(23kB)
strona główna


 

ANNE RICE

Opowieść o złodzieju ciał

 

Przekład Anna Martynow

 

Moim rodzicom

Howardowi i Katherine O'Brienom.

Wasze marzenia i wasza odwaga

będą ze mną do końca życia.

 

ODJAZD DO BIZANCJUM

W.B. YEATS

I

To nie jest kraj dla starych ludzi. Między drzewa Młodzi idą w uścisku, ptak leci w zieleni, Generacje śmiertelne, a każda z nich śpiewa, Skoki łososi, w morzach ławice makreli. Całe lato wysławiać będą chóry ziemi Wszystko, co jest poczęte, rodzi się, umiera. Nikt nie dba, tą zmysłową muzyką objęty, O intelekt i trwałe jego monumenty.

II

Nędzną rzeczą jest człowiek na starość, nie więcej Niż łachmanem wiszącym na kiju, i chyba Że dusza pieśni składać umie, kłaśnie w ręce, A od cielesnych zniszczeń pieśni jej przybywa. Tej wiedzy w żadnej szkole śpiewu nie nabędzie, W pomnikach własnej chwały tylko ją odkrywa. Dlatego ja morzami żeglując przybyłem Do ś\viętego miasta Bizancjum.

III

0 mędrcy, gorejący w świętym boskim ogniu Jak na mozaice ścian pełnych złota, Wyjdźcie z płomienia, co żarem was oblókł, Nauczcie, jak mam śpiewać, podyktujcie słowa. Przepalcie moje serce. Chore jest, pożąda,

I kiedy zwierzę w nim spętane kona,

Serce nic nie pojmuje. Zabierzcie mnie z wami W wieczność, którą kunsztownie zmyśliliście sami.

IV

A kiedy za natury krainą już będę, Nigdy formy z natury wziętej nie przybiorę, Jak u greckich złotników tak formę wyprzędę Wplatających w emalię liść i złotą korę, Ażeby senny Cesarz budził się ze dworem, Albo tę, jaką w złotej wykuli gęstwinie, Żeby śpiewała panom i damom Bizancjum O tym, co już minęło czy mija, czy minie.

1927

CZESŁAW MIŁOS?

 

 

Mówi Wampir Lestat. Chciałbym wam przedstawić pewną historię. Coś, co mi się przydarzyło naprawdę. Wszystko zaczęło się w Miami, w roku 1990, zatem od tego momentu rozpocznę. Ważne jest jednak, bym opowiedział o moich snach, które miałem wcześniej, bowiem stanowią one również bardzo ważną część historii. Mówię o majakach sennych, w których ukazywało mi się wampirze dziecko z kobiecym umysłem i anielską twarzą, a także o moim śmiertelnym przyjacielu Davidzie Talbocie.

Są jeszcze sny z czasów, kiedy byłem zwykłym chłopcem żyjącym we Francji - o zimowym śniegu, o należącym do mojego ojca ponurym i zniszczonym zamku w Auvergne i o tym jak wyruszyłem zapolować na stado wilków, które wyły w okolicach naszej biednej wioski.

Marzenia senne mogą być równie rzeczywiste jak prawdziwe wydarzenia. Albo tak mi się potem zdawało.

Byłem w złym stanie psychicznym, kiedy zacząłem miewać te sny, bezdomny wampir włóczący się po ziemi, czasami tak brudny, że nikt nie zwracał na mnie uwagi. Co za korzyść z posiadania pięknych, bujnych blond włosów, bystrych błękitnych oczu, eleganckich ubrań, uśmiechu, któremu trudno się oprzeć, i dobrze zbudowanego, wysokiego na metr dziewięćdziesiąt ciała, pomimo swoich dwustu lat mogącego uchodzić za dwudziestoletnie. Pozostałem człowiekiem rozsądnym, dzieckiem osiemnastego wieku, w którym naprawdę żyłem, zanim Narodziłem się dla Ciemności.

Jednak u schyłku lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku z dziarskiego wampira żółtodzioba, tak przywiązanego do klasycznej, czarnej peleryny i brukselskiej koronki, dżentelmena z laseczką i białymi rękawiczkami, tańczącego pod gazowymi lampami, zmieniłem się nie do poznania.

Przeszedłem transformację w jakiegoś ciemnego boga. Przyczyniły się do tego liczne cieprienia i tryumfy, a także właściwości krwi naszych wampirzych przodków. Posiadłem moc, która czasem powodowała moje zmieszanie, a czasem mnie przerażała. Nie zawsze rozumiałem, dlaczego tak się działo. Mogłem na przykład silą woli wznieść się w górę, przeprawiać z nocnymi wiatrami na duże odległości łatwo niczym duch. Umysłem potrafiłem wpływać na materię, doprowadzając ją do zniszczenia. Byłem w stanie rozpalić ogień, myśląc zaledwie, by to uczynić. Umiałem również porozumiewać się nadprzyrodzonym głosem z innymi nieśmiertelnymi w odległych krajach, a nawet kontynentach. Mogłem z łatwością czytać w myślach wampirów i ludzi.

Nieźle, pomyślicie. Jednak ja nienawidziłem tego. Bez wątpienia tęskniłem za dawnym sobą, za śmiertelnym chłopcem, nowo narodzonym widmem zdeterminowanym postępować dobrze, będąc złym, jeśli takie zapisano mi przeznaczenie.

Nie jestem pragmatykiem, zrozumcie. Mam wrażliwe i bezlitosne dla mnie sumienie. Mogłem być miłym facetem. Może czasami nim jestem. Jednak zawsze zaliczałem się do ludzi czynu. Żal to strata czasu, podobnie jak strach. A tutaj otrzymacie akcję, gdy tylko uporam się ze wstępem.

Pamiętajcie, początki są zawsze trudne i najczęściej sztuczne. Były to czasy najlepsze, a zarazem najgorsze - doprawdy? A wszystkie szczęśliwe rodziny nie są do siebie podobne; nawet Tołstoj musiał sobie z tego zdawać sprawę. Nie mogę obejść się bez zwrotów „Na początku" albo „Zrzucili mnie z wozu z sianem o północy", a chętnie bym to zrobił. Staram się dążyć do perfekcji, uwierzcie. I jak powiedział Nabokov ustami Humberta: ,,Zawsze możesz liczyć na ekstrawagancki styl prozy mordercy". Czy ekstrawagancki znaczy eksperymentalny? Wiem już oczywiście, że jestem zmysłowy, kwiecisty, bujny i wilgotny - wystarczająco wielu krytyków mi to mówiło.

Niestety muszę robić wszystko po swojemu. I dotrzemy do początku, jeśli to nie jest sprzeczność sama w sobie - obiecuję wam.

Teraz muszę wyjaśnić, że zanim ta historia się zaczęła, tęskniłem do innych znanych i kochanych przeze mnie nieśmiertelnych, którzy już dawno temu rozpierzchli się z naszego ostatniego w dwudziestym wieku miejsca spotkań. Szaleństwem byłoby myśleć, że chcieliśmy ponownie stworzyć sabat. Zniknę li jeden po drugim w czasie i przestrzeni, to było nieuniknione.

Wampiry nie lubią sobie podobnych, chociaż ich potrzeba posiadania nieśmiertelnych kompanów jest przemożna.

Dlatego właśnie stworzyłem uczniów - Louisa de Pointę du Lać, który został moim cierpliwym i kochającym dziewiętnasty wiek towarzyszem, a z jego nieświadomą pomocą, także piękne {przeklęte wampirze dziecko, Claudię. Podczas samotnych nocnych włóczęg w końcu dwudziestego wieku Louis był jedynym nieśmiertelnym, jakiego widywałem. Najbardziej ludzki z nas wszystkich, najbardziej Bogu niepodobny.

Nigdy nie przebywałem długo z dala od jego chatki, na odludnych peryferiach Nowego Orleanu. Przekonacie się o tym poznając tę historię, której postać Louisa jest ważną częścią.

Chodzi o to, że znajdziecie tu niewiele o innych. Prawie nic.

Z wyjątkiem Claudii. Śniłem o niej coraz częściej. Pozwólcie mi wyjaśnić. Claudia została unicestwiona ponad wiek temu, a ja nadal, przez cały czas odczuwałem jej obecność, tak jakby przebywała tuż obok mnie.

Stworzyłem to wampirze dziecko w roku 1794 z umierającej sieroty i minęło sześćdziesiąt lat, zanim powstała przeciwko mnie. „Wsadzę cię do twojej trumny na zawsze, Ojcze".

Rzeczywiście sypiałem wtedy w trumnie. Czyn Claudii był stylową, tragiczną próbą morderstwa. Jako przynęty użyła ludzkich ofiar nasączonych trucizną. Zatruta krew miała zmącić mi umysł, co pozwoliłoby Claudii rozedrzeć nożem moje białe ciało i ostatecznie porzucić pozornie pozbawione życia zwłoki w cuchnących wodach bagna za mrocznymi światłami Nowego Orleanu.

Cóż, nie udało się. Jest niewiele pewnych sposobów na zabicie wampira. Sionce, ogień... A przede wszystkim należy postawić sobie za cel całkowite unicestwienie. A poza tym mówimy tu o Wampirze Lestacie.

Claudia zapłaciła za swą zbrodnię. Została zgładzona przez diabelskich krwiopijców, którzy bawili w samym środku Paryża w cieszącym się złą sławą Teatrze Wampirów. Złamałem zasady, czyniąc wampirem tak małe dziecko. Dlatego paryskie potwory mogły ją zniszczyć. Jednak ona także nie dostosowała się do obowiązujących reguł, próbując unicestwić swojego stwórcę. To był logiczny powód wystawienia Claudii na światło dzienne, gdzie spaliła się na proch.

Myślę, że wybrali cholernie trudny sposób egzekucji, ponieważ ci, którzy zostawiają skazanego na zewnątrz, muszą szybko wrócić do swoich trumien, a stamtąd nie mogą kontrolować, czy słońce wykonuje wyrok. Tak właśnie postąpili z tą wspaniałą i delikatną istotą, jaką stworzyłem wlewając wampirzą krew w obdarte, porzucone dziecko z obskurnej, hiszpańskiej kolonii Nowego Świata. Chciałem, aby zostało moim przyjacielem i uczuciem, moją miłością oraz muzą, a także towarzyszem polowań. Tak, również córką.

Jeśli przeczytacie Wywiad z wampirem, dowiecie się wszystkiego na ten temat. To wersja Louisa o czasie, który spędziliśmy razem. Opowiada o miłości do naszego dziecka i zemście nad tymi, którzy je uśmiercili.

Jeśli przejrzycie moje powieści autobiograficzne, Wampir Lestat i Królowa przeklętych, dowiecie się wszystkiego o mnie, zapoznacie się z historią wampirów - tyle wartą co inne - mówiącą o tym jak powstaliśmy tysiące lat tomu, jak rozmnażamy się, ostrożnie dając Ciemną Krew śmiertelnikom, kiedy chcemy wziąć ich ze sobą na Drogę Zla.

Nie musicie jednak czytać tych książek, by zrozumieć tę oto opowieść. Nie znajdziecie tutaj setek osób, które występowały w Królowej przeklętych. Zachodnia cywilizacja nie zadrży w posadach. Nie będzie też żadnych rewelacji z zamierzchłych czasów ani starców wyznających półprawdy, posługujących się zagadkowym językiem i składających nęcące obietnice, których realizacja nigdy nie może być rzeczywista.

Nie, to już zrobiłem.

Oto opowieść współczesna. Księga z Kronik wampirów, nie pomylcie się więc w ocenie. Jest to pierwsza naprawdę nowoczesna powieść, ponieważ już na samym początku akceptuje absurdalność istnienia i zabiera w podróż po umyśle i duszy bohatera - zgadnijcie kogo? - nowoczesna także ze względu na poczynione w niej odkrycia.

Przeczytajcie te wyznania, a w miarę jak będziecie przewracali strony, przekażę wam wszystko, co należy o nas wiedzieć. Przy okazji, mnóstwo rzeczy zdarza się naprawdę. Jak już powiedziałem, jestem człowiekiem czynu; Jamesem Bondem wampirów, jeśli chcecie; Księciem Nocy, Najbardziej Przeklętym z Przeklętych, „tym potworem" wśród licznych i rozmaitych nieśmiertelnych.

Oni oczywiście są nadal w pobliżu - Maharet i Mekare, najstarsza z nas, Khayman z Pierwszej Krwi, Eryk, Santino, Pandora oraz inni, których nazywamy Dziećmi Tysiącleci. Armand również gdzieś tu jest, piękny, liczący sobie pięćset lat starzec z twarzą chłopca; kiedyś rządził Teatrem Wampirów, a jeszcze wcześniej sabatem czczących diabła krwiopijców mieszkających pod paryskim cmentarzem ,,Les Innocents". Armand, mam nadzieję, zawsze będzie w pobliżu.

A jeśli spotka mnie szczęście, także Gabrielle, moja śmiertelna matka i nieśmiertelne dziecko, pojawi się pewnej nocy przed końcem kolejnego tysiąclecia.

Co do Mariusa, mojego poczciwego nauczyciela i mentora, który przechowuje wszystkie historyczne tajemnice naszego rodu, jest nadal z nami i zawsze będzie. Zanim ta opowieść powstała, przychodził do mnie od czasu do czasu, by ganić i prosić: „Czy nie mógłbyś zaprzestać nieostrożnych zabójstw, niezmiennie opisywanych na pierwszych stronach gazet?! Czy nie przestaniesz sprowadzać na złą drogę swego przyjaciela - śmiertelnika, Davida Talbota i kusić go Mrocznym Darem naszej krwi? Lepiej, żebyś tak nie postępował". Czy nie wiedziałem o tym?

Zasady, zasady, zasady. Oni zawsze kończą, rozprawiając o zasadach. A ja kocham łamać wszelkie reguły, tak jak ludzie lubią rozbijać o ściany kominka szklanki, którymi wznieśli toast.

Dość już o innych. To będzie moja książka - od początku do końca.

Pozwólcie mi teraz pomówić o snach, które dręczyły mnie podczas wędrówek.

Wizja Claudii wciąż mnie prześladowała. Za każdym razem, kiedy zamykałem oczy o poranku, widziałem ją obok siebie, słyszałem niski, naglący głos. Czasami cofałem się o* całe wieki, w jej pamięci pojawiał się obraz rzędów maleńkich łóżek w kolonialnym szpitalu, gdzie umierało osierocone dziecko.

