(23kB)
strona główna


Ross

Thomas

 

 

 

 

TLUMACZYLA

MARIA GEBICKA-FRAC

 

 

 

Voodoo

 

 

l

 

W Nowy Rok, krótko po piatej nad ranem, przez Malibu, z predkoscia przekraczajaca sto trzydziesci kilometrów na godzine, pedzil prawie nowy dwuosobowy Mercedes Benz 500 SL, który kosztowal sto jeden tysiecy czterysta czternascie dolarów i dwadziescia osiem centów. Prowadzila go jedna reka - lewa - Iona Gamble. Zmierzony pózniej poziom alkoholu w jej krwi wynosil 1,16 promila, co znaczylo, ze pod wzgledem prawnym czy jakimkolwiek innym byla pijana. Przytrafilo sie jej to drugi raz w zyciu.

Aktorka-rezyserka, która dzieki podwójnemu zawodowi nalezala do grona tak zwanych w hollywoodzkim zargonie „kresek", ciagle prowadzila lewa reka, w prawej zas trzymala sluchawke. Wysluchawszy trzydziestego piatego i ostatniego sygnalu, zamienila sluchawke na butelke czterdziestoprocentowej wódki Smirnoff, która dotychczas lezala na fotelu pasazera. Po przelknieciu ostatnich piecdziesieciu gramów opuscila lewa szybe i wyrzucila pusta butelke na zewnatrz. Butelka rozbila sie na Hondzie Civic z roku 1986.

Przez chwile Iona Gamble odczuwala pokuse, by zatrzymac sie i zostawic notatke z propozycja zaplaty za poczynione szkody. Jednakze nim notatka zostala wymyslona, zredagowana i poprawiona, Iona byla juz prawie dwa kilometry za Honda i zblizala sie do celu swej podrózy w Carbon Beach. Po przejechaniu kolejnego kilometra notatka, rozbita butelka i Honda calkowicie wylecialy jej z glowy.

Iona jechala srodkowym pasmem autostrady Pacific Coast, wrzucila luz i zwolnila do przepisowej predkosci siedemdziesieciu kilometrów na godzine. Próbowala znalezc cisnietego gdzies pilota, który otwieral stalowa brame. Brama strzegla domu wartego trzynascie milionów dolarów i - ku irytacji wszystkich znajomych - zwanego przez wlasciciela „domkiem plazowym".

Iona nie znalazla pilota, ale gdy skrecila w lewo, przecinajac dwa pasy autostrady prowadzacej na wschód, w swiatlach wozu ukazala sie otwarta brama, wjechala na teren posiadlosci i zaparkowala przed garazem mogacym pomiescic trzy pojazdy. Drzwi, mimo ze minelo juz siedem dni od swiat Bozego Narodzenia, nadal ozdobione byly fantazyjnym tryptykiem ze swietym Mikolajem, reniferami i elfami.

Iona wylaczyla silnik oraz swiatla i jeszcze raz podniosla sluchawke. Wystukala ten sam numer co poprzednio i wysluchala pietnastu sygnalów. Odlozyla sluchawke i dla odmiany zajela sie klaksonem - wciskala go w sekwencji: trzy krótkie, jeden dlugi. Ich brzmienie z grubsza przypominalo litere V w alfabecie Morse'a - jedyna, jaka znala.

Po trzech minutach Iona przestala halasowac, opuscila lewa szybe i czekala na reakcje. Byla przygotowana na to, ze jakis nerwowy sasiad wrzasnie, zeby sie, kurwa mac, przymknela. Albo ze Billy Rice wypadnie przed dom i bedzie blagal ja, zeby na milosc boska weszla i wypila drinka - albo ze nagle w jakims oknie rozblysnie swiatlo, co bedzie dowodem, ze Malibu o 5.11 we wtorkowy poranek l stycznia 1991 roku nie wymarlo.

Jednakze nie rozlegly sie gwaltowne krzyki, nikt nie zaoferowal drinka i nigdzie nie zapalily sie swiatla, Iona wysiadla z samochodu i trzasnela drzwiami tak mocno, jakby chciala, zeby cos peklo. Obeszla tyl wozu, cofnela sie niepewnie o trzy kroki, nabrala powietrza i ile sil w plucach wrzasnela:

- Billy Ryz pieprzy mysz!*

Czekala, nasluchujac, ale gdy nikt ani nie zaprzeczyl, ani jej nie obsztorcowal, odwrócila sie i skierowala do frontowych drzwi. Wtedy na pietrze zóltego domu po drugiej stronie drogi zapalilo sie swiatlo. Jasnialo w niewielkim, wysoko umieszczonym oknie, jakie zazwyczaj znajduja sie w lazienkach, Iona doszla do wniosku, ze prawdopodobnie jakis biedny staruszek musial wywlec sie z lózka przez klopoty z prostata.

Przed glównym wejsciem do domu stal wysoki na dwa metry mur z klinkierowej cegly. Sluzyl jako bariera zabezpieczajaca mieszkanców przed wzrokiem ciekawskich i halasem dobiegajacym z drogi, a wraz ze sciana domu tworzyl krótkie, nie zadaszone przejscie, Iona skierowala sie ku niemu, po drodze przetrzasajac kolejno wszystkie kieszenie kremowej zamszowej kurtki, w poszukiwaniu kluczy do domu Billy'ego Rice'a.

Zdazyla sprawdzic kazda kieszen po cztery razy, nim mgliscie przypomniala sobie swój raptowny wyjazd z domu w Santa Monica. Starczylo jej czasu jedynie na zgarniecie kluczyków do samochodu i butelki wódki, a zabraklo na zabranie brazowej skórzanej torebki. A wlasnie tam, w zapinanej na suwak kieszonce na drobne, znajdowaly sie klucze do frontowych drzwi domu Rice'a.

Iona Gamble nadal byla przekonana, ze istnieje jakis sposób na obudzenie Rice'a. Mogla, na przyklad, lomotac w drzwi i dzwonic, a nawet wyc i szczekac niczym kojot. Juz prawie zdecydowala sie na kojota, gdy zauwazyla, ze drzwi sa uchylone. Pchnela je lekko na próbe, potem mocniej, tak ze otworzyly sie na cala szerokosc.

Wewnatrz domu bylo ciemno, Iona wiedziala, ze po lewej stronie musi znajdowac sie przelacznik i zaczela szukac po omacku. Znalazla go i zapalila lampy. Oswietlily one marmurowy hol, z którego mozna bylo przejsc do ogromnego salonu i dalej, na równie wielki taras. Swiatla byly zaprojektowane w taki sposób, ze glównymi elementami holu stawaly sie dwa obrazy umieszczone na przeciwleglych scianach. Na lewej wisial Chagall, na prawej Hockney.

Pod obrazem Hockneya stal kwadratowy stolik. Byl niewielki, ale wystarczajaco duzy, ze miescila sie na nim dzienna korespondencja, trzy komplety kluczyków samochodowych i Beretta kalibru 9 mm. Iona podniosla pistolet, przyjrzala mu sie i zawolala:

- Hej, Billy, chcesz zobaczyc, jak odstrzeliwuje sobie wielki palec u nogi?

Czekala z pochylona glowa i pistoletem w prawej rece, jak gdyby miala nadzieje na jakies slowa protestu. Kiedy nic sie nie stalo, uniosla pistolet, wycelowala starannie i nacisnela spust - tak, jak nauczono ja na strzelnicy w Beverly Hills. Pocisk zrobil mala, schludna dziurke w lewym dolnym rogu plótna Chagalla.

Strzal nie wywolal ani krzyków, ani szlochów, Iona ruszyla powoli przez marmurowy hol i weszla do salonu. Przez znajdujaca sie naprzeciwko calkowicie przeszklona sciane mogla zobaczyc swiatla Santa Monica i lezace dalej przycmione swiatla Palmo Verdes, gdzie - wiedziala o tym na pewno - mieszkali najnudniejsi ludzie w Kalifornii, a moze i na calym swiecie.

Odwrócila sie od ogromnego okna i wtedy w poludniowo-zachodnim kacie pokoju zauwazyla wielka bryle. Z jakiegos powodu wygladala ona na zgubiona, porzucona czy moze po prostu zapomniana, Iona, niezmiernie zaciekawiona, przemierzyla salon i przelozyla pistolet do lewej reki. Prawa zapalila lampe na stole i odkryla, ze ta bryla jest William A.C. Rice Czwarty.

Lezal na boku. Otwarte niebieskie oczy wpatrywaly sie w belki wysokiego sufitu. Prawa noga byla nieznacznie zgieta w kolanie, lewa wyprostowana; rece rozrzucone, prawa dlon wyciagnieta w kierunku poludniowym, lewa w pólnocno-zachodnim. Na nagiej owlosionej piersi nieco na lewo od prawej sutki widnialy dwie ciemne dziurki. Stopy byly bose, a biale tenisowe szorty poplamione.

Iona Gamble, gwaltownie chwytajac powietrze, gapila sie na martwego mezczyzne przez co najmniej trzydziesci sekund.

- Cholera, Billy, zaluje, ale nie jest mi przykro - wysapala wreszcie.

Odwrócila sie i, zataczajac lekko, podeszla do malego barku. Nalala do szklanki piecdziesiatke whisky i wypila alkohol jednym haustem. Whisky wywolala atak kaszlu. Zdolala opanowac go dwie minuty pózniej, po czym podeszla do telefonu, osunela sie na fotel - jak wiedziala, byl to ulubiony fotel Billy'ego Rice'a - polozyla pistolet na kolanach, podniosla sluchawke i wystukala numer 911.

Pod numerem policyjnego pogotowia zabrzmial pierwszy sygnal. Po ósmym Iona ziewnela. Po dziesiatym polozyla sluchawke na stole, kurczowo zacisnela dlonie na kolbie Beretty, zamknela oczy i zapadla w pijacki sen.

