(23kB)
strona główna

Max Freedom Long

 

Autosugestia

 

 

Rozdział l

 

U zarania dziejów wszelkie żywe stworzenia zamieszkiwały morza i oceany, które pokrywały większą część globu ziemskiego. Wkrótce niektóre istoty wkroczyły na drogę ewolucji i zaczęły wychodzić na ląd. Wśród nich także wąż. W ciągu następnych stuleci nie udało mu się wykształcić nóg ani skrzydeł, ale zdołał rozwinąć zadziwiającą metodę chwytania zdobyczy.

Został pierwszym mesmerykiem.

Bardzo młoda, słabo rozwinięta i tylko na poły będąca nauką dziedzina wiedzy, zwana parapsychologią, dostarcza tak niewiele informacji o naturze myślenia i o zdolnościach umysłu, iż powszechnie nie dostrzega się żadnej różnicy między mesmeryzmem, którym posługuje się wąż, a hipnotyzmem z jego kluczowym pojęciem sugestii.

Wszyscy studiujący system Huny wiedzą, że człowiek z łatwością może zgromadzić w sobie ogromny zapas siły życiowej, która przemieniona w energię woli niższego bądź średniego Ja staje się czymś niezwykłym, czymś niewiarygodnie potężnym.

Wąż rozwinął w sobie zdolność akumulowania dużych ładunków siły witalnej i emitowania ich na ptaka znajdującego się w zasięgu jego wzroku. Efekt był wstrząsający: ptak tracił zdolność kontroli nad swymi odruchami i w stanie dziwnej „fascynacji" mógł tylko trzepotać bezradnie skrzydłami, gdy tymczasem wąż podpełzał blisko, chwytał go i pożerał.

Dociekliwi obserwatorzy zauważyli, że wobec wielu swych mniejszych dzieci, które muszą służyć za pokarm innym stworzeniom, matka Natura stosuje znieczulenie, by uśmierzyć ich ból. Ptaki czy króliki tracą przytomność i kiedy dopada je wąż, nie są tego świadome. Uważa się, że przyczyną ich śmierci jest strach, ale Huna dowodzi, iż u węża mesmeryka zbliżającego się do swojej zdobyczy następuje gwałtowny przypływ siły życiowej, która paraliżuje ofiarę i pozbawia ją świadomości.

Podobną siłę demonstrują ludzie mesmerycy, wchodząc do pokoju, gdzie czekają dobrowolni uczestnicy eksperymentu. Mesmeryk przesuwa wzrokiem po siedzących w rzędzie ochotnikach, niejako ogarnia ich swoją mesmeryczną mocą. Ci bardziej wrażliwi tracą przytomność i padają na podłogę. Leżą tam przez kilka minut, dopóki nie odzyskają świadomości. Nie podaje się tu żadnej sugestii. Metoda mesmeryka i metoda węża są podobne i polegają na działaniu wstrząsem; tak samo postępuje kat, poddając skazanego porażeniu prądem elektrycznym.

Trzeba tu zwrócić uwagę na pewną kwestię nie w pełni rozumianą przez naszych psychologów. Otóż nie pojmują oni faktu, że to niższe Ja (podświadomość) podlega wpływowi operatora, który doprowadza je do tak gwałtownej reakcji.

Wszystkie ptaki i zwierzęta są istotami obdarzonymi tylko niższym Ja. Człowiek zaś obok wrodzonego zwierzęcego, czyli niższego Ja, ma także średnie Ja (świadomość), które z kolei ma łączność z jeszcze wyższą formą świadomości -z Wyższym Ja (nadświadomym), nie opisanym dotychczas w podręcznikach.

Na zjawisko mesmeryzmu zwrócono uwagę ponad sto lat temu dzięki doktorowi Antenowi Mesmerowi. Stosował on tę nową metodę w swojej praktyce uzdrawiania i od jego nazwiska pochodzi jej nazwa. Sposób leczenia Mesmera był tyleż spektakularny, co skuteczny. Wkrótce uzdrowiciel stał się sławny w całej Europie.

Siłę życiową Mesmer nazwał „magnetyzmem zwierzęcym". Sądził, że jeśli lekarz jest nią naładowany w stopniu większym niż pacjent, przepływa ona do ciała tego drugiego i przyczynia się do poprawy zdrowia. Już samo oczekiwanie

na ów strumień siły życiowej działa na umysł lekarza jak rozkaz powodujący jej przypływ.

Czasami zdarzało się, że Mesmer - niczym wąż mesme-ryk - porażał pacjenta tak dużym ładunkiem witalności, że wywoływał u niego nerwowe odruchy, histerię, a nawet utratę przytomności. Objawy braku świadomości przyrównywano do snu, było to jednak zjawisko zupełnie innego typu, jakkolwiek dało podstawę do stwierdzenia, że sen i stan mesmeryczny mają wiele wspólnego.

W Anglii, w jakiś czas po śmierci doktora Mesmera, inny lekarz, James Braid, pracując nad zagadnieniem snu mesmerycznego, doszedł do bardzo, jego zdaniem, znaczącego odkrycia. Stwierdził mianowicie, że za pomocą sugestii można wywołać sztuczny sen, stan podobny do snu mesmerycznego. Poza tym zauważył, że skłoniwszy pacjenta do uporczywego patrzenia w mały, jaskrawy punkt umieszczony ponad linią jego wzroku, również można go wprowadzić w taki sen, i to bez użycia (tak sądził) sugestii czy innego środka przypominającego moc magnetyczną.

Nie wiedząc, co leży u podstaw mesmeryzmu, Braid nie zdawał sobie sprawy, że sugestia zawsze mieści w sobie pewien ładunek siły witalnej - „magnetyzmu zwierzęcego" Mesmera - i że sam pacjent nieświadomie ulega sugestii, gdy siedząc z wzrokiem wbitym w jaskrawy, męczący oczy obiekt, spodziewa się, iż zaraz zaśnie. (Samo zmęczenie oczu jest przyczyną snu naturalnego. Podanie sugestii lub też oddziaływanie dużą dawką siły życiowej kierowanej wolą powoduje sen sztuczny).

Huna uczy nas, że sugestia jest wprowadzeniem myśli bądź idei do umysłu odbiorcy, czy to za pomocą słów, czy też na drodze telepatii. Dalej dowiadujemy się, że zaszczepiona idea sama w sobie nie ma żadnej mocy hipnotycznej, jeśli jej tworzeniu i przekazywaniu nie towarzyszy specyficzny rodzaj siły. Ktoś może rozkazać koledze: „Wskocz do jeziora!", ale nie dysponując żadną mocą mesmeryczną, która by ów rozkaz wspierała, nie skłoni odbiorcy do żadnej reakcji. Natomiast jeśli hipnotyzer poda myśl w formie sugestii popartej odpowiednią dawką jego mocy, wówczas

odbiorca z pewnością zacznie szukać jeziora, do którego mógłby wskoczyć.

To dziwne, że tak mądrym ludziom, jak Mesmer i Braid, nie udało się wyjaśnić, na czym polega tajemnica mesmeryzmu i sugestii. Wszak tym, którzy znają Hunę, wydaje się ona prosta. Nie poznawszy do końca zjawisk mesmeryzmu, ci dwaj badacze wykorzystywali go w praktykach leczniczych, tym samym gubiąc rzecz najistotniejszą, a mianowicie tę zasadniczą prawdę, że prosta myśl nasycona siłą mesmeryczną może skłonić niższe Ja drugiego człowieka do najbardziej niezwykłych reakcji. Co więcej, nasze własne niższe Ja reaguje równie zaskakująco pod wpływem AUTOSUGESTII.

Autosugestii można sobie udzielić bardzo łatwo i szybko. Nie wymaga to prawie żadnego wysiłku fizycznego, tylko pewnego treningu. Kiedy sugestia jest już podana, niższe Ja przejmuje ją na siebie i stara się za wszelką cenę wprowadzić ją w czyn, zaopatrując nas tym samym w narzędzie najwyższej wartości. Rzeczy, których normalnie nie potrafimy wykonać mimo uporczywych wysiłków i starań, stają się nagle możliwe do spełnienia dzięki niższemu Ja, które otrzymało polecenie silnie naładowane mocą mesmeryczną.

Trzeba zwrócić uwagę na jeszcze jedno. W momencie przekazywania sugestii niższe Ja musi mieć normalny, obojętny ładunek siły życiowej, a więc stan uzyskany dzięki zrelaksowaniu ciała i kontrolującej części umysłu. Podczas relaksu należy też odprężyć „wolę" niższego Ja, tak by stała się niemal bezczynna. W przeciwnym razie średnie Ja, odgrywające rolę mesmeryka-hipnotyzera podającego silnie naładowaną sugestię, nie zdoła wprowadzić owej sugestii do niższego Ja i skłonić go do reakcji.

Współcześni hipnotyzerzy stwierdzili, że nawet nieznaczne zmęczenie wzroku powoduje u pacjenta znużenie, które prowadzi niebawem do odprężenia ciała. (Prawdziwego snu hipnotycznego należy unikać). Wprowadzenie w ów stan odprężenia stanowi wstępny etap przygotowujący pacjenta do przyjęcia sugestii. Tak powszechne dziś używanie wirującego krążka z namalowaną na nim spiralą bądź też trzymanie jasnego źródła światła powyżej poziomu wzroku pacjenta - to metody, które mają niewiele wspólnego z prawdziwym mesmeryzmem czy hipnozą. Z hipnozą nie mamy do czynienia również wtedy, gdy wskutek długotrwałego patrzenia na monotonny ruch taśmy fabrycznej usypia znużony robotnik. Właściwości hipnotycznych nie mają też paciorkowate oczka węża, wywołujące u ptaka stan mesmeryczny.

Błędny, aczkolwiek szeroko rozpowszechniony pogląd głosił, iż skuteczna może być sugestia podawana pacjentowi podczas snu z płyty lub z taśmy magnetofonowej. W takich mechanicznie wypowiadanych słowach nie ma żadnej mesmerycznej siły. Mogą one tylko ułatwić niższemu Ja zapamiętywanie informacji. Jeśli natomiast niższe Ja otrzyma autosugestię lub też zostanie „uwarunkowane" przez operatora i dostanie nakaz przyjęcia mechanicznie wypowiadanych słów jako prawdziwej sugestii, wtedy można spodziewać się pożądanych rezultatów, które nadejdą w formie reakcji posthipnotycznych. Nagrania odbierane podczas snu mogą w najlepszym razie być pomocne w procesie kształtowania się wrażeń pamięciowych. Podczas lekkiego snu niższe Ja usłyszy i częstokroć zapamięta usłyszane informacje, na przykład słowa i zwroty obcojęzyczne, jeśli: będą one wielokrotnie powtarzane.

Inaczej rzecz się przedstawia w przypadku sugestii wypowiadanej bezpośrednio do dziecka lub dorosłego podczas jego snu. Operator może wtedy skierować uwagę śpiącego na swoje słowa ł dotrzeć do jego podświadomości. Za porno ca tej metody uzyskuje się doskonałe rezultaty w przełamywaniu dziecięcych nawyków tam, gdzie besztanie i inn< mało sugestywne środki, łącznie z użyciem siły, nie dąb wyników, ponieważ stosowano je na jawie, gdy „wola" dziecka była aktywna i gotowa do obrony.

Howard Van Smith w artykule opublikowanym jakiś czai temu wspomniał o doktorze Borysie Sidisie, psycholog! i profesorze uniwersytetu w Harwardzie, który stosował sili sugestii wobec swego śpiącego syna Billy'ego, chcąc oceni przydatność tego typu metod w procesie przyspieszone edukacji. Jak się okazało, proces uczenia się przedmiotów wymagających zapamiętywania był nie tylko szybszy, ale też przebiegał bez żadnego wysiłku. W wieku trzech lat dziecko pisało na maszynie. Kiedy miało cztery lata, ze zrozumieniem czytało podręczniki. Siedmioletni chłopiec skończył podstawowe klasy szkoły publicznej, przy czym zaliczenie wszystkich ośmiu klas zabrało mu tylko pięć miesięcy. Gdy Billy miał osiem lat, zaliczył w ciągu sześciu tygodni wstępny kurs na wyższą uczelnię i wymyślił, jeszcze dziś używany, wieczny kalendarz. Jego zdolność pojmowania i zapamiętywania nieustannie się rozwijała, z łatwością też przyswajał abstrakcyjne pojęcia. W wieku jedenastu lat, zapraszany przez wykładowców Harwardu, dawał tam gościnne wykłady, brał udział w dyskusji na temat czwartego wymiaru, wskazywał też na błędne, jego zdaniem, elementy teorii względności Einsteina. Niestety, zmarł w 1944 roku, zanim można było określić pełnię możliwości sugestii zastosowanej przez ojca. Metoda, której została poddana jego siostra Helena, była mniej intensywna; dziewczynka nie zdała wstępnych egzaminów do college'u przed ukończeniem piętnastu lat.

Żadne z dzieci Sidisa - wedle ówczesnych testów na inteligencję - nie odznaczało się jakąś niezwykłą, wrodzoną zdolnością umysłu. Praca nad nimi dowiodła jednak, że kiedy niższe Ja otrzyma idee odpowiednio naładowane siłą życiową w warunkach, kiedy będzie mogło swobodnie je chłonąć, wówczas potrafi zapamiętywać lub też reagować w inny, wskazany sposób, jak gdyby było pod wpływem magii. My, którzy jesteśmy średnimi Ja i mieszkamy w ciałach fizycznych wraz z naszym niższym Ja, posiadamy wrodzoną zdolność logicznego rozumowania. Żeby jednak jej użyć, musimy korzystać z odpowiedniego materiału - ze wspomnień i wrażeń zapisanych w naszej pamięci, które możemy przywoływać i porównywać ze sobą. Dzięki przetwarzaniu dużego zasobu wrażeń otrzymanych drogą sugestii nasz proces myślenia rozwija się, a średnie Ja błyskawicznie poznaje zasady korzystania ze zgromadzonej wiedzy. Tak więc, aby skorygować i rozszerzyć niewielki, powszechnie znany zasób wiedzy o mesmeryzmie i sugestii, przedstawiliśmy w krótkim zarysie, jak są one prezentowane w systemie Huny. Teraz przyjrzyjmy się bliżej paru

szczegółom.