Spójrzcie na przepełnionego smutkiem starego doktora, podnoszącego ciało dziecka. I ten płacz. Kto szlocha? Nie Claudia. Spała, kiedy lekarz mi ją powierzył, przekonany, że oddaje ją w ręce śmiertelnego ojca. Jest taka piękna w tych snach. Czy wówczas była równie zachwycająca? Tak, oczywiście.

„Porwaliście mnie ze śmiertelnych rąk jak dwa potwory w koszmarnej bajce, wy gnuśni, ślepi rodzice".

Sen o Davidzie Talbocie raz tylko miałem.

W tej wizji przyjaciel jest młody. Spaceruje po mangrowym lesie. Nie ukazuje się jako mężczyzna siedemdziesięcioczteroletni, który został mym powiernikiem, cierpliwym uczniem, regularnie odrzucającym propozycję przyjęcia Ciemnej Krwi i niezachwianie kładącym ciepłą, kruchą dłoń na moim zimnym ciele, by zademonstrować nasze wzajemne przywiązanie oraz zaufanie.

Nie. To jest młody David Talbot, całe lata wcześniej. Jego serce nie bije jeszcze tak szybko, lecz jednak on sam już znajduje się w niebezpieczeństwie.

„Płonące oczy tygrysa..."

Czy to jego głos szepcze te słowa czy mój?

Zwierzę wychodzi z cętkowanej jasności, pomarańczowo-czarne pasy są jak światło i cień, tak że ledwo można go zauważyć. Widzę olbrzymią głowę, miękki pysk, biały i najeżony z długimi, delikatnymi wąsami. Spójrz w żółte, zwężone oczy, pełne strasznego, bezmyślnego okrucieństwa. Davidzie, jego kły! Czy ich nie widzisz!

Jest ciekaw jak dziecko, ogląda wielki różowy język, który dotyka gardła i cienkiego złotego łańcucha wokół szyi. Zjada łańcuch? Dobry Boże, Davidzie! Kły.

Dlaczego nie mogę dobyć głosu? Czy w ogóle jestem w lesie mangrowym? Moje ciało wibruje, kiedy walczę, by się ruszyć, stłumione jęki wyrywają się zza zapieczętowanych ust, nadwerężają każdy mięsień ciała. Davidzie, strzeż się!

I wtedy widzę, że on klęczy na jednym kolanie, z długą, święcącą strzelbą opartą na ramieniu. A olbrzymi kot jest nadal daleko, dopiero zbliża się do niego. Pędzi i pędzi, dopóki huk strzelby nie powstrzyma go w biegu. Potem jeszcze jeden wystrzał, żółte oczy wypełnia furia, skrzyżowane łapy prężą się na miękkiej ziemi, pobudzone ostatnim oddechem.

Budzę się.

Co ten sen oznacza? Czy mój śmiertelny przyjaciel jest w niebezpieczeństwie? Czy też po prostu jego zegar biologiczny odmierza ostatnie sekundy? Do człowieka mającego siedemdziesiąt cztery lata śmierć może przybyć w każdym momencie.

Czy kiedykolwiek myślę o Talbocie, nie dumając o końcu życia?

Davidzie, gdzie jesteś?

„Raz, dwa, trzy. Raz, dwa, trzy. Czuję tutaj zapach krwi".

- Chcę, abyś poprosił o Mroczny Dar - powiedziałem, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy. -Mogę ci go nie dać, ale chcę, byś poprosił.

Nigdy tego nie zrobił. Nigdy nie zrobi. I pokochałem go. Widziałem się z nim, zaraz po owym śnie. Musiałem. Nie mogę zapomnieć tego koszmaru. Niewykluczone, że nawiedzał mnie częściej, gdy pogrążałem się w głębokim śnie dziennych godzin, kiedy jestem zimny jak kamień i bezradny pod całkiem rzeczywistą pokrywą ciemności.

Dobrze, macie już sny.

Wyobraźcie sobie raz jeszcze, jeśli możecie, okrywający ściany zamku śnieg i małego chłopca śpiącego na łożu z siana, z myśliwskimi psami u boku. To stało się symbolem utraconego ludzkiego życia w większym stopniu niż wspomnienie teatru na paryskim bulwarze, gdzie przed Rewolucją byłem tak szczęśliwy jako młody aktor.

Teraz jesteśmy naprawdę gotowi rozpocząć. Przewróćmy zatem stronę, dobrze?

 

ROZDZIAŁ 1

 

Miami, miasto wampirów. South Beach po zachodzie słońca, w zmysłowym cieple zimy, nie będącej zimą, czysta, kwitnąca, skąpana w elektrycznym świetle, delikatna bryza od strony spokojnego morza owiewa pas kremowego piachu i chłodzi gładkie, szerokie chodniki pełne szczęśliwych, śmiertelnych dzieci.

Rozkoszna parada modnych młodzieńców demonstrujących z wzruszającą wulgarnością wykształcone muskuły, młodych kobiet dumnych z opływowych i pozornie pozbawionych seksu nóg, pośród przyciszonego szmeru ulicznego ruchu i ludzkich głosów.

Stare, pokryte stiukiem kamienice, kiedyś niezłe schronienie dla starszych ludzi, teraz odrodzone w eleganckich pastelowych kolorach, chlubiące się szykownymi neonami. Duże, lśniące amerykańskie samochody powoli torujące sobie drogę wzdłuż alei, podczas gdy kierowcy oraz pasażerowie oglądają oszałamiającą ludzką paradę, a leniwi piesi tu i tam tamują ruch.

Na dalekim horyzoncie olbrzymie białe chmury tkwią niczym góry pod bezkresnym, wypełnionym gwiazdami sklepieniem. Ten obraz zawsze zapierał mi dech w piersiach - niebo południowej półkuli wypełnione granatowym światłem i sennym, nigdy nie ustającym ruchem.

Na północy wznoszą się w całym splendorze wieżowce nowego Miami Beach. Na południu i zachodzie oślepiające, stalowe śródmiejskie drapacze chmur, poprzegradzane ryczącymi ulicami i zatłoczonymi dokami. Małe jachty przepływały wzdłuż iskrzących się wód miriady miejskich kanałów.

W nieskalanej ciszy ogrodów Coral Gables niezliczone lampy oświetlają luksusowe, obszerne wille z czerwoną dachówką i basenami migoczącymi turkusowym blaskiem. Duchy spacerują po okazałych, zaciemnionych pokojach Baltimore. Masywne drzewa mangrowe wyrzucają prymitywne konary, by osłaniać szerokie i pieczołowicie pielęgnowane ulice.

W Coconut Grove zagraniczni klienci tłoczą się w luksusowych hotelach i eleganckich centrach handlowych. Zakochane pary obejmują się na balkonach zawieszonych wysoko na szklanych ścianach bloków, pojedyncze sylwetki podziwiają spokojne wody zatoki. Samochody pędzą zatłoczonymi ulicami, mijając wiecznie roztańczone palmy i delikatne drzewa deszczowe ukryte za wymyślnymi żelaznymi bramami, zwaliste betonowe rezydencje spowite czerwonym i fioletowym bluszczem.

Takie jest Miami, miasto wody, prędkości, tropikalnych kwiatów, miasto nieskończonego nieba. To dla Miami, częściej niż dla jakiegokolwiek innego miejsca, zostawiam czasami dom w Nowym Orleanie. Mężczyźni oraz kobiety wielu narodowości i ras żyją na gęsto zamieszkanych obrzeżach miasta. Można tu usłyszeć jidisz, hebrajski, języki Hiszpanii, Haiti, różne dialekty i akcenty Ameryki Łacińskiej, z dalekiego południa i północy. Pod lśniącą powierzchnią Miami czai się zagrożenie, desperacja, pulsująca chciwość i żądza; jest tam też wyraźny, miarowy rytm życia metropolii - rozdzierająca energia, nieskończone ryzyko.

W Miami nigdy nie jest naprawdę ciemno. Nigdy tak do końca cicho.

To wymarzone miasto dla wampira; nigdy nie odmawia mi wydania mordercy - jakiegoś psychicznie zwichniętego, złowieszczego typa, którego umysł opowie o tuzinie dokonanych zabójstw, podczas gdy będę wypijał z krwią pokłady jego pamięci.

Jednak dzisiaj to była wielka Gra w Polowanie, posezonowa Wielkanoc po długim okresie Wielkiego Postu i przymierania głodem - pościg za jednym z tych wspaniałych ludzkich trofeów, których makabryczny modus opemndi zapisany jest na tysiącach komputerowych stron w agencjach zajmujących się przestrzeganiem prawa; za istotą, jaka z anonimowości przeistoczyła się dzięki wyznającej kult sensacji prasie w „Dusiciela z Zaułków".

Pożądam tego typu morderców!

Co za szczęście, że tak sławna osobistość wypłynęła na powierzchnię w moim ulubionym mieście. Co za szczęście, że zaatakował już sześć razy na ulicach Miami - rzeźnik starych i niedołężnych, którzy w takiej liczbie zjawili się tu, by przeżyć ostatnie chwile w ciepłym klimacie. Przemierzyłbym kontynent, aby go dopaść, a on jest tutaj, czeka na mnie. Do jego potwornej historii, szczegółowo opisanej przez co najmniej dwudziestu kryminologów, a łatwo przechwyconej przeze mnie na komputerze, w mojej kryjówce w Nowym Orleanie, skrycie dodałem dwa podstawowe fakty - nazwisko i miejsce zamieszkania. Prosta sztuczka boga ciemności, który umie czytać w ludzkich myślach. Znalazłem go dzięki przesiąkniętym krwią snom. I dzisiaj będę miał przyjemność zakończyć jego głośną karierę okrutnym, mrocznym uściskiem, bez iskierki śmiertelnej iluminacji.

Ach, Miami. Wymarzone miejsce dla małej Gry Namiętności.

Zawsze wracam do Miami, podobnie jak do Nowego Orleanu. I jestem jedynym nieśmiertelnym, który teraz poluje w sławnym zakątku Savage Garden, bo jak wiecie, inni dawno opuścili tutejszą siedzibę niezdolni dłużej znosić nawzajem swojego towarzystwa.

Tym lepiej. Miałem Miami tylko dla siebie.

Stałem przed frontowymi oknami apartamentu, który wynajmowałem w ekskluzywnym Park Central Hotel na Ocean Drive, od czasu do czasu pozwalając sobie skorzystać z nadprzyrodzonych zdolności, przesłuchiwałem sąsiadujące pomieszczenia, gdzie bogaci turyści cieszyli się samotnością pierwszej jakości - całkowitą prywatnością kilka kroków od hałaśliwej ulicy. Moje tymczasowe Pola Elizejskie, moja Via Yeneto.

Dusiciel był prawie gotów wyruszyć z królestwa spazmatycznych, przerywanych wizji do krainy prawdziwej śmierci. Ach, czas się ubrać dla człowieka moich snów.

Wygrzebując stroje ze zwykłego bałaganu dopiero co otwartych tekturowych pudełek i walizek, wybrałem stary, ulubiony garnitur z szarego aksamitu z delikatnym połyskiem. Muszę przyznać, że gruby materiał nie był zbyt odpowiedni na ciepłe noce, ale wtedy nie odczuwałem zimna ani upału jak ludzie. Płaszcz miałem cienki, kusy niczym żakiet, pasowany w talii, z wąskimi klapami i zwężonymi w nadgarstkach rękawami wyglądał jak surdut z zamierzchłych czasów. My, nieśmiertelni, lubimy staroświeckie stroje, przypominające nam o epoce, w której Narodziliśmy się dla Ciemności. Czasem można odgadnąć prawdziwy wiek wampira, po prostu patrząc na krój jego ubrań.

Jeśli chodzi o mnie, to należało jeszcze wziąć pod uwagę materiał odzienia. Wiek osiemnasty był taki błyszczący! Nie mogę się obejść bez odrobiny połysku. A ten płaszcz pasował doskonale do jasnych, obcisłych, aksamitnych spodni. Jedwabną koszulę cechowała taka delikatność tkaniny, że można ją było zmieścić w jednej dłoni. Dlaczego miałbym nosić coś innego na mojej niezniszczalnej i wyjątkowo wrażliwej skórze? Potem buty. Wyglądały jak wszystkie moje ostatnie pary. Podeszwy były nieskazitelnie czyste, gdyż rzadko dotykały matki ziemi.

Rozpuściłem włosy, nadając im naturalny kształt grubej grzywy żółtych, długich do ramion fal. Jak wyglądałem w oczach śmiertelników? Naprawdę nie wiem. Jak zawsze zakryłem ciemnymi okularami błękitne oczy, żeby ich jasność przypadkowo nikogo nie zahipnotyzowała; prawdziwe utrapienie; a na moje delikatne ręce, z gotowymi mnie zdradzić szklistymi paznokciami, włożyłem parę cienkich skórzanych rękawiczek.

Ach, jeszcze trochę brązowego olejku dla kamuflażu skóry. Rozprowadziłem płyn po twarzy, trochę po szyi i nagiej piersi.

Sprawdziłem w lustrze ostateczny efekt. Nadal miałem porywający wygląd. Nic dziwnego, że odniosłem taki sukces w krótkiej karierze gwiazdy rocka. I zawsze cieszyłem się dużym powodzeniem jako wampir. Dzięki Bogu, nie stałem się niewidzialny podczas beztroskich wędrówek, włóczęga unoszący się ponad chmurami, lekki jak piasek na wietrze. Zebrało mi się na płacz, gdy o tym pomyślałem.

Wielka Gra w Polowanie zawsze przywoływała mnie do rzeczywistości. Znaleźć go, wyśledzić, dopaść w momencie, gdy będzie chciał uśmiercić następną osobę. Pić krew powoli, zadając ból, świętując jego niegodziwość, spoglądać przez brudne soczewki podłej duszy na wcześniejsze ofiary.

Proszę, zrozumcie, nie ma w tym żadnej szlachetności. Nie wierzę, że ratując z rąk oprawcy jedną biedną istotę, mogę w jakikolwiek sposób ocalić swoją duszę. Zabierałem życie zbyt często... chyba że siła dobrego uczynku ma nieskończoną moc. Nie wiem, czy wierzę w to, czy nie. Wyznaję zasadę: Zło jednego morderstwa jest bezgraniczne, a moja wina jest jak moja uroda - wieczna. Nie mogę uzyskać przebaczenia, bo nie ma nikogo, kto mógłby mi darować wszystko, co zrobiłem.

