(23kB)
strona główna


 

 

WALDEMAR ŁYSIAK

 

 

 

DOBRY

 

 

 

 

Nota wydawnicza

 

 

 

 

Powieść ta została napisana w latach 1984-86, początkowo z przeznaczeniem do publikacji w rodzimym „drugim obiegu". Pełnomocnikiem autora w tej sprawie był młody poeta Jacek Kozik (laureat Nagrody Literackiej im. St. Piętaka w roku 1986 za tomik „Tego nie kupisz"). Jednakże dwaj przyjaciele autora (dr Andrzej Koryń z Polskiej Akademii Nauk i dr Władysław Gajowniczek z Kliniki Chirurgii Onkologicznej Szpitala Grochowskiego) po przeczytaniu maszynopisu zwrócili Łysiakowi uwagę, że ze względu na możliwą infiltrację wydawnictw drugoobiegowych przez S B lepiej byłoby najpierw wydać „ Dobrego " na Zachodzie. W efekcie Łysiak zdecydował się na wydawnictwo kanadyjskie. Gdy z Kanady przyjechał po „Dobrego"przedstawiciel wydawnictwa, Litwin Ramunas Wierzbicki, i gdy Łysiak otworzył komodę, w której kilka miesięcy wcześniej zamknął „Dobrego"- okazało się, że po „Dobrym "nie ma śladu: zniknął rękopis, maszynopis, obie kopie i nawet teczka z notatkami. Fakt, że bezpośrednim sprawcą „dematerializacji" książki był członek najbliższej rodziny Łysiaka, sprawił autorowi większy ból niż utrata plonu jego kilkuletniej pracy. W roku 1989 ktoś trzeci („nieznajomy dobroczyńca") zaproponował Łysiakowi sekretne kupno „Dobrego" i autor za dużą sumę kupił jedną kopię maszynopisu swojej własnej powieści (tak więc wobec „Dobrego" tytuł tomiku Jacka Kozika „ Tego nie kupisz" okazał się jedyną nieprawdą w tym, znakomitym skądinąd, zbiorku poetyckim). Dzięki temu „Dobry" mógł się teraz ukazać drukiem. To, że mógł się ukazać drukiem w Polsce, jest już następstwem efektów zupełnie innej gry.

 

I

 

Takich ludzi jak „Książę" pokazują w kinach. Potem opuszczasz salę, marząc, iż jesteś „Księciem", aż do przystanku, na którym pragniesz tylko, by nadjechał tramwaj. W życiu nie ma podobnych ludzi, tak jak nie ma spełnionych marzeń. Wszystko jest kłamstwem, wspomnieniem lub snem.

Długi czas byłem przy nim i muszę to opowiedzieć. Może opowiem źle, ale opowiem, co widziałem, a nikt nie widział więcej, niż ja. Tylko jednego nie mogłem zobaczyć. Zawsze chciałem ujrzeć, co ma w środku, lecz jak można to zrobić?

To był facet o pionowym starcie; gdy karuzela dała w cug, inni oglądali mu podeszwy, zostając coraz niżej, prócz kilku uczepionych jego nogawek. Ciągnął ich do góry jak samolot, który holuje szybowce. Załapałem się w ten rejs, ale inną modą - trzymał mnie na ręku, niby własnego dzieciaka. Mówił, że moja obecność przynosi mu fart. Robiłem za maskotkę.

Był tak charakterny, że bardziej nie można. Twardy i spokojny, nie narywał się o byle co i na byle co, nie znalazłbyś w nim śladu pozerstwa, frajerskiego pieprzenia, wydziwiania i strojenia min. Kiedy ktoś go wkurzył, w oczach zapalała mu się cicha śmierć, bez żadnego grymasu, i to było tak straszne, że bali się nawet ci, którzy byli niewinni.

Pewnego razu, gdy już każdy kozak w Warszawie mówił o nim z szacunkiem, chciałem się przypochlebić i powiedziałem mu, że jest sławny. Odpowiedział, nie patrząc na mnie, szeptem, który nie był podobny do żadnego innego szeptu:

- Lepiej być szczęśliwym, niż sławnym, „Fokstrot".

Bo moje pseudo jest „Fokstrot", od tego, że klawo tańczę. Zrozumiałem, co miał na myśli, chociaż nie zawsze mi się udawało, a innym jeszcze rzadziej (tylko „Petro" rozumiał każdy tekst „Księcia", bo sam miał identyczny styl). Zapytałem:

- Jak to zrobić?

- To bardzo trudne - mruknął po chwili. - Trzeba albo znaleźć kogoś... albo myśleć każdego dnia kategoriami wieczności, zamiast tylko o tym, co masz jeszcze dzisiaj do zrobienia i co zrobili tobie inni.

Tego nie skapowałem od razu, chociaż było proste. Ale czym miałem chwytać w lot od razu wszystko ja, który słowo kategorie znałem tylko do wagi w ringu? „Książę" nadawał tyle frajerskich wyrazów, że z początku niektóre jego teksty były dla nas równie zrozumiałe jak nasza kmina dla frajerów ze śródmieścia. Uczyłem się przy nim i życia i tych wyrazów, a jak. czegoś nie kojarzyłem, to szukałem w takim słowniku, gdzie napakowano same słowa z uniwersyteckiej kminy. Wtedy u każdego innego, ktoby mi zapodawa profesorskim bełgotem, wnerwiałoby mnie, lecz nie u niego. Jemu było z tym do twarzy. Jemu było do twarzy ze wszystkim, co robi i mówił.

Kminę i grypserę znał nie gorzej od przeciętnego chłopaka z „Dołu", Pragi, Targówka i Grochowa, ale nigdy się nie posługiwał. To są gadki różne jak kurwa, co regularnie chodzi w miasto i cicho-dajka, taka jest odległość kminy od grypsery; pierwszą nadają urkowie spod cel, żeby psy i klawisze nie mogły trafić, co jest grane; grypsera to potoczny język tak zwanego marginesu, daleki od szyfru kminy, zrozumiały nawet dla drewniaków. Kminę sprzedano milicji w sześćdziesiątym trzecim czy czwartym (kapusiom, którzy to zrobili, utopiono łby w kiblach), ale gdybym ja chciał pisać kminą, nie zrozumielibyście niczego. Grypsera też - tylko z początku byłoby to klawe, potem byście się zmęczyli. Czasami wrzucam jakiś fant, żeby frajer (przecież dla nich piszę) miał ubaw, ale to kiwka - wieszam co kilka zdań gównianą bombkę na choince. Jakbym wśród chłopaków powiedział, że „Fokstrot" to mój pseudonim, poszedłbym pod fleki, bo pseuda to mieli towarzysze z lasu za Szwaba, a my mamy ksywy.

Tylko „Książę" nie było ksywką - wymawialiśmy to jak dewoci imię Pana i zawsze między sobą lub o nim, bo do niego zwracaliśmy się po prostu: szefie.

Kiedy powiedział mi o szczęściu, zabrzmiało jak gdyby nie miał szczęścia, a przecież je miał. Może nie takie z „kategoriami", lecz to zwykłe, od dnia, kiedy pojawił się na bazarze. Miał cholerny fart.

Mojej matce fart kojarzył się zawsze z Opatrznością Boską, ale „Książę" myślał inaczej. Duchownych i świętych olewał, tak się przynajmniej zdawało, bo jak mówił o nich, to używał słowa „klecha", a kiedyś, gdy jechaliśmy na ulicę Świętego Stanisława i Żbik" zaczął się kłócić z Pólkiem od którego Stanisława wzięła się ta nazwa, od tego, co go zwali Kostka, czy od tego, co go stuknął król, i spytali „Księcia", który ważniejszy, „Książę" wzruszył ramionami i burknął:

- Nie wiem. Wielu świętych kanonizowano tylko za to, że byli dobrymi żebrakami.

Polek i Żbik" zbaranieii i przestali się kłócić.

Ze mną wyciął lepszy numer. Od dzieciaka nie lubiłem księży, najbardziej od Wielkiej Nocy, kiedy z całą rodziną i z koszykiem poszliśmy do kościoła święcić jajo. Miałem sześć albo siedem lat i jak proboszcz machnął w naszą stronę kropidłem, to się wnerwiłem i wrzasnąłem:

- Czego chlapiesz, gnoju!

Ojciec tak mi zerżnął tyłek, że przestałem chodzić na mszę i w każdą niedzielę, odstawiony jak do komunii, maszerowałem nad Wisłę przyglądać się wędkarzom. Po godzinie wracałem do domu z miną świętego, wstawiałem farmazon o tym, co mówił ksiądz na kazaniu i wszystko było cacy. To samo robiłem później, jak dorosłem, tylko już nie urywałem się nad Wisłę. Aż którejś niedzieli matka zobaczyła, że idę ulicą z „Księciem", wtedy, kiedy miałem być na mszy. Podbiegła:

- Co ty tu robisz?! Miałeś być w kościele!

Sczerwieniałem jak dziabnięty frajer i zacząłem farmazonić:

- Mamuśka, ja... ja pójdę na pierwszą, bo właśnie mam ważną sprawę... ja... to jest właśnie mój szef, pan Stefan.

„Książę" ukłonił się mamie z fasonem, ucałował ją w dłoń i powiedział:

- Bardzo panią przepraszam, to moja wina. Józek o pierwszej będzie na mszy, dopilnuję tego.

Mamie zrobiło się jakoś głupio, coś wymamrotała i odeszła, a „Książę" spojrzał na sikor (nosił zawsze staromodną „Doxę", czniał te szpanerskie z cyferkami, za którymi wszyscy wariowali) i powiedział krótko:

- Zdążysz. Gdzie chodzisz, na Skaryszewską czy do Świętego Floriana?

- Do żadnego - odpowiedziałem.

- Długo tak okłamujesz matkę?

- Długo, szefie. Już nawet nie pamiętam od kiedy. Muszę to robić, bo zapłakałaby się na śmierć...

Przerwał mi:

- Od dzisiaj będziesz pamiętał, że w każdą niedzielę jesteś na mszy i to na tej samej, co twoja matka. Zrobisz jej tym przyjemność.

- Kurczę blade, szefie, ona chodzi na sumę, to trwa tyle czasu, że można wykorkować!

- Zrobisz, co kazałem!

- Szefie, ja w to wszystko nie wierzę, mam się zgrywać przed ołtarzem?! Lepiej, żebym dalej udawał, iż chodzę rano!

Pofilował na mnie tak, że mi ciary zjechały po krzyżu i wycedził (przedtem wyjął z ust zapałkę - nie palił, tylko wiecznie gryzł zapałki):

- Masz udawać tak, żeby sam Pan Bóg w to uwierzył! Zrozumiałeś, „Fokstrot"?

Zrozumiałem, ale znów nie wszystko. U niego nic nie było jasne na blachę; myślałeś, że jest tak, a po jakimś czasie wychodziło, żeś się kropnął, bo jest nie tak, tylko prawie tak, albo zupełnie inaczej. Niby nie wierzył w Boga, a to „Pan Bóg" powiedział takim tonem, jakby mówił o kimś, z kim robi się interesy. Można nie wierzyć facetowi, z którym się je robi, lecz trudno nie wierzyć, że on istnieje. Tylko, jaki to interes, kiedy nie chodzi się do domu tego faceta i nie zaprasza go do siebie, bo w ogóle nie chce się z nim rozmawiać?

Dopiero po śmierci „Księcia" zrozumiałem wiele rzeczy, których nie pojmowałem, kiedy żył. Zrozumiałem, że Bóg był w nim, tak jak w drzewach, gwiazdach, kamieniach, w bydlętach i w wodzie ze źródła, więc nie musiał szukać Boga i klepać o nim, jak inni, ci, co uczenie przekręcają Pismo Święte, i ci tak głupi, jak wiejskie baby, które pieją w procesji, powtarzając bezmyślnie ze śpiewnika: „O Maryjoooo i te deee!".

Podobnie było z księżmi - ten obciach zaliczyli wszyscy, którzy (jak ja na początku) złapali „Księcia" za słowo i z tego słowa wygłówkowali prawdę, co wcale nie była prawdą, lecz zmyłką próbujących myśleć baranów.

Kiedy Lucek „Półton" dostał z czyjejś ręki trzy sztuki kosą przy gazowni na Powiślu i zesztywniał, księża zażądali od jego matki forsy na pogrzeb. Ale ona była pusta, ze zbierania flakonów po gołdzie ledwo jej na michę starczało. W zakrystii bez szmalu nie chcieli gadać. „Książę", jak o tym usłyszał, powiedział spokojnie:

- To ich zawód, szewc bierze za buty, dlaczego oni mają się modlić za darmo?

I pojechaliśmy w dwa wozy do kościoła,- nim nastał dzień. Dwóch chłopaków obudziło kościelnego, trzech wskoczyło do mieszkania proboszcza, wyjęło go z betów i tak jak stał, w gaciach i na bosaka, przyprowadziło do przedsionka, gdzie obok miski z wodą święconą czekał „Książę". Proboszcz po drodze wyrywał się i groził, ale jak dostał kopa, to przestał szczekać i tylko się trząsł. „Książę" wyjął z portfela dziesięć, czerwonych papierów i wrzucił je do święconej wody.

- To za pogrzeb Lucjana Kusia, bierz! - rozkazał.

Proboszcz się nie ruszył, ale szturchnięty w bok, wyciągnął grabę.

- Zębami, klecho! - dodał „Książę".

„Dżek" i ja przygięliśmy gawronowi łeb; wyciągnął próchnem tych kilka stów, parskając jak pławiony kundel. Nie opił się za dużo, bo pływały po wierzchu.

- Staraj się przy tym pogrzebie, jeśli nie chcesz, żebym wrzucił tu trzy razy więcej i kazał ci połknąć razem z tą wodą, równie świętą, jak wy wszyscy! - rzucił „Książę" na odchodnym.

Myśleliśmy odtąd, że dla niego ksiądz to trefniak i szlus! A on znowu rozbełtał nam pod czaszką, innym pogrzebem!

Przed szkołą na Zwycięzców codziennie łaził emerytowany ksiądz i czekał, aż dzieciarnia wybiegnie z budy. Gadano, że ma zajoba, bo kiedy jeszcze spowiadał w kościele, za pokutę kazał sadzić drzewka. Potem widziało się go tylko na placyku przed Siódemką. Karmił gołębie i czekał na dzieci, które pokazywały mu dzienniczki i zeszyty, a on za piątkę dawał pięć złotych, za czwórkę cztery, za trójkę trzy, a za dwójkę cukierka (Żeby ci nie było przykro. Postaraj się jutro, to dostaniesz i ty pięć złotych"). Bachory szły do kiosku z lodami i wyśmiewały przygłupa. Zeszłej zimy staruszek odwalił kitę i ktoś doniósł „Księciu", że żadnego z tych szczeniaków oraz ich wapna nie ma na mszy żałobnej, za trumną pójdą tylko ksiądz i dwie zakonnice. Ponad stu ludzi z ferajny dostało rakietowy cynk: dwadzieścia minut na ogolenie się i przebranie! W trzy kwadranse potem, gdy karawan zajechał na Bródno, u wrót cmentarza czekał odstawiony tłum, z wieńcami, których nie powstydziłby się na swej trumnie pierwszy sekretarz partii. Dzwony biły, ptaki fruwały, frajerzy wytrzeszczali patrzałki, a myśmy deptali błoto za trumną do wtóru Chopina rżniętego przez orkiestrę, którą przysłał „Książę". Dla jednego kopniętego klechy!

„Księciu" zawdzięczam wszystko: i to, że mam ułożone pod czapką, i to, że nie kibluję w recydywie, i odwyk, i zawód. Posłał mnie na termin do introligatora Biruka, kory miał warsztat przy Radzymińskiej, a przed wojną był uczniem samego Radziszewskiego. Biruk nie ćpał grzbietów kolorowymi skórkami w kwiatki jak Radziszewski, bo na to dzisiaj nikogo nie stać i nie wyrobiłby na kieliszek chleba, pieprząc się z jedną knigą przez dwa tygodnie, „nie te czasy - mówił - kiedy pan mistrz (to o Radziszewskim) walnął w skórę ze złotymi orłami trzy tomy «Polska, jej dzieje i kultura», a one kosztowały tyle, że za cztery komplety można było kupić sanacyjnego fiata i na światowej wystawie w Paryżu żabojady dali nam za to medaj dor, skubani!". Dla dobrych klientów Biruk robił solidnie, w półskórki z bindami na grzbietach i z git kaszerowaniem; ciapciakom, zamawiającym najtańsze płótno, kleił picerkę stylową jak katana szyta u tandeciarza. A ja mu pomagałem i to mnie rajcowało, bo knigi zawsze mi podchodziły i belfer nie musiał mnie gonić do Trylogii, czy „Pana Tadeusza". Jak skończyłem termin, „Książę" zaczął mi dawać swoje knigi do oprawy i za tę fuchę płacił mi osobno (stałą pensję brałem za szoferowanie).