Przypuszczalnie niewiele osób będzie chciało nauczyć się stosowania sugestii mesmerycznej w skali profesjonalnej. Większość z nas chętnie natomiast skorzysta z autosugestii.

Głównym celem i wielką zaletą stosowania autosugestii jest zdobycie umiejętności sprawowania kontroli nad własnym niższym Ja i skłaniania go do współpracy ze średnim Ja we wszystkim, co, naszym zdaniem, powinniśmy wykonać. Wyniki takiego współdziałania mogą być wspaniałe i niezwykle cenne.

Przede wszystkim dzięki sugestii możemy przełamać nawyki, którym latami daremnie stawialiśmy opór. Ten bunt zawsze płynie z niższego Ja i dopiero wówczas, kiedy zmusi ono samo siebie do poprawy, pozbycie się złych przyzwyczajeń będzie szybkie i łatwe.

Niższe Ja potrafi wiele zdziałać, by polepszyć nasze zdrowie, uśmierzyć ból, rozwinąć umiejętność szybkiego uczenia się czy wprowadzić nas w wesoły nastrój, kiedy ogarnia nas smutek. Może nam dać głęboki i cichy sen, ucieczkę od zmartwień i spokój ducha. Kiedy niższe Ja otrzyma właściwą sugestię, odpowie na nią, sprawiając, że codzienne obowiązki będziemy wypełniać pogodnie i z przyjemnością, a nie ze znużeniem.

W porównaniu z walką, jaką zazwyczaj toczą ludzie pragnący rzucić palenie, z wewnętrznym konfliktem przeżywanym we dnie i w nocy i często zakończonym niepowodzeniem, autosugestia jest niby rozmowa telefoniczna, w której średnie Ja wydaje polecenia przed twoim wyjściem na potańcówkę lub do teatru - rozkazy te z pewnością będą wiernie i w pełni wykonane.

W tym miejscu nauka Huny wychodzi już poza standardowe podręczniki i przenosi się w sferę rzeczywistości, która daje o wiele większe możliwości osiągnięcia sukcesów.

To naprawdę fascynujące, że możemy współdziałać z naszym niższym Ja w nawiązywaniu kontaktu z Wyższym Ja, by zachęcić je do uczestnictwa w trójistnej egzystencji, właściwej człowiekowi. Dzięki temu w każdej sytuacji możemy liczyć na rozumnego przewodnika, wsparcie i nieograniczoną pomoc przekazywaną bezpośrednio lub w jakiś inny, pośredni sposób. Tu właśnie mogą zdarzyć się cuda. Czymś niezbędnym staje się więc poznanie tajemnych i nieuchwytnych zjawisk leżących u podstaw sugestii. Wróćmy zatem do doktora Mesmera i przyjrzyjmy się uważnie jego osiągnięciom. Nie jest istotne, że mylił się w swoich wczesnych przekonaniach, że wywodził magnetyzm zwierzęcy (naszą siłę witalną i manę Huny) z magnesów, które trzymał w rękach lub nosił w kieszeni. Nie miał racji. Dzisiaj wiemy już, że siła magnetyczna metalu nie jest tym samym, co magnetyzm tkwiący w ludzkim ciele ł zwany siłą życiową. Pomyłka Mesmera nie jest w tym względzie tak istotna. Ważna staje się natomiast odpowiedź na pytanie, czym jest to „coś", czym posługiwał się Mesmer, i jakie jest „tego" źródło.

Działanie Mesmera nie stanowi już dla nas dzisiaj żadnej tajemnicy. Otóż całym wysiłkiem umysłu i woli starał się wchłonąć siłę przyciągania właściwą magnesom. Wyobrażał sobie, że ta siła magnetyczna wypełnia go bardziej i bardziej, aż w końcu rzeczywiście dźwigał w sobie olbrzymi ładunek. Przebieg tego zjawiska był zaiste bardzo osobliwy. Mesmer był przekonany, że istnieje jakiś rodzaj energii zwierzęcej, i wierząc, że ładunek tej energii rośnie w nim coraz intensywniej, mimo woli skłaniał swoje niższe Ja do wytwarzania większych zasobów siły życiowej. Niższe Ja zdolne było wówczas pomnożyć zwykłe zapasy energii jego ciała w niewyobrażalnym stopniu.

W tym stanie za pomocą dotyku uzdrowiciel przekazywał siłę życiową swoim pacjentom, wywoływał w nich te wszystkie reakcje, które w późniejszych czasach uznano za objawy typowe dla hipnozy. Jednakże efekty działania siły mesmerycznej były o wiele silniejsze niż efekty stosowanej później hipnozy. Nieraz zdarzało się, iż pacjenci nagle słabli, padali w ataku paroksyzmu i leżeli w transie jak nieżywi. W chwilę po odzyskaniu przytomności byli całkowicie uleczeni ze swych chorób.

Nie możemy jednak pominąć milczeniem tego, czego Mesmer nie robił. Otóż nie stosował on sugestii w sposób świadomy, a przynajmniej tego rodzaju sugestii, któremu później nadano nazwę hipnozy. Jednakże fakt, iż osiągał swój cel, czyli przepływ siły magnetycznej z własnego ciała do ciała pacjenta i tym samym uzdrowienie go, świadczy o tym, iż Mesmer musiał posługiwać się w pewnym stopniu sugestią telepatyczną.

Uzdrowienia mesmeryczne były więc rezultatem zastosowania wielkiego ładunku siły życiowej połączonej z niewielką dawką sugestii. W późniejszym leczeniu hipnozą prawie wcale nie używano mocy mesmerycznej, jej miejsce zajęła podawana intensywnie sugestia. Okazało się jednak, że pierwsza metoda dawała o wiele lepsze wyniki niż druga. Działo się tak zapewne z następującej przyczyny. Otóż, jak już zostało powiedziane wcześniej, sugestia jest myślą wprowadzaną przez operatora do niższego Ja odbiorcy. Jeżeli myśl jest silnie naładowana energią życiową i wsparta nakazem woli, czyli średniego Ja, doskonale oddziałuje na niższe Ją odbierającego i skłania go do pożądanych reakcji. Jeśli zaś podawana myśl nie jest wystarczająco poparta siłą magnetyczną, wówczas wywołuje zaledwie słabiutki odzew.

Postać doktora Mesmera znalazła się w centrum uwagi środowisk medycznych. Nie można było zaprzeczyć, iż dokonał wielu uzdrowień, ale głoszona przez niego teoria magnetyzmu zwierzęcego stała się celem gwałtownych ataków. Jego przeciwnicy stanowczo twierdzili, że trzymanie magnesu w rękach nie daje nikomu siły mesmerycznej. W końcu i sam Mesmer przyznawał im rację w tym względzie, ale nadal upierał się, że siła, choć może nie pochodzi od metalu, jakim jest magnes, to podobna jest do siły zwierzęcej i można ją wytwarzać w ludzkim ciele.

Wrogowie i tak nie przyjęliby do wiadomości żadnej z jego poprawek. Byli już uprzedzeni do teorii Mesmera w całości.

Ale kilku przyjaciół Mesmera podjęło się kontynuacji eksperymentów z wykorzystaniem siły magnetycznej. Efekty, jakie otrzymywali, były bliskie uzdrowieniom. Dysponujemy ponadto notatkami z obserwacji eksperymentów Mesmera i jego następców, które dowodzą, iż potrafili oni, kładąc ręce na rozmaitych przedmiotach i osobach, przekazywać swój ładunek siły życiowej. W ten sposób Mesmer naładował nią kilka kadzi wypełnionych wodą. Umieszczono w nich po kilka żelaznych prętów, tak że jeden koniec wystawał z wody. Kiedy pacjenci podchodzili do kadzi ł chwytali za pręty, energia nagromadzona w wodzie przechodziła przez pręty do ich ciał. Reagowali tak samo, jak inni pacjenci pod wpływem dotyku słynnego uzdrowiciela. Baron Jules Du Potet, przyjaciel Mesmera, prowadził dalsze prace eksperymentalne nad zjawiskiem przekazywania siły magnetycznej. Stał się sławny dzięki pewnemu doświadczeniu z drzewami. Otóż pacjenci podchodzili do drzew nasyconych przez niego ładunkiem siły życiowej: obejmowali je lub przywiązywali się do pnia tak ścisłymi więzami, by nie upaść i nie stracić kontaktu z drzewem w razie chwilowej utraty przytomności spowodowanej tym, co dziś nazywamy „wstrząsem mesmerycznym". Uzdrowienia były bardzo liczne.

Drzewa nie przekazują ani niemej sugestii w sensie telepatycznym, ani też sugestii wypowiadanej słowami. Na ten fakt zwracali uwagę późniejsi krytycy mesmeryzmu jako systemu uzdrawiającego. Domagali się uznania zasady, że każde uzdrowienie musi mieć swoje źródło w zastosowaniu sugestii w sensie hipnotycznym. We współczesnych podręcznikach psychologii nie znajdziemy rozwiązania tego problemu. Odpowiedź daje tylko Huna. Tę odpowiedź należałoby wypisać wielkimi literami, tak by zwracała na siebie uwagę i nie została nigdy zapomniana.

Huna uczy nas, że duże ładunki siły życiowej, użyte w mesmeryzmie lub przy podawaniu sugestii, muszą być odpowiednio ukierunkowane, by były zdolne do działania w określony sposób; w przeciwnym razie szybko ulegną rozproszeniu i zanikną, nie osiągając celu.

Owo ukierunkowanie leży w gestii średniego Ja. którego „wola" jest narzędziem służącym do wskazywania i wymuszania kierunku. Rozkaz „woli" zostaje z łatwością zrozumiany i zazwyczaj przyjęty. Teraz następuje coś, czemu trudno dać wiarę mimo licznych dowodów.

„Wola" średniego Ja, będąca siłą życiową nasyconą w jakiś tajemniczy sposób czynnikiem świadomości, wykazuje szczególną właściwość i osobliwą, trwałą moc. Zdaje się łączyć z siłą życiową ciała uzdrawiacza i tworzyć z nią pewnego rodzaju mieszaninę. Przypomnijmy sobie kadzie z wodą naładowane przez Mesmera energią życiową albo drzewa przesycone podobnym ładunkiem siły przez barona Du Poteta. Przez dłuższy czas nadwyżka energii pozostawała tam, gdzie ją zgromadzono, dopiero zawarty w niej czynnik „woli" o właściwościach stymulujących skłaniał ową energię do wniknięcia w ciało pacjenta, w chwili gdy dotknął on wystających z kadzi prętów bądź naładowanego drzewa. Dzięki owej „woli" siła życiowa, będąc już w ciele uzdrawianego człowieka, pobudzała w nim łagodną ideę czy sugestię leczniczą, podaną przez lekarza, gdy gromadził on ładunek energii w przedmiocie służącym do celów leczniczych.

Znowu mamy więc do czynienia z niewielką, łagodną sugestią, która staje się bardzo silna i nieodparta dzięki otrzymanej dawce energii. Ale od czasów Mesmera aż po dzień dzisiejszy nikt nie zdołał zrozumieć oczywistej prawdy, że w kadziach z wodą i w naładowanych energią drzewach tkwiła pewnego rodzaju moc kierowana domieszką „woli" - przebywała tam, gdzie jej kazano, bez względu na wszelkie intencje i starania uzdrawiacza, który wygenerował jej początkowy ładunek.

Nie rozumiano, że idea - niematerialny byt, którego nie można ujrzeć nawet pod mikroskopem - jsst jednak materialną, realnie istniejącą rzeczą, zdolną do wchłonięcia wielkiej dawki siły życiowej i że z kolei siłę. życiowa potrafi przenieść na swojej fali dużą dawkę energii kierowanej „wolą", energii płynącej ze średniego Ją. I oto mamy do czynienia z trzema „niemożnościami", przynajmniej wedle współczesnej psychologii. Otóż idei wypełnionej sugestią

oraz ładunku siły życiowej kierowanej wolą nie można dotknąć, nie można zobaczyć ani też nie można zidentyfikować. Wszystko wskazuje więc na to, że nie powinny one istnieć. A jednak istnieją, ł to na pewno. Możemy bowiem obserwować ich działanie i konkretne rezultaty, jakie wywołują, kiedy stosuje się je jako podstawowe czynniki i tworzywo sugestii.

Całkiem możliwe, iż nie rozumiano nowych tajemniczych zjawisk, ale tylko przypuszczano ich istnienie, upłynęło bowiem dużo czasu, zanim na nowo odkryto starożytną naukę Huny.

Przechodząc do dalszych rozważań, warto wspomnieć o polinezyjskich kapłanach, którzy byli ekspertami w dziedzinie stosowania wstrząsowych ładunków siły mesmerycznej. Kapłani ci (jak również niektórzy znachorzy z indiańskich plemion Ameryki Północnej) nie tylko znali sposób korzystania z siły życiowej, tak by dotknięciem palca pozbawić silnego mężczyznę przytomności i powalić go bez czucia na ziemię, ale też posiedli niezwykłą umiejętność nasycania ładunkiem energii życiowej kijów, którymi później rzucano we wrogów podczas bitwy. Kapłani często stawali za plecami oszczepników i ponad ich głowami ciskali naładowanymi kijami, które trafiając swe ofiary, momentalnie powalały je na ziemię i eliminowały z walki. Przypuszcza się, iż owa praktyka nie była też obca bardzo starej i prymitywnej cywilizacji aborygenów australijskich. Zamiast kijów używali oni bumerangów, które znakomicie nadawały się do przenoszenia wstrząsowych ładunków siły mesmerycznej i w dodatku po uderzeniu przeciwnika wracały do właścicieli.

Wielu ludzi odrzuca możliwość istnienia sugestii i kwestionuje pogląd stwierdzający, że są takie zjawiska jak prawdziwy mesmeryzm czy hipnoza. Zwolennicy tej szkoły myślenia od lat głoszą: „To tylko i wyłącznie urojenie, wytwór czyjejś wyobraźni".

