(23kB)
strona główna


 

 

 

FABULA

RASA

(rzecz o egoizmie)

 

edward stachura

 

Pojezierze •Olsztyn 1985

 

 

Nota do czytelnika

 

 

Ta książka nie jest do przeczytania. Ta książka jest do odkrycia. Co jest w tej książce do odkrycia? To między innymi, ale przede wszystkim, że każda książka jest zawsze tylko książką; że wszystkie słowa są zawsze tylko słowami, nigdy nie są tym, co - z mniejszym lub większym popisem — usiłują opisać.

Ta książka jest opisem czegoś, co jest. To coś to nieśmiertelnie żywe życie. Możesz to odkryć, jeżeli nie utkniesz na słowach, jeżeli nie zachłyśniesz się słowami, nie zadusisz słowami i nie spoczniesz na słowie jak w trumnie.

Jeżeli zawieruszysz się dalej, poza słowo, poza grób.

Komu w drogę, temu teraz.

 

 

 

 

 

- Kim jestem?

- Tyś jest swoim Ja. Tyś nazwiskiem. Podpisem na papierze. Wizytówką na drzwiach, inicjałami na sygnecie, imieniem na kartce kalendarza. Próżnym słowem. Suchą sylabą. Martwą literą.

- Niczym więcej?

- Niczym mniej.

 

 

 

- Kim jestem? Inaczej.

- Jest rzeka. Piękna, nieporównywalna, niepowtarzalna, zawsze nowa a nieprzemijająca. Rzeka życia. Rzeka-życie.

Na rzece jest most. Arcydziwaczny. Most, który nie wie, skąd wziął się, nie wie też, po co wziął się, nie wie, czym jest, nie wie nad czym, nie wie nic, a wszystko wydaje mu się. Nie widzi ani nawet nie domyśla się płynącej pod nim rzeki życia. Wydaje mu się, że on jest rzeką życia.

Ty jesteś tym mostem.

 

 

 

- Kim jestem? Jeszcze inaczej.

- Jest więzienie. W celi jest więzień, na wieży strażniczej jest strażnik. Ci dwaj są jedną osobą. Więzień jest jednocześnie swoim własnym strażnikiem, strażnik jest jednocześnie swoim własnym więźniem. Ale ci dwaj, więzień i strażnik, nie widzą, że każdy z nich jest jednocześnie jednym i drugim. Nie widzą tego, że są jedną osobą, bo są rozdzieleni, a są rozdzieleni, bo nie widzą, że są jedną osobą. Sytuacja iście arcywięzienna, bezwyjściowa. Bo kiedy nawet od czasu do czasu zdarza się więźniowi uciec z celi i z gmachu więzienia, to ucieka on ze swoim niewidzialnym strażnikiem na karku i w konsekwencji to, co wydawało mu się być wolnością, okazuje się być jedynie inną formą więzienia. Tak samo strażnik wracający po służbie do domu w miasteczku zabiera pod czapką niewidzialnego więźnia i nocą budzi się spocony i przestraszony, bo śni mu się to, co może śnić się strażnikowi, to mianowicie, że więzień czmychnął z więzienia. I choć mógłby ktoś powiedzieć, że - pomimo wszystko - jeden jest bardziej nieszczęśliwy (więzień), a drugi mniej (strażnik), to nie ma pomiędzy nimi istotnej, jakościowej, prawdziwej różnicy, jako że zarówno jeden, jak i drugi nie są szczęśliwi.

Ty jesteś tym więźniem i tym strażnikiem, celą i wieżą strażniczą, całym gmachem więzienia i całą tak zwaną wolnością.

 

 

 

 

- Jak powstał świat?

- Świat nie powstał. Gdyby powstał, byłoby to poronienie, czyli przedwczesne wydanie na świat martwego płodu.

Świat nie powstał raz, raz na zawsze. Świat powstaje. Ale to nie jest proces. Świat powstaje codziennie, codziennie na nowo, codziennie całkowicie wręcz na nowo.

Świat-który-powstał, to świat-który-nie-powstał i to jest właśnie twój świat, z gruntu fałszywy, od samych korzeni. Świat prawdziwy powstaje. Powstanie świata jest wiecznym powstawaniem świata.

 

 

 

 

- Czy tajemniczy płaskowyż Nazca w Andach peruwiańskich z olbrzymich rozmiarów rysunkami zwierząt i ptaków widocznymi z dużej wysokości był, a może ciągle jest lądowiskiem dla przybyszów z kosmosu?

- Twoje szerokie czoło wraz z zakolami skroniowymi było-jest-będzie lądowiskiem dla przybyszów z kosmosu.

Wszyscy przybysze z kosmosu, którzy lądowali-lądują-lądować będą na tym lądowisku, startowali-startują-startować będą z tego lądowiska.

 

 

 

- Jaka jest największa tajemnica?

- Największa tajemnica jest ta, że nie ma żadnej tajemnicy. W rzeczywistości wszystko jest jawne, wszystko jest jasne, wszystko jest czyste, wszystko jest absolutnie przepięknie przejrzyste.

Oto najpełniejsza odpowiedź na najbardziej puste i próżne pytanie.

 

 

 

 

- Czym jest samotność?

- Samotność jest prawością. Samotność najpierw jest prawością, potem jest oczywistością. Jest naturalnym odsunięciem się od iluzji. Jest uświadomieniem sobie iluzji i naturalnym odrzuceniem każdej iluzji. Jest stanięciem oko w oko z czarną dziurą. Jest przerażeniem

i wyzwoleniem od przerażenia. Jest tunelem do życia.

Nie zna smaku prawdziwego życia, kto przez tunel samotności się nie przeczołgał. Samotność najpierw jest tunelem do życia, potem jest całą bezgraniczną polaną życia.

Tylko to, co samotne, może prawdziwie istnieć, egzystować, być. Tylko to, co samotne, może być i być zarazem niesamotne. Tylko to, co absolutnie sieroce, może być i być zarazem absolutnie niesieroce, bo jest otwarte na wszystko, bo nie jest w żadnym klanie, rodzinnym uwięzione; jest lotne jak ptak, jest żywe, bo nie jest w żadnym grobowcu rodzinnym zakopane. To dom bez ścian, same okna, i wszystkie otwarte na oścież.

Tylko to, co samotne, a więc prawdziwe, a więc samowystarczalne, a więc nic dla siebie nie potrzebujące jest bezinteresowne, a więc promieniujące miłością, a więc prawdziwie społeczne. Człowiek samotny jest jak woda. Człowiek samotny jest wodą. Woda jest samotna i dlatego jest, i jest społeczna. Woda nie potrzebuje siebie pić i dlatego mogą pić ją wszyscy i wszystko. Człowiek samotny jest drzewem. Drzewo jest samotne i dlatego jest, i jest społeczne, gdziekolwiek jest: czy to w miejskim parku, czy to w wiejskim lesie, czy w otwartym polu, czy na brzegu rzeki, czy na skraju drogi, czy na szczytach górskich:

wszędzie. Także oczywiście splecione korzeniami i gałęziami z drugim samotnym drzewem (ale gdzie, o bezimienne ojczematko absolutnych sierot, gdzie znaleźć drugie, prawdziwie samotne, prawdziwie wolne drzewo?).

To, co samotne, jest społeczne nawet w swoim znikaniu ze społeczności. Bo tylko to, co samotne, może zniknąć, może umrzeć i nikomu się przez to krzywda nie staje. Za tym, co samotne, wypłakiwać oczu nie potrzeba. A jeżeli ktoś wypłakuje oczy, jeżeli ktoś wylewa łzy, to wylewa je nad sobą. Bo nie jest człowiekiem samotnym. Jest człowiekiem osamotnionym, na osamotnienie siebie samego skazującym.

 

 

 

- Czym jest pustynia?

- Wersji odpowiedzi może być kilka, ale odpowiedź jest zawsze jedna. Jedną z wersji odpowiedzi jest, że pustynia to miejsce, gdzie nic nie dzieje się.

- A jeżeli na pustyni żyje człowiek, pustelnik, anachoreta, święty, czy ktoś w tym rodzaju.

- Nic nie dzieje się.

- Ale ten człowiek tam żyje, egzystuje, dzieje się jego egzystencja.

- Egzystencja nie dzieje się. Egzystencja egzystuje, życie żyje. Pustynia kipi od życia, kipi od egzystencji.

- Ale ten człowiek myśli. Myśli, więc jest. Dzieją się jego myśli.

- Myśli, więc nie jest. Myśli, więc nie rozumie. Nie rozumie, czym jest być i czym jest dziać się.

Co zaś tyczy się jego myśli, to niewątpliwie dzieją się.

 

 

 

- Co się zatem musi wydarzyć, żeby się coś zaczęło dziać? Poza dziejącymi się myślami tego człowieka.

 

 

 

 

- Żeby coś zaczęło dziać się, musi właśnie coś wydarzyć się. Cokolwiek wydarzy się, to właśnie będzie dzianiem się. Cokolwiek będzie dziać się, to właśnie będzie wydarzaniem się. Bo wydarzanie się i dzianie się - to jest to samo. Trzeba więc zapytać po prostu tak: co musi wydarzyć się, żeby wydarzyło się? Albo: co musi zacząć dziać się, żeby zaczęło dziać się?

- Tak więc pytam: co musi zacząć dziać się, żeby zaczęło dziać się?

- Musi pojawić się drugi człowiek.

- I wtedy się dzieje?

- Wtedy dzieje się.

- Co dzieje się?

- Dzieje się to, co dzieje się pomiędzy nimi.

- Czym jest to, co dzieje się pomiędzy nimi?

- Współistnieniem, społeczeństwem, ludzkością, życiem światowym.

- Życie światowe na pustyni to brzmi bardzo oryginalnie, ale nie całkiem poważnie.

- Dla ciebie brzmi nie całkiem poważnie. Dla ciebie zabrzmi nie całkiem poważnie to, co jest najpoważniejsze, to mianowicie, że prawdziwe życie światowe to tak zwane szare życie codzienne: w domu, na klatce schodowej z sąsiadem, na podwórzu z bawiącymi się tam dziećmi, na ulicy z nieznajomymi, w fabryce z towarzyszami pracy, w sklepie, w autobusie, w pociągu, w drodze.

 

 

 

 

- Czym jest wolność?

- Wolnością od wyboru. Wolnością od myślenia.

Wolność jest rozumieniem. Kto rozumie, jest wolny.

- A ten, kto nie rozumie?

- Kto nie rozumie, musi myśleć. Jest katorżnikiem myślenia.

 

 

 

 

- Czy to ma znaczyć, że rozumienie jest bezmyślnością?

- Rozumienie jest wyzwoleniem od tego, o czym się nie myśli, bo się to rozumie.

Bezmyślność zaś nie ma czegoś takiego. Są ludzie mniej myślący i ludzie bardziej myślący, ale bezmyślnych nie ma. Każdy śmiertelnik jest chorobą myślenia zarażony.

 

 

 

 

- Co znaczy rozumieć?

- Nie wybielać. Nie oczerniać. Nie koloryzować.

- Co to znaczy?

- Nie wymyślać. Nie spekulować. Nie kombinować.

Być faktem i konstatować fakty.

 

 

 

- Czy ja mogę rozumieć?

- Tyś jest swoim Ja. Ty nie możesz rozumieć.

- Kto może rozumieć?

- Nikt rozumie.

- Nikt nie może zrozumieć?

- Nikt rozumie. Człowiek-nikt rozumie.

- Ale nikt to przecież nie istnieje!

- Kto może powiedzieć, że nikt nie istnieje? Nikt nie może. Kto może powiedzieć, że nikt istnieje? Nikt może. Człowiek-nikt może.

 

- Kim jest człowiek-nikt?

- Człowiek-nikt nie jest kimś. Ja jest kimś. Ja jest zmuszone być kimś. Tyś jest swoim Ja. Ty jesteś kimś.

Ty jesteś zmuszony być kimś.

- Kim?

- Kimś wyróżniającym się, odbijającym, odcinającym się od tła; kimś osobnym, oddzielnym.

- Na przykład?

- Najchętniej księciem udzielnym. Milordem. Personą. Sławnym naukowcem. Wziętym aktorem filmowym. Głośnym muzykiem. Poczytnym pisarzem.

I tak dalej

 

 

 

 

- A jeżeli jestem ostatnim z nędzarzy?

- To jesteś ostatnim z nędzarzy. Jesteś kimś. Ty musisz być kimś. Kimkolwiek, ale zawsze kimś. Dla ciebie, dla Ja, którym jesteś, jest zupełnie tą samą esencją powiedzieć: „jestem ostatnim nędzarzem", co powiedzieć: „jestem pierwszorzędnym malarzem".

Tak w jednym przypadku, jak i w drugim jesteś kimś.

A to tylko dla ciebie liczy się, to jest twój kapitalny kapitał: być kimś.

Ale najczęściej umiejscawiasz się pośrodku, gdzie najgęściej, gdzie najtłumniej, gdzie najbezpieczniej. I jesteś wtedy kimś pomiędzy. Pomiędzy naj- i naj-. Pomiędzy najlepszym i najgorszym, najwyższym i najniższym, najpierwszym i najostatnim.

 

 

 

 

- Jeżeli jestem pośrodku, pomiędzy naj- i naj-, to znaczy, że się, wtedy nie wyróżniam.

- To nie znaczy, że nie wyróżniasz się. Wyróżniasz się. Jesteś zmuszony wyróżniać się. Jesteś katorżnikiem wyróżniania się. W tym przypadku rzecz przedstawia się następująco: ponieważ nie chcesz, bo lękasz się krańcowo wyróżnić się albo nie możesz, bo nie masz po temu kwalifikacji, władzy, talentu, tupetu, bezwstydu i temu podobne - to wyróżniasz się tak zwaną przeciętnością. „Ja jestem człowiek przeciętny, człowiek zwyczajny, człowiek szary" wtedy mówisz, nie bez swoistej zarozumiałości. I swoiste swoje korzyści - z bycia szarym, z bycia przeciętnym - wyciągasz. Na przykład mając uciechę, kiedy zlatują ze świecznika ci, którym nie możesz, jawnie lub skrycie, nie zazdrościć, bo to są ci, którzy wyróżniając się bardziej, sprawiają tym samym, że ty wyróżniasz się mniej. Więc ich, kiedy są na świeczniku, dla swojej przyjemności oklaskujesz, a kiedy z niego zlatują - dla swojej przyjemności zadeptujesz.

 

 

 

 

- Ale człowiek-nikt. Nie kim jest, lecz czym jest lub co to jest?

- Człowiek-nikt to człowiek-który-rozumie, człowiek-który-jest-stanem-twórczym, człowiek-czyn, człowiek-trzy, człowiek-tu, człowiek-teraz, człowiek-fakt, człowiek-kwiat,

człowiek-ptak, człowiek-słońce, człowiek-in-flagranti, człowiek-radość, człowiek-zadość, człowiek-który-nie-potrzebuje-nic.

- Bardzo ładnie, bardzo ładnie, ale człowiek, który nic nie potrzebuje, to człowiek martwy. Człowiek żywy, człowiek-żyw zawsze czegoś potrzebuje, l wymyśla cuda, żeby swoje potrzeby zaspokoić. Potrzeba jest motorem życia. Potrzeba jest matką wynalazku.

