(23kB)
strona główna


 

AGATHA CHRISTIE

 

Kurtyna

 

(przełożyła Anna Szeryńska)

 

ROZDZIAŁ I

 

Czy istnieje na świecie człowiek, który nigdy nie doznał nagłego ostrego wrażenia, że przeżywa coś powtórnie, że raz jeszcze ogarnia go znajome uczucie?

Już kiedyś tak było...

Dlaczego te słowa zawsze tak głęboko nas wzruszają?

Zadawałem sobie to pytanie, siedząc w pociągu i spoglądając przez okno na płaski krajobraz hrabstwa Essex.

Ile to lat temu odbywałem identyczną podróż? Sądziłem wówczas - jakie to śmieszne - że mam już za sobą najlepszą część życia! Ranny na wojnie, która dla mnie pozostanie zawsze wojną - choć teraz zatarła ją inna, o wiele bardziej zaciekła.

W 1916 roku młodemu Arturowi Hastingsowi wydawało się, że jest starym i doświadczonym człowiekiem. Absolutnie nie uświadamiałem sobie, że dopiero zaczynam żyć.

Jechałem wówczas, nic jeszcze o tym nie wiedząc, aby u celu podróży zetknąć się z człowiekiem, którego wpływ miał ukształtować całą moją przyszłość. Zamierzałem po prostu zamieszkać u dawnego przyjaciela, Johna Cavendisha, w Styles, wiejskiej posiadłości jego matki, która niedawno wyszła po raz drugi za mąż. Spodziewałem się, że w miły sposób odnowię dawne znajomości i nic poza tym, nie przeczuwając, że wkrótce pochłonie mnie ponura zagadka tajemniczego morderstwa.

W Styles właśnie spotkałem zabawnego małego Belga, z którym już raz w jego ojczyźnie skrzyżowały się moje drogi.

Świetnie pamiętam swoje zdumienie na widok utykającego mężczyzny z ogromnymi wąsiskami, który nadchodził ulicą wioski.

Herkules Poirot! Od tamtych dni nie przestał być moim najdroższym przyjacielem, zawsze wywierał na mnie przemożny wpływ. To właśnie w jego towarzystwie, podczas pogoni za innym mordercą, poznałem moją żonę, najwierniejszą i najsłodszą towarzyszkę, z jaką może spędzić życie mężczyzna.

Spoczywała teraz w ziemi argentyńskiej; umarła tak, jak chciała, uniknąwszy długich, wyniszczających cierpień i starczego zniedołężnienia. Ale pozostawiła tu mnie, bardzo samotnego i bardzo nieszczęśliwego. Ach, gdybym mógł to cofnąć i przeżyć ponownie... Gdyby znowu był ów dzień w 1916 roku, kiedy pierwszy raz jechałem do Styles... Ile się od tego czasu zmieniło! Ile wyrw pośród znajomych twarzy! Styles też zostało sprzedane. John Cayendish umarł, a jego żona Mary (wtedy tak fascynująca i zagadkowa) żyje jeszcze i mieszka w Devonshire. Laurence z żoną i dziećmi przebywa w Południowej Afryce. Zmiany, wszędzie zmiany...

Pod jednym względem nic się nie zmieniło. Dziś też jechałem do Styles na spotkanie z Herkulesem Poirot.

Osłupiałem wręcz, otrzymawszy od niego list wysłany ze Styles w Styles St Mary, Essex...

Nie widziałem mego przyjaciela prawie rok. Ostatnia wizyta u niego wstrząsnęła mną i głęboko mnie zasmuciła. Był teraz bardzo stary i prawie unieruchomiony artretyzmem. Odbył podróż do Egiptu w nadziei, że będzie się potem miał lepiej, ale sądząc z listu - wrócił w stanie jeszcze gorszym. Niemniej pisał wesoło:

 

... i czy nie zaintrygował Cię, przyjacielu, adres w nagłówku mojego listu? Przywołuje zamierzchłe wspomnienia, prawda? Tak, jestem tutaj, w Styles. Wyobraź sobie, że jest tu teraz tak zwany pensjonat. Prowadzi go jeden z tych waszych nadzwyczaj brytyjskich emerytowanych pułkowników - co to „my ze starej szkoły” i „dżentelmen w każdym calu”. To jego żona bien entendu zarabia na życie. Dobra z niej gospodyni, ale język ma, jakby napiła się octu, i biedny pułkownik cierpi z tego powodu, a jakże. Ja na jego miejscu dawno bym się zbuntował!

Zobaczyłem w gazecie ogłoszenie i wzięła mnie chętka, żeby jeszcze raz znaleźć się w miejscu, które było moim pierwszym domem w tym kraju. W moim wieku człowiek lubi ożywiać przyszłość.

I wyobraź sobie tylko, po przyjeździe poznaję tu pewnego pana, baroneta, który jest przyjacielem pracodawcy Twojej córki (to zdanie brzmi trochę jak francuskie ćwiczenie z gramatyki, n’est-ce pas?). Natychmiast układam plan. Mój znajomy zamierza skłonić Franklinów, żeby przyjechali tutaj na lato. Ja ze swej strony namówię Ciebie i będziemy wszyscy razem en famille. Przyjemna perspektywa, prawda? A więc, mój drogi, dépęchez-vous, przybywaj jak najspieszniej. Zamówiłem dla ciebie pokój z łazienką (unowocześnili, rozumiesz, drogie stare Styles) i targowałem się z panią pułkownikową Luttrell, aż ustaliliśmy cenę trčs bon marché.

Franklinowie i Twoja urocza Judith są tu już od paru dni. Wszystko załatwione, nie zrób mi więc zawodu

ŕ bientôt

zawsze Twój Herkules Poirot

 

Perspektywa istotnie była nęcąca i bez wahania uległem życzeniu starego przyjaciela. Nie miałem żadnych obowiązków ani stałego miejsca zamieszkania. Jeden z moich synów służył w marynarce, drugi, żonaty, miał rancho w Argentynie. Córka Grace wyszła za oficera i mieszkała obecnie w Indiach. Najmłodszą, Judith, zawsze w głębi serca kochałem najbardziej ze wszystkich dzieci, choć nigdy, ani przez jedną chwilę, jej nie rozumiałem. Dziwne, ciemnowłose, małomówne dziecko, zawzięcie skrywające swe myśli, co czasem obrażało mnie i doprowadzało do rozpaczy. Moja żona była bardzo wyrozumiała. Zapewniała mnie, że nie jest to u Judith świadectwem braku zaufania czy niechęci, ale nieodpartą koniecznością. Lecz tak samo jak ja, często martwiła się naszą córką. Uważała, że Judith jest zbyt napięta, zbyt skupiona, a odruchowa rezerwa pozbawia ją klapy bezpieczeństwa. Miewała dziwne napady milczącej zadumy i potrafiła trwać przy swoim z gwałtownym zacietrzewieniem. Z całej rodziny ona była najzdolniejsza i zgodziliśmy się chętnie, kiedy wyraziła chęć pójścia na uniwersytet. Przed rokiem zrobiła magisterium z nauk przyrodniczych i przyjęła posadę sekretarki u lekarza, prowadzącego badania naukowe w związku z jakąś chorobą tropikalną. Żona doktora Franklina jest bardzo wątła i stale niedomaga.

Od czasu do czasu ogarniał mnie niepokój, czy przejęcie się pracą i przywiązanie do szefa nie świadczy, że Judith jest zakochana, ale uspokajał mnie czysto urzędowy charakter ich stosunków.

Wierzyłem, że Judith darzy mnie uczuciem, ale przy jej wrodzonej powściągliwości często drażniły ją i odstręczały moje - jak to nazywała - sentymentalne i staroświeckie poglądy. Prawdę mówiąc, moja córka trochę mnie onieśmielała!

Na tym urwałem rozważania, gdyż pociąg wjechał na stację w Styles St Mary. To miejsce, w każdym razie, czas zdawał się omijać. Budynek stacyjny wznosił się jak dawniej samotnie wśród pól bez widocznej racji istnienia.

Przejeżdżając taksówką przez wioskę uświadomiłem sobie jednak, jak wiele lat upłynęło. Styles St Mary zmieniło się nie do poznania. Stacje benzynowe, dwie nowe gospody i rzędy niedawno postawionych domków jednorodzinnych.

Wreszcie skręciliśmy w bramę Styles. Tu znów odniosłem wrażenie, że cofam się w przeszłość. Park pozostał mniej więcej taki, jakim go zapamiętałem, tylko aleja wjazdowa była źle utrzymana i zarośnięta zielskiem, przebijającym się przez żwir. Minęliśmy zakręt i oczom naszym ukazał się dwór. Z zewnątrz wyglądał tak samo jak dawniej i bardzo potrzebował świeżej farby.

Teraz też, jak wtedy, przed wielu laty, nad jednym z klombów pochylała się kobieca postać. Poczułem skurcz w sercu. Kobieta wyprostowała się, podeszła bliżej i roześmiałem się z siebie samego. Trudno byłoby o jaskrawszy kontrast z krzepką Evelyn Howard.

