(23kB)
strona główna


 

Autor: Stephen KingTytul: Gdzie mieszkają tygrysy

 

 

"Here There Be Tygers" Ze zbioru opowiadan 'Skeleton Crew'Charles musiał koniecznie wyjść do toalety.Nie było sensu dłużej się oszukiwać, że wytrzyma do przerwy. Pęcherz dawałmu się nieznośnie we znaki, a panna Bird przyłapała go na tym, jak wierciłsię w ławce.W szkole przy ulicy Żołędziowej pracowały trzy nauczycielki klas siódmych.Panna Kinney była młodą, buńczuczną blondynką i miała narzeczonego, któryprzyjeżdżał po nią niebieskim chevroletem Camaro. Pani Trask, o figurzeniczym mauretańska poduszka, splatała włosy w warkocze i śmiała siędonośnie. Trzecia była panna Bird.Charles wiedział, że właśnie do niej trafi. Wiedział to od samego początku.To było mu przeznaczone. Albowiem panna Bird najwyraźniej pragnęła gozniszczyć. Nie pozwalała uczniom chodzić do piwnicy. W piwnicach - mawiałapanna Bird - mieszczą się kotłownie, a dobrze wychowane młode damy ikawalerowie nie powinni tam nigdy wchodzić, ponieważ piwnice są okropne,ciemne i lepkie od sadzy. Młode damy i kawalerowie nie chodzą do piwnicy,powiedziała, tylko do toalety.Charles znowu zacisnął kolana, tak mocno jak tylko mógł. Panna Birdskierowała na niego swój bystry wzrok. - Charles - powiedziała wyraźnie,nie odrywając wskaźnika od miejsca na mapie, gdzie leżała Boliwia - czychcesz skorzystać z toalety?W ławce przed nim, Cathy Scott zachichotała, przytomnie zasłaniając ustadłonią.Kenny Griffen zaśmiał się szyderczo i kopnął Charlesa pod ławką.Charles poczuł, że się rumieni.- Odpowiedz mi, Charles - ciągnęła dziarsko panna Bird - czy chcesz...(oddać mocz zaraz powie oddać mocz zawsze tak mówi)- Tak, panno Bird.- Co "tak"?- Muszę pójść do piw... do toalety.Panna Bird uśmiechnęła się. - Bardzo dobrze, Charles. Możesz pójść dotoalety i oddać mocz. O to chodzi, prawda? Musisz oddać mocz?Charles zwiesił głowę. Wyrok zapadł.- Bardzo dobrze. W takim razie możesz iść. A następnym razem łaskawie nieczekaj, aż cię zapytam.Ogólne chichotanie. Panna Bird zastukała wskaźnikiem w tablicę.Charles pomaszerował w stronę drzwi, czując jak trzydzieści par oczuwwierca mu się w tył głowy. Cała klasa, włącznie z Cathy Scott, wiedziała,że właśnie idzie do toalety oddać mocz. Droga do drzwi wydawała mu siędłuższa niż odległość między bramkami na stadionie piłkarskim. Panna Birdprzerwała lekcję i nie wypowiedziała ani słowa, dopóki nie wyszedł naopustoszały (na szczęście) korytarz i nie zamknął za sobą drzwi.Charles ruszył w stronę toalety dla chłopców(do piwnicy do piwnicy do piwnicy BO JA TAK CHCĘ)przeciągając palcami po chłodnych kafelkach na ścianie, zaczepiając opinezki na tablicy ogłoszeń, muskając czerwoną(W RAZIE POŻARU STŁUC SZYBKĘ I NACISNĄĆ PRZYCISK)skrzynkę instalacji alarmowej.Panna Bird to uwielbiała. Panna Bird uwielbiała widzieć, jak Charlesrumieni się na oczach Cathy Scott (która nigdy nie musiała chodzić dopiwnicy - to ma być sprawiedliwość?) i reszty klasy.Stara de-zet-i-wu-ka-a, pomyślał. Przeliterował, bo w zeszłym roku doszedłdo wniosku, że jeśli się przeliteruje brzydkie słowo, Pan Bóg nie uważatego za grzech.Wszedł do męskiej toalety.Wewnątrz panował chłód, a w powietrzu unosił się gryzący ale nie przykryzapach chloru. O tej porze, rano, toaleta była schludnym, wyludnionym,cichym i całkiem przyjemnym miejscem, zupełnie niepodobnym do zadymionej,śmierdzącej klitki w kinie "Gwiazda" w mieście.Toaleta(!piwnica!)miała kształt litery L. Wzdłuż krótszego boku małe, kwadratowe lustrawisiały nad umywalkami z białej porcelany. Obok przymocowana była rolkapapierowych ręczników,(NIBROC)a dłuższy bok zajmowały dwa pisuary i trzy zamykane kabiny. Zerknąwszy zprzygnębieniem na swą szczupłą, bladą twarz w lustrze, Charles skręcił zaróg.Tygrys leżał w drugim końcu toalety, pod marmurkowo-białym parapetem okna.Był duży. Ciemne smugi żaluzji i brązowe pręgi pokrywały jego sierść.Przyjrzał się Charlesowi uważnie i zmrużył zielone ślepia. Z jego gardładobyło się jedwabiste, mrukliwe chrząknięcie. Napięły się gładkie muskułyłap i Tygrys wstał. Najbliższy pisuar pobrzękiwał od uderzeń tygrysiegoogona.Tygrys wyglądał na głodnego i rozzłoszczonego.W ułamku sekundy Charles wrócił tam, skąd przyszedł. Całą wieczność trwało,nim zatrzasnęły się szczelnie pneumatyczne drzwi, ale w końcu poczuł siębezpiecznie. Nie miały co prawda zamka, ale nie przypominał sobie, żebyczytał kiedyś o tygrysach, które potrafią otwierać drzwi.Charles potarł nos wierzchem dłoni. Słyszał jak serce wali mu w piersi.Nadal pragnął skorzystać z toalety - nawet bardziej niż przedtem.Przestąpił z nogi na nogę, skrzywił się i przycisnął rękę do brzucha.Strasznie potrzebował wejść do toalety. Gdyby tylko mógł mieć pewność, żenikt nie przyjdzie, poszedłby do damskiej. Znajdowała się po przeciwnejstronie korytarza. Charles wpatrywał się z utęsknieniem w jej drzwi,wiedząc, że nigdy nie ośmieli się ich przekroczyć, nigdy w życiu. Gdybyakurat weszła Cathy Scott? Albo - wielki Boże! - gdyby przyszła panna Bird?Może Tygrys tylko mu się przywidział.Uchylił drzwi na tyle, aby móc zajrzeć do środka.Tygrys wyglądał zza rogu litery L zielonym, roziskrzonym okiem. Charlesowiwydało się, że dostrzega w lśniącej głębi tej zieleni maleńki niebieskipyłek, jakby oko Tygrysa pochłonęło jego własne. Jakby...Czyjaś ręka prześliznęła się po jego szyi.Charles wydał zdławiony krzyk i poczuł, jak serce i żołądek podchodzą mu dogardła. Przez jedną przeraźliwą chwilę myślał, że narobi w spodnie.Kenny Griffin uśmiechał się zadowolony ze swego dowcipu. - Panna Birdprzysłała mnie po ciebie, bo zniknąłeś jak kamfora. Będziesz miał drakę.- Wiem, ale nie mogę wejść do piwnicy - odparł Charles, czując jak kolanauginają się pod nim i zły, że Kenny napędził mu strachu.- Masz zatwardzenie! - oznajmił radośnie Kenny. - Poczekaj, niech no tylkopowiem o tym Caathy!- Tylko spróbuj! - pospieszył z pogróżką Charles. - A poza tym, wcale niemam zatwardzenia. Tam siedzi Tygrys.- I co robi? Sika?- Nie wiem - przyznał Charles odwracając się do ściany. - Chciałbym tylko,żeby sobie poszedł - dokończył i łzy zaczęły spływać mu po twarzy.- Co ty - powiedział Kenny, nieco spłoszony tym widokiem. - No co ty.- Przecież muszę tam wejść! Czy to moja wina? Panna Bird powie, że...- Przestań. - Kenny wziął Charlesa za rękę, a drugą popchnął drzwi. -Zmyślasz coś.Znaleźli się w środku jeszcze zanim Charles, śmiertelnie przerażony, mógłsię uwolnić i skryć za drzwiami.- Tygrys, też coś - oznajmił z niesmakiem Kenny. - Jezu, panna Bird cięzabije.- Jest w drugim końcu.Kenny ruszył wzdłuż umywalek. - Kici-kici-kici! Kici-kici!- Nie idź tam! - syknął Charles.Kenny zniknął za rogiem. - Kici-kici! Kici-kici! Ki...Charles skoczył za drzwi, przylgnął do ściany i czekał, zasłaniając ustadłońmi, zaciskając z całej siły powieki, czekał, czekał na wrzask.Nie było wrzasku.Nie wiedział jak długo tak stoi, zmartwiały, z pęcherzem na granicywytrzymałości. Patrzył na drzwi do męskiej toalety. Nie mówiły mu nic. Ot,zwyczajne drzwi.Za nic w świecie.Nie ma mowy.W końcu jednak wszedł.Umywalki i lustra pozostały czyste, a zapach chloru nadal wypełniał całepomieszczenie. A jednak w powietrzu dawał się też wyczuć inny, niemiłyaromat, jakby świeżo ciętej miedzi.Z niemym jękiem rozpaczy Charles zbliżył się do załamania ściany i wyjrzałza róg.Tygrys leżał rozciągnięty na podłodze, liżąc łapy długim, różowym jęzorem.Popatrzył na Charlesa bez zainteresowania. Spomiędzy pazurów wystawał muoddarty strzęp koszuli.Charles nie mógł wytrzymać już dłużej, cierpienie przerodziło się w agonię.Musiał. Na palcach podszedł do porcelanowej umywalki - tej, któraznajdowała się najbliżej drzwi.Panna Bird wpadła do toalety w chwili, gdy zapinał spodnie. - Ach tyniedobry, brzydki chłopcze - powiedziała tonem niemal rozmarzonym.Charles nie spuszczał wzroku z rogu, za którym...- Przepraszam, panno Bird. Tygrys... Ja zaraz wszystko wymyję... Wezmęmydło... Przyrzekam, panno...- Gdzie jest Kenneth? - zapytała spokojnie panna Bird.- Nie wiem.Rzeczywiście nie wiedział.- Tam?- Nie!Panna Bird podeszła do miejsca, w którym litera L tworzyła kąt prosty. -Kenneth, przywołuję cię do porządku. Masz tu natychmiast przyjść.- Panno Bird...Ale panna Bird była już za rogiem. Miała zamiar zaskoczyć Kennetha. Charlespomyślał, że panna Bird dowie się zaraz, jak naprawdę smakuje zaskoczenie.Ponownie wyszedł na korytarz. Napił się wody z fontanny. Popatrzył naamerykańską flagę wiszącą nad wejściem do sali gimnastycznej. Rzucił okiemna tablicę ogłoszeń. Sowa Przemądrzała upominała: WIEDZCIE DZIECI, ŻE NIEWOLNO ŚMIECIĆ. Przyjaciel Policjant ostrzegał: NIE ROZMAWIAJ ZNIEZNAJOMYMI. Charles przeczytał wszystko dwa razy.Potem wrócił do klasy, podszedł do swojej ławki nie podnosząc wzroku z nadpodłogi i ostrożnie usiadł na krześle. Był kwadrans po jedenastej. Wyjął ztornistra Drogi do świata i zaczął czytać o tym, jak Bill ujeżdżał konie narodeo.

 

Autor: Stephen King

Tytuł: Ostatni szczebel drabiny

 

The Last Rung on the Ladder

Ze zbioru opowiadań

'Night Shift'

---------------------------------------------------------------------------

 

Wczoraj przyszedł list od Katriny, niecały tydzień po tym jak ojciec i ja

wróciliśmy z Los Angeles. Był zaadresowany do Wilmington w stanie Delaware,

a ja od czasu, gdy tam mieszkałem już dwukrotnie się przeprowadziłem. W

dzisiejszych czasach ludzie ciągle przenoszą się z miejsca na miejsce, to

śmieszne, że te poprzekreślane adresy i nalepki urzędów pocztowych

wyglądają czasem jak milczące oskarżenia. Koperta była pomięta i

poplamiona, jeden róg złamał się gdzieś po drodze. Przeczytałem ten list i

nim zdążyłem pomyśleć, stałem już ze słuchawką telefonu w ręku, gotów

dzwonić do Taty. Odłożyłem ją na widełki z uczuciem niemal przerażenia.

Ojciec jest już stary, przeszedł dwa ataki serca. Miałem do niego zadzwonić

i powiedzieć mu o liście Katriny tak niedługo po tym, jak byliśmy razem w

Los Angeles? Chyba by tego nie przeżył.

 

Więc nie zadzwoniłem. I nie miałem nikogo, komu mógłbym powiedzieć... Taki

list jak ten to zbyt osobista sprawa, by rozmawiać o niej z kimś innym niż

żona albo bliski przyjaciel. Nie nawiązałem wielu przyjaźni w ciągu

ostatnich lat, a z moją żoną Helen rozwiodłem się jeszcze w 1971. Nasza

korespondencja ogranicza się do pocztówek na Boże Narodzenie. Jak się

miewasz? Jak leci w pracy? Szczęśliwego Nowego Roku.

 

Nie dał mi zmrużyć oka przez całą noc - ten list. Równie dobrze

wystarczyłaby kartka. Pod nagłówkiem "Drogi Larry" było tylko jedno zdanie.

Ale jedno zdanie potrafi bardzo wiele znaczyć. Potrafi wiele zdziałać.

 

Myślałem o moim ojcu, takim jakim widziałem go wtedy w samolocie, o jego

starej i zniszczonej twarzy w ostrych promieniach słońca na wysokości

osiemnastu tysięcy stóp gdy kierowaliśmy się na zachód od Nowego Jorku.

Według słów pilota przelecieliśmy właśnie nad Omaha, a Tata zauważył: - To

znacznie dalej niż się nam zdaje, Larry. - W jego głosie brzmiał ciężki ton

smutku, który zaniepokoił mnie, ponieważ nie potrafiłem go wtedy zrozumieć.

Zrozumiałem go dobrze, przeczytawszy list od Katriny.

 

Wychowaliśmy się jakieś osiemdziesiąt mil na zachód od Omaha, w

miejscowości, która nazywała się Hemingford Home - ojciec, mama, moja

siostra Katrina, którą wszyscy nazywali Kitty, i ja. Byłem od niej dwa lata

starszy. Kitty była pięknym dzieckiem i piękną kobietą, nawet w wieku ośmiu

lat - wtedy, gdy zdarzył się ten wypadek w stodole - było widać, że jej

jedwabiste włosy nigdy nie pociemnieją i że jej oczy na zawsze zachowają

ten ciemny, głęboki odcień skandynawskiego błękitu. Mężczyzna, który choć

raz w nie spojrzał, był stracony dla świata.

 

Można pewnie powiedzieć, że byliśmy wieśniakami. Ojciec miał trzysta akrów

płaskich, żyznych pól, na których uprawiał kukurydzę i hodował bydło. W

tamtych czasach wszystkie drogi były piaszczyste z wyjątkiem autostrady

numer 80 i Nebraska Route 96, a na wypad do miasta czekało się po trzy dni.

 

Obecnie jestem jednym z najlepszych niezrzeszonych radców prawnych w

Ameryce, tak mi w każdym razie mówią - i uczciwie rzecz biorąc muszę

przyznać, że mają rację. Kiedyś prezes poważnego przedsiębiorstwa

przedstawił mnie członkom zarządu jako swego płatnego rewolwerowca. Noszę

kosztowne garnitury, a skóra, z której robią mi buty, jest w najlepszym

gatunku. Zatrudniam trzech asystentów na pełen etat, a w razie potrzeby

mogę zwołać jeszcze tuzin. Ale w tamtych czasach nasza szkoła mieściła się

w jednej sali. Chadzałem do niej piaszczystą drogą, na ramieniu niosłem

związane paskiem książki, a obok mnie szła Katrina. Czasami, wiosną,

chodziliśmy na bosaka. Wtedy obsługiwano jeszcze klientów wchodzących bez

obuwia do baru albo do sklepu.

 

W jakiś czas potem zmarła moja matka - Katrina i ja uczyliśmy się wtedy w

szkole średniej w Columbia City - a dwa lata później ojciec stracił farmę i

zajął się sprzedażą ciągników. Był to koniec naszej rodziny, chociaż wtedy

nie wyglądało to aż tak tragicznie. Tata radził sobie w pracy, wykupił

salon sprzedaży, aż w końcu, dziewięć lat temu, awansował na kierownicze

stanowisko. Ja otrzymałem stypendium sportowe na uniwersytecie stanowym w

Nebrasce i zdołałem nauczyć się czegoś więcej niż jak wyprowadzać piłkę

spod bramki.

 

A Katrina? O niej właśnie chcę opowiedzieć.

 

To stało się - ta historia w stodole - w pewną sobotę na początku

listopada. Prawdę mówiąc, nie potrafię dokładnie przypomnieć sobie roku,

ale Eisenhower był jeszcze prezydentem. Mama pojechała na targ pieczywa w

Columbia City, a ojciec poszedł do naszych najbliższych sąsiadów (mieszkali

siedem mil od nas) pomóc w naprawie żłobu. Człowiek wynajęty do pomocy miał

zastąpić ojca na farmie, ale tamtego dnia nie pojawił się w ogóle i Tata

zwolnił go niecały miesiąc później.

 

Ojciec zostawił mi listę prac do wykonania (dla Kitty też znalazło się

kilka) i zabronił nam się bawić, dopóki wszystkiego nie skończymy. Nie

zajęło nam to jednak wiele czasu. Był listopad i mieliśmy już za sobą

krytyczny okres, który decyduje o powodzeniu bądź ubóstwie farmerów.

Tamtego roku znowu się nam udało. Nie miało to być regułą.

 

Bardzo dokładnie pamiętam ten dzień. Niebo zasnuło się chmurami i chociaż

nie było zimno, czuło się, że chce być zimno, że pogoda chce już zająć się

na dobre szronem i mrozem, mżawką i śniegiem. Pola opustoszały, zwierzęta

były leniwe i markotne. W domu panowały dziwne, delikatne przeciągi,

których nie było nigdy przedtem.

 

W dzień taki jak ten, jedynym naprawdę miłym miejscem była stodoła. Ciepła,

przesiąknięta przyjemną mieszaniną zapachu siana, sierści i gnojówki, pełna

tajemniczych cmokań i gruchania jaskółek na wysokim poddaszu. Zadarłszy

głowę widziało się, jak przez szpary w dachu wpada białe listopadowe

światło i można było próbować napisać swoje imię. Taka zabawa była znośna

jedynie w pochmurne jesienne dni.

 

Do przebiegającej pod sklepieniem belki przytwierdzona była drabina, która

kończyła się tuż nad podłogą stodoły. Zabroniono nam się na nią wspinać, bo

była stara i chwiejna. Tata obiecywał Mamie setki razy, że rozbierze

drabinę i wstawi nową, mocniejszą, ale zawsze gdy miał wolną chwilę,

pojawiało się coś ważniejszego do zrobienia... na przykład naprawa żłobu u

sąsiada. A pomocnik nie na wiele się przydawał.

 

Wspiąwszy się na tę rozklekotaną drabinę - miała dokładnie czterdzieści

trzy szczeble, Kitty i ja liczyliśmy je wystarczająco wiele razy, żeby

zapamiętać na całe życie - docierało się do belki tkwiącej siedemdziesiąt

stóp nad zaśmieconą słomą podłogą. A kiedy pokonało się wzdłuż niej

dwanaście stóp, z mdlejącymi kolanami, z nogami drżącymi w kostkach, czując

w wyschniętych ustach smak przepalonego bezpiecznika, docierało się nad

głęboką stertę siana. Wtedy można było zeskoczyć z belki i spaść jak kamień

całe siedemdziesiąt stóp przeraźliwym, komicznym, desperackim lotem

nurkowym, prosto w miękkie objęcia soczystego siana. To siano pachnie

zawsze tak słodko... I mogłeś spocząć wśród tego aromatu odrodzonego lata,

podczas gdy twój żołądek wisiał jeszcze wysoko w powietrzu, i czułeś się...

tak, jak chyba musiał się czuć Łazarz. Skoczyłeś i przeżyłeś ów upadek,

żeby opowiedzieć o tym innym ludziom.

 

Oczywiście był to sport surowo zakazany. Gdyby nas przyłapano, matka

dostałaby spazmów z przerażenia, a ojciec spuściłby nam lanie mimo, że nie

byliśmy już tak zupełnie mali. To z powodu drabiny i jeszcze dlatego, że

gdyby straciło się równowagę i odpadło od belki nie zdążywszy dotrzeć nad

górę luźnego siana, nie było ratunku od śmierci w zderzeniu z twardymi

deskami podłogi.

 

Jednak pokusa była nieodparta. Gdy kota myszy nie czują... sami wiecie, co

jest dalej.

 

Ten dzień zaczął się jak wszystkie inne, od cudownego uczucia strachu

pomieszanego z niecierpliwością. Staliśmy u stóp drabiny, spoglądając jedno

na drugie. Kitty miała na twarzy rumieńce, a jej oczy wydawały się

ciemniejsze i bardziej lśniące niż zwykle.

 

- Boisz się? - spytałem zaczepnie.

 

Kitty, bez wahania - Ty pierwszy, to twój pomysł.

 

Ja, bez wahania - Dziewczyny mają pierwszeństwo.

 

- Nie jeśli coś jest niebezpieczne - odparła, spuszczając skromnie oczy,

jakby nikt nie wiedział, że jest największym zawadiaką wśród dziewczyn z

Hemingford. Ale taka właśnie była: szła zawsze, ale nigdy jako pierwsza.

 

- Dobra - powiedziałem. - No to idę. - Miałem wtedy dziesięć lat i byłem

chudy jak szczapa, ważyłem dziewięćdziesiąt funtów. Kitty miała osiem lat i

była o dwadzieścia funtów lżejsza. Jak dotąd drabina zawsze utrzymywała

nasz ciężar i dlatego myśleliśmy, że zawsze utrzyma - a taka filozofia nie

raz już mściła się na ludziach i narodach.

 

Tamtego dnia czułem, wspinając się coraz wyżej, jak drabina zaczyna chwiać

się nieznacznie w zapylonym powietrzu stodoły. Jak zawsze, mniej więcej w

połowie drogi, z upodobaniem wyobraziłem sobie, co zostałoby ze mnie, gdyby

drabina któregoś razu nie wytrzymała i wyzionęła ducha. Ale wspinałem się

dalej, aż wreszcie zacisnąłem ręce wokół drewnianej belki, podciągnąłem się

i spojrzałem w dół.

 

Twarz wpatrzonej we mnie Kitty wyglądała z góry jak mały, biały owal. W

wyblakłej kraciastej koszulce i niebieskich dżinsach moja siostra

przypominała lalkę. Nade mną, wyżej niż mogłem wejść, w zakurzonych

zakamarkach strzechy słodko szczebiotały jaskółki.

 

I znowu, jak zawsze

 

- Hej, tam w dole! - zawołałem, a mój głos popłynął do niej przez słomiany

pył.

 

- Hej, tam na górze!

 

Wstałem. Zakołysałem się lekko. Jak zawsze wydało mi się, że wokół unoszą

się dziwne powietrzne prądy, których nie ma na dole. Słysząc bicie własnego

serca, cal po calu posuwałem się po belce z rękoma rozpostartymi dla

równowagi. Kiedyś podczas tego właśnie etapu przygody tuż obok mojej głowy

przefrunęła jaskółka i uchylając się odruchowo, nieomal straciłem

równowagę. Od tamtej pory żyłem w strachu, że może się to powtórzyć

 

Nie tym razem. Wreszcie stanąłem nad bezpieczną otchłanią siana. Teraz

widok w dół był nie tyle przerażający, co zmysłowy. Moment oczekiwania... W

końcu dałem krok przed siebie, w pustkę, zaciskając dla efektu nos - i tak

jak zawsze, nagły uścisk grawitacji, ciągnącej mnie brutalnie do ziemi,

zmuszającej do upadku, sprawił, że miałem ochotę wrzasnąć: Przepraszam, ja

nie chciałem, pozwólcie mi wrócić!

 

I wpadłem w odmęty siana, drąc je jak pocisk, ogarnięty słodkim, suchym

zapachem, zanurzałem się w nim coraz głębiej, niby w gęstej wodzie, aż w

końcu zatrzymałem się głęboko pod powierzchnią. Czułem przemożne łaskotanie

w nosie. Słyszałem, jak jakaś spłoszona mysz, może dwie, umykają w bardziej

zaciszne miejsce. I miałem wrażenie, jakże niezwykłe, że oto narodziłem się

na nowo. Pamiętam, jak Kitty powiedziała mi pewnego razu, że po nurkowaniu

w to siano czuje się świeżo i rześko jak niemowlak. Wzruszyłem wtedy tylko

ramionami - na poły rozumiejąc, na poły nie mając pojęcia o czym mówi - ale

odkąd przeczytałem jej list, jest to jedna z rzeczy, o których tyle

ostatnio myślę.

 

Wygramoliłem się z siana, jakbym wypływał na powierzchnię wody, aż udało mi

się zeskoczyć na ziemię. Miałem siano w spodniach i pod koszulą. Lepiło się

do moich butów i łokci. Ziarna we włosach? Jeszcze ile!

 

Kitty tymczasem była już w połowie wysokości drabiny, złociste warkocze

podrygiwały jej na ramionach, gdy wspinała się w snopie światła, pełnym

drobin kurzu. O innej porze roku światło miałoby prawie kolor jej włosów,

ale tego dnia nie musiała obawiać się konkurencji - jej warkocze stanowiły

niewątpliwie najbardziej kolorowy punkt tam, na wysokości.

 

Pamiętam, że zaniepokoiło mnie to, jak drabina się chybocze. Wydało mi się,

że nigdy przedtem nie była tak zdradliwa.

 

Chwilę później Kitty była już na szczycie, wysoko nade mną - to ja byłem

teraz mały, to moja twarz wyglądała jak zwrócony ku górze owal, podczas gdy

jej głos płynął do mnie na zbłąkanych pyłkach kurzu wznieconych moim

upadkiem:

 

- Hej, tam w dole!

 

- Hej, tam na górze!

 

Przesuwała się wolno po belce i odetchnąłem głębiej dopiero, gdy oceniłem,

że dotarła w bezpieczne miejsce nad stertą siana. Zawsze bałem się o nią

trochę, mimo, że była ode mnie zwinniejsza i lepiej umięśniona - jeśli

można tak powiedzieć o młodszej siostrze.

 

Wstała, utrzymując równowagę na palcach stóp w znoszonych tenisówkach, z

rękoma wyciągniętymi przed siebie. Potem skoczyła w przepaść. Czy są rzeczy

niezapomniane, nieopisane? Myślę, że potrafię to opisać... do pewnego

stopnia. Ale nie tak, żebyście pojęli, jakie to było piękne, jakie

doskonałe, jedna z niewielu rzeczy w moim życiu, które wydają się

całkowicie rzeczywiste, absolutnie prawdziwe. Nie, w taki sposób nie umiem

tego opisać. Brak mi na to talentu i w mowie, i w piśmie.

 

Przez krótką chwilę wydawało się, że zawisła w powietrzu, jakby unoszona

jednym z tych tajemniczych prądów, które istniały wyłącznie tam, na

poddaszu - jasna, złoto upierzona jaskółka, jakiej od tamtej pory nikt w

Nebrasce nie oglądał. A to była Kitty, moja siostra, z ramionami

odrzuconymi do tyłu, wyprężona w locie - jakże ją kochałem przez to jedno

drgnienie serca!

 

Spadła, zanurzając się głęboko w sianie, znikła mi z oczu. Z leja, który

utworzył się po jej upadku, uniosła się eksplozja słomianych pyłków i

chichotu. Zapomniałem, jak chwiejna wydała mi się drabina, gdy Kitty

wspinała się po jej szczeblach i zanim wydostała się ze stosu siana, sam

byłem już w połowie drogi na górę.

 

Też spróbowałem dać nurka, ale, jak zawsze ogarnięty strachem, zwaliłem się

w dół jak kamień. Chyba nigdy nie wierzyłem w istnienie tej sterty siana

pod sobą tak głęboko, jak wierzyła Kitty.

 

Jak długo trwała ta zabawa? Trudno powiedzieć, ale dziesięć czy dwanaście

skoków później zauważyłem, że światło zmieniło barwę. Rodzice mieli wkrótce

wrócić, a my byliśmy cali obsypani drobinami siana; nasz wygląd

wystarczyłby za uroczyście podpisane wyznanie winy. Umówiliśmy się, że

wykonamy jeszcze po jednym skoku.

 

Wchodząc pierwszy poczułem, że drabina kołysze się pode mną i usłyszałem

leciutkie pojękiwania starych gwoździ, coraz luźniej siedzących w drewnie.

Pierwszy raz ogarnął mnie prawdziwy, przejmujący lęk. Myślę, że gdybym nie

był już tak wysoko, zszedłbym natychmiast na dół i na tym wszystko by się

skończyło - ale teraz belka pod dachem była bliżej i wydawała się

bezpieczniejsza. Gdy zostały mi do pokonania ostatnie trzy szczeble,

przeciągły jęk gwoździ stał się głośniejszy i nagle zmroziło mnie

przerażenie i przekonanie, że tym razem przeciągnąłem strunę.

 

Ale wtedy zaciskałem już dłonie na szorstkim drewnie belki, odciążając

drabinę; poczułem na czole chłodny, nieprzyjemny pot i przyklejone źdźbła

słomy. Znikła cała przyjemność z zabawy. Jak najszybciej dotarłem nad górę

siana i zeskoczyłem. Nawet upadek nie przyniósł już radości. Spadając

wyobraziłem sobie, co czułbym, gdybym uderzył o twarde klepki podłogi

zamiast o miękkie, poddające się siano.

 

Wygramoliłem się na środek stodoły i zobaczyłem, że Kitty pospiesznie

wchodzi na drabinę. Zawołałem do niej:

 

- Hej, zejdź! To niebezpieczne!

 

- Mnie utrzyma! - odkrzyknęła z pewnością siebie w głosie. - Jestem lżejsza

od ciebie!

 

- Kitty...

 

Ale nie dokończyłem zdania, bowiem w tym momencie drabina puściła.

 

Dźwięk pękającego spróchniałego drewna. Krzyknąłem, a Kitty wrzasnęła ze

strachu. Była mniej więcej tam, gdzie ja byłem właśnie gdy ogarnęło mnie

przekonanie, że tym razem posunąłem się za daleko.

 

Szczebel, na którym stała, pękł, po czym drabina rozdzieliła się na dwoje.

Ta jej część, która zwisała całkiem luźno poniżej Kitty, przypominała

olbrzymią modliszkę albo patyczaka, który nagle postanowił odejść.

 

W końcu drabina zawaliła się i upadła na podłogę z suchym klapnięciem, od

którego kurz uniósł się w powietrze, a krowy zaczęły muczeć ze strachu.

Któraś z nich kopnęła w drzwi swojej przegrody.

 

Kitty wydała wysoki, przeszywający krzyk:

 

- Larry! Larry! POMÓŻ MI!

 

Wiedziałem, co należy zrobić, zorientowałem się natychmiast. Byłem

śmiertelnie przerażony, ale strach nie odebrał mi przytomności umysłu.

Kitty znajdowała się ponad sześćdziesiąt stóp nade mną, jej nogi w

niebieskich dżinsach kopały dziko puste powietrze, nad nią kwiliły

jaskółki. Byłem przerażony, o tak. I wiecie, do dziś nie mogę oglądać

cyrkowych akrobacji na trapezie. Ani na żywo, ani w telewizji. Robi mi się

słabo na taki widok.

 

Ale wiedziałem, co należy zrobić.

 

- Kitty - wrzasnąłem do niej - tylko się nie ruszaj! Nie ruszaj się!

 

Usłuchała mnie natychmiast. Przestała wierzgać i zawisła nieruchomo,

zaciskając drobne dłonie na ostatnim ocalałym szczeblu drabiny, jak

akrobata, kiedy trapez zatrzyma się w locie.

 

Pobiegłem do sterty siana, chwyciłem oburącz, ile tylko mogłem udźwignąć,

wróciłem i upuściłem siano na podłogę. Pobiegłem po następną porcję. I

znowu. I jeszcze raz.

 

Więcej właściwie nie pamiętam - poza tym, że góra siana urosła do wysokości

mojego nosa i nie mogłem pohamować kichania. Biegałem tam i z powrotem,

układając nowy stóg w miejscu, gdzie przedtem zwisała drabina. Ale mój stóg

był mały. Gdy patrzyłem na niego, a potem na Kitty zawisłą tak strasznie

wysoko, przypominały mi się te filmy rysunkowe, w których z niebotycznej

wysokości ktoś wskakuje do szklanki z wodą.

 

Tam i z powrotem. Tam i z powrotem.

 

- Larry, nie utrzymam się dłużej! - Jej głos był wysoki i rozpaczliwy.

 

- Kitty, musisz! Musisz się utrzymać!

 

Tam i z powrotem. Źdźbła siana pod koszulą. Tam i z powrotem. Moja sterta

sięgała mi już pod brodę, ale ta, w którą zawsze skakaliśmy, była głęboka

na dwadzieścia pięć stóp. Pomyślałem, że jeśli Kitty upadając połamie tylko

nogi, to i tak będzie to szczęśliwy koniec.

 

Wiedziałem też, że jeśli nie trafi w siano, to zginie.

 

Tam i z powrotem.

 

- Larry! SZCZEBEL PĘKA!

 

Słyszałem narastający, suchy trzask szczebla, który poddawał się pod jej

ciężarem. Znowu zaczęła wierzgać nogami w panice, wiedziałem, że jeśli nie

przestanie, na pewno nie trafi w stertę siana.

 

- Przestań! Przestań! Puść szczebel! Po prostu puść, Kitty!

 

Uczyniła to w tej samej sekundzie. Spadła prosto, jak ciężki nóż. Wydawało

mi się, że trwa to wieczność, złote warkoczyki ponad jej głową, zamknięte

oczy, twarz biała jak porcelana. Nie krzyczała. Zakryła usta dłońmi, jakby

w modlitwie.

 

I uderzyła w sam środek sterty. Zniknęła mi z oczu, siano prysnęło na boki

jakby od wybuchu, jej ciało uderzyło głucho o deski podłogi. Ten dźwięk

przeszył mnie lodowatym dreszczem. Był za głośny, stanowczo za głośny. Ale

musiałem zobaczyć.

 

Już płacząc, rzuciłem się rozgrzebywać siano, odrzucałem za siebie całe

jego kłęby. Najpierw pokazała się nogawka dżinsów, potem kraciasta

koszula... w końcu twarz Kitty. Była śmiertelnie blada, miała zamknięte

oczy. Nie żyła. Spojrzałem tylko raz i byłem tego pewien. Listopadowa

szarość ogarnęła nagle cały świat. Tylko jej złociste warkocze zachowały

własny kolor.

 

A potem głęboki błękit jej oczu, gdy podniosła powieki.

 

- Kitty? - Mój głos brzmiał szorstko, ochryple, z niedowierzaniem. W gardle

drapał mnie słomiany pył. - Kitty?

 

- Larry? - zapytała, oszołomiona. - Ja żyję?

 

Uniosłem ją i przytuliłem do siebie, a ona zarzuciła mi ramiona na szyję i

oddała uścisk.

 

- Żyjesz. Żyjesz, Kitty.

 

Lewą nogę miała złamaną w kostce, to wszystko. Kiedy doktor Pedersen, nasz

lekarz rejonowy z Columbia City, wszedł z ojcem i ze mną do stodoły, długo

nie odrywał wzroku od ciemnych zakamarków poddasza. Ostatni szczebel

drabiny wciąż zwisał, ukośnie, na jednym gwoździu.

 

Doktor patrzył, jak powiedziałem, przez długi czas. - Cud - powiedział do

ojca, a potem kopnął pogardliwie ułożoną przeze mnie stertę siana. Potem

wsiadł do swego zakurzonego DeSoto i odjechał.

 

Poczułem rękę ojca na ramieniu. - Idziemy teraz do komórki, Larry -

powiedział bardzo spokojnie. - Myślę, że wiesz, po co.

 

- Tak jest - wyszeptałem.

 

- Za każdym uderzeniem masz dziękować Bogu, że twoja siostra żyje.

 

- Tak jest.

 

I poszliśmy. Długo to trwało, tak długo, że przez tydzień jadłem na

stojąco, a przez następne dwa musiałem siedzieć na poduszce. I za każdym

razem, gdy czułem uderzenie ciężkiej, czerwonej, spracowanej ręki ojca,

dziękowałem Bogu.

 

Głośno, bardzo głośno. Pod koniec byłem już właściwie pewien, że Bóg mnie

słyszy.

 

Pozwolili mi zobaczyć Kitty przed pójściem do łóżka. Za oknem na parapecie

siedział drozd, pamiętam to dobrze. Leżała ze stopą całą w bandażach,

opartą o deskę.

 

Patrzyła na mnie tak długo i z taką miłością, że poczułem się zakłopotany.

W końcu powiedziała:

 

- Siano. Podłożyłeś siano.

 

- Pewnie - wyrwało mi się. - Co innego mogłem zrobić? Kiedy drabina pękła,

nie można było wejść po ciebie na górę.

 

- Nie wiedziałam, co robisz - powiedziała.

 

- Jak to, musiałaś wiedzieć! Przecież wisiałaś prosto nade mną!

 

- Bałam się patrzeć w dół. Strasznie się bałam. Przez cały czas miałam

zamknięte oczy.

 

Patrzyłem na nią, jak rażony piorunem.

 

- Nie wiedziałaś? Nie wiedziałaś, co robię? - Potrząsnęła głową.

 

- I kiedy ci powiedziałem, żebyś puściła ten szczebel... puściłaś go, tak

po prostu?

 

Skinęła głową.

 

- Kitty, jak mogłaś to zrobić?

 

Spojrzała na mnie tymi głęboko niebieskimi oczyma.

 

- Wiedziałam, że na pewno coś robisz, żeby mi pomóc. Jesteś moim starszym

bratem. Byłam pewna, że mnie uratujesz.

 

- Och, Kitty, nawet nie wiesz, jak niewiele brakowało.

 

Zakryłem twarz dłońmi. Kitty usiadła na łóżku i wzięła mnie za ręce.

Pocałowała mnie w policzek.

 

- Nie - powiedziała. - Ale wiedziałam, że jesteś tam na dole. O jejku, ale

jestem śpiąca. Doktor Pedersen mówi, że włożą mi nogę w gips.

 

Leżała w gipsie przez niecały miesiąc, a wszyscy koledzy i koleżanki Kitty

podpisali się na nim. Zmusiła nawet i mnie. A kiedy wreszcie go zdjęto,

wypadek w stodole odszedł w przeszłość. Ojciec wymienił drabinę na nową,

mocniejszą, ale ja już nigdy więcej nie wspinałem się na nią i nie skakałem

w siano. I o ile wiem, Kitty także nie.

 

Więc tak skończyła się ta historia, ale w pewnym sensie nie był to jeszcze

koniec. Koniec miał nadejść dopiero dziewięć dni temu, kiedy Kitty rzuciła

się z okna na najwyższym piętrze biurowca agencji ubezpieczeniowej w Los

Angeles. Mam w portfelu wycinek z Los Angeles Times. Pewnie zawsze będę go

nosił przy sobie, ale nie tak, jak się nosi zdjęcia ludzi, których chce się

pamiętać, albo bilety z wyjątkowo udanego wieczoru w teatrze, albo program

piłkarskich mistrzostw świata. Noszę ten skrawek papieru jak coś bardzo

ciężkiego, bo noszenie go to moja praca. Nagłówek głosi: ŚMIERTELNY SKOK

EKSKLUZYWNEJ PROSTYTUTKI.

 

Dorośliśmy. To jedno co wiem - poza faktami, które są bez znaczenia. Kitty

miała wstąpić do szkoły biznesu w Omaha, ale latem, zaraz po tym jak

ukończyła szkołę średnią, wygrała konkurs piękności i wyszła za jednego z

jurorów. Brzmi to jak nieprzyzwoity dowcip, co? Moja Kitty.

 

Podczas gdy ja studiowałem prawo, Kitty rozwiodła się i przysłała mi długi

list, chyba ponad dziesięć stron, o tym co przeżyła, jak nieudane było jej

małżeństwo, i o ile łatwiej byłoby jej, gdyby mogła mieć dziecko. Pytała,

czy mógłbym do niej przyjechać. Ale opuścić tydzień zajęć na prawie to jak

stracić cały semestr na wydziale sztuk pięknych. Tam wszyscy są jak charty.

Jeśli raz stracisz z oczu mechanicznego króliczka, już nigdy go nie

dopadniesz.

 

Przeprowadziła się do Los Angeles i ponownie wyszła za mąż. Kiedy i to

małżeństwo się rozpadło, miałem już dyplom. Przyszedł kolejny list,

krótszy, bardziej gorzki. Nie zamierza spędzić życia na takiej karuzeli,

pisała. To było tylko tymczasowe rozwiązanie. Żeby pochwycić mosiężne

kółko, trzeba było najpierw spaść z drewnianego konia i rozbić sobie głowę.

A jeśli taka ma być cena darmowej przejażdżki, to komu nie odeszłaby

ochota? P.S., Może mnie odwiedzisz, Larry? Sporo czasu minęło.

 

Odpisałem, że bardzo chciałbym do niej przyjechać, ale nie mogę. Dostałem

pracę w wymagającej firmie, byłem najniżej w hierarchii - najwięcej roboty,

żadnej satysfakcji. Jeśli kiedykolwiek miałem zrobić krok wzwyż, mogło mi

się to udać tylko tamtego roku. Taki był mój długi list, od początku do

końca poświęcony karierze.

 

Odpisałem na wszystkie jej listy. Ale do końca nie mogłem uwierzyć, że

pisze je Kitty, tak samo jak nie wierzyłem, że w stodole pode mną było dość

siana... aż do chwili, w której wpadałem w nie, a ono ratowało mi życie.

Nie mogłem uwierzyć, że moja siostra i ta znękana kobieta podpisująca listy

imieniem "Kitty" wziętym w kółko, to naprawdę ta sama osoba. Moja siostra

była małą dziewczynką z warkoczykami, i jeszcze bez biustu.

 

Ona pierwsza przestała pisać. Na Gwiazdkę i na urodziny dostawałem jeszcze

pocztówki, na które odpowiadała moja żona. Potem rozwiodłem się,

wyprowadziłem i zapomniałem. W następne Boże Narodzenie i na kolejne

urodziny kartki nadeszły dzięki temu, że zostawiłem swój nowy adres w

poprzednim miejscu zamieszkania. Pierwszy adres. Mówiłem sobie: Jezu, muszę

zaraz napisać do Kitty i dać jej znać, że się przeprowadziłem. Ale nie

napisałem.

 

Jednak, jak już wspomniałem, to są fakty bez znaczenia. Liczy się tylko to,

że dorośliśmy, a ona rzuciła się z tego wieżowca, i że Kitty zawsze

wierzyła, że na dole czeka bezpieczne siano. To ona powiedziała wtedy:

"Wiedziałam, że na pewno coś robisz, żeby mi pomóc." Takie rzeczy mają

znaczenie. Tak jak list od Kitty.

 

W dzisiejszych czasach ludzie ciągle przenoszą się z miejsca na miejsce, to

śmieszne, że te poprzekreślane adresy i nalepki urzędów pocztowych

wyglądają czasem jak milczące oskarżenia. W rogu koperty wpisała adres

zwrotny - adres miejsca, gdzie mieszkała aż do końca. Elegancki blok na Van

Nuys. Pojechaliśmy tam z Tatą zabrać jej rzeczy. Dozorczyni była uprzejma.

Lubiła Kitty.

 

List był datowany na dwa tygodnie przed jej śmiercią. Dostałbym go o wiele

wcześniej, gdyby nie ten adres. Musiało zmęczyć ją czekanie.

 

Drogi Larry,

 

Ostatnio wiele o tym myślałam... i doszłam do wniosku, że byłoby

lepiej dla mnie, gdyby ten ostatni szczebel drabiny pękł, zanim

zdążyłeś podłożyć siano.

 

Twoja Kitty.

 

Tak, pewnie zmęczyło ją czekanie. Wolę wierzyć w to niż wyobrażać sobie, że

Kitty stwierdziła, iż widocznie o niej zapomniałem. Nie chciałbym, żeby tak

myślała, bo to zdanie było chyba jedyną rzeczą na świecie, która mogła

sprawić, że rzuciłbym się jej na pomoc.

 

Ale nawet nie to jest przyczyną, dla której tak trudno mi zasnąć. Kiedy

zamykam oczy i ogarnia mnie senność, widzę jak spada spod strychu stodoły,

z szeroko otwartymi, niebieskimi oczyma, z ciałem wygiętym w łuk, z

rozpostartymi ramionami.

 

Kitty zawsze wiedziała, że na dole czeka na nią bezpieczne siano.

 

 

Człowiek, który kochał kwiaty

 

Przełożył: MICHAŁ WROCZYŃSKI

 

Wczesnym majowym wieczorem tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego trzeciego roku posuwał się żwawo z rękami w kieszeniach po nowojorskiej Trzeciej Alei młody mężczyzna. Powietrze było łagodne i rześkie, niebo powoli ciemniało, przechodząc od błękitu do spokojnego, stonowanego fioletu zmierzchu. Istnieją osoby, które uwielbiają miasto, a w takie czarowne wieczory można miasto pokochać jeszcze bardziej. Mijający się w progu delikatesów, automatycznych pralni chemicznych czy restauracji ludzie uśmiechali się do siebie serdecznie. Stara kobieta pchająca zdezelowany wózek dziecięcy, na który załadowała dwie torby z zakupami, uśmiechnęła się do młodego mężczyzny.

Hej, śliczny!

Młody człowiek oddał jej uśmiech i skinął ręką.

Minęła go myśląc: Zakochany.

Rzeczywiście sprawiał takie wrażenie. Miał na sobie jasnoszary garnitur, wąski krawat z poluźnionym odrobinę węzłem, a guzik od koszuli pod szyją rozpięty. Jego włosy były ciemne i krótko obcięte, cera jasna, a oczy błękitne. Twarz niczym szczególnym się nie wyróżniała, ale w tak cudny wiosenny wieczór, w tej alei, w maju tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego trzeciego roku był naprawdę śliczny i stara kobieta z lekką nostalgią pomyślała sobie, że na wiosnę każdy może być śliczny... zwłaszcza jeśli śpieszy na kolację z kimś ze swoich snów, a później, zapewne, na tańce. Wiosna jest jedyną porą roku, kiedy nostalgia nie bywa zaprawiona goryczą, więc kobieta szła dalej bardzo z siebie rada, że odezwała się do młodzieńca, i jeszcze bardziej rada z tego, że on podziękował jej za komplement delikatnym skinieniem ręki.

Młodzieniec przeciął Sześćdziesiątą Trzecią Ulicę. Szedł lekkim, prawie tanecznym krokiem, na ustach igrał mu uśmiech. W połowie drogi do kolejnej przecznicy ujrzał staruszka, a obok niego załadowany kwiatami ręczny wózek, z którego łuszczyła się zielona farba; przeważały żółte -feeria żonkili i późnych krokusów. Były tam też goździki i cieplarniane róże. Staruszek jadł obwarzanek i słuchał masywnego radia tranzystorowego, które stało na skraju wózka.

Z głośnika płynęły same złe wiadomości; morderca, który zabijał swoje ofiary młotkiem, ciągle jeszcze przebyeał na wolności; John Fitzgerald Kennedy oświadczył, że rozwój wypadków w małym azjatyckim kraiku zwanym Wietnamem (spiker wymawiał „Wietenam”) władze Stanów Zjednoczonych śledzą z najwyższą uwagą i niepokojem; z East River wyłowiono zwłoki nie zidentyfikowanej kobiety; w sprawie toczonej obecnie przez zarząd miasta wojnie z handlarzami heroiny sąd i ława przysięgłych nie wydały wyroku; Rosjanie dokonali kolejnej próby nuklearnej. Każda z tych wiadomości wydawała się bez znaczenia. Powietrze było delikatne i wonne. Dwaj mężczyźni z brzuchami piwoszy stali przed sklepem z pieczywem i wymieniając kuksańce grali w gazdę. Wiosna przechylała się już w stronę lata, a lato w mieście to pora marzeń.

Młodzieniec minął stragan z kwiatami i głos przekazujący złe wiadomości stopniowo cichł. Niebawem jednak młody człowiek zawahał się, obejrzał przez ramię, chwilę się zastanawiał, po czym sięgnął do kieszeni i dotknął czegoś, co w niej trzymał. Przez moment wyglądał na kogoś zdziwionego, smutnego, wręcz opętanego, ale kiedy tylko wyciągnął rękę z kieszeni, jego twarz znów stała się pełna wielkiej pogody i niecierpliwego oczekiwania.

Z uśmiechem zawrócił do straganu. Podaruje jej kwiaty. Powinna się ucieszyć. Lubił patrzeć, jak jej oczy lśnią z zaskoczenia i radości, kiedy jej coś przynosił - drobny prezencik, ponieważ daleko było mu od zamożności. Pudełko czekoladek. Bransoletkę. Raz podarował tylko torbę pomarańcz Valencia, ponieważ wiedział, że ten gatunek Norma lubi najbardziej.

Mój młody przyjacielu - odezwał się sprzedawca kwiatów, kiedy mężczyzna w szarym garniturze i płaszczu zatrzymał się przy straganie i z uwagą zaczął oglądać wystawiony na wózku towar.

Sprzedawca miał co najmniej sześćdziesiąt osiem lat, ubrany był w tkany maszynowo, zniszczony sweter, a na głowie, mimo że wieczór był bardzo ciepły, nosił małą czapeczkę. Jego twarz stanowiła mapę zmarszczek, oczy były głęboko osadzone, a między palcami drżał mu papieros. Ale doskonale pamiętał, co to znaczy być młodym na wiosnę - młodym i tak zakochanym, że trudno sobie znaleźć miejsce. Zazwyczaj twarz sprzedawcy przybierała surowy wyraz, ale teraz rozjaśniał ją pogodny uśmiech, taki sam jak twarz starszej kobiety z zakupami: chłopiec stanowił przypadek ewidentny. Sprzedawca strząsnął z wypchanego na brzuchu swetra okruchy obwarzanka i pomyślał: Gdyby temu dzieciakowi nagle cos się przytrafiło, każdy z najwyższą ochotą ruszyłby mu na pomoc.

Po ile ma pan kwiaty? - zapytał młody człowiek.

Za dolara przygotuję przepiękny bukiet. To są róże z cieplarni. Kosztują trochę drożej, siedemdziesiąt centów za sztukę, ale jeśli kupi pan pół tuzina, sprzedam je za trzy i pół dolara.

Trochę drogo.

Nic, co dobre, nie jest tanie, mój młody przyjacielu. Matka nie nauczyła pana tej prawdy?

Młodzieniec roześmiał się.

Chyba coś o tym wspomniała.

Jasne. Musiała wspominać. Dam panu sześć: dwie czerwone, dwie żółte i dwie białe. Czy może być coś piękniejszego? Przybiorę trochę gipsówką. One to uwielbiają. I dam kilka liści paproci. Ale może woli pan bukiet za dolara?

One? - zapytał młody człowiek ciągle się uśmiechając.

Mój młody przyjacielu - odparł sprzedawca, wrzucając do rynsztoka niedopałek papierosa; uśmiechnął się. - W maju nikt nie kupuje kwiatów dla siebie. To jest zgoła prawo narodowe. Rozumie pan co mam na myśli.

Młodzieniec pomyślał o Normie, o jej radosnych pełnych zdumienia oczach, o łagodnym uśmiechu i pochylił lekko głowę.

Chyba tak.

Jasne. Więc na co się pan decyduje?

A jak pan myśli?

Powiem panu, co myślę. Ej, porada jest za darmo, prawda?

Myśle, że to jedyna rzecz na swiecie, którą jeszcze można mieć za darmo - odparł młodzian ze smętnym uśmiechem.

Ma pan bezsporną rację - odrzekł kwiaciarz. - W porządku, młody przyjacielu. Jeśli kupuje pan kwiaty dla matki, proponuje kilka żonkili, kilka krokusów, trochę konwalii. Wtedy nie zepsuje panu humoru słowami: „Och, synku, one są cudowne, ale musiały dużo kosztować. Och, na pewno dużo kosztowały, a przecież wiesz, że nie powinieneś trwonić pieniędzy”.

Młody mężczyzna zadarł głowę i roześmiał się, a sprzedawca ciągnął dalej:

Ale jeśli kupuje pan kwiaty dziewczynie, to już zupełnie inna sprawa, synu. I dobrze o tym wiesz. Jeśli nawet dostanie róże, nie zamieni się w księgową; ma pan na to moje najuroczystrze słowo honoru. Może nawet zarzuci panu ręce na szyję...

Wybieram róże - oświadczył młodzieniec i teraz z kolei sprzedawca wybuchnął gromkim śmiechem.

Grający w gazdę mężczyźni popatrzyli z rozbawieniem w ich stronę.

Kawalarze! - zawołał jeden z nich. - Może chcesz tanio kupić obrączkę? Mogę sprzedać swoją... mnie już niepotrzebna.

Młody człowiek uśmiechnął się krzywo i oblał pąsem po koniuszki włosów.

Kwiaciarz wybrał sześć róż, przyciął odrobinę łodyżki, spryskał kwiaty wodą i wsunął w dużą stożkowatą torebkę z celofanu.

„Dzisiaj pogoda zapowiada się na taką, o jakiej śnicie” - dobiegło z radia. - „Będzie ciepło, przewidywana temperatura o północy około trzydziestu stopni. Jeśli ktoś ma dusze romantyka, to wymarzona noc do patrzenia z dachu na gwiazdy... Dobrej zabawy, wielki Nowy Jorku, dobrej zabawy!

kwiaciarz zakleił torbę kawałkiem taśmy samoprzylepnej i poradził młodemu człowiekowi, żeby jego dama wsypała do wody odrobinę cukru, dzięki czemu kwiaty dłużej postoją.

Przekaże jej pańskie słowa - obiecał młody człowiek i wyciągnął z kieszeni pięciodolarowy banknot. - Dziękuję.

Wykonuję po prostu swoją pracę, mój młody przyjacielu - odparł sprzedawca, wydając mu dolara i dwie dwudziestopięciocentówki. Uśmiechnął się trochę smutno. - Niech pan da jej ode mnie całusa.

W radiu zespół „The Four Seasons” zaczął śpiewać swój aktualny przebój Sherry. Młodzieniec schował drobne do kieszeni i ruszył ulicą. Oczy miał wielkie, czujne i ożywione pragnieniem, ale niewiele dostrzegał z pulsującej bujnym życiem Trzeciej Alei. A działo się wokół niego wiele: matka ciągnęła dziecko siedzące w samochodzie-zabawce (malec miał komicznie usmarowaną lodami buzię), mała dziewczynka skakała na skakance i wyliczała: „Ene-due-like-fake-torba-borba-ósme-smake-eus-deus-kosmateus-i-morele-baks”. Przed pralnią stały kobiety, paliły papierosy i porównywały swoje ciąże. Przy wystawie sklepu ze sprzętem radiowym grupka mężczyzn patrzyła w ogromny, kolorowy telewizor z metka, na której widniała czterocyfrowa cena. Nadawano akurat transmisję z meczu baseballowego, a twarze graczy były zielone. Boisko miało barwę nie do końca dojrzałej truskawki, ale Metsi z Nowego Jorku tuż przed końcem rozgrywki prowadzili wysoko z Philliesami.

Młodzieniec szedł przed siebie, ściskał w dłoni kwiaty, nieświadom tego, że dwie kobiety przed pralnią, kiedy je mijał, przerwały na chwilę rozmowę i spoglądały na niego tęsknym wzrokiem; dni kiedy one dostawały kwiaty, minęły już dawno i bezpowrotnie. Nie zauważył, że młody policjant na skrzyżowaniu Trzeciej Alei z Sześćdziesiąta Dziewiątą Ulicą gwizdkiem zatrzymał ruch, żeby on mógł przejść bezpiecznie przez jezdnię. Policjant sam był zakochany i podobne maślane oczy widywał we własnym lusterku podczas golenia. Młody człowiek nie spostrzegł, że dwie nastolatki, które nadchodziły z przeciwka, minąwszy go, objęły się mocno ramionami i zachichotały.

Na rogu Siedemdziesiątej Trzeciej przystanął, po czym skręcił w prawo. Ta ulica była trochę bardziej zaciemniona i ciągnęły się wzdłuż niej domy o fasadach z piaskowca; na parterach mieściły się restauracje o włoskich nazwach. Trzy przecznice dalej w zapadającym zmroku grano w ulicznego baseballa. Młody człowiek nie poszedł aż tak daleko; w połowie przecznicy skręcił w wąski zaułek.

Na niebie pokazały się pierwsze lśniące lekko gwiazdy, ale zaułek był mroczny; w ciemnościach majaczyły pojemniki na śmieci. Teraz już młody mężczyzna był sam... nie, niezupełnie. Z mroku dobiegł przeraźliwy wrzask i młodzieniec zmarszczył brwi. Była to pieśń miłosna kocura i nie było w niej nic pięknego.

Młodzian zwolnił kroku. Popatrzył na zegarek. Kwadrans po ósmej i Norma powinna już po prostu...

Wtedy ją dostrzegł. Wychodziła z podwórka. Miała na sobie ciemnoniebieskie, rozszerzane spodnie i bluzkę z marynarskim kołnierzem. Na ten widok ścisnęło mu się serce. Za każdym razem, gdy rzucał na nią pierwsze spojrzenie, dziwił się niebywale; zawsze stanowiło to pełen słodyczy wstrząs - wyglądała tak młodo.

Uśmiechnął się - promieniał wręcz uśmiechem - i przyśpieszył kroku.

Norma - powiedział.

Uniosła głowę i uśmiechnęła się... lecz kiedy się do siebie zbliżyli, jej twarz spoważniała.

Jego uśmiech też jakby lekko przygasł i młodzieńca ogarnął na chwilę niepokój. Twarz nad marynarskim kołnierzem nagle rozmazała się. Było coraz ciemniej... czyżby się pomylił? Z całą pewnością nie. To była Norma.

Przyniosłem ci kwiaty - powiedział, ogarnięty radosnym zapałem i wręczył jej bukiet w celofanie.

Spoglądała chwilę na kwiaty, uśmiechnęła się i... oddała mu je z powrotem.

Dziękuję, ale pan najwyraźniej się pomylił. Nazywam się...

Norma - szepnął i z kieszeni wyciągnął młotek na krótkim trzonku. - One są dla ciebie, Normo... zawsze były dla ciebie... wszystkie są dla ciebie.

Cofnęła się o krok, jej twarz była już tylko niewyraźną, białą plamą, usta ogromnym, czarnym O przerażenia i wcale to nie była Norma, Norma nie żyła, nie żyła od dziesięciu lat. Ale to już nie było istotne, ponieważ zamierzała krzyczeć. Machnął młotkiem, żeby powstrzymać ten krzyk, zabić ten krzyk, i kiedy machnął młotkiem, bukiet upadł na ziemię, opakowanie pękło, a czerwone, białe oraz żółte róże rozsypały się obok pogiętych pojemników na śmieci, gdzie w mroku koty uprawiały swą obcą miłość, wrzeszcząc w miłosnym upojeniu, wrzeszcząc, wrzeszcząc.

Machnął młotkiem i już nie krzyczała, ale mogła krzyczeć, bo nie była przecież Normą, żadna z nich nie była Normą. Więc machał młotkiem, machał młotkiem, machał młotkiem. Nie była Normą, więc machał młotkiem tak, jak już robił to pięć razy.

W jakiś bliżej nie określony czas później wsunął go do wnętrza kieszeni i odsunął się od rozciągniętego na bruku ciemnego cienia, odszedł od wonnych róż rozsypanych obok pojemników ze śmieciami. Odwrócił się i opuścił zaułek. Teraz było już zupełnie ciemno. Gracze w baseballa dawno rozeszli się do domów. Jeśli nawet na jego garniturze widniały plamy krwi, nie było ich widać w mroku późnowiosennego wieczoru. A ona wcale nie nazywała się Norma. Ale on dobrze wiedział, jak on sam się nazywa. Nazywał się... nazywał...

Miłość.

Nazywał się miłość i spacerował ciemnymi ulicami, ponieważ Norma na niego czekała. I znajdzie ją. Już niebawem.

Zaczął się uśmiechać. Znów wędrował lekkim, tanecznym krokiem po Siedemdziesiątej Trzeciej Ulicy. Na schodkach przed domem siedziało małżeństwo. Obserwowało go: zadarta głowa, oczy wpatrzone w dal, lekki uśmiech na ustach. Kiedy ich minął, kobieta powiedziała:

Jak to się dzieje, że ty już tak nie wyglądasz?

Czego?

Nic, nic - odparła, nie spuszczając wzroku z młodego człowieka w szarym garniturze, który znikał w ciemności nadchodzącej nocy, i myślała, że jeśli istnieje coś piękniejszego niż wiosna, musi to być młodzieńcza miłość.

 

 






strona główna
(23kB)