Nadal spala i nadal sciskala Berette, gdy o 6.27 do salonu weszli dwaj zastepcy szeryfa. Zabrali pistolet, obudzili Ione, odczytali przyslugujace jej prawa i aresztowali, jako podejrzana o dokonanie zabójstwa pierwszego stopnia na osobie Williama A.C. Rice'a Czwartego, który od roku 1950, kiedy to w Kansas City po raz pierwszy poszedl do prywatnego przedszkola, nazywany byl Billym Czwartym przez wszystkich, którzy go nie lubili czy tez nienawidzili, czyli, jak ktos pózniej powiedzial: „Przez prawie wszystkich, którzy znali go dluzej niz trzy minuty".

2

 

Trzy tygodnie pózniej, w styczniu roku 1991, Iona Gamble zostala oskarzona o zamordowanie Williama A.C. Rice'a Czwartego, a nastepnie zwolniona za kaucja. Zastepca prokuratora generalnego okregu Los Angeles zazadal kaucji w wysokosci co najmniej dwóch milionów dolarów, ale sedzia wyzszej instancji sadu okregowego w Santa Monica ustalil ja na dwiescie tysiecy. Broniac swojej decyzji, zadal retoryczne pytanie: „Dokad moglaby uciec lub gdzie sie ukryc osoba z twarza znana niemal calemu swiatu?".

Iona przyczaila sie w swoim trzynastopokojowym domu w stylu kolonialnym przy Adelaide Drive w Santa Monica. Prócz niej mieszkalo tam tylko dwoje Salwadorczyków, zajmujacych pokoje nad garazem, szesc kotów, trzy psy i jeden oswojony klapouchy królik, który przez wiekszosc czasu skakal w góre i w dól po schodach.

Iona Gamble siedziala na pierwszym pietrze w pracowni, która nazywala gabinetem, i rozmawiala z Jackiem Broachem na temat obronców zajmujacych sie sprawami kryminalnymi. Jack Broach, jej menadzer, agent i osobisty prawnik, byl wychowankiem Uniwersytetu Kalifornijskiego (rocznik 68) i Boalt Hall (71) oraz pracownikiem Agencji Williama Morrisa (lata 1977-79). Podobnie jak wielu agentów przemyslu rozrywkowego po czterdziestce, przypominal zadbanego aktora, który doskonale móglby grac role zarówno mlodego prezydenta, jak i podstarzalego pilota mysliwskiego.

Trzy sciany gabinetu-pracowni zastawione byly regalami wypelnionymi glównie powiesciami i biografiami, czwarta zas byla calkowicie przeszklona. Rozciagal sie za nia imponujacy widok na kanion Santa Monica, góry i Pacyfik.

Iona Gamble siedziala na obrotowym krzesle za, wykonanym w 1857 roku w Memphis, biurkiem maklera spekulujacego na bawelnie, a Broach w stojacym w poblizu wygodnym fotelu.

Iona wypila przez slomke nieco dietetycznej wody Dr Pepper i powiedziala:

- Jak na razie uslyszalam o unitarianinie z Massachusetts, o Zydzie z Wyoming, o Taksanczyku nalezacym do protestanckiego kosciola episkopalnego i o baptyscie z Nowego Jorku. Teraz kolej na Waszyngton - kogo tam mamy?

- Jestem absolutnie pewien, ze nie muzulmanina - zapewnil Broach.

- Opowiedz mi o nim, o tym facecie z Waszyngtonu.

- Zadzwonilem do niego - zaczal Broach - i, jak do wszystkich innych, powiedzialem: „Czesc, jestem najlepszym przyjacielem i osobistym prawnikiem Iony Gamble, która potrzebuje najlepszego w swiecie adwokata od spraw kryminalnych. Jestes zainteresowany?". Czterech z nich odpowiedzialo: „O rany, jasne", ale facet w Waszyngtonie rzekl: „Niespecjalnie". Jak zwykle w tego rodzaju wypadkach bylem w szoku, ze moje pytanie nie wywarlo spodziewanego wrazenia.

- Jest chociaz dobry, ten z Waszyngtonu?

- Nie jest tak znany jak pozostali, jednak najlepsi prawnicy, których zdanie cos dla mnie znaczy, mówia, ze jest wystrzalowy. Gamble zmarszczyla brwi.

- „Wystrzalowy" to twoje okreslenie czy innych?

- Moje. Uzywam go, poniewaz kazdy wie, o co chodzi, Iona pociagnela nastepny lyk i powiedziala:

- Powinnam wybrac tego faceta z Waszyngtonu? Broach skinal glowa.

- Powinnas wybrac tego, komu najbardziej ufasz i kogo najbardziej cenisz.

- A co z sympatia?

- To nie ma nic od rzeczy.

- Zapyta mnie, czy zabilam Bilia?

- Nie wiem.

Iona Gamble popatrzyla w sufit, jakby gdyby bylo tam wypisane jej nastepne zdanie.

- Lubie Zyda, szanuje baptyste i ufam episkopalnemu protestantowi - pomimo chamowatych manier Teksanczyków - ale unitarianina zdaje sie zzerac przekonanie, ze w koncu wyladujemy w lózku.

- Cóz zlego jest w optymizmie? Jej spojrzenie powedrowalo w dól.

- Cholera, pomóz mi. Broach pokiwal glowa.

- Sama bedziesz wiedziala - albo twój instynkt.

- Jestes pewien?

- Bezwzglednie.

Uslyszeli gong u frontowych drzwi. Broach podniósl sie i powiedzial:

- To on. Zejde po niego, przyprowadze na góre, przedstawie i ruszam w swoja droge.

- Dobrze wygladam?

Jack Broach nie zawracal sobie glowy odpowiedzia.

Iona Gamble miala na sobie dzinsy, koszule w krate i podniszczone tenisówki na nagich stopach. Stala przy przeszklonej scianie, wpatrujac sie w ocean i kanion, kiedy Broach wrócil z waszyngtonskim adwokatem. Odwrócila sie i zobaczyla sredniego wzrostu mezczyzne po czterdziestce, ubranego w bardzo drogi, ale zle dopasowany ciemnoblekitny garnitur, czarne buty, biala koszule i stonowany krawat. Mial niezwykle dlugie rece, twarz, która zdawala sie byc zlozona z odrebnych elementów, i najmadrzejsze czarne oczy, jakie Iona w zyciu widziala. Gdy w nie spojrzala, zalalo ja intensywne uczucie ulgi.

Jack Broach dokonal prezentacji.

- Iona Gamble, Howard Mott.

Iona usmiechnela sie i, wyciagajac prawa reke, ruszyla w strone Motta.

- Mam ogromna nadzieje, ze zostanie pan moim adwokatem, panie Mott. Howard Mott ujal zimna, sucha reke i usmiechnal sie.

- Zobaczymy, czy nadal bedzie pani tak uwazala po naszej rozmowie.

 

Mott przybyl o jedenastej przed poludniem, a o 12.45 zamówili wielka pizze z serem i pepperoni.

Gospodyni-kucharka z Salwadoru podala ja z butelka piwa dla Motta i dietetyczna woda Dr Pepper dla Iony. Mott wzial do ust kawalek pizzy, przezul go, przelknal, popil piwem i poprosil:

- Prosze opowiedziec, jak go pani poznala.

- Biliyego Rice'a?

Mott skinal glowa i zabral sie do nastepnego kawalka pizzy.

- Wie pan, kim on byl, prawda? To znaczy wczesniej.

- Przed Hollywood? Tak, wiem, ale niech pani powie to wlasnymi slowami.

- „Kansas City Post" to on.

- No, Hemingway raczej dla nich nie pisal.

- Gazeta ta byla jednym z pierwszych dzienników, który mial wlasny program radiowy w latach dwudziestych i telewizyjny w czterdziestych. Po wojnie posiadala trzy stacje telewizyjne i cztery radiowe o zasiegu krajowym, szesc malych periodyków, magazyn dla farmerów, ogromna drukarnie i kawal centrum Kansas City. Dziewiecdziesiat procent akcji tego wszystkiego bylo wlasnoscia Williama A.C. Rice'a Trzeciego, wnuka Williama A.C. Rice'a Pierwszego, który polozyl podwaliny pod ten interes. Po smierci Billyego Trzeciego wszystko dostalo sie Billy'emu Czwartemu.

- Kiedy umarl Trzeci? - spytal Mott. - Dziesiec lat temu?

- Dwanascie. Billy nie wypuszczal interesu z rak przez osiem lat, potem, na poczatku osiemdziesiatego szóstego, gdy akcje osiagnely najwyzsza wartosc, sprzedal wszystko. Dostal co najmniej miliard, moze wiecej. Pózniej przeprowadzil sie tutaj i oznajmil, ze jest niezaleznym producentem filmowym, a skoro mial w banku miliard, wszyscy mówili: Jak najbardziej, jestes".

- To wtedy pani go poznala? Skinela glowa.

- Mial biuro w Century City tylko dla siebie, sekretarki i scenarzysty.

- Kiedy to bylo, w osiemdziesiatym szóstym, osiemdziesiatym siódmym?

- Pod koniec osiemdziesiatego szóstego, miesiac po moich trzydziestych urodzinach, dzieki którym skonczylam trzydziesci cztery lata i weszlam w trzydziesty piaty rok zycia, o ile nie podchodzi pan zbyt rygorystycznie do matematyki.

Mott usmiechnal sie i napil piwa.

- Wtedy tez sporo wypilam i urwal mi sie film - dodala Iona. Bylo to nie tyle wyznanie, ile stwierdzenie faktu.

- Dlaczego?

- Dla aktorki trzydziestka oznacza koniec wspinaczki, niejako dotarcie na plaskowyz, na którym - o ile ma szczescie -pozostaje do czterdziestki, a potem zaczyna sie nieuchronny spadek, czasami wolny, czasami zas bardzo, bardzo szybki.