- Co się tyczy ostatniego zdania, można tak powiedzieć. Na którymś tam miejscu z rzędu potrzeba jest matką wynalazku. Można to też odwrócić: wynalazek jest matką (czy ojcem) potrzeby. Ale pochylmy się nad tym spokojnie i uważnie, i spróbujmy przypatrzyć się temu z bliska, a może zobaczysz, że potrzeba jest przede wszystkim, na pierwszym miejscu z rzędu, matką potrzasku

i może zobaczysz, że ten potrzask jest również wynalazkiem i autorem tego wynalazku. Zobaczyłbyś wtedy, że potrzeba, wynalazek, wynalazca i potrzask - są tym samym, jednym ustrojem, jedną strukturą.

Posłuchaj. Potrzeba nie może być nigdy do końca zaspokojona, bo „zaspokojona" potrzeba wywleka z siebie kolejne potrzeby niezaspokojone. To jest reakcja łańcuchowa. To jest łańcuch. Coraz dłuższy i coraz pokrętniejszy, i który nie może nigdy się od-łańcuszyć.

Kto potrzebuje, zawsze będzie potrzebować. Na samym końcu będzie jeszcze potrzebować lekarza, żeby ten przedłużył jego agonię, a kiedy bezsilny cofnie się lekarz, będzie potrzebować, żeby przystąpił doń ksiądz, a kiedy cofnie się ksiądz, będzie potrzebować stolarza, a kiedy cofnie się stolarz, będzie potrzebować grabarza, a kiedy cofnie się grabarz, będzie potrzebować kamieniarza, a kiedy cofnie się kamieniarz, będzie potrzebować łez i żalu potomnych, i oby jak najdłuższego trwania w ich pamięci. A poza tym wszystkim i ponad tym wszystkim będzie potrzebować Boga, żeby go Bóg kiedyś tam, w końcu końców, wskrzesił. Wskrzesił pod tą samą postacią, nieco może zmodyfikowaną, ulepszoną, ale jednak tą samą.

Oto jak myśli, bo nie może inaczej, ten kto potrzebuje. Czyli ty. Bo tyś jest swoim Ja i to ty potrzebujesz. I tylko takiego Boga możesz sobie wyobrazić i tylko takiego uznajesz i adorujesz, który cię wskrzesi pod tą samą postacią. Potrzebujące Ja nie potrzebuje Boga-wskrzesiciela nie Ja. Ja potrzebuje wskrzeszenia Ja. Tylko takiego Boga potrzebuje i tylko po to, tylko w tym celu, tylko w tym interesie z nim handluje: „Ja w ciebie, Boże, wierzę z całych sił; ja do ciebie najżarliwiej modlę się; ja cię miłuję nad własne życie (a ty za to, kiedy umrę, moje życie kiedyś wskrzesisz; będę taki sam, ale inny, ale taki sam, ale dobry piękny czysty i będę żyć cały czas, cały czas, bez trosk, kłopotów, zmartwień cierpień i z dala od tego strasznego padołu)". Oto jak myśli Ja, bo nie może inaczej. Ale ten Bóg, w którego wierzy Ja, jest tylko przedłużeniem Ja, jego autoprojekcją, w którą Ja wierzy, że jest czymś innym niż Ja. Bóg Ja to jest dalej Ja, to jest Ja idealne, Ja doskonałe, Ja boskie. Ale Ja to konflikt, to nieszczęście, to chaos, to wojna i Ja zdaje sobie niekiedy z tego sprawę i dlatego wymyśla przeciwieństwa w postaci przymiotników: idealny, doskonały, boski. Wystarczy podstawić pod Ja to, czym Ja jest (i z czego sobie niekiedy jednostronnie, częściowo, płytko zdaje sprawę), a więc: konflikt, nieszczęście, chaos, żeby zobaczyć, jak to tragicznie absurdalnie wygląda: konflikt idealny, nieszczęście doskonałe, chaos boski.

Ale Ja tego nie widzi. Nie widzi, że dwa to jeden. Nie widzi, że Ja i nieJa, czyli on i jego Bóg - to jest to samo: mentalność przebierająca się w werbalność i przebierająca się w moralność, i przebierająca się, oczywiście, w niemorałność. Bo to, co mówi o sobie, że jest moralne, jest tak samo niemoralne jak to, co nigdy nie powie o sobie, że jest niemoralne, lecz zawsze o innych.

I tak to Ja handluje z Ja, a przedmiotem, podmiotem targów i przetargów jest, rzecz ciemna, też Ja. Bo czy da się handlować z prawdą, z wiecznością, z rzeczywistym, z nieznanym (nieważne, jak się to nazwie, żadna nazwa tego nie jest tym; każda nazwa, każde słowo jest nieuchronnie literaturą, czyli nie tym)? Z nieznanym, rzecz jasna, nie da się handlować, w nieznane nie da się wierzyć ani nie wierzyć, nieznanego nie da się wyobrazić sobie ani bać się tego, ani to lubić, ani do tego zbliżać się, ani od tego oddalać się, do nieznanego nie można modlić się ani pisać wierszy, o nieznanym nie da się marzyć, śnić ani w ogóle przylepić do tego jakiejkolwiek myśli.

Co zaś tyczy się człowieka-nikt, to nie jest tak, że jest to człowiek martwy, dlatego że nic nie potrzebuje. Całkowicie wręcz inaczej. Człowiek-nikt to jest właśnie dokładnie człowiek-żyw. On nie potrzebuje potrzeby jako motoru życia. On nie potrzebuje żyć. On żyje.

- Może. Ale żyje sam dla siebie. Jest zamknięty w kokonie własnego życia.

- Mówisz: żyje sam dla siebie", ale to jest zwrot, którego nie da się zastosować do człowieka-nikt. To jest zwrot, który daje się zastosować wyłącznie do ciebie.

Mówisz: „jest zamknięty w kokonie własnego życia" i to jest także zwrot, który daje się zastosować tylko i wyłącznie do ciebie. Człowiek-nikt nie ma nic, absolutnie nic, co by uznawał za własne, za swoje. Cokolwiek „ma", ma to w sposób niewłasny, ma to w sposób niemający. Dlatego śpi spokojnie. Bo się nie lęka utracić tego, czego naprawdę nie ma. Gdyby inaczej, nie byłby tym, czym jest. On nie ma nic własnego. On nie ma nic. On nie ma. On nie. Nie potrzebuje mieć.

 

 

 

 

Inaczej mówiąc, w człowieku-nikt właściciel jest pozbawiony własności, jest wyzuty z wszelkiego posiadania. A tam gdzie nie ma posiadania, nie ma t i posiadacza. Nie da się być posiadaczem niczego.

- Załóżmy. Ale człowiek, który nic nie potrzebuje, nie potrzebuje również pomocy, czyż nie tak?

- Nie potrzebuje nic.

- Więc dobrze. Więc zapytuję: czy człowiek, który nie potrzebuje pomocy, może jej udzielić drugiemu człowiekowi, który właśnie pomocy potrzebuje?

Zapytuję: żeby udzielić komuś pomocy, czyż nie trzeba w jakiś sposób samemu jej potrzebować, to znaczy rozumieć, czym jest pomoc i rozumieć, że można jej potrzebować?

- Się nie pochwali cię za to, coś przed chwilą powiedział, gdyż nazbyt dobrze się wie, jak bardzo niebezpieczne w konsekwencjach są tego rodzaju praktyki normatywne, jak bardzo pochwała determinuje pochwalonego, jak bardzo go zwodzi, jak bardzo mu szkodzi, jak bardzo odwraca jego uwagę od poznawania siebie. Się będzie w tym względzie uważnym cały czas w ciągu tych rozmów. Ten, co go masz przed sobą, nie da ci cukierków do ssania, gumy do żucia, ciasteczek do ciamkania. Da ci do jedzenia gwoździe, noże, żyletki, roztopiony ołów, monstrualnie wielkie puszki konserw wypełnione po brzegi wszelkiego rodzaju nieczystościami pochodzącymi ze wszystkich cywilizacji wszystkich czasów. Dlaczego? Bo wie dlaczego. Do ciebie należy przełknąć to wszystko lub nie. Jeżeli będziesz słuchać uważnie, możesz to wszystko przełknąć całkowicie bezboleśnie.

Posłuchaj. Kto potrzebuje pomocy, nie rozumie sam siebie i wszystkiego, co za tym kryje się. Nie rozumie zatem również, czym jest pomoc, prawdziwa pomoc, tak jak niewidomy od urodzenia nie może zrozumieć, co znaczy naocznie widzieć. Niewidomy może sobie wyobrażać, jak to jest, ale będzie to zawsze opis widzenia, nigdy bezpośrednie przeżycie. Niewidomy od urodzenia może „widzieć" dotykiem, słuchem, powonieniem, smakiem, ale nie może widzieć oczami. Gdyby choć raz w życiu przejrzał na przeciąg jednej choćby sekundy, to by zrozumiał, co znaczy widzieć oczami i już odtąd, będąc dalej „niewidomym", rozumiałby to wciąż. W rzeczywistości ten człowiek nie byłby już niewidomym. Naprawdę to nie można wrócić do ślepoty. Nigdy.

- Chwileczkę. Dlaczego ten, kto potrzebuje pomocy, ma być niewidomym od urodzenia? Załóżmy, że jest niewidomym w momencie, kiedy pomocy potrzebuje, ale to nie znaczy, że od urodzenia pomocy potrzebował; to nie znaczy, że nigdy nie widział na oczy, że nie wie, że nie pamięta, jak to jest. kiedy się widzi, czyli kiedy pomocy się nie potrzebuje.

- Kto potrzebuje pomocy, zawsze jej przedtem potrzebował, cały, cały czas, a jedynie sobie tego nie uświadamiał. Gdyby choć raz w życiu na przeciąg nieskończonego ułamka sekundy nie potrzebował pomocy i uświadomił to sobie w pełni, i był stanem-niepotrzebującym-pomocy, nigdy więcej pomocy by nie potrzebował i rozumiałby, czym jest prawdziwa pomoc.

Temu, kto sam pomocy potrzebuje, może wydawać się, że rozumie, czym jest prawdziwa pomoc, i na pewno wydaje mu się to, ale naprawdę nie rozumie i to właśnie dlatego, że sam pomocy potrzebuje. Pochylmy się nad tym i przypatrzmy się, co człowiek potrzebujący pomocy rozumie przez pomoc: słowa współczucia, wyrazy solidarności, dobra rada, wszelkie tak zwane moralne wsparcie, pomoc fizyczna, pomoc finansowa, to znaczy pieniężna pożyczka lub pieniężny dar, lub dar w innej najrozmaitszej postaci.

- A czyż to nie jest pomoc? Jak można bardziej pomóc?

- Oczywiście, że to jest pomoc. Ale mówisz też: „Jak można bardziej pomóc?", co w jakiś sposób świadczy o tym, że zauważasz lub wyczuwasz niewystarczalność tej pomocy. Pytanie twoje dopuszcza możliwość większej pomocy, ale nie dopuszcza, nie przypuszcza, że istnieje inna pomoc, radykalnie inna, fundamentalnie inna. Dopuszczasz: więcej współczucia, więcej solidarności, więcej wysiłku, więcej poświęcenia, więcej darów, ale nie przypuszczasz, że istnieje inna pomoc, co nie jest chwilowa, co nie jest czasowa, ulotna, przelotna, przemijalna. Co jest prawdziwa. Trwała. Niezniszczalna.

- Nie rozumiem. Cóż więc byłoby prawdziwą pomocą udzieloną drugiemu człowiekowi?

- Uwolnienie go raz na zawsze od wszystkich jego lęków i całego cierpienia.

- To niemożliwe. Zgadzam się, że byłaby to prawdziwa pomoc, najprawdziwsza, można powiedzieć: wieczne w ramach czasowego życia zbawienie, ale to mit, to utopia, to po prostu niemożliwe. Bo pytam: kto mógłby drugiemu człowiekowi takiej pomocy udzielić?

Kto mógłby mnie takiej pomocy udzielić, żebym ja z kolei mógł udzielić jej drugiemu człowiekowi, a on trzeciemu, a ja już czwartemu, a trzeci już piątemu, a drugi już szóstemu i tak dalej faliście i promieniście. Pytam: kto?

- Nikt. Nikt cię (nie) może uwolnić raz na zawsze od wszystkich twoich lęków i całego cierpienia.

- No więc właśnie. Mówiłem, że to niemożliwe. Cóż to za rewelacja, że nikt nie może mnie uwolnić raz na zawsze od wszystkich moich lęków i całego cierpienia!

Tyle to i ja wiem.

- Otóż posłuchaj. Tyle to ty nie wiesz. Chodzi o to, że właśnie nie wiesz. Nigdy naprawdę do samej głębi i w całej pełni, a raczej w całej próżni sobie tego nie uświadomiłeś. Nigdy nie poszedłeś tą drogą do samego końca.

 

 

 

 

- Tak... być może... to jest bardzo możliwe, że nigdy nie uświadomiłem sobie tego do samej głębi. A... gdybym sobie to uświadomił, to co?

- Gdybyś to sobie w pełni uświadomił, przestałbyś szukać tanich, wulgarnych lub drogich, wyszukanych, wyrafinowanych pociech, uciech i ukojeń. Przestałbyś zagłuszać się bezustannie i w kółko byle czym i byle wszystkim, przestałbyś miotać się na lewo, na prawo i pośrodku; spróbowałbyś zatrzymać się, spróbowałbyś stanąć nieruchomo oko w oko, twarzą w twarz z całym światem, nie oczekując niczego od kogokolwiek i żadnego z nieba ratunku, i zadać sobie jedno pytanie.

 

 

 

- Jakie pytanie?

- To pytanie: jeżeli nikt i nic nie może mnie uwolnić raz na zawsze, ostatecznie, bezpowrotnie od całego mojego cierpienia i od wszystkich moich lęków, i od lęku przed śmiercią przede wszystkim - to może ja sam mogę od tego wszystkiego uwolnić się? To pytanie. I to pytanie (i wszystko, co się w odpowiedzi na to pytanie kryje) może ci podpowiedzieć człowiek-nikt. I to już należy do prawdziwej pomocy. Pokazać drugiemu człowiekowi, unaocznić mu jasno, prosto i dokładnie, że nikt i nic nie może mu prawdziwie pomóc, to znaczy uwolnić go raz na zawsze od wszystkiego, co go męczy, dręczy, torturuje i - wcześniej czy później - morduje.

Nikt i nic, a więc nie pozostaje nic innego i nikt inny, jak zdać się na samego siebie. Obrócić się do siebie.

Bo wtedy, być może.

