(23kB)
strona główna



 

Eve Enserl

 

Monologi waginy

 

Eve Ensler jest poetką, scenarzystką filmową, a przede wszystkim autorką licznych sztuk teatralnych, m.in. The Deput, Floating Rhodn and the Glue Man, Extraordinary Measures, Ladies, Lemonade, Necessary Targets. Monologi wagini/ przyniosły jej w 1997 roku prestiżową nagrodę OBIE, a sukces, który odniosły na scenach całego świata (inscenizowane były z udziałem m.in. Glenn Close, Kate Blanchett, Kate Winsłet i Meryl Streep), stał się początkiem globalnego ruchu V-Day, skierowanego przeciwko przemocy wobec kobiet.

 

przełożyła Anna Kołyszko

 

 

 

 

 

Tytuł oryginału: The Yagina Monologues

Copyright © Eve Ensler, 1998, 2001

Przedmowa (Foreword) © Gloria Steinem, 1998

Dzień „W" (The story ofV-Day) copyright © Karen Obel, 2001

This translation published by arrangement with Yillard Books,

a division of Random House, Inc.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Albatros

& Wydawnictwo W.A.B., 2003

Copyright © for the Polish translation by Anna Kołyszko, 2003

 

Wydanie I Warszawa 2003

 

 

Dla Ariel, która kołysze mi pochwę i rozsadza serce

 

Przedmowa Glorii Steinem

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pochodzę z pokolenia „rzeczy samej". Bo tymi słowy — wypowiadanymi rzadko, ściszonym

 

głosem — kobiety z naszej rodziny określały wszystkie żeńskie narządy płciowe, wewnętrzne czy

 


zewnętrzne.

Nie dlatego, że nie znały terminów „pochwa", „wargi sromowe", „srom" czy „łechtaczka". Przeciwnie, były z wykształcenia nauczycielkami, toteż miały zapewne lepszy dostęp do informacji niż większość rówieśniczek.

Nie można im też zarzucić, że były niewyzwolone lub „pruderyjne", jak same by to ujęły. Jedna moja babka zarabiała na życie pisaniem kazań — w których ani jedno słowo nie wierzyła — dla surowego Kościoła protestanckiego, a resztę dorabiała, grając na wyścigach. Druga była sufrażystką, pedagożką, a nawet działaczką polityczną, co w owym czasie napawało zgrozą wielu przedstawicieli jej żydowskiego środowiska. Matka była jedną z pierwszych reporterek w gazecie jeszcze przed moim urodzeniem. Zawsze szczyciła się tym, że wychowuje obie córki w bardziej oświeconym duchu, niż wychowano ją. Nie przypominam sobie, żeby używała gwarowych określeń z zakresu anatomii kobiecej, które brzmiałyby sprośnie bądź wstydliwie, za co jestem jej nad wyraz wdzięczna. Poniższy tekst jest najlepszym dowodem, że wiele córek obarczono większym brzemieniem.

Mimo to nie słyszałam terminów trafnych, nie mówiąc już o napawających dumą. Na przykład ani razu nie słyszałam słowa „łechtaczka". Dopiero po latach dowiedziałam się, że kobiety mają jedyny narząd w ludzkim ciele przeznaczony tylko do odczuwania przyjemności. (Gdyby taki narząd znajdował się wyłącznie w męskim ciele, wyobrażacie sobie, ile byśmy się o nim nasłuchały... i jak by go usprawiedliwiano?) Czy więc zaczynałam mówić, pisać, czy dbać o higienę osobistą, uczono mnie nazw kolejnych części ciała... oprócz tej jednej, pomijanej sfery. Byłam więc zdana na pastwę eufemizmów i sprośnych dowcipów ze szkolnego boiska, a następnie powszechnego mniemania, że mężczyźni, bądź jako kochankowie, bądź lekarze, wiedzą o ciałach kobiet więcej niż one same.

Po raz pierwszy zetknęłam się z duchem pogłębiania świadomości i swobody bijącej z poniższych kart, kiedy mieszkałam w Indiach kilka lat po studiach. W hinduskich świątyniach oglądałam lingam, symbole męskiego narządu płciowego, a także po raz pierwszy zobaczyłam joni, symbol narządów żeńskich: o kształcie kwiatu, trójkąta lub romboidalnego owalu. Dowiedziałam się, że przed tysiącami lat ten symbol otaczano znacznie większą czcią niż jego męski odpowiednik, a przekonanie to przeniesiono do tantryzmu, którego główna doktryna głosi, iż mężczyzna może osiągnąć spełnienie duchowe jedynie poprzez seksualną i emocjonalną więź z wyższą energią duchową kobiety. Ów dogmat, głęboko i szeroko ugruntowany, przetrwał nawet w niektórych późniejszych religiach monoteistycznych wykluczających kobiety, aczkolwiek większość przywódców duchowych głównych religii spycha go (do dzisiaj) na margines bądź traktuje jak herezję.

Na przykład gnostycy chrześcijańscy czcili Sofiję jako żeńskiego Ducha Świętego, a Marię Magdalenę jako najmądrzejszą z grona uczniów Jezusa Chrystusa. Buddyzm tantryczny wciąż naucza, że w sromie kobiecym mieszka buddyjskość. Sufijscy mistycy islamu wierzą, że fana, czyli ekstaza, jest dostępna tylko za sprawą Frawaśi, ducha żeńskiego. Szekina z mistycyzmu żydowskiego to odmiana Śakti, żeńskiej duszy Boga. Nawet Kościół katolicki zna odmiany kultu maryjnego, który skupia się bardziej na Matce niż na Synu. W wielu krajach Azji, Afryki oraz innych części świata, w których nadal czci się bogów nie tylko w męskiej, lecz również w żeńskiej postaci, na ołtarzach umieszcza się Klejnot w Lotosie oraz inne wyobrażenia lingi w joni. W Indiach hinduskie boginie Durga i Kali uosabiają siły joni nad narodzinami i śmiercią, tworzeniem i niszczeniem.

Po powrocie do domu zobaczyłam, jaka przepaść dzieli indyjski kult joni od tego, jak Amerykanki traktują własne ciało. Nawet rewolucja seksualna lat sześćdziesiątych zwiększyła jedynie liczbę kobiet dostępnych seksualnie dla mężczyzn. „Nie" lat pięćdziesiątych zostało wyparte przez stałe, gorliwe „tak". Dopiero działalność feministek lat siedemdziesiątych przyniosła nowe możliwości wykraczające poza dotychczasowy wybór między religiami patriarchalnymi a Freudem, między podwójną normą zachowań seksualnych a pojedynczą normą patriarchalnej /politycznej /religijnej władzy nad ciałem kobiety jako środkiem rozmnażania.

Symbolem owych początków jest żywe w mojej pamięci przejście przez „Dom kobiet" Judy Chicago w Los Angeles. Każdą salę stworzyła inna artystka. Właśnie tam po raz pierwszy zetknęłam się z symboliką kobiecą. (Na przykład kształt uznawany przez nas za serce — w swej symetrii znacznie bardzie; przypominający srom niż asymetryczny organ, którego nosi miano — jest zapewne szczątkowym żeńskim symbolem płciowym. Wieki męskiej dominacji zredukowały jego moc do wymiaru li tylko romantycznego.) Albo spotkanie w nowojorskiej kawiarni z Betty Dodson (poznacie ją na tych kartach), która starała się zachowywać jak gdyby nigdy nic, chociaż wiedziała, że elektryzuje przypadkowych słuchaczy swoim radosnym wyjaśnieniem masturbacji jako siły wyzwalającej. Albo przeczytanie na tablicy ogłoszeń w redakcji miesięcznika „Ms." wśród innych zabawnych napisów: JEST 10 WIECZÓR. CZY WIESZ, GDZIE JEST TWOJA ŁECHTACZKA? Jeszcze zanim feministki zaczęły nosić znaczki i koszulki z napisem MOC CIPY!, żeby przywrócić to zdewaluowane słowo, już widziałam powrót starożytnej mocy. W końcu indoeuropejskie słowo cunt [ang. cipa] pochodzi od tytułu Kunda lub Cunti nadawanego bogini Kali i ma ten sam źródłosłów co kin [krewny] oraz country [kraj].

W ciągu ostatnich trzydziestu lat feminizmem wstrząsnął przejmujący gniew, kiedy ujawniono prawdę o przemocy wobec kobiecego ciała, czy to w postaci gwałtu fizycznego, molestowania seksualnego w dzieciństwie, przemocy zabraniającej miłości lesbijskiej, fizycznego wykorzystywania kobiet, molestowania seksualnego, terroryzmu wobec swobody rozmnażania się czy międzynarodowej zbrodni w postaci okaleczania żeńskich narządów płciowych. Wyciągnięcie tych ukrywanych postępków na światło dzienne, nazwanie ich i obrócenie naszego gniewu w pozytywną działalność na rzecz ograniczenia przemocy i zagojenia ran ocaliło równowagę psychiczną kobiet. Z owej lawiny twórczej wyzwolonej przez energię ujawnionej prawdy powstała ta sztuka sceniczna i książka.

Kiedy po raz pierwszy poszłam zobaczyć Eve Ensler, prezentującą intymne opowieści zamieszczone poniżej — wybrane z przeszło dwustu przeprowadzonych wywiadów i przełożone na poetycki język teatru — pomyślałam: „Skądś to już znam. Taką podróż w rejony prawdy odbywamy od trzydziestu lat". Kobiety powierzyły jej swoje najintymniejsze przeżycia, od seksu po poród, od niewypowiedzianej wojny przeciwko kobietom po nową wolność miłości między kobietami. Z każdej stronicy bije moc mówienia rzeczy nie dających się ująć w słowa — podobnie jak z kulis samej historii publikacji niniejszej książki. Pewien wydawca wypłacił Eve Ensler zaliczkę, po czym... poszedł po rozum do głowy i pozwolił ją zatrzymać autorce, byle zabrała swój utwór wraz z jego „ważkim" przesłaniem. (Dzięki Yillardowi za to, że opublikował wszystkie słowa kobiet — nawet w tytule.)

Jednakże wartość Monologów waginy wykracza poza oczyszczenie przeszłości z negatywnego podejścia. Stanowi osobisty, osadzony w naszej cielesności krok w przyszłość. W moim przekonaniu czytelnicy, mężczyźni i kobiety na równi, po przeczytaniu tych kart mogą nie tylko poczuć większą wolność — także wobec swoich partnerów — lecz również znaleźć propozycję wykraczającą poza odwieczny patriarchalny dualizm kobieta/mężczyzna, ciało/umysł oraz erotyka/duchowość zakorzeniony w podziale naszej fizyczności na „części ciała, o których można mówić", i „części ciała, o których nie można".

Jeżeli książka z „waginą" w tytule nadal wydaje się komuś oddalona od takich kwestii filozoficznych i politycznych, przedstawiam jedno ze swoich, dokonanych dość późno, odkryć.

W latach siedemdziesiątych, prowadząc badania w Bibliotece Kongresu, trafiłam na nieznaną historię architektury religijnej, w której przedstawiono jako coś oczywistego fakt, że tradycyjny projekt większości świątyń kultu patriarchalnego odwzorowuje ciało kobiety. Zawiera więc wrota zewnętrzne i wewnętrzne na wzór warg większych i mniejszych, waginalną nawę główną do ołtarza, dwie zaokrąglone owaryjnie nawy boczne, a w świętym środku ołtarz, czyli łono, w którym dokonuje się cud — mężczyźni wydają na świat życie.

Chociaż to porównanie było dla mnie nowe, natychmiast trafiło mi do przekonania. „Jasne", pomyślałam. „Główny rytuał religii patriarchalnych polega na tym, że mężczyźni przejmują twórczą moc joni, dając symbolicznie życie. Nic dziwnego, że przywódcy religijni tak często twierdzą, iż człowiek począł się w grzechu — bo zostaliśmy wszyscy zrodzeni przez kobiety. Jedynie przestrzegając zasad patriarchatu, możemy się odrodzić poprzez mężczyzn. Nic dziwnego, że księża i pastorzy w sukienkach spryskują nam głowy imitacją płynów porodowych, nadają nowe imiona i obiecują odrodzenie do życia wiecznego. Nic dziwnego, że męskie kapłaństwo stara się nie dopuszczać kobiet do ołtarza, podobnie jak odsuwa się nas od władzy nad mocami rozmnażania. Czy w wymiarze symbolicznym, czy rzeczywistym, wszystko sprowadza się do władzy nad siłą umiejscowioną w ciele kobiety."

