(23kB)
strona główna


 

STEPHEN KING

 

 

 

Cmętarz Zwieżąt

(Przełożyła Paulina Braiter)

Oto kilku ludzi, którzy napisali książki opowiadające o tym, co robili i czym się przy tym kierowali:

 

John Dean. Henry Kissinger. Adolf Hitler. Caryl Chessman. Jeb Magryder. Napoleon. Talleyrand. Disraeli. Robert Zimmerman, znany powszechnie jako Bob Dylan. Locke. Charlton Heston. Errol Flynn. Ajatollah Chomeini. Gandhi. Charles Olson. Charles Colson. Wiktoriański dżentelmen. Doktor X.

 

Większość ludzi wierzy też, iż Bóg napisał Księgę, czy może Księgi, opowiadające o tym, co zrobił i - przynajmniej w pewnym stopniu - czym się przy tym kierował. A skoro większość owych ludzi wierzy również, że człowiek został stworzony na Jego podobieństwo, Boga także można uznać za osobę... czy raczej Osobę.

 

A oto inni ludzie, którzy nie napisali książek opowiadających o tym, co robili... i co widzieli:

 

Człowiek, który pochował Hitlera. Człowiek, który przeprowadził sekcję zwłok Johna Wilkesa Bootha. Człowiek, który zabalsamował Elvisa Presleya, i ten, który uczynił to samo - według opinii większości znawców, bardzo kiepsko - z papieżem Janem XXIII. Kilkudziesięciu grabarzy, którzy oczyszczali Jonestown, dźwigali worki ze zwłokami, odganiali roje much, nabijali papierowe kubki na szpikulce używane przez dozorców w miejskich parkach. Człowiek, który skremował Williama Holdena. Mężczyzna, który pokrył ciało Aleksandra Wielkiego złotem, tak by nie tknął go trupi rozkład. Ludzie, którzy mumifikowali faraonów.

 

Śmierć jest tajemnicą, a pogrzeb - sekretem.

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

CMĘTARZ ZWIEŻĄT

 

Jezus rzekł im:

- Nasz przyjaciel Łazarz śpi, pójdę jednak, by zbudzić go ze snu.

Wówczas uczniowie spojrzeli po sobie z uśmiechem, bo nie wiedzieli, że Jezus mówi w przenośni.

- Panie, skoro śpi, zdrów będzie. Wtedy Jezus przemówił otwarcie.

- To prawda, Łazarz nie żyje... lecz i tak pójdźmy do niego.

 

Ewangelia według świętego Jana (parafraza)

 

1.

Louis Creed stracił ojca, gdy miał zaledwie trzy lata; nigdy nie poznał swych dziadków i nie oczekiwał bynajmniej, że wkraczając w wiek średni, znajdzie nowego ojca, jednakże tak właśnie się stało - choć, jak wypada dorosłemu mężczyźnie, spotykającemu tak późno człowieka, który winien odgrywać tę rolę, nazwał go przyjacielem. Poznali się wieczorem tego dnia, gdy wraz z żoną i dwójką dzieci wprowadzał się do wielkiego, białego drewnianego domu w Ludlow. Razem z nimi przybył tam również Winston Churchill, czyli Church, kot córki Louisa, Eileen.

Uniwersyteccy wywiadowcy działali powoli, poszukiwania domu w znośnej odległości od uczelni przypominały mrożący krew w żyłach thriller, toteż kiedy wreszcie zbliżyli się do miejsca, w którym miała stać wymarzona siedziba (Wszystko się zgadza - jak znaki w noc przez zabójstwem Cezara, pomyślał ponuro Louis), byli zmęczeni, spięci i bardzo drażliwi. Gage ząbkował i awanturował się niemal bez przerwy. Nie chciał zasnąć, choć Rachel starała się ukoić go kołysankami. Potem spróbowała go nakarmić, mimo iż nie nadeszła jeszcze pora, lecz Gage orientował się w rozkładzie posiłków równie dobrze jak ona (a może nawet lepiej) i natychmiast ugryzł ją w pierś swymi nowymi ząbkami. Rachel, wciąż nie do końca przekonana do pomysłu przeprowadzki z Chicago do Maine, wybuchnęła płaczem. Natychmiast dołączyła do niej Eileen, zapewne w odruchu tajemnej kobiecej solidarności. Z tyłu kombi Church krążył niestrudzenie, tak jak to czynił przez ostatnie trzy dni - tyle bowiem zajęła im jazda z Chicago. Zamknięty w klatce przeraźliwie miauczał, ale to niespokojne krążenie, gdy w końcu ustąpili i wypuścili go, było niemal równie irytujące.

Sam Louis także miał ochotę się rozpłakać. Nagle przyszedł mu do głowy szalony, lecz dość nęcący pomysł: zaproponuje, by wrócili do Bangor i przekąsili coś w oczekiwaniu na wóz meblowy, a kiedy trójka zakładników losu wysiądzie, on doda gazu i odjedzie, nie oglądając się za siebie, cisnąc gaz do dechy i napawając się rykiem potężnego, czterocylindrowego silnika wozu, łapczywie żłopiącego cenną benzynę. Ruszy na południe, aż do Orlando na Florydzie, i pod nowym nazwiskiem znajdzie sobie posadę lekarza w Disney Worldzie. Ale zanim skręci na autostradę - dziewięćdziesiątą piątą, na południe - zatrzyma się na poboczu i wyrzuci też tego pieprzonego kota.

I wtedy pokonali zakręt, a ich oczom ukazał się dom, który wcześniej oglądał jedynie sam Louis. Gdy tylko upewnił się ostatecznie co do swej posady na uniwersytecie, przyleciał tu, by przyjrzeć się bliżej wyselekcjonowanym ze zdjęć siedmiu możliwym siedzibom, i wybrał właśnie tę: wielkie stare domostwo w nowoangielskim stylu kolonialnym (lecz niedawno ocieplone i izolowane; koszty ogrzewania, choć koszmarnie wysokie, nie przekraczały poziomu szaleństwa), trzy pokoje na dole, cztery dalsze na piętrze, długa szopa, którą później także można przebudować, a wszystko otoczone rozległym trawnikiem, soczystozielonym nawet w sierpniowym upale.

Za domem rozciągała się wielka łąka, na której mogły bawić się dzieci. Dalej zaczynał się praktycznie niemający końca las. Posiadłość graniczyła z gruntami stanowymi i, jak wyjaśnił pośrednik, w przewidywalnej przyszłości nie planowano tu żadnej rozbudowy. Resztki szczepu Indian Micmaców żądały blisko ośmiu tysięcy akrów ziemi w Ludlow i miastach na wschód od niego. Skomplikowany proces, w którym oprócz stanu stroną był także rząd federalny, potrwa zapewne do następnego wieku.

Rachel natychmiast przestała płakać. Wyprostowała się.

- Czy to...?

- Tak - odparł Louis z lekką obawą (niebezpiecznie graniczącą ze strachem) w głosie. W istocie był przerażony. Za ten dom zastawił dwanaście lat ich życia; spłacą go dopiero wtedy, gdy Eileen skończy siedemnaście lat. Siedemnaście lat! W ogóle nie potrafił sobie tego wyobrazić.

Przełknął ślinę.

- I co ty na to?

- Co ja na to? Jest piękny! - odparta i z serca - oraz umysłu - Louisa spadł olbrzymi kamień. Nie żartowała, widział to po sposobie, w jaki patrzyła na dom, kiedy skręcali w wyasfaltowany podjazd okrążający budynek i wiodący do szopy na tyłach. Jej oczy badały już puste okna, a myśli zaprzątały kwestie takie jak odpowiednie zasłony, cerata do wyłożenia półek w kredensie i Bóg jeden wie, co jeszcze.

- Tatusiu? - zagadnęła siedząca z tyłu Eileen. Ona też już nie płakała. Nawet Gage przestał marudzić. Louis rozkoszował się ciszą.

- Tak, kochanie?

Jej widoczne w lusterku oczy, brązowe pod ciemnoblond grzywką, także badały dom: trawnik, widoczny w dali po lewej dach sąsiedniego budynku, rozległe pole aż po linię lasu.

- Czy to jest nasz dom?

- To będzie nasz dom, złotko.

- Hura! - krzyknęła, ogłuszając go kompletnie. Choć czasami Eileen mocno go drażniła, w tym momencie Louis nie dbał o to, czy kiedykolwiek zobaczy Disney World w Orlando.

Zaparkował przed szopą i zgasił silnik.

Silnik umilkł. W popołudniowej ciszy - która po Chicago, harmidrze State Street i Loopa wydawała się przejmująca - słodko śpiewał ptak.

- Dom - westchnęła cicho Rachel, nie odrywając wzroku od budynku.

- Dom - powiedział z zadowoleniem Gage z jej kolan. Louis i Rachel spojrzeli po sobie. Widoczne w lusterku oczy Eileen rozszerzyły się gwałtownie.

- Czy on...

- Czy ty...

- Czy to...

Wszyscy zaczęli mówić razem i razem wybuchnęli śmiechem. Gage ssał kciuk, nie zwracając uwagi na rodzinę. Prawie od miesiąca mówił „Ma”, a kilka razy zaryzykował nawet coś, co przy dużej dawce życzliwości (bądź, jak w przypadku Louisa, nadziei) można by uznać za „Taaa”.

Ale to, przypadkiem czy dzięki naśladownictwu, było prawdziwe słowo. Dom.

Louis podniósł synka z kolan żony i przytulił mocno.

I tak przybyli do Ludlow.

 

2.

We wspomnieniach Louisa Creeda chwila ta na zawsze zapisała się jako magiczna - być może częściowo dlatego, że rzeczywiście taka była, ale też z tego powodu, iż reszta wieczoru okazała się istnym szaleństwem. Przez najbliższe trzy godziny nie zaznali ani chwili magii czy spokoju.

Louis starannie (był bowiem człowiekiem porządnym i metodycznym) schował klucze do brązowej koperty, opisanej: „Dom w Ludlow - klucze, otrzymane 29 czerwca”. Na czas podróży włożył kopertę do schowka na rękawiczki fairlane'a. Miał co do tego absolutną pewność. Teraz ich tam nie było.

Zaczął ich szukać z rosnącą irytacją (i obawą), a tymczasem Rachel posadziła sobie Gage'a na biodrze i ruszyła w ślad za Eileen ku rosnącemu na polu drzewu. Po raz trzeci zaglądał pod siedzenia, gdy nagle jego córka wrzasnęła i zaczęła płakać.

- Louis! - zawołała Rachel. - Eileen się skaleczyła! Dziewczynka spadła ze zrobionej z opony huśtawki i uderzyła kolanem o kamień. Skaleczenie było płytkie, krzyczała jednak, jakby właśnie straciła nogę, pomyślał (dość nieprzychylnie) Louis. Obejrzał się na dom po drugiej stronie szosy; w oknie salonu płonęło światło.

- W porządku, Eileen - rzekł. - Wystarczy. Ludzie pomyślą, że kogoś tu mordujemy.

- Ale to boooooliiiiiiii!

Louis z trudem opanował zniecierpliwienie i bez słowa zawrócił do wozu. Klucze zniknęły, lecz apteczka wciąż tkwiła w schowku. Zabrał ją i ruszył z powrotem. Kiedy Eileen zobaczyła, co niesie, podniosła jeszcze większy wrzask.

- Nie! Nie to piekące! Nie chcę piekącego! Tatusiu, nie!

- Eileen, to tylko betadyna. Wcale nie piecze.

- Zachowuj się jak duża dziewczynka - dodała Rachel. - To tylko...

- Nienienienienie...

- Przestań albo zaraz zapiecze cię pupa - ostrzegł Louis.

- Jest zmęczona, Lou - powiedziała cicho Rachel.

- Tak, znam to uczucie. Przytrzymaj jej nogę. Rachel odłożyła Gage'a i unieruchomiła nogę Eileen, a Louis pomalował ranę betadyna, nie zwracając uwagi na coraz bardziej histeryczne zawodzenie córki.

- W tamtym domu ktoś właśnie wyszedł na werandę. - Rachel podniosła Gage'a, który zaczynał pełzać po trawie.

- Cudownie - mruknął Louis.

- Jest...

- Zmęczona. Tak, wiem. - Zakręcił buteleczkę i spojrzał ponuro na Eileen. - No proszę. I wcale nie bolało. Przyznaj się, Elle.

- Boli! Właśnie że boli! Booooo...

Zaswędziała go ręka, ale jedynie zacisnął palce na własnej nodze.

- Znalazłeś klucze? - spytała Rachel.

- Jeszcze nie. - Louis zatrzasnął apteczkę i wstał. - Zaraz...

Gage zaczął krzyczeć. Nie marudził ani nie płakał - naprawdę krzyczał, szamocąc się w ramionach matki.

- Co się z nim dzieje? - Rachel niemal na oślep wepchnęła dziecko mężowi. To pewnie jedna z zalet bycia żoną lekarza, pomyślał; zawsze można wtrynić mu dzieciaka, gdy tylko coś się stanie. - Louis! Co się...

Maluch z donośnym rykiem usiłował złapać się za szyję. Louis przekręcił go na bok i ujrzał biały guz, rosnący na skórze Gage'a. I coś jeszcze, na pasku sweterka, coś włochatego, poruszającego się wolno.

Eileen, która właśnie zaczynała się uspokajać, wrzasnęła:

- Pszczoła! Pszczoła! PSZCZOŁA!

Odskoczyła gwałtownie, potknęła się o ten sam wystający nad ziemię kamień, z którym zaznajomiła się wcześniej, usiadła z rozmachem i rozpłakała się z bólu, zaskoczenia i strachu.

Zaraz zwariuję, pomyślał ze zdumieniem Louis. Łeeełeeełeeee...

- Zrób coś, Louis! Nie możesz czegoś zrobić?

- Trzeba wyciągnąć żądło - oznajmił przeciągle głos za ich plecami. - Tak należy postąpić. Wyciągnąć żądło i przyłożyć sodę oczyszczoną. Wtedy zejdzie opuchlizna. - Akcent przybysza był tak silny, że przez moment znużony, rozkojarzony umysł Louisa odmówił współpracy w tłumaczeniu. „Wyćgnońć żonło i przłożyć soode oczyszczono”.

Odwrócił się i ujrzał starego mężczyznę, na oko koło siedemdziesiątki - czerstwej i zdrowej siedemdziesiątki - stojącego na trawie. Nieznajomy miał na sobie farmerki i błękitną płócienną koszulę, z której wyłaniała się mocno pofałdowana i pomarszczona szyja. Twarz miał ogorzałą i palił papierosa bez filtra. Na oczach Louisa starzec kciukiem i palcem wskazującym zgasił papierosa i wsunął go zręcznie do kieszeni. Wyciągnął ręce i uśmiechnął się krzywo; Louisowi natychmiast spodobał się ten uśmiech, a nie należał do ludzi, którzy lgną do innych.