Prawdziwie więc pomóc można tylko negatywnie, nie pozytywnie. Pozytywnie można komuś złożyć kondolencje, można podarować Armii Zbawienia milion dolarów, jeżeli było się tak nieuważnym, czyli tak nieżywym, że dopuściło się do zgromadzenia u siebie takiej sumy, która w taki czy owaki sposób musi pochodzić z eksploatacji bliźnich. Pozytywnie można komuś dotrzymać towarzystwa w ciężkiej chwili, ustąpić miejsca w autobusie, przeprowadzić ślepca przez ruchliwą ulicę, w razie jakiegoś nagłego wypadku udzielić komuś pierwszej pomocy (znając się na rzeczy), zanim nadjedzie pogotowie, ratować ludzi i dobytek w czasie pożaru i sto tysięcy innych rzeczy małych i dużych. I jest oczywiste, że należy tak postępować, w ten naturalny, wręcz organiczny sposób. Współczuć ludziom i dzielić się z nimi wszystkim, co ma się za dużo. A macie tyle rzeczy za dużo! Nie wyobrażasz sobie nawet ile. Człowiek, który przyłapuje się na tym, że ma w szafie dwadzieścia koszul i który nie rozdaje przynajmniej piętnastu wśród znajomych czy nieznajomych, o których mu wiadomo lub co do których może domyślić się, że są biedni i że mają po jednej koszuli lub po półtorej - jest człowiekiem zgubionym. Tak zgubionym jak nie używana bezcielesna koszula w czeluściach szafy. Ta koszula, jak i jej właściciel służą jedynie do tego, żeby być zjedzeni przez mole. To wszystko jest oczywiste. Rozwodzić się nad tym, to babrać się, to mącić czystą wodę.

Więc jest pomoc pozytywna i jest pomoc negatywna. Nic nie ujmując tej pierwszej trzeba powiedzieć, że ta druga jest prawdziwa, gdyż w intencji swojej wykracza poza czasowość. Pozytywnie może pomóc każdy, oczywiście również każdy człowiek-nikt. Negatywnie natomiast pomóc mogą tylko ludzie-nikt. Wyłącznie oni. I to jest odpowiedź na twoje pytanie, czy człowiek-nikt, który sam pomocy nie potrzebuje, może jej udzielić drugiemu człowiekowi. Człowiek-nikt to jest właśnie człowiek-pomoc, pomoc chodząca, pomoc wędrująca, pomoc promieniująca, rycerz pomocy. Może pomóc i tak i tak, pozytywnie i negatywnie. Może nawet pomóc pozytywnie i negatywnie jednocześnie.

 

 

 

 

- W jaki sposób?

- Pomagając pozytywnie może jednocześnie objaśnić czasowość, a więc przemijalność, ułamkowość, ułomność swojej pomocy pozytywnej i w ogóle wszelkiej pomocy pozytywnej, i dlaczego tak jest. Może objaśnić drugiemu człowiekowi, że w wielu wypadkach naprawdę wcale nie potrzebuje on pomocy pozytywnej; spokojnie i precyzyjnie może mu wyjaśnić, pokazać, zdemaskować, zdemontować w nim te ośrodki, które pomocy potrzebują i dlaczego jej potrzebują.

- Dlaczego jej potrzebują?

- Dlatego żeby móc dalej wzywać pomocy i dalej, i dalej, i bez końca. Człowiek-nikt może wytłumaczyć drugiemu człowiekowi, że udzielana tym ośrodkom pomoc pozytywna niczego raz na zawsze nie załatwia, nie wykorzenia problemu, a jest jedynie pojeniem czegoś czego istotą jest nienasyconość, jest nalewaniem wody do beczki bez dna, jest wręcz podlewaniem chwastu, jest gaszeniem niszczycielskiego pożaru oliwą, a więc jest zaognianiem problemu. To wszystko może objaśnić człowiek-nikt drugiemu człowiekowi i to objaśnienie jest pomocą negatywną udzielaną mu jednocześnie z pomocą pozytywną. Jest wyłączną sprawą drugiego człowieka czy w takich wypadkach zadowoli się on pomocą pozytywną (przynoszącą mu niewątpliwie krótkotrwałą ulgę) i puści grzecznie mimo uszu całą resztę, czy też nie, to znaczy, czy nastawi uszu i uważnie wsłucha się w objaśnienia człowieka-nikt. To objaśnianie jest też negatywne.

- Co to znaczy objaśnianie negatywne?

- To co jest jasne, jest jasne. Jasności nie da się objaśnić, objaśnić dodatkowo. Jasność jest jasnością i to wszystko. Człowiek-nikt może objaśnić mrok, negatywnie objaśnić mrok.

- Co to znaczy negatywnie objaśnić mrok?

- W nocy lub w pochmurny dzień wszystko jest jednakowo pomazane czernią lub szarością. Kiedy jest słońce i kiedy nie jest przesłonięte chmurami, widać dokładnie blask i cień, widać dokładnie, czym jest jedno i czym jest drugie i gdzie jest jedno, i gdzie jest drugie.

Widać wyraźnie, że tam, gdzie jedno, nie ma drugiego i odwrotnie. Tym słońcem i nieskończonym lazurem nieba obsianym cudownymi białymi obłokami - jest rozumienie. To rozumienie to nie jest kaganiec oświaty. Człowiek rozumiejący nie może go przekazać człowiekowi nierozumiejącemu. To jest rzecz nieprzekazywalna.

- Dlaczego nieprzekazywalna?

- Bo to rozumienie nie istnieje dla człowieka nierozumiejącego. Gdyby dla niego istniało, ten człowiek wiedziałby o tym, a więc byłby tym, byłby rozumieniem, byłby rozumny. Człowiek rozumiejący może przekazać, może pokazać człowiekowi nierozumiejącemu, gdzie rozumienia nie ma, gdzie jest cień, gdzie jest mrok, gdzie są ślepe zauły, błędne koła, labirynty bez wyjścia, gdzie jest samo jądro ciemności.

Człowiek rozumiejący nie może z człowiekiem nierozumiejącym porozumiewać się blaskiem, jasnością, a to dlatego, że człowiek nierozumiejący jest w mroku i tylko w mroku, i jasność w ogóle dla niego nie Istnieje. Jasność jest poza obręczą, poza zasięgiem mroku. Człowiek rozumiejący może porozumieć się z człowiekiem nierozumiejącym wyłącznie w świecie tego drugiego, czyli w świecie mroku, czyli w głuchych ciemnościach, czyli w nocy psychologicznej. W tej nocy psychologicznej człowiek rozumiejący, człowiek-nikt, jest tym, czym są księżyc, gwiazdy, planety, komety i wszystko, co jarzy się w nocy natury. W tej nocy psychologicznej negatywne objaśnianie tej nocy polega na tym, żeby pokazać człowiekowi nierozumiejącemu, człowiekowi-Ja, że to, co jest czarne (a co człowiekowi-Ja wydaje się być nie całkiem czarne lub szare, lub wręcz różowe, lub wręcz białe), jest naprawdę czarne. I człowiek-Ja, człowiek-Mrok może to zobaczyć. I to wystarczy.

 

 

 

- Wystarczy, że człowiek nierozumiejący zobaczy mrok, mrok psychologiczny?

- Całkowicie wystarczy. Wystarczy, że zobaczy mrok. Że sam zobaczy. Że w sobie zobaczy. I wtedy, tylko wtedy obejmie go jasność, rzeczywistość, to-co-jest.

Wielkie zdumienie staje się wielkim olśniewającym, cudotwórczym spokojem, a wielki olśniewający, cudotwórczy spokój i solenność stają się prawdziwą twórczością, twórczością począwszy od tego, co nie zostało stworzone, twórczością począwszy od początku.

 

 

 

Tak samo jest z miłością. Żeby stała się miłość, wystarczy zobaczyć, czym miłość nie jest.

 

 

 

- Czym nie jest miłość?

- Miłość nie jest idealna, platoniczna, tragiczna, ślepa, szalona, boska, przyjacielska, rodzicielska, synowska, braterska, małżeńska. Miłość nie jest afektem, emocją, sentymentem. Miłość nie jest brutalnym ani subtelnym, ani jakimkolwiek posiadaniem. Miłość nie jest wulgarną ani wyszukaną przyjemnością. Miłość nie jest czymś, czym można handlować. Miłości nie można sobie zaskarbić ani jej tanio lub drogo, za bajońską sumę kupić, nabyć na własność i zamknąć pod kluczem. Miłość nie jest czyjaś. Miłość nie nakłada obrączki i nie ściąga obrączki. Miłość nie poślubia ani się nie rozwodzi. Miłość nie włóczy się po sądach. Miłość się nie procesuje. Miłość nie przysięga i nie krzywoprzysięga. Miłość nie potrzebuje zapewnień o lojalności, wierności, wzajemności. Miłość nie potrzebuje wdzięczności. Miłość nie dzieli się na osobową i bezosobową. Miłość nie jest rozdarciem pomiędzy jednym a drugim ani pomiędzy jednym a wszystkim.

Miłość nie jest wyborem. Miłość nie jest powtarzaniem.

Miłość nie jest nawykiem. Miłość nie jest pamięcią, wspomnieniem, marzeniem. Miłość nie jest fotografią, wizerunkiem, obrazem, rzeźbą, płaskorzeźbą, żadnym przedstawieniem plastycznym. Miłość nie jest myślą.

Miłość nie jest świadomością miłości. Miłość nie jest wyznaniem miłości. Miłość nie jest opisem miłości. Miłość nie jest zaprzeczeniem seksu. Miłość nie jest zaprzeczeniem niewinności. Miłość nie jest pożądliwością, lubieżnością. Miłość nie jest wstrzemięźliwością, umartwianiem się, ascezą. Miłość nie jest nakazem, rozkazem, zakazem. Miłość nie jest skutkiem przyczyny ani przyczyną skutku. Miłość nie jest zawiścią, zazdrością, mściwością. Miłość nie jest cierpieniem. Miłość nie jest przede wszystkim słowem. Żadnym słowem. Ani tym co na pseudopoczątku, ani tym, co tutaj. Gdyby miłość była słowem, zostałaby zaduszona pod lawiną znaczeń, interpretacji, spekulacji, kombinacji, które - na to słowo zwalają się.

Tak właśnie zduszone, zdławione, zmiażdżone jest słowo miłość. W świecie słów słowo miłość nie znaczy nic. Mówiąc inaczej, znaczy to, co komu podoba się, co kto chce, co komu ślina na język. W świecie słów, czyli w świecie ludzi-słów słowo miłość ocieka posiadaniem, pożądaniem, chciwością tych, co chcą.

Ale miłość, rzecz jasna, nie jest słowem. Miłość jest spontanicznym, bezinteresownym czynieniem miłości, tak, jak słonce jest spontanicznym, bezinteresownym promieniowaniem słoneczności. Słońce jest słońcem w świecie heliosowym, miłość jest słońcem w świecie księżycowym. Słońce jest słońcem w świecie jasności, miłość jest słońcem w świecie ciemności.

 

 

 

 

- Jaki ma sens cierpienie, jeżeli ma sens?

- Posłuchaj. Gdyby cierpienie nie miało sensu, jedna jedyna łza zalałaby największe piramidy, najbardziej wygórowane panteony, najwyższe w najwyższe w najwyższych górach położone obserwatoria astronomiczne. I prawdziwie ci się mówi: jedna jedyna ludzka łza zalewa to wszystko. Ale nie dlatego, że nie ma ona sensu, lecz dlatego, że ma ona sens, to wszystko zaś prawdziwego sensu nie ma. Bo sens zalewa bezsens. Nie odwrotnie. Patrz, tysiące lat cywilizacji, największe osiągnięcia kulturowe, naukowe, techniczne i tak dalej nie wymazały ludzkiej łzy. Dlaczego? Dlaczego? Po trzykroć: dlaczego? Gdyby mogły ją wymazać, już dawno by ją wymazały. Już dawno. Ale nie wymazały. I prawdziwie ci się mówi: nigdy nie wymażą. Ta łza jest jedynym kamieniem węgielnym, na którym stoi całe królestwo szczęścia człowieka tę łzę roniącego. Ten człowiek może siebie poznać, może poznać, dlaczego płacze i tylko wtedy przestanie płakać. Zapłacze wówczas ostatni raz, ale z niewymownej i nie kończącej się radości.

 

Cierpienie ma głęboki sens. Cierpienie ma taki sens jak rzeka, co nagle przecina ci w poprzek drogę. Nie ma mostu, nie ma brodu, nie ma promu, nie ma materiału ni narzędzi do zbudowania tratwy. Ty masz dostać się na drugi brzeg, żeby iść dalej. Masz to zrobić, wszak rzeka przecięła ci drogę, zatem twoja droga nie kończy się na tym brzegu, tu nie jest meta, bo wtedy się nie mówiłoby, że rzeka przecięła ci drogę. Więc twoja droga prowadzi przez rzekę i dalej, już po tamtej stronie. Nie możesz zrobić nic innego, jak rzekę przebyć.

- Czy nie ma sposobu na ominięcie rzeki, to znaczy na uniknięcie bezpośredniego kontaktu z wodą? Czy nie mogę iść w bok, w lewo czy w prawo, aż do napotkania mostu lub przewoźnika z łodzią?

- Rzeka przecięła ci drogę. Jeżeli ta rzeka jest na twojej drodze, to znaczy, że ta rzeka jest twoją drogą. Przebycie tej rzeki należy do twojej drogi. Jeżeli wykonasz obrót o dziewięćdziesiąt stopni i pójdziesz w bok, w lewo czy w prawo, to znaczy, że z drogi zbaczasz. Jeżeli obrócisz się na pięcie o sto osiemdziesiąt stopni i ruszysz, to znaczy, że z drogi zawracasz. Jeżeli usiądziesz na brzegu, na tym brzegu i zaczniesz liczyć sekundy, to znaczy, że twoja droga urywa się. Ta droga to droga do życia. Więc albo idziesz do życia, albo nie. Jeżeli tak, musisz rzeke przebyć. Musisz cierpienie przecierpieć. Tylko tak je przekroczysz i zostawisz na zawsze za sobą.

- A jeżeli nie umiem pływać?

- Gdybyś umiał pływać i może jeszcze jak ryba, jakim cierpieniem byłoby dla ciebie przepłynięcie rzeki? Byłoby to dla ciebie tym samym, co spacerowanie po ziemi, po łące pełnej kwiatów. Gdzie tu wtedy mówić o cierpieniu? Gdzie tu wtedy pytać, czym jest cierpienie i jaki ma sens?

 

 

 

 

 

- Więc mam wejść do wody, nie umiejąc pływać?

- Czy możesz nauczyć się pływać bez wody?

- Ale przecież mogę się utopić!

- Utopić się możesz stojąc na brzegu i nie skacząc do wody. I zaiste, wtedy topisz się, wtedy toniesz.

- Kiedy?

- Kiedy stoisz na brzegu i nie skaczesz do wody.

- Nie rozumiem.

- Kiedy skoczysz naprawdę do wody, oczywiście już nie będzie cię wtedy na brzegu. Już nie będzie: "Ja i woda", nie będzie: "tu i tam", nie będzie: "Ja tu na brzegu - a tam woda". Ciebie już nie będzie. Będzie tylko woda. Kto miałby wtedy utopić się? W wodzie wszystko jest wodą. W ogniu wszystko jest ogniem. W cierpieniu wszystko jest cierpieniem. Wchodząc naprawdę w cierpienie, przestajesz być sobą, stajesz się cierpieniem, stanem cierpienia: wtedy już nie ma z jednej strony cierpienia, a z drugiej strony: "mnie, który cierpię". Jest tylko cierpienie. Ale czy cierpienie istnieje niezależnie, oddzielnie od osoby cierpiącej? Nie istnieje. A więc jeżeli nie ma osoby cierpiącej, to i cierpienia wtedy nie ma.