Kurde mol, ależ on miał knigi! Szyłem je i czytałem naraz. Kojarzę, iż po to właśnie kazał mi je lepić, a nie tylko na to, żebym zafarcił więcej grosza. Niektóre były filozoficzne, albo w obcym, to nie dla mnie. Inne, kornik je trącał! - stare rzęchy, pisane za króla Ćwieka, polskim, ale tak, że nic nie mogłem wyrozumieć. Zdarzały się draczne, albo o dracznych tytułach, jak ta Lombroso i Ferrero: „Kobieta jako zbrodniarka i prostytutka - studia antropologiczne poprzedzone biologią i psychologią kobiety normalnej" (nie zasuwam z pamięci, jego biblioteka została u mnie). „Książę", kiedy oddawałem tę knigę, śmiejąc się z jej tytułu, powiedział, że owszem, dwa ostatnie wyrazy są do śmiechu, ale się nie roześmiał; tylko raz w życiu widziałem go śmiejącego się, w sekundę potem już nie żył.

Z początku daleko mi było do Biruka, lecz „Książę" wiedział, co robi. Najpierw kazał mi oprawiać Dumasa Aleksandra. Ja was kręcę, to był Meksyk? Zwariowałem, tak mi podeszło. „Muszkieterowie", „Hrabia", przestałem kimać, matka gasiła światło, a ja pod kołdrą dusiłem paluchową latarkę, jak wygłodzona panienka druta, podniecając się każdym zdaniem. Potem przyszedł London, Gołubiew, Twain, „Faraon", „Na wschód od Edenu", „Komu bije dzwon" -gites knigi! Cwanie to było wykombinowane, budował mi drabinę z coraz trudniejszych szczebli. Ale kiedy zasunął Faulknera i Dostojewskiego, pękłem - jak nie ma biglu w akcji, to mnie mało bierze. „Idiota", nie powiem, ładnie pisane, ale nie tak jak „Quo vadis", odłożyłem po kilkudziesięciu stronach, nie lubię facetów bez jaj. „Zbrodnia i kara" to znowu kryminał dla pedałów, frajer narywa się jak bydlę na staruszkę, za dużo główkuje i odbija mu palma. Zmęczyłem do końca, ale pomyślałem sobie: finito!, takie bajery to nie dla mnie. „Księciu" skłamałem:

- Git kniga!

Wiedział, że łgam, trudno było sprzedać mu lewiznę.

Z knigi potrafił zrobić wszystko, nie tylko francuza do przykręcenia takiej czy siakiej mutry na moich klepkach. W jego ręku kniga stawała się cymes kosą, którą puszczał juchę jak najlepszy nożownik. Lubił tę grę: trafiać sposobem, a nie na chama. Ja myślałem, że takie numery można o dupę potłuc, każdy to spuści w kibel. Ale kiedy zobaczyłem, jak dał popalić kilku cwaniaczkom, nastawiłem zeza. On strzelał w dychę automatycznie, można było nie rozumieć, co gra, ale głupotą było wątpić, że trafi.

W Urzędzie Dzielnicowym na Pradze siedział jeden aparat, co się zawziął na Bazar Różyckiego - wicenaczelnik Pałach Leon (podwładni przezywali go: Patałach). Mocny był skurwiel, kilka lat wcześniej wygruził Ciuchy ze Skaryszewskiej do Rembertowa, ale wtedy jeszcze nie było „Księcia". Potem wziął na ząb bazar, że niby pasku-dzi dzielnicę, przeszkadza w rozbudowie, że siedlisko elementu i tak dalej. W „Ekspresiaku" napisali: z bazarem szlus, wynocha w pole, do kmieci. Wnerwione chłopaki proszą „Księcia", żeby dał wynieść łajzę na zelówkach, a on nic, zabronił. Starzy kupcy z głównych alei mówią: za co płacimy? Uspokoił wszystkich, że krzywdy bazaru nie będzie. I wszyscy wiedzieli, że kiedy „Książę" dał słowo, to nie trzeba pękać, bo znaczy frajer kaput, ale nie wiedzieli, jak „Książę" to machnie. Tylko ja wiedziałem, o co biega.

Blisko wyjścia na Ząbkowską, wizawis straganów ze zbożem, handlował makulaturnik Szapko. Dla frajerów wykładał śmiecie i modne bestsellery, w torbie miał cudeńka dla lepszej klienteli i swojaków, kniżki, gołe fotki i takie pisemka, przy których „Playboy" robi za Pismo Święte. U niego „Książę" kupił kilkanaście tomików groszowej serii przedwojennego wydawnictwa „Rój", z niemożebnie kolorowymi okładkami. Trzy z nich były lepsze od granatów odłamkowych. Pierwsza Henryka Duvernois, w przekładzie Stefanii Okołow-Podhorskiej, „Eunuch", Warszawa 1927. Na okładce tłusty kretyn z zaczerwienionymi polikami, uszami i nochalem, typ mon-goidalny, a u dołu wielki szkarłatny tytuł: EUNUCH. Walnęliśmy z tego obrazka reprodukcje Agfa-kolor i nazajutrz wisiały one w gablotach na klatce schodowej Pałacha i w jego urzędzie, z dopiskiem:

 

 

„Czy to kapłon, czy to wałach?

Nie, to jest magister Pałach".

 

Pod okładką widniała „karta choroby", przefotografowany kawałek strony 63:

„Przytuliła go do siebie. Wybełkotał: «Ratuj mnie! Wiesz, chciałem się zabić, zanim ciebie poznałem... Ratuj mnie! Nie opuszczaj mnie! Jestem tylko złośliwem zwierzęciem, a kiedy czynię zło, to zło mnie przeraża...» Pocieszyła go, ukołysała, tym samym harmonijnym ruchem, jakim kołysała córeczkę i wzrok jej ze słodyczą przechodził od tej dzieciny śpiącej w niewinności nieświadomej, do tego dziecka, starzejącego się w beznadziejnej czystości..."

Pod tym kropnęliśmy dedykację wieńczącą dzieło: „Z wyrazami ubolewania dla obywatelki Pałachowej. Aktyw".

Gabloty były zamknięte na fest, żaden klucz nie dawał rady, musieli je łamać albo ciąć szkło (w domu Pałach sam wytłukł szybę). Po kilku dniach ogłoszenie zmartwychwstało. Znowu zerwali, a ono apiać! Pałach dostał gorączki,, wezwał milicję i postawił personel urzędu na straży przy gablotach w czynie społecznym. Nie pomogło, komplecik „Eunuch" był jak wańka-wstańka. Cała prawobrzeżna Warszawa zdechła ze śmiechu, prócz Pałachowej, która zapadła w rozstrój nerwowy. Pałacha przeniesiono na Wolę, jako szefa wydziału kultury komitetu dzielnicowego. Wówczas komplecik zamieszkał na Woli, ale już ze szwagrem - dodaliśmy okładkę knigi J.T. Wróblewskiego „Jaśnie chamstwo" (też „Rój") i zdjęcie naszego klienta, format paszportowy. Po kilku tygodniach Pałach wyniósł się na Okęcie i tam został naczelnym dyrektorem rzeźni. Okęciu zafundowaliśmy ten sam komiks, wzbogacony o okładkę jeszcze jednej knigi Duvernois: „Dzieje Psiapsiusia". I było po balu. Pałacha wywieziono do Szczawnicy, gdzie robił za prezesa klubu sportowego i leczył się w sanatorium. Gdybyśmy grali ten mecz dalej, musieliby go chyba kopsnąć na ambasadora do Patagonii.

Równie klawym jokerem zabił „Książę" damę. To była redaktorka, wielka grandziara. Jak ktoś musowo pragnął przyładować w imperializm albo w hunwejbinizm, odsłonić bezrobocie i głód, sflekowac NATO, założyć nelsona reakcji, czy zakapować prezydenta Ameryki, że jest lebiega i palant do kwadratu, to ona to robiła prima! Przez te artykuły zbierała medale, a pod stołem dieńgi od ludzi, bo miała taki układ (mąż w warszawskim kwaterunku, a blatniak w Izbie Kontroli), że kto nie posmarował, ten mógł sobie kwaterunkowe mieszkanko odpuścić. Na Targówku, Grochowie i Pradze (tak samo jak i po lewej stronie) jest kupa narodu, co groszem nie śmierdzi, a żyje w pięciu na izbę bez kibla. Ci liczą, że wujek kwaterunek zrobi im socjalizm, a tu poruta, bo pani redaktor nie rozdaje za friko. „Książę" znał te rudery z matkami beczącymi przy dzieciach chorych na reumatyzm od tapet marki liszaj, więc przez tę panią trafił go szlag. Gdyby wtenczas ujawnił się już Dobry, byłoby po sprawie, bo Dobry na prośbę „Księcia" załatwiłby 'rzecz w try miga, ale to było przedtem. Musieliśmy wykonać „powtórkę z rozrywki": „Książę" zaczął filować za odpowiednią knigą. I znalazł. On miał coś takiego, że jakby wepchnął po ciemku grabę w kartoflisko, to by trafił na garnek ze złotem.

Zastosowaliśmy metodę przećwiczoną na Pałachu, z dodatkiem nowszej techniki: poczty i ksero. Kniga nazywała się „Rady dla służących", autor X.C.J. Busson, Kraków 1878. Klientce, jej zwierzchnikom i podwładnym, sąsiadom i znajomym, kolegom po piórze, radnym dzielnicowym, posłom na sejm i komu się tylko dało wysłaliśmy liściki. Każdy list zawierał machniętą przez ksero laurkę „Dla Królowej Kwaterunkowej, obywatelki X... w rocznicę wzięcia pierwszej łapówy, z życzeniami". Na laurce był rysunek z pierścionkową łapą o czerwono lakierowanych szponach, biorącą szmal pod blatem stołu, kopia strony tytułowej oraz życzenia": kawałki ze strony 117 („Nie kradnij! Z cudzą własnością nie wejdziemy do Królestwa Niebieskiego. Wszelka niesprawiedliwość ukaraną będzie w przyszłem życiu karą stosowną do stopnia wykroczenia i złośliwości, chyba że przed śmiercią winowajca nagrodzi wyrządzoną krzywdę. Ty, moja córko, nie tylko z obowiązku chrześcijańskiego winnaś zachować to prawo, ale nadto obowiązana doń jesteś ze stanowiska służącej"), strony 142 („Wszelkie wynagrodzenie niesprawiedliwe wymaga zwrotu, a zwracać znaczy oddawać rzecz zabraną lub wartość") i strony 143 („Uczyń sama pokorne wyznanie; proś o przebaczenie i natychmiast zwróć, co im się z prawa należy; krok ten wiele cię kosztować będzie, ale wkrótce powinszujesz sobie, żeś go uczyniła"). Podpis: „Zakład Odszczurzania Miasta".

Wielkiej afery z tego niezdiełano, ale porobiło się jakoś tak, że za kilka miechów starego naszej klientki wywalili z kwaterunku, awansując na dyra w kuratorium oświatowym. Ją samą przeflancowano z gazety do telewizji, gdzie zasuwała audycje, takie po byku, że hej!, i komentarze, też po byku dla tych, co chcieli, żeby ćpała te audycje i komentarze. Jedne były społeczne, inne na temat. Bardzo ładnie nawijała o moralności, uczciwości i pokoju między narodami, któremu ciągle jakiś kutas z zachodu szcza koło pióra; okazało się, że te zachodniaki nic nie robią, tylko kombinują jakby tu przysrać pokojowi i rozpocząć wojnę, która zgubi cały świat, a ich najsampierw, bo jak amen w pacierzu dostaną od nas w dupę. Za to połykała awanse szybciej, niż Szewińska bieżnię i stała się gwiazdą - jasna sprawa, w okienko gapi się z nudów cały naród. Ale ludziska za cholerę nie chcieli jej pokochać i opowiadali o niej głupie kawały. To ją wkurwiało i nabawiało pierdolca we łbie, bo każdy lubi jak go lubią, a ten, co szpanuje przed wszystkimi, jest wkoło Wojtek chory na to lubienie i kiedy nie trafia, zdycha. Skręt kich, sto szlugów dziennie, flakon pod białe myszki i wór kutaśnych pomysłów. Ona wygłówkowała najgorszy: zaczęła mrugać wśród swoich, z nadzieją, że puszczą to w obieg, iż jest pod przymusem i dlatego robi różne głupoty, ale ma zamiar z tym skończyć, bo tak naprawdę to ona jest przeciw! Wyliczała odrzucone przez siebie propozycje „wstrętnych" programów, których nie chciała pichcić, bo „nie jest prostytutką". Można się było przekręcić ze śmiechu, jak pragnę wolności - ona!

Kontra ludowa, Czapajewówna w carskiej służbie, biała gwardia pod czerwoną maską z perskim okiem, kurwa mać! Taka rura! „Książę" zatarłby grabulki, gdyby miał zwyczaj to robić, ale przecież musiał czuć coś takiego, jak Żyd, kiedy cmoknie z radochy, bo podłożyła mu się niczym bura suka.

Tym razem „wycinanki" przykleiły się na ścianach Radiokomi-tetu i pofrunęły do kogo trza z takimi tekstami, że wysiadają głowice atomowe. Busson, „Rady dla służących". Część I, rozdział III, „Zależność", strona 9:

„I ty żalisz się, córko, na zależność twego stanu? Jakże się zapatrujesz na to wszystko, co cię otacza? Wszakże i twoi państwo słuchają bezustannie, a ty chcesz, aby żadne wymaganie nie krępowało twej woli? Gdzież tu rozsądek? Miałażby ci pycha lub inna jaka namiętność zaciemniać zdrowe pojęcie? (...) Nawet między zwierzętami i istotami nieczułemi nie ma ani jednego, któreby siłą lub instynktem nie słuchało praw tejże karności. Wszędzie panuje zależność..."

Część III, rozdział LIV, „Posłuszeństwo powinno być dokładne i ogólne", strony 184 i 185:

„Zatem, córko, posłuszeństwo, do którego obowiązaną jesteś względem państwa, powinno się rozciągać na to wszystko, co jest przedmiotem ich rozkazów. Posłuszeństwo powinno być dokładne. Posłuszeństwo powinno być powszechne. Nie powinno się zachwiać ani na chwilę i objąć wszystko, co ci państwo mają prawo nakazać, bez żadnego wyjątku. Uważaj, proszę cię, różnicę, jaka zachodzi między dokładnością i powszechnością posłuszeństwa: dokładność odnosi się tylko do ducha i litery rozkazu, ze wszystkiemi należącemi do tego okolicznościami; powszechność zaś do wszystkich rozkazów prawomocnych w ciągu całej twej służby. Bądź więc posłuszna we wszystkiem. Nie ma żadnego prawego wyjątku w regule posłuszeństwa".

Część III, rozdział LV, „Posłuszeństwo powinno być wesołe", strony 186 i 187:

„Jeżeli więc posłuszeństwo twoje jest smutne, służysz z musu, nosisz jarzmo złorzecząc mu i stajesz się niewolnicą pokorną z obawy siły, a nie dziecięciem posłusznem - nie możesz spodziewać się wielkiej nagrody. Ten smutek także byłby dowodem, że jesteś zdolną zbuntować się (...) Pamiętaj także, że służąca smutna i nieukontentowana w posłuszeństwie, popełnia mnóstwo błędów, niecierpliwi państwa, gniewa. Zatem nie daj się opanować tej skłonności. Jakiekolwiek byłyby rozkazy państwa, nie okazuj, odbierając je lub wykonując takowe, nieukontentowania i przykrego uczucia. Co cię to obchodzić może? Czy to robić, czy owo, obojętnem ci być powinno. Bylebyś wole spełniła, słuchając państwa (...) Gdy cię państwo zawołają, choćby to było w nocy, przybiegnij z uśmiechniętą twarzą, mówiąc: otóż jestem do usług".

Lalunia dostała udaru pod dachem. Skapowała, że primo jej numer zatytułowany: „Moruska jestem, kochajta mnie ludzie!" nie wypalił, a po drugie może ściągnąć na nią kopy od szefów. Więc przekręciła wajchę abarot, meldując trybunie: „Gówno prawda, tamto plotki, swojaczka jestem robotniczo-chłopska, proletariuszka wszystkich krajów nierozłączna!". Z kilku prezydentów zrobiła na antenie takich śmieciów, że powinni sfajczyć się ze wstydu, albo rozpirzyć sobie gnatem baniak, albo przyczołgać do nas we włosie-nicy, z popiołem na fryzurze. Kleiła za wielki szmalec patriotyczne imprezy, przy których karnawał w Rio to jest ogródek jordanowski dla ubogich. Hasła wyskakiwały jej z uśmiechu niby ołów z biodra szeryfa. Właśnie wtedy wdepnęliśmy znowu w gówno kryzysu pogłębionego i zaczęto tasować asiorów telewizji, bo to oni robili z ludzi balona; nasza dzidzia wychodziła ze skóry, żeby tylko się nie sturlać na bruk. Świeciła przykładem, piętnowała starzyznę i wielbiła modę, brała najwyższe stawki i była aniołem odnowy - syrenka wymachująca mieczem na wybrzeżu Wisły zawróconej w drugą stronę! A my: gong, trzecia runda! Ciągle ten sam Busson, „Rady dla służących". Część VI, rozdział XX, strona 321:

„Przypuszczam, córko, że chciwość twoja co do pobierania zapłaty nie ściąga ci nagany zacnych ludzi. Oto co się dzieje ze służącemi opanowanemi żądzą wysokiej płacy: mają ciągle przed oczami przedmiot swej żądzy, żyją w ciągłem niepokoju, wymagając coraz nowych dodatków. Raz jeden i drugi uda się, ale z czasem znudzeni państwo oddalają służącą (...) Co się dzieje z innemi, stanie się i z tobą, chyba że dla słusznych przyczyn możesz się liczyć do wyjątków".

