(23kB)
strona główna


 

STEPHEN KING

 

 

 

Cujo

(Przełożył: Jacek Manicki)

Względem cierpienia oni nigdy się nie mylili,

Ci Dawni Mistrzowie, dobrze rozumieli

Jego ludzki wymiar: że przytłacza,

Kiedy ktoś inny akurat je albo otwiera okno,

Albo po prostu idzie sobie zwyczajnie...

W. H. Auden, „Musee des Beaux Arts”

 

Stary Blue padł, i padł z takim fasonem,

Że zadrżała ziemia w ogródku za domem.

Srebrny szpadel porwałem, grób mu wykopałem

I spuściłem go tam na złotym łańcuchu,

Z każdym ogniwem wywołując jego imię w duchu:

„Do nogi, stary Blue, dobry piesku, przyjdź tu”.

Piosenka ludowa

 

Bzdura, tutaj wszystko jest w porządku.

Profesor od Chrupek Skarpa

 

Książkę tę poświęcam memu bratu Davidowi,

który przeprowadzał mnie za rączkę

przez West Broad Street

i który nauczył mnie robić bocianiki

ze starych wieszaków na ubrania.

Sztuczka ta była tak cholernie przemyślna,

że do dziś ją stosuję.

Kocham Cię, Davidzie.

 

Pewnego razu, nie tak dawno temu, małe miasteczko Castle Rock w Maine nawiedził potwór. Zabił kelnerkę Almę Frechette w 1970; kobietę o nazwisku Pauline Toothaker i uczennicę szkoły średniej Cheryl Moody w 1971; ładną dziewczynę o nazwisku Carol Dunbarger w 1974; nauczycielkę Ettę Ringgold jesienią 1975 - i na koniec maturzystkę Mary Kate Hendrasen wczesną zimą tego samego roku.

Nie był wilkołakiem, wampirem, upiorem ani żadnym innym tajemniczym stworem z zaklętego lasu, ani ze śnieżnych pustkowi; był zwyczajnym gliniarzem z problemami psychicznymi i seksualnymi i nazywał się Frank Dodd. Pewnemu zacnemu człowiekowi o nazwisku John Smith jakimś sposobem udało się ustalić jego nazwisko, ale zanim go ujęto, Frank Dodd - i może dobrze, że tak się stało - sam odebrał sobie życie.

Ten tragiczny finał wywołał, ma się rozumieć, pewien szok, ale miasteczko ogarnęła przede wszystkim radość, radość, że potwór, który nawiedzał sny tylu osób, nie żyje. Wraz z Frankiem Doddem pogrzebano miasteczkowe koszmary.

Jednak nawet w naszym oświeconym stuleciu, kiedy tak wielu rodziców uświadamia sobie, jak łatwo na całe życie okaleczyć psychikę dziecka, z pewnością znalazł się w Castle Rock jakiś rodzic lub babka, którzy przywoływali swe dzieci czy wnuki do porządku groźbą, że jeśli nie będą posłuszne, jeśli nie będą grzeczne, zabierze je Frank Dodd. I z pewnością zapadała wtedy martwa cisza, a spoglądały lękliwie w ciemne okna i wyobrażały sobie za nimi Franka Dodda w lśniącej, czarnej, winylowej pelerynie, Franka Dodda, który dusi... i dusi... i dusi.

„On tam jest - słyszę już szept babki, a wiatr zawodzi w kominie i węszy wokół pokrywki starego garnka na piecu.

- On tam jest, i jak nie będziecie grzeczne, to kto wie, czy nie zobaczycie jego twarzy zaglądającej przez okno waszej sypialni, kiedy wszyscy w domu, oprócz was, będą już spali; kto wie, czy nie zobaczycie, jak uśmiechnięty, z lizakiem, którym zatrzymywał samochody, żeby przeprowadzić małe dzieci przez jezdnię, w jednej ręce i z brzytwą, którą odebrał sobie życie, w drugiej, wygląda na was w środku nocy ze ściennej szafy... a więc sza, dzieci... sza... sza...”.

Ale dla większości mieszkańców miasteczka sprawa była zamknięta, i kropka. Niewątpliwie ten i ów nadal miewał koszmarne sny, niewątpliwie zdarzało się i teraz, że to czy inne dziecko nie mogło zmrużyć w nocy oka, a opuszczony dom Dodda (bo jego matka zmarła wkrótce po nim na zawał serca) szybko zyskał sobie reputację nawiedzonego i zaczęto omijać go z dala; były to jednak zjawiska przejściowe - nieuniknione efekty uboczne serii bezsensownych morderstw.

Mijał czas. Upłynęło pięć lat.

Potwora nie było, potwór nie żył. Frank Dodd dawno zgnił w trumnie.

Tylko że potwory nigdy nie umierają. Czy będzie to wilkołak, czy wampir, czy upiór, czy tajemniczy stwór z pustkowi. Potwory nie umierają.

I potwór nawiedził Castle Rock znowu wiosną 1980 roku.

W maju tego roku czteroletniego Tada Trentona obudziła pewnej nocy, zaraz po dwunastej, potrzeba udania się do łazienki. Wstał z łóżka i ściągając po drodze spodenki od piżamy poczłapał zaspany w kierunku białego światła wlewającego się klinem przez uchylone drzwi. Wysiusiał się za wszystkie czasy, spuścił wodę i wrócił do łóżka. Przykrywał się właśnie kocem, kiedy nagle zauważył tego stwora w ściennej szafie.

Warował tuż przy podłodze, ogromne barki sterczały mu nad przekrzywionym łbem, a jego ślepia przypominały jarzące się bursztynowe dziury - coś jakby pół człowiek, pół wilk. Ślepia poruszyły się, śledząc Tada, który ze stającymi dęba włosami, z nieprzyjemnym uczuciem mrowienia w kroczu, oddychając z poświstem przez ściśnięte gardło, usiadł powoli na łóżku: obłąkane ślepia się śmiały, obiecywały straszną śmierć przy wtórze wrzasków, których nikt nie usłyszy.

Tad Trenton słyszał bulgotliwy warkot stwora; czuł jego zalatujący zgnilizną oddech.

Zakrył rączkami oczy, spazmatycznym haustem wciągnął powietrze w płuca i krzyknął.

Stłumiony okrzyk w sąsiednim pokoju. Ojciec.

Przestraszone: „Co to było?” - z tego samego pokoju. Matka.

Tupot nadbiegających stóp. Kiedy wpadali do pokoju, Tad odważył się zerknąć przez paluszki i zobaczył go tam, w szafie, warczącego, odgrażającego się, że owszem, przyszli, ale na pewno sobie pójdą, a wtedy...

Zapaliło się światło. Vic i Donna Trentonowie podeszli do łóżka i wymienili nad kredowobiałą twarzyczką i wytrzeszczonymi oczami synka zaniepokojone spojrzenia.

- A mówiłam, że trzy hot dogi to za dużo, Vic! - powiedziała, nie, wyrzuciła z siebie matka.

A wtedy tatuś przysiadł na łóżku i otaczając Tada ramieniem, zapytał, co się stało.

Chłopiec odważył się spojrzeć znowu w paszczę swojej szafy. Potwora nie było. Zamiast jakiejś wygłodniałej bestii, którą przed chwilą widział, zobaczył tylko dwie kupki niedbale rzuconych ciepłych koców z zimowej zmiany, których Donna nie zdążyła jeszcze wynieść na strych. Leżały na krześle, na którym zwykł stawać Tad, kiedy potrzebował czegoś z najwyższej półki szafy. Zamiast kudłatego trójkątnego łba, przekrzywionego na bok w jakimś drapieżnym, taksującym skłonie, na wyższej z dwóch kupek ujrzał swojego pluszowego misia. Zamiast przepastnych, złowrogich, bursztynowych ślepi patrzyły na Tada przyjazne, brązowe, szklane paciorki, którymi obserwował świat jego miś.

- Co się stało, Tadder? - spytał znowu tatuś.

- Tam był potwór! - krzyknął Tad. - W mojej szafie! - I wybuchnął płaczem.

Teraz na łóżku usiadła także mamusia; rodzice zaczęli tulić go do siebie i uspokajać, jak umieli. Zapewniali go, że żadnych potworów nie ma; że to był tylko zły sen. Mamusia wyjaśniła, że często cienie potrafią wyglądać jak złe stwory, które czasami ogląda się w telewizji albo w komiksach, a tatuś powiedział, że wszystko jest w porządku, wszystko dobrze, że w ich miłym domku nic nie może wyrządzić mu krzywdy. Tad kiwał głową i przyznawał, że tak właśnie musiało być, chociaż wiedział, że tak nie było.

Ojciec wytłumaczył mu jeszcze, że w ciemności dwie nierówne kupki koców mogły wyglądać jak przygarbione ramiona, pluszowy miś jak przekrzywiony łeb i że światło padające z łazienki, odbijając się w szklanych oczkach misia, nadawało im wygląd ślepi prawdziwego, żywego zwierzęcia.

- Teraz patrz - zakończył tatuś. - Obserwuj uważnie, Tadder.

Tad obserwował.

Ojciec wziął dwie kupki koców i wszedł z nimi do ściennej szafy. Tad słyszał dobiegający stamtąd cichy stukot potrącanych wieszaków na ubrania opowiadających w swoim wieszakowym języku o tym, co robi tatuś. To było zabawne i chłopczyk uśmiechnął się. Mamusia zauważyła to i również się uśmiechnęła. Z ulgą.

Tatuś wyszedł z szafy, wziął pluszowego misia i włożył go w objęcia Tada.

- I ostatnia, co wcale nie znaczy, że najmniej ważna sprawa - powiedział, wykonując zamaszysty gest ręką i kłaniając się nisko, co tak spodobało się Tadowi i mamusi, że oboje zachichotali. - Krzesło.

Zamknął mocno drzwi szafy i przystawił do nich krzesło. Wróciwszy do łóżka Tada, nadal się uśmiechał, ale oczy miał poważne.

- W porządku, Tad?

- Tak - odrzekł chłopiec, po czym przezwyciężając wstyd, wyrzucił z siebie: - Ale to tam było, tatusiu. Widziałem. Naprawdę.

- Wydawało ci się tylko, że coś widzisz - odparł tatuś i wielką, ciepłą dłonią pogłaskał Tada po włosach. - W twojej szafie nie było żadnego potwora. Potworów nie ma, synku. Istnieją tylko w bajkach i w twojej wyobraźni.

Tad przeniósł wzrok z ojca na matkę i z powrotem, szukając potwierdzenia w ich dużych, kochanych twarzach.

- Naprawdę?

- Naprawdę - zapewniła mamusia. - A teraz wstań i idź zrobić siusiu, kolego.

- Już robiłem. Właśnie dlatego się obudziłem.

- Dobrze, dobrze - powiedziała, bo rodzice nigdy nie wierzą dzieciom. - W takim razie zrób to dla mnie jeszcze raz, zgoda?

Rad nierad poszedł znów do łazienki.

- No i widzisz? - zauważyła z uśmiechem mama, patrząc jak wyciska z siebie cztery mizerne kropelki. - Coś tam jednak było.

Tad pokiwał zrezygnowany głową. Wrócił do łóżka. Opatulono go troskliwie i pożegnano całuskami.

Ale kiedy matka z ojcem ruszyli w kierunku drzwi, strach spowił Tada znowu niczym zimna błona pełna mgły. Niczym całun cuchnący nieuniknioną śmiercią. Oj, proszę, pomyślał - ale do głowy nie przychodziło mu nic więcej, tylko to: Oj proszę, oj proszę, oj proszę...

Ojciec, zupełnie jakby odebrał jego błagalną myśl, odwrócił się w progu i z ręką na wyłączniku światła powtórzył:

- Potworów nie ma, Tad.

- Tak, tatusiu - bąknął chłopiec, bo w tym momencie oczy ojca wydały mu się jakieś zatroskane, jakby tata sam nie był do końca przekonany i chciał, żeby ktoś go w tym utwierdził. - Potworów nie ma. Nie licząc tego w mojej szafie, dodał w myślach.

Światło zgasło.

- Dobranoc, Tad - doleciał go ciepły, pieszczotliwy szept mamy i chłopiec wrzasnął w duchu: Uważaj, mamusiu, one zjadają panie! Na wszystkich filmach łapią panie, wynoszą je gdzieś i zjadają! Oj proszę, oj proszę, oj proszę...

Ale rodzice wyszli.

Czteroletni Tad Trenton leżał w swoim łóżku sparaliżowany strachem. Leżał przykryty kocem po samą brodę, tuląc do piersi pluszowego misia, a ze ściany spoglądał na niego Luke Skywalker; z drugiej ściany uśmiechała się szelmowsko wiewiórka stojąca na mikserze (Jeśli życie obdarza cię cytrynami, rób cytronetę! - radziło pucołowate, uśmiechnięte zwierzątko); trzecią ścianę okupowała pstra kompania z „Ulicy Sezamkowej”: Wielki Ptak, Bert, Ernie, Oscar, Grover. Dobre totemy, dobra magia. Tylko to straszne zawodzenie wiatru, który ślizga się po czarnych rynnach na dachu! Nie uśnie już tej nocy.

Ale po pewnym czasie paraliż zaczął stopniowo ustępować, a napięte mięśnie rozluźniły się. Tad powoli odpływał w sen...

I naraz nowy dźwięk, bliższy niż zawodzenie nocnego wiatru za oknem, wyrwał go gwałtownie z półsnu i kazał szeroko otworzyć oczy.

Zawiasy ściennej szafy.

Krrriiiiiiiii...

Cichutki skrzyp, tak wysoki, że słyszany chyba tylko przez psy i małych chłopców, którzy nie śpią w nocy. Drzwi szafy otwierały się powoli i nieubłaganie; martwa paszcza rozdziawiająca się cal po calu, a w niej ciemność.

W tej ciemności zaś czaił się potwór. Warował w tym samym miejscu co wcześniej. Uśmiechał się do Tada, ogromne barki sterczały mu nad przekrzywionym łbem, a ślepia ożywiane szyderczą przebiegłością jarzyły się bursztynem. No i widzisz, Tad? - wyszeptał. - Mówiłem ci, że sobie pójdą. Zawsze w końcu odchodzą. A wtedy ja mogę wrócić. Lubię wracać i lubię ciebie, Tad. Od tej pory będę chyba wracał co noc i za każdym razem podejdę trochę bliżej twojego łóżka... i jeszcze trochę bliżej... aż którejś nocy usłyszysz warczenie. Czyjeś warczenie tuż obok, Tad, i to będę ja, i zanim zdążysz ich zawołać, rzucę się na ciebie, a potem pożrę, i znajdziesz się we mnie.

Tad wpatrywał się w stwora ze swojej szafy z hipnotyczną, trwożną fascynacją. Było w nim coś... coś mgliście znajomego. Coś, co jakby znał. I to było właśnie najgorsze: jakby znał, ale nie wiedział skąd. Bo...

Bo ja jestem szalony, Tad. Jestem tutaj. Byłem tu cały czas. Kiedyś nazywałem się Frank Dodd i zabijałem panie, i może je potem zjadałem. Byłem tu przez cały czas, kręciłem się w okolicy, przykładałem ucho do ziemi. Jestem potworem, Tad, starym potworem, i będę cię wkrótce miał. Będziesz czuł, jak się zbliżam... zbliżam...

