(23kB)
strona główna


ANNE RICE

 

WYWIAD Z WAMPIREM

(Tłumaczył: Tomasz Olszewski)

Część I

 

- Rozumiem - powiedział wampir z namysłem i nie spiesząc się, podszedł do okna pokoju. Przez dłuższy czas stał tam, spoglądając na przyćmione światła i ruch uliczny Divisadero Street. Teraz chłopak mógł lepiej dostrzec umeblowanie pokoju, okrągły dębowy stół, krzesła, pod ścianą umywalkę z lustrem. Postawił swoją aktówkę na stole i czekał.

- Ile właściwie masz ze sobą taśmy?

- zapytał wampir, odwracając się w tej samej chwili, tak że chłopak widział teraz tylko jego profil. - Czy wystarczy, aby nagrać historię życia?

- Jasne, jeśli to interesujące życie. Czasami, jeśli mam szczęście, przeprowadzam wywiad z trzema lub czterema osobami w ciągu jednej nocy. Ale to musi być ciekawa historia. Tylko wtedy ma to sens, prawda?

- Najzupełniej - odpowiedział wampir. - Chciałbym zatem opowiedzieć historię mojego życia. Zależy mi na tym.

- Wspaniale - powiedział chłopak, wyciągając niewielki magnetofon z aktówki. Szybko sprawdził połączenia i baterie. - Ciekaw jestem, dlaczego sądzi pan, że może to mnie zainteresować? Dlaczego pan...

- Nie - przerwał nagle wampir. - Tak nie możemy zaczynać. Sprzęt gotowy?

- Taak - odrzekł zaskoczony chłopak.

- To siadaj. Włączę tylko światło u góry.

- Sądziłem, że wampiry nie lubią światła.

- Jeśli myślisz, że ciemność dodaje atmosfery, to... - Wampir przerwał nagle. Oparty o parapet okna przyglądał się teraz młodemu chłopakowi. Ten nie mógł dostrzec jego twarzy, a coś w jego nieruchomej postaci niepokoiło go. Chciał dalej mówić, ale się powstrzymał. Odetchnął z ulgą, gdy wampir ruszył w kierunku stołu i sięgnął po zwisający nad nim włącznik lampy.

Natychmiast pokój zalało ostre, żółte światło. Chłopak na widok wampira nie mógł powstrzymać się od gwałtownego wdechu. Jego palce automatycznie przesunęły się po stole i zacisnęły na kancie blatu.

- Wielki Boże - wyszeptał, wpatrując się w niego uporczywie.

Wampir był całkowicie biały i gładki, jakby wyrzeźbiony z kości, a jego twarz pozostawała nieruchoma, posągowa z wyjątkiem dwóch błyszczących, zielonych oczu, które bacznie spoglądały w dół na siedzącego młodego człowieka, podobne do dwóch płomieni umieszczonych w czaszce.

W tej chwili wampir uśmiechnął się, prawie z rozmarzeniem, a gładka biała skóra twarzy drgnęła nieznacznie.

- Widzisz? - zapytał cicho.

Chłopak wzdrygnął się, podnosząc rękę, jakby w geście obronnym przed silnym światłem. Jego wzrok przesuwał się wolno po eleganckiej, szytej na miarę czarnej marynarce, na którą zwrócił już uwagę w barze, po długich fałdach peleryny, czarnym, jedwabnym krawacie zawiązanym pod szyją i błyszczącym białym kołnierzyku, białym jak skóra wampira. Wpatrywał się w gęste czarne włosy, w długie loki zaczesane do tyłu za uszy, dotykające prawie śnieżnobiałego kołnierzyka.

- A więc, nadal chcesz tego wywiadu? - zapytał wampir. Usta chłopaka przez moment pozostały otwarte, zanim zdolny był do podjęcia rozmowy.

- Tak - odpowiedział.

Wampir niespiesznie usiadł naprzeciwko chłopca i pochylając się do przodu dodał cicho, niemal konfidencjonalnie:

- Nie bój się. Włącz tylko magnetofon.

Pochylił się nagle nad stołem, wyciągając do niego rękę. Chłopak wzdrygnął się ponownie. Pot wystąpił mu na czoło. Wyciągniętą ręką wampir dotknął ramienia chłopaka.

- Wierz mi, nie zrobię ci krzywdy. Sam chcę wykorzystać tę okazję. To dla mnie bardzo istotne, bardziej, niż sobie możesz to wyobrazić. Chcę, żebyś zaczął. -Cofnął rękę i usiadł ponownie na swoim miejscu, skupiony. Czekał. Minęła chwila, zanim chłopak przetarł czoło i wargi chusteczką. Wyjąkał, że mikrofon wbudowany jest w magnetofon, wcisnął klawisz nagrywania i oznajmił, że urządzenie ruszyło.

- Nie zawsze był pan wampirem? - zaczął.

- Nie - odpowiedział wampir. -Stałem się nim, gdy miałem dwadzieścia pięć lat, a było to w 1791 roku.

Chłopak był zaskoczony dokładnością tej daty i powtórzył ją raz jeszcze, zanim zadał drugie pytanie:

- Jak do tego doszło?

- To proste, ale nie chcę udzielać tylko samych prostych odpowiedzi. Chcę opowiedzieć autentyczną historię...

- Tak - chłopak dorzucił szybko. Bez końca zwijał i rozwijał w zdenerwowaniu chusteczkę. Znowu przetarł nią usta.

- Zaczęło się od tragedii - zaczął wampir. -Mój młodszy brat... umarł.

Przerwał. Chłopak odchrząknął i raz jeszcze wytarł twarz, nim nerwowo wepchnął chusteczkę do kieszeni.

- To dla pana bolesne? - zapytał bojaźliwie.

- Czy tak to wygląda?

- Nie. - Potrząsnął głową.

- Cała sprawa polega na tym, że tę historię opowiadałem tylko raz, i było to tak bardzo dawno temu. Ale nie, to nie jest bolesne...

- Mieszkaliśmy wtedy w Luizjanie -podjął opowiadanie. - Mieliśmy dużą posiadłość i założyliśmy dwie plantacje nad rzeką Missisipi, bardzo blisko Nowego Orleanu...

- Aha, stąd ten akcent - wtrącił chłopak przyciszonym głosem. Przez moment wampir patrzył bez wyrazu w przestrzeń.

- Mówię z akcentem? - zaczął się śmiać. Chłopak spłoszony dodał szybko:

- Zwróciłem na to uwagę w barze, gdy zapytałem pana, jak pan zarabia na życie. Taka lekka ostrość spółgłosek, to wszystko. Nigdy nie domyśliłbym się jednak, że to wpływ francuskiego.

- Wszystko w porządku - zapewnił go wampir. -Nie jestem wcale taki zaskoczony, jak by to się wydawało. Po prostu od czasu do czasu zapominam o tym. Ale wróćmy do rzeczy...

- Tak, proszę - dodał chłopak.

- Mówiłem o plantacjach. Miały one wiele wspólnego z moim przeistoczeniem się w wampira. Ale dojdziemy do tego. Nasze życie było mieszaniną luksusu i prymitywnych warunków, w jakich mieszkaliśmy, choć dla nas było to nadzwyczaj atrakcyjne. Widzisz, żyliśmy tam o wiele dostatniej, niż moglibyśmy to sobie wyobrazić, żyjąc nadal we Francji. Może to sama dzikość Luizjany sprawiała, że tak to widzieliśmy, a może rzeczywiście tak było. Pamiętam meble, jakie były w naszym domu. Wszystkie przywiezione z Europy. -Wampir uśmiechnął się. - A klawesyn, ten był śliczny. Moja siostra grała na nim. W letnie wieczory siadała przy klawiaturze plecami do otwartych drzwi balkonowych. Nadal pamiętam tę delikatną, szybką muzykę i obraz grzęzawisk rozciągający się za oknami, omszone cyprysy, odcinające się na tle nieba. Do tego dobiegające z grzęzawisk odgłosy, chór owadów, krzyk ptaków. Myślę, że kochaliśmy to. W tej atmosferze nasze meble z różanego drzewa wydawały się cenniejsze, muzyka jeszcze delikatniejsza i bardziej potrzebna. Nawet wtedy, gdy gałęzie glicynii wyrywały okiennice na poddaszu i wciskały się pędami w bielone cegły zaledwie w ciągu jednego roku...

Tak, kochaliśmy to. Wszyscy poza moim bratem. Nie pamiętam, by kiedykolwiek skarżył się, ale wiem, jak się czuł. Mój ojciec wtedy już nie żył i ja byłem głową rodziny, i to właśnie ja musiałem bronić go ciągle przed matką i siostrą. Na początku zabierały go ze sobą na proszone wizyty i przyjęcia do Nowego Orleanu. On nienawidził tego. Wydaje mi się, że przestał na nie chodzić, zanim jeszcze skończył dwanaście lat. Dla niego liczyła się tylko modlitwa i oprawione w skórę żywoty świętych.

W końcu, zbudowałem mu kaplicę, tylko dla niego, z dala od domu. Tam właśnie zaczął spędzać większość każdego dnia, a często i poranki. Na tym polegała ironia losu, że był tak inny niż my, tak inny od wszystkich. Moje życie było normalne, zwyczajne. Nic szczególnego w nim się nie działo. - Wampir ponownie uśmiechnął się. -Czasami, wieczorami wychodziłem do niego i spotykaliśmy się w ogrodzie obok kaplicy. Zastawałem go często siedzącego w skupieniu na kamiennej ławie w ogrodzie. Opowiadałem mu wtedy o problemach, które miałem z niewolnikami. O tym, jak nie dowierzałem nadzorcy, o kłopotach z pogodą, o pośrednikach... o wszystkich tych sprawach, które wypełniały moją egzystencję. Słuchał mnie, od czasu do czasu robiąc jakąś uwagę, zawsze życzliwie odnosząc się do moich problemów, tak że gdy go opuszczałem, miałem wrażenie, że wszystkie je dla mnie rozwiązał. Nie sądzę, bym mógł mu czegokolwiek odmówić i przyrzekłem sobie, że do stanu kapłańskiego będzie mógł wstąpić w stosownym czasie, nawet, jeśli rozłąka z nim miałaby złamać mi serce. Oczywiście, myliłem się wtedy. - Wampir przerwał nagle.

Przez chwilę chłopak wpatrywał się tylko w niego aż, jakby obudzony z głębokiego snu, zaczął układać zdanie, mozolnie, z trudem dobierając słowa:

- Aha... więc wcale nie chciał nim zostać? - zapytał wreszcie.

Wampir przyglądał mu się dokładnie, jakby starając się odgadnąć znaczenie tego zdania. Wreszcie odrzekł:

- Miałem na myśli to, że to właśnie ja myliłem się co do swojego postępowania, miałem na myśli moje przyzwolenie na to wszystko.

Spoglądał teraz w dal z wzrokiem utkwionym w widok za oknem.

- Zaczął miewać wizje - dodał po chwili.

- Prawdziwe wizje?

- Pytanie zawisło w powietrzu i przez chwilę pozostawało bez odpowiedzi.

- Nie sądzę - odpowiedział wreszcie. -Zdarzyło się to po raz pierwszy gdy miał piętnaście lat. Był wtedy bardzo przystojny. Miał najgładszą skórę i największe niebieskie oczy, jakie kiedykolwiek widziałem. Nie był chudy, tak jak ja teraz, ale te jego oczy! Było tak, że gdy patrzyłem w jego oczy, wydawało mi się, że nie dostrzega mnie wcale. Jakbym stał samotnie na skraju świata... nad smaganym przez wiatr brzegiem oceanu. Nic poza łagodnym hukiem fal. No, cóż - oczy wampira nadal utkwione były w szybę -zaczął miewać wizje. Na początku dał mi to tylko mgliście do zrozumienia, i przestał przyjmować posiłki. Zamieszkał w kaplicy. O każdej porze dnia i nocy spotykałem go klęczącego na gołym bruku przed ołtarzem. Sama kaplica była zaniedbana, przestał dbać o świece, zmieniać obrusy na ołtarzu, czy nawet wymiatać liście z kaplicy. Którejś nocy poczułem, że sprawa jest poważna. Stałem w różanej altanie przez dobrą godzinę, przypatrując się mu, gdy klęczał nieruchomo z rękoma rozciągniętymi jak do ukrzyżowania, których przez cały ten czas nie opuścił. Wszyscy niewolnicy już dawno uważali go za pomylonego. -Wampir uniósł brwi w zdziwieniu. -Ja byłem przekonany, że jest tylko nieco... nadgorliwy. Sądziłem, że w swej miłości do Boga zaszedł być może za daleko. Tego dnia opowiedział mi o swoich wizjach. Zarówno święty Dominik, jak i Błogosławiona Maryja Dziewica przychodzili do niego, do kaplicy. Powiedzieli mu, że ma sprzedać całą naszą posiadłość w Luizjanie, wszystko, co posiadamy, a pieniądze ze sprzedaży użyć na dzieło boże we Francji. Mój brat miał zostać wielkim przywódcą religijnym i przywieść kraj do jego dawnej żarliwości, oddalić widmo szerzącego się ateizmu. Oczywiście on sam nie posiadał żadnych pieniędzy. Ja miałem sprzedać plantację i nasze domy w Nowym Orleanie, a pieniądze przekazać jemu.

Znów nastąpiła cisza. Chłopak siedział bez ruchu, zaskoczony.

- Taak... przepraszam - wyszeptał. - Co pan powiedział?

I sprzedał pan plantację?

- Nie - odpowiedział wampir ze spokojną, nieruchomą twarzą, jaką miał od początku rozmowy. - Śmiałem się z niego. A on... jego to rozwścieczyło. Nalegał. Twierdził, że polecenie pochodzi od samej Maryi Dziewicy. Kimże więc jestem, aby je lekceważyć? Kimże, doprawdy? -Wampir ściszył nieco głos, jak gdyby zastanawiając się nad tym raz jeszcze. -Kim? Im więcej próbował mnie przekonywać, tym bardziej go wyśmiewałem. To nonsens, mówiłem mu, wytwór niedojrzałej, a nawet chorobliwej wyobraźni. Oznajmiłem mu, że kaplica, była błędem. Chciałem ją zburzyć natychmiast. On miał pójść do szkoły w Nowym Orleanie i wybić sobie z głowy te niedorzeczne pomysły. Nie pamiętam teraz wszystkiego, co mu powiedziałem. Ale pamiętam atmosferę tej rozmowy. Za całą tą pogardliwą odprawą z mojej strony stał gniew i głębokie rozczarowanie. Byłem zawiedziony. Nie wierzyłem w ani jedno słowo, które mi powiedział.

- Ale to całkowicie zrozumiałe - wtrącił szybko chłopak, gdy tylko wampir przerwał. Niepokój jego wyraźnie zelżał. -To jest, chciałem powiedzieć, czy ktokolwiek mógłby w to uwierzyć?

- Naprawdę? - Wampir spojrzał na chłopaka. -Myślę, że to był egotyzm, złośliwy egotyzm z mojej strony. Pozwól, niech ci to wytłumaczę. Kochałem mojego brata, jak już ci mówiłem, i czasami wierzyłem nawet, że jest żyjącym świętym. Zachęcałem go do modlitw i medytacji i gotów byłem stracić go dla siebie, gdyby zdecydował się na stan duchowny. Gdyby ktoś opowiadał mi o jakimś świętym z Arles czy z Lourdes, którzy mieli wizje, to uwierzyłbym mu. Byłem katolikiem. Wierzyłem w świętych. Zapalałem cieniutkie świece przed ich marmurowymi posągami w kościołach. Znałem ich obrazy, symbole, ich imiona. Ale nie wierzyłem, nie mogłem uwierzyć mojemu bratu. Nie potrafiłem pogodzić się z tym, że ma wizje. Właściwie dlaczego? Ponieważ był moim bratem. Franciszek z Asyżu mógł mieć wizje, ale nie on. O, co to, to nie. Nie mój brat. Mój brat nie mógł być taki. To właśnie nazywam egotyzmem. Rozumiesz?

Chłopak pomyślał chwilę. Kiwnął wreszcie głową i odpowiedział, że rozumie.

- Być może jednak naprawdę miał wizje -dodał po chwili wampir.

- A więc nie jest pan pewien... teraz... czy przypadkiem rzeczywiście...?

