(23kB)
strona główna


 

Anne Rice

Krzyk w niebiosa

(Tłumaczyła Agnieszka Rzepa}

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

1

 

Guido Maffeo został wykastrowany i wysłany na nauki do najlepszych mistrzów śpiewu w Neapolu, kiedy skończył sześć lat.

Przedtem znał tylko niezmienny głód i okrucieństwo dużej wieśniaczej rodziny, której był jedenastym potomkiem. Przez całe życie Guido pamiętał, że pierwszy dobry posiłek i miękkie łóżko dali mu ci, którzy uczynili z niego eunucha.

Pokój, do którego zaprowadzono go w górskim miasteczku Caracena, był przepiękny. Miał prawdziwą podłogę, wyłożoną gładkimi kamiennymi płytami, a na ścianie Guido po raz pierwszy w życiu ujrzał tykający zegar i bardzo się go przestraszył. Mężczyźni o łagodnych głosach, którym oddała go matka, poprosili, żeby dla nich zaśpiewał. W nagrodę dostał później kielich czerwonego wina, szczodrze osłodzonego miodem.

Kiedy rozebrali go i położyli w ciepłej kąpieli, był już tak słodko senny, że niczego się nie bał. Delikatne ręce masowały mu kark. Ponownie zanurzając się w wodzie, Guido czuł, że dzieje się z nim coś cudownego i ważnego. Nikt i nigdy jeszcze tak się nim nie zajmował.

Prawie już spał, kiedy wyjęto go z kąpieli i przywiązano do stołu. Przez moment czuł, że spada. Głowę miał niżej niż nogi. W chwilę później, ciasno przymocowany, znowu zasypiał, czując gładzące go między nogami jedwabiste dłonie. Dawały mu cień grzesznej rozkoszy. Kiedy zobaczył nóż, zaczął krzyczeć, otwierając szeroko oczy.

Wyginał się. Usiłował zerwać więzy. Ale tuż obok zabrzmiał karcąco jakiś miękki, kojący głos: - Och, Guido, Guido!

Te wspomnienia nigdy go nie opuściły.

Tamtej nocy obudził się na śnieżnobiałych prześcieradłach, przesiąkniętych wonią zmiażdżonych zielonych liści. Mimo bólu między nogami wygramolił się z łóżka i stanął zdumiony przed chłopczykiem w lustrze. Szybko zorientował się, że to jego własne odbicie, które dotychczas widział tylko w spokojnej tafli wody. Przyglądał się swoim ciemnym lokom, dokładnie dotykał całej twarzy, szczególnie małego, płaskiego nosa, który wydawał mu się podobny raczej do grudki mokrej gliny niż do nosów innych ludzi.

Mężczyzna, który wszedł wtedy do pokoju, nie ukarał go, tylko nakarmił, podając zupę srebrną łyżką. Dodawał mu odwagi, przemawiając w dziwnym języku. Na ścianach wisiały małe, kolorowe wizerunki wielu twarzy. Wschodzące słońce wydobyło ich szczegóły. Na podłodze Guido zobaczył parę błyszczących, czarnych butów z cienkiej skórki, tak małych, że pasowały na jego stopę. Wiedział, że je dostanie.

 

 

Był rok 1715. Ludwik XIV, le roi soleil Francji, właśnie zmarł. Rosją władał car Piotr Wielki.

W dalekiej północnoamerykańskiej kolonii Massachusetts Benjamin Franklin kończył dziewięć lat. Jerzy I wstąpił właśnie na tron angielski.

Afrykańscy niewolnicy uprawiali pola Nowego Świata po obu stronach równika. W Londynie wieszano ludzi za kradzież bochenka chleba. W Portugalii palono żywcem za herezję.

Wytworni panowie zakładali ogromne białe peruki, kiedy wychodzili z domu; nosili szable i zażywali tabaki z małych, zdobnych tabakierek. Ubierali się w spodnie zapinane pod kolanem na sprzączkę, pończochy, buty na wysokich obcasach. Ich płaszcze ozdabiały olbrzymie kieszenie. Damy w gorsetach z mnóstwem falbanek przyklejały do policzków zalotne muszki, tańczyły menueta w krynolinach, prowadziły salony, zakochiwały się, cudzołożyły.

Ojciec Mozarta jeszcze się nie urodził. Jan Sebastian Bach miał trzydzieści lat. Galileusz nie żył od siedemdziesięciu trzech lat. Izaak Newton był starcem, Jean Jacques Rousseau dzieckiem.

Opera włoska podbiła swat. Tegoż roku Neapol miał ujrzeć “Il Tigrane” Alessandra Scarlattiego, a Wenecja “Narone fatta Cesare” Vivaldiego. Najznamienitszym kompozytorem Londynu był Georg Friedrich Haendel.

Duża część słonecznego Półwyspu Apenińskiego znajdowała się pod obcą dominacją. Arcyksiążę Austrii władał Mediolanem na północy i Królestwem Neapolu na południu.

 

 

Guido nie wiedział nic o wielkim świecie. Nie mówił nawet językiem swojego ojczystego kraju. Nie widział niczego, co mogłoby się równać z Neapolem, a konserwatorium, w którym go umieszczono, z widokiem na morze i miasto wydawało mu się olśniewającym pałacem.

Nigdy jeszcze nie dotykał tkaniny równie delikatnej jak ta, z której uszyto podarowane mu czarne szaty i czerwoną szarfę. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę tu zostanie, aby - już zawsze - śpiewać i grać. Niemożliwe, żeby to było przeznaczone właśnie jemu. Kiedyś w końcu odeślą go do domu.

Nie zrobili tego.

Kiedy w duszne popołudnia fiesty w nieskazitelnym odzieniu kroczył zatłoczonymi ulicami razem z innymi wykastrowanymi dziećmi, a jego czyste, brązowe loki lśniły w słońcu, był dumny, że jest jednym z nich. Ich hymny wznosiły się w powietrze jak szczególna woń lilii i świec. Kiedy weszli do wysokiego kościoła i ich cienkie głosy rozbrzmiały nagle potęgą wśród oszałamiającego Guida splendoru, po raz pierwszy poczuł się naprawdę szczęśliwy.

 

 

Całymi latami powodziło mu się doskonale. Obowiązująca w konserwatorium dyscyplina była dla niego niczym. Śpiewał sopranem, na którego dźwięk pękało szkło. Odkąd tylko dostał do ręki pióro, zapisywał niezdarnie melodie, ucząc się komponować, zanim jeszcze umiał czytać i pisać. Nauczyciele go uwielbiali.

Jednak wraz z upływem czasu zaczął pojmować coraz więcej. Bardzo szybko zorientował się, że nie wszyscy muzycy, z którymi się styka, zostali wykastrowani jako mali chłopcy. Niektórzy z nich byli mężczyznami, żenili się, płodzili dzieci. Jednakże nawet dla najlepszego skrzypka, najbardziej twórczego kompozytora sława, bogactwo, splendor wielkich śpiewaków-kastratów pozostawały niedosiężne.

Chóry kościelne, dworskie orkiestry i opery całego świata poszukiwały włoskich muzyków. Ale świat wielbił tylko sopranistów. To o nich wiedli spory królowie, to na ich widok publiczność wstrzymywała oddech. To śpiewak nadawał operze prawdziwy sens. Ni-colino, Cortono, Ferreri pamiętani byli jeszcze długo po tym, kiedy ci, którzy dla nich komponowali, odeszli w zapomnienie. A w małym światku konserwatorium Guido należał do grupy uprzywilejowanych wybrańców, których lepiej żywiono, ubierano, umieszczano w cieplejszych pokojach, pielęgnując ich niezwykły talent.

Obserwując wciąż powiększające się zastępy kastratów, patrząc, jak w miejsce starych pojawiają się młodsi, Guido zauważył wkrótce, że z setek idących corocznie pod nóż zaledwie garstka obdarzona jest pięknym głosem. Przybywali zewsząd: Giancarlo, wiodący śpiewak toskańskiego chóru, wykastrowany w wieku dwunastu lat dzięki uprzejmości maestra, który przywiózł go do Neapolu; Alonso, pochodzący z rodziny muzyków, którego operację zaaranżował jego wuj - eunuch; albo dumny Alfredo, mieszkający w domu swego protektora od tak dawna, że nie pamiętał już ani swoich rodziców, ani chirurga.

No i byli jeszcze niedomyci, niepiśmienni chłopcy, nie znający dialektu Neapolu - chłopcy jak on sam.

Teraz stało się dla niego jasne, że rodzice sprzedali go bez zastanowienia. Był ciekaw, czy przedtem jakiś maestro odpowiednio wsłuchał się w jego głos. Niczego takiego sobie nie przypominał. Możliwe, że złapano go w sieć zarzuconą bez namysłu, z przekonaniem, iż zawsze znajdzie się w niej coś godnego uwagi.

Wszystko to Guido zauważał tylko mimochodem. Był wiodącym śpiewakiem chóru, solistą na scenie konserwatorium, sam pisał już ćwiczenia dla młodszych uczniów. Zanim skończył dziesięć lat, miał okazję słyszeć Nicolina w operze, dostał własny klawikord, zezwolono mu ćwiczyć do późnej nocy. W nagrodę otrzymał ciepłe koce, ładny płaszcz - więcej niż kiedykolwiek miałby odwagę zażądać. Od czasu do czasu pozwalano mu śpiewać przed zachwyconą publicznością w olśniewających wnętrzach prawdziwego pałacu.

Zanim pojawiły się wątpliwości drugiej dekady życia, Guido nauką i regularnymi ćwiczeniami stworzył sobie solidne podstawy do robienia kariery. Jego wysoki, czysty, nadzwyczajnie dźwięczny i elastyczny głos był już teraz otwarcie podziwiany.

Jednak, jak to bywa z każdą ludzką istotą, krew jego przodków, mimo zmian wywołanych kastracją, nie przestawała go kształtować. Jego krewni byli smagli i przysadziści, więc on też nie wyrósł na wiotkiego i prostego niczym trzcina eunucha, jak większość jego kolegów. Jego krępa, proporcjonalna sylwetka dawała złudzenie siły. Chociaż brązowe kędziory i namiętne usta czyniły twarz Guida podobną do oblicza cherubinka, ciemny puch nad górną wargą dodawał jej męskości.

Właściwie byłby całkiem pociągający, gdyby jego nos, spłaszczony na skutek upadku w dzieciństwie, nie wyglądał jakby zgniotła go jakaś potężna pięść, a z brązowych, pełnych uczucia oczu nie wyzierała podstępna, wieśniacza brutalność jego dziadów. Ich małomówność i spryt objawiły się w nim jako pilność i stoicyzm. Podczas kiedy oni walczyli z żywiołami, on z żarem godził się poświęcić wszystko dla swojej muzyki.

W jego manierach i wyglądzie nie można było jednak wyczuć braku ogłady. Chłonął, co tylko mógł, naśladując pełen wdzięku sposób bycia swych nauczycieli, ucząc się od nich poezji, łaciny i klasycznego języka włoskiego. Wyrósł więc na młodego śpiewaka o niezłej prezencji, niepokojąco przy tym powabnego dzięki łatwo zauważalnym cechom szczególnym. Przez całe życie miał słyszeć, jak mówiono: “Jakiż on brzydki” lub “Skąd, jest uroczy!

Nie zdawał sobie sprawy tylko z tego, jak groźne jest jego spojrzenie. Był potomkiem ludzi brutalniejszych niż zwierzęta, którymi się opiekowali, i sam też wyglądał jak ktoś, kto nie zawaha się przed niczym. W oczach, płaskim nosie, lubieżnych ustach, w całej twarzy Guida był gniew. Nie zdając sobie z tego sprawy, osłonił się nim jak tarczą ochronną. Nikt nie próbował go napastować.

Był jednak powszechnie lubiany. Normalni chłopcy czuli do niego taką samą sympatię jak kastraci. Skrzypkowie przepadali za nim, bo każdy z nich go fascynował, pisał też dla nich wspaniałe utwory. Zaczął być znany jako ciche, poważne, delikatne niedźwiedziątko, którego nie można się było bać, jeśli się je znało.

 

 

Pewnego ranka, kiedy Guido miał już prawie piętnaście lat, obudzono go i kazano zejść do gabinetu Maestra. Nie zaniepokoiło go to. Nigdy nie był w tarapatach.

- Usiądź! - powiedział jego ulubiony nauczyciel, Maestro Cavalla. Pozostali otoczyli go kołem. Nigdy jeszcze nie traktowali go tak przyjacielsko, jednak ten krąg twarzy sprawiał na nim nieprzyjemne wrażenie. Od razu domyślił się, dlaczego. Odezwało się wspomnienie pokoju, w którym go wykastrowano, pomyślał sobie jednak, że to o niczym nie świadczy.

Maestro, siedzący za rzeźbionym biurkiem, zanurzył pióro w kałamarzu, wypisał na kawałku pergaminu jakieś cyfry i podał mu go. Grudzień 1727. Cóż to może znaczyć? Przez ciało Guida przebiegł dreszcz.

- To data - powiedział Maestro prostując się - twojego pierwszego występu jako primo uomo w rzymskiej operze.

A więc udało mu się.

Nie będzie śpiewał w chórze kościelnym w parafiach w głębi kraju ani w katedrach wielkich miast. Nie czekał na niego nawet chór Kaplicy Sykstyńskiej. To wszystko było poza nim, a marzenie, które rok po roku inspirowało ich wszystkich, bez względu na to, czy byli biedni czy bogaci i skąd pochodzili, miało się właśnie dla niego spełnić: opera.

