(23kB)
strona główna


 

 

STEPHEN KING

 

 

 

CHRISTINE

(PRZEŁOŻYŁ: ARKADIUSZ NAKONIECZNIK)

 

 

Dedykuję tę książkę George’owi Romero,

Chrisowi Forrestowi Romero oraz Burgowi

 

 

OD AUTORA

Cytowane w powieści słowa piosenek przypisuję wykonawcy (lub wykonawcom) najczęściej z nimi kojarzonym. Może to urazić purystów wyznających zasadę, że słowa piosenki należą bardziej do pisarza niż piosenkarza. Mógłbym od nich usłyszeć, że postąpiłem tak, jakbym uznał Hala Holbrooka za autora dzieł Marka Twaina. Nie zgadzam się z nimi. W świecie muzyki rozrywkowej jest tak, jak powiedzieli Rolling Stones: ważny jest nie utwór, lecz jego wykonawca. Ale dziękuję im wszystkim, zarówno pisarzom, jak piosenkarzom - szczególnie Chuckowi Berry’emu, Bruce’owi Springsteenowi, Brianowi Wilsonowi... a także Janowi Berry’emu z duetu Jan i Dean. On naprawdę wrócił z Zakrętu Śmierci.

Uzyskanie koniecznych zezwoleń na wykorzystanie tekstów piosenek to bardzo ciężka praca i dlatego chciałbym podziękować niektórym spośród osób, które pomogły mi przypomnieć sobie te utwory, a następnie zatroszczyły się o to, żebym mógł z nich skorzystać. Są wśród nich: Dave Marsh, krytyk muzyczny i historyk rocka; James Feury, alias “Mighty John Marshall”, który ma w moim małym mieście stację radiową i nadaje głównie rocka; jego brat Pat Feury, prowadzący w Portland dyskotekę ze starymi przebojami; Debbie Geller; Patricia Dunning oraz Pete Batchelder. Dziękuję wam wszystkim i życzę, aby wasze stare płyty nigdy nie powyginały się tak bardzo, żebyście nie mogli ich odtwarzać.

S. K.

 

PROLOG

Mogłoby się wydawać, że jest to opowieść o miłosnym trójkącie - Arnie Cunningham, Leigh Cabot i, oczywiście, Christine. Musicie jednak wiedzieć, że Christine była pierwsza. Ona była jego pierwszą miłością, a wydaje mi się (choć nie podjąłbym się stwierdzić tego z całą pewnością, w każdym razie na pewno nie teraz, spoglądając na świat z wyżyn mądrości, na jakie udało mi się wspiąć podczas dwudziestu dwóch lat mojego życia), że także jedyną. Dlatego moim zdaniem to, co się stało, należy uważać za tragedię.

Arnie i ja wychowywaliśmy się w tej samej dzielnicy, chodziliśmy do tej samej szkoły podstawowej, a potem razem poszliśmy do szkoły średniej w Libertyville. Przypuszczam, że udało mu się tam przeżyć głównie dzięki mnie. Byłem w szkole ważnym facetem - tak, wiem, że to w sumie gówno znaczy, bo pięć lat po zdaniu matury nikt nawet nie postawi ci piwa za to, że byłeś kapitanem drużyny futbolowej i brałeś udział w międzystanowych zawodach pływackich - ale Arniego nie zabili właśnie dzięki temu. Owszem, musiał znieść mnóstwo upokorzeń, ale przynajmniej go nie zabili.

Był kozłem ofiarnym. W każdej szkole średniej musi być przynajmniej dwoje takich; to ogólnokrajowe prawo. Jeden chłopak i jedna dziewczyna. Okazja do wyżycia się dla każdego. Masz zły dzień? Zawaliłeś ważną klasówkę? Pokłóciłeś się ze starymi i uziemili cię na weekend? Nie ma sprawy. Po prostu znajdź któregoś z tych biednych, ponurych łapciuchów, którzy jak przestępcy przemykają korytarzami w oczekiwaniu na ostatni dzwonek, i odbij to sobie na nim. Czasem rzeczywiście giną pod każdym ważnym względem, z wyjątkiem fizycznego, a czasem udaje im się czegoś złapać i przeżyć. Arnie miał mnie, potem zaś miał Christine. Leigh pojawiła się później.

Po prostu zależało mi na tym, żebyście dobrze to zrozumieli.

Arnie był urodzonym nieudacznikiem. Miał przechlapane u szkolnych osiłków ze względu na warunki fizyczne - ledwie metr siedemdziesiąt wzrostu i siedemdziesiąt kilogramów spoconego ciała w ubraniu i turystycznych buciorach. Miał przechlapane u szkolnych intelektualistów (którzy w takim miasteczku jak Libertyville sami nie mieli zbyt łatwego życia), ponieważ nie miał żadnej specjalności. Arnie był bystry, ale nie wykazywał naturalnych zdolności w żadnym kierunku... z wyjątkiem mechaniki samochodowej. Chłopak miał nieprawdopodobną smykałkę do wozów. Jednak jego rodzice, oboje pracujący jako wykładowcy w Uniwersytecie Horlicks, z pewnością nie zgodziliby się, żeby ich syn, który w teście Stanforda-Bineta zmieścił się w górnych pięciu procentach wyników, kształcił się w tym kierunku. Miał szczęście, że pozwolili mu w ogóle chodzić na zajęcia warsztatowe podczas pierwszych trzech lat nauki. Musiał to sobie wywalczyć. Miał przechlapane u ćpunów, bo niczego nie brał, i u wszystkich tankujących ile wlezie supersamców, gdyż nie pił, a jak dostał mocniej w zęby, to płakał.

A w dodatku miał totalnie przechlapane u dziewczyn, bo jego hormonalna maszyneria była kompletnie rozregulowana. Arnie miał pryszcze. Mył twarz co najmniej pięć razy dziennie, brał dwadzieścia pryszniców tygodniowo i wypróbowywał wszystkie kremy i mleczka znane współczesnej nauce, ale nic mu nie pomagało. Jego twarz wyglądała jak przyprawiona pizza i taka miała już na zawsze pozostać.

Mimo to bardzo go lubiłem. Odznaczał się inteligentnym poczuciem humoru i wygimnastykowanym, bystrym umysłem bez przerwy zadającym pytania. Kiedy miałem siedem lat, to właśnie Arnie pokazał mi, jak założyć hodowlę mrówek, i spędziliśmy prawie całe lato obserwując te małe dranie, zafascynowani ich organizacją i śmiertelną powagą, z jaką wszystko robiły. To on wpadł na pomysł, kiedy mieliśmy dziesięć lat, żeby pewnej nocy wymknąć się z domu, zakraść się do stajni przy szosie numer siedemnaście, zabrać stamtąd stertę wyschniętego końskiego nawozu i ułożyć ją pod ogonem plastikowego konia stojącego na trawniku przed motelem w Monroeville. On pierwszy odkrył szachy. On pierwszy odkrył pokera. Nauczył mnie, jak najłatwiej wygrywać w scrabble’a. We wszystkie deszczowe dni, aż do chwili, kiedy się zakochałem (to znaczy, w pewnym sensie; była jedną z dziewczyn zagrzewających naszą drużynę do gry i miała fantastyczne ciało, w którym rzeczywiście zakochałem się bez reszty, ale kiedy Arnie zwrócił mi uwagę, że jej umysł swoją głębią i stopniem skomplikowania przypomina piosenki Shauna Cassidy, nie mogłem powiedzieć mu, że jest zafajdanym kłamcą, bo nim nie był), on pierwszy przychodził mi na myśl, bo wiedział, jak najlepiej wykorzystać te dni, podobnie jak wiedział, co zrobić, żeby wygrać w scrabble’a. Chyba właśnie po tym można poznać naprawdę samotnych ludzi... Zawsze wiedzą, co robić w deszczowe dni. Zawsze można do nich zadzwonić. Zawsze są w domu. Pieprzone zawsze.

Z kolei ja nauczyłem go pływać. Przekonałem go, żeby jadł warzywa, to może uda mu się trochę rozbudować jego mizerne ciało. W przedostatniej klasie załatwiłem mu pracę przy budowie drogi, ale musieliśmy przy okazji stoczyć cholerną bitwę z jego rodzicami, którzy uważali się za wielkich przyjaciół kalifornijskich robotników rolnych i hutników z Pittsburgha, ale nie mieściło im się w głowach, żeby ich nadzwyczajnie utalentowany syn (pamiętajcie: górne pięć procent w teście Stanforda-Bineta) mógł pobrudzić sobie ręce i trochę popracować fizycznie.

A potem, pod koniec wakacji, Arnie zobaczył po raz pierwszy Christine i od razu się w niej zakochał. Byłem z nim tego dnia - wracaliśmy po pracy do domu - i mógłbym zeznawać w tej sprawie nawet przed Tronem Boga Wszechmogącego, gdyby zaszła taka potrzeba. Zakochał się na amen. Mogłoby to nawet być zabawne, gdyby nie było takie smutne i gdyby tak szybko nie stało się okropne. Byłoby śmiesznie, gdyby nie było tak źle.

A jak źle było?

Od samego początku bardzo źle. A zaraz potem zrobiło się jeszcze gorzej.

 

CZĘŚĆ I

DENNIS - PIOSENKI O SAMOCHODACH

 

1. PIERWSZE SPOTKANIE

Hej, spójrz no tam!

Po drugiej stronie!

To wóz w sam raz dla mnie,

Taki wóz to luksus...

Nieźle wygląda, nie ma co gadać,

Ale to nie jest zwykły samochód.

Eddie Cochran

 

- O, mój Boże! - wykrzyknął nagle mój przyjaciel Arnie Cunningham.

- Co się stało? - zapytałem. Oczy skryte za okularami w drucianej oprawie wyszły mu z orbit, przycisnął dłoń do twarzy tak, że częściowo zasłaniała mu usta, i odwrócił głowę w taki sposób, jakby zamiast karku miał łożyska kulkowe.

- Zatrzymaj się, Dennis! Wróć!

- O czym ty...

- Wróć. Chcę jeszcze raz na nią spojrzeć.

Nagle zrozumiałem.

- Człowieku, daj sobie spokój - powiedziałem. - Jeśli myślisz o tym... o tym czymś, co właśnie minęliśmy...

- Wróć! - prawie krzyknął.

Cofnąłem wóz myśląc, że to może jeden z jego żartów, ale nie miałem racji. Arnie wpadł po uszy. Zakochał się.

Wyglądała paskudnie i nigdy nie zrozumiem, co on wtedy w niej zobaczył. Lewa strona przedniej szyby była pokryta siatką pęknięć. Prawy tylny błotnik był wgnieciony, a w obdartej z lakieru wnęce zagnieździły się ogniska rdzy. Tylny zderzak był przekrzywiony, klapa bagażnika otwarta, przez długie rozdarcia w obiciach przednich i tylnych foteli wyłaziły kłaki jakiegoś materiału, jakby ktoś pociął całą tapicerkę nożem. Z jednej z opon uszło powietrze, pozostałe zaś były tak zdarte, że widać było cały kord. Co najgorsze, pod blokiem silnika widniała czarna kałuża oleju.

Arnie pokochał plymoutha fury z 1958 roku, jednego z tych długich, z wielkimi tylnymi płetwami. Po prawej stronie przedniej szyby - tam gdzie nie sięgały pęknięcia - była przyklejona stara kartka z wyblakłym od słońca napisem: DO SPRZEDANIA.

- Spójrz na jej linię, Dennis! - wyszeptał Arnie. Biegał dookoła samochodu jak opętany. Mokre od potu włosy podskakiwały mu nad czołem. Pociągnął za klamkę prawych tylnych drzwi; otworzyły się z przeraźliwym piskiem.

- Nabierasz mnie, prawda? - zapytałem. - Dostałeś udaru słonecznego, zgadza się? Arnie, powiedz mi, że to udar. Zawiozę cię do domu, posadzę przy samym klimatyzatorze i zapomnimy o tym, zgoda?

Jednak powiedziałem to bez większej nadziei. Arnie potrafił żartować, ale tym razem na jego twarzy nie było uśmiechu, tylko jakieś bezmyślne szaleństwo, które zupełnie mi się nie podobało.

Nawet nie pofatygował się, żeby mi odpowiedzieć. Z wnętrza samochodu buchnęło gorące, stęchłe powietrze, przesycone wonią starości, oleju i zaawansowanego rozkładu. Arnie nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, tylko wsiadł do samochodu i rozparł się na pociętej, wypłowiałej tylnej kanapie. Kiedyś, dwadzieścia lat temu, była czerwona; teraz miała sprany różowy kolor.

Wyciągnąłem rękę, wyszarpnąłem strzęp sterczącego włosia, spojrzałem na nie i zdmuchnąłem je z dłoni.

- Ten wóz wygląda tak, jakby w drodze do Berlina przeszła przez niego cała Armia Czerwona - mruknąłem.

Wreszcie zauważył, że wciąż tam jestem.

- Tak... Tak. Ale można ją naprawić. Może jeszcze być... może być niezła. Ona może jeździć, Dennis. Prawdziwa...

- Hej! Czego tam chcecie, dzieciaki?

Był to stary facet, który wyglądał tak, jakby rozkoszował się właśnie siedemdziesiątym latem w swoim życiu. Może sześćdziesiątym którymś. Szczerze mówiąc, od razu zrobił na mnie wrażenie kogoś, kto miał niewiele okazji rozkoszować się czymkolwiek. Miał długie, nierówno obcięte włosy, w dodatku mocno przerzedzone. Łysą część jego czaszki opanowała łuszczyca.

Był w zielonych spodniach, butach z krótką cholewką i bez koszuli; jego tułów spinało coś przypominającego kobiecy gorset. Kiedy podszedł bliżej, przekonałem się, że to pas ortopedyczny. Sądząc po wyglądzie tego urządzenia, ostatni raz prał je mniej więcej i wtedy, kiedy umarł Lyndon Johnson.

- Czego chcecie? - Głos miał piskliwy i ostry.

- Czy to pana samochód? - zapytał Arnie. Trudno było mieć co do tego jakieś wątpliwości. Plymouth stał na trawniku przed wzniesionym krótko po wojnie domem, z którego wyszedł mężczyzna. Trawnik był okropny, choć w porównaniu z plymouthem i tak robił znakomite wrażenie.

- A jeśli tak, to co z tego?

- Ja... - Arnie przełknął ślinę. - Chcę go kupić.

Oczy starego eleganta zabłysły, a gniewny grymas twarzy ustąpił miejsca przebiegłemu spojrzeniu i chciwemu uśmieszkowi, który następnie zamienił się w szeroki, przebiegły uśmiech; zdaje się, że właśnie wtedy - dokładnie wtedy - poczułem w sobie coś zimnego i ponurego. W tej samej chwili przemknęło mi przez myśl, żeby walnąć Arniego w głowę i odciągnąć go stamtąd. Coś pojawiło się w oczach starego mężczyzny. Nie błysk, tylko coś ukrytego za tym błyskiem.

- Trzeba było od razu tak gadać - powiedział wyciągając rękę. Arnie podał mu swoją. - Jestem LeBay. Roland D. LeBay, Armia Stanów Zjednoczonych, teraz na emeryturze.

- Arnie Cunningham.

Stary cwaniak uścisnął mu dłoń, a w moją stronę wykonał jakiś nieokreślony gest. Ja się nie liczyłem; miał już swojego frajera. Równie dobrze Arnie mógłby mu dać swój portfel.

- Ile? - zapytał Arnie, po czym dodał: - Bez względu na to, ile pan powie, to i tak będzie za mało.

Chciałem westchnąć, ale aż jęknąłem. Oprócz portfela facet miał też książeczkę czekową Arniego.

Uśmiech LeBaya na moment przygasł, a jego oczy zwęziły się podejrzliwie. Na pewno zastanawiał się, czy to nie jakiś kawał. Przez chwilę szukał na szczerej, spragnionej twarzy Arniego śladów przebiegłości, a następnie zadał zabójczo doskonałe pytanie:

- Synu, miałeś już kiedyś wóz?