- Nie, ale wiem na pewno, że on sam ani przez chwilę nie odczuwał żadnych wątpliwości czy wahań. Wiem teraz, i wiedziałem wtedy, że tej nocy, kiedy wyszedł z mojego pokoju podniecony i rozżalony, nie wahał się ani przez moment. Parę minut później już nie żył.

- W jaki sposób?

- Po prostu wyszedł przez drzwi balkonowe na galerię, stał jeszcze przez chwilę u szczytu ceglanych schodów, a potem rzucił się do przodu. Nie żył już, kiedy zbiegłem w dół do pierwszego schodka. Skręcił kark. - Wampir potrząsnął głową w zamyśleniu, ale jego twarz była nadal nieporuszona.

- Czy widział pan, jak spadał? - zapytał chłopak. -Czy stracił równowagę?

- Nie, nie widziałem, ale dwóch służących to widziało. Mówili, że spojrzał w górę, jakby właśnie tam coś dostrzegł. Potem jego ciało poruszyło się do przodu, jak gdyby popchnięte wiatrem. Jeden z nich twierdził, że miał właśnie coś powiedzieć, zanim spadł. Ja też myślę, że chciał coś powiedzieć, ale było to właśnie w momencie, w którym ja zwróciłem się do okna. Byłem odwrócony do niego plecami, kiedy usłyszałem łoskot spadającego ciała. - Wampir zerknął na magnetofon. - Nie mogłem sobie tego wybaczyć. Czułem się odpowiedzialny za jego śmierć. I wszyscy inni też tak myśleli.

- Jak mogli? Powiedział pan przecież, że widzieli, jak spadał.

- To nie było oskarżenie wprost. Po prostu wiedzieli, że coś niedobrego zaszło między nami, że mieliśmy jakąś sprzeczkę na chwilę przed jego upadkiem. Słyszała nas służba, moja matka też. I właśnie ona nie przestawała mnie później wypytywać, co między nami zaszło i dlaczego mój brat, który zawsze był taki spokojny i łagodny, wtedy krzyczał. Później do pytań dołączyła się siostra, a ja, oczywiście, odmawiałem odpowiedzi. Byłem tak strasznie zszokowany i nieszczęśliwy, że nie miałem cierpliwości dla nikogo. Postanowiłem jednak sobie, że nie dowiedzą się o jego „wizjach”. Nie chcieli zrozumieć, że w końcu stał się nie świętym, lecz jedynie fanatykiem. Moja siostra wolała położyć się do łóżka, niż wytrzymać katusze pogrzebu, a matka rozpowiadała wszystkim w parafii, że coś straszliwego wydarzyło się w moim pokoju, coś, czego ja nie chcę ujawnić.

Na życzenie mojej własnej matki przesłuchiwała mnie policja. W końcu zjawił się u mnie ksiądz i zażądał, bym wyjawił, co między nami zaszło. Nikomu jednak nic nie powiedziałem. „To była tylko dyskusja” - mówiłem. „Nie było mnie na galerii, kiedy brat upadł” -protestowałem, a oni wszyscy patrzyli na mnie, jakbym to ja zabił.

Siedziałem u jego trumny wystawionej w holu naszego domu, przez dwa dni, rozmyślając o tym, że to ja go zabiłem. Wpatrywałem się w jego twarz, aż pojawiły się na niej plamy, co przyprawiało mnie o mdłości. Miał strzaskaną potylicę i jego głowa wyglądała niesamowicie na poduszce. Zmuszałem się, by patrzeć na nią, by po prostu wpatrywać się w nią, gdyż nie mogłem wytrzymać bólu i zapachu rozkładu. Cały czas odczuwałem nieodparte pragnienie, żeby otworzyć mu oczy. Wszystko to były szalone myśli, wariackie impulsy. Wyrzucałem sobie, że śmiałem się z niego, nie wierzyłem mu, nie byłem dla niego dobry -spadł ze schodów z mojego powodu.

- To wydarzyło się naprawdę, tak? - wybąkał chłopak. -Opowiada mi pan coś, co... co jest prawdziwe.

- Tak - odpowiedział wampir, patrząc na chłopaka, lecz nie był zaskoczony. -Chcę opowiadać dalej.

Jego wzrok porzucił znowu chłopaka i powędrował dalej, za szybę. Wampir nie wykazywał większego zainteresowania młodym człowiekiem, który, ze swej strony, toczył w sobie jakąś wewnętrzną walkę.

- Ale powiedział pan przecież, że nic pan nie wie o tych wizjach, że pan, wampir przecież... nie wie na pewno czy...

- Chcę opowiedzieć wszystko po kolei - odrzekł wampir. -Tak jak to się wydarzyło. Nie, nadal nie wiem nic o tych wizjach. Do dzisiaj - przerwał.

- Ależ proszę, niech pan mówi dalej.

- No cóż, chciałem sprzedać plantacje. Nie chciałem już nigdy oglądać tego domu i kaplicy w ogrodzie. W końcu wynająłem je agencji, która zadbała o nie. Uprawiała ziemię i administrowała wszystkim, tak że nie musiałem już tam jeździć, i razem z matką i siostrą przeprowadziłem się do jednego z naszych domów w Nowym Orleanie. Oczywiście, w ten sposób ani przez chwilę nie uciekłem od brata. O niczym innym nie mogłem wtedy myśleć, jak tylko o jego ciele gnijącym w ziemi. Został pochowany na cmentarzu St. Louis w Nowym Orleanie. Robiłem wszystko, aby unikać przechodzenia obok jego bram, ale nadal bez przerwy myślałem tylko o nim. Pijany czy trzeźwy, ciągle miałem przed oczyma jego gnijące ciało w trumnie. To było nie do zniesienia. Bez przerwy wyobrażałem sobie, że stoi u szczytu schodów, a ja ujmuję go za ramię i przemawiam do niego łagodnie, namawiam, by wrócił do pokoju, przekonuję go, że uwierzyłem mu, że musi modlić się za mnie, za wiarę. W tym czasie niewolnicy z Pointe du Lac, tak nazywała się bowiem moja plantacja, zaczęli opowiadać o duchu na galerii, a nadzorca nie potrafił utrzymać porządku na plantacji. Ludzie z towarzystwa zadawali mojej siostrze napastliwe pytania dotyczące incydentu, aż wpadła w histerię. Po prostu sądziła, że tak właśnie powinna reagować, więc zachowywała się histerycznie. Cały czas piłem, a w domu przebywałem tak rzadko, jak było to tylko możliwe. Żyłem jak człowiek, który chce umrzeć, ale nie ma dość odwagi, by skończyć z sobą. Przemierzałem samotnie ciemne uliczki. Spędzałem czas w kabaretach. Wycofałem się z dwóch pojedynków, lecz bardziej z apatii niż z tchórzostwa, gdyż tak naprawdę to pragnąłem śmierci. I wtedy zostałem zaatakowany przez wampira. Mógł to być ktokolwiek - przecież włóczyłem się samotnie wśród marynarzy, złodziei, maniaków i kogo tam jeszcze. Ale wybrał mnie. Chwycił mnie zaledwie parę kroków od drzwi mojego domu i zostawił tam na pewną śmierć, ja tak przynajmniej myślałem.

- Chce pan powiedzieć... że wyssał panu krew? - zapytał chłopak.

- Tak. - Wampir zaśmiał się. - Wyssał mi krew. Tak to się właśnie robi.

- Ale żył pan jeszcze - dodał młody człowiek. - Powiedział pan, że zostawił pana umierającego.

- No cóż, wyssał moją krew prawie całkowicie, do granicy śmierci.

Położono mnie do łóżka, jak tylko mnie znaleziono odurzonego. Tak naprawdę nie wiedziałem właściwie, co się ze mną stało. Myślałem chyba, że to alkohol spowodował zapaść. Oczekiwałem śmierci i nie wykazałem żadnego zainteresowania jedzeniem i piciem, czy rozmową z lekarzem. Moja matka posłała nawet już po księdza. Miałem wtedy wysoką gorączkę i opowiedziałem mu wszystko o wizjach brata i o sobie. Pamiętam, że przywarłem do jego ramienia, stale na nowo zmuszając go do przysięgi, że nikomu tego nie powtórzy.

- Wiem, że go nie zabiłem - powiedziałem w końcu -tylko że nie potrafię teraz żyć, gdy on jest martwy. Nie po tym, jak go potraktowałem - dodałem.

- To śmieszne - odpowiedział mi. -Oczywiście, że musisz żyć. Nie ma w tobie nic złego poza nadmiernym folgowaniem sobie. Twoja matka potrzebuje ciebie, nie wspominając o siostrze. A co do twojego brata, to był nawiedzony przez diabła.

Byłem tak oszołomiony tym, co powiedział, że nie potrafiłem nawet zaprotestować.

- To diabeł był twórcą tych wizji - tłumaczył dalej kapłan. Diabeł był wtedy w natarciu. Cała Francja była pod jego wpływem, a rewolucja była jego największym sukcesem. Nic nie uchroniłoby brata, poza egzorcyzmami i modlitwą. Należało przywiązać go, gdy diabeł szalał w jego ciele, i wyrzucić go stamtąd. Diabeł zrzucił go ze schodów, to zupełnie oczywiste - oznajmił. - To nie z bratem rozmawiałeś w pokoju - kontynuował -rozmawiałeś z diabłem.

To wszystko zawładnęło mną całkowicie. Przedtem wierzyłem, że zostałem doprowadzony do ostateczności, ale to nie była prawda. Ksiądz opowiadał dalej o diable, o kulcie voodoo pośród niewolników i o przypadkach zawładnięcia ciałem człowieka przez diabła w innych stronach świata. Oszalałem. Zdemolowałem cały pokój, usiłując dogonić i zabić księdza.

- Ale ta siła, którą pan posiada... przecież wampir...? - zapytał chłopak.

- Zupełnie oszalałem - wyjaśnił wampir. -Zdobyłem się na rzeczy, których nigdy nie popełniłbym, będąc w pełni zdrowy. Teraz widzę to zdarzenie jakby przez mgłę, jest dla mnie zupełnie nierealne i wywołuje zmieszanie, ale dobrze pamiętam, że gdy już go dopadłem i tarmosząc się z nim, wyciągnąłem przez tylne drzwi z domu na podwórko, popchnąłem na ceglaną ścianę wolno stojącej kuchni. Tam tłukłem jego głową o ścianę, niemal go zabijając. Kiedy wreszcie przestałem, prawie na granicy śmiertelnego wyczerpania, upuszczono ze mnie jeszcze krew. Głupcy. Ale chciałem coś powiedzieć. To właśnie wtedy pojąłem swój własny egotyzm. Być może ujrzałem go jak w odbiciu, w tym księdzu. Jego pogardliwy stosunek do mojego brata odzwierciedlał także i mój stosunek do niego. Jego natychmiastowy, małostkowy i płytki sąd, to wyrokowanie w sprawach diabła, odmowa zastanowienia się chociaż nad prawdopodobieństwem świętości tak blisko nas.

- Ależ on wierzył, że ciało brata opanowane było przez diabła!

- Tak - natychmiast dorzucił wampir. -Ludzie, którzy przestają wierzyć w Boga lub boskość, nadal jednak wierzą w diabła. Nie wiem zresztą dlaczego. Nie, naprawdę nie wiem dlaczego. Zło jest zawsze możliwe. A boskość jest odwiecznie trudna do pojęcia. Musisz jednak zrozumieć, że mówić o nawiedzeniu ciała, to mówić po prostu, że ktoś zwariował. Czułem, że tak właśnie było w przypadku księdza. Jestem pewien, że dostrzegł tylko szaleństwo. Nazwał je opanowaniem przez szatana. Nie trzeba widzieć szatana podczas egzorcyzmów. Ale stać w obliczu świętości, przed obliczem świętego... uwierzyć, że ów święty ma prawdziwe wizje. Nie. W tym przejawia się nasz egotyzm, nasza odmowa uwierzenia, że coś takiego może się wśród nas zdarzyć.

- Nigdy nie myślałem o tym w taki sposób - powiedział chłopak. -Ale co właściwie stało się dalej? Powiedział pan, że upuszczono panu krew, a to musiałoby chyba doprowadzić do pewnej śmierci.

Wampir zaśmiał się. - Tak, z pewnością, tak by się to skończyło, gdyby wampir nie przyszedł do mnie tej samej nocy. Wrócił, aby spotkać się ze mną. Rozumiesz, on chciał mojej plantacji, chciał Pointe du Lac.

Było już bardzo późno. Siostra czuwająca przy mnie dawno już zasnęła. Pamiętam, jakby to było wczoraj. Wszedł od podwórka, przez drzwi balkonowe. Bezgłośnie. Wysoki, o białej cerze, gęstych, jasnych włosach i płynnych prawie kocich ruchach. Delikatnie nasunął śpiącej siostrze szal na oczy i przykrócił knot lampy. Drzemała w fotelu. Na stole stało naczynie z wodą i ręcznik, którym obmywała mi czoło. Nie poruszyła się pod tym szalem aż do rana. Ale wtedy ja byłem już kimś innym. - Co to była za przemiana?

Wampir westchnął. Odchylił się do tyłu na krześle i spoglądał na ściany.

- Na początku myślałem, że to jeszcze jeden doktor lub ktoś inny wezwany przez rodzinę, by porozmawiał ze mną. Ale to podejrzenie rozwiało się natychmiast. Podszedł blisko łóżka i pochylił się nade mną. Jego twarz pojawiła się w świetle lampy i zobaczyłem wtedy, że nie był wcale zwyczajnym człowiekiem. Jego szare oczy żarzyły się, a długie białe dłonie nie były z pewnością dłońmi człowieka śmiertelnego. Myślę, że zrozumiałem wszystko w tej jednej chwili, a to, co mi potem oznajmił, było wtórne. W tym momencie, kiedy go ujrzałem, kiedy poczułem jego nadzwyczajną aurę, wiedziałem już, że nie jest osobą taką jak wszyscy inni. Ja sam przestałem się w ogóle liczyć. Moje ego, które nie potrafiło zaakceptować obecności osoby nadludzkiej, nadzwyczajnej, zostało zupełnie zdruzgotane. Wszystkie moje myśli, nawet moja wina i pragnienie śmierci, wydawały się całkowicie nieistotne. Zapomniałem o sobie, o swoim bycie!

Wampir dotknął zaciśniętą pięścią klap swej marynarki.

- Zapomniałem całkowicie o sobie. I w tej samej chwili zdałem sobie sprawę ze znaczenia tej okazji. Od tej pory odczuwałem już tylko wzrastające zdziwienie. Gdy przemówił do mnie i powiedział kim mógłbym zostać, czym jest jego życie i co go jeszcze czeka, wszystko, co wcześniej przeżyłem przestało się w ogóle liczyć. Postrzegałem wtedy swoje życie tak, jakbym stanął z boku, przyglądając mu się z zewnątrz. Dostrzegłem całą moją dotychczasową próżność, egoizm, konformizm, powierzchowną wiarę w Boga i zastępy świętych, których imiona wypełniały mój modlitewnik, a z których żaden nie wywarł najmniejszego wpływu na moją ograniczoną, materialistyczną i samolubną egzystencję. Dostrzegłem moich prawdziwych bogów... bogów większości z ludzi -jedzenie i picie, bezpieczeństwo w konformizmie. Popiół.

Twarz chłopaka była napięta. Widać w niej było niepokój pomieszany z zaciekawieniem.

- A więc zdecydował się pan zostać wampirem? -spytał. Przez chwilę wampir nie odpowiadał.

- Zdecydował... Wydaje mi się, że nie jest to najodpowiedniejsze słowo. Choć nie można powiedzieć, że było to nieuniknione od momentu, w którym on wkroczył do pokoju. Nie, rzeczywiście, to nie było wcale nieuniknione. Jednak nie mogę powiedzieć, bym sam zdecydował. Powiedzmy, że kiedy on skończył mówić, żadna inna decyzja nie wchodziła w rachubę, więc wybrałem właśnie ją, nie oglądając się do tyłu. Poza jedną rzeczą.

- Poza czym?