Mimo to lubię ratować niewinnych ludzi wyrywając ich ze szponów przeznaczenia. Uwielbiam zabierać morderców, ponieważ są moimi braćmi, należymy do siebie. Dlaczego nie mieliby umrzeć w ramionach wampira zamiast jakiegoś biednego śmiertelnika, który nigdy nikogo celowo nie skrzywdził? Takie są zasady mojej gry. Przestrzegam ich, bo sam je ustanowiłem. Przysiągłem sobie, że tym razem nie porzucę gdzieś ciała; będę się starał zrobić to, co inni zawsze mi nakazywali. Chociaż z drugiej strony... Lubię zostawić władzom padlinę. Po powrocie do Nowego Orleanu będę miał ochotę uruchomić komputer i przeczytać raport przeznaczony do kronik kryminalnych.

Nagle moją uwagę rozproszył odgłos wozu policyjnego przejeżdżającego powoli pod oknami. Człowiek w środku mówił o moim mordercy, o tym, że niedługo znów uderzy, bowiem jego gwiazdy znajdują się w odpowiednim położeniu, księżyc na właściwej wysokości. Morderstwo wydarzy się na pewno w bocznych uliczkach South Beach, tak jak to wcześniej miało miejsce. Ale kim jest zabójcą? Kto może go powstrzymać?

Siódma - powiedziały mi małe zielone cyferki zegarka, chociaż oczywiście już wcześniej o tym wiedziałem. Zamknąłem oczy, pozwalając głowie opaść na jedną stronę, by zebrać w sobie całą moc, której tak nienawidziłem. Najpierw przyszła zwielokrotniona zdolność słyszenia, tak jakbym włączył nowoczesne urządzenie nasłuchowe. Ciche pomruki świata stały się chórem piekieł - pełnym ostrych śmiechów i lamentów, kłamstw i goryczy, czasem próśb. Zatkałem uszy, choć nie mogło to niczego zmienić, a potem w końcu wyłączyłem słyszenie.

Stopniowo widziałem rozmazane, zachodzące na siebie obrazy ludzkich myśli, podnoszące się jak miliony trzepoczących na firmamencie ptaków. Daj mi mojego mordercę, daj mi jego wizję!

Był tam, w małym, obskurnym pokoiku, zupełnie innym niż ten, chociaż tylko dwie przecznice dalej. Właśnie wstawał z łóżka. Tanie ubranie było pomięte, pot pokrywał ordynarne oblicze. Gruba, drżąca nerwowo ręka sięgała po papierosa do kieszeni koszuli, potem zapominała o tym. Mężczyzna był zwalistym typem o bezkształtnej twarzy i spojrzeniu pełnym niesprecyzowanej obawy albo bardzo głęboko ukrytego żalu.

Nie pomyślał o tym, by wystroić się na wieczór, przygotowywać do Święta, na które tak długo czekał. Teraz jego wątły umysł przytłaczał ciężar okropnych, pulsujących snów. Otrząsnął się, rozczochrane tłuste włosy opadły na czoło i oczy jak kawałki czarnego szkła.

Stojąc wciąż w cieniu mojego pokoju, tropiłem go dalej; przemierzałem klatkę schodową, wychodziłem na zewnątrz na jaskrawe światło Collins Avenue, mijałem zakurzone okna sklepu, przekrzywione reklamy, szedłem naprzód ku jego jeszcze nie wybranemu obiektowi pożądania.

Kim jest ta szczęśliwa kobieta, nieubłaganie brnąca ku swej makabrycznej zagładzie, która nastąpi pośród smętnych przechodniów wczesnego wieczoru w tej samej części miasta? Czy niesie karton mleka i główkę sałaty w brązowej papierowej torebce? Czy zacznie uciekać na widok bandyty stojącego na rogu ulicy? Czy tęskni za starym wybrzeżem, gdzie mieszkała, może zadowolona z życia, zanim architekci i dekoratorzy nie przegnali jej do rozpadających się, obłażących z tynku bloków gdzieś dalej?

Co pomyśli ten plugawy anioł śmierci, kiedy ją w końcu zobaczy? Czy właśnie ona przypomni mu mityczną jędzę z dzieciństwa, która biła go bezmyślnie tylko dlatego, żeby zostać podniesioną do rangi jednego z koszmarów na panteonie jego podświadomości?

Są tacy mordercy, którzy nie łączą w żaden sposób symboli z rzeczywistością, niczego nie pamiętają dłużej niż przez kilka dni. Na pewno jednak ich ofiary nie zasługują na to. Oni sami zaś zasługują na spotkanie ze mną.

Ach, tak, wyrwę mu przepełnione złem serce, zanim będzie miał szansę „załatwić" ją; odda mi wszystko, co ma i wszystko, czym jest.

Szedłem wolno po schodach w dół przez elegancki, błyszczący charakterystycznym dla kolorowych magazynów splendorem art deco hol. Jak dobrze było ruszać się jak śmiertelnik, otwierać drzwi, wychodzić na świeże powietrze. Skierowałem się na północ wzdłuż chodnika, po którym przechadzali się wieczorni spacerowicze.

Moje oczy naturalnie dryfowały po świeżo odnowionych fasadach hoteli i kawiarni.

Tłum zgęstniał, kiedy doszedłem do rogu. Przed śmieszną restauracją na otwartym powietrzu olbrzymie kamery telewizyjne skierowały obiektywy na jasno oświetlony przez białe światła kawałek chodnika. Ciężarówki blokowały ruch; samochody powoli się zatrzymywały. Zebrał się luźny tłum średnio zafascynowanych ludzi w różnym wieku. Kamery telewizyjne czy filmowe nie były niczym nowym w okolicach South Beach.

Obszedłem bokiem światła, bojąc się efektu, jaki mogły wywołać na mojej odbijającej wszystko twarzy. Nie wyróżniałem się niczym szczególnym pośród opalonych na brązowo, pachnących drogim kremem, półnagich, odzianych w kuse szmatki przechodniów. Utorowałem sobie drogę do rogu. Znów poszukałem zdobyczy. Biegł, jego umysł wypełniały halucynacje, ledwie panował nad niezdarnymi, powłóczącymi nogami.

Nie było czasu do stracenia.

Z nagłym przyspieszeniem wzniosłem się na wysokość niższych dachów. Powiew wiatru był silniejszy, słodszy. Złagodziłem szmer podnieconych głosów, dźwięki monotonnych piosenek w radiu, świst bryzy.

W ciszy odnalazłem obraz mordercy w obojętnych oczach tych, którzy go mijali. Raz jeszcze zobaczyłem jego marzenia o zmiażdżonych dłoniach i stopach, rozoranych policzkach i nagiej klatce piersiowej. Pękała cienka membrana oddzielająca fantazję od rzeczywistości.

Spłynąłem na chodnik Collins Avenue tak lekko, że nikt tego nie zauważył. Byłem jak drzewo w nie zamieszkanym lesie.

Kilka minut później szedłem spokojnie kilka kroków za nim, młody, być może groźny mężczyzna, torujący sobie drogę przez gromadę twardzieli blokujących mu przejście, pokonujący w pośpiechu szklane drzwi gigantycznego, klimatyzowanego supermarketu. Ach, jaki ubaw dla oka - te nisko sklepione jaskinie, przeładowane wszelkiego rodzaju niewyobrażalnymi, zapakowanymi, zakonserwowanymi gatunkami żywności, artykułów papierniczych, kosmetyków do włosów, z których dziewięćdziesiąt procent nie istniało pod żadną postacią, w wieku kiedy przyszedłem na świat.

Mowa tu o chusteczkach higienicznych, leczniczych kroplach do oczu, plastykowych grzebieniach do włosów, cienkopisach, kremach i maściach do każdej dającej się nazwać części ludzkiego ciała, środków do mycia naczyń we wszystkich barwach tęczy, płynach do płukania bielizny w kolorach dopiero co wymyślonych, lecz jeszcze nie nazwanych. Wyobrażacie sobie Ludwika XVI otwierającego szeleszczący plastykowy worek z takimi cudami? Co by pomyślał o poliestrowych kubkach do kawy, ciasteczkach czekoladowych owiniętych w celofan albo piórach, w których nigdy nie kończy się atrament?

Cóż, sam jeszcze nie w pełni się oswoiłem ze wszystkimi tymi przedmiotami, pomimo że przez dwa wieki na własne oczy widziałem, jak dokonuje się postęp techniczny podczas rewolucji przemysłowej. Takie supermarkety mogą wprawiać mnie w stan oczarowania na cale godziny. Czasem staję urzeczony w samym środku Wal--Martu.

Lecz tym razem miałem zdobycz na widoku, czyż nie? Pora na Time, Yogue, kieszonkowe słowniczki komputerowe oraz zegarki, które pokazują czas nawet na dnie oceanu, przyjdzie później.

Dlaczego wybrał sobie właśnie to miejsce? Kubańskie rodziny z dziećmi w zawiniątkach nie były w jego guście. Chodzi bez celu wśród zatłoczonych stoisk. Zdaje się nie zauważać setek hiszpańskich rodzin wokół siebie, wodząc zaczerwienionymi oczami po zawalonych towarem półkach. Nikt nie zwraca na niego uwagi oprócz mnie.

Boże, jaki on plugawy - cała przyzwoitość zginęła w ogarniającej go manii, dziobatej twarzy i karku pokrytym brudem. Czy będzie mi się podobało? Do licha, ostatecznie to worek z krwią. Dlaczego kusić los? Nie powinienem już więcej zabijać małych dzieci, prawda? Ani ucztować na nadbrzeżnych ladacznicach, tłumacząc sobie, że wszystko jest w porządku, bo one zaraziły swój limit rybaków. Moje sumienie zabija mnie, czyż nie? A kiedy jest się nieśmiertelnym, to może być naprawdę długa i przykra śmierć. Taak, spójrzcie na niego, niechlujny, śmierdzący, idący ociężale morderca. Faceci w więzieniu mają lepsze żarcie niż on.

Nagle uderzyło mnie coś, kiedy prześwietliłem jego myśli raz jeszcze, tak jakbym rozciął kantalupę. On nie wie, kim jest! Nigdy nie czytał poświęconych mu prasowych nagłówków! W rzeczywistości nie umie pozbierać do kupy fragmentów swojego życia, nie mógłby przyznać się do morderstw, które popełnił, ponieważ naprawdę o nich zapomniał i jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że dzisiaj zabije! Nie wie tego, co ja wiem!

Smutek i rozpacz, wyciągnąłem najgorszą z kart, nie ma co do tego wątpliwości. O Boże! O czym ja myślałem, kiedy zdecydowałem się zapolować na niego, podczas gdy ten wypełniony jaśniejącymi gwiazdami świat pełen jest gorszych, bardziej przebiegłych potworów? Chciało mi się płakać.

Wtedy nadeszła ta prowokująca chwila. Zobaczył starszą kobietę, nagie, pomarszczone ramiona, mały garb na plecach, trzęsące się pod pastelowymi spodniami uda. Szła powoli przez oślepiające, fluorescencyjne światło, ciesząc się brzękiem pulsującego wokół niej życia. Jej twarz była do połowy osłonięta przez plastykowy daszek, włosy miała spięte z tyłu głowy czarnymi spinkami.

W małym koszyku niosła litr soku pomarańczowego oraz parę kapci tak miękkich, że dały się zwinąć w rulonik. Teraz sięgnęła na półkę i z widoczną radością dodała do tego książkę, którą wcześniej czytała. Pieściła ją czule, marząc o tym, by zagłębić się w lekturę raz jeszcze, co byłoby niczym spotkanie ze starymi znajomymi. Drzewo rośnie na Brooklynie. Tak, ja też lubiłem tę powieść.

Rzucił się za nią jak w transie. Podążał tak blisko, że z pewnością poczuła jego oddech na karku. Przytępionym, głupim wzrokiem patrzył, jak staruszka, wyciągając zza pazuchy kilka pomiętych dolarów, powoli zmierza w stronę kasy.

Opuścili sklep, on posuwał się ciężko, mechanicznie niczym pies goniący za suką mającą cieczkę, ona szła powoli, omijając niezdarnie z daleka bandy hałaśliwych, bezczelnych, grasujących tu wyrostków. Czy mówiła sama do siebie? Tak mi się wydawało. Nie czytałem myśli tego małego stworzenia idącego coraz szybciej i szybciej. Penetrowałem umysł pędzącej za staruszką bestii, która nie była w stanie postrzegać się jako sumy składających się na nią części.

Blade, niewyraźne obrazy twarzy przemknęły przez jego głowę, podczas gdy wlókł się za ofiarą. Pragnął spocząć na wierzchu tego wiotkiego ciała; położyć dłoń na okolonych zmarszczkami ustach.

Kiedy staruszka dotarła do strzeżonego przez niskie palmy, małego, opuszczonego, zbudowanego z rozsypującej się kredy budynku, który dokładnie pasował do reszty podniszczonej dzielnicy, dusiciel nagle zaczął zwalniać. Zakołysał się na stopach,

w milczeniu obserwując, jak kobieta przechodzi przez wyłożone cienką płytą chodnikową podwórko, wspina na górę po zakurzonych, zielonych, cementowych schodach. Zauważył numer namalowany na drzwiach, kiedy je otwierała, i przyległszy potem mocno do ściany, zaczął snuć marzenia o zamordowaniu jej w niczym się nie wyróżniającej, pustej sypialni, która była jedynie plamą kolorów i światła.

Ach, spójrzcie na niego, jak opiera się o ścianę, jakby był przebity nożem. Głowę niedbale zwiesił na jedną stronę. Niemożliwe, by ktokolwiek się nim zainteresował. Dlaczego nie miałbym zabić go teraz?

Jednak mijała chwila za chwilą, a jaskrawy zmierzch ustępował miejsca nocy. Gwiazdy rozbłysły mocniej. Powiew wiatru przyszedł i odszedł.

Czekaliśmy.

Dzięki jej oczom widziałem salon tak, jakbym naprawdę mógł prześwietlać ściany i podłogi. Pokój był czysty, chociaż chaotycznie wypełniony nic dla niej nie znaczącymi, starymi, pokrytymi brzydkim fornirem meblami o zaokrąglonych kształtach. Jednak wszystko wypolerowane zostało specyfikiem, którego zapach tak lubiła. Światło neonu przechodziło przez pluszowe zasłony. Było mętne i smutne jak widok podwórka poniżej. Ponurą scenerię rozweselało dodające otuchy światło małych, ustawionych w przemyślanym miejscu lamp. To miało dla niej znaczenie.