- Ma mustanga mach II - wtrąciłem się szybko. - Dostał go od starych. Ze skrzynią biegów Hursta, turbodoładowaniem i takim przyśpieszeniem, że asfalt marszczy się pod kołami. Oprócz tego...

- Nie - powiedział spokojnie Arnie. - Niedawno zrobiłem prawo jazdy.

LeBay rzucił mi krótkie, ale mocne spojrzenie, po czym skoncentrował uwagę na podstawowym celu. Położył obie dłonie w okolicach krzyża i wyprostował się. Poczułem kwaśny odór potu.

- W wojsku dorobiłem się kłopotów z kręgosłupem - wyjaśnił. - Całkowita niezdolność do służby. Lekarze nic nie mogli poradzić. Jak was ktoś kiedyś zapyta, chłopcy, co jest złego na świecie, powiedzcie mu, że trzy rzeczy: lekarze, komuchy i czarni radykałowie. Komuchy są najgorsze, a zaraz za nimi lekarze. A jeśli zapyta, skąd o tym wiecie, to powiedzcie mu, że od Rolanda D. LeBaya, tak jest... - Delikatnie musnął ręką starą, obdrapaną maskę plymoutha. - To najlepszy wóz, jaki miałem w życiu. Kupiłem ją we wrześniu 1957. Wtedy właśnie, we wrześniu, wypuszczali na rynek nowe modele. Przez całe lato pokazywali zdjęcia samochodów pod plandekami, aż wreszcie nie mogłeś wytrzymać z ciekawości, jak one naprawdę wyglądają. Nie tak, jak teraz. - Jego głos był przesycony pogardą dla podłych czasów, jakich dożył. - Była prosto z taśmy i pachniała właśnie jak samochód prosto z taśmy, a to jest najwspanialszy zapach na świecie.

Zastanowił się przez chwilę.

- Może z wyjątkiem cipki - dodał.

Spojrzałem na Arniego zagryzając z całej siły wargi, żeby nie parsknąć śmiechem. Odpowiedział mi zdumionym spojrzeniem. Stary człowiek w ogóle nie zwracał na nas uwagi; przebywał na swojej własnej planecie.

- Byłem w wojsku trzydzieści cztery lata - ciągnął LeBay, wciąż dotykając maski samochodu. - Zaciągnąłem się w 1923. Żarłem kurz w Teksasie i widziałem w burdelach w Nogales kraby wielkości homarów. Widziałem też podczas drugiej światowej, jak bebechy wyłaziły ludziom uszami. To było we Francji. Flaki wyłaziły im uszami. Uwierzyłbyś w to, synu?

- Tak, proszę pana - odparł Arnie. Nie wydaje mi się, żeby dotarło do niego choćby słowo z tego, co mówił LeBay. Cały czas przestępował z nogi na nogę, jakby koniecznie musiał pójść do łazienki. - Jednak wracając do samochodu...

- Chodzisz na uniwersytet? - szczeknął nagle LeBay. - Tam, w Horlicks?

- Nie, proszę pana. Do szkoły średniej w Libertyville.

- To dobrze - mruknął ponuro LeBay. - Trzymaj się z dala od college’ów. Pełno w nich wielbicieli czarnuchów, którzy chcą oddać Kanał Panamski. Mówią o nich “giganci rozumu”, a ja o nich mówię “gigantyczne sukinsyny”. - Obrzucił pełnym uczucia spojrzeniem swój samochód stojący na trzech napompowanych oponach, z lakierem połyskującym rdzawo w promieniach popołudniowego słońca. - Kręgosłup nawalił mi na wiosnę pięćdziesiątego siódmego. Armia już wtedy szła w rozsypkę, więc zwolniłem się w samą porę. Wróciłem tutaj, do Libertyville i zacząłem rozglądać się za jakąś gablotą. Nie śpieszyłem się. W końcu poszedłem do salonu Plymoutha przy Main Street - prowadził go Norman Cobb, a teraz jest tam kręgielnia - i zamówiłem ten wóz. Chciałem, żeby sprowadzili mi przyszłoroczny model, czerwono-biały. Czerwony jak wóz strażacki od środka. I sprowadzili. Kiedy do niej wsiadłem, miała wszystkiego sześć mil na liczniku, tak jest...

Splunął na ziemię.

Zerknąłem nad ramieniem Arniego na licznik. Szybka była porysowana, ale mimo to udało mi się dostrzec wstrząsającą prawdę: 97432. I sześć dziesiątych. Słodki Jezu.

- Jeżeli pan tak lubi ten samochód, to dlaczego go pan sprzedaje? - zapytałem.

LeBay skierował na mnie zamglone, niepokojące spojrzenie swoich oczu.

- Starasz się odgrywać mądralę, synu?

Nie odpowiedziałem, ale też nie odwróciłem wzroku.

Po trwającym kilka chwil pojedynku na spojrzenia (który Arnie całkowicie zignorował, głaszcząc z zachwytem jedną z tylnych płetw), LeBay powiedział:

- Nie mogę prowadzić. Grzbiet mam już do niczego. Oczy zresztą też.

Nagle zrozumiałem - a przynajmniej wydawało mi się, że zrozumiałem. Jeśli podał nam prawdziwe daty, miał teraz siedemdziesiąt jeden lat, a w naszym stanie po przekroczeniu siedemdziesiątki trzeba co roku przechodzić badanie wzroku, żeby przedłużyć ważność prawa jazdy. LeBay albo był już po badaniu, które go zdyskwalifikowało, albo bał się na nie zgłosić, co w sumie sprowadzało się do tego samego. Nie chcąc doświadczyć upokorzenia, przestał jeździć swoim plymouthem i samochód szybko się zestarzał.

- Ile pan za niego chce? - zapytał jeszcze raz Arnie. Nie mógł się doczekać egzekucji.

LeBay podniósł twarz ku niebu, jakby zastanawiając się, kiedy spadnie deszcz, a następnie spojrzał ponownie na Arniego z tym samym co przedtem szerokim, przebiegłym uśmiechem.

- Wołałem trzysta - powiedział - ale ty mi wyglądasz na porządnego faceta. Opuszczę na dwieście pięćdziesiąt.

- O, mój Boże... - jęknąłem.

Ale on doskonale wiedział, z kim powinien rozmawiać, i natychmiast znalazł sposób, żeby wbić między nas ostrze niezgody. Na pewno nie spadł wczoraj z wozu z sianem, żeby użyć określenia mojego dziadka.

- Dobra - warknął. - Skoro tego chcecie. O czwartej trzydzieści mam serial w telewizji. “Krawędź nocy”. Zawsze go oglądam, jak tylko mogę. Miło się z wami gadało, chłopcy. No to, na razie.

Arnie zmiażdżył mnie spojrzeniem przepełnionym takim bólem i wściekłością, że aż cofnąłem się o krok. Ruszył za starym mężczyzną i złapał go za łokieć, po czym pogrążyli się w rozmowie. Niewiele z niej słyszałem, ale widziałem więcej, niż było trzeba. Staruszek poczuł się urażony, więc Arnie zaczął go przepraszać. Staruszek miał nadzieję, że Arnie rozumie, iż on, LeBay, nie może spokojnie słuchać, jak obraża się samochód, który służył mu wiernie przez tyle lat. Arnie całkowicie się z nim zgodził. Staruszek łaskawie zgodził się wrócić, a ja ponownie wyczułem w nim coś przerażającego... zupełnie jakby był zimnym listopadowym wiatrem. Nie potrafię tego lepiej wyrazić.

- Jeśli on powie jeszcze jedno słowo, umywam ręce od tej sprawy - ostrzegł LeBay, wskazując mnie zrogowaciałym kciukiem.

- Nie powie, nie powie! - zapewnił go pośpiesznie Arnie. - Powiedział pan trzysta...?

- Tak, chyba tak...

- Opuścił pan do dwustu pięćdziesięciu - odezwałem się głośno.

Arnie zbladł jak ściana, bojąc się, że właściciel plymoutha znowu się obrazi, ale LeBay postanowił nie kusić losu. I tak miał już rybę prawie na brzegu.

- Może być dwieście pięćdziesiąt - zgodził się łaskawie. Zerknął jeszcze raz w moją stronę, ja zaś zrozumiałem, że doszliśmy do porozumienia: on nie lubił mnie, a ja jego.

Ku mojemu wzrastającemu z każdą minutą przerażeniu Arnie wyciągnął portfel i zaczął w nim grzebać. Zapadło milczenie. LeBay patrzył przed siebie, a ja gapiłem się na jakiegoś dzieciaka, który właśnie postanowił popełnić samobójstwo na deskorolce. Gdzieś w oddali zaszczekał pies. Ulicą przeszły dwie dziewczyny wyglądające na ósmo- lub dziewiątoklasistki, chichocząc i przyciskając do rozkwitających piersi naręcza książek. Pozostała mi tylko jedna nadzieja na uratowanie Arniego: byliśmy dzień przed wypłatą. Może w ciągu dwudziestu czterech godzin ta dzika gorączka minie. Arnie coraz bardziej przypominał mi Ropucha z “O czym szumią wierzby”.

Kiedy odwróciłem się z powrotem, Arnie i LeBay wpatrywali się w dwie pięcio- i sześć jednodolarówek. Najwidoczniej było to wszystko, co udało mu się znaleźć w portfelu.

- Przyjmie pan czek? - zapytał Arnie.

LeBay uśmiechnął się sucho i nic nie odpowiedział.

- Ma pokrycie - zaprotestował Arnie.

Mówił prawdę. Przez całe lato pracowaliśmy dla Braci Carson przy budowie odgałęzienia I-376, o którym wszyscy mieszkańcy okolic Pittsburgha myślą, że na pewno nigdy nie zostanie ukończone. Arnie twierdził nawet, że bukmacherzy zaczęli przyjmować zakłady w tej sprawie wkrótce po zakończeniu wojny secesyjnej. Nie oznacza to wcale, że mieliśmy powody do narzekań; tego lata mnóstwo chłopaków pracowało za głodowe stawki albo w ogóle nie miało pracy, my natomiast zarabialiśmy całkiem nieźle, czasem nawet zostając po godzinach. Brad Jeffries, kierownik budowy, miał poważne wątpliwości, czy przyjąć takiego cherlaka jak Arnie, ale wreszcie doszedł do wniosku, że potrzebuje kogoś do oznaczania chorągiewkami terenu niebezpiecznych prac. Dziewczyna, którą chciał zatrudnić, zaszła w ciążę i czym prędzej postanowiła wyjść za mąż. Tak więc Arnie zaczął w czerwcu od biegania z chorągiewkami, lecz stopniowo brał się za coraz cięższe prace, radząc sobie głównie dzięki odwadze i determinacji. Była to jego pierwsza prawdziwa praca w życiu i nie chciał jej spieprzyć. Wywarł tym na Bradzie jak najlepsze wrażenie, a letnie słońce pomogło nieco jego cerze. Być może chodziło o promienie ultrafioletowe.

- Wierzę ci, synu, ale to ma być transakcja za gotówkę - powiedział LeBay. - Sam rozumiesz.

Nie wiedziałem, czy Arnie to zrozumiał, ale ja tak. Zapłaciwszy czekiem mógłby wstrzymać wypłatę, gdyby w drodze do domu w tym przerdzewiałym wraku pękła oś albo rozsadziło któryś z cylindrów.

- Może pan zadzwonić do banku - zaproponował Arnie z desperacją w głosie.

- Nie da rady - odparł LeBay drapiąc się pod pachą nad swoim wyświechtanym pasem ortopedycznym. - Dochodzi wpół do szóstej. Już dawno zamknęli.

- W takim razie proszę przyjąć zadatek - powiedział Arnie podając mu szesnaście dolarów. Wyglądał jak ogarnięty szałem. Może nie uwierzycie, że chłopak prawie wystarczająco dorosły, żeby głosować, mógł w ciągu piętnastu minut do tego stopnia zadurzyć się w jakimś anonimowym starym rupieciu. Ja sam nie bardzo mogłem w to uwierzyć. Tylko Roland D. LeBay zdawał się nie mieć z tym żadnych kłopotów - miało to chyba związek z jego wiekiem oraz faktem, że widział w życiu już niejedno. Dopiero później przyszło mi do głowy, iż jego dziwna pewność siebie brała się z zupełnie innych źródeł. Tak czy inaczej, nawet jeżeli w jego żyłach płynęło kiedykolwiek mleko zwykłej ludzkiej dobroci, to już dawno zdążyło się zamienić w kwaśną śmietanę.

- Musiałbym wziąć co najmniej dziesięć procent - oświadczył. Ryba była już poza wodą; jeszcze chwila i trafi do worka. - Gdybym dostał dziesięć procent, mógłbym zatrzymać ją przez dwadzieścia cztery godziny.

- Dennis, możesz pożyczyć mi do jutra dziewięć baksów? - zapytał mnie Arnie.

Miałem w portfelu dwanaście dolarów i żadnych planów na wieczór. Kolejne dni wypełnione rozsypywaniem piasku i kopaniem rowów czyniły cuda, jeśli chodzi o przygotowania kondycyjne do sezonu futbolowego, lecz jednocześnie sprawiły, że w ogóle nie miałem życia towarzyskiego. Ostatnio nawet przestałem atakować fortecę ciała mojej dziewczyny od kibicowania w taki sposób, do jakiego zdążyłem już ją przyzwyczaić. Byłem bogaty, ale samotny.

- Chodź, to zobaczymy - powiedziałem.

LeBay zmarszczył brwi, ale zrozumiał, że nic nie może poradzić, bez względu na to, czy mu się podoba, czy nie. Jego postrzępione siwe włosy powiewały w łagodnym wietrze. Cały czas dotykał dłonią maski plymoutha, podkreślając swoje prawo własności.

Skierowaliśmy się w stronę mojego stojącego przy krawężniku samochodu, dustera z 1975 roku. Objąłem Arniego ramieniem. Nie wiedzieć czemu przypomniałem sobie, jak pewnego deszczowego jesiennego dnia, kiedy obaj mieliśmy po sześć lat, siedzieliśmy w jego pokoju; w starym czarno-białym telewizorze migały kreskówki, a my malowaliśmy coś kredkami trzymanymi w powyginanej puszce po kawie. To wspomnienie napełniło mnie melancholią i niepokojem. Czasem wydaje mi się, że sześć lat to najlepszy wiek i być może właśnie dlatego w rzeczywistości trwa to nie dłużej niż 7,2 sekundy.

- Masz dziewięć baksów, Dennis? Oddam ci jutro po południu.

- Mam - odparłem. - Ale na litość boską, co ty robisz, Arnie? Przecież ten stary pierdziel ma rentę za całkowitą utratę zdrowia. Nie potrzebuje tych pieniędzy, a ty nie jesteś instytucją charytatywną.

- Nie rozumiem, o czym mówisz.

- On cię nabiera. Nabiera cię dla samej przyjemności nabierania. Gdyby zaprowadził ten wóz do Darnella, nie dostałby za niego nawet pięćdziesięciu dolarów. To kupa gówna.

- Wcale nie.

Gdyby nie ta nieszczęsna cera, mój przyjaciel Arnie wyglądałby zupełnie zwyczajnie. Jednak Bóg daje każdemu przynajmniej jedną rzecz dobrej jakości, a w przypadku Arniego to były oczy - szare i inteligentne, koloru chmur na jesiennym niebie, tyle tylko, że zawsze skryte za okularami. Kiedy coś go zainteresowało, ich spojrzenie mogło być nieprawdopodobnie ostre i przenikliwe, ale teraz było rozmarzone i nieobecne.

- To nie jest kupa gówna.

Właśnie wtedy zacząłem podejrzewać, iż chodzi o coś więcej niż tylko o prosty fakt, że Arnie nagle postanowił mieć samochód. Do tej pory nigdy nie przejawiał takiego pragnienia; w zupełności wystarczało mu, że jeździł ze mną, składając się na benzynę, albo wsiadał na swój rower z trzystopniową przerzutką. Nie potrzebował też samochodu w celach reprezentacyjnych - według posiadanych przeze mnie wiadomości Arnie jeszcze nigdy w życiu nie umówił się z dziewczyną. Tutaj chodziło o coś innego: na przykład o miłość albo o coś w tym rodzaju.