- Przeciez trzydziestoletni czlowiek jest jeszcze mlody. I, jesli moge zauwazyc, czterdziestoletni równiez.

- Ale czterdziestopiecioletni juz nie i dlatego uzylam wszelkich znanych mi sztuczek, by dostac prace rezysera. To oznaczalo goscinne wystepy w telewizyjnych programach komediowych i epizody w przygodowo-awanturniczym chlamie, ale bralam je tylko pod warunkiem, ze bede je rezyserowac.

- Mam wrazenie, ze rezyserowanie jest dla pani czyms w rodzaju dozywotniej renty.

- Niech pan poslucha. Mam zamiar grac, gdy bede miala czterdziesci piec, piecdziesiat piec i szescdziesiat piec lat - o ile bede tak dlugo zyla - choc z biegiem lat otrzymuje sie coraz mniej propozycji.

- I zdecydowala pani o tym wszystkim majac trzydziesci lat?

- Oczywiscie. Trzydziestoletni aktor nadal jest mlody. Po prostu traci resztki niemowlecego tluszczyku, wyrasta z dziecinstwa i przez nastepne dwadziescia piec czy trzydziesci piec lat moze grac glówne role, w przeciwienstwie do dwudziesto-, piecio-, trzydziestopiecio-, czy czterdziestoletniej aktorki. Ale czy zna pan jakas piecdziesieciopiecioletnia aktorke, która odgrywa scene milosna z trzydziestopiecioletenim aktorem - o ile nie jest to pornos? Daje panu godzine na podanie nazwiska.

- Ann-Margaret chyba nie ma jeszcze piecdziesieciu pieciu? - zapytal Mott, podnoszac ostatni kawalek pizzy. Iona Gamble usmiechnela sie szeroko.

- Jest pan jej wielbicielem?

- Jedynie konserwatysta - rzekl Mott i wgryzl sie w pizze.

- Cóz, w kazdym razie, to dlatego spilam sie w trzydzieste urodziny i dlatego od tamtej pory nie tknelam alkoholu poza trzema piwami i osmioma lampkami wina - do trzydziestego pierwszego grudnia.

- Wrócmy do pierwszego spotkania z panem Rice'em.

- Okay. Mial biuro w Century City. Zadzwonil do Jacka Broacha, a Jack zadzwonil do mnie i zaproponowal, abym spróbowala. Wiec pojechalam na góre - nie wiem, chyba na trzydzieste czwarte pietro? - a tam wprowadzono mnie do porzadnego, ale niczym nie wyrózniajacego sie biura. Billy okazal sie czarujacy i wreczyl mi scenariusz oparty na powiesci Lorny Wiley, „Siostry Milner".

Spojrzala pytajaco na Motta, który przyznal, ze zna te powiesc. Westchnela z ulga i mówila dalej:

- Po tym, jak przyniesiono nam kawe, Billy mówi: „Chcialbym, zebys w tym zagrala". Tak, role obydwu sióstr sa doskonale, ale Louise jest jedyna w swoim rodzaju, wobec tego pytam: „Kogo mam grac - Louise czy Rose?" I niech pan zgadnie, co odpowiedzial?

- Nie mam pojecia.

- Powiedzial: „Mysle, ze powinien o tym zadecydowac rezyser, a skoro ty nim bedziesz, decyzja nalezy do ciebie". I w tym momencie pomyslalam, ze powinnam zakochac sie w Billym Rice'e, tym fiucie.

- Jak na razie Rice jawi sie jako porzadny facet.

- Jak na razie. Tak wiec krecimy „Siostry Milner", które otrzymuja doskonale recenzje, ale nie zarabiaja ani centa. Jednak Billy sprawia wrazenie, ze sie tym nie przejmuje i wyklada sto tysiecy dolarów na prawa do jakiegos kiepskiego technothrillera, potem placi milion za scenariusz, wykorzystuje swoje prawa do powiesci - jeden przecinek cztery miliona - i angazuje dwudziestoczteroletniego rezysera z brytyjskiej MTV. Ja gram Mavis, dzielna heroine, która chodzi i mówi jak facet, u boku glupiego starego Nilesa Branda, który dostaje piec milionów dolarów z groszami. No cóz, calosc kosztuje trzydziesci osiem milionów i okazuje sie niesamowitym przebojem. Ja dostaje nagrode krytyków filmowych Los Angeles i nominacje Akademii, lecz o Oskarze moge tylko marzyc, ale kogo to, do diabla, obchodzi poza mna?

- Co potem?

- Potem Billy prosi, bym za niego wyszla. Dzieje sie to gdzies na poczatku zeszlego roku. l ja, wieczna idiotka, mówie: Jasne, Billy, to kapitalnie", i ustalamy date slubu na trzydziestego grudnia. Tymczasem Billy kupuje prawa do powiesci „Zly Martwy Indianin", która od trzynastu miesiecy znajduje sie na liscie bestsellerów nowojorskiego „Timesa". Kosztuje go to dwa miliony. Gotówka. Wydaje kolejny milion na scenariusz i oglasza, ze jego przyszla zona bedzie nie tylko gwiazda grajaca wraz ze starym glupim Nilesem Brandem w wartej szescdziesiat piec milionów epopei z Dzikiego Zachodu, ale równiez bedzie ja rezyserowala. Nadaza pan, panie Mott?

- Opowiada pani nadzwyczaj jasno. - Potem jest wigilia Bozego Narodzenia, nieco ponad miesiac temu. Billy w formie tego, co dzienniki nazywaja zwiezla trzywersowa relacja prasowa, oglasza, ze ostatecznie nie poslubi Iony Gamble, i ze ona nie bedzie ani rezyserowac, ani grac w jego cudownym filmie o rdzennych mieszkancach Ameryki.

- Podpisywala pani kontrakt na zdjecia albo jakas umowe wstepna?

- Negocjacje prowadzil Jack Broach. A kiedy napomknal o umowie wstepnej, powiedzialam, ze mnie zalezy na malzenstwie, a nie na fuzji, co moze nie bylo zbyt oryginalne, ale wygladalo na to, ze Billy wczesniej nie slyszal takiego stwierdzenia.

- Jak pani sadzi, dlaczego Rice zmienil zdanie?

- Nie wiem. Juz nigdy z nim nie rozmawialam. A przynajmniej tak mi sie zdaje.

- Ale próbowala pani.

- Dzwonilam do niego pareset razy, ale bez skutku. Potem, w ostatni dzien starego roku, w dzien naszego niedoszlego slubu, zaczelam pic. Pilam przez caly dzien, przespalam sie, przebudzilam i pilam dalej. Pamietam, ze wsiadlam do samochodu z butelka wódki i wybralam sie do Malibu, by otwarcie porozmawiac z Billym. Ale nie przypominam sobie niczego innego. Wiem tylko, ze obudzili mnie dwaj zastepcy szeryfa, a martwy Billy lezal na podlodze swego „plazowego domku".

- Urwal sie pani film?

- Tak.

Mott oparl sie na kanapie okrytej kretonowym pokrowcem i przygladal sie Gamble, która teraz przysiadla na skraju fotela po drugiej stronie stolika.

- Zatem byl to pani drugi odjazd w zyciu. Zakladam, ze nie wie pani zbyt wiele o tego rodzaju stanach?

- Dopóki nie porozmawialam z lekarzem, wiedzialam tylko, ze sa to sztuczki stosowane w operach mydlanych. Potrzebny konflikt? No to niech urwie sie jej film. Albo niech ma atak amnezji. Doktor powiedzial mi, ze urwany film jest forma amne-zji poalkoholowej, powszechnie wystepujaca u nalogowców oraz po ciezkiej popijawie. Powiedzial, ze do odzyskania pamieci stosuje sie hipnoze. Czasami to dziala, czasami nie. Ale dodal, ze gdybym chciala spróbowac, moze polecic mi kilku hipnoterapeutów o bardzo dobrych kwalifikacjach. Powiedzialam, ze zastanowie sie.

- I zastanowila sie pani?

- Jasne. Myslalam o tym. Pomyslalam równiez, co sie stanie, jesli wyznam cos zenujacego czy obciazajacego - a moze nawet przyznam sie do zamordowania Billyego. Gdyby hipnotyzer nagral to na magnetofonie, móglby sprzedac kasete za kupe forsy. A gdyby nagral na wideo - Bóg wie za ile.

- Móglby równiez pójsc do wiezienia.

- Nie, gdyby twierdzil, ze ktos wlamal sie do niego i ukradl kasete. Pamietam Watergate - cóz, przynajmniej czesciowo. Wtedy chodzilo o cos podobnego, prawda?

- Nie calkiem.

- Ale nieuczciwy hipnotyzer móglby zrobic z kasetami cos, o czym nikt nigdy by sie nie dowiedzial. Móglby je sprzedac mnie, co, jak mi sie wydaje, zwane jest szantazem.

Iona obdarzyla Motta niklym zimnym usmiechem, jakby kwitujac trafne stwierdzenie. Mott podrapal sie po grzbiecie lewej reki i powiedzial:

- A gdybym znalazl hipnoterapeute o gwarantowanej dyskrecji? Czy bylaby pani zainteresowana próba odzyskania pamieci? Iona zmarszczyla brwi.

- To wazne, prawda? Moja pamiec?

- Niezmiernie.

- Zna pan jakichs hipnotyzerów?

- Znam kogos, kto zna kilku.

- Chodzi panu o to, ze ten ktos wlasnie tym sie zajmuje - polecaniem hipnotyzerów zonom i przyjaciólkom, którym po ciezkim pijanstwie urwal sie film i które zalatwily swoich mezów czy chlopaków, ale niczego nie pamietaja?

Mott usmiechnal sie.

- Ten czlowiek zapewnia wyjatkowo wysoko kwalifikowanych i wyjatkowo dyskretnych profesjonalistów do wykonania wyjatkowo delikatnych zadan.