- Rzym - szeptał, wychodząc samotnie na korytarz. Na zewnątrz stało dwóch uczniów. Wydawało się, że na niego czekają. Przeszedł, jakby ich nie zauważył. Wyszedł na podwórze. - Rzym - szepnął raz jeszcze i rozkoszował się tym dźwiękiem, eksplozją głosek, które od dwóch tysięcy lat ludzie wypowiadali z zachwytem i przerażeniem: Rzym.

Tak, Rzym, potem Wenecja, Bolonia, Wiedeń, Drezno, Paryż, Praga - wszystkie linie frontu, które zdobywali kastraci. Londyn, Moskwa, znowu Palermo. Nieomal roześmiał się w głos.

Ktoś dotknął jego ramienia. Nie spodobało mu się to. Ciągle jeszcze widział rzędy lóż i wiwatującą publiczność. Kiedy wizja zniknęła, ujrzał wysokiego, smukłego eunucha o skośnych oczach, który pochodził z północy Włoch i zawsze był od niego lepszy. Tuż obok stał Alfredo, bogacz, który miał stale kieszenie pełne pieniędzy.

Chcieli, żeby poszedł z nimi do miasta; mówili, że Maestro dał mu cały dzień na świętowanie. Wtedy zorientował się, kim jest. Ci chłopcy byli wschodzącymi gwiazdami konserwatorium.

On stał się teraz jednym z nich.

 

 

2

 

Kiedy Tonio Treschi miał pięć lat, matka zepchnęła go ze schodów. Nie zrobiła tego specjalnie. Chciała go tylko uderzyć, a on ześlizgnął się w tył po marmurowej płycie i, spadając bez końca, czuł, jak ogarnia go przerażenie.

Nawet to mógłby zapomnieć, jednak jej miłość na co dzień pełna była nieprzewidywalnego okrucieństwa. Emanujące z niej szalone ciepło z minuty na minutę mogło przeistoczyć się w brutalność. Tonio żył rozdarty między przerażającą potrzebą jej obecności i nieopanowanym strachem.

Jednak tego wieczora, chcąc mu to wynagrodzić, wzięła go do Bazyliki Świętego Marka, żeby mógł ujrzeć swego ojca, idącego w procesji. Ogromny kościół, do którego się udawali, był kaplicą doży, a ojciec Tonia był Wielkim Radcą.

Wszystko to wydawało mu się później snem; ale to nie był sen. Tonio zapamiętał te chwile na całe życie.

Po upadku ukrył się przed nią na wiele godzin w czeluściach ogromnego Palazzo Treschi. Nikt nie znał lepiej od niego wszystkich czterech pięter tej wielkiej, chylącej się ku upadkowi renesansowej rezydencji. Żaden pokój czy skrzynia, w której można byłoby się schować, nie były mu obce i zawsze mógł tam się skryć, na jak długo chciał.

Mrok nie przerażał go. Nie martwił się, że może się gdzieś zgubić. Nie bał się szczurów, a nawet z pewną ciekawością śledził ich spieszne wędrówki po korytarzach. Lubił cienie na ścianach, drobne fale zamglonego światła z Canale Grande, przebiegające przez sufity zdobne w wizerunki starców. Znał te stęchłe pokoje lepiej niż świat poza nimi. To był krajobraz jego dzieciństwa, a wszystkie zagmatwane ścieżki poznaczone zostały śladami jakichś ucieczek i wypraw.

Jednak chwile spędzone bez matki były cierpieniem, więc udręczony i drżący przywlókł się w końcu do niej, jak zawsze, gdy służba przerwała już poszukiwania.

Leżała szlochając, kiedy się pojawił: pięcioletni spragniony zemsty mężczyzna o twarzy czerwonej i brudnej od płaczu. Postanowił oczywiście, że nie odezwie się do niej, jak długo będzie żył. To nic, że nie mógł bez niej wytrzymać nawet chwili.

Kiedy otworzyła ramiona, wskoczył jej na kolana i jedną ręką obejmując ją za szyję, a drugą ściskając ramię aż do bólu, siedział przytulony do jej piersi nieruchomo, jakby nie żył. Nie wiedział, że sama była wtedy jeszcze prawie dzieckiem. Czuł, jak go całuje po policzkach, po włosach i ta czułość rozbroiła go. Gdzieś pośród bólu błysnęła myśl, że jeśli mocno ją przytuli, jeśli ją tak zatrzyma, to pozostanie taka jak teraz, a ta druga istota nie wyłoni się już z niej, aby go zranić.

Matka wyprostowała się, przygładzając niesforne loki swoich sztywnych czarnych włosów, a jej brązowe oczy, wciąż zaczerwienione od płaczu, zabłysły nagle podnieceniem. - Tonio! - powiedziała, kołysząc się jak dziecko. - Jest jeszcze trochę czasu. Sama cię ubiorę. - Zaklaskała w ręce. - Zabieram cię do Bazyliki Świętego Marka.

 

 

Chociaż piastunki Tonia powiedziały “nie”, nic nie mogło jej powstrzymać. Jakaś radość wypełniła cały pokój, świece mrugały i drżały w rękach podążających za nimi służących, palce matki zręcznie zapinały jego satynowe spodenki i kamizelkę z brokatu. Śpiewając starą pieśń, zaczęła czesać grzebieniem jedwabiste, czarne loki Tonia i gwałtownie pocałowała go dwa razy.

Kiedy szli przez korytarz, a on, podekscytowany stukiem na marmurze swoich zdobnych pantofli, wysunął się do przodu, cały czas słyszał za plecami jej cichy śpiew.

Była śliczna w swojej czarnej aksamitnej sukni, z rumieńcem barwiącym ciemną skórę. Kiedy usiadła w mrocznym felze gondoli, jej twarz o skośnych oczach wyglądała w świetle latarni jak oblicze Madonny na starych bizantyjskich malowidłach. Wzięła go na kolana. Zaciągnięto zasłony. - Kochasz mnie? - spytała. Drażnił się z nią. Zbliżyła swój policzek do jego twarzy, dotykała jego rzęs swoimi tak długo, aż wybuchnął niepowstrzymanym śmiechem. - Kochasz mnie? - zawołała, ściskając jego ramię. A kiedy powiedział: - Tak - czuł jak gorąco go obejmuje i przez chwilę leżał nieruchomy, jakby sparaliżowany, w jej ramionach.

Prawie tańczył, kiedy prowadziła go przez plac. Wszyscy tu byli! Kłaniał się i kłaniał, ręce wyciągały się do jego włosów, damy przytulały go do wonnych spódnic. Signore Lemmo, młody sekretarz ojca, podrzucił Tonia w górę siedem razy, zanim matka powiedziała, żeby przestał. A piękna kuzynka, Catrina Lisani, z dwójką własnych synów u boku, podniosła welon, wzięła Tonia na ręce i przytuliła z mocą do swych białych, pachnących piersi.

 

 

Kiedy tylko przekroczyli próg ogromnego kościoła, Tonio zamilkł. Po raz pierwszy widział coś takiego. Wszystkie marmurowe kolumny otoczone były wieńcami świec, pochodnie gorzały w lichtarzach, podsycane podmuchami powietrza z otwartych drzwi. Z olbrzymich kopuł patrzyły na niego anioły i święci, wszędzie dokoła łuki, ściany, sklepienia pulsowały niezliczoną ilością złotych iskier.

Zapragnął, żeby matka wzięła go w ramiona, i bez słowa zaczął się wdrapywać na nią jak na drzewo. Pod jego ciężarem zatoczyła się ze śmiechem w tył.

Nagle tłum zaszeleścił jak liście na wietrze. Zagrzmiały trąby. Tonio obracał się desperacko we wszystkie strony, próbując je zobaczyć. - Spójrz! - szepnęła matka, ściskając go za rękę. Nad głowami ludzi, pod kołyszącym się baldachimem, pojawił się doża na swoim potężnym tronie. Powietrze wypełniła ostra, dusząca woń kadzidła. Trąby brzmiały teraz przenikliwie, wspaniale, zimno.

Nadeszli odziani w olśniewające szaty członkowie Wielkiej Rady. Tonio usłyszał przepełniony dziewczęcą ekscytacją szept matki: - Twój ojciec!

Pojawiła się wysoka, koścista postać Andrei Treschiego. Rękawy jego szaty sięgały ziemi, siwe włosy wyglądały jak lwia grzywa, głęboko osadzone jasne oczy patrzyły wprost przed siebie jak oczy posągu. - Tatuś! - zabrzmiał przenikliwy szept Tonia. Ludzie odwracali głowy, rozległ się stłumiony śmiech. Kiedy spojrzenie Radcy znalazło w tłumie syna, jego stara twarz zmieniła się, rozbłysła niemalże ekstatycznym uśmiechem, ożywiły się oczy. Matka zaczerwieniła się.

Niespodziewanie i jakby znikąd wybuchnęły potężnym śpiewem wysokie, czyste głosy. Tonio poczuł, jak coś ściska go za gardło. Przez sekundę siedział sztywny, tak zaskoczony pieśnią, że nie mógł się poruszyć. Potem zaczął się wiercić, wzniósł oczy do góry, tak że przez chwilę świece oślepiły go. - Siedź grzecznie! - Matka prawie nie mogła go utrzymać. Śpiew rozbrzmiewał dźwięczniej, pełniej. Przychodził falami z obu stron ogromnej nawy. Tonio niemalże widział splatające się melodie: dużą złotą siatkę zarzuconą na pluskające morze w drgających promieniach słońca. Nawet powietrze było muzyką. I wreszcie, tuż nad sobą, ujrzał śpiewaków. Stali na wielkich galeriach po obu stronach kościoła; mieli otwarte usta, ich twarze błyszczały w świetle. Wyglądali jak anioły na mozaikach.

Tonio błyskawicznie zsunął się na ziemię. Czuł dotyk ręki matki, która próbowała go złapać. Szedł szybko pośród otaczających go spódnic i peleryn, przez woń perfum i zimowe powietrze, aż zobaczył otwarte drzwi, a za nimi schody. Kiedy piął się w górę, ściany dookoła niego wydawały się pulsować akordami muzyki organów, aż nagle stanął w cieple galerii, wśród tych wysokich śpiewaków.

Zapanowało poruszenie. Tonio był już przy samej barierce i patrzył w oczy olbrzymowi, z którego ust płynął głos tak czysty i złoty, jak dźwięk trąbki. Mężczyzna śpiewał tylko jedno słowo: “Alleluja”, brzmiące niczym szczególny apel, wezwanie. Pozostali podjęli nagle jego wołanie i powtarzali je raz po raz; ich głosy nakładały się na siebie, a chór po przeciwnej stronie kościoła odpowiedział im jeszcze donośniej.

Tonio otworzył usta i wraz z wysokim chórzystą zaśpiewał “Alleluja”. Ręka mężczyzny zacisnęła się przyjaźnie na jego ramieniu, a on sam kiwał głową i, nie wypowiadając ani słowa, mówił swoimi dużymi, brązowymi, jakby zaspanymi oczami: - Tak, śpiewaj! - Tonio poczuł przez szatę jego szczupły bok, a tuż potem ramię, obejmujące go w pasie i podnoszące w górę.

Pod nim, w dole, był blask, doża na swoim obciągniętym złotą materią tronie, członkowie Senatu w purpurowych szatach, radcy w szkarłacie, wszyscy patrycjusze Wenecji w białych perukach, ale on utkwił oczy w twarzy śpiewaka i słuchał własnego głosu, brzmiącego jak dzwoneczek na tle śpiewu tamtego. Ciało Tonia odpłynęło. Opuścił je, wydźwignięty w powietrze, kiedy ich głosy zlały się z sobą. Ujrzał, jak rozkosz zastępuje senność w drżących oczach chórzysty. Zadziwiał go potężny dźwięk, dobywający się z piersi mężczyzny.

Kiedy spoczywał znów w ramionach matki, ona uniosła wzrok ku kłaniającemu się głęboko rosłemu śpiewakowi i rzekła: - Dziękuję, Alessandro.

 

 

* * *

 

- Alessandro, Alessandro - szeptał Tonio i, tuląc się do niej w gondoli, spytał z desperacją: - Mamo, będę śpiewać tak jak on, kiedy urosnę? Będę śpiewać jak Alessandro? - Nie potrafił jej tego wyjaśnić. - Mamo, chcę być jednym z tych śpiewaków!

- Och, na Boga, Tonio, nie! - Wybuchnęła śmiechem i, czyniąc jakiś skomplikowany ruch nadgarstkiem, skierowany do jego piastunki Leny, podniosła oczy ku niebu.

 

 

W całym domu, aż po dach, coś jęczało i stukało. Kiedy Tonio spojrzał w stronę ujścia Canale Grande, oczekując nieskończonej ciemności laguny, ujrzał morze w ogniu: setki, tysiące światełek podskakujących na wodzie, zupełnie jakby wylało się na nią całe drżące światło wypełniające bazylikę. Matka powiedziała mu pełnym szacunku szeptem, że to urzędnicy państwowi płyną oddać cześć relikwiom świętego Jerzego.