Słowo stało się ciałem: państwo znudzone grą, w której ciężko rypani są sędziowie, wygruziło nyguskę z posady kopem wzwyż, na. korespondenta do Londynu. Nie minął miesięc, a ta pinda podziękowała im przez mikrofon „Wolnej Europy", szczebiocząc swoje stare wypracowania, tyle że poprawione z historii i z geografii.

„Książę" był fachura od knig, znał je jak mało kto. Zamiast nawijać własnym słowem, mógłby podczas rozmów otwierać kniżkę za kniżką i wskazywać różne teksty jako odpowiedzi, bo znał wszystko, co się ukazało. „Faraon", kiedy mi podszedł, to mówię do niego:

- Wdechowa kniga, szefie, takie historyczne mi leżą, ten numer z zaćmieniem słońca Prus klawo wymyślił...

I tak dalej. A on mi na to, że nie wymyślił, bo kapłani byli farmazony i nie takie numeranctwo odstawiali na luzie. Inaczej to powiedział, ale w ten sam deseń. Zdjął z półki knigę Ochorowicza „Wiedza tajemna w Egipcie", otworzył i zaczął kartkować, nie przerywając gadki o „Faraonie":

- To nie jest rzecz historyczna, „Fokstrot", tylko polityczna, najlepsza powieść o robieniu władzy. Kapłani byli mądrymi nikczemnikami i mieli tę robotę we krwi, tak jak ty masz w nogach tango.

Pokazał mi stronę, gdzie jeden kapłan tłumaczy frajerowi z Grecji, jakim sztychem robi się z ludzi ziemię do kwiatów:

- „A więc posłuchaj: tajemnicą naszą jest znajomość tajemnic natury. Mamy dwie nauki: jedną dla ciemnego ludu, drugą dla światłych mędrców. Pierwsza polega na bajkach, wymyślonych przez ludzi i przypisywanych bogom, to wystarcza dla tłumu. Druga obejmuje kosmogonię, astronomię i fizykę, uczy ona dochodzić od objawów do przyczyn i tym sposobem daje nam klucz do wyjaśnienia zjawisk przyrody, które lud uważa za nadnaturalne. Będąc w posiadaniu wszystkich odkryć nauki, chowamy je w głębi naszych przybytków i taką jest tajemnica naszej wyższości nad resztą śmiertelnych. Ta czysta wiedza, której lud nie mógłby zrozumieć, podnosi człowieka, oswobadza go od bojaźni i innych ludzkich słabostek, a zbliża do Bóstwa".

Przeczytałem to i skapowałem prawie wszystko, ale nie byłem pewien, czy skapowałem dobrze, więc na wszelki wypadek powiedziałem:

- Cwaniak!

„Książę" milczał i zrobiło mi się łyso, dlatego zapytałem, żeby coś jeszcze powiedzieć:

- A tamten jak na to?

„Książę" wyjął mi knigę z ręki i sam przeczytał odpowiedź Greka:

- „Nie sądzę, żeby był mędrcem, przyjacielem ludzi ten, kto odkrywszy użyteczną prawdę nie pozwala z niej korzystać swoim bliźnim. Prawda powinna być dla, Wszystkich zrozumiałą, skoro ma czynić ludzi lepszymi. Ukrywać przed nimi prawdę jest to ukrywać światło i pozostawiać ich w ciemności".

Ale kapłan nie stryfił i zbajerował Greka następną mową-trawą:

- „Tłum jest głupi i łatwowierny, tajemniczość i cudowność przemawia mu do przekonania, podczas gdy naga prawda nie miałaby dlań uroku; umysł jego musi być wstrząsany widokiem rzeczy niezwykłych, żeby dał się powodować...".

Teraz Grek pokazał, że nie taki z niego młot, bo odpysknął:

- „Jednym słowem spekulujecie na ciemnotę ludzką. Czy nie lękacie się, że prawda musi wyjść na jaw?".

- „Milcz!" - dopieprzył mu wnerwiony arcykapłan. Żaden nie odpuścił, pstykali się tak, że można było zgłupieć.

- Który ma rację, szefie? - zapytałem.

Popatrzył mi w nos jak matka, która filuje na dziecko i widząc, że znowu się nie umyło, nie wkurza się, ale jest trochę zniecierpliwiona. Powiedział:

- Rację ma silniejszy. Racja słabego to piękna broń bez naboi, „Fokstrot".

- No dobra, szefie, ale który tutaj ma rację?! - zaperzyłem się, bo chciałem coś wreszcie skapować, a czułem, że on już kończy i kiedy zamilknie, to wyjdę na wała nie nadającego się do żadnej pogaduchy.

Odpowiedział mi niechętnie, jakby był zmęczony:

- Ten, który wygrał. Greka zamordowano, więc nie miał racji.

Złożył knigę, odwrócił się i bardzo ostrożnie, żeby nie pogiąć okładek, wepchnął ją w równy szereg na półce. Zawsze robił to wolno i uważnie, nienawidził niszczenia knig. Bardzo źle na tym wyszedł Józek Rachoń, mój kumpel z budy, który nawet nie ukończył siedmiu klas, bo zawiesił żyłkę nad wejściem do pokoju nauczycielskiego, żeby dyrektorce spadła peruka i peruka spadła, odsłaniając łysinę „carycy". To był ten Józek- ,,Bomba", co wyszukiwał na ulicach sławnych mistrzów boksu, podchodził i jedną celną piąchą na szczenę zwalał ich z nóg, potem czekał, aż wstaną i zechcą się odkuć, a kiedy któryś chciał, to Józek poprawiał króciutką śmiertelną serią i mówił do leżącego:

- Przepraszam pana, ale ja naprawdę jestem lepszy.

Po wyjściu z poprawczaka Józek dmuchał sobie w biceps przy rozładunku towarowych na Dworcu Wileńskim. Dzięki tej robocie wiedział, jakie delikatesy stoją na bocznicach i po ciemku fruwał ze swą paczką przez parkan wyczyszczać wagony z importowanych ciuchów, pralek, maszyn do szycia i innych klamotów. Starczało to nie tylko na dużą zaprawkę z gut zagrychą w najlepszych metach -i na luks-panienki z francuskim uzębieniem - zostawało jeszcze tyle, że po roku strzelił matce kurzą fermę. Aż którejś nocy rozbili wagon, który przyszedł z Londynu. W środku był mająt przesiedleńczy jednego hrabiego, któremu odbiło na starość i postanowił wrócić do czerwonej Polski, żeby tu kojfnąć, bo uznał poddanych królowej za większych skurwieli od bolszewików, a do tego był już tak zwapniały, że nie musiał bać się czegokolwiek z komuną włącznie. Splunął na wszystko i kupił bilet do domu, a graty wysłał pocztą: w wagonie była jego biblioteka, same knigi. Józek, jak to zobaczył, dostał kota. Tak go trąciło, że się napocił zrywaniem plomb do makulatury, iż kazał chłopakom spryskać cały ten niedoszły szaber. Wyjęli kapucynów i walnęli jak pluton egzekucyjny straży ogniowej.

Ten obeszczany księgozbiór to był koniec Józka. „Książę" dał mu do wyboru: obcięcie fujarki albo codzienną kąpiel w „małym jasnym" przez miesiąc. Trzydzieści jeden razy cała paczka kolejowa odlewała się na leżącego i potem Rachoń nie nadawał się już na jej szefa, bo w całej dzielnicy zwano go „Sracz", „Kibel" albo „Wucet" i nawet kiedy minęła jego kaźń, ludzie zatykali przy nim kinol, chociaż był czysty jak niemowlę. W końcu wygłówkował coś, żeby przestali się z niego nabijać: rzucił się pod elektrowóz. „Książę", kiedy mu doniesiono, zrobił tylko taki ruch ustami, jakby chciał splunąć. Potrafił być okrutny. I to mi się wtedy podobało, bo byłem młody i głupi, ale teraz już mi się nie podoba.

Inna para kaloszy, że teraz także nie piję i zawdzięczam to okrucieństwu „Księcia", bo dał mi taki odwyk, po którym chlanie przestaje człowieka bawić. Szedłem z gołdą w cug ostro, gdybym nie zbastował, dzisiaj miałbym durszlak zamiast wątroby przy dużym farcie, bo pewnie już dawno bym kopsnął w kalendarz. Powiedział:

- „Fokstrot", przestajesz pić.

- Się zrobi, szefie - czknąłem, myśląc, że jemu idzie o tankowanie w tym dniu.

Chodziło o co innego.

Kiedy drugi raz dorwał mnie na fest fleku, nie powiedział słowa; wziął do siebie i położył w bety. Widziałem jak ściąga moje skoki, jak przykrywa mnie kocem, i urwał mi się film. Wstałem koło południa. Łeb pęka, w gardle jajco, ślepia jak u ropuchy. Wkitrałem się do sracza, a on wszedł za mną. Trzymał flakon czystej i musztardówkę. Napełnił.

- Weź, klin dobrze robi. Wziąłem szklankę i pociągnąłem.

- Do pełna - rozkazał.

Golnąłem do dna i zamroczyło mnie. Chciałem puścić pawia, ale -nie przy nim. Nalał znowu.

- Już... nie... mogę, szefie!...-jęknąłem.

- Pij!

- Nie mogę!

Odstawił szkło na szafkę z brudną bielizną i strzelił mnie w dziób, tak mocno, że walnąłem baniakiem o rury i usiadłem na desce.

- Pij!

Po trzeciej szklance straciłem przytomność.

Przez dwie i pół doby trzymał mnie zamkniętego w sraczu, bił i pompował bebechy krzakówą silną jak spiryt. Nie dawał nic do żarcia. Piłem kiblaną wodę, rzygałem w fajans, wyłem i traciłem zmysły. Chciałem się powiesić - łańcuszek od rezerwuaru był za słaby na krawat, pękał. Darłem w paski koszulę, żeby upleść sznur -zabrali. Przyszedł łapiduch. Leżałem tydzień. Służąca „Księcia", Mańka Dorot, karmiła mnie łyżką. Najpierw wszystko zwracałem i nie mogłem kimać, bo w kimie męczył mnie widok tego sracza, gdzie obciągnąłem kilka litrów i byłem o krok od piachu. W końcu żołąd przestał mi robić numery, mogłem szamać normalnie. Sny porobiły się okej. Nigdy przedtem nie kimałem tyle, w młodości człek skraca sen, bo mu szkoda życia. Teraz kimam dużo. We śnie jestem taki, jak za „Księcia", młody i po byku, cały świat jest mój, nogi tańczą, ręce rwą się do wszystkiego i powietrze gra w piersiach. Moje sny są cudowne, tylko w nich żyję...

Od tamtej pory nie wziąłem łyka, chociaż było wielu solenizantów - na widok gołdy robi mi się mdło i słyszę jak pęka łańcuszek owinięty wokół mojej krtani.

Pamiętam wszystko, każdy jego gest, nawet jeśli nie miał większego znaczenia. Wszystko to kibluje w moim odwłoku, gdzieś na tej granicy między łbem a sercem, gdzie rodzi się miłość i nienawiść. Kiedy ta granica dostaje gorączki, puszczam sobie taśmę z jego głosem. Był mądry, kupę rozmów nagrywał, żeby potem ci, co z nim gadali, nie mogli pieprzyć głodnych kawałków o czymś innym. Taśmy, które trzeba było skasować, ja kasowałem. Miał do mnie furę zaufania. Nawet tak mądrzy, jak on, są naiwni jak dzieci.

Czasem, gdy muszę zrobić knigę „na wczoraj", zostaję w warsztacie do późnej nocy. Wracam o trzeciej albo czwartej rano. Piechotą. Dzielnica jest ciemnoszara, w kimie i brudzie, jak zdechły szczur. Znam każdą cegłę tej zapyziałej ziemi między Kijowską, Markowską, Targową i Dworcem Wileńskim, każdy zapach: sadzy kolejowej, tanich dup, pyz i flaków z bazaru, cichych szarpnięć kosą i głośnych przekleństw, od których drży frajernia po tamtej stronie rzeki.

Przy Kijowskiej zbudowali parę nowych bloków, ale za nimi wszystko zostało jak dawniej, przed wojną i po wojnie. Śmiecie, brud, dziury w chodnikach, zastawione doniczkami okna, z których wychylają się mężczyźni w podkoszulkach, ze zgasłymi petami na języku. Kobity pastują podłogowe dechy, gnojki wrzeszczą, doliniarze prują kimona, kapusie studiują gazety. W każdym podwórku skwer i kapliczka Matki Boskiej, w bramach interes do zafarcenia, na paluchach sygnety, we włosach tani aerozol, w mózgownicach nienawiść do państwowej roboty, w gaciach wrzątek, syf lub rulon dolców owinięty chustką albo plastikiem.

Nie ma pośpiechu w taką noc, odsypiam za dnia. Idę wolno i czuję się jak wtedy, kiedy on tu był, bo tak naprawdę to zmieniło się wszystko i tylko nocą, w ciemności i ciszy, można wywołać tamten czas. Spotykam pijaczków, co usiłują rzucić pawie na zamknięte stragany, płaczących frajerów, którym zwinięto portfele i skuto gęby w krzakach parku Skaryszewskiego, gdzie zaciągnęła ich cwana dzidzia, małych urków, błąkających się po daniu nogi z chaty, czasem przejedzie radiowóz. A tak to pusto, jakby wszystko było dekoracją teatru, na którego dechach gra się tylko sztukę o „Księciu". W rynsztoku kima stary gałganiarz, wśród połamanych gzymsów ptaki; najstarsze z nich dobrze pamiętają „Księcia", bo w tę cholerną zimę, kiedy pękały rury, kazał codziennie sypać im obiad i sam chciał bulić za całą wyżerkę zbożownikom z bazaru, ale oni honorowo dali bez forsy po trzy kilo na dzień (nikt nie brał szmalu od „Księcia", każdy knajpiarz prędzej by się usmażył we własnej patelni, niż pokazał „Księciu" rachunek).

Spomiędzy zasłon na drugim piętrze po lewej stronie Ząbkowskiej sączy się światełko, to melina. Prowadzi ją tłumok szpetny jak w bajce, swego czasu najpiękniejsza kobita Pragi, „Kasia-dała-z-siebie-wszystko". Prawobrzeżne orły kroiły się przez nią majchrami, miała złota potąd, inne dzidzie życzyły jej syfa od cycków po lakierowane paluchy w komisowych szpilach, a Kaśka śmiała się zębami białymi z rozpusty (nazywała chłopski interes „szczoteczką do zębów") i tańczyła przez życie niby nakręcona kukiełka. Czasu nie zatrzymasz, musiała dać z siebie wszystko: policzki sflaczały jak stary kartofel, ząbki wypadły, nosek zgnił, szminka nie mogła ukryć tej ruiny. Więc Kasia wzięła się za gorzałkę. Przychodzi do niej lepsza klientela, która lubi obciągnąć pół basa pod ciepłe gołąbki, bigos albo kaszankę, i jeszcze żeby drzwi były zamknięte, kiedy się dmucha damę w pościeli wykrochmalonej na sztorc; pętaki i szybkobiegacze kupują księżycową monopolkę na trawniku koło dyrekcji telefonów, choć i tam można rozcieńczyć gorącą zagrychą, a jak kogo przyciśnie mus, to i drucik wypieszczony na stojaka miał będzie.

Dupczenia z trzema gwiazdkami nie ma już w dzielnicy. Trzy kamienice dalej był pierwszoklaśny burdel, nazywali go „Hotel-Lux". Z zewnątrz wyglądał jak każdy tutejszy dom, odrapany ceglak w plamach tynku, ale wewnątrz zamiast szczyn, co gdzie indziej zrywają farbę na klatkach schodowych, i tych śmierdzących zlewów w korytarzach, miał ekstra kafelki, dębowe boazerie, złocone lustra, frędzlaste kotary, lampy pulsujące czerwienią i dziewczyny ganc pomada, czyściutkie i grzeczne jak aniołki, ondulowane, pachnące dobrą perfumą, w majtkach z koronkami i z kwiatkiem we włosach, że na samą myśl kutas wybijał człowiekowi oko. Byłem wtedy mleczny szczaw, ale wiem jak wszystkie matki i żony klęły „Hotel-Lux", gdzie faceci zostawiali kurewską forsę, bo jeden numer kosztował tyle, że mógłbyś za to kupić dobrą jesionkę, albo prawdziwe renifery. Kumpel mojego brata awansował na pierwszego wykidajłę w tej budzie i zapieprzał jak robol ziemniaczany z powodu częstych drak, których było od groma, gdy już firma schodziła na psy. Klienci podnosili raban, że ceny eksportowe, a dziwki do niczego i tak było odkąd ,,Lulu", która nosiła bieliznę z lamparta, wyszła za mąż, a inne git towary dały dyla do śródmiejskich knajp, żeby patroszyć Arabów z zielonego koksu.