Od tamtej pory przestałam się czuć tak wyobcowana po wejściu do patriarchalnej budowli religijnej. Przeciwnie, kroczę nawą waginalną, knując plan, że odbiję ten ołtarz razem z kapłanami — obojga płci — którzy nie będą pomijali kobiecej seksualności, zuniwersalizują dotąd wyłącznie męskie mity stworzenia, rozmnożą duchowe słowa i symbole oraz przywrócą boskiego ducha wszystkim żywym istotom.

Jeżeli obalenie około pięciu tysięcy lat patriarchatu przekracza nasze możliwości, wystarczy się skupić na każdym kolejnym radosnym kroku prowadzącym do przywrócenia godności własnej.

Zastanawiałam się nad tym, obserwując dziewczynki, które rysowały serduszka w zeszytach, czasem nawet stawiały kropkę nad „i" w kształcie serca. I nasunęła mi się taka myśl: Ciekawe, czy ten pierwotny kształt dlatego tak je fascynuje, że tak bardzo przypomina ich ciało? Ta myśl wróciła, kiedy przysłuchiwałam się, jak grupa dziewcząt w wieku od dziewięciu do szesnastu lat postanowiła znaleźć zbiorcze określenie na cały komplet — pochwę, srom, łechtaczkę. Po długich sporach za najtrafniejsze uznały: „splot mocy". Co ważniejsze, dyskusja odbywała się wśród krzyków i śmiechu.

Pomyślałam wtedy: „Jaką długą i chwalebną drogę pokonałyśmy od tamtej wyciszonej <<rzeczy samej>>".

Niestety, moje pramatki nie wiedziały, że ich ciała są święte. Wierzę, że za sprawą oburzonych głosów i szczerych słów, jakie tu padają, babki, matki i córki przyszłości uzdrowią swoją psychikę... i naprawią świat.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

WSTĘP

 

Sama nie wiem, dlaczego wybór padł na mnie. W dzieciństwie wcale nie marzyłam skrycie, żeby zostać „panią od pochwy" (jak dziś często mnie nazywają, na przykład ktoś tak zawołał w zatłoczonym sklepie z obuwiem). Nie wyobrażałam sobie, że pewnego dnia będę rozprawiała o pochwach w programach telewizyjnych, chociażby w Atenach, skandowała w Baltimore słowo „pochwa" wraz z czterema tysiącami rozentuzjazmowanych kobiet lub przeżywała trzydzieści dwa publiczne orgazmy jednego wieczoru. Nie miałam tego w planach. W tym sensie można by rzec, że to nie ja stworzyłam Monologi waginy. Raczej one zawładnęły mną.

Dopiero teraz widzę, że trudno było o lepszą kandydaturę. Byłam dramatopisarką. Od lat pisałam sztuki oparte na wywiadach z ludźmi. Byłam feministką. Padłam ofiarą przemocy seksualnej i fizycznej ze strony ojca. Miałam skłonności ekshibicjonistyczne. Zdarzało mi się zionąć oburzeniem i pragnęłam całą sobą odnaleźć drogę powrotną do swojej pochwy.

Naprawdę nie pamiętam, jak to się zaczęło — chyba od rozmowy ze starszą kobietą na temat jej pochwy. Wypowiadała się z taką pogardą

o własnych narządach, że przeżyłam wstrząs, który kazał mi się zastanowić, co inne kobiety sądzą o swoich pochwach. Zaczęłam wypytywać koleżanki, które zaskoczyły mnie otwartością

i gotowością do rozmowy. Zdumiała mnie zwłaszcza jedna, która powiedziała, że gdyby jej pochwa się ubierała, nosiłaby beret. Dziewczyna przechodziła w życiu okres francuski.

W ogóle nie pamiętam, żebym pisała tę sztukę. Ujmując rzecz najprościej, zostałam porwana — wykorzystana przez „królowe pochwy". Nigdy nie sporządziłam konspektu sztuki ani świadomie jej nie kształtowałam. Szczerze mówiąc, wszystko rozegrało się spontanicznie. Prowadziłam wywiady na temat pochwy, a jednocześnie pisałam „prawdziwą" sztukę. Dopiero moja partnerka, Ariel Orr Jordan (święcie wierzę, że musiały ją wynająć „królowe pochwy"), kazała mi potraktować sprawę poważnie, pomogła wymyślić utwór i nakreślić plan. Mimo to Monologi waginy pozostają niejako poza moją kontrolą.

Przychodzę. Gimnastykuję się, żeby zachować dobrą formę. Piję morze mocnych kaw mocka frappuccino. Staram się nie wchodzić nikomu w paradę. Oto na przykład garść sekretów: Nigdy nie miałam estrady we krwi. Chyba dopiero po trzech latach wystawiania Monologów waginy zorientowałam się, że gram na scenie. Przedtem po prostu czułam się, jakbym przekazywała bardzo osobiste historie, które mi w zaufaniu powierzono. Czułam dziwną, czasem wręcz zapamiętałą, opiekuńczość wobec tych kobiet i ich historii. Opowiadając je, nie mogłam się poruszyć. Musiałam siedzieć na wysokim stołku z oparciem i podnóżkiem dla stóp. Co wieczór czułam się, jakbym wchodziła do rakiety kosmicznej. Musiałam mówić do mikrofonu, nawet w salach, w których dobrze mnie było słychać. Mikrofon niekiedy zastępował mi kierownicę, a kiedy indziej akcelerator.

W pierwszych latach mogłam tę sztukę wykonywać jedynie w pończochach i w ciężkich męskich buciorach. A później, kiedy reżyser Joe Mantello namówił mnie do zrzucenia butów, mogłam ją wykonywać tylko boso.

Zawsze, przez cały spektakl, musiałam trzymać w ręce kartoniki piętnaście na dwadzieścia centymetrów, chociaż znałam cały tekst na pamięć. Zupełnie jakby te kartoniki przybliżały obecność bohaterek wywiadów, tak bardzo mi potrzebną.

Opowieści waginy znalazły mnie tak samo jak ludzie, którzy zechcieli się zająć produkcją sztuki albo sprowadzeniem jej do swojej miejscowości. Wszystkie moje próby napisania monologu służącego sprawie poprawnej politycznie spełzły na niczym. Proszę zwrócić uwagę na brak monologów dotyczących klimakterium lub transseksualistek. Próbowałam. Monologi waginy mówią o sile przyciągania, nie lansowania. Wiele zdarzeń w dziejach Monologów waginy trąci całkowitym absurdem, a zarazem pozostaje w zgodzie z logiką. Oto przykłady:

Nagłówki gazet:

TA DZIEWCZYNA ZGŁĘBIA RZECZ SAMĄ (Mario Thomas w Monologach)

ŻONA BURMISTRZA W SPROŚNYCH KAWAŁKACH (Donna Hanover zdecydowała się wystąpić w Monologach)

Czerwone boa na pierwszych stronach sześciu londyńskich gazet nazajutrz po obchodach Dnia „W" w teatrze Old Vic — kioski z gazetami w Wielkiej Brytanii wyglądają jak morze pochwowe.

TV:

Kathie Lee Gifford wyśpiewuje słowo „pochwa" razem z Calistą Flockhart i publicznością w studiu podczas programu „Na żywo z Regis i Kathie Lee".

David Letterman usiłuje wypowiedzieć słowo „pochwa", ale mu się nie udaje. Barbara Walters wyznaje w programie »The View", że Monologi ją speszyły. Jej zdaniem są za ostre. Potem to odwołuje.

CNN nadaje dziesięciominutowy reportaż na temat Monologów, ani razu nie wymieniając tytułowego słowa.

Rodzice Dharmy i Grega w jednym odcinku kupują bilety na Monologi.

Ciekawostki:

Pod wodzą Glenn Close 2500 osób wstaje i skanduje publicznie słowo „cipa".

Tovah Feldmanstern nie dostała zgody na wystawienie Monologów w swoim postępowym żeńskim liceum ogólnokształcącym, toteż reżyseruje je na niezależnej scenie.

Kobieta rabin przysyła mi hamantasz (Trójkątne nadziewane ciastko, podawane na święto Purim (przyp. red.) i opisuje jego pochwowe znaczenie.

Uniwersytet Wesleyan prowadzi obecnie „warsztaty pochwowe".

Pewna kobieta przynosi swoją macicę do teatru z prośbą, żebym złożyła na niej autograf.

Młody mężczyzna z Atlanty w stanie Georgia przyrządza i podaje mi sałatkę pochwową na obiad, który wydaje razem z rodzicami. Kiełki fasoli imitują włosy łonowe. Roseanne w samej bieliźnie wykonuje Jak pachnie twoja pochwa? dla dwóch tysięcy osób. Dopisuje własne kwestie, na przykład: „Jak pachnie twoja pochwa?" Odpowiedź: „Jak twarz mojego męża". Alanis Morissette i Audra McDonald śpiewają utwór o cipie.

Często się zdarza, że kobiety i mężczyźni mdleją podczas spektaklu. I to zawsze w tym samym momencie scenariusza.

Ludzie znoszą mi lub przysyłają rozmaite przedmioty: rzeźby pochwy w szkle, łechtaczkowe lizaki, kukiełki pochwowe, lampy sromowe, dzieła sztuki w kształcie muszli.

Na przyjęciu z okazji Dnia „W" w Londynie wnoszą olbrzymi tort pochwowy i nikt go nie może pokroić. Tysiące wyrafinowanych gości zajada różowy tort pochwowy rękami. Łechtaczka idzie na aukcję i kupuje ją Thandie Newton za dwieście funtów.

Monologi waginy zostały wystawione i opublikowane w ponad dwudziestu krajach, w tym Chinach i Turcji.

Dzień „W" ma ogromne kłopoty ze zdobyciem funduszy od korporacji. Nawet firmy sprzedające artykuły związane z pochwą nie chcą reklamy pod tym hasłem.

Kobiety dzwonią po bilety na Monologi, mężczyźni proszą o bilety na Kroniki waginy. Kasjer punkowiec mówi kobietom, że jeśli nie potrafią wypowiedzieć tego słowa, to nie dojdą. Do mojej garderoby wdziera się młoda biznesmenka, żeby mi powiedzieć, że to wierutne kłamstwo. Bo ona wcale nie jest sucha.

W Jerozolimie wpadają do garderoby dwie starsze panie, Izraelki, żeby mnie uściskać. Nawet nie zauważają, że jestem naga.

Po spektaklu wchodzi do mojej garderoby niezapowiedziany siedemdziesięciolatek w transie, żeby powiedzieć mi, że „wreszcie załapał". Dwa miesiące później przychodzi znów ze swoją panią, która mi dziękuje.

Garderobę szturmują położne, które dziękują mi, że ktoś wreszcie docenił wydaliny ciała.

Ostatniego wieczoru Monologi wykonuje drag queen.

Różne cuda, różne cele, incydenty związane z pochwą. Nie ma im końca. Ale największym cudem jest, oczywiście, Dzień „W": ruch zrodzony z Monologów waginy, będący energią i katalizatorem, ruch, który ma położyć kres przemocy wobec kobiet.

Kiedy objeżdżałam z tą sztuką różne miasta i kraje, po spektaklu zawsze setki kobiet czekały, żeby mi opowiedzieć o swoim życiu. Sztuka uwolniła niejako ich wspomnienia, cierpienia i pragnienia. Wieczór w wieczór wysłuchiwałam podobnych opowieści — o kobietach zgwałconych w młodości, na studiach, w dzieciństwie, na starość, o kobietach bitych na śmierć, które wreszcie uciekły od mężów, o kobietach zbyt przerażonych, żeby uciec, o kobietach wykorzystanych seksualnie przez ojczymów, braci, kuzynów, wujów, matki i ojców, zanim w ogóle zrozumiały, co to seks. Wpadałam w obłęd, jak gdyby otwarły się wrota podziemnego lochu, skąd wydobyły się historie, których nie powinnam była poznać, bo ich poznanie niesie zagrożenie.