- Przynajmniej każ mu go uruchomić - powiedziałem. - I podnieś maskę. Pod silnikiem jest kałuża oleju. Wygląda to tak, jakby pękł blok silnika. Wydaje mi się, że...

- Możesz pożyczyć mi dziewięć dolarów? - powtórzył, wpatrując się we mnie nieruchomym wzrokiem.

Poddałem się. Wyciągnąłem portfel i dałem mu dziewięć dolarów.

- Dziękuję ci, Dennis.

- To na twój pogrzeb, chłopie.

Nie zareagował. Dołożył moje dziewięć do swoich szesnastu i wrócił do LeBaya. Podał mu pieniądze, a starzec przeliczył je uważnie, pośliniwszy uprzednio kciuk.

- Pamiętaj, że zatrzymam ją tylko na dwadzieścia cztery godziny - powiedział LeBay.

- Dobrze, proszę pana. To wystarczy.

- Pójdę do domu i napiszę ci pokwitowanie - oznajmił właściciel plymoutha. - Powiedz mi jeszcze raz, jak się nazywasz, żołnierzu.

Arnie uśmiechnął się lekko.

- Cunningham. Arnold Cunningham.

LeBay odchrząknął i ruszył przez niechlujny trawnik w kierunku tylnych drzwi domu. Były wykonane z aluminium i miały wypisaną ozdobnymi zawijasami dużą literę L.

Zamknęły się za nim z trzaskiem.

- Arnie, ten facet jest szurnięty. Ma cholernego pieprzonego świ...

Ale Arniego przy mnie nie było. Siedział za kierownicą samochodu, cały czas z tym samym otępiałym wyrazem twarzy.

Zaszedłem od przodu, namacałem zaczep zwalniający klapę i pociągnąłem; klapa podniosła się z przerdzewiałym piskiem przywodzącym na myśl efekty dźwiękowe z filmów grozy. Na ziemię posypał się metalowy pył. Akumulator był przeraźliwie stary, a bieguny do tego stopnia pokryte zielonym nalotem, że nie sposób było stwierdzić, który jest dodatni, a który ujemny. Wyjąwszy filtr powietrza spojrzałem ponuro w czarną niczym kopalniany szyb otchłań czterokomorowego gaźnika.

Opuściłem klapę i wróciłem do Arniego, który siedział w fotelu kierowcy gładząc dłonią krawędź tablicy przyrządów tuż nad prędkościomierzem, wyskalowanym do całkowicie absurdalnych stu dwudziestu mil na godzinę. Czy samochody kiedykolwiek jeździły z taką szybkością?

- Arnie, wydaje mi się, że blok silnika jest pęknięty. Właściwie jestem tego pewien. Ten samochód to kupa złomu, przyjacielu. Jeśli chcesz kupić sobie wóz, za dwieście pięćdziesiąt papierów znajdziemy ci coś dużo lepszego. Bez porównania lepszego.

- Ma dwadzieścia lat - powiedział. - Czy wiesz o tym, że oficjalnie dwudziestoletni samochód to już zabytek?

- Owszem. Na złomowisku obok Garażu Darnella jest pełno takich oficjalnych zabytków. Wiesz, co mam na myśli.

- Dennis...

Drzwi domu otworzyły się z trzaskiem. LeBay wracał. I dobrze, bo dalsza dyskusja i tak nie miałaby żadnego sensu. Może nie jestem najbardziej przenikliwym człowiekiem na świecie, ale nawet ja potrafię odebrać pewne sygnały, jeżeli są wystarczająco silne. To było coś, co Arnie postanowił mieć za wszelką cenę, i nie miałem najmniejszych szans, żeby go od tego odwieść. Podejrzewam, że nikt nie miałby najmniejszej szansy.

Rozpromieniony LeBay wręczył mu pokwitowanie. Na zwykłej kartce papieru widniały następujące słowa, napisane koślawymi literami lekko drżącą ręką starego człowieka: “Kwituję 25 dolarów otrzymane od Arnolda Cunninghama jako 24-godzinną zaliczkę za Christine, plymoutha rocznik 1958”. Na dole widniał jego podpis.

- Co za “Christine”? - zapytałem sądząc, że źle przeczytałem albo on pomylił się przy pisaniu.

LeBay zacisnął usta i zgarbił się nieco, jakby oczekując, że zostanie wyśmiany... albo prowokując mnie do parsknięcia śmiechem.

- Zawsze ją tak nazywałem - wyjaśnił. - Christine.

- Christine - powtórzył Arnie. - Podoba mi się. A tobie, Dennis?

W dodatku postanowił ochrzcić tego przeklętego grata. Powoli zaczynałem mieć tego dość.

- Co o tym sądzisz, Dennis? Podoba ci się?

- Nie - odparłem. - Jeżeli już musisz go jakoś ochrzcić, to czemu nie Kłopot?

Zrobiło mu się przykro, ale mnie już nic to nie obchodziło. Poszedłem do samochodu, by tam na niego zaczekać, żałując, że nie pojechałem do domu inną drogą.

 

2. PIERWSZE NIEPOROZUMIENIE

Powiedz tym swoim kumplom podejrzanym,

Że nigdzie nie jedziesz, zostajesz z nami!

(Eeej-juj!)

Tylko nie pyskuj!

The Coasters

Odwiozłem Arniego do domu i wszedłem z nim, żeby zjeść kawałek ciasta i wypić szklankę mleka. Bardzo szybko tego pożałowałem.

Arnie mieszkał na Laurel Street, w spokojnej dzielnicy willowej w zachodniej części Libertyville. W gruncie rzeczy prawie całe Libertyville jest spokojne i willowe. Nie ocieka przepychem, jak niedalekie Fox Chapel, składające się przeważnie z posiadłości podobnych do tych, jakie można oglądać co tydzień w kolejnych odcinkach “Columbo”, ale też nie przypomina Monroeville z ciągnącymi się bez końca chodnikami, sklepami z przecenionymi oponami i stoiskami z używanymi książkami. Nie ma tu żadnego przemysłu, tylko domy ludzi pracujących w większości na pobliskim uniwersytecie. Może nie jest bogato, ale za to przynajmniej mądrze.

Przez całą drogę do domu Arnie był milczący i zamknięty w sobie. Próbowałem go rozruszać, ale nic z tego nie wyszło. Zapytałem, co ma zamiar zrobić z samochodem.

- Naprawić go - odpowiedział lakonicznie i znowu umilkł.

Cóż, na pewno dysponował odpowiednimi umiejętnościami, nie mogłem temu zaprzeczyć. Potrafił posługiwać się narzędziami, potrafił słuchać i zlokalizować uszkodzone miejsce. Miał zręczne dłonie, radzące sobie ze wszystkimi urządzeniami; stawały się niezgrabne i niespokojne tylko w towarzystwie innych ludzi, szczególnie dziewcząt. Przejawiały wtedy skłonności do zacierania, znikania w kieszeniach lub, co było najgorsze, do wędrówki w okolice twarzy i nerwowego dotykania nierównego krajobrazu pokrytych pryszczami policzków, brody i czoła, co natychmiast zwracało na nie uwagę.

Owszem, był w stanie naprawić ten samochód, ale pieniądze, które zarobił podczas wakacji, były przeznaczone na studia. Nigdy do tej pory nie miał własnego samochodu i chyba nawet nie potrafił sobie wyobrazić, w jaki bezwzględny sposób stare wozy potrafią wysysać z kieszeni pieniądze. Robią to tak, jak karmiące się krwią wampiry. Mógł ograniczyć wydatki na robociznę wykonując własnoręcznie większość czynności, ale same koszty nowych części zgniotłyby go na placek, zanim dobrnąłby do końca swego dzieła.

Powiedziałem mu o tym, lecz moje słowa w ogóle do niego nie dotarły. W dalszym ciągu miał rozmarzone, nieobecne oczy. Nie byłem w stanie odgadnąć, o czym myśli.

Zarówno Michael, jak i Regina Cunningham byli w domu - ona układała kolejnego debilnego puzzla (składał się z sześciu tysięcy różnych części i wpędziłby mnie w szaleństwo najdalej po piętnastu minutach), on zaś słuchał w salonie muzyki z magnetofonu.

Już wkrótce zacząłem żałować, że nie zrezygnowałem z ciasta i mleka. Arnie powiedział im, co zrobił, pokazał pokwitowanie, a oni o mało nie wyszli ze skóry.

Musicie zrozumieć, że Michael i Regina byli aż do szpiku kości ludźmi nauki. Pragnęli czynić w życiu dobro, co według nich oznaczało, że muszą protestować przeciwko wszystkiemu, przeciwko czemu się dało. Zaczęli na początku lat sześćdziesiątych od protestów przeciwko segregacji rasowej, potem przeskoczyli na Wietnam, a kiedy ten temat się wyczerpał, wzięli na celownik Nixona, proporcje rasowe w szkołach (mogli recytować do znudzenia kolejne wyroki sądowe w tej sprawie), brutalność policji i znęcanie się rodziców nad dziećmi. Oprócz tego istniało także mówienie. Kochali mówić prawie tak samo, jak protestować. Byli gotowi w każdej chwili wziąć udział w całonocnej dyskusji na temat programu badań kosmosu, panelu na temat Ustawy o Równouprawnieniu Płci lub seminarium na temat alternatywnych źródeł energii. Uczestniczyli w Bóg wie ilu “gorących liniach” - o gwałtach, narkotykach, dzieciach uciekających z domu - a także w starych, dobrych “telefonach zaufania”, gdzie mógł zadzwonić każdy, kto miał zamiar popełnić samobójstwo, i wysłuchać współczującego głosu mówiącego mu: “Słuchaj, stary, nie rób tego, masz pewne zobowiązania wobec pozostałych członków załogi statku kosmicznego Ziemia”. Po dwudziestu lub trzydziestu latach nauczania na uniwersytecie człowiek nabiera odruchu psa Pawłowa i zaczyna się ślinić na dźwięk dzwonka. Przypuszczam, że nawet można to polubić.

Regina (uparli się, żebym mówił do nich po imieniu) miała czterdzieści pięć lat i była przystojna w dość chłodny, półarystokratyczny sposób, to znaczy udawało jej się sprawiać arystokratyczne wrażenie nawet wtedy, kiedy miała na sobie dżinsy, czyli prawie zawsze. Wykładała na anglistyce, co oczywiście jest zbyt ogólne, kiedy uczy się na poziomie uniwersyteckim - to tak samo, jakby na pytanie “skąd jesteś?” odpowiedzieć: “z Ameryki”. Dokonała selekcji i powiększenia niczym na ekranie precyzyjnego radaru. Specjalizowała się w staro-angielskich poetach, pracę doktorską zaś napisała o Robercie Herricku.

Michael zajmował się historią. Wyglądał ponuro i melancholijnie, czyli tak, jak go nastrajała muzyka, której słuchał z magnetofonu, choć zwykle nie sprawiał takiego wrażenia. Czasem patrząc na niego przypominałem sobie, co podobno powiedział Ringo Starr na konferencji prasowej jakiemuś dziennikarzowi, kiedy Beatlesi po raz pierwszy przyjechali do Ameryki. Dziennikarz zapytał go wtedy, czy naprawdę jest tak smutny, jak wygląda. “Nie - odparł Ringo. - To tylko moja twarz”. Michael był właśnie taki. Poza tym jego szczupła twarz i grube okulary upodabniały go do najczęściej spotykanych, niezbyt pochlebnych karykatur uczonych. Miał mocno przerzedzone włosy i małą kozią bródkę.

- Cześć, Arnie - powitała nas Regina, kiedy weszliśmy do domu. - Jak się masz, Dennis.

Były to chyba ostatnie przyjazne słowa, jakie usłyszeliśmy od niej tego popołudnia.

Przywitaliśmy się, wzięliśmy po kawałku ciasta i szklance mleka i usiedliśmy przy stole. Na kuchence gotował się obiad - przykro mi o tym mówić, ale pachniało paskudnie. Regina i Michael jakiś czas temu zaczęli flirt z wegetarianizmem; sądząc po zapachu, główne danie miało się składać ze starej kapusty morskiej albo czegoś w tym rodzaju. Modliłem się w duchu, żeby mnie nie zaprosili.

Dźwięki muzyki umilkły i do kuchni wszedł Michael. Był w obszarpanych dżinsach i wyglądał tak, jakby przed chwilą umarł jego najlepszy przyjaciel.

- Spóźniliście się, chłopcy - powiedział. - Zdarzyło się coś ciekawego?

Otworzywszy lodówkę zaczął w niej grzebać. Może jemu także nie spodobał się zapach kapusty morskiej.

- Kupiłem samochód - oznajmił Arnie, biorąc sobie jeszcze jeden kawałek ciasta.

- Co zrobiłeś?! - wykrzyknęła natychmiast jego matka. Chyba zbyt szybko poderwała się z miejsca, bo usłyszałem głuchy łoskot, z jakim potrąciła duży arkusz tektury, na którym układała puzzla, a; następnie klekot spadających na podłogę fragmentów układanki. Właśnie wtedy zacząłem żałować, że nie pojechałem prosto do domu. Stojący w otwartych drzwiach lodówki Michael Cunningham odwrócił się, by spojrzeć na swego syna, trzymając w jednej ręce jabłko, w drugiej zaś pudełko naturalnego jogurtu.

- Żartujesz - powiedział, a ja z jakiegoś bezsensownego powodu zauważyłem po raz pierwszy, że jego kozia bródka, którą nosił mniej więcej od 1970 roku, zaczęła wyraźnie siwieć. - Żartujesz, prawda? Arnie, powiedz, że to był tylko żart.

Do kuchni weszła Regina - wysoka, półarystokratyczna i cholernie wściekła. Wystarczyło jej jedno spojrzenie, jakim obrzuciła twarz Arniego, by przekonać się, że on nie żartuje.

- Nie możesz kupić samochodu - oświadczyła. - Co ty w ogóle wygadujesz? Przecież masz dopiero siedemnaście lat.

Arnie przeniósł powoli wzrok z ojca znieruchomiałego przy lodówce na matkę stojącą w przejściu do salonu. Jego twarz zastygła w twardym, zawziętym grymasie, jakiego jeszcze nigdy u niego nie widziałem. Przemknęło mi przez myśl, że gdyby częściej robił taką minę w szkole, chłopaki z warsztatów przestaliby robić z niego popychadło.

- Mylicie się - powiedział. - Mogę go kupić bez żadnych problemów. Nie dostałbym kredytu, ale kupno za gotówkę to zupełnie inna sprawa. Oczywiście do zarejestrowania samochodu, kiedy ma się siedemnaście lat, potrzebna jest zgoda rodziców.

Wpatrywali się w niego z zaskoczeniem, niepewnością, a także - kiedy to dostrzegłem, poczułem nagle ogromną dziurę w żołądku - z rosnącym gniewem. Oprócz tego, że mieli liberalne przekonania, kochali robotników rolnych, maltretowane żony, samotne matki i całą resztę, sprawowali nad Arniem całkowitą kontrolę. A on im na to pozwalał.

- Nie powinieneś mówić do matki w ten sposób - powiedział Michael. Odstawił jogurt, zatrzymując jabłko, i powoli zamknął drzwi lodówki. - Jesteś za młody na to, żeby mieć samochód.

- Dennis ma - zripostował Arnie.

- Ojejku! - wykrzyknąłem. - Popatrzcie, jak się zrobiło późno! Powinienem już jechać do domu. Właściwie powinienem już tam dawno być. Ja...

- To, co robią rodzice Dennisa, a co uznają za stosowne robić twoi rodzice, to dwie zupełnie różne rzeczy - powiedziała Regina Cunningham. Nigdy nie słyszałem u niej tak lodowatego tonu. Nigdy. - Nie masz prawa podejmować takiej decyzji nie pytając o zdanie twojego ojca i mnie...

