(23kB)
strona główna


 

Agatha Christie

 

 

 

Kot wśród gołębi

 

Tytuł oryginału: Cat among the pigeons

Tłumaczyła Krystyna Bockenheim

Prolog
Letni trymestr

I

 

Byt to dzień rozpoczęcia letniego trymestru w szkole w Meadowbank. Późne popołudniowe słońce oświetlało szeroki, żwirowy podjazd przed domem. Frontowe drzwi były gościnnie otwarte i właśnie w nich stała panna Vansittart, znakomicie pasująca do georgiańskich proporcji budynku, nienagannie uczesana i ubrana w świetnie skrojony kostium.

Niektórzy nie znający jej dobrze rodzice brali ją za samą pannę Bulstrode, nie wiedząc, że dyrektorka miała zwyczaj wycofywania się do swego sanktuarium, do którego wprowadzano tylko uprzywilejowanych.

U boku panny Vansittart, nieco w głębi, działała panna Chadwick, spokojna, kompetentna i tak bardzo wrośnięta w szkole, że nic sposób było wyobrazić sobie Meadowbank bez niej. Zresztą była tu zawsze. Panna Bulstrode i panna Chadwiek wspólnie zakładały te szkole. Przygarbiona, w binoklach, ubrana bez gustu, sympatyczna i roztargniona, była znakomitą matematyczką.

Powitalne słowa i zdania, wypowiadane uprzejmie przez, pannę Vansillart, szybowały w powietrzu.

- Witam panią, pani Arnold. No, Lidio, jak się udał twój rejs po greckich wyspach? Co za wspaniała okazja! Zrobiłaś dobre zdjęcia?

- Tak, lady Garncu, panna Bulstrode otrzymała pani list w sprawie kursu malarstwa i wszystko zostało załatwione.

- Jak się pani miewa, pani Bird?… Dobrze? Wątpię żeby panna Bulstrode miała czas omówić tę sprawę właśnie dzisiaj. Jest tu gdzieś panna Rowan, może chciałaby pani z mu porozmawiać?

- Przenieśliśmy twoją sypialnię, Pamelo. Jesteś w dalszym skrzydle, koło jabłoni…

- Rzeczywiście, lady Violett, pogoda tego lata była okropna. To pani najmłodszy synek? Jak mu na imię? Hector? Jaki śliczny samolot masz, Hektorze!

- Trčs heureuse de vous voir, madame. Ah, je regrette, ce ne serait pas possible, cet aprčs-midi. Mademoiselle Bulstrode est tellement occupée.*

- Dzień dobry, profesorze. Wykopał pan jeszcze więcej ciekawych rzeczy?

 

II

 

W małym pokoju na pierwszym piętrze Ann Shaplandl, sekretarka panny Bulstrode, pisała szybko i wprawnie na maszynie. Ann była przystojną trzydziestopięcioletnią kobietą z włosami przypominającymi czarną, atłasową czapeczkę. Kiedy chciała, potrafiła być pociągająca, ale życie nauczyło ją, że sprawność i kompetencja często opłacają się bardziej i oszczędzają bolesnych komplikacji. W tej chwili starała się być idealną sekretarką dyrektorki słynnej szkoły dla dziewcząt.

Od czasu do czasu, umieszczając nową kartkę w maszynie, spoglądała przez okno i zwracała uwagę na przybywających.

- Na litość boską! - powiedziała do siebie ze zgrozą. - Nie wiedziałam, że w Anglii jest jeszcze tylu szoferów!

Uśmiechnęła się mimowolnie, kiedy majestatyczny rolls-royce odjechał, ustępując miejsca bardzo małemu i sfatygowanemu austinowi. Z samochodu wyłonił się zdenerwowany ojciec z córką wyglądającą znacznie spokojniej.

Mężczyzna zatrzymał się niepewnie, lecz panna Vansittart wyłoniła się z domu i zajęła przybyłymi.

- Major Hargaves? A to Alison? Proszę wejść. Chciałabym, żeby osobiście zobaczył pan pokój Alison. Ja…

Ann uśmiechnęła się, wracając do pisania.

- Zacna, stara Vansittart, dublerka doskonała - powiedziała do siebie. - Kopiuje wszystkie triki panny Bulstrode. Co prawda, jest świetna!

Ogromny i szalenie luksusowy cadillac, błyszczący malinowym i lazurowym lakierem, wpłynął (nie bez trudności z powodu swoich rozmiarów) na podjazd i stanął za antycznym austinem majora Hargravesa.

Szofer wyskoczył, otworzył drzwi i z samochodu wysiadł ciemnoskóry mężczyzna z wielką brodą, następnie wyłoniła się wierna kopia modelu z paryskiego żurnala, a za nimi szczupła, ciemnowłosa dziewczyna.

- To pewnie sama księżniczka Jakaśtam - pomyślała Ann. - Nic potrafię wyobrazić sobie jej w szkolnym mundurku, ale zapewne jutro nastąpi cud.

Na powitanie pojawiły się zarówno panna Vansittart, jak i panna Chadwick.

- Zostaną zaprowadzeni przed Oblicze - zdecydowała Ann.

Potem pomyślała, że, dziwna rzecz, nikt nie lubi stroić żartów z panny Bulstrode. Panna Bulstrode to był KTOŚ.

- Więc lepiej pilnuj swego nosa, dziewczyno - po wiedziała do siebie - i skończ te listy nie robiąc błędów.

Co prawda Ann nie miała zwyczaju robić błędów. Mogła przebierać w ofertach dla sekretarek. Była asystentką prezesa towarzystwa naftowego, prywatna, sekretarka, sir Mervyna Todhuntera, słynnego z erudycji, drażliwości i nieczytelnego pisma. Mogła też wymienić wśród swoich pracodawców dwóch ministrów i ważnego urzędnika państwowego. Na ogół pracowała z mężczyznami. Ciekawiło ją, jak zniesie to pogrążenie się w morzu kobiecości. No cóż - to był eksperyment! l zawsze był jeszcze Dennis! Wierny Dennis, wracający z Malajów, z Birmy, z różnych zakątków świata, zawsze ten sam, oddany, proponujący małżeństwo. Kochany Dennis! Byłoby jednak nudne wyjść za mąż za Dennisa.

W najbliższym czasie miała być pozbawiona męskiego towarzystwa. Same zdziwaczałe nauczycielki - nie ma tu żadnego mężczyzny, z wyjątkiem ogrodnika pod osiemdziesiątkę.

Tu jednak czekała Ann niespodzianka. Zobaczyła przez okno człowieka przycinającego żywopłot za podjazdem - wyraźnie był to ogrodnik, ale do osiemdziesiątki brakowało mu bardzo dużo. Młody, ciemnowłosy, przystojny. Zaciekawił Ann; ostatnio była mowa o wzięciu dodatkowego pracownika, ale to nie był prostak. No cóż, ludzie dzisiaj chwytają się każdej pracy. Niektórzy młodzi ludzie próbują zbierać fundusze na realizację jakichś planów albo po prostu ledwie mogą wyżyć z wynagrodzenia, jakie otrzymują od pracodawców. Ale przycinał żywopłot bardzo fachowo. Przypuszczalnie był jednak ogrodnikiem!

- Ten człowiek mógłby być zabawny… - powiedziała Ann do siebie.

Jeszcze tylko jeden list, zauważyła z zadowoleniem, i będzie mogła przejść się po ogrodzie.

 

III

 

Na górze panna Johnson, opiekunka internatu, przydzielała pokoje, witała nowicjuszki i dawne uczennice.

Była rada, że rozpoczyna się nauka. Nigdy nie wiedziała, co począć ze sobą podczas wakacji. Miała dwie zamężne siostry, które odwiedzała kolejno, ale były one bardziej zaabsorbowane własnymi sprawami i rodziną niż szkolą w Meadowbank. Pannę Johnson, choć naturalnie lubiła swoje siostry, interesowała wyłącznie szkoła.

Tak, to przyjemne, że zaczął się trymestr.

- Panno Johnson?

- Słucham, Pamelo.

- Wydaje mi się, że coś się rozbiło w mojej walizce. Rozlało się na rzeczy. Chyba olejek cło włosów.

- Ojej - powiedziała panna Johnson, śpiesząc z pomocą.

 

IV

 

Mademoiselle Blanche, nowa nauczycielka francuskiego, spacerowała po trawniku rozciągającym się za podjazdem. Oszacowała wzrokiem krzepkiego, młodego człowieka, strzygącego żywopłot.

- Assez bien* - pomyślała.

Mademoiselle Blanche była szczupła, trochę podobna do myszy i niezbyt wpadająca w oczy, natomiast sama zauważała wszystko.

Przeniosła wzrok na procesję samochodów podjeżdżających pod frontowe drzwi. Otaksowała je pod kątem cen. Na pewno Meadowbank była formidable!* Oceniła w myśli zyski panny Bulstrode! Formidable!

 

V

 

Panna Rich, ucząca angielskiego i geografii, zbliżająca się do domu szybkimi krokami, zawahała się, gdyż jak zwykle zapomniała, dokąd idzie. Jej włosy, także jak zwykle, wysunęły się z koka. Miała brzydką, ale pełną entuzjazmu twarz. Mówiła do siebie:

- Wrócić (utaj! Być tu znowu… Wydaje się, że to już lata… - potknęła się o grabie i młody ogrodnik wyciągnął rękę mówiąc:

- Ostrożnie, proszę pani.

Eilcen Rich odparła „dziękuję”, nie patrząc na niego.

 

VI

 

Panna Rowan i panna Blake, dwie najmłodsze nauczycielki, wędrowały w kierunku pawilonu sportowego. Panna Rowan była szczupła, ciemna i żywa, panna Blake pulchna i jasna. Omawiały z ożywieniem niedawne przygody we Florencji: oglądane obrazy, rzeźby, kwitnące drzewa owocowe i zaloty dwóch włoskich dżentelmenów (mających zapewne złe zamiary).

- Oczywiście wiadomo, jacy są Włosi - rzekła panna Blake.

- Spontaniczni - dorzuciła panna Rowan, która studiowała psychologię, jak również ekonomię. - Zupełnie nieskomplikowani, to widać. Żadnych zahamowań.

- Jednak Giuseppe był pod wrażeniem, kiedy dowiedział się, że uczę w Meadowbank - rzekła panna Blake. - Zaraz nabrał szacunku. On ma kuzynkę, która chce tu przyjechać, ale panna Bulstrode nie była pewna, czy znajdzie miejsce.

- Meadowbank jest szkolą, która się naprawdę liczy - oświadczyła panna Rowan z zadowoleniem. - Nowy pawilon sportowy robi wrażenie. Nie sądziłam, że będzie gotowy na czas.

- Panna Bulstrode powiedziała, że będzie - oświadczyła panna Blake z przekonaniem.

- Och! - wykrzyknęła nagle, zaskoczona. Drzwi pawilonu sportowego otwarty się gwałtownie i ukazała się w nich koścista młoda kobieta z rudymi włosami. Spojrzała na nie nieprzyjaźnie i oddaliła się szybko.

- To musi być nowa gimnastyczka - powiedziała panna Blake. - Jaka nieokrzesana!

- Niezbyt przyjemny nabytek w zespole. Panna Jones była taka życzliwa i towarzyska.

