracia pewnego

człowieka, którego Radilla zastrzelił w ubiegłym. tygod-

niu".

W tymże mieście, w tym samym barze, człowiek za-

strzelił człowieka. Nie znali się. Siedzieli naprzeciw i pili

piwo. Żaden nie był pijany. W pewnym momencie jeden z

nich wyciągnął pistolet i zabił tego z naprzeciwka. Póź-

niej, zapytany przez sędziego, dlaczego to uczynił, odparł:

"Ponieważ nie podobała mi się jego twarz".

Z Gdańska

1980

Dwanaście sierpniowych dni spędzonych na Wybrzeżu.

Szczecin, potem Gdańsk i Elbląg. Nastrój ulicy spokojny,

ale napięty, klimat powagi i pewności zrodzony z poczu-

cia racji. Miasta, w których zapanowała nowa moralność.

Nikt nie pił, nie robił awantur, nie budził się przywalony

ogłupiającym kacem. Przestępczość spadła do zera, wy-

gasła wzajemna agresja, ludzie stali się sobie życzliwi, po-

mocni i otwarci. Zupełnie obcy ludzie poczuli nagle, że są

- jedni drugim - potrzebni. Wzorzec tego nowego typu

stosunków, który wszyscy przejmowali, tworzyły załogi

wielkich zakładów strajkujących.

W tych dniach można było zobaczyć, jak kształtuje się

stosunek między wielkim zakładem a miastem. Kilkuset-

tysięczne miasto samorzutnie podporządkowuje swój los

intencjom i dążeniom załogi stoczniowej, której walkę

uważa za swoją i której zmagania wspiera solidarnie.

Wszelkie mówienie i pisanie w stylu "Zniecierpliwione

społeczeństwo Wybrzeża oczekuje, że strajkujący podejmą

pracę", powtarzane ciągle w telewizji i prasie, brzmiało

tam, na miejscu, jak ponury żart i przede wszystkim-

jak obraza. Rzeczywistość wyglądała inaczej: im bardziej

przedłużał się strajk, tym silniejsza stawała się wola wy-

trwania. W tych dniach bramy stoczni i wejścia do innych

zakładów tonęły w kwiatach. Bo też sierpniowy strajk był

zarazem i dramatycznym zmaganiem się, i świętem: Zma-

ganiem o swoje prawa i Świętem Wyprostowanych Ra-

mion, Podniesionych Głów.

Na Wybrzeżu robotnicy rozbili pokutujący w oficjal-

nych gabinetach i elitarnych salonach stereotyp robola.

Robol nie dyskutuje - wykonuje plan. Jeżeli chce się, że-

by robol wydał głos, to tylko po to, aby przyrzekł i za-

pewnił. Robola obchodzi tylko jedno - ile zarobi. Kiedy

wychodzi z zakładu, wynosi w kieszeniach śrubki, linki i

narzędzia. Gdyby nie dyrekcja, robole rozkradliby cały

zakład. Potem stoją pod budkami z piwem. Potem śpią.

Rano jadąc pociągiem do pracy grają w karty. Po przyjś-

ciu do zakładu ustawiają się w kolejkę do lekarza i biorą

zwolnienie. Ciężkie to życie kierować robolami. Nie ma z

nimi o czym rozmawiać. Na wszystkich ważnych nara-

dach wiele jest wzdychania na ten temat.

Tymczasem na Wybrzeżu, a potem w całym kraju, spo-

za tego oparu zadowolonego samouspokojenia wyłoniła

się młoda twarz nowego pokolenia robotników - myślą-

cych, inteligentnych, świadomych swojego miejsca w spo-

łeczeństwie i - co najważniejsze - zdecydowanych wy-

ciągnąć wszystkie konsekwencje z faktu, że w myśl ideo-

wych założeń ustroju ich klasie przyznaje się wiodącą rolę

w społeczeństwie. Odkąd sięgam pamięcią, po raz pierw-

szy to przekonanie, ta pewność i niezachwiana wola wy-

stąpiły z taką siłą właśnie w owe sierpniowe dni. To przez

naszą ziemię zaczęła płynąć ta rzeka, która zmienia pej-

zaż i klimat kraju.

Nie wiem, czy wszyscy mamy tego świadomość, że co-

kolwiek jeszcze się stanie, od lata 1980 żyjemy już w innej

Polsce. Myślę, że ta inność polega na tym, że robotnicy

przemówili - w sprawach najbardziej zasadniczych .-

swoim głosem. I że są zdecydowani nadal zabierać głos.