Stała przede mną drobna starsza pani z gęstwą wijących się siwych włosów, o różowych policzkach i zimnych, bladoniebieskich oczach, których wyraz kontrastował z jej swobodnym, jowialnym sposobem bycia, prawdę mówiąc, nieco zbyt wylewnym jak na mój gust.

- Pan kapitan Hastings, prawda? No proszę! A ja tu stoję z usmolonymi łapami i nawet nie mogę przywitać się jak należy. Tak się cieszymy, że pan do nas przyjechał - czegośmy się o panu nie nasłuchali! Muszę się przedstawić. Nazywam się Luttrell. Kupiliśmy z mężem tę posiadłość w przystępie szaleństwa i próbujemy na niej się dorobić. Nigdy nie myślałam, że pewnego dnia zostanę właścicielką hotelu! Lecz ostrzegam pana, kapitanie, jestem bardzo praktyczną kobietą, biorę dopłaty za wszystko, co się da.

Roześmieliśmy się oboje jak ze znakomitego dowcipu, ale przyszło mi do głowy, że najprawdopodobniej zapowiedź pani Luttrell należy potraktować dosłownie. Pod cienką warstwą manier czarującej starszej pani dostrzegałem twardą bezwzględność.

Pani Luttrell wpadała czasem w irlandzki akcent, choć nie pochodziła z Irlandii. Taką przybierała pozę.

Zapytałem o swego przyjaciela.

- Ach, biedny mały pan Poirot! Jak on na pana czekał. Kamień by się wzruszył. Okropnie mi żal, że tak cierpi, biedaczek!

Szliśmy w stronę domu i pani Luttrell powoli ściągała ogrodowe rękawice.

- I pańska śliczna córka też. Cóż to za urocza dziewczyna! Wszyscy tu szalenie ją podziwiamy! Ale ja jestem staroświecka, rozumie pan, i dla mnie to skandal wołający o pomstę do nieba, że taka panienka, która powinna biegać na zabawy i tańczyć z młodymi ludźmi, spędza czas na krajaniu królików i ślęczy cały boży dzień nad mikroskopem. Ja bym zostawiła takie zajęcie brzydulom.

- Gdzie jest Judith? - spytałem. - Czy gdzieś w pobliżu?

Pani Luttrell zmarszczyła wymownie brwi.

- Ach, to biedne dziecko. Jest zamknięta w tej niby pracowni na tyłach ogrodu. Doktor Franklin wynajął ją ode mnie i odpowiednio wyposażył. Trzyma w niej klatki z morskimi świnkami i myszy, i króliki, nieszczęsne stworzenia. Ja tam chyba wcale nie lubię tej całej nauki, panie kapitanie. O proszę, oto mój mąż.

Pułkownik Luttrell akurat wyszedł zza narożnika domu. Był to bardzo wysoki, kościsty mężczyzna z mizerną twarzą, łagodnymi błękitnymi oczami, skubiący niepewnie krótki siwy wąsik. Miał niezdecydowany, nerwowy sposób bycia.

- George, to jest kapitan Hastings.

Pułkownik Luttrell wymienił ze mną uścisk dłoni.

- Przyjechał pan, hm, pociągiem o piątej, hm czterdzieści?

- Jak inaczej mógł przyjechać? - przerwała ostro pani Luttrell. - I zresztą, co za różnica? Zaprowadź pana i pokaż mu jego pokój, George. A potem chyba zechce udać się wprost do pana Poirota... Czy wolałby pan może wpierw napić się herbaty?

Zapewniłem ją, że nie chcę herbaty i wolę przywitać się z przyjacielem.

- W porządku. Chodźmy. Mam, hm... nadzieję, że wniesiono już pana rzeczy... tak, Daisy?

Pani Luttrell mruknęła cierpko:

- To twoja sprawa, George. Ja pracowałam w ogrodzie. Nie mogę zajmować się wszystkim.

- Nie, nie, oczywiście. Ja... ja już tego przypilnuję, moja droga.

Wszedłem w ślad za nim na schodki wiodące do wejścia. W drzwiach natknęliśmy się na siwowłosego szczupłego mężczyznę, biegnącego gdzieś z lornetką polową w ręku. Powłóczył nogą i miał żarliwą chłopięcą twarz. Powiedział, zacinając się lekko:

- Tam na jaworze parka krzewek czarnołbistych buduje sobie gniazdo.

Weszliśmy do hallu i Luttrell wyjaśnił:

- To Norton. Sympatyczny facet. Ma bzika na punkcie ptaków.

W hallu przy stole stał rosły, silnie zbudowany mężczyzna. Widać było, że przed chwilą odłożył słuchawkę telefoniczną.

Zwrócił się w naszą stronę:

- Miałbym ochotę powiesić, włóczyć końmi i poćwiartować wszystkich przedsiębiorców budowlanych i architektów. Niech ich diabli wezmą, nigdy nie zrobią nic jak należy.

Był tak komiczny i mówił to tak posępnie, że obaj parsknęliśmy śmiechem. Z miejsca poczułem do niego sympatię. Z ciemną opalenizną na twarzy był nadzwyczaj przystojny, choć dawno przekroczył pięćdziesiątkę. Wyglądał jak człowiek, który przebywa dużo na świeżym powietrzu, i prezentował coraz rzadziej spotykany typ Anglika starej szkoły, prawego, lubiącego przyrodę i umiejącego wydawać rozkazy.

Nie zdziwiło mnie wcale, kiedy pułkownik Luttrell, przedstawiając nas sobie, wymienił jego nazwisko. Wiedziałem, że sir William Boyd Carrington był w Indiach gubernatorem jednej z prowincji, gdzie znakomicie się spisywał. Miał też reputację świetnego strzelca i polował na grubego zwierza. Pomyślałem z żalem, że w naszych zdegenerowanych czasach nie rodzą się już tacy ludzie.

- Witam - powiedział. - Miło mi zobaczyć na własne oczy tak słynną osobistość jak mon ami Hastings. - Zaśmiał się. - Ten przemiły staruszek ciągle o panu opowiada. A poza tym, rzecz jasna, mamy tu pana córkę. Wspaniała dziewczyna.

- Nie sądzę, żeby Judith też o mnie dużo mówiła - wtrąciłem z uśmiechem.

- Nie, skądże, jest na to o wiele za nowoczesna. Te dzisiejsze dziewczęta zawsze wyglądają, jakby się wstydziły, że w ogóle mają matkę czy ojca.

- Rodzice - powiedziałem - to na dobrą sprawę dopust boży.

Znowu się roześmiał.

- Mnie te kłopoty nie dotyczą. Nie mam, niestety, dzieci. Pańska Judith to piękna panna, ale strasznie uczona. Trochę się jej boję. - Znowu podniósł słuchawkę telefoniczną. - Mam nadzieję, Luttrell, że nie zgorszy się pan, jeśli zwymyślam wasze telefonistki w centrali. Nie jestem specjalnie cierpliwy.

- Dobrze im to zrobi.

Na pierwszym piętrze Luttrell poprowadził mnie lewym skrzydłem domu do drzwi na samym końcu korytarza i uświadomiłem sobie, że Poirot wybrał dla mnie pokój, który ongiś zajmowałem.

Zmieniło się tutaj. Kiedy szedłem korytarzem, niektóre drzwi stały otworem, i zauważyłem, że staromodne duże sypialnie podzielono przepierzeniami na mniejsze.

Mój pokój, nie tak obszerny jak inne, pozostał niezmieniony, zainstalowano w nim tylko termę do ciepłej wody, a za przepierzeniem urządzono niewielką łazienkę. Tanie, nowoczesne umeblowanie raczej mnie rozczarowało. Wolałbym styl bardziej zbliżony do architektury domu. Moje bagaże już się tu znajdowały i pułkownik wyjaśnił, że pokój Poirota jest dokładnie naprzeciwko. Chciał właśnie iść tam razem ze mną, kiedy w hallu na dole rozległ się ostry krzyk:

- George!

Pułkownik Luttrell poderwał się jak nerwowy koń. Odruchowo sięgnął palcami do wąsów.

- Czy... czy... pan naprawdę niczego już nie potrzebuje? Proszę dzwonić, gdyby trzeba było...

- George...

- Idę, kochanie, już idę...

Wybiegł na korytarz. Przez chwilę spoglądałem za nim. Potem, czując, że trochę mocniej bije mi serce, zapukałem do drzwi pokoju Poirota.

 

 

ROZDZIAŁ II

 

Nie ma moim zdaniem nic smutniejszego niż spustoszenie, jakie czyni starość.