- Dosłownie spiorunowała nas wzrokiem - dodała panna Blake urażenia.

Obie poczuły się dotknięte.

 

VII

 

Gabinet panny Bulstrode miał okna wychodzące w dwóch różnych kierunkach: jedno na podjazd i leżący za nim trawnik, drugie na rząd rododendronów za domem. Pokój był imponujący, a sama panna Bulstrode była kobietą bardziej niż imponującą. Wysoka, wyglądająca godnie, świetnie uczesana, miała spoglądające z humorem szare oczy i twardy zarys ust. Sukces szkoły (Meadowbank stała się jedną z najpopularniejszych w Anglii) wynikał niewątpliwie z osobowości jej dyrektorki. Była to bardzo droga szkoła, ale to nie miało znaczenia: płaciłeś słono, ale dostawałeś w zamian coś, co było tego warte.

Twoja córka uczyła się tego, co chciałeś i tego, czego życzyła sobie panna Bulstrode, a rezultat połączenia tych dwóch intencji był satysfakcjonujący. Dzięki wysokim opłatom dyrektorka mogła zatrudniać liczny personel. W szkole nie było nic z masowej produkcji, ale mimo indywidualnego podejścia do uczennic panował tam również pewien rygor. Dyscyplina bez reżimu, to była dewiza panny Bulstrode. Uważała, że trzymanie w ryzach uspokaja młodzież i daje jej poczucie bezpieczeństwa, natomiast reżim drażni. Wychowanki stanowiły bardzo zróżnicowaną grupę. Było wśród nich kilka cudzoziemek z dobrych, często królewskich rodzin. Były też angielskie dziewczęta, bogate lub z odpowiednich familii, pragnące studiować rozmaite dziedziny sztuki, zdobyć towarzyską ogładę i ogólną wiedzę, dzięki czemu stałyby się miłe, eleganckie i zdolne do prowadzenia inteligentnej rozmowy na każdy temat. Ale nie brakowało dziewczyn, które zamierzały pracować rzetelnie, zdać egzaminy wstępne na wyższą uczelnię i zdobyć stopień naukowy; te potrzebowały jedynie dobrego nauczania i szczególnej uwagi. Niektóre reagowały negatywnie na szkołę typu konwencjonalnego. Panna Bulstrode posiadała jednak swoje zasady; nie tolerowała uczennic słabo rozwiniętych umysłowo ani młodocianych przestępczyń, wolała też przyjmować dziewczyny, których rodzice podobali się jej, i takie, u których dostrzegała możliwości rozwoju. Wiek uczennic był bardzo zróżnicowany. Jedne uznano by w dawnych czasach za dorosłe, inne za trochę więcej niż dzieci. Rodzice niektórych przebywali za granicą i dla tych przełożona planowała interesujące wakacje. Ostatnią instancją w kwestii przyjęcia była aprobata samej panny Bulstrode.

Stała teraz obok kominka, słuchając jękliwego głosu pani Gerald Hope, której bardzo przewidująco nic zaproponowała, by usiadła.

- Widzi pani. Henrietta jest bardzo nerwowa. Naprawdę niezwykle nerwowa. Nasz lekarz mówi… Panna Bulstrode skinęła głową uspokajająco i powstrzymała się od wygłoszenia jadowitego zdania, co często ją korciło. Tak więc zamiast: „Nie rozumiesz, idiotko, że to właśnie mówi każda głupia baba o swoim dziecku?”, odezwała się życzliwie.

- Nie potrzebuje się pani martwić, pani Hope. Panna Rowan, członek naszego zespołu, jest doświadczonym psychologiem. Będzie pani zaskoczona, jestem lego pewna, zmianą, jaką znajdzie pani w Henrietcie (która jest miłym, inteligentnym dzieckiem, o wiele za dobrym dla ciebie) po jednym lub dwóch trymestrach.

- Och, wiem. Zrobiła pani cuda z tą małą Lambethów, dosłownie cuda! Toteż jestem ogromnie szczęśliwa. I… ach, tak, zapomniałam. Za sześć tygodni jedziemy na południc Francji. Chciałabym zabrać Henriettę. To byłaby dla niej przyjemna odmiana.

- Obawiam się, że to zupełnie niemożliwe - powiedziała panna Bulstrode pogodnie i z czarującym uśmiechem, jakby spełniała prośby, a nie odmawiała.

- Och! Ależ… - anemiczna, nadąsana twarz pani Hope zmieniła się, okazując irytacje: - Naprawdę, muszę się upierać. Ostatecznie to moje dziecko.

- Tak jest. Ale moja szkoła.

- Zapewne jednak mogę zabrać dziecko ze szkoły w każdej chwili?

- Oczywiście - potwierdziła panna Bulstrode. - Może pani. Naturalnie. Ale w takim przypadku ja nie muszę przyjąć jej z powrotem.

Pani Hope była naprawdę wściekła:

- Zważywszy wysokość opłat…

- Właśnie - powiedziała panna Bulstrode. - Pragnęła pani umieścić córkę w mojej szkole, prawda? I musi pani zaakceptować ją taką, jaka jest, albo zrezygnować. Podoba mi się ta suknia od Balenciagi, którą pani nosi. Bo to Balenciaga, prawda? To wspaniałe spotkać kobietę, ubierającą się z takim wyczuciem.

Jej ręka ujęła dłoń pani Hope, uścisnęła ją i niedostrzegalnie skierowała gościa w stronę drzwi.

- Proszę się o nic nie martwić. Ach, tu jest Henrietta: czeka na panią. - Popatrzyła z aprobatą na miłą, zrównoważoną, bystrą dziewczynkę, która zasługiwała na lepszą niańkę. - Margaret, zaprowadź Henriettę do panny Johnson.

Dyrektorka wycofała się do swego gabinetu i po chwili mówiła po francusku:

- Ależ oczywiście, ekscelencjo, pańska siostrzenica może uczyć się nowoczesnych tańców. W życiu towarzyskim to bardzo ważne. Języki również uważani za niezbędne.

Następni goście tak silnie wionęli od progu zapachem modnych perfum, że pannę Bulstrode niemal cofnęło.

- Musi wylewać na siebie codziennie całą butelkę tego świństwa - pomyślała witając elegancko ubraną, ciemnoskórą kobietę.

- Enchantée, madame*.

Madame zachichotała milutko.

Wielki brodaty mężczyzna w orientalnym stroju ujął rękę panny Bulstrode pochylając się, nad nią i odezwał się znakomitą angielszczyzną: - Mam zaszczyt przedstawić pani księżniczkę Shaiste.

Panna Bulstrode wiedziała wszystko o nowej uczennicy, przybyłe) właśnie ze szkoły w Szwajcarii, ale miała bardzo mgliste pojęcie o eskortującej ją osobie. Nie był to sam emir, zdecydowała, prawdopodobnie minister lub chargé d’affaires. Jak zwykle, kiedy nic miała pewności, posłużyła się tytułem „ekscelencjo” i zapewniła, że księżniczka znajdzie najlepszą opiekę.

Shaista uśmiechała się grzecznie. Była również modnie ubrana i uperfumowana. Panna Bulstrode wiedziała, że ma piętnaście lal, ale jak wiele dziewcząt ze Wschodu czy znad Morza Śródziemnego, wyglądała na starszą, zupełnie dojrzałą. Panna Bulstrode rozmawiała z nią o planowanej nauce i stwierdziła z ulgą, że dziewczyna odpowiada bez namysłu, w znakomitej angielszczyźnie i nic chichocze. Właściwie jej sposób bycia przedstawiał się korzystnie w porównaniu z zachowaniem wielu angielskich piętnastolatek. Panna Bulstrode często myślała, że wysyłanie dziewcząt brytyjskich za granicę, na Bliski Wschód, aby tam nauczyły się grzeczności i dobrych manier, byłoby znakomitym pomysłem. Wymieniono jeszcze trochę komplementów i pokój znowu opustoszał, choć wciąż wypełniała go tak ciężka woń perfum, że dyrektorka otworzyła szeroko oba okna, aby trochę przewietrzyć.

Z kolei zjawiła się pani Upjohn z córką Julią.

Pani Upjohn była sympatyczny, trzydziestoparoletnią kobietą, piegowatą, z rudawymi włosami, nosząca nietwarzowy kapelusz: widoczne ustępstwo na rzecz powagi sytuacji, ponieważ najwyraźniej była typem młodej kobiety, chodzącej z gołą głową.

Julia była zwyczajnym, pogodnym, piegowatym dzieckiem o inteligentnym czole.

Wstępne rozmowy zakończyły się szybko i Julia została, z pomocą Margaret, wysłana do panny Johnson. Wychodząc powiedziała wesoło: - Do zobaczenia, mamusiu. Uważaj zapalając piecyk gazowy, kiedy mnie przy tym nie będzie.

Panna Bulstrode odwróciła się z uśmiechem do pani Upjohn, ale nic poprosiła jej, aby usiadła. Mimo pogody i zdrowego rozsądku Julii, jej matka mogła również uważać, że córka jest bardzo nerwowa.

- Czy chciałaby pani powiedzieć mi coś szczególnego o Julii?

Pani Upjohn odparła spokojnie:

- Chyba nic. Julia jest bardzo zwyczajnym dzieckiem. Jest zupełnie zdrowa. Uważam ją za dosyć bystrą, ale chyba wszystkie matki tak sądzą o swoich dzieciach, prawda?

- Malki - odparła panna Bulstrode uśmiechając się - mają różne zdania.

- To cudowne, że mogła tu przyjechać - rzekła pani Upjohn. - Moja ciotka pokrywa koszta, a raczej pomaga nam płacić. Sama nic mogłabym pozwolić sobie na taki wydatek. Ogromnie się cieszę. I Julia również. - Podeszła do okna i powiedziała z zazdrością: - Jaki śliczny jest pani ogród. I tak dobrze utrzymany. Musi pani mieć mnóstwo prawdziwych ogrodników.

- Mamy trzech. Teraz jednak brakuje rąk do pracy, poza miejscowymi ludźmi.

- Oczywiście kłopot polega na tym, że często ktoś uważa siebie za ogrodnika, a jest tylko, na przykład, mleczarzem, który chce sobie dorobić, albo ma osiemdziesiąt lat. Myślę czasami… Ach! - wykrzyknęła pani Upjohn, wciąż patrząc przez okno - coś podobnego!

Panna Bulstrode poświęciła nagłemu okrzykowi mniej uwagi niż powinna. Ona sama spojrzała bowiem przypadkowo w inne okno, wychodzące na krzewy rododendronów i dostrzegła coś wielce niepożądanego, a mianowicie lady Veronikę Carlton-Sandways zataczającą się po ścieżce, w krzywo włożonym wielkim, czarnym kapeluszu, mamroczącą coś do siebie, najwyraźniej kompletnie pijaną.

Ten widok nic stanowił niespodzianki. Lady Veronica była uroczą kobietą, głęboko przywiązaną do swoich bliźniaczek i czarującą panią, dopóki, jak to się mówi, „była sobą” - ale niestety w nieprzewidywalnych odstępach czasu sobą nie bywała. Jej mąż, major Carlton-Sandways, radził sobie z tym całkiem nieźle. Mieszkała z nimi kuzynka, która zwykle była w pogotowiu, aby mieć oko na swoją krewną i odciąć jej drogę, jeśli zachodziła taka potrzeba. Na szkolne Święto Sportu lady Veronica przyjechała w asyście obojga, całkowicie trzeźwa i pięknie ubrana, i była wzorem matki.