Dzisiaj nie ma nawet szyb w oknach „Hotelu-Lux". Będą rozbierać, ale jakoś nie rozbierają i tylko w piwnicach (bo piętra wypaliły się) szuka krótkiej mety przechodzona franca, małolatka-cichodajka i złodziej zaprawiający po udanym skoku. Czasem, gdy zgwałcą tu jakąś frajerkę, co się pożarła ze ślubnym, wybiegła na miasto, poznała w kawiarni „pana inżyniera" i ten zaholował ją „do swej pracowni" - przyjeżdża glina, robi kipisz, odjeżdża i znowu jest spokój.

Skręcam w Brzeską. Na rogu był bar „Pod Myśliwym". Nikt z was już nie zje takich ulików, nie pokosztuje takiej golonki, nikt nie kojarzy, co to jest minoga, koniec, szlus, było się skończyło! Wtranżalajcie sos ze ściery i parówkę z norek wsadzoną do bułki jak palec w dupę, młodziaki, nie wiecie, co podniebienie, zostało wam tylko ośle ucho na wrzask elektronicznych ryjów.

Zaplecze „Myśliwskiej" przeznaczone było do wyższych zadań: chłopcy rżnęli tu w karcięta i kończyli udane geszefty popijawą. Rezydował tam ober, pan Tosiu, który miał w tylnej kieszeni spodni kantor wymiany lepszy od bankowego, a we łbie maszynę do obliczania kursów wszystkich walut świata, przy której ruski komputer to jest kupa złomu. Panienek nie tolerował, bo sam był pusty w jajach i brała go złość. Ale michę dawał charakterną, więc lubili go wszyscy. Jak Tosiu przemeldował się na Bródno, jego lokal zamieniono na komis.

Mijam bazar. Tu się wszystko zaczęło, ile razy przechodzę, cyka film z tymi obrazkami, najlepszy kawałek mojego zasranego życia. Mnogo jest takich, co nie mieli nawet grama podobnego fartu, przeturlali swój los jak wełniane owce. Dlatego nie narzekam. Można odebrać człowiekowi pieniąchy, kobitę lub wolność, ale nie można wspomnień. Prawda? No to ja nie jestem biedny.

Gdybym tak mógł wspominać dobrze wszystko, cały czas spędzony przy „Księciu", to miałbym prawo do filowania w lustra bez wzgardy dla siebie. Ale nie żałując, nie wstydząc się i nie przeklinając, mogę wspominać tylko początki, dobre i to. I tego, tych początków, nie odbierze mi nikt.

,,Książe" by to wyśmiał. Bez rechotu, bo on się nie szczerzył, ale na wszystko miał jakieś zdanie, które zabijało, jakby nienawidził wszystkiego; każdą fałszywą świętość trącał kopem, w prawdziwe nie wierzył. Mogłeś być z czegoś dumny, coś chwalić, przybiec do niego z czymś wielkim, a on patrzył na ciebie i mówił zimno, jakby wbijał sztylet, to zdanie, po którym odechciewało ci się pieprzyć, a twoje złoto przekręcone w tombak wylatywało ci z rąk i sam byłeś zdziwiony, że takie gówno mogło cię rajcować. Na jednym wdechu załatwiłby twierdzenie, że nie można odebrać pamięci. Albo znalazłby brzytwę w swoich knigach i ściąłby tę pewność. To, co było dlań morowe, podkreślał miękkim ołówkiem i zakładał paskami z celofanu. Kiedyś powiedziałem, że tatuuje knigi, a on, że chyba zostanę poetą, bo użyłem klawej metafory (pierwszy raz usłyszałem to słowo) na głupków, co kreślą w knigach długopisem. Teraz czytam jego „tatuaże", jakby to były listy, które mi po nim zostały. W powieści Czingiza Ajmatowa „Dzień dłuższy niż wiek" trafiłem o plemieniu Żuan-żuan „mankurtyzującym" swoich niewolników:

„Zabijali ich pamięć okrutnym sposobem. Na wygoloną dokładnie głowę niewolnika wciskali «czapkę» ze skóry szyjnej świeżo zarżniętego wielbłąda, przylepiając ją tak szczelnie, że przylegała jak czepek kąpielowy. Potem zakuwali w dyby, żeby nieszczęśnik nie mógł dotknąć ziemi głową i wystawiali go na palące promienie słońca. Skóra wysychała, ściskając głowę jak żelazna obręcz. Po kilku dniach wyjący z bólu niewolnik doznawał zaćmienia umysłu i albo umierał, albo na zawsze tracił pamięć, przekształcając się w mankurta - człowieka bez woli i bez przeszłości. Miał on cały szereg zalet. Był posłuszny jak bydlę i bezpieczny. Największą zmorą właścicieli niewolników jest możliwość buntu - mankurt nie wiedział, co to bunt, tak jak nie znał swego imienia i wszystkiego, co przeżył zanim uczyniono go mankurtem. Wystarczyło karmić go, albowiem pies nie ma większej potrzeby nad zaspokajanie głodu. Odebrać w ten sposób człowiekowi godność, odbierając mu żywą pamięć, to najcięższa ze zbrodni przeciw naturze ludzkiej".

Zakładką był tu wycinek z „Polityki", kawałek przedrukowanego wywiadu Ajmatowa dla pisma francuskich komunistów „Revolution", z podkreślonym zdaniem autora: „Chciałem powiedzieć, że ów proces «mankurtyzacji» jest obecnie bardzo rozpowszechniony. Ciąży na każdym z nas".

Może i tak, ale mnie to zwisa; mojej pamięci nikt nie skóruje, to ona skóruje mnie. Jestem wyrzucony na śmietnisko Judasz, któremu zabrakło siły, żeby założyć sobie krawat, bo podejście w kiblu u „Księcia" stało mi się szlabanem dla takich numerów. On dyryguje mną nawet po śmierci, nigdy się od niego nie uwolnię. Gdzie zwiać? Nie uciekniesz od ducha; i nie ma sensu, gdyż pamięć o nim to jedyna morowa rzecz, którą posiadam, ona robi ze mnie człowieka. Gdybym był tylko z sobą i z pamięcią o tym, co mam na własnym koncie, to byłbym brudną świnią do natychmiastowego odstrzału. Lecz pamiętając o nim, mam obowiązek żyć póki nie wybebeszę z siebie ostatniego słowa prawdy.

Myślę, że jest Bóg, chociaż nie taki, jakiego się ludziom wciska. I że trzeba kupić bilet wstępu do niego, bo za frajer nie wpuszczą. Dlatego ujawnię wszystko, a gdy to zobaczycie, będę dla was dożywotni szmondak i nawet kiedy już wyląduję w parku sztywnych, nikt mi nie odpuści. I w porządku. „Książę" podkreślił taką mowę plastyka Michała Anioła: „Ci, którzy godzą się służyć tronowi za osły, jeszcze po śmierci będą dźwigali swoje brzemię".

Kijowska przede mną. Dwa domy od rogu jest moja meta. Schody szerokie, drewniane; gdy byłem młody, stopnie były niższe i nie było ich tak dużo, biegałem do góry. Teraz człapię, pośpiech mi zwapniał. Szóste piętro. Drzwi bez wizytówek, martwe żarówki, spłaszczone pety, kibel w korytarzu ze sznurkiem zamiast łańcuszka i hałdy pustych flakonów. Tylko jedna wycieraczka - przed moją bramką. Zzzzzzz! - skubane zawiasy; nie oliwiłem i nie będę oliwił, kiedy gadają, to mi przypomina matkę: „Gdzieś się włóczył do tej pory? Zdejmij buty i chodź coś zjeść, trzymam w piekarniku!... I umyj ręce!". Wewnątrz zimno jak na Syberii, zostawiłem otwarty lufcik. Gaszę ciemność żyrandolem z ostatniej wypłaty. Facet w lustrze nosi moje nazwisko i mój flak, tylko gdzie się podział „Fokstrot"? Czasem mam ochotę dać mu w ryj, ale szkoda mi mebla (i jeszcze ten cykor, że odłamki pójdą w oko). Trzask za plecami, to wiatr szarpie lufcikiem; pełzacze „Księcia" wchodzili przez taki lufcik do każdego domu jak małpa na drzewo. Pusty pokój starych, z makatką, na której wisi zdjęcie w owalnej ramie. Przytulają się, on pasiasta dwurzędowa, ona w welonie, oboje młodzi i głupi. Niżej tapczan nakryty przedwojenną kapą. Kostnica tego domu.

Jak mamę trącił ciężarówką pijany szoferak, mój brat Gienio spytał mnie (chociaż starszy), czy może się sprowadzić do jej pokoju. Chorował, żonka wolała zdrowych. Ja mieszkałem już od lat u „Księcia", no i ucieszyłem się, że brat taki ma dla mnie szaconek, ale potem przestałem się cieszyć, bo to był rak. Gienio umierał na tapczanie matki; zabrałem go ze szpitala, kiedy już było jasne, że nic się nie da zrobić. I on o tym wiedział odkąd przyszedł ksiądz. Płakał bez głosu: leżał nieruchomo, a po policzkach ciekły strumienie łez, jakby ktoś odkręcił dwa maleńkie krany.

Wieczorem, kiedy wyszła pielęgniarka, która wstrzykiwała morfinę (inaczej ból rozerwałby mu łeb), pochyliłem się nad nim i ledwo dosłyszałem o co prosi:

- Józek... nie chcę umierać!...

- Nikt cię nie zmusza! - strzeliło nas zza pleców głośno i szorstko.

Odwracałem się powoli, jak na fleku. Ślina zatkała mi krtań. W drzwiach stał „Książę", a obok niego siwy model w okularach i w palcie z bobrowym kołnierzem. W ręku miał walizeczkę z czarnej skóry.

- Przecież ja... ja wiem... - wyszeptał Gienio.

- - Nie obchodzi mnie, co ty wiesz, tylko co powie ekspert - burknął „Książę" i rozkazał: - Weź palto profesora.

Zdjąłem facetowi bobry.

- Chce pan go obejrzeć? - spytał „Książę".

- Tak, zbadam chorego, sprawdzimy, czy może odbyć lot w tym tygodniu.

Osłuchał i obmacał Gienia. Myśmy milczeli; ja byłem pewien, że kimam, bałem się ruszyć. Zapiął Gieniowi piżamę i powiedział:

- Proszę mi pokazać kartę choroby.

„Książę" spojrzał na mnie. Ja wciąż trzymałem palto. Kiedy brałem Gienia z Dzieciątka Jezus, dali mi jakieś koperty. Skoczyłem do przedpokoju, majtnąłem kapotę na hak i zaraz przybiegłem z tymi papierami. Okularnik filował je, potem zdjął szkła, przetarł chustką, wsadził na kinol i podszedł do okna, żeby filować rentgen. Była cholerna cisza. W końcu oznajmił:

- Nie jest jeszcze zbyt późno, węzły nie są zaatakowane. Operacja dość prosta, ale jak już panu mówiłem, wolę, żeby zabieg prze-

prowadził profesor Haljanen, oni posiadają najlepszą w Europie aparaturę wspomagającą.

„Książę" wyjął z portfela dwie wąskie książeczki podobne do chorągiewek (wtedy zobaczyłem, jak wygląda bilet lotniczy).

- Mam podwójną rezerwację do wtorku, jeśli pan profesor...

- Nie, chory musi się wzmocnić. Przyślę tu mojego asystenta z zastrzykami BLD. To angielski środek, poprawi stan organizmu.

- Więc kiedy?

- Za jakieś trzy, cztery dni. Do tygodnia.

- Następne loty są w piątek i w poniedziałek.

- Lepiej w poniedziałek.

„Książę" podszedł do mnie i dał mi bilety.

- Pojedziesz jutro po południu na Waryńskiego, spytasz o pana Wojtka i powiesz, że ja cię przysyłam. Niech przebukuje bilety na poniedziałek.

- Gdzie mogę umyć ręce? - spytał okularnik.

„Książę" zaprowadził go do kuchni. Stałem, nie wiedząc, co mam robić, drżały mi wargi i ogarnęło mnie coś, co musi czuć człowiek, który widzi żywą Matkę Boską albo świętego - przy mnie stawał się cud.

- Pokaż... - szepnął Gieniek.

Pokazałem mu bilety. Jeden był dla niego, drugi dla „Księcia". Było napisane: „6 May 1980, WARSAW-STOCKHOLM, OK". Gienio nie mógł odcyfrować, plamy latały mu przed oczami.

W kuchni ktoś zakręcił wodę; teraz dało się słyszeć, co mówią. Gadali półgłosem, ale nad szafą był otwór w ścianie, po skrytkach, ,w których ojciec trzymał za okupacji trefny papier i gnata. Łapaliśmy każde słowo.

- Ile ma szans? - spytał „Książę".

- Na co?

- Na to, że z tego wyjdzie. Tak realnie, bez pocieszania.

- Sto procent. W tym stadium to dla Haljanena wyrostek robaczkowy. Co prawda czerniak ma szczególnie złośliwą naturę i lubi robić niespodzianki, ale nie przypuszczam, aby mogło to zajść tutaj. Organizm jest całkowicie w porządku, tylko wymęczyli go idiotyczną terapią. Niestety nasza medycyna wciąż wierzy w kobalt, który spala więcej komórek zdrowych niż chorych... Natomiast nie ma żadnych szans na to, że ten młody człowiek będzie mógł kontynuować dotychczasowy tryb życia, pić, palić i forsować się. Możliwe, iż dożyje osiemdziesiątki, lecz pod stałą kontrolą lekarską. Zrobimy testy, które wskażą odpowiednią dietę...

Wyszli do przedpokoju i już nie było słychać.

- Koniec z wódeczką i ze szlugami, Gieniu! - zażartowałem. Chciał coś odpowiedzieć, ale nie miał siły, tylko się uśmiechnął. Uśmiechnął się!

- A teraz w kimono, braciszku! - powiedziałem.

Dał mi znać oczami, że przykima. Naciągnąłem mu kołdrę i zasłoniłem okno. Nigdy nie byłem taki szczęśliwy, nawet z Danką; słuchałem jego oddechu jak klawego nagrania. Z przedpokoju dobiegł szczęk zamków. Poszli sobie. Nagle zobaczyłem, że okularnik zostawił neseser. Wziąłem to i wyszedłem z chaty, na palcach, żeby Gienio się nie obudził. Usłyszałem ich. Stali piętro niżej. Okularnik liczył szmal.

- Kiepsko pan płaci... - zauważył, chowając kilka czerwonych. - Olivier nie zagrał lepiej Hamleta. Dałem panu kreację. „Książę" wyjął jeszcze jeden banknot.

- Masz tu za nią Oskara i paszoł won. Dostałeś więcej niż miałeś dostać.

- Nie wiedziałem, iż zagram jak artycha!

- Więc odkryłeś w sobie talent dzięki mnie, bądź mi wdzięczny. Żegnam!

Cofnąłem się, zamknąłem drzwi i uczepiłem wieszaka, żeby nie upaść. Po północy Gienio przerwał kimę. Chciałem dać mu basen, ale on... wstał z betów! W oczach miał taką siłę, jakiej nie widziałem u niego od lat.

Rano przyszedł jakiś młody i przedstawił się, że jest asystentem. Zrobił Geniowi zastrzyk i wybył. Gienio rozmawiał ze mną tonem faceta, który ma odebrać wóz wygrany na banderolę. Obiecał, że przywiezie mi ze Szwecji kilka longów. Potem wziął go śpik. Przestałem kapować, o co biega, miałem kwadratowy łeb.

Po południu wszedł „Książę". Był z obstawą (dwóch od „Ognia" lub od „Dżeka", zostali za drzwiami).

- Dzień dobry, szefie - zniżyłem głos. Nie odpowiedział, tylko patrzył na brata.

- Śpi... - podrzuciłem.

Jakby nie słyszał. Zbliżył się do tapczanu i pochylił nad Gieniem.

Twarz miał skupioną i dziwną, wyglądał jak człowiek, który jest sam w pustym domu i nasłuchuje. Potem przykrył kołdrą facjatę Gienia i zanim zdążyłem się rozbeczeć, objął mnie:

- Już się nie męczy, a tę ostatnią dobę był panem swoich marzeń. Musiałem to zrobić, synu, bo torturować można wieloma sposobami, także nic nie robiąc. On na takie męki nie zasłużył.

