(23kB)
strona główna


Praktyczny przewodnik po sztuce budowania związków

 

 

ŚCIEŻKA

miłości

 

DON MIGUEL RUIZ

 

Przekład - Eleonora Karpuk

 

 

 

 

Spis treści

 

Toltekowie....................................................................................9

Wprowadzenie: Mistrz.................................................................l2

l. Zraniony umysł.........................................................................16

2. Utrata niewinności....................................................................32

3. Człowiek, który nie wierzył w miłość.......................................48

4. Ścieżka miłości, ścieżka lęku....................................................58

5. Związek doskonały...................................................................75

6. Magiczna kuchnia......................................................................91

7. Mistrz Snu.................................................................................103

8. Seks: demon z piekła rodem.....................................................114

9. Patrząc oczyma Miłości...........................................................127

10. Uzdrawianie emocji................................................................141

12. Bóg w tobie.............................................................................158

Modlitwy medytacyjne................................................................173

 

Moim Rodzicom, dzieciom, rodzeństwu i całej

pozostałej rodzinie, z którą łączy mnie nie tylko

miłość, ale również więzy krwi i wspólni przodkowie.

Mojej duchowej rodzinie, z którą związały mnie

nasze decyzje stworzenia wspólnoty opartej na Miłości bezwarunkowej i jej doskonaleniu, oraz

na wzajemnym szacunku.

I całej mojej ludzkiej rodzinie, tym wszystkim,

których umysły są płodną glebą dla ziaren Miłości

zawartych w tej książce. Niech wykiełkują

i rozkwitną w Waszym życiu.

 

Podziękowania

 

Pragnę wyrazić swoją wdzięczność Janet Mills, która z matczyną troską nadała formę tej książce, nie szczędząc miłości i poświęcenia. Chciałbym również podziękować wszystkim tym, którzy ofiarowali swój czas i miłość, by mogła ona powstać.

Wreszcie chciałbym podziękować Stwórcy za natchnienie i piękno, które tchnęły w tę książkę Życie.


Toltekowie

 

tysiące lat temu tolteków określano w całym południowym Meksyku mianem „tych, co wiedzą". Antropologowie klasyfikują Tolteków jako lud lub rasę. W rzeczywistości byli oni uczonymi i artystami, którzy kierowali społeczeństwem ku poznaniu i pielęgnowaniu prastarej wiedzy duchowej oraz praktyk z nią związanych. Mistrzowie (nagualowie) i uczniowie przybywali do Teotihuacan, starożytnego miasta piramid na obrzeżach dzisiejszego Mexico City, gdzie, jak powiadano, „człowiek staje się Bogiem".

Przez setki lat nagualowie musieli kryć się ze swą wiedzą i przekazywać ją w tajemnicy, bowiem w okresie konkwisty niektórzy uczniowie niesamowicie nadużywali zdobytej mocy. Zaistniała konieczność ukrycia wiedzy przed tymi, którzy nie byli przygotowani, by ją mądrze stosować oraz przed tymi, którzy mogliby wykorzystać ją do swych własnych celów ze szkodą dla innych.

Na szczęście wiedza duchowa Tolteków przetrwała przekazywana z pokolenia na pokolenie przez różne linie genealogiczne nagualów. Chociaż pozostawała spowita mrokiem tajemnicy przez całe wieki, prastare proroctwa przepowiedziały nadejście czasów, kiedy stanie się konieczne przywrócenie tej wiedzy ludziom. Teraz don Miguel Ruiz, nagual z linii Rycerzy Orła, gotów jest podzielić się z nami duchową wiedzą Tolteków.

Mądrość Tolteków czerpie z tego samego uniwersalnego źródła prawdy, co inne tradycje świata. Nie jest religią, szanuje więc i docenia nauczanie wszystkich mistrzów duchowych, nauczających w rozmaitych tradycjach i czasach. Ponieważ ogarnia i zawiera w sobie ducha, najprościej można zdefiniować ją jako sposób życia, tym różniący się od innych, że najpełniej akceptuje szczęście i miłość.

 

Toltek jest artystą Miłości,

artystą Ducha,

kimś, kto tworzy każdą chwilę, każdą sekundę

najpiękniejszej sztuki -

Sztuki Snu.

Życie jest tylko marzeniem, snem,

i jeśli jesteśmy artystami,

zdołamy stworzyć nasze życie z Miłością,

a nasz sen stanie się dziełem sztuki.

 

Wprowadzenie

 

Mistrz

 

dawno, dawno temu mistrz przemawiał do tłumu, a jego przesłanie było tak piękne, że poruszało serca słowami przepełnionymi miłością. W tłumie znalazł się człowiek, który chłonął każde słowo nauczania Mistrza. Był biedny, ale miał wielkie serce. To, co usłyszał, wywarło na nim takie wrażenie, że poczuł głęboką potrzebę zaproszenia Mistrza do swego domu. Kiedy Mistrz skończył, człowiek przecisnął się przez tłum, spojrzał w oczy Mistrza i rzekł: „Wiem, że jesteś zajęty i że każdy chce, abyś zwrócił na niego uwagę. Wiem, że ledwie masz czas, aby mnie wysłuchać, ale moje serce otwarło się tak szeroko i wypełniło się taką miłością do ciebie, że pragnę cię zaprosić do swego domu i ugościć najlepiej jak mogę. Nie oczekuję, że się zgodzisz. Chciałem tylko, abyś o tym wiedział".

Mistrz spojrzał mu w oczy i odparł z czarującym uśmiechem: „A więc przygotuj się. Odwiedzę cię". I odszedł.

Na te słowa serce człowieka zalała fala radości. Nie mógł się doczekać, by usłużyć Mistrzowi, wyrażając w ten sposób swą najszczerszą miłość. To był najważniejszy dzień w jego życiu, wszak miał go odwiedzić sam Mistrz! Kupił najlepsze jedzenie i wino, znalazł najpiękniejszy strój, by dać Mu go w prezencie, po czym przygotował cały dom na przybycie Mistrza. Wysprzątał mieszkanie, przygotował świetny posiłek, udekorował stół. Jego serce przepełniała radość na myśl o przybyciu Mistrza.

Człowiek oczekiwał z niepokojem, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi. Otworzył w pośpiechu, ale zamiast Mistrza na progu stała stara kobieta. Spojrzała mu w oczy i powiedziała: „Umieram z głodu. Czy mógłbyś dać mi kawałek chleba?"

Gospodarz był trochę rozczarowany, ponieważ to nie był jego Mistrz, ale spojrzał na kobietę i rzekł: „Proszę, wejdź do mego domu". Posadził ją na miejscu, które przygotował dla Mistrza, i dał jej przygotowane dla Niego jedzenie. Bardzo się jednak niecierpliwił i z trudem doczekał, aż skończy posiłek. Kobieta, wzruszona szczodrością, jaka ją spotkała, podziękowała i wyszła.

Ledwie człowiek zdążył na nowo przygotować dom na przybycie Mistrza, gdy ktoś zapukał do drzwi. Tym razem był to jakiś obcy, który wędrował przez pustynię. Wędrowiec spojrzał na gospodarza i powiedział: „Jestem spragniony. Czy mógłbyś dać mi coś do picia?"

Człowiek znowu poczuł rozczarowanie, że to nie Mistrz, zaprosił jednak nieznajomego do środka i posadził na miejscu przygotowanym dla Mistrza. Podał też wino, jakim miał zamiar uraczyć długo wyczekiwanego Gościa. Kiedy wędrowiec odszedł, gospodarz znowu przygotował się na jego przybycie.

I znowu rozległo się pukanie do drzwi. Kiedy człowiek je otworzył, zobaczył dziecko stojące na progu. Spojrzało na człowieka i powiedziało: „Umieram z zimna. Może dałbyś mi coś, bym mógł się okryć?"

Człowiek znów poczuł się zawiedziony, że to nie Mistrz, ale popatrzył w oczy dziecka i jego serce wypełniła miłość. Szybko sięgnął po ubranie przygotowane dla Mistrza i otulił nim dziecko. Dziecko podziękowało i odeszło.

Człowiek ponownie przygotował się na przyjście Mistrza i czekał, aż do późnej nocy. Kiedy zrozumiał, że Mistrz już nie przyjdzie, posmutniał, ale natychmiast Mu wybaczył. Powiedział sobie: „Wiedziałem, że nie mogę liczyć na przybycie Mistrza do tego skromnego domu. Choć obiecał, że przyjdzie, musiało go zatrzymać coś znacznie ważniejszego. Mistrz nie przyszedł, ale przynajmniej powiedział, że przyjdzie. To wystarczy memu sercu do szczęścia".

Spokojnie schował jedzenie, wino i poszedł spać. Tej nocy śnił, że Mistrz przyszedł do jego domu. Zobaczywszy Go, człowiek uradował się, ale nie wiedział, że to tylko sen. „Mistrzu! Przyszedłeś, dotrzymałeś słowa!"

Mistrz odparł: „Tak. Jestem tutaj, ale byłem tu już znacznie wcześniej. Byłem głodny i ty mnie nakarmiłeś, byłem spragniony i ty mnie napoiłeś, byłem zmarznięty, a ty mnie odziałeś. Wszystko, co robisz dla innych, robisz dla mnie".

Człowiek obudził się, a całą jego duszę przepełniało szczęście, ponieważ zrozumiał, czego nauczył go Mistrz. Mistrz ukochał go tak bardzo, że posłał doń troje ludzi, by dali mu najważniejszą lekcję, tę mianowicie, że Mistrz żyje w każdym. Kiedy dajesz jedzenie głodnemu, wodę spragnionemu i przyodziewasz zziębniętego, Jemu ofiarowujesz swoją miłość.

 

1. Zraniony umysł

 

MOŻLIWIE, ŻE NIGDY O TYM NIE POMYŚLAŁEŚ, ALE W KAŻDYM z nas w jakimś stopniu ukryty jest mistrz. Jesteśmy j mistrzami, bo mamy moc tworzenia i kierowania swoim życiem.

Tak jak społeczeństwa i religie na całym świecie tworzą mitologie, tak my budujemy nasz własny świat wierzeń. Naszą prywatną mitologię zaludniają herosi i złoczyńcy, aniołowie i demony, królowie i prostacy. Tworzymy w naszych umysłach całe światy, łącz- nie z licznymi postaciami reprezentującymi nas samych. Potem doskonalimy poszczególne wizerunki, którymi możemy posłużyć się w odpowiednich okolicznościach. Stajemy się mistrzami udawania i odtwarzania naszych wzorców, przez cały czas doskonaląc własny wizerunek siebie. Kiedy spotykamy innych ludzi, od razu klasyfikujemy ich i przydzielamy im określone role w naszym życiu. Tworzymy dla nich wzorce zgodne z tym, za co ich uważamy. Postępujemy tak ze wszystkim i wszystkimi wokół nas.

 

Możliwie, że nigdy o tym nie pomyślałeś,

ale w każdym z nas w jakimś stopniu

ukryty jest mistrz. Jesteśmy mistrzami,

bo mamy moc tworzenia i kierowania

swoim życiem.

 

Ty także masz moc tworzenia. Twoja moc jest tak wielka, że wszystko, w co wierzysz, potwierdza się. Tworzysz siebie, kimkolwiek byś był, a raczej wierzył, że jesteś. Jesteś, jaki jesteś, ponieważ wierzysz, że taki właśnie jesteś. Rzeczywistość, w której żyjesz, wszystko, w co wierzysz, jest wyłącznie wytworem twojego umysłu. Masz tę samą moc, co każdy inny człowiek na ziemi. Zasadnicza różnica pomiędzy tobą a kimś innym polega na sposobie, w jaki posługujesz się swoją mocą. Możesz pod wieloma względami przypominać innych, ale nikt w świecie nie przeżywa życia tak jak ty. Przez całe życie doskonaliłeś bycie tym, kim jesteś, tak bardzo się starałeś, że doprowadziłeś do perfekcji to, kim wedle własnych wierzeń jesteś. Szlifujesz swoją osobowość, swoje wierzenia, wyobrażenia, ćwiczysz każde działanie, każdą akcję i reakcję. Ćwiczysz to przez długie lata i osiągasz taki poziom mistrzostwa, że naprawdę jesteś już tym, czym wierzysz, że jesteś. Dopiero kiedy stwierdzimy, że wszyscy

 

Ty także masz moc tworzenia. Twoja

moc jest tak wielka, że wszystko, w co

wierzysz, potwierdza się. Tworzysz

siebie, kimkolwiek byś był, a raczej

wierzył, że jesteś.

 

są mistrzami, możemy zobaczyć, jakiego rodzaju mistrzami jesteśmy my sami.

Kiedy jako dzieci mamy jakiś problem, wpadamy w złość. Pomijając powody takiej reakcji, złość odsuwa zaistniały problem na bok. W ten sposób zyskaliśmy rezultat, jakiego pragnęliśmy. Jeśli sytuacja się powtarza, znów reagujemy złością, wiedząc już, że złość uwolni nas od problemu. Będziemy to ćwiczyć tak długo, aż staniemy się mistrzami złości.

W ten sam sposób stajemy się mistrzami zazdrości albo smutku, albo samoodrzucenia. Wszelkie nasze dramaty i cierpienia są wynikiem długotrwałych ćwiczeń. Zawieramy sami ze sobą układ i szlifujemy go, aż przeistoczy się w prawdziwą sztukę. Nasz sposób myślenia, odczuwania i działania staje się taką rutyną, że nie musimy już zastanawiać się nad tym, co robimy. Wytrenowana zasada akcji i reakcji powoduje, że zachowujemy się w taki a nie inny sposób.