Przez chwilę nie było słychać nic prócz świstu wiatru, który dawno już połamał kruche kratki podpierające rośliny zniszczonego ogródka na dachu. Gdzieniegdzie leżały jeszcze przy nich uschnięte, wyrwane z korzeniami drzewka. Ich liśćmi szarpał i szeleścił wicher.

Tonio pochylił głowę i delikatną szyję ku ciepłym rękom matki. Tulił się do niej, czując niemy, obezwładniający strach.

Tej nocy leżał w łóżku przykryty po brodę i nie mógł zasnąć. Usta śpiącej obok matki były rozluźnione, twarz, jakby wbrew jej woli, stała się łagodna. Brwi miała ściągnięte, wydawało się, że coś ją dręczy, że nie śpi. Ojciec nigdy nie spędzał nocy z nimi, zawsze pozostawał w swoich apartamentach.

Tonio boso wysunął się spod przykrycia na zimną podłogę. Był pewien, że gdzieś wśród nocy chodzą uliczni śpiewacy. Z trudem otworzył drewniane okiennice i słuchał z zadartą głową, dopóki nie wpadł mu w ucho daleki głos tenora. Dołączył się do niego bas, zagrzmiał dysonans strun i głośniej, wyżej poniosła się melodia.

W nocnej mgle niknęły formy i kształty, poniżej lśniła tylko aureola jedynej żywicznej pochodni, której ciężka woń mieszała się ze słonym zapachem idącym od morza. Kiedy słuchał, obejmując dłońmi kolana, z głową wspartą o wilgotną ścianę, był znowu na galerii chóru w bazylice. Głos Alessandra umykał mu, ale doskonale pamiętał to uczucie, ten senny podmuch muzyki. Otworzywszy usta, zawtórował dalekim ulicznym śpiewakom i na ramieniu poczuł znów dłoń Alessandra.

Co zaczęło go tak nagle dręczyć? Co go tak niepokoiło? Przenikliwy, nie zamglony jeszcze językiem pisma umysł podsunął mu znowu obraz tej dłoni, spoczywającej tak delikatnie na jego szyi, i falujących rękawów, z których się wysuwała. Wszyscy inni znani mu wysocy mężczyźni musieli się pochylać, żeby pogłaskać chłopca tak małego jak on. Przypomniał sobie, że nawet wtedy na galerii, w czasie śpiewu, był zaskoczony, iż ta ręka spoczęła na nim bez trudności. Ramię, które uniosło go w górę, oraz dłoń, obejmująca jego pierś, jakby był lalką, i unosząca ku muzyce, wydawały się monstrualne, magiczne.

Pieśń dręczyła go, odciągała od tych myśli. Melodia zawsze tak na niego działała, sprawiała, że pragnął klawikordu, na którym grała matka, jej tamburynu lub po prostu dźwięku ich splecionych głosów. Czegokolwiek, byle tylko trwała. Niespodziewanie, drżąc z zimna na parapecie, zasnął.

Miał siedem lat, kiedy dowiedział się, że Alessandro i wszyscy wysocy śpiewacy z Bazyliki Świętego Marka są eunuchami.

 

 

3

 

Zanim skończył dziewięć lat, wiedział już też dokładnie, co wycięto, a co zostawiono tym podobnym do pająków istotom oraz że to z powodu tej potwornej operacji są tak wysocy, mają niezwykle długie kończyny, a ich kości nie stają się tak twarde, jak kości zdolnych do ojcostwa mężczyzn.

Było ich wielu. Śpiewali we wszystkich kościołach Wenecji, a kiedy nadchodziła starość, uczyli muzyki. Guwerner Tonia, Beppo, był eunuchem.

W operze, do której go nie zabierano, gdyż był jeszcze na to zbyt mały, traktowano ich jak cud objawiony. Nazajutrz po każdym przedstawieniu służba z westchnieniem zachwytu wymawiała imiona Nicolina, Carestiniego, Senesina. Raz nawet matka zdecydowała się opuścić swoją samotnię, skuszona występem Farinellego: młodego eunucha z Neapolu, którego nazywano Chłopcem. Tonio bardzo wtedy płakał, że nie może z nią iść. Kiedy wiele godzin później obudził się, zobaczył, że wróciła już i siedzi w ciemności przy klawikordzie. Jej welon skrzył się kroplami deszczu, a ona, z twarzą białą jak buzia porcelanowej lalki, niepewnym, cichym głosem nuciła arie Farinellego.

Cóż, ubodzy robili, co mogli, żeby zarobić na strawę. Te cudowne, wysokie głosy będą brzmieć już zawsze. Jednak ilekroć Tonio zobaczył na ulicy Alessandra, zastanawiał się, czy Alessandro wtedy płakał, czy nie usiłował uciec i dlaczego matka nie próbowała go ukryć. W jego pociągłej twarzy o niemalże dziewczęcej, delikatnej skórze, obramowanej lśniącymi kasztanowymi włosami można było zauważyć tylko senne zadowolenie. Gdzieś w głębi drzemał głos, czekający na chwile na galerii chóru kościelnego, na złote opony w tle, które w oczach Tonia zrównywały Alessandra z aniołami.

 

 

W tym czasie Tonio zdawał już sobie też sprawę z tego, że nazywa się Marc Antonio Treschi i jest synem Andrei Treschiego, który kiedyś komenderował okrętami la Serenissimy na dalekich morzach, a po latach służby w Najwyższym Senacie został właśnie wybrany do Rady Trzech: budzącego strach triumwiratu sędziów, który miał prawo dokonywać aresztowań, sądzić, wydawać wyroki i wykonywać je bez względu na to, kogo dotyczyły, nawet gdyby była to kara śmierci.

Innymi słowy, ojciec Tonia należał do ludzi potężniejszych od samego doży.

Nazwisko Treschich widniało w Złotej Księdze od tysiąclecia. Długo trzeba by wyliczać należących do tego rodu admirałów, ambasadorów, prokuratorów i senatorów. Również nieżyjący od dawna trzej bracia Tonia - synowie pierwszej, także spoczywającej już w mogile, żony Radcy - zajmowali wysokie stanowiska. On sam, kiedy tylko skończy dwadzieścia trzy lata, niewątpliwie będzie jednym z dostojników, przemierzających piazzettę przed Broglio mieszczącym urzędy państwowe. Przedtem czeka go nauka na uniwersytecie w Padwie, dwa lata służby na morzu, pewnie jakieś dalekie podróże po świecie. Na razie spędzał długie godziny w bibliotece palazzo pod cierpliwym, acz czujnym okiem nauczycieli.

 

 

* * *

 

Na ścianach wisiały portrety czarnowłosych Treschich o jasnych cerach i szerokich, wysokich czołach, zwieńczonych obfitością zaczesanych w tył włosów; mężczyzn drobnych, lecz wysokich, mężczyzn ulepionych z tej samej gliny. Już jako mały chłopiec Tonio zauważył, że przypomina niektórych z nich bardziej niż pozostałych; zmarłych wujków, kuzynów. No i braci: Leonarda, strawionego przez gruźlicę w pokoju na górze, Giambattistę, który zatonął u wybrzeży Grecji, i Philippo, zmarłego na malarię na jakimś dalekim przyczółku imperium.

Gdzieniegdzie, wśród gęstego tłumu bogato odzianych postaci, na obrazach przedstawiających młodego jeszcze Andreę w otoczeniu braci i bratanków, pojawiała się twarz łudząco podobna do twarzy Tonia, oblicze młodego człowieka o szeroko rozstawionych oczach i szerokich, pełnych ustach, zawsze gotowych do śmiechu. Trudno było jednak przypisać każdej postaci imię, odróżnić wśród tego tłumu jedną osobę od drugiej. Istniały już tylko w historii, w pięknych opowieściach o odwadze i poświęceniu.

Wszyscy trzej bracia, ojciec i jego posępna pierwsza żona spoglądali z największego obrazu w złoconych ramach, umieszczonego w długiej jadalni.

- Obserwują cię - dokuczała Toniowi jego piastunka Lena, nalewając zupę. Próbowała go w ten sposób rozbawić, bo chociaż była stara, wciąż tryskała humorem. Właściwie bardziej opiekowała się matką chłopca niż nim samym. Nie domyślała się nawet, jak cierpiał, patrząc na te rumiane, doskonale oddane twarze. Tak bardzo pragnął, żeby jego bracia żyli, byli z nim tu i teraz. Chciał, by pokoje wypełniał cichy śmiech i zgiełk głosów. Czasem próbował sobie wyobrazić, jak by to było: bracia siedzący przy długim stole, Leonardo podnoszący w górę kielich, Philippo opisujący bitwy morskie i matka Tonia rozwierająca szeroko z ekscytacji swoje wąskie oczy, które robiły się takie małe, kiedy była smutna.

Powoli zaczął sobie jednak zdawać sprawę, jak absurdalna była ta zabawa. Przeraził się. Zanim mógł docenić wagę tej wiadomości, powiedziano mu, że tylko jeden z synów znamienitych weneckich rodzin żeni się. Działo się tak w imię tradycji, która była już prawem. Przed laty w ich rodzie żonę wziął sobie Philippo. Nie mieli dzieci, więc po jego śmierci wróciła do swojej rodziny. Gdyby któryś z tych cieni zdążył spłodzić syna, noszącego nazwisko Treschich, Tonia wcale by nie było! Jego ojciec nigdy nie ożeniłby się po raz drugi. Tonio po prostu by nie istniał. Umierając bezpotomnie, darowali mu życie.

Początkowo nie mógł sobie tego uprzytomnić, wkrótce jednak przyzwyczaił się do myśli, że on i jego bracia nigdy nie mogliby się spotkać. Mimo to ciągle fantazjował, ziejące pustką pokoje zapełniał światłem, dźwiękami muzyki, ściszonymi głosami mężczyzn i kobiet - swoich krewnych, tłumem bezimiennych kuzynów. Zawsze był tam ojciec - jadł kolację, tańczył, brał w ramiona swego najmłodszego syna i pokrywał go gorącymi pocałunkami.

 

 

Tonio rzadko widywał ojca.

 

 

Kiedy Lena przychodziła po niego, szepcąc nerwowo, iż Andrea posłał po syna, nie miał jednak wątpliwości, że jak zawsze będzie wspaniale. Ubierała go w żakiecik z rdzawego lub ciemnoniebieskiego aksamitu, który szczególnie lubiła matka. Włosy, którym z tej okazji pozwolono zwisać luźno, bez podtrzymującej je zwykle wstążki, szczotkowała, dopóki nie nabrały połysku. Złościł się wtedy, że będzie wyglądał jak małe dziecko. Wyciągała potem zdobne szlachetnymi kamieniami pierścienie, pelerynkę podbitą futrem i jego małą, wysadzaną rubinami szpadę. Był gotów. Obcasy stukały rozkosznie po marmurze.

Spotkanie odbywało się zawsze w Wielkim Salonie na pierwszym piętrze. Była to największa z ogromnych komnat pałacu, ozdobiona jedynie długim, obficie rzeźbionym stołem. Mogło na nim leżeć trzech mężczyzn, jeden za drugim. Podłoga z kolorowego marmuru przedstawiała mapę świata, sufit był bezkresną niebieską przestrzenią, a zawieszone w niej anioły rozwijały długą, krętą wstęgę z łacińskim napisem. Z otwartych drzwi prowadzących do innych pokojów dochodziło przyćmione światło. Kiedy padało na wiotką, niemalże widmową postać Andrei Treschiego, pełne było jednak ciepła poranka.

Tonio skłaniał się, podnosił wzrok i napotykał niezmiennie zadziwiające go przerażającą witalnością spojrzenie ojca, jego oczy tak młode, jakby nie należały do tej kościstej twarzy, płonące niepowstrzymaną dumą i miłością.

Andrea schylał się, żeby ucałować syna. Długo, bezdźwięcznie dotykał jego policzka miękkimi jak pył ustami, a czasem, chociaż Tonio stawał się z każdym rokiem cięższy i wyższy, brał w ramiona, podnosił i przyciskał z mocą do piersi, szepcąc jego imię, jakby to było błogosławieństwo.

W pobliżu stali służący. Uśmiechali się, mrugali. Wprowadzali do komnaty podmuch ożywienia. I nagle było już po wszystkim. Podbiegłszy szybko do okna w pokoju matki na górze, Tonio patrzył, jak gondola ojca odpływa kanałem w kierunku piazzetty.

Nikt nie musiał mu mówić, że jest ostatnim z Treschich. Śmierć doświadczyła wszystkie gałęzie ogromnego rodu tak dotkliwie, że nie żył już nawet żaden kuzyn noszący to nazwisko. Tonio “ożeni się młodo”, musi być przygotowany do przyjęcia na siebie rozlicznych obowiązków. Czasem, kiedy bywał chory, drżał, widząc w nocy pojawiającą się w drzwiach twarz ojca, i zasypiał, czując, że dzieli łoże ze wszystkimi krewnymi.

 

 

Podniecało go to i przerażało. Nie mógł sobie przypomnieć chwili, kiedy dostrzegł pełne wymiary swojego kosmosu. Wydawało się, że cały świat przepływa przed jego progiem szerokimi, zielonymi wodami Canale Grande. Przez okrągły rok sunęły tędy setki czarnych, lśniących gondoli, biorących udział w regatach; w sobotnie wieczory lata odbywały się bogate parady, a peotti znamienitych rodzin przyozdobione były wtedy girlandami i złoconymi figurami bogów i bogiń; dzień w dzień można było zobaczyć pochody patrycjuszy, podążających w łodziach ozdobionych barwnymi kobiercami, aby wypełniać obowiązki państwowe. Z małego, drewnianego balkonu nad frontowymi drzwiami Tonio widział zakotwiczone w lagunie dalekie statki. Słyszał cichy odgłos wydawanych przez nie salw i dźwięk trąb przed Pałacem Dożów.