Siedziała w bujanym klonowym fotelu z okropnym pledowym obiciem, niewielka, dostojna postać. Trzymała otwartą książkę w ręku. Co za szczęście, móc obcować raz jeszcze z Francie Nolan. Szczupłe kolana były ledwie przykryte kolorową bawełnianą podomką wyjętą z szafy. Miała na sobie małe niebieskie kapcie, które wyglądały jak skarpetki na drobnych, zniekształconych stopach. Ze swoich szarych włosów zrobiła jeden gruby, wdzięczny warkocz.

Jakaś nie żyjąca już gwiazda filmowa niemo kłóciła się na czarno-białym ekranie małego telewizora. Joan Fontaine myśli, że Cary Grant usiłuje ją zabić. Sądząc z wyrazu jego twarzy, tak to mogło wyglądać. Zastanawiałem się, jak w ogóle ktoś mógł ufać Cary Grantowi, człowiekowi, który wydawał się w całości zrobiony z drewna?

Nie musiała patrzeć na napisy między scenami; widziała ten film dokładnie trzynaście razy. Książkę, którą trzymała w dłoni, czytała zaledwie dwukrotnie, dlatego ze szczególną przyjemnością przejrzy ponownie znajome rozdziały, zagłębi się w treść tego, czego nie zna jeszcze na pamięć.

Z ocienionego ogrodu poniżej spostrzegłem jej klarowną, akceptującą siebie koncepcję własnej osoby, dalekiej od zbędnych dramatów i odcinającej się od urządzonego w złym guście wnętrza. Kilka liczących się dla niej skarbów zmieściłoby się w każdym pokoiku. Książka i telewizor stanowiły najważniejsze rzeczy ze wszystkiego, co posiadała; w pełni uświadamiała sobie ich duchowość.

Mój wędrowny morderca był bliski paraliżu, jego umysł wypełniała burza bardzo osobistych przeżyć, w żaden sposób nie poddających się interpretacji.

Prześlizgnąłem się po ozdobionej stiukiem niewielkiej klatce, znajdując schody prowadzące do kuchennych drzwi. Zamek, na mój rozkaz, poddał się łatwo. Drzwi stanęły otworem, tak jakbym popchnął je z całem siły, a jednak nawet ich nie dotknąłem.

Bezgłośnie zakradłem się do małego, wyłożonego linoleum pokoju. Zapach dochodzący od strony niewielkiego białego piecyka przyprawiał mnie o mdłości. Odór mydła w klejącej się ceramicznej mydelniczce był również nie do zniesienia. Jednak widok pokoju wzruszył mnie do głębi. Ujrzałem piękną, wypieszczoną, niebiesko--białą chińską porcelanę, starannie poukładaną, z talerzami postawionymi pionowo. Spójrzcie na książki kucharskie z oślimi uszami. Jaki nieskazitelnie czysty jest stół ze świecącą się żółtą ceratą i woskowym zielonym bluszczem rosnącym w okrągłym pucharze czystej wody, rzucającej pojedynczy drżący cień na niski sufit.

Końcami palców zamknąwszy drzwi, stałem sztywno myśląc o tym, że kobieta, właśnie czytająca powieść Betty Smith i od czasu do czasu spoglądając na migoczący ekran, w ogóle nie przeczuwa śmierci. Nie miała żadnej wewnętrznej anteny, żeby móc wykryć obecność stojącej na ulicy pod domem, ogarniętej szaleństwem zjawy albo zaczajonego w kuchni potwora.

Morderca był tak pochłonięty halucynacjami, że nie zauważał mijających go ludzi. Nie widział krążącego samochodu policyjnego ani podejrzliwych, wyjątkowo groźnych, umundurowanych śmiertelników, którzy już go rozszyfrowali. Wiedzieli, że uderzy dziś w nocy, tylko nie wiedzieli, kim jest.

Cienka strużka śliny spłynęła po jego nie ogolonym policzku. Nic nie było dla niego realne - ani życie dzień po dniu, ani strach o to, że zostanie zdemaskowany -jedynie ten elektryczny wstrząs, który wysyłała niezdarnym rękom, nogom i piersiom chora wyobraźnia. Lewa dłoń zadrżała gwałtownie. Skurcz ściągnął lewą połowę twarzy.

Nienawidziłem tego faceta. Nie chciałem pić jego krwi. Nie był mordercą z klasą. Pragnąłem krwi tej kobiety.

Tkwiła skupiona w swojej samotności i ciszy. Jaka mała, jaka zadowolona. Kiedy czytała rozdziały książki, którą tak dobrze znała, jej koncentracja stawała się doskonała niczym wiązka światła. Przeniosła się pamięcią w przeszłość, do dni gdy po raz pierwszy wertowała powieść, do budki z wodą sodową na Lexington Avenue w Nowym Jorku, do czasów gdy była ładnie ubraną młodą sekretarką w czerwonej wełnianej spódnicy i białej pomarszczonej, ozdobionej perłowymi guzikami przy mankietach koszuli. Pracowała w wyjątkowo imponującym, wysokim biurowcu ze zdobionymi mosiężnymi drzwiami windy, holem wyłożonym ciemnożółtymi płytami z marmuru.

Chciałem przyłożyć usta do jej wspomnień, do zapamiętanego odgłosu uderzających o marmurową posadzkę butów na wysokim obcasie, do widoku gładkich łydek pod jedwabnymi pończochami, które wkładała tak delikatnie, by nie podrzeć ich swoimi pomalowanymi paznokciami. Przez chwilę widziałem rude włosy i ekstrawagancki, potencjalnie szkaradny, a jednak czarujący kapelusz z żółtym rondem.

Ta krew była warta zachodu. Ja zaś odczuwałem głód tak silny jak rzadko kiedy w ciągu całego życia. Posezonowy post to było więcej, niż mogłem znieść. O Boże, jakże chciałem ją zabić!

Z dołu, z ulicy dobiegł mnie słaby bulgoczący odgłos, jaki wydawały wargi głupiego, niezdarnego mordercy. Chrapliwe brzmienie utorowało sobie drogę wśród głośnego potoku innych dźwięków, jakie wychwytywały moje wampirze uszy.

Bestia oderwała się wreszcie od ściany i chwiejąc się przez chwilę, tak jakby miała zaraz runąć na ziemię, ruszyła w naszym kierunku przez małe podwórko, schodami w górę.

Czy pozwolę mu ją przestraszyć? To było bez sensu. Miałem go przecież w zasięgu ręki. Jednak pozwoliłem temu odrażającemu typowi wetknąć metalowe narzędzie do okrągłej dziurki od klucza, dałem czas na wyważenie zamka. Metalowy łańcuch oderwał się od spróchniałego drewna.

Wszedł do pokoju i wzrokiem pozbawionym wyrazu patrzył na kobietę. Była przerażona, trzęsła się w fotelu, książka wypadła jej z ręki.

Ach, ale wtedy zobaczył mnie stojącego w drzwiach kuchennych - mrocznego młodego człowieka w szarym aksamitnym garniturze, z okularami wsuniętymi na czoło. Patrzyłem na niego w ten sam, nie okazujący zdziwienia sposób. Czy widział opalizujące oczy, skórę jak wypolerowana kość słoniowa, włosy niczym bezdźwięczny wybuch światła? Czy byłem jedynie przeszkodą stojącą między nim a jego ofiarą, całe zaś piękno zginęło?

Po chwili rzucił się do ucieczki. Zbiegał już po schodach, kiedy starsza pani wrzasnęła, zrywając się, by zatrzasnąć drewniane drzwi.

Byłem za nim, nie zwracałem uwagi na to, czy dotykam ziemi czy nie. Pozwalałem mu dostrzec moją unoszącą się ponad ulicznymi latarniami postać. Przemierzyliśmy kawałek drogi, zanim podpłynąłem do niego. Dla innych stanowiłem tylko niewyraźną plamę, niegodną ich uwagi. Potem zastygłem za nim, usłyszałem jęczenie, kiedy zaczął biec.

Graliśmy tak przez chwilę. Biegł, zatrzymywał się, dostrzegał mnie za sobą. Pot spływał po jego ciele i wkrótce przesączył cienkie, syntetyczne włókna materiału. Koszula przylegała do gładkiej, nieowłosionej piersi.

Wreszcie dopadł do swojego zniszczonego, taniego hotelu, ciężko powlókł się po schodach na górę do wynajmowanego pokoju, do którego dotarłem przed swą ofiarą. Zanim zdążył krzyknąć, miałem go w ramionach. Poczułem zmieszany z kwaśnym odorem sztucznych włókien koszuli smród brudnych włosów. Nie miało to teraz znaczenia. Leżał w moich ramionach jak silny, ciepły, soczysty kapłon. Zapach krwi zalewał mój mózg. Słyszałem, jak bije jego komora sercowa, pulsują tętnice, boleśnie skurczone naczynia krwionośne. Spijałem krew z delikatnego, zaróżowionego ciała pod oczami.

Serce pracowało ciężko, nieomal pękało... ostrożnie, ostrożnie, żeby go nie zniszczyć. Wbiłem zęby w mokrą skórę karku. Hmmm. Mój brat, mój biedny zamroczony brat. Jednak to było smaczne, bardzo dobre.

Fontanna trysnęła pełnym strumieniem; jego życie było jak kanał ściekowy. Wszystkie te staruszki, mężczyźni w podeszłym wieku. Trupy płynęły potokiem, uderzając jedne o drugie, podczas gdy on stawał się coraz bardziej miękki w moich ramionach. Żadnego sportu. Ani odrobiny wysiłku. Żadnego sprytu. Żadnej złej woli. Okrutny jak jaszczurka połykająca muchę za muchą. Dobry Boże, wiedzieć takie rzeczy, to jak znać czasy, w których olbrzymie gady panowały na ziemi, przez miliony lat tylko one, swoimi żółtymi oczami oglądały padający deszcz, wschodzące słońce.

Mniejsza z tym. Pozwoliłem mu cicho wypaść z mojego uścisku. Płynąłem z jego krwią ssaka. Niezła. Zamknąłem oczy, pozwalając ciepłu rozejść się po moich jelitach, czy czymkolwiek, co miałem wewnątrz białego, silnego ciała. W tym oszołomieniu zobaczyłem, jak morderca, potykając się, brnie przez podłogę. Żałośnie niezdarny. Tak łatwo było podnieść go z kupy rozrzuconych, pozwijanych gazet, przewróconego o kubek z kawą wylewającą się teraz na dywan w kolorze kurzu.

Podniosłem ledwo żywego mężczyznę za kołnierz. Puste oczy wywróciły się pokazując białka. Potem kopnął lekko na oślep, ten brutal, zabójca słabych i starych, butem drapiąc mnie w łydkę. Podniosłem drgające ciało do moich zgłodniałych ust raz jeszcze, przesuwając palcami po włosach. Ofiara stawała się coraz bardziej sztywna, jakby moje kły były zatrute.

Krew znowu napłynęła mi do mózgu. Poczułem, jak elektryzuje żyłki twarzy, jak pulsując, dochodzi do paznokci, a gorące, kłujące ciepło spływa wzdłuż kręgosłupa. Wypełniałem się z każdym łykiem. Ciężkie, soczyste stworzenie. Potem znowu go wypuściłem, a kiedy tym razem oddalał się, wlokąc powoli, poszedłem za nim. Ciągnąc mężczyznę po podłodze, odwróciłem jego twarz ku mnie, pozwalając mu przewrócić się na bok, by mógł jeszcze trochę powalczyć.

Mówił czymś, co jeszcze nie tak dawno było językiem. Pchnął mnie, lecz prawie nic już nie widział. Po raz pierwszy ujrzałem na jego beznamiętnej twarzy jakieś natchnienie, pewien wyraz oburzenia. Upiększałem to, wracając myślą do starych opowieści, wspomnień o gipsowych postaciach i bezimiennych świętych. Złapał paznokciami podbicie mojej stopy. Podniosłem go, a kiedy tym razem rozdarłem gardło, rana była nieporównywalnie większa od wcześniejszych. Nastąpił koniec.

Śmierć przyszła niby uderzenie pięścią w brzuch. Przez moment miałem mdłości, a potem czułem tylko ciepło, pełnię, normalne pulsowanie krwi, z tym ostatnim tchnieniem świadomości przenikającej do moich członków.

Opadłem na jego poplamione łóżko. Nie wiem, jak długo tam leżałem.

Patrzyłem przez jakiś czas na niski sufit. Potem doszedł mnie smród brudnego ciała mężczyzny oraz kwaśne, zbutwiałe zapachy pokoju. Podniosłem się i wytoczyłem na zewnątrz. W całej swej niezgrabności pozwolił mi zachować ludzkie ruchy, w gniewie i nienawiści, w ciszy, ponieważ nie chciałem być lekkim jak piórko, uskrzydlonym nocnym podróżnym. Pragnąłem pozostać ludzki, czuć jak człowiek. Choć krew mordercy przepełniała mnie całkowicie, to nie wystarczało. Po prostu nie wystarczało!

Gdzie podziały się wszystkie obietnice? Sztywne, targane wiatrem liście palm uderzały o ściany.

- Ach, wróciłeś - powiedziała.

Miała taki niski, mocny głos, nie było w nim śladu drżenia. Stała przed bujanym fotelem z wytartymi klonowymi oparciami i patrzyła na mnie przez okulary w srebnej oprawce. Książka zamknęła się w jej dłoniach. Małe i bezkształtne usta, ukazujące częściowo żółte zęby, tworzyły straszny kontrast z ponurym tonem głosu, który nie zna niezdecydowania.

Co, na Boga, myślała, kiedy się do mnie uśmiechała? Dlaczego nie zmawiała pacierzy?

- Wiedziałam, że przyjdziesz - powiedziała. Potem zdjęła okulary i zobaczyłem szkliste oczy.

Co widziała? Czy sprawiałem, że coś widzi? Ja, który mogłem wszystko bez trudu kontrolować, tak się zmieszałem, że byłem bliski płaczu.

- Tak, wiedziałam - powtórzyła.

- Och, a skąd? - wyszeptałem, podchodząc do niej, rozkoszując się obejmującą nas bliskością małego pokoju.

Wyciągnąłem wampirze paznokcie, zbyt białe by mogły uchodzić za ludzkie, tak silne, że mogły oderwać człowiekowi głowę. Dotknąłem jej gardła. Zapach Chantilly - albo innych perfum z drogerii.

- Tak - powiedziała lekko, ale zdecydowanie. - Zawsze wiedziałam.

- Pocałuj mnie więc. Kochaj mnie.