- Zapytać was o zdanie! - ryknął nagle Arnie, rozlewając mleko. Mięśnie jego szyi i żyły napięły się jak postronki.

Regina otworzyła ze zdumienia usta i cofnęła się o krok. Gotów jestem przyjąć zakład, że jej brzydkie kaczątko ryknęło na nią po raz pierwszy w życiu. Michael był równie oszołomiony. Zasmakowali tego, co ja odczułem już na sobie nieco wcześniej: z niewiadomych przyczyn Arnie znalazł wreszcie coś, na czym naprawdę mu zależało, i niech Bóg ma w opiece tych, którzy chcieliby stanąć mu na drodze.

- Zapytać o zdanie! Pytałem was o każdą cholerną rzecz, jaką robiłem. Każda decyzja była podejmowana na walnym zebraniu, a nawet jeżeli było to coś, na co nie miałem żadnej ochoty, to i tak przegrywałem stosunkiem głosów jeden do dwóch! Ale tym razem to nie jest żadne cholerne zebranie. Kupiłem sobie samochód, i koniec!

- Zapewniam cię, że się mylisz - odparła Regina.

Z zaciśniętymi ustami, w dziwny sposób (a może wcale nie dziwny) przestała wyglądać tylko półarystokratycznie; teraz przypominała samą królową Anglii, pomimo dżinsów i wszystkiego. Michael chwilowo przestał się liczyć. Wyglądał dokładnie tak, jak ja się czułem, to znaczy beznadziejnie, i przez chwilę wzbudził we mnie ogromne współczucie. Nawet nie mógł uciec do domu na obiad, bo już był w domu. Doszło do ostrej próby sił między starą a nową gwardią, i rozstrzygnięcie miało zapaść w identyczny sposób, w jaki zwykle zapadają rozstrzygnięcia w takich konfliktach, to znaczy przy użyciu nieproporcjonalnie silnych ładunków goryczy i zjadliwości. Regina, w przeciwieństwie do Michaela, była na to przygotowana, ale ja nie miałem najmniejszego zamiaru brać w tym udziału. Wstałem i ruszyłem w kierunku drzwi.

- Pozwoliłeś mu to zrobić? - zapytała Regina spoglądając na mnie wyniośle, jakbyśmy nigdy nie zaśmiewali się razem z dowcipów, nie piekli gruszek w popiele ani nie jeździli wspólnie na weekendy. - Bardzo ci się dziwię, Dennis.

Zabolało mnie to. Zawsze lubiłem matkę Arniego, ale nigdy jej do końca nie ufałem, a przynajmniej nie od wydarzenia, które nastąpiło, kiedy miałem jakieś osiem lat.

Pojechaliśmy z Arniem na rowerach do centrum, na popołudniowy seans w kinie. W drodze powrotnej Arnie przewrócił się, próbując ominąć psa, i porządnie rozharatał sobie nogę. Odwiozłem go do domu na ramie, a Regina zabrała go natychmiast do ambulatorium, gdzie lekarz założył mu kilka szwów. Potem, kiedy już było jasne, że nie stało się nic wielkiego i że Arnie prędko się z tego wyliże, nie wiedzieć czemu zaatakowała mnie, nie przebierając w słowach. Obsztorcowała mnie jak zawodowy sierżant. Kiedy skończyła, trząsłem się jak galareta i z trudem powstrzymywałem się od płaczu; cóż w tym dziwnego, miałem zaledwie osiem lat, a Arnie po wypadku bardzo krwawił. Nie potrafiłbym teraz przypomnieć sobie szczegółów tej awantury, ale jestem pewien, że wywarła na mnie ogromne wrażenie. Zdaje się, że Regina zaczęła od oskarżenia mnie o to, że źle opiekowałem się jej synem - jakby Arnie był dużo młodszy ode mnie, a nie dokładnie w tym samym wieku - skończyła zaś na stwierdzeniu (lub dając mi wyraźnie do zrozumienia), że to powinno spotkać nie jego, lecz mnie.

Teraz wszystko wyglądało dokładnie tak samo - “Dennis, nie uważałeś na niego!” - w związku z czym udzieliło mi się jej zdenerwowanie. Na pewno przyczyniała się do tego nieufność, jaką odczuwałem wobec niej, ale jeśli mam być zupełnie uczciwy, to muszę przyznać, że chyba w niezbyt wielkim stopniu. Kiedy jesteś dzieckiem (a czym jest wiek siedemnastu lat, jak nie najdalszą granicą dzieciństwa?), przejawiasz naturalną tendencję do brania strony innych dzieci. Głęboko zakorzeniony instynkt podpowiada ci, że jeśli nie rozwalisz paru płotów i nie wyważysz kilku bram, twoi rodzice - oczywiście kierując się jak najlepszymi intencjami - zamkną cię na zawsze w kojcu dla niemowląt.

Zdenerwowałem się, ale zrobiłem wszystko, żeby nad sobą zapanować.

- Na nic mu nie pozwalałem - odparłem. - Chciał go kupić, więc kupił. - Jeszcze parę minut temu powiedziałbym im, że przecież Arnie tylko dał zadatek, ale teraz nie miałem najmniejszego zamiaru tego robić. - Prawdę mówiąc, próbowałem mu to wyperswadować.

- Wątpię, czy bardzo się starałeś - odparowała Regina. Równie dobrze mogłaby powiedzieć: “Nie pieprz, Dennis, dobrze wiem, że razem to uknuliście”. Jej policzki pokryły się intensywnym rumieńcem, a oczy miotały groźne błyski. Usiłowała zmusić mnie, bym poczuł się znowu jak ośmioletni szczeniak, i prawie jej się to udało. Postanowiłem jednak walczyć.

- Gdybyście poznali wszystkie fakty, przekonalibyście się, że w gruncie rzeczy nie ma się o co wściekać. Zapłacił za niego dwieście pięćdziesiąt dolarów i...

- Dwieście pięćdziesiąt dolarów! - przerwał mi Michael. - Jaki samochód można kupić za dwieście pięćdziesiąt dolarów?

Jego niepewne oddzielenie od głównego nurtu wydarzeń - jeśli to rzeczywiście było to, a nie szok wywołany podniesionym głosem zwykle spokojnego syna - zniknęło bez śladu. Spowodowała to cena samochodu. Spojrzał na swą latorośl z nie ukrywaną odrazą, która aż mnie trochę przestraszyła. Chciałbym kiedyś mieć dzieci i gdy już będę je miał, postaram się, żeby ten wyraz twarzy zniknął na zawsze z mego repertuaru.

Powtarzałem sobie w kółko, że muszę się opanować, że to nie moja sprawa, że nie ma się czym podniecać... ale zjedzony kawałek ciasta tkwił mi w żołądku niczym duża obślizgła kula, a skóra piekła mnie żywym ogniem. Od wczesnego dzieciństwa traktowałem Cunnighamów jak drugą rodzinę i czułem w sobie wszystkie fizyczne objawy towarzyszące zwykle każdej rodzinnej kłótni.

- Reperując stary samochód można się mnóstwo nauczyć - powiedziałem, lecz moje słowa zabrzmiały mi w uszach niczym jakaś szalona imitacja LeBaya. - A w ten trzeba będzie włożyć mnóstwo pracy, zanim dopuszczą go do ruchu. (O ile w ogóle go dopuszczą, dodałem w myśli). Możecie to uważać za... za rodzaj hobby.

- Ja osobiście uważam to za szaleństwo - odparła Regina.

Nagle zapragnąłem po prostu stamtąd wyjść. Przypuszczam, że gdyby nie wyraźnie wyczuwalne, ogromne napięcie emocjonalne, uznałbym sytuację za dość zabawną; oto broniłem samochodu Arniego, choć sam byłem zdania, że od początku cała ta historia nie miała ani odrobiny sensu.

- Skoro tak myślisz... - mruknąłem. - Tylko nie mieszajcie mnie do tego. Muszę już iść do domu.

- To dobrze - parsknęła Regina.

- Dobra - odezwał się Arnie bezbarwnym głosem i wstał z miejsca. - Spierdalam stąd.

Regina nabrała raptownie powietrza w płuca, a Michael zamrugał, jakby ktoś uderzył go w twarz.

- Co powiedziałeś? - wykrztusiła wreszcie. - Co...

- Nie rozumiem, o co wam obojgu chodzi - przerwał jej Arnie opanowanym, niesamowitym tonem - ale nie mam zamiaru siedzieć i wysłuchiwać tego steku bzdur. - Spojrzał na matkę. - Chcieliście, żebym poszedł na kurs przygotowawczy na uniwersytecie - poszedłem. Chcieliście, żebym zamiast do szkolnego zespołu muzycznego zapisał się do kółka szachowego - zapisałem się. Udało mi się przeżyć siedemnaście lat nie robiąc wam wstydu przed przyjaciółmi z klubu brydżowego ani nie lądując w więzieniu.

Wpatrywali się w niego wybałuszonymi oczami, jakby był jedną z kuchennych ścian, która nagle przemówiła ludzkim głosem.

Arnie odpowiedział im dziwnym, groźnym spojrzeniem.

- Powtarzam wam: muszę to mieć. Tę jedną jedyną rzecz.

- Arnie, towarzystwo ubezpieczeniowe... - zaczął Michael.

- Przestań! - wrzasnęła Regina. Nie chciała dopuścić do rozmowy o konkretnych problemach, ponieważ stanowiłoby to pierwszy krok na drodze do ewentualnej zgody. Postanowiła szybko i całkowicie zmiażdżyć bunt pod obcasem. Są takie chwile, kiedy dorośli budzą w człowieku odrazę, jakiej nawet nie potrafiliby sobie wyobrazić. To była właśnie jedna z takich chwil, w związku z czym poczułem się jeszcze bardziej paskudnie. Kiedy wydarła się na męża, dostrzegłem w niej zarówno chamstwo, jak i przerażenie, a ponieważ kochałem ją, nigdy nie chciałem jej taką widzieć.

Stałem bez ruchu w drzwiach, pragnąc jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz, ale jednocześnie doświadczając niezdrowej fascynacji tym, co widziałem - pierwszą poważną kłótnią w rodzinie Cunninghamów, jakiej byłem świadkiem, a całkiem możliwe, że pierwszą w ogóle. Było to prawdziwe trzęsienie ziemi, może nawet o sile dziesięciu stopni w skali Richtera.

- Dennis, chyba będzie lepiej, jeśli pójdziesz, zanim tego nie wyjaśnimy - powiedziała ponuro Regina.

- Chyba tak - odparłem. - Ale zrozumcie, że robicie z igły widły. Ten samochód... Gdybyście go zobaczyli... Wątpię, czy przyśpiesza od zera do trzydziestu w dwadzieścia minut, o ile w ogóle jeździ...

- Dennis, idź już!

Poszedłem.

Kiedy wsiadałem do mego dustera, zobaczyłem, jak przez tylne drzwi wychodzi Arnie, zapewne zamierzając wprowadzić w życie swoją groźbę opuszczenia domu. Jego staruszkowie wybiegli za nim, sprawiając wrażenie nie tylko zaniepokojonych, ale wręcz przerażonych. Mogłem ich częściowo zrozumieć; wydarzenia spadły na nich niespodziewanie jak cyklon uderzający z pogodnego bezchmurnego nieba.

Uruchomiłem silnik i wyjechałem tyłem na spokojną ulicę. Sporo się zdarzyło od chwili, kiedy dwie godziny temu skończyliśmy pracę. Byłem wtedy tak głodny, że zjadłbym dosłownie wszystko (może z wyjątkiem kapusty morskiej); teraz żołądek skurczył mi się do tego stopnia, że natychmiast zwróciłbym to, co bym połknął.

Odjeżdżając widziałem ich stojących na podjeździe przed podwójnym garażem (w środku znajdowały się porsche Michaela i volvo kombi Reginy; oni mają swoje samochody, przemknęła mi zjadliwa myśl), nadal pogrążonych w kłótni.

Tak to wygląda, pomyślałem z odrobiną smutku i przygnębienia. Wybiją mu to z głowy, LeBay zarobi dwadzieścia pięć dolarów, a jego plymouth będzie tam stał jeszcze przez co najmniej tysiąc lat. Tak samo działo się w przeszłości, ponieważ Arnie zawsze przegrywał. Był inteligentny; pod zewnętrzną warstwą nieśmiałości i rezerwy kryło się poczucie humoru i bystry umysł. Ogólnie rzecz biorąc był... “słodki”, to chyba najlepsze słowo.

Słodki chłopak, który zawsze przegrywał.

Wiedzieli o tym zarówno jego rodzice, jak i gogusie z warsztatów, którzy wrzeszczeli na niego przy lada okazji i nabijali się z jego okularów.

Wiedzieli o tym, że nie ma żadnych szans i wybiją mu to z głowy.

Tak wówczas myślałem, ale tym razem bardzo się pomyliłem.

 

3. NAZAJUTRZ

Mój tato rzekł: “Synu,

Przez ciebie zacznę pić,

Jeśli nie przestaniesz się tłuc

Tym cholernym lincolnem”.

Charlie Ryan

 

 

Następnego dnia przyjechałem pod dom Arniego o wpół do siódmej rano. Zatrzymałem samochód przy krawężniku, nie mając najmniejszej ochoty wchodzić do środka, mimo że jego rodzice na pewno nie wstali jeszcze z łóżka; poprzedniego wieczoru w tej kuchni wyczułem zbyt wiele nieprzyjemnych myśli, żeby jak zwykle skusić się przed pracą na pączka z kawą.

Arnie nie pojawił się przez prawie pięć minut i zacząłem już się zastanawiać, czy przypadkiem nie zrealizował swojej pogróżki na temat wyprowadzenia się z domu, ale właśnie wtedy otworzyły się boczne drzwi i mój przyjaciel wyszedł na podjazd, wlokąc za sobą torbę z drugim śniadaniem.

Wsiadł do samochodu, zatrzasnął drzwi i powiedział:

- Jedziemy, Jeeves.

Mówił tak zawsze, kiedy był w dobrym humorze.

Ruszyłem, zerkając na niego ostrożnie. Chciałem go zagadnąć, ale doszedłem do wniosku, że będzie lepiej, jeśli on sam zacznie... jeżeli w ogóle ma coś do powiedzenia.

Przez długi czas wydawało się, że nie ma. Przebyliśmy prawie całą drogę nie zamieniwszy ani słowa, słuchając WMDY, miejscowej stacji nadającej muzykę rock i soul. Arnie wystukiwał w zamyśleniu rytm.

Wreszcie przemówił.

- Przykro mi, że musiałeś wczoraj przy tym być.

- Nie ma sprawy, Arnie.

- Czy przyszło ci kiedyś na myśl - dodał niespodziewanie - że rodzice są tylko przerośniętymi dziećmi, dopóki ich własne dzieci nie wykopią ich w dorosłość, najczęściej wbrew ich woli?

Potrząsnąłem głową.

- Powiem ci, co myślę. - Dojeżdżaliśmy już do placu budowy; od przyczepy Braci Carsonów dzieliły nas tylko dwa pagórki. O tej porze ruch na drodze był niewielki i senny. Niebo miało kolor dojrzałej brzoskwini. - Otóż myślę, że bycie rodzicem polega częściowo na tym, że starasz się zabić swoje dziecko.

- To brzmi bardzo sensownie - przyznałem. - Moi staruszkowie ciągle usiłują mnie zabić. Dziś w nocy mama zakradła się do mojego pokoju i próbowała udusić mnie poduszką, a dzień wcześniej ojciec gonił mnie i siostrę ze śrubokrętem w dłoni.

Żartowałem, ale jednocześnie zastanawiałem się, co by pomyśleli Michael i Regina, gdyby usłyszeli te bzdury.

- Wiem, że w pierwszej chwili to się wydaje zupełnie bez sensu - przyznał nie zrażony Arnie - ale tak jest z całą masą rzeczy, dopóki im się bliżej nie przyjrzysz. Zazdrość o penisa. Kompleks Edypa. Całun turyński.

- Dla mnie to stek bzdur - stwierdziłem. - Pokłóciłeś się ze starymi, i to wszystko.