Do lokalu Komitetu Strajkowego Stoczni Gdańskiej

przyszło pięć kobiet z miejscowej spółdzielni rzemieślni-

czej. Byłem świadkiem tej sceny. Przyszły, aby przyłączyć

się do strajku. Nie chciały podwyżek, nie domagały się

nowego przedszkola. One zdecydowały się strajkować

przeciw swojemu prezesowi, który był chamem. Wszelkie

próby nauczenia go grzeczności i szacunku do nich-

kobiet i matek - kończyły się fatalnie, kończyły się szy-

kanami i prześladowaniami. Wszelkie odwołania do wyż-

szych czynników nie przyniosły nic - prezes był dobry,

ponieważ zapewniał wykonanie planu. A one dłużej nie

mogą tego znieść. One przecież mają swoją godność. Wo-

bec doniosłych postulatów stoczniowych motyw strajku

tych pięciu kobiet zdawał się być drugorzędny. Ileż u nas

rozjuszonego chamstwa! Ale młodzi stoczniowcy, którzy

wysłuchiwali tej skargi, odnieśli się do niej z największą

powagą. Oni też walczyli przeciw rozpanoszeniu biuro-

kracji, przeciw pogardzie, przeciw "róbcie, a nie gadaj-

cie", przeciw nieruchomej i obojętnej twarzy w okienku

która mówi "nie!". Kto stara się sprowadzić ruch Wyb-

rzeża do spraw płacowo-bytowych, ten niczego nie zrozu-

miał. Bowiem naczelnym motywem tych wystąpień była

godność człowieka; było dążenie do stworzenia nowych

stosunków między ludźmi, w każdym miejscu i na wszyst-

kich szczeblach, była zasada wzajemnego szacunku obo-

wiązująca każdego bez wyjątku, zasada, według której

podwładny jest jednocześnie partnerem.

W trakcie wspomnianej rozmowy jedna z kobiet powie-

działa: "Czy ten nasz prezes nie mógłby także być czło-

wiekiem?" Dla nich chamstwo było jakąś obcą naleciałoś-

cią w naszej kulturze, w której tradycji, owszem, istniała

szlachecka wyższość, ale nie rozmyślne upodlenie, nie or-

dynarność, perfidna szykana, brutalna wzgarda objawia-

na słabszemu. Te zachowania robotnicy Wybrzeża posta-

wili pod pręgierz, nadając naszemu patriotyzmowi ten no-

wy walor: być patriotą - to znaczy szanować godność

drugiego człowieka.

Na Wybrzeżu rozegrała się również batalia o język, o

nasz język polski, o jego czystość i jasność, o przywróce-

nie słowom jednoznacznego sensu, o oczyszczenie naszej

mowy z frazesów i bredni, o uwolnienie jej z trapiącej

plagi - plagi niedomówień. "Po co to tak owijać wszyst-

ko w bawełnę - powiedział jeden ze stoczniowców.-

Nasz język jest zahartowany. On się nie przeziębi". I pa-

miętam pierwsze spotkanie MKS-u z delegacją rządową.

Przewodniczący MKS: "Prosimy przedstawiciela rządu,

aby ustosunkował się do naszych postulatów". Przedsta-

wiciel rządu: "Pozwólcie, że odpowiem na nie ogólnie".

Przewodniczący MKS: "Nie. Prosimy o odpowiedź konk-

retną. Punkt po punkcie". Ich naturalna nieufność do od-

powiedzi ogólnych, do języka ogólnego. Ich protest

przeciw wszystkiemu, co trąci fałszem, luką, wciskaniem

kitu, rozmywaniem, kluczeniem. Występowali przeciw

zdaniom zaczynającym się od słów: "Jak sami wiecie..."

(właśnie nie wiemy!), "Jak sami rozumiecie..." (właśnie

nie rozumiemy!). Jeden z delegatów stoczni: "Lepsza jest

gorzka prawda niż słodkie kłamstwo. Słodycze są dla

dzieci, a my jesteśmy dorośli".

W ich rozgoryczeniu, które odczuwało się w pierwszych

dniach strajku, w ich dążeniu, aby stworzyć instytucjonal-

ne gwarancje, nieustannie przebijał duch nie spełnionej

obietnicy. Tej, która była dana w latach 70-71. Oni po-

traktowali ową obietnicę rzeczywiście serio, jako początek

dialogu, który będzie się rozwijać, a który - jak dowiod-

ła praktyka - szybko i bez ich wiedzy ustał.

Ich rozwaga, ich rozsądek i - chcę użyć tego słowa -

humanizm. Najwyższą karą było - zostać usuniętym ze

strajku. I oto scena (zresztą rzadka), kiedy w Gdańsku

załoga stoczni postanawia usunąć człowieka, który ją

skompromitował. Wałęsa: "Proszę wszystkich, aby pan

ten mógł spokojnie i bez żadnej obrazy opuścić stocznię.

Proszę was o godne i szlachetne zachowanie".

I jeszcze scena (też Stocznia Gdańska), kiedy przyje-

chało z HiszpanŹŹ dwóch trockistów. Stoczniowcy popro-

sili mnie, abym był tłumaczem w tej rozmowie. Trockista:

"Chcieliśmy się zapoznać z waszą rewolucją". Członek

prezydium MKS: "Panowie się pomylili. Nie robimy tu

żadnej rewolucji. Załatwiamy nasze sprawy. Wybaczcie,

ale proszę natychmiast opuścić teren stoczni, bez prawa

powrotu".