Aby stać się mistrzem miłości, musimy ćwiczyć się w niej nieustannie. Budowanie więzi międzyludzkich jest także sztuką, w której mistrzostwo osiąga się poprzez ćwiczenie. Doskonalenie więzi jest zatem aktywnym działaniem. Tu nie chodzi o jakieś koncepcje czy zdobywanie wiedzy. To naprawdę polega na treningu. Oczywiście po to, żeby trenować, działać, potrzebujemy pewnej wiedzy lub choćby odrobiny orientacji, co do sposobu działania ludzi.

 

*

 

Chciałbym, abyście sobie wyobrazili, że żyjecie na planecie, gdzie wszyscy cierpią na pewną chorobę skóry. Od dwóch czy trzech tysięcy lat ludzie na całej planecie mają tę samą przypadłość. Całe ciało nieszczęśników pokrywają rany, które łatwo ulegają zakażeniu i które bardzo bolą, gdy się ich dotyka. Oczywiście mieszkańcy planety wierzą, że taka jest fizjologia skóry. Nawet książki medyczne opisują tę chorobę jako coś normalnego. Kiedy ludzie się rodzą, ich skóra jest zdrowa, ale już w wieku trzech czy czterech lat zaczynają pojawiać się pierwsze rany. U nastolatków pokrywają już całe ciało.

Czy możesz sobie wyobrazić, jak ci ludzie będą traktować się nawzajem? Aby współistnieć z innymi, muszą chronić swoje rany. Starają się ich nie dotykać, ponieważ jest to bardzo bolesne. Jeśli niechcący dotkniesz

 

Aby stać się mistrzem miłości, musimy

ćwiczyć się w niej nieustannie.

Budowanie więzi międzyludzkich jest

także sztuką, w której mistrzostwo osiąga

się poprzez ćwiczenie. Doskonalenie więzi jest zatem aktywnym działaniem.

 

czyjejś skóry, sprawisz tej osobie taki ból, że natychmiast wpada w złość i dotyka cię tylko po to, by ci odpłacić pięknym za nadobne. Mimo to instynkt miłości jest tak silny, że mimo bólu pragniesz być z innymi.

A teraz wyobraź sobie, że pewnego dnia staje się cud. Budzisz się, a twoja skóra jest absolutnie zdrowa. Rany zniknęły, a dotyk już nie boli i staje się czymś wspaniałym, ponieważ skóra jest do niego stworzona. Czy możesz wyobrazić sobie siebie jako osobę ze zdrową skórą w świecie, gdzie wszyscy cierpią z powodu licznych ran? Nie możesz nikogo przytulić, ponieważ sprawisz mu ból i ciebie też nikt nie dotknie, sądząc, że cię to zaboli.

Jeśli potrafisz to sobie wyobrazić, zrozumiesz, że mieszkaniec tej planety ma doświadczenia bardzo podobne do naszych. Z tą tylko różnicą, że to nie nasza skóra pokryta jest ranami. Gość szybko odkryłby, że to nasz umysł toczy choroba zwana lękiem. Ciało, a także dusza - nasze ciało emocjonalne - może cierpieć od głębokich ran zakażonych emocjonalną trucizną. Symptomami lęku są złość, nienawiść, smutek, zawiść i hipokryzja, a więc rezultatem choroby są wszystkie emocje, które sprawiają, że człowiek cierpi.

Wszyscy cierpią na tę samą chorobę duszy. Prawdę powiedziawszy cały świat jest jednym wielkim szpitalem. Ale ponieważ chorujemy tak od tysięcy lat, wszystkie książki medyczne, psychiatryczne i psychologiczne opisują ją jako normę.

Kiedy lęk staje się zbyt wielki, umysł zaczyna zawodzić, ponieważ nie może już przeciwstawić się ogromowi zatrutych ran. Psychologia określa ów stan jako chorobę umysłową, taką jak: schizofrenia, paranoja, psychoza. Należy jednak zauważyć, że do podobnych zaburzeń dochodzi wtedy, kiedy umysł jest tak przerażony, a rany tak bolesne, że jedynym wyjściem jest zerwanie kontaktu z rzeczywistością..

Żyjemy w nieustannym lęku, że ktoś nas zrani. Relacje międzyludzkie są tak bolesne emocjonalnie, że bez wyraźnej przyczyny dopada nas złość, zazdrość, zawiść, smutek. Przerażające jest nawet wypowiedzenie słów: „Kocham cię". Ale mimo że jest to straszne i bolesne, stale wchodzimy w emocjonalne interakcje, układy, tworzymy więzi, pobieramy się i mamy dzieci.

Aby chronić swe emocjonalne skaleczenia i ze strachu, że ktoś nas dotknie, budujemy w swych umysłach coś niezwykle skomplikowanego: wielki system sprzeciwu i negacji. W ramach tego systemu stajemy się perfekcyjnymi kłamcami. Kłamiemy tak umiejętnie, że zaczynamy oszukiwać samych siebie i nawet głęboko wierzymy w swoje własne wymysły. Nawet nie zauważamy, że kłamiemy, a jeśli nawet o tym wiemy, chętnie usprawiedliwiamy i wybaczamy mijanie się z prawdą, byle tylko uniknąć bólu wywołanego otwartymi ranami.

System negacji i wypierania się jest niczym gęsta mgła przesłaniająca nam prawdę. Przywdziewamy specjalną maskę stworzoną na użytek otoczenia, ponieważ to boli - zobaczyć siebie takimi, jakimi jesteśmy, albo dopuścić, żeby inni ujrzeli nasze prawdziwe oblicze. System ów pozwala udawać i zmusza innych,

aby widzieli nas takimi, za jakich chcemy uchodzić. Wznosimy te bariery, aby utrzymać innych w bezpiecznej odległości, ale równocześnie owe bariery zamykają nas samych, ograniczając naszą swobodę. Ludzie osłaniają się, kryją, ochraniają i kiedy ktoś mówi: „Nie rań mnie!", rzadko należy rozumieć to dosłownie, zwykle chodzi mu o rany duszy, które bolą, gdy się ich dotyka.

Kiedy uświadomimy sobie, że wszyscy wokół nas są zranieni, łatwo zrozumiemy, na czym polegają relacje międzyludzkie, które Toltekowie określają pojęciem „snu o piekle". Według Tolteków wszystko, co myślimy o sobie i wszystko, co wiemy o świecie, jest snem. We wszystkich religiach opisy piekła mają takie same cechy jak społeczeństwo, które daną religię wyznaje, są tożsame ze sposobem, w jaki śnimy. I wszędzie piekło jest miejscem cierpienia, strachu, miejscem wojny i przemocy, miejscem sądu a nie sprawiedliwości, miejscem kary, która nigdy się nie kończy. Ludzie zwracają się przeciwko ludziom w dżungli drapieżników, są tam skazani, potępieni, winni, przepełnieni emocjonalną trucizną - zawiścią, złością, nienawiścią, smutkiem, cierpieniem. Tworzymy wizerunki tych uczuć w naszym umyśle, ponieważ nauczyliśmy się śnić o piekle w naszym życiu.

Każdy z nas tworzy swój własny sen tylko dla siebie, ale poprzednie pokolenia stworzyły wielki zewnętrzny sen, sen ludzkiej społeczności. Zewnętrzny Sen, innymi słowy - Sen Planety - jest zbiorowym Snem miliardów śniących. Wielki Sen zawiera w sobie wszelkie zasady współżycia społecznego, wszelkie prawa, religie, kultury i sposoby bycia. Wszystkie te informacje, zgromadzone w naszym umyśle, przypominają tysiące głosów mówiących równocześnie. Toltekowie nazywają to mitote.

My, prawdziwi, jesteśmy czystą miłością, jesteśmy Życiem. My, prawdziwi, nie mamy nic wspólnego ze Snem, ale mitote nie pozwala nam zobaczyć, jacy jesteśmy naprawdę. Jeśli popatrzymy na Sen z tego punktu widzenia, mając przy tym świadomość, kim naprawdę jesteśmy, zrozumiemy, jak bezsensowne i śmieszne jest ludzkie zachowanie. To, co dla innych jest dramatem, dla ciebie w jednej chwili stanie się groteską. Zobaczysz ludzi zadręczających się rzeczami, które nie dość, że są nieważne, to na dodatek są nieprawdziwe. Niestety, nie mamy wyboru. Urodziliśmy się w tym społeczeństwie, wyrośliśmy w nim i nauczyliśmy się być takimi jak wszyscy, przez cały czas gramy w tę samą nonsensowną grę i współzawodniczymy o nonsensy.

Wyobraź sobie, że mógłbyś pobyć na planecie, której mieszkańcy mają zupełnie inny rodzaj ciała emocjonalnego. Ich relacje zawsze oznaczają szczęście, miłość, spokój. A teraz pomyśl, że pewnego dnia budzisz się z powrotem na naszej planecie, ale już wyleczony z ran.

Już się nie boisz być tym, kim jesteś. Cokolwiek by robili czy mówili inni, nie bierzesz tego do siebie i to nie boli. Nie musisz się już więcej bronić. Nie boisz się kochać, dzielić się uczuciami, otwierać serca. Jak czułbyś się z ludźmi emocjonalnie okaleczonymi i chorymi z lęku?

 

*

 

Kiedy człowiek się rodzi, jego ciało emocjonalne i umysł są zdrowe. Pierwsze rany pojawiają się w wieku trzech - czterech lat i wkrótce zostają zakażone emocjonalną

 

Małe dzieci wyrażają to, co czują i nie obawiają się miłości.

 

trucizną. Obserwując zachowanie dzieci młodszych, dwu-, trzyletnich, zobaczymy, że przez cały czas się bawią, przez cały czas się śmieją. Ich wyobraźnia jest wszechpotężna, a sposób, w jaki śnią, jest poznawczą przygodą. Kiedy coś jest nie tak, reagują i bronią się, ale za moment ich uwaga znów skupia się na tym, co robią, na zabawie, na poznaniu, na radości. Żyją bieżącą chwilą, tu i teraz. Nie wstydzą się przeszłości, nie martwią się o przyszłość. Małe dzieci wyrażają to, co czują i nie obawiają się miłości.

Najszczęśliwsze momenty w naszym życiu są wtedy, gdy bawimy się jak dzieci, kiedy śpiewamy i tańczymy, kiedy odkrywamy coś nowego i tworzymy po prostu dla zabawy. Wspaniale jest zachowywać się jak dziecko. Jako dzieci jesteśmy niewinni i wyrażanie miłości jest czymś naturalnym. Więc co się z nami stało? Co się stało z całym światem?

Kiedy jednak my jesteśmy dziećmi, dorośli mają już chory umysł i jest to niezwykle zaraźliwe.

 

Najszczęśliwsze momenty w naszym życiu

są wtedy, gdy bawimy się jak dzieci, kiedy

śpiewamy i tańczymy, kiedy odkrywamy

coś nowego i tworzymy po prostu dla zabawy.

 

Jak nam przekazują chorobę? Skupiają na sobie naszą uwagę i uczą nas być takimi jak oni. Oto, w jaki sposób przekazujemy naszą chorobę dzieciom i jak rodzice, nauczyciele, starsze rodzeństwo, całe społeczeństwo chorych zaraża nas swą dolegliwością. Przykuwają uwagę i bez przerwy wbijają nam swoje poglądy do głowy. W ten sposób uczymy siebie i innych. W ten sposób programujemy ludzki umysł.

Zło tkwi właśnie w programie, w informacjach, które gromadzimy w naszym umyśle. Zawładnąwszy uwagą, uczymy dzieci mówić, czytać, odpowiednio zachowywać się, śnić. Udomawiamy ludzi tak samo, jak udomawiamy psa i każde inne zwierzę: za pomocą kary i nagrody. To, co nazywamy edukacją, jest tylko udomowianiem istot ludzkich.

Boimy się kary, później boimy się także, że nie dostaniemy nagrody, nie będziemy wystarczająco dobrzy dla mamy i taty, rodzeństwa, nauczyciela. Potrzeba akceptacji także jest wyuczona. Na początku nie obchodzi nas, czy jesteśmy akceptowani, czy nie. Opinie innych ludzi nie są ważne. Oni sami nie są

 

Wspaniale jest zachowywać się jak dziecko.

Jako dzieci jesteśmy niewinni i wyrażanie miłości jest czymś naturalnym.

 

ważni, ponieważ chcemy się tylko bawić i żyjemy tylko w teraźniejszości.

Strach przed utratą nagrody przeradza się w lęk przed odrzuceniem. Obawa, że nie jest się wystarczająco dobrym dla kogoś innego, sprawia, że się zmieniamy, że przybieramy jakąś postać, tworzymy wizerunek. I to wizerunek zgodny z cudzymi oczekiwaniami, tylko po to, żeby zyskać akceptację, zasłużyć na nagrodę. Uczymy się udawać kogoś, kim nie jesteśmy, próbujemy nawet stać się kimś innym, tylko po to, żeby zadowolić tatę i mamę, nauczyciela czy kogokolwiek innego. Ćwiczymy i doskonalimy umiejętność bycia kimś, kim nie jesteśmy.

Wkrótce zapominamy, kim naprawdę jesteśmy, i zaczynamy żyć życiem postaci zmyślonych przez nas samych. Tworzymy bowiem nie jeden, lecz wiele różnych wizerunków, pokazywanych w zależności od tego, z kim mamy do czynienia. Mamy jedną twarz dla domu, inną do szkoły, i w miarę tego, jak dorastamy, mamy coraz więcej twarzy.