Biedny mój przyjaciel. Opisywałem go wiele razy. Jak żałośnie się zmienił! Unieruchomiony przez artretyzm, poruszał się za pomocą fotela na kółkach. Ongiś zażywny, teraz opadł z ciała. Zrobił się chudy i drobny. Twarz miał pożółkłą i pomarszczoną. Jego wąsy i włosy były co prawda ciągle jeszcze czarne jak smoła, ale, szczerze mówiąc, choć za żadne skarby nie napomknąłbym mu o tym, żeby nie zranić jego uczuć, uważałem to za błąd. Przychodzi moment, kiedy farbowane włosy przykro rzucają się w oczy. Kiedyś ze zdumieniem dowiedziałem się, że resztki czupryny Poirota zawdzięczają swą nieskazitelną czerń flakonikowi z farbą. Teraz jednak sztuczność była oczywista i mój przyjaciel wyglądał, jakby nosił perukę i ozdobił górną wargę, żeby rozśmieszyć dzieci! Tylko jego oczy były takie jak zawsze, przenikliwe i błyszczące, a w tej chwili - tak, bez wątpienia - rozjaśnione wzruszeniem.

- Mon ami Hastings... Mon ami Hastings...

Nachyliłem się i swoim zwyczajem ucałował mnie gorąco.

- Mon ami Hastings!

Odsunął się nieco, przyglądając mi się z głową lekko przechyloną na bok.

- Tak, zawsze taki sam - proste plecy, szerokie ramiona, siwizna na skroniach - trčs distingué. Wiesz, mój przyjacielu, dobrze się trzymasz. Les femmes, kobiety, jeszcze interesują się tobą? Tak?

- Doprawdy, Poirot - zaoponowałem - czy musisz...

- Ale zapewniam cię, mój przyjacielu, że to jest test, po prostu test. Kiedy młode dziewczęta zwracają się do ciebie grzecznie, bardzo, ale to bardzo grzecznie - to już koniec. „Biedny ten staruszek - myślą sobie - bądźmy dla niego miłe. To okropne być takim jak on”. Lecz ty, Hastings - vous ętes encore jeune. Jeszcze są przed tobą możliwości. Dobrze, dobrze, szarp wąsy, garb się... widzę, że mam rację, inaczej nie byłbyś tak zażenowany.

Wybuchnąłem śmiechem.

- Nieznośny jesteś, Poirot, słowo daję. A jak ty się czujesz?

- Ja? - Poirot skrzywił się. - Jestem ruiną. Wrakiem. Nie mogę chodzić. Jestem niedołężny i pokręcony. Dobrze jeszcze, że potrafię sam jeść, ale pod innymi względami trzeba się mną zajmować jak małym dzieckiem. Kładą mnie do łóżka, myją i ubierają. Enfin to nie jest wcale zabawne. Na szczęście próchnieję tylko z zewnątrz, a nie w środku.

- Tak, rzeczywiście, serce masz najlepsze na świecie.

- Serce? Być może. Nie mówiłem o sercu. Dla mnie, mon cher, najważniejszy jest mózg. A mój mózg ciągle jeszcze znakomicie funkcjonuje.

W każdym razie mogłem się od razu zorientować, że w jego mózgu nie nastąpiły zmiany, których skutkiem byłaby zbytnia skromność.

- Podoba ci się tutaj? - zapytałem.

Poirot wzruszył ramionami.

- Można wytrzymać. Nie jest to, oczywiście, Ritz. Żadną miarą. Pokój, jaki zajmowałem na początku, był mały i jednocześnie zbyt skąpo umeblowany. Za tę samą cenę przeniosłem się do tego. Kuchnia jest typowo angielska, a więc gorsza już być nie może. Ta brukselka, ogromna, twarda, którą Anglicy tak bardzo sobie upodobali! Gotowane kartofle, albo zdębiałe, albo rozpadające się! Jarzyny wodniste, wodniste i jeszcze raz wodniste! Wszystkie potrawy niedosolone, bez pieprzu. - Zamilkł wymownie.

- Brzmi to okropnie - mruknąłem.

- Ja nie narzekam - oznajmił Poirot, przystępując do dalszych narzekań. - I jeszcze ta niby modernizacja. Wszędzie łazienki, wszędzie krany. I co z nich leci? Letnia woda, mon ami, o każdej porze letnia woda... Ręczniki też - takie cienkie, takie wąskie!...

- Dawne czasy też miały swoje dobre strony.

Pamiętałem obłoki pary wydobywające się z kranu jedynej wówczas w Styles łazienki, w typie tych, w których ogromna wanna obudowana mahoniem dumnie spoczywa na środku podłogi. Pamiętałem też niebywałych rozmiarów prześcieradła kąpielowe i błyszczące mosiężne konewki z wrzącą wodą, codziennie wnoszone do pokoju i ustawiane w staroświeckich miednicach.

- Ale ja nie narzekam - powtórzył Poirot - zgadzam się cierpieć. Zwłaszcza w dobrej sprawie.

Uderzyła mnie nagła myśl.

- Przepraszam, Poirot, czy... przypadkiem... hm... nie masz kłopotów finansowych? Może wojna nadszarpnęła twoje kapitały?...

Pośpiesznie mnie uspokoił.

- Nie, nie, mój przyjacielu. Jestem wyśmienicie sytuowany. Doprawdy, jestem bogaty. Nie przez oszczędność tu się znalazłem.

- To dobrze. Wydaje mi się, że rozumiem, co czujesz. Kiedy człowiek się starzeje, coraz bardziej lubi wracać do przeszłości. Próbuje przywołać minione uczucia. Trochę mi tu smutno, ale jednocześnie osaczają mnie dawne myśli i wzruszenia, o których już całkiem zapomniałem. Ty na pewno też to odczuwasz?

- Ależ skąd! Wcale tego nie czuję.

- To były dobre czasy - szepnąłem melancholijnie.

- Możesz mówić tylko za siebie, Hastings. Dla mnie pobyt w Styles St Mary był przykrym i ciężkim okresem. Byłem uciekinierem, byłem ranny, byłem wygnańcem z domu i ojczyzny, żyjącym z jałmużny w obcym kraju. Nie, to nie było wcale wesołe. Nie wiedziałem wtedy, że Anglia stanie się moim domem i że tutaj znajdę szczęście.

- Zapomniałem o tym - przyznałem ze skruchą.

- Właśnie. Zawsze przypisujesz innym sentymenty, jakich sam doświadczasz. Hastings był szczęśliwy, wszyscy byli szczęśliwi!

- Nie, nie - zaprzeczyłem ze śmiechem.

- To też zresztą nie jest prawda. Mówisz, że spoglądasz wstecz i oczy zachodzą ci łzami. „Ach, cudowne dni. Byłem wtedy młody”. Ale w gruncie rzeczy, mój kochany, nie byłeś wcale taki szczęśliwy, jak myślisz. Jeszcze nie zagoiła ci się poważna rana, trapiłeś się, że nie jesteś już zdatny do czynnej służby, byłeś nieludzko przygnębiony pobytem w ponurym sanatorium i, o ile pamiętam, skomplikowałeś jeszcze bardziej sytuację, zakochując się jednocześnie w dwóch kobietach.

Zarumieniłem się.

- Masz niezwykłą pamięć, Poirot...

- Ta, ta, ta... Pamiętam nawet, jak głęboko i rzewnie wzdychałeś, szepcząc jakieś głupstwa o tych dwóch uroczych paniach.

- Przypominasz sobie, co powiedziałeś? „Żadna z nich nie jest dla ciebie! Ale courage, mon ami. Jeszcze kiedyś zapolujemy razem i wtedy być może...”

Przerwałem, bo potem pojechaliśmy polować do Francji i tam właśnie poznałem jedyną kobietę...

Mój przyjaciel delikatnie poklepał mnie po ramieniu.

- Wiem, Hastings, wiem. Ta rana też jest jeszcze niezabliźniona. Ale nie rozdrapuj jej, nie oglądaj się wstecz. Patrz lepiej przed siebie.

Żachnąłem się.

- Patrzeć przed siebie? A co tam jest do zobaczenia?

- Eh bien, przyjacielu, jest robota, którą trzeba wykonać.

- Robota? Gdzie?

- Tutaj.

Wytrzeszczyłam oczy.

- Przed chwilą spytałeś, dlaczego tu przyjechałem. Nie zauważyłeś może, że nie udzieliłem ci odpowiedzi. Teraz ci odpowiem. Jestem tu, żeby schwytać mordercę.

Patrzyłem na niego z coraz większym zdumieniem. Przez chwilę bałem się, że bredzi.

- Czy mówisz serio?

- Całkiem serio. Po co bym inaczej nalegał, żebyś tu do mnie przyjechał? Moje nogi są już bezwładne, ale mój umysł, jak wiesz, jest nienaruszony. Pamiętasz, zawsze moją zasadą było, że trzeba usiąść i pomyśleć. To jeszcze potrafię, prawdę mówiąc, tylko to, nic więcej. Czynną stroną mojej akcji zajmie się nieoceniony Hastings.

- Mówisz poważnie?

- Najpoważniej w świecie. Ty i ja, Hastings, raz jeszcze wybierzemy się na polowanie.

Musiało upłynąć parę minut, zanim pojąłem, że Poirot rzeczywiście nie żartuje.