- Nie żebym miał pana uczyć, doktorze - dodał tamten i tak właśnie Louis Creed poznał Judsona Crandalla, mężczyznę, który powinien być jego ojcem.

 

3.

Obserwował ich przyjazd z drugiej strony drogi i kiedy uznał, że „marnie to wygląda” (jego własne słowa), poszedł sprawdzić, czy nie zdoła im pomóc.

Podczas gdy Louis trzymał małego na ramieniu, Crandall zbliżył się, oszacował wzrokiem rozmiary opuchlizny na szyi Gage'a i wyciągnął sękatą, powykręcaną rękę. Rachel otwarła usta, by zaprotestować - jego dłoń, niemal dorównująca wielkością głowie malca, wyglądała okropnie niezgrabnie - ale zanim zdążyła powiedzieć choć słowo, palce starca wykonały jeden szybki ruch, zręcznie niczym u iluzjonisty, popisującemu się karcianymi sztuczkami i posyłającego monety w tajemną otchłań magików. Uniósł dłoń, pokazując żądło.

- Spore - mruknął. - Może nie rekordowe, ale załapałoby się na podium.

Louis wybuchnął śmiechem. Crandall spojrzał na niego z krzywym uśmieszkiem.

- Mocna rzecz, no nie?

- Mamusiu, co powiedział ten pan? - spytała zdumiona Eileen i wtedy Rachel także zaczęła się śmiać. Oczywiście było to okropnie niegrzeczne, lecz jednocześnie wydawało się dziwnie na miejscu. Crandall wyciągnął z kieszeni paczkę chesterfieldów king size, wsunął jednego w kącik pobrużdżonych ust, pogodnie skłonił głowę - teraz już nawet Gage zanosił się gulgoczącym śmiechem, mimo opuchlizny po użądleniu - i zapalił zapałkę, pocierając ją o paznokieć kciuka. „Starzy ludzie mają swoje sztuczki, pomyślał Louis. Nie są to wielkie sprawy, ale niezłe, naprawdę niezłe”.

Przestał się śmiać i wyciągnął tę rękę, która nie podtrzymywała pupy Gage'a - wyraźnie wilgotnej pupy Gage'a.

- Miło mi poznać, panie...

- Jud Crandall - odparł tamten i uścisnął mu dłoń. - Pan pewnie jest doktorem?

- Tak. Jestem Louis Creed. Moja żona Rachel, córka Eileen, a maluch z żądłem to Gage.

- Miło mi.

- Przepraszam za ten śmiech... to znaczy, wszyscy przepraszamy, ale... jesteśmy trochę, no, zmęczeni.

To wysoce nieodpowiednie określenie sprawiło, że znów zaczął chichotać. Czuł się śmiertelnie wyczerpany. Crandall przytaknął.

- Jasne, że tak. - Zabrzmiało to: „Jazne, że taag”. Zerknął na Rachel. - Może zabierze pani małego i córeczkę na chwilkę do nas, pani Creed? Moglibyśmy nasypać na ściereczkę trochę sody oczyszczonej i zrobić mu okład. Moja żona też chętnie was pozna. Rzadko wychodzi z domu. Od dwóch lat za bardzo dokucza jej artretyzm.

Rachel spojrzała szybko na męża, który skinął głową.

- To bardzo uprzejmie z pana strony, panie Crandall.

- Po prostu Jud.

Nagle rozległo się donośne trąbienie i ryk silnika. Wielki błękitny wóz meblowy skręcał właśnie przed dom.

- O Chryste, jeszcze nie znalazłem kluczy! - jęknął Louis.

- Nie ma sprawy - odparł Crandall. - Mam jeden komplet. Clevelandowie - poprzedni właściciele - dali mi je jakieś - och, będzie czternaście, piętnaście lat temu. Długo tu mieszkali. Joan Cleveland była najlepszą przyjaciółką mojej żony. Umarła dwa lata temu. Bill przeniósł się do ośrodka dla emerytów w Orrington. Zaraz je przyniosę. Zresztą teraz należą do was.

- Jest pan bardzo uprzejmy, panie Crandall - powiedziała z wdzięcznością Rachel.

- To nic takiego. Cieszę się, że w sąsiedztwie znów zamieszkają maluchy. - Nienawykłe do jego akcentu uszy ze Środkowego Zachodu wciąż miały kłopoty z rozróżnianiem słów, jakby Crandall przemawiał w obcym języku. - Tylko proszę uważać, żeby nie wybiegały na drogę. Jeździ tędy mnóstwo ciężarówek.

Tuż obok trzasnęły drzwi. Pracownicy firmy przewozowej wyskoczyli z szoferki i szli ku nim. Ellie oddaliła się nieco i nagle spytał:

- Tatusiu, co to?

Louis, który ruszył już na spotkanie przybyszów, obejrzał się przez ramię. Na skraju łąki, gdzie kończył się trawnik, a jego miejsce zajmował łan wysokich letnich traw, zaczynała się szeroka na jakiś metr, starannie przystrzyżona ścieżka. Kręta dróżka wspinała się na wzgórze, okrążała niską kępę krzaków i niewielki brzozowy zagajnik i znikała w dali.

- Wygląda mi na ścieżkę - odparł.

- O tak. - Crandall uśmiechnął się. - Któregoś dnia opowiem ci o niej, panienko. A teraz pójdziemy do mnie i zajmiemy się twoim braciszkiem. Zgoda?

- Jasne - odparła Ellie, po czym z nutką nadziei w głowie dodała: - Czy soda oczyszczona piecze?

 

4.

Crandall istotnie przyniósł klucze, lecz do tego czasu Louis zdążył już znaleźć własny komplet. Schowek na rękawiczki miał u góry wąską szczelinę i niewielka koperta ześlizgnęła się przez nią pomiędzy obwody elektryczne. Wyłowił ją i wpuścił do domu robotników. Crandall oddał mu swoje klucze, przyczepione do starego, zaśniedziałego breloczka. Louis podziękował mu i z roztargnieniem wsunął je go kieszeni, patrząc, jak robotnicy przenoszą ich pudła, szafy, biurka i wszystkie inne rzeczy, które zdołali zgromadzić w ciągu dziesięciu lat małżeństwa. Teraz, z dala od swych zwykłych miejsc, wydawały się dziwnie nieważne. Zbieranina rupieci w pudłach, pomyślał i nagle ogarnęło go przygnębienie. Domyślał się, że czuje coś, co zwykle nazywa się „tęsknotą za domem”.

- Wyrwani z korzeniami i przesadzeni - powiedział niespodziewanie Crandall tuż obok niego. Louis aż podskoczył.

- Pewnie znasz to uczucie?

- Prawdę mówiąc, nie. - Crandall zapalił papierosa. Trzask! Zapałka rozjarzyła się jasnym płomykiem w pierwszym półmroku zmierzchu. - Mój ojciec zbudował tamten dom. Sprowadził do niego żonę i rażeni spłodzili dziecko. To ja byłem tym dzieckiem, urodzonym w samiuśkim roku 1900.

- To znaczy, że masz...

- Osiemdziesiąt trzy lata - odparł Crandall, na szczęście unikając słów „osiemdziesiąt z hakiem”; Louis serdecznie nie znosił tego określenia.

- Wyglądasz o wiele młodziej. Crandall wzruszył ramionami.

- No, w każdym razie mieszkam tu całe życie. Kiedy przyłączyliśmy się do Wielkiej Wojny, wstąpiłem do wojska, ale zamiast do Europy, dotarłem tylko do Bayonne w New Jersey. Paskudne miejsce. Było paskudne już w 1917. Z radością wróciłem tutaj. Ożeniłem się z moją Normą, odpracowałem swoje na kolei i wciąż tu jesteśmy. Ale nawet tu, w Ludlow, wiele widziałem. O tak, naprawdę wiele.

Pracownicy firmy przewozowej zatrzymali się przed drzwiami szopy. Dźwigali sprężynowy materac z wielkiego podwójnego łóżka, które Louis dzielił z Rachel.

- Gdzie to postawić, panie Creed?

- Na górze. Chwileczkę, pokażę panom. - Już ku nim ruszał, lecz zawahał się i spojrzał szybko na Crandalla.

- Idź - rzekł tamten z uśmiechem. - Zobaczę, jak sobie radzi twoja rodzina. Przyślę ich tutaj i przestanę włazić wam w paradę. Ale przy przeprowadzce często zasycha człowiekowi w gardle. Zazwyczaj koło dziewiątej siadam na werandzie i wypijam parę piw. Kiedy jest ciepło i ładnie, lubię patrzeć, jak zapada noc. Czasami dołącza do mnie Norma. Wpadnij, jeśli będziesz w nastroju.

- Może i wpadnę - odparł Louis, choć wcale nie miał takiego zamiaru. Wiedział, co czeka go na werandzie: nieoficjalne (i darmowe) badanie artretyzmu Normy. Spodobał mu się Crandall, jego krzywy uśmieszek, swoboda, jankeski akcent - tak miękki, że ocierający się o zaciąganie. To dobry człowiek, uznał Louis, lekarze jednak szybko robią się nieufni. Niestety, tak to już jest - wcześniej czy później nawet najlepszy przyjaciel prosi o poradę. A ze starszymi ludźmi... podobne prośby nie miały końca. - Ale proszę na mnie nie czekać. Mieliśmy bardzo ciężki dzień.

- Bylebyś wiedział, że nie potrzebujesz specjalnego zaproszenia. - Coś w uśmiechu starego mężczyzny sprawiło, iż Louis odniósł wrażenie, jakby Crandall dokładnie wiedział, o czym myśli nowy sąsiad.

Przez chwilę odprowadzał wzrokiem starca, po czym dołączył do robotników. Crandall szedł szybko i lekko, wyprostowany niczym sześćdziesięciolatek, nie mężczyzna, który przekroczył osiemdziesiąt lat, i Louis odkrył, że zaczyna go lubić.

 

5.

Robotnicy zebrali się przed dziewiątą. Ellie i Gage, kompletnie wyczerpani, spali już w swych nowych pokojach - Gage w kołysce, Ellie na podłodze, na materacu otoczonym spiętrzonymi górami pudeł, pełnych miliardów kredek, całych, połamanych i stępionych, a także plakatów Ulicy Sezamkowej, książeczek z obrazkami, ubrań i Bóg jeden wie, czego jeszcze. I oczywiście był z nią też Church powarkujący gardłowo przez sen. Odgłos ten zastępował u wielkiego kocura zwykłe kocie mruczenie.

Wcześniej Rachel krążyła niespokojnie po domu z Gage'em w ramionach, próbując odgadnąć, gdzie Louis kazał tragarzom ustawić rzeczy, i zmuszając ich do przesuwania, przestawiania i przemieszczania. Na szczęście Louis nie zgubił czeku, który wciąż tkwił w jego kieszeni razem z pięcioma banknotami dziesięciodolarowymi przeznaczonymi na napiwek. Gdy ciężarówka została wreszcie opróżniona, podał tragarzom czek i gotówkę, skinął głową, słysząc ich podziękowania, podpisał pokwitowanie i stanął na werandzie. Patrzył, jak maszerują w stronę wozu. Podejrzewał, że pewnie zrobią sobie postój w Bangor i przepłuczą gardła kilkoma piwami. On też chętnie łyknąłby piwa. W tym momencie przypomniał sobie o Judzie Crandallu.

Usiedli z Rachel przy kuchennym stole i Louis dostrzegł ciemne sińce pod oczami żony.

- Do łóżka - powiedział. - Ale już.

- Zalecenie lekarza? - spytała z lekkim uśmiechem.

- Jasne.

- Zgoda. - Wstała. - Jestem wykończona. A Gage z pewnością będzie marudził w nocy. Idziesz?

Zawahał się.

- Raczej nie. Ten staruszek z tamtej strony ulicy...

- Drogi. Tu, na wsi, nazywają ją drogą. Czy też, jak mawia Judson Crandall, drooogo.

- No dobra, z tamtej strony droogi. Zaprosił mnie na piwo. I chyba skorzystam z zaproszenia. Jestem zmęczony, ale zbyt podekscytowany, by zasnąć.

Rachel uśmiechnęła się.

- Skończy się na tym, że będziesz musiał wypytywać Normę Crandall, gdzie ją boli i na jakim sypia materacu.

Louis roześmiał się. Zabawne - i nieco przerażające - jak po pewnym czasie żony uczą się czytać w myślach mężów.

- Był tu, kiedy go potrzebowałem. Mogę mu wyświadczyć przysługę.

- Handel wymienny?

Wzruszył ramionami. Nie chciał jej mówić - a zresztą i tak nie umiałby tego wytłumaczyć - że tak szybko polubił Crandalla.

- Jaka jest jego żona?

- Strasznie miła - przyznała Rachel. - Gage usiadł jej na kolanach. Byłam zdziwiona, bo miał za sobą ciężki dzień, a wiesz, że nawet w najlepszych warunkach rzadko akceptuje nieznajomych. Ma też lalkę i dała ją Eileen do zabawy.

- Jak oceniasz jej artretyzm?

- Nie najlepiej z nią.

- Wózek?

- Nie... ale bardzo wolno chodzi, a jej palce... - Rachel uniosła własną smukłą dłoń i demonstracyjnie zakrzywiła palce niczym szpony. Louis przytaknął. - Tylko proszę, nie siedź tam długo, Lou. W obcych domach zawsze czuję się okropnie nieswojo.

- Niedługo nie będzie już obcy - odparł Louis i pocałował żonę.

 

6.

Po powrocie do domu Louis czuł się bardzo malutki. Nikt nie prosił go o zbadanie Normy Crandall. Kiedy przeszedł na drugą stronę ulicy („drogi”, upomniał się z uśmiechem), pani domu poszła już na górę. Jud był tylko niewyraźną postacią za siatką zamkniętej werandy. W powietrzu unosił się przyjazny dźwięk: skrzypienie biegunów fotela na starym linoleum. Louis zastukał w siatkowe drzwi, które zagrzechotały w drewnianej ramie. W letnim mroku czubek papierosa Crandalla lśnił niczym wielki, uśpiony świetlik. Ze ściszonego radia dobiegały odgłosy meczu i wszystko to sprawiło, że Louis Creed poczuł się dziwnie, zupełnie jakby wracał do domu.

- Doktorze - rzucił Crandall - tak myślałem, że to ty.

- Mam nadzieję, że mówiłeś poważnie o piwie - odparł Louis, wchodząc do środka.

- Nigdy nie kłamię, jeśli chodzi o piwo - oznajmił Crandall. - Kłamiąc o piwie, można narobić sobie wrogów. Proszę, usiądź. Na wszelki wypadek wsadziłem w lód kilka puszek.

Na długiej, wąskiej werandzie stały rattanowe krzesła i kanapy. Louis przysiadł na jednej, zdumiony, jak bardzo okazała się wygodna. Po lewej ustawiono głęboką blachę pełną kostek lodu, wśród których tkwiło kilka puszek black label. Wziął sobie jedną.