"Załatwiamy nasze sprawy' ~. Ważne było też to, jak je

załatwiali. W tym działaniu nie było żadnego elementu

zemsty, żadnej chęci odkucia się, ani jednej próby rozgry-

wania spraw personalnych na żadnym szczeblu. Zapytani

o taką postawę odpowiadali, że "to nie są rzeczy istotne"

i że, poza tym, byłoby to "niehonorowe". W tych sierp-

niowych dniach wiele słów nagle odżyło, nabrało wagi i

blasku: słowo - honor, słowo - godność, słowo - rów-

ność.

Zaczęła się nowa lekcja polskiego. Temat lekcji: de-

mokracja. Trudna, mozolna lekcja, pod surowym i bacz-

nym okiem, które nie pozwala na ściągawki. Dlatego bę-

dą także dwójki. Ale dzwonek już się rozległ i wszyscy

siadamy w ławkach.

W okresie kryzysu dotkliwiej niż kiedykolwiek odczu-

wa się sprzeczność między czasem subiektywnym a obiek-

tywnym, między czasem mojego życia, osobistym, pry-

watnym, a czasem pokoleń, epok, historŹŹ. Zdaje nam się,

że im bardziej bezwzględnie historia realizuje swoje wiel-

kie, dalekosiężne cele, tym mniejszą mamy szansę na speł-

nienie naszych zamierzeń, osobistych, jednostkowych. Im

większą przestrzeń uzurpuje sobie historia, tym mniej

miejsca znajdujemy dla siebie samych. W takich momen-

tach człowiek odczuwa swoją zbędność, zdaje mu się, że

został wtrącony w sytuację, w której musi tłumaczyć się,

że istnieje (w każdym razie sam fakt istnienia, to, że je-

stem, może być wystarczającym powodem, aby mnie

oskarżyć i prześladować). Twoje plany, ambicje, marze-

nia? Wszystko to zdaje się błahe, wygląda jak strzępy de-

koracji w teatrze, w który przed chwilą uderzyła bomba.

Wszystko utraciło znaczenie, rację bytu, sens. Do kogo

zwrócić się? Co powiedzieć? Bunt człowieka przeciw mo-

lochowi historŹŹ, przeciw nieokiełznanej pazerności tego

molocha, sprzeczność między człowiekiem-twórcą i czło-

wiekiem-ofiarą historŹŹ. Jednoczesność tej antynomŹŹ, mę-

czące napięcie, jakie w niej tkwi.

W epoce bezprawia pułapki ustaw i dekretów są tak

gęsto rozstawione, że codziennie (często o tym nie wie-

dząc, nie zdając sobie sprawy) wpadasz w jakąś pułapkę.

To znaczy codziennie, chcąc nie chcąc, musisz naruszyć

jakieś prawo. Chodzi bowiem o to, abyś stale żył w osła-

biającym cię poczuciu winy. W ten sposób na widok wła-

dzy, nawet na samą myśl o niej będziesz odczuwać strwo-

żenie, lęk, pokorę. W dodatku w twojej zdeformowanej,

spokorniałej świadomości zacznie pojawiać się myśl, że,

być może, rzeczywiście jesteś winowajcą, a władza jakąś

tam rację ma. Jeżeli władza dopuści się bezprawia, ludzie

odnoszą się do tego bardziej tolerancyjnie, niż gdyby

uczynił to człowiek prywatny. Oto został aresztowany

ktoś zupełnie niewinny. Wiemy, że jest niewinny, ale co

najmniej raz, choćby przelotnie, pomyślimy: może rzeczy-

wiście coś złego zrobił? Coś naruszył? Oficjalne bezprawie

żeruje na takich chwilach naszego zachwiania, dezorienta-

cji.

A teraz - stosunek władzy do ciebie, obowiązujące w

tej dziedzinie reguły gry. Władza wie, że codziennie ła-

miesz prawo, że - tym samym - jesteś przestępcą. Ale

czeka, jest przebiegła i pewna siebie; patrzy, obserwuje

twoje ruchy, słucha tego, co mówisz. Niech cię nie myli

to, że poruszasz się w miarę swobodnie, że - na razie-

nie siedzisz pod kluczem: po prostu korzystasz z prawa

łaski. Ale uważaj! Będziesz poruszać się tylko dotąd, do-

póki nie zrobisz kroku, który władza zakwestionuje, któ-

ry uzna za wrogi. W tym momencie nastąpi uderzenie. I

dowiesz się, że całe twoje życie było pasmem niewyba-

czalnych błędów i karygodnych, groźnych przestępstw.

Starganie losu polskiego: co kilka lat nowy etap, nowa

scena, nowy układ. Żadnej ciągłości. To, co przychodzi,

nie wynika z tego, co było. Co było wczoraj, dziś jest

zwalczane albo straciło znaczenie, już się nie liczy. Nic się

nie sumuje, niczego nie można zgromadzić, niczego ufor-

mować. Wszystko zaczynaj od początku, od pierwszej

cegły, od pierwszej bruzdy. Co zbudowałeś - będzie po-

rzucone, co wzeszło - uschnie. Dlatego budują bez prze-

konania, na niby. Tylko irracjonalne jest trwałe - mity,

legendy, złudzenia, tylko to jest osadzone.