Seria prób przeprowadzona niedawno przez Duke University wielce przyczyniła się do tego, by owemu negatywnemu stanowisku wobec mesmeryzmu odebrać rację bytu. Przed-

miotem eksperymentu uczyniono szczury i myszy, które, jak się przypuszcza, pozbawione są właściwej ludziom wyobraźni, a zatem nie mogły udawać stanu hipnotycznego i naśladować hipnotycznych reakcji. Umieszczono je w klatkach tak, że w celu ucieczki musiałyby skorzystać z jednego z dwóch otworów. Eksperymentator ukrył się przed ich wzrokiem w odległości około czterech metrów, ale mógł obserwować gryzonie przez mały otwór w ekranie. Miał wybrać sobie jedno zwierzątko i skłonić je siłą woli do opuszczenia klatki przez wskazany otwór.

W magazynie „Fate" z maja 1957 roku eksperymentatorka Dorothy Les Tina opisała w krótkim artykule swoje doświadczenia z oswojonymi myszkami kupionymi w sklepie zoologicznym. Umieściła myszki w pudełku podzielonym przegródkami w ten sposób, że kiedy z pewnej odległości pociągała za żyłkę, za każdym razem tylko jedno zwierzątko mogło swobodnie przejść do większej części pudełka z dwoma wyciętymi otworami. W chwili gdy myszka przechodziła do drugiego pomieszczenia, pani Les Tina koncentrowała na niej wzrok i siłą woli starała się zmusić ją do wyjścia przez wskazany otwór. Przy pierwszej serii prób badaczka otrzymała wyniki, które można było przypisać przypadkowi. Później liczba trafień zaczęła rosnąć i po pewnym czasie wynosiła 10, 12, 14, a nawet 15 trafień na 15 prób.

Eksperyment ten, przeprowadzony w asyście doktora Gardnera Murphy'ego, zaklasyfikowano jako test wykazujący „wyższość myśli nad materią", czyli istnienie siły umysłu zdolnej poruszać materię - a więc jako zjawisko „psychokinezy". Badania dowiodły już wcześniej, że niektórzy ludzie potrafią wpływać na ruch kości do gry, i to, jak sądzono, tylko siłą umysłu. Przypuszczano, że w wyżej opisanym przypadku wpływ ten ujawnił się w zachowaniu istot żywych. Autorka owego artykułu przyznała, że na kilka pytań nie znalazła odpowiedzi. Najwidoczniej nie mogła ustalić, czy udało się jej wytworzyć jakąś formę więzi z myszkami i wpływać na nie dzięki telepatycznie przekazywanej sugestii, czy też może zdołała w jakiś sposób bezpośrednio

pobudzić mięśnie zwierzątek i sterować ich ruchem ku wybranemu otworowi w pudełku. W każdym razie możemy być zupełnie pewni, że myszki nie były świadome prób mających na celu sprawdzenie ich wrażliwości na telepatię i że nie użyły wyobraźni, by sprawić przyjemność operatorowi i udawać reakcje związane z podaną sugestią.

Możemy śmiało stwierdzić, że sugestia mesmeryczno-hipnotyczna istnieje w sposób oczywisty i niezaprzeczalny. Nie jest urojeniem ani fantazją. I wywołuje przewidziane efekty.

Skoro powzięliśmy owo przekonanie, możemy przejść do dalszych rozważań i, opierając się w głównej mierze na informacjach dostarczonych nam przez Hunę, podać zwięzłą definicję sugestii - definicję, której brak odczuwaliśmy przez kilka ostatnich dziesięcioleci.

Sugestię mesmeryczną czy hipnotyczną stanowi idea wyposażona w nadwyżkę energii zdolną do wywoływania pożądanych reakcji u odbiorcy. Nadwyżce tej towarzyszy nakaz kierowany „wolą", czyli siła witalna nieco zmieniona i pobudzona do działania przez średnie Ja człowieka. Tak ukształtowaną ideę sugestii wprowadza się do ośrodka świadomości niższego Ja odbiorcy, by dała początek zamierzonym reakcjom.

 

Rozdział 2

 

W rozważaniach nad siłą życiową, stosowaną we wszelkich formach mesmeryzmu i sugestii, trzeba się też zastanowić - czym są MYŚLI.

W środowisku współczesnych psychologów krąży przekonanie, że myśli są czynnościami o podłożu chemicznym, związanymi w jakiś sposób z ładunkami elektrycznymi. Mózg można pobudzić do działania za pomocą lekko naelektryzowanej sondy i przez to skłonić pacjenta do wywołania wspomnień minionych scen z życia, dawnych dźwięków i rozmaitych wrażeń. Owe wspomnienia przybierają formę podobną rzeczywistości marzeń sennych. Ładunek elektryczny, który ma udział w procesie myślenia, można już zmierzyć za pomocą encefalografu, bardzo czułego aparatu rejestrującego na wykresie prądy czynnościowe mózgu podczas myślenia, a nawet we śnie. Do tej pory jednak nie udało się stwierdzić, czym właściwie jest myśl. Wiadomo tylko, że jej źródłem jest pewnego rodzaju zapis, ślad na tkance kory mózgowej.

Według Huny niewidoczne ł nieuchwytne byty są tak samo materialne, jak rzeczy, które ukazują swoje właściwości pięciu naszym zmysłom. Każdy rodzaj substancji, postrzeganej zmysłami czy też nie, nosi nazwę mecu słowo to w języku angielskim nie ma odpowiednika.

A zatem w pojęciu starożytnych kahunów MYŚLI SA RZECZAMI. Podróżując po świecie, kahuni pozostawiali ślad owej koncepcji i swoich wierzeń wśród ludów, z którymi stykali się w wędrówce.

W Azji, szczególnie na terenie dzisiejszych Indii, jeszcze teraz można znaleźć ślady ich dawnej bytności. Kahunl uczyli, że skłonienie Wyższego Ja do ścisłej współpracy i stworzenia harmonijnej jedności z niższym i średnim Ja jest prawdziwym celem każdego ludzkiego życia. W Indiach przekonanie to stało się zaczątkiem jogi - „wiedzy o zjednoczeniu".

Koncepcję trzech Ja człowieka przejął od jogi hinduizm, a z upływem czasu została zniekształcona i wypaczona przez inne wierzenia. W dzisiejszych Indiach można jeszcze rozpoznać dawne nauki Huny, ale są one bardzo przeinaczone. W teozofli, w dużej mierze zbudowanej na zapożyczeniach z jogi i hinduizmu, często można znaleźć twierdzenie: „Myśli są rzeczami".

Znajdujemy tam również wzmianki o manie, czyli sile życiowej, kryjącej się pod nową nazwą prany, ale trzy Ja przybrały postać „siedmiu ciał", a różnica między ciałami widmowymi a jaźniami, które w nich przebywają, uległa do tego stopnia zatarciu, że nie sposób jej już rozpoznać.

Psychologię nazywa się „nauką o świadomości", a przecież jako nauka właśnie, ponosi ona sromotną klęskę, nie umiejąc powiedzieć nic sensownego o świadomości opanowanej przez duchy osób zmarłych, których istnienia dowodzi nowa dziedzina wiedzy, parapsychologia, powstała na gruncie wcześniejszych badań parapsychicznych.

Zmarli powracają i - co stanowi niezmiernie ważny moment w naszych rozważaniach - PRZYNOSZĄ ZE SOBĄ DAWNE WSPOMNIENIA.

Fakt ten pozbawia racji bytu wszystkie dotychczasowe teorie z dziedziny psychologii i fizjologii dotyczące natury myślenia i czynności umysłu. Nie umiejąc wyjaśnić tych zjawisk, po prostu pomijają je milczeniem, a to z kolei pociąga za sobą ignorowanie ludzkiej „woli", mimo iż objawia ona swoją obecność w zachowaniu duchów powracających na ziemię.

O ile współczesny psycholog-materialista byłby może skłonny zaakceptować „mniejsze zło" w postaci nauki Huny do idei naładowanej energią życiową i o sile „woli" płynącej

ze średniego Ja, to z pewnością odrzuciłby twierdzenia kahunów, którymi za chwilę się zajmiemy.

Kahuni nie tylko uważali, że myśli są rzeczami, ale sądzili też, że utworzone są z substancji istniejącej realnie, chociaż niewidzialnej i nie poznawalnej zmysłami. Substancję tę nazywali aica, czyli „widmowa". Tworzy ona niewidoczny „duplikat" otaczający i przenikający fizyczne ciało człowieka. Każde z trzech Ja ma, zdaniem kahunów, własne ciało widmowe, w którym przebywa za życia człowieka, a także po jego śmierci jako duch.

Widmowy duplikat, Jcino-ofca, jest odlewem, jakby matrycą ciała fizycznego, w którym może rozwijać się nasiono, czyli embrion, aż osiągnie swoje normalne dorosłe wymiary.

Nauka powoli zmierza w kierunku ponownego odkrycia widmowego ciała. Uznano już jego istnienie jako „pola" otaczającego nasiono i kierującego jego wzrostem i rozwojem. Jednak do tej pory żaden naukowiec nie zbliżył się w swych dociekaniach do koncepcji zawartej w Hunie, która stwierdza, że także myśl ma podobne pole - widmowe ciało utworzone z tej samej niewidzialnej materii, przechowywane jako pamięć w widmowym ciele całego człowieka, nie zaś tylko wjego mózgu. Możemy mieć pewność, że nawet jeśli naukowiec przyjmie istnienie widmowych ciał poszczególnych myśli, to prawdopodobnie odrzuci pogląd, że owe struktury są wystarczająco mocne, aby mogły przetrwać fizyczną śmierć człowieka i służyć mu jako wspomnienia, kiedy będzie już duchem.

Kahuni sądzili, że widmowe ciało niższego Ja stale uzupełnia zapas własnej substancji i zawsze można pobrać z niego potrzebną dawkę materii, by uformować maleńkie „ciało" otaczające każdą myśl, w chwili gdy powstaje ona przez akt świadomości i przy użyciu siły życiowej. Kiedy już mikroskopijna idea ukształtuje się w swym nowym, widmowym ciele, zostaje ona związana nicią widmowej materii z myślami, które nadeszły tuż przed nią, i z tymi, które napływają po niej. W ten sposób powstaje „grono" kształtów myślowych stanowiące zestaw powiązanych ze sobą pojęć.

Gdy grono pojęć dociera do niższego Ja na przechowanie, staje się pamięcią.

Cieniutkie niteczki z niewidocznej materii, wiążące ze sobą kształty myślowe, łączą także całe ciało widmowe człowieka z rzeczami, których już raz kiedyś dotknął. Specyficzną właściwością widmowej substancji jest KLEI-STOŚĆ I ROZCIĄGLIWOŚĆ, niemal nieograniczone.

Kiedy człowiek dotknie czyjejś ręki, wówczas materia widmowa obu tych osób może się ze sobą połączyć i skleić. Podobnie sklejają się dwa miękkie cukierki krówki ciągutki, a kiedy chcemy je rozłączyć, powstaje między nimi nitka lepkiej masy. W ten sam sposób między dwiema osobami, które kiedyś były ze sobą w fizycznym kontakcie, tworzy się trwała więź w postaci długiej niewidocznej nici z widmowej materii.

Wszystko, czego dotykamy, zostaje z nami połączone niteczką podobną do tej, którą pająk snuje między gałązkami, przyklejając do nich jej końce.

Bezpośredni kontakt, dzięki któremu powstają widmowe nici, może nastąpić nie tylko przez dotyk, ale też spojrzenie, usłyszenie lub powąchanie jakiejś osoby lub rzeczy. Te wiotkie, delikatne nitki nie mają jednak dla nas jako takie większego znaczenia i wartości, dopóki się nie naprężą i nie usztywnią dzięki pobudzającej Je do działania świadomości. Kontakt po sznurze czy nici widmowej staje się możliwy dopiero wówczas, gdy dwie osoby postanawiają przesyłać sobie nawzajem telepatyczne wieści, myśli i wrażenia i nawiązują dobrą „nić porozumienia". Kiedy się rozstaną, gotowe do współpracy, ich niższe Ja (które mają instynktowną wiedzę wykonywania pewnych czynności, tak jak ptaki posiadają wiedzę o budowie gniazd) zdążają ku sobie po łączących je niciach widmowych i odnajdują siebie nawzajem. Wzdłuż nici płynie też strumień siły życiowej, a wraz z nim przesyłane są drogą telepatii obrazy myśli i pojęć. Oryginalne myśli muszą pozostać w pamięci nadawcy, tak więc nie są transmitowane. Zostają zdublowane i jako duplikaty podążają do odbiorcy.

Kiedy wiadomość telepatyczna dociera do celu, niższe Ja odbiorcy przenosi nikłe kształty myślowe da ośrodka świadomości, by średnie Ja mogło je sobie uzmysłowić. Po odpowiedniej racjonalizacji zostają przeniesione do magazynu pamięci.

Od czasów Mesmera używano francuskiego słowa rapport na określenie niewidzialnej, aczkolwiek bez wątpienia istniejącej, więzi ustanowionej między mesmerykiem a (1) przedmiotami naładowanymi przez niego siłą życiową i towarzyszącą jej .wolą"; (2) odbiorcą, na którego przelewał on swoją moc, by wywołać reakcję - wyleczenie pacjenta z choroby.

Ów raport, jak dowiadujemy się z Huny, jest możliwy dzięki łączącym niciom widmowej substancji. Wielokrotnie obserwowano przesyłanie sugestii telepatycznej na znaczne odległości. Zjawisko to jednak wykracza poza ramy nauk o podłożu materialistycznym, tak więc cała sprawa raportów spotkała się z ich atakami zamiast uczciwą próbą jej zrozumienia i zbadania.

Siłę życiową możemy porównać ze strumieniem prądu elektrycznego, z tą różnicą, że niekoniecznie musi ona płynąć. Może wypełnić jakąś rzecz i pozostać statyczna. Ale gdy świadomość niższego bądź średniego Ja pobudzi ją do przepływu lub innego rodzaju ruchu, wówczas przenosi się całkiem swobodnie. O ile napięcie prądu elektrycznego spada w miarę przepływu po drucie wskutek wzrastającego oporu, to nici widmowe stanowią tak doskonały przewodnik, że napięcie siły życiowej może płynąć na duże odległości, a jej końcowe napięcie równe jest początkowemu. Zarówno widmowa substancja, jak i siła życiowa są ŻYWE i obie zdolne są do przyjęcia wskazówek i nakazów, jeśli wprowadzi się je w formie idei-sugestii przepojonej „wolą".