- Moim ostatnim wschodem słońca - odpowiedział wampir. -Następnego ranka, po tej nocy, nie byłem jeszcze wampirem, więc mogłem zobaczyć po raz ostatni wschód słońca. Pamiętam to dobrze. Nie mógłbym powiedzieć, bym pamiętał którykolwiek z poprzednich. Pamiętam, że światło najpierw pojawiło się u góry drzwi balkonowych wzmagającą się jasnością zza koronkowych zasłon. Później blask, który dostrzegałem między liśćmi drzew, stawał się jaśniejszy i jaśniejszy. W końcu światło słoneczne przedarło się przez okna, rzucając cień koronek na podłogę i na skąpaną w blasku słońca postać mojej śpiącej siostry. Ciepło ogrzało ją i obudziło. Odrzuciła szal, nie budząc się, lecz wtedy słońce zaczęło świecić jej prosto w oczy. Zacisnęła powieki. Światło tańczyło po stole, gdzie złożyła swą głowę wtuloną w ramiona, po wodzie w stojącym na stole naczyniu. Czułem je na rękach, złożonych na kołdrze, a wreszcie i na twarzy. Leżałem w łóżku, myśląc o tym wszystkim, co usłyszałem od niego. To właśnie wtedy powiedziałem do widzenia słońcu i zdecydowałem się zostać wampirem. To był mój... ostatni wschód słońca.

Wampir spoglądał znów za okno. A gdy przestał mówić, cisza, jaka zapadła w pokoju, była tak przejmująca, że chłopakowi zdawało się, iż niemal ją słyszy. Dopiero po chwili dotarły do niego odgłosy dochodzące z ulicy. Duża przejeżdżająca ciężarówka wprawiła kabel lampy w drżenie. Po chwili odgłosy uciszyły się.

- Czy tęskni pan za nimi ? - zapytał cicho po chwili.

- Tak naprawdę, to nie - padła krótka odpowiedź. -Jest tyle innych rzeczy. Ale gdzie to byliśmy? Chcesz wiedzieć, jak to się stało, że stałem się wampirem?

- Tak - odpowiedział chłopak. -Jak się właściwie dokonała ta przemiana?

- Nie sądzę, bym potrafił ci to dobrze opowiedzieć. Mogę tylko ująć to w słowa, które opiszą, nawet dokładnie, ale będzie to zupełnie coś innego. To tak, jak opowiadać komuś o pierwszych doświadczeniach z dziewczynami, komuś, kto sam jeszcze nic nie wie o seksie i tego jeszcze nie przeżył.

Młody człowiek zdawał się już gotować do zadania następnego pytania, ale zanim otworzył usta, wampir kontynuował:

- Jak ci już mówiłem, ten wampir, Lestat, chciał dostać moją plantację. Całkiem przyziemne życzenie, nie powiem. W zamian za ofiarowanie mi nieśmiertelnego życia, które będzie trwało aż do końca świata. Nie był on jednak szczególnie wnikliwy. Można powiedzieć, że tę niewielką liczbę wampirów, jaka znajdowała się na świecie, traktował jak jakiś ekskluzywny klub dla wybranych. Zresztą, on sam miał całkiem ludzkie problemy - ślepego ojca, który w dodatku nie zdawał sobie sprawy, że jego syn jest wampirem i pod żadnym pozorem nie mógł się dowiedzieć. Życie w Nowym Orleanie stało się dla niego zbyt trudne, zważywszy jego potrzeby i konieczność stałej opieki nad ojcem. Postanowił więc objąć w posiadanie Pointe du Lac.

Następnego wieczoru natychmiast wprowadził się na plantację, ukrył ślepego ojca w głównym pokoju, a ja poczyniłem niezbędne przygotowania do przemiany. Nie było to takie proste. Musiałem przeprowadzić parę rzeczy, z których pierwszą miała być śmierć mojego dotychczasowego zarządcy. Lestat rozprawił się z nim podczas snu. Ja miałem się temu przyglądać i zaaprobować; to jest być świadkiem odebrania życia człowiekowi jako dowód mojego zaangażowania w sprawę i zgody na udział w niej. To właśnie, bez wątpienia, okazało się dla mnie najtrudniejsze. Mówiłem ci już, że nie obawiałem się swojej śmierci, jedynie odczuwałem mdłości na myśl o odebraniu sobie życia. Miałem jednak olbrzymi szacunek dla życia innych. Musiałem przyglądać się ze spokojem, jak nadzorca obudził się nagle i próbował odepchnąć Lestata obiema rękami od siebie, a gdy okazało się to niemożliwe, leżał pod nim w żelaznym uścisku. Jego opór słabł coraz bardziej. W końcu zwisł bezwładny, wysączony z krwi. Patrzyłem, jak umierał. Nie umarł od razu. Z górą godzinę staliśmy w jego małym pokoiku, przyglądając się, jak powoli tracił przytomność. Wreszcie umarł. Jak wspomniałem była to pierwsza część mojej przemiany w wampira. W przeciwnym wypadku Lestat nigdy nie zdecydowałby się na pozostanie tutaj. Potem musieliśmy pozbyć się ciała. Będąc w gorączce i jeszcze osłabiony, zbyt mało miałem sił, by zajmować się martwym ciałem zarządcy. Zbierało mi się na wymioty, Lestat śmiał się ze mnie, dodając, że jak tylko stanę się wampirem, będę się czuł zupełnie inaczej i sam będę się śmiał z takiego zachowania. Mylił się jednak. Śmierć nigdy nie wywoływała u mnie rozbawienia, bez względu na to, jak często bywałem jej przyczyną.

Ale pozwól, że wszystko opowiem po kolei. Musieliśmy pojechać drogą w górę rzeki, aż dotarliśmy na otwarte pola. Dopiero tu mogliśmy zostawić ciało. Porwaliśmy jego ubranie, zabraliśmy pieniądze, a przy okazji, co świetnie pasowało do naszego planu, poczuliśmy od niego wyraźny zapach alkoholu. Znałem jego żonę, która mieszkała w Nowym Orleanie. Domyślałem się, w jakim będzie stanie i jak będzie cierpieć, gdy ciało zostanie odnalezione.

Ale bardziej od współczucia, zawładnął mną ból, że nigdy nie dowie się, co się właściwie stało z jej mężem. Że to wcale nie bandyci znaleźli go pijanego na drodze. Kiedy masakrowaliśmy ciało byłem coraz bardziej podniecony. Oczywiście, musisz zdawać sobie sprawę, że cały czas ten wampir, Lestat, nie zachowywał się jak istota ludzka. Nie było w nim więcej cech ludzkich jak, nie przymierzając, w postaci biblijnego anioła.

To zauroczenie jego osobą było nieco wymuszone. Dostrzegałem już wtedy dwuznaczność mojej przemiany w wampira. Z jednej strony, byłem po prostu zauroczony. Lestat całkowicie mną zawładnął. Z drugiej strony jednak, pragnienie samozniszczenia pozostawało. Nadal chciałem być całkowicie potępiony i to właśnie dlatego Lestat przystąpił do mnie, przy pierwszej i drugiej okazji. Tym razem jednak nie niszczyłem siebie, lecz życie innych, zarządcy, jego żony i jego rodziny. Poczułem wewnętrzny sprzeciw. Być może był jeszcze wtedy czas na wycofanie się, na ucieczkę od woli Lestata, gdyby nie to, że wyczuł niezawodnym instynktem, co dzieje się w moim umyśle. Absolutnie niezawodnym instynktem...

Wampir zadumał się.

- Wiedz, że wampiry obdarzone są niezwykle silnym instynktem wyczuwania i odgadywania nawet najdrobniejszych zmian w ludzkiej twarzy. Lestat miał w sobie to ponadnaturalne wyczucie. Wepchnął mnie szybko do powozu i zaciął konie batem. „Chcę umrzeć - zacząłem bełkotać -to ponad moje siły. Chcę umrzeć. Możesz mnie zabić. Pozwól mi umrzeć. Nie chciałem patrzeć na niego, aby na powrót nie znaleźć się pod jego urokiem, nie być oczarowanym jego nadzwyczajną pięknością. On tymczasem wymawiał łagodnie moje imię, śmiejąc się przy tym. Jak powiedziałem, był zdecydowany przejąć moją plantację.

- Czy pewne było, że nie zostawiłby pana w spokoju ? - zapytał chłopak.

- Nie wiem. Znając go tak, jak znam go teraz, powiedziałbym, że raczej zabiłby mnie, niż pozwolił odejść. Ale, rozumiesz, tego właśnie pragnąłem, więc to nie miało znaczenia. Gdy tylko dojechaliśmy do domu, zeskoczyłem z powozu i podszedłem, żyjący trup, do ceglanych schodów, o które roztrzaskał głowę mój brat. Dom był nie zamieszkany od paru miesięcy, zarządca miał swoją własną chatkę. Skwar i wilgoć panujące w Luizjanie sprawiły, że schody zaczęły się już rozsypywać. W szczelinach między cegłami pojawiła się trawa, a nawet, gdzieniegdzie, małe słoneczniki. Pamiętam, że gdy usiadłem na najniższym stopniu, poczułem chłód wilgotnych cegieł. Oparłem o nie głowę i dotknąłem dłońmi woskowych łodyg słoneczników. Szarpnąłem pęk i z łatwością wyrwałem z miękkiej ziemi. „Chcę umrzeć. Zabij mnie” -odezwałem się do wampira. „Teraz jestem winny morderstwa. Nie mogę z tym żyć”.

Uśmiechnął się szyderczo z niecierpliwością człowieka, który słucha oczywistych kłamstw. I wtedy w mgnieniu oka doskoczył do mnie i wpił się we mnie tak, jak to zrobił poprzednio z zarządcą. Z wściekłością próbowałem go od siebie odepchnąć. Kopnąłem go z całej siły i w tym momencie poczułem, jak jego zęby wbijają się w moje gardło, aż żyły nabrzmiały mu na skroniach. Jednym skokiem, o wiele za szybkim, abym mógł to zauważyć, znalazł się nagle na podejściu schodów. Stanął tam, spoglądając pogardliwie na umie. „Myślałem, że chcesz umrzeć, Louis” - szydził.

Chłopak wydał z siebie cichy okrzyk, gdy wampir wypowiedział swoje imię.

- Tak, tak właśnie mam na imię. Po chwili kontynuował dalej:

- Leżałem bezbronny na ziemi, będąc świadkiem własnego tchórzostwa i bezmyślności. Tak bezpośrednio skonfrontowany z nimi. Być może, gdybym miał więcej czasu zdążyłbym zebrać się na odwagę i odebrać sobie życie, a nie skomleć i błagać, by ktoś inny zrobił to za mnie. Ujrzałem siebie w codziennych cierpieniach, mającego nadzieję, że śmierć odnajdzie mnie nieoczekiwanie, przynosząc chwilę wiekuistego odpuszczenia.

Zobaczyłem także, niby w wizji, jak stoję u góry schodów, dokładnie tam, gdzie stał mój brat, a potem spadam z łoskotem. Nie było jednak wtedy czasu na odwagę, czy może powinienem raczej powiedzieć, że nie było w planie Lestata miejsca na nic innego, niż on sam przewidział.

- Posłuchaj dobrze, co ci powiem, Louis - odezwał się do mnie i położył się obok mnie na schodach, gestem tak wdzięcznym i pełnym uroku, że zdał mi się niemal kochankiem. Wzdrygnąłem się, ale on objął mnie swoim ramieniem i przysunął do siebie. Nigdy wcześniej nie byłem tak blisko niego, i teraz, w ciemnym świetle, widziałem wspaniały blask jego oczu i niezwykłą jasność skóry. Gdy tylko poruszyłem się, położył dłoń na moich ustach i powiedział:

- Nie ruszaj się. Teraz będę pił twą krew, lecz nie pozwolę ci umrzeć. Chcę, abyś był spokojny, tak spokojny, abyś mógł usłyszeć, jak twoja krew przepływa do moich żył. Tylko wysiłkiem woli i świadomością chwili możesz utrzymać się przy życiu.

Chciałem jeszcze walczyć, ale przycisnął mnie tak silnie, że całkowicie panował nad moim wyprężonym jak struna ciałem. Gdy tylko zaniechałem oporu, zatopił zęby w mojej szyi.

Oczy chłopaka rozszerzyły się. W trakcie opowieści odsuwał się coraz bardziej i bardziej. Twarz mu stężała, przymrużył oczy, jak gdyby przygotowywał się do odparcia ciosu.

- Czy przydarzyło ci się kiedykolwiek utracić dużą ilość krwi? - zapytał wampir. -Czy znasz to uczucie?

Usta chłopca ułożyły się do wyrazu „nie”, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Przełknął ślinę,

- Nie!

- Świece paliły się u góry w holu, tam gdzie wcześniej planowaliśmy śmierć zarządcy. Na galerii kołysała się na wietrze lampa naftowa. Światło świec i lampy zlewało się i migotliwy blask wypełnił klatkę schodową.

- Słuchaj, miej oczy otwarte -wyszeptał Lestat. Czułem jego oddech na szyi. Pamiętam, że gdy mówił, wszystkie włosy na moim ciele zelektryzowały się, a całe ciało drżało. Przypominało to dreszcz namiętności...

Wampir zadumał się. Zgięte palce prawej ręki podłożył pod brodę. Miało się wrażenie, że wyciągniętym palcem dłoni gładzi się delikatnie po podbródku.

- No cóż, rezultat tego był taki, że w przeciągu kilku minut, byłem tak osłabiony, że prawie nie mogłem się ruszyć. Ogarnięty paniką zdałem sobie sprawę z tego, że nawet gdybym bardzo chciał, nie jestem w stanie nic zrobić. Lestat oczywiście nadal przytrzymywał mnie, a jego ramię ważyło chyba tonę. Poczułem, że wyszarpnął zęby z mojej szyi tak gwałtownie, że dwie zostawione przez ugryzienie rany wydawały się ogromne i były bolesne. Teraz pochylił się nad moją bezwładną głową, i zdjąwszy ze mnie swą prawą rękę, ugryzł własny nadgarstek.

Krew trysnęła na koszulę i marynarkę. Przyglądał się temu z przymrużonymi, błyszczącymi oczyma. Wydawało mi się, że stał tak całą wieczność i patrzył, a odblaski światła migocące za jego głową były jak tło zjawy. Myślę, że już wtedy zrozumiałem, co zamierza zrobić i czekałem, zdawałoby się jakby latami całymi, całkowicie zdany na jego łaskę, na to, co ma nastąpić.

Przycisnął swój krwawiący nadgarstek do moich ust i powiedział stanowczo z lekkim zniecierpliwieniem:

- Louis, pij! Zacząłem pić jego krew.

„Tylko powoli, Louis, teraz szybciej” -szeptał do mnie wiele razy. Piłem, wysysając jego krew z rany w nadgarstku. Po raz pierwszy od czasów niemowlęctwa doświadczając tej szczególnej przyjemności ssania pokarmu, całym ciałem, skupiając się na tym jedynym źródle życia. I wtedy wydarzyło się coś szczególnego.

Wampir oparł się na krześle, jego brwi uniosły się lekko.

- Jak trudno opisać rzeczy, których tak naprawdę nie da się opisać -powiedział po chwili cicho, ledwie szeptem.

Chłopak siedział bez ruchu jak przykuty do krzesła.

- Gdy piłem jego krew, poza światłem, nie widziałem nic. A potem następną rzeczą, jaką odczułem, był... dźwięk. Głuchy huk na początku, a następnie łomotanie, dudnienie, jak w wielki bęben, narastające, jak gdyby jakiś nadludzki olbrzym przedzierał się powoli przez ciemny i tajemniczy las. Tuż po chwili usłyszałem identyczny, drugi taki odgłos, jakby za pierwszym olbrzymem, w pewnej odległości pojawił się drugi, a każdy z nich w rytmie swojego własnego dudnienia. Hałas narastał, zbliżał się coraz bardziej, aż wydawało się, że wypełnia już nie tylko mój zmysł słuchu, ale i wszystkie pozostałe. Zdawał się tętnić i pulsować w wargach i palcach, w skroniach i żyłach. Przede wszystkim w żyłach. Najpierw jeden odgłos dudnienia, potem ten drugi. Aż wreszcie Lestat wyszarpnął rękę, odrywając ją od moich ust. Otworzyłem oczy i odzyskałem świadomość. Ponownie sięgnąłem po jego rękę, chwyciłem ją i siłą przywarłem do ust. Zdałem sobie sprawę, że odgłosy tego bębna były biciem mego serca, i jego serca, nas obu. - Wampir westchnął. -Czy ty to rozumiesz? Chłopiec zaczął coś mówić i potrząsnął głową.

- Nie.., to jest tak - powiedział. -To jest... to jest...

- Oczywiście - odrzekł wampir, odwracając wzrok.

- Chwileczkę, chwileczkę - powiedział chłopak -taśma już się prawie kończy, muszę ją odwrócić.