Iona popatrzyla na niego, znowu zmarszczyla brwi i powiedziala:

- Czy wszystkie te „wyjatki" oznaczaja, ze zamierza pan zostac moim adwokatem?

- Jesli pani chce.

- Okay. Zatem co pan proponuje jako mój adwokat?

- Dyskretnego hipnotyzera o wysokich kwalifikacjach.

- Zatem niech pan dzwoni do swego posrednika - kimkolwiek on jest.

- Nazywa sie Glimm - powiedzial Howard Mott. - Enno Glimm.

3

 

Lewy policzek Enno Glimma znaczyla zmarszczona blizna, która prawie mogla uchodzic za naturalny dolek - podobnie jak jego angielski móglby ujsc za amerykanski, gdyby nie bylo w nim tych cechujacych sie nadrenskim akcentem „w", które przeksztalcaly nazwe Wudu Ltd. w bardziej twardo brzmiaca Voodoo Ltd.

Quincy Durant, wietrzac interes, nie próbowal poprawiac potencjalnego klienta. Co do blizny, przypuszczal, ze mogla byc spowodowana przez pocisk malego kalibru, na przyklad 0,22 cala albo tez przez jakiegos dziewiecioletniego rozrabiake, który trzydziesci piec lat wczesniej w czasie szkolnej rozróby dzgnal Glimme olówkiem w lewy policzek.

Tego lutego w Anglii i wiekszej czesci Europy panowalo arktyczne zimno. W Londynie spadlo dwadziescia centymetrów sniegu, a kilka platków zawirowalo nawet na francuskiej Riwierze. Zimno i wilgoc wciskaly sie wszedzie, lacznie z wylozonym boazeria konferencyjnym pokojem-biurem Wudu Ltd. Durant wyciagnal z szafy grzejnik o trzech spiralach i wepchnal go do falszywego kominka, by uzupelnic niewystarczajace centralne ogrzewanie.

Enno Glimm siedzial w jednym z foteli przy kominku. Nad okapem kominka wisial duzy olejny portret, przedstawiajacy pania Arthurowa Case Wu (byla Agnes Goriach) i dwie pary blizniaków Wu.

Siedzace czternastoletnie blizniaczki wygladaly swiatowo i lekko figlarnie. Na twarzach stojacych siedemnastoletnich braci, Arthura i Angusa, goscily identyczne nieznaczne usmieszki, które nadawaly im nieco grozny wyglad. Artysta genialnie oddal dystyngowane rysy matki, jej królewska postawe i nawet blyski w ogromnych szarych oczach, sugerujace, ze mysli o czyms sprosnym.

Enno Glimm zignorowal portret i siedzial zgarbiony w fotelu. Grzal dlonie przed elektrycznym grzejnikiem i marszczyl brwi, jakby zalowal, ze pozwolil Durantowi zabrac swój czarny kaszmirowy plaszcz.

Durant zgadywal, ze plaszcz musial kosztowac co najmniej tysiac funtów lub, co bardziej prawdopodobne, trzy tysiace marek. Powiesil go na kunsztownie rzezbionym wieszaku z czarnego orzecha, prawdopodobnie z 1903 roku, podszedl do drugiego fotela, usiadl, skrzyzowal nogi i czekal, az Glimm powie, co ma do powiedzenia.

Glimm, nadal grzejac rece i nie patrzac na Duranta, zapytal:

- Pan Wu dolaczy do nas? - tym razem sprawil, ze nazwisko Artie'ego Wu zabrzmialo jak vieux w Vieux Carré i nawet mialo francuski akcent.

- Wyjechal - wyjasnil Durant. - Sprawy rodzinne.

Glimm spojrzal na obraz swymi bladoszarymi oczyma, które wedlug Duranta nie byly duzo ciemniejsze i cieplejsze od deszczu.

- Ktos zachorowal? - Glimm nasycil pytanie stosowna w takich sytuacjach porcja troski.

- Jego synowie maja jakies problemy w szkole.

- Zaniedbuja sie?

- Cos w tym stylu.

- Ucza sie tutaj w Londynie?

- A co? - Durant dopilnowal, by w tym pytaniu zabrzmialo ostrzezenie i mozliwie grozba. Jego starania wywolaly usmiech na twarzy Glimma.

- Myslisz, ze jestem kidnaperem albo terrorysta?

- Nie wiem, kim jestes. Moze powinnismy od tego zaczac.

- Sluchaj. Kiedy chodzi o interesy, jakiekolwiek interesy, lubie miec do czynienia z szefostwem, ludzmi kompetentnymi i zwiezlymi. W tym przypadku z toba i Voo. Wiec po przylocie na Heathrow wczoraj w nocy w zamieci...

- Skad?

Glimm zlekcewazyl pytanie.

- ...zameldowalem sie w „Connaught", gdzie trzeba zebrac o pokoje, po czym, nie zwazajac na snieg, postanowilem odbyc maly spacer i zajrzec na Eight Bruton Street, Berkeley Square, centrum Mayfair i tak dalej. Chcialem sie upewnic, ze Voodoo, Limited, to prawdziwy interes, a nie jedynie jakas kombinacja zakladu kserograficznego i adresu - rozumiesz, o co mi chodzi? Zalozylem, ze jesli okaze sie prawdziwy, wtedy przyjde nastepnego ranka niespodziewanie i bez zapowiedzi.

- I prawdopodobnie niezbyt mile widziany.

- To sie okaze. W kazdym razie wchodze rano do waszej slicznej malej recepcji i pierwsza rzecza, na jaka zwracam uwage, jest to, ze nie ma w niej ani sladu slicznej malej recepcjonistki. Potem zauwazam kurz na biurku - niewiele, ale wystarczajaco duzo, bym pomyslal, ze nikt tu nie pracowal od tygodnia czy dziesieciu dni. Ale co z tego? Moze dziewczyna zachorowala i lezy w lózku?

Durant usmiechnal sie lekko.

- Chwilowa niedyspozycja.

- Wlasnie tak pomyslalem. I skoro nikt mnie nie przyjmuje, pukam do drzwi z napisem PRYWATNE i czekam na otworzenie wszystkich tych zamków, zasuw i lancuchów. W koncu drzwi staja otworem, a w nich pojawia sie facet ubrany zdecydowanie za lekko jak na luty - facet, który mierzy metr osiemdziesiat piec i wazy jakies osiemdziesiat kilogramów. Juz dawno stuknela mu czterdziestka, prawdopodobnie ma wiecej niz czterdziesci piec lat, ale porusza sie z lekkoscia dwudziestolatka. No dobra, czlowieka pod trzydziestke. I od razu wiem, ze to nikt inny, jak ten pieprzony Durant - a wlasnie w taki sposób kazdy, z kim rozmawialem, nazywal ciebie.

- Jakies referencje? Glimm skinal glowa.

- Wymien dwie - powiedzial Durant.

- Znales kapitana policji w Manili, niejakiego Cruza?

- Znalem porucznika policji Hermenegildo Cruza.

- Awansowal - rzekl Glimm. - A co z Maurice'em Overbym w Ammanie?

Wyraz twarzy Duranta ulegl nieznacznej zmianie - skóra napiela sie wokól jego ust. Ale po chwili odprezyl sie i zapytal:

- Co Overby robi w Jordanii?

- Twierdzi, ze analizuje osobisty system bezpieczenstwa DMK.

- Sam?

- Mówi, ze jego glównym zródlem aktywów, cokolwiek to oznacza, jest doktor Booth Stallings, swiatowej slawy ekspert od terroryzmu, o którym nigdy nie slyszalem. A ty?

Durant pokiwal glowa.

Glimm pozwolil sobie na kolejny nieznaczny usmiech.

- Zauwazylem, ze nie zapytales, co to jest DMK. Ja tez nie wiedzialem, wiec postanowilem zasiegnac wiesci u zródla. U Overby'ego, w Ammanie, w Jordanii. Dzwonie wiec do niego - cóz, niewazne, dokad - daje do zrozumienia, co to nie on, i mówi, DMK to Dzielny Mlody Król, jak wszyscy starzy zawodnicy z Bliskiego Wschodu nazywaja Króla Hussejna. - Glimm zamilkl na chwile. - Chociaz ostatecznie nie jest juz taki mlody, prawda?

- Overby powiedzial ci, ze jest starym zawodnikiem z Bliskiego Wschodu?

- Uwazasz, ze nie?

- Uwazam, ze to kolejny fascynujacy i dotychczas nie ujawniony rozdzial w zyciu pana Overby'ego.

- Okay. Wiec jest klamca. Kogo, do diabla, obchodzi Overby? Co z toba? Czy kiedykolwiek byles na Bliskim Wschodzie? Mam na mysli interesy.

- W Bejrucie - odparl Durant.

- Kiedy?

- Kilka lat temu.

- To znaczy wtedy, gdy bylo tam raczej niebezpiecznie, prawda?

Durant w odpowiedzi jedynie wzruszyl ramionami i czekal na ciag dalszy, który, jak zalozyl, bedzie konkretny. Zamiast tego zapadla cisza, która ciagnela sie i ciagnela, póki Glimm nie zalozyl nogi na noge i nie poprawil sie w fotelu. Poniewaz Durant nigdy nie bal sie milczenia, przeczekiwal je z uprzejmym usmiechem, i Glimm w koncu polozyl mu kres kolejnym pytaniem.

- Co robiles w Bejrucie?

- Szukalem czegos.

- Znalazles go?

- Chyba nie mówilem, ze szukalem Jego".

- Okay. Jego? Ja? Cos?

- Znalezlismy to, czego szukalismy.