Pierwszy i ostatni raz powiedział do mnie „synu". Oba bilety trzymam w szufladzie. Czasami biorę je i widzę tamten uśmiech Gienia: Gienio kładzie swój strach na łopatki, a obok stoi „Książę" przebrany za sędziego i wylicza kostuchę do zera.

 

II

 

To był letni dzień, koło południa, zajebisty gorąc. Bazar niby tramwaj, ścisk, że „gdyby nie panna Jola, nie byłoby gdzie palca wetknąć". Baby w budkach wachlowały się, tym na ręczniaku pot kapał z cycków w gacie i dalej w pepeg, aż zaczęły zdejmować bluzki i prężyły się w halkach świeżych jak dworcowy ręcznik. Sery puchły, mięcho zarzucone workami gniło, flaczarki i „pyzy! gorące pyzy!" przekrzykiwały się bez sensu, czekając na kogoś z głodnym smakiem, ale komu chciałoby się wtranżalać pod taki upał? Interesy, owszem, tam farci się na okrągło. Dobrze chodziły podkoszulki z amerykańską kminą na plecach i piersiach, kanty z rozszerzaną nogawką, skoki w kolorze wiśniowym i chusteczki na włosy obszyte po grecku blaszkami robiącymi za moniaki. W taką gorącość na Różyckim nie pije się monopolu, królowała herbatka w ćwierćflakonach z korkiem. Ludzie czekali na deszcz, ale krótki, taki, co odświeża powietrze i daje nogę, dłuższy przegania klientów. Jak idzie na deszcz, to interes kwitnie, bo każdy się spieszy i ten, co ma płacić, targuje krótko. Kto mógł przewidzieć, że idzie tajfun? Wszystko było jak trza. Kupiećtwo zadowolone, pieniądz z rączki do rączki, towar nie zalega, nikt nie marudzi. I wtedy pojawił się ten frajer.

Podszedł do „Misia-waluciarza" i powiedział:

- Dzień dobry.

- Witam szanownego pana - odparł „Miś" chrypiąco, bo taki miał fason w przełyku.

- Wczoraj kupiłem od pana sto dolarów, pamięta pan?

- Dobrych klientów się nie zapomina - poinformował go

,Misio" i zaraz ściszył chrypkę: - Potrzeba więcej?

- Nie. Chcę, żeby pan mi zwrócił moje pieniądze, bo ten banknot jest fałszywy - frajer wyjął zielonego i wkitrał „Misiowi" pod nos. -Proszę!

Jakby przed „Misiem" stanął zielony kurdupel z Marsa, z czułkami i o siedmiu nogach, to „Misio" byłby mniej zdziwiony. Zastygł, nie wierząc patrzałkom; później odwrócił się do „Rolmopsa" (który go obstawiał z podręczną kasą), pewnie żeby prosić: Uszczypnij mnie, co to jest w mordę kopane, czyja kimam?! Ale nie poprosił, bo „Rolmops" gapił się w niego wzrokiem Dzieciątka Jezus, ta firma nie puszczała lewych dolców. „Misio" bez słów wyjął papier z frajerskiej dłoni i skojarzył, że stówka mogła oglądać Amerykę w programie telewizyjnym, ale prawdziwej Ameryki nie oglądała za cholerę. A ponieważ nie była to stówa, którą onegdaj sprzedał frajerowi, należało powiedzieć: „Szoruj, pętaku, bo cię stuknę!". Jednakże „Misio" wyszedł z akademii cinkciarskiej hrabiego Dziurawca i jako człowiek wyżej dokształcony wziął pod rozwagę okoliczność, że frajer może być gliniakiem z innego rejonu, pragnącym trafić gwiazdkę na przyłapaniu fałszerzy, zagaił więc wpierw politycznie:

- Przepraszam, jeśli szanowny obywatel jest tak zwanym funkcjonariuszem, to lepiej niech tego nie robi, bo czeka obywatela duża przykrość, czyli opierdol w pracy.

- Nie jestem tajniakiem, proszę pana, chcę tylko odzyskać pieniądze - rzekł na to frajer.

Teraz „Misio" miał jasność. Nie potrzebował już opalać się, więc zagaił po ludzku:

- No to spieprzaj, kurwa twoja mać, czereśniaku, bo ze mną ten farmazon nie przejdzie! Dalij mi!

Tu „Misio" wykonał zamach ku uzębieniu frajera. Ten nie stryfił:

- Albo odda mi pan pieniądze, albo pójdę na posterunek...

- Ty w torbę jebany gnoju! - zachrypiał „Misio", łapiąc frajera za klapy, żeby strzelić mu byka na czoło.

W tym momencie pojawił się przy nich „Turek", Mikułowicz Alojz, bazarowy kapitan od „miękkie-twarde".

- Co jest? - zapytał bez zbędnej sylaby.

- Frajer bawi się w farmazona - objaśnił „Rolmops". - Wciska nam ciemnotę, żeśmy opylili lewy papier, a pan przecież kojarzy,

panie prezesie, że to jest niemożebna niemożliwość! Fartu szuka!

„Turek" przejechał dłonią z sygnetem po swojej dumie, peruce srebrnoszarej, utrzymanej jak w żurnalu dla naćpanych rencistów i dającej mu wygląd profesora, drugą dłonią prztyknął z klapy włos, którego nie było, ale tym ruchem zrobił wrażenie, iż się zastanawia, po czym wyjął z „Misiowej" graby wzmiankowaną stówę i spojrzał na nią okiem fachury.

- Partacka robota, wszystko idzie na dno - zagaił filozoficznie. -Czy łaskawy pan gotów jest przysiąc, że nabył ten bubel od kolegów?

- Jestem tego pewien.

- Czy nie zachodzi prawdopodobieństwo, że łaskawy pan się omylił albo że ktoś podmienił panu...

- Wykluczone! , „Turek" strzepnął kolejny włos, którego nie było na klapie z angielskiej gabardyny. Kapował, iż facet łga, tylko nie wiedział po co. Były dwie możliwości: albo prowok, albo cwaniaczek-amator, który chce wyfasować szmalec na grandę. Musiał te zagadkę rozstrzygnąć, powiedział więc:

- Jeśli tak, to trudno. Koledzy zapewne nabyli ów banknot od kogoś nieuczciwego, obejrzeli mało dokładnie i sprzedali panu w przekonaniu, iż jest to banknot dobry. Dżentelmeni nie kłócą się o pieniądze, zwrócimy panu należność, ale ja nie mam takiej sumy w portfelu. Chodźmy do mnie, tu blisko.

Zawodowiec nie zgodziłby się nigdy, tylko głupek, z tych, co uważają się za szpeniów, a są baranami. Frajer kiwnął głową i poszedł za „Turkiem" w stronę Brzeskiej. Pan Alojz stanął przy kiosku i kupił paczkę szlugów, robiąc persa do kulawej „Bubliczki", ta oświadczyła, że nie ma wydać i musieli rozmienić gdzieś obok, co zabrało niedużo czasu, tyle, ile było trzeba, żeby skrzyknąć jeden czy drugi kastet. „Turek" poprowadził frajera wzdłuż rampy komisu meblowego i obok stajni dorożek na opuszczony dziedziniec po przedwojennym składzie win. U stóp wysokiego muru z żółtych cegieł pamiętających ruskiego cara leżały farfocle dorożkarskiej dryndy, trochę złomu i piramida niczyich desek, w kącie stały blaszane śmietniki. Było ciemno, nad miastem wisiała chmura, zresztą nawet przy słońcu nie dało się tam opalać, boki kamienic rzucają cień. Nazywano ten placyk „mordopraniem" i kiedy przychodziła pora „lujnąć" kogoś, był izbą tortur", a gdy rozliczyć się wśród swoich obrączkami na cztery palce, to był ring.

Przekroczyli zardzewiałą furtkę i znaleźli się w przestrzeni izolowanej od świata parawanem z cegieł, jak więzienny spacerniak lub metalowa puszka, do której wrzucono kilka karaluchów. Wizawis furtki, między dorożką a kubłami na śmiecie, czekało dwóch artystów od przemeblowywania jaj, wątrób, facjat tudzież innych kawałków człowieka: Roman „Bordo" i „Groch", który był mistrzem Warszawy w półśredniej, a potem wylano go z klubu za serię prostych poniżej pasa sekretarki (w krocze, ale bez jej zezwolenia) i za to, że spieszącemu na ratunek prezesowi połamał parę żeber lewym hakiem.

- Panowie życzą?... - przywitał ich „Bordo", wypluwając peta. Frajer zrobił taki ruch, jakby chciał pryskać, ale Mikułowicz zagradzał mu drogę do furtki.

- Oni panu oddadzą - powiedział - proszę iść.

Tamten nie usłuchał, więc „Turek" złapał go za krawat i pociągnął przez plac jak bydlę do rzeźni na postronku, bezwolnego, z rękami sflaczałymi i głową zadartą węzłem, który wbił się pod brodę. Kiedy doszli, Alojz Mikułowicz poczuł, że czyjaś dłoń chwyta go za klamrę od paska, unosi ku niebu i zanurkował srebrzystym łbem w śmietnik. Zgasło mu kino. „Groch" był najbliżej, ale nie zdążył pomóc, nawet sobie. Usłyszał tylko świst powietrza. Eksplozja pod sufitem i błogość. Zbudził się wśród pielęgniarek. „Bordo" miał więcej czasu, pół sekundy; kopnął tak, żeby zabić, lecz jego gira zetknęła się z czymś, co wyrwało mu ją ze stawów; nim upadł, dostał poprawkę w czoło, jak młotem; ziemię pocałował już bez głupich myśli. Ma czarne jajco nakryte grzywką i sztywny kulas, zalewa, że spod Lenino.

„Misiek" stał „na oku", filując, czy nie lezie cham, który mógłby zakłócić rozmowę dżentelmenów. Słyszał ją, łomot był donośny kiej echo w górach: cztery razy i po balu. Potem sakramencka cisza. Odemknął furtkę, wsadził limo i zobaczył, że frajer uwalnia śmietnik od wraku generalissimusa cinkciarzy, a mumie dwóch łamignackich tapetują grunt pod kolor zaprzyjaźnionego mocarstwa. Sitowie zrobiło mu baczność, ale nie stracił pomyślunku: zablokował furtkę gazrurą i majtnął się lotem koszącym ku dzielnicy. Przy Brzeskiej wpadł na mnie, wychodziłem z rybnego.

- Słuchaj „Fokstrot"! - charknął zdyszany - szoruj na „mordopranie" i filuj, żeby nikt nie otworzył bramki! Tam jest frajer, który skasował „Turka", „Grocha" i „Bordo"... ,

- Frajer skasował „Grocha"?! - przerwałem zdumiony.

- Rób, co mówię, nie ma czasu! Leć i pilnuj, żeby się nie zmył! Gdyby wyskoczył, idź za nim, ale uważaj! Zaraz będę, tylko skrzyknę chłopaków!

I pobiegł na Różyckiego, a ja ku „mordopraniu". Furtka była szczelna, więc żeby zafilować, czy frajer tam jest, wspiąłem się po beczce na mur i usiadłem; okapy robili kiedyś szerokie, do tańca. On też siedział, na stopniu rozwalonej dryndy, spokojnie, jakby czekał w lokalu, aż zjawi się kelner. Usłyszał i podniósł głowę. Chciałem zeskoczyć, takiego dostałem pietra, lecz coś mnie usztywniło: jego budzące cykor, jak wylot dubeltówki, ślepia, wwiercały się podwójnym korkociągiem, przytrzymując za twarz. I coś jeszcze: znałem go! Sprzed półtora roku, może dwóch, wszystko jedno - takiej gęby nie da się zapomnieć lub pomylić.

Na górze był wiatr, ciął jak kosą. Kuliłem się i nie przestawałem patrzeć na niego, a on patrzył na mnie. Cykoria odeszła, teraz czułem inny lęk, niby aktor w jakiejś dziwnej tragedii odstawianej na dachu wieżowca lub na wyspie, gdzie huragan wyrzucił dwóch facetów i odebrał im głos. Ale to on miał grać, siedział na środku sceny, ja miałem balkon. Czasami kierował wzrok w stronę furtki, potem unosił i spoglądał mi w twarz, bez zaciekawienia, gniewu lub czegokolwiek, jakbym był rzeźbą, którą trzeba zbadać, ale która nie budzi żadnych wzruszeń. Dzieliło nas trzydzieści metrów, lecz zdawało mi się, że mam go przed sobą i nawijamy, a to gadała cisza.

Jęk uchylonej furtki przywołał rzeczywistość. Czujne ślepia obmacały teren i furtka, pchnięta kopem, wpuściła na plac bandziorów z Różyckiego. Dawno nie widziałem podobnej rakiety. Był Zygmunt „Drukarz", który robił z hartowaną stalą to, co inni z gumą, Lońka Żyd", co potrafił znienacka kolnąć paluchami gały, oślepiając klientów na chwilę lub dożywotnio (i zawsze trafiał czas jak szwajcarska omega, można było zamówić oślepienie pięciominutowe, półgodzinne albo dłuższe, nigdy się nie pomylił), były Lewandoszczaki, twarde sztuki, tłuc ich i bić w ścianę wychodziło na jedno, każdy cios brali jak worek do ćwiczeń, a kiedy przyładowali sami, nie trzeba było poprawiać (raz widziano pojedynek między nimi o dziwkę, wyglądali jak dwa dęby okładające się konarami, padli razem, ze zmęczenia), było kilku bokserów po „Pierwszym kroku" i po ostatniej wódeczce, która ich wykolegowała za ring, paru łamignatów od mokrej fuchy, majstrowie mojki, kastetu i noża (w tym Binio „Rzeźnik", zwany też „Kosą", pierwsza klinga prawobrzeżnej Warszawy), oraz geniusz „trepanacji" łbów rowerowym łańcuchem, Czesio „Królak" (od tego Królaka, co zakosił wyścig) - w sumie trzynastu, feralna liczba dla frajerów, nawet takich, którzy umieją zaszurać. Ten nasz miał z głowy, współczułem mu.

Ujrzawszy ich podniósł się i zrobił krok do przodu. Obskoczyli go, przygarbieni, ze ślepiami nabiegłymi krwią, żelazo w co drugiej łapie. Stado wilków wokół jelenia. Było ich tylu, że nie kojarzyli, który ma rozpocząć; to dało mu czas na założenie mowy:

- Trzynastu wspaniałych przeciwko jednemu, gratuluję rycerzom... O któregoś mniej i byłoby jak w Piśmie Świętym, zrobiłbym was apostołami i dałbym się ukrzyżować, ale to inne kino, polski western... I jeszcze te przyrządy naukowe, bez których zesralibyście się w portki!

Podziwiałem go. Nie miał szans, powinien żebrać o litość, a pyskował, zwiększając zadzior, którym się naładowali przeciw niemu. Wiedziałem kim był: instruktorem karate. Kiedyś kumpel zaciągnął mnie do klubu, żebym spróbował, szło mi jak krew z nosa, a do tego nie chodziłem regularnie, bo zawsze coś mi wypadło. Po trzech tygodniach dałem spokój. On nie mógł mnie pamiętać, trenował kilkudziesięciu chłopaków, wszyscy w kimonach, biała masa, podobni do siebie jak Chińczyki. Ja go zapamiętałem. Kilku urków rozmieszałby na luzie. Ale nie trzynastu z łańcuchami, to jest możliwe tylko w filmach, po których idiota wyobraża sobie, że i z niego taki gieroj, co w obronie dupska jakiejś dziewuchy rozwala bandę czarnych charakterów samą lewą ręką, bo prawą trzyma akurat w gaciach tej pani. Potrafiąc się bić i wyklinając trzynastu, miał szansę zawodowego pływaka, który po utonięciu łajby żabkuje przez ocean i klnie boga mórz. Pływanie to jego fach, ale do brzegu jest za dużo mil.

Cisza przez parę sekund, tylko wiatr, który zdmuchnął czapkę Piotrusiowi „Lakiernikowi". Facet rozejrzał się po tych mordach i spytał jakoś dziwnie, miękko i kobieco, tak pytają młode nauczycielki:

- Czy nie ma wśród was choć jednego człowieka?... Tylko jednego, który zechce mi pomóc, osłoni mi grzbiet... Żebym nie dostał z tyłu i żebym nie zwątpił w ewolucję.

Gówno zrozumieli, a już ten ostatni wyraz, turecka mowa. Zdawało się im, że on cykoruje i właśnie pękł. Ja zadrżałem, jakby jego prośba o pomoc była skierowana tylko do mojego serca. Czułem, że... chcę mu pomóc! Ale stryfiłem: zatłuką mnie! Strach to paragraf, który tak samo powstrzymuje człowieka od czynienia zła jak i dobra, tchórze żyją w zdrowiu, szczęściu i pomyślności.