 

 

 

- Dlaczego z jednej strony jest życie wewnętrzne, a z drugiej strony życie zewnętrzne? I czy mógłby człowiek wewnętrzny i człowiek zewnętrzny być jednym, jak marzył o tym Sokrates?

- Nie musi o tym marzyć się. Całkowicie wręcz inaczej. Można to zobaczyć. Można to skonstatować.

Człowiek wewnętrzny i człowiek zewnętrzny jest jednym.

To jest fakt. Ale ktoś, kto o tym marzy, nie może tego zobaczyć. Nie może tego skonstatować. Nie może być jednym. Marzeniem swoim tworzy podział i stawia pośrodku wysoki i nie do przebicia głową i sercem mur.

- Ale ten podział istnieje obiektywnie, Ten mur to jest coś obiektywnego. Widzi się go. Aż słyszy się go.

Raz po raz na niego się nadziewam i obijam, obtłukuje on głowę i serce.

- O tym. co jest obiektywne, ty nie możesz nic powiedzieć. Ty możesz poruszać się wyłącznie w świecie subiektywnym.

- A to dlaczego? Dlaczego mogę poruszać się wyłącznie w świecie subiektywnym?

- Dlatego, że możesz operować jedynie poczynając od centrum, od osi, od ośrodka, wokół którego wszystko się kręci. Tym ośrodkiem, tym środkiem, tym pępkiem świata jesteś oczywiście ty. I tak dla ciebie wszystko jest subiektywne, ponieważ tam, gdzie jest centrum, wszystko jest do tego centrum sprowadzone. Tam, gdzie jest centrum, okrąg nie istnieje; tam, gdzie jest centrum, to centrum jest wszędzie.

- Ależ to jest dokładnie to, co mówił Pascal o Bogu: centrum wszędzie, okrąg nigdzie.

- Wierząc, że mówi o Bogu, mówił o sobie (i o tobie), mówił o Ja. Wierząc, że mówi o obiektywnym, mówił o subiektywnym, z nadzwyczaj rzadko spotykaną precyzją.

Mówiąc inaczej, tam, gdzie jest podmiot, nie ma przedmiotu, nie ma obiektu. Tam, gdzie subiektywność, nie ma obiektywności. I odwrotnie. Obiektywność jest tam, gdzie nie ma centrum. Żadnego centrum. Obiektywność to wolność, równość i braterstwo. Ale te prawdziwe. Tobie nieznane. W świecie obiektywnym podział na życie wewnętrzne i życie zewnętrzne nie istnieje. Nie istnieje ten mur ani żaden inny. Mur istnieje w twoim świecie. Mur pomiędzy tobą a resztą świata. Tyś jest swoim Ja. Istotą twoją, twoją zasadą konstytutywną jest podział. Ty jesteś dzielaczem. Ty wszystko dzielisz, bo każdy podział cię mnoży. Ty podzieliłeś człowieka na wewnętrznego i zewnętrznego, a ludzi na kolory, odcienie, klasy, kasty, klany, stany, narody nie zjednoczone, warstwy, poziomy, tarasy, wyznania, uznania, rozeznania, orientacje, sekty i co tam jeszcze zostało.

Ty podzieliłeś glob na posiadłości wiejskie, miejskie, podmiejskie, zamorskie, konkwistadorskie, kolonialne, neokolonialne, latyfundia, majątki, posesje, rancza, pola, pólka, poletka, parcele, place i co tam jeszcze zostało, prawie już nic nie zostało, nawet lody Antarktydy poszły pod nóż. Ty wymyśliłeś dwunastomilową strefę tak zwanych wód terytorialnych (wody terytorialne!), żeby ją rozciągnąć do pięćdziesięciu mil, a obecnie już do dwustu i na tym nie poprzestaniecie.

Ty postawiłeś bariery, szlabany, parkany, parawany, słupy, tablice, płoty z kamieni, pali, sztachet, bambusów, kaktusów, drutu zwykłego, drutu kolczastego, drutu elektrycznego, żelazne kurtyny, wszystkie przeszkody pomiędzy człowiekiem i człowiekiem oraz pomiędzy człowiekiem i naturą.

Ty oddzieliłeś złączonych w miłosnym objęciu mężczyznę i kobietę, ty odgrodziłeś ziemię od nieba, ty pomieszałeś języki. Ty wszystko pomieszałeś, pomąciłeś, podzieliłeś.

Życie nawet, podzieliłeś je na życie i śmierć.

 

 

 

 

- Czy jest jakie życie po śmierci?

- Życie po śmierci jest dla tych, którzy umierają przed śmiercią, którzy umierają za życia.

- Nie rozumiem.

- Nie rozumiesz, ale nie możesz tego powiedzieć.

- Czego?

- Tego, że nie rozumiesz.

- Dlaczego?

- Dlatego że nie wiesz, czego nie rozumiesz, więc jak możesz powiedzieć, że tego nie rozumiesz? Nie możesz tego powiedzieć. Żeby móc powiedzieć, że się czegoś nie rozumie, jest nieodzowne wiedzieć, o co chodzi, jest nieodzowne wiedzieć, w czym rzecz. Ale kiedy się wie, w czym rzecz, to już się tym samym rozumie. Tak więc tak: kiedy się rozumie, można powiedzieć, że się rozumie, kiedy zaś nie rozumie się, nie można nawet powiedzieć, że nie rozumie się. Nie można nic.

Życie po śmierci jest dla tych, którzy umierają przed śmiercią, to znaczy którzy umierają za życia. Albo to jest dla ciebie jasne, albo nie jest; albo to rozumiesz, albo nie. Innych, kompromisowych rozstrzygnięć nie ma. Jeżeli rozumiesz - rozumiesz; jeżeli nie rozumiesz - nie możesz nawet powiedzieć, że nie rozumiesz. Nie możesz powiedzieć, że nie rozumiesz, właśnie dlatego, że nie rozumiesz, że nie wiesz, o co chodzi, że nie wiesz, w czym rzecz.

- Więc co mam powiedzieć?

- A czy trzeba zawsze coś powiedzieć? Czy trzeba zawsze hałasować? Kiedy nie ma się nic do powiedzenia, co można powiedzieć?

 

 

 

 

- Jakie jest to życie po śmierci, co jest dla tych, którzy umierają przed śmiercią, to znaczy którzy umierają za życia?

- Daremne pytanie, puste, próżne. Żadne pytanie.

Ale ci się odpowie, bo może przez to zdasz sobie sprawę, jak bardzo twoje pytanie jest daremne. Życie po śmierci dla tych, którzy umierają przed śmiercią - to życie wieczne. To wieczność.

- Wieczne trwanie?

- Trwanie jest czasem. Trwanie jest przemijaniem.

Trwanie jest rozkładem. Wieczność nie jest rozkładem.

Nie jest gniciem.

 

 

 

 

- Czym jest wieczność?

- Dla ciebie wieczność jest czasem. Tyś jest swoim Ja.

Ty poza czas nie sięgasz. Ty z kotła czasu wyjść nie możesz. Dla ciebie wszystko jest czasem. Bo tyś jest czasem, a czas jest tobą. Dla ciebie nawet wieczność, którą przeciwstawiasz czasowi, jest czasem.

- Czyż wieczność nie jest przeciwieństwem czasu?

- Wieczność nie jest przeciwieństwem niczego.

- Więc czym jest?

- Dla ciebie jest przeciwieństwem czasu, więc jest

czasem.

- Ale czym jest naprawdę?

- Naprawdę jest tym-co-jest.

- Czym jest to-co-jest?

- Tym, czym jest.

- Ale jakie jest? Jakiego rodzaju?

- Nie jest jakieś. Nie jest jakiegoś rodzaju.

- Więc nijakie?

- Nijakie też jest jakieś.

 

 

 

 

 

- Więc nie jest jakieś?

- Nie jest jakieś.

 

 

 

 

 

- Nie jest piękne?

- To jest piękno. Nie mówi się o pięknie, że jest piękne, o jasności, że jest jasna, o mądrości, że jest mądra. Nie mówi się o gwieździe, że gwieździsta, o promieniu, że promienny, o liściu, że liściasty, o wodzie że wodnista. Piękno jest pięknem, jasność jasnością, gwiazda gwiazdą, promień promieniem, liść liściem, a woda wodą.

Nawet powiedzieć: woda jest wodą, to powiedzieć za dużo. Nawet powiedzieć: woda, to powiedzieć za dużo. Bo słowo „woda" oczywiście nie jest wodą. To, co prawdziwe, to fakt: woda. Wszystko inne, co jest „o wodzie", łącznie ze słowem „woda" - jest fałszywe, jest poza wodą. I poza lądem.

 

 

 

- Jednym chociaż słowem, jak można by określić to-co-jest?

- Niewysłowione. Nie da się żadnym słowem tego określić. Każde słowo nieuchronnie jest literaturą. Lepszą czy gorszą, grafomańską czy genialną - tylko literaturą.

 

 

 

 

Czyli nie tym. Nie da się wyśpiewać najpiękniejszej piosenki.

- Co jest najpiękniejszą piosenką?

- Dlaczego powtarzasz się? Chcesz słów? Oto je masz: najpiękniejsza piosenka to piosenka najpełniejsza i która zarazem nigdy nie jest najpełniejsza, i dlatego jest wieczna, i dlatego nie da się jej wyśpiewać.

Najpiękniejsza piosenka to śpiewająca się za każdym razem inna, nowa, najpełniejsza i najpiękniejsza piosenka, i dlatego nie da się jej zapisać ani na papierze nutowym, ani na taśmie nagraniowej, ani na taśmie pamięciowej. Wszystko co zapisze się, co zarejestruje się, jest już stare, a piosenka jest już młoda.

Nie da się jej wyśpiewać. Da się nią być. I śpiewać. Każda żywa rzecz nią jest. I śpiewa.

Ale to są tylko słowa. Najpiękniejsza piosenka jest bez słów.

- Jeżeli to-co-jest jest wiecznością, a wieczność nie jest trwaniem, to znaczy że to-co-jest nie jest trwaniem.

- To znaczy.

- Więc to-co-jest nie trwa?

- To-co-jest nie trwa. To, co trwa, nie jest trwałe, przemija, więc naprawdę wcale nie jest. To, co nie jest, musi trwać. To-co-jest nie musi trwać, nie musi nic; nie musi nawet być.

To-co-jest jest, ale nie musi być. To-co-jest jest. I to jest wieczność. Wieczność jest. Wieczność nie trwa i dlatego jest, i dlatego jest trwała. Nieprzemijalna.

 

 

 

 

 

- Czy teraz jest wieczność?

- Oczywiście.

- A w tej chwili?

- W tej chwili oczywiście nie.

- A teraz?

- Teraz oczywiście jest.

- Więc jak to jest? Czy to jest jednym z atrybutów wieczności, że w jednej chwili jest, a w drugiej chwili nie jest?

- Wieczność nie ma atrybutów. O tym przed chwilą mówiliśmy. Widzisz, jak słuchasz? Słyszysz, jak słuchasz?

W jednej chwili ani w drugiej chwili wieczności nie ma. Chwila to czas. Czas to przeszłość. Teraz to nie chwila, to nie czas, to nie przeszłość. Teraz to wieczność.

I teraz. I teraz. I żadne teraz nie jest skutkiem poprzednich teraz-ów ani przyczyną następnych. Wieczność to wiecznie nowe teraz.

 

 

 

 

 

 

- Czym jest prawda?

- Prawda jest prawdą. Niczym więcej, niczym mniej.

Prawda jest faktem.

 

 

 

 

- Czy jest jedna prawda, czy więcej prawd?

- Prawda jest jedna i zawsze nowa. Prawda jest żywa. Życie się nieustannie zmienia i wszystko, co żyje w życiu, żyje zawsze po raz pierwszy w życiu. Prawda jest jednorazowa. Prawda się nie powtarza. Prawda jest niepowtarzalna. I uwaga: prawda jest niepowtarzalna i zarazem jest nieprzemijalna.

Oto jak żałośnie wygląda, jak żałośnie brzmi usiłować wyrazić to słowami.

 

 

 

 

- Czy można poznać prawdę? ł jeżeli tak, to jak?

- Prawdę można poznawać. Jak? W biegu, w ruchu.

To znaczy być tym biegiem, być tym ruchem. Ktoś, kto jest tak nieruchomy jak cała nauka, nie może poznawać ruchu. Nieruchome „poznaje" nieruchome.

Z poznawaniem prawdy to nie ma nic wspólnego. Prawda jest zawsze nowa, jest poza czasem, nie da się jej unieruchomić i dlatego nie reaguje na metodę doświadczalną.

Prawdą można być i się poznawać. To poznawanie jest żywe i jest nieskończone.

 

 

 

 

- Czy prawda jest wieczna?

- Się widzi, się słyszy, że nie chcesz zaniechać daremnych pytań. Daremnych, bo odpowiedzi na te pytania nie mogą do ciebie docierać. Czy prawda jest wieczna? Prawda jest wiecznością.

- I wieczność nie jest przeciwieństwem czasu?

- Wieczność nie jest przeciwieństwem niczego.

- Wynika z tego logicznie, że prawda nie jest także przeciwieństwem kłamstwa.

- Prawda, oczywiście, nie jest przeciwieństwem

kłamstwa.

- To co w takim razie jest przeciwieństwem

kłamstwa?

- Nic nie jest przeciwieństwem kłamstwa, bo-słowo kłamstwo nic nie oznacza. Czegoś takiego jak kłamstwo w ogóle nie ma. Ani - rzecz jasna - w porządku życia, ani — rzecz ciemna — w chaosie słów.

- Nie ma kłamstwa?

- Nie ma.

- Ludzie nie kłamią?

- Nie kłamią.

- Ale jakżeż to? Ja sam, wyznaję ze wstydem, niejednokrotnie skłamałem.

- Nie skłamałeś. Kłamstwo musiałoby negować fakt.

Prawda jest faktem, Kłamstwo musiałoby zatem negować prawdę. Cóż by to była za prawda, którą można by zanegować! To by nie była prawda. Prawdy nie da się zanegować. Faktu nie da się zanegować.

- Kiedy mówię, że coś było, a tego nie było albo odwrotnie: kiedy mówię, że czegoś nie było, a to było, albo kiedy mówię, że coś było tak, a w rzeczywistości było inaczej - czyż to wszystko nie są kłamstwa?

- To wszystko są wymysły. Tyś jest swoim Ja. Ty wymyślasz. Ty jesteś wymyślaczem. Istotą twoją jest wymysł. Wziąłeś się z tego.

To, co ty nazywasz kłamstwem, jest czymś nieskończenie gorszym, niż to ci się wydaje. Jest brakiem powagi, jest brakiem wrażliwości, jest przejawem lęku, jest stwarzaniem chaosu, więc powiększaniem chaosu panującego, jest prowadzeniem wojny życia codziennego, która przebiera się, wcześniej czy później, w wojnę ogólnoświatową: totalną masakrę.

