(23kB)
strona główna


 

 

Stephen King

 

 

 

Desperacja

(Przełożył: Krzysztof Sokołowski)

 

 

 

 

 

 

Pejzażem jego poezji pozostaje pustynia

 

Salman Rushdie: Szatańskie wersety

 

 

 

Część I

 

 

Szosa numer pięćdziesiąt:

w domu wilka, w domu skorpiona

 

 

Rozdział 1

 

1

 

- O Boże! Jezu przenajświętszy, co za obrzydlistwo!

- Mary? Co się stało... Mary?

- Nie widziałeś?

- Niby czego?

Obrzuciła go spojrzeniem. W ostrym słońcu pustyni jej twarz była bardzo blada, cała oprócz czerwonych plam opalenizny na policzkach i na czole, gdzie skóry nie zdołał obronić jej krem z najmocniejszym protektorem. Cerę miała jasną, bardzo delikatną.

- Tego znaku. Ograniczenie prędkości.

- No i co?

- Ktoś powiesił na nim martwego kota, Peter. Przybił go, przykleił, wszystko jedno!

Peter mocno wcisnął hamulec, ona jednak natychmiast złapała go za rękę.

- Nie waż się zawracać, słyszysz!

- Ale...

- Co “ale”? Chcesz mu zrobić zdjęcie? Nic z tych rzeczy, skarbie. Jeśli znów go zobaczę, zwymiotuję.

- To był biały kot?

We wstecznym lusterku widział ciemny znak, pewnie to ograniczenie prędkości, o które jej chodziło... i nic więcej. Gdy je mijali, patrzył akurat w przeciwnym kierunku, na jakieś ptaki lecące w stronę najbliższego pasma gór. Tu kierowca nie musiał poświęcać przesadnej uwagi drodze; stan Nevada nazwał ten odcinek szosy numer pięćdziesiąt “najmniej uczęszczaną z dróg Ameryki” i - zdaniem Petera Jacksona - była to nazwa w pełni słuszna. Oczywiście, Peter był nowojorczykiem z krwi i kości, a poza tym podejrzewał, że w tej chwili doświadcza kumulatywnego efektu strachu. Agorafobia Pustynna, Syndrom Sali Balowej, coś w tym rodzaju.

- Nie, pręgowany. O co ci chodzi?

- Myślałem o satanistach na pustyni. Podobno mieszka tu kupa wariatów, czy nie to przypadkiem próbowała nam wmówić Marielle?

- Ludzi o niezwykłych poglądach. Tak to, zdaje się, określiła. Cytuję: “W środkowej Nevadzie mieszka mnóstwo ludzi o niezwykłych poglądach”. Koniec cytatu. Gary był bardzo podobnego zdania. Tylko, że od czasu przekroczenia granicy z Kalifornią nie spotkaliśmy jeszcze nikogo i...

- A Fallon?

- Stacje benzynowe się nie liczą. Zresztą nawet tam, ci ludzie... - spojrzała na niego jakoś dziwnie, beznadziejnie; ostatnimi czasy nieczęsto widział na jej twarzy ten szczególny wyraz, choć poznał go doskonale przez kilka miesięcy po poronieniu. - Co tu robią ludzie, Peter? Vegas i Reno rozumiem, rozumiem nawet Winnemucca i Wendover...

- Ludzie, którzy przyjeżdżają tu z Utah, żeby sobie pograć, nazywają Wendover “Wężowe” - powiedział z uśmiechem Peter. - Wiem od Gary'ego.

Zignorowała jego żart.

- ...ale reszta stanu? Przecież mieszkają tu ludzie... po co przyjechali, dlaczego nie wyjeżdżają? Wiem, urodziłam się i wychowałam w Nowym Jorku, więc chyba nic nie rozumiem, ale...

- Jesteś pewna, że to nie był biały kot? Albo czarny?

Zerknął w lusterko, ale ciągnął równe sto dziesięć i przy tej prędkości znak wtopił się już w plamiste tło piachu, kaktusów i bladobrązowych wzgórz. No, ale nareszcie pojawił się za nimi jakiś samochód - dostrzegł oślepiający błysk słońca odbitego w przedniej szybie. Samochód jechał o jakieś dwa kilometry z tyłu. Może trzy.

- Nie. Pręgowany, przecież ci mówiłam. I może odpowiedziałbyś mi wreszcie na pytanie. Kim są podatnicy ze środkowej Nevady i dlaczego nie opuszczą środkowej Nevady przy pierwszej sprzyjającej okazji?

Wzruszył ramionami.

- No, nie mieszka tu aż tak wielu podatników. Największym miastem przy pięćdziesiątej jest Fallon, poza tym są tu przeważnie farmy. W przewodniku napisali, że tama na jeziorze umożliwiła irygację. Uprawiają głównie melony. I zdaje się, że w pobliżu jest baza wojskowa. Fallon było stacją na trasie Pony Expressu*, wiesz o tym?

- Mam to w nosie - stwierdziła. - Mam to w nosie razem z melonami. Prawą rękę położył na moment na jej lewej piersi.

- Bardzo fajne ma pani melony.

- Dziękuję. I nie chodzi mi o Fallon. Mam w nosie każdy stan, w którym z drogi nie widać ani jednego domu, ani jednego drzewa i gdzie do znaków ograniczeń prędkości przybija się koty.

- No, wiesz, jest to kwestia zakresu percepcji - powiedział, uważnie dobierając słowa. Z Mary było czasami tak, że człowiek nie wiedział, kiedy mówi poważnie, a kiedy się po prostu nakręca. - Komuś przyzwyczajonemu do wielkiego miasta Wielka Niecka nie mieści się w zakresie percepcji. To wszystko. Nie chodzi tylko o ciebie. O mnie też. Samego nieba jest tu tyle, że mam pietra. Od rana, kiedy ruszyliśmy w drogę, czuję, jak przydusza mnie do ziemi.

- Ja też. Po prostu jest go za wiele.

- Żałujesz, że wybraliśmy tę drogę?

Zerknął w lusterko. Jadący za nimi samochód wyraźnie się zbliżył. To nie ciężarówka, których kilka widzieli już od chwili wyjazdu z Fallon (wszystkie jechały zresztą w przeciwnym kierunku, na zachód), tylko samochód osobowy. Gnał na złamanie karku.

Myślała przez chwilę, a potem potrząsnęła głową.

- Nie. Miło było zobaczyć Gary'ego i Marielle, a Lake Tahoe...

- Piękne, prawda?

- Nieprawdopodobnie piękne. Nawet to... - Mary wyjrzała przez okno. - ...nawet to jest przecież bardzo piękne, nie mówię “nie”. Pewnie zostanie mi w pamięci do końca życia. Piękne, ale...

- “.przerażające - dokończył za nią. - Przynajmniej dla nowojorczyka.

- Słusznie. Miejski zakres percepcji. Zresztą, gdybyśmy pojechali osiemdziesiątą, to tam też jest tylko pustynia.

- Racja. I chwasty po asfalcie się toczą...

Zerknął w lusterko. Szkła okularów, które wkładał, siadając za kierownicą, błysnęły w słońcu. Doganiał go policyjny radiowóz. Miał co najmniej sto pięćdziesiąt na liczniku. Peter odbił w prawo, aż prawymi kołami zjechał na betonowe pobocze, wzniecając chmurę kurzu.

- Pete, co ty wyprawiasz?!

Kolejny rzut oka w lusterko. Wielka chromowana atrapa niemal dotykała ich zderzaka. Promienie słońca odbijały się od niej z dziką wściekłością, musiał zmrużyć oczy, ale mimo to był przekonany, że samochód jest biały - więc to nie radiowóz policji stanowej.

- Znikam z pola widzenia. My, małe, zwinne chytruski, uważamy, żeby nikomu nie rzucać się w oczy. Mamy na tyłku gliniarza, który cholernie się gdzieś spieszy. Pewnie ściga...

Radiowóz wyprzedził ich błyskawicznie. Acura, własność siostry Petera, zakołysała się na resorach od podmuchu. Był biały, a właściwie szary od kurzu, przynajmniej od klamek w dół. Na drzwiczkach miał znak, ale wyprzedził ich tak szybko, że Peter zdołał odczytać wyłącznie DES.... Pewnie od Destry. Dobra nazwa dla zagubionego w środku niczego miasteczka w Nevadzie.

- ...tego kogoś, kto przybił do znaku kota - dokończył Peter.

- Dlaczego jedzie tak szybko bez świateł i syreny?

- A po co mu tu światła i syrena?

- No... - zawahała się i znów spojrzała na niego jakoś dziwnie. - ...przecież właśnie nas wyprzedził.

Już miał powiedzieć coś mądrego, otworzył nawet usta... lecz zamknął je, nie wypowiedziawszy ani słowa. Miała rację. Gliniarz musiał ich widzieć co najmniej od chwili, kiedy oni dostrzegli jego, pewnie zauważył ich znacznie wcześniej, więc dlaczego nie włączył świateł i syreny, choćby dla świętego spokoju? Och, oczywiście Peter prowadził wystarczająco dobrze, by z własnej inicjatywy zjechać na bok, zostawić mu tyle miejsca, ile to tylko możliwe na tej drodze, ale...

Światła stopu radiowozu nagle błysnęły. Peter odruchowo, instynktownie kopnął hamulec, chociaż zwolnił już do dziewięćdziesiątki, a policjant znajdował się wystarczająco daleko, więc nie było nawet mowy o zderzeniu. W chwilę potem radiowóz zjechał na lewy pas.

- Co on robi? - spytała Mary.

- Właściwie to... no, właściwie nie wiem.

Lecz, oczywiście, wiedział. Jadący przed nimi samochód zwalniał. Z “a niech was wszyscy diabli” przyzwoitej stopięćdziesiątki do osiemdziesiątki. Marszcząc czoło, bo wcale nie chciał się do niego zbliżać, choć nie wiedział dlaczego, Peter także zwolnił. Igła prędkościomierza należącej do Deirdre acury zatrzymała się na siedemdziesiątce.

- Peter? - W głosie Mary brzmiał niepokój. - Peter, to mi się wcale nie podoba.

- Nic się nie dzieje - uspokoił ją, ale czy rzeczywiście nic się nie działo?

Wpatrywał się w policyjny wóz toczący się teraz powoli lewym pasem i myślał. Bardzo chciał zobaczyć siedzącego za kierownicą człowieka, lecz nie mógł. Tylna szyba radiowozu była niemal czarna od kurzu.

Światła stopu, zakurzone tak samo jak tylna szyba, rozbłysły znowu. Teraz radiowóz jechał nie więcej niż pięćdziesiąt. Na szosie pojawił się skoczek stepowy - wielkie radialne opony radiowozu spłaszczyły go na placek. Pod acurą znalazł się, gdy przypominał już wyłącznie siatkę z połamanych palców. Petera przeraziło to nagle, nagle niemal odchodził od zmysłów z przerażenia, nie mając przy tym najmniejszego pojęcia, czego się boi.

Bo Nevada pełna jest ludzi o zdecydowanych poglądach. Przynajmniej według Marielle, a Gary się z nią zgodził. Ludzie o zdecydowanych poglądach zachowują się w pewien szczególny sposób. Mówiąc po prostu, zachowują się dziwnie.

Bzdura, oczywista bzdura, nic dziwnego się tu nie dzieje, nic a nic, chociaż...

Błysk stopu. Peter nacisnął hamulec. Ani przez chwilę nie zastanawiał się nad tym, co robi. Zerknął na prędkościomierz. Jechał nędzne czterdzieści kilometrów na godzinę.

- Czego on od nas chce, Peter?

Odpowiedź na to pytanie nie nastręczała najmniejszych kłopotów.

- Chce znów znaleźć się za nami.

- Dlaczego?

- Skąd mam wiedzieć?

- Dlaczego po prostu nie stanie na poboczu?

- Nie wiem.

- Co masz zamiar...?

- Wyprzedzę go, dobra? - I, nie wiedząc, skąd mu się wzięły te słowa, Peter dodał: - W końcu to nie my przybiliśmy tego kota, prawda?

Przycisnął gaz. Niemal natychmiast zrównali się z brudnym radiowozem, jadącym teraz nie więcej niż trzydzieści na godzinę. Mary złapała męża za rękaw niebieskiej flanelowej koszuli wystarczająco mocno, by poczuł przez materiał nacisk jej krótkich paznokci.

- Nie. Nie wyprzedzaj go.

- Mary, a to jakim cudem!

Dalsza rozmowa na temat gliniarza i radiowozu nie miała po prostu sensu. Już go wyprzedzili. Prawie. Acura zrównała się z białym caprice i prawie natychmiast znalazła się przed nim. Przez dwie brudne szyby Peter prawie nic nie widział. Dostrzegł sylwetkę, sylwetkę wielkiego faceta, i tyle. Miał także wrażenie, że policjant patrzył w jego kierunku. Przy okazji odczytał znak na drzwiach: “Komisariat Policji w Desperation” i herb miasteczka - górnik i jeździec ściskający sobie dłonie.

Desperation - pomyślał. - To lepsze od Destry. O wiele lepsze.

Gdy tylko acura znalazła się przed nim, radiowóz przyspieszył, zjechał na właściwy pas i uczepił się jej zderzaka. Jechali tak w tandemie przez pół minuty, może czterdzieści sekund, choć dla Petera trwało to znacznie dłużej. Niebieski kogut na dachu caprice przebudził się wreszcie do życia. Peter poczuł, jak żołądek kurczy mu się, ale nie ze zdziwienia. Niczemu się nie dziwił. Niczemu.

2

Mary nie zdjęła dłoni z rękawa jego koszuli i teraz, gdy Peter zjechał na pobocze, kurczowo ścisnęła go za ramię.

- Peter, co ty wyprawiasz? Co ty wyprawiasz!?

- Muszę się zatrzymać. Włączył koguta, więc muszę się zatrzymać.

- Nie podoba mi się to. - Rozejrzała się nerwowo. Niewiele tu było do oglądania: pustynia, wzgórza i mnóstwo błękitnego nieba. - Przeskrobaliśmy coś.

- Prawdopodobnie przekroczyliśmy dozwoloną prędkość.

Spojrzał w boczne lusterko. Nad napisem UWAGA! MOGĘ BYĆ BLIŻEJ, NIŻ SĄDZISZ! dostrzegł otwierające się, zakurzone białe drzwiczki. A potem wielką nogę w spodniach khaki. W ślad za gigantyczną nogą objawił się powoli cały kierowca, wkładający właśnie na głowę szerokoskrzydły, typowy policyjny kapelusz (zdaniem Petera nie był w stanie prowadzić w kapeluszu, bo i bez niego głową dotykał podsufitki). Mary odwróciła się tymczasem. Obserwowała policjanta z szeroko otwartymi ustami.

- Jezu Chryste, facet jest wielki jak zawodowy futbolista!

- Większy - poprawił ją Peter.

Używając dachu samochodu jako punktu odniesienia (mniej więcej metr pięćdziesiąt) wyliczył szybko, że idący niespiesznie w stronę acury facet ma co najmniej dwa metry wzrostu. Ważył najmarniej ponad sto dwadzieścia kilogramów, a może nawet ponad sto pięćdziesiąt.