Substancja widmowa ma jeszcze jedną osobliwą właściwość. Umiejętnie pokierowana i napełniona siłą życiową może gęstnieć i usztywniać się. Może pozostawać niewidzialna albo też stać się widoczna. Duchy osób zmarłych, często odwiedzające ludzi w czasie seansów spirytystycznych, potrafią swobodnie manipulować widmowymi ciałami swych niższych Ja, które zostały przeniesione wraz z nimi na tamtą stronę życia w momencie fizycznej śmierci człowieka. Utwardzająca się struktura widmowej substancji nosi nazwę ektoplazmy. Można ją zobaczyć jako delikatny, ledwo widoczny zarys twarzy ł przedmiotów materializujących się na seansach. Te usztywnione struktury ektoplazmatyczne odgrywają też rolę odlewów, które dokładnie wypełnione substancją widmową pozwalają zmarłym, powracającym na jakiś czas do życia, ukazywać się oczom ludzkim.

Dzięki temu duchy mogą również wysuwać widzialne bądź niewidzialne ręce (lub po prostu „wędki") służące im do przesuwania przedmiotów materialnych. Kiedy owe „macki" są silnie naładowane siłą życiową (zazwyczaj pobraną od uczestników seansu spirytystycznego), duchy mogą użyć od razu całego jej ładunku i tym samym wyzwolić niesamowitą energię. Dzięki temu potrafią podnosić fortepiany, ciężkie meble, a nawet ludzi.

Powyższe uwagi każą nam powrócić do zagadnienia idei, a raczej zespołów powiązanych ze sobą pojęć, wytwarzanych przez średnie Ja i stanowiących zarodek sugestii, które później przekazywane są odbiorcom. Łatwiej nam teraz zrozumieć, w Jaki sposób niższe Ja przejmuje owe ukształtowane już myśli i otacza je niewidzialną materią pobraną z własnego „duplikatu". Kiedy idea znajduje się już w otaczającym ją „futerale", do jej ektoplazmatycznego odlewu napływa siła życiowa wraz z towarzyszącym jej ładunkiem „woli". To skłania niższe Ja odbiorcy do wykonywania poleceń, tak jak gdyby reagowało na stanowczy rozkaz.

Przy autosugestii ł przy sugestii hipnotycznej, podawanej przez operatora, działa ten sam mechanizm. W pierwszym przypadku średnie Ja przy wsparciu niższego Ja, które pomaga mu w sposób automatyczny, kształtuje treść sugestii i wprowadza ją do ukrytego ośrodka świadomości niższego Ja. Tam pozostanie ona „poza zasięgiem wzroku i umysłu" średniego Ja, ale całkowicie dostępna niższemu Ja, które zapoczątkuje reakcję.

Tu rodzi się pytanie, gdzie przebywa średnie Ja i tworzy idee sugestii oraz gdzie znajduje się niższe Ja i gdzie owe idee przechowuje. Według Huny oba Ja mają własne widmowe ciała, przy czym ciało widmowe średniego Ja jest bardziej subtelne i wiotkie. Podczas normalnego życia człowieka niewidzialne ciała obu Ja mieszają się ze sobą i wzajemnie się przenikają. Średnie Ja, nie mając do dyspozycji własnego ciała fizycznego, rodzi się w świecie ziemskim w ciele zamieszkanym przez niższe Ja. Jest tam gościem, a zarazem rozumnym przewodnikiem.

Nie należy zapominać, że idee powstają za sprawą średniego Ja w procesie rozumowania opartym na pamięci - na wspomnieniach dostarczonych przez niższe Ja. Gotowe idee wyposażone przez średnie Ja w ładunek siły życiowej i pobudzone do działania jako sugestie, prezentowane są niższemu Ja i przekazywane do zbadania, sklasyfikowania i przechowywania w magazynie pamięci. Zazwyczaj taki zespół idei, przekazany niższemu Ja, natychmiast zostaje poddany klasyfikacji i ulokowany w odpowiednim miejscu, tak by w razie potrzeby można go było szybko odnaleźć. Ale jeśli nadchodzące kształty myślowe noszą w sobie duży ładunek siły życiowej oraz odpowiednią dawkę siły „woli", nakazującej niższemu Ja reagować zgodnie z sugestią, wówczas niższe Ja zmuszone jest albo do reakcji, albo do odrzucenia „podarunku", zanim schowa go jako wspomnienie i przestanie zwracać nań uwagę.

Owszem, niższe Ja może odrzucić sugestię. Bywa tak, iż ma ono zespół własnych, nie zracjonalizowanych przekonań, wśród których znajdują się pojęcia sprzeczne z ideami podanymi nakazem sugestii. W związku z tym niższe Ja samo decyduje, że jego przekonania są słuszniejsze, ł odmawia reagowania na nowe idee. Czasem zdarza się, że jakiś duch zmarłej osoby powraca na ziemię i na stałe bądź na jakiś czas chyłkiem wślizguje się do czyjejś podświadomości, wnosząc ze sobą nowe, obce przekonania. Badanie takich przypadków, określanych powszechnie mianem „opętania" lub „rozdwojenia jaźni", wchodzi w zakres psychopatologii.

Jeśli niższe Ja nie jest świadome wpływu obcego ducha lub też żywi w sobie ukryte kompleksy, może odrzucić sugestię.

Czasem mamy do czynienia z tzw. „sugestią posthipnotyczną". Niższe Ja otrzymuje od hipnotyzera pewien zespól idei oraz plan reakcji rozłożonych w czasie. Nie ma ono zdolności logicznego rozumowania, ale ma poczucie czasu i odległości. Gdy dostanie sugestię, iż ma wykonać Jakąś czynność w określonym terminie w przyszłości, będzie świadome upływu czasu i zareaguje według planu.

Huna nie daje jasnej odpowiedzi na pytanie, czy niższe Ja potrafi przywoływać wydarzenia bądź słowa wypowiedziane w jego obecności przy fizycznych narodzinach człowieka. Teoria dianetyki L. Rona Hubbarda głosi, że wydarzenia lub słowa, które są nieświadomie przechowywane od dnia narodzin w naszej pamięci, wywierają na nas silny, nieprzeparty wpływ w dalszym życiu. Tym uwierającym nas utrwalonym śladom przeżycia psychicznego nadano nazwę „engramów". Zwolennicy teorii dianetyki spędzają długie godziny, próbując przywołać z pamięci takie odległe wspomnienia, by je złagodzić i unieszkodliwić.

Nie zadowoliwszy się odkryciem zniewalających, bolesnych wspomnień z okresu narodzin, dianetycy częstokroć usilnie nakłaniają pacjentów do powrotu po ścieżce pamięci aż do momentu poczęcia, a nawet do wspomnień... z poprzednich wcieleń.

Chociaż Huna głosi, że człowiek zazwyczaj przebywa w kilku kolejnych wcieleniach {aczkolwiek zupełnie inaczej pojmowanych niż w tradycyjnej teorii reinkarnacji), to jednak nie 'daje nam zbyt wielu wskazówek na temat wspomnień o tak odległych doświadczeniach i możliwości ich przywołania. Nie udziela żadnych informacji, które pozwalałyby sądzić, iż kształty myślowe utworzone z widmowej substancji przenoszone są z przeszłego wcielenia do ciała, które akurat się rodzi.

Teozofowie, opierając się w swych przekonaniach na wnioskach twórców tego kierunku ł niektórych późniejszych jego przywódców, przyjmują wiele twierdzeń zaczerpniętych z wierzeń ludów Indii, szczególnie z Wedy, jogi i braminizmu. Jedno z tych zapożyczonych twierdzeń głosi, że można przywołać pamięć o przeszłych wcieleniach. Chcąc wyjaśnić, jak to jest możliwe, zwolennicy tego poglądu odwołują się do teorii, że wszystkie wydarzenia i wszystkie myśli odciskają się, zapisują na czymś, co można by nazwać widmowym ciałem ziemi - na akaszy. Aby przywołać wydarzenia z dawnych wcieleń, trzeba nauczyć się odczytywać wspomnienia, które przetrwały w „zapiskach na akaszy". Sukcesy w tym względzie - sądząc na podstawie relacji gromadzonych w ciągu wielu lat - nie są imponujące. Zbyt dużo osób pamiętało swe poprzednie żywoty we wcieleniu Napoleona czy Kleopatry i, z przykrością trzeba stwierdzić, wspomnienia te nie miały ani sensu, ani żadnego związku z rzeczywistością.

W latach 1956-1957 powszechnie znana była sprawa niejakiej Bridey Murphy. Doktor Morey Bemstein zahipnotyzował pewną gospodynię domową i poddał ją regresji pamięciowej do przeszłych żywotów. Opisała szczegółowo swoje poprzednie życie w Irlandii jako Bridey Murphy. Wszystko, co opowiedziała, będąc w transie hipnotycznym i w stanie regresji, posłużyło Moreyowi za materiał do napisania książki. Jeszcze przed jej wydaniem doktor udał się na życzenie wydawcy do Irlandii, by sprawdzić, czy da się tam znaleźć materiał dowodowy potwierdzający całą sprawę.

Badacz napisał obszerną relację z podróży, opatrując ją szeregiem wniosków i komentarzy. Wszystkie wskazywały na to, iż okoliczności i wydarzenia, opisane w transie hipnotycznym, bez wątpienia miały miejsce w rzeczywistości. W codziennej prasie rozgorzała dyskusja. Przeprowadzano liczne wywiady z autorytetami Kościoła; niektórzy jego przedstawiciele ostro atakowali wiarę w reinkarnację i podważali wartość eksperymentu z Bridey Murphy.

Później ten słowny pojedynek przeniósł się na łamy poważniejszych czasopism i renomowanych magazynów. Niektórzy autorzy starali się dowieść, że wprowadzona w trans gospodyni przypomniała sobie tylko fakty z dawnego życia w Irlandii, o jakich usłyszała od swojej znajomej, która rzeczywiście nazywała się Bridey Murphy. Rozważania owe kończyli wnioskiem, że cała ta historia to zwykłe oszustwo. Pojawiły się też głosy obalające te zarzuty, po czym zapadło milczenie. Od uznanych autorytetów nie doczekano się w tej sprawie żadnej decyzji, która przyznawałaby ostateczną rację jednej ze stron sporu.

Zainteresowanie zjawiskiem hipnozy i możliwością regre-sji stało się powszechne. Wielu hipnotyzerów, zarówno amatorów, jak i ludzi stosujących tę metodę w pracy zawodowej, próbowało swych sił w tej dziedzinie i wprowadzało rozmaite zmiany w swej pracy eksperymentalnej; u niektórych osób poddanych eksperymentom obserwowano odchylenia od typowych wzorców reakcji. W Boulder, w stanie Colora-do, hipnotyzer amator, Robert W. Huffman, i współpracująca z nim w charakterze medium Irenę Specht doszli do bardzo interesujących wyników. Do nagranych na taśmę wypowiedzi medium, będącego w transie, dodali własne komentarze i w ten sposób powstał materiał do ich wspólnej książki zatytułowanej Many Wonderful Things. Opowiadała ona o tym, jak pani Specht przeniosła się pod wpływem hipnozy do czasu pomiędzy dwiema dawnymi inkarnacja-mi, kiedy to jej duch przebywał w „miejscu odpoczynku". Treść sugestii, które wprawiały ją w trans i przenosiły na tamto miejsce, obfitowała w słowo „miłość". Nadal jednak pozostaje sporną kwestią, czy wątek „miłości" miał jakiekolwiek znaczenie dla niższego Ja, czy też żadnego. W każdym razie pani Specht, będąc w stanie hipnozy, opisała okoliczności, w których przebywał jej duch odpoczywający między jednym żywotem a drugim, kiedy to było mu dane pojąć wielkie prawdy ukryte przed umysłem istot żyjących. Podczas transów duch nazywał sam siebie „Jam jest Ja" i głosił doktrynę miłości jako tej, która pomogła kobiecie znaleźć rozwiązanie wielu jej problemów. Pani Specht przytaczała też fragmenty z Biblii i nadawała im nowe znaczenia. Jeszcze raz pojawiły się wśród badaczy sprzeczne opinie, znowu odezwali się przeciwnicy. Ale z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu prasa codzienna nie zaszczyciła owych eksperymentów uwagą.

Człowiek lęka się rzeczy, których nie rozumie, i wypowiada im walkę. Tak było zawsze i wszędzie. Nie znając natury sugestii i praw nią rządzących, na ogół traktowano ją z podejrzliwością. Niektóre organizacje o charakterze religijnym potępiały hipnozę, a teozofowie przez wiele lat ostrzegali przed jej stosowaniem, chociaż czołowi przywódcy tego ruchu byli zwolennikami mesmeryzmu jako metody leczniczej i z dumą opowiadali o tym, jak za pomocą tej dobroczynnej mocy ich pułkownik Olcott wyleczył pięćdziesiąt przypadków paraliżu w Cejlonie. Nawet bystrej i wnikliwej inicjatorce kierunku teozoficznego, Helenie Blavatsky, nie udało się dostrzec faktu, że mesmeryzm i hipnoza różnią się tylko proporcją, w jakiej zmieszane są ze sobą sugestia, siła życiowa i siła „woli".

Późniejsi teozofowie zazwyczaj woleli nie ryzykować. Akceptując wiedzę zaczerpniętą raczej ze słowników niż od autorytetów i założycieli ruchu, zdecydowali się traktować mesmeryzm i hipnozę jednakowo.

Głównym argumentem przemawiającym na niekorzyść hipnozy była, i nadal jest, okoliczność, że gdy Jakiś człowiek zostaje „zdominowany" cudzą wolą, dominacja ta staje się potężną siłą, a ponadto, co gorsza, więzi ustanowionej między operatorem a odbiorcą nie można zerwać. Sądzi się, iż zdominowana osoba związana jest z nadawcą przez całe swoje życie i prawdopodobnie przez wszystkie kolejne wcielenia. Z wielką obawą mówi się o możliwościach - bez względu na olbrzymią odległość w czasie i przestrzeni - opanowania drugiej osoby w złych celach. Często podaje się za przykład osoby praktykujące jogę, które nadużywały mocy hipnotycznej do podłych czynów.