Powoli dotarło do mnie, że nie ma nic ważniejszego niż położenie kresu przemocy wobec kobiet. Że bezczeszczenie kobiet urąga poszanowaniu i ochronie życia, a jeśli nie zaradzimy temu złu, doprowadzi nas ono wszystkich do zguby. Uważam, że nie przesadzam. Kiedy ktoś gwałci, bije, okalecza, pali, grzebie i terroryzuje kobiety, niszczy podstawową energię życia na Ziemi. Przymusza gwałtem, żeby coś, co powinno być otwarte, ufne, karmiące, twórcze i żywe, było skulone, bezpłodne, zmiażdżone.

W roku 1997 spotkałam się z grupą działaczek, wieloma z Feminist.com, i stworzyłyśmy fundację Dnia „W". Tak samo jak przy wszystkich niezgłębionych działaniach pochwowych, zjawiamy się, kładziemy podwaliny, nadajemy sprawie kształt, a resztą zajmują się „królowe pochwy". 14 lutego 1998 roku w walentynki narodził się Dzień „W". W Nowym Jorku przed Hammerstein Ballroom zgromadziło się na nasze pierwsze wstrząsające przedstawienie dwa i pół tysiąca osób. Whoopi Goldberg, Susan Sarandon, Glenn Close, Winona Ryder, Marisa Tomei, Shirley Knight, Lois Smith,

Kathy Najimy, Calista Flockhart, Lily Tomlin, Hazelle Goodman, Margaret Cho, Hannah Ensler-Rivel, BETTY, Klezmer Women, Ulali, Phoebe Snów, Gloria Steinem, Soraya Mirę i Rosie Perez wspólnie wykonały Monologi waginy, tworząc przełomowy wieczór, w trakcie którego zebrano przeszło sto tysięcy dolarów i zapoczątkowano ruch Dnia „W". Następnie w 1999 roku w londyńskim teatrze Old Vic zorganizowano gwiazdorskie benefisy, w których udział wzięły między innymi: Cate Blanchett, Kate Winslet, Melanie Griffith, Meera Syal, Julia Sawalha, Joely Richardson, Ruby Wax, Eddi Reader, Katie Puckrik, Dani Behr, Natasha McElhone, Sophie Dahl, Jane Lapotaire, Thandie Newton i Gillian Andersen. W 2000 roku Dzień „W" obchodziłyśmy w Los Angeles, Santa Fe, Sarasocie, Aspen i Chicago.

W ciągu trzech lat Dzień „W" świętowano w przeszło trzystu wyższych uczelniach, przy czym Monologi waginy wystawiały studentki razem z wykładowczyniami. Wszystkie spektakle poszerzają zasoby fundacji, a jednocześnie świadomość organizacji miejscowych, które działają na rzecz zaprzestania przemocy wobec kobiet.

Wystawienie Monologów waginy na off-Broad-wayu przyniesie blisko milion dolarów na rzecz Dnia „W". Zainicjowane nim spektakle w kraju i na świecie TĆwmei wspomogą tvasŁ tucK.

W chwili obecnej fundacja Dnia „W" wspiera grupy bazowe na całym świecie. Niejednokrotnie kobiety walczą na śmierć i życie, aby ochronić inne kobiety i położyć kres przemocy. W Afganistanie działa Rewolucyjne Stowarzyszenie Kobiet Afganistanu, grupa oddana sprawie wyzwolenia kobiet spod straszliwego ucisku talibów. Kobiety nie mogą tam pracować, uczyć się, chodzić do lekarza ani wychodzić z domu bez towarzystwa mężczyzn. Żyją spowite burkami, pozbawione ochrony przed gwałtem lub morderstwem. Dzień „W" pomaga stowarzyszeniu kształcić kobiety w tajnych szkołach, prowadzić dokumentację bezprawnych egzekucji oraz tworzyć ruch kobiet. W Kenii wspieramy Tasaru Ntomonok (Inicjatywę Bezpiecznego Macierzyństwa) działający w ramach Mandeolo, ruchu przeciw praktykom okaleczania narządów płciowych dziewcząt, propagującego wprowadzenie nowoczesnego rytuału, przy którym nie stosuje się nacięcia. Ostatnio kupiłyśmy im czerwonego dżipa do objeżdżania wsi z akcją uświadamiania i zapobiegania. W Chorwacji współpracujemy z Ośrodkiem dla Kobiet — Ofiar Wojny, który z naszą pomocą utworzy pierwszy punkt pomocy ofiarom gwałtu w byłej Jugosławii. Będą się tam również szkoliły kobiety z Kosowa i Czeczenii, żeby potem pracować z kobietami z tych krajów, które podczas wojny zostały zgwałcone i doznały urazów psychicznych. Dzień „W" współpracuje z Towarzystwem Planowania Rodziny, żeby wspomóc istniejące już programy strategią

prewencji i zwalczania przemocy wobec kobiet. Można by tak wyliczać bez końca.

Cud Dnia „W", podobnie jak Monologów waginy, polega na tym, że zdarzył się, bo musiał. Może to było powołanie, a może nieświadomy odzew. Chwała „królowym pochwy"!

Coś się kłuje. Ma wymiar zarówno mistyczny, jak i praktyczny. Musimy zjawić się na miejscu, zrobić swoje i się wynieść.

Aby nie zginął ludzki ród, kobiety muszą czuć się bezpieczne i silne. Hasło wydaje się oczywiste, a jednak, podobnie jak pochwa, wymaga wielkiej troski i miłości, żeby odsłonić swoją głębię.

 

Monologi Waginy

 

Na pewno się martwisz. Ja też się martwiłam. Dlatego zaczęłam pisać ten tekst, że martwiłam się o pochwy. Przejmowałam się tym, co o nich myślimy, a jeszcze bardziej tym, że nie myślimy. Martwiłam się o swoją pochwę. Chciałam, żeby znalazła się w szerszym kontekście, w jakiejś społeczności, kulturze pochwowej. Bo spowijają je, zupełnie jak trójkąt bermudzki, tajemniczość i gęsty mrok. Nie dochodzą stamtąd żadne komunikaty.

Przede wszystkim, wcale nie tak łatwo znaleźć swoją pochwę. Kobiety całymi tygodniami, miesiącami, a nawet latami jej nie oglądają. Pewna bizneswoman w rozmowie ze mną twierdziła, że nie ma czasu. Obejrzenie własnej pochwy to praca na cały dzień. Trzeba położyć się na wznak przed lustrem — najlepiej dużym — które nie wymaga przytrzymywania. Trzeba przyjąć odpowiednią pozycję w odpowiednim świetle, chociaż potem i tak przysłoni je cień lustra, a także zmienić kąt położenia ciała. Trzeba zwinąć się dosłownie w trąbkę. Zgiąć szyję w kabłąk, nadwerężając krzyż. Wtedy już wszystkiego może się odechcieć. Ona nie ma na to czasu. Za bardzo jest zajęta.

Postanowiłam zatem porozmawiać z kobietami o pochwach, przeprowadzić wywiady pochwowe, z których powstały niniejsze monologi. Rozmawiałam z przeszło dwustoma kobietami: starszymi, młodymi, mężatkami, samotnymi, lesbijkami, paniami profesor, aktorkami, wyższymi urzędniczkami wielkich firm, seksuolożkami, Amerykankami pochodzenia murzyńskiego, latynoskiego, azjatyckiego, indiańskiego, kaukaskiego, żydowskiego. Z początku kobiety nie bardzo chciały mówić. Czuły się nieco skrępowane, ale kiedy już którejś rozwiązał się język, nie sposób jej było przerwać. Kobiety w skrytości uwielbiają mówić o pochwach. Mówią z wielkim przejęciem, chyba głównie dlatego, że nikt wcześniej ich o to nie pytał.

Zacznijmy od samego słowa „pochwa". W najlepszym wypadku przywodzi na myśl infekcję albo przyrząd medyczny. „Siostro, proszę mi podać pochwę. Natychmiast". Pochwa. Pochwa. Choćby się je wypowiadało nie wiadomo ile razy, zawsze jest w nim coś odpychającego. Brzmi idiotycznie, nie ma w sobie krztyny seksu. Użyte podczas aktu erotycznego, choćby z myślą o poprawności politycznej: „Kochanie, popieścisz mi pochwę?" — od razu wszystko zepsuje.

Martwię się pochwami — tym, jak na nie mówimy i jak nie mówimy.

W Great Neck mówią na nią myszka. Pewna kobieta stamtąd opowiadała mi, jak matka ją pouczała: „Nie wkładaj majtek pod piżamę, bo myszka musi się wietrzyć". W Westchester mówiono na nią króliczka, w New Jersey — szpara. Może też być: puderniczka, rufa, piczka, pichna, pitula, pipiątko, pociurynka, pupilka, kosmaczka, hamerajda, szamszurka, gżegżółka, cipencja, małpiatka, firletka, cynogier, małż, pani Gi, wagina, pisia, siuśka, grzechotka, mona, muszelka, szantażystka, wsadźba, trufla, szczeżuja, wspólniczka, tamale, tottita, mimi w Miami, pierożek w Filadelfii i szmenda w Bronksie. Martwię się o pochwy.

 

 

 

Jedne monologi są prawie w całości wywiadami, na inne złożyło się kilka wywiadów, a przy niektórych wywiad posłużył mi za punkt wyjścia i nieźle po nim pohasałam. Ten monolog przytaczam niemal słowo w słowo. Aczkolwiek temat przewijał się we wszystkich wywiadach i często bywał brzemienny w skutki. Brzmi tak:

 

WŁOSY

Nie da się lubić pochwy, jeśli nie lubi się włosów. Wiele osób ich nie lubi. Mój pierwszy i jedyny mąż nie cierpiał włosów. Twierdził, że są brudne i skołtunione. Kazał mi ogolić pochwę. Była potem opuchnięta i obnażona, jak u małej dziewczynki. To go podniecało. Kiedy się ze mną kochał, czułam się tak, jak chyba mężczyzna, który odczuwa zarost na twarzy. Sprawiało mi to przyjemność, a jednocześnie ból. Zupełnie jakbym rozdrapała miejsce po ukąszeniu komara. Wszystko mnie tam paliło. Mój srom przypominał dwa rażąco czerwone guzy. Nie zgodziłam się jej ponownie ogolić. Wtedy mąż wdał się w romans. Podczas wspólnej terapii małżeńskiej oświadczył, że robi skoki w bok, bo go nie chcę zadowolić seksualnie. Nie chcę ogolić sromu. Terapeutka mówiła z silnym niemieckim akcentem i po każdym zdaniu wzdychała ze zrozumieniem. Spytała, dlaczego nie chcę spełnić prośby męża. Odpowiedziałam, że moim zdaniem to dziwactwo. Kiedy ogoliłam sobie rzecz samą, poczułam się jak małe dziecko, szczebiotałam jak dziewczynka, a skóra piekła mnie tak, że nawet maść cynkowa nie pomagała. Terapeutka powiedziała mi, że małżeństwo to kompromis. Zapytałam ją wtedy, czy jeśli się tam ogolę, to mąż zaprzestanie skoków w bok. Odpowiedziała, że pytania rozmywają całą sprawę. Że powinnam dać się ponieść jego fantazji. Zapewniła mnie, że to dobry początek.

Tym razem po powrocie do domu mąż ogolił mnie w kroku. Potraktowałam to jak nagrodę za terapię. Zaciął mnie kilka razy, do wanny skapnęło parę kropel krwi. Nawet nie zauważył, bo tak był wniebowzięty, że mnie goli. Ale potem, kiedy na mnie napierał, czułam, jak ten jego ostry trzpień mnie bodzie, jak dźga moją nagą, obrzmiałą pochwę. Nie miałam ochrony. Bo nie miałam swojego futerka.

I wtedy zrozumiałam, że włosy są tam nie bez powodu — jak liść wokół kwiatu, jak trawnik wokół domu. Trzeba je lubić, żeby lubić pochwę. Nie da się wybierać różnych części wedle życzenia. Zresztą mój mąż i tak nie zaprzestał skoków w bok.

 

Zadawałam wszystkim kobietom te same pytania, po czym wybierałam najciekawsze odpowiedzi. Przyznam jednak, że wszystkie odpowiedzi chwytały mnie za serce. Pytałam kobiety:

 

Gdyby twoja pochwa się ubierała, to co by nosiła?

 

Beret.

Skórzaną kurtkę.

Jedwabne pończochy.

Norki.

Różowe boa.

Męski smoking.

Dżinsy.

Coś obcisłego.

Szmaragdy.

Suknię wieczorową.

Cekiny.

Tylko Armaniego.

Baletową spódniczkę.

Czarną, przezroczystą bieliznę.