Stwór z szafy przemawiał być może własnym, świszczącym oddechem Tada, a może jego głosem było zawodzenie wiatru za oknem. Zresztą wszystko jedno. Chłopiec słuchał słów stwora sparaliżowany przerażeniem, bliski omdlenia (jednak zupełnie wybity ze snu); patrzył na ten skryty w mroku, warczący pysk, który jakby znał. Nie zaśnie już tej nocy - może już nigdy nie zaśnie.

Ale gdzieś między wpół do pierwszej a pierwszą w nocy Tad znowu odpłynął w sen. Płytki sen, w którym ścigały go niezdarne futrzaste stwory z białymi zębiskami.

Wiatr podtrzymywał długą konwersację z rynnami. Sierp białego wiosennego księżyca piął się po niebie. Gdzieś w oddali, na jakiejś nieruchomej, pogrążonej w mrokach nocy polanie albo na biegnącym między sosnami leśnym dukcie, zaszczekał wściekle pies i znowu zapadła cisza.

A w ściennej szafie Tada Trentona czuwało coś o bursztynowych ślepiach.

- To ty przełożyłeś z powrotem te koce? - spytała Donna męża następnego ranka. Stała przy kuchence i smażyła bekon. Tad siedział w drugim pokoju przed telewizorem i oglądał „The New Zoo Revue”, zajadając Błyskotki z trzymanej na kolanach miseczki. Pod handlową nazwą Błyskotki kryły się chrupki firmy Sharp, a chrupki Sharpa Trentonowie dostawali za darmo.

- Hmmmm? - mruknął pytająco Vic Trenton, zatopiony w lekturze działu sportowego gazety. Był przeflancowanym nowojorczykiem i jak dotąd z powodzeniem opierał się pokusie kibicowania drużynie Red Sox. Ale fakt, że Metsi rozpoczynają kolejny sezon klęską, sprawiał mu masochistyczną przyjemność.

- Koce. Te z szafy Tada. Znowu tam były. Krzesło też tam było, a drzwi znowu stały otworem. - Donna podeszła do stołu ze skwierczącym jeszcze bekonem na patelni. - To ty położyłeś te koce z powrotem na krześle?

- Nie - mruknął Vic, przewracając stronę gazety. - Śmierdzi tam naftaliną, jak na zjeździe kulek na mole.

- Dziwne. Widocznie Tad sam musiał je przełożyć. Vic odłożył gazetę i spojrzał na żonę.

- O czym ty mówisz, Donna?

- Pamiętasz jego zły sen wczoraj w nocy...?

- Jakże mógłbym zapomnieć? Myślałem, że dzieciak umiera. Trzęsło nim jak w konwulsjach.

Pokiwała głową.

- Przywidziało mu się, że koce są jakimś... - Wzruszyła ramionami.

- ...straszydłem - dokończył za nią Vic i uśmiechnął się.

- Chyba tak. Dałeś mu pluszowego misia, a koce wniosłeś w głąb szafy, ale kiedy dzisiaj słałam mu łóżko, one znowu leżały na krześle. - Roześmiała się. - Zajrzałam do środka i przez moment wydawało mi się...

- Teraz już wiem, po kim on to ma - mruknął Vic, sięgając znowu po gazetę. Przechylił przy tym głowę i mrugnął do żony wesoło. - Trzy hot dogi, jasny gwint.

Kiedy Vic odjechał już do pracy, Donna spytała Tada, dlaczego położył koce z powrotem na krześle, skoro w nocy tak go przestraszyły.

Chłopiec spojrzał na nią i jego zazwyczaj pełna życia, wesoła buzia pobladła i przybrała wyraz czujności, jakby postarzała się. Przed nim leżała otwarta książeczka do kolorowania - „Wojny Gwiezdne”. Zieloną kredką świecową kolorował właśnie Greedo w kosmicznej karczmie.

- To nie ja - mruknął.

- Ależ Tad, jeśli to nie ty ani nie tatuś, ani nie ja...

- Potwór to zrobił - wpadł jej w słowo Tad. - Potwór z mojej szafy.

Pochylił się znowu nad rysunkiem.

Donna patrzyła na synka zaniepokojona i trochę przestraszona.

Był inteligentnym chłopcem, może o trochę za bardzo wybujałej wyobraźni. To nie był dobry objaw. Wieczorem będzie musiała porozmawiać o tym z Vikiem. Będą musieli o tym poważnie porozmawiać.

- Tad, pamiętasz, co powiedział ojciec? - spytała. - Nie ma czegoś takiego jak potwory.

- W dzień może i nie ma - odparł i uśmiechnął się do niej tak rozbrajająco i szczerze, że cały jej niepokój prysł. Poczochrała go po włosach i pocałowała w policzek.

Chciała mimo wszystko porozmawiać z Vikiem, ale kiedy Tad był w ogródku zabaw dla dzieci, przyszedł Steve Kemp i zapomniała, a chłopiec tej nocy również zaczął krzyczeć. Krzyczał, że to jest w jego szafie, potwór, potwór!

Drzwi szafy były uchylone, koce leżały na krześle. Tym razem Vic wyniósł je na strych i włożył do stojącej tam skrzyni.

- Zamknąłem go tam, Tadder - powiedział, całując synka. - Załatwione. Teraz śpij i niech ci się przyśni coś miłego.

Ale Tad przez długi czas nie mógł zmrużyć oka, a kiedy powieki zaczęły mu wreszcie opadać, drzwi ściennej szafy uwolniły się z cichym, szyderczym szczękiem od blokującej je zapadki i śmiertelna paszcza rozwarła się, odsłaniając śmiertelny mrok - śmiertelny mrok, w którym czaiło się coś futrzastego o ostrych zębach i pazurach, coś, co cuchnęło zepsutą krwią i mrocznym przeznaczeniem.

Cześć, Tad - wyszeptało to coś swoim wstrętnym głosem, i w okno zajrzał księżyc przypominający przecięte oko trupa.

Najstarszą żyjącą osobą w Castle Rock była tej późnej wiosny Evelyn Chalmers, zwana przez starszych mieszkańców miasteczka Ciotką Ewie, a „tym starym krzykliwym babskiem” przez George'a Mearę, który dostarczał jej pocztę - składającą się głównie z katalogów i ofert z „Reader's Digest” oraz z broszur Krucjaty Wiecznego Chrystusa zawierających modlitwy - i przy okazji wysłuchiwał jej niekończących się monologów. „Jedyne, do czego nadaje się to stare krzykliwe babsko, to przepowiadanie pogody” - zwykł mawiać George, kiedy był już po paru głębszych i siedział w kompanii swoich koleżków w Potulnym Tygrysie. Jak na bar była to nazwa zupełnie idiotyczna, ale ponieważ Castle Rock mogło się poszczycić tylko tym jednym lokalem, mieszkańcy chyba w końcu do niej przywykli.

Opinia George'a była powszechnie podzielana. Od dwóch lat, czyli od dnia, kiedy Arnold Heebert, który miał sto jeden lat i sklerozę tak zaawansowaną, że rozmowa z nim pod względem intelektualnego wyzwania przypominała gadanie do puszki po pokarmie dla kotów, dokładnie dwadzieścia pięć minut po sfajdaniu się po raz ostatni w spodnie zleciał z werandy na tyłach Domu Starców w Castle Acres i skręcił sobie kark, Ciotka Ewie, jako najstarsza mieszkanka Castle Rock, była właścicielką przechodniej laski „Boston Post”.

Nie była jednak nawet w przybliżeniu tak stetryczała jak Arnie Heebert i nawet w przybliżeniu tak sędziwa, chociaż, licząc sobie dziewięćdziesiąt trzy lata, nie należała już do najmłodszych. I pomimo że z upodobaniem wydzierała się do zrezygnowanego (i często skacowanego) George'a Meary, kiedy ten przynosił jej pocztę, nie zgłupiała jeszcze na tyle, żeby stracić swój dom w ten sam sposób, co stary Heebert.

Miała rzeczywiście dar przepowiadania pogody. W miasteczku - wśród starszych ludzi, którzy przykładali wagę do takich rzeczy - krążyła zgodna opinia, że Ciotka Ewie nie myli się nigdy w trzech sprawach: na który tydzień lata wypadnie początek żniw, czy obrodzą (względnie nie obrodzą) borówki i jaka będzie pogoda.

Pewnego dnia na początku czerwca tego roku wyszła z domu, paląc herberta tareytona i wspierając się ciężko na swojej lasce od „Boston Post” (która przejdzie na Vina Marchanta, kiedy to wrzaskliwe stare babsko wykorkuje - mówił sobie George Meara - i krzyżyk ci na drogę, Ewie), podreptała do skrzynki pocztowej ustawionej na końcu podjazdu. Powitała gromkim głosem Mearę - własna głuchota najwyraźniej wzbudzała w niej przekonanie, że ze współczucia wszyscy inni również ogłuchli - a potem wrzasnęła, że będą mieli najgorętsze lato od trzydziestu lat. Gorący początek i gorący koniec, darła się Ewie co sił w płucach w sennej przedpołudniowej ciszy. I gorący środek.

- Naprawdę? - burknął George. - Co?

- Pytałem, czy naprawdę! - To też miała do siebie Ciotka Ewie: prowokowała rozmówcę, żeby wrzeszczał jak ona. Można było sobie zedrzeć struny głosowe.

- Pocałuję świnię w ryj i jeszcze się będę uśmiechać, jak nic! - krzyknęła. Popiół z jej papierosa posypał się George'owi Mearze na rękaw bluzy od munduru, który dopiero co odebrał z pralni chemicznej i dziś rano po raz pierwszy włożył; strzepnął go z rezygnacją. Ciotka Ewie nachyliła się do okna jego samochodu, żeby wrzeszczeć mu w same ucho. Jej oddech zalatywał kiszonymi ogórkami. - Wszystkie polne myszy powyłaziły z nor! Tommy Neadeau widział przy Moosuntic Pond jelenia ścierającego rogi, tam gdzie pokazał się pierwszy dzięcioł! Jak stopniał śnieg, to była pod nim trawa! Zielona trawa, Meara!

- Naprawdę, Ewie? - mruknął George, bo trzeba było coś odpowiedzieć. Zaczynała go boleć głowa.

- Co?

- Naprawdę, ciotko Ewie?! - ryknął George Meara. Ślina trysnęła mu z ust.

- A tak, tak! - odwrzasnęła ukontentowana Ciotka Ewie. - A wczoraj w nocy widziałam, jak błysnęło na zmianę pogody! Zły znak, Meara! Zły znak, kiedy wcześnie robi się upał! Tego lata ludzie będą padać z gorąca! Słońce będzie złe!

- Muszę już jechać, Ciotko Ewie! - huknął George. - Mam specjalną przesyłkę dla Beaulieuego!

Ewie Chalmers odrzuciła w tył głowę i zarechotała w wiosenne niebo. Rechotała tak, że o mało się nie zadławiła, a na przód jej podomki posypały się strzępki papierosowego popiołu. Wypluła niedopałek z ust. Upadł na drogę i dymił obok jednego z jej staromodnych trzewików - trzewików czarnych jak smoła i ciasnych jak gorset; trzewików na wieki.

- Masz specjalną przesyłkę dla Frenchy'ego Beaulieu? Toć on nie przesylabizowałby nazwiska na własnym nagrobku!

- Muszę już jechać, Ciotko Ewie! - krzyknął pośpiesznie George i wrzucił bieg.

- Frenchy Beaulieu to największy jełop, jakiego Pan Bóg stworzył! - darta się Ciotka Ewie, ale teraz darta się już do tumanu kurzu, jaki pozostał po George'u Mearze; udało mu się zwiać.

Stała jeszcze z minutę przy swojej skrzynce pocztowej, odprowadzając Mearę wzrokiem. Nie było do niej żadnej korespondencji osobistej; ostatnio rzadko taka przychodziła. Większość z jej znajomych, którzy potrafili pisać, już nie żyła. Podejrzewała, że wkrótce do nich dołączy. Miała złe przeczucie w związku z nadchodzącym latem, przeczucie napawające lękiem. Paplała o myszach opuszczających wcześnie swoje norki, o błyskawicach na wiosennym niebie, nie wspomniała jednak ani słówkiem o gorączce, którą wyczuwała tuż za horyzontem, przyczajonej tam niczym chude, lecz potężne zwierzę o wyleniałej sierści i czerwonych, gorejących ślepiach; nie powiedziała o swych rozpalonych, bezcienistych, spragnionych snach; nie powiedziała o porankach, podczas których do oczu bez żadnego powodu napływają łzy - łzy, które zamiast przynosić ulgę, pieką jak pot. W wietrze, który nie nadlatywał, węszyła obłęd.

- George'u Mearo, ty dupku żołędny - mruknęła, kładąc akcent na ostatnie dwa słowa.

Poczłapała z powrotem do domu, wspierając się na swej lasce od „Boston Post”, którą wręczono jej na specjalnej uroczystości w ratuszu tylko za to, że dokonała bezsensownego wyczynu pomyślnego zestarzenia się. Nie dziwota, pomyślała, że tę cholerną gazetę diabli wzięli.

Zatrzymała się na ganku i spojrzała w niebo, które wciąż miało wiosenną, pastelową barwę. Ale ona wyczuwała, że to nadciąga: coś gorącego, coś plugawego.

Przed rokiem, kiedy stary jaguar Vica Trentona nabawił się denerwującego klekotania gdzieś we wnętrzu tylnego lewego koła, właśnie George Meara poradził Vicowi, żeby odstawił wóz do znajdującego się na przedmieściach Castle Rock warsztatu Joego Cambera.

- Facet ma dosyć nietypowe podejście do klienta - powiedział Vicowi stojącemu przy swojej skrzynce na listy. - Określa z góry, ile będzie kosztować robota, załatwia ją, a potem liczy sobie za nią tyle, ile chciał na początku. Ciekawy sposób na robienie interesu, nie? - I z tymi słowami odjechał, pozostawiając Vica w niepewności, czy mówił poważnie, czy też powiedział właśnie jakiś zawoalowany jankeski dowcip.

Vic zadzwonił jednak do Cambera i pewnego dnia, jeszcze w czerwcu (o wiele chłodniejszym od tego, który miał przyjść za rok) wybrali się tam wraz z Donną i Tadem. Było naprawdę daleko; Vic musiał się dwa razy zatrzymywać, żeby spytać o drogę, i od tamtego czasu nazywał te najdalsze peryferia miasteczka Wschodnim Zadupiem.

Kiedy wjeżdżał na podwórko Cambera, tylne koło klekotało głośniej niż kiedykolwiek. Tad, który miał wtedy trzy latka, siedział na kolanach u Donny i śmiał się głośno; jazda tatusiowym „bezdachowcem” zawsze wprawiała go w dobry humor, a i Donna była w wyśmienitym nastroju.

Na podwórku stał ośmio- czy może dziewięcioletni chłopiec i uderzał starą baseballową piłkę jeszcze starszym baseballowym kijem. Piłka szybowała w powietrzu i odbijała się o ścianę stodoły, w której zapewne, przemknęło przez myśl Vicowi, mieścił się warsztat Cambera.

- Cześć - powiedział chłopiec. - To pan nazywa się Trenton?

- Tak, ja - potwierdził Vic.

- Zawołam tatę - rzucił chłopiec i wszedł do stodoły.