Dwa głuche rąbnięcia, takim piorunem, że przegapiłem kto skoczył. Jakbym się spóźnił na film - patrzę, dwóch leży. Inni doskakiwali z przodu, z tyłu i z boków, zawadzając sobie, ale z każdą chwilą robiło się im luźniej, bo coraz to któryś wywijał orła i sztywniał w głębokiej kimie albo jęczał, z kolanami pod brodą, jak ukrzywdzona Dziunia. Bruce Lee tak kasuje pętaków, ale przed kamerą to i ja bym mógł, gdyby mi się nadstawiali. Tu szło bez bajeranctwa, krew była krwią, a łomot był łomotem. Patrzałki wychodziły mi na zewnętrz, raz w życiu oglądałem taki cyrk, ja chromolę!

Widzieliście pajaca z drewnianych deseczek, co jak ruszyć linką, jego ręce machają w górę i w dół? Albo wiatrak młyński, którego skrzydła prują powietrze, kiedy jest silny wiatr? Jego graby i nogi pracowały właśnie w ten deseń, rytmicznie i szybko, jak błyski majchra, jak płomienie z lufy kulomiotu na ruchomej podstawie, we wszystkie strony, a każdy pocisk skreślał jednego klienta. To było niemożliwe, ale tak było!

Po kilkudziesięciu sekundach zostali we trzech: on, młody Lewandoszczak (starszy, z własnymi zębami w przełyku, turlał się pod murem) i Czesio. Czesio zachodził od tyłca, młynkując nad głową rowerowym łańcuchem; Lewandoszczak stał z przodu, brał na korpus straszliwe ciosy i nie przewracał się, czekając, aż „Królak" zahaczy żelazem łeb tamtego. Łańcuch wirował coraz bliżej i szybciej, nie było już widać, tylko świst od młynka wypełniał „mordo-pranie". Tamtem zrozumiał, że ma pół sekundy i padł na ziemię, a żelazo śmignęło nad nim. Leżąc wykonał cztery ruchy niemal jednocześnie, trudno to opisać. Strzelił girą i jego but wbił się od dołu w pachwinę Lewandoszczaka, wyrywając z gardzieli trafionego zwierzęcy krzyk - Lewandowski fiknął i łapał powietrze jak ryba, z dłońmi na jajach, siny, prawie czarny, szmata. W tym samym momencie ramię karateki osłoniło głowę przed spadającym nań łańcuchem, który owinął się wokół rękawa. „Królak" powinien puścić łańcuch, ale nie zdążył i szarpnięty, poszedł głową do dołu, a tam już czekało kolano drugiej giry leżącego. Nos Czesia chrupnął jak faworek, zmieszał się z kawałkami szczęki, zębów i kości policzkowych, i było po Czesiu.

Było po wszystkim - wszyscy leżeli, ale tylko „frajer" mógł się podnieść. Uwierzyłem w to, co na filmach jest bujdą.

Wstał i odwinął łańcuch z przedramienia. Miał urwaną nogawkę, rozpieprzone kolano, a spod łacha, który kiedyś był rękawem, ciekł strumień krwi, przez co dłoń zrobiła mu się całkiem czerwona -rowerowy skalpel tak go urządził. Spojrzał na mnie, jakby chciał coś gadać, ale nic nie rzekł, pokuśtykał w stronę furtki. Wiatru już nie było, ciszę haftował kogiel-mogiel jęków i przekleństw. Zobaczyłem, jak „Partyzant" unosi się na łokciu, wyciąga maszynę i celuje tamtemu w plecy. Gdybym truł, że skoczyłem, bo chciałem faceta ratować, nikt nie udowodniłby, że polewam, tak wyglądało. Ale to nie ja skoczyłem, tylko coś, co było wtedy we mnie od jego oczu, przez tę rozmowę bez słów, kiedy filowaliśmy na siebie, coś niby wewnątrz, lecz poza mną, bez mojego chcenia. Nie umiem tego nazwać, ale jestem pewien, że właśnie takie szajby produkują bohaterów: wyprzedzają rozsądek o piczy włos. Gdyby pomyślunek u ludzi był szybszy, krzyże walecznych zostałyby tylko w ruskich filmach.

No więc to „coś" zepchnęło mnie z muru, nie pytając, czy się zgadzam. Pofrunąłem jak kaskader, zelówką na maszynę „Partyzanta". Walnęło. Pocisk, który przebił mój but, onucę i paluch, zmieniwszy tor kropnął w cegły. Tamtemu podarowałem życie; „Partyzantowi" również: dostałby krawat za morderstwo, albo od razu utłukliby go kumple „frajera". Czekali obok. Cholerny świat, dałbym głowę, że jestem jedynym widzem na sali! Na balkonie owszem, ale był jeszcze parter.

Jakiś czas orbitowałem bez przytomności, chyba krótko, zbudził mnie deszcz. Tamten stał nade mną, źle go widziałem, był rozmazany, jak na nieostrym zdjęciu. Krople wody, ciężkie i gęste niby prysznic, opluwały mi twarz, chciałem coś powiedzieć, ale w otwartą gębę ciekło jak z rury. Usłyszałem ten głos:

- Zabierzcie chłopaka...

- A co z tamtymi...? - spytał inny głos.

- Bóg.

- Jak to Bóg...?

- Bóg z nimi, jeśli ma dla nich czas. A jeśli jest zajęty gdzie indziej, to już nie moja wina... Podnieście go.

- Szefie, dwóch może wykorkować, będą kłopoty...

Nie wiem, co tamten odpowiedział, kinematograf mi wysiadł. Jeszcze raz się ocknąłem, kiedy zdejmowali mój prawy kapeć, a potem to już w szpitalu kolejowym obok „mordoprania". Jego ludzie mieli rację: Binio „Kosa" przekręcił się tam, gdzie dają palta z desek, kilku innych pożegnało własne zdrowie dożywotnio. Przez cały miesiąc w dzielnicy mówiono tylko o tym.

Ja mogłem utracić kulasa i nigdy bym już nie zatańczył, musiałbym zmienić ksywę. Postrzelona girą dostała jakiejś gangreny, lekarze ni mru-mru, ale pacjent z takim ścierwem to sejsmograf; ze spojrzeń i z min, które robili podczas każdego obchodu, wyniuchałem: kombinują, sukinsyny, ciachać czy nie ciachać? Pakowali w mój drętwus jedną szpilę za drugą, dożylnie i domięśniowo, litrami. Nic nie bolało, żadnego czucia, jakby kłuli pień. Aż któregoś dnia powiedzieli, że najgorsze minęło, jestem po przesileniu. Kij wam w oko, palanty, nie wasza zasługa, o przesileniu wiedziałem, bo miałem taki sen, w którym to się stało!

Są rzeczy, co ciężko idą na papier. Czy można opisać, jak pewien magik kilkunastoma ruchami kopyt rozwala paczkę niezgorszych bandziorów? Dajcie mi taśmę filmową, będzie git, ale pióro? Napociłem się przy tym, jak bydlę w zaprzęgu i wyszła niby prawda, tylko że transmisja radiowa z meczu to też prawda, a porównajcie ją z meczem oglądanym na żywo. I powiem wam: tamto było betką przy opisie, jaki teraz chcę zrobić. Chcę opowiedzieć mój sen.

To jest tak: kimasz, widzisz w kimie różne obrazy, całe zdarzenia, krok po kroku, naturalne niby w dzień. Potem się budzisz i jesteś zdziwiony: pamiętasz wszystkie detale, one grają, tylko całość wygląda dziwnie głupio, bez nijakiego składu. Więc lepiej tego nie opowiadać, bo gdzie sens?... Aleja muszę to opowiedzieć.

Kiedyś wiozłem „Księcia" i „Petra" pod bank na Czackiego. Przy domu Braci Jabłkowskich ciężarówka stuknęła gablotę, piknik w zafajdanym korku. Włączyłem radio. Literat nawijał, że genialne pomysły senne, przy których on się budzi, aby je zanotować, rano , okazują się komiksem dla ubogich, można o dupę potłuc. Sen nic nie wart, ludzkość traci jedną trzecią egzystencji, medycyna przyszłych pokoleń znajdzie na to lek. Jakiś pytacz z radia miętosił go, a ten mu truł ćmoje-boje. „Książę", zajęty na tylnym siedzeniu pogaduchą z „Petrem", usłyszał, bo nagle warknął:

- Głąb!... Elita intelektualna, chluba narodu! Tombak!

- Inteligencja ludowa, panie szef - zgodził się „Petro" swoją modą, filozoficznie. - Kultura masowa, siła przodująca, cywilizacja fryzjerów. „Myśl nowa blaski promiennymi..."

Pogadali sobie, mieli wspólny charakter mędrkowania, takie luzackie kpiarstwo, co nie każdemu wychodzi, cholernie ciężko podrobić styl, a jeszcze ciężej luz: wszystko jakby od niechcenia. Było w ich grze coś z brydżowej licytacji: dwóch wirtuozów rozmawia szyfrem i mają z tego frajdę. Tam, w korku, mówili, że facet nie kapuje, iż sen oraz jawa to dwa światy całkowicie odmienne, nie można decydować, który jest lepszy, nie wiadomo nawet, który prawdziwszy, tak jak nie wiadomo, czy umysł wariata jest gorszy od zdrowego mózgu, to po prostu inna realność. Ale ich wniosek był taki sam: nie powinno się wywlekać snów z mrocznej ciszy ku słońcu, bo przenosić jeden z tych światów do drugiego znaczy kopsnąć rybę na brzeg - wówczas ona zdycha.

Jednak ja opowiem moją szpitalną kimę, choćby miało to wypaść ni w pięć ni w dziewięć; było w niej coś proroczego i to coś wróciło na samym końcu mojej podróży z „Księciem"; kiedy poznacie ów koniec, odechce wam się śmiać.

Kimałem, że jesteśmy powstańcami, ja i kilkunastu chłopaków. Nie znałem ich, chociaż w kimie musiałem ich znać, zasuwaliśmy razem, wszyscy dla siebie swoi, ale nie pamiętam żadnych facjat, które mógłbym rozpoznać. Byliśmy oddziałem lub resztką oddziału, bo spieprzaliśmy. Nie wiem, które to powstanie, o tym nie było mowy. Dawaliśmy kurewskiego dyla, ktoś nas gonił, straszny wróg, też nie kojarzę, co za swołocz, bo się nie oglądałem. Wpadliśmy we drzwi domu, to była jedyna droga ucieczki, a ten dom był wieżowcem. Śmigaliśmy po schodach do góry, w każdym tyłku pracowała honda, giry niosły odrzutowo. Na dziesiątym piętrze stanęliśmy; w jednym z mieszkań kilku facetów dyskutowało, czy już będzie dość, czy mamy biec dalej. Przez otwarte drzwi widać było wnętrze dużego pokoju, słowa mieszały się z dymem szlugów. Byli filmowcami, mieli kamerę. Nie mogliśmy czekać, co postanowią, wróg się zbliżał. Znowu do góry, po kilka stopni, ze spluwą w grabie, coraz ciężej, czułem fizyczny ból. Schody nie miały końca, a cykor nie dawał odpocząć. Na co liczyliśmy? Jasne, że nie na dach, bo tylko w normalnej chałupie można prysnąć po dachach, a to był, kurwa, wieżowiec. Liczyliśmy na niebo, że zwiejemy do nieba i tam znajdziemy ratunek. Nie myślałem o tym podczas biegu, dopiero jak wpadliśmy na ostatni podest i zobaczyłem klapę w suficie, ucieszyłem się razem z innymi: za chwilę będziemy u Pana Boga, a oni będą nam mogli naskoczyć, nie dostaną nas, taki fiut! Rzuciliśmy się do tej klapy, żeby ją odemknąć i nagle ujrzeliśmy coś, od czego zrobiło nam się słabo, opadły ramiona, patrzyliśmy z przerażniem w tę blachę, wiedząc, że nie mamy już żadnych szans. Na klapie widniały słowa we wrogim języku, przeklęte liternictwo tych, co za nami gonili. To było wejście do ich nieba! Rozpacz w żyłach można czuć jak alkohol, z tyłu śmierć, z przodu piekło. Zamknąłem oczy.

W tym momencie przebudziłem się; leżąc z otwartymi oczami wciąż widziałem ten cholerny napis i czułem ten gniew, który pali ciało bezradnego człowieka. Potem był obchód i werdykt: pozytywne przesilenie.

Jeszcze z miesiąc kiblowałem na szpitalnym. W przeddzień wypisania, koło północy, ktoś mnie zbudził, szarpiąc i zatykając dłonią pysk, żebym nie krzyknął. Świeciła tylko lampka we wnęce z kontaktem alarmowym, lecz pokój był księżycowe widny. Ujrzałem nade mną facjatę „Petra". Nie znałem go (a on nie nosił tej ksywki, dostał ją później), chociaż widywałem czasami. Gienek mówił o nim, że kiedyś był rekinem na całej Pradze, ale miał obciach i spadł z układu. Więcej niż pięćdziesiąt, mniej niż sześćdziesiąt, łysy, ze srebrnym wiankiem od ucha do ucha. Emeryt nie zgorzkniały, ani wałkujący przeszłość, więc niegroźny dla nowych kapitanów. Chociaż nic nie znaczył, wszyscy go lubili, ferajna tykała go grzecznie, per: „szaconek!", niektórzy: „jak zdrówko, panie Mieczysławie?", dla pętaka, którym byłem, za wysoki próg.

Powoli cofnął grabę z mojej jadaczki i przyłożył palec do swoich warg: ciiiii...! Odszedł, zafilował, czy towarzystwo kima, wrócił i szepnął:

- „Fokstrot", dlaczego pomogłeś temu frajerowi?

Zdębiałem. Walnął bez podchodów, licząc, że trafi z zaskoczenia. Przeliczył się:

- Jakiemu frajerowi?

- Ciiiiszej!... Dlaczego mi pieprzysz?!... Nie jestem twoim wrogiem, głupku!... Chcę się z nim skontaktować. Myślę, że ty go znasz... musisz go znać, inaczej byś mu nie pomógł. Tylko nie truj, że serce ci się kroi jak kilku nasuwa jednego, więc odstawiłeś dobry uczynek!

„Takiego wała! - pomyślałem - niedoczekanie twoje, płyń! Chcecie, go załatwić, szukajcie sami, ale przedtem zróbcie testament, bo na własnym podwórku on spuści wam lepsze manto". Przycisnął:

- „Fokstrot", radzę ci gadać!

- A jak nie?

- A jak nie, to jutro będziesz dętką. Oni czekają na twój powrót do domu, delegacja, kapujesz, powitanie, wyrazy wdzięczności, bukiet z naostrzonych brzytew. Rano obstawią drzwi szpitala, żebyś nie prysnął. Dlatego chcę cię ewakuować teraz, załatwiłem z lekarzami. Mam bezpieczną metę, gwarancja. Ale coś za coś. Powiesz mi, kim był ten frajer. Jest mi potrzebny, chcę się z nim dogadać. No więc?... Idziesz ze mną?

- Po ten bukiet?

- Synu, możesz mi nie wierzyć, ale czy masz wybór? Jeśli pracuję dla nich, to tylko trochę wcześniej powąchasz te kwiatki. Jeśli pracuję dla siebie, to jestem twoją szansą.

Była trzecia możliwość: robi dla nich i dla siebie, walcząc o powrót na jakiś szczebel drabiny. Nie gadał do głupiego, ale po co miałem mu to udowadniać? Nawijał dalej:

- Zostaniesz tu - wygrasz kilka godzin. Idąc ze mną, możesz się uratować. Bądź nieufny, ale nie bądź kretynem.

Nie chciałem być kretynem. Bałem się, że kiwa, lecz jak mogłem sprawdzić - nie miałem wyboru. Sypnąłem mu, w którym klubie robi „frajer". Lub robił, skąd mogłem wiedzieć, czy wciąż tam biega, ale „Petro" nie chciał nic więcej, odszukałby dane w archiwum klubu. Moje łachy miał przy sobie.

Cieć wypuścił nas jak z baru hotelowego, taaaaki ukłon. Brzeska niby opuszczona dekoracja do filmów o sanacyjnej męce proletariatu, ciemność i wilgotny chłód. Naprzeciwko wejścia, po drugiej stronie jezdni, fiat 125. Usiedliśmy z przodu. „Petro" chciał zapalić. Kontrolka trup, rozrusznik też -jakby dłubał kluczykami w zębach.

- Co jest, cholera!? - zaklął. - Wszystko było dobrze!

Ale przestało być. Czułem, że to nie przypadek, strach dusił mi krtań, po bebechach mdliło, nie mogłem opanować drżenia. Wtem obok gabloty pojawił się gość w brezentowej kurtce. Szarpnął drzwiczki i spytał:

- Pomóc panu?

Zobaczyłem drugiego przy moich drzwiczkach. „Petro" przełknął taką porcję śliny, że mimo sadła widać było skaczącą grdykę.

- Z kim mam przyjemność?

- Pomoc drogowa, szanowny panie.

- Nie wzywałem.