Wampir spokojnie przyglądał się, jak chłopak zmieniał taśmę i ponownie włączył magnetofon.

- I co stało się potem? - Usłyszał po chwili.

Twarz chłopaka była spocona, więc wytarł ją chusteczką.

- Zmienił się mój sposób widzenia - podjął na nowo wampir. -Widziałem rzeczy wokół siebie tak, jak widzą to wampiry. - Jego głos był z lekka obojętny, wydawało się, jakby myśli wampira przez moment odbiegły gdzieś dalej. Zaraz jednak poprawił się na krześle i kontynuował:

- Lestat stał ponownie przy schodach i dostrzegałem teraz to, czego poprzednio nie widziałem. Przedtem jego skóra wydawała mi się biała, tak uderzająco biała, że w nocy prawie świeciła. Teraz widziałem go, jakby był kimś takim samym jak ja. Jego twarz promieniała, ale nie była wcale świecąca. Zobaczyłem wtedy także, że nie tylko Lestat zmienił się, lecz i wszystko, co mnie wokół otaczało.

To było tak, jakbym dopiero teraz po raz pierwszy zaczął widzieć kolory i prawdziwe kształty rzeczy. Widok guzików na czarnym surducie Lestata tak przykuł moją uwagę, że wpatrywałem się w nie przez dłuższą chwilę, aż on zaczął się śmiać ze mnie. A i śmiech ten słyszałem teraz tak, jak nigdy wcześniej. Nadal też słyszałem jego serce niczym uderzenia w bęben. Miałem zamęt w głowie, bo każdy nowy dźwięk nakładał się na poprzedni, tworząc mieszaninę odgłosów, aż do chwili gdy nauczyłem się je oddzielać, a wtedy, choć nakładały się na siebie, każdy z nich cichy ale wyraźny, narastający lecz nie ciągły, jak salwy śmiechu - wampir uśmiechnął się z rozkoszą -jak huk dzwonów.

- Przestań patrzeć na moje guziki - odezwał się Lestat. -Wstań i idź popatrzeć na drzewa. Wybierz się na spacer i pozbądź się resztek zbytecznego człowieczeństwa w swoim ciele. Tylko nie zakochaj się przypadkiem do szaleństwa w tej nocy, żebyś mógł odnaleźć drogę powrotną do domu!

To rzeczywiście była mądra rada. Kiedy bowiem ujrzałem światło księżyca na bruku przed domem, wpadłem w takie oczarowanie, że musiałem spędzić tam chyba z godzinę. Minąłem bez większego zainteresowania kaplicę w ogrodzie, i stojąc pomiędzy zagajnikami bawełny i dębami, wsłuchiwałem się w noc, jak gdyby był to chór szepczących kobiet, przywołujących mnie do swych piersi. Co do mojego ciała, nie było jeszcze całkowicie przemienione i jak tylko zacząłem jako tako odróżniać dźwięki i obrazy, poczułem fizyczny ból. Opuszczały mnie wszystkie moje człowiecze fluidy, wypychane przez nową postać. Umierałem jako człowiek, a przecież byłem najzupełniej żyw jako wampir. Wraz z budzącymi się zmysłami, musiałem nadzorować śmierć mojego ludzkiego ciała, choć nie bez pewnego niepokoju, a wkrótce nawet strachu. Wbiegłem z powrotem na schody i wpadłem do górnego holu, gdzie zastałem Lestata przeglądającego moje papiery dotyczące plantacji, porównującego wydatki i zyski za ostatni rok.

- Jesteś bogatym człowiekiem - odezwał się do mnie, gdy wszedłem.

- Coś niedobrego dzieje się ze mną! -krzyknąłem.

- Po prostu umierasz, to wszystko. Nie bądź głupcem. Czy nie masz tutaj jakichś dobrych lamp? Tyle pieniędzy i nie możesz sobie nawet pozwolić na porządne olejowe lampy w pokojach. Ta lampa wisząca na zewnątrz, przynieś mi ją.

- Umieram! - krzyknąłem. -Umieram!

- Każdemu się to przytrafia - stwierdził, odmawiając przyjścia mi z pomocą. Nawet teraz, gdy na to patrzę, pogardzam nim. Nie dlatego, że bałem się, ale dlatego, że mógł powiedzieć mi o tych wszystkich zmianach, jakie przechodziłem z większym szacunkiem. Mógł mnie uspokoić i powiedzieć, że mogę przyglądać się swojej własnej śmierci z taką samą fascynacją, z jaką przyglądałem się i czułem tamtą noc. Nie zrobił tego jednak. Lestat zawsze bardzo różnił się ode mnie. Zupełnie nie byliśmy do siebie podobni, wampir nie powiedział tego tonem przechwałki. Powiedział to tak, jakby naprawdę chciał, by było właśnie odwrotnie.

- Moris - westchnął. -Umierałem zatem szybko, co oznaczało, że równie szybko zmniejszała się moja zdolność odczuwania bólu. Teraz żałuję, że nie zwróciłem na to większej uwagi. Lestat tymczasem odstawiał idiotę.

- O do diabła! - zaczął krzyczeć. -Że też nie przygotowałem nic dla ciebie! Co za głupiec ze mnie!

- No właśnie - miałem ochotę powiedzieć, ale nie zrobiłem tego.

- Czy zdajesz sobie sprawę, co to oznacza? - podjął Lestat. -Będziesz musiał położyć się ze mną tego ranka. Nie przygotowałem dla ciebie osobnej trumny.

Wampir zaśmiał się.

- Trumna wywołała u mnie taką panikę, że jak sądzę, wypełniła całą zdolność ludzkich odruchów, jakie mi pozostały. Potem doszło do mnie i to, że będę musiał dzielić ją z Lestatem. On tymczasem był już w sypialni ojca, życząc mu dobrej nocy, mówiąc, że przyjdzie do niego nad ranem.

- Ale dokąd ty idziesz, dlaczego musisz żyć w taki sposób - utyskiwał starzec, aż Lestat stracił cierpliwość. Przedtem jeszcze był dla niego bardzo łaskawy, niemal nadskakujący, teraz jednak zaczął zachowywać się despotycznie.

- Czyż nie opiekuję się tobą? Czy nie zapewniłem tobie lepszego dachu nad głową niż ty kiedykolwiek mnie? Jeśli chcę spać cały dzień, a pić całą noc, tobie nic do tego, do diabła.

Staruszek począł jęczeć i pochlipywać. Jedynie moim szczególnym stanem i nadzwyczajnym wyczerpaniem mogę wytłumaczyć, że nie ująłem się za nim. Przyglądałem się tej scenie przez otwarte drzwi, zauroczony kolorami kołdry na łóżku starca i gamą kolorów występujących na jego twarzy. Jego niebieskie żyły pulsowały na tle różowego i szarego ciała. Nawet żółć jego starych zębów robiła na mnie wrażenie, i stałem zahipnotyzowany drżeniem jego warg.

- Co za syn, co za syn - mamrotał, nie podejrzewając nawet, jak bardzo miał rację. -No, dobrze, idź zatem. Wiem, że masz gdzieś jakąś kobietę i odwiedzasz ją, jak tylko jej mąż wychodzi. Podaj mi mój różaniec. Co się stało z moim różańcem?

Lestat powiedział coś bluźnierczego i podał mu różaniec...

- Ale... - wtrącił chłopak.

- Taak? - zapytał wampir. -Wydaje mi się, że nie pozwoliłem ci na zadawanie pytań.

- Chciałem tylko zapytać... przecież w różańcu jest krzyż?

- Ach, te pogłoski o krzyżach - zaśmiał się wampir. -Masz na myśli nasz strach przed krzyżem?

- Strach przed patrzeniem na niego - dodał chłopak.

- Nonsens przyjacielu, czysty nonsens. Mogę patrzeć na wszystko, na co tylko mam ochotę, i nawet szczególnie lubię patrzeć na krucyfiks.

- A co z tymi pogłoskami o dziurkach od klucza, że wampiry potrafią... stać się parą i przechodzić przez nie.

- Chciałbym, aby tak było - zaśmiał się wampir. -Jakby to było wspaniale przechodzić przez nie i wyczuwać ich charakterystyczny kształt, muskający nasze ciała. Nie - pokręcił głową -to jest absolutna, jak wy to dzisiaj nazywacie... bzdura.

Chłopak zaśmiał się wbrew sobie, zaraz jednak spoważniał.

- Nie możesz być taki nieśmiały w rozmowie ze mną - zauważył wampir. -Co znowu tym razem?

- Ta historia o kołkach wbijanych w serce - wykrztusił chłopak, rumieniąc się na twarzy.

- To samo - odpowiedział wampir. -Bzdura. Wyraźnie wymówił obie sylaby wyrazu, tak że młody człowiek uśmiechnął się pod nosem.

- Żadnej siły magicznej, jakiejkolwiek. Ale dlaczego nie palisz? Widzę, że masz papierosy w kieszeni koszuli.

- O, dziękuję - odpowiedział, jakby sugestia ta była czymś niezwykle wspaniałomyślnym. Jednak gdy tylko przytknął papierosa do ust, jego dłonie zaczęły się tak trząść, że rozdarł delikatny kartonik z zapałkami.

- Pozwolisz ? - Wampir odebrał mu pudełko i zręcznie podsunął zapaloną zapałkę. Chłopak zaciągnął się z oczyma wlepionymi w palce wampira. Ten usiadł z powrotem na miejsce, lekko szeleszcząc ubraniem. -Popielniczka jest na umywalce - dodał, a chłopak ruszył nerwowo w jej stronę. Przez moment przyglądał się zmiętym niedopałkom w popielniczce, a zobaczywszy niewielki kosz na śmieci pod umywalką, opróżnił ją i szybko położył na stole.

Po chwili odłożył papierosa, na którym widać było wyraźne wilgotne plamy od palców.

- Czy to pana pokój? - zapytał.

- Nie - odparł wampir. -Po prostu pokój.

- Co zatem stało się dalej? - Powrócił do rozmowy chłopak. Wampir zdawał się przyglądać kłębom dymu unoszącym się nad stołem.

- A, prawda, co koń wyskoczy wróciliśmy do Nowego Orleanu - odrzekł. - Lestat miał tam swoją trumnę w nędznym pokoiku niedaleko wałów fortecznych na skraju miasta.

- Czy wszedł pan do tej trumny?

- Nie miałem wyboru. Błagałem Lestata, by pozwolił mi ukryć się w skrytce na rzeczy, ale ten roześmiał się zaskoczony.

- Czyżbyś nie wiedział, kim teraz jesteś? - zapytał.

- Ale - odrzekłem -czy trumna ma jakąś siłę magiczną? Czy to musi mieć taki kształt? - przekonywałem. W odpowiedzi znów usłyszałem jego śmiech. Cały ten pomysł zupełnie mi się nie podobał, ale gdy tak spieraliśmy się, zdałem sobie nagle sprawę, że to nie strach przed wejściem do trumny paraliżuje mnie, a właśnie brak strachu. W ciągu całego mojego życia odczuwałem lęk przed zamkniętymi pomieszczeniami. Urodzony i wychowany w domach francuskich, z wysokimi sufitami, o oknach na całą szerokość ściany nie byłem przyzwyczajony do małych pomieszczeń i myśl o zamknięciu w pudle trumny powinna przyprawiać mnie o drżenie. Do tej pory nawet w konfesjonale w kościele czułem się nieprzyjemnie. To było zupełnie zrozumiałe. Teraz zdałem sobie sprawę, gdy tak wzbraniałem się przed wykonaniem polecenia Lestata, że właściwie nie odczuwam już podobnych, nieprzyjemnych sensacji. Zaledwie tylko je sobie przypominałem, wyłącznie z przyzwyczajenia, z niemożności raczej wpasowania się jeszcze w swój obecny kształt.

- Źle robisz - w końcu stwierdził Lestat. - Już prawie brzask. Wiesz co, powinienem pozwolić ci umrzeć. Słońce wypali krew, którą ci dałem, w każdej tkance, w każdej żyle. Nie powinieneś wcale odczuwać takiego lęku. Myślę, że przypominasz człowieka, który stracił nogę lub rękę, a ciągle jeszcze twierdzi, że odczuwa tam ból.

No cóż, była to z pewnością najinteligentniejsza i najbardziej pożyteczna uwaga, jaką kiedykolwiek wypowiedział w mojej obecności i to właśnie przywołało mnie do porządku.

- Słuchaj no, ja w każdym razie kładę się do trumny - powiedział wreszcie tonem tak pogardliwym, na jaki tylko on mógłby się zdobyć.

- I kładź się lepiej na mnie, jeśli ci życie miłe.

Zrobiłem, jak kazał. Po chwili leżałem na nim twarzą w dół, zupełnie zmieszany i skonfundowany brakiem wewnętrznego oporu i lęku oraz przepełniony niesmakiem przebywania tak blisko niego, jakkolwiek był przystojny i intrygujący. Zasunął wieko trumny. Zapytałem go, czy już zupełnie umarłem jako człowiek śmiertelny. Całe bowiem moje ciało bolało mnie i odczuwałem nieznośne mrowienie.

- Nie - odparł -jeszcze niezupełnie. Kiedy tak się już stanie, będziesz słyszał i widział, jak wszystko wokół ciebie się zmienia, ale nie będziesz odczuwał bólu. Poczekaj do jutra. Śpij już.

- Czy miał rację ? Czy rzeczywiście był pan... martwy następnego dnia po przebudzeniu ?

- Tak, powiedziałbym raczej zmieniony, bo rzecz jasna żyję przecież nadal. Minęło trochę czasu, zanim moje ciało całkowicie oswobodziło się z ludzkich fluidów i materii, których już więcej nie potrzebowało. Gdy zdałem sobie wreszcie z tego sprawę, przyszła pora na następną fazę - pozbywanie się ludzkich odczuć. Pierwszą rzeczą, która stała się dla mnie oczywista, jeszcze gdy z Lestatem montowaliśmy trumnę na marach i kradliśmy drugą z pobliskiej kostnicy, był fakt, że Lestat zupełnie nie przypadł mi do gustu. Byłem jeszcze daleki od bycia mu równym, ale nie tak jak przed fizyczną śmiercią mego ciała. Nie potrafię tego teraz wytłumaczyć z oczywistych powodów. Jesteś tym, kim byłem i ja przed przemianą. Nie możesz tego zrozumieć. Ale zanim zmarłem, spotkanie z Lestatem było dla mnie przeżyciem tak absolutnie przytłaczającym, jak dotąd jeszcze nic w moim życiu. Nawiasem mówiąc, twój papieros wypalił się już całkowicie.

Chłopak szybko zgasił papierosa o szklane ścianki popielniczki.

- Czy chce pan przez to powiedzieć, że gdy zniknęła różnica między wami, stracił on cały swój... urok ? -zapytał z oczyma utkwionymi w wampira, wyciągając ponownie papierosa i zapałki, już bez poprzedniego zdenerwowania.

- Tak, zgadza się - odpowiedział wampir z oczywistą przyjemnością. -Podróż do Pointe du Lac była fascynująca, ale ciągłe ględzenie Lestata było z całą pewnością nudne i mocno przygnębiające. Daleko mi było jeszcze do tego, aby osiągnąć jego formę. Miałem nadal obumarłe ręce i nogi, którymi odtąd musiałem walczyć o życie, mówiąc jego słowami. Przekonałem się o tym tej nocy, kiedy przyszło mi zabić po raz pierwszy.

Wampir przechylił się ponad stołem i delikatnie strącił popiół z klapy marynarki młodego mężczyzny, który przypatrywał się temu z trwogą.

- Wybacz - powiedział wampir. -Nie chciałem cię przestraszyć.

- Nie, to ja przepraszam - wykrztusił z siebie chłopak. -Po prostu odniosłem nagle wrażenie, że ręka pańska jest nadzwyczajnie... nadzwyczajnie długa. Dosięgnął pan mnie z tak daleka, wcale się przecież nie ruszając!

- Nie - odparł wampir, składając ponownie dłonie na kolanach. -Przesunąłem się do przodu, tylko tak szybko, że tego nie zauważyłeś. To było złudzenie.

- Przesunął się pan do przodu? Ale przecież wcale nie! Siedział pan tam, na swoim miejscu, dokładnie tak jak w tej chwili.

- Nie - powtórzył stanowczo wampir. -Przesunąłem się do przodu, tak jak powiedziałem. Proszę, zrobię to raz jeszcze.

Powtórzył sztuczkę, wprowadzając chłopaka ponownie w osłupienie zmieszane z przestrachem.