Są dwa rodzaje ubóstwa: ubóstwo materialne i ubó-

stwo potrzeb. Oba są wygodne dla władzy. W pierwszym

wypadku - ponieważ bieda osłabia i przygniata człowie-

ka, czyni go bardziej uległym, pogłębia jego poczucie niż-

szości; w drugim - ponieważ ktoś, czyje potrzeby są

ubogie, nawet nie wie, że istnieją rzeczy, których mógłby

domagać się, zabiegać o nie i walczyć.

Każdy tekst jest odczytywany u nas jako aluzyjny, każ-

da opisana sytuacja, nawet najbardziej odległa w czasie i

przestrzeni, jest natychmiast, niemal odruchowo, przekła-

dana na sytuację polską. W ten sposób każdy tekst jest u

nas jakby tekstem podwójnym, pomiędzy liniami druku

poszukuje się przekazu napisanego atramentem sympa-

tycznym, w dodatku ten utajony przekaz jest traktowany

jako ważniejszy i - przede wszystkim - jedynie praw-

dziwy. Wynika to nie tylko z trudności mówienia języ-

kiem otwartym, językiem prawdy. Dzieje się tak również

dlatego, że kraj nasz zaznał wszelkich możliwych do-

świadczeń i jest nadal wystawiany na dziesiątki prób tak

najprzeróżniejszych, że już każdemu w naturalny sposób

wszelka historia nie-nasza z naszą będzie się kojarzyć.

Stopnie barbarzyństwa: najpierw niszczy się tych, któ-

rzy tworzą wartości. Potem zostają zniszczeni również ci,

którzy wiedzą, co to są wartości i że ludzie, których

przed nimi zgładzono, właśnie je tworzyli. Rzeczywiste

barbarzyństwo zaczyna się w momencie, kiedy nikt już

nie potrafi ocenić, nikt już nie wie, że to, co czyni, jest

barbarzyństwem.

Kiedy pojawiają się pytania, na które nie ma odpowie-

dzi, oznacza to, że nastąpił kryzys.

W czasie rozmowy ze Szwajcarem nagle zjawia się po-

kusa, żeby powiedzieć mu - mój drogi, cóż ty wiesz o

życiu! Żyjesz jak lord, wszystko masz, nikogo się nie

boisz...

W takiej chwili z jednej strony odczuwamy wobec

Szwajcara zazdrość, ale z drugiej - rekompensujący tę

zazdrość przypływ dziwnej satysfakcji, że to my właśnie

- nie on! - dotarliśmy do prawdy życia, że posmako-

waliśmy jego gorzkiej istoty i zgłębili jego tragiczną taje-

mnicę. Ten rodzaj filozofii zakłada, że życie jest piekłem i

że takie sytuacje, jak spokój, dobrobyt, zadowolenie, są z

natury rzadkie, przypadkowe i nietrwałe i ten tylko wie,

co znaczy życie prawdziwe, kto cierpi, przegrywa, doznaje

krzywdy, zmierza od klęski do klęski.

Umarł.

Był bestią, był podłością. Ale teraz leży w ziemi i

wszystko mu wybaczamy. Nie jest zdolny wywołać w nas

żadnych silniejszych uczuć - ani grozy, ani nienawiści,

ani potępienia. Tak! Naprawdę, szczerze, rzeczywiście,

pozwalamy spoczywać mu w spokoju wiecznym, amen.

Zachwycałem się jego poezją. A potem dowiedziałem

się, że popełnił wielkie świństwo. I ta poezja nagle mi

zgasła. Już nie chciałem po nią sięgać. Nie umiałem od-

dzielić literatury od życia.

Wszystko jest tu oparte na pewnej zasadzie weryfikacji

asymetrycznej, a mianowicie - system obiecuje, że

sprawdzi się później (zapowiadając powszechną szczęśli-

wość, ale dopiero w przyszłości), natomiast żąda od cie-

bie, abyś sprawdził się już dzisiaj, dając dowody swojej

aprobaty, lojalności i pilności. W ten sposób masz zobo-

wiązać się do wszystkiego, system - do niczego.

W społeczeństwie na niskim szczeblu rozwoju po-

wszechnej biedzie towarzyszy powszechna bezczynność.

Sposobem na przeżycie nie jest tu walka z naturą, wzmo-

żone wytwarzanie, stały wysiłek pracy, ale - odwrotnie

- minimalne wydatkowanie energŹŹ, ciągłe dążenie, aby

osiągnąć stan bezruchu. Filozofią, która towarzyszy ta-

kiemu zachowaniu, takiej egzystencji, jest - fatalizm.

Człowiek nie czuje się panem natury, ale jej niewolnikiem

przyjmującym z pokorą nakazy i impulsy, jakie odbiera z

otaczającego go świata~ Jest niemym sługą losu nieu-

chronnego. Los to dla niego wszechpotężne bóstwo, tabu.

Przeciwstawić mu się, to popełnić świętokradztwo i ska-

zać się na piekło.