- Ja w to wierzę - mruknął z zadumą Arnie. - Ma się rozumieć, oni nie zdają sobie z niczego sprawy. A wiesz dlaczego?

- Ty mi powiedz.

- Dlatego że jak tylko urodzi ci się dziecko, wiesz na pewno, że kiedyś umrzesz. Patrząc na nie, widzisz swój własny grób.

- Wiesz co, Arnie?

- Co?

- Myślę, że to cholernie makabryczne - powiedziałem i obaj parsknęliśmy śmiechem.

- Wcale nie o to mi chodziło.

Skręciłem na parking i wyłączyłem silnik. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu.

- Zagroziłem im, że zrezygnuję z kursu przygotowawczego i zacznę ITN.

ITN oznaczało Indywidualny Tok Nauki - coś takiego, co mają dzieciaki w szkołach eksperymentalnych, tylko że one, oczywiście, nie wracają na noc do domów. Można to chyba określić jako program kształcenia obejmujący dokładnie wszystkie aspekty życia.

- Arnie... - zacząłem niepewnie, nie bardzo wiedząc, jak powinienem zareagować. Wciąż trochę przerażała mnie gwałtowność, z jaką wybuchła ta sprawa. - Arnie, jesteś jeszcze nieletni. Będą musieli zaakceptować twój program...

- Jasne - przerwał mi z uśmiechem, w którym nie było ani odrobiny wesołości; w chłodnym świetle poranka wyglądał dużo poważniej i jednocześnie jakby znacznie młodziej... Jak cyniczny niemowlak. - Mogą nawet ułożyć własny i kazać mi go przerabiać przez cały rok. Mogą zapisać mnie na kurs mody i lekcje planowania domowego budżetu. Według przepisów mają do tego prawo, ale nigdzie nie jest powiedziane, że ja muszę zaliczyć to, co oni dla mnie wybiorą.

Dopiero wtedy do mnie dotarło, jak ogromną przebył drogę. W jaki sposób zwykła kupa złomu mogła w tak krótkim czasie zacząć dla niego znaczyć aż tak wiele? Przez następne dni pytanie to powracało do mnie na wiele sposobów, tak jak chyba powraca rozpacz po utracie kogoś bliskiego. Arnie najwyraźniej nie żartował, kiedy oświadczył Michaelowi i Reginie, że musi mieć ten samochód. Odkrył ich najsłabsze miejsce i wykorzystał je ze zdumiewającą bezwzględnością. Nie jestem pewien, czy poradziłby sobie z Reginą przy użyciu łagodniejszej taktyki, ale mimo wszystko nie spodziewałem się, że będzie zdolny do czegoś takiego. Szczerze mówiąc, byłem wręcz zaszokowany. Gdyby Arnie zrealizował swoją groźbę, mógłby pożegnać się z marzeniami o wyższej uczelni, a tego ani Michael, ani Regina z pewnością nie potrafili sobie wyobrazić.

- I tak po prostu... ustąpili? - Zbliżała się godzina, o której powinniśmy odbić nasze karty, ale musiałem się wszystkiego dowiedzieć.

- Nie, nie tak po prostu. Obiecałem im, że znajdę dla niego jakiś garaż i że nie będę próbował go zarejestrować bez ich zgody.

- Myślisz, że to ci się uda?

Obdarzył mnie smutnym uśmiechem, jednocześnie pewnym siebie i wystraszonym. Był to uśmiech kierowcy buldożera opuszczającego spych przed szczególnie opornym pniakiem.

- Uda mi się - odparł. - Jak tylko będę gotowy.

I wiecie co? Uwierzyłem mu.

 

4. ARNIE SIĘ ŻENI

Pamiętam ten dzień,

Kiedy wybrałem ją spośród sterty złomowanych śmieci,

Bo byłem pewien,

Że pod warstwą rdzy jasne złoto świeci...

The Beach Boys

W to piątkowe popołudnie mogliśmy mieć dwie nadgodziny, ale zrezygnowaliśmy z nich. Odebraliśmy w biurze czeki i pojechaliśmy do mieszczącego się w Libertyville oddziału Pittsburgh Savings and Loan, żeby je zrealizować. Większość swojej forsy wpłaciłem na konto długoterminowe, pięćdziesiąt dolarów na rachunek bieżący (w związku z jego posiadaniem wydawałem się sobie niepokojąco dorosły, ale to uczucie chyba z czasem mija), natomiast dwadzieścia dolarów zatrzymałem w gotówce.

Arnie wziął wszystko w gotówce.

- Masz - powiedział, podając mi dziesięciodolarowy banknot.

- Zatrzymaj go - odparłem. - Będziesz potrzebował każdego centa, dopóki nie skończysz z tym złomem.

- Weź to. Ja zawsze oddaję długi.

- Nie trzeba, naprawdę.

- Weź - powtórzył z uporem.

Wziąłem, ale wepchnąłem mu z powrotem dolara reszty, którego z kolei on nie chciał przyjąć.

W miarę jak zbliżaliśmy się do domu LeBaya, Arnie stawał się coraz bardziej spięty. Nastawił radio głośniej niż zwykle i wystukiwał rytm najpierw na swoich kolanach, a potem na desce rozdzielczej. Foreigner śpiewał “Dirty White Boy”.

- To historia mego życia, chłopie - powiedziałem, a on wybuchnął zbyt donośnym i za długim śmiechem.

Zachowywał się jak ojciec czekający na narodziny dziecka. Wreszcie zrozumiałem, dlaczego: bał się, że LeBay sprzedał komuś jego samochód.

- Uspokój się, Arnie. Na pewno tam będzie.

- Jestem spokojny - odparł i wykrzywił twarz w szerokim sztucznym uśmiechu. Jego cera wyglądała tak źle, jak jeszcze nigdy dotąd. Przez głowę przemknęła mi myśl (nie po raz pierwszy ani ostatni), jak to jest być Arniem Cunninghamem, zamkniętym bez chwili przerwy w pułapce za tą kwitnącą twarzą...

- To przestań się trząść. Zachowujesz się tak, jakbyś miał zamiar naszczać w portki, zanim tam dojedziemy.

- Wcale nie - mruknął i wystukał szybki nerwowy rytm na desce rozdzielczej, aby udowodnić mi, jak bardzo jest opanowany. “Dirty White Boy” Foreignera ustąpił miejsca “Jukebox Heroes” tej samej grupy. Było piątkowe popołudnie i na UKF-104 zaczął się Weekendowy Blok Muzyczny. Kiedy teraz przypominam sobie ten rok, mój ostatni rok w szkole, wydaje mi się, że mógłbym go odmierzać kolejnymi blokami muzyki... i narastającym, przypominającym senny koszmar przerażeniem.

- O co właściwie chodzi? - zapytałem. - Co takiego jest w tym samochodzie?

Siedział przez długi czas bez słowa spoglądając na Libertyville Avenue, po czym gwałtownym ruchem ręki wyłączył radio, przerywając wokaliście w pół słowa.

- Nie wiem dokładnie - powiedział. - Może to dlatego, że po raz pierwszy od chwili, kiedy skończyłem jedenaście lat i dostałem pierwszych pryszczy, zobaczyłem coś jeszcze brzydszego ode mnie? Czy to właśnie chciałeś usłyszeć? Czy teraz możesz już zaszeregować mnie do jakiejś kategorii?

- Daj spokój, Arnie! To przecież ja, Dennis... Pamiętasz mnie jeszcze?

- Pamiętam. Nadal jesteśmy przyjaciółmi, prawda?

- Jasne. Ale co to ma wspólnego z...

- To znaczy, że nie musimy się okłamywać, a przynajmniej ja uważam, że to właśnie na tym polega. Więc powiem ci prawdę. Wiem, kim jestem. Wiem, że jestem brzydki. Nie potrafię zawierać przyjaźni, bo... w jakiś sposób odstręczam od siebie ludzi. Nie chcę tego robić, ale tak jakoś mi wychodzi. Rozumiesz?

Skinąłem niechętnie głową. Jak sam zauważył, byliśmy przyjaciółmi, a to oznaczało także ograniczanie takiego pieprzenia do niezbędnego minimum.

Powtórzył mój gest, jakby potwierdzając diagnozę.

- Ludzie... - Umilkł, po czym dodał ostrożnie: - Na przykład ty, Dennis... Nie zawsze rozumieją, co to oznacza. Kiedy jesteś brzydki i każdy się z ciebie nabija, patrzysz na świat zupełnie inaczej niż wszyscy. Bardzo trudno wtedy zachować poczucie humoru. Czasem nawet jest trudno nie zwariować.

- Chyba rozumiem, ale...

- Nie - przerwał mi spokojnie. - Nic nie rozumiesz. Może ci się wydawać, że rozumiesz, ale to nieprawda. Ty jednak mnie lubisz, Dennis...

- Kocham cię, człowieku. Przecież wiesz o tym.

- Być może. W każdym razie na pewno to doceniam. Jeśli tak jest naprawdę, to dlatego, że dostrzegasz pod tymi pryszczami i głupią gębą coś więcej...

- Wcale nie masz głupiej gęby, Arnie - zaprotestowałem. - Może pedalską, ale nie głupią.

- Pieprz się! - parsknął z uśmiechem.

- Zostałeś w siodle, Jeźdźcu Znikąd.

- Z tym samochodem jest tak samo. W nim coś jest. Coś więcej, coś lepszego. Ja to po prostu widzę, i to wszystko.

- Widzisz?

- Tak, Dennis - powiedział cicho. - Widzę.

Skręciłem w Main Street. Byliśmy już blisko domu LeBaya. Nagle przyszła mi do głowy paskudna myśl: czy ojciec Arniego nie przysłał z samego rana któregoś ze swoich przyjaciół albo studentów, żeby podkupił jego syna? Może powiecie, że trochę za bardzo trąci to machiawelizmem, ale Michael Cunningham miał ku temu odpowiednie kwalifikacje, gdyż specjalizował się w historii wojskowości.

- Jak tylko zobaczyłem ten samochód, poczułem, jak... jak coś mnie do niego przyciąga... Nie potrafię tego wytłumaczyć nawet samemu sobie, ale...

Umilkł, wpatrując się przed siebie rozmarzonymi szarymi oczami.

- Ale od razu nabrałem pewności, że uda mi się jej pomóc - dokończył wreszcie.

- Chciałeś powiedzieć: naprawić?

- Tak... To znaczy nie. To brzmi za bardzo bezosobowo. Naprawia się stoły, krzesła i inne takie rzeczy. Kosiarkę, jeśli nie daje się uruchomić. No i zwyczajne samochody.

Być może zauważył moje uniesione brwi, bo roześmiał się niepewnie.

- Tak, wiem, jak to brzmi - powiedział. - Dlatego niechętnie o tym mówię. Ale ty jesteś moim przyjacielem, Dennis, a to oznacza ograniczenie pieprzenia do niezbędnego minimum. Według mnie ona nie jest zwyczajnym samochodem. Nie wiem, dlaczego tak uważam... ale właśnie tak myślę.

Otworzyłem usta, żeby powiedzieć coś, czego później mógłbym żałować - coś o konieczności spoglądania na świat z odpowiedniej perspektywy albo nawet o potrzebie niepoddawania się obsesjom - lecz właśnie w tej chwili skręciliśmy w ulicę, przy której stał dom LeBaya.

Arnie wciągnął głośno powietrze.

Na trawniku widniał żółty prostokąt trawy, jeszcze brzydszej i rzadszej niż rosnąca dookoła. Przy jednej z krótszych krawędzi można było dostrzec wyraźną czarną plamę oleju, który wsiąkł w ziemię zabijając wszystko, co kiedyś rosło w tym miejscu. Żółty prostokąt był tak ogromny, iż prawie uwierzyłem, że mógłbym oślepnąć, gdybym patrzył na niego zbyt długo.

W tym miejscu jeszcze wczoraj stał czerwony plymouth z 1958 roku.

Miejsce zostało, ale plymouth zniknął.

- Arnie - powiedziałem, podjeżdżając do krawężnika - tylko się nie denerwuj. Nie rób głupstw, na litość boską.

Nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Wątpię, czy w ogóle mnie słyszał. Zbladł jak kartka papieru, tak że zdobiące jego twarz wykwity i pryszcze stały się jeszcze bardziej wyraźne niż zazwyczaj. Otworzył drzwi, zanim zatrzymałem samochód.

- Arnie...

- To mój ojciec - wycedził z gniewem i odrazą. - Czuję, że to robota tego sukinsyna.

Wyskoczył z wozu i pognał przez trawnik do drzwi domu LeBaya.

Pobiegłem za nim, myśląc, że to szaleństwo chyba nigdy się nie skończy. Nie mogłem uwierzyć, że przed chwilą Arnie Cunningham nazwał swego ojca sukinsynem.

W chwili kiedy Arnie wziął zamach, by załomotać pięścią, drzwi otworzyły się i stanął w nich Roland D. LeBay we własnej osobie. Dzisiaj oprócz pasa ortopedycznego miał na sobie także koszulę. Uśmiechnął się skąpo i spojrzał wprost w rozwścieczoną twarz Arniego.

- Witaj, synu.

- Gdzie ona jest?! - ryknął Arnie. - Przecież się umówiliśmy! Do cholery, zostawiłem panu zaliczkę! Mam pokwitowanie!

- Zmniejsz trochę ogień, chłopcze - poradził mu LeBay. - Co się stało twojemu przyjacielowi, synu? - zapytał, zobaczywszy mnie stojącego przed schodkami z rękami wbitymi w kieszenie.

- Zniknął jego samochód - odparłem. - To mu się stało.

- Kto go kupił?! - wrzasnął Arnie. Jeszcze nigdy nie widziałem go tak wściekłego. Przypuszczam, że gdyby miał wtedy pistolet, przyłożyłby go LeBayowi do skroni. Byłem tym zafascynowany, częściowo wbrew samemu sobie, gdyż wyglądało to tak, jakby królik nagle zamienił się w drapieżnika. Przemknęła mi nawet myśl, czy Arnie przypadkiem nie ma guza mózgu albo czegoś w tym rodzaju.

- Kto go kupił? - powtórzył spokojnie LeBay. - Na razie nikt, synu. Jesteś pierwszy w kolejce. Po prostu wstawiłem ją do garażu. Zmieniłem koło i wymieniłem olej.

Nastroszył się, po czym niespodziewanie obdarzył nas absurdalnie wielkodusznym uśmiechem.

- Cholerny z pana żartowniś - powiedziałem.

Arnie spojrzał na niego niepewnie, po czym odwrócił głowę i skierował wzrok na niewielki garaż połączony z domem wysypaną żużlem ścieżką. Ścieżka, podobnie jak cała posiadłość LeBaya, najlepsze czasy miała dawno za sobą.

- Poza tym nie chciałem, żeby stała na zewnątrz, skoro wyłożyłeś już na nią trochę forsy - dodał. - Pożarłem się trochę z paroma facetami z tej ulicy, a kiedyś jakiś szczeniak rzucił kamieniem w mój wóz. Tak, mam tu paru sąsiadów prosto z BD.

- Co to takiego? - zapytałem.

- Brygada Dupków, synu.

Omiótł drugą stronę ulicy złowieszczym spojrzeniem snajpera, obejmując nim schludne, ekonomiczne samochody, dzieci bawiące się w berka i skakankami, ludzi siedzących na werandach i popijających pierwsze przedwieczorne drinki.

- Chciałbym wiedzieć, który z nich rzucił tym kamieniem - powiedział cicho. - Tak jest, cholernie chciałbym wiedzieć...

Arnie odchrząknął.

- Przepraszam, że na pana nakrzyczałem.

- Nie przejmuj się - odparł dziarsko LeBay. - Lubię facetów, którzy upominają się o swoje... albo o prawie swoje. Przyniosłeś forsę, synu?

- Tak.

- W takim razie chodź do domu. Twój kumpel też. Spiszemy umowę i wychylimy po szklaneczce piwa.

- Dziękuję, ale wolę zostać tutaj - powiedziałem.