Mało jest materiałów dowodzących istnienia owej niewolniczej zależności odbiorcy od operatora, ale brak zrozumienia prawdziwych mechanizmów podawania sugestii hipnotycznej stanowi doskonały grunt dla strachu i podejrzliwości.

Wraz z notowanym w ostatnich latach wzrostem liczby hipnotyzerów-amatorów, zewsząd podnoszą się krzyki oburzenia, głosy bijące na alarm. Zgodność opinii zdaje się wyrażać w słowach: „Nie można pozwolić im na to, by manipulowali ludzkim umysłem!". W odpowiedzi, prawodawstwo stanowe zmierza w kierunku podjęcia uchwał zabraniających stosowania hipnozy tym wszystkim, którzy nie posiadają wysokich kwalifikacji medycznych, nie wyłączając stomatologii.

Na szczęście, żadne prawa nie naruszają osobistej wolności i nie zakazują nam stosowania sugestii wobec nas samych.

Autosugestią można posługiwać się zupełnie bezpiecznie, nawet gdyby te wszystkie opinie - głoszone przez takich teozofów, jak William Q. Judge i doktor G. de Purucker -o straszliwych groźbach tkwiących w hipnozie były do pewnego, niewielkiego stopnia uzasadnione.

Doktor de Purucker, cytowany w ostatniej zbiorowej pracy teozoficznej, zatytułowanej Hypnotłsm-Mesmerism and Reincarnation, powiada: „Autosugestia, która nie jest niczym innym jak sugestią stosowaną wobec siebie samego, ma wyłącznie zalety i powinniśmy ją stale praktykować, jeśli daje nam poczucie duchowej, moralnej i intelektualnej mocy, możliwość samodoskonalenia się oraz panowania nad własnym ciałem i umysłem, jeśli daje nam obrazy piękna, chwały, świętości, czystości, miłosierdzia, uprzejmości; jednym słowem - wszystkich wzniosłych i szlachetnych cnót. W tym sensie jest ona czymś pożytecznym, gdyż za jej pomocą uczymy samych siebie...". Zwróćmy uwagę, że nie ma tutaj mowy o zastosowaniu sugestii w celu samo-uzdrawiania. Niektórzy autorzy, prezentowani w tej książce, skłaniali się ku przekonaniu, że uzdrowienie może zapobiec cierpieniu i, co za tym idzie, egzekwowaniu zapłaty za złą karmę, ale gdyby się trzymać dalej tego archaicznego wierzenia, doprowadziłoby to do absurdalnego wniosku, że wszyscy zapobiegliwi i dbający o swe zbawienie teozofowie powinni niezwłocznie przystąpić do zadawania sobie tortur.

Podsumowując, możemy postawić wniosek, że sugestia wychodząca od operatora o dużym poczuciu moralności i zawierająca tylko dobre i pożyteczne idee nie może nikogo krzywdzić. Jeśli przypadkiem raport, jaki powstał między operatorem a odbiorcą, pozostaje nierozerwalny podczas wielu inkarnacji, to wówczas trzeba też wysunąć argument, że przecież każdy z nas wytwarza tysiące niteczek z widmowej materii, które łączą nas wzajemnie na zasadzie pewnego rodzaju raportu. Jeśli tak jest, a jest tak niewątpliwie, nie popełnimy dużego błędu, ofiarowując jedną taką dodatkową niteczkę dobremu hipnotyzerowi-terapeucie.

Przy autosugestii zaś nie może być mowy o niebezpieczeństwie dominacji innej niż nasza własna.

 

Rozdział 3

 

O mesmeryzmie można powiedzieć, że zaczął się od węża, a hipnoza - od doktora Braida, który ukuł dla niej nazwę. Samosugestia - zwana również autosugestią i samouwa-runkowaniem - ma swoje źródło we Francji, a narodziła się mniej więcej w okresie I wojny światowej. Już wiele lat wcześniej badano mechanizm jej działania, ale pierwsza prawdziwa próba opisania całego procesu i rezultatów otrzymanych dzięki zastosowaniu tej nowej metody datuje się na ten właśnie okres.

Doktor Freud z Wiednia częściowo zidentyfikował niższe Ja Huny i nazwał je id. Odkrył także zjawisko „kompleksu". Wtedy nastąpił prawdziwy rozwój wiedzy o hipnozie. Doktor Frederick Pierce, psycholog, profesor jednego z czołowych uniwersytetów w Nowej Anglii, spędzał akurat wakacje w Szwajcarii. Podczas gry w kręgle zauważył, że kiedy odwróci uwagę od ręki, w której trzyma kulę, i kieruje ją na jakiś inny obiekt, ręka traci jakby swą siłę i rozluźnia się. Moc i naprężenie mięśni powracają znowu wraz z koncentracją uwagi na grze. To odkrycie dało mu wiele do myślenia. Przedzierał się przez pisma francuskiego badacza pełne niejasnych fragmentów i niedopowiedzeń; wreszcie doszedł do wniosku, że trudno jest dotrzeć za pomocą sugestii do głęboko ukrytej, wewnętrznej jaźni ludzkiej. Przypuszczał, że byłoby to o wiele łatwiejsze, gdyby odbiorca znajdował się w stanie odprężenia i fizycznej relaksacji (zastępującej „sen", w który zapada zahipnotyzowany pacjent).

Następnie Pierce przeprowadził serię eksperymentów, które zakończyły się opracowaniem szczególnej metody relaksacji. Nazwał ją decubitus, czyli „pozycja chorego", i po powrocie na uczelnię polecał swoim studentom, by stosowali ją jako integralną część autosugestii. Stwierdził, że dziewięćdziesiąt procent studentów nauczyło się jej z łatwością i bardzo ją sobie cenili. Niebawem napisał na ten temat pracę.

Praca nosiła tytuł Mobilizing the Midbrain i wyraźnie potwierdzała, że profesor zgadza się z ówczesną teorią głoszącą, że cała świadomość ludzka mieści się w komórkach kory mózgowej. Po opublikowaniu książka wywołała wielkie zainteresowanie w środowisku psychologów, ale niebawem nakład się wyczerpał i powoli o niej zapomniano w wirze walki, która rozgorzała pomiędzy zwolennikami rozmaitych szkół myśli psychologicznej. Behawioryści toczyli batalię przeciwko freudystom. W świetle reflektorów pojawił się na krótko doktor Emile Coue, który jednak szybko usunął się w cień wraz ze swoją koncepcją autosugestii i jej formułą: „Dzień po dniu i z każdą chwilą staję się coraz lepszy". No cóż, wielu próbowało powtarzać tę formułę z nadzieją na uzyskanie rezultatów podobnych do tych, które osiągał Emile Coue. Niestety, nikt ich nie nauczył, jak kształtować treść sugestii, by miała ona moc sprawczą, i jak należy się relaksować, by mogła ona dotrzeć do celu. Psychologia utknęła na mieliźnie i pozostawała tam jakiś czas.

Tymczasem doktor J.B. Rhine z Duke University toczył samotną walkę z materialistycznym podejściem do zjawisk psychologii. Oparłszy swe działanie na matematycznej teorii prawdopodobieństwa, zaprosił kilku studentów do prac eksperymentalnych nad postrzeganiem pozazmysłowym. „Pozazmysłowa percepcja" stała się terminem znanym w wielu kręgach, a książki Rhine'a, choć nie wyczerpywały tematu, który został o wiele dokładniej opracowany już w rocznikach „Badań Parapsychicznych", miały duży wpływ na praktyczne zastosowanie powszechnie akceptowanej metody badawczej. Rhine przekonał wielu inteligentnych i bezstronnych ludzi, że istnieje coś takiego jak telepatia i jasnowidzenie i że zjawisk tych można dowieść. Jego pokazów „przewagi myśli nad materią", czyli psychokinezy, nie sposób było ignorować. Stopniowo materialiści nauczyli się traktować go poważnie. Pisał przecież książki i cieszył się popularnością. Duke University stał się symbolem otwartego i dociekliwego umysłu.

Do uczelni tej przyjechał doktor Hornell Hart. On to właśnie miał niebawem ożywić powszechne zainteresowanie autosugestią po dwudziestoletnim z górą okresie letargu. Hart, o dziwo, nie był wykładowcą na wydziale psychologii. Kierował wydziałem socjologii i pewnie dlatego jego głównym celem, przynajmniej początkowo, była pomoc studentom w dostosowaniu się do socjalnej struktury uniwersytetu oraz życia toczącego się poza murami uczelni. Byli tam studenci obu płci, mężczyźni w większości byli żonaci, mieli rodziny na utrzymaniu, niektórzy właśnie skończyli służbę wojskową. Wielu osobom trudno było przystosować się do nowych warunków życiowych, w których się nagle znaleźli.

Studentów cechowała niezwykła zmienność nastrojów. Raz byli szczęśliwi i radośni, innym razem wpadali w gniew i mieli do wszystkich pretensje, to znów przeżywali smutek i stany lękowe. Często mieli chandrę bez specjalnych powodów.

Doktor Hart postanowił znaleźć lekarstwo na tę bolesną huśtawkę emocjonalną, polegające na samowarunkowaniu się. Poprosił studentów, aby mu w tym pomogli, przekazał im niezbędną wiedzę na ten temat i skłonił do przeprowadzania prób.

Studenci sporządzali wykresy przedstawiające ich zmienne nastroje. Emocje klasyfikowano od stanów najbardziej ponurych do radosnych, najprzyjemniejszych i najbardziej pożądanych. „Nastrojomierz", składający się z wykresu nastrojów i opisu metody notowania ich zmienności, studenci „prowadzili" zarówno podczas samowarunkowania, jak i wówczas, kiedy go nie stosowali.

Seria eksperymentów zakończyła się tak wielkim sukcesem, że nikt nie kwestionował prawdziwości rezultatów oraz olbrzymich korzyści płynących ze stosowania nowej metody. Jak się okazało, prawie wszyscy studenci mogli bez najmniejszych trudności nauczyć się samowarunkowania. Wobec tego każdy czytelnik książki Harta Autoconditioning pragnął stosować tę metodę i czerpać z niej korzyści. A były one ogromne, zważywszy, że wymagały tak krótkiego czasu i niewielkiego wysiłku.

Do lata 1957 roku doktora Harta zapraszano na liczne wykłady i spotkania dyskusyjne. Dotarł aż do Los Angeles, nauczając swej metody i wyjaśniając jej znaczenie. Zależało mu głównie na tym, by przekonać słuchaczy, że umiejętność samowarunkowania jest tak pożyteczna, iż każdy powinien ją poznać, zwłaszcza że można ją łatwo zdobyć i bezpiecznie stosować.

Teoria, którą głosił w swoich pismach, opiera się na przekonaniu, że istnieje (d, czyli podświadomość postulowana przez późnego Freuda i uznana przez wszystkich psychiatrów, liczących na zatrudnienie w szpitalach rządowych.

Średnie Ja Huny - powszechnie znane jako świadomość -doktor Hart nazywał „rzeczywistą jaźnią", podczas gdy niższe Ja, czyli podświadomość, określał mianem id, „wewnętrznego umysłu receptywnego" bądź „nieświadomości".

Samowarunkowaniem nazwał rodzaj posthipnotycznej sugestii, podczas której jednostka, będąca rzeczywistą jaźnią, wprowadza sugestię do wewnętrznej jaźni receptywnej. Tych dwóch jaźni nie traktował jednak odrębnie. Podstawowym znaczeniem słowa „hipnoza" jest „sprowadzanie snu". Hart podkreślał, że choć w procesie samowarunkowania funkcjonuje do pewnego stopnia ogólny mechanizm hipnozy, to sen wcale nie jest częścią tego procesu. Jeśli ktoś po prostu idzie spać, ostrzega Hart, nie otrzyma żadnych rezultatów.

W rzeczywistości Hart nie próbuje przedstawić teorii, która tłumaczyłaby zjawisko hipnozy. Prezentuje ją jako zbiór prawd, które mamy przyjąć bez żadnych zastrzeżeń; jako prawdy w pełni zbadane i udowodnione (przynajmniej w odniesieniu do zjawiska sugestii), nawet jeśli to, co się poza nimi kryje, ukryte gdzieś w głębi świadomości, pozostaje tajemnicą, zawikłaną zagadką czy też winno stanowić punkt wyjścia do dyskusji. l

Wraz ze wzrostem zainteresowania autosugestią i hipnozą z początkiem 1948 roku, zaczęto organizować liczne kursy korespondencyjne. Niektóre były tanie i bezwartościowe, choć na pozór wydawały się atrakcyjne. Kilka przygotowano bardziej starannie, opracowano nawet nowe słowniki terminów psychologicznych. Zazwyczaj podawano jedną z szeregu popularnych teorii, która rzekomo miała wyjaśniać zjawisko sugestii, i serwowano zestaw wspierających ją argumentów.

Tam, gdzie budzi się zainteresowanie jakąś specyficzną dziedziną, zawsze znajdą się tacy, którzy oferują nową koncepcję mającą wszystko wyjaśnić. I tak jak zainteresowanie hipnozą znalazło swe odbicie w książce Many Wonderfid Things, zawierającej tezy o możliwości regresji hipnotycznej do przeszłych wcieleń człowieka, tak w 1954 roku autosugestia stała się tematem pracy doktora Rolfa Alexandra.

Jego książka nosi tytuł Creatlue Realism. Autor wychodzi w niej daleko poza tematykę zwykłej sugestii, wkraczając niekiedy w sferę metafizyki.

Autosugestię uważa on za formę sugestii, którą możemy -całkiem na jawie, bez wprowadzania w trans hipnotyczny -podać naszej podświadomości. Natomiast autohłpnozę opisuje jako podawanie sugestii do podświadomości, gdy znajduje się ona w transie, obojętne - lekkim czy też bardzo głębokim. Twierdzi przy tym, że łatwiej i szybciej można nauczyć się autohipnozy, jeśli przedtem pozwolimy jakiemuś hipnotyzerowi wprowadzić nas w stan hipnotyczny ł podać posthipnotyczną sugestię; tak że potem wystarczy tylko wymówić hasło nakazu, by skłonić podświadomość do wejścia w trans potrzebny jej do uzyskania stanu gotowości na przyjęcie nowej sugestii.