Mary puściła ramię męża i wtuliła się w drzwiczki, by jak najdalej odsunąć się od wielkoluda. Policjant miał na biodrze kaburę z rewolwerem pasującym do niego wymiarami, ale jego ręce były puste. Nie trzymał w nich ani notesu, ani książeczki mandatowej. Peterowi mocno się to nie podobało. Nie wiedział, o co chodzi, ale i tak mocno mu się to nie podobało. W całej swej karierze kierowcy, podczas której otrzymał między innymi cztery mandaty za złe parkowanie i ostrzeżenie za prowadzenie po alkoholu (trzy lata temu, po wydziałowej Wigilii), policjant nigdy nie podszedł do niego z pustymi rękami. Puste ręce tego policjanta strasznie mu się nie podobały. Serce, już pracujące bardzo szybko, przyspieszyło mu jeszcze odrobinę. Nie waliło w piersiach, przynajmniej jeszcze nie, ale próbowało dać do zrozumienia, że może zacząć walić. Że bez problemu może zacząć walić bardzo mocno.

Jesteś durniem i doskonale o tym wiesz - powiedział sobie. - Chodzi o przekroczenie dozwolonej prędkości, o nic więcej tylko o przekroczenie dozwolonej prędkości. Nawet na tej drodze obowiązuje pewnie ograniczenie do dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę i chociaż to żart, wszyscy wiedzą, że to żart, ten facet ma przecież normę do wykonania. A jeśli chodzi o przekroczenie prędkości, najlepiej wlepić mandat komuś spoza stanu. Przecież wiesz. Więc... jak brzmiał tytuł tego starego albumu Van Halen? Żryj i uśmiechaj się”?

Gliniarz zatrzymał się przy oknie od strony kierowcy. Sprzączka pasa ? la Sam Browne* znajdowała się mniej więcej na wysokości oczu Petera. Gliniarz nie zadał sobie trudu, by się pochylić; po prostu zwinął dłoń w pięść - wielkości sporego bochna chleba - i zakręcił nią w powietrzu.

Peter zdjął okrągłe okulary bez oprawki, wsadził je do kieszeni i powoli opuścił szybę. Doskonale świadom był dobiegającego go z głębokiego pasażerskiego siedzenia sportowego samochodu ciężkiego oddechu Mary. Oddychała tak, jakby właśnie skakała na skakance albo kochała się.

Gliniarz ugiął kolana, równiutko i gładko. W okienku pojawiła się jego wielka, poważna twarz. Czoło przecinała linia cienia rzucanego przez szerokie rondo kapelusza. Skórę miał niezdrowo zaróżowioną. Zapewne - pomyślał Peter - mimo swych imponujących rozmiarów podobnie jak Mary nie najlepiej znosi słońce pustyni. Jasnoszarych oczu nie odwracał wprawdzie, ale nie było też w nich żadnych uczuć, w każdym razie żadnych, które Peter potrafiłby odczytać. Czuł tylko jakiś zapach. Prawdopodobnie old spice.

Gliniarz zaledwie na niego zerknął, po czym powiódł wzrokiem po wnętrzu samochodu. Najpierw z klinicznym zainteresowaniem obejrzał sobie Mary (typ: Amerykańska Żona, ładna buźka, dobra figura, niewielki przebieg, żadnych widocznych blizn), a potem zlustrował leżące na tylnym siedzeniu aparaty fotograficzne, kamerę wideo i torby. Nie zdążyli zaśmiecić wnętrza; z Oregonu wyjechali zaledwie trzy dni temu, a półtora dnia spędzili z Garym i Marielle Sodersonami, słuchając starych płyt i rozmawiając o dawnych czasach.

Nieco dłuższej inspekcji poddana została wysunięta popielniczka. Zdaniem Petera policjant szukał w niej niedopałków skrętów, pewnie też próbował wywęszyć zapach haszu lub marihuany. Poczuł przejmującą ulgę; nie palił trawki od piętnastu lat, nigdy nawet nie spróbował kokainy, a po ostrzeżeniu za prowadzenie po alkoholu właściwie przestał pić. Zapach marychy czuł ostatnio na jakimś koncercie rockowym - oto zasięg jego współczesnych narkotykowych doświadczeń. Mary w ogóle nie zażywała - czasami mówiła o sobie “narkotykowa dziewica”. Całą zawartość popielniczki stanowiło kilka zgniecionych sreberek po gumie do żucia, na tylnym siedzeniu nie walały się puszki po piwie lub butelki wina.

- Wiem, jechałem trochę za szybko.

- Gaz do dechy, prawda, panie kierowco? - odparł gigant wyjątkowo sympatycznym głosem. - Gaz do dechy! Mogę prosić pana o prawo jazdy i dowód rejestracyjny?

- Oczywiście! - Peter wyjął portfel z tylnej kieszeni spodni. - Ale to nie mój samochód - uprzedził. - Należy do mojej siostry. Odwozimy go do Nowego Jorku. Z Oregonu. Studiowała w Reed. W Reed College, w Portland.

Zdawał sobie sprawę z tego, że plecie od rzeczy, nie był jednak całkiem pewien, czy potrafi przestać. Dziwne, że przy gliniarzu człowiek zawsze bredzi, jakby w bagażniku wiózł poćwiartowane zwłoki albo porwane dzieci. Pamiętał, iż podobnie bredził, kiedy zatrzymano go na przelotówce Long Island, po tym wigilijnym spotkaniu. Gadał i gadał, słowa po prostu się z niego wylewały, policjant natomiast milczał jak zaklęty, zajmował się swoimi sprawami, najpierw sprawdzał papiery, a potem wynik testu alkoholomierzem.

- Mare? Mogłabyś wyjąć dowód rejestracyjny? Jest w skrytce. W małej plastikowej kopercie, razem z ubezpieczeniem.

Mary nawet nie drgnęła. Widział ją kątem oka; siedziała nieruchomo, on zaś otworzył portfel i rozpoczął poszukiwanie prawa jazdy. Powinno być tu, za plastikową wkładką, tuż obok przegródki na banknoty, powinno od razu rzucić mu się w oczy, ale jakoś nie chciało.

- Mare? - powtórzył nieco ostrzej, lekko zniecierpliwiony i znów mocno przestraszony.

A co, jeśli to cholerne prawo gdzieś mu się zapodziało? Wypadło na podłogę u Gary'ego, na przykład, podczas gdy przekładał wszystkie te śmieci (w czasie podróży w kieszeniach gromadzi się tyle śmieci) z jednej pary dżinsów do drugiej. Nie wypadło, oczywiście, ale gdyby wypadło, jakie byłoby to typowe...

- Mary, mogłabyś mi pomóc? Wyciągnij ze skrytki ten cholerny dowód rejestracyjny! Proszę.

- Och, dowód! Tak, już.

Pochyliła się; przypominała przy tym jakąś starą, zardzewiałą maszynę, pobudzoną do życia przez prąd pod sporym napięciem. Otworzyła skrytkę. Zaczęła się przekopywać przez jej zawartość, której część musiała wyjąć - na pół pełną torebkę prażynek, taśmę Donnie Raitt, która zniknęła w radiomagnetofonie acury, mapę drogową Kalifornii - żeby dogrzebać się do dalszych skarbów. Na jej lewej skroni Peter dostrzegł krople potu. Pasma krótkich, ciemnych włosów były wręcz mokre od potu, choć klimatyzacja dmuchała jej wprost w twarz.

- Nie wiem... - I nagle z wielką ulgą w głosie: - ...o, jest!

W tym samym momencie Peter znalazł wreszcie prawo jazdy, ukryte wśród wizytówek. Nie pamiętał, by je tam chował - po co, na litość boską, miałby to robić? - ale przynajmniej wreszcie się znalazło. Na zdjęciu nie wyglądał wcale na adiunkta na wydziale anglistyki Nowojorskiego Uniwersytetu Miejskiego, lecz raczej na bezrobotnego robotnika rolnego (a także, być może, seryjnego mordercę). Przypominał jednak na nim siebie samego, to był on, niewątpliwie on i na duszy zrobiło mu się wyraźnie lżej. Mieli konieczne papiery, istniał Bóg na niebie, a świat nadal był w porządku.

Poza tym - pomyślał, wręczając gliniarzowi prawo jazdy - przecież to nie Albania, prawda? Być może Nevada nie mieści się w sferze pojmowania normalnego człowieka, ale bez najmniejszych wątpliwości nie jest Albanią.

- Peter?

Odwrócił się, wziął plastikową kopertę i przy okazji puścił oczko do Mary. Próbowała docenić ten żart uśmiechem, ale nie wyszło to najlepiej. Powiał wiatr, niesione nim drobinki piasku użądliły Petera w policzek. Zmrużył oczy. Nagle zapragnął znaleźć się trzy tysiące kilometrów od Nevady. Obojętne w jakim kierunku.

Wziął dowód rejestracyjny i próbował oddać go gliniarzowi. Gliniarz nadal jednak wpatrywał się w prawo jazdy.

- Widzę, że zarejestrował się pan jako dawca - zauważył, nie podnosząc wzroku. - To mądre posunięcie, tak pan uważa?

Petera to pytanie straszliwie zaskoczyło.

- No cóż, przecież...

- Czy to dowód rejestracyjny? - przerwał mu raźnym głosem wielki glina. Patrzył na świstek kanarkowóżółtego papieru.

- Tak.

- Poproszę.

Peter podał mu dowód przez okno. Gliniarz, kucając w słońcu niczym Indianin, miał teraz zajęte obie dłonie. Przyglądał się to jednej, to drugiej; trwało to, przynajmniej pozornie, bardzo długo, za długo. Peter poczuł delikatny nacisk na udzie; aż podskoczył, lecz zaraz zorientował się, że to ręka Mary. Ujął ją i poczuł, jak jej palce zaciskają się kurczowo.

- Pańska siostra? - spytał w końcu policjant, podnosząc głowę i przeszywając ich spojrzeniem szarych oczu.

- Tak, bo...

- Jej nazwisko brzmi Finney. Pańskie, Jackson.

- Deirdre przez rok była mężatką, przez rok między szkołą średnią a studiami - wtrąciła Mary pewnym, spokojnym, lecz miłym głosem, w którym nie było ani śladu strachu. Wyłącznie po głosie Peter bez zastrzeżeń uwierzyłby, że się nie boi... gdyby nie te wbijające mu się w ciało palce. - Pozostała przy nazwisku męża. To wszystko.

- Rok, co? Między szkołą średnią a studiami? Mężatka. Tak! Pochylił się nad dokumentami. Peter widział, jak kiwa się rondo jego szerokoskrzydłego kapelusza. Nie czuł już ulgi.

- Między szkołą średnią a studiami - powtórzył gliniarz.

Głowę trzymał pochyloną, nie widzieli jego twarzy. Peter usłyszał w głowie inne jego słowa. “Jest pan dawcą? To mądre posunięcie, tak pan uważa? Tak!

Gliniarz podniósł głowę.

- Czy byłby pan uprzejmy wysiąść z samochodu, panie Jackson?

Mary ścisnęła go jeszcze mocniej, wbiła paznokcie w jego ciało, ale spowodowany jej uściskiem ból prawie do Petera nie docierał. Nagle skurczyły mu się jądra i znów poczuł się jak dziecko, dziecko, które niczego nie jest pewne, wie tylko, że coś przeskrobało... ale co?

- Co...

Gliniarz z miasteczka Desperation powoli wstał. Oboje mieli wrażenie, że patrzą na wznoszącą się windę. Najpierw zniknęła głowa, potem kołnierzyk rozpiętej pod szyją koszuli i lśniący znaczek, potem skośna linia paska. I znów Peter patrzył na klamrę, na kaburę tudzież wszywkę spodni khaki, w której mieścił się rozporek.

Tym razem znad dachu acury doleciał go głos, w którym nie było ani śladu prośby.

- Proszę wysiąść z samochodu, panie Jackson.

3

Peter ujął klamkę. Gliniarz cofnął się o krok, by umożliwić mu otwarcie drzwiczek. Nie widzieli jego twarzy ukrytej za samochodowym dachem. Mary ścisnęła dłoń męża tak mocno jak nigdy przedtem, więc Peter odwrócił się do niej. Czerwone plamy na policzkach i czole odznaczały się wyraźniej niż przed chwilą. Zbladła. Aż tak.

- Nie wysiadaj - zasygnalizowała poruszeniem warg.

- Muszę - odparł w ten sam sposób i postawił nogę na asfalcie szosy numer pięćdziesiąt.

Przez moment Mary czepiała się go jeszcze, jeszcze zaciskała dłoń, ale wyrwał się i do jednej nogi dostawił drugą. Kiedy się wyprostował, zdał sobie sprawę, że czuje je tak, jakby były bardzo daleko.

Gliniarz patrzył na niego z góry. Przynajmniej dwa pięć - pomyślał sobie. - Przynajmniej. I nagle oczami wyobraźni dostrzegł niczym na przyspieszonym filmie: policjant wyciąga broń, naciska spust, uczony mózg Petera Jacksona rozpryskuje się cienką warstwą na dachu acury, facet wyciąga Mary z samochodu, rzucają twarzą na bagażnik, przechyla i gwałci tu, na drodze, w palących promieniach słońca, nie zdejmując nawet szerokoskrzydłego kapelusza, kiwa się przy tym i wrzeszczy: “Chcesz dawcy? Masz dawcę! Masz dawcę!

- O co chodzi, panie władzo? - spytał. Wargi i gardło zrobiły mu się nagle bardzo, bardzo suche. - Sądzę, że mam prawo wiedzieć...

- Proszę podejść do samochodu od strony bagażnika, panie Jackson.

Gliniarz odwrócił się i ruszył wokół samochodu, nie sprawdziwszy nawet, czy Peter usłuchał jego polecenia. Peter go oczywiście usłuchał. Szedł sztywno, pewny, że nogi przyjmują polecenia mózgu wyłącznie dzięki jakiejś formie telekomunikacji.

Policjant już czekał. Kiedy Peter do niego dołączył, wskazał mu coś wielgachnym, grubym paluchem. Z tyłu samochodu Deirdre nie było tabliczki z numerem rejestracyjnym - pozostał po nim wyłącznie nieco mniej zakurzony prostokątny ślad.

- A, cholera! - zaklął Peter.

Zdenerwował się naprawdę i naprawdę wkurzył, ale też naprawdę poczuł wielką ulgę. A więc tylko o to chodziło? Dzięki Bogu! Spojrzał wzdłuż boku samochodu. Nie zaskoczyło go, że drzwi, przez które wysiadł, są zamknięte. Mary je zamknęła. Tak głęboko przejął się tym... zdarzeniem... łańcuchem zdarzeń... obojętne... że nie usłyszał nawet, jak się zamykają.

- Mare! Hej, Mare!

Wychyliła się przez okno, zwracając ku niemu czerwoną od słońca, napiętą twarz.

- Odpadł nam ten cholerny numer rejestracyjny!

- Co?

- Nie, nie odpadł - powiedział spokojnie gliniarz z miasteczka Desperation.

Przysiadł jak przed oknem acury - miękkim, swobodnym, lekkim ruchem i sięgnął pod zderzak. Przez kilka krótkich chwil gmerał za nie istniejącą już tablicą, szarymi oczami wpatrując się w linię horyzontu. W tym spojrzeniu było coś, co Pete'owi wydało się przeraźliwie znajome - oto zatrzymał ich na drodze facet z reklamy Marlboro.

- Ach! - westchnął gliniarz, podnosząc się.