- „My" to znaczy ty i pan Voo, prawda? - Glimm, nie czekajac na potwierdzenie, mówil dalej, a jego ton byl obcesowy i malo uprzejmy. - Tym, czego szukaliscie w Bejrucie, bylo cialo kogos bardzo waznego. Slyszalem, ze pewna bardzo wazna wdowa pragnie dostac milion dolarów z polisy swego zaginionego i przypuszczalnie nie zyjacego meza, ale nie chce czekac siedmiu lat - czy ile tam trzeba - na prawne uznanie go za martwego. A jej maz - czy ktos, dla kogo pracowal - musial placic horrendalne skladki ubezpieczeniowe, skoro towarzystwo ubezpieczeniowe zgodzilo sie odstapic od swych zasad. Pewne jak cholera, ze to zrobilo, w przeciwnym wypadku wdowa nie wynajelaby ciebie i Voo do znalezienia dowodu - albo byc moze kupienia go od kogos - ze maz nie zyje.

- Powiedz mi cos - wtracil Durant. - Tak naprawde nie masz klopotów z wymawianiem „w", dlaczego wiec przekrecasz nazwisko pana Wu? Czy to test? Chwyt reklamowy? A moze uwazasz to za objaw sprytu i inteligencji?

Po koscistej twarzy Glimma przemknal usmiech. Jego blade oczy zmruzyly sie z przyjemnosci czy nawet zadowolenia i Durant przygotowal sie, ze uslyszy chichot, który jednak nie nastapil. Ale Glimm z zadowolonym wyrazem twarzy powiedzial:

- To test.

- I jak wypadlem?

Glimm zerknal na zegarek.

- Niezle. Wytrwales dwanascie minut. To znaczy, ze jestes dostatecznie glodny, ale nie wyglodzony.

Durant nie odpowiedzial, lecz zdawalo sie, ze Glimm wcale na to nie liczyl. Mówil dalej z potoczysta pewnoscia siebie doswiadczonego sprzedawcy, który zdecydowal, ze nadszedl czas, by przejsc do interesów.

- Oto jak to dziala: ilekroc z kims negocjuje, zawsze zle wymawiam albo imie faceta, albo nazwe jego kompanii.

- Albo jedno i drugie - dopowiedzial Durant.

- Tak. Racja. W tym przypadku jedno i drugie.

- Dlaczego?

- Poniewaz jezeli facet poprawia mnie od razu, wiem, ze nie jest glodny. Jezeli robi to po dziesieciu czy pietnastu minutach, jest po prostu srednio glodny. Ale jesli wcale mnie nie poprawi, wiem, ze jest praktycznie zaglodzony na smierc, i ze nie warto prowadzic negocjacji.

- My niczego nie negocjujemy.

- Wrecz przeciwnie.

4

 

Artie siedzial przed biurkiem dyrektora szkoly na masywnym, liczacym sobie sto dwadziescia jeden lat drewnianym krzesle, na którym przysiadywaly niezliczone rzesze chlopców nerwowo machajacych nogami i oczekujacych na swój los ze lzami w oczach.

Wu, ze swymi stu osiemdziesiecioma piecioma centymetrami wzrostu i waga dochodzaca do stu dwudziestu kilogramów, byl zbyt masywny, by przycupnac gdziekolwiek. Jednak udalo mu sie usadowic tak, ze mógl sie odprezyc, nieledwie przybrac nonszalancka poze - a nawet oderwac nogi od podlogi, gdy odchylil sie na oparcie. Sluchal Perkina Ramsaya, dyrektora szkoly, który wyliczal zarzuty odnoszace sie do blizniaków Wu: Arthura i Angusa.

Zarzuty plynely tak dlugim i monotonnym potokiem, ze Wu obawial sie, iz moga nigdy sie nie skonczyc. Spojrzal w góre, podziwiajac kamienne sklepienie poteznej sali, pózniej w lewo, na kominek, którego palenisko bylo tak wielkie, ze - o ile mialo sie nie wiecej niz metr piecdziesiat z groszami - mozna bylo swobodnie do niego wejsc.

Szkola, która podjela sie edukacji blizniaków Wu, lezala kilka kilometrów na pólnoc od Edynburga. Zajmowala maly zamek, który ukonczono okolo 1179 roku, i który nadal znajdowal sie w nadzwyczaj dobrym stanie. Miescila sie tutaj od roku 1821, kiedy to wielebny Robert Cameron zdolal przekonac zamoznych rodziców swych potencjalnych pierwszych wychowanków, ze uda mu sie przeksztalcic ich male potworki w malych dzentelmenów. Od tamtego czasu wszyscy Goriachowie uczeszczali do Camerona i Anges Goriach - Wu nie widziala powodu, dla którego jej blizniaczy synowie nie mieliby kontynuowac tej rodzinnej tradycji.

Dyrektor zakonczyl wyliczanie oskarzen, wyciagnal z kieszeni olbrzymia chusteczke i delikatnie przedmuchal najpierw jedna dziurke, potem druga. Jasnorózowy nos, cienki i ostro zakonczony, wylanial sie spomiedzy zapadnietych policzków i glebokich oczodolów, w których kryly sie wstrzasajaco blekitne oczy. Wysokie czolo pielo sie w góre i w tyl znad blekitnych oczu i konczylo dosc daleko cofnietym gaszczem rudych wlosów.

Gdy Perkin Ramsay odlozyl chusteczke, Wu odezwal sie po raz pierwszy od prawie pietnastu minut.

- Mówi pan, ze blizniaki wyslaly pieciu z nich do szkolnej izby chorych?

Ramsey westchnal melancholijnie.

- Prosze tym razem posluchac uwaznie, panie Wu: pieciu chlopców zostalo hospitalizowanych w szpitalu w Edynburgu - nie w naszej izbie chorych. Agnus i Arthur zostali zaatakowani przez osmiu chlopców mniej wiecej w ich wieku i ich wzrostu. Trzech z tych osmiu zdolalo uciec, by mi o tym powiedziec. To nie byla uczciwa bójka.

- Osmiu przeciw dwóm? Oczywiscie, ze nie.

- Chodzi mi o to, ze to panscy synowie nie walczyli uczciwie. Artie Wu wygladal tak, jakby kamien spadl mu z serca.

- Czy posluzyli sie czyms, co lezalo w poblizu? Kamieniami? Kawalkiem kija? Metalowa rurka stosownej dlugosci?

- Uzywali rak, stóp, kolan i lokci.

- Jak dlugo to trwalo?

- Trzy czy cztery minuty. Nie wiecej. Wu wyciagnal dlugie, grube cygaro z wewnetrznej kieszeni marynarki, spojrzal na nie z wyrazna tesknota, po czym schowal je z powrotem.

- Mówi pan, ze zaczelo sie od przezywania?

- Tak

Wu z zaduma pokiwal glowa - tak, jakby wszystko stalo sie jasne.

- Wiec tych osmiu wyzywalo moich synów, potem skoczylo na nich i zarobilo pare ciosów, które ich lekko nadwerezyly. Ze tez lobuzy nadal czerpia satysfakcje z uzywania wszystkich tych jakze starych wyzwisk, takich jak zóltek, skosnooki, ryzojad, chiniec i...

Prawa reka Ramsaya powedrowala w góre, wnetrzem dloni w strone Wu, w gescie policjanta zatrzymujacego rozpedzone auto. Wu umilkl, a dyrektor zapytal:

- Czy slucha mnie pan uwaznie, panie Wu? Wu skinal glowa.

- Doskonale. Przez minione dwa miesiace próbowalem skontaktowac sie z panem telefonicznie badz listownie, ale bez skutku.

Na twarzy Wu pojawil sie wyraz umiarkowanie uprzejmego zainteresowania, a jego ton stal sie dobrotliwy.

- Aha, o to chodzi.

- Tak, panie Wu. O to. Czy, scislej, o te. O oplaty. Wciaz pozostaja nie uiszczone.

Artie Wu znowu wyciagnal cygaro z kieszeni, lecz tym razem wetknal je do ust. Zacisnal zeby, po czym rozwarl je na tyle, by warknac:

- Byla bójka?

- Dokladnie jak opisalem - rzekl Ramsay. - Blizniaki, wedlug relacji swiadków, byli straszni. Wu zapalil cygaro i wyjal je z ust.

- Zdaje sie, ze jakis czas temu przypominalem pani Wu, by zajela sie oplatami i wyslala czek

Zapas cierpliwosci Ramsaya zostal wyczerpany. Wygladalo na to, ze dyrektor ma zamiar wystrzelic z fotela, ale powstrzymal sie, wstal wolniej i, opierajac dlonie plasko na biurku, pochylil sie w strone Artiego Wu.

- Chcialem zobaczyc pana w tej sali, na tym krzesle, w jednym celu: aby poinformowac pana, nie, zagwarantowac panu, iz jesli oplaty nie zostana uregulowane dzisiaj, nie jutro, ale dzisiaj, blizniaki po poludniu odjada z panem do Lon...

Zadzwonil telefon. Ramsay zlapal sluchawke, szczeknal: - Slucham! - posluchal, zmarszczyl brwi, powiedzial: - Chwileczke - i podal sluchawke Wu.

Wu uslyszal glos Duranta:

- Trzymam w rekach potwierdzony czek wystawiony na Barclays Bank na dwadziescia piec tysiecy funtów od naszego nowego klienta, niejakiego Enno Glimma. Pieniadze zostana zdeponowane za jakies szesc minut i znowu bedziesz wyplacalny.

- A czego chce w zamian ten Glimm?

- Mamy znalezc pare hipnotyzerów, brata i siostre, którzy zagineli.

- Gdzie?

- A kogo to obchodzi?

- Wielce rozsadne nastawienie - powiedzial Wu. - Bede jutro rano.

- Mamy spotkanie z Glimmern o drugiej.

- Bede na czas. - Wu odwrócil sie i odlozyl sluchawke.

- Dobre wiesci? - zapytal Ramsay.

- Ho ho! - Wu wyjal z kieszeni marynarki ksiazeczke czekowa, rozlozyl ja na biurku, poklepal inne kieszenie, po czym usmiechnal sie promiennie do Perkina Ramsaya i spytal: - Czy ma pan pióro?