- Dziękuję. - Otworzył piwo. Dwa pierwsze łyki spłynęły w głąb gardła niczym błogosławieństwo.

- Ależ proszę - odparł Crandall. - Mam nadzieję, że będziesz tu szczęśliwy.

- Amen - rzekł Louis.

- A może masz ochotę coś przekąsić? Krakersa? Mógłbym przynieść. Mam też kawał dojrzałego szczura. Byłby w sam raz.

- Kawał czego?

- Szczurzego żarcia, sera. - W głosie Crandalla zabrzmiała nutka rozbawienia.

- Dzięki, starczy mi piwo.

- No to damy sobie spokój. Crandall beknął z zadowoleniem.

- Żona już się położyła? - spytał Louis, zastanawiając się, czemu w ogóle porusza ten temat.

- Owszem. Czasem zostaje dłużej, czasem nie.

- Artretyzm, tak? Bardzo boli?

- Widziałeś kiedyś, żeby nie bolało? - spytał Crandall. Louis potrząsnął głową.

- Chyba jest jeszcze znośnie - powiedział gospodarz. - Nie narzeka zbyt wiele. To porządna dziewczyna, ta moja Norma. - W jego słowach dźwięczało proste, szczere uczucie.

Po drodze z głośnym chrzęstem przejechała cysterna, tak długa, że przez sekundę Louis nie widział swojego domu. W ostatnim blasku dnia dostrzegł, że na boku miała wypisane jedno słowo: „Orinco”.

- Piekielnie wielka ciężarówka - zauważył.

- Orinco leży tuż obok Orrington - wyjaśnił Crandall. - Fabryka nawozów sztucznych. Co chwila tędy jeżdżą. A także cysterny z benzyną, śmieciarki i ludzie, którzy pracują w Bangor i Brewer, a wieczorami wracają do domów. - Potrząsnął głową. - To jedno w Ludlow mi się nie podoba. Ta cholerna droga. Nic z niej dobrego. Cały czas jeżdżą i jeżdżą. Czasami budzą Normę. Do diabła, czasami budzą nawet mnie, a śpię jak cholerny kamień.

Louis, któremu po nieustannym huku Chicago ta część stanu Maine wydawała się niemal niesamowicie cicha, jedynie skinął głową.

- Pewnego dnia Arabowie zakręcą kurek i na linii ciągłej będzie można zasadzić fiołki - oznajmił Crandall.

- Może i racja. - Louis przechylił puszkę i ze zdumieniem odkrył, że jest pusta. Gospodarz roześmiał się.

- Łap, doktorze. Z tej nic już nie wyciśniesz. Louis zawahał się.

- Zgoda. Ale tylko jedną. Muszę wracać do domu.

- Jasne. Przeprowadzka to koszmar, prawda?

- O tak - zgodził się Louis. Na jakiś czas obaj umilkli. Cisza miała w sobie coś przyjaznego, jakby znali się od bardzo dawna. Dotąd Louis czytał o czymś takim w książkach, ale sam nigdy tego nie doświadczył. Zawstydził się swoich wcześniejszych myśli o darmowych poradach medycznych.

Po drodze z rykiem przejechała półciężarówka. Jej światła rozbłysły niczym gwiazdy na ziemi.

- To naprawdę paskudna droga - powtórzył Crandall z namysłem, jakby mówił do siebie, po czym odwrócił się do Louisa. Na jego pomarszczonych wargach zatańczył osobliwy uśmieszek. Wsunął w kącik ust chesterfielda i kciukiem zapalił zapałkę. - Pamiętasz tę ścieżkę, o której wspomniała twoja dziewczynka? - Przez moment Louis nie wiedział, o czym tamten mówi. Zanim Ellie opadła w końcu z sił i położyła się do łóżka, wspominała o całym mnóstwie rzeczy. W końcu jednak przypomniał sobie. Szeroka, wystrzyżona, kręta ścieżka, wiodąca poprzez zagajnik i dalej za wzgórze.

- Owszem. Obiecałeś, że kiedyś jej o niej opowiesz.

- Jasne. I zrobię to - odparł Crandall. - Ścieżka zagłębia się w las na ponad dwa kilometry. Miejscowe dzieciaki z okolic trasy numer 15 i Middle Drive utrzymują ją w porządku, bo z niej korzystają. Dzieci zjawiają się i odchodzą - w dzisiejszych czasach ludzie przeprowadzają się częściej niż wtedy, gdy byłem małym chłopcem; wówczas wybierało się sobie jedno miejsce i trzymało się go - ale najwyraźniej opowiadają sobie o niej i każdej wiosny nowa grupka przycina trawę na ścieżce. Utrzymują ją w porządku całe lato. Wiedzą, że tam jest. Nie wszyscy dorośli w mieście wiedzą - większość, owszem, jednak nie, bynajmniej nie wszyscy - ale dzieci tak. Założyłbym się, o co zechcesz.

- Wiedzą, że co tam jest?

- Cmentarz zwierząt - wyjaśnił Crandall.

- Cmentarz zwierząt - powtórzył z rozbawieniem Louis.

- Nie jest to tak dziwne, jakby się mogło wydawać. - Crandall zaciągnął się dymem i zakołysał w fotelu. - To ta droga. Ginie na niej dużo zwierząt. Głównie psy i koty, ale nie tylko. Jedna z tych wielkich ciężarówek „Orinco” przejechała oswojonego szopa, którego hodowały dzieci Ryderów. To było - Chryste, jeszcze w siedemdziesiątym trzecim. Może nawet wcześniej. Zanim władze stanowe zakazały trzymania w domach szopów i odsmrodzonych skunksów.

- Czemu to zrobili?

- Wścieklizna - odparł Crandall. - Tu w Maine ciągle pojawia się wścieklizna. Kilka lat temu wielki stary bernardyn na południu stanu wściekł się i zabił czworo ludzi. Paskudna sprawa. Nie zaszczepili go. Gdyby ci durnie dopilnowali, żeby dostał szczepionkę, nigdy by do tego nie doszło. Ale szopa czy skunksa można szczepić co pół roku, a i tak nie jest bezpieczny. Lecz szop chłopaków Rydera był, jak się kiedyś mówiło, „słodkim” szopem. Podłaził wprost do człowieka - a gruby był, że strach! - i lizał po twarzy niczym pies. Ich ojciec zapłacił nawet weterynarzowi, żeby go wykastrował i usunął mu pazury. To musiał kosztować prawdziwą fortunę.

Stary Ryder pracował w IBM w Bangor. Potem przenieśli się do Kolorado. Pięć lat temu... a może to było sześć? Zabawne pomyśleć, że ci dwaj będą mogli wkrótce zrobić prawo jazdy. Czy bardzo rozpaczali z powodu szopa? Chyba tak. Matty Ryder płakał tak długo, że jego matka przestraszyła się i chciała wezwać lekarza. Pewnie już mu przeszło, ale nie zapomniał. Kiedy kochany zwierzak ginie na drodze, dzieciaki nigdy nie zapominają.

Myśli Louisa powędrowały ku Ellie, takiej, jaką widział ją tego wieczoru: śpiącej twardo z Churchem pomrukującym zgrzytliwie w nogach materaca.

- Moja córka ma kota - rzekł głośno. - Winstona Churchilla. Wołamy na niego Church.

- Podzwania, kiedy chodzi?

- Słucham? - Louis nie miał pojęcia, o czym tamten mówił.

- Wciąż ma jaja czy go wykastrowaliście?

- Nie - odparł Louis. - Nie wykastrowaliśmy.

W istocie już w Chicago były z tym problemy. Rachel chciała wykastrować Churcha, zamówiła już wizytę u weterynarza. Louis ją odwołał. Nawet teraz nie był pewien, dlaczego to zrobił. Nie chodziło o coś tak prostego i głupiego, jak powiązanie własnej męskości z męskością kocura córki, ani też o niechęć na myśl, że Church będzie musiał przez to wszystko przejść tylko po to, by tłusta kura domowa z sąsiedztwa nie musiała zakręcać plastikowych kubłów na śmieci, żeby nie dobierał się do nich więcej i nie badał zawartości. Jedno i drugie było częścią problemu, przede wszystkim jednak dręczyło go niejasne, lecz przejmujące przeczucie, że zabieg zniszczy w Churchu coś, co on sam cenił najbardziej - że zgasi diabelskie śmiałkowate światełko w zielonych oczach kota. W końcu przekonał Rachel, że skoro wkrótce przeprowadzają się na wieś, problem zniknie. A teraz Judson Crandall przypominał mu, iż życie w Ludlow oznaczało także oswojenie się z trasą numer 15. Bardzo ruchliwą trasą. I pytał, czy kot został wykastrowany. To dopiero. Proszę spróbować ironii, doktorze Creed - dobrze robi na wzmocnienie.

- Na twoim miejscu wykastrowałbym go - oznajmił Crandall, zgniatając papierosa między kciukiem i palcem wskazującym. - Wykastrowany kot nie wałęsa się wokół domu. Gdyby ciągle przebiegał przez drogę, w końcu zabrakłoby mu szczęścia i wylądowałby obok szopa dzieciaków Rydera, cocker-spaniela małego Timmy'ego Desslera i papużki panny Bradleigh. Nie żeby papużka zginęła na drodze, rozumiesz. Po prostu któregoś dnia padła.

- Zastanowię się nad tym - obiecał Louis.

- Zrób tak. - Crandall wstał. - Jak tam piwo? Chyba jednak skuszę się na plasterek szczurzego żarcia.

- Piwa już nie ma - odparł Louis, także wstając. - A ja powinienem iść. Jutro mam wielki dzień.

- Zaczynasz na uniwersytecie? Louis przytaknął.

- Dzieciaki wrócą dopiero za dwa tygodnie, ale do tego czasu powinienem się zorientować w tym, co robię. Nie sądzisz?

- Jasne. Jeśli nie wiesz, gdzie znaleźć pigułki, prosisz się o kłopoty. - Crandall wyciągnął dłoń i Louis uścisnął ją, pamiętając, że stare kości są wrażliwsze na ból. - Wpadaj, kiedy będziesz miał ochotę. Chcę, żebyś poznał moją Normę. Chyba jej się spodobasz.

- Tak zrobię - odrzekł Louis. - Cieszę się, że cię poznałem, Jud.

- I nawzajem. I nawzajem. Przyzwyczajcie się do tego miejsca. Może nawet zostaniecie tu dłużej.

- Taką mam nadzieję.

Louis ruszył wolno osobliwie wybrukowaną ścieżką. Musiał przystanąć na poboczu drogi, czekając, aż przejedzie kolejna ciężarówka, której tym razem towarzyszyło pięć samochodów zmierzających w stronę Bucksport. Potem, unosząc dłoń w niemym pozdrowieniu, przeszedł na drugą stronę ulicy (drogi - upomniał się w duchu) i otworzył drzwi nowego domu.

W środku panowała cisza, przerywana tylko odgłosami snu. Ellie najwyraźniej się w ogóle się nie poruszyła, a Gage leżał w kołysce, śpiąc w typowej Gage'owskiej pozycji, na wznak, z szeroko rozrzuconymi rękami i butelką w pobliżu. Louis przystanął, patrząc na syna. Jego serce gwałtownie wezbrało miłością do chłopca, tak silną, że wydawała się niemal niebezpieczna. Przypuszczał, że częściowo sprawiła to emocjonalna pustka po rozstaniu ze znajomymi miejscami i twarzami w Chicago, które obecnie zniknęły z ich życia, oddalając się z każdym kilometrem, tak skutecznie, że równie dobrze mogły w ogóle nie istnieć. W dzisiejszych czasach ludzie przeprowadzają się częściej... wówczas wybierało się jedno miejsce i trzymało się go. Było w tym sporo prawdy.

Podszedł do syna i ponieważ obok nie było nikogo, kto mógłby to zobaczyć, nawet Rachel, ucałował czubki swych palców, po czym musnął nimi policzek Gage'a przez pręty kołyski.

Gage zamlaskał i przekręcił się na bok.

- Śpij dobrze, malutki - szepnął Louis.

Rozebrał się szybko i wśliznął na swoją połowę podwójnego łóżka, obecnie będącego jedynie materacem na podłodze. Czuł, jak zaczyna go opuszczać napięcie całego dnia. Rachel nawet nie drgnęła. Wokół nich piętrzyły się upiorne stosy nierozpakowanych pudeł.

Tuż przed zaśnięciem Louis podparł się na łokciu i wyjrzał przez okno. Ich sypialnia mieściła się od frontu, toteż mógł sięgnąć wzrokiem na drugą stronę drogi, aż do domu Crandallów. Był zbyt ciemno, by móc dostrzec jakiekolwiek kształty - co innego w jasną księżycową noc - widział jednak żarzący się w dali koniuszek papierosa. Jeszcze się nie położył, pomyślał. Może tak siedzieć bardzo długo. Starzy ludzie marnie sypiają. Może czuwając pełnią straż?

Ale kogo się obawiają?

Myślał o tym, zapadając w sen. Śniło mu się, że jest w Disney Worldzie. Prowadził śnieżnobiałą furgonetkę z wymalowanym na boku czerwonym krzyżem. Obok niego siedział Gage, lecz we śnie Gage miał co najmniej dziesięć lat. Na tablicy rozdzielczej furgonetki przycupnął Church, przyglądając się Louisowi jaskrawozielonymi oczami. A na głównej ulicy obok dworca kolejowego z końca zeszłego wieku Myszka Miki ściskała dłonie zgromadzonych wokół niej dzieci. Jej wielkie, białe rękawice połykały kolejne malutkie, ufne rączki.

 

7.

Przez następne dwa tygodnie cała rodzina pracowała jak szalona. Louis powoli przywykał do nowej posady (czy przywyknie do niej, gdy cały kampus zaleje fala dziesięciu tysięcy studentów, wielu z nich uzależnionych od alkoholu bądź narkotyków, cierpiących na choroby weneryczne, niespokojnych o swe stopnie, dręczonych przez depresję i tęsknotę za domem... a do tego jeszcze kilkunastu, głównie dziewczęta, chorych na anoreksję, to już inna sprawa). Podczas gdy Louis oswajał się ze swą pracą szefa uniwersyteckiego ośrodka zdrowia, Rachel oswajała się z domem. I w trakcie oswajania zaszło coś, na co Louis niemal nie śmiał liczyć - pokochała to miejsce.