Dotyczy to także prostych, wydawałoby się, związków między kobietą a mężczyzną. Kobieta ma zewnętrzny wizerunek, który stara się pokazywać innym, ale kiedy jest w domu, ma zupełnie inny wizerunek dla siebie samej. Także i mężczyzna ma zupełnie inne oblicze wewnątrz i na zewnątrz. W miarę dorastania twarz wewnętrzna i zewnętrza coraz bardziej różnią się od siebie. W relacji kobieta-mężczyzna znajdziemy ich co najmniej cztery. Więc jak się mogą poznać nawzajem? Nie mogą. Mogą najwyżej próbować zrozumieć poszczególne maski. Tymczasem trzeba brać pod uwagę jeszcze wiele innych masek, wzorów i wyobrażeń.

Kiedy mężczyzna spotyka kobietę, tworzy jej wyobrażenie zgodnie ze swoim punktem widzenia. Kobieta także tworzy wyobrażenie mężczyzny ze swojego punktu widzenia. Potem on stara się dopasować ją do wyobrażenia, jakie stworzył dla niej, a ona próbuje wcisnąć go w wyobrażenie, jakie stworzyła dla niego. Teraz pomiędzy nimi jest już sześć masek i wyobrażeń. Oczywiście okłamują się nawzajem, nawet jeśli nie wiedzą, że to robią. Ich związek jest oparty na strachu i kłamstwie. U jego podstaw nie leży prawda, ponieważ nie są w stanie jej dostrzec poprzez całą mgłę sztucznie tworzonych wyobrażeń.

W okresie dzieciństwa nie ma konfliktu pomiędzy poszczególnymi maskami, jakie przybieramy. Nasze maski jeszcze nie służą osiąganiu jakichś rzeczywistych celów. Jest tak do czasu, aż wyjdziemy w świat spod opiekuńczych rodzicielskich skrzydeł. To dlatego właśnie nastolatkom jest szczególnie ciężko. Nawet jeśli są przygotowani do obstawania przy swoich wizerunkach i do obrony własnych masek, w momencie przedstawiania ich światu zewnętrznemu świat próbuje je utrącić. Świat zewnętrzny od razu zaczyna nam udowadniać, i to nie prywatnie, lecz na oczach wszystkich, że nie jesteśmy tymi, za kogo się podajemy.

Weźmy za przykład kilkunastoletniego chłopca, który uważa się za bardzo inteligentnego. Idzie na jakąś szkolną debatę, a tam ktoś, kto jest inteligentniejszy od niego i lepiej przygotowany, zwycięża w dyskusji i na domiar złego wyśmiewa go publicznie. Chłopiec będzie próbował wytłumaczyć się, usprawiedliwić i obronić swój wizerunek w oczach kolegów. Będzie bardzo miły i grzeczny dla wszystkich, tylko po to, by uratować swój wizerunek w ich oczach, ale będzie wiedział, że kłamie. Oczywiście będzie się starał ze wszystkich sił, by nie załamać się przed kolegami, ale gdy tylko zostanie sam i spojrzy w lustro, potłucze je w drobny mak. Nienawidzi siebie; czuje się głupi, najgorszy, bezwartościowy. Powstaje ogromny rozdźwięk między jego wewnętrznym wizerunkiem a wizerunkiem, jaki stara się pokazać na zewnątrz. Im większa przepaść między nimi, tym trudniejsze przystosowanie się do społecznego Snu i tym mniej miłości dla siebie samego.

Przestrzeń między maską, jaką przyjmuje przed innymi, a wewnętrznym wizerunkiem wypełnia coraz więcej kłamstw. Oba wizerunki nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Są fałszywe. Ale on tego nie dostrzega. Może ktoś inny potrafiłby to zobaczyć, lecz on nie potrafi spojrzeć na siebie z boku. Jego system negacji i wypierania się próbuje chronić rany. Niewiele to jednak daje, ponieważ system jest wymyślony, a rany są prawdziwe. Chłopiec cierpi, ponieważ z całych sił broni swego wizerunku.

Kiedy jesteśmy dziećmi, uczymy się, że każda opinia, każdego człowieka jest dla nas bardzo ważna. Podporządkowujemy więc nasze życie tym opiniom i ocenom. Najprostsze wypowiedzi, słowa, które nie są nawet prawdziwe: „Wyglądasz okropnie! Nie masz racji! Jesteś głupi!" mogą wpędzić nas w najgłębsze piekło rozpaczy.

Cudze zdanie ma zawsze ogromną moc nad bezsensem zachowań ludzi. Oto dlaczego tak bardzo potrzebujemy słyszeć, że jesteśmy dobrzy, piękni, że postępujemy właściwie. Nieustannie pytamy: „Jak wyglądam? Jak zabrzmiało to, co powiedziałem? Jak się prezentuję?"

Potrzebujemy cudzych ocen i opinii, ponieważ jesteśmy udomowieni, ponieważ opinie te kierują nami, wprawiają nas w ruch. Dlatego właśnie tak bardzo pragniemy cudzego uznania, emocjonalnego wsparcia ze strony innych ludzi. Musimy czuć akceptację zewnętrznego Snu, akceptację, którą otrzymujemy za pośrednictwem innych. Dlatego właśnie nastolatki piją alkohol, biorą narkotyki, zaczynają palić. Tylko po to, żeby zyskać akceptację tych, którzy wyrażają te wszystkie opinie. Tylko po to, by powiedzieli, że jesteśmy „cool".

Bardzo wielu ludzi cierpi z powodu przybierania fałszywych wizerunków i masek, których zaciekle bronią. Każdy chce być bardzo ważny, a równocześnie wierzy, że jest niczym, zerem. Bierzemy udział w wyścigu szczurów, by stać się kimś w społeczeństwie Snu, zyskać uznanie, aprobatę. Pracujemy do utraty tchu, żeby zostać zwycięzcą, stać się ważnym, potężnym, bogatym, sławnym, żeby móc przedstawić nasz własny sen i żeby narzucić ten sen ludziom wokół nas. Dlaczego? Dlatego że istoty ludzkie wierzą, iż Sen jest prawdziwy. Dlatego że traktujemy go poważnie.

 

2. Utrata niewinności

 

LUDZIE Z NATURY SĄ BARDZO WRAŻLIWI. JESTEŚMY TAK emocjonalni, ponieważ wszystko odbieramy poprzez nasze emocje. Emocje są jak radio, które można nastroić na odbiór pewnych częstotliwości. Naturalną częstotliwością istot ludzkich przed udomowieniem jest radość życia i chęć jego poznawania. Jesteśmy nastrojeni na miłość. Jako dzieci nie znamy definicji miłości jako pojęcia abstrakcyjnego. Po prostu kochamy, bo tacy jesteśmy.

W ciało emocjonalne wbudowany jest system alarmowy, który powiadamia nas, gdy coś idzie źle. To

samo jest z ciałem fizycznym. Ma ono system alarmowy, który ostrzega, że coś się w nim psuje. Nazywamy to bólem. Ból oznacza, że coś złego dzieje się z naszym ciałem, o które powinniśmy dbać. Systemem alarmowym dla emocji jest lęk. Jeśli się boimy, to znaczy, że coś jest nie tak - może nawet zagraża nam niebezpieczeństwo utraty życia.

Człowiek odbiera emocje nie za pośrednictwem wzroku, ale poprzez ciało emocjonalne. Dzieci po prostu odczuwają emocje, a ich świeży umysł ani ich nie interpretuje, ani nie podważa. To dlatego dzieci

 

Jako dzieci nie znamy definicji miłości

jako pojęcia abstrakcyjnego. Po prostu

kochamy, bo tacy jesteśmy.

 

akceptują pewnych ludzi i odrzucają innych. Kiedy nie są kogoś pewne, odrzucają go, ponieważ wyczuwają emocje, które ta osoba wysyła. Dzieci łatwo odgadują, że ktoś jest zdenerwowany, zły. System alarmowy dziecka wytwarza pewną dozę lęku, który ostrzega: „Nie zbliżaj się!" - dzieci poddają się temu instynktowi i nie podchodzą.

Uczymy się emocji zgodnie z atmosferą panującą w naszym domu i naszymi indywidualnymi reakcjami. Dlatego brat i siostra wychowani w tym samym domu reagują różnie. Każde z nich inaczej uczy się bronić i przystosowywać do najprzeróżniejszych sytuacji. Kiedy nasi rodzice nieustannie walczą, kiedy w domu panuje dysharmonia, brak szacunku i kłamstwo, uczymy się emocjonalnych sposobów upodobniania się do nich. Nawet jeśli mówią nam, żeby ich nie naśladować i nie kłamać, emocjonalna energia naszych rodziców, całej naszej rodziny, zmusza nas do odbierania świata w bardzo podobny sposób Energia emocjonalna, jaka panuje w rodzinie, nastraja nasze emocje na swoją częstotliwość. Emocje stopniowo zmieniają ton i nie jest to już ton normalny dla człowieka. Zaczynamy bawić się w gry dorosłych, gry zewnętrznego Snu i w końcu przegrywamy. Przegrywamy, bezpowrotnie tracąc niewinność, wolność, szczęście i zdolność do miłości. Zmuszono nas, żebyśmy się zmienili, i teraz zaczęliśmy widzieć inny świat, inną rzeczywistość: rzeczywistość niesprawiedliwości, emocjonalnego bólu i emocjonalnej trucizny. Witajcie w piekle! - piekle, które ludzie tworzą sami dla siebie, które jest Snem Planety. Wchodzimy do tego piekła, choć nie jest to nasz osobisty wynalazek. Istniało długo przed naszymi narodzinami.

Obserwując dzieci, zobaczymy, w jaki sposób ulega zniszczeniu prawdziwa miłość i wolność. Wyobraźmy sobie dwu- lub trzyletnie dziecko bawiące się i biegające po parku. Jest przy nim mama. Bacznie obserwuje i boi się, aby dziecko nie upadło i nie zrobiło sobie krzywdy. W pewnym momencie chce je powstrzymać, a dziecko myśli, że mama się z nim bawi. Ucieka więc od niej jeszcze szybciej. Po ulicy przylegającej do parku mkną samochody, co wprawia matkę w jeszcze większe przerażenie. W końcu łapie dziecko. Ono spodziewa się, że matka będzie się z nim bawić, a tymczasem dostaje klapsa. To jest szok. Szczęście dziecka było wyrazem miłości płynącej z jego wnętrza. Nie rozumie, dlaczego matka tak zareagowała. W ten sposób krok po kroku niszczona jest w nim miłość. Dziecko nie zna słów, ale i tak całym sobą pyta pełne wyrzutu - „Dlaczego?"

Bieganie, zabawa, są wyrazami miłości. Miłość przestaje jednak być bezpieczna, przecież rodzice karzą cię, kiedy ją wyrażasz. Stawiają cię do kąta, zabraniają robić to, na co miałbyś ochotę. Mówią ci, że jesteś złym chłopcem albo niegrzeczną dziewczynką... to jest przygnębiające, to jest kara.

W systemie nagród i kar istnieje poczucie sprawiedliwości i niesprawiedliwości, tego, co jest w porządku i tego, co w porządku nie jest. Poczucie niesprawiedliwości jest jak nóż, który zadaje emocjonalne rany, a ranę może jeszcze dodatkowo zakazić emocjonalna trucizna. Dlaczego tak się dzieje? Popatrzmy na inny przykład.

Wyobraź sobie, że masz dwa lub trzy lata. Jesteś szczęśliwy, bawisz się, odkrywasz świat. Nie jesteś świadom tego, co dobre, a co złe, co jest słuszne, co należy robić, dlatego że jeszcze nie zostałeś udomowiony. Bawisz się w pokoju wszystkim, co cię otacza. Nie masz żadnych złych zamiarów, nie próbujesz niczego popsuć, ale bawisz się gitarą taty. Dla ciebie to zabawka taka jak inne, absolutnie nie próbujesz zaszkodzić ojcu ani go zranić. Ale tata ma jeden z tych dni, kiedy jest poirytowany. Ma problemy w firmie. Wchodzi do pokoju i widzi, że bawisz się jego rzeczami! Natychmiast wybucha, chwyta cię i spuszcza lanie.

Z twojego punktu widzenia jest to niesprawiedliwość. To on przyszedł zdenerwowany, wyładował na tobie złość, zranił. Był kimś, komu bezgranicznie ufałeś. Przecież jest twoim ojcem, kimś, kto zazwyczaj cię broni, pozwala ci się bawić i pozwala być sobą. Teraz stało się coś niepojętego. Poczucie niesprawiedliwości jest jak ból serca. Zostałeś dotknięty, to boli, sprawia, że płaczesz. Płaczesz nie dlatego, że dostałeś klapsa. Nie chodzi o przemoc fizyczną, nie to cię zraniło, przemoc emocjonalna jest, jak czujesz, niesprawiedliwa. Przecież ty nic nie zrobiłeś.

Poczucie krzywdy otwiera ranę w twoim umyśle. Twoje emocje zostały zranione i w tym momencie straciłeś jakąś cząstkę swej niewinności. Nauczyłeś się, że nie zawsze możesz ufać ojcu. Nawet jeśli twój umysł jeszcze tego nie wie, bo jeszcze nie potrafi analizować, ale już rozumie. „Nie wolno mu ufać!" Twoje emocje mówią ci, że są sytuacje, kiedy nie wolno ufać, i mówią ci też, że to się może powtarzać.

