(23kB)
strona główna

T.Lobsang Rampa Jaskinia Starożytnych

 

T. LOBSANG RAMPA

 

 

 

 

JASKINIA

 

STAROŻYTNYCH

 

 

(Tytuł oryginału: “The Cave of The Ancients”)

 

 

 

 

Dla

 

Maxa i Valerii Sorock

 

dwojga poszukiwaczy Prawdy

 

Jest to książka o okultyzmie i o mocy człowieka. Jest to zrozumiała książka, w której nie ma żadnych "obcych stów", sanskrytu, martwych języków. Przeciętna osoba chce ZNAĆ rzeczy, a nie chce odgadywać znaczenia stów, których również nie rozumie przeciętny autor! Jeżeli pisarz zna swój fach, może pisać po angielsku bez maskowania braku wiedzy stosowaniem obcego języka.

Zbyt wiele osób wpada w pułapkę wzniosłych słów. Prawa Życia są bardzo proste; nie ma potrzeby ubierania ich w mistyczne czy pseudoreligie. Nie ma potrzeby komukolwiek ogłaszać “boskich objawień". KAŻDY może mieć te same "objawienia", jeśli je sobie wypracuje.

Żadna religia nie ma kluczy do Raju, nikt też nie będzie potępiony ponieważ chodzi do kościoła w kapeluszu na głowie zamiast bez butów. W tybetańskim klasztorze nad wejściem widnieje napis Tysiąc mnichom, tysiąc religii. Wierz, w co chcesz, jeżeli postępujesz z innymi tak, jak chcesz żeby postępowano z tobą – OTRZYMASZ swoje, gdy nadejdzie ostateczne Wezwanie.

Niektórzv mówią, że Duchowa Wiedza może zostać uzyskana przez przyłączenie do tego lub nnego kultu i opłacenie pokaźnej składki. Prawa Życia mówią: Szukajcie, a znajdziecie.

 

Ta książka jest owocem długiego życia, treningu odbytego w najznakomitszych klasztorach Tybetu i mocy, które zostały uzyskane przez ścisłe przestrzeganie Prawa. Jest to wiedza przejęta od starożytnych, spisana w piramidach egipskich, w wielkich świątyniach Andów i największej skarbnicy wiedzy okultystycznej na świecie w górach Tybetu.

T. Lobsang Rampa

Rozdział I

 

Wieczór był ciepły, śliczny. Niezwykle ciepły jak na tę porę roku słodki zapach kadzidła, łagodnie unosząc się w bezwietrznym powietrzu, dodawał spokoju. W dali, w blasku chwały, słońce zachodziło za wysokie szczyty Himalajów, barwiąc śnieżne przybrania gór krwawą czerwienią, jakby w przestrodze przed krwią, która miała zalać Tybet w nadchodzących czasach.
Wydłużające się cienie wspinały się z wolna w kierunku Lhasy z bliźniaczych szczytów Potali i naszego, Czakpori. Poniżej, po prawej stronie, spóźniona karawana kupców z Indii kierowała się do Pargo Kaling lub Zachodniej Bramy. Ostatni pobożni pielgrzymi podążali z niestosownym dla nich pośpiechem po opasującej drodze Lingkor, jak gdyby obawiali się, że zostaną pochłonięci przez aksamitną ciemność szybko nadciągającej nocy.

Kył Czu, albo Szczęśliwa Rzeka, płynęła wesoło w swej nie kończącej się podróży do morza, rozrzucając jasne błyski światła - hołd odchodzącego dnia. Lhasa była oświetlona złotą poświatą maślanych lamp. Z pobliskiej Potali zabrzmiała trąbka obwieszczająca koniec dnia. Jej dźwięki toczyły się i odbijały echem przez Dolinę: odbijały od skalnych powierzchni i powracały do nas ze zdwojonym brzmieniem.

Oglądałem znajomy obrazek. Przyglądałem się Potali, gdzie w setkach okien mnisi różnych stopni spełniali swoje wieczorne obowiązki. Na dachu potężnego budynku, przy Złotych Grobowcach, pojedyncza postać, samotna i odległa, stała obserwując. Gdy ostatnie promienie słońca skryły się za łańcuchami gór, trąbka zabrzmiała znowu, i ze świątyni poniżej rozniosły się niskie dźwięki śpiewu. Rychło ostatnie pozostałości światła zgasły i, jak klejnoty na purpurowym tle, na niebie zajaśniały gwiazdy. Meteor błysnął na niebie i zapłonął w wybuchu końcowej płomiennej chwały, zanim spadł na Ziemię w postaci szczypty dymiącego kurzu.

  • Piękna noc, Lobsang! - powiedział dobrze znany głos.
  • Piękna noc, rzeczywiście - powtórzyłem podnosząc się szybko, aby móc pokłonić się Lamie Mingyarowi.

Usiadł przy ścianie i pokazał, bym uczynił podobnie.

  • Czy możesz sobie wyobrazić, że ludzie, ty i ja, mogą wyglądać tak jak to? - zapytał wskazując do góry.

Patrzyłem na niego w milczeniu. Czy mógłbym przypominać gwiazdy na nocnym niebie? Lama był wysokim człowiekiem, przystojnym, ze szlachetną twarzą. Nawet nie przypominał zbioru gwiazd! Roześmiał się widząc mój ogłupiały wyraz twarzy.

  • Jak zwykle dosłownie, Lobsang, jak zwykle dosłownie - uśmiechnął się. - Miałem na myśli, że rzeczy nie zawsze są tym, czym się wydają. Jeżeli napisałbyś "Om! ma-ni pad-me Hum" tak duże, że wypełniłoby całą dolinę Lhasy, ludzie mogliby nie być w stanie tego przeczytać, ponieważ napis byłby zbyt wielki, by mogli go ogarnąć.

Przerwał i popatrzył na mnie, żeby upewnić się, czy nadążam za jego wyjaśnieniami.

  • W ten sam sposób - mówił dalej - gwiazdy są "tak duże", że nie możemy określić, co w rzeczywistości tworzą.

Popatrzyłem na niego, jakby tracił rozsądek. Gwiazdy tworzące coś? Gwiazdy były - po prostu – gwiazdami. Wtedy pomyślałem, że pismo tak duże jak dolina stałoby się nieczytelne z powodu jego rozmiaru.

  • Pomyśl - mówił dalej łagodny głos - że się kurczysz, kurczysz, stając tak małym jak ziarnko piasku. Jak wyglądałbym dla ciebie wtedy? Przypuśćmy, że stałbyś się jeszcze mniejszy, że ziarnko piasku stałoby się dla ciebie wielkie jak świat. Jak wtedy byś mnie postrzegał?
  • Zamilkł na moment i popatrzył na mnie przenikliwie.
  • No? Co widziałbyś? - zapytał.

Siedziałem i gapiłem się. Mózg miałem sparaliżowany tą myślą, usta otwarte jak u ryby wyrzuconej na brzeg.

  • Widziałbyś, Lobsang - powiedział Lama - zbiór szeroko rozproszonych światów płynących w ciemności. Z powodu twoich małych rozmiarów mógłbyś widzieć molekuły mojego ciała jako osobne światy i rozległą przestrzeń pomiędzy nimi. Mógłbyś widzieć światy krążące wokół światów, mógłbyś widzieć "słońca", które są molekułami pewnych psychicznych centrów, mógłbyś widzieć kosmos!

Mój umysł zgrzytał, prawie mógłbym przysiąc, że "maszyneria ponad moimi brwiami wpada w konwulsyjne drgawki z wielkiego wysiłku, jaki podjąłem w celu nadążania za tą dziwną, ekscytuj; ca wiedzą.

Mój Przewodnik, Lama Mingyar Dondup, sięgnął do przodu delikatnie podniósł mój podbródek.

  • Lobsang! - zachichotał. - Oczy wyszły ci z wysiłku, by nadążyć za mną.

Wyprostował się uśmiechając i dał mi kilka chwil, abym ci szedł do siebie.

  • Popatrz na materiał swojej szaty - powiedział. - Poczuj go!

Zrobiłem to. Czułem się wybitnie głupio, gdy wpatrywałem postrzępioną starą odzież, jaką nosiłem.

  • To jest ubranie - zauważył Lama - coś gładkiego w dotyku. Nie możesz przez nie widzieć. Lecz wyobraź sobie, że patrzysz na nie przez szkło powiększające dziesięć razy. Pomyśl o grubych sznurach wełny jaków, każdy sznur dziesięć razy grubszy, niż widzisz go teraz. Mógłbyś zobaczyć światło pomiędzy sznurami. Lecz powiększ je milion razy, a będziesz mógł przejechać przez nie konno, nie wspominając, że każde włókno będzie zbyt potężne, by się na nie wspiąć!

Nabrało to dla mnie sensu teraz, kiedy mi to pokazano. Siedziałem i myślałem, kiwając głową, gdy Lama powiedział:

  • Wyglądasz jak zgrzybiała stara kobieta!
  • Panie! - powiedziałem w końcu - w takim razie całe życie to tylko przestrzeń, w której gdzieniegdzie rozsypane są światy.
  • To nie jest takie proste - odpowiedział. - Usiądź wygodniej, chcę przekazać ci trochę Wiedzy, jaką odkryliśmy w Jaskini Starożytnych.
  • Jaskinia Starożytnych! - wykrzyknąłem pełen chciwej ciekawości. - Zamierzasz opowiedzieć mi o tym i o Ekspedycji!
  • Tak! Tak! - uspokoił mnie. - Opowiem, lecz najpierw zajmijmy się Człowiekiem i Życiem tak, jak rozumieli je Starożytni w czasach Atlantydy.

W głębi duszy byłem dużo bardziej zainteresowany Jaskinią Starożytnych, którą odkryła ekspedycja wysokich lamów, i która zawierała bajeczne zasoby wiedzy i urządzeń z czasów, kiedy Ziemia była jeszcze bardzo młoda. Znając mojego Przewodnika tak dobrze, jak znałem, wiedziałem, że nie mogę liczyć na usłyszenie opowieści, zanim on nie będzie gotowy. A to jeszcze nie nastąpiło. Ponad nami gwiazdy świeciły w całej swej wspaniałości, a ich blasku nie tłumiło rzadkie, czyste powietrze Tybetu. W świątyniach i klasztorach Lamów płonęły pojedyncze światła. Z oddali, niesione przez nocne powietrze, napłynęło żałosne zawodzenie psa i odpowiadające na nie poszczekiwanie psów we wsi Szö, leżącej poniżej nas. Noc była łagodna, nawet pogodna, i żadna chmura nie przepływała przez twarz księżyca, który wzeszedł przed chwilą. Flagi modlitewne wisiały bez sił i bez życia na swoich masztach. Skądś napłynęło nieśmiałe kołatanie modlitewnego młynka, który obracał jakiś pobożny mnich, spętany przesądami i nieświadomy Rzeczywistości, w próżnej nadziei uzyskania łaski Bogów.

Lama, mój Przewodnik, uśmiechnął się, słysząc ten dźwięk.

  • Każdemu zgodnie z jego wiarą - powiedział – każdemu zgodnie z jego potrzebami. Dostojeństwo obrzędów religijnych jest pociechą dla wielu. Nie powinniśmy potępiać tych, którzy nie przebyli jeszcze wystarczająco długiej Drogi i nie potrafią stać bez kul. Zamierzam opowiedzieć ci, Lobsang, o naturze człowieka.

Poczułem, jak bardzo jest mi bliski ten Człowiek, jedyny, który kiedykolwiek okazywał mi uwagę i miłość. Słuchałem uważnie, by nie zawieść jego wiary we mnie. Przynajmniej tak zacząłem, lecz wkrótce stwierdziłem, że temat jest fascynujący, i wsłuchiwałem
się z nieukrywanym zainteresowaniem.

  • Cały świat jest stworzony z wibracji, całe Życie, wszystko, co nieożywione, składa się z wibracji. Nawet potężne Himalaje - mówił Lama - są w istocie masą rozproszonych cząstek, z których żadna nie może dotknąć innej. Świat, Wszechświat, składają się z maleńkich cząstek materii, wokół których krążą inne. Tak jak nasze Słońce ma światy krążące wokół niego, zawsze zachowujące odległość, nigdy go nie dotykające, tak wszystko, co istnieje, składa się z wirujących światów.

Przerwał i spojrzał na mnie, być może zastanawiając się, czy to wszystko jest dla mnie zrozumiałe, lecz ja mogłem nadążyć za tym z łatwością.

  • Duchy, które my, jasnowidze, widzimy w świątyni - kontynuował - są ludźmi, żywymi ludźmi, którzy opuścili ten świat i weszli w stan, w którym ich cząsteczki są tak bardzo rozproszone, że "duch" może przejść przez najgęstszą ścianę, bez dotykania choćby jednej cząsteczki tej ściany.
  • Szanowny Mistrzu - powiedziałem - dlaczego czujemy ciarki kiedy "duch" przechodzi koło nas?
  • Każda cząsteczka, każdy mały układ "słońca i planety" je otoczony przez ładunek elektryczny nie tego rodzaju elektryczności, którą Człowiek wytwarza maszynami, lecz bardziej szlachetnej natury. Czasami widzimy taką elektryczność migoczącą na nocnym niebie. Tak jak Ziemia ma zorzę polarną migoczącą przy biegunach, tak samo najmniejsza cząstka materii ma swoją "zorzę polarną". "Duch" przechodzący zbyt blisko nas, powoduje łagodny wstrząs naszej aury, a my odczuwamy to jako ciarki.

Wokół nas noc była cicha, nawet powiew wiatru nie mącił spokoju; panowała cisza, którą można poznać tylko w takich krajach jak Tybet.

  • W takim razie aura, którą widzimy, jest w istocie ładunkiem elektrycznym? - zapytałem.
  • Tak! - odpowiedział mój Przewodnik, Lama Mingyar Dondup, - W krajach poza Tybetem, gdzie prąd elektryczny płynie przewodami wysokiego napięcia rozciągniętymi ponad ziemią, obserwowany jest "efekt korony", powszechnie znany wśród inżynierów elektryków. W tym "efekcie korony" druty zdają się być otoczone koroną, czy aurą, niebieskawego światła. Jest on obserwowany najczęściej w ciemne, mgliste noce, lecz oczywiście przez tych, którzy mogą widzieć.

Patrzył na mnie z zadumą.

  • Kiedy pojedziesz do Czungkingu studiować medycynę będziesz używać instrumentu, który sporządza wykres elektrycznych fal mózgu. Całe Życie, wszystko, co istnieje, jest elektryczną wibracją.
  • Teraz niczego nie rozumiem! - odpowiedziałem. – Jak życie może być wibracją i elektrycznością? Mogę zrozumieć jednie jedno i drugie.
  • Ależ mój drogi Lobsangu! - roześmiał się Lama. – Nie może być elektryczności bez wibracji, bez ruchu! To właśnie ruch tworzy elektryczność, dlatego są one nierozerwalnie związane.
  • Zobaczył moje zakłopotane spojrzenie i telepatycznie odczytał moje myśli.
  • Nie! - powiedział - Dowolna wibracja nie zrobi tego! Pozwól mi przedstawić to w następujący sposób: wyobraź sobie naprawdę wielką muzyczną klawiaturę rozciągającą się stąd do nieskończoności. Wibracja, jaką my odbieramy jako ciało stałe, będzie reprezentowana przez jedną nutę na tej klawiaturze. Następna może reprezentować dźwięk, a kolejna będzie reprezentować wzrok. Inne nuty będą wskazywać uczucia, zmysły, cele, których nie rozumiemy podczas pobytu na tej Ziemi. Pies może słyszeć wyższe dźwięki niż człowiek, a człowiek może słyszeć niższe dźwięki niż pies. Można by wypowiedzieć słowa do psa w wysokich tonach,
    które pies mógłby słyszeć, a człowiek nie usłyszałby ich. Tak więc ludzie tak zwanego Duchowego Świata komunikują się z tymi jeszcze na Ziemi, którzy mają specjalny dar jasnosłyszenia.