 

Synowie Artiego Wu, którzy siedzieli naprzeciwko ojca w barze „Carriages" hotelu „Caledonian" przy Princes Street w Edynburgu, obserwowali, jak Wu drugi raz tego samego dnia podpisuje czek. Arthur i Angus mieli przed soba kufle piwa. Przed ich ojcem stala duza i jeszcze nienaruszona whisky.

Wu wydarl czek i podal go Arthurowi, synowi starszemu o dziewiec minut. Ten spojrzal na liczbe, podniósl brwi i podal czek bratu.

Angus przez chwile ogladal go uwaznie, po czym powiedzial: - Czterysta funtów. - Pozwolil, by jego pelen zwatpienia ton dostatecznie jasno zobrazowal widmo niedostatecznych funduszy.

- To wszystko - rzekl stanowczo Wu. - I musi wystarczyc wam do konca nastepnego miesiaca, wtedy przysle wam wiecej. Jak na razie, wasze jedyne zadanie polega na ukonczeniu szkoly. Latem mozecie powlóczyc sie po kontynencie, a w sierpniu ruszacie do Princeton.

Angus oddal czek bratu i przez chwile bacznie przygladal sie ojcu.

- Czy naprawde zastanawiales sie, ile bedzie kosztowalo wyslanie nas na cztery lata do Princeton?

Wu napil sie whisky i przebiegl w myslach kilka liczb.

- Jakies sto szescdziesiat tysiaczków. Oczywiscie, cztery lata, bez zbytków. Jesli bedziecie chcieli poszalec, spróbujcie pokera.

- Jak ty i Durant? - zapytal Angus.

- My robilismy rózne rzeczy.

- Durant mówil, ze wyciagaliscie przecietnie szescset dolarów miesiecznie - powiedzial Arthur - i to w czasach, gdy dolar wart byl trzy czy cztery razy wiecej.

- Mielismy dosc jak na nasze potrzeby.

- Durant mówil tez, ze w Princeton krecilo sie wielu dzianych facetów, którzy az sie palili, zeby zasiasc wieczorem do kart z pretendentem do tronu Cesarstwa Chinskiego i jego milczacym, zawsze obecnych straznikiem.

Wu usmiechnal sie i pokiwal glowa, jak gdyby rozpamietywal przeszlosc. W rzeczywistosci przygladal sie swoim synom i z prawie krepujaca satysfakcja odkrywal raz jeszcze, ze sa równie podobni do niego, co do zony.

Mieli jego wzrost, ale budowe matki. Jego leniwy usmiech i jej zwinne ruchy. Jego czarne wlosy i jej szare oczy, które razem z mongolskimi faldami Wu nadaly blizniakom to, co oni nazywali rasowym ameroazjatyckim wygladem absolwenta ekskluzywnej szkoly.

- Podobalo ci sie w Princeton? - zapytal Arthur.

Wu popatrzyl podejrzliwie na Arthura, potem na Angusa.

- Za kazdym razem, gdy czegos chcecie, bierzecie mnie pod wlos i próbujecie nastroic na sentymentalna nute. Tak jak teraz. O co chodzi?

Blizniacy wymienili spojrzenia i Angus wygral rzut niewidzialna moneta.

- Wiemy, gdzie tego lata mozna zarobic kupe forsy.

Wu wlozyl do ust nowe cygaro i przed zapaleniem zapytal:

- Przy czym?

- To rodzaj miedzynarodowego programu letniego - odparl Arthur.

Wu zaciagnal sie i powiedzial:

- Tego typu rzeczy nigdy nie przynosza wielkiej forsy.

- Ta przyniesie - zapewnil Angus.

- Gdzie i co? Tylko konkretnie.

- W Kuwejcie - poinformowal Angus. - To znaczy w tydzien czy miesiac po zakonczeniu wojny. Cale tony forsy beda przelewaly sie w czasie odbudowy i ta firma konsultingowa, od której to wiemy, juz trzyma reke na pulsie. Ale firma potrzebuje pracowników, amerykanskich pracowników, i chetnie im zaplaci.

- Co to za firma?

- Stowarzyszenie Overby-Stallings.

Artie Wu zmruzyl oczy, a twarz mu znieruchomiala. Wygladala jak kamienna, nieruchoma maska. Po chwili usta poruszyly sie.

- Overby jak Maurice Overby? Arthur usmiechnal sie.

- Jak wujek Otherguy, tato.

 

Agnes Wu siedziala przed toaletka w pokoju hotelu „Caledonian". Szczotkowala wlosy i sluchala, jak jej maz slowo po slowie relacjonuje rozmowe telefoniczna z Quincym Durantem.

Wu w trakcie relacji pakowal sie. Robil to automatycznie; prawie nie myslac skladal to, co mialo byc zlozone i upychal byle jak to, co kwalifikowalo sie do prania. Pakowal rzeczy do znoszonego skórzanego sakwojaza z mosieznymi okuciami, który pani Wu nazywala walizka, a on torba.

Wlosy, które Agnes Wu pielegnowala tylko z niewielka ingerencja fryzjera, nadal posiadaly najbledsza barwe jasnego zlota. Teraz przeciagnela po nich ostatni raz szczotka - miala nadzieje, ze setny - odwrócila sie od lustra, zwrócila na meza wielkie szare oczy i powiedziala:

- Cholera, to sie nazywa zbieg okolicznosci. Quincy zadzwonil w najodpowiedniejszym momencie. Wu podniósl z popielniczki nie do konca wypalone cygaro.

- Zbiegi okolicznosci rzadko sa czyms wiecej niz splotem dobrych lub zlych pomniejszych wypadków. Telefon Quincy'ego nie byl niczym innym. Dostal czek od Glimma, wiedzial, ze idzie nam kiepsko, wiec zadzwonil.

Agnes Wu podniosla sie z wyscielanego taboretu przed toaletka. Podeszla do okna, popatrzyla w dól na Princes Street, po której snuli sie nieliczni i na wpól zamarznieci przechodnie, po czym zapytala:

- Czy naprawde mozemy pozwolic sobie na Princeton?

- To jest problem na sierpien-wrzesien. Na razie mamy luty. Ale nikogo nie stac na jednoczesne posylanie dwójki dzieciaków do Princeton, jesli nie znajduje sie w dwóch czy trzech procentach najlepiej zarabiajacych - a mam nadzieje, ze znów znajdziemy sie wsród nich we wrzesniu.

- W takim razie liczysz na Herr Glimma?

- Co nieco.

- Moze powinienes dowiedziec sie tego, co trzeba. Wu wydmuchnal grube kólko dymu.

- Ty mozesz zrobic to szybciej.

Agnes Wu odwrócila sie. Na jej twarzy, calkowicie ja zmieniajac, zagoscil szeroki usmiech. Chlodny, odlegly wyraz ustapil czemus beztroskiemu, wesolemu, a nawet nieco szelmowskiemu.

- Przez kuzyna Duncana?

- Pieniadze znaja pieniadze - rzekl Wu. - Jezeli Glimm je ma, Duncan bedzie o tym wiedzial.

- Prawde mówiac, skoro juz tu jestem, powinnam sie z nim zobaczyc. Moglabym pochwalic sie dzieciakami, sprzedac Duncanowi kilka londynskich plotek i dowiedziec sie, czy nadal gniewa sie na ciebie i Quincy'ego za to, ze nie pozwoliliscie mu zainwestowac w Wudu.

- Skoro powstrzymalismy go przed wpakowaniem forsy w cholernie bliski zbankrutowania interes, nie powinien miec powodów do zlosci.

Kuzynem, nie majacym o co sie gniewac, byl sir Duncan Goriach, szescdziesiecioletni tytularny szef klanu Goriachów, który zostal uszlachcony w 1984 za uslugi oddane Koronie - uslugi te w wiekszej czesci polegaly na robieniu wielkiej forsy w nielicznym gronie wybranców w czasie boomu naftowego na Morzu Pólnocnym.

- Duncanowi nie chodzilo o pieniadze - powiedziala Agnes Wu. - Pomyslal, ze ty i Quincy prowadzicie ekscytujace, burzliwe zycie i postanowil kupic sobie jakis zastepczy udzial. Ale wracajac do sprawy - zadzwonie do niego i wprosze sie do Aberdeen na dlugi weekend.

- Jest cos, o czym musimy najpierw porozmawiac.

Agnes odeszla od okna i przysiadla na skraju lózka obok skórzanej walizki. Zlozyla rece na kolanach i przybrala obojetny wyraz twarzy - jak zawsze wtedy, gdy spodziewala sie straszliwych nowin. W czasie swego malzenstwa robila taka mine czesciej, niz wedlug niej bylo to konieczne.

Wu milczal przez dluzsza chwile, wiec przynaglila go:

- Wiec?

Wu wydmuchnal kolejne kólko dymu, tym razem pod sufit.

- Chlopcom zaproponowano letnia prace.

- Gdzie?

- W Kuwejcie.

- Kto?

- Otherguy Overby.

Obojetny wyraz twarzy Agnes Wu zniknal. Chlodne dotychczas oczy ozywily sie. Glos opadl do nizszych rejestrów, co sprawilo, ze jej slowa zabrzmialy niczym nie cierpiace zwloki ostrzezenie.

- Nie mów im „nie". Jezeli to zrobisz, wyparuja.

- Pojada bez wzgledu na to, co powiem. Dla nich Otherguy jest koronowanym ksieciem zabawy.

Zapadla kolejna krótka chwila ciszy, gdy Agnes Wu zastanawiala sie nad tym, co trzeba zrobic. Podjela decyzje i wydala rozkaz - chociaz brzmialo to tak, jakby prosila meza o podanie solniczki. Ale Wu wiedzial, jak sie sprawy maja i jej slowa przyprawily go o lekkie erotyczne drzenie, gdy powiedziala:

- Powstrzymaj go, Artie.