Bez końca brzmiały pieśni gondolierów, rytmiczne głosy tenorów, odbijające się echem od oliwkowych i różowych ścian, głębokie, słodkie brzdąkanie pływających orkiestr. W nocy pod gwiazdami krążyli kochankowie. Bryza niosła daleko serenady. Nawet nad ranem, kiedy było mu nudno lub smutno, mógł zawsze obserwować niekończący się hałaśliwy pochód łodzi, wiozących warzywa na targi w Rialto.

 

 

Jeszcze zanim Tonio skończył trzynaście lat, miał dosyć oglądania świata przez okno.

Gdyby tak znalazła się tu chociaż część tego, co widział, albo, jeszcze lepiej, gdyby on mógł się stąd wydostać!

 

 

Palazzo Treschi było dla niego nie tylko domem, było więzieniem. Nauczyciele starali się nigdy nie zostawiać go samego. Beppo, stary kastrat, który dawno już stracił głos, uczył go francuskiego, poezji i kontrapunktu, a Angelo, młody, poważny ksiądz o ciemnych włosach i drobnej sylwetce - łaciny, włoskiego i angielskiego. Dwa razy w tygodniu przychodził mistrz fechtunku. Tonio musiał wiedzieć, jak poprawnie posługiwać się szpadą, chociaż nie wydawało się, że ta umiejętność kiedykolwiek mu się przyda, i ćwiczenia traktowano raczej jako rozrywkę. Był też i ballerino, uroczy Francuz, uczący go drobnych kroczków kadryla i menueta w takt odpowiedniej, radosnej melodii, wygrywanej przez Beppa na klawikordzie. Wprowadzał on również ucznia w tajniki gentelmańskich manier - mówił, jak ucałować dłoń damy, kiedy i jak się kłaniać...

Toniowi sprawiało to przyjemność. Czasem w samotności udawał, że walczy, przecinając szpadą powietrze, lub tańczy z dziewczyną podobną do tych, które widywał na wąskich calli.

Jednak poza niekończącymi się świętami kościelnymi, Wielkim Tygodniem, Wielkanocą, zwykłym splendorem i muzyką niedzielnych mszy, nie było dla niego ucieczki innej niż wyprawa w głąb domu, do zaniedbanych pokoi najniższego piętra, gdzie nikt nie mógł go znaleźć. Tutaj, ze świeczką w dłoni, zagłębiał się czasem w grube tomy rodzinnych archiwów, w zadziwiające, pokryte pleśnią zapisy zagmatwanej historii rodu. Nawet suche fakty i daty, kruche kartki szeleszczące niebezpiecznie w palcach, rozpalały jego wyobraźnię: kiedy dorośnie, będzie przemierzał oceany, nosił szkarłatne szaty senatora; nawet tron doży nie był poza jego zasięgiem - był w końcu jednym z Treschich.

Krew pulsowała mu w żyłach z ekscytacji. Myszkował z jeszcze większą ochotą. Mocował się z nie używanymi od lat zasuwami, wpatrywał się w obce twarze na wiekowych obrazach, wyciągniętych z wilgotnych kątów. Stare magazyny ciągle pachniały korzeniami z Orientu. Łodzie przywoziły je kiedyś wprost pod drzwi palazzo, gdzie rozładowywano majątek w postaci dywanów, drogich kamieni, cynamonu, jedwabiu. Ciągle znajdowały się tu wilgotne zwoje konopnej liny, źdźbła słomy i intensywne, różnorakie, kuszące wonie.

Od czasu do czasu przystawał. Tajemniczy płomyczek tańczył niepewnie w przeciągu. Słyszał przepływającą pod domem wodę, głuche skrzypienie pali. Kiedy zamykał oczy, gdzieś z wysoka dobiegało go wołanie matki.

Tutaj nikt nie mógł go odnaleźć. Pająki przebiegały lekko po krokwiach, a kiedy gwałtownie przesunął dłoń ze świeczką, ukazała się sieć: kunsztowna, złota. Połamane okiennice otworzyły się pod dotykiem ręki, przez zakratowane szkło dostało się do wnętrza szare popołudniowe światło, a Tonio zobaczył szczury, płynące statecznie przez zaśmieconą, leniwą wodę.

Zrobiło mu się smutno. Wystraszył się. Niespodziewanie poczuł nieokreślony ból i strach, który odbierał wszystkiemu blask.

Jego ojciec był tak stary. Matka tak młoda. Gdzieś w głębi czyhała na niego groza. Czego się bał? Nie wiedział. Ale wydawało mu się, że samo powietrze wokół przesiąknięte jest tajemnicą. Jakieś wypowiedziane szeptem imię, którego nie chciano powtórzyć, dawne waśnie wspominane ukradkiem w rozmowach służby. Ogarnęła go niepewność.

Może zresztą przyczyną był fakt, że jego mama czuła się przez całe życie tak nieszczęśliwa.

 

 

4

 

Odkąd wybrano Guida do robienia kariery scenicznej, pracował zacięcie i spędzał każdą noc wśród blasku opery, obserwując artystów i śpiewając w chórze, jeśli zachodziła taka potrzeba. Wychodził z głową szumiącą od oklasków oraz zapachem perfum i pudru w nozdrzach.

Sam już nie komponował, zarzucił to na rzecz licznych ćwiczeń i arii autorstwa innych, przeznaczonych na ten i następny sezon.

Owe lata przepojone były tak cudowną intensywnością, że nie zboczył z obranego kursu, nawet mimo budzących się w nim namiętności.

Już znacznie wcześniej Guido pogodził się z myślą, że wszelkie namiętności pozostaną dla niego obce.

 

 

Pociągało go życie w celibacie. Wierzył w to, co mówiono na kazaniach. Jako eunuch nigdy nie będzie mógł się ożenić, bo celem małżeństwa jest płodzenie potomstwa. Papież nigdy jeszcze nie dał dyspensy eunuchowi. Będzie więc wiódł życie kapłana, jedyne życie pełne dobra i łaski, jakie wolno mu było prowadzić. Ponieważ uważał eunuchów za kapłanów muzyki, całkowicie się z tym pogodził.

Jeśli w ogóle zastanawiał się, co będzie musiał poświęcić w zamian, czuł niemą pewność, że nigdy nie dane mu będzie tego pojąć w pełni. - Cóż to dla mnie? - myślał, wzruszając ramionami. Jego wola była niezłomna, a śpiew znaczył wszystko.

Mimo to, pewnej nocy, po późnym powrocie z opery, miał niesamowity sen. Pieścił w nim małą pulchną śpiewaczkę, którą dostrzegł na scenie. Widział jej nagie, krągłe ramiona i miejsce, w którym z ich spadzistej pełności wyłaniała się kształtna szyja. Przebudził się spocony, nieszczęśliwy.

W ciągu następnych kilku miesięcy sen pojawił się jeszcze dwa razy. Całował tę kobietę, zginał jej ramię w łokciu i dotykał ustami tworzącej się tam delikatnej fałdki. Pewnej nocy, kiedy się ocknął, wydawało mu się, że słyszy jakieś głosy w ciemnej bursie, szepty, ciche kroki. Wokół raz po raz rozbrzmiewał stłumiony śmiech.

Wcisnął głowę w poduszkę. Przed oczyma przesuwały mu się różne obrazy: czy to byli lubieżni kastraci, czy kobiety?

W kaplicy nie mógł potem oderwać oczu od stóp stojącego obok niego Gina. Widok wrzynającego się w jego wysokie podbicie skórzanego paska sprawił, że coś dziwnego ścisnęło go za gardło. Obserwował mięśnie przesuwające się pod obcisłymi pończochami Gina. Wypukła łydka wydawała mu się piękna, zachęcająca. Pragnął jej dotknąć i patrzył zasmucony, jak chłopak odchodzi, aby przyjąć przy ołtarzu komunię.

Pewnego popołudnia, pod koniec lata, czarny żakiet, ciasno opinający sylwetkę stojącego przed nim młodego maestra, tak go rozproszył, że wcale nie mógł śpiewać. Był to człowiek żonaty, miał dzieci. Przychodził codziennie uczyć poezji i dykcji, którą każdy śpiewak musi dokładnie opanować. - No dlaczego - mruknął Guido sam do siebie - tak się gapię na ten płaszcz? - Jednak ilekroć mężczyzna odwracał się, Guido obserwował tkaninę, przylegającą ciasno do karku i opinającą mocno pas, falującą delikatnie w okolicy bioder, i znów pragnął jej dotknąć. Ilekroć przesunął po niej wzrokiem, czuł coś zbliżonego do bezgłośnego i niewidzialnego uderzenia.

Zamknął oczy. Kiedy je otworzył, miał wrażenie, że maestro uśmiecha się do niego. Mężczyzna usiadł i, przesuwając się na krześle, szybkim ruchem dłoni ułożył wygodniej spoczywający między nogami ciężar. Spojrzał na Guida niewinnym wzrokiem. Niewinnym?

W czasie kolacji ich oczy ponownie się spotkały. Później, przy wieczornym posiłku, także.

Powoli, leniwie, ciemność pokryła góry, zasnuła witraże matową czernią, kiedy Guido, jakby wbrew swej woli, szedł pustym korytarzem, mijając od dawna już nie zamieszkane pokoje. Dotarł do drzwi maestra i kątem oka ujrzał niewyraźną męską sylwetkę. Srebrne światło, wlewające się przez otwarte okno z kwaterami, padało na jego kolana i założone ręce.

- Guido! - szepnął w mroku maestro.

To było jak sen, tylko wyraźniejsze i nie tak naturalne; ten ostry, skrzypiący odgłos stóp Guida, przesuwających się po kamiennej podłodze, i cicho zamykające się za nim drzwi.

Chwiejące się cienie drzew raz po raz przysłaniały światła mrugające na wzgórzu za oknem. Młody nauczyciel wstał i zatrzasnął malowane okiennice. Guido przez moment nic nie widział, oddychał chrapliwie, gwałtownie, aż nagle dostrzegł znów te jasne, skupiające w sobie całe światło ręce, rozpinające spodnie maestra.

A więc nauczyciel znał i dzielił z Guidem sny o tajemnym grzechu!

Guido wyciągnął dłoń, jakby jego własne ciało nie było mu posłuszne. Padł na kolana i natychmiast wziął w usta tę tajemnicę, ten organ grubszy i dłuższy od jego własnego, przedtem czując jeszcze przez chwilę gładką, nie owłosioną skórę brzucha maestra.

Niepotrzebne mu były żadne wskazówki. Czuł, jak członek pęcznieje mu w ustach, reagując na dotyk języka i zębów. Cały był już ustami, wbijał palce w pośladki nauczyciela, naglił, żeby wysunął biodra do przodu, a jego rytmiczne desperackie jęki zagłuszały powolne westchnienia tamtego.

- Powoli - szepnął maestro - ooch, powoli! - Ale wypchnął biodra w przód i przycisnął do twarzy Guida wszystkie splątane zapachy swojego ciała, wilgotne, kręte włosy i samą skórę o smaku soli i piżma. Guido wydał gardłowy krzyk, czując suche, szarpiące spełnienie własnej namiętności.

W tej samej chwili, kiedy osłabiony i drżący od szoku, przylgnął do łona maestra, poczuł strumień nasienia mężczyzny, wypełniający jego usta. Otworzył się na tę próbującą go zdławić wyśmienitość i gorycz. Opuścił głowę, upadł bezwładnie. Nagle zdał sobie sprawę, że jeśli nie zdoła tego przełknąć, dostanie torsji.

Nie spodziewał się, że to się tak nagle i całkowicie skończy.

Wreszcie naprawdę poczuł mdłości i musiał odsunąć się, usiłując nie otwierać ust pod ich naporem.

- Chodź... - szepnął nauczyciel. Chwycił Guida za ramiona i próbował go podnieść, ale Guido położył się na podłodze. Wczołgał się pod klawikord, przycisnął czoło do zimnych kamieni. Chłód był mu potrzebny.

Wiedział, że maestro klęczy przy nim. Odwrócił twarz.

- Guido - szepnął delikatnie mężczyzna. - Guido... - powtórzył karcącym głosem. Kiedy ostatnio słyszał ten zwodniczy głos?

Jęk, który Guido wydał z siebie, był tak pełen rozpaczy, że zaskoczył jego samego.

- Nie, Guido, nie... - maestro kucnął. - Posłuchaj mnie, młodzieńcze - przekonywał.

Guido zakrył uszy dłońmi.

- Słuchaj - nalegał uparcie mężczyzna, pocierając palcami włosy na jego szyi. - Sprawiasz, że wszyscy uginają przed tobą kolana - szepnął.

Odpowiedziała mu cisza. Zaśmiał się cicho, delikatnie, bez cienia drwiny.

- Jeszcze się przekonasz - powiedział. Wstał. - Przekonasz się, kiedy w uszach zabrzmią ci brawa, kiedy obsypią cię hołdami i kwiatami.

 

 

5

 

Mariannie rzadko zdarzało się teraz uderzyć Tonia. Miał trzynaście lat i był już prawie jej wzrostu.