Zdarzało się jednak, że potrafiła wymknąć się swoim bliskim, upić i pomknąć prosto do córek, aby okazać im macierzyńską miłość. Tego dnia bliźniaczki przyjechały wcześnie rano pociągiem, ale nikt nic spodziewał się ich matki.

Pani Upjohn wciąż mówiła, ale panna Bulstrode nie słuchała. Przewidywała rozmaite warianty rozwoju akcji, ponieważ zorientowała się, że lady w wojowniczy nastrój. Nagle, jakby w odpowiedzi na modły, zjawiła się raźnym kłusem lekko zdyszana panna Chadwick. „Zacna Chaddy, pomyślała panna Bulstrode.

Można na niej polegać, niezależnie od tego czy chodzi o zakłócenia mchu, czy o pijanych rodziców”.

- Haniebne - oświadczyła lady Veronica głośno. - Próbują mnie zatrzymać… nic pozwalają mi przyjechać tułaj… Nabrałam Edytę. Poszłam odpocząć… wzięłam samochód… wymknęłam się głupiej, starej Edycie… zwyczajna stara panna… żaden mężczyzna nie spojrzał na nią dwa razy… Miałam kłótnię z policją po drodze… mówili, że nic jestem w stanie prowadzić samochodu… bzdura… Zamierzam powiedzieć pannie Bulstrode, że zabieram dziewczynki do domu… chce je mieć w domu… miłość matki. Cudowna rzecz, miłość maiki…

- Wspaniale, lady Veroniko - powiedziała panna Chadwick. - Tak się cieszymy, że pani przyjechała. Zwłaszcza ja, bo chcę pokazać pani nowy pawilon sportowy. Będzie pani zachwycona.

Zręcznie skierowała niepewne kroki lady Veroniki w przeciwną stronę, odwodząc ją od domu.

- Myślę, że znajdziemy tam pani dziewczynki - rzekła z ożywieniem. - Taki ładny pawilon, nowe szafki i suszarnia kostiumów kąpielowych… - ich glosy oddaliły się.

Panna Bulstrode czekała. Jeszcze raz lady Veronica spróbowała wyrwać się i zawrócić w stronę domu. ale panna Chadwick dopadła ją. Zniknęły za rododendronami, kierując się ku odległemu pawilonowi sportowemu.

Dyrektorka odetchnęła z ulgą. Niezrównana Chaddy. Taka niezawodna! Nie jest nowoczesna. Nic jest nawet mądra - poza matematyką - ale zawsze obecna, kiedy trzeba pomóc w tarapatach.

Zwróciła się uspokojona z poczuciem winy do pani Upjohn, która od pewnego czasu coś opowiadała…

- …choć oczywiście nic z gatunku płaszcza i szpady. Żadnych skoków ze spadochronem, sabotażu czy pracy kuriera. Nie miałabym dosyć odwagi. Zwyczajne głupstwa. Praca biurowa i sporządzanie planów. Kreślenie na mapie, a nie tworzenie fabuł. Ale czasem to było emocjonujące, a często zupełnie przyjemne - wszyscy ci tajni agenci, śledzący się wzajemnie po całej Genewie, znający się z widzenia i często kończący dzień w tym samym barze. Oczywiście nie byłam w tym czasie zamężna. To była świetna zabawa.

Przerwała nagle z przyjaznym i przepraszającym uśmiechem.

- Przykro mi, że tyle gadam. Zabieram czas, gdy musi pani widzieć się z tyloma osobami.

Wyciągnęła rękę, powiedziała „do widzenia” i wyszła.

Panna Bulstrode stała chwilę marszcząc brwi. Instynkt ostrzegł ją, że przeoczyła coś, co mogło okazać się ważne.

Odrzuciła tę myśl. To był dzień rozpoczęcia zajęć i miała przyjąć znacznie więcej rodziców. Nigdy jej szkoła nie była bardziej popularna, bliższa szczytu sławy.

Nic nie zapowiadało, że za parę tygodni Meadowbank pogrąży się w morzu kłopotów, ze zapanują tam zamęt, chaos i mord, że pewne zdarzenia już się toczą…

 

Rozdział pierwszy
Rewolucja w Ramacie

 

Około dwóch miesięcy przed rozpoczęciem letniego trymestru w Meadowhank, zdarzyło się coś, co miało nieoczekiwany związek z tą głośną szkołą dla dziewcząt.

W pałacu w Ramacie siedzieli dwaj mężczyźni, paląc papierosy i rozważając najbliższą przyszłość. Jednym z nich był ciemnowłosy, o oliwkowej, gładkiej skórze i wielkich melancholijnych oczach książę Ali Yusuf, dziedziczny szejk Ramatu, małego kraju należącego do najbogatszych państw na Bliskim Wschodzie. Drugi młodzieniec miał rudawe włosy, piegi i raczej nie posiadał pieniędzy, poza wysoko pensją, jaka. pobierał w charakterze prywatnego pilota jego wysokości. Mimo tej różnicy pozycji stosunki miedzy nimi układały się na zasadzie równości. Chodzili do tej samej szkoły i przyjaźnili się od niepamiętnych czasów.

- Strzelali do nas. Bob - powiedział książę z niedowierzaniem.

- Rzeczywiście strzelali - zgodził się Bob Rawlinson.

- I myślą o tym. Zamierzają nas zabić.

- Te sukinsyny mają taki zamiar - przytaknął Bob, krzywiąc się.

Ali zastanawiał się chwilę.

- Chyba nic warto próbować znowu?

- Tym razem szczęście mogłoby nam nie dopisać. Prawdę mówiąc, Ali, wyruszyliśmy za późno. Powinieneś spływać dwa tygodnie temu. Mówiłem ci o tym.

- Nikt nic lubi uciekać - rzekł władca Ramatu.

- Rozumiem twój punkt widzenia. Pamiętaj jednak, co powiedział Szekspir, czy któryś z tych facetów od poezji, że ci, którzy uciekają, żyją. by kiedyś walczyć.

- Pomyśleć tylko o tych pieniądzach wydanych na opiekę społeczną, szpitale, szkoły, służbę zdrowia…

Bob przerwał to wyliczanie:

- Może ambasada mogłaby coś poradzić? Ali Yusuf poczerwieniał z gniewu.

- Znaleźć azyl w waszej ambasadzie? Nigdy. Ekstremiści prawdopodobnie napadliby na budynek; oni nie uznają immunitetu dyplomatycznego. Poza tym. to byłby koniec! Główny zarzut przeciw mnie brzmi, że jestem prozachodni. - Westchnął. - Trudno to pojąć.

- Jego smutny głos wydawał się młodzieńczy, jakby Ali nie miał jeszcze swoich dwudziestu pięciu lat.

- Mój dziadek był okrutnym człowiekiem, prawdziwym tyranem. Miał setki niewolników i traktował ich srogo. W plemiennych wojnach zabijał wrogów bezlitośnie. Wszyscy bledli na dźwięk jego imienia. A jednak on jest wciąż legendą! Podziwiany! Szanowany! Wielki Ahmed Abdullah! A ja? Co takiego zrobiłem? Buduję szpitale, szkoły, mieszkania, organizuję opiekę społeczną… wszystko, czego ludzie potrzebują. Oni nic chcą tego? Wolą, żeby panował terror, jak za mojego dziadka?

- Przypuszczam, że tak - odparł Bob. - Wydaje się to trochę niesprawiedliwe, ale cóż. jeśli tak jest?

- Ale dlaczego. Bob? Dlaczego?

Bob westchnął i spróbował wyjaśnić, starając się przełamać własną małomówność.

- Cóż, jego panowanie było… widowiskowe, przypuszczam, ze o to chodziło. Był… laki dramatyczny, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

Popatrzył na przyjaciela, który zdecydowanie nie był dramatyczny. Miły, spokojny, przyzwoity facet, szczery i powściągliwy, taki właśnie był Ali i dlatego Bob go lubił. Nie był malowniczy ani gwałtowny, ale jeżeli w Anglii tacy ludzie powoduj;) zakłopotanie i nie są zbyt lubiani, na Bliskim Wschodzie, o ile Bob wiedział, sprawy wyglądały inaczej.

- Ale demokracja… - zaczął Ali.

- Och, demokracja… - Bob machnął łajką. - To słowo ma w różnych miejscach różne znaczenia. Nigdy nie oznacza tego, co mieli na myśli Grecy. Założę się z. tobą, o co chcesz, że jeśli zostaniesz, stąd wykopany, przyjdą tu nadęci faceci, zaczną głosić własną chwale, wspierając się Bogiem Wszechmogącym i wieszać albo ucinać głowy wszystkim, którzy ośmielą się nie zgadzać z nimi. I zapamiętaj sobie, oświadczą, że to jest demokratyczne państwo, stworzone przez ludzi dla ludzi.

I spodziewam się, że ludzie będą zadowoleni. Dla nich to podniecające. Wielki rozlew krwi.

- Ale my nie jesteśmy dzikusami! Jesteśmy teraz cywilizowani.

- Są różne rodzaje cywilizacji… Poza tym sądzę, że wszyscy mamy w sobie trochę dzikości, jeśli tylko potrafimy wymyślić odpowiednie usprawiedliwienie, aby jej nie hamować.

- Może masz, rację - powiedział Ali ponuro.

- To, czego ludzie sobie w obecnych czasach nigdzie nic życzą, to człowiek ze zdrowym rozsądkiem. Nigdy nie byłem szczególnie mądry, wiesz, o tym dobrze, ale często myślę, że to, czego światu potrzeba naprawdę, to odrobiny rozumu. - Odłożył fajkę i usiadł w fotelu.

- Ale mniejsza o to. Rzecz w tym, że chcemy wyciągnąć cię stąd. Czy w armii jest ktoś, komu możesz, wierzyć?

Książę powoli potrząsnął głową.

- Przed dwoma tygodniami mógłbym odpowiedzieć „tak”. Teraz jednak nie wiem… nie mogę być pewny.

Bob skinął głową. - Cholerna sprawa. A na myśl o tych z pałacu, przechodzą mnie ciarki. Ali zgodził się.

- Tak, wszędzie w pałacu są szpiedzy… Słyszą wszystko… wiedzą o wszystkim…

- Nawet w hangarach… - przerwał Bob. - Stary Ahmed miał rację. Posiadał szósty zmysł. Trzeba znaleźć jakiegoś mechanika sprawdzającego samoloty, jednego z tych, którym można absolutnie wierzyć. Słuchaj Ali, jeżeli mamy wydobyć cię stąd. musi to nastąpić wkrótce.

- Wiem, wiem. Myślę… jestem teraz pewien… że jeśli zostanę, zabiją mnie.

Powiedział to bez emocji czy paniki, raczej z umiarkowanym zainteresowaniem.

- Będziemy mieli wiele okazji, żeby zginąć - ostrzegł go Bob. - Wiesz, że musimy lecieć na północ. Na tej trasie nie będą mogli nas przechwycić. Ale to oznacza przelot nad górami… o tej porze roku…

Wzruszył ramionami. - Powinieneś zrozumieć, że to cholernie ryzykowne.

Ali Yusuf wydawał się strapiony.