Nie ma gorszego połączenia niż broń, głupota i strach.

Wszystkiego najgorszego można się wówczas spodziewać.

Uważajcie, bo mają broń, a nie mają wyjścia.

Tylko wystąpienie przeciw władzy jest uważane za

przestępstwo rzeczywiste i niewybaczalne. Wszystkie inne

nadużycia mogą, ale nie muszą, być uznane za przestęp-

stwo.

Nasze ocalenie? W dążeniu do osiągnięcia rzeczy nie-

możliwych do osiągnięcia.

Dezorientacja, zagubienie człowieka biorą się także

stąd, że ma on zakłócony sens czasu, że sens ten jest dla

niego trudno uchwytny. Cała przeszłość jest niejasna,

ciągle przywracana i odwoływana, uznawana lub potępia-

na, w rezultacie człowiek nie widzi w niej trwałego opar-

cia, wskazówki, zdecydowanej inspiracji. Teraźniejszość

jest również pozbawiona ducha pewności i zachęty, częś-

ciej czujemy się w niej jak goście, czy nawet - ofiary, niż

jak twórcy i rządcy. A przyszłość? Ta bardziej przypomi-

na potrzask i loch niż kryształowy pałac, w którym za

chwilę służba zapali światła i zacznie przygotowywać nam

ucztę.

Terror niczego nie tworzy, jest jałowy. Zajmowanie się

terrorem, jako tematem - jest jałowe. Mechanizm terro-

ru to mechanizm rozwijającego się i złośliwiejącego raka.

Świat straszny i monotonny, przerażający i pusty, ziemia

szara, wydrążeni ludzie, skowyt, krzyki, wielkie obszary

milczenia, nieustający spacer więzienny - chodzenie w

koło, w kręgu otępienia i bólu.

Tak zwany człowiek z ludu (mówią też - człowiek

prosty) traktuje życie takim, jakim ono jest - więc do-

słownie, przyzwalająco, fatalistycznie. Jego stosunek do

kaprysów historŹŹ jest taki jak do kaprysów przyrody (su-

szy, powodzi itp.), dla niego są to naturalne odmiany lo-

su, stara się do nich przystosować. Stąd jego rzadkie tyl-

ko odruchy buntu. Albowiem źródłem siły buntowniczej

nie są utrapienia, jakie przynosi bieda (która bardziej tłu-

mi, niż rozpala energię protestu), ale żywa i niezależna

świadomość, przekonana o swojej racji.

Człowiek napotkawszy przeszkodę, której nie może zni-

szczyć - zaczyna niszczyć sam siebie. Straszliwe sprzęże-

nie, które jest przyczyną załamań i depresji, źródłem al-

koholizmu i narkomanŹŹ.

Człowiek kompromisu, elastyczny. U nas nie lubią ta-

kich. Powiedzą o nim, że dwuznaczny. U nas człowiek

musi być jednoznaczny. Albo biały, albo czarny. Albo tu,

albo tam. Albo z nami, albo z nimi. Wyraźnie, otwarcie,

bez wahań! Nasze widzenie jest manichejskie, frontowe.

Denerwujemy się, jeżeli ktoś zakłóca ten kontrastowy

obraz. Wynika to z braku tradycji liberalnej, demokra-

tycznej, bogatej w odcienie. W zamian mamy tradycję

walki, sytuacji skrajnych, gestu ostatecznego.

Odwrót od sytuacji demokratycznej do totalitarnej jest

zawsze cofnięciem cywilizacyjnym.

Z., którego los ciężko doświadczył, daje mi radę:

"Kończ, powiada, każdy dzień mówiąc do siebie - tak

dobrze jak było dzisiaj, już nigdy więcej nie będzie!"

Nieszczęście - roślina samowysiewająca się. Jeżeli je-

den człowiek jest nieszczęśliwy, czyni nieszczęśliwymi

tych, którzy go otaczają, zatruwa ich, pogrąża w nie-

szczęściu.

Łatwość, z jaką można manipulować umysłem ludz-

kim, wynika z samej natury człowieka. Jest on bardziej

odbiorcą niż poszukiwaczem, chętnie (z powodu lenistwa,

bierności i braku wyobraźni) zadowoli się pierwszą z

brzegu informacją lub opinią, a ta im bardziej będzie up-

roszczona, ubarwiona i bzdurna - tym lepiej. Bzdura ma

coś z konwencji bajki (i często - kiczu), przemawia więc

łatwo do wyobraźni potocznej.

Są ludzie, którzy traktując prawdę jako najwyższą war-

tość samą w sobie, nie zastanawiają się, czy jest ona do

statecznie atrakcyjna, aby pozyskać tzw. człowieka z uli-

cy, który bardziej pragnie coś przeżyć, niż racjonalnie

zgłębić. Prawda może być tak oczywista, że nie wzbudzi

żadnego zainteresowania, może też być zwyczajnie nudna.

Tymczasem w bzdurze (dobrze podanej) jest często jakaś

fantastyczność, jakaś zwracająca uwagę, intrygująca de-

formacja, zaklęcie, baśń.