Jakkolwiek niewiarygodnie brzmiały jego słowa, nie miałem powodu podawać ich w wątpliwość. Uśmiechnął się lekko.

- Wreszcie udało mi się ciebie przekonać. W końcu mi uwierzyłeś. Przyznaj, wyobraziłeś już sobie, że mam rozmiękczenie mózgu?

- Nie - zapewniłem go żarliwie. - Tylko to miejsce wydaje mi się tak mało prawdopodobne.

- Tak myślisz?

- Oczywiście nie zetknąłem się jeszcze ze wszystkimi mieszkańcami...

- Kogo widziałeś?

- Tylko Luttrellów i niejakiego Nortona - wydał mi się nieszkodliwy. I Boyda Carringtona - nie ukrywam, że bardzo mi przypadł do gustu.

Poirot pokiwał głową.

- Jedno ci powiem, Hastings - nawet kiedy poznasz resztę domowników, będziesz równie sceptyczny jak teraz.

- Kto tu jeszcze mieszka?

- Doktor Franklin i jego żona, pielęgniarka, która dogląda pani Franklin, twoja córka Judith. Poza tym jest tu pewien osobnik nazwiskiem Allerton, prawdziwy donżuan, i panna Cole, kobieta mniej więcej około trzydziestki. Wierz mi, sami sympatyczni ludzie.

- I wśród nich jest morderca?

- I wśród nich jest morderca.

- Ale skąd... jak... dlaczego uważasz...?

Za dużo pytań cisnęło mi się na usta i nie umiałem żadnego sformułować.

- Uspokój się, Hastings. Zaczniemy od początku. Bądź łaskaw sięgnąć po tę małą teczkę na biurku. Bien. A teraz kluczyk, o tak...

Otworzył teczkę i wyjął z niej plik kartek maszynopisu i wycinków z gazet.

- Możesz w wolnej chwili poczytać to sobie. Na razie nie zajmowałbym się artykułami z prasy. Są to po prostu dziennikarskie relacje o rozmaitych tragediach, czasem nieścisłe, czasem dające do myślenia. Żebyś mógł wyrobić sobie ogólny pogląd na te sprawy, najlepiej przeczytaj wyciągi, które ci przygotowałem.

Z niekłamanym zainteresowaniem przystąpiłem do lektury.

 

Sprawa pierwsza: Etherington.

Leonard Etherington. Brzydkie nałogi - pił i zażywał narkotyki. Przykry charakter, skłonności sadystyczne. Młoda i atrakcyjna żona. Rozpaczliwie nieszczęśliwa w pożyciu z nim. Etherington umiera, pozornie z powodu zatrucia pokarmowego. Lekarz ma wątpliwości. Autopsja wykrywa arszenik. W domu zapas środków chwastobójczych, ale kupionych na długo przed zgonem Etheringtona. Pani Etherington aresztowana i oskarżona o morderstwo. Ostatnio przyjaźniła się z pewnym urzędnikiem, który potem wrócił do Indii, gdzie pracował w administracji. Żadnych danych, czy zdradzała z nim męża, ale dowody, że łączyła ich głęboka sympatia. Młodzieniec zaręczył się tymczasem z dziewczyną, którą spotkał w podróży powrotnej. Nie jest pewien, czy list, w którym zawiadamiał o tym panią Etherington, nadszedł po czy przed śmiercią jej męża. Ona twierdzi, że przed. Świadczą przeciw niej głównie poszlaki, brak innego podejrzanego i nader nikłe prawdopodobieństwo przypadku. Podczas rozprawy fala współczucia dla niej, wywołana charakterem jej męża i okrucieństwem, z jakim ją traktował. Podsumowanie sędziego wyraźnie na jej korzyść, dzięki podkreśleniu, że przysięgli muszą brać pod uwagę wszelką dopuszczalną wątpliwość. Pani Etherington została uniewinniona. Powszechnie uważano jednak, że zabiła męża. Późniejsze życie stało się dla niej nieznośne przez oziębłość przyjaciół itp. Umarła wskutek za dużej dawki środków nasennych w dwa lata po procesie. Na rozprawie wstępnej zapadł werdykt o śmierci z przypadku.

Sprawa druga: Panna Sharples.

Leciwa stara panna. Kaleka. Trudny charakter. Bardzo cierpiąca. Doglądana przez siostrzenicę, Fredę Clay. Panna Sharples umarła po zażyciu za dużej dawki morfiny. Freda Clay przyznała się do pomyłki, twierdząc, że nie mogła znieść widoku jej strasznych cierpień i dała ciotce więcej morfiny, żeby jej ulżyć w bólu. Policja jest zdania, że zrobiła to umyślnie, nie przez pomyłkę, ale uznano, że jest za mało dowodów, aby wszcząć dochodzenie.

Sprawa trzecia: Edward Riggs.

Robotnik rolny. Podejrzewał, że żona zdradza go z sublokatorem nazwiskiem Ben Craig. Znaleziono zwłoki Craiga i pani Riggs. Oboje zostali zastrzeleni i kule pochodziły ze strzelby Riggsa. Riggs sam zgłosił się na policję. Powiedział, że najprawdopodobniej zrobił to, choć nic nie pamięta, bo miał zaćmienie umysłu. Riggsa skazano na śmierć, wyrok potem zamieniono na karę dożywotniego więzienia.

Sprawa czwarta: Derek Bradley.

Miał romans z młodą dziewczyną. Żona odkryła to i groziła, że go zabije. Bradley umarł, wypiwszy piwo z cyjankiem potasu. Panią Bradley aresztowano i wytoczono jej sprawę o morderstwo. Załamała się w krzyżowym ogniu pytań. Skazana i powieszona.

Sprawa piąta: Matthew Litchfield.

Stary despota. W domu cztery córki, którym zakazał wszelkich przyjemności i nie dawał pieniędzy na osobiste potrzeby. Kiedy pewnego wieczoru wracał do domu, napadnięto go przed bocznym wejściem i zabito ciosem w głowę. Potem, już po śledztwie, najstarsza córka, Margaret, poszła na policję i przyznała się do zabicia ojca. Oświadczyła, że zrobiła to, aby jej młodsze siostry mogły same ułożyć sobie życie, zanim będzie za późno Litchfield pozostawił duży majątek. Margaret Litchfield została uznana za chorą umysłowo i osadzona w Broadmoor, gdzie niebawem umarła.

 

Czytałem uważnie, ale z rosnącym zdumieniem. Wreszcie odłożyłem maszynopis i spojrzałem na Poirota.

- No i co, mon ami?

- Przypominam sobie sprawę Bradleya - powiedziałem powoli. - Czytałem o niej w swoim czasie. Pani Bradley była bardzo przystojna. Ale musisz mi wytłumaczyć. O co w tym wszystkim chodzi?

- Powiedz mi najpierw, jak ty to widzisz?

Byłem nieco skonsternowany.

- Dałeś mi tutaj opis pięciu różnych morderstw. Każde zdarzyło się w innym miejscu i w innym środowisku. Co więcej, trudno dopatrzeć się jakiegokolwiek podobieństwa między nimi. Mamy tu jedną zbrodnię z zazdrości, w innym wypadku nieszczęśliwa żona chciała pozbyć się męża, raz motywem były pieniądze, raz znów można by morderstwo uznać za bezinteresowne, skoro sprawczyni nie usiłowała uniknąć kary. Piąta z kolei była to brutalna zbrodnia, najpewniej pod wpływem alkoholu. - Po chwili dodałem z wahaniem: - Czy jest coś, co je łączy, a co ja przeoczyłem?

- Nie, nie. Bardzo dokładnie to podsumowałeś. Pominąłeś tylko jedną cechę charakterystyczną: że w żadnym wypadku właściwie nie było istotnych wątpliwości.

- Nie bardzo rozumiem?

- Pani Etherington, na przykład, została uniewinniona. Wszyscy jednak byli absolutnie pewni, że ona to zrobiła. Fredy Clay nie postawiono w stan oskarżenia, ale dla każdego było to jedyne możliwe rozwiązanie. Riggs zeznał, że nie pamięta, jak zabił żonę i jej kochanka, ale nigdy nie wyłonił się problem, że mógł to uczynić ktokolwiek inny. Margaret Litchfield sama się przyznała. W każdym wypadku, jak widzisz, był tylko jeden wyraźny sprawca i oprócz niego nikogo nie podejrzewano.

Zmarszczyłem czoło.

- Tak, to prawda, ale nie rozumiem, jaki mógłbyś wyciągnąć z tego wniosek?

- Bo nie wiesz jeszcze wszystkiego i zaraz do tego przejdę. Załóżmy, Hastings, że w każdej z opisanych tu spraw pojawia się obca nuta, ale identyczna dla każdej z nich.

- Co masz na myśli?

Poirot zastanowił się chwilę.