Suknię z tafty.

Coś do prania w pralce.

Maseczkę karnawałową.

Fioletową piżamę z aksamitu. Angorę.

Czerwoną muchę.

Gronostaje i perły.

Wielki kapelusz z kwiatami.

Kapelusz z lamparta.

Jedwabne kimono.

Okulary.

Spodnie dresowe.

Tatuaż.

Urządzenie rażące prądem do odstraszania intruzów.

Wysokie obcasy.

Koronki i glany.

Fioletowe pióra, peruki i muszle.

Bawełnę.

Dziecięcy fartuszek.

Bikini.

Płaszcz przeciwdeszczowy.

 

Gdyby twoja pochwa umiała mówić, co by powiedziała w kilku słowach?

Zwolnij.

Czy to ty?

Nakarm mnie.

Pragnę.

Mniam, mniam.

O, tak.

Jeszcze raz.

Nie, bardziej w bok.

Wyliż mnie.

Nie wychodź.

Śmiały krok.

Rusz głową.

Błagam, jeszcze.

Obejmij mnie.

Pobawmy się.

Nie przestawaj.

Jeszcze, jeszcze.

Pamiętasz mnie?

Wejdź.

Jeszcze nie.

O matko.

Tak tak.

Kołysz mnie.

Na twoją odpowiedzialność.

O Boże.

Chwała Bogu.

Tu jestem.

Do dzieła.

Znajdź mnie.

Dziękuję.

Bonjour.

Za mocno.

Nie poddawaj się.

Gdzie on jest?

Tak lepiej.

Dobrze, tam, tam.

 

Przeprowadziłam wywiady z grupą kobiet w wieku od sześćdziesięciu pięciu do siedemdziesięciu pięciu łat. Były najbardziej przejmujące ze wszystkich, bo wiele z nich nigdy wcześniej nie rozmawiało na temat pochwy. Niestety, większość kobiet z tej grupy wiekowej ma nader ograniczoną świadomość własnej pochwy. Zrozumiałam swoje olbrzymie szczęście, że wychowałam się w epoce feminizmu. Pewna pani, mimo siedemdziesięciu dwóch łat, ani razu nie widziała swojej pochwy. Dotykała jej tylko przy myciu pod prysznicem, de nigdy całkiem świadomie. Nigdy w życiu nie doznała orgazmu. W wieku siedemdziesięciu dwóch lat podjęła terapię, po czym pewnego dnia, zachęcona przez terapeutkę, wróciła sama do domu, zapaliła świece, wzięła kąpiel, puściła sobie kojącą muzykę i odkryła własną pochwę. Przyznała, że zabrało jej to ponad godzinę, bo cierpi na reumatyzm, ale kiedy wreszcie znalazła łechtaczkę, podobno się rozpłakała. Jej dedykuję ten monolog.

 

POWÓDŹ

[Żydówka, akcent z nowojorskiej dzielnicy Queens]

Dolne partie? Nie zapuszczałam się tam od roku 1953. Ależ skąd! To nie miało absolutnie nic wspólnego z Eisenhowerem. Nie, tam jest po prostu piwnica. Lepka i wilgotna. Naprawdę, nie chce się tam schodzić. Od razu robi się niedobrze. Coś dławi w gardle. Przyprawia o mdłości. Ten zapach wilgoci, pleśni i jeszcze czegoś. Fuj! Nie do wytrzymania. Całe ubranie nim przesiąka.

Nie, do żadnego wypadku tam nie doszło. Nie było wybuchu, pożaru ani niczego takiego. Aż tak dramatycznie to nie wyglądało. Nie, mniejsza o to. Zmieńmy temat. Nie mogę o tym mówić. Ale w ogóle dlaczego taka mądra młoda kobieta jak pani wypytuje staruszki o dolne partie? W moich czasach coś takiego byłoby nie do pomyślenia. Co? O Boże, no dobrze.

Znałam miłego chłopca, nazywał się Andy Leftkov. Miał mnóstwo uroku, przynajmniej w moich oczach. No i był wysoki, tak samo jak ja, bardzo mi się podobał. Zaprosił mnie na randkę. Pojechaliśmy jego samochodem...

Nie, nie mogę i już. Nie potrafię mówić o dolnych partiach. Wiadomo tylko, że tam są. Tak jak piwnica. Czasem dochodzą stamtąd jakieś hałasy. Słychać bulgot rur, czasem coś uwięźnie, małe stworzonka czy coś innego, panuje wilgoć, czasem ktoś musi przyjść, żeby zatamować przeciek. Na co dzień drzwi są zamknięte. Zapominamy o tym lochu. Ale bez niego ani rusz, bo każdy dom musi mieć piwnicę. W przeciwnym razie sypialnia znajdowałaby się w suterenie.

Och, Andy. Andy Leftkov. No dobrze. Andy był bardzo przystojny. Wszystkie na niego leciały. No więc siedzieliśmy w jego aucie, nowym białym chevrolecie BelAir. Pamiętam, jak myślałam, że mam za długie nogi na to siedzenie. Bo mam długie. Obijały się o deskę rozdzielczą. Patrzyłam na te swoje duże kolana, kiedy pocałował mnie znienacka „tak obezwładniająco, jak się całują na filmach". Przeszyło mnie podniecenie, takie podniecenie, że tam, w dolnych partiach, wystąpiła powódź. Nie mogłam nad nią zapanować. Zupełnie jakby trysnęła ze mnie fontanna namiętności, rzeka życia, która przeciekła przez majtki i zalała fotel jego nowego białego chevroleta BelAir. Nie był to mocz, ale miał swój zapach... to znaczy, prawdę powiedziawszy, ja nic nie czułam, ale on, ten cały Andy, twierdził, że zalatuje zsiadłym mlekiem i że zaświniłam mu siedzenie.

„Ale z ciebie śmierdziucha i dziwadło" — tak się wyraził. Chciałam mu wyjaśnić, że ten jego pocałunek całkiem mnie zaskoczył, że zwykle tak nie reaguję. Usiłowałam wytrzeć powódź sukienką. Włożyłam na tę okazję nową, taką jasnożółtą, okropnie potem wyglądała, cała utytłana. Andy odwiózł mnie do domu, ani słowem się już do mnie nie odezwał, a kiedy wysiadłam i zatrzasnęłam za sobą drzwi auta, zamknęłam raz na zawsze sklepik. Zamknęłam go na cztery spusty i nigdy więcej nie otworzyłam. Potem spotykałam się jeszcze z innymi, ale perspektywa powodzi kosztowała mnie za dużo nerwów. Już nigdy nie dopuściłam do podobnej sytuacji.

Później nachodziły mnie sny, szalone sny. E, takie tam głupoty. Dlaczego? Bo śnił mi się Burt Reynolds. Nie mam pojęcia dlaczego. Na jawie wcale mnie tak znów nie podniecał, za to w snach... zawsze tylko Burt i ja. Tylko my dwoje. Wybieramy się na randkę. Jesteśmy w restauracji, takiej, jakich pełno w Atlantic City, przepych, żyrandole i w ogóle, wokół tysiące kelnerów w kamizelkach. Burt wręcza mi bukiecik orchidei. Przypinam go sobie do żakietu. Zaśmiewamy się. Zawsze się zaśmiewaliśmy. Jemy koktajl z krewetek. Takich wielkich, przepysznych. Znowu się zaśmiewamy. Dobrze nam ze sobą. A potem on patrzy mi w oczy, dosłownie na środku restauracji przyciąga do siebie, ale kiedy już ma mnie pocałować, cała sala zaczyna drżeć, spod stołu wyfruwają gołębie (nie mam pojęcia, co one tam robią), i nagle z moich dolnych partii rusza powódź. Wylewa się ze mnie. Leje się i leje bez końca W jej odmętach pływają ryby i łódki, już cała restauracja jest pod wodą, a Burt stoi w niej po kolana, ma potwornie zawiedzioną minę, że znów mu to zrobiłam, i patrzy z przerażeniem, jak obok przepływają jego koledzy, Dean Martin i jemu podobni, w smokingach i strojach wieczorowych.

Teraz nie miewam już tych snów. Odkąd prawie wszystko mi tam wycięli. Usunęli mi macicę i jajowody, całe to oprzyrządowanie. Lekarz uważał, że błysnął dowcipem, mówiąc: „Jak nie używać, to rdzewieje". Ale tak naprawdę dowiedziałam się, że to był rak. Musieli ciachnąć wszystko, jak leci. Zresztą, komu to potrzebne? Za bardzo się te rzeczy przecenia. Znalazłam sobie inne zajęcia. Uwielbiam wystawy psów. Sprzedaję antyki.

Pani pyta, co by nosiła? Też pytanie! Co by nosiła? Nosiłaby tabliczkę z wielkim napisem - ZAMKNIĘTE Z POWODU POWODZI.

Co by powiedziała? Już mówiłam. To nie tak. Przecież to nie jest żywa osoba, która mogłaby coś powiedzieć. Dawno temu przestała się odzywać. To jest po prostu miejsce. Nieuczęszczane, zamknięte miejsce pod domem. Dolne partie. I co, jest pani zadowolona? Sprowokowała mnie pani, wyciągnęła to ze mnie. Udało się pani nakłonić starszą osobę do zwierzeń na temat dolnych partii Lepiej się pani teraz czuje?

[Odwraca się, lecz po chwili ogląda za siebie.] Tak z ręką na sercu, jest pani pierwszą osobą, której to opowiedziałam, i trochę lepiej się teraz czuję.

 

FAKTY

 

W roku 1593 na procesie pewnej czarownicy instygator (mężczyzna żonaty) najwyraźniej po raz pierwszy odkrył łechtaczkę. Uznał ją za szatański cycek, niezbity dowód winy owej czarownicy. Był to „mały guzek sterczący niczym krowie wymię, długości centymetra", którego strażnik „zrazu nie miał zamiaru ujawniać, albowiem mieścił się w tak sekretnym miejscu, że nie uchodzi tam zaglądać. Jakowoż nie chciał ukrywać tej nader osobliwej materii", pokazał ją więc zgromadzonym wokół gapiom. Ci przyznali, że nigdy czegoś podobnego nie widzieli. Czarownicę skazano na śmierć. The Woman's Encyclopedia of Myths and Secrets (Encyklopedia mitów i tajemnic kobiet)

 

Przeprowadziłam wiele rozmów na temat miesiączki. Wszystkie głosy zabrzmiały niczym chorał, stworzyły dziką, zbiorową pieśń. Jedne odbijały się echem w drugich, jedne wykrwawiały w drugie. Zatraciłam się w tym upuście krwi.

 

MIAŁAM DWANAŚCIE LAT.

MAMA WYMIERZYŁA MI POLICZEK

Kiedy miałam siedem lat i byłam w drugiej klasie, mój brat wciąż mówił o periodzie. Nie podobał mi się jego śmiech.

Poszłam do mamy. - Co to jest „period"? — spytałam.

— To odcinek czasu — wyjaśniła. — Epoka historyczna.

Tata przyniósł mi kartę: „Mojej małej córeczce, która przestała być taka mała".

Przeraziłam się. Mama pokazała mi grube podpaski. Zużyte miałam wyrzucać do kubła pod zlewem w kuchni.

Pamiętam, że dostałam okresu jedna z ostatnich. Miałam trzynaście lat.

Wszystkie czekałyśmy na to niecierpliwie.

Bardzo się bałam. Zaczęłam chować zużyte podpaski do szarych toreb i upychać w ciemnych zakamarkach na strychu.

Ósma klasa. Mama mnie pochwaliła:

— No to się ciesz.

W gimnazjum — najpierw brązowe plamienie, zanim nadszedł prawdziwy okres. Jednocześnie puściły mi się włosy pod pachami, ale nierówno, najpierw tylko pod jedną pachą.

Miałam szesnaście lat. Dosyć się wystraszyłam.

Mama dała mi kodeinę. Spałyśmy na piętrowym łóżku. Zeszłam na dół i położyłam się obok niej. Mama czuła się niezręcznie.

Pewnego wieczoru wróciłam późno i wślizgnęłam się do łóżka, nie zapalając światła. Mama znalazła moje zużyte podpaski i włożyła mi je do łóżka.

Miałam dwanaście lat. Jeszcze się nie zdążyłam ubrać, byłam w samych majtkach. Spojrzałam na schody. I zobaczyłam.

Krople krwi na podłodze.