Lama przerwał i uśmiechnął się lekko.

  • Powstrzymuję cię przed pójściem do łóżka, Lobsang, ale będziesz miał cały ranek na odrobienie strat.

Gestem wskazał gwiazdy świecące tak jasno w czystym powietrzu.

  • Od czasu odwiedzenia Jaskini Starożytnych i wypróbowania tam cudownych przyrządów, przyrządów nietkniętych od czasów Atlantydy, często fantazjowałem. Lubię myśleć o dwóch małych wrażliwych stworzeniach, mniejszych nawet niż najmniejszy wirus. Nie jest ważne, jaki mają kształt, załóżmy, że są one inteligentne i mają super, superprzyrządy. Wyobraź je sobie stojące na otwartej przestrzeni ich nieskończenie małego świata (tak jak my stoimy teraz!):
  • Ach! To jest piękna noc! - wykrzyknął Ay, patrząc uważnie w niebo.
  • Tak - odpowiedział Beh. - To skłania do rozmyślania o celu życia, czym jesteśmy, dokąd zmierzamy?
  • Światy bez granic, miliony, miliardy ich - rozważał Ay, patrząc na nie kończące się szeregi gwiazd poruszające się po niebie. - Ciekaw jestem, ile z nich jest zamieszkałych?
  • Nonsens! Świętokradztwo! Kpiny! - zająknął się Beh. - Wiesz, że nie ma życia oprócz tego na naszym świecie. Czy kapłani nie mówią nam, że jesteśmy stworzeni na obraz Boga? A jak może tam być inne życie, jeśli nie dokładnie takie jak nasze - nie, to jest niemożliwe, ty tracisz rozum!
  • Oni mogą się mylić, wiesz, oni mogą się mylić! – mamrotał Ay pod nosem, kiedy wychodził.
  • Lama Mingyar Dondup uśmiechnął się do mnie.
  • Mam nawet dokończenie tej historii! - powiedział. - Oto on - W pewnym odległym laboratorium, gdzie dostępne były mikroskopy o fantastycznej mocy, pracowało dwóch naukowców siadających wiedzę niewyobrażalną dla nas. Jeden siedział zgarbiony na ławie, oczy miał wlepione w super, supermikroskop. Nagle zerwał się, odsuwając stołek z głośnym szurnięciem po wypolerowanej podłodze.
  • Patrz, Chan! - zawołał do swojego asystenta. - Podejdź i popatrz na to!
  • Chan podniósł się, podszedł do podekscytowanego przełożonego i usiadł przed mikroskopem.
  • Mam na szkiełku jedną milionową ziarnka siarczku ołowiu - powiedział przełożony. - Popatrz na to!
  • Chan wyregulował ostrość i zagwizdał zaskoczony.
  • Nie do wiary! - wykrzyknął. - To wygląda jak kosmos przez teleskop. Świecące słonce, orbitujące planety...!
  • Ciekaw jestem - powiedział zadumany przełożony - czy gdybyśmy mieli wystarczające powiększenie, żeby popatrzeć na pojedynczy świat - ciekaw jestem, czy jest tam życie?
  • Nonsens! - powiedział Chan szorstko - oczywiste jest, ze nie ma tam żadnego rozumnego życia. Nie może być. Czyż kapłani nie mówią, że jesteśmy stworzeni na obraz Boga, jak więc
    być tam inteligentne Życie?
  • Nad nami gwiazdy krążyły po swoich torach, bezustannie wiecznie. Uśmiechając się Lama Mingyar Dondup sięgnął do swojej |szaty i wyjął pudełko zapałek, skarb przywieziony z dalekich Indii. Powoli wyjął jedną zapałkę i podniósł ją.
  • Pokażę ci Tworzenie, Lobsang! - powiedział wesoło. Powolnym ruchem potarł główką zapałki o raskę pudełka, i gdy zapłonęła żywym ogniem, podniósł płonące drewienko. Po chwili zdmuchnął ją!
  • Tworzenie i śmierć - powiedział. - Płonąca główka emituje tysiące cząstek, eksplodujących jedna od drugiej. Każda była oddzielnym światem, cała była wszechświatem. A wszechświat ten zginął, kiedy zgasł płomień. Czy możesz powiedzieć, że nie było życia w tych światach?

Parzyłem niepewnie na niego, nie wiedząc, co powiedzieć.

  • Jeżeli to były światy, Lobsang, i istniało na nich życie, to Życie światów mogło trwać miliony lat. Czy my jesteśmy jedynie zapaloną zapałką? Czy żyjemy tu, z naszymi smutkami i radościami - najczęściej smutkami! - myśląc, że to jest świat bez końca? Pomyśl, porozmawiamy o tym jutro.
  • Wstał i zniknął mi z oczu.
  • Potykając się na dachu, szukałem po omacku szczytu drabiny prowadzącej w dół. Nasze drabiny były inne niż te używane w świecie Zachodu, składały się z ponacinanych drągów. Znalazłem pierwsze nacięcie, drugie i trzecie, potem moja stopa poślizgnęła się w miejscu, gdzie ktoś rozlał masło z lampy. Spadłem w dół lądując w splątanej masie, widząc więcej "gwiazd", niż było na niebie nade mną i wywołując liczne protesty wśród śpiących mnichów. Z ciemności wyłoniła się ręka i dała mi szturchańca tak mocnego, że usłyszałem w głowie dzwonki. Szybko zerwałem się na nogi i schroniłem się w ciemności. Tak cicho, jak było to możliwe, znalazłem miejsce do spania, owinąłem się swoją szatą i uwolniłem mój związek ze świadomością. Nie przeszkodziło mi nawet "szur-szur" śpieszących stóp, ani też dźwięki srebrnych dzwonków nie przerwały mojego snu.
  • Był już późny ranek, kiedy zostałem obudzony przez kogoś, kto kopał mnie zapamiętale. Przez mgłę zobaczyłem twarz ogromnego czeli.
  • Obudź się! Obudź się! Na Święty Sztylet, jesteś leniwym psem!
  • Kopnął mnie znowu - mocno. Wyciągnąłem się, chwyciłem jego stopę i wykręciłem. Z wstrząsającym łomotem kości zwalił się na podłogę rycząc:
  • Opat! Opat! On chce cię widzieć, ty marudny idioto! Dając mu kopniaka w rewanżu za wszystkie, jakie on mi wymierzył, poprawiłem swoją szatę i ruszyłem pośpiesznie.
  • Nie ma jedzenia, nie ma śniadania! - mamrotałem do siebie.
  • Dlaczego każdy wzywa mnie właśnie wtedy, kiedy jest czas na jedzenie?
  • Pędząc wzdłuż nie kończących się korytarzy, wynurzając się zza narożników omal nie spowodowałem zawału serca u kilku starych mnichów, chodzących na trzęsących się nogach. Dobiegłem do pokoju Opata w rekordowym czasie. Wpadając, padłem na kolana wykonałem pokłony szacunku.
  • Opat przeglądał moje akta i w pewnej chwili usłyszałem pośpiesznie stłumiony chichot.
  • A! - powiedział - szalony młody człowiek, który spada przez urwiska, smaruje dół szczudeł i powoduje więcej zamieszania niż ktokolwiek inny tutaj.
  • Przerwał i popatrzył na mnie surowo.
  • Ale uczyłeś się dobrze, niezwykle dobrze – powiedział. Twoje metafizyczne zdolności są tak wysokie i jesteś tak dalece zaawansowany w swojej pracy akademickiej, że zamierzam skierować cię na specjalne, indywidualnie nauczanie u wielkiego Lamy Mingyara Dondupa. Zostaje ci dana szansa bez precedensu na wyraźne polecenie Jego Świątobliwości. Teraz powiadom Lamę, swojego Przewodnika.
  • Zwalniając mnie gestem ręki, Opat powrócił do swoich papierów. Z ulgą, że żaden z moich licznych ''grzechów" nie wyszedł na jaw, pośpiesznie odszedłem. Mój Przewodnik Lama Mingyar Dondup, siedział czekając na mnie. Kiedy wchodziłem, przeszył mnie uważnym wzrokiem.
  • Czy przerwałeś swój post? - zapytał.
  • Nie, Panie - odpowiedziałem. - Czcigodny Opat posL: l mnie, kiedy jeszcze spałem - jestem głodny!
  • Uśmiechnął się do mnie.
  • Ach! - powiedział. - Pomyślałem, że masz nieszczęśliwą minę, jakbyś został zmaltretowany. Idź, zjedz śniadanie i wróć tutaj.
  • Nie trzeba mnie było poganiać - byłem głodny, a nie lubiłem tego. Nie wiedziałem wtedy - chociaż mi to przepowiadano! - że głód miał mi towarzyszyć przez wiele lat życia.
  • Posilony dobrym śniadaniem, lecz z ciężkim sercem na myśl o czekającej mnie niełatwej pracy, wróciłem do Lamy Mingyara. Wstał, gdy wszedłem.
  • Chodź! - powiedział. - Spędzimy tydzień w Potali.
  • Wskazując drogę, wielkimi krokami opuścił salę i wyszedł na zewnątrz, gdzie mnich stajenny czekał z dwoma końmi. Posępnie patrzyłem na konia przeznaczonego dla mnie. On patrzył jeszcze bardziej ponuro, myśląc pewnie gorzej o mnie, niż ja o nim. Z uczuciem zbliżającej się zguby dosiadłem konia i kurczowo się go uczepiłem. Konie były strasznymi stworzeniami niebezpiecznymi, pełnymi temperamentu i nieokiełznanymi. Jazda konna była ostatnią z czynności, którą mógłbym opanować.
  • Jechaliśmy w dół górzystą ścieżką z Czakpori. Mijając po prawej stronie Pargo Kaling przekroczyliśmy drogę Mani Lakhang i niebawem wjechaliśmy do wsi Szó - tam mój Przewodnik zrobił krótki postój i potem z trudem wspinaliśmy się po stromych stopniach Potali. Jazda konno w górę schodów jest nieprzyjemnym doświadczeniem i moją główną troską było nie spaść! Mnisi, lamowie i goście, nieprzerwany ich tłum poruszał się z trudem w górę i w dół schodów. Niektórzy zatrzymywali się, by podziwiać widoki, inni, którzy byli przyjęci przez samego Dalaj Lamę, myśleli tylko o tym spotkaniu. Na szczycie schodów zatrzymaliśmy się. Zsiadłem z ulgą, lecz bez wdzięku z mojego konia. Biedne zwierzę zarżało z odrazą i odwróciło się do mnie tyłem!
  • Potem szliśmy, wspinając się drabina po drabinie, aż osiągnęliśmy poziom Potali, gdzie Lama Mingyar Dondup miał stałe pokoje przeznaczone dla niego i gdzie, w pobliżu, znajdował się Pokój Nauki. W tym pokoju znajdowały się dziwne urządzenia z krajów całego świata, a najdziwniejsze z nich pochodziły z zamierzchłej przeszłości. Tak więc w końcu osiągnęliśmy nasz cel i ulokowałem się na pewien czas w czymś, co było teraz moim pokojem.
  • Z mojego okna, wysoko w Potali, tylko piętro niżej niż okna Dalaj Lamy, mogłem patrzeć na Lhasę i Dolinę. W dali widziałem wielką Katedrę (Jo Kang) z lśniącym złotym dachem. Okrążająca droga, czyli Lingkor, rozciągała się daleko w przestrzeni otaczając Lhasę pierścieniem. Pobożni pielgrzymi tłoczyli się na niej. Wszyscy przybywali, by złożyć ofiarę ze swych trudów przy największym na świecie miejscu nauki okultyzmu. Zachwycało mnie
    szczęście, że mam takiego cudownego Przewodnika jak Lama Mingyar Dondup; bez niego mógłbym być zwykłym czelą, żyjącym w ciemnej sali sypialni, zamiast być prawie na szczycie świata. Nagle, tak nagle, że wydałem okrzyk zaskoczenia, silne ramiona pochwyciły mnie i uniosły w powietrze.
  • Tak! - powiedział głęboki głos. - Myślisz, że twój Przewodnik jest tym, który zabiera cię wysoko do Potali i karmi tymi niezdrowymi słodkimi cukierkami z Indii?

Roześmiał się na moje protesty, a ja byłem zbyt ślepy, czy też zbyt zmieszany, żeby uświadomić sobie, że wiedział, co myślę o nim!

  • Jesteśmy w kontakcie - powiedział w końcu. – Znaliśmy dobrze w przeszłym życiu. Masz całą wiedzę o tym przeszłym życiu i jedynie musisz ją sobie przypomnieć. Teraz musimy pracować. Chodź do mojego pokoju.

Poprawiłem szatę i położyłem na miejsce miskę, która upadła kiedy zostałem uniesiony w powietrze. Potem pośpieszyłem pokoju mojego Przewodnika. Wskazał mi gestem, żebym usiadł.