Nie odziedziczył jej ciemnej skóry ani bizantyjskich oczu. Jego cera była jasna, ale miał równie gęste czarne loki i zwinną, niemalże kocią sylwetkę. Kiedy jak zwykle tańczyli razem, zaś ona kołysała biodrami i klaskała w dłonie, a Tonio zataczał wokół niej szybkie kręgi, uderzając przy tym w tamburyn, wyglądali jak bliźnięta; jak światło i ciemność.

Pląsali w rytm gorączkowego ulicznego tańca furlana, którego nauczyły ich służące. Kiedy stary kościół, znajdujący się za pałacem, organizował swój doroczny targ sagra, wychylali się z tylnych okien domu, żeby obserwując dziewczęta służebne, wirujące w krótkich spódnicach, nauczyć się jeszcze lepiej tańczyć.

Cokolwiek robili wspólnie - czy był to taniec, śpiew, gra czy też czytanie książek, Tonio zawsze przewodził. Szybko zorientował się, że była bardziej dzieckiem niż on sam. Nigdy nie chciała go skrzywdzić. Kiedy była w ponurym nastroju, czuła się bezradna; cały świat walił jej się na głowę, a Tonio lgnący do niej z zapłakaną twarzą i przestraszony, przerażał ją. Wtedy wymierzała nerwowe klapsy, krzyczała przeraźliwie, czasem nawet rzucała czymś w kierunku Tonia, zasłaniając uszy dłońmi, żeby nie słyszeć jego łkania.

Nauczył się ukrywać swój strach w takich chwilach, usiłował ją ukoić, odwrócić uwagę od tego, co ją dręczyło. Jeśli tylko mógł, wyciągał Mariannę na dwór i zapewniał jej rozrywki.

Jedynym niezawodnym sposobem była zawsze muzyka.

Wychowała się na muzyce. Osierocona tuż po urodzeniu, została umieszczona w Ospedale delia Pietá, jednym z czterech sławnych klasztornych konserwatoriów Wenecji, którego chór i orkiestra, składające się wyłącznie z dziewcząt, zadziwiały Europę. Kiedy była małą dziewczynką, tamtejszym Maestro di Capella był nie kto inny, jak sam Antonio Vivaldi. Uczył ją śpiewać i grać na skrzypcach, gdy miała zaledwie sześć lat. Już wtedy ujawnił się niezwykły talent Marianny.

W jej pokoju leżały stosy nut utworów Vivaldiego. Były tam wokalizy dla dziewczynek zapisane jego własną ręką. Zawsze posyłała po partytury jego najnowszych oper.

Od chwili, kiedy dostrzegła, że Tonio odziedziczył jej talent wokalny, obdarzyła go desperacką, gorzką miłością. To ona nauczyła go pierwszych pieśni; uczyła grać i śpiewać ze słuchu wszystko i to tak, że nauczyciele mogli się tylko dziwić. Czasem mówiła: “Gdybyś urodził się bez słuchu muzycznego, utopiłabym cię. Albo siebie”. Wierzył w to, kiedy był mały.

 

 

Nawet w najgorszych chwilach, kiedy oddech matki cuchnął winem, a jej oczy były szkliste i okrutne, Tonio pojawiał się, jasny i kapryśny, aby zwabić ją do klawikordu.

- Chodź, mamo - mówił spokojnie, jakby nic się nie stało. - Chodź, mamo, zaśpiewaj ze mną.

Jej komnaty, zalane słońcem poranka, wyglądały zawsze tak ślicznie: łoże zasłane było białym jedwabiem, a w szeregu luster odbijały się tapety zdobne w wizerunki cherubinów i girlandy. Zegary, przeróżne zegary, które tak lubiła, tykały na stolikach, skrzyniach, na marmurowym kominku. Pośród tego wszystkiego była ona, z włosami w nieładzie, ze szklanką wydzielającą kwaśny zapach w dłoni. Patrzyła na niego, jakby nie poznając.

Nie czekał dłużej. Zdejmował pokrowiec z podwójnego rzędu klawiszy z kości słoniowej i zaczynał grać. Często były to utwory Vivaldiego, Scarlattiego lub łagodniejsze i melancholijne kompozycje patrycjusza Benedetta Marcello. Już po chwili czuł, jak matka miękko siada przy nim na ławce.

Dźwięk splatających się głosów przepełniał go radością. Jego mocny, jasny sopran wznosił się wyżej, lecz jej miał bogatszą, fascynującą barwę. Niecierpliwie przesuwała stare partytury w poszukiwaniu swoich ulubionych arii albo sama układała nowe melodie do fragmentów nowo poznanych przez niego poezji, które na jej życzenie recytował.

- Świetnie potrafisz naśladować! - mówiła, kiedy idealnie powtórzył po niej jakiś skomplikowany pasaż. Powoli, umiejętnie wzmacniała kolejno i przyciszała nutę, aby usłyszeć, jak Tonio bezbłędnie ją odtwarza. Nagle chwytała go ciepłymi, bardzo silnymi dłońmi i szeptała:

- Kochasz mnie?

- Oczywiście, że cię kocham. Mówiłem ci to wczoraj i przedwczoraj, a ty ciągle zapominasz - drażnił się z nią. Odpowiadała przeszywającym, pełnym uczucia okrzykiem. Przygryzała usta, jej oczy robiły się niezwykle szerokie, potem zwężały się. Zawsze wtedy dawał jej to, czego chciała, ale gdzieś w środku cierpiał.

Codziennie rano, kiedy się budził, wiedział, czy jest wesoła, czy smutna. Czuł to. Odliczał godziny nauki, myśląc, kiedy będzie mógł się wyniknąć i iść do niej.

Ale nie rozumiał jej.

Zaczynał też zdawać sobie sprawę z tego, że samotność, której doświadczał jako dziecko, te ciche i puste pokoje, wielki, mroczny pałac, były takie nie tylko z powodu wieku i staroświeckiej srogości ojca, ale i jej nieśmiałości, samotnictwa. Dlaczego nie miała przyjaciół, skoro Pietá równie pełna była dam z towarzystwa, co i sierot, a wiele z nich przez małżeństwo weszło do dobrych rodzin?

Nigdy nie mówiła o tym miejscu; nigdy nie wychodziła z domu. A kiedy kuzynka Catrina Lisani przychodziła z wizytą, Tonio wiedział, że zostaje tak krótko przez uprzejmość. Marianna żyła jak zakonnica w klasztorze. Nosiła się na czarno, ręce składała na kolanach, jej ciemne włosy miały połysk i gładkość satyny. Catrina, ubrana w wesoły, wzorzysty jedwab z mnóstwem żółtych kokardek, musiała sama prowadzić rozmowę.

Czasem przychodził z nią jej towarzysz, bardzo układny i przystojny cavalier servente, będący również jakimś dalekim kuzynem, chociaż Tonio nie mógł nigdy zapamiętać dokładnego pokrewieństwa. Była to prawdziwa rozrywka, gdyż szedł on z Toniem do Wielkiego Salonu, gawędząc o tym, co pisały gazety i co działo się w teatrze. Nosił buty o czerwonych obcasach i monokl na niebieskiej wstążce. Chociaż był patrycjuszem, spędzał czas na nieróbstwie, w towarzystwie kobiet. Tonio wiedział, że Andrea nie pochwalałby obecności kogoś takiego przy jego żonie i on sam też by się na to nie zgodził.

Mimo to wydawało mu się, że gdyby Marianna miała takiego kawalera, zaczęłaby wychodzić z domu i spotykać się z ludźmi, którzy od czasu do czasu przychodziliby też do pałacu, a cały świat stałby się zupełnie inny.

Jednak myśl o obecności jakiegoś cavalier servente tak blisko niej, w gondoli, przy stole, na mszy, odstręczała Tonia. Czuł palącą, rozdzierającą zazdrość. Żaden mężczyzna prócz niego nie był jeszcze tak blisko niej.

- Gdybym tylko mógł być jej caualier servente... - wzdychał. Z lustra patrzył na niego wysoki młody mężczyzna z twarzą dziecka. - Dlaczego nie mogę jej bronić? - szepnął. - Dlaczego nie mogę jej uratować?

 

 

6

 

Cóż można zrobić z kobietą, która coraz częściej ceni butelkę wina wyżej od światła dnia?

Choroba! Melancholia! Tak to nazywano. Zanim Tonio skończył czternaście lat, Marianna już zawsze wstawała z łóżka późnym popołudniem. Często była “zbyt zmęczona”, by śpiewać, z czego się cieszył, bo nie mógł znieść widoku niepewnego kroku, którym poruszała się po pokoju. Przeważnie była na tyle rozsądna, że zostawała w łóżku. Leżała z wychudzoną twarzą, z wytrzeszczonymi, błyszczącymi oczami, wsparta o białe poduszki i słuchała każdego koncertu, jaki dla niej przygotował.

Kiedy nadchodził zmierzch, robiła się już kłótliwa i dziwaczna. Oczywiście, że nie chce iść do Pieta. Czemu miałaby chcieć tam iść? Pewnego wieczora spytała: - Czy wiesz, że kiedy tam mieszkałam, wszyscy mnie znali? Byłam tematem rozmów w całej Wenecji. Gondolierzy twierdzili, że jestem najlepszą śpiewaczką ze wszystkich czterech szkół, że nigdy jeszcze takiej nie słyszeli. Imię “Marianna” znały salony Paryża i Londynu; słyszano o mnie w Rzymie. Pewnego lata pływaliśmy łodzią po Brencie. Śpiewaliśmy we wszystkich willach, a potem tańczyliśmy, jeśli przyszła nam ochota; piliśmy wino ze wszystkimi gośćmi...

Tonio był wstrząśnięty.

Lena umyła ją i uczesała, jakby była dzieckiem, nalała wina dla uspokojenia, a potem wzięła Tonia na stronę.

- Wszystkie dziewczęta z konserwatorium obdarzane są takimi pochwałami. To nic takiego, głuptasie - mówiła. - Tak samo jest dzisiaj. Zapytaj Bruna. Gondolierzy zachwycają się tymi dziewczętami bez względu na to, czy są wielkimi damami, które mają poślubić patrycjuszy, czy tylko bezimiennymi dziećmi. To nie to samo co być na scenie, więc czemu tak patrzysz, na Boga!

- Powinnam była robić karierę sceniczną! - odezwała się niespodziewanie Marianna. Odrzuciła przykrycia. Jej chwiejąca się głowa opadała w przód, strumyczki włosów spływały na ziemistą twarz.

- Cicho już, cicho - uspokajała ją Lena. - Tonio, wyjdź na chwilę.

- Dlaczego ma wyjść? - odezwała się Marianna. - Czemu zawsze go gdzieś odsyłasz? Śpiewaj, Tonio. Obojętne co, byłeś śpiewał, śpiewaj to, co sam wymyśliłeś. Powinnam była uciec z operą, ot co! Żyłbyś na walizkach, bawił się rekwizytami za kulisami. A tymczasem, proszę bardzo - Jego Ekscelencja Marc Antonio Treschi...

- To już czyste szaleństwo! - przerwała jej Lena.

- Tak, tylko nie wiesz - krzyknęła Marianna - że to zakłady dla obłąkanych tworzą szaleńców!

Przyszły okropne czasy.

Kiedy Catrina Lisani pojawiała się z wizytą, Lena pozbywała się jej, powołując się na jakieś nie sprecyzowane diagnozy i tymi samymi wymówkami zatrzymywała Andreę Treschiego, przybywającego na poranne odwiedziny w sypialni żony rzadko, lecz regularnie.

Po raz pierwszy Tonio miał ogromną ochotę wymknąć się z palazzo.

Miasto wpadło w ferwor przygotowań do największego z weneckich świąt - święta Wniebowstąpienia zwanego Senza, kiedy to doża wypływał swoją przepięknie złoconą barką Bucintoro, aby wrzucić w morze obrzędowy pierścień, symbol zaślubin z Adriatykiem i władzy Wenecji nad nim. Wenecja i morze, starodawne, święte zaślubiny. Na samą myśl o tym, Tonio czuł przebiegające po plecach przyjemne dreszcze, chociaż wiedział, że zobaczy tylko tyle, ile uda mu się dojrzeć z dachów. A kiedy wyobraził sobie następujące potem dwa tygodnie karnawału, gdy na calli i przystaniach dojrzał zamaskowane postacie - maski nawet w twarzach dzieci i kołysanych w ramionach niemowląt, wszystkich podążających na piazza - czuł przyprawiające go o mdłości oczekiwanie i złość.

Dokładniej niż zwykle zbierał drobne podarunki, które rzucał w nocy śpiewakom, aby zostali pod jego oknem. Znalazł zepsuty złoty zegarek, owinął go cienką jedwabną chusteczką i cisnął w dół. Nie wiedzieli, kim jest. Pytali o to czasem w swoich pieśniach.

Pewnej nocy, kiedy czuł się bardziej beztroski niż zwykle, a Senza miała się rozpocząć już za dwa tygodnie, zaśpiewał w odpowiedzi: “Jestem tym, który dzisiejszej nocy kocha was bardziej niż ktokolwiek w Wenecji!”