Trójka Trentonów wysiadła z samochodu. Vic zaszedł jaguara od tyłu i przykucnął przy felernym kole. Czuł się trochę zbity z tropu. Może mimo wszystko należało oddać wóz do naprawy w Portland? Ten warsztat nie prezentował się obiecująco; Camber nie miał nawet wywieszonego szyldu.

Medytacje Vica przerwała Donna, najpierw wołając go nerwowo po imieniu, a potem krzycząc: „Ó Boże, Vic!”.

Podniósł się szybko i ujrzał ogromnego psa wyłaniającego się ze stodoły. Przez moment miał absurdalne wątpliwości, czy to rzeczywiście pies, czy też może jakiś rzadki i brzydki rodzaj kucyka. Jednak kiedy zwierzę wyszło powoli z cienia zalegającego w wejściu do stodoły, zobaczył jego smutne oczy i rozpoznał bernardyna.

Donna odruchowo porwała Tada na ręce i cofnęła się, opierając o maskę jaguara, ale chłopiec zaczął się wiercić niecierpliwie w jej objęciach, domagając się postawienia z powrotem na ziemi.

- Chcę zobaczyć pieska, mamusiu... chcę zobaczyć pieska!

Donna rzuciła nerwowe spojrzenie Vicowi, również mocno zaniepokojonemu. I wtedy wrócił chłopiec. Podchodząc do Vica, minął psa i poczochrał go w przelocie po łbie. Pies zawachlował ospale imponującym ogonem i Tad zdwoił swe wysiłki, by wydostać się z ramion matki.

- Może go pani puścić - powiedział chłopiec. - Cujo lubi dzieci. Nic mu nie zrobi. - I zwracając się do Vica oznajmił: - Tata już idzie. Umyje tylko ręce.

- W porządku - odparł Vic. - Cholernie wielkie psisko, chłopcze. Na pewno nie gryzie?

- Na pewno - zapewnił go chłopiec, ale kiedy Tad, nieprawdopodobnie malutki, podreptał w stronę psa, Vic przyłapał się na tym, że przysuwa się instynktownie do żony. Cujo stał z przekrzywionym łbem, a wielki pióropusz jego ogona kołysał się powoli tam i z powrotem.

- Vic... - zaczęła Donna.

- Wszystko w porządku - mruknął Vic, dodając w duchu: „mam nadzieję”. Pies wyglądał na wystarczająco wielkiego, by połknąć Tada za jednym zamachem.

Mały zatrzymał się na chwilę, najwyraźniej straciwszy rezon. On i pies przyglądali się sobie.

- Piesku...? - bąknął niepewnie Tad.

- Cujo - podpowiedział chłopiec Cambera, podchodząc do nich. - Wabi się Cujo.

- Cujo - powtórzył Tad i pies, zbliżywszy się, zaczął lizać mu buzię zamaszystymi, dobrodusznymi, mokrymi pociągnięciami wielkiego jęzora. Tad chichotał i próbował się bronić. Odwrócił się do matki i ojca, śmiejąc się w taki sam sposób jak wtedy, gdy któreś z nich go łaskotało. Postąpił kroczek w ich kierunku, lecz nóżki mu się zaplątały i upadł. Pies ruszył, stanął nad Tadem i Vic, który jedną ręką obejmował Donnę w talii, wyczuł, jak żona wstrzymuje spazmatycznie oddech. Zrobił krok w przód... i nagle zamarł.

Zęby Cujo zatrzasnęły się na plecach koszulki Tada z wizerunkiem Człowieka-Pająka z przodu. Pies uniósł chłopczyka w powietrze - Tad wyglądał przez chwilę jak kociak w pyszczku mamy kotki - i postawił go na ziemi.

Tad podbiegł do rodziców.

- Lubię tego pieska! Mamusiu! Tatusiu! Lubię tego pieska! Chłopiec Cambera stał z rękami w kieszeniach dżinsów i obserwował to wszystko z umiarkowanym rozbawieniem.

- Tak, to miły pies - wykrztusił Vic. Serce wciąż jeszcze waliło mu jak młotem. Przez chwilę miał wrażenie, że pies chce Tadowi odgryźć głowę jak szmacianej lalce. - Nazywa się święty bernardyn, Tad - dorzucił.

- Święty... Bennard! - zawołał Tad i popędził z powrotem do Cujo, który siedział teraz w wejściu do stodoły i przypominał małą górę. - Cujo! Cuuuuujo!

Donna znowu zmartwiała.

- Och, Vic, czy nie sądzisz...

Ale Tad był już przy Cujo. Najpierw objął go wylewnie za szyję, a potem spojrzał mu z bliska w pysk. Kiedy Cujo siedział z wywieszonym różowym jęzorem, bijąc rytmicznie ogonem o ziemię, Tad, nawet stając na paluszkach, ledwie mógł mu zajrzeć w oczy.

- Sądzę, że się zaprzyjaźnili - powiedział Vic.

Tad włożył swoją małą rączkę w paszczę Cujo i zaglądał w nią, jak najmniejszy dentysta świata. Na ten widok Vicowi serce znowu podeszło do gardła, ale nim zdążył zareagować, malec biegł już ku nim.

- Piesek ma zęby - poinformował ojca.

- Tak - przyznał Vic. - Mnóstwo zębów.

Odwrócił się do chłopca, żeby spytać, skąd wzięło się imię Cujo, ale w tym momencie ze stodoły wyszedł właściciel warsztatu. Wycierał dłonie w kawałek szmaty, żeby nie usmarować klienta przy powitaniu.

Vic z miłym zaskoczeniem stwierdził, że Camber zna się na rzeczy. Przejechali się razem do domu u stóp wzgórza i z powrotem, wsłuchując się uważnie w klekotanie.

- Łożysko siada - stwierdził Camber. - Ma pan szczęście, że nie zatarło się jeszcze na dobre.

- Potrafi pan to naprawić? - spytał Vic.

- Nie ma sprawy. Jak pan ma ze dwie godzinki, mogę to zrobić na poczekaniu.

- Tak byłoby chyba najlepiej - przystał Vic. Spojrzał na Tada bawiącego się z psem. Chłopczyk rzucał najdalej jak potrafił (a nie było to daleko) baseballową piłkę syna Cambera, a bernardyn biegł po nią posłusznie i odnosił w pysku małemu. Piłka była niemożliwie ośliniona. - Pański pies zabawia mojego synka - powiedział.

- Cujo lubi dzieciaki - przyznał Camber. - Zechciałby pan wprowadzić wóz do stodoły, panie Trenton?

Pan doktor zaraz cię zbada, pomyślał Vic rozbawiony i wjechał jaguarem do środka. Okazało się, że naprawa zajęła tylko półtorej godziny, a należność pobrana przez Cambera była tak niewygórowana, że aż zaskakująca.

Tad biegał tego chłodnego, pochmurnego popołudnia, bez ustanku wołając psa po imieniu: „Cujo... Cuuujooo... tutaj, Cujo...”. Przed samym odjazdem chłopiec Cambera (na imię miał Brett) podsadził synka Trentonów na Cujo i bernardyn z Tadem na grzbiecie statecznym krokiem przemierzył tam i z powrotem wysypane żwirem podwórko. Brett asekurował malca, idąc obok i obejmując go ramieniem w pasie. Kiedy Cujo mijał Vica, ten przechwycił jego spojrzenie... i gotów był przysiąc, że pies się uśmiecha.

Trzy dni po wrzaskliwej konwersacji George'a Meary z Ciotką Ewie mała dziewczynka w wieku Tada Trentona wstała ze swego miejsca przy śniadaniowym stole - który stał w kąciku śniadaniowym schludnego domku w Iowa City w stanie Iowa - i oznajmiła:

- Oj, mamo, niedobrze mi. Chyba będę wymiotowała. Matka obejrzała się, nawet niespecjalnie zaskoczona.

Przed dwoma dniami starszego brata Marcy odesłano ze szkoły do domu z ostrymi objawami grypy żołądkowej. Brock już wydobrzał, ale tych koszmarnych dwudziestu czterech godzin, podczas których jego organizm zrzucał z obu stron swój balast, nikt mu nie odbierze.

- Jesteś pewna, słoneczko? - spytała córkę.

- Oj, tak... - jęknęła głośno Marcy i uciskając obiema rączkami brzuszek wypadła na korytarz. Matka ruszyła za nią. Kiedy wychodziła z kuchni, córeczka znikała właśnie w drzwiach łazienki. O Boże, znowu to samo, pomyślała. Będzie cud, jeśli i ja tego nie złapię.

Słysząc pierwsze odgłosy wymiotowania, skręciła za małą do łazienki, myśląc już o tym, co trzeba zrobić potem: podać klarowne płyny, łóżko, nocnik, parę książeczek; Brock po powrocie ze szkoły wniesie jej do pokoju przenośny telewizor i...

Spojrzała i stanęła jak rażona gromem. Wszystkie myśli uleciały jej z głowy.

Umywalkę, do której wymiotowała czteroletnia dziewczynka, wypełniała krew; krwią spryskany był biały porcelanowy brzeg umywalki; krew skapywała na kafelki posadzki.

- Oj, mamusiu, niedobrze mi...

Mata zaczęła się odwracać, odwracała się, odwracała, a buzię wokół ust umazaną miała we krwi, która ściekała jej po brodzie i rozlewała się coraz większą plamą na przodzie niebieskiej sukienki, krew, Boże jedyny, Jezusie, Maryjo, Józefie święty, tyle krwi...

- Mamusiu...

I dziewczynka znowu zwymiotowała. Gęsta, krwawa masa tryskająca z jej ust zbryzgała wszystko wokół niczym złowróżbny deszcz. Matka porwała Marcy na ręce, wybiegła z nią z łazienki, dopadła telefonu w kuchni i wykręciła numer pogotowia.

Cujo zdawał sobie sprawę, że jest za stary na uganianie się za królikami.

Nie był bynajmniej staruszkiem, o nie, nawet jak na psa. Jednak licząc sobie pięć lat, dawno już wyrósł z wieku szczenięcego, kiedy byle motyl stanowił wystarczający pretekst do wszczęcia zawziętego pościgu przez las i łąki rozciągające się za domem i stodołą. Miał pięć lat i gdyby był człowiekiem, wchodziłby właśnie w pierwsze stadium wieku średniego.

Był piękny, wczesny poranek szesnastego czerwca i na źdźbłach trawy perliła się jeszcze rosa. Upały, które przepowiadała Ciotka Ewie George'owi Mearze, rzeczywiście nadeszły - był to najcieplejszy początek czerwca od lat - i o drugiej po południu Cujo będzie leżał w kurzu podwórka (albo w stodole, jeśli MĘŻCZYZNA pozwoli mu do niej wejść, co czynił czasami, kiedy pił, a ostatnio pił prawie na okrągło), robiąc ciężko bokami w prażącym słońcu. Ale to będzie później.

A ten królik, wielki, brązowy, tłusty królik, nie miał zielonego pojęcia, że Cujo tu jest, prawie na samym skraju północnego pola, milę od domu. Wiatr wiał ze złego kierunku z punktu widzenia Pana Królika.

Cujo podkradał się raczej dla zabawy niż z apetytu na świeże mięso. Królik skubał w najlepsze młodą koniczynę, którą promienie bezlitosnego słońca w ciągu miesiąca spieką na brąz. Gdyby spostrzegł psa i rzucił się do ucieczki już wtedy, kiedy ten pokonał dopiero połowę dzielącej ich pierwotnie odległości, Cujo nie podjąłby pościgu. Jednak łepek i słuchy królika powędrowały w górę dopiero w momencie, kiedy Cujo znajdował się niespełna piętnaście stóp od niego. Przez chwilę królik ani drgnął; stał nieruchomo słupka ze śmiesznie wybałuszonymi ślepkami niczym wykuta w kamieniu rzeźba. A potem nagle zerwał się do ucieczki.

Pies ze wściekłym ujadaniem rzucił się w pogoń. Królik był bardzo mały i szybki, Cujo bardzo duży i powolny, ale perspektywa zdobyczy wpompowała dodatkową porcję energii w łapy psa. Zbliżył się do królika na tyle, że już-już go dosięgał. Królik skręcił ostro. Cujo zarył pazurami w darń, wyhamował, orząc ją aż do czarnej ziemi pod spodem, i zawrócił ociężale. Stracił z początku równowagę, ale szybko ją odzyskał. W powietrze wzbijały się z trzepotem skrzydeł ptaki spłoszone jego basowym, urywanym szczekiem. Cujo wyglądał, jakby się uśmiechał. Królik zygzakował przez jakiś czas, a potem śmignął jak strzała na wprost przez północne pole. Cujo pognał w ślad za nim, chociaż podejrzewał już, że tego wyścigu nie wygra.

Starał się jednak bardzo i już znowu doganiał królika, kiedy ten zanurkował raptem w małą norkę w skłonie niewysokiego, łagodnego pagórka. Wylot nory zarośnięty był wysoką trawą. Cujo bez chwili wahania wyciągnął swe wielkie brązowe cielsko jak futrzasty pocisk i wykorzystując siłę bezwładu, runął głową naprzód w otwór - i utknął w nim jak korek w szyjce butelki.

Joe Camber, pomimo że od siedemnastu lat był właścicielem farmy Siedem Dębów przy końcu Drogi Miejskiej Nr 3, nie miał pojęcia o istnieniu tej dziury. Odkryłby ją z pewnością, gdyby zajmował się uprawą roli, ale się nią nie zajmował. W wielkiej czerwonej stodole nie było żywego inwentarza; wykorzystywał ją w charakterze warsztatu mechanicznego i składu blach karoserii samochodowych. Jego syn Brett buszował często po polach i po lesie za domem, ale on też nigdy nie natrafił na tę dziurę, chociaż kilka razy omal w nią przypadkiem nie wdepnął, co pewnie przypłaciłby złamaniem nogi w kostce. W słoneczne dni dziurę można było wziąć za cień; w dni pochmurne nikła zupełnie w zarastającej ją trawie.

John Mousam, poprzedni właściciel farmy, wiedział o dziurze, ale nie przyszło mu jakoś do głowy, żeby wspomnieć o niej Joemu Camberowi, kiedy w 1963 roku sprzedawał mu swoje gospodarstwo. Być może powiedziałby o niej Camberowi, kiedy w 1970 żona Joego, Charity, powiła syna, ale zmarł wcześniej na raka.

Chwała Bogu, że Brett nigdy jej nie znalazł. Dla małego chłopca nie ma na świecie nic bardziej intrygującego niż dziury w ziemi, a ta prowadziła do niewielkiej naturalnej wapiennej pieczary. W najgłębszym miejscu pieczara miała około dwudziestu stóp głębokości i niewykluczone, że mały wścibski chłopiec mógłby się do niej wcisnąć, ześlizgnąć na samo dno i utknąć tam na dobre. W przeszłości zdarzało to się już rozmaitym małym zwierzętom. Po wapiennej ścianie pieczary łatwo było zjechać na dół, ale znacznie trudniej wgramolić się z powrotem na górę. Jej dno zaściełały kości świstaka, skunksa, paru wiewiórek i domowego kota. Kot nazywał się Pan Czyścioszek. Zginął Camberom przed kilkoma laty i doszli do wniosku, że albo przejechał go samochód, albo kocisko po prostu dało nogę. A on był tutaj, wraz z kosteczkami dużej polnej myszy, za którą się tu zapędził.