  • Czy rozmyślałeś o sprawach Życia, o naszej dyskusji z ostatniej nocy? - zapytał, gdy już się usadowiłem.
  • Opuściłem głowę z przerażeniem.
  • Panie - odpowiedziałem - spałem, kiedy Opat chciał mnie widzieć, potem ty chciałeś mnie widzieć, potem jadłem, a wtedy chciałeś widzieć mnie znowu. Nie miałem dzisiaj czasu
    myśleć o czymkolwiek!
  • Potem porozmawiamy o skutkach jedzenia, lecz najpierw zajmijmy się Życiem - powiedział z uśmiechem na twarzy.
  • Przerwał i wyciągnął rękę po książkę, która została napisana w pewnym obcym języku. Teraz wiem, że był to język angielski
  • Przewracał kartki i wreszcie znalazł to, czego szukał.
  • Czy wiesz co to jest? - zapytał podając mi książkę otwartą na rysunku.
  • Spojrzałem na rysunek, a był on tak zwyczajny, że patrzyłem tylko na dziwne słowa pod nim. Nic one dla mnie nie znaczyły.
  • Wiesz, że nie umiem tego przeczytać, Dostojny Lamo! - powiedziałem z wyrzutem, oddając książkę.
  • Ale rozpoznajesz rysunek? - nalegał.
  • Tak, to jest duch przyrody, nic innego. Byłem coraz bardziej zaintrygowany. O co w tym wszystkim chodziło? Lama otworzył książkę ponownie.
  • W dalekich zamorskich krajach powszechna zdolność widzenia duchów przyrody została utracona - powiedział. - Jeżeli ktoś widzi takiego ducha, to staje się przedmiotem kpin, jest dosłownie oskarżany z tego powodu. Ludzie Zachodu nie wierzą w coś, dopóki nie można tego rozłożyć na kawałki lub trzymać w rękach, albo włożyć do klatki. Duch przyrody jest określany na Zachodzie jako wróżka - a w opowieści o wróżkach nikt nie wierzy.
  • Zdziwiło mnie to ogromnie. Ja mogłem widzieć duchy zawsze i traktowałem je całkowicie naturalnie. Potrząsnąłem głową, aby usunąć z niej trochę mgły.
  • Całe Życie - kontynuował Lama Mingyar Dondup - jak ci powiedziałem ostatniej nocy, składa się z szybko wibrującej materii wytwarzającej ładunek elektryczny, a elektryczność jest życiem materii. Tak jak w muzyce, są tam różne oktawy. Wyobraź sobie, że zwykły człowiek na ulicy wibruje w pewnej oktawie, natomiast duch przyrody i duch będą wibrować w wyższej oktawie. Ponieważ przeciętny człowiek żyje, myśli i wierzy tylko w jednej oktawie, ludzie z innych oktaw są dla niego niewidzialni!
  • Bawiłem się swoją szatą myśląc o tym; nie miało to dla mnie sensu. Mogłem widzieć duchy i duchy przyrody, zatem każdy mógł także je widzieć.
  • Ty widzisz aurę ludzi - odpowiedział Lama czytając moje myśli. - Większość innych ludzi jej nie widzi. Ty widzisz duchy przyrody i duchy. Większość ludzi ich nie widzi. Wszystkie małe dzieci widzą takie rzeczy, ponieważ młodzi są bardziej wrażliwi. Gdy dziecko dorasta, troski życia osłabiają percepcję. Na Zachodzie dzieci, które opowiadają rodzicom, że bawiły się z duchowymi towarzyszami zabaw, są karane za opowiadanie kłamstw, lub są wyśmiewane z powodu ich "żywej wyobraźni". Dzieci czują się dotknięte takim traktowaniem i po pewnym czasie przekonują siebie, że to wszystko była wyobraźnia! Ty, z powodu specjalnego wychowania, widzisz duchy i duchy przyrody i zawsze będziesz je widział - tak samo zawsze będziesz widział ludzką aurę.
  • To nawet duchy przyrody, które opiekują się kwiatami, są takie same jak my? - zapytałem.
  • Tak - odpowiedział. - Takie same jak my, z wyjątkiem tego, że wibrują szybciej i ich cząsteczki materii są bardziej rozproszone. Dlatego ty możesz przełożyć przez nie rękę, tak jak możesz włożyć rękę w promień słońca.
  • Czy kiedykolwiek. Panie, dotknąłeś, no wiesz, trzymałeś ducha?- zapytałem.
  • Tak, dotknąłem! - odpowiedział. - Można to zrobić, jeżeli podwyższy się swoją szybkość wibracji. Opowiem ci o tym.
  • Mój Przewodnik dotknął swojego srebrnego dzwonka, daru od Opata jednego z bardziej znanych tybetańskich klasztorów. Mnich służący, znający nas dobrze, przyniósł nie tsampę, lecz herbatę z plantacji indyjskich i te słodkie ciasteczka, które były przenoszone
    przez wysokie góry specjalnie dla Jego Świątobliwości Dalaj Lamy, i które ja, biedny czela, lubiłem tak bardzo. Nagroda za szczególna gorliwość w nauce, jak często mawiał Jego Świątobliwość. Lama Mingyar Dondup zwiedził świat zarówno fizyczny jak i astralny. Jedną z jego nielicznych słabości był pociąg do indyjskiej herbaty. Słabość, którą ja aprobowałem z całego serca! Usiedliśmy wygodnie i gdy tylko skończyłem swoje ciasteczka, mój Przewodnik i Przyjaciel powiedział:
  • Pewnego razu wiele lat temu, gdy byłem młodym człowiekiem, biegłem tutaj w Potali i wypadłem zza rogu - tak jak to robisz, Lobsang! Byłem spóźniony na modły i, ku mojemu przerażeniu, zobaczyłem dostojnego Opata blokującego mi drogę. On się śpieszył! Nie było czasu, by go wyminąć. Właśnie powtarzałem przeprosiny, kiedy przebiegłem prosto przez niego. On tak samo zaskoczony jak ja. Jednak ja byłem tak otumaniony, że biegłem dalej i nie spóźniłem się, w każdym razie prawie się spóźniłem.
  • Roześmiałem się, myśląc o pędzącym dostojnym Lamie Mingyarze! On uśmiechnął się do mnie i opowiadał dalej.
  • Później, w nocy myślałem o tym. Pomyślałem: Dlaczego nie mogłem dotknąć ducha? Im więcej myślałem o tym, tym bardziej byłem pewien, że mógłbym go dotknąć. Układałem swoje plany starannie, przeczytałem wszystkie stare Pisma o tych sprawach. Radziłem się też pewnego mędrca, który żył w jaskini wysoko w górach. Dużo mi powiedział, wprowadził mnie na właściwą drogę i teraz ja zamierzam powiedzieć ci to samo, ponieważ prowadzi to bezpośrednio do tematu dotykania ducha.
  • Nalał sobie trochę więcej herbaty i popijał ją przez chwilę, zanim zaczął opowiadać dalej.
  • Życie, jak ci powiedziałem, składa się z masy cząsteczek, małych światów krążących wokół małych słońc. Ruchy powoduje substancja, którą, w celu lepszego określenia, będziemy nazywać "elektrycznością". Jeżeli odżywiamy się prawidłowo, możemy zwiększyć naszą szybkość wibracji. Prawidłowa dieta, a nie któraś z dziwacznych kultowych idei, poprawia zdrowie, zwiększa podstawową szybkość wibracji. W ten sposób zbliżamy się do szybkości wibracji duchów.

Przerwał i zapalił nowy kawałek kadzidła. Zadowolony, że koniec żarzy się właściwie, skierował uwagę na mnie.

  • Jedynym celem kadzidła jest zwiększenie szybkości wibracji przestrzeni, w której ono płonie i szybkości wibracji tych, którzy znajdują się w tej przestrzeni. Używając właściwego kadzidła wobec wszystkiego, co może osiągać pewne wibracje, możemy uzyskać zadawalające rezultaty. Przez tydzień utrzymywałem surową dietę, która zwiększała moją wibrację, czyli "częstotliwość". Także przez tydzień bezustannie paliłem właściwe kadzidło w moim pokoju. Pod koniec tego okresu byłem prawie "poza" sobą. Czułem, że raczej płynąłem niż szedłem, odczuwałem trudności w utrzymywaniu mojego astralnego ciała w fizycznym.
  • Popatrzył się na mnie i uśmiechnął się.
  • Ty nie zaakceptowałbyś tak ścisłej diety! - powiedział.
  • Nie - pomyślałem. - Wolałbym raczej dotknąć solidnego posiłku, niż jakiegoś dobrego ducha!
  • Pod koniec tygodnia - powiedział Lama, mój Przewodnik - poszedłem do Wewnętrznej Świątyni i w czasie, gdy błagałem ducha, żeby przyszedł i mnie dotknął zapaliłem więcej kadzidła. Nagle poczułem ciepło przyjaznej dłoni na mym ramieniu. Obróciłem
    się, żeby zobaczyć, kto przerwał moją medytację i podskoczyłem prawie zaplątując się we własną szatę, gdy spostrzegłem, że dotyka mnie duch kogoś, kto "zmarł" ponad rok temu.
  • Lama Mingyar Dondup przerwał nagle i roześmiał się głośno na myśl o tym dawnym doświadczeniu.
  • Lobsang! - wyjaśnił w końcu. - To stary "martwy" lama uśmiechnął się do mnie i zapytał, dlaczego przechodziłem przez te wszystkie trudności, skoro jedyne, co powinienem zrobić, to
    wejść w astral! Przyznaję, że poczułem się upokorzony ponad miarę na myśl, że umknęło mi takie oczywiste rozwiązanie. Teraz, jak dobrze wiesz, wchodzimy w astral, aby rozmawiać z duchami.
  • Oczywiście, mówisz o telepatii - zauważyłem. - Ja nie znam, żadnego wyjaśnienia telepatii. Robię to, ale w jaki sposób?
  • Zadajesz najtrudniejsze pytanie, Lobsang! - roześmiał się mój Przewodnik. - Najprostsze rzeczy są najtrudniejsze do wyjaśnienia. Powiedz mi, jak mógłbyś wyjaśnić proces oddychania? Robisz to, każdy to robi, lecz jak wyjaśnić ten proces?
  • Skinąłem ponuro. Wiem, zawsze zadawałem pytania, ale był to jedyny sposób, żeby czegoś się dowiedzieć. Większość innych czeli nie interesowała się niczym; dopóki mieli pożywienie i nie mieli zbyt dużo pracy, byli zadowoleni. Ja chciałem więcej, chciałem wiedzieć.
  • Mózg - powiedział Lama - jest jak radioodbiornik, jak i urządzenie, którego Marconi używał do przesyłania wiadomości przez ocean. Zbiór cząstek i ładunków elektrycznych, które tworzą istotę ludzką, posiada elektryczny, albo radiowy, mechanizm w mózgu który mówi, co należy zrobić. Kiedy człowiek myśli, lub porusza ręką albo nogą, prądy elektryczne pędzą przez odpowiednie nerwy pobudzając mięśnie do odpowiedniego działania. W ten sposób, gdy ktoś myśli, fale radiowe lub elektryczne – faktycznie pochodzą one z wyższej części widma radiowego - są wypromieniowywane przez mózg. Pewne instrumenty potrafią wykryć to promieniowanie i mogą nawet sporządzić jego wykres w sposób określany przez zachodnich doktorów jako linie "alfa, beta, delta i gamma". Skinąłem powoli, słyszałem już o tym od lamów lekarzy.
  • Teraz - mówił mój Przewodnik - również wrażliwe osoby mogą wykryć to promieniowanie i mogą je rozumieć. Ja czytam twoje myśli, a gdy ty spróbujesz, będziesz mógł czytać moje. Im bardziej dwie osoby sympatyzują ze sobą, są we wzajemne harmonii, tym łatwiej jest im czytać to promieniowanie mózgu, jakim są myśli. Tak dochodzimy do telepatii. Bliźnięta mogą często kontaktować się telepatycznie. Identyczne bliźnięta, u których mózg jednego jest duplikatem mózgu drugiego, są tak silnie związane telepatycznie, że często trudno jest określić, od którego z nich pochodzi myśl.
  • Dostojny Panie - powiedziałem. - Jak wiesz, mogę oczytać większość sygnałów z umysłów. Dlaczego tak jest? Czy je-" •""osób z tą szczególną zdolnością?
  • Ty, Lobsang - odpowiedział mój Przewodnik – jesteś szczególnie obdarzony i przeszedłeś specjalne ćwiczenia. Twoje moce będą powiększane, na nasze polecenie, przy pomocy każdej metody, ponieważ masz w swoim życiu wykonać trudne zadanie.

Potrząsnął głową w zadumaniu.

  • Naprawdę trudne zadanie. W dawnych czasach, Lobsang, ludzkość mogła telepatycznie porozumiewać się ze światem zwierząt. W przyszłości, kiedy ludzkość spostrzeże szaleństw
    zdolność ta zostanie odzyskana. Raz jeszcze człowiek i zwierzę będą szły razem w pokoju nie czyniąc sobie krzywdy.

Poniżej nas zabrzmiał dwa razy gong. Potem rozległ się dźwięk trąbek i Lama Mingyar Dondup skoczył na równe nogi.

