(23kB)
strona główna



Marta Tutaj

 

I

DIABELSKIE PAKTY

Pewnej cieplej letniej nocy 1662 roku, a było to siedem dni po nowiu księżyca Vkesius Funck, mieszkający w okolicach łużyckiego miasta Budziszyn /Bautzen/, lec/ urodzony i wychowany na Śląsku, w okolicach Zielonej Góry, wyszedł na rozstaje dróg. Noc była ciemna, bo chmury zakryły niebo, a niewielkiego jeszcze księżyca nie było widać. Stanąwszy u zbiegu dróg, Viiesius rozwinął węzełek, który ze sobą przyniósł, a którego zawartość mogłaby zdumieć każdego, kto by doń zajrzał i nasunąć mu myśl, że niewątpliwie ma do czynienia z szaleńcem lub czarnoksiężnikiem.

Najpierw Vitesius Funck dobył starannie owinięte w płótno kadzidło i nasypał weń intensywnie pachnących ziół, wśród których były mirra, aloes i pokruszony susz trującej odmiany bluszczu. Potem różdżką o rozwidlonym końcu, którą także przyniósł w węzełku, nakreślił na ziemi koło, mamrocząc przy tym odpowiednie zaklęcia. Na obrzeżu kręgu nakreślił tajemne znaki. Stanąwszy w kole, wydobył z węzełka przybory do pisania, a były nimi pergamin ze skóry czarnej kozy, dobrze zaostrzone krucze pióro i gliniany kałamarz wypełniony ciepłą jeszcze krwią czarnego barana. Na pergaminie nakreślił imię potężnego ducha, jakiego jednak, nikt się nigdy nie dowie, bowiem należało ono do wiedzy tajemnej, jaką czarnoksiężnik nigdy się z nikim nie dzielił. Potem nakreślił na ziemi drugie, mniejsze koło i złożył w nim pergamin, obwód koła otoczył zaś imionami pomniejszych duchów i powietrznych istot przyjaznych adeptom czarnej magii. Stojąc w kole, Vitcsius wymówił zaklęcie. Prawdopodobnie brzmiało ono tak;

"Władco wszech zbuntowanych duchów, najwyższy Lucype-rze, rożka* podwładnym demonom stanąć przed kołem i mówić za mną. Niechaj przybędą w postaci widzialnej i odpowiedź dadzą na moje pytania, niech będą mi posłuszne i pełnią moją wolę".

Gdy jednak przebrzmiały słowa zaklęcia i cisza wciąż panowała pod ciemnym niebem, wbił Vitesius laskę w obwód koła i ponownie wezwał duchy słowami:

"Słuchajcie, istoty, nieodzownej woli mej, a nie bądźcież uparte".

Poczym uderzył siedmiokroć w znak nakreślony w środku drugiego koła i w pergamin. Gdy zaś i wtedy zaklęcie nie poskutkowało, wydobył ze swego zawiniątka niewielki, całkiem nowy garnek, wysypał nieco żaru z kadzidła, którym się był okadził przed wszystkimi zabiegami, zaś do garnka wrzucił pergamin ze skóry czarnej kozy i garnek ustawił na ogniu. Następnie nad ogniem uczynił znak magiczny i rzekf:

"Zaklinam cię, straszny żywiole ognia, zaklinam cię na imię lego, który w sądnym dniu spali ziemię ogniem, ażeby, jak się nazwisko to i cyfra praży i pali, tak też duch ten niechaj uczuje moc twoją w jestestwie swoim!"

W węzełku Viiesiusa znajdowały się jeszcze zapewne dwie świece zwykle, którymi wzmagano działanie przywoływania i dwie świece święcone, którymi odpędzano duchy, które wysłuchawszy próśb nie chciały odejść w zaświaty i czaiły się na obrzeżu koła. Do zwykłych rekwizytów czarnoksiężnika pragnącego rozmawiać z szatanem należały też krzyż, dodatkowe, chroniące pergaminy z wypisanymi zaklęciami i wreszcie coś, co należało ofiarować duchom za spełnienie żądanej usługi. Jeśli wierzyć potępiającym praktyki czarnoksięskie Śląskim kaznodziejom, mogło to być "nic prawie".

"Zakopać w ziemi albo chować przy sobie ropuchę, sowę, chrabąszcza, kawał zbutwiałego buta, kilka włosów czy kilka węzłów: uczynić gest jaki dziwacki, wymówić słowa dzikie, osobliwe, jak "Mieś, Jequict, Bcnedo, Efest, Douvima, Enitemaus, Barabba", wystrzelić strzałę oto kondycje i znaki, za daniem których szatani i z ołtarzów, na których u pogan pokłony i najdroższe ofiary odbierali, porzuciwszy, gotowi byliby siawać do usług".

Biorąc pod uwagę zapisane w protokołach sądowych śląskie czarnoksięskie obyczaje, możemy założyć, ze Vitesius Funck zabrał ze sobą na wszelki wypadek czarnego kurczaka, którego, wyłuszczywszy przybyłym duchom swą wołę, trzeba było rzucić w powietrze.

Czarnoksiężnicy próbowali wywoływać ciemne duchy dla różnych przyczyn - dla pogłębienia wiedzy czarnoksięskiej, jak Faust dła pieniędzy czy dla pomniejszych usług, jak do "zdejmowania butów, osobliwie podróżnym, do chędożenia koni, do wymiatania stajni, do służenia za kuchcików, do wykradania zboża, do wynoszenia wszelkiego plugastwa i gnojów". Francuski kaznodzieja opowiadał w XVI wieku podczas kazania w Paryżu o pewnym chytrym a leniwym szynkarzu z Bretanii, który zawarł pakt z diabłami, by ci mu w oberży usługiwali.

 

Ale niewiele mu to pomogło, gdyż podróżni nic chcieli nocować w zajeździe, gdzie strawę przygotowywały diabelskie ręce, podwórko zamiatało się samo, a konie stale płoszyły się w stajni. Najczęstszym jednak powodem przywoływania podległych szatanowi duchów była zwykle chęć zaszkodzenia komuś, zemsta. Vitesius Funck miał o co prosić i miał na kim się mścić. W większości swojego życia tułał się od Niderlandów do Niemiec, nigdzie nie mogąc osiąść na stale, nigdzie nie zdobywając pozycji ni majątku. Z rodzinnego Śląska musiał uciekać w 1653 roku, kiedy to jego matkę, zamożną gospodynię Katarzynę Funck, skazano na spalenie za uprawianie czarów. Oskarżyła ją sąsiadka, rozgniewana o to, że Katarzyna pożyczyła od niej coś z gospodarstwa, a potem nie oddala. Czy Katarzyna istotnie uprawiała czary, czy leż za czary wziął się dopiero jej syn, który opuścił Śląsk ze zlą sławą syna spalonej na stosie czarownicy, zapewne nigdy się nie dowiemy. Faktem jest jednak, że Katarzynę jej sąsiedzi z podzielonogórskicj wsi Łężyce potraktowali jak najgorzej. Podczas procesu zeznawał jako świadek przeciw niej także człowiek, którego rok wcześniej wyleczyła z choroby ziołami i "zamawianiem".

Vitesius Funck zmarł w 1668 roku w południowych Niemczech ze sławą najczarniejszego czarnoksiężnika. Nie wiadomo, czy wezwane letnią nocą do kręgu z pergaminem duchy dały mu czego chciał. Jeśli tak było, nie prosił widać o pieniądze czy dostatnie życie, bowiem przez następne lata nie zaznał dostatku więcej niż dotychczas. Wiodło mu się ze zmiennym szczęściem, natomiast w ostatnich dniach życia dziwne chodziły o nim słuchy. Pewnego dnia, jak to zapisano w kronice -znaleziono go śpiącego z głową na stole, a gdy próbowano go zbudzić, okazało się, że był to sen ostateczny. Czy umarł "własną śmiercią", czy też, jak ostrzegały księgi "diabeł ukręcił mu szyję, jako czyni czytającym księgi czarodziejskie i siebie wzywającym, gdy mu nic nie dają za to" -nie wiadomo.