- Staramy się uprzedzać życzenia klientów. Nawiasem mówiąc nie będziemy pomagać panu, lecz temu młodzieńcowi, którego pan obudził. To pański syn?

- Kumpel.

- Ze szkoły?

- Panie, czego pan chce?! - rozzłościł się „Petro" (już na luzie, bo teraz kombinował, że gliny).

- Przesadzić pana do tyłu. Zrobi pan to samodzielnie, czy pomóc?

„Petro" przesiadł się sam, a facet, który z nim gadał, zajął jego miejsce. Po bokach „Petra" usiadło dwóch (jeden z nich wcześniej otworzył maskę i gmerał w silniku). Spojrzałem na tego przy kierownicy i aż mną trząchło: kurka wodna, skąd ja znam ten ryj?... zaraz... pamiętam, filowałem na niego jak przez mgłę... tak!... był wśród facetów, którzy wynosili mnie z „mordoprania"! I głos! To on powiedział: „Szefie, dwóch może wykorkować, będą kłopoty". Wiedziałem, że się nie mylę, od szczeniaka najlepszą ze wszystkiego miałem pamięć i to mi zostało (refleks też miałem morowy i smykałkę do czterech kółek, nikt na Pradze tak nie jeździł, ale „Książę", choć błagałem bez ustanku, nie dał mi sprawdzić się w rajdach).

Ruszyliśmy. Facet kierował nieźle, nocą każdy głupi potrafi, pustynia. Nikomu nie chciało się lać głodnych kawałków, jak „Petro" spróbował, od razu przymknęli mu dziób:

- Proszę panów - zagaił - ten człowiek mógł stać się obiektem dintojry. Chciałem mu zapewnić bezpieczeństwo...

- To mamy wspólny cel, wujku, my w tej samej sprawie - przerwał któryś z siedzących obok niego. - Tylko że po dwudziestej drugiej obowiązuje cisza nocna, nie wolno zakłócać sąsiadom, więc stul japę!

Od tej pory słychać było rozrząd i luzy panewek w silniku. Brzeska, Kijowska, Targowa. Pod wiaduktem zatrzymaliśmy się. Jeden wybył i wsiadł do gabloty, która migała za naszą. Teraz my pojechaliśmy ich śladem. W Zamojskiego, do Ronda i przy Stadionie aa Wał Miedzeszyński. Znowu stop, koniec rejsu. Złaziliśmy po drewnianych schodkach ku rzece. „Petro" musiał puszczać w kaleson ze strachu. Mógłbym go uspokoić, lecz nie byłem pewien, czy zasłużył -czy nie chciał mnie zwabić gdzieś, skąd wraca się na łokciach lub na plecach:

Weszliśmy do hangaru z kajakami. Dwie żarówki oświetlały całe wnętrze. Tamci zamknęli bramę, usiedli na stercie kapoków i walnęli sobie po szlugu, nam robiło się coraz zimniej. Też bym obciągnął dyma, własnych nie miałem, a prosić? Staliśmy w przejściu między pionami platform, „Petro" wyglądał na nieboszczyka, który umrze po raz drugi. Nie wiem, ile trwało to czekanie, mój sikor zatrzymał się w przechowalni szpitala. Długo. Nareszcie skrzyp drzwi i wszedł człowiek, którego brakowało. Klasyczna elegancja trenerów: sztruksowa katana, a pod nią golf. Zbliżył się do mnie i spytał:

- Noga w porządku?

- Noga?... tttak... - wybąkałem.

- Złego diabeł nie ruszy. Dziękuję ci, „Fokstrot".

- Za co?

- Za tamto. Jestem twoim dłużnikiem.

I odwrócił się do starego. Głos miał nie zmieniony (tylko w oczach coś, że „Petrowi" jeszcze bardziej zmiękła rura). Powiedział:

- Nauczono mnie: szanuj starszych ludzi. Gdybym miał dziecko, wpoiłbym mu ten sam respekt i nie chciałbym, aby widziało, co teraz zrobię, gdyż utraciłbym w jego oczach wiarygodność.

Zawsze rumiane poliki „Petra" przybrały kolor cementu, łapał rybi dech, w końcu padł na wznak, druzgocąc wiosła wsparte o siebie jak drzewce wigwamu. Tamten krzyknął:

- Wody!

Ułożyli biedaka na platformie remontowej, a kiedy spryskali mu twarz, jęknął:

- Nitro...

W kieszeni miał buteleczkę... Potem stali naokoło, jak ekipa chirurgów modlących się, by pacjent nie odwalił kity.

- Przenieście do wozu - powiedział ten w golfie. - I na Hożą. Kiedy ci z pogotowia będą pytali, powiedzcie, że znaleźliście go pod wiaduktem.

„Petro" zrobił słaby ruch, dając znać, że nie chce. Otworzył ślip i wybełkotał:

- Najpierw... gra pan... rolę... oprawcy... a teraz... salwuje... Sruje-pierdziuje-tokuje po chińsku, a ty jesteś dupa, bo nie byłeś prymusem w czytankach z wyrazami obcymi! - szlag mnie trącał, kiedy nie kojarzyłem mowy (dlatego później uderzałem do słownika, jak stara baba w modlitewnik). Golf wzruszył ramionami:

- Zafundować ci chorobę mógłbym, ale korzystać z twojej choroby nie chcę. Tylko nie poddawaj mojego humanitaryzmu kolejnej próbie, bo on może jej nie wytrzymać. Powiedz swoim kolesiom, czy zleceniodawcom, że odetnę każdą łapę, która zamierzy się na „Fokstrota"!

- Musiałbym w tym celu urządzić akademię i przemówić do nich z trybuny - rzekł „Petro", siadając - bo osobistych kontaktów nie utrzymuję z żadnym. Słowo honoru! Prędzej już mógłbym wymalować na murach Pragi białą farbą: „Ręce precz od «Fokstrota»", ale za skuteczność nie odpowiadam. Takie hasła cieszą się u nas opinią, która niezbyt dodatnio wpływa na poziom percepcji ludu. Ewentualnie, gdybym wpadł z puszką i z pędzlem w ramiona przedstawicieli ludowej władzy, byłbym primo: wzięty za sabotażystę, który broni tańców reakcyjnej kliki pułkownika Becka, czyli atrybutów starego reżimu, sekundo: skazany za discofobię, czyli dywersję przeciw wezwaniu „o dalszy dynamiczny rozwój".

Zeskoczył na beton i otrzepał garnitur uwalany trocinami. Był geniuszem, potrafił nawijać każdą kminą - kozaczył z kozakiem, glinił z glinami, na Uniwerku wstawiłby taką mowę, że wzięliby go za swojaka. Pod ten golf strzelał wyrazami i żartami, które były obliczone na to, że golf się spruje i kupi. Ale to nie był jego główny numer, okazało się, że jest bardziej genialny, niż sądziłem. Bo wszyscy, słuchając jak polewa, mocniej niż od tekstu zgłupieli od tego, że mu zawał przeszedł niby krótki kaszel albo smród z puszczonego bąka. Wańka-wstańka, panie panowie, jak pragnę szmalu! Golf wycedził:

- Numer z nitrogliceryną, duża nowość... Jeden zero dla ciebie. Do przerwy!

Pysk „Petra" zamienił się w uśmiech:

- Jaka tam nitrogliceryna, pastylki z miodu. Środek na sytuacje ekstremalne. Wygodny, nie uwiera pod pachą ani nie obciąża kieszeni... W moim wieku to jedyna szansa przy spotkaniach z ludźmi, którzy najpierw biją, a pytają później, lub w ogóle nie pytają.

Jeden z tych, co nas zgarnęli koło szpitala, rudy młodzik w dżinsie, sczerwieniał pod kolor własnych sitowi i zaryczał:

- Zgryyywusek! Dowcipaaaasek! Wyyyjdziesz sto... stąd nooooogami do... doooo przoooodu, tyyy...! „Petro" spojrzał na jąkałę ze zdziwieniem:

- Człowieku, mój sznur przed chwilą się urwał! Cywilizowani ludzie nie wieszają po raz drugi...

Golf przypatrywał się milcząc, a stary cwaniak kuł żelazo, korzystając z tego, iż jest przy głosie:

- Bóg mi świadkiem, że chciałem uchronić „Fokstrota" od din-tojry. Nie bez własnych widoków, prosiłem o kontakt z panem, bo mam interes, który może...

- Jaki kontakt! - przerwał mu golf. - Ten chłopak mnie nie zna!

- Założy się pan?

Wzrok golfa żądał natychmiastowej odpowiedzi. Powiedziałem, skąd go znam.

- Mówiłeś o tym jemu? Albo komukolwiek? - spytał.

- Nie... nikomu o tym nie mówiłem.

Pofilował na ,,Petra", w oczach miał kłującą złośliwość.

- Jasnowidz jesteś, panie kontaktowy?

- Coś w tym rodzaju. Mam taki talent, potocznie nazywany domyślnością, a w literaturze kryminalnej dedukcją. Jeszcze przed Conan Doylem Edgar Allan określił to jako „zdolności umysłowe zwane analitycznymi". Pamięta pan „Zabójstwo przy rue Morgue"...

- Nie pamiętam. I nie kontaktuję! Mów prosto.

- A robię coś innego? Za to pan kręci. Pan doskonale kontaktuje. Nie urządzam panu testów na inteligencję, tylko odpowiadam, nawiązując w rozmowie do czegoś, co stanowi dla mnie oczywisty fakt. To zbrodnia, obelga, czy co? Mamy rozmawiać knajackim wolapikiem?!... Czas już na trochę grzeczności, mój panie, nie zniosę dłużej...

- Założysz się?

„Petro" wybrał zły moment na rozprostowanie nóg. Groźba

wyrażona tą propozycją podcięła kolana jego tupetu, musiał dalej znosić upokarzającą rolę przesłuchiwanego, udawać, że ślina to deszcz, klajstrować dziurawą dumę językiem. Utraciwszy godność, nie utracić stylu. Był mistrzem tej konkurencji. Dobry jest w niej co drugi człowiek, ale ilu potrafiłoby to robić wewnątrz klatki z tygrysami?

- Założę się. Że pan czytał „Zabójstwo przy rue Morgue". To właśnie uważałem za oczywisty fakt i nie było w moim odezwaniu żadnych intencji ubocznych, można chyba powołać się w rozmowie na coś znanego obu partnerom? Gdyby pan był ignorantem, z mojej strony stanowiłoby to nietakt, ale pan nim nie jest.

- Tego też się domyśliłeś?

- Owszem. Powtórzono mi kilka bonmotów, które pan wygłosił do swoich ofiar przed jatką. Pewien rodzaj, nazwijmy to artykulacji, zdradza pewien poziom wykształcenia i oczytania. Mógł pan akurat nie czytać Poego, ale na tym poziomie jeżeli nawet nie zna się treści, pamięta się duże nazwiska i tytuły, to podstawowy bank nazw, który inteligent ma w głowie, jak harcerz tytuły obozowych piosenek. Półinteligent również, ale brakuje mu tego specyficznego poczucia humoru, które wzrasta wyłącznie na glebie prawdziwej inteligencji ożenionej z czytankami bogatszymi niż lektury szkolne, komiksy i plik gazet. Dramat, który pozwala, jak pan to ładnie ujął, wątpić w ewolucję, polega nie tylko na tym, że dookoła alkoholizm, analfabetyzm, brud i bydlęcość, czyli to, co pan nazwał polskim westernem, lecz może bardziej na tym, iż armia wyposażonych w dyplomy, tytuły i stanowiska przygłupów, gigantyczna mierzwa kultury obrazkowej, zawładnęła mianem inteligencji i wyznacza coraz niższe kryteria poziomu. Terror umysłowego bagna. Jedyną dobrą stronę tej sytuacji stanowi fakt, że wyjątkowość prawdziwego intelektu to hermetyczny zakon, rodzaj masonerii mózgów, przedstawiciele tej ginącej rasy identyfikują się w kilku słowach czytelnych jak hasło i odzew.

Golf burknął przez dłoń kryjącą ziewanie:

- Wolnomularzu, skracaj umizgi, bo poznasz masonożerczy kanibalizm.

Chłopakom, którzy stali obok, imponowało, że szef tak ładnie punktuje. Nie załapywali czegoś, co ja już zdążyłem. Teksty, które sprzedawał „Petro", wcale nie wnerwiały golfa, na odwrót, z każdą chwilą głaskały przyjemniej. Widziałem to w jego ślepiach; atakował bardziej z rozpędu niż potrzeby, ta już nie istniała. Łabędzi śpiew. Stary wycwaniony kornik drążący jego próżność wiedział, że zdarzają się jednostki, które mogą przetrzymać każdy ból, największe zmęczenie i najdziksze chlanie, lecz odpornych na pochlebstwo nie ma. Jest co prawda wilczy dołek i dla komplementującego - przeciągnięcie strun. On był na to za mądry:

- Ja panu nie kadzę, tłumaczę tylko, skąd wiem o pańskiej przynależności do określonego bractwa.

- Braciszku, miałeś mówić o tym, skąd wiesz, że „Fokstrot" zna mój adres!

-To samo źródło, wyczyn zwojów mózgowych. „Fokstrot" postąpił dziwnie. W jego środowisku i w jego sytuacji był to akt szaleństwa, a w każdym szaleństwie jest okruch metody. Gdyby pana nie znał, patrzyłby spokojnie, jak wdeptują pańską nieśmiertelną duszę i bohaterską cielesność podeszwami w ziemię przodków... Tak dedukowałem, co nie znaczy, że byłem pewien, w dedukcji jest naturalne ryzyko błędu. Podobnie ma się rzecz z hekatombą, którą pan wykreował. Nie jestem pewien, czy z zemsty, może tylko dla junackiego splendoru, dla przekonania swoich uczniów o wyższości sal treningowych nad podwórkami, sportu nad bandytyzmem, sztuki nad liczbą i materią. Dedukcja to logika, lecz wielka dedukcja to logika w ramach intuicji. Intuicja... Przyjmę wszelki zakład, że grał pan wyłącznie rolę hrabiego Monte Christo z białą laską!

Golf popatrzył na niego jak na wariata.

- Z czym?!

- Ślepego Monte Christo. Pan wziął odwet na przypadkowych indywiduach, bo nie miał pan wpływu na dobór tej zgrai. Być może liczył pan na uśmiech losu, na to, że będzie wśród nich pański wróg i być może tak było, tego nie mogę wydedukować, ale mogę wątpić, bo wiem, iż wiara bardzo rzadko przenosi ciężar marzeń. Dokonał pan zemsty po omacku. Ergo - nie dokonał pan zemsty wcale.

Na wiecach robi się tak cicho, gdy ktoś zapoda: „A teraz uczcijmy minutą ciszy...". „Petro" wystrzelił przedostatni nabój i czekał, a milczenie golfa było zbiorowym kneblem, tylko on miał prawo głosu. Musiał coś rzec i może się zastanawiał, a może zatkało go od celnych trafień „Petra", tak czy owak wciąż milczał, wpatrując się w gębę starego.

- Kim ty jesteś?! - uderzył nagle jak ktoś, kto wchodzi do swej chaty i widzi obcą figurę w szlafroku.

- Przymusowym rencistą bez renty, marzycielem bez złudzeń, nałogowym wypełniaczem kuponów totka bez szczęśliwej niedzieli, bo tu dedukcja się nie sprawdza. Kiedyś należałem do prominentów prawego brzegu, Grochów stanowił moją włość, ale wydziedziczono mnie...

- Kiedy?

- Uuuu! Kopa lat, w sześćdziesiątym ósmym.

- Więc w sześćdziesiątym piątym byłeś władzą na Grochowie?

- Władzą była władza, ja byłem panem na Grochowie, szefem tego Grochowa, który nie lubi zadawać się z władzą.

- Półświatek?

- Półświatek, margines, podziemie kryminalne, jak pan woli. Od małego do dużego interesu, zdarzały się i bardzo duże.

- A Praga?

- Praga była lennem mojego... przyjaciela... obaj podlegaliśmy faraonom prawobrzeżnych dzielnic. Ale znałem Pragę dobrze, mieszkałem tu.

- Musiałeś więc znać wszystkich jej bandziorów...

- Co do jednego.

- I każdą głośną sprawę...

W tonie „Petra" zadźwięczał hamulec, może strach, a może tylko czujność:

- Owszem...

- W sześćdziesiątym piątym przy Brzeskiej truła się dziewczyna... Pamiętasz?

„Petro" skupił się, lub udawał, marszcząc brwi, na koniec mruknął:

- Kilka podfruwajek o złamanym sercu...

- Nie cierpiała na to. Została zgwałcona przez bandę ze swej ulicy, można powiedzieć przez sąsiadów!

W ślepiach starego błysnął ognik pamięci i natychmiast eksplodował:

- Już! Coś sobie przypominam... Więc to takie buty?!... Przypomniałem sobie...

Ja też. Blade światełko. Mieszkała trzy domy od nas. Nie mogłem jej pamiętać, byłem szczyl - policjant, kowboj, wódz Apaczów.