  • Musimy się pośpieszyć, Lobsang – powiedział. – Modły świątynne zaraz się zaczną i będzie wśród nas sam Najdostojniejszy.
  • W pośpiechu zerwałem się na nogi, poprawiłem szatę i popędziłem za swoim Przewodnikiem, który był już daleko w dole korytarza, prawie poza zasięgiem mojego wzroku.
  • Rozdział file://
  • Wielka Świątynia zdawała się być żywą istotą. Z mojego dogodnego do obserwacji punktu wysoko na dachu mogłem patrzeć w dół i widzieć cały ogrom tego miejsca. Wcześniej tego samego dnia mój Przewodnik Lama Mingyar Dondup i ja przybyliśmy do tego miejsca ze specjalną misją. Teraz Lama rozmawiał na osobności z wysokim dostojnikiem, a ja, mogąc swobodnie wałęsać się odkryłem ten kapłański punkt obserwacyjny wśród potężnych krokwi podtrzymujących dach. Włócząc się po skraju dachu odkryłem drzwi, które odważnie pchnąłem. Moje postępowanie nie spotkało się z żadnym głośnym okrzykiem gniewu, zajrzałem więc do środka. Miejsce było puste. Wszedłem i znalazłem się w małym kamiennym pokoju podobnym do celi wbudowanej w skaliste ściany Świątyni. Za mną znajdowały się małe drewniane drzwi, z obydwu stron - kamienne ściany, a przede mną – kamienny występ o wysokości około trzech stóp.
  • W milczeniu przesunąłem się do przodu i uklęknąłem tak, że jedynie moja głowa wystawała powyżej kamiennego występu. Czułem się jak Bóg w niebie spoglądający na pokornych śmiertelników, patrzący w dół na przyćmiony mrok podłogi Świątyni o wiele stóp niżej. Na zewnątrz Świątyni purpurowy zmierzch torował drogę ciemności. Ostatnie promienie zachodzącego słońca gasły za pokrytymi śniegiem szczytami, śląc opalizujące fontanny światła przez wieczny puch śniegu, spadającego z najwyższych pasm.
  • Ciemność Świątyni była rozpraszana, a miejscami pogłębiana przez setki migoczących maślanych lamp. Lampy, świecące jak złote punkty światła, rozsiewały wokół spokojny blask. Wyglądało to tak, jakby gwiazdy leżały u moich stóp zamiast nad głową. Nieziemskie cienie bezgłośnie przemykały się po potężnych kolumnach. Cienie, czasem cienkie i wydłużone, czasem, krótkie i przysadziste, lecz zawsze groteskowe i dziwaczne, przecinało oświetlenie czyniące zwykły widok niecodziennym, niezwykle dziwnym, nie do opisania.
  • Przyglądałem się im, patrzyłem w dół czując, jakbym był na granicy światów, niepewny tego, co widziałem i co sobie wyobrażałem. Pomiędzy mną a podłogą przepływały chmury niebieskiego dymu kadzidła wznoszącego się warstwa za warstwą, sprawiając, że poczułem się jak Bóg spoglądający w dół, przez obłoki, na Ziemię. Łagodnie wznoszące się chmury kadzidła kłębiły się gęsto z kadzielnic, kołysanych przez młodych, pobożnych czeli. Chodzili oni tam i z powrotem, bezgłośnie stąpając, z nieruchomymi twarzami. Gdy odwracali się raz po raz, miliony punktów światła odbijały się od złotych kadzielnic i wysyłały oślepiające promienie światła. Z mojego dogodnego punktu obserwacyjnego mogłem patrzeć w dół i widzieć czerwono żarzące się kadzidło. Owiewane podmuchami wiatru prawie wybuchało płomieniami i wysyłało fontanny czerwonych, szybko umierających iskier. Otrzymując nowe życie dym kadzidła unosił się w grubych kolumnach błękitu, tworząc wlokące się ścieżki ponad i za czelami. Unosząc się wyżej, dym tworzył jeszcze jedną chmurę w Świątyni. Kłębiąc się i kręcąc w delikatnych prądach powietrza, tworzonych przez poruszających się mnichów, zdawał się być żywą istotą, niewyraźnie widoczną, oddychającą i śpiącą. Przez chwilę patrzyłem będąc nieomal zahipnotyzowany wizją, że znajduję się w żywym stworzeniu, obserwując unoszenie się i poruszanie jego organów, słuchając dźwięków jego ciała, dźwięków samego Życia.
  • Przez mrok, przez chmury dymu kadzidła, mogłem widzieć zwarte szeregi lamów, trappów i czeli. Siedząc na podłodze ze skrzyżowanymi nogami rozciągali się w bezkresnych szeregach, aż
    stawali się niewidoczni w najdalszych niszach Świątyni. W swoich szatach zakonnych wszyscy byli jak żywa, pomarszczona, pstrokata tkanina w znanych barwach. Złoto, szafran, czerwień, brąz i bardzo niewielka szczypta szarości. Kolory zdawały się ożywać i przenikać wzajemnie w momencie, gdy ich właściciele poruszali się. Na przedzie Świątyni siedział Jego Świątobliwość, Najdostojniejszy, Trzynasta Inkarnacja Dalaj Lamy, najbardziej szanowana Postać w całym buddyjskim świecie.
  • Słuchałem basowych śpiewów lamów, podkreślanych przez wysokie soprany małych czeli. Oglądałem chmury kadzidła, drgające zgodnie z niskimi tonami. Światła migotały w ciemności, kadzidło przygasało i ponownie wypełniało się deszczem czerwonych iskier. Modły trwały, a ja klęczałem i patrzyłem. Widziałem, jak tańczące cienie rosną i nikną na ścianach. Obserwowałem błyszczące punkty światła z trudem uświadamiając sobie, gdzie byłem i co robiłem.
  • Sędziwy lama zgarbiony pod ciężarem lat, które dawno już wykroczyły poza normalną długość życia, wyszedł wolno przed swoich braci zakonnych. Wokół niego krążyli uważni trappowi z laskami kadzidła i światłem w rękach. Lama skłonił się przed Najdostojniejszym i obracając się powoli pokłonił się wszystkim stronom świata. Wreszcie stanął zwrócony twarzą do mnichów zebranych w Świątyni. Zadziwiająco silnym głosem, jak na tak sędziwego człowieka, zaśpiewał:
  • Słuchajcie głosów naszych dusz. To jest Świat Iluzji. Życie na Ziemi jest jedynie snem, który, w porównaniu z życiem wiecznym, jest jak .mgnienie oka. Słuchajcie głosów naszych dusz, wy wszyscy, którzy jesteście wielce przygnębieni. To życic ułudy i smutku skończy się, a chwała życia wiecznego będzie udziałem sprawiedliwych. Pierwsza laska kadzidła jest zapalana, żeby udręczona dusza mogła być prowadzona.
  • Trappa wyszedł naprzód, skłonił się przed Najdostojniejszym i obracając się powoli pokłonił się czterem stronom świata. Zapalając laskę kadzidła obrócił się znowu i pokazał nią cztery strony. Basowy śpiew ponownie wzmógł się i ucichł, zastąpiony wysokimi sopranami młodych czeli. Dostojny lama recytował pewne fragmenty Pism, nadawał im wagi potrząsając swoim srebrnym dzwonkiem z zapałem okazywanym tylko w obecności Najdostojniejszego. Zapadając w milczenie, patrzył ukradkiem wokół, czy jego występ uzyskał należną aprobatę.
  • Sędziwy Lama wyszedł naprzód jeszcze raz i pokłonił się Najdostojniejszemu oraz czterem stronom świata. Inny trappa krążył w pogotowiu, nadmiernie niespokojny w obecność Głowy Państwa i Religii. Sędziwy Lama śpiewał:
  • Słuchajcie głosów naszych dusz. To jest Świat Iluzji. Życie na Ziemi jest doświadczeniem, pomagającym oczyścić się z naszych brudów i wznieść się wyżej. Słuchajcie głosów naszych dusz, wy wszyscy, którzy trwacie w zwątpieniu. Wkrótce pamięć ziemskiego życia przeminie i nastąpi pokój i uwolnienie od cierpienia. Druga laska kadzidła jest zapalana, aby wątpiąca dusza mogła być prowadzona.
  • Śpiew mnichów pode mną wzmógł się i rozwinął ponownie, gdy trappa zapalił drugą laskę i spełniał rytuał kłaniając się Najdostojniejszemu, wskazując kadzidłem kolejno każdą stronę.
    Ściany Świątyni zdawały się oddychać, kołysać zgodnie ze śpiewem. Dokoła sędziwego Lamy zebrały się duchowe postacie tych, którzy ostatnio odeszli z tego świata bez przygotowania i teraz wędrowali bez przewodnika, samotnie.
  • Drgające cienie zdawały się skakać i skręcać jak dusze w mękach. Moja świadomość, percepcja, nawet uczucia skakały pomiędzy dwoma światami. W jednym - patrzyłem z napiętą uwagą na toczące się poniżej mnie modły. W drugim - widziałem "pomiędzy światami", jak dusze niedawno zmarłych drżały ze strachu przed obcością Nieznanego. Oddzielone dusze, ubrane w przejmująco wilgotną, przylegającą ciemność, jęczały ze strachu i samotności. Z dala od siebie, z dala od wszystkich innych, z powodu ich braku wiary, były tak unieruchomione, jakby tkwiły w głębokim bagnie. W lepką ciemność "międzyświata", ożywianą tylko słabym niebieskim światłem z tych duchowych form, dotarło śpiewanie, zaproszenie sędziwego Lamy:
  • Słuchajcie głosów naszych dusz. To jest Świat Iluzji. Tak jak człowiek umiera w Wyższej Realności, żeby móc się urodzić na Ziemi, tak musi umrzeć na Ziemi, żeby móc się urodzić w Wyższej Realności. Nie ma śmierci, są tylko narodziny. Ból śmierci jest bólem narodzin. Trzecia laska kadzidła jest zapalana, żeby cierpiąca dusza mogła być prowadzona.
  • Do mojej świadomości dotarł telepatyczny nakaz:
  • Lobsang! Gdzie jesteś? Chodź do mnie zaraz!
  • Z wielkim wysiłkiem wcisnąłem się z powrotem do tego świata. Słaniając się na zdrętwiałych nogach, chwiejnym krokiem wyszedłem przez małe drzwi.
  • Już idę. Szanowny Panie! - pomyślałem do mojego Przewodnika.
  • Przecierając oczy, łzawiące w zimnym nocnym powietrzu, po wyjściu z ciepłej, przesyconej dymem kadzideł Świątyni, potykałem się idąc po omacku wysoko nad ziemią do pokoju dokładnie nad głównym wejściem, gdzie czekał mój Przewodnik. Uśmiechnął się, gdy mnie zobaczył.
  • Nie do wiary! Lobsang! - wykrzyknął. - Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha!
  • Panie - odpowiedziałem. - Widziałem kilka.
  • Na noc, Lobsang, zostaniemy tutaj - powiedział Lama. Jutro pójdziemy i odwiedzimy Państwową Wyrocznię. Przeżyjesz interesujące doświadczenie, lecz teraz nastał czas najpierw na jedzenie a potem na sen...
  • Kiedy jedliśmy, byłem pochłonięty myśleniem o tym, co widziałem w Świątyni i zastanawiałem się, jak jest to "Świat Iluzji”. Szybko skończyłem kolację i poszedłem do pokoju przeznaczonego dla mnie. Zawijając się w szatę, położyłem się i szybko zasnąłem. Sny, koszmary i dziwne uczucia męczyły mnie przez całą noc .
  • Śniłem, że usiadłem, zupełnie przebudzony, i wielkie kule leciały na mnie jak kurz podczas burzy. Siedziałem wyprężony, aż w wielkiej odległości pojawiały się małe punkciki
    stawały się coraz większe i większe, aż wreszcie były różnokolorowymi kulami. Osiągając wielkość głowy człowieka pędziły na mnie i znikały w dali za mną. We śnie - jeżeli to był sen nie mogłem odwrócić głowy, żeby zobaczyć, dokąd odleciały. Były tylko niezliczone kule wylewające się znikąd i pędzące obok mnie - donikąd? Zdumiewało mnie ogromnie, że żadna z tych kul nie uderzyła we mnie. Wyglądały solidnie, ale dla mnie były niematerialne.
  • Tak jak duch widzi twarde, solidne ściany Świątyni, tak teraz widzisz ty! - powiedział głos za mną tak nieoczekiwanie, że od razu się obudziłem.
  • Zadrżałem w obawie. Czy byłem martwy? Czy umarłem tej nocy? Lecz czemu martwiłem się "śmiercią"? Wiedziałem, że tak zwana śmierć była jedynie ponownymi narodzinami. Położyłem się i zasnąłem jeszcze raz.
  • Cały świat trząsł się, skrzypiał i miotał jak szalony. Usiadłem zatrwożony myśląc, że Świątynia spada na mnie. Noc była ciemna. Jedynie upiorny blask gwiazd dawał odrobinę światła. Patrząc prosto przed siebie poczułem, jak włosy stają mi dęba na głowie ze strachu. Byłem sparaliżowany. Nie mogłem ruszyć palcem i co gorsza - świat powiększał się. Gładki kamień ścian stawał się szorstką, porowatą skałą wygasłych wulkanów. Dziury w kamieniu rosły coraz bardziej i zobaczyłem, że zaludniały je koszmarne twory, które widziałem przez dobry niemiecki mikroskop Lamy Mingyara.
  • Świat rósł i rósł. Straszne twory powiększały się do ogromnych rozmiarów stając się z upływem czasu tak wielkie, że mogłem zobaczyć ich pory! Świat powiększał się i powiększał, a wtedy przyszło mi na myśl, że staję się coraz mniejszy. Uświadomiłem sobie, że szalała burza kurzowa. Drobinki kurzu z rykiem przelatywały obok mnie, lecz żadna mnie nie dotknęła. Nagle zaczęły powiększać się i powiększać. Niektóre z nich były wielkości głowy człowieka, inne były wielkie jak Himalaje. Lecz żadna nie dotknęła mnie. Wciąż powiększały się, aż straciłem całkowicie poczucie wymiaru, poczucie czasu. W moim śnie zdawałem się leżeć wśród gwiazd, zimny i bez ruchu, podczas gdy galaktyka za galaktyką mijały mnie i znikały w oddali. Nie mogę stwierdzić, jak długo tak pozostawałem. Zdawało mi się, że przeleżałem tam wieczność. W końcu wszystkie galaktyki, cała seria wszechświatów spadły prosto na mnie.
  • To koniec! - pomyślałem jak przez mgłę, gdy ta mnogość światów zwaliła się na mnie.
  • Lobsang! Lobsang! Czy poszedłeś na niebiańskie pola?
  • Głos grzmiał i odbijał się echem w kosmosie, odbijając się od światów..., odbijając się echem od ścian mojego kamiennego pokoju. Z bólem otworzyłem oczy i próbowałem skoncentrować się na jednym punkcie. Nade mną była gromada jasnych gwiazd, która jakoś wydawała mi się znajoma. Gwiazdy, które powoli znikały, zastępowane były przez twarz Lamy Mingyara Dondupa. Łagodnie mną potrząsał. Jasne światło słoneczne wpadało do pokoju. Promień światła oświetlał cząsteczki kurzu, które mieniły się wszystkimi kolorami tęczy.
  • Lobsang! jest późny ranek. Pozwoliłem ci wyspać się, ale te-raz jest już pora na jedzenie, a potem ruszamy w drogę.
  • Wyczerpany gramoliłem się na nogi. Tego ranka byłem "bez sił", moja głowa zdawała się być dla mnie zbyt duża, a mój umysł ciągle jeszcze zajmował się nocnymi "marzeniami''. Związałem mój skromny dobytek z przodu szaty i opuściłem pokój w poszukiwaniu tsampy, naszego podstawowego pożywienia. Schodziłem w dół, ze strachu przed upadkiem kurczowo trzymając się ponacinanej drabiny.
  • Na dole wałęsali się mnisi kucharze.
  • Przyszedłem po jedzenie - powiedziałem potulnie.
  • Jedzenie? O tej porze? Uciekaj! - wrzasnął główny mnich kucharz.
  • Szukał, czym mnie uderzyć, kiedy inny mnich wyszeptał ochryple:
  • On jest z Lamą Mingyarem Dondupem!
  • Główny mnich kucharz skoczył jak użądlony przez szerszenia.
  • No? Na co czekasz? - ryknął do pomocnika. - Daj młi - panu śniadanie!
  • Normalnie miałbym dość jęczmienia w skórzanym woreczku, jaki noszą wszyscy mnisi, ale ponieważ podróżowaliśmy, moje zapasy wyczerpały się. Wszyscy mnisi, nie ważne, czy czela, trappa czy lama, nosili skórzany woreczek z jęczmieniem i miskę, z której go jedli. Tsampa była mieszana z maślaną herbatą i to stanowiło podstawowe pożywienie w Tybecie. Gdyby tybetańskie klasztory drukowały jadłospis, byłoby tam tylko jedno słowo do wydrukowania: tsampa!
  • Nieco pokrzepiony po posiłku dołączyłem do Lamy Mingyara i ruszyliśmy na koniach do klasztoru Państwowej Wyroczni. Nie rozmawialiśmy podczas podróży. Mój koń miał specyficzny chód, który wymagał ode mnie ciągłej uwagi, jeśli chciałem pozostać na grzbiecie zwierzęcia. Podczas gdy podróżowaliśmy Drogą Lingkor, pielgrzymi widząc wysoką rangę szaty mojego Przewodnik prosili go o błogosławieństwo. Otrzymawszy je, kontynuowali Święte Okrążenie, mając miny, jakby co najmniej w połowie osiągnęli zbawienie. Wkrótce przejechaliśmy konno przez Wierzbowy Gaj i dotarliśmy do kamienistej drogi prowadzącej do Domu Wyroczni. Na dziedzińcu mnisi służący zabrali nasze konie chwilę po tym, gdy z ulgą zsunąłem się na ziemię.
  • Miejsce było zatłoczone. Najwyżsi Lamowie wędrowali wzdłuż i wszerz kraju, aby tutaj dotrzeć. Wyrocznia wchodziła w kontakt z mocami, które rządziły światem. Znalazłem się tutaj przez specjalne zarządzenie, wyjątkowe polecenie Najdostojniejszego. Pokazano nam, gdzie mamy spać. Ja - obok Lamy Mingyara Dondupa, a nie w sypialni z wieloma innymi czelami. Gdy mijaliśmy małą świątynię w głównym budynku, usłyszałem: Słuchajcie Głosów naszych Dusz. To jest Świat Iluzji.
  • Panie! - powiedziałem do mojego Przewodnika, gdy byliśmy sami - jak jest to "Świat Iluzji"?

Popatrzył na mnie z uśmiechem.

  • No, a co jest realne? - zapytał. - Dotykasz ściany i twój palec jest zatrzymywany przez kamień. Dlatego rozumujesz , że ściana jest stała i nic nie może jej przeniknąć. Za oknem pasma górskie Himalajów stoją mocno jak kręgosłup Ziemi. Lecz duch, lub ty w astralu możecie poruszać się tak swobodnie przez kamień gór, jak ty możesz przez powietrze.
  • Ale jak to jest "iluzją"? - zapytałem. - Miałem ostatniej nocy sen, który rzeczywiście był iluzją. Czuję, że nawet blednę myśląc nim!

Mój Przewodnik z bezgraniczną cierpliwością słuchał, kiedy opiewałem mu mój sen.

  • Będę musiał opowiedzieć ci o Świecie Iluzji - powiedział, gdy skończyłem opowiadanie. - Jednak nie teraz, ponieważ najpierw musimy odwiedzić Wyrocznię.
  • Państwową Wyrocznią był zaskakująco młody człowiek, szczupły, o bardzo chorobliwym wyglądzie. Zostałem mu przedstawiony i jego wytrzeszczone oczy prześwietliły mnie na wylot, wywołując ciarki strachu biegnące w górę i dół mojego kręgosłupa.
  • Tak! Ty jesteś nim, poznaję cię dobrze - powiedział. - Jest w tobie moc. Będziesz też miał wiedzę. Zobaczymy się później.
  • Lama Mingyar Dondup, mój ukochany przyjaciel, popatrzył na mię z sympatią. Zdajesz każdy egzamin, Lobsang, za każdym razem! - powiedział. - Teraz chodź, udamy się do Świątyni Bogów i porozmawiamy.