Gage mężnie znosił stłuczenia i upadki związane z poznawaniem nowego otoczenia. Przez jakiś czas jego rozkład dnia i nocy wyraźnie się zaburzył, lecz w połowie drugiego tygodnia w Ludlow malec znów zaczął normalnie sypiać. Tylko Ellie, przed którą roztaczała się perspektywa rozpoczęcia nauki w przedszkolu, w zupełnie nowym miejscu, cały czas wydawała się przesadnie podniecona i skłonna do gwałtownych reakcji: histerycznych chichotów, głębokiego przygnębienia bądź nagłych ataków furii. Wszystko to przypominało niemal menopauzę. Rachel twierdziła, że jej przejdzie, gdy przekona się na własne oczy, iż szkoła nie jest straszliwym czerwonym diabłem, za którego ją uważała. Louis przypuszczał, iż żona ma rację. Przez większość czasu jednak Ellie była taka jak zawsze - kochana.

Wieczorne picie piwa z Judem Crandallem stało się już niemal tradycją. Mniej więcej wtedy, gdy Gage znów zaczął przesypiać noce, Louis pierwszy raz przyniósł sześciopak. Potem powtarzał to co drugi, trzeci wieczór. Poznał też Normę Crandall, uroczą kobietę cierpiącą na ostry artretyzm - paskudny artretyzm, niszczący tak wiele radości życia w poza tym zdrowych starych ludziach. Jednakże Norma dobrze podchodziła do swojej choroby. Nie poddawała się bólowi. Nigdy nie wywiesi białej flagi. Ból może ją pokonać - jeśli zdoła. Louis sądził, że czeka ją od pięciu do siedmiu produktywnych lat, choć zapewne nie będzie czuła się najlepiej.

Całkowicie wbrew swoim niezłomnym zasadom zbadał ją - gdyż sam tego chciał. Przejrzał recepty jej lekarza i odkrył, że są dokładnie takie jak powinny. Z uczuciem zawodu stwierdził, że w żaden sposób nie może jej pomóc; doktor Weybridge, który opiekował się Normą Crandall, miał wszystko pod kontrolą. Nic więcej nie dało się zrobić - o ile nie dojdzie do gwałtownego przełomu, możliwego, lecz bardzo mało prawdopodobnego. Człowiek uczy się to akceptować. W przeciwnym razie prędzej czy później wylądowałby w pokoju bez klamek, skąd pisałby do rodziny listy kredkami świecowymi.

Rachel także ją polubiła. Ostatecznie przypieczętowały przyjaźń, wymieniając przepisy, tak jak chłopcy wymieniają się kartami baseballowymi: domową szarlotkę Normy w zamian za strogonowa Rachel. Norma natychmiast poczuła sympatię do obojga dzieci Creedów - zwłaszcza do Ellie, która, jak mówiła, wyrośnie na „staroświecką piękność”. Tej nocy Louis powiedział Rachel w łóżku, że przynajmniej Norma nie zapowiedziała, iż z ich córki będzie kiedyś prawdziwy „słodki szop”. Rachel przyjęła te słowa tak gwałtownym śmiechem, że aż puściła bąka, po czym wybuch radości obojga obudził śpiącego w sąsiednim pokoju Gage'a.

W końcu nadszedł pierwszy dzień przedszkola. Louis, który praktycznie doprowadził już do ładu całe ambulatorium i sprzęt medyczny ośrodka (poza tym przychodnia była obecnie zupełnie pusta. Ostatnia pacjentka, letnia studentka, która złamała nogę na schodach, została zwolniona tydzień wcześniej) wziął sobie wolne. Stał na trawniku obok Rachel, z Gage'em w ramionach, patrząc jak wielki, żółty autobus skręca z głównej drogi i przystaje z łoskotem przed ich domem. Drzwi z przodu rozsunęły się. Wrześniowe powietrze przyniosło z sobą piski i śmiechy wielu dzieci.

Ellie posłała rodzicom przez ramię dziwnie bezbronne spojrzenie, jakby mówiła, że jest jeszcze czas, by zapobiec nieuniknionemu. Być może to, co dojrzała w ich twarzach przekonało ją, iż czas ów minął i musi poddać się temu, co nastąpi - tak jak Norma Crandall musi poddać się rozwojowi swego artretyzmu. Dziewczynka odwróciła się i wdrapała po stopniach autobusu. Drzwi z przypominającym oddech smoka sykiem zamknęły się za nią. Autobus odjechał. Rachel wybuchnęła płaczem.

- Na miłość boską, nie płacz - rzucił Louis. On sam jakoś się trzymał, choć, trzeba przyznać, był bliski łez. - To tylko pół dnia.

- Pół dnia jest już dostatecznie okropne - odparła ostro Rachel i zaczęła płakać jeszcze głośniej. Louis przytulił ją. Gage objął szyje obojga rodziców. Zazwyczaj gdy Rachel płakała, on płakał także. Ale nie tym razem. Ma nas tylko dla siebie, pomyślał Louis. I doskonale o tym wie.

Pełni lęku czekali na powrót Ellie, pijąc za dużo kawy i zastanawiając się, jak jej idzie. Louis poszedł do pokoju na tyłach, który miał stać się jego gabinetem, i zaczął krążyć bez celu, przekładając papiery z jednego miejsca na miejsce i nie robiąc nic sensownego. Rachel absurdalnie wcześnie zaczęła przygotowywać lunch.

Gdy za kwadrans dziesiąta zadzwonił telefon, pobiegła ku niemu i zdyszana podniosła słuchawkę, nim zdążył zadzwonić powtórnie. Louis stanął w drzwiach pomiędzy gabinetem i kuchnią, pewien, że to nauczycielka Ellie, która zaraz powie, iż uznała, że Ellie się nie nadaje, że żołądek edukacji publicznej uznał ją za niestrawną i postanowił wydalić. W istocie jednak była to Norma Crandall, która dzwoniła, by powiedzieć, że Jud zebrał ostatnie kolby kukurydzy i jeśli chcą, mogą wziąć sobie tuzin. Louis poszedł do nich z torbą na zakupy i zrugał Juda za to, że tamten nie pozwolił mu sobie pomóc.

- Większość z nich i tak jest gówno warta - odparł Jud.

- Oszczędź sobie takiego języka - upomniała go Norma, która wyszła na werandę, dźwigając kubki z mrożoną herbatą na starej reklamowej tacy Coca-Coli.

- Przepraszam, kochana.

- Wcale nie jest mu przykro - oznajmiła Norma i mrugnęła do Louisa.

- Widziałem, jak Ellie wsiadała do autobusu. - Jud zapalił chesterfielda.

- Nic jej nie będzie - dodała Norma. - Prawie zawsze dobrze to znoszą.

Prawie, pomyślał ponuro Louis.

Ale Ellie rzeczywiście nic nie było. Wróciła do domu w południe rozpromieniona i uśmiechnięta. Jej błękitna sukienka na specjalne okazje wydymała się wdzięcznie wokół pokrytych strupami łydek (na kolanie pojawiło się świeże zadrapanie nieznanego pochodzenia). W dłoni ściskała obrazek przedstawiający dwoje dzieci, czy może dwie chodzące beczki. Jeden but miała rozwiązany, a z włosów zniknęła wstążka. Już od progu krzyczała:

- Śpiewaliśmy starego Mc Donalda! Mamusiu, tatusiu, śpiewaliśmy starego Mc Donalda! Tak samo jak w szkole na Carstairs Street!

Rachel obejrzała się na Louisa siedzącego z Gage'em na kolanach. Maluch niemal już zasnął. W spojrzeniu Rachel krył się pewien smutek. I choć szybko odwróciła wzrok, Louis przez chwilę poczuł ukłucie paniki. Naprawdę się zestarzejemy, pomyślał. To prawda. Nikt nie zrobi dla nas wyjątku. Ellie już zaczyna... i my także.

Ellie podbiegła do niego, próbując jednocześnie pokazać mu obrazek, nowe zadrapanie, opowiedzieć o starym Mc Donaldzie i pani Berryman. Church kręcił się między jej nogami, mrucząc donośnie. Jakimś cudem dziewczynka ani razu się o niego nie potknęła.

- Ciiii - rzekł Louis i pocałował ją. Gage zasnął, nie zważając na podniecenie rodziny. - Pozwól, że najpierw położę go do łóżeczka. Potem wszystko mi opowiesz.

Zaniósł Gage'a na górę, wędrując wśród ukośnych, gorących promieni wrześniowego słońca. I gdy dotarł na podest, ogarnęło go takie uczucie grozy i ciemności, że zamarł bez ruchu i rozejrzał się ze zdumieniem, zastanawiając się, co go naszło. Mocniej przytulił dziecko, niemal przyciskając je do siebie i Gage poruszył się niespokojnie. Na ramionach Louisa wystąpiła wyraźna gęsia skórka.

Co się stało? - zastanawiał się oszołomiony i przerażony. Serce waliło mu jak młotem. Skóra na głowie jakby się ściągnęła; zdawała się zbyt mała, by objąć całą czaszką. Czuł gwałtowny napływ adrenaliny. Wiedział, że w przypadkach przejmującego strachu ludzkie oczy naprawdę wychodzą z orbit - nie tylko się rozszerzają, ale dosłownie wybałuszają z powodu gwałtownego wzrostu ciśnienia krwi i nacisku płynu mózgowo-rdzeniowego. - Co, do diabła? Czy to duchy? Chryste, naprawdę czuję się, jakby coś otarło się o mnie w tym przejściu, coś, co niemal zobaczyłem.

Na dole siatkowe drzwi trzasnęły głośno, uderzając o framugę.

Louis Creed podskoczył, prawie krzyknął, po czym wybuchnął śmiechem. To tylko jedna z psychologicznych zimnych dziur, przez które czasem przechodzą ludzie. Nic poza tym. Chwilowe zawirowanie. Zdarza się, i tyle. Co takiego powiedział Scrooge do ducha Jakuba Marleya? „Możesz być po prostu cząsteczką niedogotowanego kartofla. Bardziej mi wyglądasz na kawałek (...) mięsa od kości niż na kościotrupa”. Opis ten mógł być trafniejszy - zarówno w sensie fizjologii, jak i psychologii - niż wydawało się Karolowi Dickensowi. Duchy nie istniały, przynajmniej według Louisa. W trakcie swej kariery zawodowej stwierdził śmierć dwóch tuzinów ludzi i ani razu nie poczuł, jak uchodzi z nich dusza.

Zaniósł Gage'a do pokoju i położył w kołysce. Jednak gdy okrywał synka kocem, poczuł na plecach nagły dreszcz i przypomniał sobie sklep wuja Carla. Nie było w nim nowych samochodów, telewizorów z modnymi gadżetami ani zmywarek o szklanych drzwiczkach, pozwalających obserwować magiczny proces mycia. Jedynie trumny z podniesionymi wiekami, każda oświetlona starannie osłoniętą lampką. Brat jego matki był przedsiębiorcą pogrzebowym.

- Dobry Boże, skąd te ponure myśli? Daj spokój, otrząśnij się!

Ucałował syna i zszedł na dół, by wysłuchać opowieści Ellie o pierwszym dniu w dorosłej szkole.

 

8.

Tej soboty, gdy Ellie ukończyła swój pierwszy tydzień szkoły i tuż przed powrotem studentów, Jud Crandall przeszedł przez drogę i zbliżył się do siedzącej na trawniku rodziny Creedów. Ellie zeszła właśnie z roweru i piła mrożoną herbatę. Gage raczkował w trawie, przyglądając się robakom i, być może, połykając kilka z nich. Nie przejmował się szczególnie tym, skąd bierze białko.

- Jud! - Louis wstał na widok gościa. - Przyniosę ci krzesło.

- Nie kłopocz się. - Jud miał na sobie dżinsy, rozpiętą pod szyję roboczą koszulę i zielone kalosze. Spojrzał na Ellie. - Nadal chcesz wiedzieć, dokąd prowadzi tamta ścieżka?

- Tak! - Ellie natychmiast zerwała się z miejsca. Jej oczy rozbłysły. - George Buck w szkole mówił mi, że na cmentarz zwierząt. I powiedziałam o tym mamie, ale ona kazała zaczekać na pana, bo pan wie, gdzie to jest.

- Owszem, wiem - odparł Jud. - Jeśli rodzice nie będą mieli nic przeciw temu, zabiorę cię tam na przechadzkę. Ale musisz włożyć kalosze. Miejscami grunt jest podmokły.

Ellie pobiegła do domu.

Jud odprowadził ją rozbawionym, czułym spojrzeniem.

- Może i ty chciałbyś pójść, Louis?

- Chciałbym. - Louis obejrzał się na Rachel. - Pójdziesz z nami, kochanie?

- A co z Gage'em? Słyszałam, że to spory kawał drogi.

- Wsadzę go w nosidełka. Rachel roześmiała się.

- Jasne. To twoje plecy.

Wyruszyli dziesięć minut później. Oprócz Gage'a wszyscy mieli na nogach kalosze. Malec siedział w nosidłach i wybałuszając oczy, przyglądał się wszystkiemu ponad ramieniem Louisa. Ellie bez przerwy wybiegała naprzód, goniąc motyle i zbierając kwiaty.

Trawa na łące sięgała im niemal do pasa. Połyskiwały wśród niej żółte kwiatki nawłoci, letniej plotkarki, co rok zapowiadającej nadejście jesieni. Lecz tego dnia w powietrzu nie czuło się jesieni. Słońce grzało niczym w sierpniu, choć kalendarzowy sierpień dobiegł końca dwa tygodnie wcześniej. Gdy wspięli się na szczyt pierwszego wzgórza, wędrując gęsiego skoszoną ścieżką, pod pachami Louisa wystąpiły mokre plamy potu.

Jud stanął. Z początku Louis sądził, że stary człowiek chce chwilę odetchnąć, potem jednak ujrzał roztaczający się za ich plecami widok.

- Ładnie tutaj - powiedział Jud, wsuwając między zęby źdźbło tymotki.

Cóż za typowe jankeskie niedopowiedzenie, pomyślał z rozbawieniem Louis.

- Jest cudownie - westchnęła Rachel i niemal oskarżycielsko spojrzała na męża. - Czemu wcześniej mi o tym nie powiedziałeś?

- Bo sam nie wiedziałem - odparł Louis, czując ukłucie wstydu. Wciąż znajdowali się na terenie swojej posiadłości. Po prostu do tej pory nie znalazł czasu, by wspiąć się na wzgórze za domem.

Ellie znacznie ich wyprzedzała. Teraz zawróciła i również oglądała wszystko z zachwytem. Church deptał jej po piętach.

Wzgórze nie było wysokie, ale też nie musiało. Gęsty las przesłaniał krajobraz z jednej strony, lecz na zachodzie rozciągał się rozległy widok: złocisty teren, pogrążony w lekkim, letnim śnie. Wszystko trwało w bezruchu, milczące, zamglone. Nawet ruch ciężarówek na drodze ustał i nic nie zakłócało wszechogarniającego spokoju.