Oto czym jest tak zwane kłamstwo i co wielu ludzi poczytuje za rzecz niekiedy wręcz humanitarną.

 

 

 

 

 

- Czym jest fakt?

- Fakt jest oczywistością. Fakt jest konstatacją faktu.

- Czy fakt nieskonstatowany jest faktem?

- Nie da się powiedzieć: fakt nieskonstatowany.

Jedno słowo wyklucza drugie.

 

 

 

 

- Co to znaczy, że faktu nie da się zanegować?

- Jest fakt. Na przykład drzewo. Drzewo można nazwać: dąb, lipa, sosna, brzoza; drzewo można narysować, namalować, nawet wyrzeźbić (co jest już jawną perwersją), o drzewie można napisać wiersz, drzewo można sfotografować, można zmierzyć jego wysokość, obwód pnia, można ustalić jego tak zwany wiek (drzewo oczywiście wieku nie ma); wokół drzewa można biegać, pod drzewem można się zdrzemnąć lub schronić przed deszczem (w czasie burzy z piorunami lepiej nie), na drzewo można wejść, z drzewa zejść lub spaść — ale to wszystko nie neguje ani nawet nie dotyczy faktu: drzewo. Już przede wszystkim nazwa „drzewo" nie dotyczy faktu: drzewo. To ostatnie jest tym, co ktoś tam, gdzieś tam, nazywa początkiem. Ale to oczywiście nie jest początkiem. Bóg nazewnictwa, Bóg-Słowo nazywa się tam Bogiem stworzenia. Ale, oczywiście, ani to Bóg, ani to tworzenie. To jest tylko nazywanie.

Wracając do drzewa można powiedzieć patrząc na nie, że tego drzewa nie ma, że to jakiś sens albo iluzja zmysłów, ale ten wymysł, oczywiście, również nie neguje ani nawet nie dotyczy faktu: drzewo.

- A jeżeli naprawdę nie ma drzewa, to znaczy jeżeli to drzewo się zetnie?

- Wtedy jest pień. A jeżeli wykopie się pień, wtedy jest dziura. Ten, kto drzewo ściął lub kazał ściąć, może tego żałować, może uznać, że była to akcja pochopna lub wręcz zupełnie niepotrzebna, ale te dywagacje nie postawią na nogi ściętego drzewa, nie przywrócą faktu, nie odtworzą faktu, bo fakt jak życie jest nieodtwarzalny, nieodwracalny, niepowtarzalny. I zarazem, o, cudowności, nieprzemijalny!

Można posadzić w miejsce ściętego drzewa drugie drzewo. Wtedy to drugie drzewo będzie faktem. Ale dopóki tego nie zrobi się, faktem jest dziura. I to nie dziura po ściętym drzewie ani dziura dla posadzenia drugiego drzewa, lecz po prostu i całkowicie, w całej pełni: dziura.

Są chmury. Ktoś patrzący wzwyż może stwierdzić: są chmury. Chmury odpłynęły. Wtedy może powiedzieć, że nie ma chmur, ale nie może stwierdzić: nie ma chmur. Ktoś drugi, kto nie widział, jak te chmury odpłynęły i kto spogląda w tym momencie w górę, też może powiedzieć, że nie ma chmur (bo widział kiedyś chmury, jest w nim ten obraz, ten widok; gdyby tego widoku w nim nie było, nie mógłby nawet powiedzieć, że nie ma chmur), ale tak jeden, jak i drugi stwierdzić mogą tylko fakt: jest czyste niebo. Nie da się stwierdzić braku faktu. Fakt da się tylko stwierdzić. Aż stwierdzić.

Fakt jest konstatacją faktu. Jest końcem myślenia. Jest rozwianiem się myśli. Jest rozumieniem.

 

 

 

 

 

- I ja, podobno, nie mogę zrozumieć?

- Tyś jest swoim Ja. Tylko tym i całkowicie tym, i dopóki będziesz całkowicie tylko tym, dopóty nie możesz rozumieć.

- Dlaczego? Czy tak ciężko jest zrozumieć, że nie mogę temu podołać? Jestem na to za słaby?

- Jesteś na to za silny. Jesteś siłą. Jesteś wysiłkiem.

Każda twoja manifestacja to wysiłek. Wysiłek i rozumienie wzajemnie wykluczają się. Rozumienie nie ma absolutnie nic wspólnego z najdrobniejszym wysiłkiem. Rozumienie przychodzi samo tam, gdzie nie ma wysiłku, gdzie wysiłek skończył się. Ale rozumienie nie jest wynikiem wysiłku, skutkiem wysiłku, tak zwanym uwieńczeniem wysiłku. To nie jest żadna czyjaś zasługa. I to nie jest zrozumienie, jak ty to określasz. To jest rozumienie. To nie jest jednorazowa iluminacja, to nie jest zobaczyć Boga raz (z tyłu, czy z przodu, czy z profilu) i z wrażenia umrzeć dla życia tu, „na padole". To nie jest zrozumieć raz. To jest rozumieć coraz i coraz to od nowa, od teraz do teraz przez całe teraz. Rozumie się, stwierdzając, konstatując, w pełni widząc coraz to nowy fakt.

Ty nie możesz rozumieć, bo ty nie możesz spojrzeć na fakt w całej jego nieporównywalnej nagości, bo to by znaczyło, że ciebie wtedy nie ma; to by równało się twojemu zniknięciu.

- Jak to?

- Spojrzeć na fakt, znaczy przeżyć fakt, znaczy być faktem, znaczy być nieporównywalnie nagim, znaczy być nagością, znaczy nie być strojem. Albo jest nagość, albo jest strój. Albo jest fakt, albo jest Ja, czyli ty, bo tyś jest swoim Ja. Kiedy jest fakt, ciebie nie ma. Kiedy ty jesteś, nie ma faktu.

- Jakżeż nie ma faktu, kiedy ja jestem? Ja jestem, więc już jest fakt.

- Ty nie jesteś faktem. Fakt to jest coś, czego nie da się zakontestować, czego nie można zanegować.

- Czy to ma znaczyć, że mnie można zanegować?

- To ma znaczyć.

- Kto mnie może zanegować? Inny człowiek?

- Drugi człowiek-Ja nie może zanegować cię. Drugi człowiek-Ja może uśmiercić cię. Dobrowolnie lub złowolnie, wolnostrzelnie lub szybkostrzelnie. Albo ty jego. Tym głównie zajmujecie się. Ale nawet zabijając siebie, nie negujecie siebie.

- Więc kto mnie może zanegować? Człowiek-nikt?

- Człowiek-nikt cię zna (bo poznał siebie), ale nie może zanegować cię. Mówiąc dokładnie, w ostatnim, ostatecznym etapie tego przedsięwzięcia człowiek-nikt już nie uczestniczy. Zrobiwszy wszystko, co może zrobić (a może wszystko), wraca do prawdziwego życia.

 

 

 

 

 

- Więc jeżeli nie może mnie zanegować drugi człowiek-Ja ani nawet człowiek-nikt, to znaczy że nie można mnie zanegować. To znaczy, że jednak jestem faktem.

- Nie jesteś faktem. Jest ktoś, kto może zanegować cię.

- Kto?

- Jest taki ktoś. Poza nim zresztą (nie) stoi nikt.

- Bóg?

- Twój Bóg to ty. O tym już mówiliśmy. Prosto, jasno i dokładnie.

- Zupełnie nie widzę, kto by to mógł być.

- Bo widzisz tylko siebie, zawsze tylko siebie.

Również w tej chwili widzisz tylko siebie, choć wygląda, że rozglądasz się, że usilnie patrzysz poza sobą, szukając, kim mógłby być ten ktoś, kto by mógł zanegować cię.

- Nie wiem, o co chodzi. Nie wiem, w czym rzecz.

- Widzisz tylko siebie w tym sensie, że nie chcesz zobaczyć, że tym kimś, kto może zanegować cię, jesteś ty sam.

- Ja sam?

- Ty sam.

- Ja sam miałbym zanegować się? Nawet jeżeli to możliwe, to dlaczego miałbym to zrobić?

- Bo nie ma dla ciebie absolutnie nic lepszego do roboty. Jest to jedyna prawdziwie piękna rzecz, jaką może zrobić człowiek-Ja. Jest to pierwsza i ostatnia praca tego Herkulesa, którym jesteś. Przed tą rzeczą wszystko jest mniej lub bardziej piekłem. Po tej rzeczy wszystko jest cudownym tchnieniem i wytchnieniem.

- Ale ja nie chcę zanegować się.

- Oczywiście. Tyś jest swoim Ja. Tyś jest Ja, którym jesteś. Ty zawsze chcesz.

- Mówię, że nie chcę, a nie, że chcę.

- Chcieć, a nie chcieć to jest to samo. Nie chcieć, znaczy chcieć nie chcieć. Chcieć czy nie chcieć, znaczy zawsze chcieć. Ty zawsze chcesz. Zawsze.

 

 

 

 

- Co znaczy chcieć?

- Chcieć, że się tak wyrazi się, to najgorsza rzecz, jaką można chcieć. Chcieć, znaczy zawsze coś chcieć. Niekiedy prawie nic, ale to jest zawsze coś. Chcieć, znaczy zawsze coś chcieć mieć. Łaknąć. Pożądać. Żeby posiadać. Żeby być posiadaczem: ludzi, przedmiotów, ruchomości, nieruchomości, pieniędzy, talentu, sławy, podziwu od ludzi, podziwu do ludzi, pamięci, zapomnienia, wiedzy, myśli, uczuć, pragnień, nadziei, wierzeń, wrażeń, wyobrażeń i co tam jeszcze zostało w spisie inwentarza, który jest listą bez końca. Posiadając nakładasz sobie pęta, zakuwasz się w dyby, niewolisz się, stajesz się niewolnikiem tego, co posiadasz. Z posiadania nieuchronnie wynika lęk przed utratą tego, co posiada się. Wynika z tego, że to co posiadasz, to przede wszystkim lęk. Lęk to chaos, to ślepota, to ból, to nieszczęście. Chcieć zatem, znaczy zawsze w efekcie chcieć nieszczęścia.

 

 

 

 

 

- A chcieć żyć?

- Chcieć żyć też znaczy w efekcie chcieć nieszczęścia.

- Jakże to?

- Chcieć żyć, znaczy w efekcie chcieć umrzeć.

- Więc nie chcieć żyć?

- To jest przecież to samo. Chcieć żyć, czy nie chcieć żyć, znaczy w efekcie chcieć umrzeć.

- To co pozostaje? To straszne. To przerażające.

- Straszne jest chcieć, chcieć mieć, chcieć posiadać.

Ktokolwiek posiada, cokolwiek posiada — posiada nieszczęście. Dlaczego? Bo nie tylko może utracić, ale musi utracić to, co posiada. Dlaczego musi? Bo dane mu zostało całe cielesne życie na to, żeby zrozumieć, że nie musiał sobie niczego przywłaszczać. Dochodząc do końca nieskończonego spisu inwentarza, kto posiada siebie - utraci siebie {kto siebie nie posiada, kto umarł przed śmiercią - nie może siebie utracić). Oto co znaczy posiadać. Oto co znaczy mieć. Oto co znaczy chcieć.

Co zaś tyczy się tego, co pozostaje, to nie jest to w żadnym razie straszne, w żadnym razie przerażające.

- Co pozostaje?

- Pozostaje wszystko. Całe bezgraniczne szczęście.

Pozostaje żyć. Po prostu i cudownie: żyć. Nie: chcieć żyć, lecz: żyć. Jeżeli ktoś chce żyć, to znaczy, że chce żyć, a to znaczy, że nie żyje. On nie żyje. On chce żyć.

Kto chce żyć, boi się własnego cienia. Boi się wszystkiego.

Życie w lęku nie jest życiem. Prawdziwe życie i lęk nie chodzą pod rękę jedną drogą pod tym samym niebem, gwiżdżąc tę samą piosenkę, Żyć to po prostu żyć, ani chcąc, ani nie chcąc. Prawdziwie żyć to żyć i nawet nie nazywać tego życiem. Bo po co? Czy życie potrzebuje siebie nazywać życiem? I czy życie chce żyć? Życie ani chce żyć, ani nie chce. Życie żyje.

 

 

 

 

Chcieć to najgorsza rzecz, jaką można chcieć. Chcieć, znaczy wymyślać odległość.

- Powiedziałbym: pokonywać odległość.

- Nie wymyśla się odległości bez powodu, bez celu.

Wymyśla się odległość, żeby ją pokonać. Pokonywanie odległości jest tylko skutkiem wymyślenia odległości.

Przyczyna to sfabrykowanie dystansu, sfabrykowanie odległości. Odległość sfabrykowana, trzeba ją pokonać, wszak po to ją sfabrykowało się. Pokonać dystans to najpierw sfabrykować dystans.

- Upierałbym się, że jednak pokonywać dystans. Bo dystansów nie wymyśla się, dystanse są, niezależnie od tego, czy chce się je pokonać, czy nie chce się, to znaczy czy chce się nie chcieć ich pokonać.

- Dystansów nie ma. Dystans fabrykujesz, kiedy chcesz. I tym większy, im więcej chcesz.

 

 

 

 

- Czyżby nie było dystansu pomiędzy na przykład Ziemią a Księżycem? Przykład jest może trochę śmieszny...

- Nie ma śmiesznych przykładów. Każdy przykład jest dobry, jeżeli tylko jest to przykład.

Posłuchaj. Nie ma dystansu pomiędzy Ziemią a „najdalszym", „najodleglejszym" zakątkiem wszechświata. Dystans fabrykujesz, chcąc. Chcąc tam dostać się. Statkiem kosmicznym, myślą, wyobraźnią nadzieją lub wiarą, że jest tam raj, który dla ciebie nie oznacza nic innego, jak niezmienne, „wieczne" trwanie w rajskim komforcie.

Dla ludzi-nikt, dla których nie istnieje problem: chcieć nie chcieć — nie istnieje też dystans. Istnieje dla nich niewypowiedzianie bezgraniczna i bezgranicznie niewypowiedziana otwarta przestrzeń, tak wielka, że cały dostępny twojej wyobraźni wszechświat jest przy niej ziarenkiem maku (dokładnie ziarenkiem maku) i w tej otwartej przestrzeni, w tym niezmierzonym wymiarze: żadnych odległości, żadnego dystansu. Nieskończenie cudne, nieskończenie schludne, nieskończenie wolne pole. To tu się sieje zboża, kwiaty, drzewa, góry, doliny, rzeki, jeziora, morza, całą ziemię i niebo, wszystkie stworzenia, wszystkie cudowności. Ale zostawmy to, co (nie) dotyczy nikogo.

 

 

 

 

 

Chcieć to najgorsza rzecz, jaką można chcieć.

I - jeżeli o to idzie - nigdy za dużo o tym mówić. Do końca czasów.