Dłoń, przedtem gmerającą pod zderzakiem, zwiniętą miał w pięść. Wyciągnął ją ku Peterowi i wyprostował palce. Na wielkiej łapie leżał, sprawiając wrażenie maleńkiego, kawałek ubłoconej, zakurzonej śruby. Czysty był tylko jej zerwany koniec.

Peter spojrzał mu w twarz.

- Nie rozumiem - powiedział.

- Zatrzymywał się pan w Fallon?

- Nie...

Drzwi od strony pasażera otworzyły się ze skrzypnięciem. Mary wysiadła, zatrzasnęła je za sobą; słyszał szuranie butów po zasypanym piaskiem poboczu. Szła w ich kierunku.

- Przecież się zatrzymywaliśmy - sprostowała, patrząc na leżący na wielkim łapsku kawałek śruby (dowód rejestracyjny i prawo jazdy zajmowały drugą rękę gliniarza). Podniosła wzrok na jego twarz. Nie sprawiała wrażenia przerażonej - w każdym razie nie aż tak przerażonej - co Petera ucieszyło. On sam już wymyślał sobie od paranoicznych idiotów i nie tylko, musiał jednak przyznać, że bliskie spotkanie trzeciego stopnia z tym facetem miało swoje

(sądzi pan, że to mądre posunięcie)

szczególne aspekty.

- Stacja benzynowa, Peter. Nie pamiętasz? “Nie potrzebujemy benzyny”, powiedziałeś, “ale sporo wypiliśmy, więc weźmiemy benzynę, bo to głupio tylko skorzystać z toalety”.

Spojrzała na gliniarza, usiłując się uśmiechnąć. Musiała mocno zadzierać głowę. Na Peterze sprawiała wrażenie małej dziewczynki próbującej skłonić do uśmiechu tatę, który właśnie wrócił do domu po parszywym dniu w pracy.

- Łazienka była bardzo czysta - pochwaliła.

Glina skinął głową.

- Zatrzymali się państwo w “Fill More Fast” czy w “Berk's Conoco”, u Alfiego? - spytał.

Niepewnie spojrzała na Petera. Peter szeroko rozłożył ręce.

- Nie pamiętam. Chryste, przecież zapomniałem, żeśmy się tam w ogóle zatrzymali!

Policjant niedbałym gestem wyrzucił resztkę śruby przez ramię, w pustynię. Miała tam leżeć przez kolejny milion lat - chyba że zainteresowałby się nią jakiś bystry ptak.

- Założę się, że pamiętają państwo kręcące się tam dzieciaki. Przeważnie starsze dzieciaki. Kilka z nich może za starych, by w ogóle nazywać je dzieciakami. Młodsze miały rolki i deskorolki.

Peter skinął głową. Przypomniał sobie, że Mary pytała go, co tu robią ludzie, skąd się wzięli, po co zostają?

- “Fill More Fast” - stwierdził gliniarz. Peter zerknął, by sprawdzić, czy wielkolud nie ma czasem blachy z imieniem i nazwiskiem na kieszonce koszuli. Nie miał. Na jakiś czas będzie więc musiał pozostać po prostu gliniarzem. Gliniarzem wyglądającym jak facet z reklamy Marlboro. - Alfie Berk postanowił się ich pozbyć. Nakopał im po tyłkach. Skubane szczeniaki.

Mary przechyliła głowę. Przez chwilę na jej ustach gościł leciuteńki uśmiech.

- To jakiś gang? - Peter nadal nie wiedział, do czego to wszystko zmierza.

- Prawie. Taki gang, na jaki może sobie pozwolić mieścina wielkości Fallon. - Gliniarz podniósł do twarzy prawo jazdy Petera, przyjrzał się mu, przyjrzał się samemu Peterowi i opuścił rękę. Nie oddał mu jednak dokumentu. - Przeważnie wywalono ich ze szkoły. Jedną z ich rozrywek jest zrywanie tablic rejestracyjnych z samochodów spoza stanu. W ten sposób udowadniają sobie, jacy to są odważni. Rozumiem, że pańską zerwali, kiedy kupowaliście napoje albo korzystaliście z łazienki.

- Pan o tym wie, a oni nadal to robią? - zdziwiła się Mary.

- Fallon to nie moje miasto. Nigdy tam nie jeżdżę. Ich drogi nie są moimi drogami.

- To co mamy teraz zrobić? - spytał Peter. - Boże, co za cholerny bałagan! Samochód zarejestrowany jest w Oregonie, ale moja siostra przeniosła się do Nowego Jorku. Nienawidziła Reed...

- Doprawdy? - spytał gliniarz. - Jejku jej!

Peter dostrzegł, jak Mary patrzy na niego, prawdopodobnie spodziewając się, że będzie rozbawiony do łez. Jemu jednak uśmiech nie wydał się najlepszym pomysłem. W rzeczywistości wydał mu się bardzo złym pomysłem.

- Twierdziła, że uczyć tam to jak uczyć w środku koncertu Grateful Dead - wyjaśnił. - W każdym razie postanowiła wrócić do Nowego Jorku. Samolotem. Pomyśleliśmy z żoną, że przyjemnie byłoby przywieźć jej samochód. Deirdre zapakowała bagażnik swoimi rzeczami, przede wszystkim ciuchami...

Czuł, że znów zaczyna ględzić. Sporo wysiłku musiał włożyć w to, żeby przestać.

- Więc co mamy teraz zrobić? Nie bardzo możemy jechać przez cały kraj bez tablicy rejestracyjnej, prawda?

Gliniarz okrążył samochód powolnym krokiem. Stanął przed jego maską. W dłoni nadal trzymał prawo jazdy i kanarkowożółty dowód rejestracyjny. Pas przecinający jego pierś zaskrzypiał. Policjant założył ręce na plecy, pochylił się i długo badał coś w skupieniu. Przypominał Peterowi wielbiciela sztuki studiującego w galerii interesujące dzieło i zastanawiającego się, czy go przypadkiem nie kupić. Skubane - pomyślał. - Skubane dzieciaki. Miał wrażenie, że nie słyszał tego określenia od wieków.

Gigant wracał. Mary przysunęła się do męża, lecz nie ze strachu - jej strach zniknął gdzieś, jakby go nigdy nie było. Przyglądała się wielkoludowi z zainteresowaniem.

- Przednia tablica jest w porządku - oznajmił wielkolud. - Trzeba ją przenieść na tył. W ten sposób nie powinni mieć państwo kłopotów z dostaniem się do Nowego Jorku.

- Ach! Jakie to proste! Świetny pomysł - ucieszył się Peter.

- Ma pan klucz i śrubokręt? Moje narzędzia leżą, zdaje się, na półce w miejskim garażu.

Policjant uśmiechnął się. Uśmiech rozjaśnił jego twarz, wypełnił humorem szare oczy, zmienił go w innego człowieka.

- Ach, przecież to należy do państwa - powiedział, oddając im prawo jazdy i dowód.

- Narzędzia powinny być w bagażniku. - Głos Mary drżał. Brzmiał słabo, Peter zaś czuł się słabo. Ulga potrafi wstrząsnąć człowiekiem. - Widziałam je tam, kiedy wkładałam kosmetyczkę na miejsce. Między kołem zapasowym a ścianką wnęki.

- Pragnę bardzo panu podziękować - stwierdził Peter.

Gliniarz grzecznie skinął głową, nie patrzył jednak na niego, lecz nieco w bok, na góry.

- Taką mam pracę - odparł.

Peter podszedł tymczasem do drzwi od strony kierowcy, dziwiąc się, czego właściwie tak strasznie się bali.

Co za nonsens - ofuknął się w duchu, wyjmując kluczyki ze stacyjki. Kluczyki wisiały na breloczku ukazującym uśmiechniętą twarz, która całkowicie zaspokajała zainteresowania Deirdre. Pan Uśmiechnięta-Buźka (siostra tak go nazywała) w formie Pani Uśmiechnięta-Buźka znacznie lepiej by do niej pasował. Żółte nalepki z uśmiechniętą buźką nalepiała nawet na listy, a kiedy miała akurat zły dzień, nalepiała na list naklejkę zieloną, smutną buźkę z wysuniętym językiem. Tak naprawdę wcale się nie bałem. I Mary też się nie bała.

Biiip - cholerne kłamstwo. Bał się. Mary zaś... Mary była wręcz przerażona!

Dobra, dobra, trochę się baliśmy. I co z tego? Jak chcecie, możecie nas zaskarżyć! - myślał, wracając do Mary i gliniarza z kluczykiem do bagażnika. Kiedy na nich patrzył, miał wrażenie, że doświadcza złudzenia optycznego - czubek jej głowy zaledwie sięgał początku mostka faceta.

Otworzył bagażnik. Po lewej, porządnie spakowane i przykryte plastikowymi torbami, by nie zakurzyły się po drodze, leżały ubrania Deirdre. Pośrodku kosmetyczka Mary i dwie walizki - jego i jej - opierające się o zapasowe koło. Słowo “koło” nie pasowało zresztą do rzeczywistości. Zamiast koła acura miała kawał nadmuchanej cienkiej gumy, w sam raz, by w przypadku złapania kapcia dojechać do najbliższej stacji benzynowej. Jeśli szczęście dopisze. Zerknął między owo koło a ściankę wnęki.

- Mary, nie widzę...

- O tam. - Pokazała palcem. - To szare pudełko. To narzędzia. Wsunęły się za koło.

Mógłby je wygrzebać, mógłby, ale miejsca nie było za wiele, łatwiej już wyjąć nie napompowane “koło”. Opierał je o tylny zderzak, kiedy usłyszał sapnięcie Mary. Brzmiało tak, jakby ktoś ją szturchnął. Albo uszczypnął.

- Oho? - powiedział spokojnie gliniarz. - A co my tu mamy?

Oboje patrzyli w głąb bagażnika. Gliniarz sprawiał wrażenie niezbyt zaciekawionego i może z lekka zmieszanego, Mary wytrzeszczała oczy ze strachu. Usta jej drżały. Peter podążył wzrokiem za ich spojrzeniem. We wgłębieniu, ukryte pod kołem zapasowym, coś leżało. Przez moment nie uświadamiał sobie - a może nie chciał sobie uświadomić - co to takiego, a potem poczuł, jak ściska mu się żołądek. Jednocześnie mięśnie odbytu nie tyle się rozluźniły, co przestały istnieć, jakby postanowiły właśnie teraz uciąć sobie drzemkę. Świadom był, że rozpaczliwie zaciska pośladki, ale i to wrażenie dobiegało z daleka, jakby z innej strefy czasowej. Przez chwilę, bardzo krótką chwilę, był całkowicie pewien, że to sen, to musi być sen...

Wielkolud spojrzał na niego; szare oczy znów miał tak dziwnie puste, po czym wyciągnął rękę i z wgłębienia wyjął plastikową torbę, dużą, trzylitrową, wypchaną jakimiś zielonobrązowymi ziołami. Zaklejono ją taśmą, a z przodu przylepiono żółty okrągły znaczek - uśmiechniętą buźkę. Doskonały symbol takich głupków jak jego siostra, której życiowe przygody dałoby się opublikować w książce pod tytułem: “Przez najciemniejszą Amerykę ze skrętem i zapasem marychy”. Deirdre zaszła w ciążę naćpana, z całą pewnością naćpana zdecydowała się poślubić Rogera Finneya, Peter wiedział też, że rzuciła Reed (z oceną o nędzny punkt większą od minimalnej), ponieważ za dużo było tam zielska, a ona po prostu nie umiała odmawiać. Sama mu to powiedziała, pod tym względem przynajmniej była szczera, a on przed wyjazdem z Portland przetrząsnął acurę - spodziewając się raczej, że o czymś zapomniała, nie, że coś próbowała rzeczywiście przemycić. Zajrzał pod torby, w które spakowała ubrania, a Mary obmacała ciuchy. (Nie przyznawali się przed sobą do tego, co robią, nie zamienili ani słowa, ale przecież wiedzieli bez słów.) Nie przyszło im jednak do głowy zaglądać pod koło.

Cholerna guma!

Gliniarz nacisnął torbę wielkim kciukiem, jakby sprawdzał świeżość pomidora. Z kieszeni wyjął scyzoryk. Otworzył najmniejsze ostrze.

- Panie władzo - powiedział Peter słabym głosem. - Panie władzo, nie wiem jak...

- Ciii... - I pan policjant zrobił na torbie maleńkie nacięcie.

Peter poczuł, że Mary ciągnie go za rękaw. Tym razem to on ścisnął jej dłoń. Oczami wyobraźni dostrzegł bladą, ładną twarz Deirdre, dostrzegł jej jasne włosy, opadające na ramiona w naturalnych lokach upodabniających ją do Stevie Nicks, dostrzegł jej zawsze lekko nieprzytomne oczy.

Ty durna mała suko - pomyślał. - Bądź szczęśliwa, że nie jestem w stanie dostać cię w swoje łapy.

- Panie władzo... - spróbowała Mary.

Pan władza uniósł dłoń, by ją uciszyć. Podniósł torbę do nosa i powąchał zawartość przez rozcięcie. Zamknął oczy. Po chwili otworzył je powoli i wyciągnął ku Peterowi wielkie łapsko.

- Będzie pan uprzejmy oddać mi kluczyki - powiedział.

- Panie oficerze, mogę to wszystko wytłumaczyć...

- Poproszę kluczyki.

- Jeśli tylko...

- Głuchyś pan! Kluczyki!

Gliniarz właściwie nawet nie podniósł głosu, ale Mary i tak zaczęła płakać. Czując się jak ktoś, kogo dusza przemocą wyrwała się z ciała, Peter wrzucił kluczyki w ręce giganta. Objął drżące plecy żony.

- Obawiam się, że muszą państwo pojechać ze mną - oznajmił gliniarz.

Spojrzał na Petera, potem na Mary, a potem znowu na Petera; Peter nagle zdał sobie sprawę, co go niepokoiło w oczach tego człowieka. Błyszczały wprawdzie jak krople wody przed wschodem słońca w mglisty ranek, były jednak w jakiś sposób martwe.

- Proszę, błagam... - wybąkała Mary przez łzy. - Przecież to pomyłka. Jego siostra...

- Proszę do środka - gliniarz skinieniem głowy wskazał im radiowóz. Kogut błyskał niezmordowanie, jasny nawet w jaskrawych promieniach słońca. - W tej chwili, państwo Jackson.

 

 

4

 

Siedząc na tylnym siedzeniu, nie mieli praktycznie miejsca na nogi. Oczywiście - pomyślał Peter mimochodem - taki wielki facet musi odsuwać fotel do końca. Podłoga za siedzeniem kierowcy zasłana była papierami, podobnie jak półka pod tylną szybą. Peter wziął którąś kartkę - pozostał na niej brązowy krąg rozlanej kawy. Była to ulotka DARE. Na górze przedstawiono dziecko siedzące w drzwiach domu i patrzące przed siebie nieprzytomnym wzrokiem... wyglądało, prawdę mówiąc, dokładnie tak, jak Peter się czuł. BIORĄC, TRACISZ - głosił podpis pod rysunkiem.