- Rób jak chcesz, synu - odrzekł LeBay... i mrugnął do mnie. Po dziś dzień nie wiem, co właściwie miało oznaczać to mrugnięcie. Weszli do domu, zatrzaskując za sobą drzwi. Ryba znalazła się już w worku i teraz należało przystąpić do jej patroszenia.

Czując ogromne przygnębienie poszedłem żużlową ścieżką do garażu i spróbowałem unieść drzwi; powędrowały w górę bez żadnych problemów, uwalniając te same zapachy, które poczułem poprzedniego dnia otworzywszy drzwi plymoutha: oleju, starej tapicerki i ciepła nagromadzonego podczas długiego lata.

Przy jednej ścianie stały grabie i inne narzędzia, przy drugiej leżał bardzo stary wąż ogrodniczy, pompka rowerowa i stara torba z pokrytymi rdzawym nalotem kijami golfowymi, pośrodku zaś, przodem do drzwi, rozpierał się samochód Arniego, Christine. Wydawała się mieć milę długości, szczególnie teraz, kiedy nawet cadillaki robią wrażenie ściśniętych ze wszystkich stron. Pajęcza sieć pęknięć z boku przedniej szyby załamywała światło, przybierając kolor matowej rtęci. Kamień ciśnięty przez jakiegoś dzieciaka, jak powiedział LeBay, a może mały wypadek w drodze powrotnej z klubu VFW1 po wieczorze spędzonym na piciu whisky z piwem i opowiadaniu o dawnych bitwach. Stare dobre czasy, kiedy to można było oglądać przez celownik bazooki Europę, Pacyfik i tajemniczy Daleki Wschód. Kto wie... A zresztą, jakie to miało znaczenie? Tak czy inaczej na pewno nie będzie łatwo znaleźć taką nową szybę.

Ani tanio.

Och, Arnie - pomyślałem. Człowieku, pogrążasz się po uszy.

Zdjęte przez LeBaya uszkodzone koło stało oparte o ścianę. Uklękłem na posadzce, oparłem się na rękach i zajrzałem pod samochód. Zaczęła się tam już tworzyć świeża plama oleju, odcinająca się wyraźnie od starej, znacznie większej, która przez lata zdążyła wsiąknąć głęboko w beton. Ten widok ani trochę nie poprawił mojego nastroju; nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że pękł blok silnika.

Wstałem i podszedłem do wozu od strony kierowcy. W chwili kiedy dotknąłem klamki, w kącie garażu dostrzegłem kosz na śmieci, z którego sterczała duża plastikowa butelka. Bez trudu odczytałem widoczną część napisu: SAPPH.

Jęknąłem. Wymienił olej, a jakże. To bardzo miło z jego strony. Po prostu wylał resztki starego - o ile coś z niego zostało - i nalał przepracowany Sapphire Motor Oil. Kupuje się go po trzy i pół dolara za pięciogalonowy baniak. Nie ma co, Roland D. LeBay miał gest. Prawdziwy książę, niech go gęś kopnie.

Otworzyłem drzwi i wśliznąłem się za kierownicę. Zapach panujący w garażu stracił nieco na intensywności, a w każdym razie nie wywoływał już tak mocnych skojarzeń ze starością i zużyciem. Kierownica była szeroka, czerwona i sprawiała solidne wrażenie. Ponownie spojrzałem na zdumiewający prędkościomierz, wyskalowany nie do 70 lub 80, tylko do 120 mil na godzinę. Pod spodem nie było czerwonych cyferek oznaczających kilometry. Kiedy to cacko zjeżdżało z taśmy, nikt w Waszyngtonie nie wpadł jeszcze na pomysł przejścia na system metryczny. Nie było także dużej czerwonej liczby 55; wtedy benzynę kupowało się po trzydzieści centów za galon albo nawet jeszcze taniej, jeśli w twoim mieście akurat toczyła się wojna cenowa. Arabskie embargo naftowe i ograniczenia prędkości miały nadejść dopiero piętnaście lat później.

Stare dobre czasy - pomyślałem i uśmiechnąłem się lekko. Pomacałem ręką po lewej stronie i znalazłem małą konsoletę z przyciskami, pozwalającą na przesuwanie fotela do przodu, do tyłu, w górę i w dół (pod warunkiem, że działała, ma się rozumieć). To też trzeba będzie naprawić. Samochód był wyposażony w klimatyzację (ta na pewno nie działała), tempomat i wielkie radio z mnóstwem guzików i chromowanych części - tylko długie i średnie, ma się rozumieć. W roku 1958 UKF stanowił jeszcze dziewiczą pustynię.

Położyłem dłonie na kierownicy i wtedy coś się stało.

Nawet teraz, po tak długim czasie, nie jestem pewien, co to właściwie było. Może pewien rodzaj wizji, ale jeśli tak, to trudno uznać ją za coś wielkiego. Po prostu przez chwilę odniosłem wrażenie, że zniknęły rozdarcia w tapicerce, że siedzenia znowu są całe i przyjemnie pachną winylem... a może nawet prawdziwą skórą. Kierownica stała się czysta i gładka w dotyku, chromowane części zaś przyjemnie błyszczały w promieniach późnopopołudniowego słońca wpadających przez otwarte drzwi garażu.

Pojedźmy gdzieś, chłoptasiu, zdawała się szeptać Christine w gorącej letniej ciszy panującej w garażu LeBaya. Pojedźmy gdzieś sobie.

Nagle wszystko się zmieniło, a przynajmniej tak mi się wydawało. Brzydka siatka pęknięć na przedniej szybie zniknęła bez śladu, zaniedbany, łysiejący trawnik stał się bujny i soczyście zielony, podjazd wyglądał jak świeżo wybetonowany, bez choćby jednej rysy. Zobaczyłem (albo śniłem, czy też myślałem, że widzę) stojącego przed domem cadillaca z 1957 roku, ciemnozielonego, bez odrobiny rdzy, na białych gangsterskich oponach i z deklami błyszczącymi jak lustra. Cadillac wielkości łodzi? A czemu nie? Przecież benzyna była prawie tak tania, jak woda z kranu.

Pojedźmy gdzieś, chłoptasiu... Pojedźmy gdzieś sobie.

Pewnie, dlaczego nie? Mógłbym wyjechać z garażu i skręcić do centrum, w kierunku starej szkoły, która jeszcze stała na swoim miejscu - miała spłonąć dopiero za sześć lat, w 1964 - mógłbym włączyć radio i usłyszeć Chucka Berry’ego śpiewającego “Maybellene” albo Everlys wykonujących “Wake Up Little Susie” lub Robina Luke’a zawodzącego “Susie Darling”. A potem...

Wysiadłem z samochodu najszybciej, jak tylko mogłem. Drzwi otworzyły się z przerdzewiałym, diabelskim skrzypieniem; wyskakując rąbnąłem mocno łokciem w ścianę garażu. Zatrzasnąłem drzwi (szczerze mówiąc, nie miałem najmniejszej ochoty ich dotykać), po czym stanąłem tam, wpatrując się w plymoutha, który, o ile nie nastąpiłby jakiś cud, już wkrótce miał należeć do mojego przyjaciela Arniego. Potarłem rozbity łokieć. Serce waliło mi zdecydowanie zbyt szybko.

Nic. Ani błyszczących chromowań, ani nowej tapicerki. Wręcz przeciwnie: mnóstwo wklęśnięć, ognisk rdzy, brak jednego reflektora (nie zauważyłem tego poprzedniego dnia), szaleńczo powyginana antena. A w dodatku ten zakurzony, brudny zapach starości.

Właśnie wtedy doszedłem do wniosku, że nie lubię samochodu mojego przyjaciela.

Wyszedłem z garażu zerkając co chwila za siebie - nie wiem czemu, ale czułem się niepewnie mając go za plecami. Wiem, że to musi brzmieć strasznie głupio, lecz wtedy tak właśnie się czułem. Rozpierał się tam, szczerząc powyginaną, zardzewiałą osłonę wlotu powietrza, nic strasznego ani nawet niezwykłego, tylko zwykły, bardzo stary plymouth z nalepką potwierdzającą dopuszczenie do ruchu, nieważną od l czerwca 1976, czyli od bardzo dawna.

Arnie i LeBay wyszli z domu. Arnie trzymał w ręku kawałek papieru - umowę kupna--sprzedaży, jak przypuszczam. Ręce LeBaya były puste. Zdążył już schować pieniądze.

- Mam nadzieję, że będziesz z niej zadowolony - powiedział, a mnie z jakiegoś powodu przyszedł na myśl bardzo stary stręczyciel namawiający bardzo młodego chłopca. Poczułem, jak ogarnia mnie fala pogardy dla tego człowieka z łuszczycą i przepoconym pasem ortopedycznym. - Na pewno będziesz. Za jakiś czas.

Jego lekko kaprawe oczy odszukały moje, wpatrywały się w nie przez chwilę, a potem skierowały się z powrotem na Arniego.

- Za jakiś czas... - powtórzył.

- Jestem tego pewien, proszę pana - odpowiedział odruchowo Arnie. Szedł w stronę garażu jak lunatyk, a potem zatrzymał się, wpatrując w swój samochód.

- Kluczyki są w stacyjce - poinformował go LeBay. - Musisz ją stąd od razu zabrać. Chyba rozumiesz, prawda?

- A zapali?

- Wczoraj wieczorem zapaliła - odparł były żołnierz, ale w tym momencie jego wzrok powędrował ku odległemu horyzontowi. - Twój kumpel na pewno ma dodatkowe kable w bagażniku - dodał tonem człowieka, który umywa od wszystkiego ręce.

Rzeczywiście, miałem w bagażniku dodatkowe kable, którymi można było połączyć dwa akumulatory, ale wcale nie byłem zachwycony domyślnością LeBaya. Chyba dlatego że... Westchnąłem w duchu. Dlatego że nie chciałem mieć nic wspólnego z tym złomem, który właśnie kupił Arnie, lecz widziałem, jak krok za krokiem jestem wciągany w tę sprawę.

Arnie w ogóle przestał brać udział w rozmowie. Wszedł do garażu i wsiadł do samochodu. W ukośnych promieniach przedwieczornego słońca dostrzegłem obłok kurzu, jaki podniósł się z fotela kierowcy, i odruchowo otrzepałem spodnie. Przez dłuższą chwilę Arnie po prostu siedział za kierownicą, opierając na niej lekko dłonie, a ja poczułem nawrót niepokoju. Wyglądało to tak, jakby samochód po prostu go połknął. Zmusiłem się do zachowania spokoju, tłumacząc sobie, że nie ma żadnego powodu, dla którego powinienem się zachowywać jak przestraszona siódmoklasistka.

Potem Arnie pochylił się nieco do przodu i rozrusznik zaczął się obracać. Posłałem LeBayowi gniewne, oskarżycielskie spojrzenie, ale on wpatrywał się w niebo, jakby sprawdzał, czy będzie padać.

Ten silnik nie miał zamiaru pracować. On po prostu nie mógł zacząć pracować. Mój duster był w niezłym stanie, ale poprzednio miałem pod rząd dwa rupiecie (choć każdy z nich był o niebo lepszy od Christine) i zdążyłem dobrze poznać ten odgłos w mroźne zimowe ranki - powolny, zmęczony charkot, oznaczający, że akumulator wykorzystuje resztki energii.

Chrr-chrr-chrr... chrr... chrr... ... ... chrr... ... ... chrr...

- Nie męcz się, Arnie - powiedziałem. - On nie zapali.

Nawet nie podniósł głowy. Przekręcił kluczyk, a potem znowu uruchomił rozrusznik, który zarzęził z bolesną powolnością.

Podszedłem do LeBaya.

- Nie mógł go pan zostawić na chodzie tak długo, żeby się trochę podładował? - zapytałem.

Spojrzał na mnie swoimi żółtawymi, kaprawymi oczami, nic nie odpowiedział, po czym zaczął znowu szukać na niebie pierwszych oznak zbliżającego się deszczu.

- A może on wcale nie zapalił? Może po prostu ściągnął pan paru przyjaciół, żeby pomogli przepchnąć go do garażu? Oczywiście zakładając, że takie stare gówno jak pan w ogóle ma jakichś przyjaciół.

Utkwił wzrok w mojej twarzy.

- Mało jeszcze wiesz, synu - odparł. - Masz jeszcze mleko pod nosem. Jak przeżyjesz parę wojen, tak jak ja...

- Pieprzę pańskie wojny - przerwałem mu i wszedłem do garażu, gdzie Arnie w dalszym ciągu starał się uruchomić swój samochód. Równie dobrze mógłby spróbować wypić Atlantyk przez słomkę albo polecieć balonem na Marsa, przemknęło mi przez myśl.

Chrr... ... ... ... ... ... ... chrr... ... ... ... ... ... chrr...

Wkrótce ze starego skorodowanego akumulatora wycieknie ostatni erg energii, a wtedy rozlegnie się ten najokropniejszy ze wszystkich samochodowych odgłosów, często słyszany na zalanych deszczem bocznych drogach i opustoszałych autostradach - suche klaśnięcie solenoidu, a potem straszny dźwięk podobny do przedśmiertnego charkotu.

Otworzyłem drzwi po stronie kierowcy.

- Idę po kable - oświadczyłem.

Arnie podniósł na mnie wzrok.

- Myślę, że ona zaraz zapali.

Poczułem, jak moje usta wykrzywiają się w szerokim, sztucznym uśmiechu.

- Mimo to pójdę po nie, tak na wszelki wypadek.

- Jasne, skoro chcesz... - odparł obojętnie, a potem dodał tak cicho, że ledwo go usłyszałem: - Dalej, Christine... No, co powiesz...?

W tej samej chwili w mojej głowie rozległ się znajomy głos: Pojedźmy gdzieś, chłoptasiu... Pojedźmy gdzieś sobie...

Zadrżałem.

Jeszcze raz przekręcił kluczyk. Spodziewałem się usłyszeć pyknięcie solenoidu i przedśmiertny charkot, a tymczasem w garażu rozległ się odgłos obracającego się coraz szybciej wału korbowego. Silnik zaskoczył, lecz natychmiast zgasł. Arnie ponowił próbę. Tym razem wał obracał się jeszcze szybciej; nastąpiła jakaś detonacja, przeraźliwie głośna w ciasnej przestrzeni garażu. Podskoczyłem nerwowo, Arnie natomiast w ogóle nie zareagował. Znajdował się we własnym świecie.

Gdybym był na jego miejscu, na pewno pomógłbym sobie przekleństwami. “Dalej, ty dziwko!” skutkuje prawie zawsze. “Ruszaj, złamasie!” też ma swoje zalety, a czasem wystarczy nawet zwykłe soczyste “Jazda, do cholery!” Większość mężczyzn, których znam, postępuje właśnie w ten sposób; myślę, że jest to jedna z tych rzeczy, których uczymy się od ojców.

Od matek otrzymujemy głównie proste porady praktyczne - jeśli dwa razy w miesiącu będziesz obcinał paznokcie u nóg, nie porobisz sobie w skarpetkach tylu dziur; nie ruszaj tego, bo nie wiesz, gdzie to było przedtem; zjedz marchewkę, bo jest zdrowa - od ojców zaś przejmujemy całą magię, talizmany i zaklęcia. Jeśli samochód nie chce zapalić, przeklnij go... tak, jakbyś przeklinał kobietę. Gdybyśmy cofnęli się siedem pokoleń wstecz, ujrzelibyśmy zapewne jednego z naszych przodków klnącego swoją cholerną oślicę, która rozkraczyła się akurat na samym środku mostu gdzieś w Sussex albo w Pradze.

Lecz Arnie nie klął.

- Co mówisz, laleczko? - wymamrotał pod nosem.

Znowu przekręcił kluczyk. Silnik zaskoczył raz, drugi, strzelił głośno, po czym zaczął pracować. Wydawał przy tym przerażające odgłosy, jakby cztery z ośmiu cylindrów wzięły sobie akurat wolny dzień, ale pracował. Nie mogłem w to uwierzyć, lecz nie mogłem też stać przy nim i dyskutować na ten temat, gdyż garaż błyskawicznie wypełnił się niebieskim dymem i spalinami. Wyszedłem na zewnątrz.