- Znów tego nie widziałeś, a przecież gdybyś spojrzał na moje wyciągnięte ramię, to wcale nie wydałoby się tobie nadzwyczajnie długie. - Podniósł dłoń z palcem wskazującym, wyciągniętym do góry, jak gdyby był aniołem na chwilę przed oznajmieniem Słowa Bożego. -Miałeś właśnie okazję doświadczyć różnicy w dostrzeganiu rzeczy, jaka istnieje między tobą a mną. Dla mnie mój ruch wydał się wolny i nieco ociężały, a odgłos strzepywania popiołu z twojej marynarki był dobrze słyszalny. Nie chciałem ciebie przestraszyć, ale teraz być może rozumiesz, jaką ucztą dla zmysłów był dla mnie powrót do Pointe du Lac.

- Tak - odrzekł chłopak, choć nadal był wyraźnie wstrząśnięty. Wampir przyglądał mu się przez chwilę, po czym powrócił do opowiadania:

- O czym to mówiliśmy...

- O pierwszym zabójstwie - przypomniał chłopak.

- Tak, ale na początku powinienem jeszcze powiedzieć, że sprawa z plantacją straszliwie się zagmatwała. Ciało zarządcy zostało znalezione, odkryto także ślepego starca w głównej sypialni i nikt nie potrafił wytłumaczyć jego obecności. Jednocześnie nikt nic mógł mnie odszukać w Nowym Orleanie. Siostra skontaktowała się z policją i kilku policjantów było już na miejscu, gdy przybyliśmy do Pointe du Lac. Oczywiście ściemniło się już zupełnie. Lestat szybko objaśnił, że nie mogę pozwolić na to, by policjanci widzieli mnie dobrze, nawet w minimalnym świetle. Szczególnie teraz, gdy ciało moje znajdowało się jeszcze w szczególnym stanie transformacji. Rozmawiałem więc z nimi w alei dębowej przed domem, ignorując zupełnie wyrażone przez nich życzenie, abyśmy weszli do środka. Wytłumaczyłem im, że byłem poprzedniej nocy w Pointe du Lac oraz że ślepy staruszek jest moim gościem. Co do zarządcy, nie widziałem go wczoraj wcale i o ile wiem, pojechał w interesach do Nowego Orleanu. Kiedy odjechali i cały zamęt nieco się uciszył, powoli doszedłem do siebie.

W tym czasie zaczął wykształcać się we mnie obojętny stosunek do życia i niedbałe traktowanie rzeczywistości, cecha tak charakterystyczna dla wszystkich wampirów. Dostrzegłem jednakże pewne kłopoty, jakie wiązały się z plantacją. Niewolnicy byli w stanie całkowitego zdezorientowania i przez cały dzień nie wzięli się do pracy. Mieliśmy wtedy dużą farbiarnię, a zarządzanie plantacją było sprawą niezwykłej wagi. Było na szczęście kilku nadzwyczaj inteligentnych niewolników, którzy z powodzeniem mogli przejąć obowiązki zamordowanego zarządcy, jeśli tylko dałbym wyraz uznaniu ich zdolności. Przyjrzałem się im dokładnie i przekazałem zarządzanie plantacją najlepszym, obiecując w nagrodę dom zarządcy. Dwie młode kobiety sprowadziłem do domu, aby zajmowały się ojcem Lestata. Oznajmiłem im, że życzę sobie szczególnej prywatności i nie chcę nikogo widywać. Obiecałem także pieniądze, nie tylko za opiekę nad starym i służbę, ale i za to, by zostawiły nas, w miarę możności, w całkowitym spokoju. W tym czasie nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, że ci właśnie niewolnicy będą pierwszymi, choć prawdopodobnie jedynymi, którzy mogą podejrzewać, że Lestat i ja nie jesteśmy zwyczajnymi ludźmi. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, że ich doświadczenia z tym, co nadprzyrodzone, są o wiele bogatsze niż u białych. W swojej własnej ignorancji uważałem ich za dzikusów, nieco tylko udomowionych niewolnictwem. To był wielki błąd. Ale po kolei. Miałem mówić o mojej pierwszej ofierze. Lestat spartaczył wszystko swoim charakterystycznym brakiem poczucia zdrowego rozsądku.

- Spartaczył ? - wtrącił chłopak.

- Nie powinienem był rozpoczynać tego od razu od istot ludzkich. No, ale tego to już musiałem nauczyć się sam. Lestat zawyrokował, byśmy wyruszyli na poszukiwania na bagna, zaraz po tym, jak odprawiłem policjantów i niewolników. Zrobiło się późno i chaty niewolników były zupełnie ciemne. Wkrótce straciliśmy z oczu światła Pointe du Lac. Byłem bardzo podniecony. Znów odczuwałem to samo - strach pomieszany z zakłopotaniem. Lestat, gdyby miał w sobie trochę inteligencji, mógłby wytłumaczyć mi rzeczy dotyczące mojej obecnej postaci, by nie napawały mnie niepotrzebną obawą -że nie muszę się bać bagien, że żaden owad czy wąż nie jest w stanie wyrządzić mi najmniejszej krzywdy oraz że powinienem koncentrować nowo nabyte zdolności, aby widzieć w absolutnej ciemności. Zamiast lego naskakiwał na mnie ze swoimi ciągłymi potępieniami. Interesowały go wyłącznie nasze ofiary, dokończenie mojej inicjacji w nowym życiu.

Kiedy w końcu dotarliśmy do naszych zdobyczy, przynaglił mnie do akcji. Była to mała grupa niewolników, uciekinierów z plantacji. Nocowali na moczarach. Lestat był już wcześniej tutaj i porwał parę osób z tej grupy. Obserwował ich z ciemności, czekając, aż tylko którykolwiek oddali się od ognia, lub wysysał z nich krew podczas snu. Nie zdawali sobie sprawy z obecności wampira. Przyglądaliśmy się im dobrą godzinę, zanim któryś z mężczyzn - grupa składała się z samych mężczyzn - wyszedł ze światła i podszedł całkiem blisko nas, ukrytych w rosnących nieopodal drzewach. Rozpiął spodnie i zajął się całkiem prozaiczną czynnością fizjologiczną. Kiedy zbierał się już do odejścia, Lestat potrząsnął mnie i powiedział: „Bierz go!”

Wampir uśmiechnął się nieznacznie na widok rozszerzających się oczu chłopaka.

- Sądzę, że byłem wtedy równie przerażony, jak ty byłbyś na moim miejscu - powiedział. -Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że mogę zamiast ludzi zabijać zwierzęta. Powiedziałem szybko, że nie mogę tego zrobić. Murzyn usłyszał mój szept. Obrócił się plecami do odległego ogniska i wpatrywał w ciemność. Po chwili bezgłośnie wyciągnął długi nóż zza pasa. Miał na sobie tylko spodnie i pas. Był wysokim, muskularnym, młodym człowiekiem o gładkiej skórze. Powiedział coś w gwarze francuskiej i wysunął się nieco do przodu. Zdałem sobie sprawę, że chociaż ja widzę go doskonale w ciemności, on nie widzi nas wcale. Lestat zaszedł go od tyłu z szybkością, która i mnie zaskoczyła. Chwycił go za szyję, jednocześnie blokując rękę, w której trzymał nóż. Czarny wydał dziki okrzyk i próbował zrzucić z siebie napastnika. Lestat zatopił zęby w jego szyi, aż nieszczęśnik wyprężył się jak struna, jakby po ugryzieniu przez węża. Osunął się na kolana. Lestat szybko i chciwie pił jego krew, bowiem pozostali mężczyźni biegli już na ratunek.

- Przyprawiasz mnie o wymioty - powiedział, gdy powrócił do mnie. Byliśmy jak dwa wielkie, czarne owady, całkowicie bezpieczne w otaczającej ciemności. Przyglądaliśmy się ruchom niewolników, zupełnie nieświadomych naszej obecności, gdy znaleźli swojego rannego kompana, odciągnęli go do tyłu i rozstawili się wachlarzem w poszukiwaniu napastnika.

- Idziemy, musimy znaleźć kogoś innego, zanim powrócą do obozowiska - powiedział Lestat.

Szybko poszliśmy za jednym z nich, który odłączył się od pozostałych. Nadal byłem straszliwie podniecony i podekscytowany, nie mogłem sobie jednocześnie wyobrazić siebie w roli napastnika, nie miałem też na to specjalnej ochoty. Wiele było takich rzeczy, o czym już niejednokrotnie mówiłem, o których Lestat powinien był powiedzieć mi wcześniej. Mógł moje pierwsze doświadczenia uczynić bogatsze i głębsze. Nie zrobił tego jednak.

- Co właściwie powinien był zrobić? - zapytał chłopak. -Co pan ma na myśli?

- Zabijanie to nie jest zwyczajna rzecz - odpowiedział wampir. -Nie jest to wyłącznie nasycenie się krwią. - Potrząsnął głową. -To przeżycie towarzyszące zetknięciu się z innym życiem. Często również doświadczenie pozbawiania kogoś tego życia, gdy wolno, powoli wysysa się jego krew. To doświadczenie powtarza się bez końca i jest jakby przeżywaniem na powrót własnej śmierci, której zaznałem, ssąc krew z nadgarstka Lestata, gdy czułem, jak jego bicie serca zlewa się z moim. Jest to celebracja, bez końca, tego doświadczenia, ponieważ dla wampirów to jest właśnie ostateczne i podstawowe przeżycie - powiedział niezwykle poważnie, jak gdyby wyłuszczał swoją rację komuś, kto ma odmienne niż on poglądy.

- Nie sądzę, by Lestat kiedykolwiek doceniał to, choć zupełnie nie wiem, jak nie mógł tego nie zauważyć. Powiedzmy, że nie był na to zupełnie nieczuły, lecz myślę, że tylko w niewielkim stopniu był tego świadomy. W każdym razie, nie zadał sobie trudu przypomnienia mi teraz o tym. Nie zadał sobie też trudu, by wybrać odpowiednie miejsce, gdzie mógłbym właściwie doświadczyć mojego pierwszego zabójstwa, z odpowiednim spokojem i godnością. Rzucił się bezmyślnie na pierwszego lepszego, jakiego napotkaliśmy, jak gdyby morderstwo miało być tylko czymś do odrobienia. Kiedy już miał ofiarę w swym uścisku, zatkał mu usta, unieruchomił i odsłonił szyję.

- Teraz - powiedział -zrób to, nie masz wyboru.

Przepełniony odrazą i aż słaby z rozgoryczenia posłuchałem rozkazu. Przyklęknąłem obok wygiętego, szamoczącego się jeszcze mężczyzny i, zacisnąwszy obie dłonie na jego ramionach, wpiłem się w obnażoną szyję. Moje zęby dopiero co zaczęły się zmieniać, nie potrafiłem więc przebić ciała, a musiałem się weń wgryźć. Jednak gdy wreszcie rana została zadana, krew popłynęła strumieniem. Kiedy już do tego doszło, kiedy zacząłem pić jego krew, zapomniałem o wszystkim, pochłonięty tym bez reszty.

Lestat, bagniska, odgłosy wrzawy dochodzące z dalekiego obozowiska nic już dla mnie nie znaczyły. Lestat mógłby równie dobrze stać się teraz owadem, bzyczącym, pojawiającym się w świetle i ponownie znikającym w ciemności. Ssanie zahipnotyzowało mnie. Podrygiwanie ciała mojej ofiary, jeszcze walczącej, tłumiło napięcie mojego silnego uścisku. I wtedy poczułem znowu uderzenie bębna, uderzenia jego serca, tym razem jednak w doskonałej zgodności z moim. Oba odbijały się w każdym włóknie mojego ciała, aż zaczęły słabnąć, przechodząc w miękkie dudnienie, jakby z końca. Zapadłem w otępienie, drzemkę jakąś, jakby w stan nieważkości. Lestat odepchnął mnie siłą.

- Idioto, on już nie żyje! - krzyknął z charakterystycznym dla siebie taktem i urokiem. -Nie pije się krwi po tym, jak oni już nie żyją! Rozumiesz!

Przez moment szamotałem się w amoku, tracąc panowanie nad sobą. Utrzymując, że serce jego jeszcze bije, usiłowałem ponownie przywrzeć do trupa, próbując uchwycić przeguby rąk. Wgryzłbym się w nie, gdyby nie Lestat, który odepchnął mnie brutalnie i wymierzył siarczysty policzek. To podziałało jak kubeł zimnej wody. Nie był to ból w zwyczajnym tego słowa znaczeniu. To był raczej szok i uczucie zupełnie innego rodzaju, zawirowanie zmysłów. Byłem kompletnie oszołomiony. Stałem bezradnie, gapiąc się w przestrzeń oparty o pień cyprysa, a noc pulsowała odgłosami cykad w mojej głowie.

- Umrzesz, jeśli będziesz tak robił - Lestat mówił do mnie. -On wyssie ciebie całkowicie, na śmierć, jeśli będziesz pić krew po jego śmierci. I tak wypiłeś za dużo. Będziesz chory - wyrzucał z siebie. Uczułem nieodparte pragnienie rzucić się nagle na niego z wściekłością, ale miał przecież rację. Poczułem rozdzierający ból w żołądku, jak gdyby jakiś istniejący tam wir wciągał wszystkie moje wnętrzności. To krew przepływała zbyt szybko do moich żył, ale o tym jeszcze wtedy nie wiedziałem. Lestat poruszał się w ciemności niczym kot, a ja szedłem za nim z pulsującą głową i bólem żołądka, który nic a nic nie zelżał. Wreszcie dotarliśmy do Pointe du Lac.

Kiedy siedzieliśmy już w salonie, Lestat spokojnie układał pasjansa na stoliku, usiadłem obok i przyglądałem mu się z pogardą. Mamrotał pod nosem jakieś nonsensy, że przyzwyczaję się do zabijania, że już wkrótce nie będzie to dla mnie nic znaczyć, że nie mogę reagować w taki sposób, jakbym nie pozbył się jeszcze mojej ludzkiej moralności. Powiedział, że przyzwyczaję się do tych rzeczy szybciej, niż mi się to wydaje.

- Naprawdę tak myślisz? - zapytałem, choć właściwie nie zależało mi na odpowiedzi. Zrozumiałem teraz różnicę między nami. Dla mnie doświadczenie zabijania było katastrofalne. Niemal takie jak wypicie krwi z nadgarstków Lestata. Przeżycia te były dla mnie przytłaczające i zmieniały mój punkt widzenia na wszystko. Od obrazu mego brata na ścianie w salonie do widoku samotnej gwiazdy na niebie za szybą drzwi balkonowych. Były tak silne, że nie mogłem uwierzyć, aby dla każdego wampira były po prostu zwyczajne. Przemiana dokonała się we mnie na stałe. Wiedziałem o tym. Ale nadal to, co odczuwałem w środku najsilniej, przysłuchując się właśnie odgłosom układanych na lśniącym blacie stolika długich rzędów kart, to był szacunek. Lestat czuł zupełnie coś innego. Albo w ogóle nic. Był tak gruboskórny, że żadne wznioślejsze uczucie nie poruszało go. Był nudny jak najzwyklejszy śmiertelnik, był też równie pospolity i nieszczęśliwy. Mamrotał coś nad pasjansem, umniejszając moje przeżycia, całkowicie pochłonięty sobą. Nim nadszedł ranek, zdałem sobie sprawę, że przewyższam go w sposób niedościgły, że los zakpił sobie ze mnie, dając mi go za nauczyciela. Przecież to on musi poprowadzić mnie przez kolejne wtajemniczenia, jeżeli są rzeczywiście jakieś. Uświadomiłem sobie, że muszę tolerować jego szczególne humory, bluźniercze wobec życia jako takiego. Nie żywiłem do niego żadnych cieplejszych uczuć. Przeciwnie. Moja obecna uprzywilejowana sytuacja nie przepełniała mnie, tak jak jego, pogardą do życia, a tylko głodem nowych przeżyć. Było to piękne, ale zarazem niszczące, jak zabójstwo, które popełniłem. Zobaczyłem też wyraźnie, że gdybym chciał zmaksymalizować głębię wszystkich swych przeżyć i doświadczeń, to bez wątpienia będę musiał sam kierować swoją nauką. Tu Lestat jest zupełnie bezużyteczny.