- Chciałbym, Hastings, mówiąc ci to, zachować wszelką ostrożność. Spróbuję tak to sformułować. Istnieje pewna osoba - Iks. Iks ani razu nie miał, sądząc z pozorów, żadnego motywu, aby pozbawić życia ofiarę zbrodni. Raz nawet, o ile zdołałem stwierdzić, przebywał w odległości dwustu mil od miejsca, w którym popełniono morderstwo. Mimo to warto sobie pewne rzeczy uświadomić. Iks był bliskim znajomym Etheringtona. Iks mieszkał przez pewien czas w tej samej wsi co Riggs. Iks znał panią Bradley. Mam zdjęcie, na którym Iks i Freda Clay razem idą ulicą. I Iks był w pobliżu domu, kiedy zginął stary Matthew Litchfield. Co na to powiesz?

- Tak, to trochę za dużo. Dwie sprawy można by wyjaśnić zbiegiem okoliczności, nawet trzy, ale pięć to już przesada. Trudno w to uwierzyć, ale chyba musi istnieć jakiś związek między tymi zbrodniami.

- Nasuwają ci się te same przypuszczenia, co mnie?

- Że Iks jest mordercą? Tak.

- Wobec tego, Hastings, zechciej zrobić jeszcze jeden krok razem ze mną. Pozwól, że ci coś powiem. Iks jest w tym domu.

- Tutaj? W Styles?

- W Styles. Jaki logiczny wniosek należy stąd wysnuć?

Wiedziałem, co nastąpi, kiedy poprosiłem go, żeby mówił dalej.

Herkules Poirot powiedział z powagą:

- Wkrótce zostanie tu popełnione morderstwo.

 

 

ROZDZIAŁ III

 

Przez dłuższą chwilę, przerażony, wpatrywałem się w Poirota. Wreszcie zaprotestowałem:

- Nie, nic takiego się nie stanie. Ty temu zapobiegniesz.

Poirot spojrzał na mnie z rozczuleniem.

- Jesteś lojalnym przyjacielem. Nade wszystko cenię twoją wiarę we mnie. Tout de męme, nie mam pewności, czy w tym wypadku jest uzasadniona.

- Nonsens. Oczywiście możesz to zażegnać.

Poirot spoważniał.

- Zastanów się przez moment, Hastings. Można złapać mordercę, tak. Ale jak postąpić, żeby powstrzymać go od morderstwa?

- Przecież ty... No tak, to znaczy... Jeśli wiesz z góry...

Zamilkłem bezradnie, bo nagle zdałem sobie sprawę z trudności.

- Widzisz? To nie takie proste. Są w gruncie rzeczy tylko trzy metody. Pierwsza, to ostrzec ofiarę, żeby miała się na baczności. Nie zawsze to się udaje, bo niesłychanie trudno jest przekonać ludzi, że grozi im niebezpieczeństwo - i to być może ze strony kogoś, kto jest im bliski i drogi. Oburzają się i nie chcą uwierzyć. Drugi sposób to uprzedzić mordercę. Oznajmić mu w słowach lekko tylko zawoalowanych: „Znam twoje zamiary. Jeśli ten a ten umrze, z całą pewnością zostaniesz powieszony”. Daje to rezultaty częściej niż pierwsza metoda, ale też czasami zawodzi. Ponieważ morderca, mój przyjacielu, jest bardziej zarozumiały niż jakakolwiek inna ziemska istota. Morderca jest zawsze sprytniejszy niż wszyscy inni... Nikt nigdy nie będzie jego czy jej podejrzewał... Wyprowadzi w pole policję... I tak dalej, i tak dalej. Wobec tego na nic nie zważając, trwa przy swoim zamiarze i pozostaje ci tylko satysfakcja, że potem go powieszą. - Zamyślił się. - Dwa razy w życiu ostrzegłem mordercę - raz w Egipcie, raz gdzie indziej. W obydwu wypadkach zbrodniarz nie odstąpił od swego zamiaru. Tu może zajść to samo...

- Wspomniałeś o trzeciej metodzie.

- Tak, to prawda. Trzecia wymaga ogromnej inwencji. Musisz odgadnąć ściśle, kiedy i jak ma spaść cios, i być w pogotowiu, aby wkroczyć w najwłaściwszym momencie psychologicznym. Trzeba przyłapać mordercę, jeśli nie na gorącym uczynku, to tak, żeby jego zbrodnicza intencja nie ulegała żadnej wątpliwości. A to, mój przyjacielu, zapewniam cię, jest nader trudną i delikatną sprawą, toteż bynajmniej nie mógłbym zagwarantować, że nam się powiedzie! Mogę być zarozumiały, ale nie do tego stopnia.

- Jaką metodę chcesz tu zastosować?

- Być może wszystkie trzy naraz. Pierwsza nastręcza najwięcej trudności.

- Dlaczego? Ja bym uważał, że jest najłatwiejsza.

- Owszem, jeśli znasz przyszłą ofiarę. Czy nie pojąłeś jeszcze, Hastings, że ja nie wiem, kto ma być ofiarą?

- Jak to?

Wydałem ten okrzyk bez zastanowienia. Zacząłem już sobie uprzytamniać, jak ciężkie zadanie nas czeka. Na pewno istnieje, musi istnieć ogniwo wspólne dla owej serii zbrodni, ale my go nie znamy. Brak nam motywu, nie wiemy, kto jest zagrożony.

Poirot pokiwał głową, poznając po mojej twarzy, że zdałem sobie sprawę z trudności sytuacji.

- Widzisz, mój drogi, że to nie jest łatwe.

- Nie - przyznałem - masz słuszność. Nie udało ci się dotychczas znaleźć związku między tymi przypadkami?

Poirot zaprzeczył.

- Nie, żadnego.

Znowu pogrążyłem się w myślach. W sprawie ABC motywy zbrodni miały rzekomo wynikać z porządku alfabetycznego, a okazały się całkiem odmienne. Spytałem:

- Nie wpadłeś na nic, co wskazywałoby, że chodzi o pieniądze? Tak jak na przykład w wypadku Evelyn Carlisle?

- Nie. Możesz być przekonany, drogi przyjacielu, że chęć zysku jest pierwszą rzeczą, za jaką się rozglądam.

To była prawda. Poirot był zawsze zdecydowanie cyniczny w sprawach stosunku ludzi do pieniędzy.

Znowu zacząłem się głowić. Rodzaj wendety? Może nawet pasowałoby to do faktów, ale i przy tej koncepcji musiałoby istnieć wspólne ogniwo. Przypomniałem sobie przeczytaną kiedyś opowieść o serii bezcelowych zbrodni - okazało się, że ofiarami byli członkowie sądu przysięgłych i mordował ich skazany przez nich człowiek. Przyszło mi na myśl, że coś w tym rodzaju mogłoby wyjaśnić i tę sprawę. Wstydzę się przyznać, ale zachowałem swój pomysł dla siebie. Jakiż byłbym dumny, gdybym mógł przedstawić Poirotowi gotowe rozwiązanie!

Zamiast tego spytałem:

- A teraz powiedz mi, kim jest Iks?

Ku memu niesłychanemu oburzeniu Poirot stanowczo potrząsnął głową.

- Tego ci nie powiem, mój drogi.

- Nonsens. Dlaczego?

W oczach Poirota pojawiły się błyski.

- Ponieważ, mon cher, jeszcze ciągle jesteś tym samym Hastingsem z dawnych lat. Nadal masz wymowną twarz. Nie chciałbym, rozumiesz, żebyś siedział wpatrując się w Iksa z rozdziawionymi ustami i miną mówiącą wyraźnie: „Człowiek, na którego patrzę, jest mordercą”.

- Możesz mi zaufać, że w razie potrzeby potrafię nieźle udawać.

- Kiedy próbujesz coś udawać, jest jeszcze gorzej. Nie, nie, mon ami, musimy działać w najgłębszej tajemnicy - ty i ja. A potem uderzymy znienacka.

- Uparty diabeł z ciebie. Miałbym wielką ochotę...

Przerwałem, ponieważ zapukano do drzwi. Poirot zawołał „proszę” i do pokoju weszła moja córka Judith.

Chciałbym opisać Judith, ale opisy były zawsze moją słabą stroną. Judith jest smukła, wysoko trzyma głowę, ma proste czarne brwi, czarujący zarys policzków i brody, i surową, niczym nieupiększoną twarz. Jest poważna, nieco jakby wzgardliwa, i w moim odczuciu ma w sobie zawsze coś tragicznego.

Nie podeszła, żeby mnie pocałować - nie jest to w jej stylu. Uśmiechnęła się tylko.

- Dzień dobry, tato.

Jej uśmiech był nieśmiały i trochę zażenowany, ale świadczył, że choć tego nie okazuje, cieszy ją mój widok.

- Dzień dobry - odpowiedziałem, czując się głupio, jak często wobec przedstawicieli młodszej generacji. - Przyjechałem pociągiem.

- To dzielnie z twojej strony, kochanie.

- Opisuję mu - wtrącił Poirot - tutejsze jedzenie.

- Bardzo jest niesmaczne? - spytała Judith.