- Jeżeli cokolwiek przydarzy się tobie…

- Nie martw się o mnie. Ali. Nie to miałem na myśli. Nic jestem nikim ważnym. Ponadto tacy faceci jak ja giną wcześniej czy później. Zawsze popełniani szaleństwa. Nie, tu chodzi o ciebie. Nic chcę cię przekonywać cło lej czy innej decyzji. Jeśli jakaś część twojej armii jest lojalna…

- Nie podoba mi się pomysł ucieczki - powiedział Ali po prostu. - Nie chcę jednak zostać męczennikiem i pozwolić, by motłoch rozerwał mnie na kawałki.

Milczał ę

- A więc dobrze - rzekł z westchnieniem. - Spróbujemy. Kiedy?

Bob wzruszył ramionami:

- Im prędzej, tym lepiej. Musimy sprowadzić cię na pas startowy w jakiś naturalny sposób… Na przykład powiesz, że jedziesz na inspekcję budowy drogi za Al Jasar. Nagła zachcianka. Ruszamy dziś po południu. Kiedy twój samochód będzie mijał pas startlowy, zatrzymaj się tam. Ja będę miał maszynę przygotowaną i zatankowane paliwo. Pomysł polega na tym, że przeprowadzamy inspekcję z powietrza, rozumiesz? Startujemy i jazda! Oczywiście nic możemy brać żadnych bagaży. Musi to być zupełna improwizacja.

- Nie ma nic, co chciałbym wziąć ze sobą, z wyjątkiem jednej rzeczy…

Uśmiechnął się i ten uśmiech nagle odmienił jego twarz. Nie był już współczesnym, młodym człowiekiem, który przyjął kulturę Zachodu, w jego uśmiechu była przebiegłość i chytrość rasy, które pozwoliły przetrwać długiej linii jego przodków.

- Jesteś moim przyjacielem, więc zobaczysz. Włożył rękę pod koszulę i szukał chwilę. Polem wyjął mały woreczek z irchy.

- To? - Bob zmarszczył brwi zaintrygowany. Ali zdjął mieszek z szyi, rozwiązał i wysypał zawartość na stół

Bob wstrzymał oddech, a potem gwizdnął cicho.

- Wielki Boże! Czy są prawdziwe? Ali wydawał się ubawiony.

- Oczywiście. Większość z nich należała do mego ojca. Co roku kupował nowe, ja zresztą też. Pochodzą z wielu miejsc, zostały nabyte dla nas przez zaufanych ludzi w Londynie, Kalkucie, Południowej Afryce. To tradycja naszej rodziny. Mieć je na wypadek potrzeby. - Rzeczowym tonem dodał: - Według dzisiejszych cen warte są trzy czwarte miliona.

- Trzy czwarte miliona funtów - Bob pozwolił sobie na ponowne gwizdnięcie, podniósł kamienie i przesypał je przez palce. - Fantastyczne. Jak w bajce. To załatwia twoje sprawy.

- Tak - ciemnoskóry mężczyzna skinął głową. Znowu znużenie odbiło się na jego twarzy. - Kiedy chodzi o szlachetne kamienie, ludzie przestają być sobą. Za takimi rzeczami ciągną się gwałt i przemoc. Śmierć, rozlew krwi, morderstwo. A kobiety są najbardziej chciwe, ponieważ nie chodzi im wyłącznie o wartość, lecz o same kamienie. Piękne klejnoty doprowadzają kobiety do szaleństwa. Pragną je posiadać. Nosić na szyjach, na piersiach. Nie powierzyłbym ich żadnej kobiecie. Ale tobie ufam.

- Mnie? - Bob wytrzeszczył oczy.

- Tak. Nie chcę, by te kamienie wpadły w ręce moich wrogów. Nie wiem. kiedy zacznie się rewolta przeciwko mnie. Może być planowana już na dziś. Mogę nie dożyć popołudniowego lotu. Weź kamienie i zrób, co się da.

- Chwileczkę, nie rozumiem. Co mam z nimi zrobić?

- Postaraj się wywieźć je z kraju

Ali pogodnie przyglądał się wzburzonemu przyjacielowi.

- Chcesz powiedzieć, że ja mam się nimi zaopiekować zamiast ciebie?

- Można to tak ująć. Myślę, że potrafisz wykombinować lepszy plan zabrania ich do Europy, niż ja.

- Ależ posłuchaj Ali, nic mam najmniejszego pojęcia, jak się do tego zabrać.

Ali rozsiadł się w swoim fotelu. Uśmiechał się spokojnie, nieco ubawiony.

- Masz zdrowy rozsądek. Jesteś uczciwy. Pamiętam czasy, kiedy w szkole byłeś moim młodszym kolegą i miewałeś zawsze dowcipne pomysły… Daję ci nazwisko i adres faceta, który załatwia dla mnie te sprawy, na wypadek gdybym me przeżył. Nie denerwuj się. Bob. Zrób. co się da. To wszystko, o co proszę. Nie będę cip winił, jeśli ci się nic powiedzie. Jest tak, jak chce Allah. Dla mnie to proste. Nie chcę, by te kamienie zabrano z moich zwłok. A reszta… - wzruszył ramionami. - Tak jak powiedziałem. Wszystko stanie się według woli Allaha.

- Odbiło ci!

- Nie. Jestem fatalistą, to wszystko. - Posłuchaj. Ali. Powiedziałeś przed chwilą, że jestem uczciwy. Ale trzy czwarte miliona… Nie sądzisz, że to może nadwątlić uczciwość każdego człowieka? Ali Yusuf popatrzył na przyjaciela ciepło. - To dosyć dziwne - powiedział - ale w tej kwestii nie mam wątpliwości.

 

Rozdział drugi
Kobieta na balkonie

I

 

Idąc marmurowymi korytarzami pałacu, odbijającymi echo jego kroków. Bob czuł się głęboko nieszczęśliwy. Świadomość, że w kieszeni spodni ma trzy czwarte miliona funtów, załamała go zupełnie. Miał uczucie, że każdy ze spotykanych pracowników pałacu musi o tym wiedzieć. Wydawało mu się nawet, że informacja o cennym ciężarze maluje się na jego twarzy. Ulżyłoby mu, gdyby dowiedział się, że jego piegowate oblicze ma ten sam co zwykle wyraz dobrodusznej pogody.

Warta na zewnątrz sprezentowała broń ze szczękiem. Bob wyszedł na zatłoczoną główną ulicę Ramatu jeszcze oszołomiony. Dokąd pójść? Co zrobić? Nie miał pojęcia. A czasu było niewiele.

Główna ulica wyglądała jak wiele innych na Środkowym Wschodzie: stanowiła mieszaninę nędzy i przepychu. Banki ukazywały swoją nowo wybudowaną świetność. Niezliczone małe sklepiki oferowały tandetne plastykowe drobiazgi. Buciczki dla niemowląt i tanie zapalniczki wysławiano w zaskakujących zestawieniach. Były tam maszyny do szycia i części zamienne do samochodów, apteki proponowały upstrzone przez muchy patentowane leki, dużą ilość reklam penicyliny i innych antybiotyków w każdej postaci. Niewiele sklepów posiadało coś, co rzeczywiście chciałoby się kupić, oprócz najnowszych modeli szwajcarskich zegarków, których setki leżały w malutkim oknie. Asortyment był tak wielki, że każdy broniłby się przed kupnem, po prostu oślepiony ilością.

Wędrując tak w pewnego rodzaju oszołomieniu, potrącany przez postacie w narodowych lub europejskich strojach, Bob opanował się wreszcie i zapytał siebie, dokąd, u diabła, idzie.

Skręcił do kawiarenki i zamówił herbatę z cytryną. Popijając ją zaczął powoli przychodzić do siebie. Atmosfera kafejki była uspokajająca. Przy stoliku naprzeciw niego starszy Arab spokojnie przesuwał sznur bursztynowych paciorków. Obok dwóch mężczyzn grało w tryk-traka. Było to dobre miejsce, aby usiąść i pomyśleć.

A on musiał pomyśleć. Wręczono mu bowiem klejnoty warte trzy czwarte miliona funtów i polecono wymyślić plan wywiezienia ich z kraju. Przy tym nie było czasu do stracenia. W każdej chwili bomba mogła pójść w górę…

Ali, rzecz jasna, był szalony. Z lekkim sercem cisnąć przyjacielowi trzy czwarte miliona! A potem usiąść spokojnie, zostawiając wszystko Allahowi. Bob nie posiadał takiej drogi ucieczki. Bóg Boba oczekiwał od swoich sług podejmowania decyzji i działania według danych im przez Niego umiejętności.

Co. u diabła, miał zrobić z tymi przeklętymi kamieniami?

Pomyślał o ambasadzie. Nie, nie mógł w to mieszać ambasady. Zresztą na pewno odmówiliby.

To, czego potrzebował, to pośrednictwo jakiejś osoby zupełnie zwyczajnej. Najlepiej biznesmena albo turysty. Osoby bez politycznych powiązań, której bagaże będą w najgorszym razie przeszukane pobieżnie, a prawdopodobnie wcale nie zostaną tknięte. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę inną możliwość… Sensacja na londyńskim lotnisku. Próba przemycenia klejnotów wartości trzech czwartych miliona, l tak dalej, i tak dalej. Ten ktoś musiałby zaryzykować…

Zwyczajny człowiek, podróżnik bona fide*. Nagle Bob puknął się w głowę. Oczywiście Joan. Jego własna siostra, Joan Sutcliffe. Była tutaj od dwóch miesięcy z córką Jennifer. której po ciężkim zapaleniu płuc zalecono pobyt w słonecznym i suchym klimacie. Wracały morzem za cztery czy pięć dni.

Joan była idealną osobą do jego planu. Co powiedział Ali o kobietach i biżuterii? Bob uśmiechnął się do siebie. Zacna stara Joan! Ona nic straciłaby głowy z powodu kamieni. Wierzył, że stoi mocno na ziemi, obiema nogami. Tak - mógł zaufać Joan.

Zaraz, czy na pewno? Jej uczciwości - tak. Ale jej dyskrecji? Bob potrząsnął głową z ubolewaniem. Joan lubiła gadać, nie byłaby w stanie się powstrzymać. Nawet gorzej. Robiłaby aluzje. „Wiozę do domu coś niesłychanie ważnego. Nie mogę powiedzieć nikomu ani słowa… To bardzo ekscytujące…”

Joan nigdy nic potrafiła zachować tajemnicy, choć była wściekła, jeśli się jej to wypomniało. Zatem Joan nie mogłaby wiedzieć, co zabiera. Tak byłoby bezpieczniej. Mógł zrobić niewinnie wyglądającą paczuszkę. Coś jej opowiedzieć. Że to prezent dla kogoś? Zamówiona rzecz? Wymyśli coś…

Spojrzał na zegarek i wstał. Czas płynął.

Popędził ulicą, niepomny na południowy upał. Wszystko wydawało się takie zwyczajne. Żadne oznaki niepokojów nie przedostawały się na powierzchnię. Tylko w pałacu miało się świadomość tlącego się ognia, szpiegowania, szeptów. Armia - wszystko zależało od armii.

Kto był lojalny? Kto nic? Na pewno nastąpi próba zamachu stanu. Czy się powiedzie?