Niedługo przed śmiercią miał jednak kłopoty ze zdrowiem. Nie chodził prawie wcale, bo na nodze otwarła mu się nie gojąca się rana czy też czarne znamię, z którego stale sączyła się krew. Vitesius próbował leczyć nogę własnymi środkami i za pomocą własnych umiejętności, co może stało się przyczyną jego śmierci - medycyna nic była w owych czasach mocną stroną ani czarnoksiężników, ani nawet medyków. Ponieważ jednak Vitesius Funck miał sławę czarnoksiężnika, owa rana na nodze uchodziła za szatańskie znamię. Księgi pisane przeciw czarnoksiężnikom ostrzegały: "Szatan, grozi wtrąceniem do Morza Czarnego, które w oczach czarownikom wysiawuje, gdyby się Boga i Świętych nie zaprzał. Po zaprzeniu naznacza lub piętnuje ich albo pod powieką, albo na pośladku, albo w gębie, albo na łopatce prawej, albo na ustach, niewiasty zaś na lędźwiach albo pod pachą, a dzieci jednym z rogów swoich albo żelazem rozpalonym w oku lewym. Wielu czarowników prosiło sędziów, aby to piętno zgładzić kazali."

Zapisany już w wieku XVIII sposób na przywoływanie ciemnych duchów, zawiera w zakończeniu ostrzeżenie:

"Gdy zrobi wszystko co trzeba, puść go w spokoju i pożegnaj uroczystymi słowami; a kiedy zniknie, ty powtarzaj je przez pięć lub dziesięć minut. Tymczasem występuj powoli z koła, odklinając zaklęte na wstępie. Pamiętaj o tym, że duch stosownie do miejsca i woli egzorcysty, pokazuje mu się najczęściej w postaci ludzkiej - jako strzelec, młynarz, chłop, lub nawet satyr leśny. Bywa niekiedy, że przybycie jego poprzedza wicher lub skrzypienie zawiasów u drzwi i okien. Wtedy lo, gdy przychodzi nie wzywany, zwykle nocą, musisz zachować największą przytomność umysłu; donośnym głosem, dzielnie i uważnie zaklinał ducha, bo inaczej spotkać cię może większe niż przypuszczasz nieszczęście."

W 1581 roku angielski czarnoksiężnik John Dee, zwany "Merlinem Królowej Elżbiety" wywoła! ducha na cmentarzu w Wotton-in-the-Da-le. Pomagał mu i asystował inny czarnoksiężnik, Edward Kelly, wśród historyków cieszący się opinią jednego z największych magików - szarlatanów naszej ery. Po tym pierwszym eksperymencie John Dee rozpowszechnia! pogłoski, że prowadzi z ciemnymi duchami regularne rozmowy i że słuchają one jego woli. W kronikach zapisano, że kiedyś jeden z lordów zapragnął zobaczyć laką rozmowę z duchami i zażyczył sobie, by mag wykonał ją w obecności jego i dwóch jego równie ciekawych przyjaciół. Dee zwlekał i wymawiał się, z którego to powodu stał obiektem kpin dworaków, twierdzących, że chwali się tylko swą czarnoksięską sztuką. W końcu więc Dee zgodził się i na cmentarzu Wot-ton-in-the-Dale doszło do kolejnego seansu. W otoczonym duchami nocy kole jeden z dworaków oszalał ze strachu i już nigdy nie przyszedł do siebie. Lord, który wymusił na czarnoksiężniku prośbę, przetrzyma! ją dzielnie, jednak zmarł kilka miesięcy później na wycieńczającą chorobę. Trzeci ponoć nigdy nie chciał wspomninać tego, co zobaczył stojąc w kole: jednak sława Johna Dee jako potężnego czarnoksiężnika została podtrzymana.

Czarnoksiężnicy rzadko identyfikowali się jako czciciele szatana: przeciwnie, mieli ambicję rozkazywać" diabłom i duchom, przymuszać je do różnych usług. Mieli więc do szatana niejako podejście praktyczne, nie religijne. Przypisywane im sposoby okazywania czci miały raczej ośmieszyć czarnoksięskie praktyki.

"Tyłem się szatanowi kłaniają albo kulka przed nim wywracają, potem całują pod ogon, mszę mają, chrzczą się, ofiary szatanowi czynią, dzieci, niemowlęta i zwiedzionych od siebie stawiają przed nim. Szatan zaś na pokazanie swego dziurę w ziemi zrobiwszy, mocz puszcza i tą moczą wszystkich kropi. Żegnają się lewą ręką, mówiąc: W imię. Patrika Petrika Arragońskiego ..."

Zwracając się w magicznym kręgu do szatana czarnoksiężnicy tytułowali go wprawdzie "władcą powietrza", "księciem ciemności", czy cesarzem świata", ale wszystko to były tytuły zaczerpnięte z "Biblii". Biblia, święta księga chrześcijan i zbiór zasad wiary, była też zawsze podstawą dla wyznań szatańskich. Wiele dogmatów kultów satanistycznych pochodzi wprost z Biblii - począwszy od pojęcia szatana jako "drugiej władzy" nad światem, potężnego ducha, oponenta i przeciwnika Boskiej Mocy, przez pojęcie Antychrysta czyli "Czarnego Mesjasza", zapowiedzianego w Apokalipsie, aż po najbardziej drastyczne formy obrządków satanistycznych, jak ofiary z niemowląt - te ostatnie potępia w biblii prorok Jeremiasz, wspominając o diabelskim potworze Molochu, czczonym przez Babiiończyków i pożerającym niemowlęta.

Jak słusznie zauważył Chesterton już w początkach naszego wieku, Biblia jest wielką księgą i każdy znajduje tam dokładnie to, czego w niej szuka.

Jeśli zaś chodzi o wzniosie tytuły, jakimi w wiekach średnich obdarzono szatana, bodaj najbardziej imponujący ich zbiór podaje zwrócona przeciw heretykom i luteranom, wydana w 1609 roku satyra "List czartowski do superintendentów i ministrów ewangelizmu luterań-skiego". Szatan występuje w tym dokumencie jako "cesarz północny, król głębokiego piekła, książę świata, rządca ciemności, wielki hetman pogaństwa, hrabia zbiegów, wojewoda grubego cudzoziemstwa, graf niecnot, obrońca heretyetwa i rozerwania każdego".

O nieco innego typu związki z diabłem niż praktyki czarnoksiężników oskarżano czarownice. Związek kobiety z diabłem miał zawsze coś z wzajemnej fascynacji. Czarnoksiężnik wzywa! diabła dla sprawdzenia swej mocy lub dla określonych uslug, za które płacił "naprzód słowami pewnymi książęcia szatańskiego w polu wzywamy, żeby którego z duchów swoich posłał, który by od nas naznaczonego człowieka utrapil albo zabił. Gdy tedy szatan którykolwiek przyjd/ie, ofiarujemy mu na zejściu dróg dwu kurczę czarne, ciskając je ku górze, które gdy szatan weźmie, czyni wolę naszą".

 

Czarownica korzystała z pomocy szatana, ale też sama w jakiś sposób mu służyła i niemal zawsze wchodziła z nim w związki bardzo intymne.

I tak w XVII wieku na Dolnym Śląsku z domniemanych czarownic wymuszano zeznania dotyczące uprawiania miłości cielesnej z diabłem; co i wpisywano w protokoły, i ogłaszano publicznie podczas kościelnych kazań. O niejakiej Annie Klich, zmarłej zresztą podczas tortur, rzekomo uduszonej przez diabla: "bo szyja jej całkiem chwiejna i spuchnięta była", ogłaszano wiernym w 1663 roku:

"Widomym czynimy, że ona z diabłem w postaci młodego parobka czarno ubranego, na obliczu ciemnego, bez zarostu, miała bliski stosunek, a on przyrzekał jej pieniądze w zamian za jej duszę i zerwanie związku z wiarą chrześcijańską i świętymi sakramentami. Nierząd przeciwny naturze uprawiała podczas każdorazowej nieobecności męża w domu. Dalej Anna Klich wyznała, że jeżdżąc co rok na Łysą Górę na swoim koniu, wraz z innymi czarownicami smarowała się maścią czarownic przez nią samą zrobioną z zamordowanego dziecka lub niechrzczonego chłopca. /.../ Tedy ma być tej zdesperowanej czarownicy Anny Klich ciało razem tą czarodziejską maścią na placu straceń publicznie, zgodnie z powszechnymi cesarskimi prawami, przez ogień w proch i pył spalone".

W tym samym roku skazano na stos zamożną mieszczkę, Elżbietę Grasse, mimo starań.i zabiegów czynionych przez jej rodzinę i miejskich rajców. Podczas tortur zwanych "butami hiszpańskimi" i kłucia pod paznokciami zmuszano ją do wyznań, jakoby uprawiała "przeciwny naturze nierząd" z diabłem w postaci ubranego na czarno czeladnika sukienniczego.