Jakie gorąco biło od jej ciała, jak niewielkie były ramiona tej kobiety. Przypominała wspaniały w tym ostatnim tchnieniu, żółty kwiat, jeszcze pełen zapachu - niebieskie, blade żyły pod cieniutką skórą, powieki dokładnie przylegające do oczu, kiedy je zamykała, skóra otulająca kości czaszki.

- Zabierz mnie do nieba - powiedziała głosem dochodzącym prosto z serca.

- Nie mogę, żałuję, ale nie mogę - szeptałem prosto do ucha. Zamknąłem ją w moich ramionach. Powąchałem miękkie szare włosy. Poczułem na twarzy dotyk kruchych jak wyschnięte liście palców. Przeszedł mnie lekki dreszcz. Ona także drżała. Ach, delikatna, zniszczona istota, stworzenie zredukowane do myśli i woli, w nic nie znaczącej cielesnej powłoce. Tylko „kropelka", Lestacie, nie więcej.

Było za późno, wiedziałem o tym, kiedy pierwszy strumień krwi uderzył w mój język. Wysuszałem to ciało. Zaalarmowały ją na pewno moje jęki, lecz potem do uszu kobiety nie docierał już żaden odgłos... Ofiary nigdy nie słyszą prawdziwych dźwięków, kiedy to się już zacznie.

Wybacz mi.

Och, kochanie!

Spłynęliśmy razem na dywan, kochankowie na ścieżce pokrytej przekwitniętymi kwiatami. Widziałem, jak spada książka, rysunek z narzuty, ale to wydawało się nienaturalne. Ostrożnie trzymałem ją w objęciach, żeby się nie potłukła. Lecz w owym momencie byłem tylko przedziurawioną skorupą. Jej śmierć przychodziła łagodnie, tak jakby ona sama szła ku mnie szerokim korytarzem w jakimś szczególnym, wyjątkowo ważnym miejscu. Ach, ta żółta marmurowa posadzka. Nowy Jork. Nawet tutaj można usłyszeć ruch uliczny, te ciche uderzenia zamykanych na korytarzu drzwi.

- Dobranoc, kochanie - wyszeptała.

Czy mi się wydaje? Jak ona jeszcze może mówić? Kocham cię.

- Tak mój najdroższy, ja też cię kocham.

Stała w holu. Jej rude, opadające na ramiona, gęste włosy kręciły się pięknie; uśmiechała się, a obcasy wydawały ostry, kuszący stukot na marmurowej posadzce, gdy ruszyła się z miejsca.

Teraz otaczała ją cisza, choć fałdy wełnianej sukienki poruszały się jeszcze; patrzyła dziwnym, przebiegłym wzrokiem; podniosła czarny, płaski pistolet i wycelowała we mnie.

Co ty, do diabła, robisz?

Nie żyje. Wystrzał był taki głośny, że przez chwilę niczego nie słyszałem. Tylko dźwięczenie w uszach. Leżałem na podłodze, wpatrując się ślepo w sufit nade mną, czując zapach prochu na korytarzu w Nowym Jorku.

A przecież znajdowałem się w Miami. Zegarek tykał na stoliku. Z przegrzanego serca telewizora dochodził namiętny, cichy głos Cary Granta mówiącego Joan Fontaine, że ją kocha. I Joan Fontaine była taka szczęśliwa. Wiedziała na pewno, że Cary Grant chciał ją zabić.

Ja też to wiedziałem.

South Beach. Raz jeszcze Neon Strip. Porzuciłem zatłoczone chodniki, zszedłem na piasek i skierowałem się w stronę morza.

Maszerowałem przed siebie, dopóki nie znalazłem się zupełnie sam - w pobliżu nie było ani spacerowiczów, ani kąpiących się plażowiczów. Tylko piasek, z którego wiatr zmiótł już pozostawione po całym dniu ślady stóp, i wielka szarość nocnego oceanu uderzającego nie kończącą się falą o cierpliwy brzeg. Jak wysokie były niebiosa, pełne szybko sunących chmur i odległych, dyskretnych gwiazd.

Cóż ja zrobiłem? Zabiłem ją, jego ofiarę, zdmuchnąłem świeczkę tej jednej, którą miałem ocalić. Wróciłem do niej, położyłem się z nią, wziąłem ją, a ona wystrzeliła niewidzialny strzał zbyt późno.

I pragnienie było we mnie znowu.

Ułożyłem potem bezwładne ciało na małym, schludnym łóżku, pokrytym pikowaną kołdrą, skrzyżowałem ramiona i zamknąłem powieki.

Pomóż mi, dobry Boże. Gdzie są moi bezimienni święci? Gdzie anioły z upierzonymi skrzydłami, by zanieść mnie do piekła? Czy gdy się pojawiają, są ostatnią piękną rzeczą, jaką widzi potępieniec? Czy gdy spada w bezmiar ognia, nadal może śledzić, jak unoszą się ku niebu? Czy istnieje wtedy nadzieja na ujrzenie ostatniego błysku złotych trąb i na rozświetlenie twarzy promieniami padającymi z oblicza Boga?

Co wiem o niebie?

Przez długą chwilę tkwiłem w bezruchu, wpatrując się w odległe nocne masy chmur, a potem znów na mrugające światła nowych hoteli i ulicznych lamp.

Samotny śmiertelnik stał na odległym chodniku i spoglądał w moim kierunku, ale pewnie wcale nie zauważył mojej obecności - byłem tylko maleńką figurką na skraju wielkiego morza. Prawdopodobnie patrzył tylko na ocean tak jak ja. Brzeg mienił się cudownie, a woda mogła obmyć do czysta nasze dusze.

Niegdyś świat był wyłącznie morzem; deszczem, który padał milion lat! Jednak teraz kosmos zapełniają potwory.

Nadal tam stał, samotny, wypatrujący oczy śmiertelnik. I stopniowo uświadamiałem sobie, że jego wzrok przemierzył pustą płaszczyznę plaży i jej gęstej ciemności, aby spocząć na mnie. Tak, patrzył w moją stronę.

Zdławiłem myśl o tym, spoglądając na niego tylko dlatego, że nie zawracałem sobie głowy odwracaniem się. Potem ogarnęło mnie dziwne uczucie -jakiego nie doświadczyłem nigdy wcześniej.

Na początku byłem lekko oszołomiony, potem nastąpiła delikatna drżąca wibracja przechodząca przez tułów, a następnie przez ramiona i nogi. Wydawało mi się, że kończyny stają się coraz bardziej naprężone, wąskie i wsysają do wnętrza każdą otaczającą je substancję. Doprawdy wrażenie to było tak silne, że myślałem, iż wychodzę z siebie. Podziwiałem ten stan. Było w nim coś rozkosznego, szczególnie dla istoty tak twardej, chłodnej i zamkniętej na jakiekolwiek fizyczne doznania jak ja. Odczucie stało się wszechogarniające podobnie jak pragnienie picia krwi, choć tego w ogóle nie odbierałem tak trzeźwo. Ledwie to sobie uświadomiłem, wszystko minęło.

Wzdrygnąłem się lekko. Czyżby to wszystko stanowiło jedynie wytwór mojej wyobraźni? Nadal patrzyłem na odległego śmiertelnika - biedną duszę, która odwzajemniała mi spojrzenie nie mając pojęcia, kim lub czym jestem.

Na młodym obliczu widniał uśmiech, kruchy i pełen szalonej ciekawości. Stopniowo uświadamiałem sobie, że widziałem tę twarz wcześniej. Jeszcze bardziej zdumiał mnie jego wzrok wyrażający definitywne rozpoznanie i dziwne oczekiwanie. Nagle uniósł prawą rękę i pomachał.

Zaskakujące.

A jednak znałem tego śmiertelnika. Nie, bardziej precyzyjne byłoby powiedzenie, że widziałem go więcej niż raz, a potem jedyne pewne wspomnienie wróciło do mnie z pełną siłą.

W Wenecji, wisząc na krawędzi Piazza San Marco i miesiące później w Hongkongu, w pobliżu Nigth Market - w obu przypadkach zwróciłem na niego szczególną uwagę, ponieważ on zwrócił szczególną uwagę na mnie. Tak, stała tam ta sama, potężnie zbudowana postać z tymi samymi, gęstymi, falującymi brązowymi włosami.

Niemożliwe. A jednak prawdopodobne, ponieważ tam stał!

Ponownie wykonał gest powitania, a potem pospiesznie, naprawdę bardzo niezgrabnie ruszył w moim kierunku, przemierzając przestrzeń niezdarnymi krokami, podczas gdy ja obserwowałem go z narastającym zdumieniem.

Zajrzałem w umysł młodzieńca. Nic. Szczelnie zamknięty. Tylko roześmiana twarz stawała się coraz wyraźniejsza, gdy zbliżał się ku jasnej, luminescencyjnej światłości morza. Zapach jego strachu wypełnił moje nozdrza wraz z wonią krwi. Tak, był przerażony, a jednak niesamowicie podekscytowany. Nagle wyraz twarzy mężczyzny zdał mi się niezwykle zapraszający - kolejna ofiara rzucała się w moje ramiona.

Jak mocno lśniły wielkie brązowe oczy. Miał też błyszczące zęby.

Z walącym sercem zatrzymał się jakiś metr ode mnie i wyciągnął grubą, pogniecioną kopertę w wilgotnej drżącej dłoni.

Nie odrywałem od niezdarnej postaci wzroku, niczego nie ukazując - ani zranionej dumy, ani szacunku dla tego zadziwiającego dokonania, że znalazł mnie tutaj, że się ośmielił. Byłem wystarczająco głodny, by wyssać kolejną ofiarę i najeść się bez poświęcenia jej kolejnej myśli. Nie zastanawiałem się nad tym więcej. Widziałem tylko krew.

Zesztywniał, jakby to wiedział, jakby w pełni wyczuwał. Przez moment patrzył na mnie w milczeniu, a potem rzucił na piasek grubą kopertę i szaleńczo odbiegł. O mało nóg nie pogubił w panicznej ucieczce.

Pragnienie nieco opadło. Może nie zastanawiałem się, ale wahałem i to zajmowało część myśli. Kim był ten nerwowy, młody sukinsyn?

Ponownie próbowałem go prześwietlić. Nic. Zadziwiające. Jednak niektórzy śmiertelnicy osłaniają się w naturalny sposób,

nawet jeśli nie mają bladego pojęcia o tym, że ktoś mógłby zajrzeć w ich umysły.

Biegł i biegł, desperacko i w niezgrabny sposób, znikając w ciemności bocznej uliczki, nadal pospiesznie oddalając się ode mnie.

Chwile mijały.

Teraz już nie czułem jego zapachu, jedynym świadectwem wydarzenia była koperta leżąca u moich stóp.

Co to, do licha, mogło znaczyć? Dokładnie wiedział, kim jestem. W to nie wątpiłem. Spotkanie w Wenegi i Hongkongu to nie zbieg okoliczności. Jego nagły strach, jeśli nie coś innego, widziałem wyraźnie. Musiałem się jednak uśmiechnąć nad jego wielką odwagą. Tylko pomyślcie, śledzić taką istotę jak ja.

Czy był jakimś zwariowanym wyznawcą kultu, który przyszedł zapukać do drzwi świątyni z nadzieją, że dam mu Ciemną Krew po prostu z litości lub jako nagrodę za śmiałość? Nagle stałem się zły, zgorzkniały, a potem już po prostu straciłem zainteresowanie.

Obserwowałem czystą i nie zaklejoną kopertę. Wewnątrz znalazłem, ku swojemu zaskoczeniu, wydrukowane opowiadanie wycięte najprawdopodobniej z jakiejś książki.

Przekartkowałem mały, gruby plik, spięty w lewym górnym rogu. Żadnej osobistej notatki. Autora tekstu dobrze znałem, był nim uroczy człowiek, H.P. Lovecraft, pisarz zajmujący się sprawami ponadnaturalnymi i makabrą. W rzeczy samej czytałem opowiadanie i pamiętałem doskonale tytuł: Rzecz na progu. Roześmiałem się cicho.

Rzecz na progu. Teraz uśmiechając się przypominałem sobie szczegóły tej historii. Była interesująca, a zarazem zabawna.

Tylko dlaczego ów dziwny śmiertelnik miałby mi ją dawać? Niesamowite. Nagle znów poczułem wściekłość albo raczej taką złość, na jaką pozwalał smutek.

Mechanicznie włożyłem pakiecik do kieszeni płaszcza. Zadumałem się głęboko. Tak, ten mężczyzna definitywnie odszedł. Zdążyłem zapomnieć, jak wyglądał, a nie miałem kogo zapytać o rysopis.

Och, gdyby tylko kusił mnie innej nocy, kiedy moja dusza nie była chora i słaba, kiedy mogło mi choć trochę zależeć - wystarczająco, by przynajmniej dowiedzieć się, o co chodzi.

Wydawało mi się już, że minęły wieki, odkąd przyszedłem na plażę. Pora odejść. Noc była pusta, wolna dla odgłosów ulicznego ruchu wielkiego miasta i ponurych uderzeń morskich fal. Nawet chmury stały się bardziej przejrzyste, a w końcu zniknęły. Niebo wydawało się bezkresne i udręczone, nieruchome.

Spojrzałem na jasne gwiazdy nad głową i pozwoliłem, by niski dźwięk przybrzeżnych fal otulił mnie w ciszy. Rzuciłem ostatnie pełne żalu spojrzenie na światła Miami, miasta, które kochałem.

Potem uniosłem się, równie prosto jak wzlatuje myśl, na tyle szybko, że żaden śmiertelnik nie mógł tego zobaczyć, wzbijając się wyżej i wyżej w wietrze, dopóki rozległe miasto nie stało się odległą galaktyką powoli znikającą z widoku.

Było tak zimno, jakby górny wiatr nie znał pór roku. Przejmujący chłód wchłonął żar pulsującej wewnątrz mnie krwi. Wkrótce twarz i dłonie pokrywała lodowata powłoka, która przenikała kruchą odzież i ogarniała całą skórę.

Nie wywoływało to jednak bólu. Lub raczej ból ten nie był zbyt przemożny.

Ogarnął mnie spokój. Czułem zatracenie, smutek, nieobecność tego, co nadaje sens egzystencji - nie istniało płonące ciepło ognia, pieszczot i pocałunków, kłótni, miłości, pragnienia i krwi.

Ach, bogowie Azteków musieli być bardzo zachłannymi wampirami, jeżeli przekonali tych biednych ludzi, że wszechświat przestanie istnieć, jeśli nie popłynie krew. Wyobraźcie sobie stare obrzędy przy ołtarzu, odcinanie palców jeden po drugim, wyciskanie niczym winnych gron ociekających krwią serc, tak by życiodajny płyn ściekał prosto do ust.