Było już dobrze po północy, kiedy wreszcie wstałem z krzesła i wyszedłem na galerię. Wielki księżyc wznosił się nad cyprysami, a światło świec migotało w otwartych drzwiach balkonowych. Grube, tynkowane kolumny na galerii i przy ścianach domu lśniły świeżą bielą, a noc po letnim deszczu była czysta i nasycona wilgocią. Przystanąłem pod jednym z filarów. Dotknąłem czołem miękkich wąsów jaśminu, pnącego się tutaj w ciągłej walce z glicynią, i zastanawiałem się nad tym, co czeka mnie jeszcze na tym świecie. Postanowiłem podejść do nowego życia delikatnie i z szacunkiem, ucząc się go z najcenniejszych przeżyć. Nie bardzo jeszcze wiedziałem, co to ma oznaczać. Rozumiesz, co mam na myśli, mówiąc, że nie chciałem poznawać nowego życia łapczywie i powierzchownie, że to, co odczuwałem jako wampir, było zbyt silne, by mogło zostać, ot, tak zmarnowane?

- Tak - potwierdził chłopak z entuzjazmem. -To tak, jak być zakochanym.

Oczy wampira zamigotały.

- Zgadza się. To jak miłość - uśmiechnął się. -Powiedziałem ci o moim stanie ducha właśnie tej nocy po to, abyś zorientował się, jak olbrzymie różnice mogą być między wampirami, oraz jak do tego doszło, że mój stosunek do życia był absolutnie odmienny od tego, jaki reprezentował Lestat. Musisz zrozumieć, że winiłem go za to, że nie potrafił doceniać wartości swoich przeżyć. Po prostu nie mogłem zrozumieć, jak mogły być one tak zwyczajnie marnowane. Wtedy też Lestat uczynił coś, co skierowało moją uwagę na właściwy sposób mojej edukacji jako wampira.

Co nieco orientował się w bogactwie Pointe du Lac. Bardzo podobała mu się porcelana, której używaliśmy do kolacji dla jego ojca. Podobało mu się uczucie, jakiego doznawał, dotykając aksamitnych zasłon w pokoju. Delikatnie i z lubością wodził stopą po wzorach puszystego dywanu. Wyciągnął zza szyby kryształowy kieliszek, uniósł go do góry i powiedział:

- Naprawdę tęskniłem za kieliszkami.

Powiedział to z figlarnym błyskiem w oku. Wreszcie zacząłem przypatrywać mu się surowo. Zdecydowanie nie budził we mnie przyjaznych odruchów.

- Chcę pokazać ci małą sztuczkę - rzekł po chwili. -To jest, jeśli odpowiadają ci kieliszki.

Postawił kieliszek na stoliku do kart i wyszedł na galerię. Tu znowu zmienił swoje zachowanie. Stał się niczym drapieżne zwierzę wietrzące ofiarę. Jego wzrok przebijał ciemność nocy. Spoglądał w dół między gałęzie dębów. Nagle, w jednej chwili, przesadził balustradę i zeskoczył w dół, w ciemność. Obie ręce miał wyciągnięte, aby uchwycić coś niewidocznego, ukrywającego się przed naszym wzrokiem. Gdy po chwili pojawił się znowu, ze zdumieniem spostrzegłem, że w obu rękach trzyma szczura.

- Nie bądź takim cholernym idiotą - warknął. -Nigdy nie widziałeś szczura?

Był to duży szczur polny. Lestat trzymał go mocno za głowę, tak, że ten, mimo iż wił się jak szalony, nie był w stanie go ugryźć.

- Szczury mogą być całkiem dobre - odrzekł po chwili, podchodząc do dużego kieliszka od wina. Tu, przy stole, rozpłatał mu gardło i szybko napełnił kieliszek obficie broczącą krwią. Szczur wyrwał się i jak szalony zbiegł w dół po balustradzie, a Lestat uniósł w triumfalnym geście napełniony kieliszek do góry.

- Równie dobrze możesz od czasu do czasu żywić się krwią szczura, więc przestań się tak kretyńsko gapić na mnie - powiedział. -Szczura, kurcząt, bydła... podróżując statkiem o wiele lepiej odżywiać się szczurami, niż spowodować panikę na pokładzie, a w konsekwencji poszukiwania twojej trumny. Lepiej jest oczyścić statek ze szczurów! - To mówiąc, pociągnął krew z kieliszka z taką lubością, jakby to był przedni burgund. Zrobił niewinną minę. -Tak szybko robi się teraz ciemno.

- Chcesz powiedzieć, że możemy odżywiać się krwią zwierząt? - zapytałem.

- Tak. - Dopił do końca i niedbałym ruchem wrzucił kieliszek do ognia na kominku. Zerknąłem na potłuczone resztki. - Nie masz nic przeciwko, co? - Wskazał ruchem głowy na kominek z sarkastycznym uśmiechem. -Wierzę mocno, że nie, bo i tak nic na to nie poradzisz, nawet gdyby ci się to nie podobało.

- Mogę ciebie i twego ojca po prostu wyrzucić z Pointę du Lac, jeśli zechcę. Straciłem cierpliwość i po raz pierwszy okazałem mu tak wyraźną niechęć.

- Dlaczego miałbyś to zrobić? - zapytał kpiąco z udanym przestrachem. -Nie wiesz przecież jeszcze wszystkiego... prawda ? - Zarechotał i wolno ruszył przez pokój. Podszedł do szpinetu. Dotknął delikatnie instrumentu. -Grasz ? - zapytał.

Odpowiedziałem coś w rodzaju: „Nie dotykaj tego”. A on znowu zaśmiał się tylko.

- Dotknę, jeśli będę chciał - odparł, po czym zaczął mówić dalej: -Nie znasz, na przykład, jeszcze wszystkich zagrożeń i niebezpieczeństw, jakie czyhają na ciebie w nowym życiu. A umrzeć teraz... to byłoby dopiero nieszczęście.

- Musi być jeszcze ktoś inny, kto mógłby nauczyć mnie tych rzeczy - odpowiedziałem. -Z całą pewnością nie jesteś jedynym wampirem na świecie! Twój ojciec ma może siedemdziesiąt lat, nie więcej. Nie jesteś więc zbyt długo wampirem. Ciebie też ktoś musiał w to wprowadzić...

- A czy ty myślisz, że tak łatwo odszukać innych ? Oni zobaczą, jak ty się do nich zbliżasz, przyjacielu, ale ty ich nie będziesz widział. Nie, obawiam się, że nie masz wielkiego wyboru w tej chwili, przyjacielu. Ja jestem twoim nauczycielem i potrzebujesz mnie, nic na to nie możesz poradzić. Obaj też mamy kim się opiekować. Mój ojciec potrzebuje stałej opieki lekarskiej i jest jeszcze sprawa twojej matki i siostry. Nie próbuj tylko dać im podstaw do jakichkolwiek podejrzeń. Po prostu, opiekuj się nimi i moim ojcem, co oznacza, że jutrzejszej nocy lepiej ci pójdzie niż dzisiejszej. Nie zapomnij też o swojej plantacji. Dbaj o nią. No, dosyć tego, idziemy spać. Obaj będziemy spali w tym samym pokoju, to zmniejszy znacznie ryzyko.

- Nie, zostaw sobie sypialnię, jeśli chcesz - powiedziałem. -Nie mam zamiaru być z tobą w jednym pokoju.

Wtedy wściekł się.

- Louis, nie rób głupstw! - krzyczał. - Ostrzegam cię. Jak tylko wzejdzie słońce, staniesz się zupełnie bezbronny. Nic ciebie nie uchroni, absolutnie nic. Oddzielne pokoje oznaczają podwójną ostrożność i podwójne ryzyko odkrycia naszej tajemnicy.

Powiedział jeszcze mnóstwo innych rzeczy z zamiarem przestraszenia mnie i zmuszenia do posłuszeństwa, ale równie dobrze mógłby mówić do ściany. Przyglądałem mu się uważnie, lecz nie słuchałem go. Wydawał mi się teraz słaby i głupi.

- Będę spał sam - uciąłem potok tych słów, jednocześnie przystępując do gaszenia kolejnych świec.

- Już prawie ranek - nalegał.

- Więc zamknij mnie tu - odrzekłem, chwytając w dłonie moją trumnę. Uniosłem ją i zacząłem schodzić po schodach. Słyszałem, jak z wściekłością zatrzaskuje zamki za mną i zasłania kotarami okna. Niebo było już blade choć nadal upstrzone migoczącymi gwiazdami. Wyszedłem na zewnątrz. Zaczęło padać i bruk na podwórku błyszczał od deszczu. Dotarłem do samotnej kaplicy brata. Otworzyłem drzwi, odgarniając róże i ciernie, które prawie je opieczętowały. Ustawiłem trumnę na kamiennej posadzce przed klęcznikiem. W coraz to jaśniejszym świetle prawie już dostrzegałem wizerunki świętych na ścianach.

- Pawle - powiedziałem cicho, zwracając się do brata -po raz pierwszy w moim życiu nic nie czuję do ciebie, twoja śmierć nic mnie nie obchodzi, a jednocześnie, po raz pierwszy, odczuwam cię pełniej, odczuwam żal z powodu twojej utraty, jakbym przedtem nie był do tego zdolny.

- Widzisz... - wampir zwrócił się do chłopaka -po raz pierwszy, w tamtej właśnie chwili, stałem się w pełni i całkowicie wampirem. Zamknąłem drewniane okiennice na małych okratowanych oknach i zaryglowałem drzwi. Położyłem się w wykładanej atłasem trumnie, dostrzegając już błysk sukna w ciemności, i zamknąłem się od środka... Tak oto stałem się wampirem.

- A był pan tam - dodał chłopak po chwili -z innym wampirem, którego pan nienawidził.

- No cóż, musiałem zostać z nim. Miał mnie w ręku. Dał mi wyraźnie do zrozumienia, że jest jeszcze wiele rzeczy, o których nie wiem, a muszę wiedzieć, i że tylko on może mi je wyjawić. W rzeczywistości większość tego, czego mnie nauczył, okazało się wiedzą praktyczną, nie tak znów skomplikowaną, by nie dojść do niej samodzielnie. Na przykład, jak można podróżować statkiem, tak by trumny nie budziły podejrzeń, używając ich niby do transportu szczątków naszych bliskich. Co zrobić, by nikt nie ośmielił się ich otworzyć, a jednocześnie byśmy mogli wychodzić z nich po zmroku polować na szczury. I temu podobne rzeczy. Byli także właściciele sklepów, których on znał, a którzy przyjmowali nas po godzinach, aby ubrać nas według najlepszych wzorów paryskich, agenci i pośrednicy, gotowi nasze sprawy finansowe omawiać w nocnych klubach i kabaretach. We wszystkich tych przyziemnych sprawach Lestat był odpowiednim nauczycielem. Jakiego typu człowiekiem był on sam, zanim stał się wampirem, nie mogłem odgadnąć, zresztą nie bardzo mnie to obchodziło. Jak mogłem jednak wnioskować z jego powierzchowności i zachowania, należał z całą pewnością do tej samej klasy społecznej co ja, co oczywiście i tak nie miało dla mnie żadnego znaczenia, poza tym, że dzięki temu nasze życie razem toczyło się dość gładko, co być może w innym przypadku nie było takie proste. Jego gust był bez zarzutu, chociaż moja biblioteka, na przykład, była dla niego „kupą śmiecia” i nieraz doprowadzałem go do wściekłości czytaniem czy zapisywaniem swoich obserwacji w pamiętniku. „To absolutny nonsens” - mawiał wtedy, a w tym samym czasie zajęty był wydawaniem ogromnych pieniędzy - moich pieniędzy - na meble i wyposażenie domu w Pointe du Lac, tak że nawet ja, choć nigdy nie dbałem o pieniądze, krzywiłem się, patrząc na to wszystko. A w zabawianiu naszych gości w Pointe du Lac - tych nieszczęśników, którzy jechali drogą w górę rzeki konno, w powozach lub na wozach, prosząc o nocleg, z listami polecającymi od innych plantatorów czy urzędników z Nowego Orleanu - Lestat był po prostu niedościgniony. Był dla nich tak uprzejmy i delikatny, że mnie też było o wiele łatwiej, choć czułem, jak beznadziejnie byłem z nim związany i kolejne jego niegodziwości szarpały mi nerwy.

- Ale nie krzywdził chyba tych ludzi? - zapytał chłopak.

- Ależ tak, bardzo często. Jeśli można, zdradzę ci małą tajemnicę dotyczącą nie tylko wampirów, ale i generałów, żołnierzy i królów. Większość z nas wolałaby raczej widzieć kogoś martwym, niż pozwolić na to, by był on obrażany lub traktowany nieuprzejmie pod naszym własnym dachem. Dziwne, prawda? A jednak prawdziwe, zapewniam ciebie. Wiedziałem, że Lestat polował na ludzi każdej nocy, ale nie zniósłbym, gdyby zachowywał się nieodpowiednio czy chamsko wobec mojej rodziny, gości czy niewolników. Zresztą pilnował się. Wydawało się, że znalazł szczególne upodobanie w naszych gościach. Jednocześnie twierdził, że nie powinniśmy oszczędzać na naszych rodzinach i swego ojca otoczył takim luksusem i zbytkiem, że było to dla mnie wprost absurdalne. Stary ślepiec musiał być ciągle zapewniany i informowany, jak wspaniałe i drogie są jego ubrania, pościel, w której śpi, jakie to cudowne, importowane z Europy draperie zainstalowano przy jego łóżku, jakie francuskie i hiszpańskie wina ma w piwnicy, a wreszcie, jakie to wspaniałe zyski przynosi plantacja. I to nawet w złych latach kiedy całe Wschodnie Wybrzeże o niczym innym nie mówiło, jak o porzuceniu produkcji indygowca i przejściu na produkcję cukru. Innym razem jednak, jak już wspomniałem, zdolny był do terroryzowania starca. Potrafił wpaść w taką wściekłość, że ten pochlipywał skarcony niczym małe dziecko.

- Czyż nie opiekuję się tobą, nie żyjesz w magnackim przepychu? - krzyczał na niego. -Czy nie otrzymujesz wszystkiego, czego tylko sobie zażyczysz? Przestań więc skomleć mi o pójściu do kościoła lub o odwiedzeniu starych przyjaciół. Co za bzdury. Przecież oni wszyscy już nie żyją! Czemu i ty nie umrzesz i nie zostawisz mnie i mojego konta w spokoju!

Starzec odpowiadał wtedy, płacząc cicho, że w jego wieku taki przepych nie ma już większego znaczenia i że zadowoliłaby go zupełnie jego mała farma. Często chciałem później dowiedzieć się czegoś o miejscu, gdzie sam Lestat musiał poznać swojego wampira. Ale nie ośmieliłem się tego nigdy zrobić, obawiając się, że stary zacznie płakać, a Lestat znowu wpadnie we wściekłość. Te napady wściekłości zdarzały się jednak rzadko. Zwykle Lestat okazywał wobec ojca uniżoną i służalczą niemal uprzejmość. Wtedy przynosił mu kolacje na tacy i cierpliwie karmił, gawędząc o pogodzie i wieściach z Nowego Orleanu, o tym, co porabiają moja siostra i matka. Było dla mnie oczywiste, że między ojcem i synem istniała przepaść, zarówno w wykształceniu, jak i ogładzie, ale jak do tego doszło, nie potrafiłem odgadnąć. Cała ta sprawa jednak pozwoliła mi osiągnąć pewien dystans i bezstronność.

Tak więc życie nas, wampirów wśród ludzi było całkiem możliwe. Zawsze jednak za którymś z drwiących uśmiechów Lestata kryła się jakaś tajemnica, nie znane mi a istotne rzeczy, których nie mogłem jeszcze sam odkryć. Cały też czas Lestat umniejszał moje prawo do życia, atakował za uwielbienie odczuwania zmysłowego, za niechęć do zabijania i skłonności do wymiotów, jakie wywoływało we mnie zabójstwo. Hałaśliwie śmiał się ze mnie, gdy odkryłem, że mogę przeglądać się w lustrze oraz że krzyże nie budziły we mnie przestrachu. Kpiąco zaciskał usta, gdy pytałem go o Boga albo o diabła.

- Sam chciałbym spotkać diabła którejś nocy - powiedział mi ze złośliwym uśmieszkiem. - Pogoniłbym go kiedyś stąd aż do Pacyfiku. To ja jestem diabłem!