Ścigany przez Cujo królik, koziołkując i ślizgając się, zleciał na samo dno, i teraz dygotał tam jak w febrze z postawionymi słuchami i noskiem wibrującym z częstotliwością kamertonu, przerażony ujadaniem Cujo, które wypełniało małą przestrzeń. Nakładające się echa sprawiały, że zgiełk był taki, jakby na górze kłębiła się cała psia sfora.

Podziemna pieczara przyciągała też od czasu do czasu nietoperze - nigdy nie gnieździło się ich tu wiele, bo pieczara była mała, ale jej chropowate sklepienie stanowiło dla nich idealne miejsce do zawiśnięcia głową w dół i przedrzemania tak do zmierzchu. Również przez wzgląd na te nietoperze szczęśliwie się złożyło, że Brett Camber nie znalazł pieczary, zwłaszcza tego roku. Tego bowiem roku brązowe owadożerne nietoperze, które tu mieszkały, oblazł szczególnie złośliwy szczep zarazków wścieklizny.

Cujo zaklinował się w dziurze barkiem. Kopał wściekle zadnimi łapami, jednak bez żadnego efektu. Mógł się co prawda obrócić i wyczołgać na powierzchnię, ale uparł się, że dopadnie królika. Wyczuwał, że zwierzątko znalazło się w pułapce i wystarczy się tylko do niego dokopać. Wzroku nie miał specjalnie bystrego, w dodatku swoim masywnym ciałem blokował prawie całkowicie dopływ dziennego światła i nie zdawał sobie sprawy ze spadku otwierającego się tuż przed jego przednimi łapami. Wyczuwał wilgoć i wyczuwał nietoperzowe odchody, zarówno stare, jak i świeże... ale najważniejszy w tej chwili był zapach królika. Gorący i smakowity. Obiad na tacy.

Jego ujadanie spłoszyło nietoperze. Przeraziło je. Coś wtargnęło do ich domu. Rzuciły się z piskiem całą masą w stronę wyjścia. I wtedy ich sonary wykryły zagadkowy i niepokojący fakt: wyjścia już nie było. Tam, gdzie do tej pory znajdowało się wyjście, czaił się napastnik.

Krążyły i szybowały w ciemnościach, a ich błoniaste skrzydła szeleściły niczym trzepocząca w podmuchach porywistego wiatru bielizna rozwieszona na sznurze. Na dnie jaskini kulił się, nie tracąc nadziei, królik.

Cujo poczuł uderzenia skrzydeł kilku nietoperzy o jedną trzecią swego cielska, którą zdołał do tej pory przecisnąć przez otwór, i przestraszył się. Nie podobał mu się ani ich zapach, ani odgłosy, jakie wydawały; nie podobało mu się dziwne, zdające się emanować z nich ciepło. Szczeknął głośniej i kłapnął na postrach zębami, żeby przepłoszyć stwory krążące mu z piskiem wokół łba. Jego kły zatrzasnęły się na brązowoczarnym skrzydle. Chrupnęły delikatne kostki. Nietoperz odwinął się i ukąsił Cujo, rozcinając miękką skórę pokrywającą wrażliwy psi nos. Rozcięcie było długie, zakrzywione i przypominało kształtem znak zapytania. Zaraz potem nietoperz runął na wapienny stok i zdychając, zjechał po nim na dno pieczary. Ale zło już się stało; ukąszenie wściekłego zwierzęcia w okolicach głowy jest najbardziej niebezpieczne, wścieklizna bowiem atakuje centralny układ nerwowy. Psy, bardziej na nią wrażliwe od swych panów, nie mogą mieć nadziei na pełne uodpornienie nawet po przyjęciu szczepionki pod postacią nieuaktywnionego wirusa, którą aplikuje każdy weterynarz. A Cujo nigdy w życiu nie był szczepiony przeciw wściekliźnie.

Nie wiedząc o tym, ale mając jeszcze w pysku wstrętny smak niewidocznego stwora, którego przed chwilą ugryzł, Cujo doszedł do wniosku, że dalsza gra nie jest warta świeczki. Potężnym pchnięciem barków wyszarpnął tułów z dziury, wywołując przy tym małą piaskową lawinę. Otrząsnął się i z sierści poleciały na wszystkie strony zbite grudki ziemi i cuchnące okruchy wapienia. Z nosa kapała mu krew. Usiadł, wzniósł łeb ku niebu i zawył żałośnie.

Nietoperze wysypały się przez dziurę małą brązową chmurą, wirowały przez kilka sekund w powietrzu oślepione jasnym czerwcowym słońcem, po czym umknęły z powrotem do swej sypialni.

Były głupimi stworzeniami i w ciągu tych dwóch, trzech minut zdążyły zupełnie zapomnieć o szczekającym intruzie. Znowu zwisły głowami w dół i opatuliwszy swe drobne, szczurze ciałka skrzydłami, tak jak czynią to stare kobiety owijające się szalami, zasnęły.

Cujo oddalił się truchtem. Znowu się otrząsnął. Bezradnie potarł łapą nos. Krew już krzepła, ścinała się na gęstą papkę, ale nos nadal bolał. Psy potrafią odczuwać zażenowanie z siłą nieproporcjonalnie wielką do swej inteligencji i Cujo wstydził się za siebie. Nie miał ochoty wracać do domu. Gdyby tam wrócił, jedno z jego trójcy - MĘŻCZYZNA, KOBIETA albo CHŁOPIEC - zorientowałoby się, że coś sobie zrobił. Całkiem możliwe, że któreś z nich nazwałoby go BRZYDKIM PSEM. A on w tej chwili z pewnością sam uważał siebie za BRZYDKIEGO PSA.

Tak więc, zamiast wracać do domu, zbiegł nad strumień, który oddzielał teren Cambera od posiadłości Gary'ego Perviera, najbliższego sąsiada Camberów. Brodził pod prąd, pił łapczywie i tarzał się w wodzie - wszystko po to, by pozbyć się tego wstrętnego smaku z pyska, zmyć brud i wodnistozielony smród wapienia z sierści, spłukać z siebie piętno BRZYDKIEGO PSA.

Samopoczucie stopniowo mu się poprawiało. Wyszedł ze strumienia i otrząsnął się. Wodny prysznic utworzył na chwilę w powietrzu tęczę o zapierającej dech w piersiach soczystości barw.

Poczucie, że jest BRZYDKIM PSEM i ból nosa powoli ustępowały. Ruszył truchtem w stronę domu, żeby zobaczyć, czy nie ma tam gdzieś CHŁOPCA. Przyzwyczaił się do wielkiego żółtego autobusu szkolnego, który co rano przyjeżdżał po CHŁOPCA i odwoził go z powrotem wczesnym popołudniem, ale w tym tygodniu szkolny autobus z błyskającymi ślepiami i nadzieniem rozwrzeszczanej dzieciarni nie przyjeżdżał. CHŁOPIEC był przez cały czas w domu. Zwykle siedział w stodole i robił różne rzeczy z MĘŻCZYZNĄ. Może dzisiaj żółty autobus znowu przyjedzie, a może nie. Cujo zapomniał o dziurze i wstrętnym smaku nietoperza. Nos prawie już nie bolał.

Biegł lekko, rozcinając piersią wysokie trawy północnego pola. Od czasu do czasu w powietrze wzbijał mu się spod łap jakiś spłoszony ptak, ale on nie podejmował pościgu. Dość już miał na dziś gonitw i nawet jeśli nie pamiętał o tym jego mózg, to na pewno pamiętało.ciało. Był dorodnym bernardynem, miał pięć lat, ważył blisko dwieście funtów i w tej chwili, rankiem szesnastego czerwca 1980 roku, wkraczał we wstępne stadium wścieklizny.

Siedem dni później i trzydzieści mil od Castle Rock i farmy Siedem Dębów, na przedmieściach Portland, w restauracyjce noszącej nazwę Żółta Łódź Podwodna, spotkało się dwóch mężczyzn. Restauracyjka słynęła z bogatego wyboru piętrowych kanapek, pizz i dagwoodów. Pod ścianą w głębi stała maszyna do gry w mechaniczne kręgle. Wisząca nad kontuarem tabliczka głosiła, że kto da radę wepchnąć w siebie dwa Koszmarki Żółtej Łodzi Podwodnej, w nagrodę nie płaci; poniżej, w nawiasach, dopisano: PŁACISZ, JEŚLI PUŚCISZ PAWIA.

Vic Trenton przepadał za wielkimi kanapkami z klopsem serwowanymi w Żółtej Łodzi, ale podejrzewał, że ta dzisiejsza przyprawi go jak nic o ostry atak nadkwasoty.

- Wygląda na to, że Żółta Łódź straci klienta, co? - zwrócił się do swojego towarzysza, który z wyraźnym brakiem entuzjazmu przyglądał się kanapce z duńską szynką. Był nim Roger Breakstone, a kiedy on patrzył na jedzenie bez entuzjazmu, wiadomo było od razu, że zanosi się na jakiś kataklizm. Roger ważył dwieście siedemdziesiąt funtów i kiedy siedział, nie było mu widać kolan. Pewnego razu, gdy Vic z Donną baraszkowali w łóżku, chichocząc jak para dzieciaków na biwaku, Donna zwierzyła się, mężowi: „Myślałam, że Rogerowi odstrzelili kolana w Wietnamie”.

- Sprawa przedstawia się bryndzowato - przyznał Roger. - Przedstawia się tak cholernie bryndzowato, że nawet byś nie uwierzył, Vic.

- Naprawdę sądzisz, że ta podróż cokolwiek rozwiąże?

- Może i nie - odmruknął Roger. - Ale jeśli nie pojedziemy, to stracimy Sharpa na mur-beton. Może da się coś jeszcze uratować. Jakoś to odkręcić. - Wgryzł się w kanapkę.

- Trzeba by zamknąć na te parę dni interes, a to może nas uderzyć po kieszeni.

- A według ciebie nie jesteśmy jeszcze walnięci po kieszeni?

- Fakt, jesteśmy. Ale wiszą nam przecież te zdjęcia w Kennebunk Beach do reklamówki dla Book Folks...

- Lisa może to obskoczyć.

- Nie jestem taki do końca przekonany, czy Lisa potrafi poradzić sobie sama ze sobą, a co dopiero mówić o obskoczeniu Book Folks - zauważył Vic. - Ale jeśli nawet założymy, że się z tym upora, to przecież jesteśmy jeszcze w lesie z Twoimi Ulubionymi Borówkami... mamy kłopoty z Casco Bank... no i czeka cię jeszcze to spotkanie z prezesem Głównego Związku Pośredników od Nieruchomości...

- Oho, z nim to ty się spotkasz.

- Jeszcze czego - obruszył się Vic. - Dostaję wysypki na samą myśl o tych czerwonych portkach i białych butach. Wciąż mam ochotę zaglądać do szafy i sprawdzać, czy nie znajdę tam faceta z tablicami reklamowymi na piersiach i plecach.

- To wszystko pryszcz, i dobrze o tym wiesz. Z żadnego z nich nie wyciągamy nawet jednej dziesiątej tego, co z Sharpa. Co tu dużo gadać. Znasz smarkacza Sharpa i wiesz, że będzie chciał rozmawiać z nami dwoma. Bukować ci miejsce czy nie?

Na samą myśl o dziesięciu dniach poza domem - pięciu w Bostonie i pięciu w Nowym Jorku - Vica oblewał zimny pot. Przez sześć lat pracowali z Rogerem w Agencji Ellisona w Nowym Jorku. Vic miał teraz dom w Castle Rock, a Roger i Althea Breakstonowie mieszkali w sąsiednim, odległym o mniej więcej piętnaście mil Bridgton.

Vic postrzegał tamten okres jako epizod, do którego nie warto wracać pamięcią. Dopiero kiedy przenieśli się z Donną do Maine, poczuł, że na dobre ożył, że odkrył, po co został stworzony. Teraz nachodziło go chorobliwe wrażenie, że przez te ostatnie trzy lata Nowy Jork tylko czekał, żeby dostać go z powrotem w swoje kleszcze. Samolot, lądując, nie trafi na pas startowy i pochłonie go rycząca ognista kula płonącego paliwa. Albo na moście Triborough dojdzie do karambolu, w którym ich checker zostanie zgnieciony w krwawy żółty akordeon. Bandyta, zamiast tylko pomachać na postrach swoim pistoletem, zrobi z niego użytek. Eksploduje rurociąg gazowy, a jego skróci o głowę klapa włazu studzienki kanalizacyjnej lecąca w powietrzu niczym śmiercionośne, dziewięćdziesięciofuntowe frisbee. Cokolwiek. Jeśli tam wróci, miasto go zabije.

- Rog - powiedział, odkładając ledwie nadgryzioną kanapkę z klopsem - czy przyszło ci kiedy do głowy, że świat się wcale nie zawali, jeśli naprawdę stracimy Sharpa?

- Świat się nie zawali - przyznał Roger, lejąc buscha po ściance wysokiej szklanki - ale co z nami? Jasny gwint, mam na głowie jeszcze siedemnaście lat spłacania dwudziestoletniej hipoteki i bliźniaczki, które rwą się do Bridgton Academy. A ty masz swoją hipotekę, swojego dzieciaka i tego starego sportowego jaguara, w którym zatrzęsiesz się kiedyś na śmierć.

- Tak, ale jest jeszcze lokalna przedsiębiorczość...

- Lokalna przedsiębiorczość leży! - wykrzyknął gwałtownie Roger i odstawił z hukiem szklankę piwa.

Grupka czterech mężczyzn przy sąsiednim stoliku, trzech w koszulkach tenisowych i czwarty w spłowiałym podkoszulku z napisem DARTH VADER JEST PEDAŁEM na piersi, zaczęła bić brawo.

Roger machnął do nich niecierpliwie ręką i pochylił się do Vica.

- Dobrze wiesz, że do niczego nie dojdziemy, robiąc kampanie dla Twoich Ulubionych Borówek i pośredników od nieruchomości. Jeśli stracimy Sharpa, pójdziemy na dno bez jednej zmarszczki. Z drugiej strony, jeśli damy radę utrzymać chociaż część kontraktu z Sharpem przez najbliższe dwa lata, to znajdziemy się w kolejce do budżetu Departamentu Turystyki, może nawet uda nam się uszczknąć coś z loterii stanowej, jeśli do tego czasu nie sprowadzą jej na psy. Smaczne kąski, Vic. Będziemy mogli zrobić pa, pa Sharpowi i jego zasranym chrupkom, i wszystko dobrze się skończy. Duży zły wilk będzie musiał iść poszukać sobie obiadu gdzie indziej; małe świnki będą w domu.

- Pod warunkiem, że zdołamy coś uratować - zauważył Vic. - A prawdopodobieństwo tego jest mniej więcej takie jak to, że Cleveland Indians zdobędą tej jesieni puchar World Series.

- Wydaje mi się, że nie zaszkodzi spróbować, stary.