Twoją reakcją może być lęk, złość, nieśmiałość lub po prostu płacz. Tak czy inaczej reakcja jest już emocjonalną trucizną, ponieważ normalną reakcją przed udomowieniem jest chęć odwetu - twój tata dał ci klapsa, a ty masz ochotę mu oddać. Oddajesz mu albo tylko podnosisz rękę, żeby to zrobić, a to sprawia, że ojciec gniewa się na ciebie jeszcze bardziej. Większa złość oznacza większą karę. Teraz wiesz, że gotów jest cię skrzywdzić. Boisz się, ale już się nie bronisz, bo wiesz, że to tylko pogorszy twoją sytuację.

Wciąż nie rozumiesz dlaczego, ale wiesz, że twój ojciec zdolny jest do wszystkiego. To otwiera piekącą ranę. Przedtem twój umysł był absolutnie zdrowy, a ty byłeś niewinny i ufny. Potem rozważny umysł próbuje zrobić coś z tym doświadczeniem. Uczysz się reagować w określony, twój własny, indywidualny sposób. Zatrzymujesz emocje w sobie, a to zmienia twój sposób życia. Teraz coraz częściej będą się powtarzać podobne doświadczenia - niesprawiedliwość ze strony mamy, taty, braci, sióstr, wujków i ciotek, szkoły, społeczeństwa, każdego. Z każdym nowym lękiem uczysz się samoobrony, ale już nie takiej, jaką posługiwaleś się przed udomowieniem, kiedy umiałeś bronić się, nie przerywając zabawy.

Ponadto zranieniu towarzyszy coś, co z początku nie stanowi zbyt wielkiego problemu - emocjonalna trucizna. Z czasem kumuluje się i nasz umysł podejmuje z nią swoistą grę. Powoli zaczynamy bać się przyszłości, bo zachowaliśmy wspomnienie trucizny i nie chcemy, żeby to, co niemiłe, powtórzyło się.

 

Skupienie uwagi umożliwia przepływ energii z jednej osoby na drugą. Uwaga ma w umysłach ludzkich potężną moc.

Każdy jak świat długi i szeroki nieustannie próbuje zwrócić na siebie

uwagę i zainteresować innych. Zwrócenie czyjeś uwagi umożliwia budowę kanałów porozumienia.

 

Pamiętamy także akceptację, kiedy tata i mama byli dla nas dobrzy i żyliśmy w harmonii. Pragniemy harmonii, ale nie potrafimy jej stworzyć. Ponieważ żyjemy w świecie własnej percepcji, sądzimy, że wszystko, co dzieje się wokół nas, dzieje się przez nas. Wierzymy, że mama i tata walczą ze sobą z naszego powodu, nawet jeśli nie ma to z nami nic wspólnego.

Z każdym dniem tracimy niewinność. Gromadzimy urazy i już nie przebaczamy. Z czasem wszystkie najdrobniejsze nawet zdarzenia i ich konsekwencje uświadamiają nam, że nie jest bezpiecznie być kimś, kim jesteśmy naprawdę. Z każdym tak jest. Poszczególni ludzie różnią się tylko intensywnością odczuć, która zależy od indywidualnej inteligencji, poziomu wykształcenia i wielu innych rzeczy. Jeśli masz szczęście, udomowienie nie jest zbyt silne. Ale jeśli masz pecha, udomowienie może być tak silne, a rany tak głębokie, że nawet nie będziesz miał odwagi mówić. Będziesz się tłumaczył: „Jestem nieśmiały", a tymczasem nieśmiałość jest lękiem przed otwartym wyrażaniem swojej osobowości. Możesz wierzyć, że nie potrafisz tańczyć lub śpiewać, jednak wszystkie niemożności biorą się z tłumienia normalnego ludzkiego instynktu okazywania miłości.

 

*

 

W procesie udomowiania innych ludzie posługują się strachem. Równocześnie nasz lęk rośnie z każdą przeżytą niesprawiedliwością. Poczucie doznanej krzywdy jest nożem, który otwiera rany w naszych emocjach. Natomiast emocjonalna trucizna powstaje w wyniku reakcji na to, co uważamy za niesprawiedliwość. Niektóre rany się goją, inne zostają zakażone coraz większą dawką trucizny. Skoro już przepełnia nas emocjonalna toksyna, pojawia się potrzeba pozbycia się jakiejś jej części. Uwalniamy się, przekazując ją komuś innemu. Jak to robimy? Przykuwając uwagę wybranej osoby.

Weźmy za przykład zwyczajną parę. Z jakiegoś powodu, nieważne jakiego, żona jest zirytowana. Zebrało się w niej mnóstwo żalu wywołanego niesprawiedliwością ze strony męża. Męża nie ma w domu, ale ona pamięta tę niesprawiedliwość, a trucizna wewnątrz niej buzuje coraz mocniej. Kiedy mąż wraca do domu, pierwszą rzeczą, jaką chce zrobić żona, jest przyciągnięcie jego uwagi, wtedy bowiem zdoła przelać na niego całą truciznę, a sama poczuje ulgę. W chwili, kiedy mu powie, jaki jest zły, głupi czy nielojalny, część zatruwającego ją żalu zostanie przekazana mężowi.

Będzie mówić i mówić, aż zawładnie jego uwagą. W końcu mąż zareaguje, to znaczy też wpadnie w złość, a ona na chwilę poczuje się lepiej. Teraz jednak trucizna wylewa się z niego i on także chce wyrównać rachunki. Musi skupić na sobie jej uwagę, aby pozbyć się swojej części trucizny. Tym razem jednak jest to już suma wzajemnych oskarżeń i żalów. Patrząc na ich zachowanie, ich relacje, zobaczymy, że zadają sobie rany nawzajem, obrzucają się emocjonalną trucizną. Urazy gromadzą się, rosną pod ciśnieniem, aż pewnego dnia jedno z nich eksploduje. Tak w bardzo wielu wypadkach wygląda związek dwojga ludzi.

Skupienie uwagi umożliwia przepływ energii z jednej osoby na drugą. Uwaga ma w umysłach ludzkich potężną moc. Każdy jak świat długi i szeroki nieustannie próbuje zwrócić na siebie uwagę i zainteresować innych. Zwrócenie czyjejś uwagi umożliwia budowę kanałów porozumienia. Tą drogą przekazujemy Sen, władzę, moc. l niestety również truciznę.

Zazwyczaj dajemy upust żalowi wobec osób, które, jak nam się wydaje, skrzywdziły nas. Jednak kiedy osoba jest zbyt potężna, by można było przelać na nią swój żal, zatruwamy nim kogokolwiek, często słabych i małych, którzy nie mogą się przed nami obronić. W ten sposób powstają i rozwijają się toksyczne związki. Ludzie silni przepompowują swoją złość w słabszych, ponieważ muszą wyzbyć się swej emocjonalnej trucizny. Musimy uwolnić się od niej i czasami wcale już nie szukamy sprawiedliwości. Chcemy tylko ulgi i spokoju. Dlatego właśnie ludzie przez cały czas pragną władzy, ponieważ im więcej władzy, tym łatwiej obarczyć swoją trucizną kogoś, kto nie może się przed nami obronić.

Oczywiście mówimy o stosunkach panujących w piekle. Mówimy o chorobie umysłu, jaka dotknęła tę planetę. Nie można nikogo winić za tę chorobę. Jej objawy same w sobie nie są ani dobre, ani złe, ani słuszne, ani fałszywe. Są po prostu patologią. Nikt nie jest winny swej napastliwości. Tak jak ludzie na tamtej wymyślonej planecie nie zawinili, że ich skóra dotknięta jest chorobą, tak my nie jesteśmy winni, że mamy rany zakażone trucizną. Żaden człowiek nie robi sobie wymówek z powodu dolegliwości fizycznych i nie czuje się winny, że jest chory. Dlaczego więc mielibyśmy się czuć winni, kiedy chorują nasze emocje?

Ważne jest nie poczucie winy, lecz świadomość istnienia choroby. Tylko kiedy ma się taką świadomość, można liczyć na uzdrowienie emocjonalnego ciała, na powstrzymanie cierpienia. Bez świadomości jesteś bezsilny. Nic się nie da zrobić, można tylko nadal cierpieć w kontaktach z innymi ludźmi, i co gorsza w kontaktach z samym sobą. Szarpiemy bowiem także własne rany, chyba z potrzeby kary.

 

*

 

W naszym umyśle tworzymy taki fragment nas samych, który nieustannie sądzi i ocenia. Ten Sędzia osądza wszystko, co robimy, wszystko, czego nie robimy, wszystko, co czujemy i wszystko, czego nie czujemy. Przez cały czas osądzamy i siebie, i innych zgodnie z tym, w co wierzymy i zgodnie z naszym poczuciem sprawiedliwości. Oczywiście wyrokujemy, że jesteśmy winni i musimy ponieść karę. Drugi fragment naszego umysłu, zwany Ofiarą, odbiera osąd, przyjmuje wyrok i pragnie kary. Ta część nas samych

mówi: „O, ja nieszczęsny! Nie jestem wystarczająco dobry, wystarczająco silny, nie jestem wystarczająco inteligentny. Po co mam się starać?"

Kiedy jest się dzieckiem, nie ma się wyboru, w co wierzyć, a w co nie wierzyć. Sędzia i Ofiara są wynikiem tych wszystkich błędnych wierzeń, których się nie wybierało. Byliśmy niewinni, kiedy wtłoczono je do naszego umysłu. Wierzyliśmy we wszystko. System Wiary został w nas zainstalowany, niczym jakiś program, przez zewnętrzny Sen. Toltekowie nazywają ten program „Demonem". Ludzki umysł jest chory, ponieważ zagnieździł się w nim Demon, który wysysa zeń energię życiową i okrada z radości. Demonem są wszystkie wierzenia i przekonania, które sprawiają, że cierpimy. Wierzenia te są tak silne, że po wielu latach, kiedy poznamy nowe koncepcje i chcemy podejmować własne decyzje, okazuje się to niemożliwe, ponieważ nadal sprawują kontrolę nad naszym życiem.

Czasami ukryte w nas dziecko wydobywa się na zewnątrz - my, prawdziwi, nadal mamy dwa lub trzy lata. Cieszymy się chwilą, bawimy się, ale jest coś, co ciągnie nas z powrotem. Coś wewnątrz nas uważa za niegodne zbyt dobrze się bawić. Wewnętrzny głos mówi, że nasze szczęście jest zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe. To niestosowne być za bardzo szczęśliwym. Wszystkie winy, pomówienia, oskarżenia, cała emocjonalna trucizna wciąga nas z powrotem w świat dramatu.

Demony przenoszą się jak choroba z dziadków na rodziców, na nas, a potem my przekazujemy je naszym dzieciom. Umieszczamy w naszych dzieciach różne poglądy i zachowania w taki sam sposób, w jaki tresujemy psa. Ludzie są udomowionymi zwierzętami, a udomowienie wprowadza nas do piekielnego snu, gdzie żyjemy w ciągłym strachu. Zanim zagnieździ się w nas Demon, cieszymy się życiem. Bawimy się, jesteśmy szczęśliwi jak małe dzieci. Kiedy jednak cały balast śmieci zostanie załadowany do naszego umysłu, szczęście się kończy. Uczymy się zawsze mieć rację i wmawiać innym, że jej nie mają. Tak bowiem przejawia się nasze pragnienie utrwalenia wizerunku przygotowanego dla zewnętrznego świata. Narzucamy styl myślenia nie tylko innym, ale nawet sobie.

Świadomość tych mechanizmów pozwala nam zrozumieć, dlaczego tak niedoskonałe są nasze związki z rodzicami, z dziećmi, z przyjaciółmi, partnerami, a nawet z nami samymi. Dlaczego nie układa się związek z samym sobą? Dlatego że jesteśmy poranieni i nie radzimy sobie z ogromem zawartej w nas emocjonalnej trucizny. Przepełnia nas żal, ponieważ wyrośliśmy w cieniu doskonałego wizerunku, który jest nieprawdziwy, w ogóle nie istnieje i który w głębi duszy uważamy za niesprawiedliwy.

Już prześledziliśmy, w jaki sposób tworzymy doskonały wizerunek, czyli maskę, która zadowoli innych, nawet jeśli śnią oni swój własny sen, który nie ma z nami nic wspólnego. Próbujemy przypodobać się mamie i tacie, nauczycielowi, ministrowi, Bogu. Jednak jakkolwiek byśmy się starali, z ich punktu widzenia nigdy nie będziemy doskonali. Doskonały wizerunek mówi nam, jacy powinniśmy być, aby przyznano, że jesteśmy dobrzy, abyśmy sami mogli się zaakceptować. Jest to największe kłamstwo nas samych o nas, ponieważ nigdy nie osiągniemy doskonałości.

 

Życie daje ci dokładnie to, czego potrzebujesz.

 

Nigdy też, w żaden sposób, nie wybaczymy sobie, że nie jesteśmy doskonali.

Doskonały wizerunek zmienia sposób, w jaki śnimy. Uczymy się przeczyć sobie, negować, podważać i odrzucać. Nigdy nie jesteśmy, zgodnie z tym, w co wierzymy, wystarczająco dobrzy, wystarczająco poprawni, czyści, zdrowi. Zawsze znajdzie się coś, czego nasz wewnętrzny Sędzia nigdy nie zaakceptuje lub nie wybaczy. Dlatego właśnie odrzucamy swoje własne człowieczeństwo. Dlatego nigdy, w swoim mniemaniu, nie zasługujemy na szczęście; dlatego zawsze szukamy kogoś, kto nas wykorzystuje, kogoś, kto nas ukarze. Mamy bardzo wysoki poziom samowykorzystywania właśnie z powodu udawania doskonałości.