Widzieli przed sobą dolinę rzeki Penobscot, którą spławiano drwa z północnego wschodu aż do Bangor i Derry. Wzgórze leżało pomiędzy tymi miastami, na południe od pierwszego i nieco na północ od drugiego. Spokojna rzeka rozlewała się szeroko, jakby pogrążona we własnym, głębokim śnie. Louis dostrzegał w dali Hampden i Winterport. Miał wrażenie, że może odprowadzić wzrokiem czarną, wijącą się wężowo równolegle do rzeki trasę numer 15 aż do Bucksport. Na drugim brzegu rosły soczystozielone drzewa. Widzieli też drogi, pola. Z kopuły starych wiązów wystawała iglica kościoła baptystów w północnym Ludlow, po prawej przycupnął solidny ceglany budynek: szkoła Ellie. Nad ich głowami białe chmury wędrowały leniwie w stronę horyzontu barwy wyblakłego dżinsu. A wszędzie wokół rozciągały się letnie pola, niewiarygodnie płowe i złociste, puste pod koniec cyklu siewów, wzrostu i żniw, uśpione, lecz nie martwe.

- Cudownie to właściwe słowo - rzekł w końcu Louis.

- W dawnych czasach nazywano to miejsce Wzgórzem Widokowym - oznajmił Jud. Wsunął papierosa w kącik ust, lecz go nie zapalił. - Niektórzy wciąż je tak nazywają, ale obecnie, odkąd młodzi przenieśli się do miasta, praktycznie o nim zapomnieli. Wątpię, by teraz przychodziło tu wielu ludzi. Wydaje się, że nie można stąd zobaczyć zbyt wiele, bo wzgórze nie jest wysokie. Naprawdę jednak widać... - Machnął ręką i umilkł.

- Widać wszystko - dokończyła Rachel cichym, pełnym podziwu głosem. Odwrócił się do Louisa. - Kochanie, czy to jest nasze?

- Owszem, to część posiadłości - odparł Jud, zanim Louis zdążył cokolwiek powiedzieć.

A to, pomyślał Louis, zupełnie nie to samo.

W lesie było chłodniej, może nawet o cztery-pięć stopni. Ścieżkę, wciąż szeroką, od czasu do czasu dodatkowo oznaczoną kwiatami (najczęściej zwiędłymi) w garnkach i puszkach po kawie, pokrywała obecnie gruba warstwa suchych sosnowych szpilek. Przeszli jakieś pół kilometra, wędrując w dół, kiedy Jud zawołał Ellie.

- To solidny, lecz bezpieczny spacer dla małej dziewczynki - rzekł ciepło - ale chcę, żebyś obiecała mamie i tacie, że jeśli znów tu się wybierzesz, nie zejdziesz ze ścieżki.

- Obiecuję - odparła natychmiast Ellie. - A dlaczego? Stary mężczyzna zerknął na Louisa, który przystanął, by odpocząć. Dźwiganie Gage'a, nawet w cieniu starych sosen i świerków, było ciężką pracą.

- Wiesz, gdzie jesteście? - spytał Jud.

Louis rozważył i odrzucił kilka odpowiedzi: w Ludlow, w północnym Ludlow, za moim domem, pomiędzy trasą numer 15 i Middle Drive. W końcu pokręcił głową.

Jud wskazał palcem ponad ramieniem.

- Z tamtej strony jest mnóstwo ludzi - rzekł. - To miasto. A po tej stronie nic, tylko lasy, co najmniej przez pięćdziesiąt mil. Tu nazywamy je Lasami Północnego Ludlow, potem jednak zawadzają kącikiem o Orrington, ciągną się dalej, do Rockford, i jeszcze, aż do terenów stanowych, o których wcześniej wspominałem; tych, które chcą odzyskać Indianie. Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale wasz miły domek przy głównej drodze, ze swym telefonem, elektrycznymi światłami i telewizją kablową tak naprawdę leży na skraju głuszy. - Zerknął na Ellie. - Mówię, że nie powinnaś włóczyć się po lesie, Ellie. Mogłabyś zabłądzić i Bóg wie, dokąd byś doszła.

- Nie będę, panie Crandall.

Louis dostrzegł, iż Ellie, choć poruszona słowami starca, nie bała się. Natomiast Rachel patrzyła niespokojnie na Juda, a i sam Louis poczuł lekki niepokój. Przypuszczał, że to typowy dla ludzi z miasta niemal instynktowny lęk przed lasem. On sam nie trzymał w ręku kompasu od czasu swej przygody z harcerstwem dwadzieścia lat wcześniej, a jego wspomnienia, jak orientować się wśród drzew dzięki Gwieździe Polarnej czy mchowi porastającemu stare pnie były równie mętne jak pojęcie, jak wiąże się węzeł płaski czy ósemkę.

Jud uśmiechnął się i zmierzył ich uważnym wzrokiem.

- Pamiętajcie, że nie straciliśmy nikogo w tych lasach od 1934 roku, a przynajmniej nikogo miejscowego. Ostatnią osobą był Will Jeppson. Niewielka strata. Poza Stannym Bouchardem, Will był chyba największym moczymordą po tej stronie Bucksport.

- Mówiłeś „nikogo miejscowego” - zauważyła Rachel głosem nie do końca swobodnym i Louis natychmiast odczytał w jej myślach: My nie jesteśmy miejscowi, a przynajmniej jeszcze nie.

Jud zastanawiał się przez chwilę, w końcu skinął głową.

- Co jakieś dwa-trzy lata gubi się tu jakiś turysta, bo sądzi, że nie zabłądzi tak blisko drogi. Ale nigdy nie straciliśmy żadnego na dobre, moja panno. Nie zamartwiaj się.

- Są tu łosie? - spytała z obawą Rachel i Louis uśmiechnął się. Jeśli Rachel chciała się zamartwiać, nikt nie mógł jej do tego zniechęcić.

- Możesz tu spotkać łosia - odparł Jud - ale nic ci nie zrobi, Rachel. W okresie godowym robią się nieco drażliwe, poza tym jednak tylko patrzą. Jedyni ludzie, których atakują poza czasem rui, to turyści z Massachusetts. Nie wiem, czemu tak jest, ale to prawda. - Louis uznał, że tamten żartuje, jednak nie miał pewności. Jud mówił śmiertelnie poważnie. - Widziałem to po wielekroć. Jakiś gość z Saugos, Milton czy Weston siedzący na drzewie i wrzeszczący o stadzie łosi wielkich jak przyczepy kempingowe. Zupełnie jakby łosie umiały wywęszyć Massachusetts na człowieku. A może to te nowe stroje od L.L. Beana? Nie mam pojęcia. Chciałbym, żeby jeden ze studentów ochrony środowiska zajął się tą sprawą, ale wątpię, by do tego doszło.

- Co to jest ruja? - spytała Ellie.

- Nieważne - ucięła Rachel. - Nie chcę, żebyś tu przychodziła. Chyba że w towarzystwie dorosłego. - Zbliżyła się o krok do Louisa.

- Nie zamierzałem cię straszyć, Rachel. - Jud był wyraźnie zakłopotany. - Ciebie ani twojej córeczki. W tych lasach nie ma się czego bać. To dobra ścieżka. Wiosną trochę tu dużo robactwa, a przez cały rok jest dość mokro - oprócz pięćdziesiątego piątego; to było najsuchsze lato, jakie pamiętam - ale, do diabła, nie rośnie tu nawet trujący bluszcz ani trujące dęby, które można znaleźć na tyłach szkoły. Trzymaj się od nich z daleka, Ellie, jeśli nie chcesz przez trzy tygodnie kąpać się w krochmalu.

Ellie zakryła dłonią usta i zachichotała.

- To bezpieczna ścieżka - powiedział z naciskiem Jud; Rachel wciąż nie wydawała się przekonana. - Nawet Gage mógłby nią chodzić, a dzieciaki z miasta często tu biegają. Wspominałem już o tym. Utrzymują ją w porządku. Nikt im nie każe, robią to z własnej woli. Nie chciałbym zepsuć Ellie zabawy. - Nachylił się nad nią i mruknął: - Tak to już jest w życiu, Ellie. Póki jesteś na ścieżce, nie dzieje się nic złego. Jeśli z niej zboczysz i nie dopisze ci szczęście, zgubisz się, a wtedy ktoś będzie musiał cię szukać.

Szli dalej. Od ciężkiego nosidła Louis zaczął odczuwać bolesne skurcze w plecach, ugiętych pod ciężarem nosidła. Od czasu do czasu Gage oburącz ciągnął go za włosy bądź z entuzjazmem kopał w nerki. Ostatnie letnie komary krążyły wokół twarzy i szyi, śmigając z cichym nieznośnym bzykiem.

Ścieżka opadała w dół, wijąc się między bardzo starymi jodłami. Następnie zagłębiła się w gęste, splątane poszycie. Rzeczywiście było tu wilgotno: kalosze Louisa z mlaskaniem zanurzały się w błocie i stojącej wodzie. W pewnym momencie przekroczyli wąskie bagienko, przeskakując z jednej kępy traw na drugą. To był najgorszy odcinek. Wkrótce potem ścieżka znów ruszyła w górę i pojawiły się drzewa. Gage jakimś cudem zdawał się z każdą chwilą przybierać na wadze, a powietrze podobnym cudem ogrzało się co najmniej o pięć stopni. Po twarzy Louisa ściekały strużki potu.

- Jak ci idzie, kochanie? - spytała Rachel. - Chcesz, żebym trochę go poniosła?

- Wszystko w porządku - odparł. I rzeczywiście było w porządku, choć serce coraz szybciej tłukło mu się w piersi. Znacznie częściej zalecał swym pacjentom ćwiczenia fizyczne, niż sam je uprawiał.

Jud szedł obok Ellie. Jej cytrynowożółte spodnie i czerwona bluza odcinały się jaskrawymi plamami na tle ponurego brązu i zieleni.

- Lou, czy on naprawdę wie, dokąd nas prowadzi? - spytała niespokojnie Rachel, zniżając głos.

- Jasne - zapewnił ją Louis.

- Już niedaleko - zawołał wesoło przez ramię Jud. - Radzisz sobie, Louis?

Mój Boże, pomyślał Louis. Gość jest dobrze po osiemdziesiątce, a w ogóle się nie spocił.

- Bez problemu - odkrzyknął nieco agresywnie. Duma zapewne zmusiłaby go do powiedzenia tego samego, nawet gdyby przeczuwał już nadejście zawału. Uśmiechnął się szeroko, lekko podciągnął paski nosidełka i ruszył naprzód.

Pokonali drugie wzgórze i ścieżka znów opadła, przecinając kępę krzaków i splątanego poszycia wysokości dorosłego człowieka. Następnie zwęziła się i nagle, tuż przed sobą, Louis ujrzał, jak Ellie i Jud przechodzą przez bramę zbitą ze starych, wyblakłych i zniszczonych desek. Czarną obłażącą farbą wypisano na nich ledwie czytelne słowa CMĘTARZ ZWIEŻĄT. Wymienili z Rachel rozbawione spojrzenia i także przeszli przez bramę, instynktownie chwytając się za dłonie, jakby przybyli tu, by wziąć drugi ślub.

Po raz wtóry tego ranka Louis zatrzymał się, zdjęty podziwem.

Iglasta wyściółka zniknęła. Pod ich stopami rozciągała się skoszona trawa, tworząca niemal idealne koło ponaddziesięciometrowej średnicy. Z trzech stron otaczały je gęste krzaki, z czwartej stary wiatrołom, stos zwalonych drzew, wyglądających złowrogo i niebezpiecznie. Mężczyzna, który chciałby przez nie przejść, powinien nałożyć stalowe suspensorium, pomyślał Louis. Całą polanę wypełniały nagrobki, niewątpliwie zrobione przez dzieci z najróżniejszych materiałów, które zdołały zdobyć bądź wyprosić od rodziców - listewek ze skrzynek, kawałków desek, fragmentów ocynkowanej blachy. A jednak oglądane na tle niskich krzaków i poskręcanych drzew walczących o wolną przestrzeń i dostęp do słońca, mimo swej prostoty i prymitywności wydawały się cudownie symetryczne. Otoczenie dodatkowo podkreślało fakt, że za ich powstanie odpowiadają ludzie. Pobliski las sprawiał, że całe miejsce nabierało niezwykłej powagi i uroku, ze swej natury nie chrześcijańskiego, lecz pogańskiego.

- Urocze - mruknęła Rachel, bez specjalnego przekonania.

- Jejku! - krzyknęła Ellie.

Louis zdjął z pleców Gage'a i wyciągnął go z nosidła, tak by mógł sobie poraczkować. Jego kręgosłup odetchnął z ulgą.

Ellie biegała od jednego pomnika do drugiego, wykrzykując bez przerwy. Louis ruszył za nią, podczas gdy Rachel miała oko na małego. Jud usiadł na ziemi, krzyżując nogi, i oparty o wystający kamień zapalił.

Louis zauważył, że panujące tu symetria i porządek nie były złudzeniem. Wszystkie nagrobki tworzyły kolejne koncentryczne kręgi.

KOT SMUCKY - głosił napis na desce, niewątpliwe nakreślony ręką dziecka, lecz bardzo staranny. BYŁ POSŁÓSZNY, a pod tym 1971-1974. Nieco dalej, na obwodzie zewnętrznego kręgu natknął się na kawałek naturalnego łupku z imieniem napisanym wyblakłą, lecz wciąż czytelną czerwoną farbą: BIFFER. Pod spodem nakreślono krótki wierszyk, na którego widok Louis uśmiechnął się szeroko: „Biffer, Biffer pies wspaniały, przez wszystkich kochany cały”.

- Biffer to cocker-spaniel Desslerów - powiedział Jud. Obcasem oczyścił kawałek gruntu i ostrożnie strzepywał tam popiół. - W zeszłym roku przejechała go śmieciarka. Smutna sprawa.

- Owszem - zgodził się Louis.

Niektóre groby ozdobiono kwiatami. Część z nich wciąż była świeża, większość stara, niektóre zupełnie zgniły. Ponad połowa wymalowanych i wypisanych ołówkiem napisów stała się już kompletnie nieczytelna. Inne nagrobki były zaś zupełnie pozbawione napisów. Louis zgadywał, iż pierwotnie oznaczono je kredką bądź kredą.

- Mamo! - wrzasnęła Ellie - tu jest złota rybka, chodź zobacz!

- Dziękuję, wolę nie - odparła Rachel i Louis obejrzał się na nią. Stała samotnie z boku, poza zewnętrznym kręgiem, z bardzo niewyraźną miną.

Nawet tutaj się martwi, pomyślał Louis. Nigdy nie czuła się swobodnie w obliczu oznak śmierci (przypuszczał zresztą, iż dotyczy to każdego), prawdopodobnie z powodu siostry. Siostra Rachel umarła bardzo młodo i zdarzenie to pozostawiło bolesną bliznę. Louis już na początku małżeństwa nauczył się jej nie dotykać. Miała na imię Zelda, zabiło ją zapalenie rdzenia. Jej śmierć, najpewniej długa, bolesna i paskudna odcisnęła piętno na Rachel, będącej wówczas w najbardziej wrażliwym wieku. Skoro chciała o tym zapomnieć, powinno się jej na to pozwolić.