- Wygląda na to, że jednak się udało, co? - odezwał się LeBay. - I nie musiałeś nawet podłączać swojego cennego akumulatora.

Splunął na ziemię.

Nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć. Szczerze mówiąc, było mi trochę głupio.

Samochód wypełzł powoli z garażu; wydawał się tak absurdalnie długi, że chciało się śmiać, płakać albo robić obie te rzeczy naraz. Nie wierzyłem własnym oczom. Byłem gotów przysiąc, że to złudzenie. Prawie nie mogłem dostrzec siedzącego za kierownicą Arniego.

Opuścił szybę i dał mi znak, żebym podszedł. Musieliśmy prawie krzyczeć, żeby się zrozumieć. To była kolejna cecha dziewczyny Arniego - miała nadzwyczaj donośny, grzmiący głos. Należało jak najprędzej założyć jej nowy tłumik... naturalnie jeśli układ wydechowy znajdował się w takim stanie, że będzie można go tam doczepić. Maleńki rachmistrz urzędujący w części mojego mózgu zarezerwowanej dla samochodów szacował niezbędne wydatki na co najmniej sześćset dolarów, nie licząc wymiany przedniej szyby. Jeden Bóg raczył wiedzieć, ile t o mogło kosztować.

- Zaprowadzę ją do Darnella! - krzyknął Arnie. - W ogłoszeniu w gazecie było napisane, że można u niego wynająć miejsce za dwadzieścia dolarów tygodniowo!

- Dwadzieścia dolarów za jakiś marny boks to za dużo! - odwrzasnąłem.

Szykował się kolejny bandycki napad na młodych i niewinnych. Garaż Darnella stał tuż przy czteroakrowym cmentarzysku samochodów znanym pod zwodniczą nazwą Składu Używanych Części Samochodowych Darnella. Odwiedzałem kilka razy to miejsce, między innymi po to, żeby kupić rozrusznik do dustera, a wcześniej gaźnik do mercury’ego, mojego pierwszego samochodu. Will Darnell był ogromną tłustą świnią, dużo pił i palił długie cuchnące cygara, choć podobno chorował na astmę. Serdecznie nienawidził wszystkich nastolatków w Libertyville mających własne samochody, co jednak w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało mu zaopatrywać ich w części zamienne i zdzierać z nich skórę, na czym tylko się dało.

- Wiem! - odpowiedział Arnie, przekrzykując ryczący silnik. - Ale to tylko na tydzień albo dwa, dopóki nie uda mi się znaleźć czegoś tańszego. Nie mogę zaprowadzić jej do domu w takim stanie. Starzy dostaliby chyba zawału serca!

Miał całkowitą słuszność. Otworzyłem usta, żeby jeszcze coś powiedzieć - może nawet błagać go, żeby przerwał to szaleństwo, dopóki nie wymknęło się zupełnie spod kontroli - ale natychmiast je zamknąłem. Transakcja została sfinalizowana. Poza tym nie miałem ochoty dłużej współzawodniczyć z tym ryczącym tłumikiem ani wdychać w płuca przesyconych tlenkiem węgla spalin.

- W porządku. Pojadę za tobą.

- Dobra - odparł z uśmiechem. - Będę jechał Walnut Street i Basin Drive. Wolę nie pchać się uczęszczanymi drogami.

- Jasne.

- Dzięki, Dennis.

Przesunął ponownie dźwignię na D; plymouth skoczył do przodu o pół metra i silnik zakrztusił się. Arnie nacisnął mocniej pedał gazu, z rury wydechowej strzeliły kłęby dymu, a następnie Christine popełzła po podjeździe przed domem LeBaya w kierunku jezdni. Kiedy nacisnął hamulec, zapłonęło tylko jedno światło stopu. Mój maleńki rachmistrz natychmiast dopisał do rachunku kolejne pięć dolarów.

Plymouth skręcił w lewo w ulicę, szorując resztkami tłumika po wybrzuszeniu nawierzchni. Kiedy Arnie dodał nieco gazu, samochód ryknął niczym wóz wyścigowy szykujący się do gonitwy na 500 mil w Indianapolis. Po drugiej stronie ulicy ludzie wychylali się zza płotów, aby zobaczyć, co się dzieje.

Rycząc i prychając Christine potoczyła się przed siebie z prędkością około dziesięciu mil na godzinę, zostawiając za sobą gęste obłoki cuchnącego dymu, rozpraszające się powoli w łagodnym powietrzu sierpniowego wieczoru.

Po mniej więcej czterdziestu metrach, przy znaku stopu, silnik zgasł. Jakiś dzieciak na rowerze mijając nieruchomego plymoutha uderzył ręką w karoserię i krzyknął:

- Wyrzuć go pan do śmieci!

Arnie pogroził mu pięścią, po czym wystawił w górę środkowy palec. Kolejny pierwszy raz. Nigdy do tej pory nie widziałem, żeby pokazywał komukolwiek ten gest.

Zajęczał rozrusznik, silnik prychnął i zapalił. Tym razem nastąpiła cała seria przeraźliwych detonacji, zupełnie jakby na Laurel Drive w Libertyville, USA, otwarto właśnie nowy sklep z bronią maszynową. Jęknąłem w duchu.

Lada chwila ktoś wezwie gliny i Arnie wyląduje w ciupie za jazdę nie zarejestrowanym, nie dopuszczonym do ruchu pojazdem, a być może także za zakłócenie porządku publicznego. Z pewnością nie przyczyni się to do rozładowania atmosfery w domu.

Rozległ się jeszcze jeden donośny wystrzał - przetoczył się nad okolicą jak huk eksplodującego granatu moździerzowego - po czym plymouth skręcił w lewo w Martin Street, którą po mniej więcej mili dojeżdżało się do Walnut Street. Zanim zniknął mi z oczu, promienie zachodzącego słońca padły na zniszczoną czerwoną karoserię, nadając jej przez chwilę złoty poblask. Zdążyłem jeszcze zauważyć, że Arnie prowadził z łokciem wystawionym przez okno.

Kipiąc wściekłością odwróciłem się do LeBaya, żeby opieprzyć go od góry do dołu. Mówię wam, ze złości aż wszystko przewracało mi się w środku. Jednak to, co ujrzałem, sprawiło, że zamarłem w bezruchu.

Roland D. LeBay płakał.

Był to okropny, groteskowy, a przede wszystkim żałosny widok. Kiedy miałem dziewięć lat, trzymaliśmy w domu kota o imieniu Kapitan Beefheart. Pewnego dnia przejechała go śmieciarka. Zawieźliśmy go do weterynarza - mama jechała bardzo powoli, bo płakała i prawie nie widziała drogi - a ja siedziałem z nim na tylnej kanapie. Kapitan Beefheart leżał w pudełku, ja zaś cały czas powtarzałem, że weterynarz mu pomoże i wszystko będzie OK, ale nawet taki dziewięcioletni głupek, jakim wtedy byłem, nie miał żadnych wątpliwości co do tego, że Kapitanowi Beefheartowi już nikt nie jest w stanie pomóc, gdyż z brzucha wypadła mu część wnętrzności, z odbytnicy sączyła się krew i kał, a on umierał. Chciałem go pogłaskać, lecz ugryzł mnie w czułe miejsce między kciukiem a palcem wskazującym. Ból był bardzo silny, ale znacznie bardziej dawało mi się we znaki okropne uczucie żalu. Od tamtej pory nigdy nie doświadczyłem niczego podobnego i wcale nie mam o to pretensji; nie wydaje mi się, żeby ludzie powinni często doznawać takich uczuć. Podejrzewam, że gdyby tak było, wszyscy prędzej czy później wylądowaliby u czubków.

LeBay stał na swoim łysiejącym trawniku niedaleko miejsca, w którym w ziemię wsiąkła wielka kałuża oleju, wyciągnął ogromną chustkę, jakich zwykle używają starzy ludzie, opuścił głowę i ocierał nią oczy. Łzy błyszczały na jego policzkach jak plamy jakiejś tłustej mazi, a jabłko Adama wędrowało szybko w górę i w dół.

Odwróciłem głowę, żeby na to nie patrzeć, i przypadkowo spojrzałem prosto na szeroko otwarty garaż. Przedtem wydał mi się wypełniony po brzegi - między innymi rupieciami zgromadzonymi przy ścianach, ale przede wszystkim tym wielkim starym samochodem o podwójnych reflektorach, popękanej przedniej szybie i gigantycznej masce. Teraz narzędzia i inne przedmioty tylko podkreślały pustkę. Garaż przypominał rozdziawione bezzębne usta.

Ten widok był niemal tak okropny, jak poprzedni, lecz kiedy spojrzałem ponownie na LeBaya, stary drań prawie zdążył się już opanować. Przestał płakać i wepchnął chustkę do tylnej kieszeni spodni, ale jego twarz nadal była ponura. Bardzo ponura.

- No i tak to wygląda, synu - wychrypiał. - Pozbyłem się jej.

- Panie LeBay - odparłem - żałuję, że mój przyjaciel nie może powiedzieć tego samego. Gdyby pan wiedział, co się działo w jego domu z powodu tego przerdzewiałego wraka...

- Zjeżdża] stąd - powiedział. - Beczysz jak cholerna owca. Tylko głupie bee-bee-bee, i nic więcej. Twój kumpel wie dużo więcej od ciebie. Jedź za nim i zobacz, czy nie trzeba mu pomóc.

Ruszyłem przez trawnik w kierunku samochodu. Nie miałem najmniejszej ochoty przebywać dłużej w towarzystwie LeBaya.

- Tylko bee-bee-bee! - krzyknął za mną jędzowatym tonem. Przypomniało mi to starą piosenkę Youngbloods: “Znam tylko jedną nutę i gram ją co minutę”. - Nie jesteś nawet w połowie tak mądry, jak ci się wydaje!

Wsiadłem do samochodu i odjechałem. Obejrzałem się za siebie tylko raz, skręcając w Martin Street, i zobaczyłem go stojącego w dalszym ciągu na trawniku z łysiejącą głową błyszczącą w promieniach słońca.

Jak się okazało, miał całkowitą rację.

Nie byłem nawet w połowie tak mądry, jak mi się wydawało.

 

5. Jak zajechaliśmy do Darnella

Kupiłem stare kombi, klawą maszynę,

Na pewno żadne cudo,

Ale wygląda mi na sprytną, pojętną dziecinę..

Jan i Dean

Pojechałem Martin Street do Walnut Street i skręciłem w prawo, w kierunku Basin Drive. Dogonienie Arniego nie zajęło mi dużo czasu. Christine stała przy krawężniku z podniesioną maską, a o jej pogięty tylny zderzak opierał się podnośnik sprawiający wrażenie, jakby używano go do obsługi serwisowej pierwszych pionierskich wozów zmierzających na Zachód. W prawej tylnej oponie nie było powietrza.

Zdążyłem zatrzymać samochód i wysiąść, kiedy z najbliższego domu wyszła młoda kobieta i ruszyła w naszą stronę, lawirując wśród bogatej kolekcji szkaradzieństw ustawionych na trawniku. (Dwa różowe flamingi, cztery czy pięć kamiennych kaczuszek podążających rządkiem za wielką kamienną kaczką i plastikowa sadzawka obrośnięta plastikowymi kwiatami). Kobieta sprawiała wrażenie, jakby pilnie potrzebowała konsultacji z najbliższym Kółkiem Samoodchudzania.

- Nie możecie tu stać tym rupieciem - powiedziała żując zawzięcie gumę. - Chyba rozumiecie, że coś takiego nie może stać mi przed domem?

- Proszę pani, po prostu złapałem gumę - odparł Arnie. - Odjadę natychmiast, jak tylko...

- Chyba rozumiecie, że coś takiego nie może stać mi przed domem - powtórzyła dokładnie tym samym tonem. - Mój mąż niedługo wróci z pracy. On też nie chce mieć żadnego złomu przed domem.

- To nie jest złom - powiedział Arnie takim tonem, że kobieta cofnęła się o krok.

- Nie powinieneś tak do mnie mówić, synu - oznajmiła wyniośle otyła królowa. - Mój stary łatwo się wścieka.

- Niech no pani posłucha... - zaczął Arnie tym samym groźnym, bezbarwnym głosem, jakim rozmawiał poprzedniego dnia z Michaelem i Reginą. Położyłem mu rękę na ramieniu. Miał już wystarczająco dużo kłopotów.

- Oczywiście, proszę pani - powiedziałem. - Znikniemy stąd tak szybko, że będzie się to pani wydawało złudzeniem.

- I dobrze. - Wskazała kciukiem mojego dustera. - A twój wóz stoi na moim podjeździe.

Przyglądała się, jak go cofam, po czym pożeglowała do domu, w którego drzwiach stało dwoje dzieci, chłopiec i dziewczynka. Oni również nie należeli do najszczuplejszych, a każde zajadało właśnie wysokokalorycznego batona.

- Co siem stało, musiu? - zapytał chłopczyk. - Co to za pana ten mochód?

- Zamknij się! - warknęła królowa tanecznego kroku i wepchnęła dzieciaki do środka. Uwielbiam takich oświeconych rodziców; ich widok napawa mnie nadzieją na przyszłość.

Odwróciłem się do Arniego.

- Cóż, to przecież tylko zwykła guma, prawda? - zdobyłem się na jedyne pocieszenie, jakie przyszło mi do głowy.

Uśmiechnął się blado.

- Wiesz, Dennis... Mam pewien problem...

Od razu domyśliłem się, na czym polega jego problem: nie miał zapasu.

Arnie ponownie wyciągnął portfel - zabolało mnie serce, kiedy to zobaczyłem - i zajrzał do niego.

- Muszę kupić oponę - powiedział.

- Chyba tak. Bieżnikowana powinna kosztować...

- Nie bieżnikowaną. Nie chcę zaczynać w ten sposób.

Nic na to nie odpowiedziałem, ale zerknąłem na swojego dustera; miałem na nim dwie bieżnikowane opony i uważałem, że spisują się całkiem nieźle.

- Jak sądzisz, Dennis, ile powinien kosztować nowy goodyear albo firestone?

Wzruszyłem ramionami i zasięgnąłem porady urzędującego w mojej głowie maleńkiego rachmistrza, który doszedł do wniosku, że ten nabytek będzie kosztował Arniego około trzydziestu pięciu dolarów.

Wyjął z portfela dwie dwudziestki i wręczył mi je.

- Jeśli zapłacisz więcej - z podatkiem i ze wszystkim - zwrócę ci.

Przyjrzałem mu się ze smutkiem.

- Arnie, ile jeszcze zostało ci z wypłaty?

Zmrużył oczy i spojrzał gdzieś w bok.

- Sporo.

Postanowiłem spróbować jeszcze raz; musicie pamiętać, że miałem wtedy tylko siedemnaście lat i wciąż wydawało mi się, że człowiekowi można wytłumaczyć, co jest dla niego dobre, a co nie.

- Nie mógłbyś wejść do gry, nawet gdyby w puli były same dziesięciocentówki - powiedziałem. - Wepchnąłeś w tego grata prawie całą pieprzoną wypłatę. Ostatnio nie robisz nic innego, tylko co chwila sięgasz do portfela. Arnie, proszę cię: zastanów się trochę.

Jego spojrzenie stało się twarde jak kamień. Nigdy przedtem nie widziałem u niego takiego wyrazu twarzy, a właściwie, choć może uznacie mnie za najbardziej naiwnego nastolatka w Ameryce, nigdy do tej pory nie widziałem, żeby ktokolwiek wyglądał w ten sposób. Ogarnęło mnie zdumienie połączone z odrazą; poczułem się tak, jakby człowiek, z którym miałem zamiar przeprowadzić racjonalną rozmowę, nagle okazał się wariatem. Od tamtej chwili wielokrotnie spotkałem się z takim wyrazem twarzy. Myślę, że wy też. Oznacza on całkowitą odporność na wszelkie argumenty. Właśnie taki wyraz twarzy przybiera mężczyzna, któremu tłumaczysz, że jego ukochana żona daje każdemu, kto ma na to ochotę.