Część ludzi uważa, że powiększy strefę swojej prywat-

nej wolności, jeżeli pomniejszy strefę swojej publicznej

działalności (czy po prostu: swojej obecności). Starają się

więc skurczyć, zubożeć, przemienić w pyłek. Ludzie ci li-

czą, że wówczas władza przestanie się nimi interesować,

ponieważ dla władzy istnieje tylko ten, kto jest widoczny,

albo ten, komu można coś zabrać.

Chętnie idziemy śladem mistyków, ponieważ wierzymy,

że wiedzą, dokąd idą. Ale oni też błądzą. Tyle że błądzą

mistycznie, mrocznie, tajemniczo - i to nas wciąga.

W czasie nieszczęścia, tragedŹŹ, grozy, przyroda, jej bar-

wy, jej przemiany, jakby znikają nam z oczu. W takich

momentach cały obszar naszego postrzegania wypełnia

człowiek i jego dramat. Zajęci sobą, nie dostrzegamy

drzew, nie dostrzegamy nieba. Jaka była jesień roku 1348,

kiedy na Europę spadła Czarna Śmierć? Co widział przez

okno Johann Wolfgang von Goethe, kiedy umierał pew-

nego marcowego dnia roku 1832? Blade, ledwie wiosenne

słońce? Deszcz padający od rana?

Im bardziej pogrążamy się w ludzkim dramacie, tym

słabiej odczuwamy nasz związek z przyrodą. Tragiczni-

odwracamy się od natury, która w swojej istocie nie jest

tragiczna. Stąd marzenie, aby do niej powrócić, marzenie

o przejściu ze stanu napięcia w stan uspokojenia, zawsze

z takim trudem osiągany.

System anachroniczny to taki, który udziela starych

odpowiedzi na nowe pytania.

Zasada podstawowa: nic nie może być dobre, w każ-

dym razie: nic nie może być dobre przez dłuższy czas.

Dobre musi być zniszczone. Robić dobrze to ściągać na

siebie podejrzenie, prowokować wyrok skazujący. Zni-

szczenie tego, co dobre, efektywne, twórcze, jest odru-

chem samoobronnym systemu źle funkcjonującego i mało

; wydajnego. Mechanizmy takiego systemu poruszają się

tylko na wolnych obrotach. Wszelkie przyspieszenie zmu-

sza je do najwyższego napięcia i wysiłku, co grozi awarią,

zawałem. Dlatego instynktownie system broni się przeciw

takiemu przyspieszeniu w obawie, że nadmiar energŹŹ, na-

dmiar woli działania i tworzenia doprowadzi go do prze-

ciążenia i katastrofy. W tych warunkach robić coś dob-

rze, coś pomnażać i doskonalić, to jakby uprawiać swoi-

stą opozycję, zagrażać istniejącemu porządkowi, dema-

skować jego słabość.

Stosunek między ideą a strukturą. Na początku jest

idea (na początku było słowo), idea powołuje do życia

strukturę (które stało się ciałem). Stosunek między nimi

jest stosunkiem napięcia, konfliktu. Im bardziej struktura

anektuje i wchłania ideę, tym bardziej ją formalizuje i ni-

szczy. Im bardziej idea przenika i opanowuje strukturę,

tym bardziej ją usztywnia i odrywa od życia, tym samym

przygotowując jej upadek.

Warunkiem ujarzmienia jakiejś społeczności, warun-

kiem zasadniczym, jest zepchnięcie jej na niski poziom eg-

zystencji. Dlatego obniżenie tego poziomu (tj. ogólna de-

gradacja życia, spadek jego jakości, zmniejszenie wygody,

a zwiększenie zagrożenia) nie jest czymś niepojętym lub

absurdalnym, nie wynika z błędów lub tzw. woluntaryz-

mu, lecz jest następstwem polityki tych, którzy chcą

umocnić swoje panowanie. Wiedzą oni, że człowiek osła-

biony, człowiek wyczerpany walką z tysiącem przeci-

wieństw, żyjący w świecie nigdy-nie-zaspokojonych-po-

trzeb i nigdy-nie-spełnionych-pragnień jest łatwym obiek-

tem manipulacji i podporządkowania. Bowiem walka o

przetrwanie to przede wszystkim zajęcie szalenie czasoch-

łonne, absorbujące, wyczerpujące. Stwórzcie ludziom ta-

kie anty-warunki, a macie zapewnioną władzę na sto lat.

Są sytuacje, w których zło działa szybko, gwałtownie, z

nagłą, miażdżącą siłą. Natomiast dobro z reguły działa

wolniej, potrzebuje czasu, aby się objawić i dać świadec-

two. Więc dobro często się spóźnia i - przegrywa.