Louis mrugnął do żony, która posłała mu pełen wdzięczności uśmiech.

Uniósł wzrok. Znajdowali się na naturalnej polanie. Przypuszczał, iż wyjaśniało to, dlaczego trawa tak dobrze radziła sobie w tym miejscu: docierało do niej słońce. Mimo wszystko jej utrzymanie wymagało podlewania i starannej opieki. To oznaczało bańki wody, może nawet spryskiwacze cięższe niż Gage z nosidłem, dźwigane na małych plecach. Dziwne, że dzieci tak długo utrzymywały to miejsce. Jego własne wspomnienia dziecięcych zabaw - dodatkowo umocnione doświadczeniami z Ellie - sugerowały, iż dziecięcy entuzjazm płonie jak papier, szybko, gorąco i równie szybko gaśnie.

Lecz te dzieci rzeczywiście długo utrzymywały w porządku cmentarz. Jud miał rację. W miarę jak Louis zbliżał się do środka kręgu, stawało się to coraz bardziej oczywiste. Z każdym krokiem napotykał coraz to starsze groby, coraz mniej czytelnych inskrypcji, lecz te, które mógł odszyfrować, tworzyły prowizoryczną chronologię, sięgającą daleko w przeszłość. Oto TRIXIE ZABITA NA DRODZE 15 WRZEŚNIA 1968. W tym samym kręgu znajdowała się szeroka, płaska deska, głęboko wbita w ziemię. Mróz i roztopy wypaczyły ją, lecz Louis wciąż dostrzegał litery tworzące napis: PAMIĘCI MARTY, NASZEJ KRULICZKI, ZMARŁEJ 1 MARCA 1965. Rząd dalej dostrzegł GENERAŁA PATTONA (NASZ! POCZCIWY! PIES! - podkreślał napis), który zdechł w 1958, i Polinezję (zapewne papugę, jeśli Louis dobrze pamiętał „Doktora Dolittle”), która wyskrzeczała swoje ostatnie „Poiły chce ciasteczko” latem 1953 roku. W następnych dwóch rzędach niczego nie dało się odczytać, a potem, wciąż daleko od środka, wykute w kawałku piaskowca litery głosiły: HANNAH NAJLEPSZY PIES JAKI KIEDYKOLWIEK ŻYŁ 1929-1939. Choć piaskowiec był względnie miękki - i w rezultacie z napisu pozostał już tylko widmowy ślad - Louisowi trudno było sobie wyobrazić, ile godzin musiało spędzić dziecko wypisując w kamieniu tych sześć słów. Cóż za ogromne dzieło miłości i rozpaczy. Nawet rodzice nie robią czegoś takiego dla swych własnych rodziców, bądź dzieci, jeśli te umrą młodo.

- To naprawdę stare miejsce - rzekł do Juda, który wstał i dołączył do niego. Tamten przytaknął.

- Chodź tutaj, Louis, chcę ci coś pokazać.

Podeszli do rzędu, który od środka dzieliły zaledwie trzy rzędy. W tym miejscu wzór kręgów, dalej sprawiający wrażenie przypadkowego, był bardzo wyraźny. Jud przystanął przed wywróconym kawałkiem łupku. Ukląkł ostrożnie i postawił go na miejscu.

- Kiedyś były tu słowa - rzekł. - Sam je wykułem, ale już się starły. Pogrzebałem tu mojego pierwszego psa, Spota. Zdechł ze starości w 1914 roku, gdy wybuchła Wielka Wojna.

Nieco rozbawiony myślą, że oto znalazł się na cmentarzu starszym niż wiele ludzkich nekropolii, Louis znów ruszył ku środkowi i obejrzał kilkanaście nagrobków. Żaden z nich nie był czytelny, a większość niemal pochłonęła roślinność. Jeden z nich prawie zupełnie przykryła trawa, a kiedy go ustawił, rozległ się cichy odgłos darcia, jakby ziemia protestowała przeciwko oddaniu łupu. Z odsłoniętego miejsca umknęły chrząszcze. Louis poczuł nagły dreszcz. Boot Hill dla zwierząt. Nie wiem, czy podoba mi się ten pomysł.

- Jak stare jest to miejsce?

- Przykro mi, nie wiem. - Jud wsunął dłonie głęboko do kieszeni. - Oczywiście było tu już, kiedy zdechł Spot. W tamtych czasach miałem całą bandę przyjaciół. Pomogli mi wykopać grób. Kopanie w tym miejscu nie jest łatwe - wszędzie pełno kamieni. Trudno je ruszyć. Ja też czasem im pomagałem. - Zaczął wskazywać tu i tam zrogowaciałym palcem. - To tutaj to pies Pete'a LaVassuera, jeśli dobrze pamiętam. A tam leżą trzy koty Albiona Groatleya, pochowane jeden obok drugiego.

Stary Fritchie hodował gołębie wyścigowe. Razem z Alem Groatleyem i Carlem Hannah pochowaliśmy jednego z nich, gdy dopadł go pies. Leży tutaj. - Umilkł, po czym dodał z namysłem: - Jestem ostatni, wiesz. Cała moja banda nie żyje. Wszyscy odeszli.

Louis nic nie powiedział. Stał tylko, przyglądając się zwierzęcym grobom, z rękami w kieszeniach.

- To kamienista ziemia - powtórzył Jud. - I tak nie można w niej zasadzić nic, oprócz zwłok.

Po drugiej stronie polany Gage zaczął płakać. Rachel podniosła go i posadziła na biodrze.

- Jest głodny - oznajmiła. - Chyba powinniśmy już wracać, Lou. - Proszę cię, zgódź się, błagały jej oczy.

- Jasne - odparł, odpowiadając na niemą prośbę. Zarzucił na plecy nosidełko i obrócił się, by Rachel mogła wpiąć w nie Gage'a. - Ellie! Hej, Ellie, gdzie jesteś?

- Jest tam. - Rachel wskazała wiatrołom. Ellie wdrapywała się na niego, jakby znalazła dalekiego kuzyna szkolnych drabinek.

- Słonko, zejdź stamtąd! - krzyknął z niepokojem Jud. - Jeśli wsuniesz stopę w niewłaściwe miejsce, a drzewa się poruszą, złamiesz nogę w kostce.

Ellie zeskoczyła.

- Auu - krzyknęła i zbliżyła się ku nim, rozcierając biodro. Skóra była cała, lecz sztywna, zeschnięta gałąź rozdarła jej spodnie.

- Widzisz, co mam na myśli. - Jud rozczochrał jej dłonią włosy. - Nawet doświadczony leśnik nie wdrapie się na stary wiatrołom, jeśli może go ominąć. Drzewa leżące na kupie robią się złośliwe. Ugryzłyby cię, gdyby mogły.

- Naprawdę? - spytała Ellie.

- Naprawdę - powiedział Louis, zanim Jud zdążył coś rzec.

- Leżą na stosie niczym słomki - dodał starzec. - Jeśli staniesz na jednej, reszta może zwalić się na ciebie jak lawina.

Ellie spojrzała na Louisa.

- To prawda, tatusiu?

- Chyba tak, kochanie.

- Iii! - Obejrzała się na wiatrołom i wrzasnęła: - Rozdarłyście mi spodnie, wy wstrętne drzewa!

Cała trójka dorosłych wybuchnęła śmiechem. Wiatrołom milczał. Tkwił tam w bezruchu, bielejąc w słońcu, tak jak to robił od dziesięcioleci. Louisowi przyszedł nagle na myśl szkielet dawno zmarłego potwora, być może zabitego przez szlachetnego, dobrego rycerza. Smocze kości ułożone w gigantyczny pogrzebowy stos.

Nagle wydało mu się, że jest coś dziwnego w tym, iż wiatrołom przegradza akurat drogę pomiędzy cmentarzem zwierząt i głębokimi lasami, które Jud Crandall nazywał często później „indiańskim lasem”. Trochę to zbyt wygodne, jak na zbieg okoliczności. Sama przypadkowość wiatrołomu zdawała się zbyt sztuczna, zbyt idealna, by stanowić dzieło natury. Zupełnie jakby...

W tym momencie Gage złapał go za ucho i przekręcił, gulgocząc radośnie, i Louis zapomniał na śmierć o wiatrołomach w lesie za cmentarzem zwierząt. Czas było wracać do domu.

 

9.

Kiedy następnego dnia Ellie przyszła do niego, wyglądała, jakby coś ją gryzło. Louis pracował właśnie w swym maleńkim gabinecie nad modelem. Ten miał przedstawiać rolls-royce'a silver ghost z 1917 roku. Sześćset osiemdziesiąt elementów; ponad pięćdziesiąt ruchomych części. Już był prawie skończony i Louis niemal mógł wyobrazić sobie szofera w liberii, potomka w prostej linii osiemnasto- i dziewiętnastowiecznych woźniców, siedzącego z królewską miną za kierownicą.

Odkąd skończył dziesięć lat, miał świra na punkcie modeli. Zaczął od spada z I wojny światowej, którego podarował mu wujek Carl. Potem przerobił większość samolotów Revella, a jako nastolatek dorósł do większych, lepszych modeli. Przechodził fazy okrętów w butelkach i machin wojennych, a nawet budowy pistoletów i rewolwerów, tak realistycznych, iż trudno było uwierzyć, że nie wystrzelą za pociągnięciem spustu - koltów, winchesterów i lugerów, nawet buntline special. Przez ostatnich pięć lat zajmowały go wielkie statki wycieczkowe; na półkach gabinetu na uniwersytecie ustawił modele „Lusitanii” i „Titanica”, a „Andrea Doria”, ukończony tuż przed wyjazdem z Chicago, obecnie żeglował dumnie po obudowie kominka w salonie. Teraz przerzucił się na klasyczne samochody. Jeśli poprzedni schemat się utrzyma, przypuszczał, że minie od czterech do pięciu lat, nim poczuje potrzebę kolejnej odmiany. Rachel traktowała to jego jedyne prawdziwe hobby z typową dla żon pobłażliwością, która, jak podejrzewał, kryła w sobie element pogardy. Nawet po dziesięciu latach małżeństwa zapewne sądziła, że któregoś dnia Louis z tego wyrośnie. Być może częściowo przejęła to podejście po swym ojcu, który zarówno obecnie, jak i w czasie gdy Louis i Rachel się pobierali, uważał, iż jego zięć to prawdziwy palant.

Może Rachel ma rację - pomyślał. - Może pewnego dnia obudzę się w wieku trzydziestu siedmiu lat, upchnę modele na strychu i zajmę się lotniarstwem.

Tymczasem Ellie czekała z poważną miną.

Czyste wiejskie powietrze niosło za sobą typowy dla niedzielnych poranków dźwięk: kościelne dzwony zwoływały wiernych.

- Cześć, tato - powiedziała.

- Cześć, pączku. Co się stało?

- Och, nic takiego - odparła, lecz jej twarz mówiła coś innego. Mówiła, że dzieje się całe mnóstwo rzeczy, a żadna z nich nie jest przyjemna. Świeżo umyte włosy opadały luźno na ramiona; w tym świetle wciąż były bardziej złociste niż brązowe, a przecież w końcu takie się staną. Miała na sobie sukienkę i nagle Louis pomyślał, że jego córka niemal zawsze wkładała sukienkę w niedzielę, choć nie uczęszczali do kościoła. - Co budujesz?

Wyjaśnił jej, starannie przyklejając błotnik.

- Spójrz na to. - Ostrożnie podał córce kołpak. - Widzisz te połączone litery „R”? Ładny szczegół, prawda? Jeśli polecimy do Shytown na Święto Dziękczynienia i wsiądziemy do L-1011, będziesz mogła zobaczyć przez okno silniki z tym samym znakiem.

- Kołpak, wielkie mi coś. - Oddała mu go.

- Proszę cię - rzekł. - Jeśli masz na własność rolls-royce'a, nazywasz to osłoną koła. Jeśli jesteś dość bogata, by kupić sobie rollsa, możesz trochę się popuszyć. Kiedy zarobię drugi milion, też kupię sobie takiego, rolls-royce'a corniche'a. Wówczas gdy Gage pochoruje się w samochodzie, będzie mógł wymiotować na prawdziwą skórę. - No dalej, Ellie, co ci chodzi po głowie? Ale Ellie trzeba było podejść inaczej. Jej nie zadawało się bezpośrednich pytań. Zwykle uważała, by nie ujawnić zbyt wiele. Louis podziwiał w niej tę cechę.

- Czy my jesteśmy bogaci, tatusiu?

- Nie - powiedział. - Ale także nie głodujemy.

- Michael Burns w szkole twierdzi, że wszyscy lekarze są bogaci.

- Możesz powiedzieć Michaelowi Burnsowi w szkole, że wielu doktorów zbija majątek, ale potrzeba do tego dwudziestu lat praktyki, i nikt nie wzbogaci się, kierując ambulatorium na uniwersytecie. Majątki zdobywają specjaliści: ginekolog, pediatra, neurolog. Oni zarabiają więcej. Zwykłym internistom, takim jak ja, zabiera to więcej czasu.

- To czemu nie zostaniesz specjalistą, tatusiu?

Louis pomyślał o swych modelach i o tym, jak któregoś dnia nie chciał już dłużej budować samolotów wojskowych, a potem jak zmęczyły go tygrysy i stanowiska ogniowe. Jak zaczął wierzyć (z perspektywy czasu zdawało się, że doszło do tego niemal z dnia na dzień), iż budowanie statków w butelkach to głupia zabawa. A potem pomyślał, jak wyglądałoby jego życie, gdyby do końca swych dni musiał badać dziecięce stopy w poszukiwaniu zniekształceń palucha, albo wkładać cienkie lateksowe rękawiczki i obmacywać fachowo pochwy kolejnych kobiet w poszukiwaniu guzów bądź nadżerek.

- Po prostu by mi się to nie podobało - odparł.

Church wszedł do gabinetu, zatrzymał się i rozejrzał bystro jasnozielonymi oczami. Bezszelestnie wskoczył na parapet i najwyraźniej zasnął.

Ellie zerknęła na niego i zmarszczyła brwi, co niezwykle zdumiało Louisa. Zazwyczaj córeczka patrzyła na Churcha z czułością i miłością tak głęboką, że niemal bolesną. Teraz zaczęła krążyć po pokoju, oglądając kolejne modele. Wreszcie głosem sprawiającym wrażenie pełnego nonszalancji, zauważyła:

- Rany, na tym cmentarzu zwierząt było naprawdę mnóstwo grobów, prawda?

Tu cię boli, pomyślał Louis, ale nie uniósł wzroku. Zajrzał do instrukcji i zaczął umieszczać na Rollsie reflektory.