Uśmiechnął się do mnie, kiedy szliśmy.

  • Porozmawiajmy, Lobsang, o Świecie Iluzji.
  • Jak przewidział mój Przewodnik, Świątynia była pusta. Migotliwe lampy płonęły przed Świętymi Posągami powodując, że ich cienie skakały i poruszały się, jak w jakimś egzotycznym tańcu. Dym kadzideł poruszał się spiralami w górę tworząc ponad nami
    nisko zawieszoną chmurę. Usiedliśmy obok pulpitu, gdzie lektor mógł czytać ze Świętych Ksiąg. Usiedliśmy w pozycji kontemplacji - nogi skrzyżowane i palce splecione.
  • To jest Świat Iluzji - powiedział mój Przewodnik. – Dlatego wołamy do dusz, żeby nas słyszały, ponieważ jedynie one są w świecie realności. Mówimy, jak dobrze wiesz, słuchajcie głosów naszych dusz, nie mówimy - słuchajcie naszych fizycznych głosom. Słuchaj mnie i nie przerywaj, ponieważ są to podstawy naszej Wewnętrznej Wiary. Jak wyjaśnię później, ludzie dostatecznie nie rozwinięci muszą najpierw mieć wiarę, która ich podtrzymuje, daje im uczucie, że życzliwy Ojciec czy Matka opiekują się nim. Dopiero gdy ktoś osiągnie odpowiedni poziom, może zaakceptować to, co powiem ci teraz.
  • Patrzyłem na mojego Przewodnika myśląc, że był dla mnie całym światem, pragnąc, żebyśmy zawsze mogli być razem.
  • Jesteśmy tworami Ducha - powiedział. - Jesteśmy jak elektryczne ładunki obdarzone inteligencją. Ten świat, to życie, jest Piekłem, jest miejscem prób, w którym nasz Duch jest oczyszczany przez cierpienie nauki kontrolowania naszego ordynarnego ciała fizycznego. Tak jak marionetka jest kontrolowana przez manipulującego nitkami lalkarza, tak nasze ciało fizyczne jest kontrolowane sznurkami siły elektrycznej przez nasze Wyższe Ja, naszego ducha. Dobry lalkarz może wytworzyć iluzję, że drewniane kukiełki są żywe, że działają z własnej woli. W ten sam sposób my, dopóki nie nauczymy się więcej, uważamy, że jedynie nasze fizyczne ciało ma znaczenie. W dławiącej ducha atmosferze Ziemi zapominamy, że Dusza tak naprawdę kieruje nami. Myślimy, że robimy coś z własnej woli i odpowiadamy tylko przed naszą "świadomością". Tak więc, Lobsang, mamy pierwszą Iluzję. Iluzję, że jedynie lalka, ciało fizyczne, ma znaczenie.
  • Przerwał, widząc mój zakłopotany wyraz twarzy.
  • No? - zapytał. - Co cię dręczy?
  • Panie - powiedziałem. - Gdzie są moje sznury elektrycznych sił? Nie mogę dostrzec niczego łączącego mnie z Wyższym Ja!
  • Czy widzisz powietrze, Lobsang? - zapytał ze śmiechem. - Nie, dopóki jesteś w ciele fizycznym.

Pochylając się do przodu chwycił moją szatę. Prawie - nieprzytomny ze strachu patrzyłem w jego przenikliwe oczy.

  • Lobsang! - powiedział surowo. - Czy cały twój mózg wyparował? Czy naprawdę jesteś kością od szyi w górę? Czy zapomniałeś o Srebrnym Sznurze, wiązce przewodów siły elektrycznej łączącej ciebie - tutaj - z duszą? Naprawdę, Lobsang, ty jesteś w Świecie Iuzji!
  • Poczułem, że się czerwienię. Oczywiście wiedziałem o Srebrnym Sznurze, sznurze niebieskawego światła, który łączy ciało fizyczne z ciałem duchowym. Wiele razy podczas podróży astralnych obserwowałem sznur migoczący, pulsujący światłem i życiem. Był jak pępowina łącząca matkę i nowo narodzone dziecko, tylko "dziecko", którym było fizyczne ciało nie mogące istnieć nawet przez moment, gdyby Srebrny Sznur został przecięty.
  • Podniosłem oczy. Mój Przewodnik był gotów po przerwie mówić dalej.
  • Kiedy jesteśmy w fizycznym świecie, mamy tendencję myśleć, że tylko fizyczny świat ma znaczenie. Jest to jedno z urządzeń zabezpieczających Wyższe Ja. Jeżeli pamiętalibyśmy duchowy Świat z jego szczęściem, to moglibyśmy pozostać tu jedynie ogromnym wysiłkiem woli. Gdybyśmy pamiętali przeszłe życia, kiedy, być może, byliśmy ważniejsi niż w tym życiu, moglibyśmy nie czuć potrzebnej pokory. Przyniosą nam trochę herbaty i wtedy opowiem o życiu pewnego Chińczyka od momentu jego śmierci do jego ponownych narodzin i do jego śmierci, i przybycia do Następnego Świata.
  • Lama wyciągnął rękę, by zadzwonić małym srebrnym dzwonkiem w Świątyni, ale zatrzymał się widząc moje zdziwienie.
  • No co? - zapytał. - Jakie masz pytanie?
  • Panie! - zawołałem. - Dlaczego Chińczyka? Dlaczego nie Tybetańczyka?
  • Ponieważ - odpowiedział - jeżeli powiedziałbym "Tybetańczyka", próbowałbyś skojarzyć imię z kimś, kogo znasz - ze złym wynikiem.
  • Zadzwonił dzwonkiem i mnich służący przyniósł nam herbatę. Mój Przewodnik popatrzył na mnie w zamyśleniu.
  • Czy zdajesz sobie sprawę, że pijąc herbatę połykamy miliony światów? - zapytał. - Płyny mają mniejszą zawartość cząsteczek. Jeżeli powiększyłbyś cząsteczki tej herbaty, stwierdziłbyś, że toczą się jak ziarnka piasku przy wzburzonym jeziorze. Nawet gaz, nawet powietrze złożone jest z cząsteczek, mikroskopijnych cząstek. Jednak to jest dygresja, mieliśmy roztrząsać śmierć i życie Chińczyka.
  • Dopił herbatę i czekał, aż ja dopiję swoją.
  • Seng był starym mandarynem - powiedział mój Przewodnik. - Jego życie było szczęśliwe i teraz, u jego schyłku, czuł się bardzo zadowolony. Jego rodzina była duża, konkubiny i niewolnicy liczni. Nawet sam Władca Chin okazywał mu łaskę. Kiedy jego stare, krótkowzroczne oczy patrzyły przez okno pokoju, niewyraźnie rozpoznawały piękne ogrody z dumnymi pawiami. Do jego głuchawych uszu cicho dochodziły śpiewy ptaków wracających na drzewa, kiedy kończył się dzień. Seng leżał na plecach, odpoczywał na swoich poduszkach. Wewnątrz czuł szeleszczące palce Śmierci, rozwiązujące jego więzy z życiem. Krwawoczerwone słońce zachodziło powoli za starożytną pagodę. Stary Seng opadł na poduszki, a chrapliwy, rzężący oddech zasyczał przez jego zęby. Światło słoneczne zbladło i w pokoju zapalone lampki, a stary Seng odszedł, odszedł wraz z ostatnimi gasnącymi promieniami słońca.
  • Mój Przewodnik popatrzył, aby upewnić się, czy nadąża m za nim.
  • Stary Seng leżał zagłębiony na swoich poduszkach - kontynuował. - Zgrzyty i posapywania jego ciała ustawały i ginęły w ciszy. Krew nie płynęła już przez arterie i żyły, płyny życiowe już w nim nie bulgotały. Ciało starego Senga było martwe, opróżnione przez śmierć, nie nadawało się już do użytku. Lecz jasnowidz, jeśli byłby przy tym obecny, zobaczyłby jasnoniebieską mgiełkę, tworzącą się wokół ciała starego Senga. Tworząca się, a potem unoszącą się ponad ciało, szybującą poziomo nad nim, połączoną z nim zanikającym Srebrnym Sznurem. Stopniowo Sznur stawał się coraz cieńszy i urwał się. Dusza, którą był stary Seng, odpłynęła. Uniosła się jak chmura dymu kadzidła przechodząc bez trudu przez ściany.
  • Lama ponownie napełnił kubek, popatrzył czy jeszcze mam herbatę i kontynuował:
  • Dusza płynęła przez światy, przez wymiary, których m; styczny umysł nie może pojąć. W końcu dotarła do cudownego parku usianego ogromnymi budynkami i przy jednym z nich zatrzymała się. Dusza, którą był teraz Stary Seng, weszła do środka i powędrowała po świecącej podłodze. Dusza, Lobsang, jest w swoim własnym środowisku tak stała, jak ty w tym świeższa w świecie dusz może być ograniczona przez ściany i chodzić po podłodze. Dusza ma tam inne zdolności i talenty niż te, które znamy na Ziemi. Ta Dusza wędrowała dalej i w końcu weszła do małego pokoiku. Siadając, skierowała oczy na ścianę przed sobą. Nagle ściana zniknęła i w jej miejscu Dusza ujrzała sceny, sceny ze swojego życia. Widziała to, co nazywamy Kroniką Akaszy, która jest kroniką wszystkiego, co kiedykolwiek się wydarzyło i która może być łatwo widziana przez tych, którzy są odpowiednio wyćwiczeni. Jest też widziana przez każdego, kto przechodzi z ziemskiego życia w zaświaty. Człowiek widzi zapis swoich sukcesów i niepowodzeń, widzi swoją przeszłość i sam siebie osadza! Nie ma surowszego sędziego od nas samych. Nie siedzimy drżąc przed Bogiem. Siedzimy i widzimy wszystko, co zrobiliśmy i wszystko, co zamierzaliśmy zrobić.
  • Siedziałem w milczeniu. Wszystko to było dla mnie niezwykle interesujące. Mogłem tego słuchać godzinami - chętniej niż nudnej lekcji!
  • Dusza, którą był Stary Seng, chiński mandaryn, siedziała i oglądała ponownie życie, o którym tu na Ziemi myślała, że było takie pełne sukcesów - kontynuował mój Przewodnik. – Widziała i żałowała wielu błędów. Wstała i opuściła pokój, przeszła szybko do większego pokoju, gdzie oczekiwali ją mężczyźni i kobiety ze świata dusz. Milcząc, uśmiechając się ze współczuciem i zrozumieniem, czekali na jej przybycie, jej prośby o poprowadzenie dalej.
    Siedząc w ich towarzystwie opowiadała im o swoich błędach, o rzeczach które próbowała zrobić, zamierzała zrobić, ale nie udało się jej.
  • Ale myślałem, że powiedziałeś, że Dusza nie była sądzona, osądziła się sama! - powiedziałem szybko.
  • Tak, Lobsang - odpowiedział mój Przewodnik. - Kiedy zobaczyła swoją przeszłość i swoje błędy, przyszła do tych doradców, aby otrzymać ich sugestie - ale nie przerywaj, Lobsang, słuchaj i zachowaj pytania na później.
  • Jak powiedziałem - mówił Lama - Dusza siedziała z doradcami i opowiedziała im o swoich niepowodzeniach, opowiedziała im o cechach, jakie musiała wykształcić, zanim będzie mogła rozwijać się dalej. Najpierw powinna wrócić, żeby zobaczyć swoje ciało, potem upłynie pewien czas - lata lub setki lat - i wtedy znajdzie warunki niezbędne do jej dalszego rozwoju. Dusza, która była starym Sengiem, wróciła na Ziemię, żeby popatrzeć ostatni raz na swoje zmarłe ciało, teraz gotowe do pogrzebu. Potem, już nie jako Dusza starego Senga, lecz Dusza gotowa do odpoczynku, powróciła w Zaświaty. Przez nieokreślony czas odpoczywała i odnawiała siły studiując lekcje przeszłych żywotów, przygotowując się do przyszłego życia. Tutaj, w tym życiu poza śmiercią, przedmioty i materiały były tak stałe dla jej dotyku, jak były na Ziemi. Odpoczywała w czasie i warunkach wcześniej ustalonych.
  • Podoba mi się to! - wykrzyknąłem. - To jest bardzo ciekawe.
  • Mój Przewodnik uśmiechnął się do mnie i kontynuował:
  • Po pewnym, wcześniej określonym, czasie oczekująca Dusza została wezwana i poprowadzona do świata ludzi przez kogoś, do kogo należało to zadanie, taka służba. Zatrzymali się niewidzialni dla oczu fizycznych, oglądając domy przyszłych rodziców szacując prawdopodobieństwo, że ten dom zdoła zapewnić pożądane warunki, by nauczyć się lekcji, jakie miały zostać opanowani tym razem. Usatysfakcjonowani odeszli. Kilka miesięcy późnię
    przyszła matka poczuła w sobie nagły ruch, gdy Dusza weszła jako dziecko zaczęła żyć. W swoim czasie urodziło się dziecko świecie ludzi. Dusza, która kiedyś ożywiała starego Senga, teraz na nowo zmagała się z niechętnymi nerwami i mózgiem dziecka. Lee Wonga mieszkającego w skromnych warunkach w chińskiej wiosce rybackiej. Jeszcze raz wyższe wibracje Duszy zostały przystosowane do niższej oktawy wibracji fizycznego ciała.
  • Siedziałem i długo myślałem.
  • Dostojny Lamo - powiedziałem w końcu. - Jak to jest, dlaczego ludzie boją się śmierci, która jest uwolnieniem od ziemskich zmartwień?
  • To rozsądne pytanie, Lobsang - odpowiedział mój Przewodnik. - Gdybyśmy pamiętali radości Innego Świata, wielu z nas nie mogłoby znieść trudów tutaj, dlatego mamy wpojony strach przed śmiercią.
  • Rzucając na mnie żartobliwe spojrzenie z ukosa, zauważył:
  • Niektórzy z nas nie lubią szkoły, nie lubią dyscypliny, tak niezbędnej w szkole. Jednak, kiedy ktoś dojrzewa i staje się dorosły, korzyści, jakie daje szkoła, stają się dla niego widoczne. Nie byłoby rozsądne uciec ze szkoły i spodziewać się postępów w nauce. Nie jest też rozsądne kończyć życie przed wyznaczonym człowiekowi czasem.
  • Dziwiłem się temu, ponieważ kilka dni wcześniej pewien stary mnich, niepiśmienny i chory, rzucił się z wysoko położonej pustelni. Był on zgorzkniałym, starym człowiekiem o usposobieniu, które powodowało, że odrzucał wszelką pomoc. Tak, stary Jigme znalazł lepszy sposób, pomyślałem, lepszy dla niego. Lepszy dla innych.
  • Panie! - powiedziałem. - W takim razie mnich Jigme mylił się, kiedy zakończył swoje życie?
  • Tak, Lobsang, bardzo się mylił - odpowiedział mój Przewodnik. - Każdy człowiek ma pewien wyznaczony czas na Ziemi. Kiedy ktoś kończy swoje życie przed tym czasem, wtedy musi powrócić nieomal natychmiast. I tak obserwujemy dzieci rodzące się do życia jedynie na kilka miesięcy. To wraca dusza samobójcy, aby przybrać ciało i przeżyć czas, jaki powinna była przeżyć wcześniej. Samobójca nigdy nie jest usprawiedliwiony. Jest to śmiertelna obraza siebie samego, swojego Wyższego Ja.
  • Ale Panie - zapytałem. - A co ze szlachetnie urodzonym Japończykiem, który popełnia ceremonialne samobójstwo jako pokutę za hańbę rodziny? Z pewnością jest to odważny człowiek, skoro tak robi.
  • To nie tak, Lobsang - mój Przewodnik był nader stanowczy. - To nie tak. Odwaga nie polega na umieraniu, lecz na życiu w obliczu trudności, w obliczu cierpienia. Umrzeć jest łatwo,_żyć to jest akt odwagi! Nawet teatralna demonstracja dumy w "ceremonialnym samobójstwie" nie może zaślepić kogoś, by popełnił ten błąd. Jesteśmy tutaj, żeby się uczyć, a uczyć się możemy jedynie żyjąc określony czas. Samobójstwo nigdy nie jest usprawiedliwione!
  • Pomyślałem znowu o starym Jigme. Był bardzo stary, kiedy się zabił, więc gdy przyjdzie znowu, będzie to jedynie krótki pobyt.
  • Szlachetny Lamo - zapytałem. - Jaki jest cel strachu? Dlaczego musimy cierpieć tak dużo ze strachu? Odkryłem już, że to, czego się boję, prawie nigdy się nie zdarza, a jednak ciągle się tego boję!
  • Lama uśmiechnął się i rzekł:
  • To zdarza się każdemu z nas. Boimy się Nieznanego. Jednak strach jest potrzebny. Strach popędza nas. W przeciwnym razie bylibyśmy leniwi. Strach daje nam dodatkowe siły, z którymi możemy uniknąć wypadków. Strach jest generatorem, który daje nam dodatkową siłę, dodatkowy bodziec i pozwala nam pokonać własną skłonność do lenistwa. Nie uczyłbyś się w szkole, gdybyś nie bał się nauczyciela i nie bał się okazać głupcem w oczach innych.
  • Mnisi wchodzili do Świątyni. Czele tłoczyli się wokoło zapalając następne maślane lampki, następne kadzidła. Wstaliśmy i wyszliśmy w chłód wieczoru, gdzie lekki wietrzyk igrał z liśćmi wierzb. Wielkie trąby brzmiały z Potali, tak dalekie i przytłumione, a echo toczyło się wokół ścian Klasztoru Państwowej Wyroczni.
  • Rozdział III
  • Klasztor Państwowej Wyroczni był mały, zwarty i bardzo odosobniony. Kilku małych czeli bawiło się z beztroską żywiołowością. Nie było tu grup trappów włóczących się leniwie po nasłonecznionym podwórzu, skracających sobie południowe godziny próżnym paplaniem. Starzy ludzie - również starzy Lamowie! - stanowili tu większość. Ludzie w podeszłym wieku, o białych
    włosach, ugięci pod ciężarem lat, chodzili powoli ze swoimi sprawami. To był dom jasnowidzów. Zwykle wiekowym Lamom i samemu Wyroczni powierzane było zadanie przepowiadania przyszłości, wróżenia. Nie wchodził tu żaden nie zaproszony gość, nie
    przybywał żaden zabłąkany wędrowiec w poszukiwaniu odpoczynku czy jedzenia. Było to miejsce wzbudzające u wielu strach i zakazane dla wszystkich oprócz tych specjalnie zaproszonych. Mój Przewodnik, Lama Mingyar Dondup, był wyjątkiem. Mógł przybyć, kiedykolwiek chciał i zawsze był rzeczywiście mile widzianym gościem.
  • Ozdobny gaj drzew chronił Klasztor przed wścibskimi oczami. Mocne kamienne mury dawały budynkom ochronę przed nadmierną ciekawością na wypadek, gdyby znalazł się ktoś, kto naraziłby się na gniew potężnego Lamy Wyroczni dla próżnej ciekawości. Pieczołowicie chronione pokoje przeznaczone były dla Jego Świątobliwości, Najdostojniejszego, który często odwiedzał tę Świątynię Wiedzy. Powietrze było nieruchome, panowało ogólne wrażenie spokoju, ludzie niespiesznie poruszali się w swoich ważnych sprawach.
  • Nie było tu miejsca na burdy, czy hałaśliwych intruzów. Miejsce było patrolowane przez potężnych ludzi Kham - olbrzymich mężczyzn, Wielu z nich miało ponad siedem stóp wzrostu, i żaden z nich nie ważył mniej niż dwieście pięćdziesiąt funtów. Byli zatrudnieni przez Tybet jako mnisi policjanci i ich zadaniem było utrzymanie porządku we wspólnotach, czasami tysięcy, mnichów. Mnisi policjanci kroczyli po terenie, stale czujni, stale na warcie. mając potężne kije byli naprawdę przerażającym widokiem i tych z nieczystymi sumieniami. Szata mnicha niekoniecznie okrywa pobożnego człowieka. Przestępcy i leniwi ludzie są we wszystkich wspólnotach, tak więc ludzie Kham mieli zajęcie.
  • Budynki Lamów również zostały zaprojektowane w konkretnym celu. Nie było tu wysokich budynków, nie było tu żadnych ponacinanych pali do wspinania się. Było to miejsce dla sędziwych ludzi, którzy stracili elastyczność młodości, których kości były kruche. Korytarze były łatwo dostępne, a ci w najstarszym wieku mieszkali na parterze. Państwowa Wyrocznia również mieszkał na parterze, przy Świątyni Wróżb. Obok niego umieszczono najstarszych ludzi, najbardziej uczonych. I najstarszego z mnichów policjantów, ludzi Kham.
  • Pójdziemy zobaczyć Wyrocznię, Lobsang - powiedział mój Przewodnik. - Wyraził wielkie zainteresowanie tobą i zamierza poświęcić ci dużo czasu.