Bob zmarszczył brwi wchodząc do najlepszego hotelu w Ramacie. Hotel nazywał się skromnie Ritz Savoy i miał wspaniałą, nowoczesną fasadę. Otwarto go przed trzema laty z wielka pompą, szwajcarskim dyrektorem, wiedeńskim szefem kuchni i włoskim maître d’hôtel. Wszystko było cudowne. Wiedeński szef kuchni wyjechał pierwszy, za mm szwajcarski dyrektor. Teraz miał również wyjechać Włoch. Jedzenie było jeszcze wyszukane, ale niesmaczne, obsługa haniebna, a większość kosztownych instalacji łazienkowych nic działała.

Recepcjonista znał Boba i rozpromienił się na jego widok:

- Dzień dobry, panie majorze. Chce się pan zobaczyć z siostrą? Wyjechała z córeczka na piknik…

- Piknik? - Boh zapomniał języka w gębie. Ze wszystkich głupich wypadków właśnie wyjazd na piknik był najmniej spodziewany.

- Z państwem Hurst z Oil Cornpany - ciągnął recepcjonista. Wszyscy byli świetnie poinformowani. - Pojechali do zapory w Kala Diwa.

Bob zaklął pod nosem. Joan nie będzie w domu przez kilka godzin.

- Pójdę do jej pokoju - powiedział wyciągając rękę po klucz.

Otworzył drzwi i wszedł. Pokój z wielkim, podwójnym łożem był w stanie zwykłego bałaganu. Joan Sutcliffe nic należała do pedantek. Kije golfowe leżały na krześle, rakiety tenisowe rzucono na łóżko. Ubrania były porozwlekane po całym pokoju, stół zasypany rolkami filmów, pocztówkami, książkami i całym asortymentem wyrobów tubylczych, przeważnie produkowanych w Birmingham lub Japonii.

Bob popatrzył wokoło na walizki i .torby podróżne. Stanął wobec problemu. Nie był w stanie zobaczyć się z, Joan przed odlotem Alego. Nic starczało czasu na jazdę do zapory i powrót. Mógł zapakować to świństwo i zostawić z liścikiem, ale natychmiast potrząsnął głową. Wiedział dobrze, że prawie zawsze był śledzony. Prawdopodobnie szli za nim od pałacu do kafejki i stamtąd do hotelu. Nic zauważył nikogo, ale wiedział, że tamci znają swoją robotę. Nic było nic podejrzanego w jego wizycie u siostry, jeśli jednak zostawi paczkę i list, list zostanie przeczytany, a paczka otwarta.

Czas… czas… brakowało mu czasu.

W kieszeni spodni nosił trzy czwarte miliona w drogich kamieniach.

Rozejrzał się po pokoju… i uśmiechnąwszy się szeroko, wyjął z, kieszeni mały komplet narzędzi, które zawsze nosił przy sobie. Zauważył, że Jennifer, jego siostrzenica, miała trochę plasteliny, która mogła się przydać.

Pracował szybko i zręcznie. Raz rozejrzał się podejrzliwie, rzucając okiem w kierunku okna. Nie, pokój nie miał balkonu. Uczucie, że jest obserwowany, musiało być wynikiem napięcia. Skończył robotę i skinął z zadowoleniem. Nikt nie zauważy, że coś było ruszane - był tego pewien. Ani Joan, ani nikt inny. A już na pewno nie Jennifer, egocentryczne dziecko, które nigdy nie dostrzegało niczego wokół siebie.

Zmiótł wszystkie ślady swojej działalności i włożył je do kieszeni… Potem zawahał się, rozglądając dokoła.

Przysunął blok listowy siostry i siedział chwilę, zmarszczywszy brwi.

Musi zostawić list do Joan.

Co jednak miał napisać? Musi to być coś zrozumiałego dla Joan, co nie będzie znaczyło nic dla kogoś czytającego notatkę. A to naprawdę było niemożliwe! W thrillerach, których czytanie wypełniało wolne chwile Boba, zostawiano kryptogram, który ktoś zawsze z łatwością odczytywał. On nie mógł nawet pomyśleć o tym.

- Joan należała do rozsądnych osób, które potrzebują kropki nad i, zanim zauważą cokolwiek…

Nagle rozpogodził się. Można to było zrobić inaczej - odwrócić uwagę od Joan - zostawić zwyczajną, codzienną notatkę. Polem przekaże informację przez kogoś, kto doręczy ją w Anglii.

Pisał szybko.

 

Kochana Joan. - Wpadłem, żeby zaproponować ci partię golfa dziś wieczór, ale skoro wyjechałaś do zapory, będziesz prawdopodobnie ledwie żywa. Może jutro? o piątej w klubie.

Twój Bob

 

Zdawkowy liścik zostawiony siostrze, której mógł już nie zobaczyć, ale im bardziej błahy, tym lepiej. Nie można było wplątywać Joan w żadną niewyraźną historię, nie powinna nawet wiedzieć, że coś się dzieje. Nie potrafiła udawać. Jej ochronę stanowił fakt, że naprawdę nic nie wiedziała.

Notatka służyła podwójnemu celowi. Sprawiała bowiem wrażenie, że on sam nie planuje wyjazdu.

Zastanowił się chwilę, potem poszedł do telefonu i wykręcił numer brytyjskiej ambasady. Wkrótce połączył się z trzecim sekretarzem, Edmundsonem, swoim przyjacielem.

- John? Tu Bob Rawlinson. Możesz spotkać się ze mną, kiedy wyjdziesz?… Może troszeczkę wcześniej? Musisz to zrobić, stary. To ważne. Rzeczywiście chodzi o dziewczynę… - chrząknął z zakłopotaniem. - Jest cudowna, naprawdę cudowna. Nie z tej ziemi. Tylko trochę zbyt sprytna.

W odrobinę nadętym głosie Edmundsona brzmiała nagana: - Doprawdy, Bob, ty i twoje dziewczyny. No dobrze, o drugiej. - Rozłączył się. Bob usłyszał cichy dźwięk, jakby ktoś podsłuchujący odłożył słuchawkę.

Poczciwy stary Edmundson. Ułożyli sobie mały kod ze względu na podsłuch telefonów w Ramacie. Cudowna dziewczyna, będąca ,,nie z tej ziemi” oznaczała coś ważnego i pilnego.

Edmundson zabierze go samochodem z okolicy nowego Banku Handlowego o drugiej i wtedy Bob opowie mu o miejscu ukrycia klejnotów. Wyjaśni, że Joan nic nie wie, ale jeśli jemu coś się stanie, sprawa będzie ważna. Długa podróż morska Jennifer i Joan nie skończy się przed upływem sześciu tygodni. Do tego czasu rewolucja na pewno wybuchnie i albo odniesie sukces, albo upadnie. Ali Yusuf może być w Europie, mogą też obaj nie żyć. Musi powiedzieć Johnowi wystarczająco dużo, ale nie za wiele.

Rozejrzał się jeszcze raz po pokoju. Wyglądał wciąż tak samo, spokojny, trochę zabałaganiony, przytulny. Przybyła tylko niewinna notatka do Joan. Oparł ją na stole i wyszedł. Na długim korytarzu nie było nikogo.

 

II

 

Kobieta mieszkająca w pokoju obok Joan Sutcliffe wróciła z balkonu. W ręce trzymała lusterko.

Wyszła na balkon, aby obejrzeć dokładnie włos, który ośmielił się wyrosnąć na jej podbródku. Uporała się z nim za pomocą pincetki, następnie w świetle słońca przyjrzała się dokładnie swojej twarzy.

Właśnie w chwili, gdy odetchnęła z ulgą, dostrzegła coś. Trzymała lusterko pod takim kątem, że odbijało widok z lustra w szafie ubraniowej sąsiedniego pokoju i tam właśnie zobaczyła mężczyznę, który robił coś dziwnego.

Było to tak niezwykłe i zaskakujące, że zastygła bez ruchu, obserwując go. Z miejsca, w którym siedział, nie mógł jej zauważyć, a ona widziała go tylko dzięki podwójnemu odbiciu.

Mógłby uchwycić obraz jej lusterka w lustrze szafy, gdyby odwrócił się, ale był zbyt zaabsorbowany swoją robotą, by się oglądać.

Co prawda, raz rzucił nagłe spojrzenie ku oknu, ponieważ jednak nic tam nie było widać, znowu pochylił głowę.

Kobieta obserwowała go, aż skończył. Po chwili napisał liścik, który oparł na stole. Potem zniknął z jej pola widzenia, ale z odgłosów wywnioskowała, że telefonuje. Nie mogła zrozumieć, co mówił, ale brzmiało to niefrasobliwie i zdawkowo. Polem usłyszała odgłos zamykanych drzwi.

Kobieta odczekała parę minut, następnie otwarła drzwi. W głębi korytarza snuł się leniwie Arab z piórkiem do odkurzania. Po chwili zniknął za rogiem. Szybko prześliznęła się do sąsiedniego pokoju. Drzwi były zamknięte, ale tego się spodziewała. Poradziła sobie szybko za pomocą szpilki do włosów i małego nożyka.

Weszła i wzięła list. Koperta nie była zaklejona i dała się łatwo otworzyć. Przeczytała notatkę marszcząc brwi. Nie znalazła wyjaśnienia niedawnej sceny.

Zamknęła kopertę, odłożyła ją i przeszła się po pokoju. W momencie, gdy wyciągała rękę, zaniepokoiły ją głosy dochodzące z tarasu leżącego niżej.

Jeden, jak się zorientowała, należał do właścicielki pokoju, w którym przebywała. Zdecydowany, pewny siebie, pouczający ton.

Rzuciła się do okna.

Na tarasie piętro niżej Joan Sutcliffe z córką, krępą, bladą piętnastolatką, ogłaszała światu i wysokiemu, nieszczęśliwie wyglądającemu Anglikowi z brytyjskiego konsulatu, co myśli o przygotowaniach, które poczynił.

- Ależ to absurd! Nigdy nie słyszałam takich bzdur. Wszystko jest zupełnie spokojne, a ludzie są bardzo mili. Uważani, że to panikarstwo.

- Mamy taką nadzieję, właśnie tak myślimy. Jednak jego ekscelencja jest zdania, że odpowiedzialność…

Pani Sutcliffe przerwała mu krótko. Nic zamierzała rozważać odpowiedzialności ambasadorów.

- Rozumie pan, mamy moc bagażu. Wracamy do domu statkiem w przyszłą środę. Podróż morska zrobi dobrze Jennifer. Tak powiedział lekarz. Muszę absolutnie odmówić zmiany wszystkich moich planów i odlotu do Anglii z powodu tego głupiego popłochu.

Nieszczęśliwie wyglądający człowiek powiedział zachęcająco, że pani Sutcliffe i jej córka mogłyby polecieć nie do Anglii, tylko do Adenu i tam złapać siatek.

- Z bagażem?

- Tak, tak, mam czekający samochód - furgonetkę. Możemy wszystko załadować.

- Och, dobrze - skapitulowała pani Sutcliffe. - Lepiej pójdziemy się pakować.

- Natychmiast, jeśli nie ma pani nic przeciw temu.

Kobieta w pokoju Joan zrejterowała pośpiesznie. Rzuciła szybkie spojrzenie na adres na etykietce bagażowej jednej z walizek. Potem co tchu popędziła do swego pokoju. Zniknęła w drzwiach, gdy pani Sutcliffe właśnie wyszła zza zakrętu korytarza.