Vic milczał zamyślony, wpatrując się w swoją czerstwiejącą kanapkę. To było stanowczo niesprawiedliwe, ale z niesprawiedliwością mógłby się jeszcze jakoś pogodzić. Najbardziej dobijała go zwariowana absurdalność całej sytuacji. Spadło to na nich jak grom z jasnego nieba, jak mordercze tornado, które znika, pozostawiając po sobie zygzakowaty pas zniszczeń. Wszystko przemawiało za tym, że on, Roger i ich agencja reklamowa Ad Worx znajdą się wśród jego ofiar bez względu na to, jak postąpią; czytał to z okrągłej twarzy Rogera, która nie była tak ponura od czasu, kiedy oboje z Altheą stracili swojego synka, Timothy'ego. Przyczyną zgonu chłopca był tak zwany zespół śmierci łóżeczkowej. Trzy tygodnie potem Roger załamał się i płakał jak bóbr, zakrywając twarz dłońmi w geście jakiegoś straszliwego, beznadziejnego żalu, a patrzącemu na to Vicowi krajało się serce. Nie było wtedy dobrze. Ale panika, którą dostrzegał teraz w oczach Rogera, też nie wróżyła niczego dobrego.

W reklamowym interesie podobne tornada uderzają od czasu do czasu znienacka. Duże firmy, takie jak Agencja Ellisona, która obraca milionami, potrafią je przetrwać. Małe, w rodzaju Ad Wora, po prostu nie mają szans. Mieli jeden koszyk z mnóstwem małych jajeczek i drugi, w którym spoczywało jedno wielkie jajo - kontrakt z Sharpem - i teraz nie wiadomo było tylko, czy stracą to wielkie jajo w całości, czy może przynajmniej uda się upichcić z niego jajecznicę. To nie była ich wina, ale agencje reklamowe nadają się wyśmienicie na chłopców do bicia.

Los po raz pierwszy połączył Vica z Rogerem w parę przed sześcioma laty, przy okazji zespołowej realizacji pewnego zlecenia, kiedy obaj pracowali jeszcze w Agencji Ellisona, i od tamtego czasu już się nie rozstawali. Vic, wysoki, chudy i spokojny, stanowił idealne jin dla tłustego, wesołego i wylewnego jang Rogera Breakstone'a. Rozumieli się zarówno na gruncie osobistym, jak i zawodowym.

Tamto pierwsze wspólne zlecenie nie było niczym specjalnym, polegało na opracowaniu dla jakiegoś czasopisma kampanii reklamowej popularyzującej Fundację na rzecz Dzieci z Porażeniem Mózgowym. Zaproponowali czarno-białą planszę przedstawiającą małego chłopca z nóżkami zakutymi w wielkie, okrutne szyny, stojącego w strefie autu przy pierwszej linii bazowej boiska baseballowego Małej Ligi. Chłopiec miał na głowie czapeczkę Metsów, a jego twarz - Roger zawsze utrzymywał, że projekt zyskał akceptację właśnie dzięki wyrazowi twarzy dziecka - wcale nie była smutna, lecz raczej rozmarzona. Właściwie to nawet szczęśliwa. Podpis głosił: BILLY BELLAMY NIGDY NIE ZAGRA W BASEBALL. A pod spodem: BILLY CIERPI NA PORAŻENIE MÓZGOWE. I jeszcze niżej, małą pochyloną czcionką: A może podasz nam pomocną dłoń?

Datki na Fundację zauważalnie podskoczyły. Skorzystała ona, skorzystali Vic i Roger. Zespół Trenton-Breakstone wystartował i szedł za ciosem. Zaliczyli jeszcze z pół tuzina udanych kampanii. Vic rzucał najczęściej ogólne koncepcje, Roger zajmował się ich dopracowywaniem.

Dla korporacji Sony zaprojektowali plakat z uśmiechniętym mężczyzną w urzędniczym garniturze, siedzącym po turecku na pasie zieleni przedzielającym jezdnie szesnastopasmowej superautostrady i trzymającym na kolanach wielkie radio Sony. Napis głosił: POLICE BAND, THE ROLLING STONES, VIVALDI, MIKE WALLACE, THE KINGSTON TRIO, PAUL HARVEY, PATTI SMITH, JERRY FALWELL. A pod spodem: HELLO, L.A.

Reklama dla Voita, producenta sprzętu pływackiego, przedstawiała mężczyznę będącego skrajnym przeciwieństwem rasowego surfingowca z Miami. Modelem prężącym się w wyzywającej postawie na złotej plaży jakiegoś tropikalnego raju był wytatuowany pięćdziesięciolatek z brzuszyskiem piwożłopa, o sflaczałych mięśniach rąk i nóg, z pomarszczoną blizną na udzie. Ten zaprawiony w bojach rycerz fortuny trzymał w ramionach parę płetw Voita. CZŁOWIEKU - głosił napis na plakacie - JA ŻYJĘ Z NURKOWANIA. JA SIĘ NIE OBCYNDALAM. Pod spodem było jeszcze więcej tekstu, który Roger nazywał zwyczajnym ble-ble, ale slogan wyróżniony tłustą czcionką naprawdę chwycił. W oryginale brzmiał on: JA SIĘ NIE OPIERDALAM - ale Vicowi i Rogerowi nie udało się przekonać do tego ludzi Voita. Szkoda, sprzedaliby pewnie o wiele więcej płetw.

Potem był Sharp.

Kiedy stary Sharp po blisko dwudziestoletniej współpracy z miejscową, clevelandzką agencją reklamową zwrócił się bez przekonania do Agencji Ellisona, jego firma zajmowała dwunastą pozycję na liście Wielkiego Amerykańskiego Piekarnictwa. Była większa od Nabisco sprzed drugiej wojny światowej, jak z upodobaniem podkreślał stary. Jego syn z równym upodobaniem podkreślał, że od zakończenia drugiej wojny światowej upłynęło już trzydzieści lat.

Realizację kontraktu - zawartego z początku na sześciomiesięczny okres próbny - powierzono Vicowi Trentonowi i Rogerowi Breakstone'owi. Pod koniec tego okresu Sharp awansował na rynku ciast-ciasteczek-i-chrupek z miejsca dwunastego na dziewiąte. W rok później, kiedy Vic z Rogerem postanowili rozkręcić własny interes i przenieśli się do Maine, firma Sharpa wspięła się na miejsce siódme.

Opracowana przez nich kampania była szeroko zakrojoną operacją. Dla Ciasteczek Sharpa wymyślili Sharpstrzelca, nadętego szeryfa z Dzikiego Zachodu, którego sześciostrzałowiec strzelał nie kulami, lecz ciasteczkami - zależnie od widzimisię ludzi od efektów specjalnych w jednych wideoklipach były to Chock Chippersy, w innych Ginger Snappiesy, w jeszcze innych Oh Those Oatmealsy. Klipy kończyły się zawsze scenką, w której smutny Sharpstrzelec stoi z wyciągniętymi rewolwerami na stosie ciasteczek. „No, źli faceci już się wynieśli - oznajmiał co dzień milionom Amerykanów - ale zostały mi ciasteczka. Najlepsze ciasteczka na całym Zachodzie... i chyba wszędzie indziej”. Potem wbija zęby w ciasteczko. Jego mina sugeruje, że doświadcza gastronomicznego ekwiwalentu pierwszego chłopięcego orgazmu. Ekran ciemnieje.

Ciasta gotowe - szesnaście różnych odmian, od zwykłego placka poprzez kruszonkę do sernika - reklamował filmik nazywany przez Vica klipem George'a i Gracie. Ekran rozjaśnia się i widzimy George'a i Gracie wychodzących z szykownego przyjęcia, na którym stół bufetowy ugina się pod ciężarem wszelkich możliwych delikatesów. Kolejne ujęcie przedstawia zaniedbane, małe, odpychające mieszkanko. Jest jasno oświetlone. George siedzi przy prostym kuchennym stole przykrytym obrusem w kratę. Gracie wyjmuje z zamrażalnika starej lodówki Placek (albo Kruszonkę, albo Sernik) Sharpa i stawia go na stole. Oboje są jeszcze w wieczorowych strojach. Uśmiechają się do siebie, z ich oczu wyziera ciepło, miłość i zrozumienie; dwoje ludzi w pełnej harmonii. Ekran ciemnieje i na czarne tło wypływa slogan: SĄ TAKIE CHWILE, KIEDY PRAGNIESZ TYLKO SHARPA. W całym klipie nie pada ani jedno słowo. Właśnie on zdobył nagrodę Clio.

Zdobył ją też Profesor od Chrupek Sharpa, ogłoszony przez handlowców „wywołującą największy oddźwięk reklamą wyprodukowaną dla programów dziecięcych”. Vic i Roger uważali go za swoje szczytowe osiągniecie - ale to właśnie Profesor od Chrupek odbijał im się teraz czkawką.

W morzu adresowanych do dzieci animowanych filmików reklamowych zachwalających gumę do żucia, zabawki przygodowe, lalki i konkurencyjne chrupki Profesor od Chrupek Sharpa, grany przez aktora charakterystycznego w zaawansowanym wieku średnim, wyróżniał się swoją bezpretensjonalnością i śmiałym nawiązaniem do reklam dla dorosłych.

Na ekranie pojawia się opustoszała sala lekcyjna szkoły podstawowej. Widownia zasiadająca w sobotnie ranki przed telewizorami, by obejrzeć „Godzinę Królika Bugsa” i „The Drac Pack”, jest z taką scenerią oswojona. Profesor od Chrupek Sharpa ma na sobie garnitur, sweter z wycięciem w serek i rozpiętą pod szyją koszulę. Zarówno pod względem powierzchowności, jak i sposobu mówienia jest umiarkowanie autorytatywny; Vic i Roger przeprowadzili rozmowy z blisko czterdziestoma nauczycielami i chyba półtuzinem psychologów dziecięcych, i na tej podstawie doszli do wniosku, że z takim właśnie typem człowieka większość dzieci czuje się najlepiej, choć niewiele z nich ma podobnego rodzica.

Profesor od Chrupek siedzi na biurku nauczycielskim, co ma sugerować pewną nieformalność - młody widz może zakładać, że pod szarozielonym tweedem kryje się dusza prawdziwego kumpla - ale mówi powoli i bardzo poważnie. Nie poucza jednak. Nie onieśmiela. Nie mizdrzy się. Nie przymila ani nie nadyma. Zwraca się do milionów widzów ubranych w bawełniane koszulki, zajadających się chrupkami, oglądających w sobotni ranek rysunkowe filmy, tak jakby byli dorosłymi ludźmi.

„Dzień dobry, dzieci - zaczyna - to reklama chrupek. Słuchajcie mnie uważnie. Wiem dużo o chrupkach, bo jestem Profesorem od Chrupek Sharpa. Chrupki Sharpa - Błyskotki, Kakaowe Misie, Bran-16 oraz Pełnoziarnista Mieszanka Sharpa - to chrupki o najlepszym smaku w całej Ameryce. Możecie je śmiało jeść. - Chwila ciszy i Profesor od Chrupek Sharpa uśmiecha się... a kiedy się uśmiecha, wiadomo już na pewno, że ta dusza prawdziwego kumpla rzeczywiście w nim jest. - Mnie możecie wierzyć, bo ja to wiem. Wasza mama też wie, ale pomyślałem sobie, że może i wy chcielibyście to wiedzieć”.

W tym momencie w kadrze pojawia się młody człowiek, który wręcza Profesorowi od Chrupek Sharpa miskę Błyskotek, Kakaowych Misiów czy czegokolwiek. Profesor grzebie w nich przez chwilę, a potem spogląda prosto w oczy każdego w całym kraju, kto siedzi akurat przed telewizorem, i mówi: „Bzdura, tutaj wszystko jest w porządku”.

Stary Sharp nie chciał się zgodzić na tę ostatnią kwestię sugerującą jakoby, że z jego chrupkami mogłoby być coś nie w porządku. Vic i Roger przekonali go do niej w końcu, ale bynajmniej nie racjonalnymi argumentami. Zresztą samo tworzenie reklam nie było racjonalnym interesem. Często robiło się coś, co wydawało się właściwe, lecz to wcale nie oznaczało, że wie się dlaczego. Vic i Roger czuli, że ostatnia kwestia Profesora ma siłę, która jest prosta i potężna zarazem. Przynosiła ostateczny, pełny komfort, zapewnienie całkowitego bezpieczeństwa. „Ja cię nigdy nie skrzywdzę”, implikowała. W świecie, w którym rodzice się rozwodzą, w którym starsze dzieci tłuką cię czasem na kwaśne jabłko bez żadnego racjonalnego powodu, w którym przeciwna drużyna Małej Ligi tarza się czasem ze śmiechu po twoim rzucie, w którym dobrzy faceci nie zawsze wygrywają tak jak w telewizji, w którym nie zawsze zapraszają cię na przyjęcia urodzinowe, w świecie, w którym tyle rzeczy nie jest takie jak powinno, zawsze będą Błyskotki i Kakaowe Misie, i Mieszanka Pełnoziarnista, i nigdy nie zawiedziesz się na ich smaku. „Bzdura, tutaj wszystko jest w porządku”.

Z niewielką pomocą ze strony syna Sharpa (później Roger powiedział: „można by pomyśleć, że to ten smarkacz samodzielnie wymyślił i napisał tę reklamę”) koncepcję Profesora od Chrupek zatwierdzono i klip zaczął się pojawiać w sobotnie poranki oraz podczas emisji takich cotygodniowych bloków programowych jak „Star Blazers”, „U.S. of Archie”, „Hogan's Heroes” oraz „Gilligan's Island”. Spośród wszystkich wyrobów Sharpa Chrupki wykazały największy skok sprzedaży, a sam Profesor od Chrupek stał się amerykańską instytucją. Wypowiadana przez niego kwestia: „Bzdura, tutaj wszystko jest w porządku” - zaczęła funkcjonować na prawach jednego z tych narodowych powiedzonek, które oznaczają z grubsza to samo, co „tylko spokój może nas uratować” i „nie gorączkuj się”.

Vic i Roger, podjąwszy decyzję o rozkręceniu własnego interesu, przestrzegali ściśle protokołu i nie podejmowali żadnych rozmów ze swoimi dotychczasowymi klientami, dopóki ich związki z Agencją Ellisona nie zostały formalnie - i za obopólnym porozumieniem - rozwiązane. Sześć pierwszych miesięcy w Portland upłynęło im wszystkim w niepewności jutra i nerwowej atmosferze. Tad, synek Vica i Donny, miał dopiero roczek. Donna, która bardzo przeżywała rozstanie z Nowym Jorkiem, była na przemian to przybita, to rozdrażniona, to znów przestraszona. Roger miał stary wrzód - efekt kilkuletnich wojen reklamowych toczonych w Nowym Jorku - i kiedy stracili z Altheą dziecko, ten wrzód się odnowił, przekształcając go w pokątnego popijacza gelusilu. Altheą, na ile to było możliwe w tych okolicznościach, nadrabiała miną, ale Donna zauważyła, że z jednego słabego drinka, który żona Rogera zwykła wypijać przed kolacją, zrobiły się dwa przed i trzy po kolacji. Obie rodziny, razem i osobno, spędzały już wcześniej wakacje w Maine, ale ani Vic, ani Roger nie zdawali sobie sprawy, ile drzwi zamyka się przed „ludźmi spoza stanu”, jak nazywali nowych przybyszów starzy mieszkańcy.

Roger twierdził, że poszliby niechybnie na dno, gdyby Sharp nie zdecydował się nadal korzystać z ich usług. W siedzibie jego firmy w Cleveland nie doszło ostatecznie do zmiany stanowisk. Stary upierał się przy Vicu i Rogerze, a smarkacz (obecnie już czterdziestolatek) chciał z nimi zerwać, argumentując nie bez pewnej racji, że to szaleństwo zdawać się na dwuosobową agencję reklamową oddaloną o sześćset mil od Nowego Jorku. Faktu, że Ad Wora utrzymywała stosunki z nowojorską firmą zajmującą się analizą rynku, smarkacz zdawał się zupełnie nie zauważać, zdawał się również nie zauważać kampanii, jakie Vic i Roger w ciągu ostatnich kilku lat robili dla innych firm.