 

 

"Czy to prawda - pytano w śledztwie - że jego "natura" nie była ciepła i niezbyt dla niej rozkoszna? Tak - odrzekła domniemana czarownica - nie była to wielka rozkosz, wolałaby się bez niej obejść". Inna czarownica badana w tym samym śledztwie, imieniem Urszula, twierdziła, że stosunek z diabłem nie przyniósł jej rozkoszy, lecz przeciwnie - niesmak i nawet za każdym razem przyprawiał ją o mdłości.

Wiele lat później młodopolski mistyk, dekadent i skandalista Stanisław Przybyszewski będzie bulwersował Kraków końca XIX wieku opartymi na zeznaniach XVII - wiecznych czarownic wykładami, twierdząc, że "czarownice nie kłamały, opowiadając o stosunkach miłosnych z diabłem- Mówiły, że członek diabelski zimny jest jak lód i bolesny, choć rozkoszny do szaleństwa".

Początek powszechnym przekonaniom o stosunkach czarownic z szatanem dała... Bulla papieska Innocentego VIII z 1484 roku stwierdzająca że:

"Wiele osób męskiego i żeńskiego rodzaju, zapominając o zbawieniu duszy i wierze katolickiej, wdaje się z demonami, zarówno inkubami /to jest męskimi/ jak i subkubami /to jest żeńskimi/..."

W Europie późnego średniowiecza wiara w inkuby, szatańskie duchy wcielone w młodych mężczyzn, przychodzące nocą do kobiet, uprawiające z nimi miłość i namawiające je do zaprzedania duszy diabłu, była już powszechna. Sukkuby, złe duchy upostaciowane w piękne kobiety, w podobny sposób zwodziły mężczyzn. Wierzono nawet, że Merlin, słynny czarnoksiężnik z legendy o królu Arturze, uważany wówczas za postać historyczną, jest owocem związku angielskiej królewny i inkuba. Jeden z autorów XVII - wiecznych wziąf na siebie ciężar sprostowania tego poglądu:

"Nie chciej temu wiary dać, boć nie ma on /inkub, Latawiec/ takiego przyrodzenia jak człowiek, ani ciała własnego, jeno obłudne. Musiał sie ten Merlinus urodzić z człowieka, jako i inni; dla wstydu swego ta królewna brytyńska pomówiła na Latawca".

 

 

W Polsce czarownice szczególnie blisko żyć miały z dwoma rodzajami diabłów, znanymi pod imionami Farel i Latawiec. Farel "czart wygnaniec, tak chytry iż wkradł się między ludzi i w domach ludzkich się leże", był diabłem sędziwym i uczonym, trochę rodzajem mistrza -aptekarza. Uczył czarownice sekretów ziół i robienia czarnoksięskich maści, znał też sekrety zadawania ludziom chorób i odbierania krowom mleka. Z kolei Latawiec "na ziemi i w powietrzu się chowa, często na się bierze ciało obłudne, w cieniach się chowa, jako nietoperz albo kret. Używają też jego posług baby i wszytki czarownice i rozmowy z nim długie miewają w cieniu, tak, iż jeden drugiego nic widzi, jeno pomaca".

Farcl i Latawiec usługiwali czarownicom na co dzień, natomiast diabły poważniejszej kondycji, jak Lucyper i Belzebub miały się objawiać na sabatach, najczęściej w postaci czarnego capa albo czarnego koguta, i w takiej postaci odbierać od wyznawczyń hołdy, pokłony i przysięgi. Sabaty czarownic były uważane za rodzaj "diabelskiej mszy", choć nie miały jeszcze jej cech charakterystycznych, a ich wyobrażenie pochodziło raczej od pogańskich świąt związanych z przesileniem wio-senno - letnim i kultem płodności. Wyobrażenie sabatów w średniowieczu i wiekach późniejszych było dość ubogie. Na ogól uważano, że są to doroczne zloty czarownic, poświecone hulaszczym tańcom wokół ognia, czasem spożywaniu jakichś dziwacznych i raczej odrażających potraw, warzeniu czarodziejskich eliksirów i kłanianiu się upostaciowanemu w jakieś zwierze szatanowi. I tak "czarownica" Anna Stach, opowiadała w czasie tortur że:

"Elżbieta Grasse około 15 lat temu i w każdy rok później na Łysej Córze tańczyła taniec Walpurgii, za każdym razem miała na sobie czarną suknię. Elżbietę Apelt również widziała na Łysej Górze. Tańczyła tam z jednym diabłem w czarnym odzieniu, sama również na czarno ubrana, w czapce na głowie. I Dorotę Jeuthe tam widziała, z czarnym diabłem ze spiczastą bródką ..."

Odpowiednikiem polskiej Łysej Góry i bodaj najsłynniejszym w Europie "sabatowym szczytem" była góra Brocken, najwyższy szczyt w górach Harz. Tam właśnie w nocy z 30 kwietnia na 1 maja odbywały się słynne Noce Walpurgii, których nazwa stała się z czasem synonimem seksualnych orgii. Faktycznie tradycję Nocy Walpurgii wiąże się z pogańską tradycją święta inaugurującego prace na roli i mającego zapewnić płodność tak ziemi, jak ludziom i hodowlanym zwierzętom. Istotnie dochodzić przy tym mogło do orgiastycznego uprawiania seksu, w pierwoinym wymiarze akty te miały jednak znaczenie rytuału. Niosących nową religię, wychowanych w ascezie i celibacie misyjnych zakonników musiało to przerażać i bulwersować. Uznali, oczywiście, pierwszomajowe noce na Brockem na szatańskie uroczystości, podczas których czarownice ustalają ze swym zwierzchnikiem Belzebubem plan czynienia zła na cafy rok, po czym oddają się radującym szatańskie serce hulankom i rozpuście.

Z czasem demonizowano coraz bardziej mit sabatowej nocy uzupełniając go zarówno o elementy makabryczne, jak gotowanie zupy z niemowląt w wielkich koliach, picie ludzkiej krwi i składanie ofiary z młodego mężczyzny, przedtem oczywiście straszliwie "wykorzystanego" przez odrażające i stare wiedźmy, jak i parodystyczne, jak całowanie szatana w postaci capa "pod ogon1', dziwaczne pokłony, zaklęcia itd.

W Polsce podobnym miejscem dawnego kultu była zapewne Łysa Góra i pomniejsze szczyty. W mitologii słowiańskiej także musiały być święta zapewniające płodność i urodzaj. Ślady po jednym z nich dotrwały niemal do dziś w tradycji sobótkowej, 22 lub 24 czerwca, kiedy to rozpalano nowy, "czysty" ogień, sypano do niego zioła i tańczono dookoła ogniska, zaś młodzież wymykała się, by oddawać się zabawom seksualnym, na co tej nocy starsi przymykali oczy. Sabaty, mimo przypisywanej im roli, roli oddawania dorocznego hołdu szatanowi i odnowienia z nim sojuszu, były więc raczej pozostałością po znacznie dawniejszych, pogańskich obrzędach. Natomiast "czarna msza" czy też "Szatańska msza", wielokroć opisywana należąca też do obrządku współczesnego satanizmu, okrzepła we właściwym dla siebie kształcie dopiero około XVIII wieku i wszystko w zasadzie zawdzięczała chrześcijaństwu. Ściślej - chrześcijańskiemu obrządkowi, bowiem cała struktura czarnej mszy nie jest niczym więcej jak odwróceniem, przewrotnym ośmieszeniem, sprofanowaniem obrządku katolickiego. - Czarna msza czerpie wyłącznie z obrządku chrześcijańskiego - jest jakby odbiciem w krzywym, bluźnierczym zwierciadle mszy zwykłej. Zamiast chwalić i wzywać Boga, podczas czarnej mszy chwali się i wzywa szatana. Zamiast ołtarza jest płyta grobowca, zamiast baranka -czarny kot i kozioł. Zamiast białego opłatka - czarna hostia, zamiast świętego kielicha z winem czarny kielich z krwią. Zamiast krzyża -odwrócony do góry nogami krzyż, pentagram, czyli żydowska gwiazda lub kombinacja z szóstek, jako że szóstka była w Apokalipsie symbolem Antychrysta. Szatańscy wierni podczas mszy żegnają się wspak, wspak też odmawia się modlitwy i czyta ewangelię. Zamiast świętych imion wymawia się słowa nieprzyzwoite lub bluźnierslwa, zamiast bło-

gosławieńsiw przekleństwa. W ramach szatańskiego obrządku jest też ceremonia "czarnego chrztu", dokonywanego z użyciem krwi, popiołu ze spalonych ciał ludzkich lub "proszku z wątroby niemowląt", choć to ostatnie wydaje się być raczej wytworem wyobraźni kaznodziejów straszących wiernych.