Kiedy się odrzucamy, kiedy siebie sądzimy, kiedy uznajemy własną winę i wyznaczamy tak wielką karę, wydaje się, że miłość nie istnieje. Wydaje się, że na świecie jest tylko kara, cierpienie, sąd i wyrok. Piekło ma wiele kręgów. Niektórzy ludzie nieomal w nim utonęli, inni ślizgają się po powierzchni. Są związki o wysokim poziomie agresji i związki prawie jej pozbawione - jedne i drugie są w piekle.

 

Jeśli otworzysz oczy i rozejrzysz się

dookoła, zobaczysz, że masz tu

absolutnie wszystko, czego potrzebujesz.

 

Nie jesteśmy już dziećmi i jeśli pozostajemy w toksycznym związku, to dlatego, że akceptujemy jego szkodliwość, wierzymy, że na nią zasługujemy. Istnieje pewien limit trucizny, jaki jesteśmy w stanie znieść. Nikt jednak w całym świecie nie szkodzi nam, nie obraża, nie poniewiera, nie wykorzystuje nas tak, jak my sami. Równocześnie limit samoponiżania równa się limitowi, jaki możemy wytrzymać ze strony innych ludzi. Jeśli ktoś poniża cię bardziej niż ty sam, unikasz go, odchodzisz, uciekasz. Ale jeśli ktoś poniża

cię troszkę mniej, niż ty sam siebie poniżasz, zostajesz. Przecież na to zasługujesz...

Najczęściej w zwyczajnych związkach w piekle pretensji chodzi o zapłatę za niesprawiedliwość, o wyrównanie rachunków, o zrównoważenie krzywd. Ja wykorzystuję ciebie w sposób, w jaki musisz być wykorzystywany, i na odwrót. Mamy doskonałą równowagę, i to działa. Oczywiście każda energia przyciąga ten sam typ energii, wibracji. Jeśli ktoś przyjdzie do ciebie i powie: „Ciągle mną poniewierają!", a ty spytasz go: „Więc dlaczego na to pozwalasz?", nie będzie nawet wiedział, dlaczego. W rzeczywistości potrzebuje poniżania, ponieważ jest to kara, jaką sam sobie

wyznaczył.

Życie daje ci dokładnie to, czego potrzebujesz. W ludzkim piekle panuje idealna sprawiedliwość. Możemy nawet powiedzieć, że nasze cierpienie jest darem. Jeśli otworzysz oczy i rozejrzysz się dookoła, zobaczysz, że masz tu absolutnie wszystko, czego potrzebujesz do zneutralizowania trucizny, wyleczenia ran, zaakceptowania siebie i do wydostania się z piekła.

 

3. Człowiek, który nie wierzył w miłość

 

chciałbym opowiedzieć teraz bardzo starą przypowieść o człowieku, który nie wierzył w miłość. Był to zwyczajny człowiek, taki jak ty lub ja, wyróżniał się jednak sposobem myślenia. Sądził, że miłość nie istnieje. Nieraz próbował ją odnaleźć. Przyglądał się ludziom wokół siebie. Stracił mnóstwo czasu, sporą część życia poszukując miłości, po to tylko, by stwierdzić, że nie istnieje.

Gdziekolwiek był, rozpowiadał na prawo i lewo, że miłość jest wyłącznie wymysłem poetów, wynalazkiem religii, która posługuje się nią do manipulowania słabymi umysłami, do zdobywania nad nimi kontroli i wymuszania wiary. Mawiał, że wiara nie jest niczym rzeczywistym i dlatego żaden człowiek jej nie odnajdzie, nawet jeśli usilnie jej poszukuje.

Człowiek ten był bardzo inteligentny i przekonujący. Przeczytał mnóstwo książek, zgłębiał wiedzę w najlepszych uniwersytetach i stał się szanowanym naukowcem. Potrafił przemawiać w każdym miejscu przed dowolną publicznością, zawsze z miażdżącą logiką. Propagował pogląd, że miłość jest jak narkotyk, wprawia w krótkotrwały uzależniający błogostan. Można się bowiem chorobliwie uzależnić od miłości. A co się stanie, jeśli zakochany nie dostanie swojej codziennej dawki miłości, tak jak narkoman potrzebujący swojej codziennej działki?

Udowadniał, że większość relacji między kochankami przypomina związek narkomana z dealerem. Ten, kto pożąda bardziej, przypomina nałogowca, a ten, komu mniej zależy, postępuje jak dealer. Kochanek, który ma mniejszą potrzebę miłości, kontroluje cały związek. Mechanizm zjawiska jest bardzo jasny i łatwy do prześledzenia, ponieważ w związku niemal zawsze jest ten, kto kocha bardziej, i ten, kto pozwala się kochać i tylko wykorzystuje tego drugiego, kto daje jej lub jemu całe serce. Pojąwszy, w jaki sposób ci dwoje sobą manipulują, na czym polegają wszystkie ich akcje i reakcje, zauważymy, że są niczym narkoman i dealer.

Uzależniony, czyli ten, kto jest w potrzebie, żyje w ciągłym strachu, że mógłby nie dostać następnej dawki miłości czy narkotyku. Myśli: „Co zrobię, gdy mnie zostawi?" Z kolei lęk wywołuje zaborczość. „To moje!" Uzależniony staje się bardzo zazdrosny i wymagający ze strachu, że nie dostanie następnej dawki. Dealer kontroluje i manipuluje tym, kto potrzebuje narkotyku, podając mu większe czy mniejsze dawki lub w ogóle odcinając mu dostawę. Ten, kto jest w większej potrzebie, poddaje się całkowicie, podporządkowuje, gotów jest zrobić wszystko, byle uniknąć odrzucenia.

Tymczasem nasz bohater nie ustawał w objaśnianiu wszystkim dookoła, dlaczego miłość nie istnieje: „To, co ludzie nazywają miłością, jest tylko związkiem opartym na strachu i kontroli, wykorzystywaniu przewagi. A gdzie szacunek? Gdzie wreszcie miłość, o której tyle mówią? Nie ma miłości. Młodzi ludzie przed obliczem Boga, rodziny i przyjaciół składają sobie nawzajem mnóstwo obietnic: pozostać ze sobą na zawsze, kochać się i szanować, być razem na dobre i na złe. Obiecują miłość i poważanie i jeszcze wiele innych rzeczy. Najbardziej zdumiewające jest to, że

naprawdę wierzą w te obietnice. Ale zaraz po ślubie, tydzień później, miesiąc czy kilka miesięcy, okazuje się, że nie dotrzymują żadnej z nich.

To, co widzimy w małżeństwie, to walka o władzę, o to, kto kim będzie rządził. Kto będzie dealerem, a kto uzależnionym. Kilka miesięcy później widać, że szacunek, jaki sobie przysięgali, ulotnił się. Widzimy urazy, emocjonalne toksyny, zauważymy, jak ranią się nawzajem, stopniowo, dzień po dniu, jak to narasta coraz bardziej, aż w końcu nawet nie wiedzą, kiedy miłość się kończy. Pozostają ze sobą, ponieważ boją się samotności, opinii innych ludzi, a także wyroków swoich własnych wewnętrznych sędziów. Ale czyż to jest miłość?"

Mężczyzna zwykł dowodzić, że widywał wiele starych małżeństw o trzydziesto-, czterdzieste-, pięćdziesięcioletnim stażu, które szczyciły się tym, że przeżyły razem te wszystkie lata. Ale kiedy mówią o swoim związku, wcześniej czy później padają słowa: „Wytrwaliśmy w małżeństwie". To oznacza, że jedno z nich podporządkowało się drugiemu. W pewnym momencie na przykład ona się poddała i postanowiła przetrzymać cierpienie. Ten, kto miał silniejszą wolę i mniejszą potrzebę bycia z tym drugim, wygrał wojnę. Ale gdzież jest ten płomień, który nazywają miłością? Traktują się przecież nawzajem jak swoją własność: „Ona jest moja", „On jest mój".

Człowiek ciągnął dalej. Rozprawiał o wszystkich powodach, dla których wierzył, że miłość nie istnieje, i gorąco przekonywał: „Ja już przeszedłem przez to wszystko. Nikomu więcej nie pozwolę manipulować moim umysłem i w imię miłości rządzić moim życiem". Jego argumenty były całkiem logiczne, toteż przekonał wielu ludzi, że miłość nie istnieje.

Pewnego dnia spacerował po parku i tam, na ławeczce, zobaczył piękną kobietę, która płakała. Jej płacz wzbudził w nim ciekawość. Usiadł obok i spytał, czy mógłby jej w czymś pomóc. Zainteresował się, dlaczego płacze. Jakież było jego zdumienie, kiedy odpowiedziała, że płacze, bo miłość nie istnieje. „To zdumiewające! - zawołał. - Kobieta, która wierzy, że miłość nie istnieje?!" Oczywiście zapragnął dowiedzieć się czegoś więcej.

„Dlaczego mówisz, że miłość nie istnieje?" - spytał.

„To długa historia - odparła. - Wyszłam za mąż bardzo młodo i byłam pełna miłości, wszystkich tych złudzeń, nadziei, że będę dzielić życie z moim mężczyzną. Przysięgliśmy sobie lojalność, szacunek i poważanie i stworzyliśmy rodzinę. Ale wkrótce wszystko się zmieniło. Byłam oddaną żoną, troszczącą się o dom i dzieci. Mój mąż robił karierę, a sukces i opinia innych ludzi stały się dla niego ważniejsze od rodziny. Stracił szacunek do mnie, a ja do niego. Raniliśmy się nawzajem i pewnym momencie zrozumiałam, że go nie kocham, a on nie kocha mnie.

Ale dzieci potrzebowały ojca i to było moje usprawiedliwienie i powód, żeby zostać i zrobić wszystko dla utrzymania rodziny. Teraz dzieci dorosły i odeszły. Nie mam już wymówki, żeby z nim zostać. Nie ma między nami szacunku, nie ma czułości, nawet uprzejmości. Na domiar złego wiem, że nawet jeśli znajdę kogoś innego, historia się powtórzy, ponieważ miłość nie istnieje. Nie ma więc sensu szukać czegoś, co nie istnieje. Dlatego płaczę".

Świetnie rozumiejąc rozterki swej rozmówczyni, objął ją i powiedział: „Masz rację. Miłość nie istnieje. Szukamy miłości, otwieramy serca, pozwalamy dominować drugiej osobie tylko po to, by znaleźć egoizm. To boli, nawet jeśli sądzimy, że nie damy się zranić. Nieważne, jak wiele mamy za sobą związków. To samo powtarza się za każdym razem. Po cóż więc szukać miłości?"

Byli do siebie tak podobni, że zaprzyjaźnili się. To był wspaniały związek. Szanowali się i nigdy nawet nie próbowali się poniżać. Uszczęśliwiało ich wszystko, co robili razem. Nie było w nich zawiści i zazdrości, nie było przymusu ani zaborczości. Ich związek stawał się coraz pełniejszy. Uwielbiali być ze sobą, ponieważ każde spotkanie oznaczało świetną zabawę, a kiedy się rozstawali - tęsknili do siebie.

Pewnego dnia mężczyznę, gdy był poza domem, naszła przedziwna myśl. „A może - rozmyślał - to, co czuję do niej, to miłość? Jest to tak inne od tego, co czułem kiedykolwiek przedtem! To nie jest to,

o czym mówią poeci, ani to, co głosi religia, ponieważ nie jestem za nią odpowiedzialny. Niczego od niej nie biorę, nie potrzebuję opieki z jej strony, nie muszę winić jej za moje niepowodzenia ani przerzucać na nią swoich nieszczęść. Po prostu dobrze nam razem, lubimy się nawzajem. Szanuję jej sposób myślenia

i odczuwania. Ani trochę mi nie ciąży, nie muszę się

 

Szczęście nigdy nie przychodzi z zewnątrz.

 

o nią martwić. Nie czuję zazdrości, kiedy jest z innymi ludźmi, nie czuję zawiści, kiedy odnosi jakiś sukces. Może miłość jednak istnieje, tylko nie jest taka, jak nam się wydawało?"

Ledwie się doczekał powrotu do domu, by z nią porozmawiać i zwierzyć się ze swych szalonych myśli. Gdy tylko zaczął mówić, rzekła: „Wiem, co chcesz powiedzieć. Już dawno temu też naszły mnie takie myśli, ale nie chciałam się nimi z tobą dzielić, bo wiem, że nie wierzysz w miłość. Miłość chyba istnieje, tylko jest czym innym, niż sądziliśmy".

Postanowili zostać kochankami i zamieszkać razem, i ku ich zdumieniu nic się nie zmieniło. Nadal się szanowali, pomagali sobie nawzajem i byli coraz bardziej zakochani. Każde głupstwo sprawiało, że czuli się szczęśliwi.

Serce mężczyzny wypełniło tyle miłości, że pewnej nocy zdarzył się wielki cud. Patrzył na gwiazdy i odnalazł najpiękniejszą. Jego miłość była tak wielka, że gwiazda spłynęła z nieba wprost w jego otwarte dłonie. Potem stał się drugi cud: jego dusza połączyła się z gwiazdą. Był niewymownie szczęśliwy i ledwie mógł się doczekać, kiedy pobiegnie do kobiety i złoży gwiazdę w jej dłoniach, aby dowieść swojej miłości. Wręczył jej gwiazdę, lecz kobieta zawahała się. Choć był to ledwie moment zwątpienia, gwiazda ześliznęła się między palcami, upadła i potłukła się na milion drobnych kawałeczków.