Recepcjonista biegł za nią.

- Był tutaj major, pani brat. Poszedł do pani pokoju. Chyba już wyszedł. Musiała się pani z nim minąć.

- Fatalnie - powiedziała pani Sutcliffe. - Dziękuję - dodała, a zwracając się do córki - Bob pewnie też szaleje. Ja sama nie widzę żadnych oznak niepokoju na ulicach. Drzwi nie są zamknięte. Ci ludzie są beztroscy.

- Może to wuj Bob - rzekła Jennifer.

- Żałuję, że minęłam się z nim… Och, jest list - otworzyła kopertę.

- W każdym razie Bob nie szaleje - stwierdziła triumfująco. - Najwyraźniej nie wie nic o tym wszystkim. Dyplomaci dramatyzują i tyle. Nie znoszę pakowania w taki gorący dzień. Ten pokój jest jak piekarnik. Dalej, Jennifer, wyjmuj swoje rzeczy z szuflad i szały. Musimy upchnąć wszystko byle jak. Później możemy się przepakować

- Nigdy nie widziałam rewolucji - powiedziała Jennifer zamyślona.

- I nie spodziewaj się, że zobaczysz tym razem - odparła jej matka szorstko. - Będzie tak, jak mówiłam. Nic się nic wydarzy.

Jennifer wydawała się rozczarowana.

 

Rozdział trzeci
Wkroczenie Pana Robinsona

I

 

Jakieś sześć tygodni później do drzwi pokoju w Bloomsbury zapukał dyskretnie młody człowiek i został zaproszony do środka.

Był to mały pokój. Za biurkiem, zagłębiony w fotelu, siedział tęgi mężczyzna w średnim wieku, w pogniecionym ubraniu, wybrudzonym na przodzie popiołem z cygara. Okna były zamknięte, a powietrze trudne do zniesienia.

- No? - spytał tęgi mężczyzna gniewnie, z na pół przymkniętymi oczami. - Co tam znowu?

Mówiono, że pułkownik Pikeaway wyglądał zawsze jakby zasypiał lub budził się. Powiadano również, że jego nazwisko nie brzmiało Pikeaway i że nie był pułkownikiem. A niektórzy ludzie nie chcieli mówić nic.

- Przyszedł Edmundson z MSZ, sir.

- Aha - odezwał się pułkownik.

Przymknął oczy, zdając się znowu zasypiać i mruknął:

- Trzeci sekretarz naszej ambasady w Ramacie do czasu rewolucji. Tak?

- Tak jest, sir.

- Zatem trzeba go przyjąć - oświadczył pułkownik bez jakiejkolwiek ochoty. Wyprostował się w fotelu i strzepnął trochę popiołu z wydatnego brzucha.

Pan Edniundson był wysokim, jasnowłosym, młodym mężczyzną, ubranym bardzo poprawnie w dobrze dobrane rzeczy, roztaczającym wrażenie cichej dezaprobaty.

- Pułkownik Pikeaway? Jestem John Edmundson. Powiedzieli mi. że… ee… chciałby pan zobaczyć się ze mną.

- Powiedzieli? No cóż, oni muszą wiedzieć - oświadczył pułkownik. - Siadaj pan - dodał.

Jego oczy zaczęły przymykać się znowu, ale zanim je zamknął, zapytał:

- Był pan w Ramacie podczas rewolucji?

- Tak. Paskudna historia.

- Domyślam się. Był pan przyjacielem Boba Rawlinsona, prawda?

- Tak, znam go zupełnie dobrze.

- Niewłaściwe użycie czasu - rzekł pułkownik Pikeaway. - On nie żyje.

- Tak, sir, wiem. Nie byłem jednak pewny… - przerwał.

- Nie musi pan wysilać się w tym miejscu na dyskrecję. Tutaj wiemy wszystko. A jeśli nie, udajemy że tak jest. Rawlinson wyleciał z Alim Yusufem w dniu wybuchu rewolucji. Od tej pory o samolocie nie słyszano. Mógł wylądować w niedostępnym miejscu albo rozbić się. W górach Arolez znaleziono wrak samolotu. Dwa ciała. Wiadomość zostanie przekazana prasie jutro. Jasne?

Edmundson przyznał, że zupełnie jasne.

- Wiemy wszystko o tych sprawach - rzekł pułkownik. - Po to właśnie jesteśmy. Samolot przelatywał nad górami. Katastrofę mogły spowodować warunki atmosferyczne. Mamy powód uważać, że był to sabotaż. Bomba z opóźnionym zapłonem. Nie dostaliśmy jeszcze kompletnych raportów. Katastrofa nastąpiła w miejscu, do którego dostęp nie jest łatwy. Wyznaczono nagrodę za znalezienie wraku, ale to zabiera dużo czasu. Potem wysłaliśmy ekspertów, aby przeprowadzili badania. Oczywiście działa tam biurokracja. Prośby do obcego rządu, zgoda ministrów, dawanie łapówek, nie mówiąc o miejscowych chłopach, przywłaszczających sobie wszystko, co może się przydać.

Przerwał i popatrzył na Edmundsona.

- To bardzo smutna sprawa - rzekł eks-trzeci sekretarz. - Książę Ali Yusuf był władcą światłym, mającym demokratyczne zasady.

- To prawdopodobnie załatwiło faceta - odparł pułkownik. - Nic możemy jednak tracić czasu na opowiadanie smutnych historii o śmierciach królów. Zostaliśmy poproszeni przez zainteresowane ugrupowania o przeprowadzenie pewnych dochodzeń. Ugrupowania, do których rząd jej królewskiej mości jest dobrze usposobiony. - Spojrzał twardo na rozmówcę. - Rozumie pan, co mam na myśli?

- Cóż, słyszałem coś niecoś - bąknął Edmundson niechętnie.

- A więc wic pan, być może, że przy zwłokach, ani we wraku nie znaleziono nie wartościowego, i że, jak dotychczas wiadomo, miejscowa ludność niczego nie zabrała. Choć, jak pan wie, z chłopami nigdy nic nie wiadomo. Potrafią milczeć podobnie jak Ministerstwo Spraw Zagranicznych. A co jeszcze pan słyszał?

- Nic więcej.

- I nie wie pan, że coś wartościowego powinno się było znaleźć? Po co przysłali pana do mnie?

- Powiedzieli, że chciałby mi pan zadać kilka pytań - odparł Edmundson sztywno.

- A jeżeli pytam, spodziewam się odpowiedzi - podkreślił pułkownik.

- Naturalnie.

- To ci się nie wydaje naturalne, synu. Czy Bob Rawlinson powiedział ci coś przed odlotem z Ramatu? Ali miał do niego zaufanie, jeżeli w ogóle miał je do kogoś. Jazda, musimy dowiedzieć się. Powiedział coś?

- O czym, sir?

Pułkownik Pikeaway popatrzył surowo i potarł ucho.

- Och, dobrze - mruknął. - Zatuszujmy sprawę i nie mówmy o tym. Moim zdaniem wieści są przesadzone! Jeżeli nie wie pan, o czym mówi?, to nie wie pan i tyle.

- Sądzę, że Bob chciał mi powiedzieć coś ważnego - zaczął Edmundson ostrożnie i z ociąganiem.

- Ach - powiedział pułkownik, robiąc minę człowieka, któremu wreszcie udało się odkorkować butelkę.

- Ciekawe. Posłuchajmy, co też pan wie.

- Bardzo niewiele, sir. Bob i ja mieliśmy prościutki kod. Zorientowaliśmy się, że telefony w Ramacie są na podsłuchu. Bob mógł usłyszeć coś w pałacu, a ja miałem niekiedy pożyteczną informację dla niego. Więc jeśli jeden z nas dzwonił do drugiego i wspomniał w pewien sposób o wspaniałej dziewczynie, używając zawsze zwrotu „nie z tej ziemi”, to znaczyło, że na coś się zanosi.

- Że jest jakaś ważna informacja do przekazania? - Tak. Bob zadzwonił do mnie używając tego zwrotu w dniu, w którym wybuchła rewolucja. Miałem się z nim spotkać w zwykłym miejscu, koło jednego z banków. Właśnie w tej dzielnicy zaczęły się rozruchy i policja zamknęła dojazd. Nie udało mi się skontaktować z Bobem ani jemu ze mną. Tego popołudnia odleciał z A hm.

- Rozumiem - powiedział Pikeaway. - Nie wiadomo, skąd telefonował?

- Nie. Mógł dzwonić z każdego miejsca.

- Szkoda. - Przerwał pułkownik i rzucił od niechcenia:

- Zna pan panią Sutcliffe?

- Ma pan na myśli siostrę Boba? Oczywiście, spotykałem ją tam. Przyjechała z córeczką w wieku szkolnym. Nic znam jej dobrze.

- Czy rodzeństwo było w bliskich stosunkach? Edmundson zastanowił się.

- Nic powiedziałbym. Była znacznie starsza i grała też rolę starszej siostry. Przy tym Rawlinson nic lubił swego szwagra; określał go jako nadętego durnia.

- I miał rację! To jeden z naszych wybitnych przemysłowców, a wiadomo, jacy potrafią być nadęci! Więc nie uważa pan za możliwe, aby Rawlinson powierzył jej ważny sekret?

- Trudno powiedzieć, ale nie sądzę.

- Ja też nie - rzekł pułkownik.

Westchnął. - No cóż, pani Sutcliffe z córką wracają do domu po długim rejsie na Eastern Queen. Lądują w Tilbury jutro.

Milczał chwilę, patrząc badawczo na młodego człowieka siedzącego naprzeciw. Potem, jakby podjąwszy decyzję, wyciągnął rękę i powiedział wesoło.

- Bardzo miło z pana strony, że pan przyszedł.

- Przykro mi. że nie przydałem się na wiele. Jest pan pewien, że nie mogę nic więcej zrobić?

- Nie, obawiam się, że nic.

John Edmundson wyszedł.

Dyskretny miody człowiek pojawił się znowu.

- Myślałem, że wyślę go do Tilbury. aby przekazał siostrze nowiny - rzeki Pikeaway. - Przyjaciel brała i tak dalej. Zdecydowałem jednak inaczej. Mało elastyczny typ. To nawyk z MSZ. Nie wykorzysta okazji. Poślę tego, jak mu tam.

- Dereka?

- Właśnie - pułkownik skinął głową. Odgadu jesz moje myśli zupełnie dobrze, co?

- Staram się, sir.

- Starać się to za mało. Musi ci się udawać. Przyślij mi najpierw Ronniego. Mani dla niego zadanie.

 

II

 

Pułkownik Pikeaway zdawał się zasypiać ponownie, kiedy młody człowiek imieniem Ronnie wszedł do pokoju. Byt wysoki, ciemnowłosy i muskularny, miał beztroski i nieco impertynencji i sposób bycia.

Pułkownik popatrzył na niego chwile, a polem uśmiechnął się szeroko.

- Jak podobałoby ci się. obserwowanie żeńskiej szkoły? - zapytał.

- Żeńskiej szkoły? - młody człowiek podniósł brwi. - To byłoby coś nowego! Co one narozrabiały? Robią bomby na lekcjach chemii?