Zaproszenie - czy polecenie - napełniło mnie przygnębieniem. Każda wizyta u astrologa czy "jasnowidza" w przeszłości przynosiła złe nowiny, więcej cierpienia, więcej potwierdzenia trudności, jakie miały nadejść. Zazwyczaj także, musiałem zakładać moją najlepszą szatę i siedzieć jak wypchana kaczka, słuchając jakichś starych ludzi wyrzucających z siebie potoki banałów, których wolałbym raczej nie słyszeć. Spojrzałem w górę podejrzliwie. Lama usiłował ukryć uśmiech, kiedy patrzył na mnie. Oczywiście, pomyślałem chłodno, czytał moje myśli! Wybuchnął śmiechem.

  • Chodź tak jak jesteś - powiedział. - Wyrocznia w ogóle nie zwraca uwagi na stan czyjejś szaty. On wie więcej o tobie, niż ty sam.
  • Moje przygnębienie pogłębiło się, byłem ciekaw, co miałem usłyszeć tym razem.
    Zeszliśmy korytarzem i wyszliśmy na wewnętrzny dziedziniec. Patrzyłem na wyłaniające się z mgły łańcuchy górskie, czując się jak prowadzony na stracenie. Pojawił się groźny mnich policjant, prawie jak ruchoma góra. Rozpoznając mojego Przewodnika rozpromienił się w powitalnym uśmiechu i nisko pokłonił się.
  • Padam do twoich lotosowych stóp. Święty Lamo - powiedział. - Okaż mi łaskę pozwalając poprowadzić cię do Jego Dostojności Państwowej Wyroczni.
  • Zaczął iść obok nas, a ja wyraźnie czułem, jak ziemia drżała pod jego ciężkimi krokami.
  • Dwóch lamów stało przy drzwiach, lamów, a nie zwykłych mnichów strażników. Kiedy zbliżyliśmy się, odsunęli się, żebyśmy mogli wejść.
  • Jego Świątobliwość oczekuje was - powiedział jeden, uśmiechając się do mojego Przewodnika.
  • On oczekuje twojej wizyty. Dostojny Mingyarze – powiedział drugi.
  • Weszliśmy i znaleźliśmy się w słabo oświetlonym pomieszczeniu. Przez kilka sekund mogłem dostrzec naprawdę bardzo niewiele. Moje oczy były oślepione jasnym światłem słonecznym na
    podwórzu. Stopniowo, gdy mój wzrok przyzwyczajał się, zobaczyłem nagi pokój z zaledwie dwoma gobelinami na ścianach i małą kadzielnicę dymiącą w kącie. W centrum pokoju, na zwykłej poduszce siedział całkiem młody człowiek. Wyglądał chudo i krucho. Byłem naprawdę zdumiony, kiedy uprzytomniłem sobie, że to jest Państwowa Wyrocznia Tybetu. Jego oczy były nieco wyłupiaste i patrzyły na mnie i przeze mnie. Miałem wrażenie, że widział moją duszę, a nie moje ziemskie ciało.
  • Mój Przewodnik Lama Mingyar Dondup i ja padliśmy na twarz w tradycyjnym, przepisanym pozdrowieniu, potem podnieśliśmy się i staliśmy czekając. W końcu, kiedy milczenie stało się stanowczo nie do wytrzymania. Wyrocznia przemówił.
  • Witaj Dostojny Mingyarze, witaj Lobsang! - powiedział. Jego głos miał nieco wysoką tonację i wcale nie był silny, sprawiał wrażenie dochodzącego z wielkiej odległości. Przez chwilę
    mój Przewodnik i Wyrocznia omawiali sprawy ogólne, po czym Lama Mingyar Dondup skłonił się i opuścił pokój. Wyrocznia siedział patrząc na mnie.
  • Przynieś poduszkę i usiądź przy mnie, Lobsang – powiedział w końcu.

Sięgnąłem po jeden z miękkich kwadratów spoczywających pod ścianą i umieściłem go tak, że mogłem usiąść przed nim. Przez pewien czas patrzył na mnie w nieco ponurej ciszy. W końcu, gdy poczułem się nieprzyjemnie pod jego badawczym wzrokiem, powiedział:

  • Tak więc ty jesteś Wtorek Lobsang Rampa! - powiedział. - Znaliśmy się dobrze w innej fazie istnienia. Teraz, na rozkaz Najdostojniejszego, mam powiedzieć ci o trudach, jakie nadejdą, o trudnościach do pokonania.
  • Och, Panie! - wykrzyknąłem. - Musiałem robić straszne rzeczy w przeszłych życiach, że muszę tak cierpieć w tym. Moja Karma, przeznaczony mi Los, zdają się być cięższe niż innych.
  • Nie - odpowiedział. - Powszechnym błędem jest myślenie, że ludności w tym życiu są niezbędnymi cierpieniami za grzechy przeszłych żywotów. Jeżeli wytapiasz metal w piecu, czy robisz to dlatego, że metal zgrzeszył i musi być ukarany, czy robisz to po żeby polepszyć właściwości materiału?

Popatrzył na mnie surowo.

  • Jednak to omówi z tobą twój Przewodnik, Lama Mingyar Dondup - powiedział. - Ja mam ci tylko opowiedzieć przyszłość. Wyrocznia dotknął srebrnego dzwonka i bezszelestnie wszedł
    ruch pomocnik. Podszedł do nas i umieścił bardzo niski stolik między Państwową Wyrocznią a mną. Na stoliku postawił ozdobną srebrną miskę wysadzaną najprawdopodobniej odmianą porcelany. W misce tliły się kawałki węgla drzewnego, które rozżarzyły się jasnoczerwono, kiedy mnich pomocnik zakołysał nimi w powietrzu, nim postawił je przed Wyrocznią. Mrucząc słowa, których znaczenie mi umknęło, umieścił bogato rzeźbione drewniane
    pudełko po prawej stronie miski i zniknął tak bezszelestnie, jak pojawił. Siedziałem w milczeniu i skrępowany, zastanawiając dlaczego to wszystko mi się przydarza. Każdy opowiadał mi,
    jakie ciężkie życie przypadnie mi w udziale. Oni zdawali się tym rozkoszować. Trudy były trudami, nawet jeśli nie miałem płacić za grzechy przeszłego żywota. Powoli Wyrocznia sięgnął do przodu i otworzył pudełko. Małą złotą łyżką zaczerpnął delikatny proszek,
    który wysypał na żarzące się węgle.
  • Pokój napełnił się błękitną delikatną mgłą, poczułem, że moje zmysły wirują, a wzrok zmętniał. Wydawało mi się, że słyszę w niezmierzonej odległości dzwonienie wielkiego dzwonu. Dźwięk zbliżał się, jego natężenie ciągle rosło, aż poczułem, że głowa mi pęka. Mój wzrok wyostrzył się. Patrzyłem uważnie, jak nie kończąca się kolumna dymu unosiła się z miski. Wewnątrz dymu widziałem ruch, który się zbliżał i w końcu pochłonął mnie, tak że
    stałem się jego częścią. Skądś spoza mojej świadomości doszedł do mnie monotonny głos Państwowej Wyroczni. Lecz ja nie potrzebowałem głosu, widziałem przyszłość tak wyraźnie jak on. Stałem z boku, poza czasem i widziałem przed sobą wydarzenia mojego życia, jak gdyby przedstawione na nie kończącym się filmie. Moje wczesne dzieciństwo, wydarzenia mojego życia, srogość ojca - wszystkie one były odtworzone przede mną. Jeszcze raz siedziałem przed wielkim klasztorem Czakpori. jeszcze raz czułem twarde skały Żelaznej Góry, kiedy wiatr zwiał mnie z dachu klasztoru, by cisnąć mnie z łamiącą kości siłą w dół górskiego zbocza.
    Dym kłębił się i obrazy (które nazywamy "Kroniką Akaszy") przesuwały się dalej. Widziałem ponownie moją inicjację, tajemnicze ceremonie otoczone były dymem, jakbym nie był inicjowany. Na obrazach widziałem siebie wyruszającego w długą, samotną podróż do Czungkingu w Chinach.
  • Dziwna maszyna zataczała kręgi i kołysała się w powietrzu,
    wznosząc się i opadając ponad stromymi urwiskami Czungkingu. A ja - ja byłem przy sterach! Później widziałem sznury takich maszyn ze wschodzącym Słońcem Japonii pyszniącym się na ich skrzydłach, Z maszyn padały czarne plamki, które pędziły w kierunku ziemi, by wybuchać płomieniem i dymem. Poranione ciała leciały ku niebu, a z nieba spadał deszcz krwi i fragmentów ludzkich ciał. Czułem się przybity i oszołomiony, kiedy patrzyłem na
    przesuwające się obrazy i widziałem siebie torturowanego przez Japończyków. Widziałem moje życie, widziałem trudności, czułem gorycz. Lecz najbardziej smutne były zdrada i zło pewnych ludzi zachodniego świata, którzy - widziałem - zajmowali się niszczeniem dobra tylko dlatego, że byli zazdrośni. Obrazy przesuwały się bez końca, a ja widziałem prawdopodobny przebieg mojego życia, zanim je przeżyłem.
  • Jak dobrze wiedziałem, prawdopodobieństwo może być bardzo dokładnie przewidziane. Tylko drobne szczegóły są czasami inne. Czyjaś astrologiczna konfiguracja ustala granice, kim ktoś może być i co może znieść, tak jak konstruktor silnika może ustalić jego minimalną i maksymalną prędkość.
  • Ciężkie życie mnie czeka, zgoda! - pomyślałem.
  • Wtedy podskoczyłem tak mocno, że prawie zleciałem z poduszki. Czyjaś ręka leżała na moim ramieniu. Gdy się odwróciłem, zobaczyłem twarz Państwowej Wyroczni teraz siedzącego za mną. Jego spojrzenie było pełne współczucia, smutku z powodu trudnej
    drogi przede mną.
  • Jesteś bardzo uduchowiony, Lobsang - powiedział. - Zazwyczaj muszę opowiadać te obrazy oglądającym. Najdostojniejszy, jamożna było się spodziewać, miał zupełną rację.
  • Wszystko, czego chcę - odpowiedziałem - to pozostać tutaj w spokoju. Dlaczego miałbym iść do zachodniego świata, gdzie każdy tak żarliwie głosi religię - a z tyłu próbuje drugiemu poderżnąć gardło?
  • To jest Zadanie, mój przyjacielu - powiedział Wyrocznia - które musi być wykonane. Ty możesz je wykonać pomimo wszelkich przeciwności. Stąd specjalny i trudny trening, który odby-
    wasz.
  • Przez te wszystkie rozmowy o trudnościach i zadaniach stałem się jeszcze bardziej ponury. Pragnąłem tylko spokoju, ciszy i od czasu do czasu trochę niewinnej rozrywki.
  • Teraz - powiedział Wyrocznia - nadszedł czas, byś powrócił do swojego Przewodnika, ponieważ ma ci dużo do powiedzenia i oczekuje cię.