Ale chcieć jest też najłatwiejsze do zaobserwowania, do odczytania, do zdemaskowania, bo z tym masz do czynienia na każdym kroku. Wystarczy, żebyś zwrócił uwagę na to, czym jest chcieć. I wystarczy, żebyś to zobaczył. Zobaczywszy czym jest chcieć, zobaczysz wszystko, co możesz zobaczyć. I to wystarczy. Ale uwaga: nie chodzi o to, żebyś przestał chcieć, żebyś powstrzymywał się od chcenia, od chęci chcenia. Nie chodzi o to, żebyś dusił, dławił w sobie chcieć. Dławić w sobie chcieć to jest oczywiście też chcieć, to jest chcieć zdławić chcieć. Więc uwaga.

Się powie o tym wolniutko, a ty tylko słuchaj. Nie potakuj, nie zaprzeczaj; nie mów zbyt szybko, na głos lub w myśli: „zgadzam się z tym", a jeżeli już to mówisz, zauważ, że mówisz: „zgadzam się z sobą"; nie mów zbyt szybko: „nie zgadzam się z tym, protestuję", a jeżeli już mówisz, zauważ, że mówisz jeszcze raz: „zgadzam się z sobą". Gdyż „tak" i „nie" są tym samym, sprowadzają się do tego samego centrum, którym jest Ja, którym jesteś ty. Mówić komuś „tak", to mówić sobie „tak"; mówić komuś „nie", to jeszcze raz mówić sobie „tak". Tak to jest.

Posłuchaj. Najsamprzód zauważ, że chcesz, że coś chcesz. Może to być coś, co uznajesz za bardzo ważne, za rzecz dla ciebie wręcz niezbędną lub coś, co uznajesz za mało ważne, za nieomal nic nie znaczący drobiazg (niemniej, zauważ, chcesz go). Po czym pochyl się -dogłębnie, ale swobodnie, luźno - nad tym czego chcesz i zapytaj siebie: dlaczego tego chcę? Szukasz odpowiedzi (w sobie oczywiście, nie poza sobą), odkrywasz ją i odpowiadasz sobie: chcę tego, dlatego że to i to. Nie zatrzymujesz się, nie poprzestajesz na tej odpowiedzi, lecz pytasz dalej: dlaczego chcę tego i tego? Szukasz w sobie, odkrywasz (zawsze odkryjesz, jeżeli wnikliwie w sobie rozejrzysz się) i odpowiadasz sobie: chcę tego i tego, dlatego że to i tamto. Pytasz dalej: dlaczego chcę tego i tamtego? Szukasz, odkrywasz, odpowiadasz: chcę tego i tamtego, dlatego że tamto i tamto. To szukanie nie jest szukaniem, żeby za wszelką cenę znaleźć odpowiedź na pytanie, bo wtedy nie jesteś swobodny, nie jesteś rozluźniony, jesteś skrępowany, zablokowany właśnie chęcią znalezienia odpowiedzi. To szukanie to pochylenie się nad sobą i w sobie: dogłębne i zarazem luźne, naturalne. To szukanie to po prostu bycie uważnym, nic więcej. Więc pytasz, jesteś uważny, to znaczy pozostajesz uważny (gdyż już postawić pytanie to być uważnym), odkrywasz i to odkrycie jest odpowiedzią na pytanie.

Więc jesteś uważny. Więc nie taisz przed sobą motywów, które powodują twoim chceniem, ujawniasz je sobie, wyciągasz na poświatę księżyca, zdzierasz z nich kostium, przebranie, demaskujesz je, do cna, do dna i wszystkie, choćbyś odkrywał, że te motywy - ujawnione, odkryte, nagie - nie są wcale piękne, lecz raczej bardzo niepiękne, żałosne, okrutne, wręcz odrażające w swoim samolubstwie. Bo jeżeli czegoś nie ujawnisz, jeżeli coś przed sobą zataisz, wtedy cała rzecz na nic, wtedy to jest zabawa z samym sobą w chowanego, to gra, to niepoważne. Życie to rzecz poważna. Albo powaga, albo niepowaga. Albo życie, albo gra (gra w życie, a także gra o życie, to też jest gra, to nie jest życie). Tak to jest. To nie jest tak, jak ty chcesz.

Co zaś tyczy się tego, czego chcesz, pytasz: co? jak? dlaczego? po co? i jeszcze raz: po co? i jeszcze: po co? i: po co? Z pasją i bez końca (pozornie bez końca). I zobaczysz. Zadziwisz się. Niepomiernie zadziwisz się. Cudotwórczo zadziwisz się.

Ale ty nie słuchasz. Się widzi, że nie słuchasz. Myślisz, diabli wiedzą o czym, i oczywiście nie możesz wtedy słuchać. Kiedy myślisz, nie słuchasz.

- Bo wolałbym, żebyśmy może wrócili do faktu. Nie mogę pojąć, że nie jestem faktem. To mnie... nie wiem.

Więc jeżeli to możliwe, chciałbym coś jeszcze o tym usłyszeć.

- Wolałbyś - nie wolałbyś, życzyłbyś sobie – nie życzyłbyś sobie, chciałbyś - nie chciałbyś, lubisz - nie lubisz, tak - nie, ciągle to samo. Cóż za monotonia!

Pragnienie i pragnienie. Cóż za więzienie! To cały twój świat. Uświadom to sobie wreszcie.

Tak mówisz, jakbyś doskonale wiedział, czym jest fakt i jakby bardzo martwiło cię to, że nim nie jesteś. A przecież nie wiesz, czym jest fakt. I na razie nie możesz wiedzieć. Fakt jest konstatacją faktu. Przede wszystkim konstatacją siebie jako faktu. Nie wiesz, kim jesteś, więc jak możesz skonstatować, kim jesteś?

 

 

 

 

- Jestem istotą ludzką. Jestem człowiekiem.

- Jesteś człowiek-Ja, ale to ci dalej nic nie wyjaśnia.

Nie wiesz, co znaczy człowiek, nie wiesz co znaczy Ja, więc oświadczając, że jesteś człowiek-Ja, dalej nic nie wiesz. To określenie nic ci naprawdę o tobie nie mówi.

I tak ze wszystkim. Dopóki nie będziesz wiedzieć, kim jesteś, nic nie będziesz wiedzieć. Nazwiesz jakieś drzewo sosną, ale - nie wiedząc, czym jest drzewo - nazwa sosna nic ci nie powie. Powiesz, że wzór chemiczny wody jest H2O, ale dalej nic o wodzie nie wiesz.

- Dlaczego?

- Dlatego, że wzór H2O nie wyjaśnia, czym naprawdę jest woda.

- Dlaczego?

- Dlatego, że wzór H2O nic ci nie wyjaśnia, kim ty jesteś. Tak samo nazwa sosna nic ci prawdziwego o tobie nie mówi i dlatego nic też nie mówi o drzewie nazywanym drzewem i nazywanym sosną. Drzewo sosna jest faktem, ale nazwa „drzewo sosna" nie jest nim.

Woda jest faktem, wzór H2O nie jest nim.

- Dlaczego wzór H2O nie jest faktem?

- Dlatego, że wzór H2O pochodzi od ciebie, pochodzi od czegoś, co nie jest faktem, więc jak mógłby być faktem?

Woda zaś nie pochodzi od ciebie.

- Woda pochodzi od faktu?

- Woda pochodzi, woda wywodzi się od faktu i dlatego jest faktem.

 

 

 

 

 

- Jeżeli fakt jest stwierdzeniem faktu, to jak woda może stwierdzić, że jest wodą? Jak drzewo może stwierdzić, że jest drzewem?

- Ani woda, ani drzewo nie muszą stwierdzać, że są faktami. Bo nimi są. Tak samo ty, gdybyś był, gdybyś mógł być faktem, nie musiałbyś tego stwierdzać. Gdybyś wiedział, kim jesteś, gdybyś rozumiał, kim jesteś, gdybyś siebie znał, po co miałbyś się stwierdzać, potwierdzać, zatwierdzać? Fakt jest faktem, to wszystko. Ale tobie powiedzieć wszystko to tyle, co nie powiedzieć nic. Więc się mówi: fakt jest stwierdzeniem faktu. Ale następuje twoja uwaga, że jak woda i drzewo mogą stwierdzić, że są faktami - i zdanie „fakt jest stwierdzeniem faktu" rozłazi się. Bo są to tylko słowa (cały czas ci się mówi, żebyś miał to na uwadze), jest to tylko zdanie z jakąś tam swoją skalą rozciągliwości. Rozciągnięte mocniej, oczywiście, pęka. Jak szelka u spodni. Więc się teraz musi powiedzieć: fakt jest milczącym, niemym, cichym, doskonałym stwierdzeniem faktu. Kiedy mówi się i mówi, nie przestając mówić, nie dochodząc do kończącego dyskusję, zamykającego usta zbawiennego paradoksu - musi mówić się w sposób coraz bardziej zawiły. Nauka nie może powiedzieć nic innego nad to, że życie zmierza od struktur prostych do coraz bardziej skomplikowanych. Rurki w laboratoriach chemicznych i alchemicznych nie mogą się prostować, muszą się coraz bardziej wyginać, zaginać, przeginać. Spróbuj znaleźć naukowca, który ci powie (i który będzie wiedzieć, co mówi): „Wie pan, te rurki, my jeszcze je trochę powyginamy, ale potem je wyprostujemy i już nigdy więcej nie będziemy ich wyginać".

Fakt jest faktem, to wszystko. To jest wszystko. Kiedy jest fakt, nie ma czegoś więcej, bo nie trzeba czegoś więcej, bo nie może być czegoś więcej. Bo fakt to jest wszystko. Jest tylko fakt. Jest aż fakt. Na przykład woda. I już nawet nie da się powiedzieć, że wzór H2O nie jest faktem, choć oczywiście nie jest nim. Jest tylko fakt, jest aż fakt i nawet kropka po tym jest czymś za dużo.

Z faktem jest tak samo jak z mądrością. To nie jest porównanie, choć się użyło tu słówka „jak". Jest tylko mądrość. Kiedy nie ma mądrości, nie da się powiedzieć, że jest głupota, ciemnota, ignorancja, bo można o tym wiedzieć jedynie poprzez mądrość, a jeżeli tej mądrości właśnie nie ma, to w jaki sposób można dowiedzieć się, że jest głupota? Nie sposób. Jest tylko mądrość. Kiedy nie ma mądrości, nie da się nawet powiedzieć, że jest brak mądrości, że nie ma mądrości, bo o czymś czego nie ma jak można powiedzieć, że tego nie ma? Jeżeli się powie, że nie ma mądrości i się wie, co się mówi - oto i jest mądrość.

Jest tylko mądrość. Jest aż mądrość.

 

 

 

 

- Nie mogę tego pojąć. Nie mogę tego ogarnąć.

To za trudne.

- Bo cały czas myślisz, chcesz, starasz się, usiłujesz, wysilasz się, żeby to myślą ogarnąć; z czymś zgadzasz się, czemuś innemu sprzeciwiasz się, to dajesz ponosić się, to opierasz się, to wznosisz barykadę, to ją burzysz; obiecujesz sobie, że jeżeli to ogarniesz, to ci to coś na pewno da, coś skorzystasz, coś zyskasz, ale nie wiesz co; równocześnie lękasz się, że możesz coś stracić, kombinujesz, cały czas ze sobą handlujesz, targujesz się, idziesz na ustępstwa, nie idziesz na ustępstwa, kupujesz, sprzedajesz, odkupujesz, żałujesz wydatku, odsprzedajesz; dzielisz się na Ja i superJa i to superJa dyryguje Ja, zdalnie nim steruje ze swojego schronu, ze swojego bunkra, ze swojej dyspozytorni, ze swojego centralnego ośrodka, tego pępka świata, wysyła je do jakiejś walki z niewidzialnym przeciwnikiem, gotowe jest poświęcić to Ja i poświęca je, bo to w niczym nie zagraża jego esencji, jego zasadzie konstytutywnej, która właśnie zasadza się na dzieleniu się, czyli na mnożeniu się; chcesz kogoś przechytrzyć, nie wiesz kogo, zastawiasz pułapkę, sam w nią wpadasz, ale zaraz siebie z niej wyciągasz, żeby wpaść w kolejną pułapkę, żeby znowu z niej wydobyć się i tak w kółko Macieju: chcesz, nie chcesz, chciałbyś, nie chciałbyś; tak bardzo jesteś pewny siebie, zadowolony z siebie, dumny z siebie, pyszny z siebie, zachwycony sobą, zakochany w sobie, tak bardzo jesteś przeświadczony o herkulesowych możliwościach twojego intelektu, że czujesz się znieważony, kiedy ci się mówi, że jest coś poza twoim zasięgiem; mówisz sobie: „Ja pomyślę nad tym, ja to rozgryzę z czasem” (z czasem można tylko sczeznąć, czas można tylko tracić, czas można tylko marnować, do niczego lepszego czas nie nadaje się); poza tym wolałbyś nic nikomu nie zawdzięczać, nawet człowiekowi-nikt, bo nie możesz wyobrazić sobie, że to jest naprawdę człowiek-nikt i że wszystko, co robi, robi absolutnie bezinteresownie, nie oczekując ni od ciebie, ni od kogokolwiek wdzięczności, cienia wdzięczności; poza tym zżera cię ciekawość, ciągnie cię do głębokiej wody, ale też boisz się, ale coraz bardziej kusi cię, ale coraz bardziej boisz się i tak dalej, i temu podobne, i tak to blokujesz się tym wszystkim, bo to wszystko - nie uświadomione, nie wydobyte, nie wyekshumowane z mroku, nie wystawione na poświatę księżyca i nie zobaczone - blokuje w sposób nieprzekraczalny dostęp do portu samopoznania, a tylko wtedy, kiedy wypłyniesz z tego portu i zawieruszysz się na szerokie i głębokie wody, na pełne morze samopoznania, i poznasz się, tylko jedynie wyłącznie wtedy rozumienie będzie mogło przyjść do ciebie, bo ty już nie będziesz wtedy tylko ty, już nie będziesz całkowicie tylko swoim Ja, będziesz czymś nieskończenie mniej, czymś nieskończenie więcej.

A ty, cóż robisz? Cóż fabrykujesz? Ty właśnie fabrykujesz dokładnie wszystko, żeby ci się nie mogło przytrafić samopoznanie, po którym rozumienie, poprzez które ten fakt, to, do czego nie da się iść, żadną drogą, to tylko może przyjść samo, samoistnie, lekko, łagodnie, swobodnie, niesione własnym powiewem, nie chciane, nie przywoływane, nie wymodlone, bez najmniejszego wysiłku ze strony kogokolwiek: jasność, czystość, przejrzystość, absolutna schludność, niewinność, niewojowniczość, dziewiczość, bezśladowość, bezskazowość, bezzmazowość, niezmazywalność, niezłomność, niesprzedajność, nieprzekupność, nieskazitelność, nieskalaność, bezwątpliwość, niewyobrażalność, nieopisaność, nieprzetłumaczalność, niepodobność, niestworzoność, bezwymiar, nieskończenie wolne pole dla nieskończenie wszystkich cudów, to. Doskonała jedność, z której wywodzą się wszystkie doskonałe jedności natury: noc i dzień, śmierć i życie, spoczynek i ruch.