Nieustanne wstrząsy i napięcia, jakie przeżywa świat,

są w dużym stopniu wynikiem jednoczesnego pojawienia

się w drugiej połowie XX wieku trzech wielkich i nie zna-

nych dotąd w historŹŹ fenomenów:

- konfliktu uzbrojonych ideologŹŹ o wielkiej sile zni-

szczenia, walczących o panowanie nad światem i wciąga-

jących w tę walkę całą ludzkość;

- narodzin ponad stu nowych państw - wyznawców

filozofŹŹ rozwoju, nawet: religŹŹ rozwoju, która ma już

swoją mistykę, swoje dekalogi i swoich kapłanów, ale

która nie może zaspokoić oczekiwań (na domiar - stale

rosnących oczekiwań), ponieważ brak jest na ziemi środ-

ków materialnych, odpowiednich warunków politycznych

i systemowych oraz wystarczającej ilości przygotowanych

wytwórców;

- migracji (na nie znaną w dziejach skalę) ludności

wsi do miast, wiedzionej mirażem lepszego życia, szansy

znalezienia pracy i większych możliwości awansu społecz-

nego. Zawód, jaki spotyka tych ludzi, jest źródłem ciąg-

łych i powszechnych frustracji, napięć i rewolt.

Udział najnowszej techniki (elektroniki, komputerów

itd.) w życiu świata, w tworzeniu historŹŹ, jest już na tyle

wielki (i stale rosnący), że wszelkie analogie z przeszłoś-

cią, wszelkie tzw. nauki płynące z przeszłości będą miały

coraz bardziej ograniczoną i wątpliwą wartość. Elektroni-

ka otwiera nowy, jakościowo inny etap historŹŹ ludzkości.

W tym sensie będzie ona odcinać nas, odrywać, oddzielać

od przeszłości, czynić z przeszłości coraz bardziej znikają-

cy punkt.

Poczucie niepewności i zagubienia wynikające z faktu,

że słowa zostały pozbawione ich naturalnych, pierwot-

nych znaczeń; że język przestał być oparciem, busołą, ins-

trumentem rozpoznania i orientacji; że myli, bałamuci.

Na przykład określenie - rewolucja kulturalna. Rewo-

lucja kulturalna powinna oznaczać postęp, rozkwit, świat-

ło w ciemnościach, a oznacza - zniszczenie, zaszczucie,

triumf histerŹŹ i ciemnoty. Słowem, określenie to, zamiast

aprobaty, budzi odrazę i lęk. Coraz bardziej dosłownie

walka o przyszłość świata, o kształt przyszłej świadomoś-

ci człowieka, rozegra się w sferze języka. Wojny języko-

we, wojny na słowa, są częścią całej historii ludzkości.

Nasiliły się one wraz z pojawieniem się środków masowe-

go przekazu i powstaniem społeczeństw masowych. Pro-

paganda stała się jednym z głównych narzędzi działania

każdej władzy współczesnej. Ktoś użył na określenie pro-

pagandy terminu - agresja. Jest on o tyle trafny, że isto-

tą propagandy jest nieustanny atak i podbój (świadomoś-

ci człowieka).

Zasadniczym celem systemów autorytarnych jest za-

trzymanie czasu (ponieważ bieg czasu niesie zmiany).

Jeżeli spośród wielu prawd wybierzesz tylko jedną i za

tą jedną będziesz ślepo podążać, zmieni się ona w fałsz, a

ty staniesz się fanatykiem.

Fanatyzm wyzwala w człowieku więcej energŹŹ niż ła-

godność i dobroć. Dlatego fanatyk może łatwiej narzucić

swoją wolę, łatwiej ustanowić swoje rządy.

W miarę jak awansował, jak wspinał się w górę, rósł w

nim poziom obcości, zimna, zła. Potem, kiedy stracił fo-

tel, był znowu dostępnym i na swój sposób znośnym czło-

wiekiem.

Zależność między poziomem kultury a możliwością

kompromisowego rozwiązywania konfliktów. Im wyższy

ten poziom, tym większa możliwość kompromisu.

Środki masowego przekazu, nawet jeżeli im nie wierzy-

my, jeżeli uważamy, że kłamią, mają na człowieka olbrzy-

mi wpływ, ponieważ ustalają mu listę tematów, ograni-

czając w ten sposób jego pole myślenia do informacji i

opinŹŹ, jakie decydenci sami wybiorą i określą. Po pew-

nym czasie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, myśli-

my o tym, o czym decydenci chcą, abyśmy myśleli (naj-

częściej są to sprawy błahe, lecz celowo wyolbrzymione,

albo fałszywie przedstawione problemy). Dlatego ktoś,

kto mniema, że myśli niezależnie, ponieważ jest krytyczny

wobec treści przekazywanych mu przez środki masowego

, przekazu - jest w błędzie. Myślenie niezależne to sztuka

myślenia własnego, osobnego, na tematy samodzielnie

wywodzone ze swoich obserwacji i doświadczeń, z pomi-

nięciem tego, co usiłują narzucić mass media.

Można wprowadzić takie rozróżnienie systemów:

- jedne, w których głównym źródłem awansu są rze-

czywiste kwalifikacje;

- drugie, w których źródłem takim jest lojalność.