Doktor Alexander nie poprzestaje jednak na tym - występuje z teorią, że wszyscy jesteśmy do pewnego stopnia zahipnotyzowani tym, co się nam wydarzyło w życiu lub czego byliśmy świadkami. Zdaje się winić tę formę hipnozy bez hipnozy za większość naszych osobistych kłopotów

i poleca nową metodę, którą nazywa „samorealizacją" i która ma nam służyć do odhipnotyzowania siebie. Namawia do stosowania tej metody jako wstępnego przygotowania do przyjęcia autosugestii, a także Jako antidotum przy zbytnio przedłużającym się transie występującym po zastosowaniu autohipnozy.

Wypada wspomnieć o jeszcze jednym teoretyku z tego okresu, kiedy to zagadnienie autosugestii ponownie zainteresowało ludzi nauki. Alfred Korzybski w książce Science and Sanity wyjaśnia szczegółowo, w jaki sposób przypisywanie słowom fałszywych znaczeń może doprowadzić do utraty równowagi psychicznej i emocjonalnej. Podaje wiele przykładów, kiedy niewłaściwe odczytanie prawdziwego znaczenia danego słowa wywołało zaburzenia emocjonalne. Rozumowanie, oparte na prawidłowym pojmowaniu zbioru znaczeń wyrazowych, w wielu wypadkach okazuje się błędne, a z kolei biedne rozumowanie może być przyczyną kłopotów zdrowotnych. No cóż, rozumowanie Korzybskiego było zapewne słuszne, a jego koncepcja wielce ożywiła sferę psychologicznych domysłów, niemniej jednak w niewielkim stopniu wzbogacił on naszą wiedzę o naturze i mechanizmie sugestii.

Jedną z książek, które ostatnio pojawiły się w interesującej nas tutaj dziedzinie, jest praca Cooke'a i Van Vogta Hypnotism Handbook - skrupulatny przegląd standardowych metod stosowania hipnozy w kręgach zawodowych. Autorzy omawiają szereg szkół myśli psychologicznej, po czym na koniec otwarcie przyznają, że jak dotąd właściwie nie wiadomo dokładnie, czym naprawdę jest hipnoza. Jednakże, dodają szybko, nasza wiedza o tym, jakie wywołuje ona skutki, i o praktycznym zastosowaniu tajemniczej siły umysłu jest wystarczająco duża, by z powodzeniem z niej korzystać.

Kwestionują przekonanie, że sugestia polega na „warunkowaniu" (kształtowaniu wzorców reakcji przez powtarzanie). Zwracają uwagę na fakt, iż zahipnotyzowana osoba, której dano polecenie, by zachowywała się zupełnie normalnie, lecz pozostawała w gotowości na przyjęcie sugestii, robi wrażenie kogoś, kto myśli, rozumuje, wykonuje swoje codzienne zajęcia, słowem, jest w takim stanie, jak zwykle, z tym wyjątkiem, iż natychmiast reaguje na rozkazy hipnotyzera. Do wytłumaczenia tego typu reakcji zaiste trudno byłoby nagiąć koncepcję „warunkowania".

Chociaż książka Hypnotism Hondbook przeznaczona jest dla profesjonalistów, może ją z powodzeniem czytać każdy, kto pragnie poznać powszechnie przyjęte teorie dotyczące sugestii i metody jej stosowania proponowane hipnotyzerom, którzy pragną nauczyć swych pacjentów, jak pobudzać w sobie sugestie otrzymane wcześniej od terapeutów.

Jak się zdaje, autorzy bez większego entuzjazmu odnoszą się do stosowania autosugestii przez kogoś, kto przedtem nie skonsultował się z terapeutą i nie dał mu możliwości zainkasowania należnego honorarium. Przyznają wprawdzie, że istnieją metody nauczenia się stosowania autohipnozy bez pomocy hipnotyzerów, ale ich przyswojenie „wymaga długich i żmudnych treningów". Jako przykład długotrwałej i ciężkiej drogi wiodącej do opanowania tej sztuki wymienia się tutaj praktyki jogi. Ostateczne wnioski autorów stoją w ostrej opozycji do twierdzeń doktorów Pierce'a i Harta, którzy przekonali się, że ich studenci z łatwością nauczyli się autosugestii w ciągu zaledwie kilku dni, a po miesiącu lub dwóch byli już ekspertami.

Podsumowując krótko zagadnienia dotyczące zjawiska autosugestii, można rzec, iż jest ona tak prostym narzędziem, że wszystkie sposoby jej stosowania - zalecane poza środowiskiem profesjonalistów - są skuteczne i praktyczne. Gdy stosuję autosugestię, wiem, co robię i dlaczego - to wystarczy. Prawie każdy człowiek może nauczyć się pisać swoje nazwisko, cierpliwie powtarzając tę czynność, ale gdy przedtem nauczy się rozpoznawać litery i pozna brzmienie głosek, którym te litery odpowiadają, składanie podpisu będzie miało dla niego o wiele większe znaczenie i wartość. Przygotowanie się do poznania Huny jest jak gotowość do opanowania alfabetu psychologii i nauczenia się odczytywania głosek. Każdą rzecz wykonamy lepiej, gdy poznamy sens wszystkich podejmowanych kolejno czynności.

 

Rozdział 4

 

Stosowanie autosugestii jest prostym procesem, który można podzielić na trzy zasadnicze etapy: Pierwszym krokiem będzie naturalnie podjęcie decyzji, co właściwie średnie Ja, czyli my, chce przekazać niższemu Ja - a więc do czego świadomość pragnie skłonić podświadomość. Po drugie, trzeba rozluźnić ciało, powstrzymać bieg myśli, i kiedy niższe Ja jest już w ten sposób przygotowane do przyjęcia sugestii, można przejść do trzeciego etapu - wprowadzenia treści sugestii, głośno lub w milczeniu.

Może się zdarzyć, że już pierwsza próba zostanie uwieńczona sukcesem i wystąpią pożądane reakcje, ale zazwyczaj potrzeba pewnego okresu praktyki, zanim otrzyma się pełną i szybką odpowiedź na zastosowaną autosugestię.

Teraz przejdziemy do szczegółowego omówienia każdego z tych etapów. Najlepiej zacząć od rzeczy najprostszych. Jeżeli ostatecznym celem naszego działania ma być przełamanie pewnych utrwalonych nawyków, na przykład palenia papierosów czy też przejadania się, wówczas lepiej poczekać z tym aż do czasu, gdy stopniowo nauczymy niższe Ja spełniać polecenia autosugestii w odniesieniu do mniej poważnych spraw, gdy przywyknie ono do właściwego reagowania, mającego na celu wprowadzanie drobnych zmian. Najpierw uczymy się zatem raczkowania, później chodzenia i na końcu biegania. Wszelkie próby odwrócenia tego procesu i rozpoczęcia nauki od końca będą tylko bezowocną stratą czasu.

Przyda nam się tutaj odrobina teorii. Wszyscy, którzy nauczyli się stosować sugestię w praktyce, zgodni są co do tego, iż to TY, jako średnie Ja, musisz wierzyć, że to, co sugerujesz swej podświadomości, jest możliwe do wykonania, słuszne i pożądane. To TV masz oczyścić swój umysł z wszelkich wątpliwości, w przeciwnym razie przekażesz je niższemu Ja i pozbawisz je przekonania, że to, o czym mu mówisz, rzeczywiście się wydarzy.

Początkowo średniemu Ja trudno jest uwierzyć, że niższe Ja szybko i bez wysiłku spełni przekazaną mu sugestię. Najważniejsze, by się nie spieszyć i cierpliwe czekać na odpowiedź, choćby nawet nikłą, idącą od naszej podświadomości. „Nic tak nie prowadzi do sukcesu, jak sam sukces" - to stare powiedzenie ma tutaj doskonałe zastosowanie. Nic bardziej nie rozwija ufności w średnim Ja, jak odkrycie, że niższe Ja rzeczywiście reaguje na jego sugestie.

Każdy z nas może wykonać prostą próbę z ziewaniem. Jak wiadomo, z jakichś powodów ziewanie przenosi się z trudną do pojęcia sugestywną mocą. Niższe Ja, jak się wydaje, nie potrafi się jej oprzeć. Niechaj tylko jedna osoba zacznie ziewać, wkrótce inni, przebywający w tym samym pomieszczeniu, poczują niekontrolowane pragnienie ziewania.

Przeprowadźmy taki test na sobie. Będzie to zastosowanie autosugestii w jej najprostszej formie. Spróbuj i przekonaj się, czy należysz do dziewięćdziesięciu procent ludzi, którzy za pierwszym razem potrafią skutecznie podać tę sugestię.

Znajdź sobie spokojny kąt, gdzie nikt ci nie będzie przeszkadzać, i wygodnie usiądź. Skoncentruj uwagę na swoich nogach, potem przenieś ją na ramiona, głowę i wszędzie tam, gdzie czujesz napięcie mięśni. Rozluźnij je. Zwłaszcza mięśnie twarzy, szczęk i dłoni mają skłonność do lekkiego napinania się, tak więc potraktuj je ze szczególną uwagą. Musisz też wyciszyć myśli, by wprowadzić spokój ł odprężenie do swego umysłu i wyeliminować panujące tam zwykle napięcie. To wszystko może zająć kilka minut. Pierwsza próba relaksacji jest bardzo istotna, gdyż niższe Ja otrzyma wzorzec ustalonych zachowań, według którego będzie później działało.

Kiedy już poczujesz rozluźnienie ciała i umysłu, powoli i bez przymusu zacznij kształtować mentalny obraz ziewania. Są różne sposoby wizualizacji ziewania. Nie ma dwóch osób, które zrobiłyby to tak samo, ale jest to bez większego znaczenia, jeśli do centrum świadomości wprowadzają one tę samą podstawową ideę ziewania.

Możesz wyobrazić sobie, jak sam ziewasz lub ziewa ktoś inny, możesz mówić o ziewaniu słowami - głośno lub w myślach, do siebie. Trzymaj się mocno idei ziewania, wyobrażaj je sobie i „smakuj". Być może niższe Ja odpowie ci niemal w tej samej chwili, gdy zaczniesz myśleć o ziewaniu, albo zareaguje nieco później, na pewno Jednak w niedługim czasie zaakceptuje ideę i obraz, który kształtujesz w umyśle, pragnąc, by niższe Ja przejęło go jako własny i dało nań odpowiedź. Kiedy przyjmie on ideę sugestii, natychmiast odpowie na nią ziewaniem. Może też wywołać całą serię ziewnięć, wówczas trzeba okazać zadowolenie, żeby swoim niechętnym zachowaniem nie ukształtować innego, niewłaściwego wzorca reakcji. Zawsze mów sobie (a niższe Ja będzie cię słyszało), że zasugerowana idea jest dobra i pożądana. Upewnij się, że znajdziesz czas, by cieszyć się tym wszystkim, co przyniesie ci niższe Ja w odpowiedzi na sugestię. Bądź więc rad z przypływu odwagi, o którą prosiłeś i która zastąpiła obawę przed niepowodzeniem w jakiejś konkretnej sprawie, ciesz się tym, że pod wpływem autosugestii niższe Ja uwolniło cię od dokuczliwego bólu bądź też przykrych zmartwień, które nie dawały ci zasnąć po nocach. Niższe Ja uwielbia pochwały. Chwal je więc natychmiast: „Cudownie! Świetna robota! Brawo!".

Niższe Ja to, według wierzeń Huny, odrębna „jaźń". Zwracaj się do niej jak do najbliższego przyjaciela, z którym mieszkasz w fizycznym ciele i który umie panować nad ciałem, twymi uczuciami i życiową energią, czego ty nie potrafisz. Mów do niej „ty" i dawaj jej po cichu polecenia, jeśli masz ochotę. Ajeśli nauczyłeś się z nią rozmawiać za pomocą wahadełka i dowiedziałeś się, jakim imieniem chciałaby być nazywana, zwracaj się do niej w ten właśnie sposób.

Oba Ja są tak blisko ze sobą związane w ludzkim ciele, że właściwie można mówić o sobie „My" w sytuacjach, gdy średnie Ja chce pomóc w spełnieniu podanych w sugestii warunków, na przykład w zdobyciu przyjaciół. Wówczas

można powiedzieć: „Od jutra będziemy tak postępować, by zyskać duże grono przyjaciół. Będziemy mili, uczynni i żywo będziemy interesować się sprawami ludzi, których poznamy. Będziemy NAPRAWDĘ zainteresowani tym, co robią, co czują i czego pragną. Postaramy się im pomagać i niebawem otoczą nas sami przyjaciele, którzy będą nas kochać i spieszyć nam z pomocą".

Jeśli naprawdę zdecydujemy się dążyć do osiągnięcia wyznaczonego celu, połowę pracy mamy za sobą. Pozostała część pracy polega na przekonaniu niższego Ja, iż jesteśmy silnie zdeterminowani w swej decyzji, i na wciągnięciu go do współpracy. Jeżeli przy podejmowaniu decyzji potraktujemy niższe Ja tylko jako biernego obserwatora, nie możemy liczyć na wielką pomoc z jego strony. W rezultacie może ono podstawić nam nogę, gdy zaczniemy stawiać pierwsze kroki. Chcąc, by nasza determinacja udzieliła się niższemu Ja, i tym samym skłonić je do odegrania istotnej roli przy kształtowaniu nowej rzeczywistości, trzeba znaleźć dla niego czas na relaks ł odprężenie, trzeba je przygotować do przyjęcia sugestii, po czym tę sugestię podać. Być może potrzebne będzie kilkakrotne powtarzanie treści sugestii, zanim dojdzie do pełnej z nim współpracy, ale w odpowiednim czasie niższe Ja z pewnością przyjmie na siebie swoją część obowiązków. Podświadomość może reagować w dwojaki sposób. Po pierwsze, działając pod nakazem sugestii, może zacząć od czynności, które już dobrze zna (sprawowanie kontroli nad funkcjonowaniem organizmu czy naśladowanie sposobów wykonywania pewnych zaobserwowanych działań), lub od czynności, które wie, jak wykonać, ale ich nie lubi. Ten pierwszy sposób jest właściwie „warunkowaniem", stwarzaniem nowych okoliczności. W drugim przypadku podświadomość czyni użytek z posiadanej już wiedzy o pewnych sytuacjach i po prostu powołuje je do istnienia. Tak samo dzieje się, gdy hipnotyzer nakazuje odbiorcy, by udawał psa. Hipnotyzowana osoba nie musi uczyć się odgrywania roli psa, wie wystarczająco dużo o tych zwierzętach, by umiała naśladować szczekanie, warczenie i skomlenie. Proces warunkowania natomiast przebiega od samego początku.