Teraz stary człowiek znów przemierza świat, przysięgając, że miłość nie istnieje. I jest stara piękna kobieta, która czeka w domu na mężczyznę, roniąc łzy za rajem, który miała w dłoniach i który straciła przez jeden krótki moment zwątpienia. Tak się kończy historia o człowieku, który nie wierzył w miłość.

Lecz kto popełnił błąd? Co poszło nie tak? Błąd leżał po stronie mężczyzny, ponieważ myślał, że może dać kobiecie swoje szczęście. I mylił się, składając je w jej rękach. Szczęście bowiem nigdy nie przychodzi z zewnątrz. Był szczęśliwy miłością, która pochodziła od niego. I ona była szczęśliwa z powodu miłości, która z niej emanowała. Jednak kiedy powierzył jej swoje szczęście, potłukła gwiazdę, bo nie mogła za nią odpowiadać.

To nieważne, jak bardzo go kochała, nie mogła go uszczęśliwić, ponieważ nie wiedziała, co jest w jego głowie. Nie mogła poznać jego oczekiwań, ponieważ nie mogła poznać jego snów.

 

Kiedy szczęście pochodzi z twego wnętrza

i jest rezultatem twojej miłości, ty sam jesteś za nie odpowiedzialny.

Nigdy nie zdołamy przerzucić na kogoś odpowiedzialności za własne szczęście.

 

Jeśli swoje szczęście złożysz w dłoniach drugiej osoby, ona wcześniej czy później je potłucze. Jeśli dasz jej swoje szczęście, może je odrzucić. Natomiast kiedy szczęście pochodzi z twego wnętrza i jest rezultatem twojej miłości, ty sam jesteś za nie odpowiedzialny. Nigdy nie zdołamy przerzucić na kogoś odpowiedzialności za własne szczęście, tymczasem pierwsze, co robimy podczas ślubu w kościele, to wymiana obrączek. Kładziemy gwiazdę na cudzej dłoni, spodziewając się, że partner nas uszczęśliwi. Nie ma znaczenia, jak bardzo kogoś kochasz i tak nigdy nie będziesz taki, jakim chciałby cię widzieć twój partner. To błąd, który większość z nas popełnia na początku każdego związku. Budujemy poczucie szczęścia w oparciu o partnera, a szczęście nie na tym polega. Składamy obietnice, których nie możemy dotrzymać i z góry skazujemy się na niepowodzenie.

 

4. Ścieżka miłości, ścieżka lęku

 

całe twoje życie jest tylko snem. żyjesz w świecie fantazji, gdzie wszystko, co wiesz o sobie, jest prawdziwe tylko dla ciebie. Twoja prawda nie jest prawdą dla nikogo więcej, nawet dla twoich własnych dzieci czy rodziców. Wystarczy porównać, co sam myślisz o sobie i co myśli o tobie twoja matka. Będzie mówić, że zna cię bardzo dobrze, lecz nie ma pojęcia, kim naprawdę jesteś. Wiesz, że nic nie wie. Możesz sądzić, że bardzo dobrze znasz swoją matkę, ale w rzeczywistości nawet nie domyślasz się, jaka jest. Ma

w głowie te wszystkie fantazje, z których nie zwierzyła się nigdy nikomu. Nie wyobrażasz sobie, co naprawdę w niej tkwi.

Jeśli spojrzysz wstecz i spróbujesz przypomnieć sobie, co robiłeś, kiedy miałeś jedenaście czy dwanaście lat, okaże się, że pamiętasz nie więcej niż pięć procent własnego życia. Oczywiście będziesz pamiętał najważniejsze rzeczy, takie jak imię, bo stale je powtarzasz. Ale czasami zapomina się imiona przyjaciół. To dlatego, że twoje życie składa się z marzeń, snów - mnóstwa maleńkich snów, które przez cały

 

W miłości nie ma żadnych oczekiwań.

 

czas się zmieniają. A sny szybko się rozwiewają i dlatego tak łatwo zapominamy.

Każdy człowiek ma swój własny sen o życiu, który całkowicie różni się od snów innych ludzi. Śnimy zgodnie z naszymi przekonaniami i modyfikujemy owe sny zgodnie z tym, jak się osądzamy, wyrokujemy i ponosimy karę. Dlatego dwoje ludzi nigdy nie śni o tym samym. Pozostając w związku, udajemy, że jesteśmy tacy sami, że myślimy to samo, czujemy to samo, śnimy o tym samym, ale to nigdy nie stanie się prawdą. Zawsze jest dwoje śniących dwa odrębne sny. Każdy śni na własny sposób. Dlatego musimy akceptować różnice, jakie istnieją pomiędzy dwojgiem ludzi, musimy szanować cudze sny. Możemy wchodzić w tysiące związków równocześnie, ale każdy związek dotyczy dwojga ludzi i nigdy więcej niż dwojga. Nawiązuję nić porozumienia z każdym z moich przyjaciół, z każdym z osobna, i nić ta łączy tylko nas dwoje.

Jestem związany ze wszystkimi moimi dziećmi, a każda więź różni się od pozostałych. Sposób, w jaki dwoje ludzi śni, tworzy kierunek tego snu. Właśnie to nazywamy związkiem. Każdy związek - z mamą, tatą, braćmi, siostrami, przyjaciółmi - jest unikalny, ponieważ razem

 

Kiedy kochamy, nie spodziewamy się niczego. Kochamy, bo chcemy.

 

śnimy maleńką cząstkę snu. Każdy związek jest niczym żywa istota, stworzona przez dwóch śniących.

Tak jak ciało składa się z komórek, tak sny zbudowane są z emocji. Istnieją dwa źródła tych emocji. Jednym jest lęk i wszystkie emocje, które od niego pochodzą. Drugim źródłem jest miłość i wszystkie emocje, które z niej wynikają. Czerpiemy z obydwu źródeł, ale tym, które przeważa w codziennym ludzkim życiu, jest lęk. Można powiedzieć, że norma dla przeciętnego związku wynosi dziewięćdziesiąt pięć procent lęku i pięć procent miłości. Oczywiście z różnymi ludźmi jest różnie, ale nawet jeśli mamy sześćdziesiąt procent lęku i czterdzieści procent miłości, to i tak strach wciąż przeważa.

Aby zrozumieć te emocje, opiszemy pewne cechy charakterystyczne miłości i lęku, jakie nazywamy „ścieżką miłości" i „ścieżką lęku". Te dwie ścieżki są zaledwie punktami odniesienia, ułatwiającymi odczytanie mapy naszego życia i sposobu jego przeżywania. Te podziały wspomogą logikę umysłu w uzyskaniu choćby odrobiny kontroli nad wyborami, jakich dokonujemy. Przyjrzyjmy się niektórym cechom szczególnym miłości i lęku.

Miłość nie zawiera w sobie przymusu. Lęk jest przepełniony przymusem. Na ścieżce lęku wszystko, cokolwiek by to było, robimy, bo musimy. Spodziewamy się, że inni zachowają się w określony sposób, także dlatego że muszą. Mamy pewne obowiązki, a ponieważ to przymus, opieramy się. Im więcej oporu, tym więcej cierpienia. Wcześniej czy później próbujemy wywinąć się od obowiązków. Z drugiej strony miłość nie budzi sprzeciwu. Cokolwiek robimy, chcemy to robić. I znajdujemy w tym przyjemność. To jest jak gra. Bawi nas.

Miłość nie ma żadnych oczekiwań. Strach jest pełen oczekiwań. Robimy coś ze strachu, bo przypuszczamy, że musimy. I spodziewamy się, że inni będą postępować tak samo. Dlatego strach rani, a miłość nie. Spodziewamy się czegoś i jeśli to nie następuje, czujemy się zranieni - to niesprawiedliwe. Obwiniamy innych za niespełnienie naszych oczekiwań. Kiedy kochamy, nie spodziewamy się niczego. Kochamy, bo chcemy. Jeśli inni kochają lub nie, to dlatego, że chcą lub nie chcą kochać. Nie bierzemy tego do siebie. Kiedy nie oczekujemy, że coś się zdarzy, i to rzeczywiście się nie zdarza, nie ma to znaczenia. Nie czujemy się zranieni, bo wszystko jest w porządku. Dlatego prawie nic nie jest w stanie nas zranić, kiedy się

 

Miłość opiera się na szacunku.

 

zakochamy. Nie oczekujemy, że nasz kochanek coś zrobi i nie odczuwamy przymusu.

Miłość opiera się na szacunku. Lęk sprawia, że nie szanujemy niczego, nawet siebie. Jeśli się nad tobą rozczulam, to znaczy, że cię nie szanuję, a ty nie możesz dokonywać swoich własnych wyborów. Jeśli wybieram za ciebie, nie szanuję cię w tym momencie. Skoro cię nie szanuję, staram się tobą rządzić i kontrolować cię. W większości przypadków, kiedy mówimy naszym dzieciom, jak mają przeżyć swoje życie, okazujemy im brak szacunku. Litujemy się nad nimi i próbujemy robić za nich to, co powinni zrobić dla siebie sami. Kiedy brakuje mi szacunku do siebie samego, rozczulam się nad sobą, czuję, że nie jestem wystarczająco dobry, aby poradzić sobie w skomplikowanym świecie. Jak rozpoznać, kiedy się nie szanujesz? Kiedy ciągle sobie powtarzasz: „Jestem bardzo nieszczęśliwy, nie jestem wystarczająco silny, wystarczająco inteligentny, wystarczająco piękny, nie poradzę sobie..." Użalanie się nad sobą samym pochodzi z braku szacunku.

 

Miłość szanuje. Kocham cię, więc

w ciebie wierzę. Wiem, że jesteś

wystarczająco silny, mądry, dobry, żebyś

dokonywał własnych wyborów. Nie

muszę za ciebie decydować.

Sam to potrafisz.

 

Miłość jest bezwzględna. Nie lituje się nad nikim, choć potrafi współczuć. Lęk jest pełen litości, lituje się nad każdym. Litujesz się nade mną, kiedy mnie nie szanujesz, kiedy sądzisz, że nie jestem wystarczająco silny, aby sobie poradzić. Z drugiej strony miłość szanuje. Kocham cię, więc w ciebie wierzę. Wiem, że jesteś wystarczająco silny, mądry, dobry, żebyś dokonywał własnych wyborów. Nie muszę za ciebie decydować. Sam to potrafisz. Jeśli upadniesz, podam ci rękę, pomogę ci wstać, mogę powiedzieć: „Wszystko będzie dobrze, idź naprzód!" To jest współczucie, ale to nie jest to samo, co użalanie się. Współczucie wynika z szacunku i miłości. Litość - z braku szacunku i z lęku.

Miłość jest absolutnie odpowiedzialna. Lęk unika odpowiedzialności, co nie znaczy, że nie jest odpowiedzialny. Unikanie odpowiedzialności jest jednym z największych błędów, jakie popełniamy, ponieważ każde działanie ma swoje konsekwencje. Wszystko, co myślimy i robimy, ma jakieś następstwa. Jeśli dokonamy wyboru,

 

Miłość jest bezwarunkowa.

 

uzyskamy wynik lub reakcję. Rezultaty naszych działań odbiją się na naszym życiu w bliższej lub dalszej przyszłości. Dlatego każdy człowiek jest absolutnie odpowiedzialny za swoje uczynki, nawet jeśli tego nie chce. Inni ludzie płacą niekiedy za twoje błędy, ale ty sam zapłacisz za nie na pewno, i to podwójnie. Jeśli inni próbują być odpowiedzialni za ciebie, to tylko pogłębia dramat.

Miłość jest zawsze przyjazna, lęk - zawsze wrogi. Lęk przytłacza nas przymusem, obowiązkami, oczekiwaniami, nie ma w nim szacunku, jest unikanie odpowiedzialności i litość. Jak możemy się czuć dobrze, skoro cierpimy z powodu paraliżującego lęku? Czujemy się ofiarami, jesteśmy źli, smutni, zazdrośni lub opuszczeni.

Złość jest tylko lękiem w przebraniu. Smutek to też lęk w masce. I zazdrość również. Z pomocą tych wszystkich emocji wypływających z lęku i z całym towarzyszącym mu cierpieniem możemy najwyżej udawać, że jesteśmy przyjaźni. Nie jesteśmy przyjacielsko nastawieni do otoczenia, ponieważ nie czujemy się

 

Miłość jest zawsze przyjazna,

to powoduje, że jesteś szczodry

i szlachetny, i otwiera ci wszystkie drzwi.

 

dobrze, nie jesteśmy szczęśliwi. Jeśli jesteś na ścieżce miłości, nie masz obowiązków i oczekiwań. Nie litujesz się ani nad sobą, ani nad partnerem. Jesteś szczęśliwy i uśmiech zawsze gości na twej twarzy. Czujesz się dobrze ze sobą, nie martwisz się o siebie, jesteś szczęśliwy i przyjazny. Miłość jest zawsze przyjazna, to powoduje, że jesteś szczodry i szlachetny, i otwiera ci wszystkie drzwi. Miłość jest wspaniałomyślna, a lęk egoistyczny, troszczy się tylko o siebie. Egoizm zamyka wszystkie drzwi.