- Owszem - rzekł. - Powiedziałbym, że ponad sto.

- Tatusiu, dlaczego zwierzęta domowe nie żyją tak długo jak ludzie?

- No cóż, niektóre zwierzęta żyją równie długo, a inne znacznie dłużej. Słonie dożywają późnego wieku. Są też żółwie morskie tak stare, iż ludzie w zasadzie nie wiedzą, ile mają lat... Albo może wiedzą, tylko nie chcą w to uwierzyć.

Ellie brutalnie zlekceważyła te przykłady.

- Słoni i żółwi morskich nie hoduje się w domu. Domowe zwierzęta wcale nie żyją długo. Michael Burns mówi, że każdy rok życia psa to dziewięć naszych lat.

- Siedem - poprawił odruchowo Louis. - Widzę, do czego zmierzasz, słonko. Jest w tym sporo prawdy. Pies, który dożywa dwunastu lat, to bardzo stary pies. Widzisz, istnieje coś, co nazywamy metabolizmem, i ów metabolizm zajmuje się odmierzaniem czasu. Robi też inne rzeczy - niektórzy ludzie mogą mnóstwo jeść i pozostają szczupli dzięki swemu metabolizmowi, tak jak twoja matka, inni - na przykład ja - nie mogą jeść tak wiele i nie utyć. Nasze metabolizmy po prostu się różnią. Ale przede wszystkim metabolizm jest czymś w rodzaju wbudowanego w ciało zegara. Psy mają dość szybki metabolizm. Ludzie znacznie wolniejszy. Większość z nas dożywa około siedemdziesięciu dwóch lat. A wierz mi, siedemdziesiąt dwa lata to bardzo dużo czasu.

Ponieważ Ellie wyglądała na naprawdę zmartwioną, miał nadzieję, iż jego słowa zabrzmiały szczerzej, niż sam je odczuwał. Miał trzydzieści pięć lat i odnosił wrażenie, że wszystkie te lata przeszły i minęły, nie pozostawiając śladu, szybko i ulotnie, niczym chwilowy przeciąg spod drzwi.

- Natomiast żółwie morskie mają jeszcze wolniejszy metabo...

- A koty? - wtrąciła Ellie, znów spoglądając na Churcha.

- No cóż, koty żyją równie długo jak psy - odparł Louis. - W każdym razie najczęściej. - To było kłamstwo i wiedział o tym. Koty prowadziły gwałtowne życie i często ginęły krwawą, nagłą śmiercią, tuż poza zasięgiem ludzkiego wzroku. Oto Church drzemiący spokojnie w słońcu (bądź sprawiający takie wrażenie), Church, który co noc spał błogo na łóżku jego córki, taki słodki jako kocię, zaplątany w kłębek sznurka. A przecież Louis widział, jak kot torturuje ptaka ze złamanym skrzydłem. W jego zielonych oczach pobłyskiwała ciekawość i - Louis mógł przysiąc - chłodna satysfakcja. Church, gdy coś złapał, przynosił Rachel, by mogła podziwiać zdobycz: mysz, robaka, a raz wielkiego szczura, prawdopodobnie schwytanego w alejce pomiędzy blokami. Szczur był tak zakrwawiony i pokryty skrzepami, iż Rachel, wówczas w szóstym miesiącu ciąży z Gage'em, musiała uciec do łazienki, by zwymiotować. Gwałtowne życie, gwałtowna śmierć. Czasami dopadał je pies i rozdzierał na strzępy, zamiast jedynie ścigać na wzór niezgrabnych i głupkowatych psów z telewizyjnych kreskówek, albo zabijał inny kocur, wyłożona trutka, przejeżdżający samochód. Koty to gangsterzy świata zwierzęcego, żyjący poza prawem i tam ginący. Mnóstwo z nich nie dożyje starości przy kominku.

Ale o tym raczej się nie mówi pięcioletniej córeczce, która po raz pierwszy zastanawia się nad istotą śmierci.

- No wiesz - dodał. - Church ma dopiero trzy lata, a ty pięć. Może wciąż żyć, gdy skończysz piętnaście lat. Będziesz już wtedy w liceum. To bardzo dużo czasu.

- Mnie wcale nie wydaje się dużo. - Głos Ellie wyraźnie drżał. - Wcale nie tak dużo.

Louis przestał udawać, że wciąż pracuje nad modelem i gestem wezwał ją do siebie. Usiadła mu na kolanach; raz jeszcze uderzyła go jej uroda, dodatkowo podkreślona przez wzruszenie. Miała ciemną, niemal południową karnację. Tony Benton, jeden z lekarzy pracujących z Louisem w Chicago, nazywał ją indiańską księżniczką.

- Kochanie - rzekł - gdyby to zależało ode mnie, pozwoliłbym Churchowi dożyć setki, ale nie ja ustalam zasady.

- A kto? - spytała, po czym z nieskończoną wzgardą dodała: - Pewnie Bóg.

Louis zdusił w zarodku nagłe rozbawienie. Sprawa była zbyt poważna.

- Bóg albo ktoś inny - rzekł. - Zegary tykają, to wszystko, co wiem. Nie ma żadnych gwarancji, złotko.

- Nie chcę, żeby Church był taki, jak tamte martwe zwierzęta! - wybuchnęła, wściekła i zapłakana. - Nie chcę, by Church kiedykolwiek umarł! To mój kot! Nie jest kotem Pana Boga! Niech Bóg sprawi sobie własnego kota! Niech weźmie sobie wszystkie koty, których zechce, i je pozabija, ale Church jest mój!

W kuchni rozległy się kroki i do pokoju zajrzała wyraźnie zdumiona Rachel. Ellie płakała, przytulona do piersi ojca. Wreszcie wypowiedziała głośno dręczący ją koszmar. Wyrzuciła go z siebie, odsłoniła jego twarz, której obecnie mogła się przyjrzeć. Teraz, choć nie potrafiła niczego zmienić, mogła przynajmniej płakać.

- Ellie - rzekł Louis, kołysząc ją. - Ellie, Ellie, Church nie jest martwy. Spójrz tutaj. On śpi.

- Ale mógłby umrzeć. Mógłby! - płakała. - Mógłby, w każdej chwili.

Tulił ją i kołysał, wierząc, słusznie bądź nie, iż Ellie opłakuje sam fakt nieuchronności śmierci, jej niewrażliwości na argument, jakim są łzy małej dziewczynki, że opłakuje jej okrutną nieprzewidywalność i że płacze z powodu cudownej, potwornej zdolności ludzkich istot do przekładania symboli na wnioski, bądź to szlachetne i wspaniałe, bądź też ponure i przerażające. Skoro wszystkie te zwierzęta umarły i zostały pogrzebane, także i Church mógł umrzeć

w każdej chwili!

i zostać pogrzebany. A skoro mogło to spotkać Churcha, mogło też spotkać jej matkę, ojca, małego braciszka. Ją samą. Śmierć była pojęciem mglistym, Cmętarz Zwieżąt był prawdziwy. W materii prymitywnych nagrobków kryły się prawdy, które potrafiła wyczuć nawet dziecięca ręka.

Łatwo byłoby w tym momencie skłamać, tak jak skłamał wcześniej na temat długości życia domowych kotów, lecz kłamstwo zostałoby przywołane później i być może trafiłoby w końcu na świadectwo, jakie wszystkie dzieci wystawiają swoim rodzicom. Jego własna matka powiedziała mu podobne kłamstwo; niewinne kłamstewko o tym, że kobiety znajdują dzieci w trawie pośród rosy, gdy tylko naprawdę ich pragną. I mimo iż historyjka była niewinna, Louis nigdy nie wybaczył samemu sobie, że w nią uwierzył - ani matce, że mu ją opowiedziała.

- Kochanie - rzekł - to się zdarza. To część życia.

- Zła część - wyszlochała. - Naprawdę zła!

Na to nie miał odpowiedzi. Ellie płakała. Przypuszczał, że w końcu przestanie. To niezbędny pierwszy krok na drodze do niechętnego pogodzenia się z prawdą, która już nigdy jej nie opuści.

Tulił córkę i słuchał kościelnych dzwonów w niedzielny poranek, dzwoniących nad wrześniowymi polami. Minęło trochę czasu od chwili, gdy ucichła, nim zorientował się, iż podobnie jak Church zasnęła.

Położył ją do łóżka i zszedł na dół do kuchni, gdzie Rachel zdecydowanie zbyt energicznie ugniatała ciasto. Powiedział, iż zdumiało go, że Ellie nagle wybuchła w ten sposób i to przed południem. To do niej niepodobne.

- Rzeczywiście - odparła Rachel, z głośnym łoskotem odstawiając miskę na blat. - To do niej niepodobne, ale mam wrażenie, że nie spała prawie całą noc. Słyszałam, jak się wierci, a koło trzeciej Church zaczął miauczeć, żeby go wypuścić. Robi to tylko wtedy, gdy jest niespokojna.

- Czemu miałaby...

- Dobrze wiesz czemu! - powiedziała gniewnie Rachel. - Przez ten przeklęty cmentarz zwierząt. Oto czemu. To naprawdę nią wstrząsnęło, Lou. Pierwszy raz w życiu była na jakimkolwiek cmentarzu i po prostu... po prostu się zdenerwowała. Raczej nie wyślę twojemu przyjacielowi Judowi Crandallowi listu dziękczynnego za tę szczególną wycieczkę.

Nagle to tylko mój przyjaciel, pomyślał Louis, jednocześnie rozbawiony i zirytowany.

- Rachel...

- I nie chcę, żeby tam znów chodziła.

- Rachel, Jud miał rację co do ścieżki.

- Tu nie chodzi o ścieżkę, i dobrze o tym wiesz. - Rachel podniosła miskę i zaczęła jeszcze szybciej kręcić ciasto. - To przeklęte miejsce jest chore. Dzieci chodzą tam, sprzątają groby, utrzymują ścieżkę... To niezdrowe, cholernie niezdrowe. I cokolwiek to jest, nie chcę, żeby Ellie się od nich zaraziła.

Louis patrzył na nią zakłopotany. Często podejrzewał, że jedną z rzeczy pozwalających im utrzymać małżeństwo w czasach, gdy każdy rok przynosił wieści o rozpadzie związków kolejnych przyjaciół, było poszanowanie tajemnicy, na wpół dostrzeżonej, lecz nigdy nie dopowiedzianej myśli, że w gruncie rzeczy coś takiego jak małżeństwo, związek nie istnieje - każda dusza trwa samotnie, nie poddając się próbom racjonalizacji. To właśnie była tajemnica. I nieważne, jak dobrze zna się swojego partnera, od czasu do czasu każdy natrafia na niespodziewany mur bądź wpada w nieoczekiwaną pułapkę. A czasami (dzięki Bogu nieczęsto) natrafiamy na chwilę absolutnej obcości, coś jak niewidoczna turbulencja, która bez żadnych przyczyn może wstrząsnąć samolotem - przekonanie, przeświadczenie, którego istnienia nigdy się nie podejrzewało, tak osobliwe (przynajmniej dla nas), że wydaje się niemal graniczące z psychozą. A wówczas trzeba stąpać bardzo uważnie, jeśli ceni się swoje małżeństwo i spokój ducha. Należy pamiętać, że gniew z powodu podobnego odkrycia to domena głupców wierzących, iż jeden umysł może naprawdę poznać drugi.

- Kochanie, to tylko cmentarz zwierząt - rzekł.

- Przypomnij sobie, jak przed chwilą płakała. - Rachel oblepioną ciastem łyżką wskazała drzwi wiodące do jego gabinetu. - Sądzisz, że dla niej to jedynie cmentarz zwierząt? Coś takiego pozostawi piętno, Lou. Nie. Więcej już tam nie pójdzie. Nie chodzi o ścieżkę, tylko o miejsce. Zaczęła już uważać, że Church wkrótce zdechnie.

Przez sekundę Louis odniósł szaleńcze wrażenie, że wciąż rozmawia z Ellie, która tylko nałożyła szczudła, jedną z sukienek matki i bardzo realistyczną maskę Rachel. Nawet wyraz jej twarzy był taki sam: zdecydowany i odrobinę nadąsany, a przede wszystkim głęboko zraniony.

Szukał właściwych słów, bo nagle kwestia ta wydała mu się niezmiernie ważna - nie jedna z rzeczy, jakie zwykle pomijało się w imię uszanowania owej tajemnicy... owej samotności. Szukał właściwych słów, albowiem miał wrażenie, że żona nie dostrzega czegoś tak ważnego, iż niemal wypełniającego cały widnokrąg. A czegoś takiego nie można dokonać, jeśli z rozmysłem nie zamyka się oczu.

- Rachel - powiedział - Church kiedyś zdechnie. Spojrzała na niego gniewnie.

- Nie o to chodzi - oznajmiła, starannie wypowiadając każdy wyraz, jakby mówiła do niedorozwiniętego dziecka. - Church nie zdechnie dzisiaj ani jutro...

- Starałem się jej to wyjaśnić.

- Ani pojutrze. Prawdopodobnie nie w tym roku. - Kochanie, tego nie możemy być pewni.

- Oczywiście, że możemy! - krzyknęła. - Dobrze się nim opiekujemy i on nie umrze. Nikt tu nie umrze. Czemu zatem chcesz martwić małą dziewczynkę czymś, czego nie zrozumie, póki nie będzie znacznie starsza?

- Rachel, posłuchaj.

Lecz Rachel nie miała zamiaru słuchać. Była wściekła.

- Dostatecznie ciężko jest próbować się pogodzić ze śmiercią - zwierzęcia, przyjaciela czy kogoś z rodziny - gdy do niej dochodzi, bez zamieniania jej w... w przeklętą atrakcję turystyczną... F-F-Forest Lawn dla zwierząt... - Po jej policzkach spływały łzy.

- Rachel. - Louis próbował położyć ręce na jej ramionach. Odepchnęła je szybko i zdecydowanie.

- Nieważne - rzekła. - Ta rozmowa i tak nie ma sensu. Zupełnie nie wiesz, o czym mówię.

Westchnął.

- Mam wrażenie, jakbym przeleciał przez ukrytą klapę i znalazł się w gigantycznym mikserze. - Liczył na uśmiech, ale go nie zobaczył. Widział jedynie jej oczy, wpatrzone w niego, czarne, gorejące. Uświadomił sobie, że jest wściekła. Nie po prostu zła, ale absolutnie wściekła. - Rachel - rzekł nagle, nie do końca pewien, co mówi. - A jak ty spałaś zeszłej nocy?

- Rany - rzuciła z pogardą, odwracając się. Nie dość szybko jednak: zdążył dostrzec w nich iskrę bólu. - To naprawdę bardzo inteligentne. Naprawdę inteligentne. Ty się nigdy nie zmienisz, Louis. Kiedy coś idzie nie tak, to wina Rachel, prawda? Rachel i jednej z jej dziwacznych emocjonalnych reakcji.