Jeśli tresując psa przez wielokrotne powtarzanie tych samych czynności, uczy się go jakiejś konkretnej sztuczki, aż wykona ją dokładnie l natychmiast po otrzymaniu rozkazu, to tym samym poddaje się go „warunkowaniu", czyli uczy się go nowego ciągu reakcji łańcuchowych, gdzie myśli i ruchy mięśni konsekwentnie za sobą podążają. Dokładnie w ten sam sposób możemy poddać treningowi nasze niższe Ja.

Uczenie się maszynopisania, pisania ręcznego, głośnego literowania czy sylabizowania wyrazów bądź też jazdy na nartach - wszystko to polega na warunkowaniu. Każde wystukane na maszynie czy napisane słowo jest w istocie wyuczoną sztuczką. Tak jak pies uczy się reagowania na polecenie: „siad!", podobnie i my uczymy się całego ciągu nakazów, które pobudzają nas do uwarunkowanych reakcji. Czasem siedząc przy maszynie, zastanawiamy się nad jakimś słowem lub frazą. Właśnie to myślenie jest wszystkim, czego potrzeba naszemu wyćwiczonemu i uwarunkowanemu niższemu Ja. To ono pisze na maszynie słowa i frazy, to ono literuje i dzieli na sylaby. My, średnie Ja, stoimy tylko z boku i decydujemy, jakie mu wydać polecenia. Współpraca między dwiema naszymi jaźniami jest czymś zaiste cudownym i godnym uwagi. Ale nie zapominajmy, iż kiedyś musieliśmy dzień po dniu uczyć niższe Ja reakcji na nasze myśli, musieliśmy je zapoznać z brzmieniem słów i ich graficznym zapisem. Przypomnijmy sobie pierwsze, z mozołem pisane słowa i pierwsze linijki wystukiwane na maszynie, zanim jeszcze niższe Ja nauczyło się tej sztuki, czyli zanim zostało w tym zakresie uwarunkowane.

Zabawne próby z ziewaniem można rozszerzyć i wzbogacić, przenosząc cały proces warunkowania w sferę odruchów warunkowych (jak się je często nazywa). Jedynym koniecznym warunkiem jest tylko nauczenie niższego Ja odpowiedzi na rozkaz: „Ziewaj". Kiedy już nauczy się tej reakcji, po wielokrotnym stosowaniu relaksacji i po serii ćwiczeń z podawaniem sugestii, wówczas wystarczy tylko rzucić komendę, a po chwili ogarnie nas przemożne pragnienie ziewania. Można także użyć polecenia w jakiejś innej formie, może to być dźwięk dzwonka albo jakieś dowolnie wybrane słowo - wszystko zależy od odpowiedniego wytrenowania.

Nie sposób dokładnie określić, gdzie kończy się uwarunkowana reakcja łańcuchowa, a zaczyna sugestia pobudzająca niższe Ja do działania. Wydaje się, ii. jedna zderza się z drugą. Dlatego też dobrze jest powtarzać sugestię wielokrotnie. Za każdym razem, gdy przywołamy sugestię podaną wczoraj i powtórzymy ją Jako nową, niższe Ja będzie | reagować na nią coraz szybciej. Każda przywołana sugestia jest „doładowywana" świeżą porcją „woli" i energii życiowej, po czym powraca do niższego Ja i jest na nowo pobudzana do dalszego działania.

Powtarzanie pełni jeszcze jedną ważną funkcję. Kiedy te same reakcje występują regularnie, wówczas uwarunkowane, czyli wyćwiczone niższe Ja stopniowo zaczyna przywykać do robienia pewnych rzeczy w określony sposób, wykonuje je coraz sprawniej, reagując coraz bardziej automatycznie.

Niższe Ja lubi działać w sposób ustalony i nie podlegający ciągłym zmianom. Dlatego też, gdy już nauczy się pewnych zachowań, posługuje się otrzymywanymi ideami według j stałego wzorca. Kiedy poda mu się jakiś inny, nowy wzorzec, trzeba systematycznie, dzień po dniu wywierać nań silny nacisk sugestią, aż porzuci dawne zwyczaje i zaakceptuje nowe.

Świadoma próba wymuszenia na niższym Ja, by porzuciło dawne reakcje na rzecz nowych, zupełnie odmiennych, prowadzi w wielu wypadkach do ofiarowania mu znojnych darów Winstona Churchilla: „krwi, potu i łez", szczególnie wtedy, gdy sugestia dotyczy porzucenia narkotyków, nałogowego picia lub palenia. Sugestia, która nowo ukształtowane idee zasila sporą porcją energii życiowej, czyni „wolę" średniego Ja stokroć skuteczniejszą, wyposażając ją w narzędzie, którym ta może się posługiwać. „Wolę" można porównać do człowieka, który próbuje wyciągnąć palcami gwóźdź z deski, a ładunek siły życiowej do obcęgów, którymi z łatwością można ten gwóźdź wyrwać.

 

Rozdział 5

 

Kształtowanie idei, tak by można ją było zastosować w procesie autosugestii, nie jest czynnością zbyt skomplikowaną, jeśli idea ta ma być prosta i znana. Żadnych trudności nie sprawia przywołanie wszystkich śladów pamięciowych dotyczących ziewania, które mogą być potrzebne do skonstruowania nowego obrazu mentalnego. Taką ideę wystarczy tylko wyposażyć w niewielką porcję siły życiowej i małą dawkę „woli", zanim wejdzie ona do ośrodka uwagi niższego Ja i zacznie działać jako sugestia.

Jednakże w przypadku bardziej złożonych idei, które mogą zawierać kilka etapów składających się na wykonanie pełnej czynności lub ukształtowanie nowego stanu w ciele osoby przyjmującej sugestię bądź też w jej otoczeniu, niższe Ja niewiele może pomóc. Umie co prawda podać wszystkie potrzebne średniemu Ja wspomnienia, ale nie woła rozradowane: „Hej! To jest coś, o czym doskonale wierni Chcesz sobie ziewnąć? Poczekaj chwileczkę. Zaraz ziewnę dla ciebie, i to jeszcze jaki".

Jeśli ktoś zamierza skonstruować zestaw kształtów myślowych mających zasugerować niższemu Ja coś nowego lub coś, co zmusi je do zmiany utartych zwyczajów, może ono spoglądać na to wszystko w milczeniu ł z obawą. Niekiedy może być nawet przerażone, targane wątpliwościami lub też zbuntowane i agresywne, z góry gotowe stawiać opór.

W tych warunkach należy zachować ostrożność. Średnie Ja zanim przystąpi do działania, powinno dokładnie rozważyć swą propozycję, rozpatrzyć ją pod każdym względem.

Jednym z łatwiejszych na to sposobów, przynoszącym doskonałe rezultaty przy niewielkim wysiłku, jest ustalenie nastroju na następny dzień. Wszyscy mamy skłonność do dłuższego obnoszenia się ze swoimi nastrojami. Jeśli zdarzy się coś, przez co popadamy w chandrę i pogrążamy się w mroku lęku i zniechęcenia, to na ogół trwamy w tym stanie jakiś czas. Tak samo się dzieje, gdy coś wprawi nas w zachwyt, wywoła podniecenie, radość i zapał; wznosimy się ponad przeciętny poziom nastroju l cieszymy z całego serca, po czym - w miarę jak dawne wzorce zachowań zaczynają ciążyć na niższym Ja - znów powracamy do zwykłego poziomu nastroju.

Mówiliśmy już o metodzie podnoszenia poziomu nastroju i utrzymywania się na nim, opracowanej przez doktora Harta. Podobne próby nad polepszeniem nastroju ludzkiego przeprowadzali dianetycy i scjentyści. Poziomy nastroju, zwane „tonami", przedstawiono na wykresie. Tony ponumerowano od niskiego do wysokiego i sporządzono listę wydarzeń wywołujących niskie tony oraz tych, które były przyczyną wysokich, po czym je zestawiono. Polecono, by wysokie tony przypisać odpowiednim czynnościom dnia powszedniego bądź w ogóle poglądom na życie. Celem tych sesji było tzw. powszednie życie uczestniczących w nich osób. W zakres owego zwyczajnego życia wchodziło między innymi poczucie odpowiedzialności: za udany związek małżeński, za utrzymanie rodziny, za ogólne dobro społeczne, jakim jest posiadanie dzieci i właściwe ich wychowanie. Wymieniano też inne, mniej trudne zadania stanowiące o normalnym życiu i nakłaniano uczestników sesji do jak najszybszego pozbycia się „engramów", by wzrost na skali nastrojów stał się możliwy.

Analizy emocji opierały się w gruncie rzeczy na podstawowym, najbardziej istotnym czynniku psychologicznym, którym trzeba się zająć w pierwszej kolejności, jeszcze przed przystąpieniem do modyfikowania poziomu nastroju. Otóż najważniejsze, by wyzwolić w człowieku CHĘĆ do zmian na lepsze. Może się to wydać dziwne, ale bardzo wiele ludzi do tego stopnia ulega kompleksom bądź wpływom opętujących je duchów, że wcale nie pragną być szczęśliwsi, nie chcą szczęścia, które przynosi radosny, pogodny nastrój. Dla nich oraz dla tych wszystkich, którzy cierpią na zaburzenia psychiczne, którzy żyją w ciągłym podnieceniu i nadmiernej egzaltacji, odrzucając przy tym wszelkie codzienne obowiązki - autosugestia nie jest żadnym rozwiązaniem. Oni potrzebują psychiatry. Dalsze pogrążanie się w takich stanach niesie poważne niebezpieczeństwo pobytu w szpitalu dla umysłowo chorych.

Autosugestia może przyczynić się do poprawy zdrowia i ożywić drzemiącą w nas energię, ale jeśli odkryjemy, że nie zależy nam na aktywnym życiu, skutecznym działaniu oraz fizycznej i umysłowej sprawności, jest to objaw równie niepokojący. To, co zwykliśmy nazywać „zaburzeniami psychosomatycznymi", ma swoje źródło w niewłaściwym nastawieniu umysłu do życia. Wiele chorych osób można zakwalifikować do kategorii ludzi „zadowolonych z choroby". Oni również potrzebują raczej fachowej psychoterapii niż nakłaniania do prób pozbycia się ciężkich kompleksów czy obsesji i do stosowania autosugestii.

Jednakże większość z nas cieszy się raczej dobrym zdrowiem psychicznym, nawet jeśli miewamy zmienne nastroje. Autosugestia jest przeznaczona właśnie dla nas, pod warunkiem, że umiemy przezwyciężyć opór niższego Ja przed zmianami w codziennym życiu, że potrafimy usiąść spokojnie i ocenić nasze życie, nas samych, nasze reakcje wobec otoczenia i nasz stosunek do pracy.

Wielu prawd nie można przedstawić na wykresie nastrojów, ale możemy odnaleźć je w sobie, jeśli tylko zapytamy: „Czy coś mnie niepokoi? Co to takiego? Czego nie lubię i dlaczego? Co jest dla mnie zbyt uciążliwe, męczące, nudne?".

Kiedy już poznamy odpowiedzi na te pytania, możemy z kolei zapytać: „Czego pragnę? Jak chciałbym zmienić samego siebie? W jaki sposób chciałbym, by traktowali mnie bliscy? Czy chcę być bardziej kochany, zrozumiany, chwalony czy może nagradzany?".

Wyniki tej analizy, szczególnie gdy notujemy je na kartce, okażą się nieoczekiwane. Wiele odpowiedzi będzie pochodziło od niższego Ja, jeśli na wstępie zachęcimy je, by wypowiedziało się w sprawie swoich preferencji. Dobrze jest usiąść z ołówkiem w ręku i czekać, aż niższe Ja poda swoje opinie. Jest to dla niego nowa czynność i będzie potrzebowało nieco czasu, by się jej nauczyć, ale wkrótce zacznie nam wyjawiać swoje poglądy, tak jak gdyby były dawnymi wspomnieniami napływającymi nagle do umysłu.

Owe stare wspomnienia częstokroć są przywołaniem rzeczy, które nam się kiedyś wydarzyły i które wówczas bardzo nas poruszyły i zmusiły do decyzji: czy podejmować jakieś działania, czy też nie. Niższe Ja będzie ci stopniowo przywodzić na myśl dawno zagubione i zapomniane ambicje, plany i pragnienia; w miarę jak będą napływać, trzeba je dokładnie badać i w każdym przypadku podejmować ostateczną decyzję, czy nadal ich pragniemy, czy też odegrały już swoją rolę i trzeba o nich zapomnieć na dobre. Minione obawy, dawny gniew, przeszłe żale i inne uczucia, którym w przeszłości towarzyszyły silne reakcje emocjonalne, wymagają szczególne; uwagi ł racjonalizacji. Chcąc je zrozumieć, pojąć, jakie mogą mieć dla nas dzisiaj znaczenie, musimy poddać dawne przeżycia procesowi racjonalizacji i „oczyścić" je, zanim znowu znikną w magazynie pamięci.

Całe mnóstwo drobnych irytacji, rozczarowań, niechęci, a zwłaszcza niepokoju, ma swoje źródło właśnie w takich dawnych sprawach. Jeśli nie poddamy ich teraz osądowi rozumu i nie rozważymy pod względem ich obecnego dla nas znaczenia, będą nas ciągle uwierać, niby drobne, głęboko tkwiące kompleksy. Znajdźmy więc czas, by posprzątać nasz dom umysłowy za pomocą swoistego katharsis i profilaktyki. Otrzymamy wówczas czystą tablicę, na której rozłożymy nasze plany i będziemy decydować, jaka poprawa nastrojów ucieszyłaby nas najbardziej i w jaki sposób mamy pracować nad jej osiągnięciem.