Ty nie możesz tego ogarnąć, w żaden sposób, nijak, nigdy. To natomiast może ciebie objąć. Wtedy, kiedy poprzez czystą, nagą, niewartościującą obserwację poznasz, czym są twoje pragnienia i sprzeciwy, to znaczy pragnienia i pragnienia, gdyż sprzeciw jest oczywiście też pragnieniem, kiedy zaobserwujesz spokojnie, jak powstają, dlaczego, po co i jak w ogóle funkcjonuje ten cały mechanizm, wtedy i tylko wtedy będziesz mógł zostać ogarnięty, przygarnięty przez prawdziwy wymiar wszystkiego. Kiedy poznasz się. Nikt tego nigdy za ciebie nie zrobi, bo to jest samopoznanie, więc możesz to zrobić tylko sam. Możesz to zrobić tylko sam, więc możesz to zrobić, gdyż w innym razie, nie mówiłoby się tu o tym. Nie siałoby się tego.

To samopoznanie nie jest poznawaniem przez gromadzenie wiedzy o sobie, przez zapamiętywanie, że to i to, i tamto, i jeszcze tamto. Całkowicie wręcz inaczej. Im więcej gromadzisz, im strojniej stroisz się, tym mniej miejsca na nieporównywalną prostotę i nagość. Milion informacji o sobie nigdy nie doprowadzi do poznania siebie. Milion informacji sfabrykuje miliard informacji, a prawdziwego poznania siebie dalej ani cienia. Tak jest z każdym gromadzeniem, czy to wulgarnym czy tak zwanym subtelnym. Pęczniejący worek pieniędzy nigdy nie zamieni się w szczęście właściciela tego worka. Wszystkie wiersze o miłości nigdy nie zamienią się w miłość. Wszystkie zasoby broni, wszystkie arsenały nigdy nie zamienią się w pokój planety.

To samopoznanie jest poznawaniem nie przez akumulację, lecz przez ewakuację, nie przez afirmację, lecz przez negację, która następuje samorzutnie za każdym razem, kiedy jakiś szczegół swojego postępowania zaobserwujesz bez oceniania tego. To jest autonegacja. Ta autonegacja, raz szczęśliwie podjęta, jest szczęśliwie całkowita. Wszystko na śmietnisko! Imię i nazwisko, i przezwisko, i wszystko, co odrażająco, samolubnie z tym związane. Na śmietnisko! I z jaką radością! Ta radość jest radością samopoznawania się. Żadna znana ci radość nie może nawet porównać się z nią. Co zaś do radości życia, to wywodzi się ona ze świata cudów, ze świata faktów, co pojawia się, kiedy się już siebie poznało.

Do tej obserwacji siebie (przez którą samopoznanie, poprzez które rozumienie) potrzebna jest tylko uwaga, nie potrzeba żadnych specjalnych warunków ani łaboratoryjno-komfortowych, ani podle-terenowych, ani malowniczych, ani egzotycznych, ani szwajcarskich, ani meksykańskich. Każde są dobre. Obserwować siebie można wszędzie. I nie są niezbędne wielkie, wstrząsające przeżycia. Każde najbanalniejsze zdarzenie uważnie i do końca obserwowane: co? jak? dlaczego? - może stać się decydujące, fundamentalne, przełomowe.

Mówisz, że to za trudne. Otóż to nie jest trudne. To jest łatwe. To jest proste. Niewiarygodnie proste. Ale tyś jest swoim Ja i dla ciebie, dla twojego intelektu - ćwiczonego przez stulecia i tysiąclecia w rachowaniu, wyrachowaniu, wszelakich skomplikowanych kombinacjach, machinacjach, sztuczkach, kruczkach i temu podobne - to jest „nazbyt" łatwe, to jest „nazbyt" proste. Twój umysł i twoje serce nie mogą tego pojąć dlatego, że brak im właśnie tej prostoty, tej naturalności, tej naiwności, tej niewinności. Umysł obserwowany uważnie przez samego siebie, przez stan - samoobserwującego - się - umysłu może połknąć swój gadatliwy język i uciszyć się, może siebie poznać i wtedy, i tylko wtedy może zaistnieć i pokazać ci się to nieporównane, to niezrównane, to niepochwytne, to nie lada jakie, to nie lada co, to nienaganne, to nieposzlakowane, to niezakłócone, to niezatarte, to niepomazane, to nic - ponadto. Wielki żywy obraz.

Pochylić się nad sobą, pochylić się w sobie i uważnie wsłuchać się w siebie, uciszyć rozum umysłu z hałasu myśli, ostudzić serce umysłu z fałszywego zapału uczuć, wydobyć się, wypaść z zakrzepłej, zatęchłej, zapadłej, przepadłej koleiny schematu i biegiem na przestrzał przez bezpańskie pola, przez bezdroża, wertepy, manowce; dać się objąć, dać się ogarnąć przez życiodajną atmosferę obserwacji - to jest trudne. Tylko to jest trudne. Wszystko inne jest proste. Nie do wiary proste. Nie do wyobrażenia proste. Nie do wyśnienia proste.

 

 

 

 

- Jeszcze o fakcie. Moja głowa, ręce, nogi, organy wewnętrzne, całe moje ciało czyż nie jest takim samym faktem jak woda lub drzewo?

- Ciało jest faktem. I nie musi potwierdzać, że nim jest. Bo nim jest.- Więc czy nie jestem jednak faktem, jeżeli moje ciało jest faktem? I przecież spożywam fakty: piję wodę, jem owoce drzew. Czy mógłbym żywić się faktami, gdybym nie był faktem?- Nie jesteś faktem. Twoje ciało nie jest twoim ciałem. Twoje ciało jest materią i jako takie nie należy do ciebie. Należy do materii, a materia nie należy do kogoś. Materia nie jest czyjaś. Więc to nie ty pijesz wodę, jesz owoce drzew. To twoje? Nietwoje ciało „pije wodę, je owoce drzew". Ty nie spożywasz faktów. Ty karmisz się czymś zupełnie innym.

- Czym?

- Własnymi wymiotami, które oczywiście też nie są faktami. Pożerasz własne wymioty, po czym je wymiotujesz, po czym je pożerasz, po czym wymiotujesz i tak w kółko, błędnie, obłędnie i bez końca. Te wymioty

- tak jak i ty - nie mają prawdziwego początku. Te wymioty są tobą, a ty jesteś tymi wymiotami. Te wymioty są twoje, ale nie wzięły się z ciebie, wzięły się razem z tobą, jednocześnie (w tej jednoczesności nie ma żywej kolejności, żywego porządku życia). Wszystko, co możesz zrobić, to pożreć te wymioty i ich na powrót nie zwymiotować, lecz zacząć pożerać siebie.

- I co?

- I pożreć siebie do szczętu. To możesz. Tylko to możesz. I to jest cud. Pierwszy prawdziwy cud. Przed tym cudem wszystkie inne „cuda" są twoimi wymiotami.

 

 

 

 

- Kiedy pożrę siebie do szczętu, co wtedy?

- Wtedy się urodzi człowiek-życie, człowiek-nikt.

Człowiek-nikt to właśnie był człowiek-Ja, który pożarł swoje wymioty i ich na powrót nie zwymiotował, lecz zaczął pożerać siebie i pożarł siebie do szczętu, i nie zostało z niego nic, nic a nic, i pokazało się źródło, wiecznie od nowa rodzące się źródło wszystkich prawdziwych wiecznie nowych cudów. I prawdziwie zaczął się świat.

 

 

 

- Więc Ja może pożreć siebie do szczętu i to jest jego końcem?

- Pożryj siebie do szczętu i zobaczysz.

- Bo jeżeli Ja nie ma, jak to zostało powiedziane, prawdziwego początku, to czy może skończyć się to, co się nie zaczyna?

- Nie może. Końcem w tym układzie jest zobaczenie, że nie było początku, więc nie może być końca. Więc naprawdę to nie jest koniec człowieka-Ja. Naprawdę to są narodziny człowieka-nikt. Dla którego nie ma śmierci. Bo to, co się prawdziwie rodzi, jest wieczne jak wieczność, która to uwiecznia.

 

 

 

 

 

- Czym jest materia? Jaka jest definicja?

- Jeżeli chcesz definicji, oto ją masz: materia jest gliną w dłoniach garncarza, a garncarzem jest glina.

 

 

 

 

- Myślę, że trzeba mi zrezygnować z definicji. Czym jest materia?

- Materia jest życiem.

- Wszelka materia?

- Oczywiście.

- Nieożywiona też?

- Oczywiście.

- Moje-niemoje ciało idące drogą i kamień przydrożny, to jest to samo?

- Najzupełniej.

 

 

 

 

- Moje-niemoje żywe ciało i moje-niemoje martwe ciało, to jest to samo?

- Jedno i drugie jest materią, a materia jest życiem. Ale to może powiedzieć tylko ten, kto rozumie śmierć, to znaczy kto naocznie, nawłasnoocznie zobaczył fakt, przeżył fakt, że śmierci nie ma. A zobaczyć, że nie ma śmierci, skonstatować ten fakt, być tym faktem, czyli przeżyć śmierć, można nie po śmierci, nie po tym, co ty nazywasz śmiercią, lecz za życia, za życia tego, co ty nazywasz życiem. Dlatego nie eschatologiczne losy pośmiertne, lecz to życie tu jest najważniejsze. Bo w nim jest wszystko. Cały sens całego życia. Pełnia. Wieczność. W tym życiu tu, na powierzchni Ziemi, żyjąc wśród ludzi jest całkowite spełnienie.

Więc tylko ktoś, kto zobaczył i zrozumiał, i rozumie wciąż od nowa może powiedzieć o materii to, co powyżej zostało powiedziane. Bo gdyby inaczej, mógłbyś powiedzieć: „W takim razie po co żyć, jeżeli tak człowiek żywy, jak i martwy są materią, a więc życiem". Wielu mogłoby powiedzieć: „W takim razie zabić człowieka nie jest zbrodnią". Niejeden mógłby - w myśl tego, w imię tego - zacząć zabijać.

Zabić człowieka jest czymś nieskończenie bardziej zbrodniczym niż to, co ty nazywasz zbrodnią z jej wszystkimi konsekwencjami. Zabić człowieka jest zabiciem jedynej życiowej szansy tego człowieka umożliwiającej mu poznanie siebie, a więc nigdy nie kończące się rozumienie wszystkiego. Zabić człowieka jest zabiciem jedynej życiowej szansy tego człowieka umożliwiającej mu zrozumienie, że naprawdę nie można go zabić, to znaczy że można go zabić, można być jego mordercą, ale że on, umierając, naprawdę nie umiera.

 

 

 

 

- Czy już ktoś mówił takie rzeczy jak te, które tutaj słyszę? Pytam, bo to i owo brzmi tak, jakbym o tym już gdzieś czytał, jakby mi się to kiedyś obiło o uszy.

- Co cię obchodzi, czy już ktoś, kiedyś gdzieś mówił, takie rzeczy? Co cię to obchodzi? To jest dla ciebie absolutnie nieważne. Ważne jest tylko to, żebyś odkrywał w sobie to, co się tu mówi, o czym się mówi; żebyś odkrywał w sobie tu i teraz, natychmiast, zaraz natychmiast, a w każdym razie do siebie to wpuszczał, a nie porównywał tego z czymś, co ci się; obiło o uszy, odbiło od uszu raczej. Tylko to jest ważne: żebyś odkrywał w sobie. Odkryj najpierw w sobie, dopiero wtedy będziesz w stanie móc zobaczyć to samo ewentualnie gdzie indziej. To jest absolutnie jedyna żywa kolejność. Wszystkie inne „kolejności" są martwe.

Czy już ktoś mówił takie rzeczy? Jeżeli to był człowiek-nikt, to na pewno mówił takie rzeczy. Mówił, bo rozumiał, co mówi i rozumiał, dlaczego to mówi. Nie powtarzał po kimś. Żaden człowiek-nikt nigdy nie powtarza. Nawet po drugim człowieku-nikt. Choć każdy człowiek-nikt mówi o tym samym, na swój sposób i w języku swojego czasu i miejsca. Ale kim on był, jak się nazywał, kiedy żył, gdzie żył - nie ma znaczenia. W jakim języku mówił to, co mówił: po chińsku, po palijsku, po aramejsku, po angielsku, po polsku - nie ma znaczenia. To, co ma znaczenie, to słuchać mówiącego, kimkolwiek on jest. Słuchać i odkrywać w sobie rewelacyjną oczywistość: jest tak, jak mówiący mówi, nie jest tak, jak mówiący mówi.

Wróćmy, że się tak wyrazi się, do powtarzania. Nawet jeżeli zdarzy się, że jeden człowiek-nikt coś powtórzy po drugim człowieku-nikt, użyje tego samego zwrotu, posłuży się tym samym obrazem, tą samą parabolą, to nie jest to powtarzanie. Bo on rozumie, co mówi. Poza tym i na marginesie: człowiek rozumiejący nie musi być oryginalny i dlatego nim jest. Ty musisz być oryginalny i dlatego nim nie jesteś.

Kto rozumie - nie powtarza. Kto powtarza - nie rozumie. Wszelkie powtarzanie, nawet po człowieku rozumiejącym, jest nierozumieniem, nieporozumieniem, katechizmem, martwą do kwadratu literą.

 

 

 

 

- Czy w książkach jest mądrość?

- W książkach nie ma mądrości. Bo jeżeli jest, to ten, kto sam nie jest mądry, nigdy jej nie dojrzy. Będzie ją mieć pod samymi oczami, na samych oczach, lecz nie w oczach i dlatego jej nie zobaczy. Będzie po niej ślizgać się jak na łyżwach po lodzie. Będą podobać mu się przeróżne figury stylistyczne, metafory, porównania i temu podobne, ale nie będzie wiedzieć, o czym to jest, o czym jest tekst. Będzie analizować, interpretować, komentować, filozofować, teologizować, egzegezować, ale te wszystkie poczynania oczywiście nie będą odczytaniem mądrości.

W książkach nie ma mądrości. Bo jeżeli jest, to tylko dla kogoś, kto sam jest mądry i dlatego będzie w stanie tę mądrość odczytać. Ale mądry po co miałby szukać w książkach potwierdzenia swojej mądrości? Co by znaczyło, że jednak nie jest mądry. Mądry nie czyta książek.

 

 

 

- Żadnych książek?

- Jedną.

- Jaką?

- Książkę życia skrzącą się, migocącą, mieniącą się od tryskającej wiecznej cudowności.

 

 

 

 

- Czy w książkach nie ma życia?

- W książkach są słowa.

- Czyż słowa nie opisują życia?

- Słowa, kiedy wypowiada je człowiek-nikt, opisują życie, są opisem życia, nigdy życiem. Żaden opis życia nie jest życiem i żaden opis śmierci nie jest śmiercią.

Druga część tego zdania niewątpliwie bardziej do ciebie trafia niż pierwsza.

 

 

 

 

 

 

- Czym są słowa?

- Słowa są właśnie opisem.

- I opis nie jest tym, co opisuje?

- Nigdy nie jest.

- A gdyby, załóżmy, był taki opis, który by doskonale wiernie opisywał rzecz opisywaną?

- To nie byłby opis.

- Aha, no tak. To byłaby wtedy rzecz opisywana.