Jedną z oryginalniejszych, choć raczej literackich niż realnych ceremonii "czarnej mszy" była tzw. "ofiara baranka". Rolę białego baranka w tym rytuale miała odgrywać złożona na płycie ołtarza młoda naga kobieta, zwykle odurzona jakimiś ziołami. Odprawiający mszę kapłan spożywał sprofanowaną hostię zbierając ją ustami z jej ciała i na jej ciaio też wylewał ofiarne wino. Według jednych, makabrycznych wersji dotyczących przebiegu czarnych mszy, kobieta miała być w jej zakończeniu składana w ofierze, czyli zabijana na ołtarzu ofiarnym nożem. Według wersji innych, w szczytowym momencie ceremonii najwyższy kapłan lub - jak w innych napomknieniach - najpierw on a polem wszyscy "wierni" po kolei odbywał z nią publicznie stosunek płciowy. Jeszcze inne wersje mówiły, że kobietę zostawiano po złożeniu ofiary do dyspozycji szatanowi - z takiego związku mógł się polem narodzić Antychryst, czyli "Czarny Mesjasz", półludzkie wcielenie szatana. Wątek ten był oczywiście bardzo ponętny dla pisarzy, stąd obficie eksploatowany w literaturze czy filmie. Najbardziej klasycznym przykładem jest tu historia "Dziecka Rosemary", książki i filmu, gdzie grupa XX-wiecznych czcicieli szatana osacza młode małżeństwo, wciąga do spisku męża, a odurzoną młodą żonę oddaje szatanowi, by spłodził z nią Antychrysta. Inną filmową wersję losów Antychrysta jest cały cykl filmów "Omen" aż po stanowiący zamknięcie cyklu film "Ostatni konflikt" ukazujący Antychrysta dorastającego, zdobywającego wpływy polityczne i wciągającego ludzkość w wojnę totalną - w ten sposób mariaż filmowego horroru i religijnego mitu dal w efekcie wizję politycznej apokalipsy.

Jak chrześcijanie czekali niegdyś wiele wieków na Chrystusa, tak sataniści czekają na swojego mesjasza, Antychrysta. Nawiasem mówiąc różne odłamy tego ruchu dostrzegały jego wcielenie w różnych postaciach historycznych. I tak według wersji z początku naszego wieku przedstawianej m.in. w Biblii Satanistycznej lc Veya, wcieleniami Antychrysta mieli być Kaligula, Mahomet, Neron, Fryderyk II Hohen-staufen oraz Napoleon. Trzeba przyznać, że taka interpretacja apokaliptycznego przekazu zapowiadającego nadejście Antychrysta znacznie umniejsza grozę tej postaci, sprowadzając ją do ludzkiego i bardzo miernego wymiaru. W Apokalipsie Antychryst byl bestią o 7 rogach i 10 głowach, z liczbą 666 na piersi i czole. Jego przyjście miało być ostatnim zamachem "wiecznego nieprzyjaciela" na boską wszechmoc. Antychryst miał się pojawić, by próbować odciągnąć przynajmniej część ludzkości od Boga, mamiąc ją darami, zadziwiając cudami i strasząc mękami. Ogólnie rzecz biorąc, satanizm nic jest jakąś samodzielną ideologią ani też starszą od chrześcijaństwa religią - wyrósł w całości na gruncie chrześcijańskim i nie jest niczym więcej jak wyrazem gniewu czy buntu przeciwko powszechności religii chrześcijańskiej. Sataniści nie stanowili nigdy dużej grupy ani też znaczącej siły społecznej - zwykle były to bardzo niewielkie grupki, zamykające się w dziwacznych obrzędach lub pojedynczy monomaniacy, niejednokrotnie jednostki niezrównoważone psychicznie.

Sataniści uważali się za grupy elitarne, rodzaj lepszej rasy czy "wybranej" części ludzkości, ale w historii są zgoła niewidoczni. Swoją popularność doktryny satanistyczne zawdzięczają najpewniej... chrześcijańskim kaznodziejom, którzy opowiadali o nich szeroko wiernym, ubarwiając realne i nierealne historie własnymi fantazjami. Kazno-

 

dziejom, którzy usiłując walczyć z diabłem, upowszechnia! i tylko mityczny wizerunek "Czarnego Księcia Świata". Przez kilkanaście wieków popularność satanizmu wynikała tylko i wyłącznie z popularności chrześcijaństwa. W kronikach historycznych praktycznie nie ma wzmianek o satanistach, a w najlepszym razie są one drobne i wątpliwe. Najwcześniejszą bodaj wzmianką dostarczającą pożywki satanistycznym wyobrażeniom jest np. sprawa Gillesa de Rais, niegdyś jednego z wyznawców i towarzyszy Joanny d'Arc. Podczas publicznej spowiedzi przyznał się on do zamordowania w wyjątkowo sadystyczny sposób ponad 150 dzieci, do zawarcia paktu z diabłem i uprawiania praktyk magicznych. Prawdopodobnie Gilles istotnie zamordował wiele dzieci i prawdopodobnie był chory psychicznie, a w każdym razie wydarzenia z czasów młodości, gdy towarzyszył Joannie d'Arc aż do stóp stosu musiały w nieodwracalny sposób wstrząsnąć jego umysłem.

Z XVI wieku pochodzi kilka zapisków o żydowskich mordach rytualnych. Historie te zasadzały się na przetrwałym niemal do naszych czasów absurdalnym przekonaniu, że Żydzi dodają do tradycyjnie wyrabianej "macy" krew niemowląt. Zariul ten był bardzo powszechny i trwały, co zawdzięcza zapewne swej brutalności - od wieków wszy-sikich "innych", mniejszości narodowe i odmienne wyznania, z których w ciężkich czasach łatwo było uczynić "wrogów społecznych numer jeden" oskarżono o spożywanie ludzkiej krwi i mordowanie niemowląt. W starożytnym Rzymie, w czasach gdy chrześcijaństwo byto zaledwie niewielką sektą, o dokładnie to samo oskarżano pierwszych chrześcijan. Neron np. rozpowszechniał o nich pogłoski, jakoby podczas swoich uczt ofiarnych pili krew szlachetnie urodzonych rzymskich dzieci.

W połowie wieku XVII w Bretanii zapisano wzmiankę o pogańskiej sekcie "wilkołaków", którzy zbierali się nocą raz do roku, napadali na zagrody i porywali z nich zwierzęta domowe lub dzieci, które rozszarpywali następnie żywcem podczas rytualnych uczt. Trzeba doliczyć do tego procesy czarownic oraz bluźnicrców czy heretyków, którzy półprzytomni na mękach opowiadali najdziwniejsze i najbardziej fantastyczne historie. 1 wzmianki o rodzących się tu i ówdzie ludzkich i zwierzęcych mutantach, które musiały ludzi zdumiewać i wydawać się im w swoich dziwacznych postaciach szatańskim płodem. Jeśli dorzucimy jeszcze kilka zanotowanych ze względu na makabryczny charakter afer kryminalnych np. wspomnianego już Gillesa de Rais czy jednego z dworzan Henryka IV Burbona, skazanego przez skądinąd tolerancyjnego dla różnych odmian religii władcę /sam w młodości był hugeno-tem/ na śmierć przez ścięcie za morderstwo dokonane na kilkunastu młodych dziewczynach niskiego stanu, będzie to niemal cała usprawiedliwiająca pogłoski o potężnych kultach satanistycznych bibliografia. O "szatańskie skłonności" oskarżano też np. uznane za heretyckie przez oficjalny kościół sekty religijne, i to zgolą bez dbania o prawdę, wywracając niejednokrotnie "do góry nogami1' całą ideologię sekty np. ugrupowanie kaiarów, głoszących nieczystość ciała i konieczność skrajnej ascezy pomawiano z ambon o oddawanie się wyuzdanej zbiorowej rozpuście. Toteż wielu historyków określa satanizm jako "urojoną ideą chrześcijaństwa". Norman Cohn pisze:

"W gruncie rzeczy była to urojona idea że istnieje jakaś sekta, która adoruje szatana na tajnych zgromadzeniach i w jego imieniu wiedzie nieprzejednaną wojnę przeciwko chrześcijaństwu i przeciwko pojedynczym chrześcijanom. W średniowieczu owa urojona idea została skojarzona z określonymi sektami heretyckimi, parę wieków później przerodziła się ona w tradycyjną wiarę w czarownice. Często ta urojona idea była kojarzona z Żydami, nic tylko w czasach bardzo odległych, ale od końca XIX wieku do początków XX wieku, kiedy otworzyła drogę do świeckiej demonologi nazistów."