Podniosłem się i ukłoniłem, zanim opuściłem pokój. Na zewnątrz potężny mnich policjant czekał, by zaprowadzić mnie do Lamy Mingyara Dondupa. Szliśmy razem, ramię w ramię, a ja myślałem o książce, w której widziałem jak słoń i mrówka szły przez dżunglę ramię w ramię...

  • Dobrze, Lobsang! - powiedział Lama, kiedy wszedłem do jego pokoju, - Mam nadzieję, że nie jesteś zbyt przygnębiony wszystkim tym, co zobaczyłeś?
  • Uśmiechnął się do mnie i dał znak, żebym usiadł.
  • Najpierw pokarm dla ciała, Lobsang, a potem pokarm dla Duszy - wyjaśniał z uśmiechem, dzwoniąc swoim srebrnymdzwonkiem na usługującego mnicha, żeby przyniósł naszą herbatę.
  • Najwidoczniej zjawiłem się w samą porę! Reguły klasztoru stanowiły, że podczas jedzenia nie wolno rozglądać się, oczy nie powinny błądzić, a pełna uwaga powinna być skupiona na głosie lektora. Tu, w pokoju Lamy Mingyara Dondupa, nie było lektora siedzącego powyżej nas, czytającego głośno ze Świętych Ksiąg, aby utrzymać nasze myśli z dala od czegoś tak pospolitego jak jedzenie. Nie było tam też żadnego srogiego Nadzorcy gotowego skoczyć na nas przy najmniejszym naruszeniu przepisów. Wyglądałem przez okno, patrząc na Himalaje rozciągające się bezkresnie przede mną, myśląc, że wkrótce nadejdzie czas, kiedy już ich więcej nie zobaczę. Zajrzałem przelotnie w przyszłość - moja przyszłość - i obawiałem się tego, czego nie mogłem zobaczyć wyraźnie, co było częściowo zasłonięte dymem.
  • Lobsang! - powiedział mój Przewodnik - widziałeś dużo, lecz dużo więcej pozostało ukryte. Jeżeli czujesz, że nie możesz sprostać planowanej przyszłości, to my zaakceptujemy ten fakt - chociaż ze smutkiem - i będziesz mógł pozostać w Tybecie.
  • Panie! - odpowiedziałem - powiedziałeś mi kiedyś, że ten, kto wyrusza jedną życiową ścieżką, waha się i wraca, nie jest mężczyzną. Chcę iść naprzód, mimo że znam czekające mnie
    trudności.
  • Uśmiechnął się i skinął głową z aprobatą.
  • Tak, jak się spodziewałem - powiedział - w końcu odniesiesz sukces.
  • Panie! - zapytałem - dlaczego ludzie nie przychodzą na ten świat z wiedzą o tym, kim byli w przeszłych życiach i co powinni zrobić w tym życiu? Dlaczego musi być coś, co nazywasz
    "Wiedzą Tajemną"? Dlaczego nie możemy wiedzieć wszystkiego?
  • Lama Mingyar Dondup podniósł brwi i uśmiechnął się.
  • Ty z pewnością chcesz wiedzieć dużo! - powiedział. - Zawodzi też twoja pamięć. Całkiem niedawno powiedziałem ci, że zwykle nie pamiętamy naszych przeszłych żywotów, ponieważ to
    mogłoby zwiększyć nasze brzemię na tym świecie. Jak mówimy:
  • Koło Życia obraca się, przenosząc jednym bogactwo, innym ubóstwa. Dzisiejszy żebrak staje się jutro księciem. Jeżeli nie znamy naszych przeszłych żywotów, zaczynamy wszystko na nowo, nie próbując wykorzystywać tego, czym byliśmy w ostatnim wcieleniu.
  • Ale - zapytałem - co z ukrytą wiedzą? Jeżeli wszyscy ludzie znaliby tę wiedzę, każdy mógłby być lepszy, postęp mógłby być szybszy.
  • Mój Przewodnik uśmiechnął się do mnie.
  • To nie jest takie proste! - odpowiedział.
  • Przez chwilę siedział w milczeniu, potem mówił znowu.
  • Są w nas moce, pod kontrolą naszej Wyższej Jaźni, niezmiernie większe od wszystkiego, czym dysponuje człowiek w materialnym, fizycznym świecie. Zwłaszcza człowiek Zachodu mógłby nadużyć takich Mocy, jakimi my dysponujemy, ponieważ człowiek Zachodu troszczy się jedynie o pieniądze. Zachodni człowiek ma tylko dwa pytania: Czy możesz to udowodnić? i Co ja z tego będę miał?
  • Roześmiał się zupełnie jak chłopiec.
  • Zawsze mnie bardzo bawi, kiedy myślę o całym szeregu mechanizmów i aparatów, których Człowiek używa do przesyłania ''bezprzewodowo'' informacji przez ocean - powiedział. - "Bezprzewodowo" powinno być ostatnim używanym przez nich terminem,
    ponieważ aparat składa się z wielu mil przewodów. Lecz tu, w Tybecie, nasi wyćwiczeni Lamowie przesyłają telepatyczne informacje bez żadnych urządzeń. Wchodzimy w astral i podróżujemy przez przestrzeń i czas, odwiedzamy inne części świata i inne
    światy. Możemy lewitować - podnosić ogromne ładunki stosując nie znane powszechnie siły. Nie wszyscy ludzie są czyści, Lobsang, i szata mnicha nie zawsze okrywa świętego człowieka. Może być zły człowiek w klasztorze, tak jak może być święty w więzieniu.
  • Popatrzyłem na niego z pewnym zakłopotaniem.
  • Ale jeżeli wszyscy ludzie mieliby tę wiedzę, z pewnością wszyscy byliby dobrzy? - zapytałem.
  • Lama popatrzył na mnie smutno.
  • Trzymamy Wiedzę Tajemną iv tajemnicy dla bezpieczeństwa ludzkości - odpowiedział. - Wielu ludzi, szczególnie tych z Zachodu, myśli jedynie o pieniądzach i władzy nad innymi. Jak zostało przepowiedziane przez Wyrocznię i przez innych, nasz kraj będzie później zajęty i fizycznie podbity przez obcą kulturę, kulturę, która nie myśli o zwykłym człowieku, lecz istnieje jedynie w celu podtrzymywania władzy dyktatorów, którzy zamienią w niewolników pół świata. Wysocy lamowie byli torturowani na śmierć przez Rosjan, ponieważ nie chcieli wyjawić zakazanej wiedzy. Przeciętny człowiek, Lobsang, który nagle miałby dostęp do zakazanej wiedzy, mógłby zareagować w następujący sposób. Najpierw bałby się mocy będącej teraz w jego posiadaniu. Potem mogłoby przyjść mu do głowy, że ma środki do uczynienia siebie bogatym ponad swoje najbardziej szalone marzenia. Mógłby eksperymentować i pieniądze przyszłyby do niego. Wraz z pomnażaniem pieniędzy i mocy mógłby pragnąć jeszcze więcej pieniędzy i mocy. Milioner nie jest nigdy usatysfakcjonowany jednym milionem, chce wielu milionów! Mówi się, że absolutna moc psuje nierozwiniętych. Wiedza tajemna daje absolutną moc.
  • Zaświtało mi w głowie, w jaki sposób Tybet mógłby zostać uratowany! Podskakując podniecony, wykrzyknąłem:
  • To Tybet może być uratowany! Wiedza Tajemna uchroni nas przed inwazją!
  • Mój Przewodnik popatrzył na mnie ze współczuciem.
  • Nie, Lobsang - odpowiedział smutno. - My nie używamy Mocy do takich rzeczy. Tybet będzie prześladowany, prawie zniszczony, lecz w latach, które nadejdą, odrodzi się znowu i stanie się wspanialszy, czystszy. Kraj będzie oczyszczony z nieczystości w piecu wojny, tak jak później cały świat.
  • Spojrzał na mnie z ukosa.
  • Widzisz Lobsang, musza być wojny! - powiedział cicho. - Gdyby nie było wojen, zaludnienie świata stałoby się zbyt duże. Jeżeli nie byłoby wojen, byłyby plagi. Wojny i choroby regulują zaludnienie świata i dają ludziom na Ziemi - i na innych światach - sposobność czynienia dobra innym. Zawsze będą wojny, dopóki zaludnienie świata nie będzie kontrolowane w jakiś inny sposób.
  • Gongi wzywały nas na wieczorne modły. Mój Przewodnik, Lama Mingyar Dondup, podniósł się.
  • Chodź, Lobsang - powiedział. - Jesteśmy tutaj gośćmi i musimy okazywać szacunek naszym gospodarzom chodząc na modły.
  • Opuściliśmy pokój i wyszliśmy na podwórze. Dzwony biły natarczywie - dłużej, niż miałoby to miejsce w Czakpori. Zadziwiająco powoli przebyliśmy drogę do Świątyni. Dziwiłem się naszej powolności, ale kiedy rozejrzałem się wokół, zobaczyłem bardzo starych, niedołężnych ludzi, kuśtykających za nami przez podwórze.
  • Byłoby grzecznie, Lobsang, gdybyś przeszedł i usiadł z tymi czelami! - wyszeptał do mnie mój Przewodnik.
  • Skinąłem, poszedłem wokół wewnętrznych ścian świątyni, aż dotarłem do miejsca, gdzie siedzieli czela Klasztoru Państwowej Wyroczni. Przyglądali się mi z ciekawością, gdy usiadłem obok nich. Prawie niepostrzeżenie, kiedy nadzorcy ich nie widzieli przesuwali się do przodu, aż otoczyli mnie.
  • Skąd jesteś? - zapytał jeden chłopiec, który zdawał się być przywódcą.
  • Z Czakpori - odpowiedziałem szeptem.
  • Czy ty jesteś chłopcem przesłanym tu przez Najdostojniejszego? - wyszeptał inny.
  • Tak - odpowiedziałem szeptem.
  • Widziałem Wyrocznię - powiedział mi...
  • CISZA! - ryknął srogi głos tuż za mną. - Ani słowa chłopcy! Zobaczyłem oddalającego się wysokiego mężczyznę.
  • Oj! - powiedział chłopiec - nie zwracaj na niego uwagi, jego szczekanie jest gorsze niż ugryzienie.
  • W tej samej chwili Państwowa Wyrocznia i Opat weszli przez małe drzwi z boku i rozpoczęły się modły.
  • Wkrótce wyszliśmy ponownie na zewnątrz. Poszedłem z innymi do kuchni, aby napełnić jęczmieniem moją skórzaną torbę i napić się herbaty. Nie było okazji do rozmowy. Mnisi różnych stopni stali tu i tam, wykorzystując na rozmowę ostatnie minuty przed
    udaniem się na spoczynek. Poszedłem do pokoju przeznaczonego dla mnie, zawinąłem się w szatę i położyłem się spać. Jednak sen długo nie przychodził. Patrzyłem w purpurową ciemność usianą złotymi płomykami maślanych lamp. Hen, daleko, wieczne Himalaje wyciągały skalne palce ku niebu, jakby w błaganiu do Bogów Świata. Ostre, białe promienie światła księżycowego przebłyskiwaly przez górskie szczeliny, by zniknąć i pojawić się na nowo, kiedy księżyc wzejdzie wyżej. Nie było wiatru tej nocy, modlitewne flagi zwisały bezsilnie ze słupów. Nad Lhasą leniwie przepływały resztki jakiejś chmury. Obróciłem i zapadłem w kamienny sen.
  • W bardzo wczesnych godzinach porannych zerwałem się ze strachem. Zaspałem i mogłem być już spóźniony na poranne modły. W pośpiechu narzuciłem szatę i wypadłem przez drzwi.
    Pędząc wzdłuż opustoszałego korytarza wybiegłem na podwórze - prosto w ramiona jednego z ludzi Kham.
  • Dokąd pędzisz? - wyszeptał groźnie trzymając mnie w żelaznym uścisku.
  • Na poranne modły! - odpowiedziałem. - Musiałem zaspać.
  • Roześmiał się i puścił mnie.
  • Och! - powiedział. - Jesteś gościem. Tu nie ma porannych modłów. Wracaj i śpij dalej.
  • Nie ma porannych modłów? - zawołałem. - Przecież wszędzie są poranne modły!
  • Mnich policjant musiał być w dobrym nastroju, ponieważ odpowiedział mi uprzejmie.
  • Mamy tu starych ludzi, wielu niedołężnych. Z tego powodu obywamy się bez porannych modłów. Idź i odpocznij chwilę w spokoju.
  • Poklepał mnie po głowie, delikatnie według siebie, jak uderzenie piorunu według mnie i popchnął mnie z powrotem w korytarz. Odwrócił się i przemierzał dalej podwórze. Jego ciężkie kroki wystukiwały "bonk! bonk!" ciężko wybijając "thunk! thunk!'' w momencie, gdy podeszwa trafiała z głuchym odgłosem w ziemię po każdym kroku. Pobiegłem z powrotem korytarzem i po chwili znowu spałem.
  • Później tego samego dnia zostałem przedstawiony Opatowi i dwóm starszym lamom. Przepytali mnie dokładnie, zadając pytania o moje życie w domu, co pamiętam z przeszłych żywotów, o moje relacje z moim Przewodnikiem, Lamą Mingyarem. W końcu
    wszyscy troje podnieśli się chwiejąc na nogach i poszli jeden zadrugim w kierunku drzwi.
  • Chodź - powiedział ostatni, wskazując palcem w moim kierunku.
  • Oniemiały, oszołomiony, podążyłem potulnie za nimi. Wyszli powoli przez drzwi i wlekli się korytarzem ospale, noga za nogą. Podążałem za nimi, prawie drepcząc \v miejscu, zęby iść wystarczająco wolno. Posuwaliśmy się dalej, mijaliśmy otwarte pokoje, skąd zarówno trappowie, jak i czele, oglądali z ciekawością nasze powolne przechodzenie. Czułem, że moje policzki płonęły z zakłopotania, że byłem "ogonem" tej procesji. Opat na jej czele powłóczył nogami z pomocą dwóch kijów, a za nim szli dwaj starzy lamowie, którzy byli tak zgrzybiali i wysuszeni, że ledwie mogli nadążyć za Opatem. I ja, zamykający pochód, ledwo mogący iść
    wystarczająco wolno.
  • Nareszcie, wydawało mi się, że minęły wieki, dotarliśmy do małych drzwi umieszczonych w przeciwległej ścianie. Zatrzymaliśmy się, podczas gdy Opat grzebał kluczem i mruczał coś pod
    nosem. Jeden z lamów podszedł do przodu, zęby mu pomóc i wreszcie drzwi zostały otwarte ze zgrzytem sprzeciwiających się zawiasów. Opat wszedł, za nim najpierw jeden lama, potem drugi. Nic mi nie powiedzieli, więc wszedłem również. Jeden ze starych lamów popchnął drzwi zamykając je za mną. Przede mną stał dość długi stół zawalony starymi, pokrytymi kurzem przedmiotami. Stare szaty, starożytne młynki modlitewne, stare miski i poukładane sznurki modlitewnych różańców. Na stole porozrzucanych zostało kilka magicznych pudełek i różnych innych przedmiotów, których na pierwszy rzut oka nie mogłem rozpoznać.