Jego głos odbijał się od kamiennych ścian. Był tak podekscytowany, że nieomal wybuchnął śmiechem, ale śpiewał dalej, wplatając w pieśń wszystkie znane mu kwieciste wiersze na cześć muzyki, dopóki nie zorientował się, że jest śmieszny. Mimo to czuł się wspaniale. Nie zauważył nawet ciszy panującej w dole. Kiedy z wąskiego chodnika podniosły się w górę burzliwe oklaski i okrzyki aplauzu, cichy śmiech i nieśmiałość pokryły jego twarz rumieńcem.

Oderwał potem zdobne w klejnoty guziki od swojego żakietu i rzucił pieśniarzom.

 

 

Czasem jednak śpiewacy przychodzili bardzo późno. A czasem wcale. Może na zamówienie śpiewali serenady dla dam lub pieśni dla kochanków nad brzegiem kanału. Nie wiedział. Siedząc przy oknie z łokciami wspartymi o wilgotny parapet, marzył, że znalazł jakieś nie znane nikomu piwniczne drzwi i odszedł ze śpiewakami. Marzył, że nie jest bogaty, nie jest patrycjuszem, a ulicznikiem, mogącym śpiewać i grać na skrzypcach do woli przez całą noc, we wszystkie cztery strony tej gęsto zabudowanej, kamiennej krainy z baśni, tego otaczającego go ciasno miasta.

Narastało w nim uczucie, że coś musi się wydarzyć. Wydawało się, że nic gorszego nie może go już w życiu czekać.

Aż pewnego popołudnia Beppo z głupoty przyprowadził Alessandra, wiodącego śpiewaka z Bazyliki Świętego Marka, aby posłuchał, jak Tonio śpiewa z matką.

Już jakiś czas przedtem Beppo czuwał przy drzwiach sypialni Marianny, aby spytać, czy zezwoliłaby na taką wizytę. Był bardzo dumny z głosu Tonia, a Mariannę podziwiał niczym jakiegoś serafina.

- Ależ oczywiście, przyprowadź go, kiedy tylko będziesz chciał - odparła wesoło. Pochłaniała drugą butelkę białego hiszpańskiego wina i spacerowała w szlafroku. - Przyprowadź go. Bardzo chętnie się z nim zobaczę. Jak chcesz, to dla niego zatańczę. Tonio zagra na tamburynie. Zrobimy sobie prawdziwy karnawał.

Tonio czuł się upokorzony. Lena położyła swoją panią spać. Beppo oczywiście powinien się domyślić. Ale Beppo był stary. Jego małe niebieskie oczka migotały jak niepewne płomyki. I oto w kilka dni później w salonie stał odziany przepięknie w kremowy aksamit i kaftan z zielonej tafty Alessandro, wyraźnie zachwycony tym szczególnym zaproszeniem.

Marianna spała głęboko przy zaciągniętych kotarach. Toniowi szybciej udałoby się obudzić Meduzę.

Przeczesał włosy grzebieniem, włożył swój najlepszy żakiet i poszedł sam zaprosić Alessandra na pokoje, tak jakby był panem domu.

- Nie wiem, co robić, signore - powiedział. - Moja matka jest chora, a ja krępuję się śpiewać dla pana sam. - Jednak czuł się uszczęśliwiony nawet tym małym, niespodziewanym towarzystwem. Blask słońca zalewał rzeźbiony mahoń i adamaszek, które stanowiły wystrój pokoju. Mimo wyblakłego dywanu i wysokich sufitów, było w nim coś ładnego.

- Przynieś kawę - powiedział do Beppa i otworzył klawikord.

- Proszę wybaczyć, Wasza Ekscelencjo - odezwał się cicho Alessandro. - Nie spodziewałem się, że będę przeszkadzał.

Miał delikatny i senny uśmiech. Bez szat chórzysty daleko mu było do eteryczności. Był ogromnym mężczyzną, którego gesty ratowała przed niezręcznością tylko ich płynność.

- Miałem nadzieję, że wolno mi będzie usiąść gdzieś na uboczu, gdy będziecie śpiewać z matką. Nie chciałem niepokoić - mówił. - Beppo dużo mi opowiadał o waszych duetach, no i pamiętam twój głos, Ekscelencjo. Nigdy go nie zapomniałem.

Tonio zaśmiał się. Wiedział, że jeśli ten człowiek wyjdzie, to wybuchnie płaczem, tak czuł się samotny. - Proszę siadać, signore - powiedział. Z ulgą powitał pojawienie się Leny z dymiącym czajnikiem i Beppa podążającego tuż za nią z plikiem nut.

Tonio był zdesperowany. Do głowy przyszedł mu wspaniały, dojrzały pomysł zabawienia Alessandra w sposób tak doskonały, by powracał tu potem częściej. Wziął ostatnią operową partyturę Vivaldiego, “Montezuma”. Arie były mu obce, ale nie mógł zaryzykować melodii starej i nużącej, więc po chwili śpiewał już żywy, dramatyczny utwór. Jego głos szybko się rozgrzewał.

Nigdy jeszcze nie śpiewał w tym pokoju. Było tu więcej nagiego marmuru niż draperii i gobelinów. Śpiew brzmiał donośnie, cudownie. Kiedy nagle zamilkł, zmroziła go cisza. Nie spojrzał na Alessandra. Czuł, że wzbiera w nim dziwne uczucie, niepewne szczęście.

Potem pod wpływem impulsu odwrócił się i skinął na Alessandra. Był nieomal zdziwiony, widząc, że eunuch wstaje i siada przy klawikordzie. I kiedy zaczął szybko pierwszy duet, usłyszał, jak za nim ten wspaniały głos, ta nabrzmiała siła, podnosi, unosi jego własny.

Po tym był jeszcze jeden duet, i jeszcze jeden, a kiedy nie mogli już znaleźć więcej, przerabiali arie na duety. Śpiewali z partytury wszystko to, co im się podobało, kilka utworów, które nie przypadły im do gustu, potem wybierali inną muzykę. W końcu Alessandro dał się namówić na dzielenie z Toniem małej ławeczki i wypili razem kawę, którą im przyniesiono.

Śpiewali i śpiewali, aż wreszcie zniknęły wszystkie dzielące ich formalności. Byli po prostu parą ludzi. Nawet ich głosy były inne, kiedy rozmawiali. Alessandro wskazywał na poszczególne aspekty tej czy innej kompozycji. Od czasu do czasu przestawał śpiewać i nalegał, że musi usłyszeć Tonia samego, a potem obsypywał go gorącymi pochwałami, jakby chcąc przekonać, że posiada wielki dar i nie jest to czczy komplement.

W końcu zamilkli obaj, kiedy postawiono przed nimi kandelabr. W domu panowała ciemność. Było późno, a oni zapomnieli o całym świecie.

Tonio milczał. Przygnębiał go widok przedmiotów wyglądających jak cienie. Pokój wydawał się otchłanią, a obraz odbijających się w szkle migotliwych świateł kanału budził w nim pragnienie rozświetlenia komnaty wszystkimi świecami, jakie udałoby się znaleźć. Głowa wciąż pulsowała muzyką i bólem. Kiedy ujrzał nikły uśmiech na twarzy Alessandra, zamyślenie, spojrzenie pełne podziwu, czuł jak ogarnia go nieodparta miłość do niego.

Chciał opowiedzieć mu o tej nocy, dawno temu, kiedy po raz pierwszy śpiewał w Bazylice Świętego Marka, jak bardzo mu się to podobało i że nigdy tego nie zapomniał. Nie potrafił ubrać w słowa pierwszego, dziecinnego marzenia, żeby być śpiewakiem. Nie mógł powiedzieć, że oczywiście nigdy nim nie zostanie, i wyjaśnić, z czego wynikała śmieszność sytuacji: z jego niewiedzy, że Alessandro jest... kim? Poczuł nagle upokorzenie, zatrzymał rozpędzone myśli.

- Słuchaj, musisz zostać na kolacji - powiedział wstając. - Beppo, proszę, powiadom Angela, że pragnę, by też z nami jadł. I zawiadom zaraz Lenę. Zjemy w głównej jadalni.

Stół został szybko nakryty odpowiednim obrusem i srebrami. Tonio zażądał więcej kandelabrów i już wkrótce, usadowiwszy się u szczytu stołu, jak zawsze to robił, kiedy był sam, zatopił się w rozmowie.

Alessandro często się śmiał. Długo odpowiadał na pytania. Chwalił wino. Zaczął też opisywać ostatni bankiet wydany przez dożę.

Było to jedno z tych ogromnych przedsięwzięć, na których do stołów zasiadały setki gości, a przez otwarte drzwi wchodzili z piazzetty ludzie, aby to oglądać.

- Brakowało jednej srebrnej tacy - Alessandro uśmiechnął się, podnosząc w górę swoje gęste, ciemnobrązowe brwi. - Proszę sobie tylko wyobrazić, Wasza Ekscelencjo, tych wszystkich dostojników państwowych czekających cierpliwie, aż srebro zostanie jeszcze raz przeliczone. Ledwo powstrzymałem się od śmiechu.

Sposób, w jaki opowiadał tę historyjkę, nie wyrażał jednak braku szacunku. Szybko przeszedł do następnej. Był na swój sposób wytworny. Jego twarz lśniła w blasku świec z lekka nieziemską gładkością.

Przez cały czas Tonio nie mógł przestać myśleć o tym, że siedzący cicho u jego prawego boku Angelo i Beppo robią wszystko, czego zażąda. Kiedy zauważył, że przydałaby się druga butelka wina, Angelo natychmiast po nią posłał.

- I koniecznie jakiś deser - dodał Tonio. - Jeśli nie ma nic w domu, poślij kogoś po czekoladę albo lody.

Beppo patrzył na niego z wyraźnym podziwem, a Angelo był jakby trochę wystraszony.

- Ale powiedz mi, jak to jest, kiedy śpiewa się dla króla, dla króla Francji, króla Polski...

- Tak samo jak wtedy, gdy śpiewa się dla innych, Wasza Ekscelencjo - odparł Alessandro. - Zawsze pragnę zrobić to bezbłędnie. Cierpiałbym, słysząc fałsz. Dlatego nigdy nie śpiewam, kiedy jestem sam w domu. Nie chcę usłyszeć czegoś, co nie jest... idealne.

- A opera? Nigdy nie chciałeś śpiewać na scenie? - naciskał Tonio.

Alessandro złożył ręce, splatając palce na wzór wieżyczki. Najwyraźniej zamyślił się nad odpowiedzią.

- Śpiewanie w świetle rampy to zupełnie coś innego - odparł. - Nie wiem, czy potrafię to wyjaśnić. Cóż, widzieliście śpiewaków w...

- Nie, jeszcze nie - przerwał mu Tonio i poczuł, że się czerwieni. Alessandro zda sobie teraz sprawę z tego, jak młody jest Tonio i jakie dziwne jest to małe przyjęcie.

Ale jego towarzysz po prostu mówił dalej. Wyjaśniał, że na scenie trzeba się wcielić w inną osobę, grać - pokazywać się, być widzianym. W kościele sytuacja wygląda zupełnie inaczej - jest tylko unoszący się nad wszystkim głos.

Tonio pociągnął następny łyk wina i kiedy właśnie miał wyznać, jak bardzo chce iść do opery, zauważył, że Angelo i Beppo spiesznie powstali. Alessandro spojrzał nagle poza kraniec stołu. I też się podniósł. Tonio zrobił to samo, zanim jeszcze wyłuskał z niebieskawego mroku postać swego ojca.

Andrea wszedł właśnie do komnaty. W jego czerwone szaty zaplątało się światło. Za nim stała grupa ludzi: signore Lemmo, jego sekretarz i czereda młodzieńców, zawsze podążająca za Andreą w nadziei nauczenia się od szanownego starca retoryki i polityki.

Tonia opanował natychmiast taki strach, że nie mógł zebrać myśli.

Kimże był, żeby zapraszać gościa na kolację? Andrea stał już tuż przed nim. Tonio pochylił się, żeby pocałować rękę ojca. Nie miał pojęcia, co może się zdarzyć.

Spostrzegł, że ojciec się uśmiecha.

Patrzył z absolutnym zdziwieniem, jak Andrea zajmuje krzesło obok Alessandra. Zezwolono zostać kilku z młodych ludzi. Kiedy signore Lemmo rozkazał staremu lokajowi Giuseppe zapalić świece na ścianach, boazeria z niebieskiej satyny nabrała nagle życia i rozbłysła pięknem.

Andrea rozmawiał, dowcipkował. Przyniesiono kolację dla niego i jego towarzyszy, dolano wina do kieliszka Tonia, a ojciec obdarzył go spojrzeniem pełnym żywiołowego ciepła, delikatności i bezgranicznej miłości.

 

 

* * *

 

Jak długo to trwało? Dwie godziny, trzy? Kiedy Tonio leżał potem w łóżku, jego myśli lgnęły do każdej sylaby, każdego wybuchu śmiechu. Wrócili później do salonu i po raz pierwszy w życiu Tonio śpiewał dla swojego ojca. Alessandro śpiewał również. Pili razem kawę, dzielili się plastrami świeżego melona, przyniesiono też pięknie uformowane lody, które rozdzielono na srebrne talerzyki, a Andrea zaproponował Alessandrowi zapalenie fajki i nawet sugerował, żeby jego syn też jej spróbował.

Andrea, którego twarz opięta była przezroczystą skórą tak ciasno, że można było odgadnąć kształt czaszki, wyglądał w tym towarzystwie staro. Jego wiecznie promienne oczy jak zawsze drastycznie odbijały się od reszty oblicza. Niemniej zdarzało się, że usta drżały mu niepewnie, a kiedy wstawał, by pożegnać Alessandra, wyglądało na to, iż wysiłek sprawia mu ból.