- Nic w tym rodzaju. To znakomita szkoła dla wyższych sfer, Meadowbank.

- Meadowbank! - Ronnie gwizdnął. - Nie mogę uwierzyć!

- - Powściągnij swój zuchwały język i słuchaj. Przyjeżdża tam na przyszły semestr księżniczka Shaista, kuzynka i najbliższa krewna zmarłego księcia Alego Yusufa z Rarnatu. Dotychczas uczyła się w szkole w Szwajcarii.

- Co mam zrobić? Uprowadzić ją?

- Na pewno nie. Uważam za możliwe, że w najbliższej przyszłości dziewczyną mogą zająć się pewni ludzie i chcę, żebyś obserwował wypadki. Nie będę nic ustalał. Nie mam pojęcia, co może się przytrafić, ale gdyby ktoś z naszych wiadomych przyjaciół był zainteresowany, donieś o tym… Masz przedstawić zwięzłe sprawozdanie z inwigilacji.

Miody człowiek skinął głową.

- A jak się mam tam dostać? Zostanę nauczycielem rysunków?

- Dochodzący personel jest wyłącznie kobiecy. - Pułkownik przyjrzał mu się z namysłem. - Myślę, że zrobię cię ogrodnikiem.

- Ogrodnikiem?

- Tak. Czy mam rację, że wiesz coś o ogrodnictwie?

- Istotnie. W młodych latach prowadziłem przez rok rubrykę Twój ogród w „Sunday Mall”.

- Zawracanie głowy! - oświadczył pułkownik Pikeaway. - To jest zero! Sam potrafiłbym prowadzić taką kolumnę nie mając pojęcia o ogrodzie, odwalając tylko z paru jaskrawo ilustrowanych katalogów „Szkółkarza” i Encyklopedii ogrodnictwa. Znam ten żargon.

„Czemu nie zerwać z tradycją i nie wprowadzić w tym roku prawdziwie tropikalnej nuty w twoim ogrodzie? Piękna Amabellis Gossiporia i cudowna nowa chińska hybryda Sinensis Makafoolia. Wypróbuj obficie kwitnące kępy ślicznej Sinistra Hopaless, niezbyt odpornej, lecz dobrze czującej się pod zachodnią ścianą”. Przerwał i uśmiechnął się. - Nic takiego! Durnie kupują te zielska i pierwszy mróz niszczy je, a ci idioci żałują, że nie sadzili laków i niezapominajek. Nie. mój chłopcze, mam na myśli coś prawdziwego. Splunąć w garść i wziąć się do łopaty, zapoznać się z kupą kompostu, starannie okrywać rośliny, używać motyki, kopać naprawdę głęboko pod pachnący groszek i wykonywać całą resztę tej okropnej roboty. Potrafisz to?

- Wszystko to robiłem od młodych lat!

- Jasne, Znam twoją matkę. A więc ustalone.

- A czy w Meadowbank jest robota dla ogrodnika?

- Pewnie że jest. Każdy ogród w Anglii ma kłopoty z pracownikami. Zobaczysz, po prostu rzucą się na ciebie. Nie ma czasu do stracenia, letni trymestr zaczyna się dwudziestego dziewiątego.

- Mam uprawiać ogród i trzymać oczy szeroko otwarte?

- Właśnie, a jeżeli jakaś nadmiernie rozwinięta nastolatka zacznie cię podrywać, niech cię Bóg broni, żebyś odwzajemnił uczucia. Nie chcę, żeby cię wyrzucono zbyt wcześnie.

Podał młodemu człowiekowi kartkę papieru. - Jakie imię sobie wybierasz?

- Adam wydaje się w sarn raz.

- A nazwisko?

- Może Eden?

- Nie bardzo podoba mi się kierunek twojego rozumowania. Adam Goodman brzmi bardzo ładnie. Idź i przećwicz dzieje twojej przeszłości z Jensonem, a potem startuj. - Spojrzał na zegarek. - Nie mam więcej czasu dla ciebie. Nie chcę, żeby pan Robinson czekał. Powinien już tu być.

Adam (używając jego nowego imienia) zatrzymał się idąc do drzwi.

- Pan Robinson? - zapytał ciekawie. - Przychodzi lulaj?

- Jak powiedziałem. - Brzęczyk na biurku odezwał się. - To on. Punktualny jak zawsze. Pan Robinson.

- Proszę mi powiedzieć - spytał Adam ciekawie - kim on naprawdę jest? Jakie jest jego prawdziwe nazwisko?

- Nazywa się pan Robinson - odparł pułkownik Pikeaway. - To wszystko, co wiem i ja, i ktokolwiek inny.

 

III

 

Mężczyzna, który wszedł do pokoju, nie wyglądał na Robinsona i trudno było przypuścić, żeby kiedykolwiek tak się nazywał. Mógł nosić nazwisko Demetrius, Isaacstein lub Perenna, choć niekoniecznie właśnie takie. Nie wyglądał na typowego Żyda, ani Greka albo Portugalczyka, Hiszpana czy obywatela Południowej Ameryki. Najmniej prawdopodobne wydawało się, że jest Anglikiem i nazywa się Robinson. Był tęgi, dobrze ubrany, miał kształtne i dobrze utrzymane ręce, żółtawą twarz, melancholijne, ciemne oczy, szerokie czoło i wielkie usta, odsłaniające duże, bardzo białe zęby. W jego głosie nie było śladu obcego akcentu.

Przywitali się z pułkownikiem jak dwaj panujący monarchowie. Wymieniono uprzejmości.

Kiedy pan Robinson przyjął proponowane cygaro, pułkownik powiedział:

- To miło, że ofiarował nam pan pomoc.

Gość zapalił cygaro, delektował się nim chwilę i wreszcie przemówił:

- Drogi panie. Pomyślałem właśnie… cóż, słyszę wiele historii, znam mnóstwo ludzi, którzy opowiadają mi różności. Nie wiem dlaczego.

Pułkownik Pikeaway nie skomentował tego, lecz zapytał:

- Wnioskuję, że słyszał pan o znalezieniu samolotu księcia Alego Yusufa?

- W zeszłą środę - odparł gość. - Pilotował młody Rawlinson. Trudny lot. Ale katastrofa nie była skutkiem błędu pilota. Samolot został uszkodzony przez pewnego starszego mechanika Ahmeda. Uchodził za całkowicie godnego zaufania - w każdym razie tak sądzi) Rawlinson. Niestety mylił się. W nowym reżimie Ahmed otrzymał bardzo lukratywne zajęcie.

- A wiec sabotaż! Nie byliśmy tego pewni. Smutna historia.

- Tak. Ten biedny młody człowiek, mam na myśli Alego Yusufa - nie był odpowiednio przygotowany, by stawić czoło korupcji i zdradzie. Jego edukacja nie była rozsądna. Taki przynajmniej mam pogląd. Teraz jednak już nas nie interesuje. Jest przebrzmiałą sensacją. Nie ma nic bardziej martwego od martwego króla. Zajmujemy się, pan na swój sposób, ja na swój, tym, co martwi królowie zostawiają po sobie.

- Czym mianowicie?

Pan Robinson wzruszył ramionami.

- Pokaźne saldo bankowe w Genewie, umiarkowane w Londynie, spore aktywa we własnym kraju, obecnie przejęte przez wspaniały nowy reżim (było trochę animozji przy podziale łupów, przynajmniej tak słyszałem) i wreszcie mały majątek osobisty.

- Mały?

- To są rzeczy względne. W każdym razie o małej objętości. Poręczny do zabrania ze sobą.

- O ile wiemy, nic miał tego przy sobie.

- Nie. Ponieważ wręczył pakiet młodemu Rawlinsonowi.

- Jest pan tego pewien? - spytał Pikeaway ostro.

- Cóż. nigdy nie można być całkowicie pewnym - odparł przepraszająco Robinson. - W pałacu kursuje tyle plotek. To nie musi być prawdą. Ale wiele mówiło się na ten temat.

- Przy Rawlinsonie również niczego nie znaleziono.

- W takim razie te rzeczy musiały wyjechać z kraju inną drogą.

- Jaką? Domyśla się pan?

- Po otrzymaniu klejnotów Rawlinson poszedł do kafejki w mieście. Nie widziano, żeby z kimś rozmawiał albo zbliżał się do kogoś. Potem udał się do hotelu Ritz Savoy, gdzie mieszkała jego siostra. Poszedł do jej pokoju i przebywał tam około dwudziestu minut. Siostry nie było. Potem opuścił hotel i poszedł do Banku Handlowego, gdzie zrealizował czek. Kiedy wyszedł, wybuchły zamieszki. Studenci zaczęli rozróbę. Oczyszczenie okolicy zajęło trochę czasu. Rawlinson poszedł prosto na lotnisko, gdzie w towarzystwie sierżanta Ahmeda udał się do samolotu. Ali Yusuf wyjechał obejrzeć budowę nowej drogi, zatrzymał samochód na lotnisku, przyłączył się do Rawlinsona i wyraził chęć odbycia krótkiego lotu w celu zobaczenia z powietrza budowy zapory i nowej autostrady. Odlecieli i nie wrócili.

- A pańskie domysły na ten temat?

- Mój drogi, takie same jak pańskie. Po co Bob Rawlinson spędził dwadzieścia minut w pokoju nieobecnej siostry, jeżeli poinformowano go, że nie wróci ona przed wieczorem? Zostawił list, którego napisanie zajęło mu najwyżej trzy minuty. Co robił w pozostałym czasie?

- Sugeruje pan, że ukrył kamienic gdzieś wśród rzeczy swojej siostry?

- Wszystko na to wskazuje, prawda? Pani Sutcliffe została ewakuowana, wraz z resztą obywateli brytyjskich tego samego dnia. Odleciała z córką do Adenu. Przybywa do Tilbury, zdaje się, jutro.

Pikeaway przytaknął.

- Niech pan jej pilnuje - doradził Robinson.

- Mamy taki zamiar. Wszystko jest już ustalone.

- Jeżeli ma te kamienie, znajdzie się w niebezpieczeństwie. - Przymknął oczy. - Nienawidzę przemocy.

- Spodziewa się pan, że może do tego dojść?

- Sprawą są zainteresowani pewni ludzie. Nieprzyjemni ludzie, jeśli pan mnie rozumie.

- Rozumiem - odparł Pikeaway ponuro.

- Oczywiście będą usiłowali przechytrzyć się wzajemnie.

Pan Robinson potrząsnął głową. - Trudno się w tym wszystkim połapać.

Pułkownik zapytał delikatnie: - Jest pan osobiście zainteresowany tą sprawą?

- Reprezentuję pewną grupę - odparł pan Robinson. W jego glosie dźwięczała łagodna wymówka.

- Niektóre z kamieni, o których mowa, zostały dostarczone przez mój syndykat jego zmarłej wysokości za bardzo rzetelną i rozsądną cenę. Grupa ludzi zainteresowana odnalezieniem kamieni, którą właśnie reprezentuję, miałaby, mogę zaryzykować takie twierdzenie, aprobatę zmarłego właściciela. Nie chciałbym powiedzieć więcej. To są sprawy bardzo delikatne.

- Ale jest pan zdecydowanie po stronie aniołów - uśmiechnął się pułkownik Pikeaway.

- Anioły! Po stronie aniołów, tak. - Przerwał.