Artie Wu wydmuchnal pod sufit ostatnie kólko i usmiechnal sie do niej.

- Nie mam zamiaru powstrzymywac Otherguya - odparl. - Zamierzam go wynajac.

 

5

 

W barze hotelu „Inter-Continental" w Ammanie jedynie dwaj mezczyzni mieli na sobie garnitury i krawaty. Pozostali, w wiekszosci europejscy i amerykanscy korespondenci, skupiajacy sie przy koncu dlugiego baru lub siedzacy po dwóch czy trzech przy stolikach, przewaznie mieli na sobie pseudomilitarne stroje pustynne, najprawdopodobniej przyslane z sieci „Banana Republic". Najbardziej faworyzowane byly kurtki safari, badz tez ich bliscy kuzyni.

Starszy z dwóch ubranych w garnitury mezczyzn mial gesta, krótko przycieta i szara jak cyna czupryne oraz porzadnie pobruzdzona twarz, która z latwoscia mogla przynalezec do prezesa zarzadu malej drapieznej miedzynarodowej firmy oferujacej ezoteryczne, a nawet podejrzane uslugi. Mlodszy mial ciemnobrazowe wlosy poprzetykane siwizna, ponure oczy i obojetny wyraz twarzy - doskonale pasowal do czlowieka do zadan specjalnych, który wynajmowal, strzelal i rozdawal lapówki w imieniu starszego.

Obaj pili szkocka z woda. Starszy dopil drinka, zagrzechotal kostkami lodu, popatrzyl na mlodszego i powiedzial:

- Opowiedz mi jeszcze raz o królikach.

Mezczyzna, który chcial jeszcze raz uslyszec o królikach, byl Booth Stallings - ekspert od terroryzmu, doktor filozofii, autor "Anatomii terroryzmu", byly konsultant Bialego Domu i specjalista od uzyskiwania subwencji - który piec lat wczesniej, w wieku szescdziesieciu lat, rzucil to wszystko i wybral przygode.

- O jakich królikach? - zapytal Maurice Overby, znany licznym agencjom, zajmujacym sie egzekwowaniem prawa, jako Otherguy Overby. Przez cale lata Overby protestowal - z duzym powodzeniem - ze to nie on, ale jakis inny facet zrobil to, w zwiazku z czym gliny chcialy go przesluchac. Overby, zazwyczaj wplatany w róznego rodzaju przedsiewziecia - niektóre nawet zgodne z prawem - byl tego typu czlowiekiem, który najpierw zdobywa zaufanie bliskich, a potem bezecnie je wykorzystuje, a robil to tak dobrze, ze zyskal podziw sobie podobnych.

Po tym, jak Overby wyparl sie wszelkiej wiedzy na temat królików, Stallings ze smutkiem pokiwal glowa i rzekl:

- Jezeli nic nie wiesz na temat królików Steinbecka, zatem opowiedz mi raz jeszcze o tej cudownej ofercie pracy od Artie'ego Wu, która moze zmaterializowac sie w kazdej sekundzie.

- Dlaczego chcesz uslyszec o tym po raz drugi?

- By rozproszyc watpliwosci.

Overby zadbal, by w jego glosie dalo sie wyczuc zmeczenie.

- Okay. Pamietasz, jak w zeszlym tygodniu wpadlismy w barze na hrabiego von Lahusena?

- Wieczory z grafem von Lahusenem naleza do niezapomnianych.

- Co zrobilbys, gdybys spedzil dwa miesiace w NRD, czy tez w tym, co pozostalo po NRD, próbujac odzyskac swe rodowe dobra, i uslyszalbys: „Spierdalaj, hrabio"?

- Przy trzecim opowiadaniu tej smutnej historii poszedlem do lózka.

- I opusciles najlepsza czesc - powiedzial Overby. - Sluchaj. Ja, hrabia, Artie i Durant znamy sie od kilku lat i nawet raz czy dwa robilismy wspólnie interesy, wiesz o co mi chodzi?

- Gdzie?

Overby skinal generalnie w kierunku Morza Poludniowo-chinskiego.

- Glównie tam. Na skraju. Gdziezby indziej? W kazdym razie, hrabia powiedzial, ze byl w Berlinie jakis tydzien czy dziesiec dni temu i zatrzymal sie w „Am Zoo", gdzie otrzymal telefon od faceta nazwiskiem Enno Glimm.

- To Niemiec?

- A kim innym móglby byc z takim nazwiskiem?

- Austriakiem. Moze Szwajcarem? Overby zignorowal sugestie.

- Glimm chcial od hrabiego szczególowego raportu na temat Voodoo Ltd. Na poczatku hrabia byl przekonany, ze gówno wie o Voodoo Ltd., dopóki nie wpadlo mu do glowy, ze Glimmowi na pewno chodzi o Wudu Ltd., firme Artie'ego i Duranta zalozona w Londynie tuz przed wielkim krachem na rynku w osiemdziesiatym siódmym.

- Powinni ostrozniej inwestowac swoje pieniadze - jak ty i ja.

- Nie zaczynaj - powiedzial Overby. - Zarobienie miliona, z którym przyleciales z Hongkongu, zajelo ci mniej niz dwadziescia dni, a stracenie go okolo osiemnastu miesiecy. Przynajmniej wiekszej czesci sumy. A przez chwile na papierze byles wart dwa, prawie trzy miliony.

- Slaba pociecha, Otherguy. Bardzo slaba. Ile stracili Wu i Durant?

- Slyszalem o pól milionie na osobe.

- Czuje sie lepiej. Teraz mozesz dokonczyc, co hrabia powiedzial Herr Glimmowi.

- No cóz, von Lahusen nie powiedzial nic zlego o Artiem czy tym pieprzonym Durancie, co samo w sobie bylo wspaniala reklama. Jednak Glimmowi to nie wystarczylo i chcial wiedziec, u kogo jeszcze móglby ich sprawdzic. Hrabia powiedzial, zeby zadzwonil do mnie do hotelu i on to zrobil.

- Co potem?

- Glimm zapytal mnie o Artiego i Duranta, a ja zapytalem, dlaczego o nich wspomina. Oczywiscie, nic mi nie odpowiedzial, ale moge przypuszczac, ze chodzi o jakis tlusty kasek Tak wiec powiedzialem mu, ze Artie i Durant sa najlepsi w branzy - chociaz Durant potrafi byc wszawym sukinsynem. Glimm stwierdzil, ze wlasnie tego potrzebuje, podziekowal mi i rozlaczyl sie. Zastanawialem sie przez pare minut, potem zadzwonilem do blizniaków Artie'ego, Arthura i Angusa, do ich szkoly pod Edynburgiem. W Szkocji.

- Ta ostatnia informacja byla mi bardzo potrzebna - powiedzial Stallings. - A teraz zamierzasz powiedziec, dlaczego do nich zadzwoniles, prawda?

- Zaproponowalem im letnia prace w Kuwejcie po wojnie -prace, za która zaplace im trzy tysiace dolarów za kazdy miesiac.

- Slodki Jezu - wyszeptal Stallings.

Usmiech, którym Overby mial obdarzyc Stallingsa, powinien byc, wedle wszelkich regul, twardy, wyrachowany, a nawet okrutny. Zamiast tego byl lagodny, nieledwie delikatny i co dziwne - pelen zadowolenia. Stallings widywal go wczesniej i zawsze myslal, ze jest to Usmiech Chrzescijanina Rzucanego na Pozarcie Lwom.

Overby, nadal z usmiechem na twarzy, powiedzial:

- Zaproponowalem im prace pod warunkiem, ze uzgodnia to ze swoimi rodzicami, szczególnie z matka i to dlatego Artie w kazdej chwili moze zadzwonic z oferta pracy.

Stallings powoli pokrecil glowa.

- Teraz, Otherguy, przestalem nadazac.

- To proste. Blizniaki maja siedemnascie czy osiemnascie lat. Powiedza swoim rodzicom o Kuwejcie, a wtedy Agnes wpadnie w szal i powie Artiemu, bardzo spokojnie, jak to ona, ze jej synowie nie spedza letnich wakacji w szponach Otherguya Overby'ego. - Przerwal, jak gdyby sprawdzajac, czy mówi logicznie, skinal uspokajajaco i kontynuowal; - Oczywiscie nic by z tego nie wyszlo, gdybym nie wiedzial, w jaki sposób mysli Artie.

- To znaczy? - zapytal Stallings, z rezygnacja godzac sie na role zadajacego pytania.

- Artie nigdy nie zabroni swoim synom robic tego, co sam robil w ich wieku. Ale równiez musi sie liczyc ze zdaniem Agnes. Wiec teraz bedzie przekladal elementy ukladanki, dopóki nie utworza mu nowego wzoru.

- A ty jestes jednym z elementów? Overby skinal glowa.

- I ty równiez. Artie zdecyduje sie wynajac mnie, a wtedy powiem mu, ze jestes czescia interesu. On zgodzi sie, a ja za-

dzwonie do blizniaków i powiem im, ze robota w Kuwejcie nie wypalila, ale moze spróbujemy w przyszlym roku. W ten sposób dzieciaki nie poczuja sie zranione, Agnes bedzie szczesliwa, a Artie zyska dwóch facetów, na których bedzie mógl polegac w sprawie Glimma, jakakolwiek by ona byla.

Booth Stallings wstal powoli i ze strachem popatrzyl na Overby'ego.

- Czy naprawde istnieja umysly takie jak twój? Po krótkim namysle Overby odparl:

- Tak, przypuszczam, ze jest jeszcze kilka.

 

O 1.08 nazajutrz w nocy Bootha Stallingsa przebudzilo pukanie do drzwi hotelowego pokoju. Otworzyl je, a wtedy do pokoju wkroczyl Overby. Emanowal nawet wieksza niz zazwyczaj pewnoscia siebie.