- Nie powinnaś o to pytać, moje dziecko. Czyżbyś nie umiała myśleć o niczym innym poza probówkami i mikroskopami? Środkowy palec masz poplamiony błękitem metylenowym. Twój mąż nie będzie szczęśliwy, jeśli nie zadbasz o jego żołądek.

- Wobec tego może lepiej nie wyjdę za mąż.

- Na pewno wyjdziesz za mąż. Do czego stworzył cię le bon Dieu?

- Mam nadzieję, że do wielu rzeczy - odparła Judith.

- Le mariage przede wszystkim.

- Doskonale, wujek znajdzie mi męża, a ja będę się troszczyć o jego żołądek.

- Śmieje się ze mnie! - zawołał Poirot. - Kiedyś zrozumie, jak mądrzy są starzy ludzie.

Znów zapukano do drzwi i wszedł doktor Franklin. Był to wysoki, kanciasty mężczyzna, mający około trzydziestu pięciu lat, o stanowczym podbródku, rudawych włosach i jasnoniebieskich oczach. Nigdy nie widziałem człowieka aż tak niezdarnego. W roztargnieniu obijał się wciąż o różne przedmioty.

Koło krzesła Poirota stał parawan. Doktor zderzył się z nim i odwracając z lekka głowę, bąknął odruchowo w jego stronę „przepraszam”.

Mnie się chciało śmiać, ale Judith nie straciła powagi. Widocznie zdążyła już do tego przywyknąć.

- Pamięta pan mego ojca? - zapytała.

Doktor Franklin spłoszył się, drgnął nerwowo, zamrugał powiekami i wyciągnął do mnie dłoń, mamrocząc z zakłopotaniem:

- Oczywiście, oczywiście, jak się pan ma? Słyszałem, że ma pan tu przyjechać. - Odwrócił się do Judith. - Przepraszam, czy myśli pani, że trzeba się przebrać do kolacji? Jeśli nie, to moglibyśmy jeszcze potem popracować. Gdybyśmy przygotowali kilka preparatów...

- Nie. Chcę porozmawiać z ojcem.

- Tak. Oczywiście. Jasne. - Nagle uśmiechnął się speszony, jak miody chłopiec. - Ogromnie mi przykro. Nic nie widzę poza swoją pracą. To obrzydliwe. Robię się taki samolubny. Proszę mi wybaczyć. - Zegar wybił godzinę i Franklin rozejrzał się w popłochu. - Na miły Bóg, to już tak późno? To fatalnie. Przyrzekłem Barbarze, że jej poczytam przed kolacją.

Uśmiechnął się do nas obojga i wybiegł z pokoju, zderzając się po drodze z framugą drzwi.

- Jak się czuje pani Franklin? - zapytałem.

- Jak zawsze, a może nawet gorzej.

- To smutne, że ciągle choruje.

- Nieznośne dla doktora. Lekarze lubią zdrowych ludzi.

- Jacy wy młodzi jesteście bezwzględni!

Judith odpowiedziała chłodno:

- Stwierdzam fakt, nic więcej.

- A jednak - wtrącił Poirot - dobry pan doktor pobiegł, żeby jej poczytać.

- Też głupio - nie ustępowała Judith. - Pielęgniarka może poczytać, jeśli jej to potrzebne do szczęścia. Ja tam znienawidziłabym każdego, kto by mi czytał głośno.

- Różne bywają gusty - ośmieliłem się zaprzeczyć.

- To bardzo głupia kobieta.

- Pod tym względem, mon enfant, nie zgadzam się z tobą.

- Nie czyta nic prócz najbardziej szmirowatych powieści. Nie interesuje się jego pracą. Nie obchodzą jej współczesne prądy naukowe. Mówi wyłącznie o swoim zdrowiu z każdym, kto chce słuchać.

- A jednak twierdzę, że używa swoich szarych komórek w taki sposób, o jakim ty, moje dziecko, nie masz pojęcia.

- Jest bardzo kobieca. Grucha i szczebioce. Coś mi się zdaje, że takie właśnie ci się podobają, wujku, prawda?

- Wcale nie - odpowiedziałem za niego. - On lubi obfite w kształtach i szykowne. Najlepiej hrabiny.

- Obgadujesz mnie, Hastings? Twój ojciec, Judith, zawsze miał skłonności do kasztanowych włosów. Nieraz wpadał przez to w tarapaty.

Judith objęła nas obu pobłażliwym uśmiechem.

- Jaka z was zabawna para.

Wyszła i ja też się podniosłem.

Poirot nacisnął mały dzwonek leżący w zasięgu ręki i po chwili pojawił się jego służący. Ku memu zdziwieniu był to obcy człowiek.

- Dlaczego? Gdzie jest George?

Lokaj Poirota, George, pracował u niego przez wiele lat.

- George pojechał do rodziny. Jego ojciec jest chory. Myślę, że kiedyś do mnie wróci. Tymczasem - Poirot uśmiechnął się do nowego służącego - troszczy się o mnie Curtiss.

Curtiss odpowiedział pełnym szacunku uśmiechem. Był to barczysty mężczyzna o nieco głupkowatym wyglądzie.

Wychodząc zauważyłem, że Poirot starannie zamyka na klucz teczkę z dokumentami. Z zamętem w głowie udałem się korytarzem do swojego pokoju.

 

 

ROZDZIAŁ IV

 

Zszedłem tego wieczoru na kolację z poczuciem, że otaczający mnie świat stał się nierzeczywisty.

Parokrotnie w trakcie przebierania się zadałem sobie pytanie, czy Poirot przypadkiem nie wymyślił sobie całej tej historii. W końcu mój przyjaciel jest już bardzo starym i żałośnie podupadłym na zdrowiu człowiekiem. On utrzymuje, że jego mózg działa tak samo sprawnie jak dawniej, ale prawdę mówiąc, kto wie, czy tak jest istotnie? Spędził całe życie na tropieniu zbrodni. Czy byłoby aż tak zaskakujące, gdyby pod koniec zaczęły mu się przywidywać zbrodnie urojone? Na pewno gryzie się swoją przymusową bezczynnością. Czy w konsekwencji nie znalazł sobie rozrywki w postaci polowania na przestępcę? Uznał własne pobożne życzenie za rzeczywistość - nerwica dość rozpowszechniona. Wybrał pewną liczbę opisanych w prasie przypadków i odczytał w nich to, co sam chciał - dojrzał za nimi tajemniczy cień, obłąkanego masowego mordercę. Najpewniej pani Etherington rzeczywiście zabiła męża, robotnik rolny zastrzelił żonę, młoda kobieta podała chorej ciotce śmiertelną dawkę morfiny, zazdrosna żona spełniła swą groźbę, a pomylona stara panna popełniła morderstwo, do którego potem się przyznała. W istocie rzeczy te zbrodnie były dokładnie takie, na jakie wyglądały!

Temu punktowi widzenia (na pewno zgodnemu ze zdrowym rozsądkiem) mogłem przeciwstawić jedynie moją własną głęboką wiarę w przenikliwość Poirota.

Poirot oświadczył, że ukartowano morderstwo. Że po raz drugi Styles ma być sceną zbrodni.

Czas potwierdzi lub obali tę hipotezę, ale gdyby tak było naprawdę, my powinniśmy temu zapobiec.

I Poirot wie, kto jest mordercą, a ja nie.

Im więcej o tym myślałem, tym bardziej mnie to złościło.

Na dobrą sprawę jest to bezczelność ze strony Poirota! Żąda ode mnie współpracy i uważa, że nie zasługuję na zaufanie!

Dlaczego? Podał co prawda powód, ale zgoła niewystarczający! Miałem już dość jego głupich żartów na temat mojej „wymownej twarzy”. Umiem utrzymać sekret równie dobrze jak inni ludzie. Poirot poniżał mnie z uporem godnym lepszej sprawy, twierdząc, że jestem przejrzysty jak szkło i że każdy potrafi odczytać, co dzieje się w moim umyśle. Czasem starał się złagodzić cios, przypisując to mojej szlachetnej i uczciwej naturze, która brzydzi się wszelkimi formami oszustwa!

Oczywiście, gdyby cała sprawa miała się okazać tylko wytworem wyobraźni Poirota, jego powściągliwość byłaby łatwa do wytłumaczenia. Nie doszedłem jeszcze do żadnych wniosków, kiedy rozległ się gong. Zasiadłem do kolacji bez uprzedzeń, ale rozglądając się czujnie, czy uda mi się wykryć mitycznego Iksa.

Na razie postanowiłem każde słowo Poirota przyjąć za świętą prawdę. Jest więc pod tym dachem ktoś, kto zabił już pięć razy i szykuje się do zabicia po raz szósty. Kto to jest?

W salonie, gdzie zebraliśmy się przed kolacją, zostałem przedstawiony pannie Cole i majorowi Allertonowi. Panna Cole była wysoką, ładną, trzydziestoparoletnią kobietą. Major Allerton wzbudził moją instynktowną niechęć. Był to przystojny mężczyzna po czterdziestce, barczysty, z opaloną twarzą, swobodny w obejściu i rozmowny, przy tym wszystko, co mówił, obfitowało w podteksty i aluzje. Pod oczami miał worki - widomy skutek rozwiązłego trybu życia. Podejrzewałem, że jest hulaką, uprawia hazard, upija się i przede wszystkim uwodzi kobiety.