Siódma klasa, mama musiała zauważyć moje majtki. Wtedy dała mi ceratową łódeczkę.

Mama odniosła się do mnie bardzo ciepło:

— Trzeba ci kupić podpaski.

W domu u mojej koleżanki Marcii uczczono jej pierwszą miesiączkę. Wydano odświętny obiad.

Wszystkie czekałyśmy na okres.

Nie mogłyśmy się doczekać.

Miałam trzynaście lat. Jeszcze nie było nowoczesnych podpasek. Należało bardzo uważać na sukienkę. Wychowałam się w biednej murzyńskiej rodzinie. W kościele sukienka przesiąkła mi

z tyłu krwią. Nikt nie zobaczył, ale czułam się winna.

Miałam dziesięć i pół roku. Żadnego przygotowania. Brązowe plamy na majtkach.

Pokazała mi, jak włożyć tampon. Udało mi się wsadzić tylko do połowy.

Zaliczałam okres do zjawisk niewytłumaczalnych.

Mama kazała mi używać szmatki. Zabroniła tamponów. Żebym, broń Boże, niczego nie wkładała do swojej „cukierniczki".

Zabezpieczałam się kłębami waty. Zwierzyłam się mamie. Dała mi papierowe laleczki Elizabeth Taylor.

Miałam piętnaście lat. Mama powiedziała: „Mazeł to w". I wymierzyła mi policzek. Nie wiedziałam, czy to coś dobrego, czy złego.

Moja miesiączka to ciasto przed włożeniem do pieca. Indianki przez pięć dni siedziały na mchu. Szkoda, że nie jestem Indianką.

Miałam piętnaście lat, bardzo już czekałam na okres. Byłam wysoka, ale nadal rosłam.

Kiedy widywałam na gimnastyce białe dziewczęta z tamponami, uważałam je za grzesznice.

Zobaczyłam czerwone krople na różowych kafelkach. „No tak" — pomyślałam.

Mama bardzo się ucieszyła.

Używałam OB i lubiłam wkładać tam sobie palce.

 

Miałam jedenaście lat, nosiłam białe majtki. Zaczęła mi lecieć krew.

Pomyślałam, że to coś okropnego.

Że nie jestem gotowa.

Dostałam bólów krzyża.

Zaczęłam czuć podniecenie.

Dwanaście lat. Byłam szczęśliwa. Moja koleżanka miała tabliczkę spirytystyczną ouija, zapytała, kiedy dostaniemy okresu. Patrzę, a tu krew.

Jak na zawołanie.

Jestem kobietą.

Przeraziłam się.

Nie sądziłam, że to nastąpi.

Zaczęłam zupełnie inaczej odczuwać siebie. Stałam się cicha i dojrzała. Jak przystało porządnej Wietnamce — skupiona na pracy, cnotliwa, nigdy się nie odzywa.

Dziewięć i pół roku. Byłam pewna, że wykrwawię się na śmierć. Ściągnęłam bieliznę i rzuciłam do kąta. Nie chciałam martwić rodziców.

Mama zrobiła mi gorącą kąpiel, dała wina, po którym zasnęłam.

Byłam w swoim pokoju u mamy. Miałam kolekcję komiksów. Mama uprzedziła mnie: „Nie wolno ci teraz dźwigać pudła z komiksami".

Koleżanki powiedziały mi, że raz w miesiącu ma się krwotok.

Mamę wciąż zabierali do szpitala psychiatrycznego. Nie mogła dopilnować mojego pokwitania.

„Szanowna Pani Catting. Proste o zwolnienie mojej córki z treningu koszykówki, bo jest niedysponowana. Właśnie osiągnęła dojrzałość".

Na obozie nauczyli mnie, żeby nie brać kąpieli podczas okresu. Przemyli mnie tam środkiem dezynfekującym.

Przerażeni ludzie czuli ode mnie ten zapach. Twierdzili, że cuchnę rybą.

Wymiotowałam, nie mogłam jeść.

Czułam głód.

Czasem jest bardzo czerwona.

Lubię, kiedy kapie do sedesu. Zupełnie jak krople farby.

Czasem krew robi się brązowa, co mnie niepokoi.

Miałam dwanaście lat. Mama wymierzyła mi policzek i kupiła czerwoną bawełnianą bluzkę. Tata poszedł po butelkę sangrii.

 

 

 

 

Oto wywiad, który przeprowadziłam z uczestniczką warsztatów pochwowych.

 

WARSZTATY POCHWOWE

[Lekki brytyjski akcent]

Moja pochwa to muszla, okrągła różowa krucha muszla, która otwiera się i zamyka, zamyka i otwiera. Moja pochwa to kwiat, fantazyjny tulipan, wnętrze ma czułe i głębokie, zapach subtelny, płatki delikatne, lecz jędrne.

Nie zawsze to wiedziałam. Dowiedziałam się na warsztatach poświęconych pochwie. Nauczyła mnie kobieta prowadząca warsztaty, która wierzy w pochwy, naprawdę je widzi, pomaga innym kobietom dojrzeć swoje pochwy przez oglądanie innych.

Na pierwszym spotkaniu poprosiła, żeby każda z nas narysowała swoją „niepowtarzalną, piękną, cudowną pochwę", bo tak ją określiła. Chciała wiedzieć, jak sobie wyobrażamy własne, niepowtarzalne, piękne, cudowne pochwy. Pewna kobieta w ciąży narysowała duże, czerwone, rozdarte krzykiem usta, z których sypią się monety. Inna, bardzo chuda, narysowała duży półmisek, elegancko zdobiony wzorem Devonshire. Ja narysowałam dużą czarną kropkę, a dookoła kłębowisko małych krętych kresek. Czarna kropka była odpowiednikiem kosmicznej czarnej dziury, a kręte kreski wyobrażały ludzi, rzeczy albo po prostu nasze atomy, które się tam zagubiły. Zawsze uważałam swoją pochwę za coś w rodzaju anatomicznej próżni, która wsysa na chybił trafił różne cząsteczki i przedmioty z otoczenia.

Zawsze uważałam swoją pochwę za odrębny byt, który jak gwiazda wiruje w swojej galaktyce, a w końcu spala się we własnej energii gazowej lub wybucha i rozpada na tysiące innych, mniejszych pochew, i potem wszystkie wirują we własnych galaktykach.

Nie myślałam o niej w kategoriach praktycznych ani biologicznych. Nie uważałam jej na przykład za część swojego ciała, za coś, co mam między nogami, co należy do mnie.

Na warsztatach poproszono nas, żeby każda obejrzała swoją pochwę w lusterku. Po dokładnych oględzinach miałyśmy powiedzieć grupie, co zobaczyłyśmy. Muszę wyznać, że cała moja wcześniejsza wiedza o pochwie brała się z zasłyszanych informacji lub z wyobraźni. Bo tak naprawdę nigdy jej nie widziałam. Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby ją zobaczyć. Moja pochwa istniała dla mnie tylko w abstrakcji. Jej oglądanie wydało mi się poniżające i kłopotliwe, gdy każda z nas na błyszczącej niebieskiej macie z lusterkiem w ręku zapuszczała tam żurawia. Chyba podobnie musieli się czuć pierwsi astronomowie ze swoimi prymitywnymi teleskopami.

Z początku moja pochwa wydała mi się odpychająca. Tak jak patroszona ryba widziana po raz pierwszy, kiedy odkrywa się pod skórą inny, krwawy, złożony świat. Była taka surowa, czerwona i świeża. Najbardziej zdziwiło mnie, że ma tyle warstw. Jedne przesłaniały drugie, a za nimi kryły się kolejne.

Pochwa mnie zdumiała. Kiedy przyszła moja kolej, nie mogłam wykrztusić słowa. Odebrało mi mowę. Obudziło się we mnie coś, co kobieta prowadząca warsztaty nazywała „cudem pochwy". Miałam ochotę leżeć tam na macie, z rozłożonymi nogami, i bez końca wpatrywać się we własną pochwę.

Była tak archaiczna i tak pełna wdzięku, że nie mógł się z nią równać nawet Wielki Kanion. Tchnęła niewinnością, świeżością eleganckiego ogrodu angielskiego. Rozśmieszyła mnie, naprawdę mnie rozśmieszyła. Parsknęłam śmiechem. Bawiła się w chowanego, otwierała i zamykała. Była ustami. Była porankiem.

Następnie kobieta prowadząca warsztaty spytała, ile z nas miało orgazm. Dwie panie podniosły niepewnie ręce. Ja nie podniosłam, chociaż miewałam. Ale nie podniosłam ręki, bo orgazmy były przypadkowe. Po prostu mi się przytrafiały. Zdarzały mi się w snach, z których budziłam się w uniesieniu. Często zdarzały się w wodzie, najczęściej w wannie. Raz nawet na Cape Cod. Zdarzały mi się na koniu, na rowerze, na przyrządzie mechanicznym w siłowni. Nie podniosłam ręki, bo chociaż miewałam orgazmy, to nie umiałam ich wywoływać. Nigdy zresztą nie próbowałam. Sądziłam, że to coś mistycznego, magicznego. Nie chciałam ingerować. Wydawało mi się niestosowne, żebym miała przyłożyć do tego palec. Trąciło manipulacją, Hollywoodem. Orgazm na receptę. Znikłaby tajemnica, cała niespodzianka. Sęk w tym, że niespodzianka nie przychodziła od dwóch lat. Od tak dawna nie zdarzył mi się magiczny, przypadkowy orgazm, że wpadłam w panikę. Dlatego zgłosiłam się na warsztaty. I wtedy nadeszła chwila, której bardzo się bałam, a jednocześnie nie mogłam się doczekać. Kobieta prowadząca warsztaty poprosiła, żebyśmy znów wzięły lusterka i spróbowały odnaleźć swoje łechtaczki. Leżałyśmy tak, same kobiety, na wznak na matach, szukając swoich guziczków, swoich splotów, i raptem, nie wiadomo dlaczego, rozpłakałam się. Może ze skrępowania. A może z żalu za przekreśloną fantazją, wielką, całożyciową fantazją, że zjawi się ktoś, kto weźmie moje życie w swoje ręce, nada mu kierunek, obdaruje mnie orgazmami. Przywykłam do skrytego życia, do swoich magicznych przesądów. Natomiast szukanie łechtaczki, przedziwne zajęcia na błyszczących niebieskich matach nadały całej sprawie realny, aż nazbyt realny wymiar. Ogarnęła mnie trwoga. Strach, a zarazem świadomość, że dotychczas unikałam znalezienia swojej łechtaczki; odrzucałam takie działanie jako zbyt konsumpcyjne i nachalne, bo w głębi duszy śmiertelnie się bałam, że w ogóle nie mam łechtaczki, że należę do grona osób upośledzonych fizycznie, oziębłych, martwych, zamkniętych, wyschłych, przypominających suszone morele, zgorzkniałych, o Boże. Leżałam tak z lusterkiem, wypatrywałam swojego guziczka, gmerałam palcami, i nie dawało mi spokoju jedno natrętne wspomnienie. Kiedy miałam dziesięć lat, wpadł mi do jeziora złoty pierścionek ze szmaragdami. Nurkowałam po niego wiele razy, grabiłam rękami dno, trafiałam na kamienie, ryby, nakrętki, szlam, wszystko, tylko nie pierścionek. Wpadłam w popłoch. Wiedziałam, że czeka mnie kara. Nie powinnam go była brać, idąc pływać.