Tylne siedzenie odgradzała od przedniego siatka, w drzwiach nie było ani klamek, ani korbek do otworzenia okna. Peter już przedtem czuł się jak bohater filmu (do głowy przyszedł mu przede wszystkim Midnight Express) i te szczegóły wzmogły tylko owe wrażenia. Zdrowy rozsądek podpowiedział mu, że gadał za wiele, że wraz z Mary najlepiej zrobią, po prostu siedząc cicho przynajmniej dopóty, dopóki nie dojadą tam, dokąd zawiezieni zostaną przez własnego, prywatnego Przyjaznego Policjanta; był to prawdopodobnie rozsądny pomysł, z trudem jednak przyszło mu dostosować się do pomysłów podsuwanych przez zdrowy rozsądek. Czuł, że musi, po prostu musi wyjaśnić ich prywatnemu Przyjaznemu Policjantowi, iż zdarzyła się straszna pomyłka, iż jest przecież profesorem filologii angielskiej specjalizującym się w powojennej prozie amerykańskiej, że właśnie opublikował uczoną rozprawę pod tytułem “James Dickey i nowa rzeczywistość Południa” - rozprawę, która głośnym echem odbiła się od niektórych obrośniętych bluszczem murów, no i że od lat nie palił trawki. Bardzo pragnął powiedzieć panu gliniarzowi, że może jest trochę zbyt uczony jak na standardy środkowej Nevady, ale przecież w głębi duszy pozostał fajnym facetem.

Spojrzał na Mary. W jej oczach dostrzegł łzy i nagle zawstydził się swych myśli - ja, ja, ja, nic tylko ja. Żona wpadła w to bagno razem z nim, nie powinien ani na chwilę o tym zapominać.

- Peter, tak bardzo się boję - wyszeptała. Jej szept był jak jęk.

Pochylił się i pocałował ją w policzek. Skórę miała lodowato zimną.

- Nie martw się, wszystko będzie dobrze - wyszeptał w odpowiedzi.

- Słowo honoru?

- Słowo honoru.

Ulokowawszy ich w radiowozie, gliniarz powrócił do acury. Już jakieś dwie minuty wpatrywał się w bagażnik. Nie przeszukiwał go, niczego nawet nie dotknął, po prostu stał jak zaczarowany, z rękami założonymi na plecy. Nagle drgnął, jak ktoś gwałtownie przebudzony z drzemki, zamknął klapę, wyjął kluczyki, schował je do kieszeni i wrócił do radiowozu. Samochód przechylił się w lewo pod jego ciężarem, amortyzatory jęknęły, nieszczęśliwe, lecz najwyraźniej zrezygnowane. Siedzenie kierowcy wybrzuszyło się, Peter syknął, czując nacisk na kolana.

Po tej stronie powinna usiąść Mary - pomyślał, za późno już jednak było na to, by zamieniać się miejscami. Za późno było także na parę innych rzeczy.

Silnik radiowozu pracował od kilku chwil. Gliniarz wrzucił bieg i wyjechał na drogę. Mary odwróciła głowę, obserwując ich oddalający się samochód, a kiedy znów spojrzała przed siebie, Peter dostrzegł, że przepełniające jej oczy łzy pociekły po policzkach.

- Proszę, niech pan mnie wysłucha - powiedziała do krótkich jasnych włosów porastających tył gigantycznej czaszki. Gliniarz zdjął szerokoskrzydły kapelusz; Peter miał wrażenie, że między czubkiem jego głowy a dachem caprice pozostało najwyżej pół centymetra. - Proszę, dobrze? Niech pan spróbuje zrozumieć, że to nie nasz samochód! Sam pan przecież wie, widział pan dowód rejestracyjny. Samochód należy do mojej szwagierki. Głupiej szwagierki... już prawie zupełnie odmóżdżonej.

- Mare... - Peter położył jej dłoń na ramieniu. Strząsnęła ją.

- Nie! Nie mam zamiaru siedzieć w komisariacie w jakiejś dziurze i cały dzień odpowiadać na pytania, nie mam zamiaru siedzieć w celi, bo twoja siostra jest samolubna, głupia i cała... cała... popieprzona!

Peter wyprostował się na siedzeniu. Nadal czuł nacisk na kolana, niemal bolesny, ale przecież musi z tym żyć. Wyjrzał przez zakurzone boczne okno. Od acury dzieliły ich już jakieś dwa-trzy kilometry, przed nimi zaś, na poboczu prowadzącego na zachód pasa stał jakiś samochód. Duży samochód. Być może nawet ciężarówka.

Mary przeniosła wzrok z tyłu głowy policjanta na wsteczne lusterko; prawdopodobnie próbowała złapać w nim jego wzrok.

- Połowa komórek mózgowych Deirdre zmarła śmiercią tragiczną - mówiła - a druga połowa wybrała się na permanentne wakacje w Szmaragdowym Grodzie. Termin kliniczny brzmi “wypalenie”, przecież musiał pan widzieć ludzi takich jak ona nawet tu, na pustyni. Pod zapasowym kołem w jej samochodzie prawdopodobnie rzeczywiście znalazł pan trawkę, ale to nie jest nasza trawka! Czyżby nie potrafił pan tego pojąć?

Stojący na poboczu samochód, przydymiona, szybą wskazujący kierunek na Fallon, Carson City i Lake Tahoe, nie okazał się jednak ciężarówką, lecz kamperem. Nie tym z gatunku dinozaurów, ale nadal całkiem sporym. Na bokach kremowej karoserii widniał zielony pas, na masce zaś, tą samą zieloną farbą, wypisano słowa “Czwórka Szczęśliwych Włóczęgów”. Samochód pokryty był kurzem i stał dziwnie, jakby krzywo. Kiedy się do niego zbliżyli, Peter dostrzegł osobliwą rzecz - kamper miał kapcie we wszystkich kołach, które znajdowały się w zasięgu jego wzroku. Zdawało mu się też, że powietrza nie ma w oponach podwójnych tylnych kół po stronie pasażera. Tyle kapci - oczywiste, że stoi tak dziwnie pochylony, ale jakim cudem komuś udało się przedziurawić naraz prawie wszystkie opony? Gwoździe na drodze? Odłamki szkła?

Spojrzał na żonę, Mary nadal jednak intensywnie wpatrywała się we wsteczne lusterko radiowozu.

- Gdybyśmy to my wsadzili torbę do bagażnika - tłumaczyła - gdyby ta torba była nasza, dlaczegóż, na Boga, Peter miałby wyjmować zapasowe koło, żeby sięgnąć po narzędzia? Przecież mógł to zrobić i bez tego. Nie byłoby to najwygodniejsze, ale miejsca by mu wystarczyło.

Minęli stojący na poboczu wóz. Boczne drzwi miał zamknięte, lecz nie na kluczyk, stopnie opuszczone. Pod nimi, na ziemi leżała lalka. Jej sukienka powiewała na wietrze.

Peterowi opadły powieki. Nie był pewien, czy zrobiły to na jego życzenie, czy też samodzielnie podjęły decyzję, i nie bardzo go to obchodziło. Obchodziło go jednak to, że Przyjacielski Policjant przemknął obok, nie zwalniając, jakby nie widział kampera albo wiedział o nim wszystko. Przez głowę przeleciały mu słowa starej piosenki: “Coś się tu dzieje... nikt nie wie co...

- Czy sprawiamy na panu wrażenie idiotów? - spytała retorycznie Mary. Kamper oddalał się, niknął... podobnie jak przedtem oddalała się, niknęła acura. - A może narkomanów? Czy sądzi pan, że...

- Zamknij się - warknął gliniarz, cicho, ale nie sposób było nie zauważyć jadu w jego głosie.

Mary siedziała pochylona, z rękami wczepionymi w siatkę między przednim a tylnym siedzeniem. Ręce jej opadły, zdumiona, zszokowana, spojrzała na Petera nic nie rozumiejącym wzrokiem. Była żoną naukowca, była poetką, która od momentu, gdy - przerażona - zadebiutowała przed ośmioma laty, zdążyła opublikować swe wiersze w dwudziestu magazynach, dwa razy w tygodniu uczestniczyła w spotkaniach kobiecych grup dyskusyjnych i na serio rozważała, czy nie włożyć sobie kolczyka w nos. Kiedy po raz ostatni w życiu kazano się jej zamknąć? - pomyślał Peter. - Czy w ogóle ktoś kiedyś kazał jej się zamknąć?

- Co? - spytała. Może chciała, by zabrzmiało to agresywnie, może pragnęła, by w jej głosie pojawiła się nawet nutka groźby, ale tak naprawdę kryło się w nim wyłącznie zdumienie. - Co pan powiedział?

- Jesteście z mężem aresztowani pod zarzutem posiadania marihuany w celach handlowych - oznajmił gliniarz.

Mówił głosem monotonnym, spokojnym - głosem robota. Peter patrzył przed siebie. Dopiero teraz dostrzegł, że na desce rozdzielczej, za kompasem, obok czegoś, co prawdopodobnie było cyfrowym licznikiem radaru, siedzi niedźwiadek. Mały niedźwiadek jak zabawka z automatu. Łebek miał na sprężynie, wpatrywał się w niego martwymi oczkami.

To jakiś koszmarny sen - pomyślał Peter, wiedząc doskonale, że to nie jest koszmarny sen. - Przecież to musi być koszmarny sen. Wiem, wiem, bardzo rzeczywisty, ale to przecież musi być koszmarny sen.

- Pan nie mówi poważnie. - Głos Mary był cienki, pełen zdumienia; wiedziała, że rzeczywistość zadaje kłam jej słowom. W oczach znów miała łzy. - Przecież nie może pan mówić poważnie!

- Macie prawo zachować milczenie - recytował gliniarz tym samym mechanicznym głosem. - Jeśli zdecydujecie się zeznawać, wszystko, co powiecie, może być użyte przeciwko wam. Macie prawo do pomocy adwokata. Zabiję was. Jeśli nie stać was na adwokata, zostanie wam przyznany z urzędu. Czy rozumiecie wasze prawa tak, jak zostały wam przedstawione?

Mary patrzyła na Petera wielkimi, przerażonymi oczami, pytając go wzrokiem, czy usłyszał to jedno zdanie wplecione w formułę recytowaną równym głosem robota. Peter skinął głową. Usłyszał je, jasne, że je usłyszał. Przyłożył dłoń do krocza, pewny, że pod palcami poczuje wilgoć, ale nie zsikał się, no przynajmniej jeszcze nie. Objął Mary; czuł, jak jego żona drży. Nie potrafił przestać myśleć o stojącym na poboczu kamperze. Nie zamknięte na zamek drzwi, laleczka leżąca na szosie buzią w dół, zbyt wiele złapanych gum. I jeszcze ten kot, którego Mary widziała przybitego do znaku ograniczenia prędkości.

- Czy rozumiecie wasze prawa?

Zachowuj się normalnie. On chyba nie ma najmniejszego pojęcia, co powiedział, wiec zachowuj się normalnie.

Co to znaczy “normalnie”, kiedy siedzi się na tylnym siedzeniu radiowozu prowadzonego przez policjanta, który najoczywiściej w świecie jest szalony jak marcowy zając, przez policjanta, który właśnie zapowiedział, że ma zamiar cię zabić?

- Czy rozumiecie wasze prawa? - spytał ich mechaniczny głos robota.

Peter otworzył usta. Nie potrafił wykrztusić słowa, jęknął tylko.

I gliniarz wreszcie odwrócił głowę. Jego twarz, zaróżowiona od słońca, kiedy ich zatrzymał, była teraz śmiertelnie blada. Oczy miał wielkie, wręcz ogromne. Przygryzł wargę, jakby powstrzymywał wybuch wściekłego, niepohamowanego gniewu; krew cienkim strumykiem ciekła mu po brodzie.

- Czy rozumiecie wasze prawa?! - wrzasnął. Z głową zwróconą do tyłu pędził pustą szosą przeszło sto dwadzieścia na godzinę. - Czy rozumiecie wasze prawa, czy ich nie rozumiecie? Rozumiecie czy nie rozumiecie? Rozumiecie czy nie rozumiecie? Rozumiecie czy nie? Odpowiedz mi, ty cwany nowojorski Żydku!

- Rozumiem! - wrzasnął Peter. - Rozumiem, rozumiemy, niech pan patrzy na drogę, na litość boską, niech pan patrzy na drogę!

- O mnie się nie martwcie - powiedział gliniarz głosem, który znów był spokojny, łagodny. - Jejku jej! Mam oczy naokoło głowy. Naokoło calutkiej głowy, możecie mi wierzyć. Lepiej, żebyście to sobie zapamiętali.

Odwrócił się nagle, znów patrzył przed siebie. Zwolnił; jechali spokojnie, dziewięćdziesiątką. A jego fotel znów boleśnie uciskał kolana Petera. Nie mógł się ruszyć.

Ujął w dłonie rękę Mary. Przycisnęła twarz do jego piersi, czuł, jak wstrząsa nią z trudem powstrzymywany szloch. Drżała niczym liść na wietrze. Nad jej ramieniem spojrzał przed siebie, przez siatkę. Siedzący na desce rozdzielczej miś ruszał łebkiem.

- Widzę dziury niczym oczy - ostrzegł gliniarz. - Mam ich pełną głowę.

Przez resztę drogi do miasta milczał.

5

Następne dziesięć minut wydawało się Peterowi Jacksonowi bardzo długie. Ciężar cielska na fotelu kierowcy i nacisk na kolana rósł najwyraźniej z każdym ruchem sekundowej wskazówki zegarka - wkrótce Peter stracił czucie w łydkach. Stóp właściwie nie miał; nie był pewien, czy - gdy wreszcie dojadą na miejsce - będzie w stanie o własnych siłach wysiąść z samochodu. Pęcherz mu pękał, głowa bolała. Wiedział, że wraz z Mary znaleźli się w najgorszych kłopotach, jakie im się w życiu przytrafiły, ale w żaden sposób nie pojmował, co za skutki praktyczne mogą mieć te kłopoty, a gdy tylko zbliżał się do zrozumienia, w jego mózgu następowało krótkie spięcie. Wracali do Nowego Jorku. Spodziewano się przecież, że wkrótce tam wrócą. Ktoś podlewał im kwiatki. Dzieje się coś, co się nie może dziać, absolutnie nie może się dziać.

Mary trąciła go łokciem. Wskazała za okno, na drogowskaz, na którym wypisane było jedno słowo: DESPERATION, a pod nim widniała wskazująca w prawo strzałka.

Caprice zwolnił, ale niewiele. Przechylił się mocno; Peter dostrzegł, że Mary wzięła głęboki oddech, jakby zaraz miała wrzasnąć. Przykrył jej usta dłonią i szepnął do ucha:

- Uda mu się, zobaczysz, że mu się uda, nie będziemy dachować.

Sam nie był jednak całkiem tego pewien, radiowóz wpadł w poślizg, ale tylne koła szczęśliwie złapały przyczepność i już gnali wąską drogą, na której nie pofatygowano się nawet wymalować białej środkowej linii.

Przejechali z półtora kilometra, nim po prawej pojawiła się tablica: KOŚCIOŁY I ORGANIZACJE SPOŁECZNE DESPERATION WITAJĄ - Słowa KOŚCIOŁY I ORGANIZACJE SPOŁECZNE były czytelne, choć ktoś pokrył je warstwą żółtej farby w sprayu. Nieco wyżej, tą samą farbą, nierównymi wielkimi literami ktoś wypisał ZDECHŁE PSY. Na tablicy zmieściła się nawet lista kościołów i organizacji społecznych, ale Peter nie miał zamiaru jej przeczytać. Przeszkadzał mu powieszony wilczur, tylne łapy psa kołysały się zaledwie kilka centymetrów nad ziemią, ciemną i rozmiękłą od krwi.