Należy jeszcze dorzucić mitotwórczy wpływ literatury. Pod koniec XVIII wieku po raz pierwszy, a w wieku XIX po raz drugi odnotowano, że odbyły się - pierwszy raz w Wenecji, drugi raz w jednym w domów angielskich - czarne msze z całym zachowaniem symboliki i rytuału. Oto co wiadomo o uczestnikach pierwszej "czarnej mszy" w Wenecji: - Przyszli przed północą w czarnych maskach, pili krew /czy też, jak później zeznali - ciężkie czerwone wino/ z czarnego kryształu, wreszcie uprawiali milośc z leżącą na zrobionym ze skradzionej z cmentarza płyty ołtarzu piękną i młodą nagą kobietą. Była nią zresztą sławna i bardzo droga wenecka kurtyzana, Francesca Cuou, która być może zaaranżowała cały spektakl.

Druga "czarna msza" odbyła się kilkadziesiąt lat później w Anglii, z udziałem grupy romantycznych ekscentryków i poetów, którym przewodził lord Gordon Byron, w swoim czasie także zwany "szatańskim kochankiem" i uważany za wcielenie Antychrysta. Na temat tej czarnej mszy pisano więcej, a mimo to wiemy o niej mniej niż o weneckiej, bo podstawą nic są tu lakoniczne notatki z akt policyjnych, ale rozwlekłe, malownicze i często sprzeczne ze sobą zapisy w pamiętnikach i dziełach literackich. Według jednego z pamiętnikarzy Byron zmusił do odegrania roli "Baranka" swoją kochankę, zresztą kobietę z wyższych sfer, której skandaliczny romans z poetą rozbił jej małżeństwo z lordem. Według innych zapisów pani ta nie wcale nie była obecna, gdy Byron z przyjaciółmi zabawiał się demonicznymi rytuałem i przebywała w tym czasie u boku swego męża w domu pod Londynem.

 

 

II

SZATAN Z KOSMOSU I ANTYPODÓW

"1 listopada 1907 roku nowoorleańska policja otrzymała pilne wezwanie na tereny moczarów i lagun, znajdujące się na południu. Tamtejsi osadnicy, w większości prymitywni ale prostoduszni potomkowie Lafitte'ów, żyli w panicznym lęku przed czymś nieznanym, co zakradało się do nich nocą. Były to niewątpliwie praktyki czarnoksięskie, ale z takim okropieńsiwem jeszcze się dotychczas nie spotkali; kilka ich kobiet i kilkoro dzieci zniknęlo w momencie, gdy rozległo się złowieszcze hicie bębna w głębi mrocznych, nawiedzonych lasów, do których nie zaglądał żaden z okolicznych mieszkańców. Dochodziły stamtąd oszalałe krzyki, jęki udręczonych i zawodzenia mrożące krew w żyłach, pojawiły się też roztańczone, diabelskie płomienie; zastraszony posłaniec powiedział, że przekracza to już wytrzymałość miejscowej ludności.

W naturalnej przesiece, jaką było bagnisko, widniała porosła trawą wyspa wielkości około akra, bez drzew i w miarę sucha. Na niej to właśnie podskakiwała i wiła się horda ludzkich potworów, jeszcze bardziej niesamowita niż na obrazach Sime'a czy Angaroli. Naga gromada ryczała, wyła i spazmatycznie wyginała się wokół ogromnego ognia w kształcie pierścienia; gdy rozchylała się zasłona dymu, ukazywał się stojący na samym środku ognia wielki granitowy monolit, wysoki na jakieś osiem stóp; na jego wierzchołku spoczywała mała i dziwacznie wyrzeźbiona statuetka. Z szerokiego kręgu dziesięciu platform rozstawionych w regularnych odstępach wokół spowitego ogniem monolitu zwisały głową w dół ciała owych mieszkańców osady, którzy zniknęli. Pośrodku tego właśnie kręgu stojący kołem wierni skakali i ryczeli, przesuwając się w prawo w bezustannych bachanaliach pomiędzy kręgiem ciał a płonącym ogniskiem".

Ten bardzo sugestywny i realistycznie na pozór przedstawiony obraz niesamowitego obrzędu jest wytworem wyobraźni człowieka który faktycznie nigdy nie pływał po morzach, nie odkrywał nieznanych wysp i egzotycznych kultów. Większość życia spędził w mieście Providence na atlantyckim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, a podróżował najdalej do Nowego Jorku. Całe dzieciństwo i znaczną część życia dojrzałego spędził zamknięty w domu, gdzie czytał wszystko, co wpadło mu w ręce i pisał niesamowite historie, które wysyłał znajomym i czasopismom. I gdzie w zarzuconym książkami pokoju o zasłoniętych oknach stawiał ołtarze i palił kadzidła dziwnym i potężnym bóstwom, które sam wymyślał. Żył na przełomie XiX i XX wieku i nazywał się Howard Philips Lovecraft. Gdyby urodził się w innym kraju i w czasach mniejszej wieday i tolerancji, niewątpliwie zostałby uznany za czciciela szatana.

Jego książki nigdy nie przyniosły mu wielkich pieniędzy, a prawdziwą wielką sławę dopiero po śmierci. Wymyślone przez niego poiwory-bóstwa, których nie identyfikował z diabłem, lecz których kult sam chętnie określał "diabelskim", największą popularność tak w Ameryce, jak w Europie zyskały w lalach sześćdziesiątych naszego wieku. W tych samych latach sześćdziesiątych gdy narodziły się współczesne kulty satanistyczne, które apogeum osiągnęły pod koniec lat siedemdziesiątych, i kiedy inny samotnik i outsider, Amerykanin węgierskiego pochodzenia Anton Sandor La Vey wydal w San Francisco "Biblię satanistyczną"

Wróćmy jednak do Lovecrafta. Zamknięty w mrocznym domu w Providence, komunikujący się z resztą świata głównie poprzez literaturę i korespondencję, pisał opowiadanie za opowiadaniem, a w nich tworzył własną religię, nie tylko spTzeczną z chrześcijańską, ale też krwawą, odrażającą i antyhumanistyczną.

Bohaterami Lovecrafta, bohaterami właściwymi, stojącymi ponad akcją opowiadań i tworzącymi tę akcję, były demoniczne o imionach trudnych do wymówienia: "Cthulhu", "Yog - Sothoth", "Aklo Sabaoth", z którymi rozmawiają poprzez sny, myśli i obrzędy nieliczni, lecz rozsiani po całym Świecie wyznawcy. Opowiadania takie jak "Zew Cthulu", "Szepczący w ciemności, "W górach szaleństwa", czy "Cień spoza czasu" stworzyły zręby swoistej mitologii osnutej wokół potężnych istot "starszych niż ludzkość", potwornych, bo całkiem ludziom obcych i zdolnych - gdyby zechciały - zetrzeć w pył całą naszą małą planetę i cywilizację. W niektórych opowiadaniach były to istoty przybyłe przed wiekami gdzieś z gwiazd /pojawia się nawet nazwa planety - Yuggoth/, a zawsze drzemiące gdzieś w ukryciu, na dnie jeziora, w głębi oceanu, w mrocznych podziemiach, w starych domostwach, lub w jakiejś trudnej do określenia niszy czasu i przestrzeni, tuż obok naszego, normalnego świata. Drzemiąc i przekazując myśli wyznawcom, przedwieczne bóstwa - potwory czekają na chwilę by powstać i zmienić świat podług własnego uznania, bez względu na to, czy odpowiada to słabej i nieświadomej ludzkości. W opowiadaniu "Zew Cthulhu", z którego pochodzą rozpoczynające rozdział fragmenty, wyznawcy demonicznego kultu tak opowiadają o swojej wierze:

"Czcili, jak sami powiadali, Wielkie Dawne Bóstwa, które żyły przed wiekami, kiedy to jeszcze nic było ludzi, a które przybyły do tego młodego świata prosto z nieba. Teraz już ich tutaj nie ma, są głęboko pod ziemią i pod dnem oceanów; ale ich ciała zwierzyły swoje tajemnice pierwszemu człowiekowi podczas snu i on to właśnie stworzył kult, który nigdy nie zaniknie. To właśnie ich kult, który jak twierdzili jeńcy, zawsze istniał i będzie istniał, skrywany na dalekich pustkowiach i w mrocznych zakątkach świata, dopóki "Wielki Cthulhu" nie powstanie ze swego spowitego mrokiem domu w potężnym mieście R'lyeh znajdującym się pod wodą i nie obejmie znowu władzy nad światem. Pewnego dnia, kiedy gwiazdy będą gotowe, rozlegnie się jego wołanie, a tajemniczy kult będzie trwał w oczekiwaniu na jego wyzwolenie"

Lovecraft wiąże co prawda swoją "religię" z kosmosem i " bardzo dawnymi eonami, jeszcze przed stworzeniem świata", ale jeśli przyjrzeć się jego demonicznej mitologii, wiele jest w niej elementów zaczerpniętych wprost z różnych zanotowanych w ciągu wieków kultów satanistycznych. Można w każdym razie na ich przykładzie wykazać wiele cech tych kultów, uważanych przez antropologów za charakterystyczne. Oto jak wyglądało główne bóstwo, "Wielki Clhulhu", a raczej jego figurka, która przeraziła jednego z bohaterów opowiadania;

"Zdawała się być jakimś potworem albo symbolem przedstawiającym potwora, o kształcie który tylko schorzała wyobraźnia mogła wymyślić. Jeżeli powiem, że moja cokolwiek ekstrawagancka wyobraźnia podsuwała mi jednocześnie obrazy ośmiornicy, smoka i karykatury człowieka, nie będąc niewierny duchowi tej płaskorzeźby. Gąbczasta, zakończona mackami głowa wieńczyła groteskową i pokrytą łuskami figurkę ze szczątkami skrzydeł..."

Nietrudno skojarzyć te maszkarę z wizerunkami szatanów z kamiennych rzeźb w romańskich i gotyckich katedrach, a także z przedziwnymi wizerunkami piekła na obrazach Hieronima Boscha, oślizłymi żabo-rybami z owadzimi lub nietoperzymi skrzydłami, z ludzkimi rękami lub nogami, z rybim ogonem, jaszczurczym językiem i ludzkim spojrzeniem.

A oto jak wyglądał u Lovecrafta "mieszaniec", istota zrodzona z kobiety i demonicznego bóstwa, występująca w innym opowiadaniu "Koszmar w Dunwich":

"Powyżej pasa był na wpół antropomorficzny, choć jego klatka piersiowa pokryta była pomarszczoną skórą jak u krokodyla albo aligatora. Plecy miał usiane żółtymi i czarnymi plamami, odnosiło się wrażenie, że obciągnięte są hiskowatą skórę węża. Jeszcze gorzej wyglądał poniżej pasa; tu już trudno się było dopatrzeć podobieństwa do człowieka, był lo potwór. Porastała go czarna sierść, a z brzucha zwisało chyba ze dwadzieścia macek ze sterczącymi, czerwonymi otworami gębowymi. Na biodrach, w różowych, otoczonych rzęsami oczodołach, znajdowało się głęboko osadzone, szczątkowe oko; zamiast ogona miał coś w rodzaju trąby albo macki z fioletowymi pierścieniami, co w gruncie rzeczy przypominało szczątkowe usta albo gardło. Porośnięte sierScią kończyny przypominały tylne łapy prehistorycznych jaszczurów, z po-żyłkowanymi brzuścami, nie były to jednak ani kopyta, ani pazury..."

Przypomnijmy teraz pochodzący z XVI wieku opis diablego pomiotu.

"W roku 1544 urodził się w Krakowie diabeł jako potwór arcystrasz-liwy z płomiennymi błyszczącymi oczyma, z byczymi nozdrzami, grzbietem obrośniętym psią sierścią, z małpim pyskiem na piersi, z kocimi ślepiami na podbrzuszu, z ponurymi łbami psimi na łokciach i na stopach, z łabędzimi nogami i podwiniętym ku górze ogonem półlo-kciowym"

Czy nie ma wielu analogii? Lovecrafl opisywał swe potwory z całym ogniem swej ekscentrycznej, hodowanej w zamkniętym pokoju wyobraźni, nic zdołał jednak wyzwolić się od znanych diabolicznych wizerunków. Jego antychryst jest oczywiście bardziej przystosowany do wzorów nowoczesnej surrcalistyczno- kosmicznej fantastyki: zamiast kocich oczu na podbrzuszu ma dziwne oko na biodrach, zamiast ogona trąbę z otworem gębowym, zamiast koźlich kopyt czy łabędzich łap - jaszczurcze "ni to pazury, ni szpony", ale ogólnie zbudowany jest według dawnego wzoru. W średniowieczu ludzie wyobrażali sobie diabla jako pół-ludzką, pół-zwierzęcą hybrydę. Jeden z krytyków literackich określił natomiast potwory Lovecrafta sformułowaniem: "Podobnie wyglądałby diabeł, którego wyobraził sobie ktoś, kto prócz znajomości zwierząt domowych wie jeszcze coś niecoś o pierwotniakach i o kosmosie". Jak z tego wynika, w postaciach Wielkich Dawnych Bóstw Lovecraft upersonifikowat sobie dawnego, przez wieki opisywanego szatana, tyle że w wydaniu "kosmicznym".

W jego wymyślonej mitologii można znaleźć wiele wątków zaczerpniętych z wierzeń satanistycznych; krwawe ofiary z ludzi, ekstatyczne orgie, motyw mieszania się istot demonicznych z ludźmi i powstawanie "^degenerowanych mieszańców", nawet znane od wieków w czarnej magii sposoby wywoływania szatana przez ustawienie naprzeciw siebie dwóch luster lub wpatrywanie siQ w kryształ. W "Koszmarze w Dun-wich" Lawinia Whatelcy, córka zdziwaczałego starca mieszkającego na odludziu, oddaje się jednej z demonicznych istot mieszkających "pod ziemią na wzgórzach" i ma z tego związku dwoje bliźniaków. Pierwszy "bardziej podobny do matki", to właśnie opisany powyżej "mieszaniec" Wilbur. Drugi jest bardziej podobny do ojca, i ma postać olbrzymiego, galaretowatego stwora z połową monstrualnej ludzkiej twarzy. Kilkaset lat temu także oskarżano czarownice o "sprzeczne z naturą" stosunki z szatanem, a rodzące się tu i ówdzie ludzkie i zwierzęce mutanty uważano za owoc tych związków.

Zresztą sam Lovecraft nie odżegnuje się od związków swojej mitologii z satanistycznymi kultami. Bohater opowiadania "Duch ciemności", szukając materiałów o starym kościele, znajduje notatkę w kronice:

Ojciec 0'Malley mówi o otaczaniu czcią diabła na podstawie skrzynki znalezionej w egipskich ruinach. Powiada, że przywołują coś, co nie może istnieć w świetle. Ucieka przy słabym oświetleniu, całkowicie znika przy pełnym świetle. Wtedy trzeba to przywoływać ponownie. Prawdopodobnie dowiedział się o tym od Francisa X. Feeneya, który wyznał to na łożu śmierci, a dołączył do Gwiezdnej Mądrości w 1849 roku. Ci ludzie twierdzą, że świecący Trapezoedr pokazuje im niebo i inne światy oraz że Duch Ciemności wyjawia im różne tajemnice. Przywołują go wpatrując się w kryształ, mają także swój własny, sekretny język..."

W opowiadaniu "Zew Cthulhu" pojawia się także antropolog, badający "kult ^degenerowanych Eskimosów odprawiających dziwne obrzędy ku czci szatana, a już szczególnie zmroziła go ich pełna premedytacji i odrażająca żądza krwi. Oprócz potwornych obrzędów i ofiar składanych z ludzi odprawiali jakieś niesamowite, odziedziczone po przodkach rytuały, przeznaczone dla nadrzędnego, starszego diabła albo tornasuka..."