- Gdyby lojalność była papierem toaletowym - mówił z goryczą Roger - korciłoby cholernie, żeby podetrzeć nią sobie dupy, stary.

Ale wtedy wkroczył stary Sharp i dał im margines czasu, którego tak rozpaczliwie potrzebowali.

- Dawaliśmy sobie jakoś radę przez czterdzieści lat, współpracując z tutejszą agencją reklamową - powiedział - a skoro ci dwaj chłopcy zdecydowali wynieść się z tamtego bezbożnego miasta, to tylko dobrze o nich świadczy.

O to chodziło: stary przemówił. Smarkacz się zamknął. I przez ostatnie dwa i pół roku Ciasteczkowy Sharpstrzelec dalej strzelał, George i Gracie dalej jedli Ciasta Sharpa w swoim nieprzytulnym mieszkanku, a Profesor od Chrupek Sharpa dalej zapewniał dzieci, że tutaj wszystko jest w porządku. Faktyczną produkcją klipów reklamowych zajmowało się małe, niezależne studio z Bostonu, nowojorska firma analizy rynku świadczyła kompetentnie swoje usługi, a Vic lub Roger trzy czy cztery razy do roku latali do Cleveland na naradę z Carrollem Sharpem bądź jego smarkaczem - który zdążył już zdecydowanie posiwieć na skroniach. Całą resztę kontaktów na styku klient-agencja prowadzono za pośrednictwem poczty i telefonu. Procedura była może trochę dziwna i z pewnością niewygodna, ale chyba działała dobrze.

I wtedy pojawiły się Malinowe Zingersy.

Chociaż Zingersy weszły na rynek dopiero przed jakimiś dwoma miesiącami, w kwietniu 1980 roku, słuchy o nich dochodziły Vica i Rogera już od pewnego czasu. Większość chrupek Sharpa była lekko dosładzana albo w ogóle niesłodzona. Pełnoziarnista Mieszanka, wkład Sharpa do produkcji „naturalnych” przetworów zbożowych, odniosła spory sukces. Jednak Malinowe Zingersy wymierzone były w ten bardziej łasy na słodycze sektor rynku; były przeznaczone dla tych konsumentów przetworów zbożowych, którzy kupują chrupki w rodzaju Hrabia Czekula, Frankenmalinki, Szczęśliwe Zaklęcia i podobne słodzone produkty śniadaniowe, plasujące się gdzieś między chrupkami i cukierkami.

Na przełomie lata i jesieni 1979 roku w Boise w stanie Idaho, w Scranton w Pensylwanii oraz w ukochanym miasteczku Rogera, czyli w Bridgton w stanie Maine, rozprowadzono z sukcesem pierwszą sondażową partię Zingersów. Roger, wzdrygając się, powiedział Vicowi, że odpędzałby od nich swoje bliźniaczki dziesięciostopowym kijem, chociaż tak naprawdę był rad, dowiedziawszy się od Althei, że dziewczynki aż piszczały, kiedy wypatrzyły Zingersy na półce w Gigeure's Market.

- Więcej w nich cukru niż ziarna i wyglądają jak odpryski farby ze ściany remizy strażackiej - stwierdził.

Vic pokiwał wtedy głową i odparł niewinnie, nie zdając sobie sprawy, że wymawia to w złą godzinę:

- Kiedy pierwszy raz zajrzałem do pudełka, myślałem, że jest pełne krwi.

- No i co ty na to? - zapytał powtórnie Roger. Podczas gdy Vic przebiegał myślą przygnębiające pasmo ostatnich wydarzeń, zdążył już zmęczyć pół swojej kanapki. Vic był coraz bardziej przekonany, że w Cleveland stary Sharp i jego starzejący się smarkacz znowu szykują się do wycięcia im jakiegoś numeru.

- Chyba lepiej będzie spróbować - powiedział. Roger poklepał go po ramieniu.

- Męska decyzja - pochwalił. - Ale teraz coś zjedz. Vic nie był jednak głodny.

Zaproszono ich do Cleveland na jakąś „pilną naradę”, która miała się odbyć trzy tygodnie po czwartym lipca - większość regionalnych przedstawicieli handlowych i dyrektorów Sharpa bawiła na urlopach i trzeba było aż tyle czasu, żeby ich wszystkich zebrać razem. Jeden z punktów porządku dziennego dotyczył bezpośrednio Ad Worx: „Ocena dotychczasowej współpracy” - napisano w liście. A to według Vica oznaczało, że smarkacz wykorzystuje wpadkę z Zingersami, żeby się ich wreszcie pozbyć.

Mniej więcej trzy tygodnie po entuzjastycznym - choć nacechowanym powagą - zaopiniowaniu Malinowych Zingersów na oczach całego kraju przez Profesora od Chrupek Sharpa („Bzdura, tutaj wszystko jest w porządku”), przywiozła do szpitala swoją pociechę pierwsza matka, bliska histerii i pewna, że dziecko ma krwotok wewnętrzny. Dziewczynka, zaatakowana zapewne przez jakiegoś niezbyt groźnego wirusa, zwymiotowała czymś, co jej matka wzięła początkowo za krew.

Bzdura, tutaj wszystko jest w porządku.

Wydarzyło się to w Iowa City w stanie Iowa. Następnego dnia doszło do siedmiu podobnych przypadków. Jeszcze następnego do dwudziestu czterech. Rodzice dzieci dotkniętych wymiotami lub biegunką czym prędzej wieźli je do szpitala, przekonani, że to krwotok wewnętrzny. Wkrótce zjawisko przybrało rozmiary epidemii - liczba przypadków wzrosła do setek, potem do tysięcy. W żadnym z nich wymioty czy biegunka nie były następstwem spożywania chrupek, ale w atmosferze rosnącego skandalu jakoś to przeoczono.

Bzdura, tu na pewno wszystko jest w porządku.

Epidemia rozprzestrzeniła się na cały kraj. Przyczyną okazał się barwnik do żywności, który nadawał Zingersom ich zingersowy, czerwony kolor. Sam barwnik był nieszkodliwy, ale to również przeoczono. Coś jednak było nie w porządku i ciało ludzkie, zamiast przyswajać czerwony barwnik, po prostu przepuszczało go przez siebie. Feralny barwnik zastosowano tylko w jednej partii chrupek, ale była to potężna partia. Pewien lekarz powiedział Vicowi, że gdyby dziecko, które zmarło po zjedzeniu dużej miski Malinowych Zingersów, poddano sekcji zwłok, stwierdzono by, że przewód pokarmowy ma czerwony jak znak stopu. Efekt ten był zdecydowanie przejściowy, ale to również przeoczono.

Roger zaparł się, że jeśli już mają iść na dno, to pójdą, waląc ze wszystkich dział. Zaproponował maratonowe konferencje z przedstawicielami firmy Image-Eye z Bostonu, która produkowała klipy reklamowe. Chciał porozmawiać z samym Profesorem od Chrupek Sharpa, który tak wczuł się w rolę, że cała ta historia załamała go psychicznie. Potem polecieliby do Nowego Jorku, żeby pogadać z ludźmi od marketingu. Miały to być prawie dwa tygodnie w bostońskim hotelu Ritz-Carlton i w nowojorskim UN Plaza, dwa tygodnie, które Vic i Roger spędzą jak na szpilkach, przetrawiając na bieżąco efekty swych zabiegów i jak za starych dobrych czasów urządzając burze mózgów. Roger miał nadzieję zmontować w ten sposób kontrofensywę, która zada bobu staremu Sharpowi i jego smarkaczowi. Zamiast jechać do Cleveland z podgolonymi karkami przygotowanymi na spadające ostrze gilotyny, pojawią się tam z gotowymi planami batalii mającej na celu odwrócenie skutków afery z Zingersami. Takie były założenia teoretyczne. Obaj jednak zdawali sobie sprawę, że szansę mają raczej nikłe.

Vic miał też inne problemy. Od jakichś ośmiu miesięcy czuł, że między nim a żoną coś zaczyna, się powoli psuć, że oddalają się od siebie. Kochał ją wciąż, a Tada wprost uwielbiał, ale sytuacja z trochę niepokojącej zrobiła się zupełnie zła, i przeczuwał, że jeśli tak to zostawi, będzie jeszcze gorzej. Ta podróż, wielka wyprawa z Bostonu przez Nowy Jork do Cleveland, trafiająca się akurat w okresie, kiedy powinni więcej ze sobą przebywać, robić coś wspólnie, nie była może najlepszym pomysłem. Kiedy ostatnio przyjrzał się twarzy Donny, dostrzegł coś obcego czającego się pod jej płaszczyznami, załamaniami i obłościami.

Nocami, kiedy nie mógł zasnąć, a ostatnio takich nocy było coraz więcej, nie dawało mu spokoju pytanie, czy wzięła sobie kochanka. Nie sypiali już ze sobą zbyt często, to fakt. Czy to zrobiła? Miał nadzieję, że nie.

Nie miał jednak pewności. I nie chciał jej mieć. Bał się, że gdyby jej nabrał, ich małżeństwo by się rozpadło. Nadal nie widział poza Donną świata, pozamałżeńskiej przygody nigdy nawet nie rozważał, i wiele mógłby żonie wybaczyć, ale nie przyprawiania rogów pod jego własnym dachem. Nikt nie chce nosić takich rogów: wyrastają z uszu i dzieciaki śmieją się na ulicy z takiego śmiesznego mężczyzny. A on...

- Co mówisz? - bąknął, otrząsając się z zadumy. - Nie dosłyszałem, Rog.

- Powiedziałem: „Te cholerne czerwone chrupki”. W cudzysłowie. To dokładnie moje słowa.

- Tak - mruknął Vic. - Wypiję za nie. Roger uniósł swoją szklanicę pilsnera.

- No to w górę serca - powiedział. Vic wypił.

Jakiś tydzień po tej niewesołej rozmowie Vica z Rogerem Gary Pervier siedział na zachwaszczonym trawniku, mając za sobą swój dom i Wzgórze Siedmiu Dębów, przed sobą zaś Drogę Miejską Nr 3, i popijał śrubokręta, na który w dwudziestu pięciu procent składał się mrożony sok pomarańczowy Bird's Eye, a w siedemdziesięciu pięciu wódka Popov. Siedział w cieniu wiązu przechodzącego ostatnie stadia szerzącej się w okolicy holenderskiej choroby tego gatunku drzew, pod tyłkiem miał postrzępione taśmy nabytego w systemie sprzedaży wysyłkowej Searsa i Roebucka zniszczonego krzesełka ogrodowego. Pił popova, bo popov był tani. Zaopatrzył się w jego solidny zapas podczas swego ostatniego wypadu po trunek do New Hampshire, gdzie gorzała była tańsza. W Maine popov też był tani, ale jednak ciut droższy niż w New Hampshire, stanie, który słynął z tego, co najlepsze w życiu - z dobrej loterii stanowej, taniej gorzały, tanich papierosów i atrakcji turystycznych w rodzaju Santa's Village i Six-Gun City. New Hampshire było wspaniałym miejscem. Ogrodowe krzesełko wbijało się powoli nogami w zapuszczony trawnik, wyciskając w darni głębokie doły. Dom za trawnikiem również chylił się ku upadkowi; była to szara, obłażąca z farby rudera z zapadniętym dachem. Okiennice trzymały się na słowo honoru. Krzywy komin czepiał się nieba jak pijany płotu. U niektórych gałęzi dogorywającego wiązu do tej pory dyndały bezwładnie gonty zerwane poprzedniej zimy przez ostatnią wielką burzę. „Nie jest to Tadż Mahal - mawiał czasami Gary - ale ja na to sram”.

W ten piekielnie upalny późnoczerwcowy dzień Gary miał już porządnie w czubie. Nie był to u niego stan zbytnio odbiegający od normy. Gówno go obchodziło, czy istnieje jakiś Roger Breakstone. Gówno go obchodziło, czy istnieje jakiś Vic Trenton. Gówno go obchodziło, czy istnieje jakaś Donna Trenton, a gdyby nawet ją znał, to gówno by go obchodziło, że drużyna gości trafia piłkami w jej rękawicę. Znał tylko Camberów i ich psa Cujo, rodzinę mieszkającą na wzgórzu, przy końcu Drogi Miejskiej Nr 3. Lubił sobie popić z Joem Camberem i choć dosyć mgliście, to jednak zdawał sobie sprawę, że Joe Camber przebył już porządny kawałek drogi do alkoholizmu. Była to droga, którą Gary sam od dawna wytrwale kroczył.

- Zwyczajny pijanica, ale ja na to sram! - zwierzył się ptakom i dachówkom na toczonym chorobą wiązie. Pociągnął ze szklaneczki. Pierdnął. Pacnął jakiegoś robala. Słońce i cień cętkowały mu twarz. W wysokim zielsku za domem ledwo było widać wypatroszone wraki samochodów. Bluszcz rosnący po zachodniej stronie domu niewiarygodnie się rozplenił i wybujał, niemal przykrywając budynek. Spośród chaszczy wyzierało tylko jedno okno, które skrzyło się w słoneczne dni niczym brudny diament. Przed dwoma laty Gary w pijackim szale dźwignął biurko stojące w jednym z pokoi na piętrze i wyrzucił je przez okno - teraz nie pamiętał już dlaczego. Później własnoręcznie wstawił wybite szyby, bo kiedy nadeszła zima, cug się robił taki, że mało jaj nie urwało, ale biurko nadal leżało dokładnie tam, gdzie spadło. Jedna wysunięta szuflada sterczała z niego jak wywalony język.

W 1944 Gary Pervier, podówczas dwudziestolatek, w pojedynkę zdobył niemiecki bunkier we Francji, a dokonawszy tego Wyczynu, poprowadził niedobitki swojego oddziału jeszcze dziesięć mil dalej i dopiero tam padł podczas szarży na gniazdo karabinów maszynowych, ugodzony sześcioma pociskami. Został za to nagrodzony przez wdzięczną ojczyznę najwyższym odznaczeniem, Distinguished Service Cross. W 1968 kazał Buddy'emu Torgesonowi z Castle Falls przerobić medal na popielniczkę. Buddy własnym uszom nie wierzył. Gary powiedział mu wtedy, że kazałby go przerobić na muszlę klozetową, żeby mógł w niego (i na niego) srać, ale jest za mały. Buddy rozpowiedział tę historię, i może Gary'emu o to właśnie chodziło - a może nie.

Tak czy inaczej, okoliczni hipisi oszaleli z podziwu. W lecie sześćdziesiątego ósmego większość z nich siedziała ze swoimi nadzianymi rodzicami na wakacjach w Lakes Region, odpoczywając przed rozpoczynającym się we wrześniu rokiem szkolnym. Potem mieli wrócić do college'ów - zapewne po to, by podjąć dalsze studia nad Protestem, Piwkiem i Piczką.