Kobieta prowadząca warsztaty zauważyła, że się miotam, oblewam potem, sapię. Podeszła. Przyznałam jej się: „Zgubiłam swój guziczek. Raz na zawsze. Nie powinnam go była brać, idąc pływać". Na co ona pogłaskała mnie spokojnie po czole. Powiedziała, że łechtaczki nie mogę zgubić. Bo jest mną, moją kwintesencją. Dzwonkiem do mojego domu, a zarazem domem. Nie muszę go szukać. Muszę nim być. Być nim. Być swoją łechtaczką. Być swoją łechtaczką. Położyłam się znów na wznak, zamknęłam oczy. Odłożyłam lusterko. Patrzyłam, jak unoszę się nad sobą. Patrzyłam, jak powoli zbliżam się do siebie, wracam. Czułam się jak astronauta, który wkracza w atmosferę, wracając na Ziemię. Powrót był bardzo spokojny, cichy i łagodny. Podrywałam się i lądowałam, lądowałam i podrywałam. Zestroiłam się ze swoimi mięśniami, krwią, komórkami, po czym wślizgnęłam do pochwy. Nagle wydało mi się to łatwe, pasowałam tam jak ulał. Byłam rozgrzana, czułam, że pulsuję, że jestem młoda, gotowa, że żyję. I wtedy, nie otwierając oczu, trafiłam palcem na coś, co nagle stało się mną. Najpierw poczułam lekkie drżenie, które kazało mi tam zostać. Potem drżenie przeszło w trzęsienie ziemi, wybuch, w którym rozstępowały się kolejne warstwy. Wstrząs otworzył archaiczny horyzont światła i ciszy, który z kolei otworzył płaszczyznę muzyki i barw, niewinności i tęsknoty, a ja poczułam więź, wołałam o więź, leżąc tam, młócąc ciałem niebieską matę. Moja pochwa jest muszlą, tulipanem, przeznaczeniem. Dochodzę właśnie wtedy, kiedy zbieram się do odwrotu. Moja pochwa, moja pochwa, ja sama.

 

FAKT

Łechtaczka nie ma żadnych praktycznych zastosowań. To jedyny narząd stworzony tylko po to, by służyć kobiecej rozkoszy. Tworzy ją po prostu wiązka nerwów, dokładnie mówiąc, 8000 włókien nerwowych. To najbardziej unerwione miejsce w organizmie, bardziej niż opuszki palców, usta czy język, dwukrotnie bardziej niż prącie. Któż chciałby mieć dubeltówkę zamiast broni automatycznej?

Natalie Angier, Kobieta. Geografia intymna, przeł. Barbara Kopeć-Umiastowska, Warszawa 2000

 

BO LUBIŁ NA NIĄ PATRZEĆ

Jak polubiłam swoją pochwę? Trochę mnie to peszy, bo urąga poprawności politycznej. Wiem, że powinno się to zdarzyć podczas kąpieli w soli z Morza Martwego, przy muzyce Enyi. Tak, tak, wiem. Pochwy są piękne. Nasz wstręt do siebie jest wyłącznie uwewnętrznioną represją i nienawiścią do kultury patriarchalnej. Nie jest prawdziwy. Cipki, łączcie się. Znam to na pamięć. Gdybyśmy na przykład wyrosły w kulturze, w której wpojono by nam, że grube uda są piękne, z pewnością pałaszowałybyśmy ciastka i koktajle mleczne, całymi dniami wylegiwały się i pakowały sobie w uda. Ale nie wyrosłyśmy. Nienawidziłam swoich ud, a jeszcze bardziej pochwy. Sądziłam, że jest niewiarygodnie brzydka. Należałam do tych kobiet, które od pierwszego wejrzenia żałują, że ją w ogóle mają. Napawała mnie obrzydzeniem. Żal mi było wszystkich, którzy muszą się zapuszczać w te rejony.

Żeby przetrwać, zaczęłam udawać, że między nogami mam coś innego. Wyobrażałam sobie meble (wygodne podnóżki z lekkimi bawełnianymi kocykami, aksamitne sofy, skóry lamparcie) albo piękne przedmioty (chusty jedwabne, pikowane uchwyty do garnków, maty pod talerze) lub miniaturowe pejzaże (przedstawiające krystaliczne jeziora lub zamglone irlandzkie bagna). Przywykła do tych fantazji, zapomniałam w ogóle, że mam pochwę. Kiedy kochałam się z mężczyzną, wyobrażałam go sobie w mufce z norek, w czerwonej róży albo w chińskiej wazie.

I wtedy poznałam Boba. Bob był jednym z najnormalniejszych ludzi, jakich poznałam. Wysoki, szczupły, nijakiej urody, chodził w ubraniach khaki. Nie lubił pikantnych dań ani muzyki zespołu Prodigy. Nie interesował się seksowną bielizną. W lecie najchętniej przebywał w cieniu. Nie ujawniał swoich skrytych uczuć. Nie miał żadnych kłopotów ani obsesji, nawet nie sięgał do kieliszka. Nie był szczególnie zabawny, elokwentny ani tajemniczy. Nie był podły ani zamknięty w sobie. Nie odznaczał się samolubstwem ani charyzmą. Nie szarżował za kierownicą. Nie bardzo go nawet lubiłam. W ogóle bym go nie zauważyła, gdyby nie podniósł drobnych, które rozsypały mi się po podłodze w delikatesach. Kiedy podawał garść monet i musnął mnie przy tym niechcący, coś zaiskrzyło. Poszłam z nim do łóżka. I wtedy zdarzył się cud.

Okazało się, że Bob uwielbia pochwy. Był koneserem. Uwielbiał ich fakturę, smak i zapach, ale co najważniejsze, wygląd. Musiał na nie patrzeć. Kiedy kochaliśmy się po raz pierwszy, powiedział, że musi mnie zobaczyć.

— Przecież jestem tutaj — zdziwiłam się.

— Nie rozumiesz — próbował uściślić. — Muszę cię zobaczyć.

- To zapal światło — poradziłam. W ciemnościach ogarnęła mnie trwoga, że trafiłam na jakiegoś dziwaka. Zapalił światło.

— W porządku, jestem gotów — powiedział. - Gotów cię zobaczyć.

— Halo. — Zamachałam do niego. — Tu jestem.

Wtedy zaczął mnie rozbierać.

- Co ty wyprawiasz, Bob? — spytałam.

— Muszę cię zobaczyć — odparł.

— Nie musisz — powiedziałam. — Wskakuj.

- Muszę zobaczyć, jak tam wyglądasz -uparł się.

- Przecież widziałeś już czerwoną skórzaną kozetkę — powiedziałam.

Bob nie dawał jednak za wygraną. Zemdliło mnie, zapragnęłam umrzeć.

- To piekielnie intymny zakątek -wzbraniałam się. — Nie możesz po prostu tam wejść?

— Jesteś taka piękna — powiedział. — Elegancka i głęboka, niewinna i dzika.

— Aż tyle tam zobaczyłeś? — spytałam. Zupełnie jakby mi wróżył z ręki.

— Tak — potwierdził. — I dużo, dużo więcej.

Patrzył tak niemal godzinę, jak gdyby studiował mapę, obserwował Księżyc, wpatrywał mi się w oczy, a on w ten sposób zgłębiał moją pochwę. Przyglądałam mu się przy świetle, jak na mnie patrzy. Wydał mi się szczerze podekscytowany, taki spokojny, pełen euforii, że zrobiłam się tam mokra, podniecona. Zaczęłam patrzeć na siebie jego oczami. Poczułam się piękna i zachwycająca niczym wielki obraz albo wodospad. Bob wcale się nie zląkł ani nie stropił. Aż napęczniałam z dumy. Polubiłam swoją pochwę. Wtedy Bob zanurzył się w nią, ja wraz z nim, i oboje nas poniosło.

 

 

 

 

 

 

 

W roku 1993 w kiosku z gazetami na Manhattanie moją uwagę przykuto niepokojące zdjęcie na pierwszej stronie „Newsday". Przedstawiało sześć młodych kobiet, które właśnie wróciły z obozu dla ofiar gwałtu w Bośni. Na ich twarzach malował się wstrząs i rozpacz, ale bardziej przejmująca była świadomość, że w ich życiu na zawsze zniszczono coś pięknego i czystego. Sięgnęłam po gazetę. W środku znalazłam jeszcze jedno zdjęcie tych młodych kobiet, które niedawno wróciły do swoich matek. Stały półkolem w sali gimnastycznej, tworząc sporą grupę, ale żadna — ani jedna matka, ani jedna córka — nie odważyła się spojrzeć w obiektyw.

Wiedziałam, że muszę tam pojechać. Musiałam poznać te kobiety. W roku 1994, dzięki pomocy anioła dobroci, Lauren Lloyd, spędziłam dwa miesiące w Chorwacji i w Pakistanie, gdzie prowadziłam wywiady z uciekinierkami z Bośni. Rozmawiałam z nimi, mieszkałam w obozach, w kawiarniach, w ośrodkach dla uchodźców. Od tamtej pory jeszcze dwa razy odwiedziłam ten kraj.

 

Po powrocie do Nowego Jorku z pierwszej podróży do Bośni nie mogłam ochłonąć z oburzenia. Nie pojmowałam, jak można było dopuścić, żeby w roku 1993 w centrum Europy zgwałcono 20 000 do 70 000 kobiet w ramach konsekwentnej taktyki wojennej, i jak to się stało, że nikt nie kiwnął palcem, by to powstrzymać. Koleżanka spytała, co mnie tak dziwi. Przecież w Stanach rokrocznie ofiarą gwałtu pada 500000 kobiet, a teoretycznie nie pozostajemy w stanie wojny.

Ten monolog powstał na kanwie opowieści jednej kobiety. Chciałabym jej teraz podziękować za to, że powierzyła mi swoją historię. Jej duch i siła budzą mój podziw, tak jak budzą go wszystkie poznane kobiety, które przeżyły straszliwe okrucieństwa w byłej Jugosławii. Ten fragment dedykuję kobietom z Bośni.

 

MOJA POCHWA BYŁA MOJĄ WIOSKĄ

Moja pochwa była zielona, różowe nawodnione pola, krowy muczą, słońce stoi na niebie, luby chłopak delikatnie muska żółtą słomką.

Mam coś między nogami. Nie wiem, co to takiego. Nie wiem, gdzie to jest. Nie dotykam. Przestałam. Wtedy się skończyło.

Moja pochwa gadała jak najęta, a jaka przy tym niecierpliwa, tylko by gadała, tylko by trajkotała, nigdy nie miała dosyć, nigdy nie przestawała mówić, o tak, o tak.

/ wtedy przyśniłam, że mam tam zdechłego zwierzaka, zaszytego grubą czarną żyłką wędkarską. I nie mogę się pozbyć smrodu tego zdechłego zwierzaka, a on ma poderżnięte gardło i krew przesiąka przez wszystkie moje letnie kiecki.

Moja pochwa śpiewała wszystkie dziewczyńskie piosenki, piosenki kozich dzwonków, dzikich jesiennych pól, pochwy, na swojską nutę.

Ale wtedy żołnierze wsadzili mi tam długi, gruby karabin. Taki był zimny, że ten żelazny drąg przebił mi serce. Nie wiedziałam, czy zaraz strzelą, czy mi go pchną w skołowaną głowę. Sześciu ich było, potworne doktory w czarnych maskach, i butelki też mi tam wpychali, i jeszcze patyki, i kij od szczotki.

Moja pochwa płynęła z prądem rzeki jak czysta woda, co się bez przerwy leje na spieczone słońcem kamienie, na kamienną szparę, na kamienie całe w szlamie.

Ale wtedy słyszałam, jak skóra mi tam trzaska, pisnęła tylko jak cytryna, w ręce został mi strzęp pochwy, oderwana warga, i teraz z jednej strony w ogóle nie mam wargi.

Moja pochwa, żywa, podmokła wodna wioska, moja pochwa, moja okolica.

Ale przez tydzień brali mnie na kolejkę, a cuchnęli jak gnojówka i wędzone mięso, zostawili tam w środku brudną spermę. Stałam się zatrutą rzeką pełną ropy, umarły wszystkie plony, zdechły ryby.

Moja pochwa, żywa, podmokła wodna wioska.

Napadli ją. Zmasakrowali i wypalili do cna.

Teraz w ogóle tam nie dotykam.

Nie zaglądam.

Teraz mieszkam gdzie indziej.

Sama nie wiem gdzie.

 

FAKT

W XIX wieku dziewczęta, które nauczyły się doprowadzać same do orgazmu drogą masturbacji, uważano za przypadki patologiczne. Niejednokrotnie „kurowano" je bądź „reformowano", stosując amputację lub przyżeganie łechtaczki, zakładano „miniaturowe pasy cnoty", zszywano wargi sromowe, żeby uniemożliwić dostęp do łechtaczki, a nawet kastrowano, chirurgicznie usuwając jajniki. Nie istnieją natomiast żadne wzmianki w literaturze fachowej na temat chirurgicznego usuwania jąder bądź amputacji członka, aby uchronić od masturbacji chłopców.

W Stanach Zjednoczonych ostatni zarejestrowany zabieg wycięcia łechtaczki dla wyleczenia masturbacji wykonano w roku 1948 na pięcioletniej dziewczynce.