Stary pułkownik Luttrell, jak zauważyłem, też nie bardzo go lubił, a Boyd Carrington odnosił się do niego z rezerwą. Za to u pań Allerton miał powodzenie. Pani Luttrell ćwierkała coś do niego, zachwycona, że prawi jej od niechcenia komplementy z wcale nieskrywaną impertynencją. Zirytowało mnie, że Judith również wydaje się zadowolona z jego towarzystwa i rozmawia z nim z większym niż zazwyczaj ożywieniem. Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego zawsze i nieuchronnie najbardziej szubrawy mężczyzna może spodobać się i zainteresować najmilszą kobietę. Intuicyjnie wiedziałem, że Allerton jest łajdakiem - i dziewięciu mężczyzn na dziesięciu zgodziłoby się ze mną. Natomiast dziewięć kobiet lub nawet wszystkie dziesięć z miejsca straci dla niego głowę.

Zasiedliśmy do stołu i kiedy postawiono przed nami talerze z kleistą białą mazią, zacząłem błądzić wzrokiem po obecnych, rozważając różne ewentualności. Jeśli Poirot ma rację i umysł równie sprawny jak dawniej, jedna z tych osób jest niebezpiecznym i chyba szalonym mordercą.

Poirot, co prawda, nie powiedział tego wprost, ale założyłem, że Iks jest mężczyzną. Który z nich wydaje mi się najbardziej podejrzany?

Na pewno nie stary pułkownik Luttrell, typowy pantoflarz, zawsze niezdecydowany. Norton, ten, którego poznałem, jak wybiegał z domu z lornetką? Mało prawdopodobne. Wyglądał na sympatycznego faceta, raczej mało energicznego i pozbawionego temperamentu. Oczywiście wiedziałem, że mordercami często bywają ludzie mali i niepozorni, których do zbrodni pcha potrzeba autoafirmacji. Cierpią, że pomija się ich i nie zauważa. Norton mógłby być tego typu zbrodniarzem. Ale przecież tak bardzo kocha ptaki. Zawsze wierzyłem, że umiłowanie przyrody jest oznaką zdrowia psychicznego.

Boyd Carington? Nie wchodzi w rachubę. Nazwisko znane na całym świecie. Znakomity sportowiec, były dygnitarz, człowiek powszechnie lubiany i szanowany. Franklina także wykluczyłem. Wiedziałem, że Judith podziwia go i wielbi.

Z kolei Allerton. Kanalia, jeśli znam się choć trochę na ludziach! Drań, który zdarłby skórę z własnej babki. I wszystko to pokryte pozorami czarujących manier. Mówił coś właśnie - umyślnie używając żałosnego tonu, opowiadał jakąś historię o własnej kompromitacji, bawiąc wszystkich swoim kosztem.

Jeśli Allerton jest Iksem, jego zbrodnie na pewno zostały popełnione dla zysku.

Ponieważ Poirot nie stwierdził wyraźnie, że Iks jest mężczyzną, musiałem wziąć pod uwagę także pannę Cole. Ruchy miała niespokojne i nieskoordynowane, widać było, że jest nerwowa. Twarz ładną, choć smutną i znękaną. Mimo to wyglądała na osobę normalną. Ona, pani Luttrell i Judith były jedynymi kobietami przy stole. Pani Franklin zaniesiono kolację na górę do pokoju, a pielęgniarka, która jej doglądała, czekała z posiłkiem, aż my skończymy.

Po kolacji stanąłem w salonie przy oknie, patrząc na ogród i wspominając ową chwilę, kiedy ujrzałem Cyntię Murdoch, młodą dziewczynę z kasztanowymi włosami, biegnącą na przełaj przez trawnik. Jaka urocza była w swym białym kitlu...

Pogrążony w myślach o przeszłości, drgnąłem, kiedy Judith wsunęła mi rękę pod ramię. Pociągnęła mnie za sobą na taras.

Spytała bez ogródek:

- O co chodzi?

Zaskoczyło mnie to.

- A o co ma chodzić? Nie rozumiem, o czym mówisz?

- Przez cały wieczór byłeś jakiś dziwny. Dlaczego przy kolacji tak się wszystkim przyglądałeś?

Byłem zły. Nie miałem pojęcia, że tak wyraźnie ujawniłem swoje myśli.

- Doprawdy? Chyba cofnąłem się w przeszłość. Może widziałem duchy?

- Rzeczywiście, przecież mieszkałeś tu jako młody człowiek! Zastrzelono tutaj jakąś starszą panią, czy coś w tym rodzaju.

- Otruto strychniną.

- Jaka ona była? Miła czy wstrętna?

Zastanowiłem się nad odpowiedzią.

- Była bardzo życzliwa. Wielkoduszna. Nie skąpiła pieniędzy na cele dobroczynne.

- Och, ten rodzaj wielkoduszności!

W głosie Judith brzmiała lekka pogarda. Po chwili zadała mi osobliwe pytanie:

- Ci ludzie tutaj... czy byli szczęśliwi?

Nie, nie byli szczęśliwi. To wiedziałem na pewno.

-Nie.

- Dlaczego?

- Bo czuli się jak więźniowie. Rozumiesz, pani Inglethorp miała pieniądze i skąpo je wydzielała. Jej pasierbowie nie mogli żyć po swojemu.

Usłyszałem, że Judith gwałtownie wciąga powietrze. Dłoń pod moim ramieniem zesztywniała.

- To podłe... Podłe. Nadużycie władzy. Należy tego zakazać. Starzy ludzie, chorzy ludzie nie powinni panować nad życiem młodych i silnych. Krępować ich, dręczyć, marnotrawić ich energię i zdolności, które mogą przydać się światu, których świat potrzebuje. To jest egoizm.

- Starzy - wtrąciłem sucho - nie mają monopolu na tę cechę.

- Och, wiem, tato, wy uważacie, że młodzi są samolubni. Może i jesteśmy, ale to jest czysty rodzaj egoizmu. Ostatecznie chcemy tylko sami robić to, co chcemy, ale nie próbujemy innych ludzi zamieniać w niewolników.

- Nie, po prostu tratujecie ich, jeśli przypadkiem znajdą się na waszej drodze.

Judith lekko przycisnęła moje ramię.

- Nie bądź taki cierpki. Ja naprawdę nie mam na swoim koncie wielu stratowanych, a ty nigdy nie usiłowałeś dyktować nam, jak mamy żyć. Jesteśmy ci za to wdzięczni.

- Boję się - przyznałem uczciwie - że mimo wszystko miałbym na to ochotę. To wasza matka upierała się, że trzeba wam pozwolić na popełnianie błędów.

Judith jeszcze raz przelotnie ścisnęła moje ramię.

- Wiem. Ty byś wolał czuwać nad nami jak kwoka. Nienawidzę nadmiernej opieki. Nie mogę tego znieść. Ale zgadzasz się ze mną, że ludzie zdolni i potrzebni nie powinni poświęcać życia niezdolnym i bezużytecznym?

- Czasami to się zdarza. Ale nie należy wtedy sięgać do drastycznych środków... Każdy może ostatecznie sam zdecydować się na odejście...

- Tak, ale czy może? Czy może?

Jej ton był tak gwałtowny, że spojrzałem na nią ze zdumieniem. Było za ciemno, żebym mógł wyraźnie zobaczyć jej twarz. Podjęła głosem niskim i namiętnym:

- To takie trudne, tak wiele wchodzi w grę. Sprawy finansowe. Poczucie odpowiedzialności. Niechęć do skrzywdzenia kogoś, kto był kiedyś bliski... Tyle spraw... a znów pewni ludzie są tacy bezwzględni, dokładnie wiedzą, jak wyzyskać czyjeś skrupuły! Są ludzie... Są ludzie pijawki!

- Judith, kochanie! - zawołałem wstrząśnięty tym wybuchem.

Uprzytomniła sobie chyba, jak jest wzburzona, bo roześmiała się i wysunęła rękę spod mojego ramienia.

- Za bardzo się uniosłam. Zawsze mnie to doprowadza do pasji. Widzisz, znałam wypadek... Był taki okrutny starzec... I kiedy znalazł się ktoś na tyle dzielny, żeby przeciąć węzeł i wyzwolić najbliższych, uznano go za wariata. Wariat? To najrozsądniejsza rzecz... i najdzielniejsza.

Poczułem przykre ukłucie niepokoju. Gdzież to słyszałem niedawno podobną historię?

- Judith - przerwałem szorstko - co to była za sprawa?

- Nie znasz tych ludzi. Przyjaciele Franklinów. Stary człowiek nazwiskiem Litchfield. Bardzo bogaty, a prawie zagłodził swoje nieszczęsne córki. Nie pozwalał im z nikim się spotykać, nigdzie bywać. Na pewno był obłąkany, ale nie z punktu widzenia medycyny.