Mary ściskała mu rękę jak imadło. Cieszył go uścisk jej palców. Pochylił się, wdychając słodki zapach perfum i kwaśną woń potu. Dotknął wargami jej ucha.

- Nic nie mów, nie waż się odezwać - szepnął. - Skiń głową, jeśli rozumiesz, co powiedziałem.

Skinęła głową. Peter wyprostował się.

Mijali osiedle przyczep kempingowych, stojących za ogrodzeniem z siatki. Większość przyczep była mała i najwyraźniej widziała lepsze dni mniej więcej wtedy, gdy w telewizji pojawiły się pierwsze odcinki Cheers. Na gorącym pustynnym wietrze między kilkoma przyczepami powiewało nędzne pranie. Na jednej wisiał napis:

 

KOCHAM BROŃ I W GARDŁO LEJĘ.

CZYTAM BIBLIĘ I CLINTONA LEJĘ.

JESTEM SUKINSYNEM.

PIES TO NIC, STRZEŻ SIĘ WŁAŚCICIELA.

Na starej airstreem, zaparkowanej blisko drogi, ustawiono czarną antenę satelitarną, na niej zaś, na arkuszu pomalowanej na biało, lecz mimo to przeżartej rdzą blachy wypisano:

 

WŁASNOŚĆ TELEKOMUNIKACJI.

PARKING GRZECHOTNIKA.

NIE CHODZIĆ! POLICJA CZUWA!

Za parkingiem stał długi barak z blachy falistej, również mocno zardzewiały, ozdobiony oznaczeniem: KORPORACJA GÓRNICZA DESPERATION. Z boku, na popękanym asfalcie parkingu stało kilkanaście samochodów, w tym kilka półciężarówek.

W chwilę później minęli “Desert Rose Café” i znaleźli się w mieście. Na Desperation w Nevadzie składały się dwie ulice, przecinające się pod kątem prostym. Ze wszystkich czterech stron umieszczonej nad skrzyżowaniem sygnalizacji mrugało żółte światło. Budynki użyteczności publicznej wypełniały przestrzeń między dwiema przecznicami. Większość z nich najoczywiściej miała fałszywe frontony. Była tu kawiarnia i kasyno “Owl's Club”, sklep samoobsługowy, automatyczna pralnia, bar, zapraszający gości wywieszonym w oknie napisem: CIESZ SIĘ NASZĄ ALKOHOLOWOŚCIĄ, sklep przemysłowy i sklep spożywczy oraz kino “The American West” plus kilka innych domów. Żaden biznes nie sprawiał wrażenia kwitnącego, kino zaś wyglądało, jakby nikt nie otworzył jego podwojów od bardzo, bardzo dawna. Z brudnej, porwanej markizy zwisało krzywe O.

Na osi wschód-zachód stało kilka domów i jeszcze trochę przyczep. Poruszał się tu tylko radiowóz i zabłąkany biegacz stepowy, podskakujący leniwie główną ulicą.

Ja też zszedłbym z drogi, gdybym wiedział, że zbliża się ten facet. Możecie roztrąbić światu, że zwiałbym, gdzie pieprz rośnie - pomyślał Peter.

Tuż za miastem znajdował się ogromny wał ziemny, na który dwoma ostrymi zakrętami wspinała się ubita gruntowa droga, najmarniej czteropasmówka. Reszta nasypu, co najmniej stumetrowej wysokości, pocięta była głębokimi wyjeżdżonymi koleinami, kojarzącymi się Peterowi ze zmarszczkami na skórze starca. U stóp znajdującego się za wałem krateru, prawdopodobnie pozostałości po kopalni odkrywkowej, przy budynku z blachy falistej, z którego w obie strony biegły taśmociągi, stały zaparkowane ciężarówki. Przy tej nieprawdopodobnej ścianie ziemi wyglądały jak zabawki.

- Grzechotnik Numer Dwa, znany też pod nazwą Chińskiej Jamy. - Policjant przemówił po raz pierwszy, odkąd oznajmił im, że głowę ma pełną dziur czy coś takiego. Powiedział to tonem przewodnika, któremu praca jeszcze się nie znudziła. - Stary Numer Dwa zaczęto eksploatować w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym pierwszym roku. Mniej więcej od sześćdziesiątego drugiego do końca lat siedemdziesiątych była to największa kopalnia odkrywkowa miedzi w Stanach Zjednoczonych, jeśli nie na świecie. Złoże zostało wybrane i kopalnię zamknięto tylko po to, by otworzyć ją dwa lata temu. Dzięki nowym technikom opłacało się nawet wydobywanie resztek. Ach, ta nauka. Jejku, jej.

Kopalnia z pewnością jednak tego dnia nie pracowała, choć przecież nie była to ani sobota, ani niedziela. Na górze nie widać było żywej duszy. Ciężarówki stały sobie po prostu wokół czegoś, co mogło być sortownią. Ktoś zostawił pikapa zaparkowanego na poboczu szerokiej, prowadzącej na sam szczyt żwirowej drogi. Oba taśmociągi stały.

Radiowóz przejechał przez centrum miasteczka. Gdy mijali skrzyżowanie, Mary dwukrotnie ścisnęła dłoń Petera. Powiódł wzrokiem za jej spojrzeniem. Pośrodku uliczki krzyżującej się z główną ulicą stały trzy rowery, nieco oddalone od skrzyżowania, ustawione na kierownicach i siodełkach, ze sterczącymi do góry kołami. Koła obracały się na pustynnym wietrze jak wiatraki.

Mary spojrzała na niego; oczy miała wielkie, większe niż dotychczas. Peter uścisnął jej dłoń.

- Ciii...

Wielki policjant włączył migacz, sygnalizując skręt w lewo - w tych okolicznościach było to nawet zabawne - i wjechał na mały, niedawno wyasfaltowany parking, odgrodzony z trzech stron ceglanym murem. Na asfalcie wymalowano błyszczącą białą farbą miejsca na samochody. Na ścianie z tyłu wypisano ostrzeżenie: TYLKO DLA SAMOCHODÓW URZĘDU MIEJSKIEGO LUB JEGO GOŚCI. PROSIMY, ZOSTAW WOLNE MIEJSCE.

Tylko w Nevadzie nadal proszą, żeby zostawić wolne miejsce do parkowania - stwierdził w duchu Peter. - W Nowym Jorku podobny napis głosiłby zapewne: SAMOCHODY OSÓB NIE UPOWAŻNIONYCH ZOSTANĄ SKRADZIONE, A WŁAŚCICIELE RZUCENI LWOM NA POŻARCIE.

Na parkingu stały może ze cztery wozy. Jeden z nich, stary, zardzewiały ford kombi ozdobiony był na drzwiach napisem: DOWÓDCA ODDZIAŁU STRAŻY POŻARNEJ. Obok niego stał inny policyjny radiowóz, w nieco lepszym stanie, starszy jednak od caprice, którym przyjechali. Tylko jedno miejsce zarezerwowano dla osób niepełnosprawnych i na nim właśnie stanęli. Przyjacielski Policjant wyłączył silnik i przez chwile siedział nieruchomo. Głowę miał opuszczoną, palcami wystukiwał na kierownicy jakąś melodię, nucąc ją jednocześnie martwym głosem. Peterowi zdawało się, że to Last Train to Clarkesville.

- Niech pan nas nie zabija - powiedziała nagle Mary zduszonym od łez, drżącym głosem. - Zrobimy, co pan chce, tylko niech pan nas nie zabija!

- Zamknij tę swoją żydowską kłapaczkę - odparł gliniarz.

Nie uniósł nawet głowy. Palcami wielkości parówek nadal wybijał na kierownicy rytm piosenki.

- Nie jesteśmy Żydami - odezwał się ku swemu wielkiemu zdumieniu Peter. W jego głosie nie było strachu, już raczej brzmiał zaczepnie, gniewnie. - Tylko... no... chyba prezbiterianami. O co tu w ogóle chodzi?

Przerażona Mary zerknęła na męża i przez siatkę wpatrzyła się w policjanta niepewna, jak przyjmie tę uwagę. Policjant nie zareagował, siedział ze zwieszoną głową, stukając w kierownicę. Po chwili przestał, zabrał kapelusz z fotela pasażera i wyszedł z samochodu. Peter pochylił się, by móc obserwować, jak wkłada ten kapelusz. Cień wielkiego stojącego mężczyzny nadal był krótki, lecz nie otaczał już wyłącznie jego stóp. Peter zerknął na zegarek - prawie wpół do trzeciej. I pomyśleć, że przed niespełna godziną jego największym zmartwieniem było, gdzie się tej nocy prześpią, a jedyną troską to, że nie ma już gumy do żucia.

Gliniarz pochylił się i otworzył lewe tylne drzwiczki radiowozu.

- Proszę wysiąść z samochodu - powiedział uprzejmie.

Wysiedli, Peter pierwszy. Stali na parkingu w gorących promieniach słońca, niepewnie przyglądając się gigantowi w mundurze, przecinającym pierś pasie i szerokoskrzydłym kapeluszu.

- Przejdziemy teraz do frontowego wejścia do budynku Urzędu Miejskiego - oznajmił im wielkolud. - Chodnikiem na lewo. Oboje wyglądacie mi na Żydów. Macie te charakterystyczne wielkie nosy.

- Panie władzo... - spróbowała Mary.

- Nie. Ruszajcie i na chodniku skręćcie w lewo. Nie nadużywajcie mojej cierpliwości.

Ruszyli. Szli po świeżo wyasfaltowanym parkingu, mając wrażenie, że ich kroki rozlegają się bardzo głośnym echem. Peter nie mógł przestać myśleć o misiu siedzącym na desce rozdzielczej. O jego kołyszącym się łebku, jego malowanych ślepkach. Kto dał go temu człowiekowi? Ulubiona siostrzenica? Córka? Przyjacielski Policjant nie nosił obrączki, co łatwo było dostrzec, kiedy stukał palcami w kierownicę, ale nie oznaczało to przecież, że nigdy nie był żonaty. Fakt, że żona tego szczególnego mężczyzny mogła w którymś momencie zapragnąć rozwodu, nie wydał się Peterowi dziwny. O, nie.

Gdzieś z góry dobiegał ich monotonny zgrzyt. Peter spojrzał wzdłuż ulicy. Nad barem “Bud’s Suds” kręcił się kurek przedstawiający gnoma, który trzymał pod pachą dzban złota i uśmiechał się wszystkowiedzącym uśmiechem. To on zgrzytał tak przeraźliwie.

- W lewo, ośle - burknął gliniarz głosem nie tyle gniewnym, co zrezygnowanym. - Nie wiesz, która to lewa strona? Nie uczą was znaku krzyża, wy cholerni nowojorscy homoprezbiterianie?

Peter skręcił w lewo. Szedł ramię przy ramieniu z Mary, trzymając ją za rękę. Dotarli tak do wejścia - trzech stopni prowadzących wprost w nowoczesne podwójne drzwi z przydymionego szkła. Sam budynek był znacznie mniej nowoczesny. Biała tablica na wyblakłej cegle oznajmiała: URZĄD MIEJSKI DESPERATION. Poniżej, na drzwiach, wyliczono wszystkie dostępne chętnemu wydziały: Biuro Burmistrza, Komitet Szkolny, Policja, Wydział Oczyszczania Miasta, Urząd Pracy, Wydział Kopalin i Minerałów. U dołu na prawym skrzydle zainteresowanych poinformowano jeszcze: PODANIA O ZASIŁKI PRZYJMOWANE SĄ W PIĄTKI OD 13.00 PO UPRZEDNIM ZGŁOSZENIU.

Gliniarz zatrzymał się u stóp schodów i z wielkim zdumieniem przyjrzał się Jacksonom. Choć upał był nieznośny, dobrze ponad trzydzieści pięć stopni, najwyraźniej wcale się nie pocił. Zza jego szerokich ramion dobiegał monotonny, przeraźliwy w panującej ciszy zgrzyt kurka.

- Ty jesteś Peter? - spytał.

- Tak, Peter Jackson. - Peter oblizał wargi.

Gliniarz spojrzał na Mary.

- A ty Mary, tak?

- Tak.

- A gdzie się podział Paul? - zainteresował się, patrząc na nich łagodnym, pogodnym spojrzeniem.

Kurek nad barem ze zgrzytem obracał się na wietrze.

- Jak to? - zdumiał się Peter. - Nie rozumiem?

- Przecież nie możecie śpiewać Five Hundred Miles i Leavin on a Jet Plane - stwierdził rozsądnie wielkolud, otwierając prawe skrzydło drzwi.

Owiało ich chłodne powietrze z klimatyzowanego wnętrza. Peter poczuł na twarzy jego powiew, zdążył jeszcze pomyśleć, jakie jest przyjemne, miłe, chłodne... i w tym momencie Mary wrzasnęła przeraźliwie.

Jego oczy ułamek sekundy dłużej przyzwyczajały się do mroku panującego wewnątrz urzędu miejskiego, ale przecież przyzwyczaiły się i dostrzegł to, co wcześniej zobaczyła Mary. Dostrzegł leżącą u stóp schodów dziewczynkę - miała może sześć lat i była rozciągnięta na czterech najniższych stopniach. Jedną rączkę zarzuconą miała nad głowę, dłonią do góry, jasne włosy związane w kucyki. Jej głowa przechylona była na bok pod nienaturalnym kątem, oczy szeroko otwarte. Peter nie miał już najmniejszych wątpliwości, do kogo należała lalka, leżąca na ziemi obok kampera. CZWÓRKA SZCZĘŚLIWYCH WŁÓCZĘGÓW - głosił wypisany na jego masce napis, ale w swym optymizmie zdecydowanie nie pasował do współczesnych czasów. Co do tego Peter też nie miał najmniejszych wątpliwości.

- Jejku jej! - krzyknął wesoło wielki glina. - Zupełnie o niej zapomniałem! No, ale przecież nie da się pamiętać o wszystkim, prawda? Choćby człowiek nie wiem jak próbował!

Mary znów wrzasnęła. Zaciśnięte w pięści dłonie podniosła do ust. Próbowała się cofnąć.

- Ależ nie, skąd, co za kiepski pomysł - skrzywił się gliniarz.

Złapał ją za ramię i pchnął. Mary przeleciała przez cały krótki korytarz, wymachując ramionami w rozpaczliwym wysiłku, by utrzymać się na nogach i nie wpaść na dziewczynkę w dżinsach i koszulce MotoGlin 2200.

Peter skoczył, by podtrzymać żonę. Gliniarz złapał go w niedźwiedzim uścisku, pośladkami przytrzymując zamykające się drzwi. Przytulił go do piersi. Twarz miał szczerą, przyjacielską, a przede wszystkim, co za szczęście, wyglądał teraz zupełnie zwyczajnie - sprawiał wrażenie całkiem normalnego, jakby przeszedł na stronę dobrych facetów, przynajmniej chwilowo. Peter poczuł przypływ nadziei i nie od razu skojarzył nagły ucisk na brzuchu z monstrualnym rewolwerem gliniarza. Nie; pomyślał o ojcu, który czasami szturchał go palcem, zwłaszcza gdy udzielał mu dobrych rad. Szturchnięcia dodawały siły sentencjom w rodzaju: Żadna dziewczyna nie zajdzie w ciążę, jeśli chłopaki jak ty zapną spodnie na wszystkie guziki, Petie”.

Nie zdawał sobie sprawy z tego, że policjant szturcha go lufą, nie paluchem, póki Mary nie krzyknęła:

- Nie! Boże, nie!

- Nie... - zdążył się jeszcze zdziwić.

- Nie obchodzi mnie, czy jesteś Żydem czy Hindusem - stwierdził gliniarz, tuląc go do piersi. Lewą ręką otoczył mu ramiona, prawą odwiódł kurek czterdziestkipiątki. - My tu, w Desperation, nie przejmujemy się takimi drobiazgami.

Nacisnął spust co najmniej trzykrotnie. Co najmniej, bo dalszych strzałów Peter Jackson nie zdołałby już usłyszeć. Mimo iż stłumione przez jego żołądek i tak rozległy się przeraźliwie głośno. Fala nieprawdopodobnego gorąca sięgnęła mu jednocześnie do stóp i piersi, usłyszał, jak coś mokrego rozpryskuje mu się na butach. Słyszał też krzyk Mary, ale Mary krzyczała już z bardzo, bardzo daleka.

A teraz obudzę się w łóżku - zdążył jeszcze pomyśleć. Kolana ugięły się pod nim, świat zaczął się oddalać, świat jaskrawy, rażący oczy jak odbicie popołudniowego słońca na chromowej powierzchni wagonu ruszającego ze stacji pociągu. - Teraz obudzę się i...

Przestał myśleć. Zapadał się w ciemność w towarzystwie nie myśli, lecz obrazu - obrazu misia siedzącego obok kompasu na desce rozdzielczej policyjnego radiowozu. Misia kiwającego łebkiem, wpatrzonego w niego nieruchomymi, malowanymi ślepkami. Ślepka zmieniły się w dziury, z dziur trysnęła ciemność i Peter Jackson przestał być.

 

 

Rozdział 2

 

1

 

Ralph Carver spoczywał głęboko w ciemności i wcale nie pragnął się z niej wynurzyć. Czuł oczekujący na niego niecierpliwie ból, ma prawdopodobnie kaca, potężnego kaca, skoro głowa boli go nawet przez sen, ale chodzi nie tylko o kaca. Chodzi o coś jeszcze, o coś

(Kirsten)

co stało się rano. Coś związanego z

(Kirsten)

z wakacjami. Upił się chyba, urządził jakiś cholerny cyrk, Ellie jest z całą pewnością wkurzona jak cholera, ale jeśli nawet, to i tak nie powinien się czuć aż tak fatalnie...

Krzyk. Ktoś krzyczy. Z daleka.

Ralph próbował jeszcze głębiej pogrzebać się w ciemności, tylko że ktoś złapał go teraz za ramiona, ktoś zaczął nim potrząsać, cholera, każdy ruch przeszywał mu głowę strzałą bólu, co za kac...

- Ralph! Ralph! Obudź się, Ralph! Obudź się!

Ellie nim potrząsa. Czyżby spóźniał się do pracy? Jak może spóźnić się do pracy, przecież pojechali na wakacje!

Otaczającą go ciemność przeszyły strzały niczym potężne snopy światła. Trzy, przerwa, i jeszcze jeden. Ralph otworzył oczy i usiadł, nie mając przez chwilę pojęcia, gdzie jest, co się dzieje. Wiedział tylko, że łeb mu pęka, że łeb ma jak balon Macy'ego podczas parady w dzień Święta Dziękczynienia. Twarz zaklejało coś lepkiego... syrop? Dżem? Ellen przyglądała mu się z napięciem, jedno oko miała szeroko otwarte, przerażone, drugie zasłaniał wielki sinowiśniowy siniak.

Krzyki. Skąd. Kobieta. Z dołu. Może...

Próbował wstać, ale z jakiegoś powodu nie mógł utrzymać kolan w pozycji wyprostowanej. Spadł z łóżka, na którym siedział (tylko, że nie było to łóżko, lecz prycza), lądując na dłoniach i kolanach. Ból niemal rozłupał mu czaszkę, przez chwilę miał wrażenie, że pękła na połówki jak skorupka jajka. Nagle stwierdził, że przez pasma włosów widzi swe oparte o podłogę dłonie, obie pokryte krwią, przy czym lewa była znacznie czerwieńsza od prawej. Patrzył na nie i nagle

(Kirsten o Jezu Ellie łap ją)

w głowie niczym zepsuty fajerwerk eksplodowały wspomnienia i sam zaczął wrzeszczeć, wrzeszczeć na zakrwawione dłonie, a to, co pragnął pogrzebać w pamięci, rozdarło jej powierzchnię niczym rzucony w wodę kamień. Kirsten spadła ze schodów...

Nie. Została zepchnięta ze schodów...

Ten zwariowany sukinsyn, który ich tu przywiózł, zepchnął ze schodów jego siedmioletnią córeczkę. Ellie próbowała ją złapać i wtedy ten zwariowany sukinsyn podbił jej oko, Ellie przewróciła się na schody, a Kirsten z nich spadła. Oczy miała szeroko otwarte, pełne nieprzytomnego zdumienia, pewnie nawet nie wiedziała, co się dzieje. Jeśli on, Ralph, ma jeszcze w życiu jakąś nadzieję, będzie czepiał się właśnie tego, że ona chyba nie wiedziała, co się dzieje, że wszystko działo się dla niej za szybko, przewróciła się, fiknęła kozła, uniesione nóżki i ten dźwięk - ten obrzydliwy trzask jak łamiącej się pod ciężarem śniegu gałęzi - w jednej chwili całkiem się zmieniła, zatrzymała się u stóp schodów, leżała tam nie jak dziewczynka, lecz lalka, wypchana gałgankami lalka...

Nie myśl, nie myśl, ani mi się waż myśleć.

Ale musiał myśleć. Tak upadła... leżała u stop schodów z przekrzywioną główką...

Ralph dostrzegł krople krwi kapiące mu na lewą dłoń. Najprawdopodobniej coś jest nie tak z tą stroną jego twarzy. Co się stało? Czy gliniarz dał w pysk i jemu, być może rękojeścią tego swojego monstrualnego rewolweru? Może, ale ta część przeżyć dzisiejszego dnia jakoś umknęła jego pamięci. Pamiętał tylko, jak jego córeczka robi salto na schodach, ześlizguje się z kilku stopni i nieruchomieje z przekrzywioną na bok główką. Tylko to. Chryste na niebie, wystarczy tych wspomnień!

- Ralph! - Ellen szarpała go za ramię, dysząc ciężko. - Ralph, wstawaj! Wstań, proszę.

- Tato? Tato, proszę, oprzytomniej. - Głos jego syna Davida dobiegał Ralpha z dalszej odległości. - Mamo, czy wszystko z nim dobrze? Znowu krwawi, prawda?

- Nie... Nie, tata...

- Tak, mamo, krwawi. Przecież widzę. Tato, tato, dobrze się czujesz?

- Dobrze - wykrztusił.

Przyklęknął na jedno kolano, złapał się pryczy i z wysiłkiem dźwignął na nogi. Lewe oko zalane miał krwią. Lewa powieka sprawiała wrażenie zalepionej cementem portlandzkim. Wytarł ją grzbietem dłoni i skrzywił się, kiedy czoło przeszyła mu fala bólu; ciało nad lewą powieką miał miękkie jak świeże bitki. Spróbował obrócić się w stronę, z której dobiegał go głos syna, i omal się nie przewrócił. Miał wrażenie, że płynie łodzią. Zmysł równowagi diabli wzięli - nawet kiedy przestał się obracać, coś w głowie próbowało przekonać go, że kręci się nadal w kółko, w kółko. Ellie złapała go, podtrzymała, pomogła mu zrobić krok do przodu.

- Nie żyje, prawda? - spytał Ralph. Zdławiony głos wydostał mu się z gardła niczym w strumieniu krwi. Nie potrafił uwierzyć w to, co powiedział ten głos, ale przypuszczał, że z czasem uwierzy. To właśnie było najgorsze. Z czasem uwierzy. - Kirsten nie żyje, prawda?

- Tak, chyba rzeczywiście nie żyje - odparła Ellen. Tym razem to ona się zataczała. - Złap się za kraty, Ralph, dobrze? Zaraz mnie przewrócisz.

Siedzieli w celi aresztu. Przed sobą, tuż poza zasięgiem wyciągniętej ręki, Ralph dostrzegł zakratowane drzwi. Krata pomalowana była na biało - grubo, bo w niektórych miejsca farba zastygła w głębokie, nierówne linie. Zrobił jeden chwiejny krok i złapał się kraty.

Przed sobą miał biurko stojące pośrodku niewielkiej kwadratowej przestrzeni niczym jedyny rekwizyt w jakiejś minimalistycznej sztuce. Na biurku leżały papiery oraz dubeltówka, wokół której rozsypane były grube zielone patrony. Przysunięte do niego staroświeckie drewniane krzesło wmontowane miało kółka, na jego siedzeniu zaś leżała spłowiała niebieska poduszka. Paliła się wprawiona w sufit żarówka w osłoniętym siatką kloszu. Muchy, którym udało się tam dostać i paść, rzucały na podłogę i ściany groteskowo wielkie cienie.

Trzy ściany pomieszczenia zajmowały cele. Pośrodku znajdowała się największa, prawdopodobnie przeznaczona dla pijaków. Ralph i Ellie Carver zajmowali jedną z mniejszych. Druga mała cela, po ich prawej ręce, była pusta. Naprzeciw nich znajdowały się jeszcze dwie, bliźniacze. W jednej zamknięty był ich jedenastoletni syn, David, wraz z siwowłosym mężczyzną. Tyle tylko Ralph potrafił o nim powiedzieć; mężczyzna ten siedział na pryczy z opuszczoną, ukrytą w rękach głową. Kiedy z dołu rozległ się kobiecy krzyk, David obrócił się w jego kierunku, w kierunku otwartych drzwi, które prowadziły na schody

(Kirsten, Kirsten spadla z tych schodów, skręciła sobie kark, trzasnął jak łamiąca się gałąź...)

i na poziom ulicy, siwowłosy mężczyzna nawet się jednak nie poruszył.

Ellie podeszła do Ralpha i objęła go w pasie. Ralph zaryzykował i poruszył jedną ręką. Zdjął ją z kraty, ujął dłoń żony.

Na schodach rozległy się kroki, coraz bliżej, słyszeli też szuranie. Prowadzono im kogoś do towarzystwa... kogoś niezbyt chętnie dającego się prowadzić.

- Musimy mu pomóc! - krzyczała kobieta. - Musimy pomóc Peterowi! Musimy...

Jej krzyk urwał się, gdy została wepchnięta do środka. Leciała od drzwi z dziwną, baletową wręcz lekkością, obracając się na czubkach palców, białe tenisówki nawet podobne były do baletek, wyciągała ręce, włosy powiewały, miała na sobie dżinsy i spłowiałą niebieską koszulę. Wpadła na biurko, uderzyła w nie udami z siłą wystarczającą, by przesunęły się w stronę krzesła i nagle ze swej celi David rozkrzyczał się na nią piskliwie jak ptak, ściskał kraty, podskakiwał na palcach, krzyczał panicznie, cienko, Ralph nie słyszał jeszcze tak krzyczącego syna, nie podejrzewał nawet, że jego syn potrafi tak krzyczeć.

- Strzelba! Strzelba! Proszę pani, strzelba, strzelba, strzelba...! Weź strzelbę i zastrzel go! Niech pani go zastrzeli!

Siwowłosy podniósł wreszcie głowę. Twarz miał starą, ciemną od słońca pustyni, głębokie worki pod załzawionymi żółtymi oczami upodabniały go do wyżła.

- Kobieto! - wychrypiał. - Dubeltówka!

Kobieta w dżinsach i spłowiałej koszuli spojrzała w kierunku krzyczącego chłopca, potem, przez ramię, na schody. Słuchała chyba ciężkich, zbliżających się kroków.

- Bierz strzelbę! - wrzasnęła stojąca obok Ralpha Ellie. - Zabił naszą córeczkę, zabije nas wszystkich, bierz strzelbę! Kobieta w dżinsach i spłowiałej koszuli sięgnęła po dubeltówkę.

2

Aż do Nevady wszystko było fajnie.

Szczęśliwi włóczędzy wyruszyli z Ohio do Lake Tahoe. Ellie Carver i dzieciaki mieli przez dziesięć dni pływać, spacerować i w ogóle napawać się urodą okolicy, a Ralph Carver miał grać - niespiesznie, dla przyjemności, absolutnie skoncentrowany. Miała to być ich czwarta wizyta w Nevadzie, druga nad jeziorem, Ralph zaś postanowił jak zawsze przestrzegać swych żelaznych zasad głoszących, że przerywa, gdy: a) przegra tysiąc dolarów lub b) wygra dziesięć tysięcy. Podczas trzech poprzednich wizyt nie udało mu się osiągnąć ani jednej, ani drugiej granicy. Raz wrócił do Columbus z przeznaczonymi na grę pięciuset dolarami w ogóle nienaruszonymi, raz miał ich zaledwie dwieście, a raz w lewej wewnętrznej kieszonce myśliwskiego bezrękawnika, który nosił na szczęście, zgromadził aż trzy tysiące dolarów. Podczas tej podróży zatrzymywali się w Hiltonach i Sheratonach, a nie na kempingach, a także kochali się każdej nocy, co Ralph uważał za fenomen, jako że oboje dobiegali czterdziestki.

“Kasyna już ci się pewnie znudziły - powiedział żonie w lutym, kiedy zaczęli planować wakacje. - Może tym razem pojechalibyśmy do Kalifornii? Albo do Meksyku?

“Jasne. I wszyscy dostaniemy sraczki. Będziemy podziwiać Pacyfik pomiędzy biegami do casa del kupa czy jak to tam nazywają”.

“A Teksas? Dzieciaki zobaczyłyby Alamo...” “Za gorąco, za dużo historii. Tahoe będzie chłodne, nawet w lipcu. Dzieci je kochają. Ja też. A póki nie prosisz o moje pieniądze, kiedy już przegrasz swoje...

“Wiesz, że tego bym nigdy nie zrobił! - W głosie Ralpha zabrzmiało zdumienie i żal”.

Ralph rzeczywiście był zdumiony i trochę rozżalony. Siedzieli w kuchni swego podmiejskiego domu w Wentworth pod Columbus, obok brązowej lodówki, na drzwiczkach której rozsiane były namagnetyzowane stokrotki, przed nimi na barku rozrzucone były prospekty biur podróży; nie zdawali sobie sprawy z tego, że gra już się rozpoczęła, że jako pierwszą przegrają córkę. “Pamiętasz, co ci powiedziałem...

Że kiedy zaczniesz zachowywać się jak nałogowy hazardzista, przestajesz grać. Wiem. Pamiętam. Wierzę ci. Lubisz Tahoe, ja lubię Tahoe, dzieci lubią Tahoe, niech będzie Tahoe”.

Dokonali więc rezerwacji i dziś - jeśli nadal rzeczywiście było to dziś - jechali US 50, zwaną “najmniej uczęszczaną z dróg Ameryki”, kierując się na zachód, przez Nevadę w High Sierra. Kirsten bawiła się swą ulubioną lalką, Melissą Sweetheart, Ellie drzemała, a siedzący obok ojca David wyglądał przez okno, podpierając brodę dłońmi. Przedtem czytał Biblię, którą dał mu nowy przyjaciel, wielebny Martin (Ralph miał tylko nadzieję, że wielebny Martin nie jest pedałem; był wprawdzie żonaty, co dobrze o nim świadczyło, ale przecież, cholera, to jednak żaden dowód), ale potem zaznaczył miejsce i schował ją na półce. Ralph po raz kolejny przyznał przed sobą, że może warto byłoby spytać go, o czym myśli, o co właściwie chodzi z tą Biblią, ale równie dobrze mógłby przecież pytać słup, o czym myśli. David (nienawidził, kiedy mówiono na niego Dave) był pod tym względem dziwnym dzieckiem, zupełnie nie przypominającym rodziców. Ani młodszej siostry, jeśli już o to chodzi. Nagłe zainteresowanie religią - to, co Ellie nazwała “podróżą do Boga” - było tylko jednym z objawów. Prawdopodobnie minie mu, a tymczasem przynajmniej nie oświecał ojca cytatami na temat hazardu, przeklinania i niegolenia się w weekendy. I dobrze. Ralph nadal kochał chłopca, a miłość wybacza wiele. Prawdopodobnie po to jest, by wybaczać - pomyślał.

Właśnie miał spytać syna, czy nie miałby ochoty pograć w dwadzieścia pytań - od chwili opuszczenia Ely, dziś rano, praktycznie nie było na co patrzeć i Ralph nudził się wręcz przeraźliwie - kiedy kierownica nagle zmiękła mu w rękach, a równy szum opon na asfalcie przeszedł w nieregularne kłapanie.

“Tata? - w głosie Davida brzmiała obawa, lecz nie panika. Doskonale. - Wszystko dobrze?

“Trzymaj się - odparł Ralph, pompując hamulce. - Może być niebezpiecznie”.

Teraz, trzymając się krat celi, patrząc na oszołomioną kobietę, która być może stanowiła ich jedyną szansę przeżycia tego koszmaru, pomyślał: wtedy nie wiedziałeś nawet, co to znaczy niebezpiecznie, prawda?

Głowa bolała go od krzyku, ale mimo to krzyknął, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo jego głos przypomina głos syna.

- Zastrzel go, kobieto, zastrzel, proszę...!

 

 

3

Mary Jackson pamiętała jedno - i to wspomnienie spowodowało, że sięgnęła po dubeltówkę, chociaż w życiu nie miała w ręku broni ani długiej, ani krótkiej. Pamiętała, jak gliniarz odczytywał im ich prawa i wplótł w nie słowa: “Zabiję was”.

Miał taki zamiar. Na Boga, z pewnością miał zamiar ich zabić.

Obróciła się, trzymając strzelbę w dłoniach. Wielki jasnowłosy gliniarz stał w prowadzących do aresztu drzwiach i przyglądał się jej błyszczącymi, szarymi pustymi oczami.

- Zastrzel go, kobieto, zastrzel go, proszę! - krzyknął mężczyzna.

Zamknięty był w celi po jej prawej ręce. Stał obok kobiety z podbitym okiem; krwawiła podskórnie, sine nitki spływały jej na policzki jakby pod skórę wstrzyknięto tusz. Mężczyzna wyglądał jeszcze gorzej; cała lewa strona jego twarzy pokryta była grubą skorupą na pół zaschłej krwi.

Gliniarz podbiegł do niej, tupiąc butami po drewnianej podłodze. Mary cofnęła się, odsunęła od niego w stronę wielkiej pustej celi, jednocześnie odciągając kciukiem oba kurki dubeltówki. Podniosła ją do ramienia. Nie miała zamiaru ostrzegać tego człowieka. Właśnie z zimną krwią zabił jej męża. Nie miała zamiaru go ostrzegać.

4

Ralph pompował hamulce, mocno trzymając kierownicę. Łokcie odsunął od ciała - pozwalał jej pracować, ale lekko, bardzo lekko. Czuł, jak jego wóz próbuje zygzakować. Mówiono mu, że jeśli w samochodzie tych rozmiarów przy dużej szybkości strzeli opona, sekret polega na tym, żeby pozwalać mu chodzić na boki, byle nie za bardzo. Nie wyglądało jednak na to, żeby - mam dla was kiepską nowinę, kochani - strzeliła jedna tylko opona.

Zerknął we wsteczne lusterko. Kirsten nie bawiła się już z Melissą Sweetheart. Mocno przytuliła do piersi ukochaną laleczkę. Wiedziała, że coś się dzieje, choć nie wiedziała co.

“Kirsten, siadaj! - krzyknął Ralph. - Zapnij pas”.

Tyle że tymczasem niebezpieczeństwo minęło. Zdołał sprowadzić samochód na pobocze. Wyłączył silnik i grzbietem dłoni otarł pot z czoła. Wziąwszy pod uwagę wszystkie okoliczności, miał wrażenie, że nieźle sobie poradził. Stojący z tyłu kampera dzbanuszek z pustynnymi kwiatami, nazbieranymi tego ranka przez Ellie i Kirsten przed motelem w Ely, podczas gdy on i David najpierw pakowali rzeczy, a potem sprawdzali samochód, nawet się nie przewrócił.

Świetna robota, tato” - stwierdził rzeczowo David.

Ellie usiadła, rozglądając się niezbyt przytomnie.

“Przerwa na siusianie? - spytała. - Ralph, dlaczego stoimy tak krzywo?

“Złapaliśmy...

Ralph umilkł i zerknął w boczne lusterko. Doganiał ich jadący szybko, świecący kogutem policyjny radiowóz. Z piskiem opon zatrzymał się jakieś sto metrów za nimi. Wyskoczył z niego - niemal jak gazela - największy gliniarz, jakiego Ralph widział w życiu. Dostrzegł, że wyjął on broń, i poziom adrenaliny we krwi nieco mu się podwyższył.

Gliniarz spojrzał w prawo, spojrzał w lewo; broń trzymał na poziomie ramienia, z lufą celującą w bezchmurne niebo poranka. Potem wykonał najprawdziwszy w świecie piruet, obracając się dookoła własnej osi. Zatrzymał się twarzą do samochodu Ralpha. Spojrzał w lusterko; na moment ich oczy się spotkały. Policjant podniósł ręce nad głowę i opuścił je gwałtownym gestem, podniósł i opuścił. Nie sposób było nie zrozumieć tego, co przekazywał. “Zostańcie w środku! Zostańcie tam, gdzie jesteście!

“Ellie, zamknij tylne drzwi” - powiedział Ralph, wduszając guzik przy drzwiach od strony kierowcy.

David, obserwujący go uważnie, powtórzył jego gest bez rozkazu.

“Co? - Ellen spojrzała niepewnie na męża. - Co się dzieje?

“Nie wiem, ale za nami zatrzymał się policjant. Sprawia wrażenie zaniepokojonego”.

Zatrzymał się tam, gdzie złapałem gumę - pomyślał Ralph, a potem poprawił się: - Gumy.

Gliniarz pochylił się i podniósł coś z szosy. Podniósł pas czegoś, co iskrzyło się w słońcu niczym cekiny z wieczorowej sukni w świetle żyrandoli. Zaniósł ten pas do samochodu, trzymając go w jednej ręce, a drugi koniec wlokąc po ziemi. W drugiej ręce miał broń gotową do natychmiastowego użycia. Wydawało się, że próbuje patrzeć we wszystkich kierunkach naraz.

Ellen zamknęła tylne drzwi i główne drzwi wejściowe do kabiny. Przeszła do przodu.

“Słuchaj, co się tu, u diabła, dzieje?” - spytała.

“Mówiłem przecież, że nie wiem. Ale, jak by to powiedzieć... cokolwiek się tu dzieje, nie wygląda najlepiej”. - Wskazał boczne lusterko.

Ellie pochyliła się, opierając dłonie na ugiętych kolanach. Wraz z mężem obserwowała, jak gliniarz rzuca pas na siedzenie pasażera, po czym cofa się i przechodzi na stronę kierowcy. Broń trzymał teraz w obu dłoniach. Dopiero poniewczasie Ralph zorientował się, jak starannie wyreżyserowany był ten niemy film. Kirstie stanęła za matką. Lekko uderzała Melissę w jej wypiętą pupę.

“Pupa, pupa, pupa - zaśpiewała cicho. - Kochamy dużą mamy pupę...

“Daj spokój, Kirstie”.

W zwykłych okolicznościach podobne ostrzeżenie trzeba było powtarzać małej dwa, może nawet i trzy razy, coś w tonie głosu matki spowodowało jednak, że tym razem dała sobie spokój natychmiast. Spojrzała na brata, wpatrzonego w swoje lusterko wsteczne równie zachłannie jak rodzice wpatrywali się w swoje. Podeszła do niego i próbowała wspiąć mu się na kolana. David postawił ją na nogach łagodnie, lecz stanowczo.

“Nie teraz, Słodyczku” - powiedział.

“Ale o co chodzi? Co się stało?

“Nic. Nic się nie stało” - odparł chłopiec, nie odrywając wzroku od lusterka.

Gliniarz wsiadł do radiowozu i podjechał nim do ich (Unieruchomionego kampera. Wysiadł; broń nadal trzymał w ręku, tym razem jednak lufa celowała w ziemię. Jak poprzednio spojrzał w prawo i w lewo, po czym podszedł do okna od strony Ralpha. W kamperze kierowca siedział znacznie wyżej niż w normalnym samochodzie, ale facet był wielki - co najmniej dwa dziesięć - i patrzył na Ralpha nieco z góry.

Wolną ręką wykonał taki ruch, jakby czymś kręcił. Ralph opuścił szybę do połowy.

“Co się stało, panie władzo?” - spytał.

“Ilu was jest?” - odpowiedział pytaniem policjant.

“Co się dzie...

“Ilu was jest!?”

“Czworo. - Ralph dopiero teraz naprawdę się przestraszył. - Moja żona, dwójka dzieci, ja. Złapałem gumę i...

,,Proszę pana, przebite zostały wszystkie opony pańskiego samochodu. Najechał pan na kawałek dywanu drogowego”.

“Nie ro...”

“Kawałek drucianej siatki nabitej setkami krótkich gwoździ - wyjaśnił mu policjant. - Gdy to tylko możliwe, używamy jej do zatrzymania uciekających bandytów. Bije na głowę długi pościg samochodem”.

“Co ten... dywan... robił na drodze?” - zainteresowała się Ellen.

“Otworzę teraz tylne drzwi mojego radiowozu - powiedział policjant, nie zwracając uwagi na jej pytanie. - Te najbliższe waszego samochodu. Kiedy zobaczycie, że są otwarte, macie wysiąść i przenieść się na jego tylne siedzenie. Szybko”.

Wyciągnął szyję, zobaczył Kirsten, która trzymała mamę za nogę i ciekawie zza niej wyglądała. Uśmiechnął się.

“Dzień dobry, panienko”.

Dziewczynka odpowiedziała uśmiechem.

Gliniarz zerknął teraz na Davida. Skinął mu głową, chłopiec odpowiedział mu skinieniem.

“Ktoś się tu czai? - spytał. - Kto?

“Zły człowiek. Na razie wystarczy ci ta informacja, synu. Bardzo zły człowiek. Tak!

“Panie władzo...” - wtrącił Ralph.

“Z całym szacunkiem, proszę pana, czuję się jak tarcza na strzelnicy. Gdzieś tu kryje się niebezpieczny przestępca. Ma broń i wie, jak jej używać. Drogowy dywan sugeruje, że jest niedaleko. Możemy porozmawiać, kiedy nasza sytuacja się poprawi, prawda? Rozumie pan?

Tak? - zdziwił się Ralph. - Czy to imię tego bandyty?

“Oczywiście, ale...

“Pan pierwszy, dobrze? Proszę wziąć córeczkę na ręce. Chłopiec pójdzie za panem. Żona przejdzie ostatnia. Ciasno będzie, ale jakoś się pomieścimy”.

Ralph rozpiął pas i wstał.

“Dokąd pojedziemy?” - spytał jeszcze.

“Do Desperation. To górnicze miasteczko niespełna piętnaście kilometrów stąd”.

Ralph skinął głową, zakręcił szybę i wziął Kirsten na ręce. Córeczka patrzyła na niego przestraszonymi oczami, oczami, w których kręciły się łzy.

“Tatusiu, czy to jest Wielkie Straszydło?” - spytała.

Wielkie Straszydło było potworem, o którym wiedzę przyniosła pewnego dnia ze szkoły. Ralph nie miał pojęcia, który to kolega przedstawił jego łagodnej, siedmioletniej Kirsten słynnego, zamieszkującego szafy dziecinnych pokojów potwora, po prostu założył, że musiał to być chłopak, zadanie przedstawiania dziewczynkom potworów na boiskach amerykańskich szkół zawsze spadało na chłopców, i gdyby kiedykolwiek udało mu się dostać go w swe łapy, z radością udusiłby sukinsyna. Dwa miesiące trwało, nim Kirsten oswoiła się jakoś z jego nieistnieniem. A teraz to!

“Nie, kochanie, to nie jest Wielkie Straszydło. Pewnie po prostu jakiś urzędnik pocztowy ma kiepski dzień”.

“Tatusiu, ale przecież ty jesteś urzędnikiem pocztowym” - zaprotestowała mała, kiedy niósł ją w stronę drzwi umieszczonych pośrodku kabiny kampera.

“Słusznie - powiedział, kątem oka widząc, że David, a za nim trzymająca dłoń na jego ramieniu Ellen podążają w tym samym kierunku. - To tylko taki żart, wiesz?

“Jak powiedzieć puk-puk, kiedy się nie puka?

“Słusznie”.

Wyjrzał przez szybę w drzwiach prowadzących do kabiny kampera. Gliniarz otworzył tylne drzwiczki radiowozu. Stanął tak blisko, że gdy on otworzy swoje, powstanie osłaniająca ich ściana. Doskonale.

Jasne, świetnie. Chyba że ten szczur pustyni znajduje się za nami. Chryste przenajświętszy, czemu nie pojechaliśmy do Atlantic City?

“Tato?” - spytał David, inteligentny, choć trochę dziwny chłopiec, który zeszłej jesieni zaczął chodzić do kościoła.

Zaczął chodzić do kościoła po tym, co spotkało jego przyjaciela Briana. Nie do szkółki niedzielnej, nie na czwartkowe spotkania grupy młodzieżowej, po prostu do kościoła. A niedzielne popołudnia spędzał na rozmowach z nowym przyjacielem wielebnym. Tak przy okazji powiedzmy sobie szczerze, że wielebny zginie powolną i bolesną śmiercią, jeśli dzielił z Davidem cokolwiek oprócz myśli. Chłopiec twierdził wprawdzie, że tylko rozmawiają, a po tym, co stało się z Brianem, potrzeba mu było pewnie właśnie rozmowy, szkoda tylko, że nie rozmawia z mamą albo z tatą, tylko z tym świętym Jasiem, żonatym wprawdzie, ale to przecież niczego...

“Tato? Wszystko w porządku?

“Tak, oczywiście”.

Ralph nie wiedział, czy wszystko jest w porządku, nie wiedział przecież nawet, z czym mają do czynienia, ale tak się mówi do własnych dzieci, prawda? Jasne, kochanie, wszystko w porządku. Pomyślał, że gdyby siedzieli w samolocie, w którym akurat wysiadły silniki, objąłby syna i przez całą drogę do ziemi powtarzał mu, że wszystko jest w największym porządku.

Otworzył drzwi. Stuknęły o drzwiczki radiowozu.

“No, już - ponaglił ich policjant, rozglądając się nerwowo dookoła. - Pospieszmy się, dobrze?

Ralph zszedł po schodkach. Kirsten siedziała mu na zgiętej lewej ręce. Kiedy schodził, zgubiła lalkę.

“Melissa! - krzyknęła. - Upuściłam Melissę Sweetheart. Podnieś ją, tato. Proszę”.

“Nie! - krzyknął policjant. - Wsiadajcie do samochodu, do samochodu, już! Ja podniosę lalkę!

Ralph wślizgnął się do radiowozu, osłaniając dłonią głowę córki i zmuszając ją, żeby się pochyliła. Za nim wsiadł David, po Davidzie zaś Ellie. Tylne siedzenie zasłane było papierami, oparcie siedzenia kierowcy wygięło się w łuk pod ciężarem wielkiego gliny. Gdy tylko Ellen wciągnęła nogi, policjant zatrzasnął drzwiczki i pędem obiegł samochód.

“Lissa! - krzyknęła Kirsten i w jej głosie brzmiało prawdziwe cierpienie. - Zapomniał o Lissie!

Ellie sięgnęła do klamki, zamierzając uchylić drzwi i złapać laleczkę - z pewnością żaden psychopata nie jest wystarczająco szybki, by wymierzyć i strzelić w czasie potrzebnym do podniesienia lalki - a potem wyprostowała się i spojrzała na Ralpha.

“Gdzie tu są klamki?” - zdumiała się.

Drzwi od strony kierowcy otworzyły się z trzaskiem. Gliniarz wpadł do radiowozu jak bomba. Oparcie jego siedzenia wygięło się jeszcze trochę, przyciskając Ralphowi kolana. Ralph skrzywił się; dobrze przynajmniej, że nóżki Kirsten wisiały między jego nogami. Nie to, by mała zachowywała się spokojnie, o nie. Wiła się i wyrywała mu, wyciągając rączki do matki.

“Lala, mama, lala, moja Melissa...”

“Panie władzo...” - spróbowała Ellen.

“Nie mamy czasu - odparł policjant. - Nie mogę. Tak!

Zawrócił pośrodku drogi i w chmurze kurzu ruszył na wschód. Radiowóz przez chwilę jechał w poślizgu. Kierowca szybko odzyskał nad nim kontrolę, przyspieszył jeszcze i w tym momencie Ralph uświadomił sobie, jak szybko wszystko się zdarzyło. Przecież niespełna dziesięć minut temu siedział jeszcze za kierownicą kampera i właśnie miał zaproponować synowi grę w dwadzieścia pytań. Nie dlatego, że bardzo chciało mu się zagrać, ale dlatego, że tak strasznie się nudził.

No, nuda minęła jak ręką odjął.

“Melissa Sweeeetheaaart!” - krzyknęła Kirstie i rozpłakała się.

“Spokojnie, Słodyczku” - powiedział David. Zawsze tak nazywał siostrę. Była to jedna z tych dziwnych, a tak licznych jego cech, rodzice bowiem nie wiedzieli, skąd się wzięło to imię. Ellen myślała, że uważa siostrę za słodką istotkę, ale kiedy pewnego wieczoru spytała go o to otwarcie, jej syn tylko uśmiechnął się tym swoim zniewalającym, krzywym uśmieszkiem.

“Nie uważam, żeby była aż tak słodka” - powiedział i nie chciał dodać nic więcej.

“Ale przecież... Lissa leży w tym okropnym... w tym brudnym brudzie!” - siostra spojrzała na niego załzawionymi oczkami.

“Wrócimy i zaraz ją umyjemy, wiesz?

“Obiecujesz?”

“Aha. Pomogę ci nawet umyć jej głowę”.

“Prellem?”

“Aha” - powtórzył David i pocałował ją w policzek.

“A co będzie, jak przyjdzie zły człowiek? - nie dawała mu spokoju Kirsten. - Zły, brzydki człowiek jak to Wielkie Straszydło? Co będzie, jeśli porwie Melissę?

David zakrył usta dłonią, by mała nie dostrzegła na nich cienia uśmiechu.

“Nie porwie - powiedział, spoglądając we wsteczne lusterko radiowozu. Próbował uchwycić wzrok gliniarza. - Prawda?

“Nie porwie - potwierdził gliniarz. - Człowiek, którego szukamy, nie porywa laleczek”.

W jego głosie Ralph nie zdołał wychwycić nawet cienia humoru. Gliniarz mówił jak Joe Friday. Interesują nas wyłącznie fakty, proszę pani.

Zwolnili lekko przy drogowskazie z napisem Desperation, a potem przyspieszyli, skręcając jednocześnie w prawo. Ralph zaparł się w siedzeniu błagając opatrzność, by okazało się, że wielkolud jednak wie, co robi, by nie fiknęli kozła. Lewe koła uniosły się chyba lekko, opadły i już mknęli na południe. Na horyzoncie wznosił się w niebo wielki ziemny wał; nie oświetlona słońcem strona pocięta była krętymi wykopami jak bliznami.

“Więc kim jest? - spytała Ellen. - O co chodzi z tym kimś? I jakim cudem wszedł w posiadanie tego czegoś, czego wy używacie do zatrzymywania uciekających samochodów? Tego... tego...

“Drogowego dywanu, mamo” - podpowiedział jej David.

Przesuwał palcami w górę i w dół po oddzielającej ich od kierowcy metalowej siatce i wcale się nie uśmiechał. Na jego wargach nie było śladu uśmiechu.

“W taki sam sposób, w jaki wszedł w posiadanie samochodu, którym jeździ, i broni, z którą się obnosi, proszę pani. - Mijali parking Grzechotnika, a teraz za oknami samochodu przemknęła kwatera główna Korporacji Górniczej Desperation. Przed nimi stało te kilka budynków użyteczności publicznej miasteczka. Żółte światło błyskało nad skrzyżowaniem, pod setkami tysięcy kilometrów kwadratowych niebieskiego niczym sprane dżinsy nieba. - Jest policjantem. A jedną rzecz, Carverowie, mogę wam powiedzieć na pewno: kiedy macie przed sobą szalonego gliniarza, macie kłopoty”.

“Skąd zna pan nasze nazwisko? - zainteresował się David. - Nie prosił pan taty o prawo jazdy, więc skąd zna pan nasze nazwisko?

“Zobaczyłem je, kiedy twój tata otworzył drzwi, młodzieńcze. - Gliniarz rzucił jedno szybkie spojrzenie we wsteczne lusterko. - Nad stołem była taka mała plakietka: »Niech Bóg błogosławi nasz ruchomy dom. Carverowie«. Fajne”.

Coś mu tu nie pasowało, ale Ralph na moment odłożył tę sprawę na bok. Bał się do tego stopnia, że jego strach przerodził się w przeczucie nieszczęścia - tak silne, a jednocześnie tak nieokreślone, iż miał wrażenie, że połknął śmiertelną truciznę. Miał wrażenie, że gdyby wyciągnął dłoń, palce by mu nie drżały, pozostawało jednak faktem, że teraz bał się bardziej niż wtedy, kiedy siedział jeszcze w swym domku na kółkach, skąd ten gliniarz wyłuskał ich z tak nieprawdopodobną łatwością. Nie był to najwyraźniej strach, od którego drżą ręce (strach na trzeźwo - pomyślał z drobnym i jakże nietypowym dla niego okruchem humoru), lecz mimo to wydawał się bardziej rzeczywisty niż sama rzeczywistość.

“Glina'' - powiedział z namysłem, przypominając sobie film, który wypożyczył na niedzielę, nie tak znów dawno temu.

“Maniakalny Gliniarz”. Slogan reklamowy nad tytułem brzmiał: “Masz prawo zachować milczenie. Wieczne milczenie”. Zabawne, jak często takie właśnie bzdury pozostają człowiekowi w pamięci. Tylko że teraz wcale nie wydawało się to zabawne.

“Słusznie, glina” - stwierdził ich glina. W jego głosie brzmiał uśmiech.

Och, a to jakim cudem? - pomyślał Ralph. - No, bo jak uśmiech może brzmieć? Zdawał sobie sprawę z tego, że Ellen patrzy na niego z podszytą niepokojem ciekawością, ale chwila nie wydawała mu się odpowiednia na odwzajemnienie jej spojrzenia. Nie był pewien, co odczytają w swych oczach, i nie był też pewien, czy chce sprawdzić, co to będzie.

Ich gliniarz musiał się uśmiechać. Był całkiem pewien, że się uśmiechnął.

A z czego niby miałby się cieszyć? Co jest radosnego w tym, że na twoim terenie szaleje zwariowany policjant, w tym, że złapało się na raz sześć kapci, w tym, że jedzie się w rozgrzanym policyjnym radiowozie bez klamek od środka tylnych drzwi, w tym, że ukochana lalka córeczki leży z buzią w ziemi piętnaście kilometrów stąd? Co jest w tym takie wesołe?

Nie miał zielonego pojęcia. Ale mógłby przysiąc, że gliniarz się uśmiechał.

“Mówi pan, policjant stanowy?” - spytał Ralph, kiedy przejeżdżali przez skrzyżowanie.

“Mamo, patrz - ucieszyła się Kirsten, przynajmniej na razie całkiem zapominając o Melissie Sweetheart. - Rowery na ulicy, rowery stoją na głowie na środku ulicy. Ale śmieszne!

“Tak, kochanie. Widzę”.

Jej mama wyraźnie nie uznała rowerów stojących pośrodku ulicy do góry kołami za tak strasznie zabawne, za jakie uznała je córka.

“Stanowy? Nie, nie powiedziałem, że stanowy. - W głosie siedzącego za kierownicą wielkoluda nadal brzmiał uśmiech. - Wcale nie stanowy, to miejski glina”.

“Doprawdy? - zdziwił się Ralph. - Ooo! A ilu macie policjantów w takim małym miasteczku, panie władzo?

“Cóż, było nas trzech - stwierdził ich glina i uśmiech w jego głosie zabrzmiał jeszcze wyraźniej. - Było nas trzech, ale dwóch zabiłem”.

Odwrócił głowę, spojrzał na nich przez siatkę i nie, nie uśmiechał się, lecz wręcz szczerzył zęby w wyrazie obrzydliwej radości. Zęby miał tak wielkie, że wyglądały jak łopaty z kości. Pokazywał je całe, a na dodatek jeszcze hektary różowych dziąseł.

“Na zachód od Pecos ja teraz jestem prawem” - dodał jeszcze.

Ralph gapił się na niego z otwartymi ustami. Gliniarz nadal szczerzył zęby w uśmiechu. Prowadził z odwróconą głową, równo, porządnie zaparkował przed budynkiem Urzędu Miejskiego i ani razu nie spojrzał, gdzie jedzie.

“W imieniu obywateli Desperation witam w miasteczku rodzinę Carverów” - powiedział, nie przestając promiennie się uśmiechać.

5

W godzinę później ten sam wielki gliniarz biegł do kobiety w dżinsach i spłowiałej dżinsowej koszuli, tupiąc po drewnianym parkiecie kowbojskimi butami. Ręce miał wyciągnięte, ale teraz się nie uśmiechał i Ralph poczuł, jak gardło zaciska mu niczym obcęgami wielka, wściekła radość. Facet poruszał się szybko, ale kobieta w dżinsach, prawdopodobnie dzięki szczęściu, a nie żadnej świadomej decyzji, zdołała odgrodzić się od niego biurkiem i to miało odmienić sytuację. Ralph widział, jak odciąga kciukiem kurki porwanej z biurka dubeltówki, jak podrzuca ją do ramienia w chwili, gdy plecami uderzyła o kraty największej z cel aresztu, widział, jak zaciska palec na podwójnym spuście.

Gliniarz pruł przed siebie jak huragan, ale nie miało mu to pomóc.

Zastrzel go, kochanie - pomyślał. - Nie po to, żeby nas ocalić, ale dlatego, że zabił moją córkę. Odstrzel chujowi łeb.

W chwili gdy Mary ściągała spust, gliniarz padł za biurko, zupełnie jakby klęknął, żeby się pomodlić. Huk strzału ogłuszył wszystkich zamkniętych w niewielkim pomieszczeniu. Dubeltówka rzygnęła płomieniem z obu luf. Ralph usłyszał krzyk żony - wrzeszczała najwyraźniej z tryumfem, lecz jeśli był to tryumf, to przedwczesny. Szerokoskrzydły kapelusz gliniarza sfrunął mu z głowy, ale strzał poszedł za wysoko. Patrony trafiły w przeciwległą ścianę pomieszczenia, wyładowując swą energię na gipsowej ścianie klatki schodowej, za drzwiami, stukając niczym ulewny deszcz w okiennicę. Po prawej stronie drzwi wisiała tablica ogłoszeniowa; Ralph dostrzegł nowe czarne dziury w przypiętych do niej kartkach. Szerokoskrzydły kapelusz gliniarza został nieodwołalnie zrujnowany; w kupie trzymał go wyłącznie cienki pasek wokół ronda. Dubeltówka załadowana była na jelenia, nie na ptaki. Gdyby trafiła gliniarza w brzuch, przecięłaby go na pół. Ralph zdawał sobie z tego sprawę... i wiedza ta tylko pogorszyła jego samopoczucie.

Gliniarz-gigant rzucił się na biurko; popchnął je w kierunku celi, która, zdaniem Ralpha, musiała być celą dla pijaków. Przesunął je w stronę kobiety z dubeltówką, i tak już opartej o kraty. Krzesło nadal przy nim tkwiło, kiwało się w przód i w tył i skrzypiało. Kobieta próbowała odgrodzić się od niego strzelbą, próbowała uniknąć przygniecenia, ale nie poruszała się wystarczająco szybko. Oparcie przygniotło do kraty jej biodra i żołądek, rzuciło ją na kraty pustej celi; krzyknęła ze zdumienia i bólu.

Wielki glina rozpostarł ramiona szeroko, niczym Samson zwalający sobie na łeb świątynię. Złapał biurko za boczne ścianki. Choć w uszach nadal dzwoniło mu od strzału, Ralph słyszał, jak puszczają szwy jego mundurowej koszuli. Popchnął biurko.

- Rzuć broń! - krzyknął. - Rzuć broń, Mary!

Kobieta odepchnęła krzesło, podniosła dubeltówkę i jeszcze raz ściągnęła oba spusty. Szlochała z bólu... i z wysiłku. Kątem oka Ralph widział, że jego żona zakrywa dłońmi uszy, widząc palec tej kobiety zginający się na spuście, lecz tym razem nie było huku, tylko suchy trzask. Ralph poczuł, jak gardło wypełnia mu żółć niczym rozczarowanie, które czuł w tej chwili. Od razu, na oko, zorientował się, że nie jest to strzelba automatyczna ani powtarzalna, jednak z jakiegoś powodu wiedział, że i teraz wypali, że musi wypalić, jakby sam Pan Bóg Wszechmogący najpierw wypełnił magazynek amunicją, a potem dokonał jeszcze cudu Winchestera.

Gliniarz popchnął biurko jeszcze mocniej. Gdyby nie krzesło - zorientował się Ralph - kobieta bezpiecznie zmieściłaby się we wnęce na kolana, krzesło tkwiło w niej jednak, uderzyło kobietę w żołądek, aż zgięła się i zaczęła dławić.



dalej


strona główna
(23kB)