- Czy wie pan przypadkiem, kto zajmował pokoje hotelowe po obu stronach apartamentu pani Sutcliffe?

Pułkownik wydawał się niezbyt pewny.

- Zaraz - chyba tak. Po lewej mieszkała seniora Angelica de Toledo, Hiszpanka… cc… tancerka występująca w miejscowym kabarecie. Być może nic całkiem Hiszpanka i może niezbyt dobra tancerka. Była jednak popularna wśród klienteli. Po drugiej stronic zatrzymała się chyba jakaś kobieta z wycieczki nauczycielek.

Pan Robinson skinął potakująco.

- Pan się nie zmienia. Przychodzę przekazać panu różne informacje, ale prawie zawsze już pan je zna.

- Skądże - zaprzeczył grzecznie pułkownik.

- Miedzy nami mówiąc - rzekł Robinson - wiemy sporo.

Ich oczy spotkały się

- Mam nadzieję - rzekł Robinson wstając -że wiemy dosyć.

 

Rozdział czwarty
Powrót z podróży

I

 

- No coś podobnego! - powiedziała pani Sutcliffe poirytowanym głosem, po spojrzeniu w hotelowe okno. - Nic rozumiem, dlaczego zawsze musi padać, kiedy wraca się do Anglii. Od razu staję się przygnębiona.

- Myślę, że powrót to cudowna rzecz - rzekła Jennifer. - Usłyszeć jak wszyscy na ulicy mówią po angielsku! I zaraz będziemy mogły dostać naprawdę dobry podwieczorek. Chleb i masło, i dżem, i ciasto takie jak trzeba.

- Nie chciałabym, żebyś była taka wyspiarska, kochanie - zauważyła matka. - Po co cię zabrałam za granicę, aż naci Zatokę Perska, jeśli powiadasz, że wolałabyś zostać w domu?

- Nic mam nic przeciwko wyjazdowi za granicę na miesiąc lub dwa. Powiedziałam tylko, że jestem zadowolona z powrotu.

- Teraz odsuń się, kochanie i pozwól mi sprawdzić, czy przyniesiono wszystkie bagaże. Czuję, zawsze czułam od czasu wojny, że ludzie stali się bardzo nieuczciwi. Jestem pewna, że gdybym nie pilnowała rzeczy, ten człowiek w Tilbury poszedłby sobie z moją zieloną torbą podróżną. A do tego przy bagażach plątał się jakiś podejrzany typ. Widziałam go potem w pociągu. Uważam, że na statkach trafiają się kradzieże i kiedy pasażerowie tracą głowę z powodu choroby morskiej, złodzieje ulatniają się z paroma walizkami.

- Och, ty zawsze myślisz o takich rzeczach, mamo. Wydaje ci się, że każdy spotkany człowiek jest złodziejem.

- Większość z nich jest - powiedziała pani Sutcliffe zawzięcie.

- Ale nie Anglicy - odparła lojalnie Jennifer.

- To jest jeszcze gorsze - rzekła matka. - Nikt nie spodziewa się czegoś innego po Arabach czy obcokrajowcach, ale w Anglii człowiek przestaje się pilnować i to ułatwia sprawę ludziom nieuczciwym. Pozwól mi policzyć. Wielka zielona waliza jest, i ta czarna, i dwie małe brązowe, torba podróżna i kije golfowe, i rakiety, i torba podręczna, i waliza płócienna - a gdzie zielona torba? Ach, tutaj. I to metalowe pudło, które kupiłyśmy na dodatkowe rzeczy. Tak, jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć… tak, w porządku. Razem czternaście sztuk.

- Nic możemy napić się teraz herbaty? - spytała Jennifer.

- Herbaty? Jest dopiero trzecia.

- Jestem okropnie głodna.

- No dobrze, dobrze. Możesz zejść i zamówić sama? Muszę trochę wypocząć, a polem wypakuję to, czego będziemy potrzebowały na noc. Fatalnie, że twój ojciec nic mógł po nas przyjechać. Dlaczego właśnie dzisiaj musiał mieć ważne spotkanie dyrektorów w Newcastle-on-Tyne? Można by się spodziewać, że żona i córka będą ważniejsze. Zwłaszcza że nie widział nas od trzech miesięcy. Jesteś pewna, że załatwisz to sama?

- Na miłość boską, mamusiu, ile mam lat według ciebie? Możesz mi dać trochę pieniędzy? Nie mam żadnych angielskich banknotów.

Wzięła dziesięć szylingów od matki i wyszła z pogardliwą miną.

Telefon przy łóżku zadzwonił. Pani Sutcliffe podeszła i podniosła słuchawkę.

- Hallo… Tak… Tak, mówi pani Sutcliffe.

Rozległo się pukanie do drzwi. - Chwileczkę - powiedziała pani Sutcliffe do słuchawki, położyła ją i podeszła do drzwi. Siał tam młody człowiek w błękitnym kombinezonie, z małą torbą na narzędzia.

- Elektryk - powiedział wesoło. - Światła w tym apartamencie nie są w porządku. Przysłano mnie, żebym sprawdził.

- Och, dobrze…

Cofnęła się. Elektryk wszedł.

- Łazienka?

- Tam dalej, za drugą sypialnią. Wróciła do telefonu.

- Przepraszam bardzo… Co pan mówił?

- Nazywam się Derek O’Connor, czy mógłbym przyjść do pokoju? Chodzi o pani brata.

- O Boba? Są jakieś wiadomości?

- Obawiam się, że tak…

- Och… Och, rozumiem… Tak. proszę przyjść. Trzecie piętro, pokój 310.

Usiadła na łóżku. Już wiedziała, jakie to wiadomości.

Wkrótce rozległo się pukanie. Otworzyła drzwi, wpuszczając młodego człowieka, kory uścisnął jej rękę z należytym szacunkiem.

- Jest pan z Ministerstwa Spraw Zagranicznych?

- Nazywam się Derek O’Connor. Szef polecił mi przyjść, zanim ktokolwiek to pani zakomunikuje.

- Proszę mi powiedzieć. Zginął. Tak?

- Tak jest. Wyleciał z Ramatu z księciem Alim Yusufem i rozbili się w górach.

- Dlaczego nic nie słyszałam? Dlaczego nie zadepeszowano na statek?

- Do niedawna brakowało potwierdzenia wiadomości. Wiadomo było, że samolot zaginął, to wszystko. W tych okolicznościach można było jeszcze mieć nadzieję. Teraz jednak znaleziono wrak samolotu… Na pewno będzie pani łatwiej, kiedy usłyszy pani, że śmierć była natychmiastowa.

- Książę zginął również?

- Tak.

- Nie jestem zaskoczona - powiedziała pani Sutcliffe. Jej głos zadrżał lekko, ale panowała nad sobą. - Wiedziałam, że Bob umrze młodo. Był pełen brawury, pracował jako oblatywacz, wypróbowywał nowe figury akrobatyczne. Niewiele wiedziałam o nim przez ostatnie cztery lala. Cóż, ludzi nie można zmienić, prawda?

- Istotnie - odpowiedział jej gość. - Obawiam się, że nie.

- Henryk zawsze mówił, że on roztrzaska się prędzej czy później - powiedziała pani Sutcliffe. Zdawała się znajdować pewnego rodzaju melancholijną satysfakcję ze spełnienia proroctwa męża. Łza stoczyła się po jej policzku, zaczęła więc szukać chusteczki. - To szok - tłumaczyła się.

- Wiem, ogromnie mi przykro.

- Oczywiście Bob nic mógł uciec sam. Był pilotem księcia. Nie życzyłby sobie, abym wtrącała się w jego sprawy. Był dobrym lotnikiem. Jestem pewna, że jeśli wpakował się w góry, to nie z własnej winy.

- Nie - odparł O’Connor. - To na pewno nie była jego wina. Jedyną nadzieją na wydostanie księcia był lot bez względu na warunki. Było to niebezpieczne przedsięwzięcie i nie powiodło się.

Pani Sutcliffe skinęła głową. - Rozumiem. Dziękuję, że zechciał mnie pan zawiadomić.

- Chodzi o coś jeszcze. Muszę panią o to zapytać. Czy brat powierzył pani coś w celu przewiezienia do Anglii?

- Powierzył mi coś? Co pan ma na myśli?

- Może wręczył pani pakunek, małą paczuszkę, żeby przywieźć tu i wręczyć komuś?

Potrząsnęła głową ze zdumieniem. - Nie. Dlaczego pan lak uważa?

- Sądzimy, że brat musiał komuś powierzyć ważny pakunek, żeby go dostarczyć do kraju. Wpadł do pani hotelu tego dnia; mam na myśli dzień wybuchu rewolucji.

- Wiem. Zoslawił mi list. Ale tam nie było nic takiego, tylko jakieś głupstwa o graniu nazajutrz w tenisa czy golfa. Przypuszczam, że pisząc ten list, nie miał pojęcia o odlocie z księciem właśnie tego popołudnia.

- To wszystko, co tam było?

- W liście? Tak.

- Zachowała go pani?

- Ten liścik, który zostawił? Nie, oczywiście nie. Był zupełnie błahy. Podarłam go i wyrzuciłam. Po co miałabym go zachować?

- Nie było powodu - rzeki O”Connor. - Po prostu byłem ciekaw.

- Ciekaw czego? - spytała pani Sutcliffe gniewnie.

- Czy mogło tam coś być. Może ukryta jakaś wiadomość. Mimo wszystko - zaśmiał się - są takie rzeczy jak atrament sympatyczny.

- Atrament sympatyczny! - wykrzyknęła pani Sutcliffe z niesmakiem. - Ma pan na myśli tę rzecz, której używają w szpiegowskich historyjkach?

- Obawiam się, że tak - odparł O’Connor ze skruchą.

- Co za bzdura - oświadczyła pani Sutcliffe. - Jestem pewna, że Bob nic użyłby nigdy czegoś podobnego. W jakim celu miałby to robić? Był kochanym, trzeźwo myślącym chłopcem. - Znowu łza stoczyła się po jej policzku. - O Boże, gdzie jest moja torebka. Muszę mieć chusteczkę. Może zostawiłam ją w drugim pokoju.

- Przyniosę pani.

Wszedł do pokoju i zatrzymał się gwałtownie, widząc jak młody człowiek, pochylony nad walizką, przestraszony wyprostował się na jego widok.

- Elektryk - powiedział pośpiesznie. - Coś nie w porządku ze światłem.

O’Connor przekręcił kontakt.

- Wydaje się, że wszystko działa - powiedział uprzejmie.

- Musiałem pomylić numer pokoju - rzeki elektryk.

Zganiał swoją torbę z. narzędziami i wymknął się szybko na korytarz.

O’Connor zmarszczył się, zabrał torebkę pani Sutcliffe i wrócił do niej.

- Przepraszam - powiedział biorąc słuchawkę. - Tu pokój 310. Wysyłali państwo elektryka, żeby sprawdził światło w apartamencie? Tak… Tak, wyłączam się.

Czekał chwilę.

- Nie? Nie, nie trzeba. Nie, wszystko w porządku. Odłożył słuchawkę i zwrócił się do pani Sutcliffe.

- Światło w tym pokoju jest w porządku. I nikt nie przysyłał elektryka.

- Co zatem robił ten człowiek? To złodziej?

- Możliwe,



dalej


strona główna
(23kB)