Encyklopedia mitów i tajemnic kobiet

 

FAKT

W przybliżeniu 80 do 100 milionów dziewcząt i młodych kobiet poddano okaleczeniu narządów płciowych. W krajach, głównie afrykańskich, w których praktykuje się ten obrzęd, około dwóch milionów dziewcząt rocznie może się spodziewać, że nóż - lub brzytwa czy odłamek szkła - natnie im lub całkowicie usunie łechtaczkę oraz że współplemieńcy zaszyją im całkiem lub częściowo wargi sromowe... nicią jelitową bądź kolcami.

Często ten zabieg uszlachetnia się nazwą „obrzezanie". Afrykanista Nahid Toubia przedstawia sprawę jasno — u mężczyzny taki zabieg równałby się amputacji prawie całego członka lub „usunięciu całego członka, łącznie z nasadą z miękkiej tkanki oraz częściowo skórą moszny".

Krótkotrwałe skutki uboczne to między innymi tężec, posocznica, krwotoki, rany macicy, pęcherza, ścian pochwy i zwieracza odbytu. Długotrwałe skutki to chroniczne zakażenie macicy, znaczne blizny, które mogą przez całe życie utrudniać chodzenie, powstanie przetoki, zwiększone cierpienie i ryzyko podczas porodu, a także przedwczesny zgon.

„New York Times", 12 kwietnia 1996

 

 

ROZGNIEWANA POCHWA

Moja pochwa pała gniewem. I to jak. Moja pochwa się wścieka. Nie posiada się z oburzenia, pragnie rozmowy. Rozmowy o tym całym gównie. Rozmowy z panią. Bo niby jak to jest? Cała armia ludzi wymyśla sposoby, jakie by jeszcze tortury zadać mojej biednej pupie, delikatnej, kochanej pochwie... Całymi dniami obmyślają kretyńskie produkty i podłe wynalazki, żeby zmaltretować moją muszelkę. Pojebańcy.

Wiecznie nam tylko wciskają jakieś gówno, niby z troski o higienę — faszerują nas, ze wszystkiego by nas tam wykolegowali. A moja pochwa nie da się wykolegować. Wkurzyła się i nie da się ruszyć! Weźmy choćby tampony — co to, do diabła, jest? Pieprzony gniot suchej waty, który trzeba tam sobie wepchnąć. Dlaczego nie mogą go delikatnie natłuścić? Moja pochwa na jego widok przeżywa szok. Od razu mówi: daj mi spokój. Zamyka się. Z pochwą należy popracować, zapoznać ją z nowym wynalazkiem, przygotować.

Do tego właśnie służy gra wstępna. Musisz przekonać moją pochwę, uwieść ją, wzbudzić jej zaufanie. Nie wskórasz tego suchym gniotem pieprzonej waty.

Przestańcie mi cokolwiek wpychać. Przestańcie wpychać i wmawiać potrzeby higieniczne. Moja pochwa nie wymaga żadnego cackania się. Wystarczająco ładnie pachnie. Może nie płatkami róż. Ale nie próbujcie jej upiększać. Nie wierz mu, kiedy ci wmawia, że pachnie płatkami róż. Ma pachnieć muszelką, i już. A oni próbują nam wmówić dodatkowe wymogi higieny, żeby pachniała jak dezodorant łazienkowy albo ogród. Wachlarz dezodorantów intymnych — zapach kwiatów, leśny, deszczowy. Wcale nie chcę, żeby moja muszelka pachniała jak deszcz. Wymyta do cna, jakby ktoś chciał szorować rybę po ugotowaniu. Chcę czuć smak ryby, dlatego ją zamawiam.

No i badania ginekologiczne. Kto je wymyślił? Musi być jakiś lepszy sposób. Po co te odrażające papierowe fartuchy, które drapią tylko sutki i pośladki, kiedy się leży, a kobieta czuje się jak wyrzucony kłąb papieru? Po co gumowe rękawice? Po co latarka, jakiej potrzebuje detektyw w spódnicy, kiedy zmaga się z siłą grawitacji, po co te hitlerowskie stalowe strzemiona, dlaczego wkładają ci ohydny zimny wziernik przypominający kaczy dziób? Co to ma być? Moja pochwa oburza się na te wizyty. Broni się już kilka tygodni naprzód. Zamyka się, nie umie „rozluźnić".

Można się wściec! „Proszę się rozluźnić, proszę się rozluźnić". Niby dlaczego? Moja pochwa wcale nie jest taka głupia. Rozluźnić, żeby mogli ci tam wsadzić zimny wziernik? Nie ma mowy.

Dlaczego nie mogliby mnie owinąć wytwornym, miłym w dotyku fioletowym aksamitem, położyć na miękkiej bawełnianej narzucie, użyć sympatycznych różowych albo niebieskich rękawic, pozwolić oprzeć nogi w pokrytych futrem strzemionach? Ocieplić wziernik. Popracować z moją pochwą.

A oni nie, kolejne tortury — suchy gniot pieprzonej waty, zimny wziernik i erotyczna bielizna typu body. Najgorsza ze wszystkiego. Erotyczne body. Kto to wymyślił? Wiecznie się tylko ślizga albo wrzyna, pije w tyłek.

Pochwa powinna być otwarta i odprężona, a nie ściśnięta. Dlatego wszelkie gorsety jej szkodzą. Musimy się ruszać, rozwierać i rozmawiać, rozmawiać. Pochwy powinny mieć wygodę. Niech wymyślą coś takiego, co sprawi przyjemność pochwom. Ale oni nie, wściekliby się, gdyby kobieta zaznała przyjemności, zwłaszcza z seksu. Niech wymyślą, na przykład, miłe miękkie bawełniane majtki z wbudowaną specjalną podnietką. Kobiety szczytowałyby bez przerwy, w supermarketach, w metrze, orgiastyczne, szczęśliwe pochwy. Ale oni by tego nie znieśli. Nie wytrzymaliby widoku tylu rozkręconych, gorących, szczęśliwych pochew niedających sobie wcisnąć ciemnoty.

Gdyby moja pochwa umiała mówić, mówiłaby

osobie tak jak ja. Mówiłaby o innych pochwach. Pisałaby impresje na temat pochew.

Nosiłaby brylanty Harry'ego Winstona na gołe ciało. Tylko brylanty, i nic więcej.

Moja pochwa pomogła mi wydać na świat olbrzymie dziecko. Sądziłam, że nie spocznie od razu na laurach. Ale spoczęła. Teraz chce podróżować, nie szuka towarzystwa. Chce czytać, poznawać i więcej wychodzić. Pragnie seksu. Uwielbia seks. Chce sięgać głębiej. Łaknie głębi. Pragnie dobroci. Pragnie zmiany. Pragnie ciszy, swobody, delikatnych pocałunków, ciepłych płynów

1 głębokiego dotykania. Pragnie czekolady. Pragnie krzyczeć. Pragnie porzucić swój gniew. Pragnie orgazmu. Pragnie pragnąć. Pragnie. Moja pochwa, moja pochwa. Pragnie... wszystkiego.

 

 

 

Od dziesięciu lat zajmuję się kobietami, które nie mają domów, które określa się mianem „bezdomnych", żeby łatwo je było zaszufladkować i zapomnieć. Robię z nimi różne rzeczy. Prowadzę grupy resocjalizacyjne dla ofiar gwałtu i kazirodztwa, dla narkomanek i alkoholiczek. Chodzimy razem do kina, jadamy. Sporo z nimi przebywam. Przez ponad dziesięć lat przeprowadziłam z takimi kobietami setki wywiadów. W tym czasie poznałam tylko dwie, które nie padły ofiarą kazirodztwa ani gwałtu w dzieciństwie lub w młodości. Ukułam zatem teorię, że większości z nich „dom" kojarzy się z ogromnym strachem, dlatego stamtąd uciekły, toteż schroniska, miejsca obecnego pobytu, stanowią dla wielu pierwszy przybytek, w którym znajdują bezpieczeństwo, ochronę lub otuchę w towarzystwie innych kobiet.

W następnym monologu przytaczam słowo w słowo opowieść pewnej kobiety. Poznałam ją pięć lat temu w takim schronisku. Chciałabym móc powiedzieć, że jej historia jest wyjątkowa przez swą brutalność i skrajność. Ale nie jest. Szczerze mówiąc, wydaje mi się znacznie mniej przejmująca od wielu opowieści zasłyszanych później. Biedne kobiety doświadczają straszliwej przemocy seksualnej, która nie zostaje ujawniona. Z powodu przynależności do określonej grupy społecznej te kobiety nie mają dostępu do terapii ani do innych metod pomagających w odzyskaniu równowagi psychicznej. Są wielokrotnie wykorzystywane, co w końcu depcze ich godność, pcha je w świat narkotyków, prostytucji, AIDS, a także, w wielu wypadkach, doprowadza do śmierci. Na szczęście ta konkretna historia znalazła inny finał. Jej bohaterka poznała w schronisku pewną kobietę; zakochały się w sobie. Miłość pozwoliła im porzucić system domów pomocy społecznej, dzisiaj prowadzą razem wspaniałe życie. Dedykuję ten monolog takim kobietom, ich niesłychanemu hartowi, kobietom, których nie widzimy, a które cierpią i nas potrzebują.

 

PAMIĘTNIK POCHWY

(ALBO FIRLETKA, CO CHĘCIOM DOSTAŁA)

[Czarnoskóra kobieta z południa Stanów Zjednoczonych]

Wspomnienie: Grudzień 1956, mam pięć lat. Mamusia srogim, podniesionym, napawającym dreszczem głosem każe mi się przestać drapać w firletkę. Ogarnia mnie strach, że wszystko sobie wydrapałam. Przestaję się tam dotykać, nawet w wannie. Boję się, że wleci mi tam woda i wypełni po brzegi, aż mnie rozerwie. Zaklejam sobie firletkę plastrami, żeby zalepić dziurę, ale plastry odpadają w wodzie. Marzę o zatyczce, korku do wanny, żeby nic mi już nie mogło wpaść. Na noc pod piżamę wkładam trzy pary bawełnianych majtek w serduszka. Mimo to czasem mam ochotę się tam dotknąć, ale nie dotykam.

Wspomnienie: Mam siedem lat.

Dziesięcioletni Edgar Montane w złości wali mnie z całej siły w krok. Jestem zdruzgotana. Kuśtykam do domu. Nie mogę się wysiusiać.

 

Mama pyta, co mi się stało w firletkę, a kiedy jej mówię, co mi Edgar zrobił, krzyczy i pomstuje, że nie mogę pozwolić, żeby ktokolwiek mnie tam dotykał. Próbuję jej tłumaczyć, że wcale mnie tam nie dotknął. Mamo, on mnie przecież walnął.

Wspomnienie: Mam dziewięć lat.

Bawię się, skaczę po łóżku i nadziewam się firletką na narożną kolumienkę. Wyję przenikliwie, chociaż ten skowyt dobiega właściwie z mojej firletki. Jadę do szpitala. Zaszywają mi ją tam, gdzie się rozerwała.

Wspomnienie: Mam dziesięć lat.

Jestem w domu ojca. Na górze odbywa się przyjęcie. Wszyscy piją. Bawię się sama w suterenie, przymierzam nowy komplet z białej bawełny, stanik i majtki, które dostałam od przyjaciółki ojca. Nagle zachodzi mnie od tyłu pan Alfred, przyjaciel ojca, potężny mężczyzna, ściąga mi te nowe majtki i wpycha do firletki wielki, twardy członek. Uderzam w krzyk. Kopię. Próbuję mu się wyrwać, ale on już jest w środku. Raptem zjawia się mój ojciec z pistoletem w ręce, rozlega się straszliwy huk, krew spryskuje Alfreda i mnie, morze krwi. Czuję, że teraz to już na pewno firletką mi wypadnie. Alfred jest sparaliżowany do końca życia, a mamusia przez siedem lat nie pozwala mi się widzieć z ojcem.

Wspomnienie: Mam trzynaście lat.

Moja firletką jest fatalnym miejscem, nic, tylko ból, nieprzyzwoitość, dźganie, napaść i krew. Wciąż przytrafia jej się coś złego. Strefa pecha. Wyobrażam sobie, że między nogami mam autostradę. I, wie pani, pędzę naprzód, byle jak najdalej stąd.

Wspomnienie: Mam szesnaście lat.