Musiało być już po północy, kiedy goście się rozeszli. Tym samym wolnym, uważnym krokiem Andrea podążył za Toniem do jego pokoi, w których bywał tylko wtedy, kiedy syn chorował. Stanął w drzwiach niemalże ceremonialnie i oglądał wszystko z wyraźną aprobatą. Zdawał się zbyt wielki, zbyt wytworny na to miejsce, pośrodku którego wyrastał, jak snop migoczącego purpurowego światła.

W świetle świecy rzadkie siwe włosy, które unosiły się lekko wokół jego twarzy, jarzyły się jak niknący płomień.

- Jesteś prawdziwym gentlemanem, mój synu - rzekł. W jego głosie nie było wymówki.

- Wybacz mi, ojcze - szepnął Tonio. - Mama była chora, a Alessandro...

Andrea przerwał mu nieznacznym gestem.

- Jestem z ciebie zadowolony, synu - powiedział. A jeśli myślał jeszcze o czym innym, ukrył to.

 

 

Leżąc w łóżku, Tonio czuł dręczący niepokój. Nie mógł się wygodnie ułożyć, bolały go ręce i nogi.

Ta kolacja, taka zwyczajna, była jakby wyjęta ze snów, z fantazji, w których jego bracia powracali do życia. Nawet ojciec pojawił się przy stole! A teraz, kiedy już było po wszystkim, czuł w środku ból, którego nic nie mogło ukoić.

W końcu, kiedy zegary w całym domu wybijały trzecią, wstał i, wsunąwszy do kieszeni, niepotrzebnie, świeczkę i zapałkę siarkową, wyszedł.

Spacerował po wyższych piętrach, po dawnych pokojach Leonarda, gdzie jak szkielet stało jego łóżko, po apartamentach, w których Philippo mieszkał ze swoją młodą żoną. Zostały po nich tylko wyblakłe ślady po obrazach na ścianach. Wszedł do małego studia, w którym na półkach wciąż stały książki Giambattisty, a potem, minąwszy pokoje służby, dotarł na dach.

Miasto widać było przez mgłę, nadającą mu szczególne piękno. Ciemne dachy lśniły wilgocią, a w oddali, na tle nieba, niezmiennie, różowo lśniły światła piazzy.

Nachodziły go dziwne myśli. Kto zostanie jego żoną? Imiona i twarze zamkniętych w klasztorze kuzynek nic mu nie mówiły. Wyobraził ją sobie, wesołą i łagodną, jak odrzuca welon, by zaśmiać się tajemniczo i namiętnie. Nigdy nie będzie smutna, nie dotknie jej melancholia. Będą wydawać razem wielkie bale i tańczyć przez całą noc. Urodzą im się silni synowie. Każdego lata, wraz z innymi znamienitymi rodzinami, będą się udawali do willi nad Brentą. Pozwoli nawet jej starym ciotkom i niezamężnym kuzynkom, wujom i braciom zamieszkać w tym domu. Zrobi tu dla nich miejsce. Ściany pokryją nowe tapety, nowe draperie. Noże zedrą pleśń z fresków. Nie będzie tu już pustych i zimnych miejsc, a jego synowie będą mieli przyjaciół, setki przyjaciół przewijających się przez dom ze swoimi nauczycielami i piastunkami. Widział dziesiątki tych dzieci ustawionych do menueta, wspaniałe pastelowe jedwabie ich surducików i sukienek, dom rozbrzmiewający muzyką. Nigdy nie zostawi swoich dzieci samych. Choćby był nie wiem jak zajęty sprawami państwa, nigdy, przenigdy nie zostawi ich samych w tym pustym pałacu, nigdy...

Kiedy zszedł w dół po kamiennych schodach i zanurzył się w lodowate powietrze apartamentów matki, ciągle jeszcze chodziło mu to po głowie.

Zapalił zapałkę, gwałtownie pocierając nią po podeszwie buta, i przytknął do małej świeczki. Matka leżała tak głęboko uśpiona, że nic nie mogło jej przeszkodzić. Kiedy przysunął się bliżej, poczuł cierpki oddech, jednak jej twarz była doskonale niewinna w swej cudownej gładkości. Bardzo, bardzo długo stał, przyglądając się jej. Widział ostre zakończenie brody, blady zarys szyi.

Zdmuchnąwszy świecę, wdrapał się obok niej na łóżko. Jej ciało pod przykryciem było ciepłe. Przysunęła się do niego blisko, dotykała dłonią ramienia Tonia, jakby chciała się do niego przytulić.

Leżał tak, śniąc dla niej sny.

Widział modne damy na mszy, byli tam też cavalieri serventi. Wszystko na nic. Z niejasnym uczuciem przerażenia obserwował przesuwający się przed nim w wyobraźni obraz jej życia. Dostrzegł samotność bez nadziei, stopniowe chylenie się ku ruinie.

Po długiej chwili matka zajęczała cicho przez sen. Jęk stawał się coraz głośniejszy.

- Mamo - szepnął. - Jestem tutaj, z tobą.

Próbowała usiąść. Otoczył ją szkaradny welon splątanych włosów i błyszczącego światła.

- Podaj mi kielich, moje kochanie, mój skarbie - powiedziała.

Odkorkował butelkę. Patrzył, jak pije i opada na poduszki. I przez długi czas, zgarnąwszy jej włosy z czoła, wsparty na łokciu, po prostu na nią patrzył.

 

 

Następnego ranka nie mógł uwierzyć w wiadomość, którą oznajmił mu Angelo: mieli odtąd codziennie spacerować przez godzinę po piazzy. - Oczywiście oprócz dni karnawału! - dodał ze złością. A potem powiedział jeszcze wojowniczo i niepewnie, jakby tego nie pochwalał: - Twój ojciec uważa, że jesteś już na to wystarczająco dorosły.

 

7

 

Po krótkich chwilach spędzonych z młodym maestro, świat zaczął pulsować pokusą, jakby Guido posiadł nagle widoczny dla wszystkich znak lub opadły mu łuski z oczu. Co noc, leżąc w łóżku, słyszał w ciemności odgłosy miłości. A w operze kobiety otwarcie się do niego uśmiechały.

Wreszcie pewnego wieczora, kiedy inni przygotowywali się do snu, skrył się w samym końcu prowadzącej na poddasze sieni. Noc ukrywała go, kiedy siedział tak, w ubraniu, z nogą na szerokim parapecie. Po godzinie, może niecałej, z ciemności zaczęły się wyłaniać niewyraźne postacie, drzwi otwierały się i zamykały, a światło księżyca ukazało Gina, kiwającego zapraszająco palcem.

W przytulnej, czystej wnęce, w której trzymano pościel, Gino obdarzył go najdłuższym, najbardziej namiętnym uściskiem. Prawie całą noc leżeli na posłaniu ze złożonych prześcieradeł, pozwalając niknąć oszałamiającym falom rozkoszy, aby potem je wskrzesić i przedłużać w nieskończoność. Skóra Gina była gładka, piękna. Miał mocne usta i nie lękające się niczego palce. Delikatnie pieścił uszy Guida, ściskał do bólu sutki, całował włosy pomiędzy jego nogami, z największą cierpliwością dążąc do brutalniejszych oznak namiętności.

Przez następne noce Guido dzielił się swoim nowym towarzyszem z Alfredo, później z Alonso. Czasem w ciemności leżeli spleceni we dwóch lub we trzech. Nierzadko Guido spoczywał w objęciach chłopców leżących pod nim i na nim, a kiedy ostre pchnęcia Alfreda doprowadzały go do krawędzi bólu, twarde, chciwe usta Alonsa wiodły go ku ekstazie.

Nadszedł jednak dzień, kiedy Guido zarzucił te doskonale opracowane schadzki na rzecz gwałtowniejszych, nieczułych pchnięć “normalnych” uczniów. Nie bał się nieokaleczonych mężczyzn, nie zdając sobie zresztą sprawy, że jego groźne spojrzenie zawsze trzymało ich na odległość.

Jednak tych włochatych, chrząkających młodzieńców również nie bardzo lubił. Było w nich coś brutalnego i prostego, co czyniło ich w końcu mało interesującymi.

Chciał eunuchów, apetycznych, doskonałych ekspertów od spraw cielesnych.

Eunuchów albo kobiet.

Może miało tak być, może nie, w każdym razie to z kobietami zbliżył się najbardziej do spełnienia. Zbliżał się tylko, bo nie kochał. Poza tym było ono obezwładniające. Jego ulubienicami były uliczne dziewczyny, biedne, zawsze głupie, usatysfakcjonowane złotą monetą, zachwycone jego chłopięcym wyglądem, podziwiające jego ubranie i maniery. Rozbierał je szybko w wynajętym w tym celu pokoju nad tawerną, a im nigdy nie przeszkadzało, że jest eunuchem, liczyły może na trochę czułości. Nawet jeśli miały jakieś obiekcje, to i tak więcej ich nie spotykał, zawsze były jakieś inne. W miarę jak rosła sława Guida, wszystkie drzwi stawały przed nim otworem. Po wieczerzach, na których śpiewał, piękne damy prowadziły go ukradkiem do sekretnych komnat.

Przyzwyczaił się do jedwabnych prześcieradeł, złoconych cherubów, hasających nad owalnymi lustrami, i pienistych baldachimów. Zanim skończył siedemnaście lat, jego kochanką - czasem tylko, tajemnie - bywała śliczna, dwukrotnie zamężna i bardzo bogata hrabina. Jej powóz często zabierał go sprzed tylnych drzwi opery. Zdarzało się, że po godzinach ćwiczeń otwierał okno swojego pokoju na poddaszu i widział, jak pojazd toczy się pod ciężkimi gałęziami drzew.

Wydawała mu się wtedy stara, już nie w kwiecie wieku, ale wciąż pełna namiętności i dręczącej natarczywości. Kiedy w jego ramionach pokrywała się aż po sutki piersi szkarłatnym rumieńcem i przymykała oczy, ogarniało go uniesienie.

To były wspaniałe, radosne chwile. Guido był już niemalże gotów wyruszyć do Rzymu, by zagrać tam swą pierwszą główną rolę. W wieku osiemnastu lat mierzył pięć stóp dziesięć cali i dysponował głosem zdolnym bez akompaniamentu wypełnić z niewyobrażalną czystością ogromną salę. W tymże roku stracił głos na zawsze.

 

 

8

 

Chociaż pozwolenie na spacer do piazzy nie było dużym zwycięstwem, Tonio przez kilka następnych dni szalał z radości. Niebo wydawało się bezkresnym błękitem, wszędzie wzdłuż kanału ciepły wiaterek szarpał prążkowanymi markizami, a kwietniki na oknach pełne były świeżych wiosennych kwiatów. Nawet Angelo najwyraźniej dobrze się bawił, chociaż wyglądał w swojej cienkiej, czarnej sutannie wątło i jakby niepewnie. Nie omieszkał powiedzieć Toniowi, że na zbliżającą się Senzę przybywali tu ludzie z całej Europy. Wszędzie rozbrzmiewała obca mowa.

Kawiarnie, zajmujące już nie tylko małe, zaniedbane wnętrza, ale i arkady, pełne były biednych i bogatych gości, wśród których biegały panny służebne z obnażonymi rozkosznie ramionami, ubrane w krótkie spódnice i jaskrawoczerwone staniki. Jedno spojrzenie na nie wystarczyło, by Tonio poczuł wzbierającą żądzę. Wyglądały niewypowiedzianie pięknie ze swoimi wstążkami i lokami, z obciągniętymi w pończochy kostkami, które tak doskonale było widać. Pomyślał, że gdyby zaczęły się tak ubierać damy, oznaczałoby to koniec cywilizacji.

Co dzień zmuszał Angela do trochę dłuższej, nieco dalszej przechadzki.

Piazza oferowała widowisko, z którym nic nie mogło się równać: pod łukami kościołów bajarze gromadzili wokół siebie zasłuchanych ludzi, dokoła spacerowali patrycjusze w galowych strojach, a damy, wolne od czarnych vesti, w których chodziły do kościoła w dni świąteczne, prezentowały strojne kreacje z wzorzystego jedwabiu. Nawet w żebrakach było coś interesującego.

A przecież była jeszcze Merceria. Ciągnąc za sobą Angela koło wieży zegarowej i spoglądającego z niej lwa świętego Marka, Tonio szedł spiesznie po tej brukowanej marmurem ulicy, na której można było spotkać wszystkich rzemieślników Wenecji. Byli tu złotnicy, aptekarze, były koronkarki i modystki, eksponujące ekstrawaganckie kapelusze pełne ptaków i owoców oraz najnowszy paryski model kapelusza, w który wystrojona została wielka francuska lalka.

Nawet te proste rzeczy sprawiały mu rozkosz, przepychał się więc dalej do Panetterii z mnóstwem wypieków, do targów rybnych Pescherii, a dotarłszy do mostu Rialto, spacerował wśród sprzedawców warzyw.

Tonio odkrył, że pragnie tanich mięs i złego wina, dlatego po prostu, iż tak egzotycznie wyglądają, ale Angelo oczywiście nie chciał nawet słyszeć o wstąpieniu do kawiarni lub tawerny. Tonio usiłował jednak być rozumny.