A gdy spojrzałem na niego, zdumiony taką odpowiedzią przyjął to salwą śmiechu. W końcu moja niechęć i obrzydzenie do niego spowodowały, że zacząłem go ignorować, choć jednocześnie przyglądałem mu się z pewną fascynacją. Czasami przyłapywałem się na wpatrywaniu w jego nadgarstek, w to miejsce, skąd wzięło się moje nowe życie jako wampira. Wprawiało mnie to w stan absolutnego bezruchu. Wtedy on spostrzegał, że patrzę na niego i odwzajemniał spojrzeniem pełnym beznamiętnej obojętności wobec tego, co czułem i pragnąłem wiedzieć. Sprowadzał mnie tym zaraz na ziemię. Jednakże wytrzymywałem to wszystko z obojętnością nie znaną mi wcześniej. Doszedłem więc do wniosku, że zdolność ta jest właśnie częścią natury wampira; że mógłbym siedzieć w domu w Pointe du Lac i godzinami rozmyślać o życiu w bezkresnej ciemności. Zrozumiałem teraz, jak daremna i bezsensowna była moja rozpacz z powodu jego utraty, oraz to, że po jego śmierci zachowywałem się wobec innych jak szalone zwierzę. Całe to zamieszanie po śmierci brata wydawało się w tej chwili nierealne i po tym wszystkim pozostał we mnie tylko głęboki smutek. Nie myślałem jednak zbyt wiele. Nie odnieś proszę wrażenia, że poświęcałem dużo czasu rozmyślaniom o przeszłości, byłoby to dla mnie po prostu zbyt dużą stratą czasu. Ot, rozglądałem się wokół, przypominając sobie wszystkich, których znałem. Nadal jednak postrzegałem życie jako coś niezwykle cennego i potępiałem wszystko, co mogłoby prowadzić do jego zmarnowania. Dopiero jako wampir poznałem naprawdę potrzeby mojej siostry. Zabroniłem jej mieszkać na plantacji i zapewniłem byt w mieście, którego tak potrzebowała, aby przekonać się, że potrafi żyć swoim własnym życiem. Zakwitła tam i wyszła szczęśliwie za mąż, nie rozpamiętując już śmierci brata czy mojego odejścia od rodziny. Dostarczałem im wszystkiego, czego tylko matka i siostra potrzebowały, zaspokajając nawet najbardziej banalne ich życzenia. Moja siostra śmiała się z przemiany, jaka nastąpiła we mnie. Spotykaliśmy się nocami. Zabierałem ją z naszego miejskiego mieszkania na spacer przy świetle księżyca, wąskimi uliczkami, aż do grobli na przedmieściach. Wchłanialiśmy zapachy kwitnących pomarańczy, rozkoszowaliśmy się ciepłem nocy, omawialiśmy najbardziej tajemne myśli i marzenia, także te jej małe fantazje, których nie ośmieliłaby się wyszeptać nikomu poza mną. Widziałem ją wtedy bliską i tak drogą memu sercu, namacalną jak błyszczący i cenny klejnot, który wkrótce miał mi być odebrany przez starość i śmierć. Miałem oto utracić te chwile, które w swojej nieuchwytności obiecywały nam, o jakże fałszywie, nieśmiertelność. Tak, jakbyśmy przez sam fakt urodzenia się mieli do niej prawo. Tej prostej prawdy nie potrafiliśmy pojąć aż do momentu osiągnięcia wieku dojrzałego, gdy więcej było już za nami niż przed i gdy każda dosłownie chwila staje się ważna.

Dopiero kiedy nabrałem dystansu do wszystkiego, nauczyłem się tej wzniosłej samotności, która towarzyszyła Lestatowi i mnie w naszym życiu pośród ludzi śmiertelnych. Jednocześnie wszelkie kłopoty materialne właściwie nas nie dotyczyły. Opowiem ci trochę o tym.

Lestat zawsze wiedział, jak wzbogacać się kosztem ofiar, które wybierał według ich ubioru lub innych obiecujących szczegółów. Największym jednak problemem dla niego była sprawa bezpiecznego mieszkania i godziwego utrzymania. Podejrzewałem, że mimo zewnętrznych pozorów w rzeczywistości był zupełnym ignorantem w najprostszych sprawach finansowych. Ze mną było zupełnie inaczej, znałem się na tym świetnie. Tak więc, kiedy on mógł w każdej chwili z łatwością zdobyć gotówkę, ja potrafiłem ją właściwie zainwestować. Jeżeli akurat nie wyjmował swojej ofierze portfela, to spotkać go można było najczęściej w salonach gry, gdzie wykorzystywał, wręcz wyśmienicie, swą zdolność do opróżniania kieszeni bogatych plantatorów ze złota, dolarów i aktów własności. Wszystkich ich wabił swym nęcącym głosem i wszyscy oni prędzej czy później odkrywali, jak podstępna była jego przyjaźń. Jednak te zabiegi nie zapewniłyby mu takiego życia, jakie pragnął prowadzić. Z tego właśnie powodu uczynił mnie wampirem i swoim nieodłącznym kompanem. Innymi słowy, zatrzymał mnie przy sobie jako inwestora i zarządcę, którego zdolności były niepodważalne, a który mógł służyć mu swoimi umiejętnościami także i po śmierci.

Może najpierw jednak opiszę ci, jak w owych czasach wyglądał Nowy Orlean i jak później zmienił się, byś mógł zrozumieć, jak łatwo wtedy się nam żyło. W całej Ameryce nie było drugiego takiego miasta jak Nowy Orlean. Zamieszkiwali tam nie tylko Francuzi i Hiszpanie wszelkich klas społecznych, którzy, po części, tworzyli szczególną arystokrację miasta, ale również i wszelkiego rodzaju emigranci, w szczególności Irlandczycy i Niemcy. Co więcej, byli tam też czarni niewolnicy, jeszcze nie zintegrowani z resztą społeczeństwa i tworzący egzotyczną grupę, wyróżniającą się różnorodnością plemiennych strojów i zwyczajów. Mieszkała tam również olbrzymia i ciągle rosnąca klasa ludzi wolnych, nie przypisanych kolorowi skóry czy konkretnej narodowości, tych dzielnych ludzi o mieszanej krwi i nie wiadomo jakim pochodzeniu. Z niej to wywodziła się ta wspaniała i unikalna społeczność artystów, rzemieślników, poetów i ten unikalny typ kobiecej urody. A do tego jeszcze byli Indianie, którzy w letnie dni zapełniali groblę, sprzedając zioła i wszelakie swoje wyroby. Pomiędzy całym tym wielojęzycznym i różnokolorowym tłumem pojawiali się jeszcze ludzie z portu, marynarze ze statków. Przybywali do miasta wielkimi falami, aby wydawać pieniądze w kabaretach, by kupić na jedną noc piękne białe i czarne kobiety, aby rozkoszować się najlepszą kuchnią hiszpańską i francuską, i aby pić wino sprowadzane z całego świata. Dodaj do tego jeszcze Amerykanów, którzy zjawili się tu już w wiele lat po mojej przemianie i którzy zbudowali nowe miasto w górę rzeki od strony dzielnicy francuskiej, ze wspaniałymi domami w stylu klasycystycznym, które w świetle księżyca błyszczały jak greckie świątynie. I oczywiście plantatorzy, przyjeżdżający do miasta z rodzinami okazałymi powozami, aby kupować wieczorowe stroje, srebro i kosztowności. Aby wypełniać wąskie uliczki prowadzące do starej francuskiej opery i Theatre d’ Orleans czy do katedry św. Ludwika, z której otwartych drzwi dobiegały śpiewy kościelne podczas niedzielnych mszy aż na Place d’Armes, wznosiły się nad gwarnym Rynkiem Francuskim i nad unoszonymi przez fale Missisipi statkami, płynącymi wzdłuż grobli.

To był właśnie Nowy Orlean, magiczne i wspaniałe miasto. Tutaj wampir kosztownie ubrany i z wdziękiem przechadzający się nocnymi gwarnymi ulicami w świetle lamp gazowych nie zwracał na siebie uwagi bardziej niż setki innych, egzotycznych postaci nocy. Może jakaś dama, przystanąwszy, szepnęłaby zza wachlarza swej towarzyszce: „Spójrz na tego mężczyznę... jakże on blady, jak błyszczy jego skóra. Jak się dziwnie porusza. To nie jest normalne!” Było to jednak miasto, w którym wampir mógł z łatwością zniknąć, zanim dama dokończyłaby swoją wypowiedź, wybierając którąś z ciemnych alei, w której sam widział jak kot. Lub przyćmiony bar pełen śpiących marynarzy z głowami złożonymi na stolikach, czy wreszcie któryś z wielkich pokojów hotelowych o wysokich sufitach, gdzie może właśnie przy stole siedzi jakaś samotna postać ze stopami opartymi na wyszywanych poduszkach, nogami przykrytymi koronkową kapą, głową pochyloną w matowym świetle samotnej świecy, nie dostrzegająca wielkiego cienia pojawiającego się nagle na tle gipsowych stiuków sufitu, nie widząca długich białych palców sięgających do delikatnego płomienia świecy i gaszących go...

Godne uwagi jest to, że wszyscy ci ludzie, kobiety i mężczyźni, którzy kiedyś mieszkali w tym mieście, zostawili po sobie pamiątkę, domy budowane z cegieł, marmuru i kamienia, coś co nadal jeszcze stoi. Tak więc, nawet wtedy, gdy lampy gazowe wyszły już z użytku, a pojawiły się samoloty i drapacze chmur wyrosły w przecznicach Canal Street, coś z nie dającego się usunąć piękna i romantyki tych miejsc pozostało. Być może nie na każdej ulicy, ale na tak wielu, że ogólny krajobraz miasta jest dla mnie, nawet teraz, taki sam jak za czasów mojej młodości. Nawet teraz, przechadzając się oświetlonymi przez gwiazdy ulicami dzielnicy łacińskiej lub Garden District, czuję się tak, jakbym przeniósł się w tamte czasy. Przypuszczam, że na tym właśnie polega natura historycznych budowli. Czy to małego dworku czy też pałacu o portyku z korynckimi kolumnami. Atmosfera tego miejsca została. Księżyc, który wtedy wschodził nad Nowym Orleanem, i teraz jest ten sam. Tak długo, jak długo te pamiątki istnieją, Nowy Orlean będzie nadal taki sam. Przynajmniej atmosfera pozostanie taka sama.

Wydawało się, że wampir posmutniał. Westchnął, jak gdyby wątpił w to, co przed chwilą powiedział.

- O czym to mówiliśmy? - zapytał nagle, jakby lekko zmęczony. -Ach, tak, o pieniądzach. Lestat i ja musieliśmy zdobywać pieniądze. Mówiłem ci już, że Lestat świetnie potrafił kraść, ale tak naprawdę to liczyło się tylko odpowiednie inwestowanie posiadanych pieniędzy. Co zabraliśmy, musieliśmy wydać... ale wybiegam już zanadto do przodu, dojdę do tego momentu. Zabijałem zwierzęta, Lestat cały czas zabijał ludzi. Niekiedy dwóch lub trzech jednej nocy, a czasem nawet więcej. Potrafił zabić tylko po to, aby zaspokoić chwilowe pragnienie, a już po chwili znów zapolować na kogoś innego. Im człowiek wydawał się znaczniejszy, „lepszy”, jak on to określał na swój prostacki sposób, zabijał z tym większym upodobaniem. Młoda i świeża dziewczyna, to była jego ulubiona ofiara, w sam raz na początek rozpoczynającego się wieczoru. Największą radość jednak, odczuwał, gdy zabijał młodego mężczyznę. Mniej więcej w twoim wieku. Szczególnie poszukiwał właśnie takich jak ty.

- Ja? - wyszeptał chłopak, pochylając się do przodu, aby lepiej spojrzeć w oczy wampira.

- Tak - kontynuował wampir, jakby nie zauważył zmiany w wyrazie twarzy chłopaka. -Widzisz, śmierć młodego mężczyzny była dla niego najcenniejsza, bo człowiek ten stał dopiero u progu swych największych możliwości. Oczywiście, Lestat sam do końca tego tak nie pojmował, jak ja to rozumiem. Prawdę mówiąc, Lestat nie rozumiał nic.

Dam ci doskonały przykład tego, w czym Lestat znajdował szczególne upodobanie. W górę rzeki od miejsca, w którym mieszkaliśmy, była plantacja rodziny Freniere. Wspaniały olbrzymi kawał ziemi, który miał przynieść fortunę w związku z rozwijającym się przemysłem cukrowniczym, krótko po tym, jak wprowadzono rafinację cukru. Przypuszczam, że wiesz, iż zajmowano się tym na wielką skalę tu, w Luizjanie. Jest w tym coś wspaniałego, a zarazem ironicznego. Otóż ten rafinowany cukier w rzeczywistości jest prawdziwą trucizną. Zupełnie tak samo jest z życiem w Nowym Orleanie. Tak słodkim, że może stać się fatalne, tak nęcącym swoim bogactwem, że wszystkie inne wartości odchodzą w zapomnienie... Ale wróćmy do rzeczy. Otóż tam, w górze rzeki, mieszkała rodzina Freniere, stara, dobra francuska rodzina. Było tam wtedy pięć młodych kobiet i jeden młodzieniec. Trójka kobiet nie miała już szans na małżeństwo i przeznaczona była do innych ról, ale dwie pozostałe dziewczyny były jeszcze bardzo młode. Opieka nad rodziną spoczywała w rękach jedynego mężczyzny. To on miał zarządzać plantacją, tak jak ja to robiłem dla matki i siostry. To on miał omawiać małżeństwa swych sióstr, uzbierać dla nich posag, choć całe ich bogactwo zależne było od niepewnych przecież, corocznych zbiorów cukru. To on musiał szarpać się i targować z materialnym, zewnętrznym światem, walczyć z nim i trzymać go na dystans od małego, intymnego świata rodziny. Jego więc właśnie wybrał Lestat na swoją przyszłą ofiarę. A kiedy los sprawił, że o mały włos stałoby się inaczej, oszalał z wściekłości. Zaryzykował własne życie, aby dostać chłopaka w swe ręce. Młody Freniere miał wtedy pojedynek. Obraził jakiegoś Kreola na balu. Całe zamieszanie poszło o nic, drobiazg zgoła, ale Kreol, jak to oni, gotów był umrzeć za nic i palił się do pojedynku. Obaj zresztą gotowi byli umrzeć za nic. Posiadłość Freniere’ów ogarnęła gorączka. Lestat wiedział o tym doskonale. Obaj zaglądaliśmy tam często podczas naszych polowań. Lestat polował na niewolników i złodziei kur, a ja na zwierzęta.

- Zabijał pan tylko zwierzęta?

- Tak, ale wrócę do tego później. Jak powiedziałem, obaj znaliśmy plantację, a ja często oddawałem się tam jednemu z najprzyjemniejszych zajęć dla wampira, a mianowicie przyglądaniu się ludziom, którzy nie zdawali sobie zupełnie sprawy z mojej obecności. Znałem więc siostry Freniere równie dobrze, jak znałem krzaki różane wokół kaplicy mego brata. Tworzyły wyjątkową rodzinę. Każda była na swój sposób mądra, podobnie jak ich brat, ale jedna z nich, będę nazywał ją odtąd Babette, przewyższała go jeszcze. A przecież żadna z nich nie odebrała odpowiedniego wykształcenia, żadna nie rozumiała nawet najprostszych rzeczy związanych ze stanem finansowym plantacji. W tych kwestiach były całkowicie zależne od młodego Freniere’a i zdawały sobie z tego sprawę. Były przepełnione miłością do niego, a on całkowicie wypełniał ich życie, tak że żadna miłość do ewentualnego małżonka, nie mogła równać się z uczuciem do brata. Była to rozpaczliwa miłość, równie silna jak pragnienie życia. Otóż, gdyby młody Freniere zginął w pojedynku, losy plantacji byłyby przesądzone. Cała gospodarka oparta była na całorocznym zastawie hipotecznym a konto przyszłorocznych zbiorów i spoczywała na barkach Freniere’a. Możesz więc sobie wyobrazić panikę i smutek, jakie zapanowały tej nocy, gdy młody Freniere przygotowywał się do pojedynku.

A teraz wyobraź sobie Lestata, zgrzytającego zębami ze złości niczym tani diabeł z opery komicznej, bo to nie on będzie tym, kto odbierze życie młodzieńcowi.

- Czy chce pan powiedzieć, że... stracił pan głowę dla tych kobiet?