Kręciłem się i obracałem w wietrze, opadałem parę metrów, wznosiłem się, radośnie rozkładając ramiona, a potem opuszczając je po bokach. Leżałem na plecach jak pewny siebie pływak, wpatrując się znowu w ślepe i obojętne gwiazdy.

Siłą woli skierowałem się na wschód. Nad Londynem wciąż wisiała noc, choć zegary dawno wybiły północ. Londyn.

Nadszedł czas na pożegnanie z Davidem Talbotem - moim śmiertelnym przyjacielem.

Minęły miesiące od naszego ostatniego spotkania w Amsterdamie, po którym odszedłem bez słowa, zawstydzony tym, że w ogóle go kłopotałem. Od tej pory śledziłem losy Davida, ale nie nachodziłem jego domu. Wiedziałem, że teraz muszę do niego pójść, niezależnie od stanu mego umysłu. Z całą pewnością pragnął odwiedzin. Była to właściwa, uczciwa rzecz do zrobienia.

Przez chwilę myślałem o ukochanym Louisie. Bez wątpienia siedział w rozpadającym się domku w bagiennym ogrodzie w Nowym Orleanie, czytając jak przywykł przy świetle księżyca lub drżącym płomieniu świecy, jeśli noc była pochmurna i ciemna. Zrobiło się jednak zbyt późno, by przed wyruszeniem na kontynent zajrzeć do Louisa... Jeśli jednak istniało jakiekolwiek stworzenie, które rozumiałoby takie postępowanie, to właśnie on. Albo tak sobie tylko wmawiałem. Całkowite przeciwieństwo byłoby prawdopodobnie bliższe prawdzie.

Ruszyłem do Londynu.

 

ROZDZIAL 2

Dom-Matka należący do stowarzyszenia Talamasca znajdował się opodal Londynu, zatopiony wśród wiekowych dębów, pokryty spadzistymi, zaśnieżonymi teraz dachami i otoczony rozległymi trawnikami.

Był to imponujący, czteropiętrowy budynek z wysokimi, gotyckimi oknami i kominami wiecznie wysyłającymi kłęby dymu w otchłań nocy.

Wnętrze wypełniały wyłożone boazerią biblioteki, sypialnie ze strzelistymi sufitami i grubymi dywanami w kolorze burgunda, jadalnie na wzór klasztornych stołówek i domownicy przywodzący na myśl księży i zakonnice, ludzie, którzy potrafili czytać w umyśle, odgadywać nastroje, przewidywać przyszłość z dłoni i stwierdzić, kim mogłeś być w poprzednim wcieleniu.

Czarownice? Cóż, może parę. Jednak głównie uczeni. Osoby te poświęciły całe swe życia studiom na temat rzeczy tajemnych we wszelkiego rodzaju przejawach. Niektórzy wiedzieli więcej od innych, wierzyli gorącej. Przykładowo są w tym Domu-Matce - jak i w innych, w Amsterdamie czy Rzymie - ludzie, którzy doświadczyli fizycznego kontaktu z wampirami i wilkołakami, z postaciami potrafiącymi siłą woli wywołać pożar lub spowodować śmierć, toczącymi walki z niewidzialnymi przeciwnikami, wygrywającymi albo przegrywającymi owe starcia.

Przez ponad tysiąc lat ten porządek nie został zakłócony. W rzeczy samej nawet dłużej, ale jego korzenie okryte są tajemnicą lub też wyrażając się bardziej precyzyjnie, David nic mi nie wyjaśnił.

Skąd Talamasca bierze pieniądze? W podziemiach siedzib Zgromadzenia znajdują się złoża złota i klejnotów. Niemal już legendarne są inwestycje w znanych europejskich bankach. Organizacja posiada nieruchomości w wielu miastach, co swobodnie starczyłoby na utrzymanie, nawet bez niczego innego. Do tego dochodzą rozmaite skarby archiwalne - malowidła, statuy, gobeliny, antyczne meble i ornamenty - które wiążą się z różnymi historycznymi miejscami oraz wydarzeniami i na przełomie wieków zyskały odpowiednią wartość.

Biblioteka Talamaski warta jest królewskiej korony. Znajdują się tam manuskrypty w przeróżnych językach. Szczególnie cenne pochodzą ze słynnej, starej Biblioteki Aleksandryjskiej, spalonej wieki temu, a także ze zbiorów umęczonych Katarów, których kultura już nie istnieje. Są tam teksty z antycznego Egiptu; aby je zdobyć, archeolodzy zdolni byliby popełnić morderstwo. Znajdziecie również zapiski ponadnaturalnych istot, w tym również wampirów. W archiwach znajdują się także listy i dokumenty napisane przeze mnie.

Żaden z tych skarbów mnie nie interesuje. Nigdy nie przywiązywałem do nich uwagi. Och, czasami w przypływie dobrego humoru rozkoszowałem się ideą włamania do podziemia i wyniesienia kilku reliktów należących niegdyś do nieśmiertelnych, których kochałem. Wiem, że ci uczeni zgromadzili dobra, jakie ja osobiście porzuciłem - przedmioty z paryskich salonów z końca ubiegłego stulecia, książki i meble z mojego starego domu w Dzielnicy Ogrodów, gdzie sypiałem przez dziesięciolecia. Bóg jeden wie, co jeszcze ocalili z żarłocznej paszczy czasu.

Przestałem się tym zajmować. Mogą zatrzymać, co uratowali.

Przejmowałem się Davidem, dyrektorem generalnym, który był moim przyjacielem od czasu kiedy dawno temu, pewnej nocy wtargnąłem bezczelnie przez okno na czwartym piętrze do jego prywatnej sali.

Zareagował wyjątkowo odważnie i spokojnie. Podobał mi się, gdy tak stał niewzruszenie, wysoki mężczyzna o ostrych rysach twarzy i stalowoszarych włosach. Wtedy zastanawiałem się, czy jakiegokolwiek młodego człowieka cechowała podobna piękność. Jednakże to fakt, że wiedział, czym jestem, stanowił dla mnie najwspanialszy z jego uroków.

A gdybym uczynił cię jednym z nas? Wiesz, że mógłbym to zrobić...

Nigdy nie zawahał się w swoim przekonaniu.

- Nie zgodziłbym się nawet na łożu śmierci - odpowiadał.

Był jednak zafascynowany moją obecnością, nie potrafił tego zataić, choć z powodzeniem skrywał przede mną swoje myśli.

Jego umysł stał się pancerną szkatułką, do której nie było klucza. A ja mogłem poznać jedynie promieniujący wyraz twarzy i miękki, kulturalny głos, który mógłby nawrócić samego diabła.

Kiedy teraz poprzez śniegi angielskiej zimy dotarłem późną nocą do Domu-Matki, wszedłem przez znajome okna Davida tylko po to, by przekonać się, że jego pokoje są puste i ciemne.

Pomyślałem o naszym spotkaniu. Czy mógł ponownie udać się do Amsterdamu?

Ostatni wyjazd był niespodziewany, co odkryłem, kiedy zacząłem szukać przyjaciela, zanim jego psychika wyczuła moją wścibską penetrację; postanowił zamknąć się przede mną, a potrafił to robić z wyjątkową skutecznością; szybko zgubiłem trop.

Najwyraźniej jakaś sprawa wielkiej wagi wymagała obecności Davida w Holandii.

Niderlandzki Dom-Matka był starszy od tego na obrzeżach Londynu. Znajdowały się tam piwnice, do których jedynie dyrektor generalny posiadał klucz. David musiał zlokalizować pewien portret Rembrandta, jeden z najwspanialszych skarbów, zamówić kopię i wysłać ją do swego bliskiego przyjaciela, Aarona Lightnera, który potrzebował obrazu w związku z ważnym, dotyczącym paranormalnych wypadków dochodzeniem prowadzonym w Stanach.

Podążyłem za Davidem do Amsterdamu i szpiegowałem go. Obiecałem sobie, że nie będę mu przeszkadzać, tak jak już wcześniej robiłem to wiele razy.

Pozwólcie mi teraz opowiedzieć historię tego epizodu.

W bezpiecznej odległości podążałem za nim, gdy energicznie poruszał się przez noc. Starannie maskowałem myśli, tak jak zwykł to robić David. Jakże malowniczo wyglądał pod wiązami rosnącymi wzdłuż Singel gracht, gdy od czasu do czasu zatrzymywał się, by podziwiać stare, wąskie, trzy- i czteropiętrowe holenderskie budynki z wysokimi, spadzistymi wieżyczkami i jasnymi oknami pozbawionymi zasłon, aby przechodnie cieszyli się możliwością zobaczenia choćby fragmentu wnętrza.

Wyczułem w nim zmianę prawie natychmiast. Jak zwykle niósł laskę, choć mimo sędziwego wieku nadal jej nie potrzebował i zazwyczaj trzymał na ramieniu. Pogrążony był w zadumie i całą sylwetką wyrażał wyraźne niezadowolenie. Mijała godzina za godziną, a on wciąż spacerował, jakby czas nie miał żadnego znaczenia.

Szybko zrozumiałem, że David zatonął we wspomnieniach. Od czasu do czasu mój umysł przechwytywał obrazy z lat jego młodości spędzonej w tropikach, a nawet udało mi się dostrzec skrawek zielonej dżungli, co tworzyło ostry kontrast z wizerunkiem zimowego, północnego miasta, w którym z pewnością nigdy nie panowały upały. Do tej pory nie miałem jeszcze snu o tygrysie. Nie wiedziałem, co to znaczy.

Fragmentaryczność wizji dręczyła i prowokowała. Zdolności Davida do kamuflowania myśli były, jak na moje potrzeby, zbyt doskonałe.

Szedł tak, wciąż dalej i dalej, czasem jakby prowadzony przez niewidzialnego przewodnika, a ja podążałem jego śladem, czując dziwne zadowolenie na sam jego widok parę przecznic w przodzie.

Gdyby nie mijający go z zawrotną szybkością rowerzyści, sprawiałby wrażenie młodego człowieka. Niestety bał się rowerów. Miał w sobie strach człowieka w podeszłym wieku, który obawia się, by nie zostać uderzonym i zranionym. Spojrzał oburzony za młodymi kolarzami, a potem pogrążył się ponownie w rozmyślaniach.

Świtało już, kiedy wracał do Domu. Z pewnością musiał przesypiać większą część każdego dnia.

Pewnego wieczoru znów podążałem za nim i znów krążył po mieście bez konkretnego celu. Godzinami błąkał się po brukowanych uliczkach. Najwidoczniej lubił Amsterdam tak bardzo jak Wenecję. Nie bez powodu. Obydwa miasta cechowała szarawa, mroczna kolorystyka i mimo rysujących się formalnych różnic miały podobny urok; jedno - katolickie, pedantyczne i pełne uroczego rozpadu architektonicznego, drugie - protestanckie, bardzo schludne i wysoko rozwinięte.

Następnej nocy ponownie wyruszył w trasę, pogwizdując pod nosem, podczas gdy żwawo przemierzał kolejne kilometry. Wkrótce zrozumiałem, że starał się omijać jak najdalej siedzibę Talamaski.

W rzeczywistości unikał wszystkiego i kiedy jeden z jego starych przyjaciół, kolejny Anglik oraz członek stowarzyszenia, przypadkowo natknął się na niego niedaleko księgarni w Leidsestraat, z rozmowy jasno wynikało, że David od pewnego czasu nie był sobą.

Brytyjczycy są niezwykle grzeczni w prowadzeniu podobnych dyskusji i diagnozowaniu takich kwestii. Jednak podsłuchana przeze mnie rozmowa nie nosiła znamion cudownej dyplomacji. David zaniedbywał obowiązki dyrektora generalnego. Spędzał cały swój czas z dala od Domu. Natomiast w Anglii coraz częściej odwiedzał posiadłość przodków w Cotswolds. Co to mogło oznaczać?

David prawie nie usiłował obalać tych wszystkich sugestii i nie przejawiał najmniejszego zainteresowania konwersacją. Uczynił kilka niejasnych uwag odnośnie do tego, że Talamasca mogłaby radzić sobie przez całe wieki bez dyrektora generalnego, gdyż była doskonale zorganizowana, związana tradycją i miała wielu oddanych członków.

Po zakończeniu dialogu David wstąpił do księgarni, gdzie zakupił angielskie wydanie Fausta Goethego. Później samotnie wstąpił na kolację do indonezyjskiej restauracji. Podczas jedzenia pilnie śledził wzrokiem poszczególne strony dramatu.

Kiedy był zajęty swoim daniem i lekturą, wróciłem do księgarni i zakupiłem egzemplarz tej samej książki. Co za niesamowite dzieło!

Nie mogę powiedzieć, że je rozumiem. Nie wiem też, dlaczego David czytał właśnie to. Obawiałem się, że przyczyna może być oczywista i wolałem o tym nie myśleć.

Tak czy inaczej, strasznie spodobała mi się ta książka, a szczególnie zakończenie, kiedy Faust poszedł do nieba. Stare legendy przedstawiały zupełnie inny finał. Faust zawsze ginął w piekle. Taką końcówkę dramatu przypisałem romantycznemu optymizmowi Goethego oraz jego starości w momencie, kiedy kończył pisać ten utwór. Wszelkie prace wiekowych twórców są zawsze pełne impetu, intrygujące i warte uwagi. Tym bardziej że muzy zazwyczaj opuszczają kreatora, zanim osiągnie sędziwy wiek.

Na kilka godzin David zniknął w Domu. Sam buszowałem po mieście. Chciałem je poznać, bo on je znał, ponieważ Amsterdam był częścią życia Davida.

Krążyłem po ogromnym Rijksmuseum, podziwiając obrazy Rembrandta, którego płótna zawsze uwielbiałem. Przemykałem jakz łodziej po domu mistrza w Jodenbreestraat, obecnie przekształconym w małe sanktuarium dla zwiedzających. Później spacerowałem wąskimi ulicami miasta otulony promiennym blaskiem dawnych czasów. Amsterdam jest ekscytującym miejscem, pełnym młodych ludzi z całej zjednoczonej Europy; miastem, które nigdy nie zasypia.

Prawdopodobnie nie przyjechałbym tutaj, gdyby nie David. Stolica Holandii nigdy nie przykuwała mojej uwagi. Teraz uznałem ją za przyjemne miasto wampirów z tłumami ludzi do późna wypełniającymi ulice. Oczywiście przede wszystkim chciałem się spotkać z Davidem. Nie mogłem wyjechać, nie zamieniwszy z nim chociażby paru słów.