Miałem dziewięć lat. Gienio czternaście, klepał mi piąte przez dziesiąte jak treść filmu, na który nie wpuszczono gnoja do „Syreny" i „Pragi". Detal poznałem od innych, co mieli starsze rodzeństwo. Dziewczyna była swoja, a odprowadzał ją dobiegacz z drugiego brzegu, frajerek z Żoliborza, czy Mokotowa, studencik; chłopaków pod bazarem zalewała krew. Ostrzegli dziewczynę, bez skutku. Zaczepili ich, dziewczyna coś im warknęła, dostała w twarz, i wówczas on uniósł się tą rycerską odwagą inteligencika, którego jeszcze nikt w życiu nie skopał butami. Zrobili z niego futbolówkę, normalnie. Pobiegła do glin, sypnęła i chłopców zapuszkowano. Takich rzeczy się tam nie darowuje. Kapuś wziąłby kosą po flakach, ale dziewczyna-kapuś? Wyprostowano ją żywymi majchrami. Odkręciła gaz, w szpitalu padła na rozum. Potem jej stara wymeldowała się z dzielnicy, zabierając córkę. Ludzie mówili, że do czubów, a stamtąd do grzesznej ziemi, bo poświęconej ksiądz nie dał.

„Petro", gdyby mógł, klaskałby z zachwytu. Jego fart przekroczył szczyt marzeń; człowiek, którego szukał, nie mając żadnej gwarancji na znalezienie, a po znalezieniu na umowę - znajdował się w jego rękach. I zgodnie z oczekiwaniem ten człowiek po raz pierwszy odezwał się doń per „pan":

- Proszę... pana... - wymówił z trudem, jakby gardło było za wąskie dla słów - czy pan znał... to jest, czy pan wie... jak można znaleźć tych ludzi?

- Tak.

Golf pragnął więcej, ale „Petro" się nie spieszył, chciał wziąć swój mały odwet. Patrzyli sobie gęba w gębę, czekając. Po kilku sekundach mądrość starego szepnęła mu, jaką głupotą jest łowienie drobnych satysfakcji kosztem interesów. Odpuścił z uśmiechem pełnym zwycięstwa sprytu nad ambicją:

- Światem rządzi Bóg miłosierny albo król-przypadek, trzecie nie istnieje... To prawdziwy cud, moja szczęśliwa niedziela, lecz pańska również. Szukałem pana, bo tylko pan może mi pomóc. I co się okazało? Że tylko ja mogę pomóc panu. Ale nawet nie to jest najbardziej cudowne, lecz fakt, że ma pan jedną możliwość zrealizowania swych zamierzeń w sposób optymalny - kupić mój projekt, zgodzić się na przedsięwzięcie, które chcę panu zaproponować. Nasze cele uzupełniają się jak rewolwer i pocisk, jedno bez drugiego nie funkcjonuje... Wie pan, odczuwam strach, że to sen, który się skończy na rozkaz budzika, bo ta zbieżność ma w sobie coś nierealnego, z kosmosu objawień świętych lub metafizycznych...

Poniosło go; czuł, że przeholowuje, więc urwał, z pewnością zły, iż o kilka zdań za późno, bo golf to facet, którego można zrazić egzaltacją w przełyku. Lecz tamten był dziwnie nieobecny, zdawało się, że kima z otwartymi oczami; powiedział wolno, półgłosem:

- Chcę odpocząć... Moi chłopcy zawiozą pana do domu... jutro omówimy nasze sprawy. „Fokstrot" zostaje ze mną...

- Jak długo?

- Co jak długo?

- Jak długo będzie pan trzymał go u siebie, do końca życia? Oni nie zapominają i nie wybaczają, chyba że muszą.

- Człowieku, jestem zmęczony... Później się zastanowię...

- Później będzie za późno, musi pan decydować natychmiast!

- Dlaczego?

- Dlatego, mój panie, że kiedy jutro zobaczą, iż „Fokstrot" zwiał, całą wściekłość obrócą przeciw jego bratu, pewni, że to on mu pomógł...

Golf rzeczywiście wyglądał na zmęczonego, coś z nim było nie tak; przed chwilą pękła jakaś sprężyna i zapatrzył się w głąb samego siebie, odpędzając muchy słowami; miał wszystkiego dość. Ale nawet w tym stanie zwisu nie przestał kojarzyć i nie przepuścił luki w zeznaniach „Petra":

- To ładnie, że tak się pan martwi o jego rodzeństwo. Tylko że nasza randka tutaj to przypadek, którego nie mógł pan wydedukować, prolog cudu, o którym śpiewa pan jak trubadur zaczytujący się Svedenborgiem! Wziął pan ze szpitala jednego, a co z drugim?... Też chciał go pan natychmiast schować w swoim domu?... Gdyby tak było, przyjechałby pan po rekonwalescenta z jego braciszkiem!

- A dlaczego nie na odwrót? - zapytał stary. - Jego brat mieszka gdzieś koło Dworca Wileńskiego, chyba u teściów, nie wiem dokładnie, „Fokstrot" by mnie zaprowadził.

Miał odpowiedź na każdego haka, szybką i gładką jak wąż. Kto mógł sprawdzić, że blefuje? Zresztą może i nie łgał, to było teraz bez znaczenia. Zatrzęsło mną co innego: przez cały ten czas nawet nie pomyślałem o Gienku, dopiero on mi przypomniał, że mam brata. Czułem się jak Kain. Gienek budował lepsze jutro, wycinając na eksport jakąś puszczę, ale właśnie miał wrócić z delegacji, może już wrócił. Zgnoiliby go za niewinność...

Golf widać doszedł do wniosku, iż wojowanie słowami z władcą słów to gówniany interes, bo spytał rzeczowo:

- Co pan radzi?

- To, co i tak musiałby pan zrobić jako dłużnik „Fokstrota". Połamać ręce, które się zamierzą na niego. W drobny mak! Bestie należy sterroryzować według pisma: gwałt niech się gwałtem, aby sama myśl o dintojrowaniu powodowała paniczny lęk!

Golf wyzbył się wahań:

- „Fokstrot", gdzie mieszka twój...

- To już nie będzie konieczne! - przerwał mu „Petro". - Oni zaczną od domu „Fokstrota". Trzeba na nich poczekać i sprawić łaźnię. Tamto mogli uznać za wypadek przy pracy. Po dwóch takich lekcjach koniec złudzeń, zapanuje w tym towarzystwie ból głowy i krótki chaos. Nim się otrząsną, można by przygotować wielkie bang i... genesis nowego układu... Ale o tym mamy rozmawiać jutro.

Umówili się i pożegnali. Nazwiskami:

- Mieczysław Heldbaum, po matce Żendziakiewicz vulgo Żendziawer, do usług.

- Stefan Karśnicki (później usłyszałem, że w klubie zwano go „Samuraj"). Moi ludzie odwiozą pana do domu.

Rozjechaliśmy się. Jedną gablotą „Petro" i czterech, my w drugi wóz, prowadził jąkała. Golf wysiadł ze mną przy Międzynarodowej. Dwa pokoje z kuchnią, trzynaste piętro, miało się Warszawę na dłoni. Nigdy nie widziałem tylu knig w jednym domu, księgarnia, biblioteka. Rozłożył mi połówkę, dał bety i kazał się ochlapać, zanim walnę w kimono.

Nie mogłem usnąć; od zapachów po ciszę i ciemność, wszystko było obce. Słyszałem zdania, które mówili tam, nad Wisłą, wciąż od początku. Przekręciłem się, pisk sprężyn poderwał go. Dwa białka, kocie oczy, wpatrzone w moją twarz. Opadł powoli na wyro i zasnął tak samo czujnie, miał sen drapieżnika. W końcu i mnie zmógł, ale inny, ciężki jak kamień.

Pierwszy widok po przebudzeniu: on w slipach, ćwiczy pompki, głębokie, z dwóch krzeseł. Ciało tip-top, jak na wycieczce szkolnej do muzeum rzeźbiarstwa starych Greków. Zrobił po talerzu jajecznicy. Trułem o sobie, bo pytał, zełgałem nie tak dużo. Przyszedł jeden kozak, ten, co pod szpitalem zaczepił „Petra", miał ksywę „Dżek", Jacek Klon, później na fest się zaprzyjaźniliśmy. Złożył raport o mojej klatce schodowej. Chojraki z Różyckiego rozpłaszczały się na podestach i pikowały w dół jak stare manekiny, które obsługa sklepu wali do podziemnego lamusa: ząbki wyplute, gnaty złamane, chóralna modlitwa: „O, Jezuuuu!..."

Przed czwartą poszliśmy łykać mielonego w barze „Smak". Później Karśnicki urwał się z „Dżekiem", a mnie dał kilka stów i kazał kupić chleb, cukier, jakąś padlinę i słoik z marmoladą. Kolejka była krótka, pół godziny, tylko że ja, kurwa mać, nienawidzę kolejek od zawsze i nigdy nie pokocham, bo mi giry drętwieją i nie mogę patrzeć na tych stojaków, co im się wydaje, że jeśli kolejki za wszystkim, za żarciem, ubraniem, papierem do dupy i prawem do życia, są od kilkudziesięciu lat, to były od początku świata i będą aż po skończenie na całej Ziemi, na której byt określa świadomość. Miałem do wyboru: krakowską, serdelową i tę z norek. Wziąłem krakowską. ,

Powrót był klawy. Zgubiłem się, nie rozróżniałem bloków, w mordę plutych, podobne do siebie jak pudełka. Kutas, który to wymyślił, miał czkawkę lub pojebało mu się z kontenerami. Ludzie biorą ślub, czekają dwadzieścia lat w kolejce po kluczyki do tych kilku metrów betonu i przed emeryturą zasiedlają rodzinne gniazdko; pełny raj: drzwi z własnym numerem, własnym judaszem i własnym dzwonkiem, czynnym nawet w nocy. Pieprzę taki luksus, wyrywałbym stąd na czworakach, żeby ucałować sutereny w moim domu.

Powiedział: „Dziękuję", nastawił mi telewizor i już ani słowa, wziął się do knig. Myślałem, że zdechnę, słuchając, jaki jestem szczęśliwy, że tak ich popieram, a oni mnie jeszcze bardziej; nie wiem, kiedy na fotelu uderzyłem w kimono.

Wstałem, gdy przyszedł „Dżek". Był już wieczór. Coś na ząb i pojechaliśmy do „Petra", Karśnicki prowadził. Ja siedziałem z tyłu i myślałem o notatce, która dzisiaj leży wśród moich papierów, a wtedy wisiała nad jego matą (sypiał po japońsku), z napisami kaligrafowanymi tuszem. Stojąc nie dało rady czytać, ale jak wyszedł do ubikacji, klęknąłem. Odwrócona kartka z kalendarza ściennego, 8 maja 1965. Na tylnej białej stronie, którą odwrócił, żeby uczynić z niej frontową, sześć cytatów:

„Zemsta zawsze wypływa ze słabości" (La Rochefoucauld, „Maksymy").

„To słabość sprawia, że nienawidzi się wroga i marzy o zemście" (La Bruyere, „Charaktery").

„Nie trzeba się mścić, mściwość jest przejawem prymitywizmu" (Franęois Truffaut, wywiad dla „L'Express").

„Tylko frajerzy się mszczą" (Paul Newman w „The Sting").

„Nie będziesz szukał pomsty" („Pismo Święte Starego Testamentu", Księga Kapłanów XIX, 18).

„Miłujcie nieprzyjaciół waszych (...) Jeśli cię kto uderzy w policzek, nadstaw mu drugi" („Pismo Święte Nowego Testamentu", według Łukasza, VI, 27, 29).

 

III

 

„Petro" miał metę przy Jagiellońskiej. Kanada! Pięć pokoi, w każdym wysoki sufit, żyrandol, gigantyczne okna, dywany jak mech, serwantki z chińszczyzną, kupa obrazów i stara broń na ścianie; oczy kłuło. Gospodarz w karminowo-srebrnym szlafroku, jak Sobieski pod Wiedniem ubrany przez Turków, nie ten człowiek, co wczoraj. „Proszę się rozgościć. Naleweczka?". Nie było chętnych. „Cygarko, camel, też nie?". Postawił słone paluchy i widząc, że Karśnicki się rozgląda, mruknął:

- Resztki dawnej świetności...

- Którą ja mam panu przywrócić, panie Heldbaum?

- Można i przywrócić, dlaczego nie, pogadamy. Szczerze, nic nie będę ukrywał...

- Pan z tych, co nigdy nie kłamią?

- Owszem, nigdy nie kłamię bez potrzeby...

- Ta gra musi panu dawać siedem szczęśliwych niedziel tygodniowo, rekompensując niepowodzenia w totku.

- Panie Kaśnicki!

- Karśnicki.

- Przepraszam. Panie Karśnicki, dajmy spokój żartom, szkoda zdrowia. Nie wiem, dlaczego przyszedł pan z rogami, wiem, że nie dałem ku temu powodów, nie okłamałem pana dotąd ani jednym słowem...

- Co dziesiąte z tych słów, Heldbaum, było rozmową. Dziewięć było proszkiem do czyszczenia zębów krasomówcy. Przymusowy rencista, pechowy totkowicz, marzyciel bez złudzeń... Ćwiczenie incognito na bilecie wizytowym.

- Nieprawda! Powiedziałem też o sobie rzeczy, których nie mówi się każdemu, nie wyciągnęłaby ich ze mnie nawet spowiedź, gdybym uprawiał ten rodzaj masochizmu. A pan? Nic nie wiem o panu...

- I prosi mnie pan o pomoc? To chyba o pożyczkę, bo o co można prosić przechodnia?

- O przeprowadzenie na drugą stronę jezdni, panie Karśnicki, kiedy słabość fizyczna, zwana starczym niedołęstwem, przeszkadza zrobić to samemu... czyli o wsparcie młodymi mięśniami. Na drugim chodniku przeprowadzającego czeka nagroda.

- To już lepiej zostanę tu, gdzie byłem. Boję się Greków i ich darów. Poliki „Petra" czerwieniały, grożąc eksplozją:

- Panie!... - wychrypiał - pan może mi dać tylko komfort spełnionej chętki, małą rozkosz bogów. Tak, ja tez chcę zostać hrabią Monte Christo, ale nie muszę, ergo - mogę się obyć bez pańskiej pomocy. A bez mojej pomocy pan będzie chorował do końca życia! Więc kto komu robi łaskę?

Karśnicki drgnął, może nawet uniósł się z krzesła, przysiągłbym, że chce wstać i wyjść. Nie mógł, bo to oznaczałoby pożegnać się z nadzieją. Stary miał go w ręku. Lecz on z kolei nie mógł zaciskać, żeby nie udusić własnych marzeń. Gdyby znał Karśnickiego, to by wiedział, że te przysrywki były jak zasłona w kung-fu: uważaj, ze mną nie tak łatwo! Ale nie wiedział, czuł strach, że kryje się za tym coś poważnego. Grał już gościnność i gniew, teraz postanowił sprawdzić karty metodą: patrz, odkrywam ci moją najgłębszą ranę:

- No i po co to wszystko? - zaśpiewał. - Dwóch ludzi mogących sobie wzajemnie pomóc, nie potrzebuje dużo, aby ubić interes. Po tamtej rozmowie byliśmy już w połowie drogi, sądziłem, że reszta to formalność. Cóż takiego stało się od wczoraj?... Być może w ciągu dnia próbował pan czegoś się o mnie dowiedzieć, i może nagadano panu jakichś kalumnii, proszę bardzo, wszystko można wyjaśnić, sprawdzić. Nie wiem, co teraz, wiem, czym obrabiano mnie dawniej. Policjant w getcie, kolaborant i w tym stylu. Hieny!

- Był pan policjantem w getcie? - zaciekawiło Karśnickiego.

- Nie byłem policjantem i nie byłem w getcie, bo nie mogłem być w dwóch miejscach naraz! Pół wojny przesiedziałem w obozie nad Peczorą, jako drwal, bez wyrobionej dniówki nie dawali żreć, ktoś, kto nie przeżył takiego obozu, w ogóle nie pojmuje życia, nie jest w stanie zrozumieć biologii, fizjologii i socjologii, choćby miał tuzin fakultetów. Wyszedłem z armią Andersa, pod nazwiskiem matki, z moim musiałbym zostać. Wróciłem w czterdziestym siódmym. Do pięćdziesiątego szóstego siedziałem. Później, dzięki koledze sprzed wojny... wszedłem w układ na prawym brzegu... Mówiłem już, namiestnictwo grochowskie... Kiedy się rządzi ludźmi, zwiększa się liczba wrogów, a póki nie mogą gryźć, plują. I ta ślina potem krąży...

- Chce pan przymknąć gęby oszczercom? Potrzebny byłby wagon kulomiotów - zauważył Karśnicki.

- Nie kwalifikuję się jeszcze do Tworek! Chcę zrobić... zamach stanu.

- To już wystarczy ciężarówka... kasztaniarzy.

- Pardon?



dalej


strona główna
(23kB)