- Całkowicie - odpowiedział wampir. -Ich życie, pozycja były śmiertelnie zagrożone. Żal mi też było chłopaka. Tej nocy zamknął się w gabinecie ojca i sporządził testament. Doskonale zdawał sobie sprawę, że jeśli padnie pod ciosem rapiera następnego poranka, będzie to oznaczało upadek całej rodziny. Czuł beznadziejność tej sytuacji, a przecież nie mógł na to nic poradzić. Odmowa udziału w pojedynku oznaczała ruinę pozycji towarzyskiej i prawdopodobnie nie była w ogóle możliwa. Ten drugi tak długo uganiałby się za nim, aż w końcu zmusiłby go do walki. Kiedy o północy Freniere wyjeżdżał z plantacji, patrzył śmierci prosto w twarz z zacięciem człowieka, który ma przed sobą tylko jedno wyjście i temu zadaniu postanawia poświęcić się z należytą odwagą. Albo zabije tego hiszpańskiego Kreola, albo sam umrze. Wynik trudno było przewidzieć, nawet mając na uwadze jego umiejętności szermiercze. Jego twarz odzwierciedlała głębię uczucia i mądrości, których przedtem nie widziałem na żadnej twarzy u którejkolwiek z ofiar Lestata. To właśnie wtedy miałem pierwszą potyczkę z Lestatem. Chroniłem chłopaka przed śmiercią przez tyle miesięcy, ale teraz Lestat zamierzał zabić go, zanim jeszcze mógł uczynić to Hiszpan.

Jechaliśmy konno, goniąc za młodym Freniere’em w kierunku Nowego Orleanu. Lestat zdecydowany był dogonić go, ja chciałem prześcignąć Lestata. Pojedynek naznaczono na godzinę czwartą rano, na skraju moczarów, tuż za północną bramą miejską. Musisz zdawać sobie sprawę, że przybywając tam krótko przed czwartą, mieliśmy bardzo mało czasu na powrót do Pointę du Lac, co oznaczało, że pozostawaliśmy w niebezpieczeństwie. Byłem wściekły na Lestata jak nigdy przedtem, ale on tym razem zdecydowany był na wszystko.

Różne niuanse życia wampira były mu absolutnie obce, ponieważ skupił się na maniackiej wprost misji zemsty na śmiertelnym życiu. Zżerany przez nienawiść, oglądał się w przeszłość. Nic nie mogło go zaspokoić i sprawić mu przyjemności, dopóki nie odebrał tego innym, a posiadając wreszcie, rozczarowany i zniechęcony kierował swoje zainteresowanie w inną stronę. Zemsta - ślepa, sterylna, w czystej formie i godna pogardy.

Ale, mówiłem wcześniej o siostrach Freniere. Było już prawie wpół do szóstej, kiedy dotarłem do ich plantacji. Do brzasku było jeszcze jakieś pół godziny. Wśliznąłem się na górną galerię ich domu i zobaczyłem, że wszystkie zgromadziły się w salonie. Nawet nie przebrały się do snu. Świece już się prawie wypaliły. Siedziały tam jak w żałobie, czekając na z góry przesądzone wieści. Wszystkie były ubrane na czarno, taki panował zresztą codzienny zwyczaj w tym domu. W przyciemnionym pokoju czarne ubrania zlewały się z kruczymi włosami, tak że w świetle świec ich oblicza wyglądały jak błyszczące twarze zjaw. Każda smutna na swój sposób i jednocześnie, na swój sposób, odważna w cierpieniu. Jednak jedynie twarz Babette wyrażała zdecydowanie. Wydawało się, że już podjęła postanowienie wzięcia na siebie ciężaru prowadzenia rodziny, gdyby brat nie przeżył tego ranka. Na jej twarzy malowało się coś, co dostrzegałem w twarzy brata, gdy przygotowywał się do pojedynku. Wiele było jeszcze przed nią. Oczekiwała ją wiadomość o śmierci brata, śmierci, za którą odpowiedzialny był Lestat. Zrobiłem wtedy coś, co było dla mnie wielkim ryzykiem. Objawiłem jej swoją obecność. Zrobiłem to, oświetlając swoją twarz. Moja twarz jest, jak możesz to sam zobaczyć, bardzo biała i ma gładką, odbijającą światło powierzchnię, zupełnie jak polerowany marmur.

- Tak. - Chłopak potrząsnął potakująco głową. Wydawał się poruszony. -A tak w ogóle, jest bardzo... bardzo piękna - powiedział wreszcie. -Ciekaw jestem, czy... ale co właściwie wydarzyło się dalej?

- Ciekaw pewnie jesteś, czy byłem przystojnym mężczyzną za życia? - zapytał wampir. Chłopak przytaknął. -Owszem, tak, ogólnie nic się nie zmieniłem. Tylko że gdy byłem młody, po prostu nie zdawałem sobie sprawy, że jestem przystojny. Życie wirowało wokół mnie i zajęty byłem banalnymi sprawami. Wzrok mój nie zatrzymywał się na niczym, nawet na moim odbiciu w lustrze... szczególnie na tym. Ale, oto co uczyniłem. Przysunąłem się bliżej szyby okiennej i pozwoliłem, by światło z zewnątrz oświetliło mi twarz. Stałem tak przez moment, gdy oczy Babette zwrócone były w stronę okna. Chwilę potem cofnąłem się i obraz mój zniknął.

W ciągu kilku sekund wszystkie siostry zdały sobie sprawę, że jakaś dziwna postać pojawiła się za oknem, stworzenie niczym widmo, duch. Czarne służące, które miały wyjść na zewnątrz i zbadać kto to, zdecydowanie odmówiły wykonania polecenia. Z niecierpliwością czekałem na to, co byłoby najbardziej po mojej myśli. Wreszcie tak się stało. Babette ujęła kandelabr z bocznego stolika, zapaliła jego świece i ganiąc wszystkich śmiało wyszła na chłodną galerię. Siostry skupiły się gromadą przy drzwiach jak wielkie czarne ptaki. Jedna z nich krzyknęła, że na pewno brat nie żyje i to Jego duch pojawił się tu na chwilę. Oczywiście, musisz wiedzieć, że Babette nigdy nie brała takich tłumaczeń poważnie i nie przypisywała tego, co widziała, swojej wyobraźni czy duchom. Poczekałem aż przejdzie prawie całą galerię, zanim się do niej odezwałem. Nawet wtedy ukazałem się tylko tak, że widziała jedynie zarys mojej postaci za jedną z kolumn.

- Powiedz siostrom, aby się cofnęły - odezwałem się przyciszonym głosem. -Przyszedłem powiedzieć ci o twoim bracie, Zrób, jak mówię.

Przez moment stała bez ruchu, potem odwróciła się do mnie i próbowała kogoś dostrzec w mroku.

- Mam bardzo mało czasu. Nie uczynię ci krzywdy - powiedziałem. Posłuchała. Rozkazała siostrom, by zamknęły drzwi, a one pośpiesznie wykonały polecenie. Dopiero wtedy wystąpiłem z mroku i stanąłem w świetle świec.

Oczy młodego dziennikarza były szeroko otwarte. Rękę przytknął do ust.

- Czy i dla niej wyglądał pan tak... jak dla mnie? - zapytał. -Pytasz o to z taką niewinnością -odpowiedział wampir. - Tak, przypuszczam, że tak. Tyle że w świetle świec nie mam może tak nienaturalnego wyglądu. Ale wtedy nie zależało mi przecież na tym, by koniecznie udawać zwykłego człowieka.

- Mam tylko minuty - powiedziałem jej natychmiast -ale to, co chcę ci powiedzieć, jest najwyższej wagi. Twój brat walczył dzielnie i zwyciężył w pojedynku -ale czekaj. Musisz wiedzieć, że nie żyje. Śmierć obeszła się z nim bezwzględnie, jak złodziej w nocy, i na nic się zdała jego dobroć ani odwaga. Ale nie to jest najważniejsze. Mam ci coś innego do powiedzenia. Zarządzać plantacją możesz ty i właśnie ty możesz ją uratować. Musisz tylko na to być zdecydowana i nie pozwolić, by stało się inaczej. Musisz przejąć pozycję brata bez względu na to, jakie wywoła to zaskoczenie, głosy protestu czy plotki. Nie słuchaj tego. Wasza ziemia jest dzisiaj taka sama, jak wczoraj, gdy żył jeszcze brat. Nic się nie zmieniło. Musisz zająć jego miejsce. Jeśli tego nie uczynisz, stracicie ziemię, a rodzina będzie zgubiona. Zostaniecie wszystkie z niewielką pensją, skazane na połowę, a może nawet mniej tego, co życie może wam ofiarować. Zapamiętaj więc: Nie podejmuj żadnej decyzji, zanim nie usłyszysz mojej rady. Niech moje wizyty tutaj napełnią cię odwagą, jeśli kiedykolwiek będziesz się wahać. Ty musisz wziąć wasze przyszłe życie w swoje ręce. Ty, gdyż twój brat nie żyje.

Patrząc na nią widziałem, że słyszała każde słowo z tego, co jej powiedziałem. Chciała mi zadać masę pytań, ale nie protestowała, kiedy oznajmiłem, że nie mam już czasu. Używałem wszystkich swoich zdolności, aby tak szybko zostawić ją samą, żeby wyglądało na to, że po prostu zniknąłem. Z ogrodu widziałem jeszcze jej twarz w blasku świec. Widziałem, jak szukała mnie w ciemności, obracając się wokoło. Zobaczyłem też, jak przeżegnała się i weszła do środka, do sióstr.

Wampir uśmiechnął się.

- Tak jak przewidziałem, nikt w sąsiedztwie nie przejął się zjawą, która ukazać się miała Babette Freniere, ale już w pierwszych dniach żałoby wybuchł skandal, gdy stało się jasne, że to ona będzie samodzielnie prowadzić sprawy plantacji. Tymczasem świetnie sobie radziła. Udało się jej zgromadzić olbrzymi posag dla młodszej siostry, a i sama wyszła za mąż następnego roku. W Pointę du Lac, Lestat i ja prawie wcale ze sobą nie rozmawialiśmy.

- Nadal pan tam mieszkał?

- Tak. Nie byłem jeszcze pewien, czy powiedział mi wszystko, co chciałem wiedzieć. Nadal też musiałem udawać. Moja siostra, na przykład, wychodziła za mąż pod moją nieobecność, kiedy leżałem złożony dreszczami malarycznymi. Coś podobnego przydarzyło mi się także, gdy w biały dzień chowano moją matkę. W tym czasie Lestat i ja siadywaliśmy do obiadu każdej nocy ze starszym panem, imitując odgłosy kolacji, słuchając z rozbawieniem, jak kazał nam zjadać wszystko z naszych talerzy i nie popijać zbyt szybko winem. Moją siostrę i jej męża przyjmowałem podczas niezliczonych okropnych migren w swojej całkowicie zaciemnionej sypialni, z kołdrą pod brodą, tłumacząc się bólem, jaki sprawia mi światło. Powierzałem im wtedy duże sumy, aby inwestowali je dla nas wszystkich. Całe szczęście, jej mąż był skończonym idiotą, nieszkodliwym, ale idiotą, typowym produktem czterech pokoleń małżeństw pomiędzy kuzynami.

Ale chociaż wszystko szło dość gładko, zaczęliśmy mieć pewne problemy z niewolnikami. Znaleźli się wśród nich podejrzliwi, a jak zauważyłem, Lestat nadal zabijał każdego, kogo tylko obrał sobie za ofiarę. Ciągle więc rozchodziły się pogłoski o tajemniczych zgonach i morderstwach w tej części wybrzeża. Główne podejrzenia skierowano na nas. Podsłuchałem to któregoś wieczoru, gdy włóczyłem się niczym cień między chatami czarnych.

Pozwól mi jednak najpierw wyjaśnić pewne szczegóły dotyczące charakteru tych niewolników. Działo się to około 1795 roku. Mieszkaliśmy z Lestatem na plantacji już od czterech lat. Inwestowałem pieniądze, które on zdobywał, powiększając obszar naszej ziemi, nabywając mieszkania i domy w mieście, które później wynajmowałem. Sama praca na plantacji nie przynosiła wiele zysku. Była raczej przykrywką dla naszej działalności niż prawdziwą inwestycją. Mówię „naszej”, ale to nieprawda. Nigdy nie przepisałem niczego na Lestata, a -jak zapewne zdajesz sobie sprawę -byłem wtedy w świetle prawa nadal żywy. Ale w 1795 niewolnicy nie byli wcale tacy, jak to się ich przedstawia w filmach i powieściach o Południu. Wcale nie byli łagodnymi ludźmi o brązowej skórze, w szarych łachmanach, mówiącymi dialektem języka angielskiego. Byli Afrykańczykami lub pochodzili z wysp mórz południowych, niektórzy przybyli tu z Santo Domingo. Byli czarni jak węgiel i całkowicie tutaj obcy. Rozmawiali między sobą w swoich afrykańskich językach albo we francuskim patois. Kiedy śpiewali, śpiewali pieśni ze swych krajów, które unosząc się nad polami tworzyły atmosferę egzotyczną i dziwną i zawsze mnie przerażały, nawet wtedy, gdy jeszcze żyłem jako zwykły człowiek. Byli przesądni i mieli własne tajemnice i tradycje. Krótko mówiąc, wtedy jeszcze ich nie pozbawiono afrykańskiego pochodzenia. Niewolnictwo było przekleństwem ich egzystencji, ale nie byli obrabowani z tych cech, które były charakterystyczne dla ich świata. Tolerowali chrzest i skromne ubranie, jakie narzuciło im francuskie prawo katolickie, ale wieczorami zamieniali swoje tanie sukno na powabne, barwne kostiumy, wyrabiali klejnoty z kości zwierząt i kawałków metalu, który polerowali tak długo, że wyglądał jak złoto. Wtedy, po zapadnięciu zmroku, okolice ich chat w Pointę du Lac stawały się całkowicie obcym krajem. Raczej afrykańskim wybrzeżem niż Ameryką. W taką krainę nawet najsurowszy zarządca nie ośmieliłby się i nie zechciałby wstąpić. Dla wampira było to też wspaniałe miejsce.

Nie na długo jednak. Któregoś letniego wieczoru, kiedy znów bawiłem się w cień, podsłuchałem przez otwarte drzwi chaty czarnego nadzorcy rozmowę, która przekonała mnie, że oboje z Lestatem znajdujemy się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Niewolnicy wiedzieli już, że nie jesteśmy zwykłymi śmiertelnikami. Przyciszonym głosem służące opowiadały o tym, jak widziały nas przez szparę w drzwiach, kiedy biesiadowaliśmy przy pustych talerzach, z samymi sztućcami, bez jedzenia, podnosząc puste kieliszki do ust, podczas gdy nasze twarze błyszczały niczym twarze widm w świetle świec, a ślepy starzec był bezsilnym głupcem w naszej mocy. Przez dziurkę od klucza dostrzegły także trumnę Lestata, a jedna z nich została nawet bezlitośnie pobita przez niego za kręcenie się w pobliżu okien jego pokoju. „Nie ma tam łóżka” - wyjawiała tajemnicę jedna drugiej. „On śpi w trumnie, wiem o tym”. Były przekonane, mając tak niezbite dowody, że wiedzą, kim jesteśmy. Co do mnie, to widziały mnie każdego wieczoru, jak pojawiałem się przy kaplicy. Teraz była to już jedynie bezkształtna ruina, gdzie cegła i dzikie wino mieszały się ze sobą, z kwitnącą wiosną glicynią, a latem dzikimi różami. Na starych nie pomalowanych okiennicach, które nigdy nie były otwierane, połyskiwał mech, a kamienne łuki pokrywały pajęcze sieci. Oczywiście, cały czas udawałem, że odwiedzam kaplicę po to, by wspominać tam Pawła. Jasno jednak wynika z rozmowy kobiet, że dłużej już nie wierzyły tym kłamstwom. Przypisywały nam śmierć nie tylko tych niewolników, których znaleziono martwych na polach i na bagnach, śmierć bydła czy koni ale także wszystkie dziwne i niewytłumaczalne wydarzenia; nawet powódź i piorun były bronią Boga w osobistej wojnie wypowiedzianej Louisowi i Lestatowi. Co gorsza jednak, według niewolnic, nie chcemy ustąpić. Jesteśmy diabłami, musimy więc być zniszczeni. Na tym spotkaniu, którego byłem niewidocznym świadkiem, ujrzałem też sporo niewolników z plantacji Freniere.



dalej


strona główna
(23kB)