Wreszcie, tydzień po moim przyjeździe, natknąłem się na Davida w pustym Rijksmuseum, tuż po zachodzie słońca. Siedział na ławce przed wielkim zbiorowym portretem Rembrandta pod tytułem Członkowie Cechu Tkaczy.

Czy w jakiś sposób David wiedział, że odwiedziłem wcześniej muzeum? Niemożliwe. A jednak przyszedł.

Z jego rozmowy ze strażnikiem, który właśnie odchodził, najwyraźniej wynikało, że czcigodne stowarzyszenie zawziętych i wścibskich konserwatystów wspierało sztukę w różnych miastach, gdzie znajdowały się ich siedziby. Dlatego też członkowie bez trudu uzyskiwali dostęp do muzealnych zbiorów, by zobaczyć swoje skarby w ciszy i skupieniu, po zamknięciu budynków dla zwiedzających.

I pomyśleć, że musiałem zakradać się do tych miejsc jak lichy złodziejaszek!

W marmurowej sali z wysokim sufitem panowała kompletna cisza. Zbliżyłem się do Davida. Siedział na długiej drewnianej ławie. Wydanie Fausta, teraz sfatygowane i pełne notatek, zwisało luźno w prawej dłoni.

Spoglądał na malowidło, na którym figurowali Holendrzy, zgromadzeni przy stole i bez wątpienia dyskutujący o interesach. Spokojnie patrzyli na oglądających obraz spod szerokoskrzydłych czarnych kapeluszy. Chyba nie na tym miał polegać ogólny efekt dzieła - twarze pełne mądrości, delikatności i prawie nieziemskiej cierpliwości. W rzeczy samej ci mężczyźni bardziej przypominają anioły niż zwykłych ludzi.

Wyglądali na posiadaczy wielkiej tajemnicy. Gdyby wszyscy ludzie poznali ów sekret, nie byłoby więcej wojen ani żadnych gwałtów na ziemi. W jaki sposób takie osoby zostały członkami amsterdamskiego Cechu Tkaczy w siedemnastym wieku? Ale, ale... odbiegłem od wątku mojej opowieści...

David poruszył się, gdy wyszedłem z cienia i ruszyłem w kierunku ławy. Po chwili usiadłem obok niego.

Byłem ubrany jak włóczęga, gdyż w Amsterdamie nie posiadałem stałej kwatery. Moje włosy potargał wiatr.

Przez moment siedziałem w milczeniu, otwierając swój umysł, pozwalając Davidowi odczytać, jak bardzo się o niego troszczę i jak dbam o jego wewnętrzny spokój.

Jego serce waliło jak oszalałe. Twarz wypełniła się natychmiast serdecznym ciepłem.

Wyciągnął prawą rękę i chwycił mnie za ramię.

- Cieszę się, że cię widzę. Bardzo się cieszę.

- Ach, ale ja cię skrzywdziłem. Wiem, że tak. - Nie chciałem mówić, że go śledziłem, podsłuchałem rozmowę z kolegą ani o tym, co widziałem na własne oczy.

Poprzysiągłem sobie nie zadręczać go starym pytaniem. I mimo że kiedy spoglądałem na przyjaciela, widziałem śmierć, dostrzegłem również szczerość, życzliwość i wigor w oczach.

Obdarzył mnie długim, badawczym spojrzeniem, a następnie cofnął rękę i ponownie przeniósł wzrok na obraz.

- Czy istnieją jakieś wampiry, które mają takie twarze? - zapytał, wskazując mężczyzn zerkających na nas z malowidła. - Mówię o wiedzy i zrozumieniu na ich obliczach, o czymś bardziej wskazującym na nieśmiertelność niż nadprzyrodzone ciało anatomiczne zależne od picia ludzkiej krwi.

- Wampiry z takimi twarzami? - odrzekłem pytająco. - Davi-dzie, to nieuczciwe zagranie. Nie ma ludzi z takimi twarzami. Nigdy nie było. Spójrz na jakąkolwiek postać z dzieł samego mistrza. Absurdem jest wierzyć, że tacy ludzi kiedykolwiek istnieli. To Rembrandta widzisz w tych obliczach, a on jest oczywiście nieśmiertelny.

Uśmiechnął się łagodnie.

- To nieprawda. I cóż za desperacka samotność emanuje od ciebie. Nie rozumiesz, że nie mogę przyjąć twojego daru, a gdybym nawet to zrobił, co byś o mnie pomyślał? Nadal pragnąłbyś mojego towarzystwa, a ja twojego?

Przeraziły mnie ostatnie słowa. Gapiłem się na obraz i na mężczyzn, którzy w istocie byli jak aniołowie. Przebiegł po mnie niewidzialny dreszcz gniewu. Nie miałem ochoty dłużej prosić. Zaatakowałem, ale obronił się przede mną. Nie, nie powinienem tu przychodzić.

Szpiegować - tak, ale nie nalegać i błagać. Ruszyłem cicho do wyjścia.

David wpadł w furię z powodu mojego zachowania. Słyszałem jego głos dudniący w pustej przestrzeni:

- To nie w porządku, że odchodzisz w ten sposób! Szalenie niegrzecznie! Czy nie masz honoru? A co z manierami, jeśli nie zostało już nic innego?

W końcu przerwał, gdyż nie było mnie w pobliżu. Zniknąłem, a on pozostał samotny w ogromnym, zimnym muzeum i mówił do samego siebie.

Byłem zawstydzony, ale zbyt rozgniewany, żeby do niego wrócić. Dlaczego? Nie wiem. Co ja zrobiłem tej istocie! Marius skarciłby mnie za to.

Krążyłem po Amsterdamie godzinami. Ukradłem trochę grubego papieru listowego i kulkowe pióro, które wiecznie pluje czarnym atramentem. Później trafiłem na hałaśliwą małą kawiarenkę z wymalowanymi kobietami i naćpaną młodzieżą, gdzie mogłem popracować nad listem do Davida i nikt mi nie przeszkadzał tak długo, jak długo trzymałem przy sobie kufel piwa.

W zasadzie to nie wiedziałem, co chcę napisać. Na pewno zamierzałem przeprosić za swoje zachowanie i dodać, że coś pękło w mojej duszy, kiedy ujrzałem postacie z malowidła Rembrandta. Tak też zrobiłem:

Masz rację. Opuściłem Cię w sposób godny pogardy. Gorzej, to byio tchórzostwo. Obiecuję, że kiedy spotkamy się ponownie, pozwolę Ci powiedzieć wszystko, co chciałbyć powiedzieć.

Osobiście mam pewną teorię na temat Rembrandta. Spędziłem wiele godzin, studiując jego portrety wszędzie, gdziekolwiek na nie trafiłem - w Amsterdamie, Chicago, Nowym Jorku - / naprawdę wierzę, jak Ci mówiłem, że tak wiele wspaniałych dusz nie mogło istnieć, choć Rembrandt pragnął, byśmy uwierzyli.

To moja teoria i proszę, kiedy ją przeczytasz, weź pod uwagę, że godzi wszelkie elementy. A kompromis był miarą elegancji teorii... zanim słowo „nauka" zaczęło znaczyć to co obecnie.

Nie opuszcza mnie przekonanie, że jako młody człowiek Rembrandt sprzedał duszę Diabłu. Była to prosta transakcja. Diabeł obiecał uczynić Rembrandta najsławniejszym malarzem jego czasów. Wysyłał hordy śmiertelników, aby pozowali mistrzowi do portretów. Dał mu majątek, uroczy dom w Amsterdamie, żonę, a później kochanicę. Był pewien, że w końcu zdobędzie duszę malarza.

Jednak Rembrandt zmienił się pod wpływem paktu zawartego z Diabłem. Ujrzawszy niezaprzeczalne dowody zła, uległ obsesji roztrząsania kwestii „Co jest dobrem?" Analizował twarze modeli w poszukiwaniu ich wewnętrznej boskości. Ku swemu zdumieniu odnajdywał iskierkę dobra nawet u niegodziwców.

Miał taki talent - a nie otrzymał go od Diabła, lecz się z nim urodził - że mógł nie tylko zobaczyć dobroć, ale również ją namalować. Dysponował odpowiednią wiedzą, potrafił za pomocą pędzla i farb przedstawić głębię ludzkiej duszy.

Z każdym kolejnym portretem zaczynał coraz doskonalej rozumieć miłosierdzie i boskość człowieka. Poznał zdolność do współczucia i mądrości, wartości, które rezydują we wnętrzu każdej istoty. Im więcej tworzył, tym bardziej rozwijał swój talent. Wizerunek nieskończoności stał się bardziej subtelny, sam mistrz pedantyczny i wymagający, a każda praca pogodniejsza i wspanialsza.

W końcu oblicza, które malował Rembrandt, nie były twarzami z krwi i kości, lecz spirytualistycznymi fizjonomiami, portretami uczuć leżących pod skórą mężczyzny lub kobiety, wizjami tego, czym jest dana osoba w szczytowym momencie uduchowienia, czym może się stać.

Właśnie dlatego członkowie Cechu Tkaczy uwiecznieni na płótnie wyglądają jak najstarsi i najmądrzejsi ze wszystkich świętych.

Jednak nigdzie duchowa głębia nie jest wyraźniejsza niż w autoportretach Rembrandta. A z pewnością wiesz, że pozostawił ich sto dwadzieścia dwa.

Zastanów się, dlaczego namalował tak wiele? Stanowiły osobiste pole działania. Chciał pokazać Bogu cykl postępu mężczyzny, który poprzez bliską obserwację takich jak on sam, uległ fatalnej religijnej transformacji. „Oto moja wizja" - powiedział Rembrandt do Boga.

Pod koniec życia malarza Diabeł zaczął coś podejrzewać. Nie chciał, by jego ulubieniec tworzył tak wspaniałe dzielą, pelne ciepla i dobroci. Wierzył, że Holendrzy należą do materialistów. A tymczasem w obrazach pełnych drogich szat i cennych przedmiotów tkwi niezaprzeczalny dowód, iż ludzie całkowicie różnią się od wszystkich innych istot żyjących w kosmosie - stanowią unikatową mieszankę krwi i wiecznego ognia.

Cóż, Rembrandt cierpiał od obelg rzucanych mu przez Diabła. Stracił dom na Jodenbreestraat. Stracił kochanicę, a później syna. Jednak dalej malował, bez cienia żalu i goryczy. Wciąż wypełniał obrazy miłością.

W końcu spoczął na łożu śmierci. Rozradowany Diabeł zacierał ręce, gotów capnąć duszę artysty i ścisnąć palcami zła. Ale aniołowie i święci udali się do Boga, prosząc o interwencję.

- „Na całym tym świecie któż dokładniej zgłębił temat dobra?" - pytali, wskazując umierającego Rembrandta. - „Kto pokazał więcej niż ten malarz? Patrząc na jego portrety poznajemy boskość człowieka".

I tak Bóg zerwał pakt między Diabłem a Rembrandtem. Zabrał duszę malarza, a Szatan, który niedawno został podobnie oszukany z Faustem, oszalał z wściekłości.

Cóż, pogrzebał więc życie Rembrandta w ciemnościach. Dopilnował, żeby wszelkie dane dotyczące holenderskiego twórcy zostały pochłonięte przez falę czasu. Dlatego w ogóle nie znamy prawdziwych dziejów Rembrandta i nie wiemy, jakim był człowiekiem.

Diabeł nie mógł jednak kontrolować losu malowideł. Próbował, ale nie potrafił zmusić ludzi, by je spalili, wyrzucili czy odsunęli na bok dla uczynienia miejsca nowocześniejszym artystom. W rzeczywistości wydarzyła się szalenie ciekawa rzecz. Rembrandt stał się najbardziej podziwianym ze wszystkich malarzy. Uznano go za najwspanialszego twórcę wszechczasów.

To jest moja teoria o Rembrandcie i tych twarzach.

Gdybym był śmiertelnikiem, napisałbym powieść na ten temat. Niestety nie jestem. Nie mogę ocalić swej duszy poprzez sztukę lub czynienie dobra. Jestem kreaturą podobną do Diabła, z jedną tylko różnicą: Uwielbiam obrazy Rembrandta!

Serce mi pęka, kiedy na nie patrzę. Cierpiałem, gdy zobaczyłem Cię tam w muzeum. I masz zupełną rację, mówiąc, że nie ma wampirów z twarzami jak u świętych z Cechu Tkaczy.

Dlatego tak niegrzecznie zachowałem się w muzeum. To nie była diabelska furia, ale jedynie smutek.

Przyrzekam Ci, że przy najbliższym spotkaniu wysłucham tego, co masz do powiedzenia.

Na dole listu nabazgrałem adres i numer mojego paryskiego agenta. Zawsze tak robiłem, choć David nigdy nie odpisywał.

Opuściwszy lokal, kontynuowałem wędrówkę, ponownie odwiedzając miejsca, gdzie wystawione były malowidła Rembrandta. Podczas analizy poszczególnych obrazów nie trafiłem na nic, co podkopałoby moją wiarę w dobroć malarza. Po raz kolejny postanowiłem nie kłopotać już więcej Davida.

Potem miałem ten sen. Tygrys, tygrys... David w niebezpieczeństwie. Obudziłem się przerażony na moim krześle w chatce Louisa, jakby dotknięty rozgrzaną dłonią.

W Anglii noc dobiegała końca. Musiałem się spieszyć. Kiedy znalazłem Davida, siedział w osobliwej małej tawernie w wiosce w Cotswolds, do której prowadziła tylko jedna, wąska i niebezpieczna droga.

Była to jego rodzinna wioska, położona niedaleko od rodowego dworu Talbota. Szybko rzuciłem okiem na otoczenie - niewielka ulica z kilkoma szesnastowiecznymi budynkami, sklepami i knajpą, obecnie okupowaną przez turystów i finansowo zasilaną przez Davida, który wpadał tu często, żeby uciec od londyńskiego gwaru.

Niesamowite miejsce!

David popijał szkocką i szkicował na serwetkach wizerunki Diabła. Mefistofeles z lutnią? Szatan tańczący przy świetle księżyca? Depresję Davida wyczuwałem na odległość. A może raczej przechwytywałem opinie obserwatorów, zatroskanych stanem współbiesiadnika.