Towarzystwo Badań Huny przeprowadziło wśród swoich członków pewien prosty eksperyment, by stwierdzić, jak długo człowiek może koncentrować uwagę na wybranym obrazie mentalnym, zanim znużony pozwoli, by myśli znów potoczyły się zwykłym biegiem. Podjęto tę próbę z powodu dużej różnicy poglądów między autorami prac na temat koncentracji i medytacji.

Wśród najstarszych przekazów, jakie wzięto pod uwagę, znajdowały się pisma Patanjalego, którego Aforyzmy Jogi były najpopularniejszym tekstem studiowanym w kręgach joginów od około 140 roku przed Chr. Ten dawny psycholog, jak również legendarny mędrzec indyjski Kapila, który pisał o jodze jeszcze wcześniej (ok. V w. przed Chr.), mogli mieć kontakt ze starożytną Huną. Obaj pisali sanskrytem, językiem niezbyt giętkim, który nie nadawał się do tego, by w pojedynczych słowach zawierać podwójne znaczenia (tak jak było to możliwe w języku używanym przez starożytnych twórców Huny). Jednakie w tekstach pisanych sanskrytem ciągle jeszcze można rozpoznać symboliczne pojęcia używane w Hunie. Wszystkie aforyzmy nazywano pierwotnie „sutrami", co nadaje im osobliwa znaczenie „nici". Komentatorzy pospieszyli więc z wyjaśnieniem, iż mają one coś wspólnego z czynnością zszywania, czyli łączenia części w całość, a więc tym samym mają odniesienie do podstawowego celu jogi - jednoczenia niższego składnika ludzkiej jaźni z wyższym. To zaś zbliża koncepcję jogi do teorii Huny głoszącej, iż dwa niższe Ja człowieka połączone są z Wyższym Ja długą nicią czy sznurem z widmowej substancji. Sznury te nie mogą być użyte do zwykłej obustronnej wymiany siły życiowej i kształtów myślowych, zachodzącej między jaźniami, jeżeli niższe Ja - za sprawą poczucia winy lub jakiegoś innego kompleksu - odsunięte jest od pełnienia swojej funkcji w owej wymianie. Inny symbol występujący zarówno w Hunie lub opartych na Hunie fragmentach Biblii, jak też w religijnych pismach Indii - to „ścieżka" oraz jej „blokowanie" i „otwieranie". We wczesnych tekstach jogi wiele razy wspomina się o „supłach" czy „węzłach", można więc zasadnie stwierdzić, że i w Hunie pierwotne znaczenie symbolicznej nici i węzła było dobrze znane, choćby nawet zostało zagubione w gąszczu późniejszych spekulacji.

Patanjali niewiele czasu poświęcał licznym i skomplikowanym ćwiczeniom ciała i oddychania. Dopiero później zainteresowano się nimi i uznano je za konieczne do osiągnięcia właściwej kontroli nad umysłem i umiejętności koncentracji. Radził początkującym, by w wygodnej pozycji siedzącej rozluźnili się, po czym uspokoili umysł i powstrzymali chaotyczny bieg myśli.

Przechodząc do dalszych rozważań, warto zwrócić uwagę na jeden istotny szczegół. W środowisku zwolenników jogi ćwiczenia nad koncentracją i medytacje miały służyć trzem wielkim celom. Istniała więc tzw. „hatha-joga", której celem było osiągnięcie dobrej kondycji fizycznej, „raja-joga", czyli praca nad poprawieniem i udoskonaleniem umiejętności rozumowania oraz nad wzmocnieniem siły „woli" średniego Ja, tak by potrafiło panować nad niższym Ja. Trzecim celem, dominującym nad pozostałymi, było osiągnięcie „zjednoczenia" - nawiązanie kontaktu z Wyższym Ja i stałe pozostawanie z nim w łączności.

Takie są też cele Huny; proces autosugestii rozpoczyna się od dwóch pierwszych etapów, trzeci pozostawiając na później.

Ale wróćmy jeszcze do testów przeprowadzanych przez Towarzystwo Badań Huny. Ich celem miało być ustalenie czasu, w jakim człowiek zdolny jest skupić uwagę na jednym i tym samym obrazie mentalnym. Okazało się niebawem, że niższe Ja musi wytężyć całą swoją moc, by utrzymać dany obraz w ośrodku swej świadomości. Szybko się męczy i, pomimo silnej determinacji średniego Ja koncentrującego uwagę na obranym przedmiocie, prędzej czy później pozwala obrazowi zniknąć na powrót w magazynie pamięci. Jeśli średnie Ja nie jest w stanie całkowitej gotowości, niższe Ja zastępuje dany obraz innymi i uruchamia bieg myśli wedle własnej ochoty.

Niektórzy członkowie Towarzystwa przyznawali, iż czas skupienia uwagi na jednym przedmiocie nie przekracza u nich pięciu sekund. Inni, zwłaszcza ci, którzy wcześniej przechodzili treningi koncentracji, potrafili się skupić przez prawie trzy minuty. Przeciętny czas w testowanej grupie osób wynosił około trzydziestu sekund.

Próbowano jeszcze innych eksperymentów, na przykład zezwalając uczestnikom na to, by obrazy mentalne, które wywoływali, były ruchome; wyobrażeni ludzie mogli się uśmiechać, potrząsać głowami, wargi mogły się poruszać i wypowiadać słowa, a oczy otwierać i zamykać. Okazało się, że przy tej modyfikacji niższe Ja nie było tak zmęczone, nie zużywało tak dużej dawki energii życiowej. Wyglądało na to, że oba Ja mogą wyczerpać całą siłę życiową zawartą w jednej idei czy wyobrażeniu, po czym odsunąć je na bok i zająć się następnymi, tak samo jak zużywa się zapas baterii. Idee spoczywające w swych odlewach z widmowej substancji i odesłane z powrotem do magazynu pamięci, by pobrać stamtąd więcej siły życiowej, mogą być na nowo przywoływane i utrzymywane w ośrodku świadomości. Koncentracja na strumieniu myśli nie jest trudna, gdyż obrazy przesuwają się w takim tempie, w jakim zużywa się zawarta w nich energia. Ale choć czas koncentracji można przedłużać prawie w nieskończoność, jej ostrość i wyrazistość stopniowo słabnie.

Eksperymenty owe pomogły rozwinąć metodę koncentracji, która pozwala, by obrazy mentalne oddalały się z ośrodka świadomości jak gdyby na krótki odpoczynek, po czym przywołuje sieje z powrotem. Daje to wrażenie rytmiczności i jakby łagodnego „pulsowania" obrazu. Dzięki temu może on pozostawać w centrum uwagi dłuższy czas, staje się bardziej wyraźny i zwarty i mieści w sobie coraz większy ładunek siły „woli". Stosowanie metody pulsacyjnej zapobiega również zakłócaniu obrazu przez inne cbrazy ł powstrzymuje napływ rozmaitych myśli nie związanych z przedmiotem koncentracji. Można rzec, iż dzięki tym odkryciom uczyniono milowy krok w przygotowywaniu pojęć służących później do autosugestii.

Próbowano tworzyć obrazy myślowe także w inny sposób, na przykład zestawiając ze sobą zbiór prostych, szczegółowych pojęć potrzebnych do ukształtowania szerszej, ogólnej koncepcji złożonej z dużego grona kształtów myślowych. Okazało się, że umysły niektórych uczestników ujawniały większą zdolność do chwytania i zatrzymywania złożonych i bogatych w szczegóły obrazów niż umysły innych. Osoby te, kształtując obraz samych siebie jako zdobywających szerokie grono przyjaciół, widziały w wyobraźni, jak podejmują decyzję, wyruszają z domu, nawiązują nowe znajomości, wykonują różne określone czynności i na koniec osiągają upragniony cel. Taki obraz musiał być oczywiście ruchomy, kolejne sceny przesuwały się w myślach niby klatki filmu. Tę czynność umysłu należałoby nazwać raczej „medytacją" niż koncentracją, ze względu na dłuższy czas jej trwania, ale czas ten można by skrócić, a całą wizualizację zredukować, skondensować i objąć tylko jednym nakazem sugestii w rodzaju: „Zdobywaj przyjaciół!". (Powrócimy jeszcze do sprawy owego skracania procesu myślowego).

Testy, o których mówimy, wykazały też dobitnie, iż niektórzy ludzie mają duże trudności z kształtowaniem obrazów mentalnych typu wzrokowego, podczas gdy z łatwością | przywołują wrażenia oparte na innych zmysłach: szybko i bez żadnych problemów potrafią konstruować wyobrażenia słuchowe bądź dotykowe i łatwo się na nich koncentrują. Smak i zapach lub połączenia rozmaitych wrażeń zmysłowych pomagają stworzyć obrazy mentalne inne od wzrokowych.

Intensywność doznań zmysłowych, za pomocą których odtwarzane są wyobrażenia, jest bardzo różna. Niektórzy ludzie mogą natychmiast wywołać w swym umyśle wizualny obraz określonej barwy lub też wrażenie słyszenia Jakiegoś dźwięku. Zazwyczaj mamy swoje ulubione kolory czy dźwięki, które niższe Ja przywoła szybciej i odtworzy dokładniej niż inne.

W każdym razie, stwierdzono z całą pewnością, że każdy człowiek ma swoje mocne i słabe punkty, że różnie przebiega tworzenie struktur pojęciowych potrzebnych do autosugestii. Początkujący powinni więc przejść najpierw kilka prób i ćwiczeń, by poznać swoje możliwości.

Jeśli będziemy koncentrować się na kilku kolejnych kolorach, szybko się okaże, że jakiś kolor jawi się nam bardziej wyraziście niż inne albo że niższe Ja w ogóle nie potrafi nam ukazać barw, lecz tylko dostarczyć mniej lub bardziej wyraziste ich wspomnienia. Jeśli obraz twarzy wywołany w naszym umyśle ł będący przedmiotem naszej koncentracji jest szary, a nie kolorowy, świadczy to o naszej skromnej umiejętności wizualizacji i wskazuje, że lepiej spróbować zdolności innych zmysłów. Być może łatwiej przywołamy dotyk czyjejś dłoni na policzku lub bez trudu wyobrazimy sobie kwiat, jeśli wraz z mglistym wspomnieniem o jego barwie odżyje w nas pamięć jego zapachu i jedwabistości płatków.

Niższe Ja jest zawsze z nami, na każdym etapie kształtowania obrazów mentalnych, a współpraca z nim jest czymś bezcennym, o co musimy zabiegać i za co winniśmy wyrazić wdzięczność. Wspomnienia o rzeczach, do których czujemy nienawiść czy wstręt, nie nadają się do tworzenia obrazów myślowych, choć dawne rany, urazy ł lęki stanowią łatwy obiekt do dłuższej koncentracji. Mogą one zatrwożyć niższe Ja i wytrącić je z równowagi, tak że zawstydzone wycofa się z przygotowań do autosugestii. Lepiej więc korzystać ze wspomnień przyjemnych i radosnych. Mając z nimi do czynienia, niższe Ja odnajdzie przyjemność w swej pracy i z entuzjazmem nam pomoże. Jeśli będzie oczekiwało miłych i pożytecznych rezultatów swego działania i jeśli przyjemne rzeczy, nad którymi pracuje, nie zostaną unicestwione przez jakiś nałóg, na przykład palenie papierosów, wówczas z pełnym zaufaniem i z przyjemnością nauczy się pomagać w tworzeniu obrazów mentalnych.

Największe trudności z nauczeniem się koncentracji i medytacji, w naszym rozumieniu tych terminów, mają ludzie, którzy za wszelką cenę chcą wziąć swoje niższe Ja pod kontrolę. W niektórych przypadkach jest ono zawzięte jak niesforne dziecko, którego nie sposób skłonić, by choć przez moment skupiło uwagę na określonym przedmiocie, i które od razu umyka do swoich zabaw. Jeśli przy zastosowaniu metody pulsacyjnej do tworzenia obrazów mentalnych czas koncentracji jest krótszy niż dwadzieścia sekund, trzeba codziennie ćwiczyć, co może stopniowo ten czas wydłużyć i pozwoli na opanowanie niższego Ja. Średni czas koncentracji wynoszący od jednej do dwóch minut jest już wystarczający do skutecznej autosugestii.

Utrzymywanie ruchomych obrazów myślowych dzięki zastosowaniu medytacji może trwać co najmniej trzy minuty, ale niższe Ja męczy się szybko, wymyka się spod kontroli; i zaczyna swoje rządy. Przedstawia własne obrazy zamiast tych, których żądało średnie Ja i które były mu potrzebne i do utworzenia określonego zestawu ogólnych pojęć obrazującego bardziej złożone czynności bądź sytuacje, jak w przypadku wspomnianej sugestii dotyczącej zdobywania sobie przyjaciół.

Wzmocnienie struktury pojęciowej będącej przedmiotem koncentracji czy medytacji nie sprawia żadnych trudności. Patanjali pisał szczegółowo o tym, że każda medytacja oparta jest na medytacjach wcześniejszych. Innymi słowy, przy pomocy niższego Ja przywołujemy z magazynu pamięci struktury pojęciowe, opracowane już wcześniej, po czym poddajemy je dalszym zabiegom. W ten sposób przyswajamy je stopniowo, tak jak to ma miejsce przy uczeniu się wiersza na pamięć; przyswajamy je coraz skuteczniej, a one stają się trwalsze i wypełnia je coraz większa dawka siły życiowej i mocniejszy ładunek „woli". Po pewnym okresie praktyki można przywoływać owe idee natychmiast i stosować je do autosugestii bez żadnych wstępnych prób, ponieważ wyćwiczone niższe Ja zna już swoje obowiązki i samodzielnie rozpoczyna działanie. Nie należy jednak powierzać mu całej pracy, gdyż może to powstrzymać napływ dużych, silnych ładunków .woli" do struktur pojęciowych. Można tego uniknąć, obserwując troskliwie jego czynności.

Wyniki licznych eksperymentów pokazały, iż jeśli średnie Ja jest zdecydowane przeprowadzić swój plan do końca i skłoni niższe Ja do pomocy, kierując jednocześnie wspólne działania ku kształtowaniu lepszych, pożądanych sytuacji, to bardzo często niższe Ja zacznie z własnej woli reagować na idee wsparte energią życiową, zanim jeszcze zdąży się odprężyć w czasie przeznaczonym na relaksację i zanim przyjmie owe idee w formie wyraźnej sugestii.