- To byłaby rzecz nie opisywana. To byłby fakt.

Czyli nic wspólnego z opisem.

W książkach nie ma mądrości. Bo jeżeli jest, to może to być tylko opis mądrości.

- Czy nawet opis mądrości nie jest w niczym mądrością?

- Opis mądrości jest opisem jak każdy opis. Nigdy nie jest tym, co opisuje. Bo nie może być. Opis zawsze pozostanie tylko opisem. Także opis mądrości. Żeby zobaczyć mądrość, jest nieodzowne wyjść poza opis, jest nieodzowne przekroczyć opis, to znaczy zdemaskować opis, to znaczy skonstatować, że opis jest i pozostanie zawsze tylko opisem, że nigdy nie jest i nigdy nie będzie tym, co opisuje lub co mu wydaje się opisywać. To może uczynić tylko człowiek żywy, człowiek mądry.

Ze wszystkich opisów mądrości najmądrzejszy jest, że się tak wyrazi się, nie opis po-mądrości, nie opis niewymownej jasności - nie do pojęcia, nie do objęcia przez czytającego lub słuchającego człowieka-Ja - lecz opis przed-mądrości, opis mroku, negatywne objaśnianie głuchych ciemności. Ten, kto taki opis czyta lub takiego opisu słucha, może w sobie ten mrok, tę przed-mądrość, tę nie-mądrość odkryć. I to wystarczy. Bo to jest właśnie mądrość. To się odbywa tak: czytający czyta (nie wie, o czym jest to, co czyta) odkrywa w sobie nie-mądrość (nie-mądrość rozwiewa się - to jest właśnie mądrość) czytający, który już jest mędrcem, rozumie to, co czyta. Czytający lub słuchający zawsze najpierw odkrywa w sobie, potem dopiero rozumie, co czyta lub czego słucha. To najpierw i potem nie dzieje się w czasie, to przebiega poza czasem i jednocześnie, i oto rzecz cudowna: w tej pozaczasowej jednoczesności ten porządek, ta kolejność: najpierw, potem pozostaje aktualna. I to jest właśnie żywy porządek życia. Każdy, kto rozumie, jest zawsze pierwszym człowiekiem świata, który zrozumiał i który odtąd rozumie coraz to od nowa i coraz to coś nowego. Rozumie najpierw sam i potem widzi tych innych, co przed nim rozumieli (rozumie też, że nie mogli mu swojego rozumienia przekazać, to znaczy po prostu go dać, wręczyć jak miskę strawy głodnemu, choć go miłowali nieskończenie więcej niż matka własne dziecko). Widzi, że oni byli pierwsi, każdy z nich był pierwszy, i że on tak samo jest pierwszy, i że każdy, kto będzie rozumieć, tak samo będzie pierwszy. I to jest właśnie absolutna równość, absolutna sprawiedliwość, absolutnie niewyobrażalne, nieśmiertelnie żywe piękno życia. W życiu, w tym prawdziwym - żadnych chronometrów, żadnego ścigania się, żadnych zawodów: kto szybszy, silniejszy, skoczniejszy i temu podobne, żadnych przegrywających. W życiu - sami wygrywający. Każdy rozumiejący jest pierwszy. Nie zawdzięcza tego rozumienia komuś, a zatem nie jest żadną wdzięcznością do czegokolwiek ani do kogokolwiek przykuty. Nawet do człowieka-nikt, jeżeli to on człowieka prawego i uważnego w głuchych ciemnościach nakierowywał. Żadnych zobowiązań, żadnych długów; ani cienia tych rzeczy.

W wieczności każdy tu się rodzi sam z siebie. Każdy tu jest swoim własnym ojcem, matką i synem czy córką. Każdy tu jest swoim prawdziwym twórcą i twórcą wszystkiego, czym jest.

 

 

 

 

- Więc opis to słowa. Czy liczby też?

- Oczywiście.

Opis w twoim wykonaniu to opis opisu. To nie kończący się opis nie kończącego się opisu. Tyś jest swoim Ja. Tyś jest Ja, którym jesteś. Ty jesteś opisywaczem i ty jesteś opisem. I to dlatego - jeżeli nie zatrzymasz się, jeżeli będziesz trwał nadal jako opisujący siebie opis - nigdy nie pojawi się nieopisana i nieopisująca się rzeczywistość. Albo jesteś ty, albo jest rzeczywistość. Kiedy jesteś ty - rzeczywistości nie ma. Kiedy ciebie nie ma - jest rzeczywistość.

 

 

 

 

- Nie rozumiem i wydaje mi się, że nie mogę nawet powiedzieć, że tego nie rozumiem, bo zaiste nie wiem, czego nie rozumiem. Ale jeżeli jest tak, jak to zostało powiedziane, to w takim razie czemu służy to wszystko? Czemu służy opis? Czemu służę ja, który jestem opisem, jeżeli nim jestem? Nie służy niczemu to wszystko?

- Służy. O, jeszcze jak służy! Powiedziałeś to, ale należy to zobaczyć, nie ze znakiem zapytania, lecz z wykrzyknikiem: to wszystko służy niczemu! Służy właśnie temu, żeby zobaczyć, że nie służy to niczemu, że nie służy to szczęśliwemu życiu.

 

 

 

 

- Kim jest mędrzec?

- Mędrzec jest głupcem.

- Jak? Nie dosłyszałem.

- Mędrzec jest głupcem. Można śmiało i bezbłędnie tak powiedzieć.

- Jakżeż to?

- Głupiec widzi, że jest głupcem - i oto rodzi się mędrzec.

 

 

 

 

- To wszystko?

- To wszystko. Ale tobie wszystko nie wystarcza.

Dlaczego? Bo tobie wszystko nie mówi nic.

 

 

 

 

- A czym jestem ja w tym wszystkim?

- Ty w tym wszystkim nie jesteś nawet niczym. Ale się powie inaczej: ty nie jesteś głupcem.

- Kim jestem więc?

- Jesteś głupcem, który nie widzi, że jest głupcem. Jesteś więc ni głupcem, ni mędrcem. Jesteś ni zimne, ni gorące. Jesteś letnie. Coś, co nie istnieje.

 

 

 

 

- Czy mędrzec ma uczniów? I jeżeli tak, to kto może zostać jego uczniem?

- Mędrzec nie ma uczniów. Uczeń wymyśla się sam. Wymyślając się jako uczeń, wymyśla tym samym mistrza, wszak bez mistrza uczeń nie istnieje. Mędrzec nie ma uczniów. Mędrzec wie, że uczeń to jego, mędrca, czkawka, kiedy źle się napił, niepotrzebnie pośpiesznie, nieuważnie. W momencie kiedy źle pił, nie był mędrcem i dlatego źle się napił, i dlatego ma po tym czkawkę, to znaczy dopuścił do sytuacji, w której ktoś wziął się za jego ucznia.

Uczeń to błoto u sandałów mistrza, to rzep, co czepił się jego kurtki. Mędrzec nieustannie sandały w strumieniu czy w deszczowej wodzie myje i kurtkę na wietrze wytrzepuje i czyści. Nieustannie się detronizuje z tronu. na który go sadzają. Jeżeli tego nie robi, nie jest prawdziwym mędrcom. Mędrzec mówi do „ucznia": bądź sam dla siebie mistrzem i zarazem uczniem, słuchaj i w sobie odkrywaj; kiedy się słucha - mistrz jest uczniem i dlatego jest mistrzem; kiedy się w sobie odkrywa - uczeń jest mistrzem i dlatego jest mistrzem.

 

 

 

 

- Czy są wyjątki od reguły?

- Tyś jest swoim Ja. Ty jesteś wyjątkiem od reguły. Ty chcesz być lepszy, wyższy, szybszy, silniejszy, sprawniejszy, ładniejszy, przystojniejszy, zdolniejszy, zacniejszy, cnotliwszy, milszy, sympatyczniejszy, sławniejszy, bogatszy, grubszy, chudszy, poważniejszy, dowcipniejszy, weselszy, smutniejszy, gorliwszy, oporniejszy, dumniejszy, skromniejszy, pyszniejszy, pokorniejszy i co tam jeszcze zostało - od drugiego Ja, które chce, na swoje nieszczęście, tego samego co ty.

W ten to sposób ty i pozostałe Ja, pozostali zawodnicy, amatorzy i profesjonaliści, każdy człowiek-Ja, wszyscy jesteście wyjątkami. Razem zaś układacie się w wyjątkową regułę: regułę wyjątków: wyjątkowo regularną armię wyjątków.

 

 

 

- Co to znaczy być poetą?

- Być poetą to tak się zachowywać, żeby to zachowanie nie pozostawiało żadnej wątpliwości, że się jest poezją.

- ...żeby to zachowanie nie pozostawiało żadnej wątpliwości, że się jest poezją, czy że się jest poetą?

- Ze się jest poezją. Poetą nie da się być.

- ?

- Tam gdzie jest poeta - nic nie jest poezją. Tam gdzie jest poeta - nie ma poezji, a tam gdzie nie ma poezji, nie może być poety, bo tam gdzie nie ma poezji - nie ma nic. Kiedy nie ma poezji, nie ma nic, nie ma nawet możliwości skonstatowania, że nie ma poezji, bo czy da się stwierdzić brak tego, czego nie ma? Czy da się skonstatować brak braku? Oczywiście nie da się. Da się natomiast, kiedy nie ma poezji, opowiadać różne fantasmagoryczne rzeczy, taką na przykład, że są poeci.

- Dotarło do mnie, że nie da się skonstatować braku braku. Ale dlaczego tam gdzie jest poeta - nie ma poezji? Tam gdzie jest poeta - tam właśnie jest poezja.

- Tam gdzie jest poeta - tam właśnie nie ma poezji.

- Ale dlaczego?

- Bo jest dwa, a nie jeden. Jest podział. Sztuczny, jak każdy podział, ale w ramach sztuczności realny dla tego, który - nieświadomy całej swej istoty - tę sztuczkę, ten, że się tak wyrazi się, prawdziwie sztuczny ogień wymyślił.

- Jaki podział?

- Podział na poetę i poezję, na Ja-poeta i nieJa-poezja. Ale taka poezja nie jest prawdziwą poezją, jest tytko ideą, konceptem, wymysłem, projekcją wyobraźni poety, zupełnie tak, jak nieJa jest tylko projekcją Ja. Tak więc Ja-poeta i nieJa-poezja równa się Ja-poeta i nieJa-poeta, a to równa się Ja-poeta i Ja-poeta, czyli Ja-poeta. Poezji ani błysku. A więc i poety ani błysku, gdyż kiedy nie ma poezji, czy może być poeta? Kiedy nie ma poezji - nie ma nic.

Kiedy zaś jest poezja - wszystko jest poezja: wszystkim jest poezja i wszystko jest poezją. Kiedy jest poezja - poeci też są poezją. Prawdziwy poeta nie jest poetą. Prawdziwy poeta jest poezją.

Ty lub inni poeci (którzy jesteście poetami, bo nie jesteście poezją) powiecie o tym, co powyżej zostało powiedziane, że to jakaś mistyka, bardzo możliwe, że tak powiecie. Co znaczy mistyka? Moglibyśmy zajrzeć raz do jakiegoś słownika (pełno ich na półkach w tym pokoju), ale chyba tylko po to, żeby się dowiedzieć, że się niczego z nich nie dowiemy. Bo wszystkie słowniki tłumaczą to samo przez to samo. Szuka się pod hasłem: mistyka, wyjaśnienie brzmi: nadzmysłowość, nadprzyrodzoność; szuka się pod hasłem: nadprzyrodzoność, wyjaśnienie brzmi: mistyka. Tak to wygląda i to w wielkim, oszczędnym skrócie. Człowiek sfabrykowany z papieru zadowoli się tym, że trochę papieru przeżuł, nakarmi się tym i będzie dalej tym karmił się. Ale człowiek uważny, z krwi i kości, zwymiotuje to i więcej się na to nabrać nie da. Prawidłowo, poprawnie słowniki winny nazywać się: tautologiarze.

Bardzo smutnym w skutkach nieporozumieniem słowników jest to, że chcą wyjaśniać, miast po prostu zaciemniać; że wyjaśniają pozytywnie (przez co, zdając się zmniejszać zamieszanie, zwiększają je), miast wyjaśniać negatywnie, co pozwoliłoby zobaczyć, że słowami da się powiedzieć o każdej rzeczy wszystko za, a następnie wszystkiemu zaprzeczyć, a następnie wszystkiemu za-za przeczyć, a następnie wszystkiemu za-za-zaprzeczyć i tak bez końca w sposób coraz bardziej „inteligentny", czyli tkwić wciąż w martwym punkcie, kręcąc się w kółko jak bąk. Co pozwoliłoby zobaczyć, że słowa są niepoważne, więc dlaczego brać je tak szalenie na serio, jak to je bierzemy? Co pozwoliłoby zaniechać wreszcie szukania w książkach tego, czego w nich nie ma. Co pozwoliłoby rozglądnąć się wreszcie wokół siebie. Co pozwoliłoby odkryć życie.

Więc, czym mistyka? Mistyka to wymyślać metajęzyk i mieszać go z językiem obiegowym już i tak nazbyt pytiasowym. Na przykład: mówimy po polsku i oto jeden z nas zaczyna naraz mówić po abrakadabrsku, którego to języka ani słuchający ani mówiący naprawdę nie rozumieją.

I oto pytanie stawia się na nogi samo: to, co robicie, wy, poeci, wymyślając język poetyczny, który mieszacie z językiem publicznym już i tak nazbyt chaotycznym - nie jestże to mistyka totalna?

 

 

 

 

- Czym jest nawyk? Taki jak nałogowe picie trunków, palenie papierosów, żucie gumy, granie w karty, boleśnie powitalny uśmiech urzędników, kiedy się do nich zachodzi w jakiejś sprawie i wiele, wiele innych. Może też... nawyk pisania wierszy, jeżeli jest to nawyk.

- Wszystko to są nawyki. Jest ich bez liku. Nawyk jest nieuwagą. Jest inercją, bezwładem, niemocą. Jest ornamentem wystroju psychicznego. Jest psychologiczną niewolą. Jest stwarzaniem czasu, pieczętowaniem jego ciągłości i wyrazem rozkładu tej ciągłości.

Dla przygniatającej większości ludzi ich całe życie jest jeno nawykiem, postępującym w wiadomym kierunku rozkładem, korupcją, degeneracją. I cała zgroza w tym, że sami tego chcą. Wepchnięci, przy swoim czynnym współudziale, w przepastną koleinę o stromych ścianach i pochyłym spadku, nie chcą zobaczyć, że coraz niżej po niej staczają się.

A wystarczyłoby to zobaczyć I stałby się cud.

 

 

 

 

- Czym jest pamięć?

- Pamięć jest składowiskiem przeszłości. Składowiskiem czasu.

- To znaczy czasu przeszłego.

- Czasu przeszłego. Czasu w ogóle.

- Chwileczkę. Czasu przeszłego, czy czasu w ogóle.

- Jest tylko jeden czas: przeszły. Cały czas jest czasem przeszłym. Innymi słowy, cały czas już minął.



dalej


strona główna
(23kB)