- Nie mów do mnie w ten sposób, Dennis.

Uniosłem z rozdrażnieniem obie ręce.

- Już dobrze, dobrze!

- Jeśli nie chcesz, wcale nie musisz jechać po tę cholerną oponę. - Ten kamienny, nieubłagany, a także - słowo daję! - idiotycznie uparty grymas nie znikał z jego twarzy. - Jakoś sobie poradzę.

Otworzyłem już usta, żeby coś odpowiedzieć, zapewne nic miłego, kiedy przypadkiem zerknąłem w lewo. Dwoje tłustych dzieciaków stało na brzegu trawnika ze swoimi rowerkami, z palcami wysmarowanymi czekoladą, i przyglądało nam się poważnie.

- Żaden problem, staruszku - mruknąłem. - Przywiozę ci ją.

- Tylko jeśli chcesz, Dennis - odparł. - Robi się późno.

- Nie ma sprawy.

- Psze pana... - odezwał się chłopiec, zlizując z palców czekoladę.

- Czego chcesz? - zapytał Arnie.

- Mamusia mówi, że tem mochód jest be.

- Właśnie - zawtórowała mu dziewczynka. - Be i kaku.

- Be i kaku... - powtórzył Arnie. - To bardzo interesujące spostrzeżenie. Czy wasza mama jest może filozofem?

- Nie - odparł chłopiec. - Ona jest Koziorożec. Ja jestem Waga, a moja siostra...

- Wrócę najszybciej, jak będę mógł - powiedziałem niezręcznie.

- Jasne.

- Tylko się nie denerwuj.

- Bez obawy, nikogo nie pobiję.

Pobiegłem truchtem do samochodu. Wskakując za kierownicę usłyszałem jeszcze, jak dziewczynka pyta głośno mojego przyjaciela:

- Psze pana, a dlaczego pan ma taką brzydką buzię?

Przejechałem półtorej mili do John Kennedy Drive, a więc znalazłem się w okolicy, która według mojej matki, urodzonej i wychowanej w Libertyville, znajdowała się w latach poprzedzających bezpośrednio śmierć Kennedy’ego w centrum najbardziej atrakcyjnych terenów mieszkalnych naszego miasta. Zdaje się, że nadanie temu odcinkowi szosy imienia zamordowanego prezydenta przyniosło okolicy pecha, gdyż poczynając od pierwszej połowy lat sześćdziesiątych następowała coraz szybsza degeneracja, aż wreszcie osiedle zamieniło się w mało interesujące przedmieście. Było tu kino dla zmotoryzowanych, bar McDonalda, Burger King, kawiarnia, dwudziestotorowa kręgielnia oraz osiem albo dziesięć stacji benzynowych, jako że John Kennedy Drive prowadzi do Autostrady Pensylwańskiej.

Kupno opony dla Arniego nie wydawało mi się niczym trudnym, lecz dwie pierwsze stacje, do których podjechałem, należały do tych w pełni zautomatyzowanych, na których nawet nie sprzedają oleju; jest tam tylko benzyna i średnio niedorozwinięta dziewczyna siedząca w budce z kuloodpornymi szybami przy komputerowym monitorze, czytająca “National Enquirer” i żująca gumę tak wielką, że udławiłby się nią każdy muł.

Trzecia należała do Texaco i sprzedawali w niej opony. Mogłem tam wreszcie zakupić gumę do plymoutha (wtedy jeszcze nie potrafiłem myśleć o tym samochodzie jako o Christine ani nawet nie zacząłem go traktować jako “ją”) za jedyne dwadzieścia osiem pięćdziesiąt plus podatek, ale obsługę stanowił zaledwie jeden człowiek, który musiał założyć oponę na obręcz, jednocześnie obsługując przyjeżdżających po paliwo klientów. Operacja ta zajęła w sumie ponad czterdzieści pięć minut. Zaproponowałem mu, że zastąpię go na chwilę przy dystrybutorze, lecz on odparł, że szef zabiłby go, gdyby przypadkiem to zobaczył.

Kiedy wreszcie wrzuciłem koło do bagażnika i zapłaciłem facetowi dwa dolary za fatygę, wczesny wieczór zamienił się w późny, jasne światło zaś w gasnący purpurowy poblask. Cienie stały się długie i gęste, jadąc zaś powoli z powrotem widziałem ostatnie promienie słońca padające niemal poziomo na zaśmieconą przestrzeń między kawiarnią Arby’ego a kręgielnią. Ten blask w kolorze płynnego złota był piękny, a zarazem w jakiś dziwny sposób przerażający.

Niespodziewanie ogarnęła mnie potworna panika, podchodząc mi do gardła piekącą falą. Był to pierwszy raz w tym roku - w tym długim, niezwykłym roku - kiedy doznałem takiego uczucia, ale bynajmniej nie ostatni. Mimo to trudno mi je wyjaśnić, czy nawet zdefiniować. Na pewno miało jakiś związek ze świadomością, że jest 11 sierpnia 1978 i że już za miesiąc rozpocznę ostatni rok nauki w szkole, co oznaczało koniec długiego spokojnego okresu mego życia. Dotarło do mnie, że muszę już zacząć się szykować na spotkanie z dorosłością; po raz pierwszy zrozumiałem to w pięknym, lecz sprawiającym wrażenie ogromnie starego, poblasku zachodzącego słońca zalewającym teren między kręgielnią a budynkiem kawiarni. Mam wrażenie, iż w tej samej chwili zrozumiałem, że najbardziej przerażające w procesie dorastania jest to, że przestaje się przymierzać coraz to nowe maski życia, a zaczyna wypróbowywać zupełnie inne. Jeśli będąc dziećmi uczymy się żyć, to będąc dorosłymi uczymy się umierać.

Niemiłe uczucie szybko minęło, pozostawiając mnie jednak roztrzęsionego i ogarniętego melancholią, a więc w stanie ducha w niczym przypominającym mojego zwykłego samopoczucia.

Skręcając ponownie w Basin Drive przestałem zajmować się problemami Arniego, usiłując stawić czoło własnym; rozmyślania o dorosłości zaprowadziły mnie oczywiście nad brzeg gigantycznych i budzących niepokój (a przynajmniej sprawiających na mnie takie wrażenie) otchłani oznaczających studia, konieczność wyjazdu z domu i perspektywę walki o miejsce w drużynie nie z dziesięcioma lub dwunastoma, lecz z pięćdziesięcioma albo sześćdziesięcioma konkurentami. Powiecie może: wielka sprawa, Dennis, miliard czerwonych Chińczyków dokładnie gówno obchodzi, czy uda ci się zakwalifikować do drużyny uniwersyteckiej już na pierwszym roku. Zgoda. Chcę tylko powiedzieć, że te wszystkie sprawy właśnie wtedy po raz pierwszy nabrały dla mnie zupełnie realnych kształtów... i bardzo niepokojących. Umysł czasem zabiera człowieka na takie wycieczki, niezależnie od tego, czy ma się ochotę mu towarzyszyć, czy nie.

Humor wcale mi się nie poprawił, kiedy zobaczyłem, że mąż królowej tanecznego kroku wrócił do domu i że on i Arnie stoją niemal nos w nos, gotowi w każdej chwili puścić w ruch pięści.

Bachory w dalszym ciągu sterczały okrakiem nad swymi rowerkami przenosząc spojrzenia z Arniego na tatusia i z powrotem, niczym widzowie obserwujący jakiś apokaliptyczny mecz tenisowy, po którym sędzia główny radośnie zastrzeli pokonanego. Zdawały się czekać na tę wspaniałą chwilę, kiedy tatuś rozpłaszczy mego chuderlawego przyjaciela na ziemi i zacznie metodycznie wdeptywać go w glebę. Zahamowałem raptownie, wyskoczyłem z samochodu i podbiegłem do nich.

- Dosyć mam już gadania! - ryczał tatuś. - Powtarzam ci, że masz to natychmiast zabrać, i koniec!

Miał wielki rozpłaszczony nos pokryty siecią nabrzmiałych żył, policzki koloru świeżo wypalonej cegły i gruby, nabiegły krwią kark wystający z rozpiętego kołnierzyka roboczej koszuli.

- Nie będę jechał na obręczy - odpowiedział Arnie. - Już to panu mówiłem. Pan też by tego nie zrobił, gdyby to był pański samochód.

- Zaraz sam się przejedziesz na obręczy, panie śliczny - warknął tatuś, zapewne pragnąc zademonstrować dzieciom, w jaki sposób Mocni Ludzie rozwiązują swoje problemy w Prawdziwym Świecie. - Nie będziesz parkował tej kupy złomu przed moim domem. Nie wnerwiaj mnie, szczeniaku, bo zaraz ci się dostanie!

- Nikomu nic się nie dostanie - wtrąciłem się. - Niech pan da nam chwilę czasu.

Arnie skierował na mnie przepełnione wdzięcznością spojrzenie i dopiero wtedy zobaczyłem, jak bardzo był przerażony. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że jest w nim coś - jeden Bóg raczy wiedzieć co - wywołującego w określonym typie facetów pragnienie stłuczenia go na kwaśne jabłko. Musiał być pewien, że czeka go to znowu, lecz tym razem nie cofnął się ani o krok.

Mężczyzna spojrzał na mnie.

- Jeszcze jeden - stwierdził takim tonem, jakby dziwił się, że na świecie może być aż tylu kretynów. - Chcecie oberwać we dwóch? Chcecie obaj dostać? Możecie mi wierzyć, dam sobie radę.

Tak, znałem ten gatunek. Gdyby był o dziesięć lat młodszy, znajdowałby się z pewnością wśród chłopaków uważających za znakomity kawał wytrącenie Arniemu książek z rąk, kiedy śpieszył się do klasy, lub wrzucenie go w ubraniu pod prysznic po lekcji wf. Oni nigdy się nie zmieniają, tylko starzeją i dostają raka płuc od palenia zbyt wielu papierosów albo umierają w wieku pięćdziesięciu trzech lat na zator mózgu.

- Nie, nie chcemy oberwać - powiedziałem. - Na litość boską, przecież on tylko złapał gumę! Panu nigdy się to nie zdarzyło?

- Ralph, niech oni się stąd natychmiast wynoszą!

Tłusta żona wyszła na ganek. Miała wysoki, podekscytowany glos. Oto działo się coś ciekawszego od programu Phila Donahue. Sąsiedzi wyszli przed domy, żeby zobaczyć, o co chodzi, a ja pomyślałem ze znużeniem, że nawet jeśli jeszcze nikt nie wezwał glin, to ktoś na pewno lada chwila to uczyni.

- Nie, nigdy nie złapałem gumy i nie trzymałem przez trzy godziny przed niczyim domem takiej przerdzewiałej kupy złomu - odparł głośno Ralph, szczerząc groźnie zęby. W gasnących promieniach słońca widziałem na nich błyszczące kropelki śliny.

- Jeszcze nawet nie minęła godzina - zauważyłem spokojnie.

- Nie bądź taki mądry, chłoptasiu - warknął Ralph. - Nie obchodzi mnie, co masz do powiedzenia. Nie lubię takich jak wy. Ciężko haruję, żeby zarobić na życie, wracam zmęczony do domu i nie mam czasu na dyskusje. Macie to stąd natychmiast zabrać, zrozumiano?

- Przywiozłem zapasowe koło - powiedziałem. - Gdyby pozwolił nam pan je założyć...

- I gdyby miał pan choć odrobinę zwykłej przyzwoitości... - wtrącił Arnie.

To prawie załatwiło sprawę. Jeśli istniała jakaś kwestia, której nasz rozmówca nie miał najmniejszej ochoty roztrząsać w obecności dzieci, to była nią jego zwykła przyzwoitość. Zamachnął się na Arniego. Nie wiem, czym by się to wszystko skończyło - być może Arnie wylądowałby w areszcie, a jego cenny pojazd na policyjnym parkingu - gdyby nie udało mi się wykonać błyskawicznego ruchu i chwycić Ralpha za przegub. W gęstniejącym mroku zabrzmiało to jak ciche klaśnięcie.

Tłusta dziewczynka wybuchła płaczem.

Tłusty chłopiec aż przysiadł na swoim rowerku z dolną szczęką zwisającą niemal do piersi.

Arnie, który przemykał niczym zjawa przez najbardziej niebezpieczne miejsca w szkole, tym razem nawet nie drgnął. Wyglądało na to, że wręcz chce zostać uderzony.

Ralph skierował na mnie wściekłe spojrzenie wytrzeszczonych oczu.

- Dobra, gówniarzu! - wycharczał. - Ty pierwszy.

Wzmocniłem nacisk na jego rękę.

- Daj spokój, człowieku - powiedziałem półgłosem. - Mówię ci, w kufrze mam zapas. Potrzebujemy pięciu minut, żeby zmienić koło i zniknąć. Proszę...

Nacisk jego ręki stopniowo zelżał. Zerknął na swoje dzieci - dziewczynka nadal pochlipywała, a chłopiec wpatrywał się w nas z rozdziawionymi ustami - i podjął decyzję.

- Pięć minut - zgodził się. - Masz cholerne szczęście, że nie wezwałem policji - dodał, patrząc na Arniego. - Ten złom nie jest dopuszczony do ruchu, a w dodatku nie ma tablic rejestracyjnych.

Spodziewałem się, że Arnie odpowie coś, co jeszcze bardziej zaogni konflikt, ale okazało się, że jednak pozostała mu odrobina rozsądku.

- Dziękuję - bąknął. - Przepraszam, jeśli się uniosłem.

Ralph chrząknął coś niewyraźnie, kilkoma gwałtownymi ruchami wepchnął sobie koszulę w spodnie, po czym przeniósł spojrzenie na dzieci.

- Do domu! - ryknął. - Co tu robicie? Mam wam zaraz przyłupić?

Boże, co za onomatopeiczna rodzina! Może lepiej nie przyłupuj im, tatuśku, bo jeszcze zrobią w majtki be-kaku.

Dzieciaki uciekły do matki, zostawiając rowerki na trawniku.

- Pięć minut - powtórzył Ralph, patrząc na nas złowróżbnym wzrokiem. Później wieczorem, kiedy chłopcy przyjdą do niego na piwo, opowie im, w jaki sposób przyczynił się do ochrony zdrowej części społeczeństwa przed pokoleniem seksu i narkotyków. “Tak jest, panowie, kazałem im zabrać sprzed chałupy tę kupę złomu, zanim im nie przyłupię, i mówię wam, ruszali się tak, jakby zaczęło im się palić pod butami i przypiekać w tyłki”. A potem zapali lucky strike’a. Albo camela.

Wsadziliśmy podnośnik pod zderzak, lecz Arnie zdążył zaledwie trzy razy poruszyć lewarkiem, kiedy rozległ się suchy trzask i lewarek pękł na dwie części, rozsiewając na jezdni drobinki rdzy. Arnie spojrzał na mnie smutnym, żałosnym wzrokiem.

- Nie przejmuj się - powiedziałem. - Weźmiemy mój.

Robiło się coraz ciemniej. Po konfrontacji z Wielkim Cwaniakiem z Basin Drive 119 serce wciąż jeszcze biło mi szybciej niż zazwyczaj, W ustach zaś czułem kwaśny posmak.

- Przepraszam cię, Dennis - wyszeptał Arnie. - Więcej nie będę cię w to mieszał.

- Daj spokój. Lepiej bierzmy się za to koło.

Wsadziliśmy pod plymoutha mój podnośnik (przez kilka okropnych sekund miałem wrażenie, że tylny zderzak lada chwila oderwie się od karoserii z okropnym jękiem dartego metalu), zdjęliśmy koło, założyliśmy nowe, przykręciliśmy lekko śruby i opuściliśmy samochód. Widząc go stojącego z powrotem na jezdni odczułem wielką ulgę; sposób, w jaki wygiął się przerdzewiały zderzak, po prostu mnie przeraził.

- No dobra - powiedział Arnie, dokręcając śruby i nakładając na koło stary, pogięty kołpak.



dalej


strona główna
(23kB)