Kiedy Gary kazał przerobić swój DSC na popielniczkę Buddy'emu Torgesonowi, który w wolnych chwilach wykonywał prace spawalnicze na zamówienie, a zatrudniony był na etacie w Castle Falls Esso (wszystkie te stacje należały obecnie do Exxona, ale Gary srał na to), cała ta historia trafiła na łamy wychodzącej w Castle Rock gazety „Call”. Artykuł wysmażył miejscowy dziennikarzyna, który zinterpretował decyzję Gary'ego jako gest antywojenny. I od tej chwili u Gary'ego, przy Drodze Miejskiej Nr 3, zaczęli się pojawiać hipisi. Większość z nich chciała powiedzieć Gary'emu, że jest „odlotowy”, inni - że jest „rodzajem twardziela”, a jeszcze inni - że jest, „kurwa, wspaniały”.

Gary pokazywał im wszystkim to samo: swojego winchestera .30, i kazał im wszystkim wynosić się do diabła. Z jego punktu widzenia wszyscy oni byli zbieraniną długowłosych, dupowatych, sflaczałych kutasów-mineciarzy. Mówił im, że rozpirzy ich bebechy od Castle Rock po Fryburg i gówno go obchodzi, czy pójdzie za to siedzieć. Po jakimś czasie przestali przychodzić, i tak się skończyła cała ta sprawa z DSC.

Jeden z niemieckich pocisków odstrzelił Gary'emu Pervierowi prawe jądro; felczer znalazł większą jego część rozbryźniętą na siedzeniu żołnierskich gaci Gary'ego. Większość drugiego ocalała i czasami jeszcze całkiem przyzwoicie mu stawał. Co wcale nie znaczyło - jak często powtarzał Joemu Camberowi - żeby mu na tym specjalnie zależało. Wdzięczna ojczyzna nadała Gary'emu Distinguished Service Cross. Wdzięczny personel szpitala w Paryżu wypisał go w lutym 1945 z zaświadczeniem o osiemdziesięcioprocentowej utracie zdrowia do renty i z pozłacaną blaszką w plecaku. Wdzięczne rodzinne miasteczko urządziło czwartego lipca 1945 roku paradę na jego cześć - miał już wtedy nie dwadzieścia, ale dwadzieścia jeden lat, mógł głosować, włosy siwiały mu na skroniach i czuł w kościach wszystkie siedemset dni spędzone na froncie. Wdzięczni radni miasteczka zwolnili posiadłość Perviera z podatku od nieruchomości aż do śmierci właściciela. Był z tego zadowolony, bo inaczej straciłby dach nad głową już dwadzieścia lat temu. Morfinę, z której zdobywaniem zaczął mieć trudności, zastąpił wysokoprocentowym trunkiem, po czym przystąpił do realizacji swego życiowego celu, czyli powolnego przenoszenia się na tamten świat w możliwie najsympatyczniejszy sposób.

Teraz, w roku 1980, miał pięćdziesiąt sześć lat, był zupełnie siwy i zgryźliwszy od byka z korbą w dupie. Jedynymi chyba żywymi stworzeniami, które jako tako jeszcze tolerował, byli Joe Camber, jego chłopak Brett i wielki bernardyn Bretta, Cujo.

Odchylił się w tył na dogorywającym krzesełku ogrodowym, omal się przy tym nie przewracając, i pociągnął ze szklaneczki kolejny łyk śrubokręta. Szklaneczkę miał za darmo z restauracji McDonalda. Na jej ściance widniał wizerunek jakiegoś purpurowego zwierzaka, czegoś nazywanego Grymaskiem. Gary często jadał u McDonalda w Castle Rock, gdzie jeszcze można było dostać taniego hamburgera. Hamburgery były dobre. Ale co się tyczy Grymaska... i Burmistrza McCheese'a... i Monsieur Ronalda Pieprzonego McDonalda... Gary srał na nich wszystkich.

Przez wysoką trawę po jego lewej ręce przedzierał się jakiś wielki brązowy kształt i w chwilę później na zapuszczonym przedpolu domu Gary'ego pojawił się Cujo odbywający jedną ze swych wycieczek. Zobaczył Gary'ego i szczeknął uprzejmie. Potem podszedł, merdając ogonem.

- Cujo, ty stary sukinsynu - powiedział Gary. Odstawił śrubokręta i zaczął metodycznie przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu psich biszkoptów. Zawsze miał pod ręką kilka takich dla Cujo, staromodnego, podpalanego, kudłatego dobrego psa.

Znalazł dwa biszkopty w kieszonce koszuli i pokazał je.

- Poproś, pies. Poproś.

Bez względu na to, jak podle się czuł czy jak bardzo był rozdrażniony, widok tego dwustufuntowego psa stającego słupka jak królik zawsze go bawił.

Cujo poprosił i Gary zauważył krótkie, ale paskudnie wyglądające, gojące się już zadrapanie na nosie psa. Rzucił mu biszkopty, które miały kształt kości, i Cujo zręcznie przechwycił je w powietrzu. Jednego upuścił sobie między przednie łapy i zajął się drugim.

- Dobry pies - pochwalił go Gary, wyciągając rękę, żeby poklepać Cujo po łbie. - Dobry...

Z głębi krtani Cujo dobył się warkot. Był to dudniący, rezonujący dźwięk. Cujo spojrzał na Gary'ego i coś zimnego wyzierającego z psich oczu sprawiło, że człowieka przeszedł dreszcz. Cofnął szybko rękę. Z psem tak wielkim jak Cujo lepiej było nie zadzierać. Chyba że przez resztę życia chciało się podcierać sobie tyłek hakiem.

- Co w ciebie wstąpiło? - spytał Gary. Nigdy, przez wszystkie te lata, przez które Cujo był u Camberów, nie słyszał, żeby pies warczał. Prawdę mówiąc, nie bardzo chciało mu się wierzyć, że stary Cujo na niego warknął.

Pies machnął lekko ogonem i podszedł do Gary'ego, nadstawiając łeb do pogłaskania, jakby zawstydzony swoim chwilowym uchybieniem.

- No, tak już lepiej - mruknął Gary, czochrając psie futro. Przez cały ostatni tydzień zdrowo przygrzewało, a jeśli wierzyć George'owi Mearze, który słyszał to od Ciotki Ewie Chalmers, nadciągały jeszcze większe upały. Przypuszczał, że to właśnie przez to. Psy znoszą skwar jeszcze gorzej niż ludzie i chyba nie ma na to rady, że kundle bywają czasami rozdrażnione. Ale swoją drogą dziwnie było słuchać, jak Cujo tak warczy. Gdyby Joe Camber mu to powiedział, Gary by nie uwierzył.

- Idź po drugiego biszkopta - powiedział Gary, pokazując palcem.

Cujo odwrócił się, podszedł do biszkopta, podniósł go - z pyska ściekła mu długa nitka śliny - i upuścił. Spojrzał przepraszająco na Gary'ego.

- Co ty, nie chcesz żreć? - spytał z niedowierzaniem Gary. - Co ty?

Cujo znowu podniósł biszkopta i zjadł go.

- Tak już lepiej - pochwalił Gary. - Od upału tak szybko nie zdechniesz. Ja też od niego nie zdechnę, ale cholernie źle mi robi na moje hemoroidy. Tak, tylko patrzeć, jak zrobią się takie wielkie jak te pieprzone piłki golfowe, wiesz? - Pacnął moskita. Cujo położył się przy krzesełku Gary'ego, a Gary sięgnął znowu po swojego śrubokręta. Zbliżała się pora, żeby wejść do środka i odświeżyć się, jak mawiały cipki z wiejskiego klubu.

- Trzeba wejść odświeżyć dupę - mruknął Gary. Zamaszystym gestem wskazał na dach swego domu i lepka mieszanina soku pomarańczowego z wódką wychlapała mu się na spalone słońcem, żylaste przedramię. - Popatrz tylko na tę budę, Cujo, stary druhu. Rozpierdala się. A wiesz co? Ja na to sram. Niech się wali, a ja nawet nie pierdnę. Wiesz?

Cujo merdnął od niechcenia ogonem. Nie rozumiał, co mówi CZŁOWIEK, ale rytm jego słów był znajomy, a ton głosu kojący. Wysłuchiwał podobnych monologów wiele razy na tydzień, od kiedy... no, od kiedy pamiętał, od zawsze. Lubił tego CZŁOWIEKA, który zawsze miał jedzenie. Tylko ostatnio nie miał jakoś apetytu. Skoro jednak CZŁOWIEK chce, żeby jadł, będzie jadł. Potem się tu położy - tak jak teraz - i będzie słuchał tej kojącej mowy. Ogólnie rzecz biorąc, nie czuł się najlepiej. Warknął na CZŁOWIEKA nie dlatego, że było mu gorąco, ale właśnie dlatego, że nie czuł się zbyt dobrze. Przez moment - przez jedną krótką chwilkę - korciło go nawet, żeby ugryźć CZŁOWIEKA.

- Wygląda na to, żeś wsadził kinola w jeżyny - mruknął Gary. - Czegoś tam szukał? Świstaka? Królika?

Cujo machnął leniwie ogonem. W wybujałych krzakach rzępoliły świerszcze. Zdziczałe kapryfolium za domem wabiło ospałe osy. Tego letniego popołudnia w życiu Cujo wszystko powinno być w najlepszym porządku, ale jakoś nie było. Wcale nie czuł się dobrze.

- Temu kmiotkowi z Georgii wszystkie zęby mogą powypadać, a ja mam to w dupie, i temu Ray-Gunowi też - wybełkotał ni z gruszki, ni z pietruszki Gary i wstał chwiejnie. Krzesełko ogrodowe przewróciło się i złożyło. - Przepraszam, piesku.

Wszedł do domu i przyrządził sobie następnego śrubokręta. Kuchnia była jednym wielkim śmietniskiem; wokół rozerwanych zielonych toreb na śmieci, pustych puszek i pustych flaszek po trunkach roiły się rozbzyczane muchy. Ale Gary'emu to nie przeszkadzało.

Kiedy z nowym drinkiem w dłoni wyszedł znowu przed dom, Cujo już tam nie było.

Ostatniego dnia czerwca Donna Trenton wróciła z centrum Castle Rock (miejscowi nazywali je „centralną ulicą”, ale ona tego akurat maineizmu jeszcze nie podchwyciła), gdzie w ogródku zabaw dla dzieci zostawiła Tada, i zrobiła trochę zakupów w dziale spożywczym Agway Market. Była zgrzana i zmęczona i widok sfatygowanej furgonetki Ford Econoline Steve'a Kempa z krzykliwymi pustynnymi krajobrązami wymalowanymi na burtach wyzwolił w niej niespodziewanie furię.

Od rana dusiła w sobie złość. Vic poinformował ją przy śniadaniu o czekającej go podróży, a kiedy powiedziała, że nie chce zostawać sama z Tadem na te dziesięć dni, dwa tygodnie czy sam Bóg raczy wiedzieć ile, wyjaśnił dokładnie, o co idzie gra. Zasiał w niej strach, a ona nie lubiła się bać. Aż do dzisiejszego ranka traktowała całą tę aferę z Malinowymi Zingersami z przymrużeniem oka - jako dobry pretekst do strojenia sobie żartów z Vica i Rogera. Nawet do głowy jej nie przyszło, że taka absurdalna sprawa może mieć tak poważne konsekwencje.

Potem Tad zaczął marudzić, że nie chce iść do ogródka zabaw, bo w ostatni piątek jakiś większy chłopiec popchnął go tam i przewrócił. Ten większy chłopiec nazywał się Stanley Dobson i Tad bał się, że dzisiaj Stanley Dobson znowu go popchnie. Na boisku Legionu Amerykańskiego, gdzie urządzony był ogródek zabaw, płakał i czepiał się jej, i musiała odrywać od swej bluzki jego paluszki, odginając każdy z osobna. Czuła się przy tym bardziej jak nazista niż kochająca mamusia: „Zostaniesz w ogródku, ja? Ja, meine Mutter!” Czasami Tad wydawał jej się taki mały, taki bezbronny. Ale czy wszystkie dzieci muszą być nad wiek rozwinięte i zaradne? Paluszki miał umazane czekoladą i na bluzce pozostały ich ślady. Przypominały jej odciski unurzanych we krwi rąk, które widywała czasami na ilustracjach w brukowych czasopismach detektywistycznych.

Jakby tego wszystkiego było mało, w drodze z marketu do domu jej pinto zaczął się dziwnie zachowywać. Szarpał i krztusił się, jakby dostał ataku samochodowej odmiany czkawki. Potem trochę mu przeszło, ale w każdej chwili mogło się to zdarzyć znowu i...

...i na dodatek przypałętał się jeszcze Steve Kemp.

- Nie, nic z tego - mruknęła pod nosem, chwyciła torbę z zakupami i wysiadła.

Była ładną, ciemnowłosą, wysoką kobietą, miała szare oczy i dwadzieścia dziewięć lat. Pomimo nieznośnego upału, wymazanej przez Tada bluzki i lepiących się do bioder i pośladków szarych szortów udawało jej się jakoś zachować pozory świeżości.

Wbiegła po schodkach na ganek i weszła do środka. Steve siedział w living-roomie w fotelu Vica i pił piwo Vica. Palił papierosa - chyba własnego. Telewizor był włączony, a na ekranie rozgrywały się właśnie dramaty „Szpitala Ogólnego”.

- A oto i księżniczka - powiedział Steve z krzywym uśmieszkiem, który kiedyś wydawał jej się tak czarujący i interesująco niebezpieczny. - Myślałem już, że się ciebie nie doczekam...

- Wynoś się stąd, sukinsynu - mruknęła z odrazą i przeszła do kuchni. Postawiła torbę na blacie i zaczęła wyjmować z niej sprawunki.

Nie pamiętała, kiedy ostatnio była równie wściekła - do tego stopnia, że żołądek kurczył się w zaciśnięty, burczący węzeł. Może podczas którejś z tych niekończących się kłótni z matką, którejś z tych strasznych awantur przed wyjściem do szkoły. Kiedy Steve stanął za nią i otoczył ogorzałymi ramionami jej odsłoniętą kibić, zareagowała całkowicie instynktownie: z całych sił dźgnęła go łokciem pod żebra. Steve grał często w tenisa i jej łokciowi wydało się, że uderza w kamienny mur powleczony warstwą twardej gumy.

Odwróciła się i spojrzała w jego uśmiechniętą, brodatą twarz. Miała prawie sześć stóp wzrostu i w butach na wysokim obcasach przewyższała Vica, jednak Steve był dużo wyższy.

- Nie słyszałeś, co powiedziałam? Masz stąd wyjść!

- A niby dlaczego? - zdziwił się. - Małego nie ma... wyszywa sobie właśnie paciorkami przepaskę na biodra... albo zestrzeliwuje jabłka z głów radców... czy co tam oni wyprawiają... a mężulek haruje w pocie czoła w biurze... To najlepsza pora dla najładniejszej w Castle Rock Hausfrau oraz dla osiadłego tu poety i bywalca kortów tenisowych, żeby wygrać na wszystkich dzwoneczkach seksualnego zespolenia kuranty miłosnej symfonii.

- Zauważyłam, że zaparkowałeś na podjeździe - warknęła Donna. - Dlaczego od razu nie powiesisz na swoim gruchocie wielkiej tablicy: PIEPRZĘ DONNĘ TRENTON - czy coś w tym stylu?

- Mam wszelkie powody po temu, by parkować na podjeździe - odparł Steve, wciąż się uśmiechając. - Przywiozłem to biurko. Wygląda jak nowe.

- Wstaw je na ganek. Dalej sama sobie poradzę. Ja tymczasem wypiszę ci czek.