Pierwsze są dynamiczne, drugie - statyczne. Dynami-

ka potrzebuje ciągłego dopływu energŹŹ i tej energŹŹ społe-

czeństwo dynamiczne domaga się od człowieka. W ustro-

jach statycznych cel jest inny - chodzi tam o utrzymanie

równowagi wewnętrznej, o konserwację struktury, o nie-

zmienność. Zamiast przedsiębiorczej, samodzielnej jed-

nostki potrzebny jest wierny i czujny strażnik istniejącego

porządku.

Dorabianie twarzy do czapki - tj. wyrazu twarzy, ry-

sów, spojrzenia do rodzaju noszonej czapki - policjanta,

marszałka. Jak z czasem czapka zacznie jej właścicielowi

zmieniać twarz, jak ukształtuje ją zgodnie z wymogami

czapki.

W stosunkach między człowiekiem a człowiekiem roz-

miar winy można także określić stopniem odczuwania tej

winy przez stronę pokrzywdzoną.

"Pesymizm - notuje w swoim "Dzienniku" Jean Guit-

ton - jest zjawiskiem wynikającym z widzenia rzeczy w

małej skali, m.in. w małej skali czasu".

Widać tu wpływ filozofŹŹ Teilharda de Chardin, która

jest optymistyczna m.in. dlatego, że rozpatruje byt z pers-

pektywy kosmicznej.

Problem rasizmu to problem kultury. Rasistą jest czło-

? wiek prymitywny, bezmyślny. Agresywny sekciarz. Cham.

Ludziom, którzy uważają się za coś wyższego, niż są i niż

na to zasługują, rasizm jest potrzebny jako mechanizm

dominacji i samowyniesienia. Jako trampolina, która wy-

rzuci ich w górę. Ciemny poszukuje jeszcze ciemniejszego,

by dowieść, że sam nie jest najciemniejszy. Szuka gorsze-

go, ponieważ chce się pokazać lepszym. Musi kimś gar-

dzić, gdyż to daje mu poczucie wyższości, pozwala zapo-

mnieć, że on sam jest marnością.

W miesięczniku "Odra" (1982, nr 12) relacja Emila Gór-

skiego o śmierci Brunona Schulza. Schulz zginął 19 listo-

pada 1942. Zastrzelił go na ulicy gestapowiec nazwiskiem

Gunter, aby w ten sposób dokuczyć swojemu antagoniś-

cie, gestapowcowi Landauowi, u którego Schulz pracował

; (Gunter wiedział, że Schulz robił portret Landaua i malo-

wał freski w jego mieszkaniu, więc, że Schulz jest człowie-

kiem sztuki, jest artystą). Otóż powiedzieć, że Schulza za-

bił gestapowiec, faszysta - to ograniczyć definicję Gun-

tera w taki sposób, że umknie nam istota rzeczy.

Chodzi o to, że Gunter, nim stał się faszystą, był tę-

pym, brutalnym chamem. Schulza zabił rozjuszony, nie-

nawistny cham. Gdyby nie było chamstwa, nie byłoby fa-

szyzmu, faszyzm bez chamstwa jest nie do pomyślenia.

Chamstwo jest nosicielem pogardy i przemocy, podłości i

woli zniszczenia.

Historia jako walka klas? Jako walka systemów?

Historia to również walka między kulturą i cham-

stwem, między człowieczeństwem i bestialstwem.

Wzorce konsumpcji upowszechniają się łatwiej niż

wzorce pracy. Owe wzorce dostatniego, sytego bytowania

są dziś przekazywane do najdalszych zakątków ziemi

przez telewizję, radio, prasę. Ale to, co najczęściej ogląda-

my na ekranach i fotografiach, należy do świata kon-

sumpcji, a nie produkcji, widzimy efekty wydajnej pracy,

nie samą pracę. Stąd tylko krok do naiwnego przekona-

nia, że można osiągnąć wysoką konsumpcję bez wydajnej

pracy i znakomitej organizacji. Ten typ myślenia (a raczej

nie-myślenia) jest przyczyną wszelkich frustracji i nerwic

społecznych. Trafna jest definicja rewolucji, którą przy tej

okazji daje Herbert Marcuse: "Jest to bunt ludzi, którym

zaszczepiono potrzeby, jakich nie mogą zaspokoić".

Marks sądził, że postępująca koncentracja kapitału bę-

dzie powodować gromadzenie się coraz większych bo-

gactw na jednym biegunie społeczeństwa i coraz większej

nędzy - na drugim. Wizja ta nie spełnia się w stosunku

do społeczeństw rozwiniętych. Natomiast znalazła po-

twierdzenie w skali świata, w skali ludzkości, która dzieli

się dziś na narody bogate, nadal pomnażające swoje bo-

gactwo, i biedne, pogrążające się w coraz większej bie-

dzie.

Wytykają mu, że się zmienił. Ale czy to zasługuje na

potępienie? Przecież trzeba zacząć od pytania - z kogo

na kogo się zmienił? Robią mu wyrzut, że dawniej brał.

Mają mu za złe, że więcej brać nie chce. Stracili wspólni-

ka - stąd ich wściekłość. Typowa moralność gangu prze-

stępczego: wspólnota poprzez udział w nadużyciu. W mo-



dalej


strona główna
(23kB)