Wyznawcami kultu Wielkich Dawnych Bóstw byli u Lovecrarfta zawsze odszczepieńcy, egzotyczni "mieszańcy krwi", nieczystej rasy Indianie, Hindusi, Eskimosi, Murzyni, a także biali, ale na ogół "zde-generowanej" rasy, prymitywni, ograniczeni i nacechowani genetycznymi skazami. Ten swoisty rasizm łączy Lovecrafla ze współczesnymi ruchami satanistycznymi, ale także z najdawniejszą tradycją demonicznych kultów. W gruncie rzeczy piszący na przełomie wieków samotnik, niezwykle oczytany, ale pełen kompleksów, lęków i zahamowań w swoim odciętym od rzeczywistości domu w Providence był spadkobiercą poglądów dawnych konkwistadorów i kolonistów, którzy odkrywając na nowych lądach odmienne ludy i kultury, nic umiejąc czy nie chcąc ich zrozumieć, dostrzegali w nich szatańskie cechy. Jean Delumeau, Francuz który napisał książkę o przejawach strachu w kulturze Zachodu, stwierdził, że odkrywając nowe lądy koloniści z superkatolickich krajów jak Hiszpania czy Portugalia lub z purytań-skicj Anglii we wszystkim co nieznane i niezrozumiałe odkrywali ślady szponów dobrego znajomego, szatana z chrześcijańskiej Europy.

"Hiszpanie byli przekonani, że zderzają się wszędzie w Ameryce z wielokształtną mocą Złego, ale nie przypuszczali, że byl lo ich własny Lucyper, którego przywieźli ze Starego Świata w ładowniach swych okrętów. Przyjęto na samym początku, że religie tubylcze - wyrocznie, wizerunki bóstw są pochodzenia demonicznego. Lopez de Gomara, który był sekretarzem Coriesa, zapewnia że diabły przemawiały "często i poufale do tubylczych kapłanów i wodzów, objawiając się im na tysiąc sposobów, przepowiadając przyszłość i polecając składać ludzi w ofia-rze. Indianie nie wiedząc wcale, że to były diabły, byli posłuszni i przedstawiali ich w tym kształcie, w jakim się pokazały. Krótko mówiąc w Ameryce przed przybyciem Hiszpanów szatan panował jako władca absolutny".

W Peru hiszpańscy kolonizatorzy wynaleźli sobie nawet lokalnego, całkowicie tubylczego "diabla" imieniem Zupay. Zupay w wierzeniach indiańskich był keczuańskim duchem, niekoniecznie zresztą złym, któremu tubylcy w określonych dniach w roku składali ofiary. Hiszpańscy misjonarze wzięli sobie za punkt honoru przekonać Indian, że ich bóstwo jest ucieleśnieniem samego zła. Tępili go z takim zapałem i upersonifikowali w nim tyle szatańskich cech, że wkrótce sami zaczęli używać imienia "Zupay" zamiast słowa "Szatan". Zupay stal się nadrzędnym diabłem, Lucyferem Ameryki. Misjonarze zrobili w gruncie rzeczy to samo, co kilkaset lat polem i na tym samym kontynencie zrobi! Howard Philips Lovecraft. Wymodelowali sobie takiego diabła, jakiego potrzebowali. Albo raczej, żeby zachować kolejność chronologiczną, to Lcwecraft zrobił kilkaset lat później lo samo co oni.

Krwawe ofiary z ludzi łączą literacki kult Cthulhu z egzotycznymi i pogańskimi obrzędami w sposób najbardziej oczywisty. Inkowie w Święto Słońca mieli składać na szczycie słonecznej świątyni- piramidy ofiarę z jednej z księżniczek lub z wziętych do niewoli młodzieńców.

 

Afrykańskie klany Lwa i Lamparta dokonywały przynajmniej dwa razy do roku rytualnych mordów, a członkowie klanu upijali się ludzką krwią. Egipcjanie zmarłym faraonom i dostojnikom składali na pogrzebie ofiary z ich żon i służby. Hinduski rytuał pogrzebowy nakazy-waf spalić wdowę wraz ze zmarłym mężem. Również w Indiach kasta Thugów czyli wyznawców bogini Kali, zwanych też dusicielami, zrzeszała rytualnych zabójców. Kto rodził się w tej kaście, otrzymywał nakaz religijny zabicia człowieka przynajmniej raz na rok czy też na trzy lata. Niektóre narody polinczyjskie dla uczczenia zwycięstwa składały ofiary z wrogów. Łowcy głów z Nowej Gwinei zjadali ciała wrogów, by wchłonąć we własne ciało ich waleczność, odwagę i siłę. Podróżując, poznając świat i patrząc na niezrozumiałe i niejednokrotnie krwawe rytuały, europejscy koloniści ze zgrozą przekonywali się, że "imperium diabła jesi znacznie rozleylejsze, niż to sobie wyobrażali". Być może wszystkie krwawe obrzędy ./ opowiadaniach Lovecrafta -ludzie mordowani przez Bóstwa o Czarnych Skrzydłach lub składani w ofierze u sióp monolitycznych ołtarzy Wielkiego Cthulhu - były odbiciem podobnych lęków człowieka wychowanego w zamkniętym domu, któremu Świat przedstawiany w książkach i gazetach jawił się jako strefa niepojęta i pełna okrucieństwa. Egzotyczne narody, kultury i obrzędy byh dla pisarza z Providence równie niepojęte, jak dla średniowiecznych kolonistów nowo odkryte kultury. Sposób w jaki Lovec-raft pisze o swoich zmyślonych obrzędach bardzo przypomina w tonie pełne grozy relacje XVI wiecznych zakonników rzuconych na obcy ląd:

"Statuetka została znaleziona kilka miesięcy temu w lasach rosnących na moczarach na południe od nowego Orleanu podczas obławy na czarnoksiężników, którzy mieli odbywać tam swoje zgromadzenia; tak niezwykłe i tak niesamowite były to obrzędy, że policja nie miała wątpliwości, iż natknęła się na jakiś tajemniczy kult, zupełnie nieznany i o wiele bardziej szatański niż wszelkie znane dotąd, najbardziej mroczne kulty czarnoksiężników afrykańskich..."

Należy zaznaczyć, że choć Lovecraft sprzedawał swoje parareligijne fantazje wydawnictwom w postaci opowiadań, po trosze sam w nie wierzył. O jego dzieciństwie i młodzieńczej nauce jeden z biografów pisał:

"W przerwach między kolejnymi książkami urządzał sobie zabawy, które gdyby ktoś je obserwował, mogły zadziwić i zaniepokoić człowieka przyzwyczajonego do stereotypowych zajęć dziecka: budował ołtarze, na których składał ofiary i palił kadzidła, wyśpiewywał psalmy i rytualne pieśni w sobie tylko znanym języku, albo godzinami zastanawiał się nad własną mitologią, precyzującą drobiazgowo wszelkie genealogiczne powiązania między potężnymi, choć na wskroś fantastycznymi bogami".

Będąc w 1924 roku na krótkiej wycieczce w Nowym Jorku Lovccraft poznał niejaką Sopnię Green - kobietę starszą od siebie o kilka lat, ale pełną uroku, towarzyską, pogodnego usposobienia. Energiczna kobieta potrafiła zainteresować sobą młodego samotnika obdarzonego - o czym już wówczas wiedziano - pewnym talentem literackim. Być może uznała, że blady mężczyzna, potrafiący snuć wieczorem w salonie niesamowite, sugestywne opowieści, będzie całkiem oryginalnym i godnym zachodu materiałem na męża. Wkrótce państwo Lovecraft wzięli szybki ślub - głównie dzięki zdecydowanej postawie Sonii - i zamieszkali w wynajętym mieszkaniu w Nowym Jorku. Sonia wystarała się nawet o pracę dla męża w popularnym piśmie wydającym literaturę fantastyczną, "Weird Tales". Lovecraft nie przyjął jednak oferty, a wkrólce także w małżeństwie zaczęło się psuć. Pisarz nie znosił "domu otwartego", jaki prowadziła Sonia, a po krótkim okresie towarzyskiej popularności zaczął znów zamykać się w pokoju ze szczelnymi zasłonami w oknach i pisać godzinami lub - co gorsza - budować ołtarze z dziwacznymi inskrypcjami, palić na nich kadzidła. Nad dziwacznymi ołtarzami Lovecraft potrafił przesiadywać całymi dniami, pogrążony ni to w modłach, ni kontemplacji, ni imaginacji. Sonię niecierpliwiło to, a z czasem zaczęło przerażać. Jej rodzina, uważająca początkowo Lovecrafta za nieszkodliwego literackiego maniaka, który "z czasem znor-malnicje", w końcu uznała, że jest to przypadek beznadziejny i wszczęła starania o separację małżonków.