Jego uśmiech przyblakł jakby. Donnie wydało się, że maska powierzchownego uroku Steve'a obsunęła się trochę i spod spodu wyzierał teraz prawdziwy człowiek. Był to człowiek, który wcale jej się nie podobał, człowiek, który ją przerażał, kiedy łączyła go w myślach ze sobą. Okłamywała Vica, mydliła mu oczy, żeby pójść do łóżka ze Steve'em Kempem. Jakże pragnęła, aby to, co odczuwała teraz, było zwyczajnym dochodzeniem do siebie; jak po ataku silnej gorączki. Jeśli spojrzało się faktom w oczy, widać było jak na dłoni, że Steve Kemp - poeta, wędrowny renowator mebli, wyplatacz wiklinowych foteli, niezły amatorski tenisista i wspaniały popołudniowy kochanek - jest kupą gówna.

- Nie wygłupiaj się - mruknął.

- O tak, nie do wiary, żeby ktoś odtrącił przystojnego, wrażliwego Stevena Kempa - zadrwiła. - To z pewnością żart. Ale ja nie żartuję. A więc, zrobisz tak, przystojny, wrażliwy Stevenie Kemp: postawisz biurko na ganku, weźmiesz czek i wynocha.

- Nie mów w taki sposób do mnie, Donna. - Jego dłoń przesunęła się na jej pierś i zacisnęła. Zabolało. Oprócz złości zaczęła odczuwać lęk. Ale czyż nie bała się przez cały czas? Czy nie było to cząstką tego perwersyjnego dreszczyku emocji, z jakim to robiła?

Odtrąciła jego rękę.

- Nie zaczynaj ze mną, Donna. - Już się nie uśmiechał. - Jest za gorąco.

- Ja? Ja z tobą zaczynam? To ty tu byłeś, kiedy wróciłam.

Strach przed nim podsycił jeszcze bardziej jej gniew. Nosił gęstą, czarną brodę, która zarastała mu policzki, i nagle dotarło do niej, że chociaż widziała z bliska jego penis - miała go w ustach - to tak naprawdę nigdy nie przyjrzała się jego twarzy.

- Chcesz przez to powiedzieć - syknął - że trochę cię swędziała, ale jest już porządnie wydrapana, a więc spierdalaj, tak? I gówno cię obchodzi, co ja czuję.

- Nie chuchaj na mnie tym piwskiem - powiedziała i odepchnęła go, chcąc wstawić mleko do lodówki.

Nie spodziewał się tego. Stracił równowagę i żeby ją odzyskać, cofnął się o krok. Czoło poorały mu zmarszczki, na policzki wystąpił ciemny rumieniec. Takiego widziała go czasami na kortach tenisowych za budynkami Bridgton Academy. Kiedy przepuszczał łatwą piłkę. Obserwowała kilka razy, jak gra - wliczając w to te dwa sety, w których bez trudu rozniósł jej zasapanego, słaniającego się na nogach męża - i zdarzyło jej się przy paru okazjach widzieć, jak przegrywa. Jego reakcja wzbudziła w niej uczucie skrajnego zażenowania. Opublikował sporo wierszy w kilkunastu małych czasopismach oraz tomik poezji „W pogoni za zachodem słońca”, wydany przez oficynę z Baton Rouge o nazwie Prasa nad Garażem. Był absolwentem Drew w New Jersey i miał własne, jasno sprecyzowane zdanie o sztuce współczesnej, o zbliżającym się referendum na temat broni jądrowej, o filmach Andy'ego Warhola - a stratę piłki przyjmował tak, jak Tad wiadomość, że już pora do łóżka.

Teraz dopadł jej, chwycił za ramię i brutalnym szarpnięciem obrócił twarzą do siebie. Karton z mlekiem wysunął się Donnie z ręki i pękł przy zderzeniu z podłogą.

- No i zobacz, coś narobił - syknęła. - Mógłbyś trochę uważać, narwańcu.

- Słuchaj, nie dam się popychać. Czy...

- Wynoś się stąd! - wrzasnęła mu w twarz. Kropelki jej śliny opryskały mu policzki i czoło. - Jak mam cię przekonać, że nie jesteś tu mile widziany? Narysować ci to? Idź, uszczęśliw sobą jakąś inną kobietę!

- Ty tania, brandzlowata dziwko - wycedził. Głos miał złowrogi, wyraz twarzy odpychający. Nie puszczał jej ramienia.

- I nie zapomnij zabrać tego swojego biurka. Wyrzuć je gdzieś po drodze na śmieci - dodała Donna.

Wyrwała mu się i sięgnęła po szmatkę przewieszoną przez kran kuchennego zlewu. Ręce miała rozdygotane, żołądek zaciśnięty i zaczynała ją boleć głowa. Przemknęło jej przez myśl, że pewnie zaraz zwymiotuje.

Uklękła i wzięła się za wycieranie rozlanego mleka.

- Wydaje ci się, że jesteś nie wiadomo kim - powiedział. - Pamiętasz, jak ci było dobrze? Lubiłaś to. Wołałaś o jeszcze.

- Przyznaję, to jedno potrafiłeś robić, ogierze - odparła, nie podnosząc wzroku. Opadające włosy zasłaniały jej twarz i była z tego rada. Nie chciała, żeby widział, jaka jest blada i zdruzgotana. Podejrzewała, że gdyby przejrzała się teraz w lustrze, ujrzałaby tam odrażającą, obleśną wiedźmę. - Wyjdź stąd, Steve. Nie zamierzam tego powtarzać.

- A jeśli nie wyjdę, to co? Zadzwonisz po szeryfa Bannermana? Jasne. Powiesz tak zwyczajnie: „Cześć, George, mówi żona Biznesmena. Facet, z którym się pieprzyłam na boku, nie chce wyjść. Może byłbyś tak dobry i podjechał tutaj, żeby go wykopać za drzwi?” Tak to załatwisz?

Donna poczuła, że ogarnia ją coraz większy strach. Zanim wyszła za Vica, była bibliotekarką w zespole szkół Westchester i jej osobistym koszmarem było powtarzanie dzieciakom - najgłośniej, jak potrafiła, na granicy krzyku - że prosi, aby natychmiast się uciszyły. To zawsze skutkowało - przynajmniej na tyle, by zdołała dotrwać jakoś do końca przerwy - ale gdyby nie posłuchały? Co by było, gdyby zupełnie ją zignorowały? Co by jej wtedy pozostało? To pytanie napawało ją przerażeniem. Przerażało ją, że w ogóle trzeba zadawać takie pytanie, nawet sobie samej, w nocnych ciemnościach. Bała się podnosić zbytnio głos i robiła to tylko w ostateczności. Bo wtedy raptownie, ze zgrzytem zatrzymywała się cała cywilizacja. To była ta granica, gdzie kończy się asfalt, a zaczyna bity trakt. Gdyby dzieciaki nie posłuchały podniesionego głosu, w odwodzie pozostałby tylko krzyk.

Teraz czuła taki sam strach. Na pytanie Steve'a mogła odpowiedzieć jedynie, że jeśli się do niej zbliży, będzie krzyczeć. Ale czy rzeczywiście by to uczyniła?

- Wyjdź - powiedziała cicho. - Proszę cię. To skończone.

- A jeśli ja uznam, że nieskończone? A jeśli przyjdzie mi ochota zgwałcić cię tu na podłodze, w tej cholernej kałuży mleka?

Uniosła głowę i spojrzała na niego poprzez gąszcz włosów. Twarz miała wciąż bladą, oczy szeroko rozwarte.

- Wtedy będziesz musiał stoczyć walkę. A jeśli nadarzy mi się sposobność, żeby urwać ci jaja albo wydłubać oko, nie zawaham się.

Przez krótką chwilę, zanim zdążył zapanować nad twarzą, wydawało się jej, że dostrzega w nim niezdecydowanie. Wiedział, że jest zwinna i silna. Wygrywał z nią co prawda w tenisa, ale musiał się przy tym porządnie napocić. O jądra i oczy mógł być prawdopodobnie spokojny, ale mogła mu przecież poorać paznokciami twarz. To tylko kwestia tego, jak daleko się posunie. W panującej w kuchni atmosferze wyczuła coś nieprzyjemnego, jakiś powiew dżungli, i uświadomiła sobie z przerażeniem, że to zmieszany odór jej strachu i jego wściekłości. Wydzielał się z porów ich skóry.

- Zabiorę biurko z powrotem do warsztatu - powiedział. - Może przyślesz po nie swojego przystojnego mężulka, co? Ucięlibyśmy sobie miłą pogawędkę.

Z tymi stówami wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi prowadzące z living-roomu na ganek z taką siłą, że omal nie wyleciała z nich szyba. W chwilę później silnik jego furgonetki zaryczał na jałowym biegu, ale ten ryk opadł zaraz do zwyczajnego warkotu, kiedy Steve wrzucił jedynkę. Samochód wyrwał spod domu z piskiem opon.

Donna kończyła powoli wycieranie mleka z podłogi, wyżymając od czasu do czasu szmatę do zlewu z nierdzewnej stali. Obserwowała strużki mleka ściekające do otworu spustowego. Dygotała na całym ciele - częściowo ze zdenerwowania, częściowo z ulgi. Puściła mimo uszu pogróżkę Steve'a sugerującego, że powie o wszystkim Vicowi. Jedyne, o czym potrafiła teraz myśleć, to ciąg zdarzeń, który doprowadził do tej odrażającej sceny.

Była przekonana, że uwikłała się w ten romans ze Steve'em Kempem prawie mimowolnie. Przypominało to eksplozję ścieków z podziemnej rury kanalizacyjnej. Podobna rura ściekowa, jak sądziła, biegła pod nienagannie utrzymanym trawnikiem niemal każdego amerykańskiego małżeństwa.

Nie chciała przenosić się do Maine i była przerażona, kiedy Vic wystąpił z tą propozycją. Pomimo że spędzali tam urlopy, uważała ten stan za leśne odludzie, miejsce, gdzie w zimie tworzą się dwudziestostopowe zaspy śniegu, które odcinają ludzi od świata. Przerażała ją sama myśl o wywiezieniu ich dziecka na taką głęboką prowincję. Wyobrażała sobie - i opowiadała te wizje Vicowi - gwałtowne burze śnieżne, które uziemiają jego w Portland, a ją w Castle Rock. Myślała i mówiła o Tadzie połykającym w takiej sytuacji całe opakowanie pastylek albo parzącym się o piec, albo robiącym sobie Bóg raczy wiedzieć co jeszcze. Jej opór umacniała jeszcze niechęć do opuszczenia Nowego Jorku, którego nerwową atmosferę tak lubiła.

Ale wiedziała, że nic z tego wszystkiego nie było jeszcze najgorsze. Najgorsze było dręczące przeświadczenie, że Ad Wora nie rozwinie skrzydeł i będą musieli wracać z podkulonymi ogonami. Nie stało się tak do tej pory tylko dlatego, że Vic z Rogerem urabiali sobie ręce po łokcie. Oznaczało to jednak samotne siedzenie w domu przy dziecku. Nie wiedziała, co zrobić z czasem.

Bliskich przyjaciół mogłaby zliczyć na palcach jednej ręki. Była przekonana, że ci, których ma, pozostaną przyjaciółmi na zawsze, pójdą za nią do piekła, ale nawiązywanie nowych przyjaźni nie przychodziło jej łatwo ani szybko. Nosiła się z myślą potwierdzenia w Maine swego dyplomu - Maine i Nowy Jork uznawały wzajemnie dyplomy swoich uczelni, co sprowadzało się właściwie do wypełnienia określonych formularzy. Poszła więc do kuratorium i uzyskała tyle, że umieszczono jej nazwisko na liście zastępczej pedagogów szkoły średniej w Castle Rock. Pomysł był do niczego i szybko go zarzuciła, przemnożywszy sobie parę liczb na kieszonkowym kalkulatorku. Koszty benzyny i opłacenia opiekunki do dziecka pożarłyby większość z dwudziestu dolców dziennie, jakie mogłaby maksymalnie wyciągnąć.

I tak stałam się Wspaniałą Amerykańską Gospodynią Domową, pomyślała ponuro pewnego dnia ostatniej zimy, patrząc, jak zacinający deszcz ze śniegiem spływa po grubych szybach wychodzących na ganek okien. Siedzę w domu, podtykam Tadowi parówki, fasolkę, grzanki z serem i zupkę Campbella na lunch i czerpię energię do życia z „As the World Turns” i „The Young and Restless”. Mogłaby odwiedzać sąsiadkę, Joanie Welsh, która miała dziewczynkę mniej więcej w wieku Tada, ale jej towarzystwo wpływało na nią przygnębiająco. Joanie była o trzy lata starsza od niej i ważyła dziesięć funtów więcej. Zdawała się nie przejmować tymi dziesięcioma funtami nadwagi. Mówiła, że podoba się taka mężowi. I była w pełni usatysfakcjonowana tym, co oferowało jej Castle Rock.

Czara goryczy powoli się przepełniała. Donna zaczęła robić Vicowi awantury o głupstwa, tłamsząc w sobie poważniejsze żale, bo te trudno jej było zdefiniować, a jeszcze trudniej wyartykułować. Na przykład to, że prześladuje ją poczucie straty, lęku i starzenia się. Że dręczy ją samotność i strach przed samotnością. Że słyszy w radiu piosenkę, którą pamięta jeszcze ze szkoły, i nagle bez powodu wybucha płaczem. Że zazdrości Vicowi, bo jego życie to codzienna walka o zbudowanie czegoś, bo on jest błędnym rycerzem z rodzinnym herbem na tarczy, podczas gdy jej życie to doglądanie Tada, zabawianie go, kiedy się nudzi, wysłuchiwanie jego marudzenia, przyrządzanie mu posiłków i przekąsek. Przypominało to życie w okopach. Za dużo było w nim czekania i nasłuchiwania.

Ale przez cały ten czas żyła nadzieją, że wszystko się jakoś unormuje, kiedy Tad podrośnie; uświadomienie sobie, że nie ma co na to liczyć, napełniło ją zimnym przerażeniem. W zeszłym roku trzy przedpołudnia w tygodniu Tad spędzał w żłobku Jacka i Jill, tego zaś lata pięć popołudni w ogródku zabaw. Kiedy go nie było, dom wydawał się okropnie pusty. Niewypełniane przez Tada drzwi przeciągały się i ziewały; schody rozdziawiały paszcze bez jej synka w spodenkach od piżamy, siedzącego w ich połowie przed południową drzemką i oglądającego sennie którąś ze swoich książeczek z obrazkami.

Drzwi były paszczami, schody gardzielami, puste pokoje pułapkami.

Szorowała więc podłogi, które wcale nie wymagały szorowania. Oglądała w telewizji mydlane opery. Myślała o Stevie Kempie, z którym flirtowała trochę, od kiedy zeszłej jesieni zajechał do miasteczka swoją furgonetką z tablicami rejestracyjnymi Wirginii i otworzył mały zakład renowacji mebli. Przyłapywała się na tym, że siedzi przed telewizorem i nie ma pojęcia, co się dzieje na ekranie, bo myśli o kontraście, jaki tworzy ciemna opalenizna Steve'a z bielą jego stroju tenisowego, albo jak pracują jego pośladki, kiedy szybko się porusza. I w końcu musiała coś z tym zrobić. A dzisiaj...



dalej


strona główna
(23kB)