- Wlasnie rozmawialem z Artie'em. - Overby podszedl do biurka i nalal sobie miarke whisky Stallingsa.

- I?

- I pojutrze jade do Londynu, a ty, no cóz, musisz zdazyc na nastepny lot do Manili.

Stallings mial wrazenie, ze cos eksplodowalo mu w piersiach. Wiedzial, ze to nie atak serca, poniewaz nie czul bólu. Wiedzial tez, ze nie jest to strach czy tez jego gorszy blizniak, przerazenie, poniewaz znal dobrze jedno i drugie. To nienazwane odczucie, czymkolwiek bylo, spowodowalo, ze tetno skoczylo mu do 130 uderzen na minute, i wywolalo posmak miedzi w ustach, który nie byl nieprzyjemny, ale nie mozna bylo sie go pozbyc. Wtedy nagle odkryl, co to jest, i nadal wrazeniu jedyna wlasciwa nazwe - dzikie oczekiwanie.

Gdy zorientowal sie, ze Overby patrzy na niego z zaciekawieniem, odetchnal gleboko przez nos i kaszlnal, by upewnic sie, ze glos go nie zawiedzie.

- Co jest w Manili? - zapytal.

- Przyjecie powitalne.

- Czyje?

Overby znowu blysnal usmiechem lagodnego wyrachowania.

- Georgii Blue. Udalo jej sie wyjsc, a Artie mówi, ze on i Durant chetnie skorzystaja z uslug twoich, moich i jej.

- W porzadku - powiedzial Stallings. Nie ufajac wlasnemu glosowi, wolal niczego wiecej nie dodawac.

- Artie zastanawial sie, czy nadal jestes w niej zakochany. Nie, zeby to stanowilo jakas róznice - byl tylko ciekaw. Powiedzialem mu, ze zapytam.

Overby czekal. Kiedy Stallings nie odezwal sie, rzekl:

- No to co mam mu powiedziec?

- Ze to nie jego pieprzony interes - odparl Booth Stallings.

6

 

Podróz brytyjskimi kolejami z Edynburga trwala zamiast zapowiadanych pieciu - siedem godzin. Artie Wu ze skórzana torba w reku wysiadl na dworcu Victoria o 7.04 rano. Jednak zamiast udac sie do domu, który wynajmowal w St. John's Wood czy tez do biura Wudu Ltd. w Mayfair, pojechal taksówka do malego mieszkania Duranta w Maida Vale.

W polowie lat siedemdziesiatych ostrozny spekulant kupil i wypatroszyl wielki, dosc wiekowy pietrowy dom przy Ashworth Road, dzielac go na to, co nazwal czterema luksusowymi mieszkaniami - dwoma na pietrze i dwoma na parterze. Mieszkania na pietrze posiadaly wspólna klatke schodowa, ale te na dole mialy osobne wejscia. Durant zajmowal lokal po lewej.

Mieszkal tutaj prawie trzy lata, ale o swoich sasiadach wiedzial niewiele i do mieszkajacego równiez na parterze czterdziestodwuletniego kawalera, weterynarza zajmujacego sie jedynie pieskami i kotami, mówil niewiele wiecej niz: „Milego dnia" czy „Dzien dobry". Piecdziesiecioletnia para, która mieszkala nad nim, byla tak anonimowa, ze poznawal ja na ulicy tylko dzieki temu, iz zona byla o pietnascie centymetrów wyzsza od malenkiego meza. O slicznej blondynce, która mieszkala samotnie - przez wiekszosc czasu - nad weterynarzem, wiedzial tylko to, ze w powszedni dzien wychodzi rano punktualnie o 8.25, szybko pedzi ulica do rogu, a tam skreca w kierunku stacji metra przy Elgin Avenue.

Artie Wu, z torba w dloni, zaplacil taksówkarzowi, minal mala dekoracyjna zelazna furtke i krótkim chodnikiem podszedl do drzwi Duranta. Zadzwonil dwa razy i zdazyl doliczyc do czterdziestu jeden, nim drzwi otworzyla kobieta po trzydziestce, ubrana w jedna z blekitnych oksfordzkich koszul Duranta i praktycznie nic poza tym. Obrzucila Wu dlugim zimnym spojrzeniem i powiedziala:

- Jest pan troche za wielki, by wychodzic tak wczesnie.

- Przyszedlem odebrac dlug, panienko - warknal Wu z najlepszym akcentem z East Endu.

- Przypuszczam, ze jest pan Wu z Wudu. Wiec niech pan wejdzie, zanim oboje zamarzniemy.

- Kto to? - zawolal Durant stlumionym przez sciany i odleglosc glosem.

- Chinski dzentelmen! - odkrzyknela kobieta, prowadzac Wu do salonu. - Chce strzelic ci w kolano za nieplacenie dlugów.

- Daj mu filizanke herbaty - zawolal Durant z sypialni.

Kobieta rozstawila nogi, oparla zacisniete w piesci dlonie na biodrach, prowokujac Wu swoim zimnym spojrzeniem. Teraz zauwazyl, ze miala na sobie nie tylko koszule Duranta, ale równiez jego grube biale sportowe skarpetki.

- Jestem Jenny Arliss, nocna zmiana. Herbaty?

- Artie Wu. Poprosze z mlekiem, bez cukru.

- Rzuc gdzies swój bagaz i plaszcz - powiedziala, znikajac za wahadlowymi drzwiami kuchni.

Poniewaz Durant przez wiekszosc zycia mieszkal w hotelach, Wu zawsze uwazal, ze mieszkanie na Ashworth Road powinno przypominac wygodnie umeblowany maly apartament na ósmym pietrze jakiegos starszego hotelu. Zamiast tego wnetrze tworzylo prawie doskonala wspólczesna wystawe muzealna pod tytulem: Jak mieszkalismy w latach trzydziestych i czterdziestych".

Dziewiecdziesiat procent wyposazenia salonu powstalo przed przyjsciem Duranta na swiat. Sto procent z tego zostalo wybrane przez wlasciciela, ostroznego spekulanta, który przysiegal, ze wartosc rzeczy podwaja sie co trzy lub cztery lata, a nawet

twierdzil, ze zna „pewnych facetów", którzy „gotowi byliby zabic za kawalek tego slicznego linoleum z czterdziestego czwartego".

Kominek w salonie wypelniony byl plastikowymi imitacjami bryl wegla, które po wcisnieciu przelacznika jarzyly sie czerwonym blaskiem. W poblizu staly dwa dopasowane fotele w ksztalcie skrzynek obitych skóra zebry - a przynajmniej czyms, co ja przypominalo. Obok nich znajdowal sie lsniacy barek z chromu, szkla i hebanu, który po otwarciu odgrywal kilka pierwszych taktów „I can't Get Started With You" Gershwina.

Na scianach wisialy czarno-biale artystyczne fotografie wielkosci plakatów, przedstawiajace Paryz, Nowy Jork, Londyn i Rzym z lat dwudziestych i trzydziestych. Tapeta byla w pionowe szare pasy o róznej szerokosci i w róznych odcieniach. W poblizu bardzo dlugiej rózowej kanapy stalo radio z 1938 roku, przy którym w czasie wojny byc moze gromadzila sie cala rodzina, by sluchac, jak przebiega kampania przeciw Rommlowi w Afryce.

Wedlug Wu salon wywieral wrazenie lekko przygnebiajacego, niczym odgrzany dowcip. Durant utrzymywal, ze juz od dawna tego nie zauwaza.

 

Mezczyzni siedzieli w fotelach naprzeciwko siebie i czekali, az Jenny Arliss wyjdzie frontowymi drzwiami. Drzwi lekko trzasnely, a wtedy Artie Wu zapytal:

- Gdzie ja znalazles?

Durant popatrzyl na jarzace sie sztuczne wegle tak, jak gdyby byly na nich wypisane data i miejsce spotkania.

- Dwie niedziele temu w Tate Gallery przed obrazem Tur-nera - odpowiedzial, teraz patrzac na Wu. - Chociaz nie jestem pewien, którym.

Wu dokonczyl herbate, odstawil filizanke, klepnal sie po brzuchu i usmiechnal, co spowodowalo, ze wygladal jeszcze bardziej dobrotliwie niz zwykle. Niczym Budda w pogodny dzien, pomyslal Durant.

- Dwie niedziele temu bylo paskudnie - powiedzial Wu. - O ile dobrze pamietam, padal deszcz ze sniegiem.

- Chodze do galerii w takie paskudne dni, poniewaz wtedy nie ma w nich tloku. A kobiety w takie dni sa bardziej przystepne.

- Masz na mysli samotne.

- Ja?

- Co robi Jenny Arliss?

- Mówi, ze jest analityczka w BBC - powiedzial Durant. - Ale w BBC nigdy o niej nie slyszeli. Po tuzinie dalszych telefonów odkrylem, ze pracuje w Help! H-E-L-P z wykrzyknikiem na koncu. Specjalnoscia tej firmy jest natychmiastowe dostarczanie wysoko kwalifikowanych ekspertów do wykonania specjalistycznej, ale tymczasowej pracy na calym swiecie. Doskonale platnej i ciezkiej pracy przez miesiac czy dwa - czesto krócej. Dzwonisz do Help!, jesli potrzebujesz mikrobiologa na Madagaskarze, artysty na Antarktyce czy innych aliteralnych przykladów.

- Urologa w Urugwaju - podsunal Wu.

- Wlasnie. To wcale niemala firma. Jest Help! w Anglii, Hilfe! w Niemczech, Au Secours! we Francji i Socorro! w Hiszpanii - tylko ze w przypadku Hiszpanii sa dwa wykrzykniki, pierwszy do góry nogami.

- Domyslam sie, ze taka agencja jest równiez w Stanach. Durant skinal glowa.



dalej


strona główna
(23kB)