Miłość jest bezwarunkowa. Lęk stawia mnóstwo warunków. Na ścieżce lęku będę cię kochać, jeśli pozwolisz mi sobą rządzić, jeśli będziesz dla mnie dobry, jeśli dopasujesz się do wizerunku, jaki ci stworzę. Ja zdecyduję, jaki masz być, a ponieważ nigdy taki nie będziesz, uznam, że to właśnie ty jesteś temu winien. Nieraz będę się za ciebie wstydzić, bo nie jesteś taki, jak sobie życzę. Jeśli nie wciśniesz się w te ramki, które ci wykreślę, będziesz mi zawadzać, drażnić, stracę do ciebie cierpliwość. Ja tylko udaję uprzejmość.

 

Na ścieżce miłości nie ma żadnych jeśli,

nie ma warunków. Kocham cię bez

powodu, bez uzasadnienia. Kocham cię takim, jaki jesteś.

 

Na ścieżce miłości nie ma żadnych jeśli, nie ma warunków. Kocham cię bez powodu, bez uzasadnienia. Kocham cię takim, jaki jesteś. Jeśli nie podoba mi się, jaki jesteś, lepiej związać z kimś innym, kto będzie mi odpowiadał. Nie mamy prawa nikogo zmieniać i nikt nie ma prawa zmieniać nas. Jeśli mamy zamiar się zmienić, to dlatego, że sami tego chcemy, dlatego że nie chcemy cierpieć ani chwili dłużej.

Większość ludzi przeżywa całe swoje życie na ścieżce lęku. Pozostają w swoich związkach, ponieważ uważają, że muszą. Zmagają się z bezlikiem oczekiwań, jakie mają względem partnera i siebie. Cały ten dramat, całe cierpienie wynika stąd, że posługujemy się kanałami komunikacyjnymi, które powstały jeszcze przed naszymi narodzinami. Ludzie sądzą i są sądzeni, plotkują na siebie, plotkują z przyjaciółmi i z każdym, kto ma na to ochotę. Sprawiają, że poszczególni członkowie rodziny nienawidzą się nawzajem. Gromadzą emocjonalną toksynę i przelewają ją na swoje dzieci. „Popatrz tylko na swego ojca, na to, co mi zrobił! Nie bądź taki jak ojciec! Wszyscy mężczyźni są tacy! Takie są wszystkie kobiety!" To właśnie robimy ludziom, których powinniśmy kochać najbardziej - naszym dzieciom, przyjaciołom, rodzicom.

Na ścieżce lęku istnieje tak wiele warunków, oczekiwań i obowiązków, że tworzymy mnóstwo reguł, tylko po to, by osłonić się przed emocjonalnym bólem. Tymczasem nie powinno być żadnych reguł. Wszelkie prawidła wpływają i zakłócają jakość odbioru naszych kanałów komunikacyjnych. Jest tak dlatego, że kiedy się boimy - kłamiemy. Jeśli się spodziewasz, że będę taki, jakim chciałbyś mnie widzieć, poczuwam się do obowiązku, żeby spełnić to oczekiwanie. Tymczasem wcale taki nie jestem. Kiedy jestem szczery, kiedy jestem taki, jaki jestem, nie akceptujesz mnie, czujesz się zraniony. Więc następnym razem skłamię, ponieważ boję się odrzucenia. Boję się, że mnie zbesztasz, oskarżysz, uznasz za winnego, ukarzesz. A ty ciągle o tym pamiętasz i wymierzasz mi karę znowu i znowu, i znowu - za ten sam błąd.

Na ścieżce miłości jest sprawiedliwość. Jeśli popełnisz błąd, zapłacisz za niego tylko raz, a jeśli naprawdę siebie kochasz, będziesz się uczyć na błędach. Na ścieżce lęku nie ma sprawiedliwości. Za ten sam błąd płacisz tysiące razy. Tak się rodzi poczucie niesprawiedliwości, które otwiera mnóstwo emocjonalnych ran. I oczywiście potem z góry nastawiasz się na

 

Nie mamy prawa nikogo zmieniać i nikt

nie ma prawa zmieniać nas.

Jeśli mamy zamiar się zmienić, to dlatego, że sami tego chcemy.

 

niepowodzenie. Ludzie robią dramat ze wszystkiego, nawet z rzeczy bardzo prostych i mało istotnych. Postrzegamy te dramaty jako normalne związki, ponieważ pary kroczą ścieżką lęku.

 

*

 

W każdym związku są dwie połówki. Jedną połówką jesteś ty, a drugą twój syn, twoja córka, twój ojciec, matka, przyjaciel czy partner. Z tych dwóch połówek odpowiadasz tylko za swoją połowę. Nie odpowiadasz za tę drugą. To nieważne, na ile bliska, jak ci się wydaje, jest ci ta osoba, czy jak bardzo ją kochasz. Po prostu nie ma możliwości, abyś mógł odpowiadać za coś, co jest w głowie drugiej osoby. Nigdy nie wiesz do końca, co ona czuje, w co wierzy, z jakich wychodzi założeń. Nie wiesz o niej niczego. Nie potrafimy zrozumieć takiej prostej i w gruncie rzeczy oczywistej prawdy. Ciągle próbujemy przejąć odpowiedzialność za drugą połowę i dlatego związki w piekle są oparte na lęku, nieszczęściu, walce o władzę.

Jeśli walczymy o sprawowanie kontroli, wynika to z braku szacunku. Tak naprawdę wcale nie kochamy. To egoizm, a nie miłość. Chodzi nam tylko o te małe dawki, które sprawiają, że czujemy się dobrze. Kiedy nie mamy szacunku, zaczyna się wojna o władzę, ponieważ każdy chce odpowiadać, czyli decydować za drugiego. Muszę cię kontrolować, ponieważ cię nie szanuję. Muszę odpowiadać za ciebie, bo jeśli coś ci się stanie, zrani to i mnie, a ja nie chcę bólu. Zresztą jeśli zobaczę, że jesteś nieodpowiedzialny, będę cię przez cały czas poszturchiwać, żeby przypomnieć ci o odpowiedzialności. Odpowiedzialności z mojego punktu widzenia. Choć to wcale nie oznacza, że mam rację.

Oto co się dzieje, kiedy przychodzimy ze ścieżki lęku. Ponieważ nie mam dla ciebie szacunku, postępuję tak, jakbyś nie był wystarczająco dobry albo wystarczająco inteligentny, żeby wiedzieć, co jest dla ciebie dobre, a co złe. Wychodzę z założenia, że nie jesteś wystarczająco silny, aby podjąć wyzwanie i zadbać o siebie. Muszę przejąć kontrolę, więc mówię: „Pozwól, że zrobię to za ciebie" albo: „Nie rób tego". Staram się podporządkować sobie twoją połowę związku i zapanować nad całością. Jeśli przejmę kontrolę nad całym naszym związkiem, co się stanie z twoją rolą? Zniknie.

Tylko z drugą połową możemy dzielić się przeżyciami, cieszyć się, tworzyć razem najpiękniejszy sen.

 

W każdym związku są dwie połówki. Z tych dwóch połówek odpowiadasz

tylko za swoją połowę. Nie odpowiadasz za tę drugą.

 

Tymczasem druga połowa ma zawsze swój własny sen, swoją własną wolę, nigdy nie zawładniemy owym snem, choćbyśmy nie wiem jak się starali. Mamy więc wybór: możemy działać przeciwko sobie i walczyć o władzę albo stworzyć drużynę. W drużynie zawsze gra się ze sobą, a nie przeciwko sobie.

Jeśli grasz w tenisa, masz partnera i jesteście drużyną. Nigdy nie występujecie przeciwko sobie. Nigdy. Nawet jeżeli różnicie się stylem gry, macie ten sam cel: bawić się razem, razem grać, być kumplami. Jeśli

masz partnera, który narzuca ci swój styl gry i mówi: Nie, nie graj w ten sposób, graj tak! Nie, źle to robisz!" - gra przestaje być dla ciebie zabawą. W końcu \v ogóle nie chcesz grać z takim partnerem. Zamiast tworzyć drużynę, twój partner chce ci narzucić sposób gry. Brak myślenia zespołowego zawsze powoduje konflikty. Jeśli popatrzysz na swoje partnerstwo, swój romantyczny związek, jak na drużynę, wszystko samo się naprawi. W związku, tak jak w grze, nie chodzi o

 

Uświadomiwszy sobie, że nikt nie

może sprawić, że będziesz szczęśliwy,

ponieważ szczęście jest rezultatem

miłości emanującej z ciebie,

posiądziesz wiedzę o Sztuce Miłości

i staniesz się Mistrzem.

 

wygrywanie i przegrywanie. Chodzi o samą grę. Grasz, ponieważ chcesz się bawić.

Na ścieżce miłości dajesz więcej, niż bierzesz. I oczywiście kochasz siebie samego na tyle, by nie pozwolić wykorzystywać się egoistom. Nie szukasz odwetu, ale podajesz jasne komunikaty. Możesz powiedzieć: „Nie podoba mi się, że próbujesz mnie wykorzystywać, że mnie nie szanujesz, że jesteś dla mnie niegrzeczny. Nie potrzebuję kogoś, kto mnie będzie obrażał słownie, emocjonalnie, fizycznie. Nie muszę bez przerwy słuchać twoich narzekań. Nie chodzi o to, że jestem lepszy od ciebie, lecz o to, że kocham piękno. Kocham śmiać się. Kocham bawić się. Kocham kochać. To nie znaczy, że jestem egoistyczny, po prostu nie potrzebuję obok siebie kogoś, kto czuje się ofiarą. To nie znaczy, że cię nie kocham, ale nie mogę brać na siebie odpowiedzialności za twój sen. Jeśli zwiążesz się ze mną, będzie to bardzo trudne dla twojego Demona, ponieważ w ogóle nie będę reagować na twój balast ran". To nie jest egoizm, to miłość i szacunek dla nas samych. Egoizm, władczość i lęk zniszczą niemal każdy związek. Szlachetność, wolność i miłość są zaczynem najpiękniejszych związków - niekończącego się romansu.

 

*

 

Doskonalenie więzi spoczywa na tobie. Pierwszym krokiem jest zyskanie świadomości. Musisz wiedzieć, że każdy śni swój własny sen. Skoro już o tym wiesz, możesz podjąć odpowiedzialność za swoją połowę związku, czyli za siebie. Wiedząc, że odpowiadasz tylko za swoją połówkę, możesz ją z łatwością kontrolować. Kontrolowanie, zarządzenie drugą połową, wcale nie należy do nas. Jeśli szanujemy, wiemy, że nasz partner, nasz przyjaciel, syn czy matka ponoszą całkowitą odpowiedzialność za swoją połowę. Jeśli to uszanujemy, w naszym związku zawsze będzie panował pokój. Nie będzie walki.

Po drugie, jeśli wiesz, czym jest miłość, a czym jest lęk, będziesz także wiedział, jak objaśniać swój sen innym. Jakość twego przekazu zależy od wyborów, jakich dokonujesz w każdym momencie życia, od tego, czy twoje emocje są skierowane na miłość, czy na lęk. Jeżeli zorientujesz się, że podążasz ścieżką lęku, świadomość ta pomoże ci skierować uwagę na ścieżkę miłości. Samo

 

Jedynym sposobem doskonalenia

miłości jest jej praktykowanie, uczenie

się miłości i trenowanie. Nie musisz

usprawiedliwiać swojej miłości, nie

musisz jej objaśniać, ale musisz się jej

uczyć. Tylko praktyka czyni mistrza.

 

zrozumienie, gdzie jesteś, sama zmiana kierunku koncentracji myśli, zmieni wokół ciebie wszystko.

Wreszcie, uświadomiwszy sobie, że nikt nie może sprawić, że będziesz szczęśliwy, ponieważ szczęście jest rezultatem miłości emanującej z ciebie, posiądziesz wiedzę o Sztuce Miłości i staniesz się Mistrzem, tak jak to rozumieją Toltekowie.

Można bez końca mówić o miłości i napisać o niej tysiące książek, mimo to miłość dla każdego z nas będzie czymś innym, ponieważ musimy sami jej doświadczyć. Miłość to nie jest idea, pomysł, lecz działanie, czyn. Tylko „czynna" miłość daje szczęście. „Czynny" lęk daje wyłącznie cierpienie.

Jedynym sposobem doskonalenia miłości jest jej praktykowanie, uczenie się miłości i trenowanie. Nie musisz usprawiedliwiać swojej miłości, nie musisz jej objaśniać, ale musisz się jej uczyć. Tylko praktyka czyni mistrza.

 

5. Związek doskonały

 

wyobraźmy sobie związek doskonały. jesteś zawsze bezgranicznie szczęśliwy ze swoim partnerem, ponieważ żyjesz z idealnym mężczyzną lub idealną kobietą. Idealnym dla ciebie. Jak opisałbyś swoje życie z taką osobą?

Cóż, relacje między tobą a tą osobą będą dokładnie takie same, jak twoje relacje z psem. Pies jest psem. Cokolwiek byś robił, on i tak pozostanie psem. Nie zmienisz psa w kota. Jest tym, czym jest.

Niezwykle ważne jest zaakceptowanie tego w relacjach z innymi ludźmi. Nie zdołasz ich zmienić. Kochasz ich takimi, jakimi są, albo nie kochasz ich wcale. Wszelkie próby przekształcania ich, by pasowali do twoich wyobrażeń, są jak próby przerabiania psa w kota lub kota w konia. Są tym, czym są, tacy, jacy są, i ty jesteś, jaki jesteś. Jedno z dwojga - albo tańczysz, albo nie tańczysz. Musisz być absolutnie uczciwy wobec siebie - powiedzieć sobie, czego chcesz i zobaczyć, czy masz ochotę tańczyć, czy nie. Musisz zrozumieć ten punkt widzenia, ponieważ to bardzo ważne. Zrozumiawszy prawdę o sobie, zobaczysz prawdy dotyczące innych ludzi - to znaczy dostrzeżesz, jacy są, a nie tylko to, jakimi chciałbyś ich widzieć.