  • Hmmmn. Mmmmn. Podejdź tu, mój chłopcze! – rozkazał Opat.
  • Podszedłem niechętnie do niego, a on chwycił moje lewe ramię swoją kościstą ręką. Poczułem się jak w uścisku kościotrupa!
  • Hmmmn. Mmmmn. Chłopcze! Hmmmn. Które z tych przedmiotów i przyborów, jeśli są takie, należały do ciebie w poprzednim życiu?
  • Poprowadził mnie wzdłuż stołu, następnie odwrócił mnie.
  • Hmmmn. Mmmmn - powiedział. - Jeżeli sądzisz, że jakieś rzeczy były twoje, hmmmn, weź je i, hmmmn, mmmmii, przynieś do mnie.
  • Usiadł ciężko i zdawał się zupełnie nie interesować tym, co robię. Dwóch lamów usiadło z nim i nie padło już żadne słowo.
  • Dobrze! - pomyślałem sobie - jeżeli tych trzech starych ludzi chce bawić się w ten sposób - w porządku, będę grał w ten sam sposób!
  • Psychometria jest oczywiście najprostszą rzeczą do wykonania. Szedłem wolno wzdłuż stołu, z wyciągniętą lewą ręką i dłonią skierowaną ku dołowi ponad różnymi rzeczami. Przy pewnych
    przedmiotach odczuwałem rodzaj mrowienia w środku dłoni i lekki dreszcz, lub drżenie, przebiegało mi przez rękę. Podniosłem młynek modlitewny, starą pogiętą miskę i sznurek różańca. Potem powtórzyłem moją wędrówkę wzdłuż długiego stołu. Tylko jeszcze
    jedna rzecz spowodowała mrowienie w dłoni i drżenie ręki - stara postrzępiona szata w ostatnim stadium rozpadu. Szafranowa szata wysokiego urzędnika, wypłowiała ze starości, ze zbutwiałego
    i rozsypującego się w dotyku materiału. Ostrożnie podniosłem ją, trochę obawiając się, że mogłaby rozpaść się pomiędzy moimi uważnymi palcami. Delikatnie zaniosłem ją do starego Opata, złożyłem u jego stóp i wróciłem po młynek modlitewny, pogiętą miskę i sznurek różańca. Bez słowa Opat i dwaj lamowie badali przedmioty i porównywali pewne znaki, czy sekretne oznakowania, ze znakami w starej, czarnej książce, którą wyjął Opat. Przez jakiś czas siedzieli patrząc na siebie. Ich głowy kiwały się na wysuszonych szyjach, stare mózgi prawie skrzypiały z wysiłku myślenia.
  • Harrumph! Arrrf! - mamrotał Opat, sapiąc niczym przepracowany jak. - Mmmmmnnn. To jest rzeczywiście on. Hmmmn. Godne uwagi wydarzenie, mmmmn. Idź do swojego Przewodnika, Lamy Mingyara Dondupa, chłopcze, i hmmmn, powiedz mu, że bylibyśmy zaszczyceni jego obecnością. Ty, mój chłopcze, możesz nie wracać. Harrumph! Arrrf
  • Odwróciłem się i wybiegłem z pokoju, zadowolony, że uwolniłem się od tych żywych mumii, których wysuszona obcość była tak różna od ciepłej natury Lamy Mingyara Dondupa. Skręcając
    za róg zatrzymałem się zaledwie kilka cali od mojego Przewodnika. Uśmiechnął się do mnie.
  • Och! Nie dziw się, ja również odebrałem wiadomość - powiedział.
  • Klepiąc mnie przyjaźnie po plecach pośpieszył do pokoju, w którym znajdowali się Opat i dwaj starzy lamowie. Wyszedłem na podwórze i leniwie kopnąłem kilka kamieni.
  • Ty jesteś chłopcem, którego inkarnacja została rozpoznana? - zapytał głos z tyłu.
  • Odwróciłem się i zobaczyłem przyglądającego mi się uważnie czele.
  • Nie wiem, co oni robią - odpowiedziałem. - Mogę tylko powiedzieć, że wlekli mnie korytarzami, żebym mógł odszukać kilka moich starych rzeczy. Każdy mógłby to zrobić!
  • Chłopiec roześmiał się dobrodusznie.
  • Wy, z Czakpori, znacie swoje ciała - powiedział. - Inaczej nie byłbyś w tym klasztorze. Słyszałem, jak mówiono, że byłeś kimś wielkim w przeszłym życiu. Musisz być kimś, ponieważ sam Wyrocznia poświęcił ci pół dnia.
  • Wzruszył ramionami udając strach.
  • Lepiej uważaj - ostrzegł. - Zanim będziesz wiedział, co się dzieje, rozpoznają cię i uczynią Opatem. Wtedy nie będziesz już mógł dłużej bawić się z innymi w Czakpori.
  • Z drzwi na przeciwległym końcu podwórza pojawiła się postać mojego Przewodnika. Szybko podszedł do nas. Czela, z którym rozmawiałem, skłonił się nisko w pokornym pozdrowieniu. Lama uśmiechnął się i powiedział jak zawsze łagodnie.
  • Musimy wyruszyć, Lobsang! - powiedział Lama Mingyar Dondup do mnie. - Wkrótce noc będzie nad nami, a nie chcemy jechać w ciemnościach.
  • Razem poszliśmy do stajni, gdzie mnich stajenny czekał z naszymi końmi. Niechętnie dosiadłem zwierzęcia i podążyłem za moim Przewodnikiem drogą wśród wierzb. Jechaliśmy w milczeniu. Nigdy nie mogłem rozmawiać inteligentnie na końskim grzbiecie, ponieważ traciłem całą swoją energię, żeby utrzymać się na nim. Ku mojemu zdziwieniu nie skręciliśmy do Czakpori, lecz skierowaliśmy się do Polali. Konie powoli wspinały się Drogą Stopni. Pod nami dolina znikała już w ciemnościach nocy. Z radością zsiadłem z konia i pośpieszyłem w znanej już Potali na poszukiwanie jedzenia.
  • Mój Przewodnik czekał na mnie, kiedy szedłem po kolacji do pokoju.
  • Wejdź do mnie, Lobsang - powiedział.
  • Wszedłem i na jego zaproszenie usiadłem.
  • Otóż - powiedział - przypuszczam, że dziwi cię to wszystko.
  • Och! Spodziewałem się być rozpoznany jako inkarnacja - odpowiedziałem beztrosko. - Rozmawialiśmy o tym z jednym czelą w Klasztorze Państwowej Wyroczni, kiedy mnie zawołałeś!
  • Dobrze, że jest to dla ciebie przyjemne - powiedział Lama Mingyar Dondup. - Teraz musimy poświęcić trochę czasu, by omówić pewne sprawy. Nie musisz iść na nocne modły. Usiądź wygodniej, słuchaj i nie przerywaj.
  • Większość ludzi przychodzi na ten świat, żeby się czegoś uczyć - rozpoczął mój Przewodnik. - Inni, by pomagać będącym w potrzebie, czy wykonać pewne specjalne, bardzo ważne zadanie.
  • Popatrzył ostro na mnie, aby upewnić się, że słucham.
  • Wiele religii naucza o Piekle - mówił - miejscu kary i pokuty za grzechy. Piekło jest tutaj, na tym świecie. Nasze rzeczywiste życie jest na innym świecie. Tu przychodzimy, by się uczyć, zapłacić za pomyłki uczynione w poprzednich żywotach albo – jak powiedziałem - próbować wykonać jakieś bardzo ważne zadanie. Ty masz tu zadanie związane z ludzką aurą. Twoimi "narzędziami" będą niezwykle czuła percepcja psychiczna, znacznie pogłębiona zdolność widzenia ludzkiej aury i cała wiedza, jaką możemy ci przekazać, dotycząca wszystkich umiejętności okultystycznych. Najdostojniejszy zarządził, że zostaną użyte wszystkie możliwe środki do powiększenia twoich zdolności i talentów. Bezpośrednie nauczanie, rzeczywiste doświadczenia, hipnoza, zamierzamy użyć ich wszystkich, żebyś uzyskał jak najwięcej wiedzy w najkrótszym czasie.
  • To jest piekło, rzeczywiście! - wykrzyknąłem ponuro.
  • Lama roześmiał się.
  • Lecz to Piekło jest jedynie odskocznią do znacznie lepszego życia. Tu możemy uwolnić się od pewnych podstawowych błędów. Tu przez kilka lat ziemskiego życia zrzucamy z siebie winy, które mogły nas dręczyć w Innym Świecie przez niezmierzony czas. Całe życie tego świata jest mgnieniem w porównaniu z życiem Innego Świata. Większość ludzi na Zachodzie – kontynuował - myśli, że kiedy ktoś "umrze", siedzi na chmurze i gra na harfie. Inni myślą, że kiedy ktoś opuszcza ten, świat. egzystuje w mistycznym stanie niebytu, i tak dalej.
  • Uśmiechnął się i mówił dalej:
  • Gdybyśmy mogli tylko uświadomić im, ze życie po śmierci jest bardziej realne niż cokolwiek na Ziemi! Wszystko na tym świecie składa się z wibracji. Wszystkie wibracje świata - i wszystko na świecie - może być porównane do oktawy na muzycznej
    skali. Kiedy przechodzimy na drugą stronę Śmierci, "oktawa" jest przesuwana w górę skali.
  • Mój Przewodnik zatrzymał się, chwycił moja rękę i zastukał kostkami moich palców o podłogę.
  • To, Lobsang - powiedział - jest kamień. Wibracja, którą nazywamy kamieniem.
  • Znowu wziął moją rękę i potarł moimi palcami o szatę.
  • To - wykrzyknął - jest wibracja, którą wykazuje wełna. Jeżeli przesuniemy wszystko w górę skali wibracji, w dalszym ciągu zachowamy względne stopnie twardości i miękkości. Tak więc w Życiu po Śmierci, rzeczywistym Życiu, możemy posiadać rzeczy takie, jak na tym świecie. Czy rozumiesz to jasno? - zapytał.
  • Oczywiście, to było jasne, wiedziałem takie rzeczy od bardzo dawna. Lama wszedł w moje myśli.
  • Tak, wiem, że to wszyscy wiedzą, lecz jeśli wyrazimy słownie te "niewypowiedziane myśli", ułożymy je jaśniej w twoim umyśle. Później – powiedział – będziesz podróżował do krajów zachodniego świata. Tam napotkasz wiele trudności ze strony zachodnich
    religii.
    Uśmiechnął się krzywo.
  • Chrześcijanie nazywają nas poganami - zauważył. - W ich Biblii jest napisane, że Chrystus wędrował przez pustynie. Nasze zapisy mówią, że Chrystus wędrował przez Indie, studiując hinduskie religie, a potem przybył do Lhasy i studiował na Jo Kang u naszych największych kapłanów tych czasów. Chrystus stworzył dobra religię, lecz chrześcijaństwo praktykowane dziś nie jest tą religią, którą dał Chrystus.
  • Mój Przewodnik popatrzył na mnie surowo.
  • Wiem - powiedział - że jesteś tym trochę znudzony, myśląc, że mówię dla samego mówienia, ale ja podróżowałem przez świat Zachodu i mam obowiązek ostrzec cię przed tym, czego doświadczysz. Zrobię to najlepiej, opowiadając ci o ich religiach, ponieważ wiem, że masz pamięć ejdetyczną.
  • Byłem na tyle przyzwoity, żeby się zaczerwienić. Za dużo słów - myślałem.
  • Na zewnątrz, mnisi w korytarzach szurali nogami idąc do Świątyni na wieczorne modły. Na dachu trębacze wyglądali na Dolinę i wygrywali ostatnie nuty gasnącego dnia. Tu przede mną, mój Przewodnik, Lama Mingyar Dondup, mówił dalej.
  • Na Zachodzie są dwie podstawowe religie i niezliczone odłamy. Religia żydowska jest stara i tolerancyjna. Nie będziesz miał kłopotów ani trudności ze strony Żydów. Przez wieki byli prześladowani i mają wielką sympatię i zrozumienie dla innych. Chrześcijanie nie są tak tolerancyjni, z wyjątkiem niedziel. Nie zamierzam mówić o poszczególnych wierzeniach, przeczytasz o nich. Zamierzam powiedzieć ci, jak powstawały religie.
  • U zaraniu dziejów na Ziemi - powiedział Lama - ludzie żyli w małych grupach, bardzo małych szczepach. Nie było praw ani kodeksu postępowania. Siła była jedynym prawem. Silniejszy i bardziej dziki szczep napadał na słabszy. W miarę upływu czasu
    wyrósł silniejszy i mądrzejszy człowiek. Zrozumiał, że jego szczep mógłby być silniejszy, gdyby został zorganizowany. Ustanowił religię i kodeks postępowania. Bądź płodny i rozmnażaj się rozkazał wiedząc, że im więcej dzieci się urodzi, tym silniejszy stanie się jego szczep. Czcij ojca i matkę nakazał wiedząc, że jeżeli rodzice będą autorytetem dla swych dzieci, to on będzie miał autorytet u rodziców. Wiedział też, że jeżeli wpoi dzieciom poczucie długu wobec rodziców, łatwiej będzie wprowadzić dyscyplinę. Nie cudzołóż grzmiał prorok tamtych czasów. Jego nakaz naprawdę znaczył, że szczep nie powinien być "skażony" krwią członków innego plemienia, ponieważ w takiej sytuacji zostanie podzielona lojalność. Z biegiem czasu kapłani stwierdzili, że są tacy, którzy nie zawsze słuchają nauk religii. Po wielu przemyśleniach, wielu dyskusjach,
    kapłani ci opracowali system nagród i kar. "Niebo", "Raj", "Walhalla" - określaj to, jak chcesz - dla tych, którzy są posłuszni kapłanom. Ogień piekielny i potępienie z wiecznymi mąkami dla nieposłusznych.
  • Więc jesteś przeciwnikiem zorganizowanych religii Zachodu, Panie? - zapytałem.
  • Nie, z pewnością nie - odpowiedział mój Przewodnik – jest wielu, którzy czują się zagubieni, jeżeli nie mogą poczuć lub wyobrazić sobie wszystkowidzącego Ojca, spoglądającego na nich z góry, i notującego Anioła, gotowego do zapisywania wszystkich
    dobrych, jak i złych, uczynków! My jesteśmy Bogami dla mikroskopijnych stworzeń, które zamieszkują nasze ciała, a nawet dla jeszcze mniejszych stworzeń, które zamieszkują ich molekuły! Jeśli chodzi o modlitwę, Lobsang, czy ty często wysłuchujesz modlitw
    stworzeń znajdujących na cząsteczkach twojego ciała?
  • Ale sam mówiłeś, że modlitwa jest skuteczna - odpowiedziałem z pewnym zdziwieniem.
  • Tak, Lobsang, modlitwa jest bardzo skuteczna, jeżeli modlimy się do naszej nadświadomości, do rzeczywistej części nas w innym świecie, części, która kieruje naszymi "sznurkami marionetek". Modlitwa jest bardzo skuteczna, jeżeli przestrzegamy prostych, naturalnych praw, które ją spełniają.

Uśmiechnął się do mnie i powiedział: