(23kB)
strona główna


 

AGATHA CHRISTIE

 

 

 

DWANAŚCIE PRAC HERKULESA

 

TŁUMACZYŁA GRAŻYNA JESIONEK

TYTUŁ ORYGINAŁU THE LABOURS OF HERCULES

 

 

 

WPROWADZENIE

 

Mieszkanie Herkulesa Poirot było w wystroju z gruntu nowoczesne. Lśniło chromem. Nawet fotele, choć wygodnie wyściełane, miały kanciaste, zdecydowane kształty.

W takim to właśnie fotelu - jak zawsze pedantycznie, na samym środku - zasiadał Herkules Poirot. Naprzeciw niego, również w fotelu, siedział doktor Burton, członek najszacowniejszych towarzystw, z uznaniem pociągając Château Mouton Rothschild z piwniczki Poirota. Doktor był zażywny, rozczochrany, a spod strzechy jego białych włosów promieniało rumiane, dobrotliwe oblicze. Miał zwyczaj chichotać donośnie, acz nieco astmatycznie, oraz obsypywać siebie i wszystko dookoła popiołem z papierosów. Na próżno Poirot obstawiał go popielniczkami.

Doktor Burton zadawał właśnie pytanie:

- Dlaczego akurat Herkules? - mówił. - Skąd się to wzięło?

- Chodzi ci o imię, które nadano mi na chrzcie?

- Nie ma w nim nic chrześcijańskiego - zaprotestował doktor. - Jest pogańskie, zdecydowanie pogańskie. Ale skąd się wzięło? Kaprys ojca? Widzimisię matki? Względy rodzinne? Jeśli dobrze pamiętam - choć pamięć już u mnie nie ta, co kiedyś - miałeś brata imieniem Achilles, dobrze mówię?

Poirot przebiegł w myślach szczegóły kariery Achillesa Poirot. Czy to wszystko naprawdę miało miejsce?

- Przez bardzo krótki okres - odparł. Doktor Burton taktownie zmienił temat. - Ludzie powinni ostrożniej wybierać dzieciom imiona - oświadczył po namyśle. - Sam mam wnuki, to wiem. Jedna jest Blanche - a ciemna jak Cyganka! Dalej Deirdre, smutna Deirdre, która okazała się wesoła jak ptaszek. Co do małej Patience, to na dobrą sprawę powinna się nazywać Impatience!* A Diana... hm, Diana... - stary znawca literatury klasycznej wzruszył ramionami. - Waży osiemdziesiąt kilogramów, a ma dopiero piętnaście lat! Mówią, że to szczenięca otyłość, ale wcale mi na to nie wygląda. Diana! Chcieli jej dać Helena, ale tu już wtrąciłem swoje trzy grosze. Wiedząc, jak wyglądają jej rodzice! Czy jej babka, jeśli już o tym mowa! Namawiałem usilnie na Martę, Dorcas, na coś rozsądnego, ale gdzie tam... szkoda było słów. Rodzice to dziwni ludzie...

Zaczął lekko posapywać, a na jego małej, pucołowatej twarzy wystąpiły zmarszczki. Poirot spojrzał na niego pytająco.

- Wyobraziłem sobie następującą sytuację: twoja matka siedzi sobie z nieboszczką panią Holmes, szyją śpioszki lub stukają drutami i recytują - "Achilles, Herkules, Sherlock, Mycroft..."

Poirot nie podzielał rozbawienia przyjaciela.

- Jeżeli dobrze zrozumiałem, chodzi ci o to, że wyglądem nie przypominam Herkulesa?

Doktor Burton obrzucił wzrokiem Herkulesa Poirot, małą schludną postać odzianą w sztuczkowe spodnie, nienaganny czarny żakiet i starannie zawiązany krawat, i przesunęły się z lakierków na jajowatą głowę i olbrzymie wąsy, które były ozdobą górnej wargi.

- Jeśli już mam być szczery, to nie, Poirot! - wyznał doktor Burton. - Jak rozumiem - dorzucił po chwili -nigdy nie miałeś czasu zapoznać się z klasyką?

- To prawda.

- Szkoda. Wielka szkoda. Dużo straciłeś! Gdyby to ode mnie zależało, każdy powinien studiować klasykę.

Poirot wzruszył ramionami.

- Eh bien, i bez niej radziłem sobie wcale nieźle.

- Radziłeś sobie! Radziłeś! Nie w tym rzecz, żeby sobie radzić. Cóż za mylny punkt widzenia! Klasyka to nie drabina prowadząca do szybkiego sukcesu, jak te obecne kursy korespondencyjne! Nie jest ważne to, co dzieje się w godzinach pracy, istotny jest czas wolny. Wszyscy popełniamy ten sam błąd. Weźmy ciebie - starzejesz się, będziesz chciał rzucić pracę, zwolnić tempo... i co wtedy poczniesz z wolnym czasem?

Poirot miał odpowiedź pod ręką.

- Zamierzam zająć się - nie żartuję! - uprawą dyń.

Doktor Burton na chwilę zaniemówił.

- Uprawą dyń? Co masz na myśli? Te wielkie, rozdęte paskudztwa, które smakują jak woda?

- O! - podchwycił Poirot z entuzjazmem. - Właśnie w tym rzecz. One nie muszą smakować jak woda.

- Uhm, wiem... posypuje się je serem, siekaną cebulą albo polewa białym sosem,

- Nie, nie, mylisz się. Ja zamierzam poprawić smak samej dyni. Można z niej wydobyć - przymknął oczy - bukiet...

- Bój się Boga, człowieku, przecież dynia to nie claret! - Słowo "bukiet" przypomniało doktorowi o kieliszku. Pociągnął z niego, delektując się trunkiem. - Bardzo dobre to wino. Mocne. Uhm. -- Pokiwał głową z uznaniem. - Ale z tymi dyniami... chyba nie mówisz tego poważnie? Czyżbyś miał zamiar się schylać?! - zakrzyknął przerażony, ze współczuciem obejmując swój wydatny brzuszek.

- Schylać się, okopywać te rośliny, karmić je wełną moczoną w wodzie i tak dalej?

- Odnoszę wrażenie, że jesteś całkiem dobrze obeznany z uprawą dyń - zauważył Poirot.

- Widziałem to na wsi. Ale poważnie, Poirot, cóż to za rozrywka? Porównaj to tylko - jego głos przeszedł w pochwalny pomruk - z fotelem przed kominkiem w długim, niskim pokoju o ścianach wyłożonych książkami... to musi być długi pokój, nie kwadratowy. Dookoła same książki. Kieliszek porto... i otwarta książka w dłoni. Czas biegnie wstecz, gdy czytasz... Tu zaczął powoli skandować po grecku, a potem: przetłumaczył: I znów zręcznością swoją na morzu ciemnym jak wino sternik prostuje chyży statek miotany wiatrami. Naturalnie, niepodobna oddać w pełni ducha oryginału.

Opanowany entuzjazmem, na chwile zapomniał o Poirocie. Ten zaś, obserwując swojego gościa, poczuł nagle zwątpienie... niemiłe wyrzuty sumienia. Czyżby oto coś stracił? Bogactwo ducha? Ogarnął go smutek. Tak, powinien był zapoznać się z klasyką... przed laty... niestety, teraz już na to za późno...

Doktor Burton przerwał jego melancholijną zadumę.

- Czy mam rozumieć, że naprawdę chcesz się wycofać z zawodu?

- Tak.

Doktor Burton zachichotał.

- Nie zrobisz tego!

- Ależ zapewniam cię...

- Nie uda ci się to, mój stary. Za bardzo lubisz swoją pracę.

- Nic, wierz mi... czynię wszystko w tym kierunku. Jeszcze tylko kilka spraw... ale specjalnie wybranych, rozumiesz, a nic to, co mi się nawinie pod rękę... wyłącznie problemy, które będą miały jakiś wydźwięk osobisty.

Doktor Burton uśmiechnął się szeroko.

- Tak to jest. Jeszcze tylko jedna czy dwie sprawy, a potem następna... i tak to leci. Ostatni występ prima-donny w porównaniu z twoim będzie niczym, Poirot!

Zachichotał i bez pośpiechu wstał z fotela - przemiły, siwowłosy chochlik.

- To, co robisz, to nie są prace Herkulesa - powiedział. - To prace miłości. Przekonasz się, że mam rację. Idę o zakład, że za dwanaście miesięcy wciąż będziesz tutaj, a dynie - wzruszył ramionami - wciąż będą tylko dyniami.

I żegnając się z gospodarzem, doktor Burton opuścił surowy w wystroju pokój.

Odszedł on już z tych kart, by na nie więcej nic wrócić. Nas jednak zajmuje tylko to, co po sobie zostawił - pomysł.

Po wyjściu gościa Herkules Poirot usiadł bowiem niespiesznie w fotelu, niczym pogrążony we śnie, i mruknął:

- Prace Hcrkulesa... Mais oni, c'est une idee, ça...*

Następny dzień zasiał Herkulesa Poirot ślęczącego nad ogromnym, oprawnym w cielęcą skórę tomiskiem oraz kilkoma innymi, cieńszymi książkami. Od czasu do czasu Poirot spoglądał z udręką na liczne, zapisane na maszynie karteluszki.

Jego sekretarka, panna Lemon, została wydelegowana w celu zebrania materiałów na temat Herkulesa i przedłożenia mu ich do rąk własnych.

Bez cienia zainteresowania (ona nie z tych, co pytają: "dlaczego"), za to nadzwyczaj sprawnie, panna Lemon wywiązywała się z zadania.

Herkules Poirot zatopił się w oszałamiającym morzu wiedzy klasycznej, związanej przede wszystkim z "Herkulesem, sławnym herosem, który po śmierci wszedł do grona bogów i któremu oddawano należną im cześć". Jak dotąd nie najgorzej - dalej jednak przestało mu iść jak po maśle. Przez dwie godziny Poirot czytał pilnie, robiąc notatki i marszcząc brwi, porównywał je z literaturą fachową. W końcu rozparł się w fotelu i potrząsnął głową. Jego nastrój z poprzedniego wieczoru prysł bezpowrotnie. Co za ludzie!

Weźcie takiego Herkulesa... tego bohatera! Bohatera, a to dobre! Przecież to tylko wielki, muskularny osiłek o śladowej inteligencji i zbrodniczych skłonnościach! Poirotowi przyszedł na myśl niejaki Adolf Durand, rzeźnik, którego proces odbył się w Londynie w 1895 roku. Był to osobnik o sile niedźwiedzia, który zabił kilkoro dzieci. Podstawową linią obrony była epilepsja, na która Durand niewątpliwie chorował, chociaż roztrząsanie kwestii, czy była to padaczka petit mal, czy grand mal, zajęło kilka dni. Starożytny Herkules bezsprzecznie cierpiał na grand mal. Poirot potrząsnął głową. No, jeżeli tak wyglądał grecki ideał bohatera, to w warunkach współczesnych nie miał szans. Poirot był wstrząśnięty klasycznymi ideałami. Ci bogowie i boginie... mieli chyba nic mniej różnych wcieleń niż współcześni zbrodniarze. Zresztą faktycznie sprawiają wrażenie osobników o wyraźnie zbrodniczych skłonnościach. Pijaństwo, rozpusta, kazirodztwo, gwałty, szabrownictwo, morderstwa i szykany - starczyłoby tego, żeby juge d'instruction* miał pełne ręce roboty. Brak normalnego życia rodzinnego, brak ładu, brak metody. Brak ładu i metody nawet w zbrodniach! Też mi Herkules! -- parsknął Herkules Poirot, z rozwianymi złudzeniami wstając z fotela.

Rozejrzał się dookoła z aprobatą. Kwadratowy pokój z solidnymi kwadratowymi meblami o nowoczesnej linii... nawet jedna rzeźba nowoczesna, przedstawiająca kostkę na kostce, na niej zaś kompozycję z drutu miedzianego. A w środku tego lśniącego, uporządkowanego pokoju - on! Przejrzał się w lustrze. Oto współczesny Herkules, jakże odmienny od tego niesmacznego wizerunku nagiego osobnika z przerostem mięśni, wywijającego maczugą. Ot, mała, zwarta postać, tak bardzo na miejscu, w wielkomiejskim ubraniu i z wąsem - wąsem o zapuszczeniu jakiego antyczny Herkules nie mógłby nawet marzyć, wąsem wspaniałym, a zarazem wyszukanym.

A jednak między Herkulesem Poirot a Herkulesem starożytnym istniało pewne podobieństwo - i jeden, i drugi miał bez wątpienia znaczny udział w uwalnianiu świata od chwastów... I jednego, i drugiego można by nazwać dobroczyńcą społeczności, w której przyszło mu żyć...

Jak to powiedział doktor Burton przed wyjściem? "To, co robisz, to nie są prace Herkulesa..."

Ha, i tu się pomylił, stary piernik! Jeszcze raz należy wykonać dwanaście prac Herkulesa... współczesnego Herkulesa. Dowcipny koncept, a i zabawny! Zanim wycofa się ostatecznie, podejmie się dwunastu spraw, ni mniej, ni więcej. Powinny to być sprawy wybrane specjalnie pod kątem związku z dwunastoma pracami starożytnego Herkulesa. Tak, to będzie nie tylko zabawne... będzie to dzieło natchnione, ba - artystyczne.

Poirot sięgnął po Encyklopedię starożytności i ponownie zagłębił się w wiedzy klasycznej. Nie zamierzał zbyt wiernie naśladować swojego pierwowzoru. Obejdzie się bez kobiet, koszul Dejaniry... prace i tylko prace.

A zatem, pierwszą jego pracą powinien być lew z Nemei.

- Lew z Nemei - powtórzył, obracając słowa w ustach.

Naturalnie, nic spodziewał się. że będzie zmuszony stanąć oko w oko z lwem z krwi i kości. Gdyby dyrekcja jakiegoś ogrodu zoologicznego zwróciła się do niego w sprawie związanej z prawdziwym lwem, uznałby to za przesadny zbieg okoliczności.

Nie, tu trzeba odwołać się do symboliki. Pierwsza sprawa powinna mieć związek z jakąś powszechnie znaną osobistością, musi być sensacyjna, a także wagi najwyższej! Jakiś przestępca doskonały... albo przeciwnie, ktoś, kto w świadomości społecznej uchodzi za lwa. Głośny pisarz, polityk lub malarz... może nawet członek jakiejś rodziny panującej?

Ktoś z rodziny królewskiej... Spodobała mu się la myśl...

Nie będzie się spieszył. Zaczeka... zaczeka na tę nader ważną sprawę, która zapoczątkuje serię jego dobrowolnych prac.

 

LEW Z NEMEI

I

 

- Jest coś ciekawego, panno Lemon? - zapytał rankiem następnego dnia od progu gabinetu.

Miał pełne zaufanie do panny Lemon. Brakowało jej wyobraźni, ale miała intuicję. Wszystko, co uznała za godne uwagi, zwykle okazywało się interesujące. Była urodzoną sekretarką.

- Niewiele, panie Poirot. Tylko jeden list, który, jak sądzę, może pana zainteresować. Położyłam go na samym wierzchu.

- Cóż to za list? - Z zaciekawieniem postąpił krok w przód'.

- Od człowieka, który chce, żeby zajął się pan zniknięciem pekińczyka jego żony.

Poirot zatrzymał się z nogą w powietrzu i rzucił pannie Lemon spojrzenie pełne gorzkiego wyrzutu. Nie zauważyła tego, zajęta pisaniem na maszynie. Pisała z szybkością i precyzją szybkostrzelnego czołgu.

Poirot był wstrząśnięty; wstrząśnięty i rozgoryczony. Panna Lemon, niedościgniona panna Lemon zawiodła go! Pekińczyk. Pe-kiń-czyk! I to po tym, co mu się śniło tej nocy. Kiedy służący przyniósł mu poranną czekoladę, Poirot wychodził właśnie z pałacu Buckingham, gdzie osobiście odbierał wyrazy podziękowania!

Słowa cisnęły mu się na usta - słowa zgryźliwe, uszczypliwe. Nie wypowiedział ich jednak, wiedząc, że panna Lemon i tak nic nie usłyszy poprzez błyskawiczny stukot maszyny.

Chrząknął z niesmakiem i sięgnął po list, leżący na wierzchu stosu z boku jego biurka.

Tak, dokładnie tak, jak mówiła panna Lemon. Adres ze śródmieścia i zwięzłe, suche, niezbyt wyszukane żądanie. Temat - porwanie pekińczyka. Jednego z tych spasionych stworzeń o wyłupiastych oczach, pieszczoszków bogatych dam. Czytając list, Herkules Poirot wykrzywiał usta.

Nic znalazł nic niezwykłego. Nic nieszablonowego, czy... ależ tak, tak, panna Lemon miała jednak rację. Istotnie, jeden szczegół był raczej niezwykły.

Herkules Poirot usiadł. Przeczytał list powoli i dokładnie. Nie takiej sprawy oczekiwał, nie taką sprawę sobie przyrzekł. Nie była to sprawa ważna w żadnym tego słowa znaczeniu, przeciwnie - błaha w najwyższym stopniu. Nie nadawała się - i w tym tkwiło sedno jego zastrzeżeń - na pracę Herkulesa.

Pech chciał, że dręczyła go ciekawość...

O tak, był ciekawy...

Podniósł głos, by panna Lemon mogła dosłyszeć go przez stukot maszyny.

- Niech pani zadzwoni do tego sir Josepha Hoggina - polecił - i umówi mnie z nim na spotkanie w jego biurze, tak jak proponuje.

Jak zwykle, panna Lemon miała rację.

 

Jestem prostym człowiekiem, panie Poirot oświadczył sir Joseph Hoggin.

Herkules Poirot wykonał prawą ręką dyplomatyczny gest, wyrażający (jak kto woli) podziw dla niezaprzeczalnej wartości kariery sir Josepha lub uznanie dla jego skromności, ale równie dobrze można go było traktować jako pełen wdzięku przejaw odmiennego zdania. W każdym razie gest ten w niczym nie zdradzał prawdziwych uczuć Poirota, który rozmyślał właśnie o tym, że sir Joseph rzeczywiście jest człowiekiem nadzwyczaj prostym (w potocznym tego słowa znaczeniu). Oczy Herkulesa Poirot spoczęły krytycznie na wydatnych szczękach, małych świńskich oczkach, bulwiastym nosie i zaciśniętych wargach. Ogólny obraz przypominał mu coś lub kogoś, ale chwilowo nie mógł sobie tego uprzytomnić. Coś niejasno drgnęło mu w pamięci. Przed laty... w Belgii... z całą pewnością miało to związek z mydłem...

- Ja tam nie stroję żadnych lochów - ciągnął sir Joseph. - Nie owijam w bawełnę. Większość ludzi, panie Poirot, machnęłaby na to ręką. Spisała na straty jak przedawniony dług i zapomniała o tym. Ale to nie w stylu Josepha Hoggina. Jestem bogaty i, że tak się wyrażę, dwieście funtów w te czy wewte to dla mnie nie różnica...

- Gratuluję - .wtrącił żywo Poirot.

- Hę?

Sir Joseph przerwał na chwilę. Jego małe oczka zwęziły się jeszcze bardziej.

- Nie znaczy to, że mam zwyczaj wyrzucać pieniądze w błoto - rzekł ostro. - Jak wymagam, to płacę. Ale płacę cenę rynkową... ani grosza więcej.

- Zdaje pan sobie sprawę, że moje honoraria są wysokie? - powiedział Poirot.

- Tak, naturalnie. Ale ta sprawa - sir Joseph zerknął na niego chytrze - to przecież bagatelka.

Herkules Poirot wzruszył ramionami.

- Ja się nie targuję - oświadczył. - Jestem ekspertem. A usługi eksperta kosztują.

- Wiem, że w tych sprawach jest pan pierwsza klasa - wyznał szczerze sir Joscph. - Popytałem tu i tam i dowiedziałem się, że jest pan najlepszym z najlepszych. Zamierzam dotrzeć do sedna tej historii i grosza nie poskąpię. Właśnie dlatego pana tu wezwałem.

- Ma pan szczęście - rzekł Herkules Poirot.

- Hę? - powtórzył sir Joseph.

- Wyjątkowe szczęście - dorzucił Poirot z naciskiem.

- Osiągnąłem, mogę to powiedzieć bez fałszywej skromności, szczyt kariery. Wkrótce zamierzam się wycofać... zamieszkać na wsi, od czasu do czasu podróżować i zwiedzać świat, a także, być może, zająć się uprawą ogródka... zwłaszcza uszlachetnianiem odmian dyni. To wspaniałe warzywa, tyle że bez smaku. Ale nie w tym rzecz. Chciałem tylko wyjaśnić, że przed wycofaniem się z zawodu muszę jeszcze wykonać pewne zadanie, które sobie narzuciłem. Postanowiłem podjąć się dwunastu spraw, ni mniej, ni więcej. Dobrowolnych "dwunastu prac Herkulesa", jeśli można to tak określić. Pańska sprawa, sir Joseph, będzie jedną z nich. Zafrapowało mnie to, że jest zupełnie niepoważna.

- Poważna? - wtrącił sir Joseph.

- Niepoważna - powiedziałem. Zwracano się do mnie w różnych sprawach - morderstw, tajemniczych zgonów, rozbojów, kradzieży biżuterii... 'Po raz pierwszy jednak mam spożytkować mój talent do wyświetlenia porwania pekińczyka.

Sir Joseph chrząknął.

- Zadziwia mnie pan! - oświadczył. - Sądziłem, że nie może pan opędzić się od kobiet nagabujących pana w sprawie zaginionych psów.

- Słusznie. Ale to jest pierwszy wypadek, kiedy w takiej sprawie zwraca się do mnie mężczyzna!

Małe oczka sir Josepha zwęziły się z uznaniem.

- Zaczynam rozumieć, dlaczego mi pana polecono. Bystry z pana jegomość, panie Poirot.

- Może byłby pan łaskaw podać mi teraz takty - mruknął detektyw. - Pies zniknął... Kiedy?

- Dokładnie tydzień temu.

- Domyślam się, że pańska żona przez cały ten czas szaleje?

Sir Joseph wytrzeszczył oczy.

- Nic pan nie rozumie. Psa zwrócono.

- Zwrócono? A zatem, wybaczy pan, że pytam, do czego jestem panu potrzebny?

Twarz sir Josepha spurpurowiała.

- Bo niech mnie diabli, jeżeli dam się oszwindlować! No, panie Poirot, opowiem to panu po kolei. Psa skradziono tydzień temu... ktoś go buchnął w Kensington Gardens, gdzie dama do towarzystwa mojej żony zabrała go na spacer. Następnego dnia żona dostała list, w którym żądano dwustu funtów. Dwieście funtów, dobre sobie! Za takiego ujadającego zwierzaka, który w dodatku wiecznie włazi pod nogi!

- Naturalnie, odmówił pan zapłacenia takiej sumy - mruknął Poirot.

- Oczywiście... a raczej odmówiłbym, gdybym cokolwiek o tym wiedział! Milly - moja żona - doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Nic mi nie powiedziała. Po prostu wysłała pieniądze - w jednofuntowych banknotach, tak jak żądano - pod podany adres.

- I psa zwrócono?

- Tak. Wieczorem rozległ się dzwonek do drzwi i to bydlątko siedziało na schodach. Poza tym nie było widać żywego ducha.

- Doskonale. Proszę dalej.

- Oczywiście, Milly przyznała się wtedy do tego, co zrobiła, a mnie trochę poniosło. No, ale po chwili ochłonąłem... co się stało, to się stało, a trudno oczekiwać od kobiety, żeby postępowała zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. I pewnie machnąłbym na to ręką, gdybym nie spotkał w klubie starego Samuelsona.

- Tak?

- Do diaska, przecież to jawna granda! Jego spotkało dokładnie to samo. Naciągnęli jego żonę na trzysta funtów! No, tego już było za wiele. Uznałem, że trzeba położyć temu kres i posłałem po pana.

- Czy nie sądzi pan, sir Joseph, że właściwym (i znacznie oszczędniejszym) krokiem byłoby zawiadomienie policji?

Sir Joseph potarł nos.

- Czy jest pan żonaty, panie Poirot? - zapylał.

- Niestety, ominęło mnie to szczęście.

- Hmm - mruknął sir Joscph. - Nie wiem, jak to z tym szczęściem, ale gdyby pan był żonaty, to by pan wiedział, że kobiety to śmieszne istoty. Na pierwszą wzmiankę o policji moja żona dostała ataku histerii... wbiła sobie do głowy, że gdybym się do nich zwrócił, to coś mogłoby się przydarzyć jej bezcennemu Shan Tungowi. Nawet nie chciała o tym słyszeć... prawdę mówiąc, na pomysł zwrócenia się do pana także zareagowała niezbyt przychylnie. Tyle, że tu już nie ustąpiłem i wreszcie zgodziła się. Ale powtarzam - wcale jej się to nie podoba.

- Rozumiem, że sytuacja jest delikatna - mruknął Poirot. - Czy nie byłoby wskazane, żebym sam porozmawiał z pańską małżonką i uzyskał dalsze informacje, a jednocześnie uspokoił ją co do bezpiecznej przyszłości jej psa?

Sir Joseph skinął głową i wstał.

- Zawiozę pana moim samochodem.

 

II

 

W wielkim, gorącym i zagraconym salonie siedziały dwie kobiety.

Kiedy sir Joseph wprowadził Herkulesa Poirot, mały pekińczyk rzucił się ku nim, szczekając zawzięcie i niebezpiecznie krążąc wokół nóg detektywa.

- Shan... Shan, wracaj. Wracaj do mamy, skarbie... Panno Carnaby, niech go pani złapie.

Druga kobieta pośpiesznie zerwała się z miejsca.

- Istny lew - mruknął Herkules Poirot.

- Tak, rzeczywiście - przyznała bez tchu pogromczyni Shan Tunga. - To taki dobry stróż. Nikogo i niczego się nic boi. Moje śliczne maleństwo.

Dokonawszy niezbędnej prezentacji, sir Joseph oświadczył:

- No, panie Poirot, to ja już pana zostawiam - po czym szybko skinął głową i opuścił salon.

Lady Hoggin - korpulentna kobieta o farbowanych na rudą włosach - sprawiała wrażenie osoby wielce drażliwej. Jej dama do towarzystwa, rozedrgana panna Carnaby, była pulchną osóbką o miłej powierzchowności, między czterdziestką a pięćdziesiątką. Odnosiła się do lady Hoggin z najgłębszym szacunkiem i najwyraźniej bała się jej panicznie.

- Proszę mi podać, lady Hoggin, wszystkie okoliczności tej ohydnej zbrodni - zagaił Poirot.

Lady Hoggin spłonęła rumieńcem.

- Bardzo mnie cieszy, że pan to mówi, panie Poirot. To rzeczywiście była zbrodnia. Pekińczyki są tak strasznie wrażliwe... wrażliwe jak dzieci. Biedny Shan Tung mógł umrzeć już z samego strachu.

- Tak, to było niegodziwe... niegodziwe! - wtrąciła bez, tchu panna Carnaby. - Proszę mi podać fakty.

- No więc to było tak: panna Carnaby wyszła z Shan Tungiem do parku na spacer...

- O mój Boże, tak, wszystko to moja wina - zakwiliła dama do towarzystwa. - Jak mogłam być tak głupia... tak niedbała...

- Nie chcę pani robić wymówek, panno Carnaby, ale uważam, że mogła pani zachować większą czujność - oświadczyła cierpko lady Hoggin.

Poirot przeniósł wzrok na damę do towarzystwa.

- I co się tam wydarzyło?

Panna Carnaby potoczyście i z lekkim podnieceniem zaczęła zdawać relacje:

- O, to było coś zupełnie niezwykłego! - wybuchnęła. - Przechodziliśmy koło kwietnika - Shan Tung był oczywiście na smyczy, już wcześniej pohasał po trawie - i właśnie kiedy miałam zawrócić do domu, moją uwagę przykuło dziecko w wózku... takie śliczne maleństwo... Uśmiechało się do mnie, miało takie śliczne różowiutkie policzki i takie loczki. Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie spytać piastunki o jego wiek... ona na to, że siedemnaście miesięcy... i jestem pewna, że rozmawiałam z nią najwyżej minutę czy dwie, a potem spojrzałam nagle w dół i Shana już nie było. Smycz przecięto...

- Nikomu nic udałoby się podkraść i przeciąć smyczy, gdyby pani należycie wypełniała swoje obowiązki - wtrąciła lady Hoggin.

Wyglądało na to, że panna Carnaby w każdej chwili gotowa jest wybuchnąć płaczem.

- I co było dalej? - zapytał pośpiesznie Poirot.

- Naturalnie, szukałam go. Wszędzie. I wołałam! Pytałam też dozorcy, czy nie widział kogoś niosącego pekińczyka, ale on nikogo takiego nie zauważył... więc nie wiedziałam, co robić... dalej go szukałam, ale w końcu musiałam oczywiście wrócić do domu...

Panna Carnaby urwała raptownie. Poirot wyobrażał sobie doskonale, co działo się po jej powrocie.

- A potem dostała pani list? - zapytał. Opowieść podjęła lady Hoggin:

- Nazajutrz, poranną pocztą. W tym liście pisano, że jeżeli chcę jeszcze ujrzeć Shan Tunga żywego, mam wysłać dwieście funtów w banknotach jednofuntowych na nazwisko kapitana Curtisa, Bloomsbury Road Square numer trzydzieści osiem. Pisano, że jeżeli pieniądze będą znaczone albo jeżeli zawiadomimy policję, t... to odetną Shan Tungowi uszy i ogon!

Panna Carnaby zaczęła pochlipywać.

- Cóż za okropność! - wybąkała. - Jak ludzie mogą być tacy podli?!

- I było tam napisane - ciągnęła lady Hoggin - że jeżeli natychmiast wyślę pieniądze, to Shan Tung wróci do mnie zdrów i cały jeszcze tego samego dnia, ale jeżeli... jeżeli później zawiadomię policję, to Shan Tung za to zapłaci...

- O Boże, ,tak się boję, że nawet teraz... oczywiście pan Poirot nie jest właściwie z policji... - wymamrotała przez łzy panna Carnaby.

- Widzi pan więc, panie Poirot, że musi pan być nadzwyczaj ostrożny - powiedziała lady Hoggin z niepokojem.

Herkules Poirot czym prędzej rozproszył jej obawy.

- Ależ ja nie jestem policjantem. Będę prowadził dochodzenie wyjątkowo dyskretnie i bez rozgłosu. Zapewniam panią, lady Hoggin, że Shan Tungowi absolutnie nic nie grozi. Gwarantuję to pani.

Wyglądało na to, że owo magiczne słowo uspokoiło obie kobiety. - Czy ma pani jeszcze ten list? - ciągnął Poirot. Lady Hoggin potrząsnęła głową.

- Nie. Kazano mi dołączyć go do pieniędzy.

- I pani usłuchała?

- Tak.

- Hm, a to szkoda.

- Ale ja mam smycz - wtrąciła żywo panna Carnaby. - Mam ją przynieść?

Kiedy wyszła z salonu, Herkules Poirot skorzystał z jej nieobecności, by zadać kilka istotnych pytań.

- Amy Carnaby? Nie, nie podejrzewam jej. Jest poczciwa, chociaż, rzecz jasna, głupia. Miałam kilka dam do towarzystwa i wszystkie były beznadziejnie głupie. Ale Amy jest bardzo przywiązana do Shan Tunga i - co zrozumiale - była strasznie zmartwiona całą tą historią, tym że marudziła nad wózkiem, zaniedbując moje słodkie maleństwo! Te stare panny są wszystkie takie same, zwariowane na punkcie dzieci! Nie, jestem pewna, że ona nic miała z tym nic wspólnego.

- Rzeczywiście, to mało prawdopodobne - przyznał Poirot. - Ale skoro w chwili porwania pies znajdował się pod jej opieką, należy upewnić się co do jej uczciwości. Od dawna u pani pracuje?

- Prawie rok. Miała doskonałe referencje. Pracowała u starej lady Hartingfield aż do jej śmierci... zdaje się, że dziesięć lat. Później przez pewien czas zajmowała się kaleką siostrą. To naprawdę poczciwa dusza... ale, jak mówiłam, głupia jak but.

W tej samej chwili Amy Carnaby wróciła do salonu jeszcze bardziej zadyszana, niosąc smycz, którą niezwykle uroczyście wręczyła Poirotowi, spoglądając na niego z pełnym nadziei wyczekiwaniem.

Poirot z uwagą obejrzał smycz.

- Mais oni - bąknął. - Niewątpliwie została przecięta.

Obie kobiety nadal czekały z nadzieją.

- Zatrzymam ją.

Uroczyście schował smycz do kieszeni. Obie kobiety odetchnęły z ulgą. Herkules Poirot najwyraźniej zachował się tak, jak tego po nim oczekiwano.

 

III

 

Poleganie na nie sprawdzonych informacjach nic leżało w naturze Herkulesa Poirot.

Mimo iż wydawało się nieprawdopodobne, by panna Carnaby była kim innym niż niezbyt rozgarniętą kobietą, na jaką wyglądała, Poirot postarał się o rozmowę z nieco odpychającą damą, siostrzenicą świętej pamięci lady Hartingfield.

- Amy Carnaby? - powiedziała panna Maltravers. - Oczywiście, pamiętani ją doskonale. Poczciwa z niej dusza, służyła u ciotki Julii aż do jej śmierci. Uwielbiała psy i była niezrównana w czytaniu na głos. No i taktowna, nigdy się nie sprzeczała z kaleką. Co się z nią stało? Mam nadzieję, że nie wpadła w żadne tarapaty? Mniej więcej rok temu dałam jej referencje dla jakiejś kobiety... zdaje się, że jej nazwisko zaczynało się na "H"...

Poirot pośpieszył z wyjaśnieniem, że panna Carnaby nadal pracuje tam, gdzie przedtem. Wyniknęły, powiedział drobne kłopoty w związku z zaginięciem psa.

- Amy Carnaby kocha psy. Moja ciotka miała pekińczyka. Zostawiła go przed śmiercią pannie Carnaby, która była do niego bardzo przywiązana. Kiedy zdechł, zupełnie się załamała. O tak, to poczciwa dusza, choć oczywiście nie jest intelektualistką.

Herkules Poirot zgodził się, że pannę Carnaby trudno byłoby uznać za intelektualistkę.

Następnym jego krokiem było odszukanie dozorcy parku, z którym panna Carnaby rozmawiała owego fatalnego dnia. Nic sprawiło mu to większych trudności. Dozorca pamiętał całe zdarzenie.

- Kobieta w średnim wieku, tęgawa, mocno zdenerwowana. Zgubiła pekińczyka. Znam ją dobrze z widzenia, przychodzi z psem prawie co wieczór. Widziałem, jak wchodziła do parku. Nieźle ją wzięło, jak go zgubiła. Przybiegła do mnie, dowiedzieć się, czy nie widziałem kogoś z pekińczykiem! No sam pan powiedz! W parku jest pełno psów, różnych - terierów, pekińczyków, buldogów niemieckich... nawet tych chartów rosyjskich... jakie chcieć. I jak tu odróżnić jednego pekińczyka od drugiego?

Herkules Poirot w zamyśleniu pokiwał głową.

Pojechał do Bloomsbury Road Square pod numer 38.

Domy oznaczone numerami 38, 39 i 40 połączono w pensjonat prywatny "Balaclava". Poirot wszedł po schodkach i otworzył drzwi. Przywitał go półmrok i zapach gotowanej kapusty, zmieszany ze wspomnieniami po śledziach ze śniadania. Po lewej stronie ujrzał mahoniowy stół, na którym stała smętna chryzantema w doniczce. Nad stołem wisiała obita suknem tablica, do której przypinano listy. Przez pewien czas wpatrywał się w nią z namysłem, a następnie otworzył drzwi po prawej stronie, prowadzące do czegoś w rodzaju świetlicy, wyposażonej w kilka stolików i tak zwanych foteli, obitych kretoncm w przygnębiający wzorek. Towarzystwo złożone z trzech leciwych dam i starszego pana o zapalczywym wyglądzie uniosło głowy, spoglądając na intruza za śmiertelnym jadem w oczach. Herkules Poirot zarumienił się i wycofał.

Ruszył w głąb korytarza i dotarł do schodów. Po prawej stronie odgałęzienie korytarza prowadziło do sali, która ewidentnie spełniała rolę jadalni.

Nieco dalej znajdowały się drzwi z napisem: "Biuro".

Poirot zapukał do nich. Nie słysząc odpowiedzi, otworzył je i zajrzał do środka. W pokoju stało olbrzymie biurko, ale nikogo nie było widać. Detektyw wycofał się, zamykając za sobą drzwi. Wrócił do jadalni.

Krzątała się tam smutna dziewczyna z koszykiem sztućców, które układała na stołach.

- Przepraszam panią, czy mógłbym się widzieć z kierowniczką? - zapytał pokornie Herkules Poirot.

Dziewczyna spojrzała na niego mętnym wzrokiem.

- A tego to ja nie wiem.

- W biurze nikogo nie ma - rzekł detektyw.

- A tego to ja nie wiem, gdzie ona jest.

- Być może udałoby się pani dowiedzieć - nalegał Poirot cierpliwie.

Dziewczyna westchnęła. Nowe zadanie, którym ją obarczono, dodatkowo upokorzyło jej i tak już ponure życie.

- Zobaczę, co się da zrobić - odparła ze smutkiem. Poirot podziękował jej i znowu wycofał się na korytarz, nie mając odwagi stanąć twarzą w twarz z wrogimi spojrzeniami ludzi w świetlicy. Przyglądał się właśnie krytej suknem tablicy na listy, kiedy szelest i silny zapach fiołków obwieściły przybycie kierowniczki.

Panią Harte przepełniała wylewność.

- Najmocniej przepraszam, że nie było mnie w biurze - wykrzyknęła. - Życzy pan sobie pokój?

- Niezupełnie - mruknął Poirot. - Ciekaw jestem, czy nie bawił tu ostatnio pewien mój przyjaciel. Niejaki kapitan Curtis.

- Curtis! - krzyknęła pani Harte. - Kapitan Curtis? Gdzież ja słyszałam to nazwisko?

Potrząsnęła głową z irytacją, widząc, że Poirot nie zamierza przyjść jej z pomocą.

- A wiec nie mieszkał u pani żaden kapitan Curtis? - zapytał detektyw.

- Nie, przynajmniej ostatnimi czasy. Ale wie pan, że to nazwisko jest mi dziwnie znajome. Czy mógłby pan opisać swojego przyjaciela?

- Byłoby to dość trudne - bąknął Poirot. - Zdarza się, jak sądzę, że przychodzą tu listy do osób, które faktycznie nie mieszkają w pensjonacie?

- Oczywiście, bywa i tak.

- Co pani robi z takimi listami?

- No cóż, trzymamy je przez jakiś czas. Widzi pan, zazwyczaj oznacza to, że adresat wkrótce się pojawi. Naturalnie, listy i paczki, których przez dłuższy czas nikt nie odbiera, zwracamy na pocztę.

Herkules Poirot w zamyśleniu pokiwał głową.

- Rozumiem - powiedział. - Chodzi o to, że wysłałem list do mojego przyjaciela właśnie na ten adres.

Pani Harte rozpromieniła się.

To wszystko tłumaczy. Widocznie zauważyłam jego nazwisko na kopercie. Ale gości u nas tylu wojskowych, na stale lub przelotnie, że doprawdy... Jedną chwilkę...

Spojrzała na tablicę.

- Tutaj nie ma tego listu - rzekł detektyw.

- Prawdopodobnie zwrócono go listonoszowi. Tak mi przykro. Mam nadzieję, że nie było w nim nic ważnego?

- Nie, nic ważnego - uspokoił ją Poirot. Skierował się do drzwi, ścigany przez panią Harte i gryzący zapach fiołków.

- Gdyby pański przyjaciel pojawił się...

- To nader wątpliwe. Musiałem się pomylić...

- Ceny u nas są bardzo umiarkowane - oświadczyła pani Harte. - W opłatę wliczona jest także kawa po śniadaniu. Bardzo bym chciała pokazać panu kilka naszych sypialni...

Nic było to proste, lecz w końcu Herkulesowi Poirot udało się uciec.

 

IV

 

Salon pani Samuelson był obszerniejszy, umeblowany z większym przepychem i - z powodu centralnego ogrzewania - jeszcze bardziej duszny niż salon lady Hoggin. Herkules Poirot lawirował niepewnie między pozłacanymi konsolami i wielkimi grupami rzeźb.

Pani Samuelson była wyższa od lady Hoggin, włosy zaś miała tlenione. Jej pekińczyk wabił się Nanki Poo. Z arogancją wlepił w detektywa wyłupiaste ślepia. Panna Keble, dama do towarzystwa pani Samuelson, w przeciwieństwie do pulchnej panny Carnaby była chuda i koścista, ale opowiadała równie potoczyście i bez tchu. Także i na nią zrzucono odpowiedzialność za zniknięcie psa.

- Naprawdę, panie Poirot, to było coś zdumiewającego. Stało się w mgnieniu oka. Byliśmy przed domem towarowym Harrodsa i pielęgniarka spytała mnie, która godzina...

- Pielęgniarka? - przerwał Poirot. - Taka ze szpitala? - Nie, nie... mówię o piastunce do dziecka. To było takie słodkie maleństwo! Kruszynka kochana, miała takie śliczne różowiutkie policzki. Powiadają, że w Londynie dzieci wyglądają niezdrowo, ale jestem pewna...

- Ellen! - rzuciła pani Samuelson.

Panna Keble oblała się rumieńcem, zająknęła i zamilkła.

- I kiedy panna Keble pochylała się nad wózkiem, który nie powinien jej obchodzić, ten bezczelny bandyta przeciął smycz Nanki Poo i go uprowadził - rzekła cierpko pani Samuelson.

- To się stało w mgnieniu oka - wyszeptała panna Keble przez łzy. - Obejrzałam się, a kochanego psiaka już nie było... w ręku miałam tylko przeciętą smycz. Może chce pan ją obejrzeć, panie Poirot?

- Broń Boże - zaprzeczył detektyw pośpiesznie. Nie miał zamiaru kolekcjonować przeciętych smyczy. - Rozumiem, że wkrótce otrzymała pani list?

Historia ta była wiernym powtórzeniem pierwszej kradzieży - list i groźba odcięcia Nanki Poo ogona i uszu. Od poprzedniej różniła się tylko dwoma szczegółami - wysokością okupu (trzysta funtów) i adresem, na który należało przesiać pieniądze: tym razem odbiorcą był komandor Blackleigh, hotel Harrington, Clonmel Gardens 76, Kensington.

- Kiedy Nanki Poo wrócił bezpiecznie do domu, osobiście udałam się pod ten adres, panie Poirot - ciągnęła pani Samuelson. - Ostatecznie trzysta funtów piechotą nie chodzi.

- Z pewnością.

- Pierwszą rzeczą, jaką tam ujrzałam, był mój list z pieniędzmi nad czymś w rodzaju tablicy w korytarzu. Czekając na właścicielkę hotelu, schowałam go do kieszeni. Niestety...

- Niestety, kiedy go pani otworzyła, znalazła pani tylko czyste kartki - dopowiedział Poirot.

- Skąd pan to wie? - Pani Samuelson spojrzała na niego z przestrachem.

Poirot wzruszył ramionami.

- To oczywiste, chere madame, że złodziej postarał się odebrać pieniądze, zanim oddał psa. Następnie w miejsce banknotów włożył czyste kartki i z powrotem przypiął list do tablicy, żeby nikt nie zwrócił uwagi na znikniecie koperty.

- Żaden komandor Blackleigh nigdy tam nie mieszkał.

Poirot uśmiechnął się.

- Mój mąż był oczywiście niezwykle zdenerwowany całą tą historią. Właściwie to był wściekły... dosłownie wściekły!

- Pani, hm... nie zasięgnęła jego opinii przed wystaniem pieniędzy? - mruknął ostrożnie detektyw.

- Oczywiście, że nie - potwierdziła zdecydowanie pani Samuelson.

Poirot rzucił jej nieme pytanie.

- Wolałam nie ryzykować - wyjaśniła. - Kiedy chodzi o pieniądze, mężczyźni są tacy nieobliczalni. Jacob uparłby się, żeby zawiadomić policję. Nie mogłam do tego dopuścić. Mój biedny Nanki Poo, mogło mu się przydarzyć wszystko co najgorsze! Później, naturalnie, powiedziałam o tym mężowi, ponieważ musiałam wyjaśnić, dlaczego przekroczyłam stan konta.

- Właśnie, ano właśnie - mruknął Poirot.

- I niech mi pan wierzy, że nigdy dotąd nie widziałam go tak rozgniewanego. Mężczyźni - oświadczyła pani Samuelson, poprawiając gustowną bransoletę z brylantami i obracając pierścionki na palcach - myślą tylko i wyłącznie o pieniądzach. Herkules Poirot wysiadł z windy i wszedł do biura sir Josepha Hoggina. Okazał swoją wizytówkę i dowiedział się, że sir Joseph jest właśnie zajęty, lecz wkrótce go przyjmie. Wreszcie z gabinetu sir Josepha wypłynęła wyniosła blondynka z rękami pełnymi dokumentów, która w przelocie posłała osobliwemu człowiekowi lekceważące spojrzenie.

Sir Joseph siedział przy olbrzymim mahoniowym biurku. Na podbródku miał ślady szminki.

- No co tam, panie Poirot? Niech pan siada. Ma pan dla mnie jakieś wiadomości?

- Cala ta sprawa jest ujmująco prosta - stwierdził detektyw. - W każdym wypadku pieniądze przekazywano na adres jednego z tych prywatnych hotelików czy pensjonatów, gdzie nie ma portierów i gdzie stale kręcą się goście, wśród których zdecydowanie przeważają emerytowani wojskowi. Nic prostszego, jak wejść do środka, wziąć list z tablicy i albo zabrać go ze sobą, albo wyjąć pieniądze, a w ich miejsce podłożyć czyste kartki. Tak czy owak. tutaj trop się urywa.

- Chce pan powiedzieć, że nie wie pan, czyja to sprawka?

- Mam pewne koncepcje. Sprawdzenie ich zajmie mi kilka dni.

Sir Joseph spojrzał na niego z zaciekawieniem.

- Dobra robota. No, to jak będzie pan miał dla mnie coś konkretnego...

- Zgłoszę się do pana do domu.

- Jeżeli dotrze pan do sedna tej historii, będzie to kawał solidnej roboty.

- Porażka nic wchodzi w rachubę - oświadczył detektyw. - Herkules Poirot nigdy nie przegrywa.

Sir Joseph spojrzał na małego człowieczka z rozbawieniem.

- Nie brak panu pewności siebie, co?

- Mam po temu wszelkie powody.

- Ba! - sir Joseph rozparł się na krześle. - Jak mówi przysłowie: krowa, która ryczy, mało mleka daje.

 

VI

 

Herkules Poirot, siedząc przed grzejnikiem elektrycznym (z którego uporządkowanej, geometrycznej formy czerpał poczucie błogiego zadowolenia) wydawał polecenia swojemu służącemu i totumfackiemu.

- Zrozumiałeś, Gcorges?

- Tak, proszę pana.

- Najprawdopodobniej jest to mieszkanie albo niewielki domek. Z całą pewnością na ściśle ograniczonym terenie. Na południe od parku, na wschód od kościoła Kensington, na zachód od Knightsbridge Barracks i na północ od Fuhlam Road.

- Rozumiem doskonale.

- To ciekawy przypadek - mruknął Poirot. - Mamy tu dowody wybitnego talentu organizatorskiego. Dochodzi do tego, naturalnie, zadziwiająca niewidzialność gwiazdy programu... samego lwa z Nemei, jeśli wolno mi go tak nazwać. Tak, to interesująca sprawa. Mógłbym wprawdzie pałać większą sympatią do mojego klienta... tak się jednak nieszczęśliwie składa, że nieodparcie przypomina mi on pewnego fabrykanta mydła z Liege, który otruł żonę, żeby poślubić swoją sekretarkę... blondynkę, nawiasem mówiąc. Jego przypadek był jednym z moich pierwszych sukcesów.

Georges potrząsnął głową.

- Te blondynki, proszę pana, one sprowadzają niemało kłopotów - obwieścił grobowym głosem.

 

VII

 

Trzy dni później nieoceniony Georges oświadczył:

- A oto ten adres, proszę pana.

Herkules Poirot wziął od niego kartkę.

- Znakomicie, mój drogi. A dzień tygodnia?

- Czwartki, proszę pana.

- Czwartki. Tak się szczęśliwie składa, że dziś akurat mamy czwartek. A więc nie należy zwlekać.

Dwadzieścia minut później Herkules Poirot wchodził po schodach ponurego bloku mieszkalnego, ukrytego na bocznej uliczce, odchodzącej od nieco bardziej reprezentacyjnej arterii. Mieszkanie numer 10 w Rosholm Mansions znajdowało się na trzecim i ostatnim piętrze. Windy nic było. Poirot mozolnie wspinał się po wąskich, spiralnych schodach.

Kiedy zatrzymał się na ostatnim podeście, aby nieco odsapnąć, ciszę przerwał nowy dźwięk, dolatujący zza drzwi mieszkania numer dziesięć - przenikliwe szczekanie psa.

Herkules Poirot pokiwał głową z uśmiechem i nacisnął dzwonek.

Szczekanie spotęgowało się, rozległy się czyjeś kroki, otworzyły się drzwi...

Panna Amy Carnaby cofnęła się, a jej dłoń spoczęła na wydatnym biuście.

Pozwoli pani, że wejdę? - zapytał Herkules i wszedł, nie czekając na odpowiedź.

Po prawej stronie zobaczył otwarte drzwi do pokoju. Skierował się tam, mając za sobą pannę Carnaby, która poruszała się niczym lunatyczka.

Był to mały, zagracony pokoik. W gąszczu mebli można było dostrzec niemłodą kobietę, leżącą na sofie przysuniętej do piecyka gazowego. Kiedy Poirot stanął w drzwiach, z sofy zeskoczył pekińczyk i podbiegł do detektywa, obszczekując go podejrzliwie.

- Oho! Nasz gwiazdor! - rzekł Poirot. - Witam, mój mały przyjacielu.

Pochylił się, wyciągając rękę. Pies obwąchał ją, inteligentnym wzrokiem przyglądając się twarzy człowieka.

- A więc pan wie? - wyszeptała słabym głosem panna Carnaby.

Herkules Poirot pokiwał głową.

- Tak, wiem. - Spojrzał na leżącą na sofie kobietę.

- Przypuszczam, że to pani siostra?

- Tak - potwierdziła panna Carnaby machinalnie.

- Emily, to... to pan Poirot.

Emily Carnaby szybko wciągnęła powietrze.

- Och! - jęknęła.

- August... - rzekła Amy Carnaby.

Pekińczyk spojrzał na nią, pomachał ogonem i wrócił do obwąchiwania ręki detektywa, wciąż merdając wesoło.

Poirot delikatnie podniósł psiaka, usiadł i położył sobie Augusta na kolanach.

- A więc pojmałem lwa z Nemci. Pierwsze zadanie wykonane.

- Czy pan naprawdę wie wszystko? - zapytała Amy Carnaby napiętym, suchym głosem.

Poirot skinął głową.

- W zupełności się z panią zgadzam - rzekł Poirot, kłaniając się lekko. - Jako przestępczyni, mademoiselle, jest pani nadzwyczajna.

- Przestępczyni! - krzyknęła Amy Carnaby. - Mój Boże, rzeczywiście chyba tak. Ale... ale ja nigdy tego tak nie odczuwałam.

- A jak?

- Oczywiście, ma pan rację. To było łamanie prawa. Ale widzi pan... jak mam to wyjaśnić? Prawie wszystkie kobiety, które nas zatrudniają, są takie grubiańskie i niemiłe. Na przykład lady Hoggin zupełnie nie zwraca uwagi na to, co i jak do mnie mówi. Kiedyś na przykład powiedziała, że jej lekarstwo ma nieprzyjemny smak i praktycznie oskarżyła mnie o to, że coś przy nim majstrowałam i tak dalej... - Panna Carnaby zarumieniła się. - To naprawdę bardzo nieprzyjemne. A jeszcze bardziej doskwiera to, że nie można nic powiedzieć, odgryźć się, jeśli pan mnie rozumie.

- Rozumiem - rzekł Herkules Poirot.

- A widok tego marnotrawienia pieniędzy... jakie to denerwujące. Taki sir Joseph, on nam czasami opowiadał, jakie to zrobił interesy... często wyglądało mi na to (choć wiem, że jestem tylko kobietą i nie znam się na finansach), że to było z gruntu nieuczciwe! I wie pan, panie Poirot, wszystko to... wszystko to mnie rozstroiło i poczułam, że odebranie cząstki pieniędzy tym ludziom, którzy naprawdę tego nie odczują i którzy zdobywali je bez żadnych skrupułów... no naprawdę nie widziałam w tym nic złego.

- Współczesny Robin Hood! - mruknął Poirot. - Panno Carnaby, proszę mi powiedzieć, czy kiedykolwiek wcieliła pani w czyn te groźby, którymi straszyła pani w listach?

- Groźby?

- Czy kiedykolwiek była pani zmuszona okaleczyć jakieś zwierzę tak, jak to pani opisywała?

Panna Carnaby spoglądała na niego z przerażeniem.

- Ależ nigdy by mi się nawet nie śniło zrobić coś podobnego! To był tylko... efekt artystyczny.

- Bardzo artystyczny. Skutkował.

- No oczywiście, wiedziałam, że poskutkuje. Wiem, jak sama bym się czuła, gdyby to chodziło o Augusta, i naturalnie musiałam zadbać o to, żeby te kobiety nie powiedziały niczego swoim mężom, dopiero po wszystkim. Mój plan skutkował za każdym razem. W dziewięciu wypadkach na dziesięć wysłanie listu z pieniędzmi zlecano damie do towarzystwa. Zwykle otwierałyśmy list nad parą, wyjmowałyśmy banknoty i na ich miejsce wkładałyśmy czyste kartki. Raz czy dwa właścicielka psa osobiście wysłała list. Wtedy, oczywiście, któraś z nas sama musiała pójść do -hotelu i zabrać list z tablicy. Ale to też było proste.

- A ten numer z piastunką? Zawsze z tego korzystałyście?

- Widzi pan, panie Poirot, stare panny znane są z tego', że mają głupi sentyment do dzieci. Wydawało się więc całkiem naturalne, że ujrzawszy dziecko, zapomną o bożym świecie.

Herkules Poirot westchnął.

- Jest pani wybitną znawczynią psychologii, organizatorką pierwszej klasy, a do tego wyśmienitą aktorką. Pani przedstawienie podczas odwiedzin u lady Hoggin było nienaganne. Niech pani nigdy nie myśli o sobie z lekceważeniem, panno Carnaby. Możliwe, że jest pani kobietą, jak to mówią, niewykwalifikowaną, ale intelektu i odwagi pani nie brakuje.

- A jednak zostałam złapana, panie Poirot - odparła panna Carnaby z bladym uśmiechem. - Przeze mnie. To było nieuchronne! W trakcie rozmowy z panią Samuelson zdałem sobie sprawę, że porwanie Shan Tunga było jednym z całej serii takich wypadków. Wiedziałem już wtedy, że kiedyś otrzymała pani w prezencie pekińczyka i że ma pani kaleką siostrę. Musiałem tylko polecić mojemu nieocenionemu służącemu, żeby rozejrzał się w najbliższej okolicy za mieszkaniem zajmowanym przez kaleką kobietę, która ma pekińczyka i siostrę, odwiedzającą ją co tydzień, kiedy ma wychodne. To było proste.

Amy Carnaby wyprostowała się.

- Taki pan jest uprzejmy, że ośmielę się prosić pana o przysługę. Wiem, że nie uniknę kary za to, co zrobiłam. Prawdopodobnie pójdę do więzienia. Ale gdyby mógł pan coś zrobić, żeby obyło się bez rozgłosu. Inaczej Emily się załamie... i ci, którzy nas znają z dawnych lat. Czy nie mogłabym pójść do więzienia pod fałszywym nazwiskiem? A może nie wypada o to prosić?

- Myślę, że będę mógł zrobić dla pani więcej. Ale najpierw jedno muszę postawić jasno. Ten proceder musi się skończyć. Koniec z porywaniem psów. Raz na zawsze!

- Ależ tak! Tak!

- A pieniądze, które wyłudziła pani od lady Hoggin, musi pani zwrócić.

Amy Carnaby przeszła przez pokój, otworzyła szufladę biurka i wróciła z paczką banknotów, którą podała Poirotowi.

- Właśnie dzisiaj miałam je wpłacić do wspólnej puli.

Detektyw przeliczył pieniądze. Powstał.

- Sądzę, panno Carnaby, że uda mi się przekonać sir Josepha, żeby nie oddawał sprawy do sądu.

- Och, panie Poirot!

Amy Carnaby zacisnęła dłonie. Emily krzyknęła z radości. August zaszczekał i zamerdał ogonem.

- Co do ciebie, mon ami - rzekł Poirot, zwracając się do pekińczyka - to chciałbym dostać od ciebie jedno. Twój niewidzialny płaszcz. We wszystkich tych przypadkach nikt ani przez chwilę nie podejrzewał, że w grę wchodzi drugi pies. Lwia skóra Augusta jest niewidzialna.

- Legenda mówi, panie Poirot, że pekińczyki były kiedyś lwami. Do tej pory zachowały lwie serce!

- Przypuszczam, że August to ten pies, którego dostała pani od lady Hartingfield, a który rzekomo umarł? Nie bała się pani, że może wpaść pod samochód?

- Ależ nie, panie Poirot, August świetnie potrafi sam chodzić po ulicach. Wytresowałam go bardzo starannie. Zrozumiał nawet zasady ruchu na ulicach jednokierunkowych.

- W takim razie - oświadczył Herkules Poirot - jest mądrzejszy od większości ludzi!

 

VIII

 

Sir Joseph przyjął Herkulesa Poirot w gabinecie.

- I co, panie Poirot? - zapytał. - Ma pan się czym pochwalić?

- Pozwoli pan, że najpierw o coś spytam - odrzekł detektyw, sadowiąc się w fotelu. - Wiem, kto jest przestępcą, i sądzę, że mógłbym dostarczyć wystarczających dowodów do skazania tej osoby. Wątpię jednak, żeby w takim wypadku odzyskał pan pieniądze.

- Nie odzyskałbym własnych pieniędzy?

Sir Joseph spurpurowiał.

- Ja jednak nie jestem policjantem - ciągnął Herkules Poirot. - W tej sprawie działam wyłącznie w pańskim interesie. Myślę, że mógłbym odzyskać pańskie pieniądze, pod warunkiem, że nie będzie pan wszczynał dalszych kroków.

- Hę? - bąknął sir Joseph. - Trzeba by nad tym pomyśleć.

- Decyzja należy do pana. Szczerze mówiąc, sądzę, że w interesie publicznym powinien pan oddać sprawę do sądu. Większość ludzi byłaby tego zdania.

- A, na pewno - zareplikował ostro sir Joseph.

- W końcu to nie ich pieniądze diabli by wzięli. Jednego nie znoszę, żeby mnie ktoś okradał. Jeszcze nikt nigdy nie okradł mnie bezkarnie.

- Cóż więc pan postanowił?

- Wybieram forsę! Nikt nie powie, że dałem się naciąć na dwieście funtów!

Herkules Poirot wstał, podszedł do stolika i wypisał czek na dwieście funtów, który wręczył rozmówcy.

- Niech skonam! - rzekł sir Joseph słabym głosem.

- Któż to jest, do diabła?

Poirot potrząsnął głową.

- Jeżeli decyduje się pan na pieniądze, nie wolno panu o nic pytać.

Sir Joseph złożył czek i schował go do kieszeni.

- Szkoda. Ale grunt to forsa. Ile jestem panu winien, panie Poirot?

- Moje honorarium nie będzie wysokie. Jak posiedziałem, to była zupełnie niepoważna sprawa.

Przerwał. - Ostatnio zajmuję się niemal wyłącznie morderstwami... Sir Joseph wzdrygnął się.

- To pewnie ciekawe? - bąknął.

- Czasami. Dziwnym trafem przypomina mi pan jedną z pierwszych spraw, które prowadziłem jeszcze w Belgii... protagonista był nadzwyczaj podobny do pana. Był to bogaty fabrykant mydła. Otruł żonę, żeby poślubić swoją sekretarkę... Tak, podobieństwo doprawdy niezwykłe...

Z ust sir Josepha wydarł się cichy dźwięk: wargi mu zsiniały, rumieńce odpłynęły ż policzków, oczy wyszły z orbit. Osunąwszy się w fotelu, wpatrywał się w detektywa.

Po chwili drżącą ręką sięgnął do kieszeni. Wyciągnął czek i podarł go na strzępy.

- Było, nie ma. Niech pan to potraktuje jako swoje honorarium.

- Ależ, sir Joseph, moje honorarium nie byłoby aż tak wysokie.

- Nie ma o czym mówić. To dla pana.

- Wyślę ten czek na jakiś cel dobroczynny.

- Niech go pan sobie wysyła, gdzie się panu żywnie podoba.

Poirot pochylił się w fotelu.

- Nie muszę panu chyba tłumaczyć, sir Joseph, że w pańskiej sytuacji powinien pan zachować daleko idącą ostrożność.

- Może pan być spokojny - odparł sir Joseph ledwie dosłyszalnym szeptem. - Będę ostrożny.

Herkules Poirot wyszedł.

- A jednak - mruknął pod nosem, schodząc po schodkach na ulicę. - Nie myliłem się.

 

IX

 

- Dziwne, to lekarstwo smakuje zupełnie inaczej - oznajmiła lady Hoggin mężowi. - Wcale już nie jest gorzkie. Ciekawe dlaczego?

- Same brakoroby, ci aptekarze - warknął sir Joseph.

- Za każdym razem wszystko robią inaczej.

- Chyba masz racje - przyznała lady Hoggin powątpiewająco.

- Oczywiście. Potrafisz znaleźć inny powód?

- Czy ten człowiek dowiedział się już czegoś w sprawie Shan Tunga?

- Tak. Odzyskał moje pieniądze.

- Kto go porwał?

- Tego nie powiedział. Małomówny gość, ten Poirot. Ale nie musisz się już więcej martwić.

- Zabawny z niego człowieczek, nie sądzisz?

Sir Joseph zadrżał lekko i zerknął spod oka w górę, jak gdyby poczuł nad prawym ramieniem obecność niewidzialnego Herkulesa Poirot. Miał wrażenie, że nigdy się już od tego uczucia nie uwolni.

- To kawał spryciarza! - odparł, w duchu zaś pomyślał sobie: "Greta może się wypchać! Dla żadnej platynowej blondynki nie będę ryzykował własną głową!"

 

X

 

- Och!

Amy Carnaby z niedowierzaniem oglądała czek na dwieście funtów.

- Emily! Emily, posłuchaj tylko!

Szanowna panno Carnaby, niech mi będzie wolno przekazać cegiełkę na Pani jakże godny wsparcia fundusz, zanim zostanie ostatecznie zamknięty. Z wyrazami głębokiego szacunku

Herkules Poirot.

- Miałaś niewiarygodne szczęście, Amy - powiedziała Emily Carnaby. - Pomyśl tylko, gdzie mogłabyś teraz być.

- W Wormwood Scrubbs... a może w Holloway? - mruknęła jej siostra. - Ale to już koniec... prawda, Auguście? Nie będziemy już więcej zabierali do parku przyjaciółek mamusi i nożyczek.

Jej oczy zaszły mgiełką. Westchnęła z rozrzewnieniem.

- Kochany August! A jednak to szkoda. Jest taki mądry... Można go nauczyć dosłownie wszystkiego...

 

HYDRA LERNEJSKA

I

 

Herkules Poirot spoglądał na siedzącego przed nim mężczyznę wzrokiem pełnym otuchy.

Doktor Charles Oldfield miał około czterdziestu lat, jasne lekko posiwiałe na skroniach włosy i niebieskie oczy, z których przebijało zatroskanie. Siedział przygarbiony i jakby trochę speszony. Wszystko wskazywało na to, że trudno mu jest przystąpić do rzeczy.

- Przyszedłem do pana, panie Poirot, z nieco dziwną prośbą - odezwał się w końcu, zacinając się lekko. - Teraz jednak, kiedy już "tu jestem, mam ochotę wycofać się. Nareszcie widzę wyraźnie, że w sprawie takiej jak ta nikt nic nie jest w stanie zrobić.

- Pozwoli pan, że o tym ja zadecyduję - mruknął Poirot.

- Sam nie wiem, dlaczego zdawało mi się... - bąknął Oldfield i zamilkł.

- Że będę w stanie panu pomóc? - dokończył za niego Poirot. - Eh bien, zobaczymy. Niech mi pan opowie o swoich kłopotach.

Lekarz wyprostował się. Poirota znowu uderzył mizerny wygląd jego rozmówcy.

- Widzi pan, nie ma najmniejszego sensu zwracać się z tym do policji - rzekł Oldfield. W jego głowie brzmiała nuta rozpaczy. - Oni nic nie poradzą. A tymczasem... z dnia na dzień jest coraz gorzej. Ja... ja już sam nie wiem, co robić...

- Z czym jest coraz gorzej?

- Z plotkami... No więc, panie Poirot, to całkiem proste. Nieco ponad rok temu zmarła moja żona. Ostatnie kilka lat spędziła przykuta do łóżka. I mówią, oni wszyscy mówią, że to ja ją zabiłem... że ją otrułem!

- Hm... - mruknął Poirot. - A otruł ją pan?

- Panie Poirot! - Doktor Oldfield zerwał się na nogi.

- Proszę się uspokoić i usiąść - rzekł detektyw. - A zatem przyjmujemy, że nie otruł pan żony. Ale że, jak mi się zdaje, praktykuje pan na prowincji...

- Właśnie. W Market Loughborough, w Berkshire. Zdawałem sobie sprawę, że w takich miasteczkach ludzie plotkują, ale nie wyobrażałem sobie, że jest to możliwe aż na taką skalę. - Przysunął się z krzesłem do detektywa. - Panie Poirot, nie ma pan pojęcia, co ja ostatnio przeżyłem. Z początku nie bardzo wiedziałem, co się dzieje. Zauważyłem, że ludzie odnoszą się do mnie mniej przyjaźnie, że starają się mnie unikać... ale kładłem to na karb... na karb mojej niedawnej żałoby. Później jednak stało się to jeszcze bardziej widoczne. Nawet na ulicy ludzie na mój widok przechodzą na drugą stronę. Policjanci uciekają ode mnie. Wszędzie, gdzie tylko się ruszę, mam świadomość przyciszonych głosów, wrogich oczu, które obserwują mnie, podczas gdy złośliwe języki szeptem sączą swój śmiertelny jad. Dostałem kilka listów... podłość! - Przerwał na chwilę. - I... i zupełnie już nie wiem, co począć. Nie wiem, jak z tym walczyć... z tą siecią nikczemnych kłamstw i podejrzeń. Jak można odeprzeć zarzuty, których nikt nie stawia prosto w oczy? Jestem bezsilny... osaczony... czeka mnie powolna, lecz nieuchronna zguba.

Poirot w zamyśleniu kiwał głową. - Tak' - przyznał. - Plotka to rzeczywiście hydra lernejska o dziewięciu głowach. Nie sposób jej zniszczyć, bo na miejscu jednej odciętej głowy wyrastają dwie nowe.

- Waśnie w tym rzecz - przytaknął Oldfield. - Nic nie mogę zrobić... nic! Pan jest moją ostatnią deską ratunku, ale ani przez chwilę nie łudzę się, że będzie mi pan mógł pomóc.

Przez dłuższy czas Herkules Poirot siedział w milczeniu.

- Nie jestem taki pewien - odezwał się w końcu. - Pańska sprawa mnie interesuje, doktorze. Chciałbym spróbować swych sił, przekonać się, czy uda mi się zniszczyć tego wielogłowego potwora. Na początek proszę mi powiedzieć coś więcej na temat okoliczności, które dały początek tym złośliwym plotkom. Powiedział pan, że pańska żona zmarła nieco ponad rok temu. Co było przyczyną śmierci?

- Choroba wrzodowa żołądka.

- Czy przeprowadzono autopsję?

- Nie. Żona od lat miała kłopoty z żołądkiem. Poirot pokiwał głową.

- A objawy zapalenia żołądka i zatrucia arszenikiem są bardzo podobne... dzisiaj już każdy o tym wie. W ciągu ostatnich dziesięciu lat odnotowano przynajmniej cztery sensacyjne morderstwa, których ofiary pochowano bez cienia podejrzeń, wystawiając świadectwo zgonu z powodu zaburzeń żołądka. Czy pańska żona była młodsza od pana, czy starsza?

- Starsza o pięć lat.

- Jak długo byli państwo małżeństwem?

- Piętnaście lat.

- Czy żona zostawiła jakiś majątek

- Tak. Była bardzo dobrze sytuowana. Zostawiła w przybliżeniu trzydzieści tysięcy funtów.

- Sumka niczego sobie. To pan jest spadkobiercą?

- Tak.

- Czy był pan z żoną w dobrych stosunkach?

- Naturalnie.

- Żadnych awantur? Scen małżeńskich?

- Cóż... - Charles Oldfield zawahał się. - Żonę można by zaliczyć do tak zwanych trudnych kobiet. Była schorowana i nieco przewrażliwiona na punkcie swojego zdrowia - stąd jej drażliwość. Trudno jej było dogodzić. Zdarzało się i tak, że czego bym nie zrobił, było źle.

Poirot kiwnął głową.

- Tak, znam ten gatunek. Prawdopodobnie skarżyła się, że nikt o nią nie dba, nie docenia jej... że znudziła się już mężowi, który tylko czeka na jej śmierć.

Wyraz twarzy Oldfielda potwierdzał trafność domysłów detektywa.

- Trafił pan w samo sedno! - stwierdził lekarz z wymuszonym uśmiechem.

- Czy miała do pomocy pielęgniarkę? - ciągnął indagację Poirot. - Albo damę do towarzystwa? Może oddaną sobie, pokojówkę?

- Miała pielęgniarkę, która była zarazem damą do towarzystwa. To bardzo rozsądna i fachowa kobieta. Naprawdę nie wierzę, żeby plotkowała.

- Nawet rozsądne i fachowe kobiety le bon Dieu* wyposażył w język, z którego robią nie zawsze najmądrzejszy użytek. Nie ma wątpliwości, że ta pielęgniarka plotkowała, że plotkowała służba, że wszyscy plotkowali! Mieli pod ręką wszystko, co potrzebne do wywołania jakże przyjemnego prowincjonalnego skandalu. A teraz zadam panu jeszcze jedno pytanie. Kim jest ta kobieta?

- Nie rozumiem - odparł doktor Oldfield, rumieniąc się z gniewu.

- Ja myślę, że pan jednak rozumie - powiedział Poirot łagodnie. - Pytam, jak się nazywa kobieta, z którą ludzie łączą pańskie nazwisko?

Doktor Oldfield powstał. Jego twarz była zimna, zacięta.

- W tej sprawie nie ma żadnej kobiety - oświadczył. - Przykro mi, panie Poirot, że zabrałem panu tyle czasu.

Ruszył do drzwi.

- Ja również żałuję - rzekł detektyw. - Pańska sprawa mnie interesuje. Chciałbym panu pomóc. Nic jednak nie mogę poradzić, skoro nie znam całej prawdy.

- Powiedziałem prawdę.

- Nie...

Doktor Oldfield zatrzymał się i odwrócił.

- Dlaczego upiera się pan, że jest w to zamieszana jakaś kobieta?

- Mon cher docteur! Czy sądzi pan, że nie znam mentalności kobiet? Prowincjonalne plotki zawsze, zawsze oparte są na relacjach między obiema płciami. Jeżeli mężczyzna otruje żonę dlatego, że chce się wybrać na Biegun Północny albo nacieszyć urokami stanu kawalerskiego, to ani przez sekundę nie wzbudzi zainteresowania otoczenia! Plotka powstaje i krąży tylko wtedy, gdy ludzie są przekonani, że mężczyzna dopuścił się morderstwa, by móc poślubić inną kobietę. To podstawy psychologii.

- Nie odpowiadam za to, co myśli kupa ciekawskich, plotkujących bab! - warknął zirytowany Oldfield.

- To oczywiste. A zatem może wróci pan, usiądzie i odpowie na pytanie, które panu przed chwilą zadałem.

Ociągając się, lekarz wrócił powoli i zajął swoje miejsce.

- Nie wykluczam, że mogli wziąć na języki pannę Moncrieffe - powiedział, rumieniąc się po same uszy. - Jean Moncrieffe to pielęgniarka, którą zatrudniam. Wspaniała dziewczyna.

- Od dawna pracuje u pana?

- Od trzech lat.

- Czy pańska żona ją lubiła?

- Eee... prawdę mówiąc, niezupełnie.

- Była zazdrosna?

- Też coś!

Poirot uśmiechnął się.

- Zazdrość żon jest przysłowiowa - oświadczył. - Coś panu jednak powiem. Wiem z doświadczenia, że zazdrość, choćby nawet najbardziej wydumana i szaleńcza, prawie zawsze znajduje oparcie w rzeczywistości. Jest takie powiedzonko, że klient ma zawsze rację, prawda? To samo tyczy się zazdrosnych mężów i żon. Oni także w zasadzie zawsze mają rację, nawet jeśli nie dysponują żadnymi konkretnymi dowodami.

- Bzdura - odparł doktor Oldfield stanowczo. - Nie powiedziałem pannie Moncrieffe ani słowa, którego żona nie mogłaby, usłyszeć.

- Być może. Co jednak nie zmienia faktu, że to, co powiedziałem, to prawda. - Herkules Poirot pochylił się. W jego głowie pojawiła się natarczywa, zniewalająca nuta. - Doktorze, zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby panu pomóc. Ale musi pan być wobec mnie zupełnie szczery, bez względu na konwenanse czy pańskie prywatne uczucia. Czy nie jest prawdą, że żona przestała pana interesować już na długo przed śmiercią?

Przez pewien czas Oldfield nie odpowiadał. Wreszcie wyznał:

- Ta historia mnie wykończy. Ale muszę mieć nadzieję. Coś mi podpowiada, że będzie pan w stanie mi pomóc. Dlatego też będę z panem szczery, panie Poirot. Nie żywiłem w stosunku do żony głębokich uczuć. Myślę, że byłem dobrym mężem, ale tak naprawdę to nigdy jej nie kochałem.

- A tę dziewczynę, Jean?

Na czoło lekarza wystąpiły drobne krople potu.

- Ja... ja już dawno poprosiłbym ją o rękę, gdyby nie cały ten skandal i gadanie - wyznał.

Poirot odchylił się w fotelu.

- Nareszcie przeszliśmy do faktów! Eh bien, doktorze, podejmę się pańskiej sprawy. Ale proszę pamiętać... interesuje mnie wyłącznie prawda.

- Prawda mi nie zaszkodzi - odrzekł Oldfield z goryczą. Po chwili wahania dorzucił: - Wie pan, zastanawiałem się, czy nie wytoczyć procesu o zniesławienie! Gdybym tylko mógł przypisać komuś formalną zniewagę... wtedy z pewnością oczyściłbym się z zarzutów? Przynajmniej tak mi się czasami wydaje... A znów innym razem myślę, że to by tylko pogorszyło sytuację... nadało tej sprawie większego rozgłosu. Ludzie by gadali: "Możliwe, że tego nie udowodniono, ale nie ma dymu bez ognia". - Spojrzał na detektywa. - Niech mi pan powie, ale szczerze, czy z tego koszmaru jest jakieś wyjście?

- Zawsze jest jakieś wyjście - oświadczył Herkules Poirot.

 

II

 

- Georges, wyjeżdżamy na wieś - oznajmił Herkules Poirot swojemu służącemu.

- Naprawdę, proszę pana? - odrzekł Georges, jak zwykle nieporuszony.

- A celem naszej wyprawy jest zgładzenie potwora o dziewięciu głowach.

- Doprawdy, proszę pana? Takiego w rodzaju potwora z Loch Ness?

- To coś jeszcze mniej namacalnego. Nie miałem na myśli istoty z krwi i kości.

- Niezupełnie rozumiem, proszę pana.

- Gdyby tak było, to nasze zadanie przedstawiałoby się prościej. Trudno o coś równie nieuchwytnego, równie trudnego do zlokalizowania, jak źródło plotki.

- Istotnie, proszę pana, to racja. Czasami trudno dociec, skąd się właściwie coś wzięło.

- Ano właśnie.

Herkules Poirot nie zatrzymał się u doktora Oldfielda, wybierając zamiast tego miejscowy zajazd. Następnego dnia po przyjeździe udał się z samego rana na pierwszą rozmowę z Jean Moncrieffe.

Powitała go wysoka dziewczyna o miedzianorudych włosach i spokojnych niebieskich oczach. Sprawiała wrażenia kogoś, kto stale ma się na baczności.

- A więc doktor Oldfield zwrócił się jednak do pana - powiedziała na wstępie. - Wiedziałam, że się nad tym zastanawia. - W jej tonie trudno było się doszukać cienia entuzjazmu.

- Pani była temu przeciwna? - spytał detektyw. Spojrzała mu prosto w oczy.

- A cóż pan może poradzić - powiedziała zimno.

- Być może znajdę jakieś wyjście z tej sytuacji - odparł Poirot spokojnie.

- Wyjście? Jakie wyjście? - rzuciła z pogardą. - Czy zamierza pan obejść po kolei wszystkie te stare baby i powiedzieć każdej: "Och, naprawdę, proszę przestać tak mówić. To tylko szkodzi biednemu doktorowi Oldfieldowi". Wie pan, co by panu odpowiedziały? "Oczywiście, ja w to ani przez chwilę nie wierzyłam!" Właśnie to jest w tym wszystkim najgorsze... żadna z nich nie powie: "Czy nie przyszło ci do głowy, kochana, że z tą śmiercią pani Oldfield to nie było całkiem tak, jak by się zdawało?" Nie, one mówią: "Ależ oczywiście, złociutka, że nie wierzę w to, co opowiadają o doktorze Oldfieldzie i jego żonie. Jestem pewna, że on nigdy by nie zrobił czegoś podobnego, chociaż prawdą jest, że troszeczkę ją zaniedbywał, i po prawdzie uważam, że nie był to mądry pomysł, zatrudniać młodą pielęgniarkę... A czy ja mówię, że między nimi coś było? Nie, jestem pewna, że tam było wszystko jak należy..." - Przerwała. Twarz miała zarumienioną, łapała powietrze szybkimi haustami.

- Wygląda na to, że jest pani doskonale zorientowana, o czym się tu mówi - powiedział Poirot.

Dziewczyna zacisnęła wargi w twardą linię. Po chwili odparła z goryczą:

- Aż za dobrze!

- A czy pani widzi jakieś rozwiązanie?

- Dla niego byłoby najlepiej, gdyby odstąpił swoją praktykę i przeniósł się gdzie indziej.

- A czy nie sądzi pani, że ta historia ciągnęłaby się za nim wszędzie?

Wzruszyła ramionami.

- Musi zaryzykować.

Poirot milczał przez pewien czas.

- Panno Moncrieffe - zapytał po chwili - czy wyjdzie pani za doktora Oldfielda?

Dziewczyna nie wykazała śladu zdziwienia tym pytaniem.

- Nie prosił mnie o rękę - odrzekła zwięźle.

- Dlaczego?

Spojrzała na detektywa swymi niebieskimi oczyma i zamrugała.

- Nie dałam mu dojść do głosu.

- Cóż to za szczęście spotkać kogoś, kto potrafi być szczery!

- Będę tak szczera, jak pan tylko chce. Kiedy uświadomiłam sobie, że, ludzie posądzają Charlesa o to, że pozbył się żony, by móc się ze mną ożenić, pomyślałam, że gdybyśmy się rzeczywiście pobrali, to by tylko dolało oliwy do ognia. Miałam nadzieję, że jeżeli okaże się, że między nami nie ma mowy o małżeństwie, to cały ten głupi skandal ucichnie.

- Ale nie ucichł?

- Nie.

- Czy nie wydaje się to pani dziwne?

- Oni nie mają tu wiele rozrywek - odrzekła Jean z goryczą.

- Czy chce pani wyjść za Charlesa Oldfielda? - zapytał Poirot.

- Tak, chcę - odparła dziewczyna spokojnym tonem. - Chciałam wyjść za niego niemal od chwili, kiedy go poznałam.

- Jednym słowem śmierć jego żony jest pani bardzo na rękę?

- Pani Oldfield była wyjątkowo antypatyczna. Szczerze mówiąc, jej śmierć bardzo mnie ucieszyła.

- O, tak - stwierdził detektyw. - Jest pani niewątpliwie szczera.

Odpowiedziała mu tym samym co przedtem, pogardliwym uśmiechem.

- Mam pewną propozycję - rzekł detektyw.

- Tak?

- Trzeba tu będzie zastosować drastyczne metody. Proponuję więc, żeby ktoś - może to być pani - napisał do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

- A cóż takiego pan zamierza?

- Jestem zdania, że najlepszym sposobem na uwolnienie się od tej całej historii będzie ekshumacja zwłok i sekcja.

Cofnęła się o krok. Otworzyła usta i zamknęła je z powrotem. Poirot obserwował ją uważnie.

- A więc, mademoiselle? - zapytał po dłuższej chwili.

- Nie zgadzam się z panem - odparła Jean Moncrieffe spokojnie.

- Dlaczego? Bez wątpienia orzeczenie stwierdzające śmierć z przyczyn naturalnych uciszy wszystkie plotki.

- Tak... jeżeli zapadnie takie właśnie orzeczenie.

- Zdaje pani sobie sprawę z tego, co pani implikuje, mademoiselle?

- Wiem, co mówię - odrzekła dziewczyna niecierpliwie. Pan myśli o arszeniku... mógłby pan udowodnić, że nie została nim otruta. Są jednak inne trucizny... alkaloidy roślinne. Wątpię, żeby było możliwe wykrycie ich obecności w zwłokach po roku, nawet jeżeli kiedyś się tam znajdowały. Ja wiem, jacy są ci urzędowi laboranci. Mogą wydać wymijające orzeczenie i podać, że nie stwierdzono nic takiego, co mogło być przyczyną śmierci. Dopiero wtedy języki poszłyby w ruch!

Herkules Poirot milczał przez dłuższą chwilę. Następnie zapytał:

- Kto, zdaniem pani, jest najbardziej dokuczliwą plotkarką w miasteczku?

Dziewczyna zastanowiła się nad odpowiedzią. Po chwili stwierdziła:

- Moim zdaniem najgorszą sekutnicą jest stara panna Leatheran.

- Aha! A czy mogłaby pani przedstawić mnie jakoś pannie Leatheran... jeśli to możliwe, przypadkowo.

- Nic łatwiejszego. O tej porze wszystkie te plotkary wychodzą na żer, niby załatwiając zakupy. Musimy tylko przejść się główną ulicą.

Jak to przewidziała Jean, zadanie nie należało do najtrudniejszych. Przed budynkiem poczty dziewczyna zatrzymała się i odezwała do wysokiej, chudej kobiety w średnim wieku, o długim nosie i bystrych, wścibskich oczkach:

- Dzień dobry, panno Leatheran.

- Dzień dobry, Jean. Piękny dziś dzień, prawda? Świdrujące oczka z wścibstwem biegały po postaci towarzysza Jean Moncrieffe.

- Pozwoli pani - rzekła Jean - to pan Herkules Poirot, który przyjechał tutaj na kilka dni.

 

III

 

Delikatnie skubiąc jęczmienny placuszek i balansując filiżanką herbaty na kolanie Herkules Poirot pozwolił sobie na pewne niedyskrecje w stosunku do gospodyni. Panna Leatheran w uprzejmości swojej zaprosiła go na herbatę i od samego początku przystąpiła do wyjaśniania, w jakim to celu przyjechał do nich ten egzotyczny mały cudzoziemiec.

Przez pewien czas detektyw zręcznie odpierał ataki, wzmagając tylko jej apetyt. Wreszcie, gdy uznał, że chwila już dojrzała, pochylił się w fotelu.

- Panno Leatheran, widzę, że jest pani dla mnie za sprytna! - powiedział. - Odgadła pani mój sekret. Przyjechałem tu na polecenie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Ale błagam - tu ściszył głos - niech pani zachowa tę informację wyłącznie dla siebie.

- Oczywiście... oczywiście - Panna Leatheran była podekscytowana i wstrząśnięta do głębi. - Ministerstwo Spraw Wewnętrznych... czy chce pan powiedzieć... chyba nie w sprawie biednej pani Oldfield?

Poirot pokiwał głową powoli.

- Aha! - W tym jednym krótkim słówku panna Leatheran zawarła cała gamę przyjemnych uczuć.

- To delikatna sprawa, rozumie pani - rzekł Poirot. - Mam się zorientować, czy istnieją dostateczne podstawy do ekshumacji.

- Chcecie odgrzebać tę biedaczkę! - wykrzyknęła panna Leatheran. - To okropne!

Gdyby zamiast "to okropne" powiedziała "to wspaniałe", wówczas jej słowa lepiej odpowiadałyby brzmieniu jej głosu.

- A co pani myśli o tej sprawie, panno Leatheran?

- No... oczywiście, panie Poirot, dużo się tu o tym mówiło. Ale ja nigdy nie słucham takich rewelacji. Zawsze krąży tu mnóstwo plotek, zupełnie bezzasadnych. Bez wątpienia doktor Oldfield zachowuje się od tej pory nieco dziwnie, ale - jak to wiele razy mówiłam - nie musi to być wynikiem nieczystego sumienia. Może to tylko żal. Co nie znaczy, oczywiście, że jego pożycie z żoną układało się naprawdę dobrze. Wiem o tym... i to z pierwszej ręki. Pielęgniarka Harrison, która opiekowała się panią Oldfield przez trzy czy cztery lata, aż do jej końca, sama to potwierdziła. A wie pan, ja zawsze czułam, że siostra Harrison ma jakieś podejrzenia... nic wprawdzie na ten temat nie mówiła, ale przyzna pan, że można poznać takie rzeczy po czyimś zachowaniu?

- Mamy tak mało konkretów, na których można by się oprzeć - odparł Poirot ze smutkiem.

- Tak, wiem, panie Poirot, ale jeżeli dojdzie do ekshumacji, to oczywiście wszystko się wyjaśni.

- To racja - przyznał detektyw. - Wtedy wszystko się wyjaśni.

- Oczywiście, znane są podobne wypadki - ciągnęła panna Leatheran. Jej nos drgał z przyjemnego podniecenia. - Armstrong, na przykład, i ten drugi człowiek... jakże on się nazywał?... no i Crippen, oczywiście. Zawsze byłam ciekawa, czy Ethel Le Neve była jego wspólniczką, czy nie. Oczywiście, Jean Moncrieffe to bardzo miła dziewczyna, na pewno... daleka jestem od twierdzenia, że to ona go do tego popchnęła... ale przecież mężczyźni zupełnie tracą głowę dla dziewcząt, czyż nie mam racji? No i, oczywiście, oni tyle czasu spędzali razem!

Poirot nie odezwał się. Spoglądał na nią niewinnym wzrokiem, mając nadzieje usłyszeć dalszy potok słów. W głębi duszy zabawiał się liczeniem, ile razy w rozmowie padło słowo "oczywiście".

- I, oczywiście, po dokonaniu sekcji zwłok i tak dalej wszystko wyszłoby na jaw, prawda? Wie pan, przepytywanie służby... Służący zawsze tyle wiedzą, prawda?; I, oczywiście, nie sposób ich powstrzymać od plotkowania. Beatrice Oldfieldów została odprawiona prawie natychmiast po pogrzebie... Zawsze uważałam, że to bardzo dziwne, zwłaszcza teraz, kiedy tak trudno o pokojówkę. Wygląda to tak, jakby doktor Oldfield obawiał się, że ona coś wie.

- Z całą pewnością wygląda na to, że istnieją dostateczne podstawy do wszczęcia śledztwa - powiedział Poirot uroczyście.

Panna Leatheran wstrząsnęła się z odrazą.

- Wzdragam się już na samą myśl o tym - powiedziała. - Nasze spokojne miasteczko na czołówkach gazet... cały ten rozgłos!

- Boi się pani tego? - spytał detektyw.

- Tak. trochę. Widzi pan, jestem starej daty.

- W dodatku, jak pani mówi, prawdopodobnie to tylko plotka.

- Noo... nie powiedziałabym tego z ręką na sercu. Widzi pan, uważam, że to takie prawdziwe... to powiedzenie, że "nie ma dymu bez ognia".

- Uważam dokładnie tak samo - rzekł Poirot. Powstał. - Czy mogę liczyć na pani dyskrecję, mademoiselle?

- Ależ oczywiście! Nikomu nie powiem ani słowa! Poirot uśmiechnął się i skierował do wyjścia.

W drzwiach zwrócił się do pokojówki, która podała mu płaszcz i kapelusz:

- Przyjechałem tu w celu wyświetlenia okoliczności śmierci pani Oldfield, ale byłbym wdzięczny, gdybyś zachowała tę wiadomość dla siebie.

Gladys, służąca panny Leatheran, omal nie przewróciła się na stojak na parasole.

- Och, proszę pana, to jednak doktor ją załatwił? - wydusiła z podnieceniem.

- Przecież myślałaś tak już od pewnego czasu, prawda?

- To nie ja, proszę pana, to Beatrice. Ona tam była, kiedy umarła pani Oldfield.

- I to ona myślała - Poirot celowo wybrał ten melodramatyczny zwrot - że miała tam miejsce jakaś nieczysta gra?

Gladys z ożywieniem pokiwała głową.

- Właśnie tak. I powiedziała, że tak samo myślała pielęgniarka, która tam wtedy była, siostra Harrison. Siostra była taka przywiązana do pani Oldfield, i taka zrozpaczona po jej śmierci, i Beatrice zawsze mówiła, że ona coś na pewno o tym wie, bo nie chce doktora widzieć na oczy, odkąd to się stało, a przecież gdyby wszystko było w porządku, to by tak nie zrobiła, nie?

- Gdzie teraz pracuje siostra Harrison?

- U starej pani Bristow... to na samym skraju miasteczka. Na pewno pan trafi. Dom ma kolumny i werandę.

 

IV

 

Krótko potem Herkules Poirot siedział naprzeciw kobiety, która z pewnością wiedziała więcej niż ktokolwiek na temat okoliczności będących podstawą plotek.

Siostra Harrison była niebrzydką jeszcze kobietą, dobiegającą czterdziestki. Miała spokojne, poważne rysy Madonny i wielkie ciemne oczy, w których malowało się współczucie. Słuchała swojego gościa cierpliwie i uważnie.

- Tak, wiem, że w miasteczku krążą te nieprzyjemne historie - przyznała. - Robiłam, co w mojej mocy, żeby temu zapobiec, ale to beznadziejna sprawa. Ludzie lubią tego rodzaju podniety, sam pan wie.

- Coś jednak musi leżeć u podstawy tych plotek? - rzekł detektyw.

Zauważył, że wyraz strapienia na jej twarzy jeszcze bardziej się pogłębił. Potrząsnęła jednak tylko głową z zakłopotaniem.

- A może państwo Oldfield nie żyli ze sobą w zgodzie i stąd się wzięły te plotki?

Siostra Harrison potrząsnęła głową zdecydowanie.

- O nie, doktor Oldfield zawsze był dla żony nadzwyczaj serdeczny i cierpliwy.

- Czy rzeczywiście ją kochał? Zawahała się. - Nie... tego bym nie powiedziała. Pani Oldfield była trudną kobietą i dogodzić jej wcale nie było łatwo. Wiecznie domagała się współczucia i troskliwości, co nie zawsze było usprawiedliwione.

- Chce pani powiedzieć, że przesadzała ze swoim zdrowiem?

Pielęgniarka skinęła głową.

- Tak, jej choroba była w dużej mierze wytworem jej wyobraźni.

- A jednak umarła... - rzekł Poirot poważnie.

- Tak, wiem...

Przyglądał jej się przez dłuższą chwilę; jej zażenowaniu, jej wręcz namacalnej niepewności.

- Myślę, a raczej jestem pewny, że pani wie, co legło u podstaw tych plotek - odezwał się po pewnym czasie.

Siostra Harrison zarumieniła się.

- No cóż... - bąknęła. - Mogę się tylko domyślać. Wydaje mi się, że to Beatrice, pokojówka, zaczęła rozpuszczać te pogłoski i sądzę, że wiem, skąd jej to przyszło do głowy.

- Tak?

- Widzi pan, było to coś, co usłyszałam zupełnie przypadkowo - strzęp rozmowy między doktorem Oldfieldem a panną Moncrieffe - i właściwie jestem pewna, że Beatrice także to usłyszała, tyle że nie chce się do tego przyznać - powiedziała siostra Harrison nieco bez związku.

- Czego dotyczyła ta rozmowa?

Pielęgniarka milczała przez chwile, jak gdyby chciała sprawdzić, czy pamięć jej nie zawodzi, po czym rzekła:

- To się wydarzyło mniej więcej trzy tygodnie przed ostatnim atakiem, który zabił panią Oldfield. Oni byli w jadalni. Schodziłam po schodach, kiedy usłyszałam, jak Jean Moncrieffe mówi: "Jak długo jeszcze to będzie trwało? Dłużej już nie wytrzymam". A doktor odpowiedział jej: "Już niedługo, kochanie, przysięgam". Ona mu na to: "Nie zniosę tego wyczekiwania. Naprawdę wierzysz, że wszystko się uda?" A on powiedział: "Oczywiście. Musi się udać. Za rok o tej porze będziemy już małżeństwem"... Przerwała.

- Wtedy po raz pierwszy zorientowałam się, że między doktorem Oldfieldem a panną Moncrieffe coś jest, panie Poirot - ciągnęła po chwili. - Naturalnie wiedziałam, że on ją podziwia i że są bardzo dobrymi przyjaciółmi, ale myślałam, że to wszystko. Wróciłam po schodach na górę - porządnie mną to wstrząsnęło -ale zauważyłam, że drzwi kuchni były otwarte i uważam, że Beatrice musiała wtedy podsłuchiwać. Jak pan widzi, rozmawiali w taki sposób, że można to było zrozumieć dwojako. Mogło to oznaczać, że doktor zdawał sobie sprawę z poważnego stanu żony i wiedział, że ona nie ma przed sobą długiego życia - ja zresztą nie wątpię, że o to mu właśnie chodziło - ale komuś w rodzaju Beatrice mogło się wydawać inaczej... mogło to wyglądać tak, jakby doktor i Jean Moncrieffe... no... zamierzali raz na zawsze pozbyć się pani Oldfield.

- Ale pani tak nie uważa?

- Nie... oczywiście, że nie...

Poirot przypatrywał się jej badawczo.

- Siostro Harrison, czy jeszcze coś pani wiadomo? Coś, o czym mi pani nie powiedziała?

Zarumieniła się i odrzekła gwałtownie:

- Nie. Z całą pewnością nie. O czym jeszcze mogłabym wiedzieć?

- Tego nie wiem. Ale myślałem, że jeszcze wie pani... coś.. Potrząsnęła głową, a wyraz zatroskania wrócił na jej twarz.

- Bardzo możliwe, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zażąda ekshumacji zwłok pani Oldfield! - rzekł nagle detektyw.

- Och, nie! - Pielęgniarka była przerażona. - To straszne!

- Myśli pani, że byłaby to szkoda?

- Myślę, że to byłoby okropne! Niech pan tylko pomyśli, jak by tu o tym plotkowano! Dla biednego doktora Oldfielda to by było straszne... straszne.

- A nie sądzi pani, że mogłoby mu to wyjść na dobre?

- Co pan chce przez to powiedzieć?

- Jeżeli jest niewinny, to jego niewinność zostanie dowiedziona - wyjaśnił Poirot.

Przerwał. Patrzył, jak myśl ta dociera powoli do siostry Harrison, ujrzał, jak pielęgniarka marszczy brwi z zakłopotaniem, i wreszcie jak jej twarz się rozjaśnia. Po chwili pielęgniarka odetchnęła głęboko i spojrzała na niego.

- Nie pomyślałam o tym - powiedziała po prostu. - Oczywiście, to najlepsze wyjście.

Nad nimi ktoś zaczął stukać w podłogę. Pielęgniarka zerwała się na nogi.

- To moja pani, stara panna Bristow. Obudziła się z drzemki. Muszę iść ją wygodnie ułożyć, zanim podadzą jej herbatę i zanim będę mogła wyjść na spacer. Tak, panie Poirot, uważam, że ma pan zupełną słuszność. Sekcja zwłok raz na zawsze zakończy tę sprawę. Wszystko się wyjaśni i wreszcie te ohydne plotki o biednym doktorze Oldfieldzie ucichną.

Uścisnęła dłoń detektywa i pośpiesznie opuściła pokój.

Herkules Poirot skierował się na pocztę i zamówił połączenie z Londynem.

Po drugiej stronie sznura odezwał się rozdrażniony głos:

- Poirot, mój drogi, czy wciąż musi pan niuchać za takimi sprawami? Jest pan pewien, że to coś dla nas? Wie pan chyba, ile jest prawdy w tych prowincjonalnych plotkach? Tyle co nic.

- Ta sprawa jest wyjątkowa - oświadczył Poirot.

- No dobrze... skoro pan tak twierdzi. Ma pan wyjątkowo męczącą cechę, że zwykle ma pan rację. Ale jeżeli okaże się, że to niewypał, to niech pan się nie spodziewa, że będziemy zadowoleni.

Herkules Poirot uśmiechnął się do siebie.

- Nie, to ja będę zadowolony.

- Co pan powiedział? Nic nie słyszę.

- Nic, nic takiego.

Zakończył rozmowę, wyszedł z kabiny telefonicznej i nachylił się ku dziewczynie w okienku.

- Czy przypadkiem nie wie pani, madame - odezwał się swoim najbardziej ujmującym tonem - gdzie mieszka teraz pokojówka, która pracowała niegdyś u państwa Oldfield... na imię ma Beatrice?

- Beatrice King? Od tej pory zmieniła dwie posady. Teraz jest u pani Marley, za bankiem.

Poirot podziękował, kupił dwie kartki pocztowe, znaczki i jakiś bibelot miejscowego wyrobu. W trakcie zakupów udało mu się sprowadzić rozmowę na temat śmierci pani Oldfield. Szybko zauważył dziwny, ukradkowy wyraz, który przemknął po twarzy urzędniczki. - Bardzo nagła ta śmierć, prawda? - powiedziała.

- Narobiła tu niemało szumu, jak pan już pewnie słyszał.

- W jej oczach pojawił się przebłysk zaciekawienia, gdy po chwili spytała: - Może to właśnie dlatego chce się pan widzieć z Beatrice King? My tu wszyscy uważaliśmy, że to dziwne, wymówić jej tak jakoś ni stąd, ni zowąd. Ktoś myślał, że ona coś wiedziała... i rzeczywiście może coś wiedzieć. Dawała do zrozumienia to i owo.

Beatrice King była niską dziewczyną o przebiegłym wyrazie twarzy i bełkotliwej wymowie. Sprawiała wrażenie chodzącej głupoty, ale jej oczy były bardziej inteligentne, niż można się tego było spodziewać po jej zachowaniu. Wyglądało jednak na to, że z Beatrice King nic się nie wydusi.

- Ja tam nic o niczym nie wiem - powtarzała w kółko. - Nie mnie oceniać, co tam się działo... Nie wiem, co ma pan na myśli, mówiąc, że podsłuchałam jakąś rozmowę doktora z panną Moncrieffe. Ja nie z tych, co to podsłuchują pod drzwiami, i nie ma pan prawa tak mówić. Nic nie wiem.

- Czy słyszałaś kiedyś o otruciu arszenikiem? Przez posępną twarz dziewczyny przemknął błysk tajonego zainteresowania.

- A więc to było w tej butelce z lekarstwem?

- W jakiej butelce?

- W jednej z tych butelek z lekarstwami, które panna Moncrieffe przygotowywała dla pani - wyjaśniła Beatrice. - Widziałam, że pielęgniarka była tym okropnie zdenerwowana. Posmakowała, a jakże, potem powąchała, a potem wylała to do zlewu i napełniła butelkę czystą wodą z kranu. To lekarstwo było zresztą przezroczyste jak woda. A raz, kiedy panna Moncrieffe zaniosła pani dzbanek herbaty, pielęgniarka zabrała go i zaparzyła świeżą... powiedziała, że woda nie była dobrze przegotowana, ale to niemożliwe! Myślałam, że ona tak tylko marudzi, jak to u pielęgniarek, ale sama nie wiem... może i coś w tym było. Poirot skinął głową.

- Lubiłaś pannę Moncrieffe, Beatrice? - zapytał.

- Nie miałam nic przeciwko niej... Chociaż trochę była zarozumiała. Oczywiście od początku wiedziałam, że kocha się w doktorze. Starczyło widzieć, jak na niego patrzy.

Poirot znowu skinął głową i wrócił do zajazdu. Tam wezwał Georgesa i dał mu pewne instrukcje.

 

VI

 

Doktor Alan Garcia, laborant Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, zatarł ręce i mruknął do Herkulesa Poirot:

- Spodziewam się, że jest pan zadowolony, panie Poirot? Pan, który ma zawsze rację.

- Jest pan nazbyt uprzejmy - mruknął detektyw.

- Co pana na to naprowadziło? Plotka?

- Jakby pan zgadł... Na scenę wchodzi Plotka, wymalowana od stóp do głów w języki.

Następnego dnia Poirot raz jeszcze wsiadł w pociąg do Market Loughborough.

W Market Loughborough huczało jak w ulu. Huczało tam już zresztą od czasu, kiedy przystąpiono do ekshumacji zwłok.

Teraz jednak, kiedy wyniki autopsji przedostały się do wiadomości publicznej, podniecenie osiągnęło stan wrzenia. Poirot był w zajeździe niecałą godzinę i właśnie skończył obiad złożony ze steku i cynaderek popitych piwem, kiedy powiadomiono go, że chce się z nim widzieć jakaś kobieta.

Była to siostra Harrison. Twarz miała bladą i wymęczoną. Podeszła wprost do Poirota.



dalej


strona główna
(23kB)