Mając psa czy kota, pomyśl, jak odnosisz się do swojego pupila. Rozważmy dla przykładu twój związek z psem. Zwierzę wie, jak sobie ułożyć z tobą doskonałe stosunki. Jeśli twój pies napsoci, a ty będziesz się na niego gniewać - pies nie dba o to, po prostu cię kocha. Nie ma żadnych oczekiwań. Czyż to nie wspaniałe? A jak jest z twoją dziewczyną, twoim chłopakiem, twoim mężem czy żoną? Oni wszyscy mają mnóstwo oczekiwań, które w dodatku stale się zmieniają.

Pies odpowiada tylko za swoją połowę związku z tobą. Jedna połowa tego związku jest absolutnie normalna, oczywiście część należąca do psa. Kiedy wracasz do domu, szczeka, merda ogonem, łasi się, ponieważ jest szczęśliwy, że cię widzi. Doskonale wywiązuje się ze swej roli, a ty wiesz, że to jest doskonały pies. Twoja część waszego związku również jest prawie doskonała. Rozumiesz swoją odpowiedzialność: karmisz psa, dbasz o niego, bawisz się z nim. Kochasz go bezwarunkowo. Zrobisz dla niego niemal wszystko. Ty wywiązujesz się ze swych zadań doskonale, i pies też.

Większość ludzi jest w stanie wyobrazić sobie taki typ relacji ze swoim psem, a dlaczego nie z kobietą czy mężczyzną? Czy znasz jakąś kobietę lub jakiegoś

 

Możesz się zakochać w każdym, ale do tego, żeby być z kimś na co dzień, potrzeba ścisłego dopasowania się,

odpowiedniego wyboru. Ta osoba nie musi być absolutnie taka sama jak ty.

Razem musicie być jak klucz w zamku - układ, który działa.

 

mężczyznę, który nie jest doskonały? Pies jest psem i to jest dla ciebie zrozumiałe. Nie musisz poczuwać się do odpowiedzialności za swego psa, aby zrobić z niego psa. Pies też nie próbuje zrobić z ciebie dobrego człowieka, dobrego pana. Więc czemu nie pozwalamy kobiecie być po prostu kobietą, a mężczyźnie mężczyzną? Dlaczego nie kochamy ich po prostu za to, jacy są, nie próbując ich zmieniać?

Może myślisz sobie; „A jeśli jestem z niewłaściwą kobietą lub niewłaściwym mężczyzną?" To bardzo ważne pytanie. Oczywiście, że musisz wybrać odpowiednią kobietę lub odpowiedniego mężczyznę. A co to znaczy właściwa kobieta czy właściwy mężczyzna? To ktoś, kto chce iść w tym samym kierunku, co ty, ktoś, kto ma podobne do ciebie poglądy i wyznaje podobne wartości - duchowe, fizyczne, psychiczne, ekonomiczne i wszystkie inne.

Jak rozpoznać odpowiedniego partnera? Wyobraź sobie, że jesteś mężczyzną, a kobieta ma zamiar cię wybrać. Skoro istnieją setki kobiet rozglądających się za mężczyzną, a każda z nich bierze cię pod uwagę, dla ilu z nich będziesz odpowiedni? Nie wiadomo. Dlatego musisz poznawać, badać i podejmować ryzyko. Ja mogę ci tylko powiedzieć, że kobieta odpowiednia dla ciebie to ta, którą kochasz za to, jaka jest, kobieta, której ani nie musisz, ani nie chcesz zmieniać. To jest właściwa dla ciebie kobieta. Jeśli będziesz miał szczęście, znajdziesz odpowiednią dla siebie partnerkę i równocześnie staniesz się odpowiednim dla niej mężczyzną.

Będziesz właściwym mężczyzną dla niej, jeśli pokocha cię takim, jakim jesteś i nie będzie chciała cię zmieniać. Nie musi ponosić za ciebie odpowiedzialności, może wierzyć, że będziesz taki, jak twierdzisz, że jesteś, taki, jak się przedstawiasz. I sama będzie tak uczciwa, jak to tylko możliwe, ukaże ci się taką, jaka jest naprawdę. Nie będzie udawać kogoś, kim nie jest, co wkrótce i tak sam byś odkrył. Ktoś, kto cię kocha, kocha cię za to, jaki jesteś. Jeśli ktoś próbuje cię zmieniać, znaczy, że nie jesteś osobą, której pragnie. Po co więc miałby być z tobą?

Wiadomo, łatwo kochać psa, ponieważ pies nie ocenia cię. Kocha cię bezwarunkowo. To ważne. Toteż jeśli partner kocha cię takim, jaki jesteś, to kocha cię tak, jak twój pies kocha ciebie. Możesz być sobą ze swoim partnerem. Możesz być mężczyzną, możesz być kobietą, tak jak pies może być przy tobie po prostu psem.

Kiedy spotykasz jakąś osobę, zaczyna wysyłać w twoim kierunku informacje. Ledwie może się doczekać, by dzielić z tobą swój sen. Otwiera się przed tobą, nawet jeśli tego nie wie. To takie proste, widzieć tę osobę taką, jaka jest naprawdę. Nie musisz się okłamywać. Widzisz, co masz przed sobą, i albo tego chcesz, albo nie. Nie możesz jednak obwiniać tej drugiej osoby za to, że nie jest kotem, psem czy koniem. Jeśli chcesz psa, to po co przynosisz do domu kota? Jeśli chcesz kota, to dlaczego kupujesz konia lub kurczaka?

Czy wiesz, jakiego rodzaju mężczyzny czy kobiety pragniesz? Oczywiście kogoś, kto sprawi, że twoje serce zacznie śpiewać, kogoś, kto „nadaje na tej samej fali", kto kocha cię, jakim jesteś. Po co się do czegokolwiek przymuszać? Dlaczego nie brać tego, czego się chce? Po co udawać, że się do kogoś pasuje, skoro tak nie jest? To nie znaczy, że jej nie kochasz. To znaczy, że dokonujesz wyboru i mówisz „tak" lub „nie". Bo kochasz również siebie. Dokonujesz wyborów i odpowiadasz za nie. Jeśli wybór się nie sprawdza, nie obwiniasz siebie. Po prostu dokonujesz następnego wyboru.

A teraz wyobraźmy sobie, że przyniosłeś do domu psa, lecz uwielbiasz koty. Chciałbyś, żeby twój

 

Tylko kochając i akceptując siebie, jakim

się jest, można zaistnieć naprawdę

i wyrazić swoją osobowość.

 

pies zachowywał się jak kot, próbujesz go zmieniać, bo nigdy nie mówi „miau". Po co to robisz swemu psu? Po prostu znajdź kota! To jedyny sposób na zbudowanie wspaniałego związku. Po pierwsze musisz wiedzieć, czego chcesz, jak bardzo i kiedy tego chcesz. Musisz dokładnie wiedzieć, jakie są potrzeby twojego ciała i duszy, i co ci najbardziej odpowiada.

Istnieją miliony mężczyzn i kobiet, a każdy jest jedyny w swoim rodzaju. Jedni będą świetnie do ciebie pasować, inni wcale. Możesz się zakochać w każdym, ale do tego, żeby być z kimś na co dzień, potrzeba ścisłego dopasowania się, odpowiedniego wyboru. Ta osoba nie musi być absolutnie taka sama jak ty. Razem musicie być jak klucz w zamku - układ, który działa.

Musisz być uczciwy wobec siebie i wobec wszystkich innych. Wyraź to, co jak ci się wydaje, czujesz, pokaż, kim jesteś i nie udawaj kogoś, kim nie jesteś. To jest trochę jak targowisko. Masz zamiar się sprzedać i chcesz coś kupić. Po to, żeby kupić, musisz sprawdzić jakość tego, co nabywasz. Po to, żeby się sprzedać, musisz pokazać innym, niż jesteś. Nie chodzi o to, żeby wydawać się lepszym lub gorszym niż inni, chodzi o to, żeby być tym, kim się jest.

Jeśli znajdziesz to, czego chcesz, czemu nie zaryzykować? Ale jeśli weźmiesz nie to, czego chcesz naprawdę, drogo za to zapłacisz. Nie użalaj się wtedy nad sobą: „Mój partner mnie wykorzystuje!", skoro było to do przewidzenia od samego początku. Nie okłamuj się. Nie wynajduj w ludziach tego, czego w nich nie ma. Takie jest główne przesłanie. Jeśli wiesz, czego chcesz, stwierdzisz, że związek może być podobny do związku z twoim psem, tylko o wiele lepszy.

Patrz na to, co masz przed sobą, nie bądź ślepy, nie udawaj też, że widzisz coś, czego tam nie ma. Nie lekceważ, nie odrzucaj tego, co widzisz, tylko po to, żeby dokonać transakcji, bo taki interes nie zaspokoi twoich potrzeb. Nieudany zakup zawsze kończy swój żywot w garażu lub w piwnicy. Podobnie jest w zwiąż, ku. Możliwe, że na opanowanie tej bolesnej lekcji zużyjemy całe lata, ale to będzie dobry początek. Jeśli dobrze zaczniesz, cała reszta będzie łatwiejsza, bo najważniejsze, żebyś był sobą.

Zdarza się, że zainwestowałeś już w swój związek sporo czasu i decydujesz się na dalsze jego podtrzymywanie. Wtedy również możesz zacząć wszystko od początku, akceptując i kochając swego partnera takim, jaki jest. Jednak najpierw będziesz się musiał cofnąć o krok: siebie też musisz zaakceptować i pokochać takim, jaki jesteś. Tylko kochając i akceptując siebie, jakim się jest, można zaistnieć naprawdę i wyrazić swoją osobowość. Nie powinieneś udawać kogoś innego. Jeśli udajesz kogoś, kim nie jesteś, zawsze poniesiesz porażkę.

Kiedy zaakceptujesz siebie takim, jaki jesteś, twoim następnym krokiem powinno być zaakceptowanie partnera. Jeśli chcesz z nim być, nie próbuj w nim niczego zmieniać. Tak jak z psem czy kotem. Pozwól mu być, kim jest. Ma do tego prawo. Ma prawo być wolny. Kiedy ograniczasz wolność partnera, tym samym ograniczasz własną, ponieważ będziesz musiał stale czuwać, kontrolować, co robi, a czego nie robi. Skoro jednak kochasz siebie jak należy, nigdy nie przystaniesz na ograniczenie wolności osobistej.

Czy dostrzegasz jakieś możliwości, które daje ci ten związek? Zbadaj je. Bądź sobą. Znajdź kogoś, kto z tobą współgra. Podejmij ryzyko, ale bądź uczciwy. Jeśli układ się sprawdza, podtrzymuj go. Jeśli nie, zrób sobie i partnerowi przysługę: odejdź, pozwól mu odejść. Nie bądź egoistą. Daj mu szansę znaleźć to, czego chce, i równocześnie daj sobie taką samą szansę. Jeśli coś się nie sprawdza, lepiej rozejrzeć się za czymś innym. Jeśli nie potrafisz kochać partnera takiego, jaki jest, może będzie to umiał ktoś inny. Nie marnuj swego czasu i nie marnuj czasu partnera. To jest szacunek.

Jeśli ty jesteś dealerem, a twój partner uzależnionym, i nie odpowiada ci ten układ, może będziesz szczęśliwszy z kimś innym. Ale jeśli już zdecydujesz się na pozostanie w związku, staraj się z całych sił. Staraj się, ponieważ czeka cię za to nagroda. Jeśli potrafisz kochać partnera, jakim jest, jeśli potrafisz całkowicie się przed nim otworzyć, możesz poprzez miłość sięgnąć nieba.

A jeśli już masz kota, a chcesz mieć psa, co wtedy robić? Możesz zacząć trening z myślą o przyszłości. Należy zacząć wszystko od nowa, zrywając z przeszłością. Nie masz obowiązku kurczowego trzymania się przeszłości. Każdy może się zmienić. Na dobry początek wybacz partnerowi wszystko, co było między wami. Niech to wszystko zginie, przepadnie, bo nie było tam niczego prócz osobistej urazy i nieporozumień. Po prostu któreś z was czuło się zranione i próbowało oddać. Cokolwiek by to było, nie jest warte zaprzepaszczenia szansy na przyszłość. Miejmy odwagę zaangażować się na sto procent, albo zrezygnujmy. Pozwólmy odejść przeszłości i każdy nowy dzień zaczynajmy na wyższym poziomie miłości. To podsyci płomień i sprawi, że miłość rozwinie się jeszcze bardziej.

Trzeba też zrozumieć, co oznacza mieć dobre i złe chwile. Jeżeli jako zły moment ktoś klasyfikuje

 

Kiedy zaakceptujesz siebie takim, jaki jesteś, twoim następnym krokiem

powinno być zaakceptowanie partnera.

Jeśli chcesz z nim być, nie próbuj w nim niczego zmieniać.

 

przemoc fizyczną lub psychiczną, to sądzę, że taka para powinna natychmiast się rozstać. Jeśli złym momentem jest utrata pracy, kłopoty w firmie czy wypadek, to rzeczywiście jest to rodzaj złej chwili. Jeśli złe momenty wynikają z lęku, z braku szacunku, poniżania czy nienawiści, nie wiem, ile takich momentów zdoła przetrwać para.