Na wszystko przyjdzie czas. Teraz, gdy zapalczywy podopieczny Angela przerósł go i z łatwością nakłaniał wciąż do jakiegoś nowego łobuzerstwa, staruszek bardziej niż kiedykolwiek wyglądał jak sucha łupinka człowieka, którym był w młodości. Wyrwawszy przekupniowi gazetę, Tonio zdołał przeczytać sporo ploteczek, nim Angelo zorientował się, co robi.

Największą pokusę stanowili jednak dla Tonia sprzedawcy książek. Widział zebranych w ich sklepach gentlemanów, pijących kawę i wino, słyszał raz po raz wybuchy śmiechu. Tutaj dyskutowano o teatrze lub o zaletach kompozytorów oper, które miały wkrótce zostać wystawione. Tu można było kupić zagraniczne gazety, rozprawy polityczne, tomiki poezji.

Angelo ciągnął go za sobą. Czasem wędrowali na sam środek placu i Tonio, obracając się dookoła, miał wspaniałe uczucie, że unosi go przesuwający się tłum. Od czasu do czasu zaskakiwał go trzepot skrzydeł podrywających się do lotu gołębi.

Gdyby pomyślał o Mariannie, siedzącej w domu za zasłoniętymi drapowanymi kotarami, rozpłakałby się.

 

 

Chodzili tak od czterech dni, z których każdy był bardziej zajmujący i ekscytujący niż poprzedni, gdy dostrzegli Alessandra i zdarzył się drobny incydent, który wprawił Tonia w konsternację.

Był zachwycony widokiem Alessandra, a gdy ujrzał, że zmierza on w kierunku sklepu z książkami, dostrzegł w tym szansę dla siebie. Angelo nie mógł go nawet dogonić, więc już po chwili Tonio znalazł się w zapchanym różnościami sklepiku, pośród dymu tytoniowego oraz aromatu kawy, i lekko dotykał rękawa Alessandra, by zwrócić na siebie uwagę.

- O, Wasza Ekscelencja! - objął go szybko Alessandro. - Jak miło was widzieć. Dokąd idziecie?

- Za panem, signore - odparł Tonio, czując nagle, że jest bardzo młody i zabawny. Lecz Alessandro, z gładką uprzejmością natychmiast powiedział, jak wielką przyjemność sprawiła mu kolacja, którą niedawno razem jedli. Wydawało się też, że wokół nich wszyscy zajęci są ożywioną rozmową, Tonio miał więc przyjemne uczucie anonimowości. Ktoś mówił o operze i tym neapolitańskim śpiewaku, Caffarellim. - Najlepszy na świecie - powtarzali. - Nieprawdaż?

Ktoś wyraźnie wymienił nazwisko “Treschi”, potem wspomniał je raz jeszcze wraz z imieniem “Carlo”.

- Nie przedstawisz nas? - zabrzmiał znów głos tego samego mężczyzny. - To musi być Marc Antonio Treschi.

- Całkiem podobny do Carla - powiedział ktoś inny i Alessandro, odwróciwszy Tonia delikatnie w stronę grupy młodych mężczyzn, zaczął wymieniać ich nazwiska, na które reagowali skinieniem głowy, po czym ktoś spytał Alessandra, czy uważa, że Caffarelli jest najlepszym śpiewakiem w Europie.

Wszystko to wydawało się Toniowi cudowne. Alessandro obdarzał go uprzejmościami, więc chłopak, w nagłym przypływie wylewności, zaproponował mu kielich wina.

- Z przyjemnością - odparł od razu śpiewak. Wziął dwie londyńskie gazety i szybko za nie zapłacił. - Caffarelli - powiedział przez ramię. - Cóż, dopiero gdy go usłyszę, będę wiedział, czy jest świetny.

- Czy to jakaś nowa opera? Czy ten Caffarelli ma tu przyjechać? - pytał Tonio. Niezmiernie podobało mu się to miejsce, a nawet to, że wszyscy chcieli go poznać.

Lecz Alessandro prowadził go w stronę drzwi. Kilka osób uniosło się ze skinieniem głowy.

Wtedy nastąpiło spotkanie, które zmieniło kolor nieba, wygląd śnieżnobiałych chmur i sprawiło, że cały ten dzień rozbrzmiał tajemnicą.

Jeden z młodych patrycjuszy szedł za nimi pod arkady. Był to wysoki blondyn o włosach przyprószonych siwizną i ciemnej, opalonej skórze, jakby przebywał w jakimś tropikalnym kraju i był z tego powodu wyczerpany. Nie miał na sobie odświętnych szat, a tylko luźne, przybrudzone tabarro i wydawał się niemal groźny, czego Tonio, podniósłszy ku niemu wzrok, nie mógł sobie niczym wytłumaczyć.

- Czy ty mógłbyś wybrać kawiarnię? - pytał właśnie Alessandra. Trzeba to było zrobić w odpowiedni sposób. Alessandro onieśmielał Angela. Onieśmielał go też zresztą ostatnio i Tonio. Życie stawało się coraz przyjemniejsze.

Ale nagle ten mężczyzna dotknął ramienia Tonia.

- Nie pamiętasz mnie, prawda, Tonio? - spytał.

- Nie, signore. Muszę wyznać, że nie. - Uśmiechnął się. - Proszę wybaczyć.

Ogarnęło go jednak dziwne uczucie. Ten człowiek mówił uprzejmym tonem, ale jego wyblakłe, niebieskie oczy, łzawiące jakby z powodu choroby, były zimne.

- Ciekaw jestem - odezwał się mężczyzna - czy miałeś ostatnio jakieś wiadomości od swego brata Carla?

Tonio długo się w niego wpatrywał. Miał wrażenie, jakby wszystkie dźwięki piazzy zlały się w jeden brzmiący dysonansami szum, a pulsowanie, które czuł w uszach, nagle wszystko zniekształciło. Chciał powiedzieć spiesznie: - Musiał się pan pomylić... - Jednak miał wrażenie, że traci oddech i robi mu się słabo w sposób tak dziwny, iż poczuł zawrót głowy.

- Brata, signore? - spytał.

Carlo. Imię to rozbrzmiewało echem w jego głowie i jeśli umysł może mieć jakiś kształt, to umysł Tonia stał się w tej chwili ogromnym, niekończącym się korytarzem. Od jego ścian odbijał się szept: Carlo, Carlo, Carlo. - Całkiem podobny do Carla - powiedział ktoś przed chwilą, a wydawało się, jakby słowa te zabrzmiały całe lata temu.

- Nie mam brata, signore.

Zdawało się, że minął wiek. Mężczyzna wyprostował się, a jego załzawione oczy zwęziły się z zastanowieniem. Cała postać świadomie i dramatycznie wyrażała oburzenie. Nie był jednak zdziwiony, choć pragnął na takiego wyglądać. Nie, był gorzko usatysfakcjonowany.

Najbardziej zadziwił jednak Tonia Alessandro, który nagląco mówił, że muszą już iść. - Wybaczy pan, Ekscelencjo - powiedział, a uścisk jego dłoni na ramieniu chłopca stał się nieco nieprzyjemny.

- Chcesz powiedzieć, że nie wiesz nic o swym bracie? - powiedział mężczyzna z pogardliwym uśmiechem, zniżając głos, co sprawiło, że znów wydawał się groźny.

- Pomylił się pan - rzekł Tonio, albo tylko wydawało mu się, że mówi. Odczuwał wszystkie nieprzyjemne symptomy obezwładniającego bólu głowy, prócz samego bólu, i zaczęło w nim rodzić się jakieś instynktowne poczucie lojalności. Ten człowiek chciał go skrzywdzić. Wiedział o tym. - Moim ojcem jest Andrea Treschi, signore. Nie mam brata. Gdyby raczył się pan przedstawić...

- Przecież znasz mnie, Tonio. Przypomnij sobie. A jeśli chodzi o twego brata, to właśnie niedawno byłem z nim w Stambule. Z niecierpliwością oczekuje na wiadomości o tobie. Pyta, czy jesteś zdrowy, czy wyrosłeś na wysokiego chłopca. Jesteś do niego zadziwiająco podobny.

- Musicie nam wybaczyć, Ekscelencjo - odezwał się niemal grubiańsko Alessandro. Wydawało się, że gdyby mógł, stanąłby między Toniem a tym człowiekiem.

- Jestem twoim kuzynem, Tonio - odezwał się mężczyzna z tą samą ponurą wzgardą. - Nazywam się Marcello Lisani. I przykro mi, że będę zmuszony powiedzieć Carlowi, że nic o nim nie wiesz.

Zawrócił w stronę sklepu, spoglądając przez ramię na Alessandra. - Te cholerne, nieznośne eunuchy - mruknął.

Tonio wzdrygnął się. Słowa te pełne były takiej pogardy, z jaką mówiło się “flądry” albo “suki”.

Alessandro tylko spuścił wzrok. Zamarł w bezruchu, po czym jego usta rozciągnęły się w cierpliwym półuśmiechu. Dotknął ramienia Tonia, wskazując na kawiarnię pod arkadami.

W chwilę potem siedzieli na grubo ciosanych ławach na skraju piazzy, ogrzewani promieniami przedzierającego się pod głęboki łuk słońca, a Tonio tylko mgliście zdawał sobie sprawę z tego, że jego marzeniem było pić wino w kawiarni, w której wielcy panowie bratali się z bandytami.

W innej sytuacji poczułby rozkoszny dreszcz na widok zbliżającej się do nich ślicznej dziewczyny. Miała piękne brązowe włosy, przeplatane złotymi kosmykami, które niewypowiedzianie mu się podobały, a jej oczy wydawały się łączyć te same jasne i ciemne odcienie. Tym razem ledwo ją zauważył. Angelo mówił, że ten człowiek był szalony. Angelo najwyraźniej nigdy o nim nie słyszał.

Alessandro zaczął już uprzejmą rozmowę na temat pięknej pogody.

- Znasz ten stary dowcip - mówił do Tonia poufnym tonem, tak swobodnie, jakby ten mężczyzna wcale go nie obraził. - Jeśli będzie brzydka pogoda, a Bucintoro zatonie, doża może spaść wprost do łóżka żony, by wreszcie skonsumować małżeństwo.

- Ale kim był ten człowiek i o czym mówił? - szeptał Angelo. Mamrotał coś o patrycjuszach, ubierających się w nieodpowiednie szaty.

Tonio patrzył wprost przed siebie. Przed oczyma pojawiła mu się śliczna dziewczyna. Szła w jego kierunku, niosąc wino na tacy i żując irysa w tym samym rytmie, w jakim poruszały się jej biodra. Cały czas uśmiechała się ze szczerym zadowoleniem. Kiedy stawiała kielich, pochyliła się tak nisko, że pod jej miękko marszczącą się, głęboko wyciętą bluzką zobaczył oba różowe sutki! Rozszalały się w nim namiętności. W innej chwili, innego dnia... wszystko wydawało się nierealne; jej biodra, wspaniała nagość ramion i te piękne, piękne oczy. Wydawało mu się, że jest w jego wieku, a coś w jej zachowaniu sugerowało, że może - mimo całej swej uwodzicielskości - zacząć chichotać.

- I czemu miałby zmyślać takie bzdury! - mówił dalej Angelo.

- Nie uważasz, że powinniśmy przestać o tym mówić? - rzekł miękko Alessandro. Rozłożył angielskie gazety i spytał Angela, czy kiedykolwiek pociągała go opera.

- Rozpusta - mruknął Angelo. - Tonio - rzekł, zapominając, jak zawsze, gdy byli sami, zwracać się do niego oficjalnie - nie znasz tego człowieka, prawda?

Tonio wbił wzrok w wino. Chciał się napić, ale nie mógł się ruszyć.

I po raz pierwszy podniósł wzrok na Alessandra. Jego głos zabrzmiał cicho i chłodno, gdy pytał:

- Czy mam brata w Stambule?

 

 

9

 

Minęła północ. Tonio stał w ogromnym, wilgotnym wnętrzu Wielkiego Salonu, a ponieważ zamknął drzwi, którymi wszedł, nic nie widział. W oddali dzwony kościelne wybiły pełną godzinę. Trzymał w dłoni dużą zapałkę siarkową i świecę.

Jednak czekał. Na co? Żeby ucichły dzwony? Nie był pewien.

Cały wieczór był dla niego cierpieniem, aż do tego momentu.

Większości z tego, co się zdarzyło, nie mógł sobie nawet przypomnieć. W pamięci utkwiły mu tylko dwie, zupełnie ze sobą nie związane rzeczy:

Po pierwsze to, że gdy wstawał, dziewczyna z kawiarni otarła się o niego i szepnęła ochoczo: - Proszę o mnie pamiętać, Wasza Ekscelencjo. Mam na imię Bettina. - Przenikliwy śmiech, ładny śmiech. Dziewczęcy, zakłopotany i całkowicie szczery. Miał ochotę ją podszczypnąć i ucałować.

Po drugie, Alessandro nie odpowiedział na jego pytanie. Alessandro nie powiedział, że to nieprawda! Alessandro tylko odwrócił wzrok.

A jeśli chodzi o mężczyznę, którego Angelo zlekceważył, kilkanaście razy nazywając go niebezpiecznym młodym szaleńcem, to rzeczywiście był on kuzynem Tonia. Pamiętał go. Niemożliwe, by on właśnie popełnił taki błąd!



dalej


strona główna
(23kB)