Zanim jednak krewni zdążyli przeprowadzić niezbędne czynności prawne, wiosną 1926 roku - po niecałych dwóch latach małżeństwa -Lovecraft porzucił żonę i Londyn, by wyjechać do Providence, gdzie znów zaszył się w swoim starym, mrocznym domu. Zupełnie jak ów Duch nie lubiący światła, którego wywoływało się wpatrując się w kryształ.

Trudno stwierdzić, jakie życie prowadził i jak dziwnymi rzeczami zajmował się Howard Philips Lovccraft przez następne 11 lat swego życia. Z książek, jakie w tym czasie napisał, wiemy lylko, źe całą znaną sobie ze spacerów wokół Providence okolicę nowej Anglii przetworzył w wyobraźni w widmowy, niesamowity krajobraz z kopulastymi, gołymi wzgórzami wokół demonicznego, wymyślonego miasta Arkham u sióp gór o nazwie Dark Mountain. Gór, wśród których spod ziemi wydobywały się dziwne glosy, gdzie ukrywały się dziwne, przybyłe z kosmicznych zaświatów groźne istoty.

Pisarz zmarł w marcu 1937 w szpitalu w Providence, w stanie kompletnego zaniedbania organizmu. Prowadził skrajnie niezdrowy, wpół obłąkany tryb życia. Jeden z lekarzy miał powiedzieć, źe w tak zaniedbanym organizmie żaden lekarz nie byłby w stanie poradzić sobie z taką kolekcją chorób, jaką odkryto u Lovecrafta. Pewien biograf napisał, że pisarz po prostu zadręczył się własną imaginacją. To zaś, co najdziwniejsze w łiicrackiej mitologii Lovccrafta, to fakt że choć jego niesamowite krainy, kulty i potwory były jedynie wytworem karmionej różnymi książkami wyobraźni, pewne odpowiedniki tych rojeń można znaleźć w realnej rzeczywistości. W opowiadaniu "Widmo nad In-nsmouth" pisarz wykreował nadmorską osadę, żyjącą /. rybołówstwa, do której pewien żeglarz sprowadza dziwne fetysze i niesamowite istoty. Wprawdzie zapewniają one mieszkańcom osady obfitość ryb, jednak żądają od nich czegoś w zamian. Po pierwsze, osiedlając się w głębi basenu portowego domagają się specjalnych obrzędów na swą cześć i ofiar z ludzi topionych w wodnym rowie. Mieszkańcy Innsmouih wypędzają więc obu pastorów, zamykają kościoły i kaplice, stają się wyznawcami kultu narzuconego przez mieszkających w morzu sprzymierzeńców. O określonych porach na wyspie położonej powyżej portu odprawiają demoniczne obrzędy, podczas których topią w ofia-rze swym bogom tych ludzi, którzy nie chcieli przyłączyć się do kultu. Z czasem niesamowite istoty żądają więcej. Chcą, by ludzie z Innsmoth "zmieszali się" z nimi czyli oddawali swoje kobiety lub braii żony z morza. Z czasem społeczność w Innsmouth przekształca się w społeczność "mieszańców", którzy w młodości przypominają ludzi, a z wiekiem "przemieniają sit;'1 szybciej lub wolniej, zależnie od tego, ile czyjej krwi odziedziczyli, by wreszcie stać się całkiem podobni do potwornych, żabo - rybo - ludzkich Bogów z morza i wieść odtąd w morskich głębinach nieśmiertelne życie.

A teraz z innej beczki, o czymś, o czym Lovecraft mógł wiedzieć, co prasa odnotowała jako całkiem realne wydarzenia. W 1855 roku rybacy z angielskich wysp Canvey znaleźli na plaży dziwne stworzenie, którego nie odważyli się w liście do Londynu nazwać zwierzęciem. Była to istota wzrostu niecałego metra, o grubej, brązowoczarnej skórze, gąbczastej głowie z parą wystających oczu i ... nieco przypominającymi ludzkie nogami, ze stopami uformowanymi tak, że dziwne stworzenie mogłoby kroczyć podobnie jak człowiek. Zdumiewające stworzenie z takimi cechami odpowiadałoby dość dokładnie nie tylko opisom potworów Lovecrafta, ale i wyglądowi hybrydycznych czartów i zjaw piekielnych Hieronimusa Boscha.

Rybacy zresztą nazwali tę martwą istotę "diabłem wodnym". Naukowcom z Londynu, którzy przyjechali zbadać znalezisko, a w końcu niczego nie ustaliwszy nakazali je spalić, rybacy opowiedzieli o wydarzeniu, jakie zdarzyło się w tej okolicy w lutym. Otóż pewnej nocy na świeżo spadłym śniegu pojawiły się niezwykłe ślady kroków, stawianych całkiem jak ludzkie, ale krótkimi, podkówkowatymi stopami. Ślady wyszły z wód zatoki i biegły poplątanym sznurkiem po całej osadzie. Przebiegały bez wysiłku, bez śladów jakiegokolwiek wspinania się, po przeszło dwumetrowych stogach. W jednym miejscu przebiegały przez szczyt dachu, jak gdyby niezwykła istota miała zdolność przenikania przez ściany, po czym wracały do zatoki w nieco innym miejscu niż z niej wyszły. Ślady, zauważone przez ludzi dopiero rano, wzbudziły zabobonny strach wśród przesądnych rybaków. Uznali, że ślady dookoła ich domostwa stawiał podkutymi kopytami czatujący na dusze diabeł. Martwe stworzenie znalezione na plaży, o przypominających ludzkie nogach, mieszkańcy wysp Canwey natychmiast skojarzyli z tamtymi śladami.

Nie wiadomo, czy Lovecraft natknął się kiedykolwiek na tę starą wzmiankę prasową, ależ czyż jego Cthulhu, łączący w sobie cechy ośmiornicy, smoka i karykatury człowieka nie mógłby być imaginacyj-nym rozwinięciem opisu "wodnego diabła" z Canwey? W sierpniu 1954 diabeł na Canwey Island pojawił się znowu. Spacerujący po plaży pastor Overs znalazł w utworzonym przez przypływ zalewie jeszcze jednego "wodnego diabła", tym razem większego, bo mierzącego prawic półtora metra i w lepszym stanie. Natychmiasi wezwał policję, która zabezpieczyia dziwne zwłoki i posłała po ekspertów do Londynu. Opis po wstępnych oględzinach wyglądał mniej więcej tak:

"Dziwna istota posiada dwoje oczu, otwory nosowe i rozwartą jamę gębową, z silnymi ostrymi zębami. Posiada skrzela, ale nie jest pokryta łuską, lecz różową skórą, twardą jak skóra stare] świni. Najbardziej wartym zanotowania jest fakt, iż stwór ów ma dwie krótkie nogi z prawidłowo wykształconymi stopami, zakończonymi pięcioma małymi palcami, ułożonymi w kształcie litery U".

W 1957 i 1966 roku znów znaleziono na wybrzeżu Canwey zdumiewające, podkówkowale "ślady diabła". Jak poprzednio krążyły po całej okolicy, bez względu na właściwości terenu i przeszkody. Badając całą okolicę w 1957 roku zauważono jeszcze jedną rzecz niezwykłą - tropy podkówkowatych stóp wynurzały się z zatoki na plaży w Canwey, zaś po przeciwnej stronie zatoki w Powderham... wchodziły do wody. Jak gdyby spacerujący "diabeł" wszedł sobie do wody w Powderham, przeciął zatokę w linii prostej, idąc po jej dnie około trzy i pół kilometra, by wyjść znów na ląd na plaży w Canwey. Jak gdyby było mu zupełnie wszystko jedno, czy spaceruje po dnie morza, z kilkudziesięciu metrami wody morskiej nad głową, czy też po suchym lądzie, oddychając powietrzem.

Diabeł z Canwey to ty!ko jedna z zagadek tak zbliżona do fantasmagorii Lovecrafta, jak gdyby on sam ją wymyślił. Inną jest np. wyspa Gobba położona w okolicach Cieśniny Toressa.



dalej


strona główna
(23kB)