Tak bardzo chciałem z nim porozmawiać. Nie ośmieliłem się jednak. Spowodowałbym zbyt wiele zamieszania w tej małej knajpie, gdzie stary gospodarz oraz jego dwaj masywni kuzyni pozostawali czujni i palili wonne fajki tylko po to, aby aromat sprawił przyjemność miejscowemu lordowi, który upijał się prawdziwie po pańsku.

Przez godzinę stałem w pobliżu, zerkając do wnętrza przez małe okno, a potem odszedłem.

Teraz... wiele, wiele miesięcy później... kiedy śnieg pokrył Londyn i rozległe pola wokół fasady Domu-Matki, szukałem go, rozmyślając, że nikogo na świecie nie pragnę bardziej zobaczyć niż właśnie Davida. Przejrzałem umysły członków Talamaski, zarówno śpiących, jak i przebudzonych. Zaniepokoiłem ich, słyszałem, jak natężają uwagę. Zachowywali się tak, jakby wprost z łóżka zeszli na rozżarzone węgle.

Na szczęście dowiedziałem się wszystkiego, czego chciałem, zanim zerwali kontakt.

David pojechał do dworku w Cotswolds, bez wątpienia gdzieś w sąsiedztwie owej ciekawej, małej wioski ze spokojną tawerną.

Cóż, mogłem tam trafić, nieprawdaż? Ruszyłem na poszukiwanie.

Śnieg padał coraz intensywniej, gdy przemierzałem przestrzeń tuż ponad ziemią, zmarznięty i głodny, rozpamiętując smak każdej kropli krwi, jaką kiedykolwiek spijałem.

Wróciły do mnie sny, jak zwykle podczas ostrej zimy. Mrzonk?0 chropowatym i szorstkim śniegu z mojego śmiertelnego dzieciństwa, o kamiennych salach w zamku ojca, o maleńkim ogniska I wielkich dogach wiernie strzegących swego małego pana.

Psy zostały rozszarpane podczas ostatniego polowania na wilki.

Nienawidziłem tych wspomnień! Jednak zawsze słodko było pomyśleć, że znów tam przebywam, czuję czystą woń palonego drewna w małym kominku i atletycznych psów za mymi plecami. I że należałem do śmiertelnych, naprawdę żyłem!... a polowanie nigdy się nie odbyło. Wówczas nigdy nie pojechałbym do Paryża i nie zwróciłbym na siebie uwagi mocarnego i obłąkanego wampira, Magnusa. Wracałem myślą do małego, kamiennego pokoiku wypełnionego zapachem psów, przy których mogłem bezpiecznie spać.

W końcu zbliżyłem się do elżbietańskiego dworku w górach, przepięknej kamiennej struktury ze spadzistymi dachami i klekoczącymi oknami z masywnego szkła, dużo mniejszej niż Dom--Matka, ale bardzo szykownej we własnej skali.

Tylko jedno wnętrze było oświetlone. Kiedy zbliżyłem się, spostrzegłem, że to biblioteka, a David siedzi tam przy wielkim, hałaśliwie płonącym kominku.

Trzymał w ręce oprawiony w skórę notatnik i zapisywał coś bardzo chaotycznie wiecznym piórem. Nie miał pojęcia, że jest obserwowany. Od czasu do czasu sięgał do innego notatnika leżącego obok na stole. Z łatwością mogłem dostrzec, że ta chrześcijańska Biblia, z dwiema kolumnami małych literek i pozłacanymi rogami stron.

Z niewielkim wysiłkiem zaobserwowałem, iż David czyta księgę Genesis i prawdopodobnie z niej robi notatki. Obok Biblii leżał egzemplarz Fausta. Co, u diabła, interesowało go w tym wszystkim?

Pokój wypełniały książki. Pojedyncza lampka jarzyła się nad ramieniem Davida. Biblioteka była typowa dla północnych krajów - przytulna i zachęcająca, z niskim lśniącym sufitem i wielkimi, wygodnymi, starymi skórzanymi krzesłami.

Jednak miejsce nabierało cech wyjątkowości dzięki zgromadzonym reliktom dawnego życia, które przywoływały Davidowi umiłowane wspomnienia. Znajdowały się tu pamiątki z minionych, niezapomnianych lat.

Nad kominkiem wisiała wielka wypchana głowa lamparta. Na przeciwległej ścianie umieszczono natomiast łeb bizona. Na półkach i stolikach stały niewielkie hinduskie statuetki z brązu. Indiańskie makaty leżały przed drzwiami i pod oknami na brązowym dywanie.

Na samym środku sali rozciągała się długa skóra tygrysa bengalskiego z idealnie zakonserwowanym łbem, szklanymi oczami i kłami, dokładnie takimi, jakie widziałem w tym straszliwym śnie.

Nagle David zwrócił całą uwagę na to trofeum, po czym ponownie zajął się pisaniem. Próbowałem przejrzeć jego myśli. Nic. Dlaczego się martwiłem? Nawet przez ułamek sekundy nie pomyśla?0 mangrowych lasach, gdzie taka bestia mogła zostać zabita. Ale jeszcze raz spojrzał na tygrysa i potem zapominawszy o notatkach, pogrążył się w rozmyślaniach.

Oczywiście pokrzepiała mnie możliwość obserwowania fotografii Davida, z czasów kiedy był młody. Większość została zrobiona w Indiach przed pięknym bungalowem. Przyglądałem się także portretom jego matki i ojca, zdjęciom Davida ze zwierzętami, "które zabił. Czy one wyjaśniały mój sen?

Zignorowałem padający gęsty śnieg pokrywający mi włosy, ramiona i dłonie. Wreszcie ruszyłem z miejsca. Pozostała tylko godzina do świtu.

Obszedłem dom, znalazłem tylne wejście i wszedłem do ciepłego holu z niskim sufitem. Doszedł mnie zapach starego drewna I lakieru lub jakiejś oliwy. Położyłem dłoń na klamce, minąłem próg i otoczyła mnie ciemność. Poczułem aromat ognia.

Zdałem sobie sprawę, że David stoi w drugim końcu holu i czeka, aż się zbliżę. Coś w mojej sylwetce zaniepokoiło go. Ach, cóż, dostrzegł śnieg i cienką warstwę lodu na ubraniu i odsłoniętych częściach ciała.

Razem weszliśmy do biblioteki i zająłem miejsce na krześle naprzeciwko. Na moment zostawił mnie samego. W tym czasie gapiłem się na kominek i czułem, jak topnieje pokrywający mnie zimowy osad. Zastanawiałem się, dlaczego tu przyszedłem i jak wewnętrzny imperatyw ubiorę w słowa. Moje dłonie były białe niczym śnieg.

Kiedy David wrócił, przyniósł ze sobą duży, gruby ręcznik. Wytarłem włosy i twarz, a potem ręce. Poczułem się doskonale.

- Dziękuję - powiedziałem.

- Wyglądasz jak pomnik - stwierdził.

- Tak, istotnie. Jednak już niedługo wyruszam.

- Co masz na myśli? Wyjaśnij mi.

- Jadę na pustynię. Znalazłem sposób, by zakończyć swoją udrękę. Choć to wcale nie taka prosta sprawa.

- Dlaczego zamierzasz to zrobić?

- Nie chcę dłużej żyć. Ta część jest wystarczająco prosta. Nie oczekuję śmierci w taki sposób jak ty. To nie tak. Dziś wieczorem... - przerwałem. Ujrzałem starą kobietę w schludnym łóżku, ubraną w kwiecistą sukienkę. Potem zobaczyłem dziwnego bruneta, który podszedł do mnie na plaży i dał opowiadanie. Nadal tkwiło ono zgniecione w wewnętrznej kieszeni płaszcza.

Bez znaczenia. Przychodzisz za późno, kimkolwiek jesteś.

Po co starać się to wyjaśniać?

Nagle ukazała mi się Claudia. Patrzyła na mnie z jakiegoś innego wymiaru czekając, aż ją zauważę. Sprytne - nasze umysły potrafią wytwarzać nieomal realne obrazy. Mogła równie dobrze stać w ciemności za biurkiem Davida. Claudia, która przeszyła moją pierś długim nożem. „Złożę cię do twojej trumny na zawsze, Ojcze". Od tego czasu stale widywałem ją we wszystkich kolejnych snach...

- Nie rób tego - poprosił mój przyjaciel.

- Już czas - szepnąłem, rozmyślając, jaki rozczarowany byłby Marius.

Czy David usłyszał? Może mój głos brzmiał zbyt cicho. Z kominka doszedł odgłos trzaskającego polana. Ponownie ujrzałem zimną izbę sypialną w starym zamku i już ramieniem obejmowałem doga. Potworne jest widzieć, jak wilk rozszarpuje psa!

Powinienem był umrzeć tamtego dnia. Nawet najlepsi myśliwi nie daliby rady zabić stada wilków. A może był to kosmiczny błąd. Spoczęło na mnie oko diabła. „Zabójca wilka". Jakże uroczo powiedział to wampir Magnus, kiedy niósł mnie do swej nory.

David ponownie usiadł na krześle, wyciągnął nogę na poręcz i wbił wzrok w ogień. Był zdenerwowany, ale starannie kamuflował to uczucie.

- Nie będzie bolało? - zapytał, spoglądając na mnie. Przez chwilę nie wiedziałem, co ma na myśli. Potem skojarzyłem i zaśmiałem się nieznacznie.

- Przyszedłem oznajmić ci „do widzenia" i zapytać, czy jesteś pewien swojej decyzji. Wydawało mi się, że właściwą rzeczą będzie powiedzieć ci, iż odchodzę. To twoja ostatnia szansa. Uczciwie stawiam sprawę. Rozumiesz? A może myślisz, że to po prostu kolejna sztuczka? Zresztą bez znaczenia.

- Jak Magnus w twoim opowiadaniu - powiedział - wyznaczasz spadkobiercę, a później idziesz w ogień.

- To nie tylko zwykłe opowiadanie - oznajmiłem, nie chcąc się spierać. Zastanawiałem się jednocześnie, dlaczego to właśnie tak zabrzmiało. - Zresztą może tak, naprawdę nie wiem.

- Dlaczego chcesz się unicestwić? - zapytał David zdesperowanym głosem.

Jakże skrzywdziłem tego człowieka.

Popatrzyłem na rozciągniętą skórę tygrysa z fantastycznymi czarnymi pasami na ciemnopomarańczowym futrze.

- To był ludojad, prawda? - zaciekawiłem się.

Zawahał się, jakby niezupełnie zrozumiał pytanie, a potem kiwnął głową.

- Tak. - Spojrzał na zwierzę, a później na mnie. - Nie chcę, żebyś to uczynił. Zrezygnuj. Nie rób tego. Dlaczego właśnie dzisiaj?

Rozśmieszał mnie wbrew mojej woli.

- Dziś jest dobra noc na takie rzeczy - oznajmiłem. - Już postanowione. - Nagle odezwała się we mnie wewnętrzna radość, ponieważ zdałem sobie sprawę, że naprawdę mówię, co myślę! To nie żadne kłamstwo. Nigdy bym mu tego nie powiedział, gdybym fantazjował. - Znalazłem metodę. Polecę tak wysoko, jak tylko dam radę, zanim słońce wzejdzie ponad horyzont. Nie będzie sposobu, by znaleźć schronienie. Pustynia jest bardzo twarda.

I umrę w ogniu. Nie z zimna, jak w górach, kiedy otoczyły mnie wilki. W żarze. Tak umarła Claudia.

- Nie, nie rób tego - prosił szalenie przekonująco, ale to nie działało.

- Chcesz krwi? - zapytałem. - To nie potrwa długo. Nie zaboli. Jestem pewien, że inni cię nie skrzywdzą. Uczynię cię silnym. Nigdy nie dadzą ci rady.

Znowu było tak jak z Magnusem, który zostawił mnie, sierotę, jedynie z ostrzeżeniem, że Armand i jego antyczni towarzysze zaczną mnie ścigać, by położyć kres nowo narodzonemu życiu. I Magnus wiedział, że przetrwam.

- Lestacie, nie chcę krwi. Pragnę, żebyś tu został. Słuchaj, daj mi kilka nocy. Tylko tyle. W imię przyjaźni, Lestacie, zostań ze mną. Możesz podarować mi te parę godzin? A jeśli potem nadal będziesz pragnął przez to przejść, nie będę się sprzeczać.

- Dlaczego?

Wyglądał na sparaliżowanego. Potem rzekł:

- Pozwól mi ze sobą porozmawiać, pozwól, bym cię przekonał.

- Zabiłeś tygrysa, kiedy byłeś bardzo młody, prawda? W Indiach? - Rozejrzałem się po innych trofeach. - Widziałem tygrysa we śnie.

Nie odpowiedział. Wyglądał na zdenerwowanego i zmieszanego.

- Skrzywdziłem cię - oznajmiłem. - Zaprowadziłem głęboko we wspomnienia z młodości. Sprawiłem, że jesteś świadom czasu. Wcześniej nie byłeś.

Pod wpływem tych słów radykalnie zmienił się jego spokojny wyraz twarzy. Zraniłem go. Potrząsnął głową.

- Davidzie, weź ode mnie krew, zanim odejdę! - wyszeptałem zdesperowany. - Nie został ci nawet rok. Słyszę to, kiedy jestem blisko! Słyszę w twoim sercu.

- Nie prorokuj, mój przyjacielu - powiedział cierpliwie. - Zostań tu ze mną. Powiem ci wszystko o tygrysie, o chwilach spędzonych w Indiach, polowaniach w Afryce i nad Amazonką. Nie masz pojęcia, jakich doświadczyłem przygód. Nie byłem wtedy takim stęchłym uczonym jak teraz...

- Wiem. - Posłałem mu uśmiech. Nigdy wcześniej nie mówią do mnie w ten sposób, nigdy nie oferował tak wiele. - Za późno, Davidzie - powiedziałem.

Znów miałem przed oczami sen. Zobaczyłem cienki złoty łańcuszek wiszący na szyi Davida. Czy tygrys atakował tę ozdobę? To nie miało sensu. Pozostała tylko wymowa niebezpieczeństwa.

Gapiłem się na skórę bestii. Jak przejrzyście zabójczo wyglądał ogromny pysk.

- Czy to dobra zabawa zabicie tygrysa? Zawahał się. Potem wydusił odpowiedź:

- Polował na ludzi. Dzieci. Tak, wydaje mi się, że tak. Zaśmiałem się miękko.

- Ech, cóż, więc mamy coś wspólnego ze sobą, ja i tygrys. I Claudia czeka na mnie.

- Nie wierzysz, prawda?



dalej


strona główna
(23kB)