W sąsiedztwie mieszka wspaniała kobieta, ma dwadzieścia cztery lata. Wiecznie się na nią gapię. Pewnego dnia zaprasza mnie do swojego samochodu. Pyta, czy lubię się całować z chłopcami. Odpowiadam, że nie lubię. Wtedy ona mówi, że coś mi pokaże, nachyla się i całuje mnie delikatnie w usta, a potem wkłada mi język do buzi. O raju. Pyta, czy chciałabym wstąpić do niej do domu, a potem znów mnie całuje i prosi, żebym się odprężyła, żebym się w tym rozsmakowała, żeby rozsmakowały się w tym nasze języki. Pyta moją mamusię, czy mogę zostać u niej na noc, a mama nie posiada się z radości, że taka piękna, wytworna kobieta się mną zainteresowała. Trochę się boję, ale nie mogę się doczekać. Ma wspaniałe mieszkanie. Urządziła sobie niezłe gniazdko. Wszystko w stylu lat sześćdziesiątych, koraliki, puchate poduchy, nastrojowe światła. Od razu postanawiam, że kiedy dorosnę, też zostanę sekretarką tak jak ona. Nalewa sobie wódki i pyta, czego się napiję. Proszę o to samo, a ona mówi, że pewno moja mama nie chciałaby, żebym piła wódkę. Odpowiadam, że pewno też nie chciałaby, żebym całowała się z kobietami, na co piękna dama przyrządza mi drinka. Potem przebiera się w czekoladową atłasową halkę. Ależ jest piękna. Zawsze sądziłam, że lesby muszą być ohydne. Mówię jej: „Ślicznie pani wygląda". A ona na to: „Ty też". Na co mówię, że przecież mam tylko stanik i majtki z białej bawełny. A wtedy ona wkłada mi, bardzo powoli, drugą atłasową halkę. W kolorze lawendy, tak jak pierwsze ciepłe dni wiosny. Alkohol uderza mi do głowy, rozluźniam się, jestem gotowa. Nad łóżkiem wisi zdjęcie nagiej Murzynki z wielką fryzurą afro. Moja nowa przyjaciółka kładzie mnie powoli, delikatnie na łóżku, i od samego ocierania się ciał dostaję orgazmu. Potem robi mnie i mojej firletce wszystko to, co dotąd uważałam za nieprzyzwoite. O rajuśku. Cała się rozpalam, roznamiętniam. „Twoja pochwa — mówi — nietknięta przez mężczyznę, tak ładnie, tak świeżo pachnie, oby zawsze taka pozostała". Odchodzę dosłownie od zmysłów, gdy wtem dzwoni telefon. Któż by inny, jak nie mamusia? Jestem pewna, że już wie, zawsze mnie przyłapie. Ciężko dyszę, ale biorąc słuchawkę, próbuję przybrać normalny ton, a mama pyta: „Co ci jest? Biegłaś?" „Nie — odpowiadam. — Gimnastykowałam się". Wtedy mama prosi piękną sekretarkę o przypilnowanie, żebym nie bawiła się z chłopcami, na co moja dama

zapewnia ją: „Niech mi pani wierzy, tu nie ma żadnych chłopców". Następnie ta olśniewająca kobieta uczy mnie wszystkiego, co się wiąże z firletką. Każe mi się bawić sobą na jej oczach i pokazuje, jak mogę sprawiać sobie na różne sposoby przyjemność. Jest w tym bardzo dokładna. Mówi, że jeśli zadbam o własną przyjemność, to nie będę zdana na mężczyzn. Rano martwię się, że stałam się lesbiją, bo tak się w niej zakochałam. Ona zbywa to śmiechem, ale widzę ją wtedy ostatni raz. Sporo później uświadomiłam sobie, że ta kobieta przyniosła mi zaskakujące, nieoczekiwane, niepoprawne politycznie wybawienie. Przemieniła moją nieszczęsną, sponiewieraną firletkę i wyniosła ją do nieba.

 

 

 

Kiedy wystawiałam Monologi w Nowym Jorku, dostałam taki oto list:

 

 

Jako honorowa przewodnicząca Stowarzyszenia Sromu byłabym wielce zaszczycona, mogąc mianować Panią jego członkinią. Aczkolwiek, kiedy Harriet Lerner stworzyła dwadzieścia lat temu nasz klub, członkostwo zależało od rozumienia i właściwego używania słowa „srom", a także umiejętności propagowania go w jak najszerszym gronie osób, zwłaszcza kobiet.

Łączę serdeczne pozdrowienia, Jane Hirschman

 

 

 

STOWARZYSZENIE SROMU

Zawsze miałam obsesję na punkcie nazywania rzeczy. Jeżeli coś można nazwać, można też poznać. Jeżeli można nazwać, to można oswoić. Można się zaprzyjaźnić.

Na przykład w dzieciństwie miałam wielką kolekcję żab: żaby pluszowe, porcelanowe, plastikowe, neonowe, wesołe żabki na baterię. Każda miała swoje imię. Przed nazwaniem musiałam każdą dobrze poznać. Sadzałam ją na łóżku, przyglądałam jej się w świetle dnia, nosiłam w kieszeni kurtki, trzymałam w spoconych rękach. Poznawałam fakturę, zapach, kształt, rozmiar, poczucie humoru. Po czym nadawałam imię w uroczystej zwykle ceremonii. Otoczoną asystą innych żab, ubierałam w obrzędowy strój, ozdabiałam cekinami lub złotymi gwiazdkami, stawiałam przed żabią kaplicą i nadawałam imię.

Najpierw szeptałam to upragnione imię do ucha.

[szeptem]

— Jesteś moim Najukochańszym Żabciem Gapciem.

Musiałam mieć pewność, że przyjmuje to imię. Następnie wypowiadałam je na głos przed resztą podekscytowanych żab. Niektóre dopiero czekały na imiona.

— Najukochańszy Żabcio Gapcio. Wtedy intonowałyśmy pieśń, zazwyczaj

powtarzałyśmy w kółko to imię. Wtórował mi chór żab.

[przechodzi w śpiew]

— Najukochańszy Żabcio Gapcio. Najukochańszy Żabcio Gapcio.

Śpiewom towarzyszył taniec.

Ustawiałam żabki w jednym szeregu i tańczyłam między nimi, skacząc jak żaba i kumkając, zawsze ze świeżo ochrzczoną żabką w ręce albo na ręku, zależnie od jej wielkości. Uroczystość była wyczerpująca, lecz nieodzowna. Wszystko byłoby dobrze, gdybym ograniczyła się do żab, ale wkrótce zapragnęłam nazywać tak wszystko. Zaczęłam nadawać nazwy dywanom, drzwiom, krzesłom i schodom. Na przykład latarkę ochrzciłam Ben, imieniem mojego wychowawcy z przedszkola, który zawsze wchodził mi w paradę.

W końcu nadałam nazwy wszystkim częściom swojego ciała. Ręce nazwałam Gladys. Wydawały mi się takie praktyczne i zaradne jak Gladys.

Ramiona nazwałam Shorty — bo takie silne i bojowe. Piersi nazwałam Betty. Nie zasługiwały na imię Weronika, ale nie były też brzydkie. Lecz nazwanie „rzeczy samej" nie poszło tak łatwo. Okazało się znacznie trudniejsze od nazwania rąk. Bo pulsowało tam życie, które niełatwo mi było sprecyzować. Pozostała nienazwana, a zatem nieoswojona, niepoznana.

W tamtym okresie przychodziła do nas opiekunka, Sara Stanley. Mówiła tak piskliwie, że od razu chciało mi się siusiu. Pewnego wieczoru, kiedy się kąpałam, przypomniała mi, żebym umyła sobie „pisie". Nie mogę powiedzieć, że mi ta nazwa przypadła do gustu. Dobrą chwilę zastanawiałam się, o co jej chodzi. Ale miała tak sugestywny głos, że nazwa mi się utrwaliła. Tak, została moją Pisią.

Niestety, owa nazwa przetrwała aż do dorosłości. Pierwszej nocy w łóżku powiedziałam mężczyźnie, za którego później wyszłam za mąż, że moja Pisia trochę się wstydzi, ale ma ochotę. Jeśli więc okaże jej trochę cierpliwości, na pewno odsłoni mu swoje tajemnice. Chyba się nieco wystraszył, ale ponieważ jest zgodny z natury, podchwycił nazwę i później sam jej używał.

— Czy Pisia tam jest? Czy jest gotowa?

Mnie się to imię nigdy nie podobało, trudno się więc dziwić rozwojowi wypadków.

Pewnego wieczoru zebrało nam się na amory. Mąż zawołał ją:

— Chodź do mnie, moja ty maleńka Pisiu. — Ale ona nie zareagowała. Zupełnie jakby się zapadła pod ziemię. — Pisiu, to ja, twój największy wielbiciel. — Ani mru-mru. Nic. No więc sama ją zawołałam:

— Pisiu, no chodź. Nie rób mi tego. Ani nie pisnęła, ani nie drgnęła. Głucho i martwo.

— Pisiu!

Przez wiele dni nie ożywała, wiele tygodni, wiele miesięcy. Wpadłam w czarną rozpacz.

Wreszcie, nie bez oporów, zwierzyłam się swojej koleżance Teresie, która całymi dniami przesiadywała w nowej grupie kobiet. Pożaliłam jej się:

— Wiesz, Pisia się do mnie nie odzywa. Nie odpowiada na moje wezwania.

— Kto to jest Pisia?

— No, moja Pisia — odparłam. — Pisiunia.

— O czym ty mówisz, dziewczyno? — spytała nagle głosem znacznie głębszym od mojego. — Chciałaś powiedzieć „srom"?

— Srom — potwierdziłam. — A właściwie, co to jest?

— Cały pakiet — odparła. — Wszystko, co tam masz.

Srom. Srom. Czułam, że coś się odmyka. Pisia nie pasowała. Od początku wiedziałam, że Pisia nie pasuje. Żadnej Pisi tam nie widziałam. Nigdy nie zgłębiłam, kto lub co się pod tym imieniem kryje, ale nie kojarzyło się ze szczeliną ani wargą.

Tego wieczoru ochrzciliśmy ją — mój chutliwy mąż i ja. Tak jak tamte żaby. Ubraliśmy ją w błyskotki i seksowne ciuszki, ustawiliśmy przed świątynią ciała, zapaliliśmy świece. Z początku szeptaliśmy cicho:

- Sromie, sromie — żeby przekonać się, czy słyszy. — Sromie, sromie, jesteś tam? — Poczuliśmy ciepło i z całą pewnością coś drgnęło.

- Sromie, sromie, to ty?

I odśpiewaliśmy pieśń sromu, która nie niosła rechotu, lecz pocałunki, i odtańczyliśmy taniec sromu, który nie przyniósł żabich skoków, lecz posuwiste susy, a wszystkie inne części ciała

- Betty, Gladys, Shorty — stały jak na zbiórce i z całą pewnością słuchały.

 

 

 

FAKT

W niektórych krajach afrykańskich dyskretnie wycofują się z tradycji okaleczania narządów płciowych. Na przykład w Gwinei Aja Tounkara Diallo Fatimata, główna „rzeżączka" stolicy, Konakri, ostro atakowana przez zachodnich działaczy praw człowieka, kilka lat temu oświadczyła, że nigdy nie wykonała cięcia.

„Tylko ściskałam im łechtaczki, żeby zaczęły krzyczeć — oznajmiła. — A potem bandażowałam ciasno, no więc chodziły, jak gdyby je tam bolało".

Raport Ośrodka Prawa i Strategii Prokreacji

 

 

 

Jak pachnie moja pochwa?

 

 

Jak Ziemia.

Mokre śmieci.

Bóg.

Woda.

Nowy poranek.

Głębia.

Słodki imbir.

Pot.

To zależy.

Piżmo.

Ja.

Nie pachnie, jak się dowiedziałam.

Ananas.

Zawartość kielicha.

Paloma Picasso.

Soczyste mięso i piżmo.

Cynamon i goździki.

Róże.

Wonny piżmowo-jaśminowy las, leśne ostępy.

Mokry mech.

Pyszny łakoć.

Południowy Pacyfik.

Coś między rybą a bzem.

Brzoskwinie.

Puszcza.

Dojrzały owoc.

Herbata o zapachu kiwi i truskawek.

Ryba.

Niebo.

Ocet i woda.

Lekki słodki trunek.

Ser.

Ocean.

Seks.

Gąbka.

Początek.

 



dalej


strona główna
(23kB)