- To niesprawiedliwe.

- Nie? - Zaniosła miskę z ciastem do kąta obok kuchenki i postawiła ją z kolejnym łupnięciem. Zaciskając wargi, nasmarowała tłuszczem brytfankę.

- Nie ma nic złego w tym, że dziecko dowie się czegoś o śmierci - powiedział cierpliwe Louis. - W istocie uważam, że to konieczne. Płacz Ellie wydał mi się czymś zupełnie naturalnym. On...

- Jasne, brzmiał bardzo naturalnie. - Rachel odwróciła się błyskawicznie. - To bardzo naturalne, że wypłakuje oczy z powodu kota, któremu zupełnie nic nie jest...

- Przestań! - rzucił. - To, co mówisz, nie ma sensu.

- Nie chcę już o tym rozmawiać.

- Owszem, ale porozmawiamy. - Teraz on był zły. - Powiedziałaś swoje. Może pozwolisz mi wyrazić własne zdanie?

- Ona już tam nie pójdzie. Jeśli o mnie chodzi, temat jest zamknięty.

- Ellie od zeszłego roku wie, skąd biorą się dzieci - powiedział Louis, starannie dobierając słowa. - Daliśmy jej książeczkę Myersa i przeprowadziliśmy z nią rozmowę. Oboje zgodziliśmy się, że dzieci powinny wiedzieć, skąd się wzięły.

- To nie ma nic wspólnego z...

- Właśnie, że ma! - uciął. .- Gdy mówiliśmy z Ellie w moim gabinecie o Churchu, przypomniała mi się moja matka i stara historyjka o kapuście, którą opowiedziała mi, kiedy spytałem, skąd się biorą dzieci. Nigdy nie zapomniałem tego kłamstwa. Myślę, że dzieci do końca życia nie zapominają kłamstw swoich rodziców.

- To, skąd się biorą dzieci, nie ma nic wspólnego z cholernym cmentarzem dla zwierząt! - krzyknęła Rachel, a jej oczy mówiły: Gadaj sobie o podobieństwach noc i dzień, jeśli masz ochotę, Louis. Gadaj, póki język nie stanie ci kołkiem, a ja i tak się nie zgodzę.

Mimo to próbował.

- Wizyta na cmentarzu dla zwierząt zmartwiła ją, bo cmentarz stanowi konkretyzację śmierci. Ellie wie o dzieciach. To miejsce w lesie sprawiło, że zapragnęła dowiedzieć się czegoś więcej o drugim krańcu życia. To całkowicie naturalne. W istocie to chyba najnaturalniejsza rzecz pod słońcem...

- Przestań to powtarzać! - krzyknęła nagle. Naprawdę wrzasnęła i Louis zdumiony cofnął się o krok. Jego łokieć trafił w otwartą torbę mąki, leżącą na blacie. Torba spadła i uderzyła o podłogę, rozdzierając się. W powietrze wzbiła się sucha, biała mączna chmura.

- O kurwa - zaklął.

W pokoju na górze Gage zaczął płakać. . - Ślicznie - rzuciła, także płacząc. - Na dodatek obudziłeś małego. Dzięki za miły, spokojny, bezstresowy niedzielny poranek.

Ruszyła ku drzwiom i kiedy przechodziła obok niego, Louis zatrzymał ją, chwytając za ramię. Mimo że starał się zachować spokój, również wpadł w złość. Ostatecznie to ona obudziła Gage'a. Obudziła go, wrzeszcząc bez opamiętania.

- Pozwól, że o coś cię spytam - rzekł - bo wiem, że z żywymi istotami może stać się wszystko, dosłownie wszystko. Wiem to jako lekarz. Czy chcesz osobiście wyjaśnić jej, co się stało, jeśli jej kot zachoruje na nosówkę albo białaczkę - koty bardzo często chorują na białaczkę - albo zostanie przejechany na drodze? Chcesz jej to wyjaśnić, Rachel?

- Puść mnie - niemal syknęła. Gniew w jej głosie nie dorównywał jednak mocą bólowi i bezrozumnej grozie w oczach. Nie chcę o tym rozmawiać, Louis, a ty nie możesz mnie zmusić, mówiły owe oczy. - Puszczaj, chcę iść do Gage'a, zanim wypadnie z kołys...

- Bo może rzeczywiście ty powinnaś to zrobić - ciągnął. - Mogłabyś jej powiedzieć, że my o tym nie rozmawiamy. Mili ludzie o tym nie rozmawiają. Po prostu grzebią - oho, nie możesz powiedzieć grzebią, bo popadnie w kompleksy.

- Nienawidzę cię! - wyszlochała Rachel i wyrwała mu ramię.

Wówczas, rzecz jasna, zrobiło mu się przykro, ale wtedy było już za późno.

- Rachel...

Odepchnęła go brutalnie, płacząc coraz mocniej.

- Zostaw mnie. Dość już zrobiłeś. - Przystanęła w kuchennych drzwiach i obróciła się ku niemu. Łzy spływały strumieniami po jej policzkach. - Nie życzę sobie, abyś wspominał o tym przy Ellie, Lou. Mówię poważnie. W śmierci nie ma niczego naturalnego. Niczego. Ty, jako lekarz, powinieneś to wiedzieć.

Obróciła się na pięcie i zniknęła, pozostawiając Louisa w pustej kuchni, wciąż wibrującej energią kłótni. Po chwili Louis podszedł do szafki po szczotkę. Zamiatając, rozważał ostatnią rzecz, którą powiedziała, zdumiewając się nieprawdopodobną rozbieżnością ich opinii na ten temat, z której istnienia nie zdawał sobie do tej pory sprawy. Jako doktor wiedział przecież, że śmierć, może poza tą w połogu, to najnaturalniejsza rzecz na świecie; nawet podatki nie były tak pewne. Podobnie ludzkie spory, konflikty społeczne, hossy i bessy. W ostatecznym rozrachunku pozostawał jedynie odmierzający dni zegar i nagrobki, z upływem czasu niszczejące i w końcu bezimienne. Nawet żółwie morskie i olbrzymie sekwoje musiały kiedyś umrzeć.

- Zelda - powiedział głośno. - Chryste, musiała to strasznie przeżyć.

Pytanie brzmiało: czy ma dać sobie z tym spokój, czy też próbować coś zrobić.

Nachylił szufelkę nad kubłem i mąka zsunęła się z niej z cichym szurnięciem, pokrywając białą warstewką wyrzucone pudła i puste puszki.

 

10.

- Mam nadzieję, że Ellie nie przyjęła tego zbyt ciężko - powiedział wieczorem Jud Crandall i nie po raz pierwszy Louis odniósł wrażenie, że jego sąsiad obdarzony jest niezwykłą - i dość nieprzyjemną - zdolnością łagodnego trafiania w sedno każdego problemu.

Siedzieli z Judem i Normą na werandzie domu Crandallów, napawając się chłodem wieczora i zamiast piwa popijając mrożoną herbatę. Na piętnastce panował spory ruch. Ludzie wracali do domu po weekendzie, zupełnie jakby wszyscy uznali, że letnia pogoda lada moment się skończy i postanowili dobrze ją wykorzystać. Jutro Louis miał podjąć pełne obowiązki w przychodni. Przez ostatnie dwa dni studenci zjeżdżali się na uniwersytet, zapełniając mieszkania w Orono i kampusowe akademiki; słali łóżka, odnawiali stare znajomości i bez wątpienia narzekali bez opamiętania na kolejny czekający ich rok zajęć od ósmej rano i jedzenie ze stołówki. Rachel wciąż traktowała go ozięble - nie, raczej lodowato - i wiedział, że kiedy wróci dziś na drugą stronę drogi, ona będzie już spała, najprawdopodobniej wraz z Gage'em, tak daleko odsunięta na bok swej strony łóżka, że małemu będzie groziło wypadnięcie. Jego połowa urośnie do trzech czwartych: rozległa jałowa pustynia.

- Mówiłem, że mam nadzieję...

- Przepraszam - przerwał Louis - zamyśliłem się. Owszem, była trochę zmartwiona. Skąd wiesz?

- Sporo ich tu widzieliśmy, jak już wspominałem. - Jud łagodnie ujął dłoń żony i uśmiechnął się do niej szeroko. - Nieprawdaż, kochanie.

- Całe stada dzieci - potwierdziła Norma Crandall. - Uwielbiamy je.

- Czasami na cmentarzu zwierząt po raz pierwszy stają oko w oko ze śmiercią - powiedział Jud. - W telewizji widzą umierających ludzi, ale wiedzą, że tamci tylko udają, jak w starych westernach, które kiedyś wyświetlali w kinach w sobotnie popołudnia. W telewizji i westernach człowiek łapie się za brzuch albo pierś i upada. Tamto miejsce na wzgórzu większości dzieciaków wydaje się znacznie bardziej rzeczywiste niż wszystkie filmy i programy telewizyjne.

Louis przytaknął, myśląc: Może powiesz to mojej żonie.

- Na niektórych dzieciach w ogóle nie wywiera to wrażenia, przynajmniej tego nie widać, choć podejrzewam, że większość, jakby... jakby zabierała to z sobą do domu, w kieszeni, by obejrzeć później, podobnie jak inne znalezione ciekawostki. Większości nic nie jest, ale niektóre... pamiętasz małego Symondsów, Normo?

Jego żona przytaknęła. Lód zadzwonił miękko w trzymanej przez nią szklance. Reflektory przejeżdżającego samochodu zamigotały przez moment na ogniwach łańcuszka, na którym wisiały okulary.

- Miał okropne koszmary - rzekła. - Śniły mu się trupy wychodzące z ziemi i Bóg jeden wie, co jeszcze. Potem zdechł jego pies. Zdaje się, że zjadł trutkę. Tak powszechnie uważano, prawda, Jud?

- Trutkę. - Jud skinął głową. - Tak sądziła większość ludzi. To było w 1925 roku, Billy Symonds miał wtedy jakieś dziesięć lat. Później został senatorem. Kandydował w wyborach do Izby Reprezentantów, ale przegrał. Działo się to tuż przed Koreą.

- Razem z przyjaciółmi urządzili psu pogrzeb - wspominała Norma. - To był zwykły kundel, ale Billy bardzo go kochał. Pamiętam, że jego rodzice z początku sprzeciwiali się temu pomysłowi z powodu złych snów i tak dalej, jednak pogrzeb poszedł świetnie. Dwóch większych chłopców zrobiło mu trumnę, prawda, Jud?

Jud przytaknął i opróżnił szklankę.

- Dean i Dana Hall - uściślił. - I jeszcze jeden chłopak, z którym kumplował się Billy; nie pamiętam, jak się nazywał, ale to na pewno jeden z braci Bowie. Pamiętasz Bowiech? Mieszkali przy Middle Drive w starym domu Brochette'ów.

- Tak. - Norma wyglądała na podekscytowaną, jakby to wszystko działo się zaledwie wczoraj. I być może w jej umyśle rzeczywiście tak było.

- To był Bowie. Alan albo Burt.

- Albo może Kendall. W każdym razie pamiętam, że ostro kłócili się o to, kto będzie dźwigał trumnę. Pies nie był zbyt duży, toteż dźwigających mogło być tylko dwóch. Chłopcy Hallów mówili, że to powinni być oni, bo przecież zrobili trumnę, a także dlatego, że są bliźniakami: no wiesz, pasowaliby do siebie. Billy twierdził, że nie znali Bowsera - tak nazywał się pies - dostatecznie długo, by nieść jego trumnę. „Mój tato mawia, że tylko przyjaciele mogą to robić - powtarzał - nie zwykli stolarze”. - Jud i Norma wybuchnęli śmiechem. Louis także uśmiechnął się szeroko. Pożałował, że nie ma z nim Rachel.

- Już mieli zacząć się bić, kiedy Mandy, siostra Billy'ego, przyniosła im czwarty tom Encyklopedii Britannica - ciągnął Jud. - Jej ojciec, Steven, był w owych czasach jedynym lekarzem między Bangor i Bucksport, i w całym Ludlow tylko ich rodzinę stać było na zakup encyklopedii.

- Pierwsi też zainstalowali sobie elektryczność - wtrąciła Norma.

- W każdym razie - podjął opowieść Jud - Mandy wypadła z domu, zdrowa i prosta jak trzcina, z pięknie uniesioną głową, jak mawiała moja mama, zaledwie ośmiolatka z fruwającymi halkami i wielką książką w ramionach. Billy i dzieciak Bowiech - to chyba jednak był Kendall, ten sam, który rozbił się i spłonął w Bazie Pensacola, gdzie szkolił się na pilota, na początku czterdziestego drugiego roku - zamierzali właśnie stłuc bliźniaków Hallów, walcząc o przywilej zaniesienia biednego, starego, zatrutego kundla na cmentarz.

Louis zaczął chichotać. Po chwili śmiał się już głośno. Czuł, jak napięcie, pozostałość pełnej goryczy kłótni z Rachel, zaczyna z niego schodzić.

- Zawołała: „Czekajcie, czekajcie! Zobaczcie tutaj!”. I wszyscy posłuchali. I niech mnie diabli, jeśli...

- Jud - rzuciła ostrzegawczo Norma.

- Przepraszam, kochanie. Wiesz, poniosło mnie.

- Najwyraźniej.

- I, niech mnie licho, jeśli nie otwarła encyklopedii na haśle POGRZEBY. Był tam obrazek królowej Wiktorii wyruszającej w swą ostatnią podróż. Po obu stronach trumny stało chyba czterdzieści siedem osób. Część męczyła się z podniesieniem olbrzymiego pudła, inni stali bezczynnie w odświętnych strojach i marszczonych kołnierzach, jak tłum na wyścigach, czekający na zamknięcie zakładów. „Piszą tu - powiedziała Mandy - że w razie uroczystego pogrzebu państwowego można mieć tylu, ilu się zechce. Tak tu jest!”.

- To rozwiązało sprawę? - spytał Louis.

- Owszem. W końcu trumnę dźwigało dwadzieścioro dzieciaków. I niech mnie, jeśli nie wyglądali zupełnie jak na tym obrazku, który znalazła Mandy, może oprócz tego, że nie mieli cylindrów i odświętnych strojów. Mandy wszystkim kierowała. Ustawiła ich, dała każdemu kwiatek - mlecz, dzwonek, stokrotkę - i ruszyli. Na Boga, zawsze uważałem, że nasz kraj wiele stracił na tym, iż Mandy Symonds nie trafiła do ONZ. - Roześmiał się i potrząsnął głową. - W każdym razie na tym skończyły się koszmary Billy'ego Symondsa dotyczące cmentarza zwierząt. Jakiś czas opłakiwał swojego psa, potem skończył żałobę i otrząsnął się z tego. I pewnie wszyscy tak robimy.

Ach, tak? Louis znów pomyślał o histerycznej reakcji Rachel.



dalej


strona główna
(23kB)