- I najstarsza córka go zamordowała?

- Czytałeś o tym w prasie? Tak, dla ciebie oczywiście to jest morderstwo... Ale nie popełniła go dla własnej korzyści. Margaret Litchfield poszła prosto na policję i przyznała się do wszystkiego. Moim zdaniem, była bardzo dzielna. Mnie nie starczyłoby odwagi.

- Odwagi na to, żeby się przyznać, czy żeby popełnić morderstwo?

- Ani na jedno, ani na drugie.

- Cieszy mnie to - powiedziałem surowo. - Nie lubię słuchać, jak mówisz, że morderstwo może być w pewnych wypadkach usprawiedliwione. - Po chwili dodałem: - A doktor Franklin jakiego był zdania?

- Uważał, że mu się to słusznie należało. Wiesz, tato, są ludzie, którzy wręcz się napraszają, by ich zamordowano.

- Nie chcę, żebyś tak mówiła, Judith. Kto ci podsuwa takie pomysły?

- Nikt.

- Uwierz mi, proszę, że to wszystko są szkodliwe bzdury.

- Dobrze. Zostawmy to. Właściwie miałam ci tylko przekazać zaproszenie od pani Franklin. Prosi, jeśli nie masz nic przeciw temu, żebyś ją odwiedził w jej pokoju.

- Będę zachwycony. Szkoda, że nie czuła się dość dobrze, by zejść na kolację.

- Nic jej nie jest - odrzekła bezlitośnie Judith. - Po prostu lubi, jak się koło niej skacze.

Młodzi są bezwzględni.

 

 

ROZDZIAŁ V

 

Poprzednio raz tylko zetknąłem się z panią Franklin. Była to kobieta około trzydziestki - z urodą, jak bym to określił, w typie madonny. Wielkie brązowe oczy, przedziałek pośrodku głowy i podłużna, subtelna twarz. Była bardzo szczupła i miała delikatną, przezroczystą cerę.

Leżała na kanapie, oparta o poduszki, w wykwintnym białoniebieskim szlafroczku.

Franklin i Boyd Carrington trzymali filiżanki z kawą. Pani Franklin przywitała mnie wyciągniętą dłonią i uśmiechem.

- Tak się cieszę, że pan przyjechał, panie kapitanie. A jak to dobrze dla Judith! To dziecko za ciężko pracuje.

- Nie wygląda wcale na zmęczoną - odpowiedziałem, ujmując jej małą, kruchą dłoń.

Barbara Franklin westchnęła.

- Tak, na szczęście. Jak ja jej zazdroszczę... Głowę bym dała, że nie wie, co to jest choroba. Co pani o tym myśli, siostro? Przepraszam, nie przedstawiłam państwa. Oto siostra Craven, która jest dla mnie tak bardzo, tak nadzwyczaj dobra. Nie wiem, co bym bez niej poczęła. Traktuje mnie jak malutkie dziecko.

Siostra Craven była wysoką, przystojną młodą kobietą o żywych rumieńcach i bujnych kasztanowych włosach. Zauważyłem, że dłonie ma długie i białe - co się rzadko spotyka u pielęgniarek szpitalnych. Była raczej małomówna i czasem wolała się nie odzywać. Teraz także skłoniła tylko głowę.

- Ale naprawdę John za bardzo eksploatuje tę pana nieszczęsną córkę. Prawdziwy poganiacz niewolników. Jesteś poganiaczem niewolników, John, przyznaj się!

Jej mąż wyglądał przez okno. Gwizdał coś cicho i ręką pobrzękiwał bilonem w kieszeni. Pytanie żony wyrwało go z zamyślenia.

- O co chodzi, Barbaro?

- Mówiłam właśnie, że skandalicznie zamęczasz pracą biedną Judith Hastings. Teraz, kiedy jest tu kapitan, zawrzemy przymierze i nie dopuścimy do tego.

Przekomarzanie się nie było mocną stroną Franklina. Zakłopotany zwrócił się pytająco do Judith.

- Musi mi pani mówić, kiedy przeciągam strunę - wyjąkał.

Judyt machnęła ręką.

- Oni tylko silą się na dowcipy. Ale skoro już mowa o pracy, chciałam pana spytać o barwnik do drugiego preparatu, wie pan, tego, który...

Skwapliwie podjął temat:

- Tak, tak. Proszę bardzo, jeśli nie ma pani nic przeciw temu, moglibyśmy przejść do laboratorium. Wolałbym się upewnić...

Pogrążeni w rozmowie wyszli razem z pokoju.

Barbara Franklin z westchnieniem opadła na poduszki. Siostra Craven mruknęła cierpko:

- Jak widać, to panna Hastings jest poganiaczem niewolników...

Pani Franklin westchnęła powtórnie.

- Jestem zupełnie do niczego. Powinnam, wiem o tym, bardziej interesować się pracą Johna, ale po prostu nie mogę się na to zdobyć. Chyba coś ze mną jest nie w porządku pod tym względem, ale...

Stojący przy kominku Boyd Carrington prychnął niecierpliwie:

- Nonsens, Babs. Nie masz sobie nic do zarzucenia. Nie zamartwiaj się.

- Ale Bill, kochany, ja muszę się martwić. Gnębi mnie to i już... To wszystko wydaje mi się takie obrzydliwe. Świnki morskie i szczury, i w ogóle. Brr - wzdrygnęła się. - Wiem, że to głupie, ale taka już ze mnie idiotka. Robi mi się od tego po prostu niedobrze. Ja bym chciała myśleć tylko o tym, co ładne i radosne, o kwiatach, ptakach i rozbawionych dzieciach. Przecież ty wiesz, Bill...

Podszedł do niej i ujął wyciągniętą błagalnie rękę. Spoglądał na nią ze zmienioną, łagodną jak u kobiety twarzą. Było to nawet dość wzruszające, gdyż Boyd Carrington był tak bardzo męskim mężczyzną.

- Nie zmieniłaś się wiele od czasu, kiedy miałaś siedemnaście lat, Babs - powiedział. - Pamiętasz tę altankę w twoim ogrodzie i karmnik dla ptaków, i orzechy kokosowe? - Zwrócił twarz w moją stronę. - Barbara i ja jesteśmy starymi towarzyszami zabaw.

- Starymi towarzyszami zabaw! - zaoponowała.

- Przecież się nie zapieram, że jesteś o przeszło piętnaście lat młodsza ode mnie. Ale bawiłem się z tobą, kiedy byłaś małym brzdącem, a ja już młodym mężczyzną. Nosiłem cię na barana, kochanie. A w wiele lat później, po powrocie do kraju, ujrzałem piękną młodą damę, właśnie szykującą się do wejścia w świat - i zrobiłem, co do mnie należało, zabierając ją na tereny golfowe i ucząc gry w golfa. Pamiętasz?

- Och, Bill, myślisz, że mogłabym zapomnieć? Moja rodzina mieszkała w tej okolicy - wyjaśniła mi - a Bill przyjeżdżał tu do Knatton, do swego wuja, sir Everarda.

- Cóż to było za mauzoleum! I nadal jest zresztą. Czasem wątpię, czy uda mi się ten dom zagospodarować.

- Ależ Bill, to można tak pięknie urządzić, tak cudownie!

- Owszem, Babs, ale kłopot polega na tym, że nie mam koncepcji. Łazienki i kilka rzeczywiście wygodnych foteli, to wszystko, co mogę wymyślić. Tam potrzeba kobiety.

- Przyrzekłam, że ci pomogę. I dotrzymam. Naprawdę.

Sir William spojrzał pytająco na siostrę Craven.

- Gdybyś czuła się na siłach, mógłbym cię tam zawieźć. Co pani o tym myśli, siostro?

- Ależ tak, na pewno wyjdzie to pani Franklin na zdrowie. Naturalnie ma być ostrożna i nie przemęczyć się.

- Więc jesteśmy umówieni. A teraz śpij dobrze. Żebyś jutro była w znakomitej formie.

Powiedzieliśmy obaj dobranoc pani Franklin i razem opuściliśmy pokój. Kiedy schodziliśmy ze schodów, Boyd Carrington powiedział szorstko:

- Nie ma pan pojęcia, jakie to było urocze stworzenie, kiedy miała siedemnaście lat. Wróciłem do kraju z Birmy, gdzie umarła moja żona. Wcale nie taję, że kompletnie straciłem dla niej głowę. Wyszła za Franklina trzy czy cztery lata później. Jakoś nie wydaje mi się, żeby to było szczęśliwe małżeństwo. Uważam nawet, że z tego właśnie wywodzą się wszystkie jej choroby. Ten człowiek nie rozumie jej i nie docenia. A ona jest bardzo wrażliwa. Ja tam sądzę, że jest taka wątła przede wszystkim z powodu nerwów. Wystarczy zająć się nią, zabawić, zainteresować, a od razu wygląda zupełnie inaczej. Ale tego przeklętego konowała obchodzą tylko probówki, dzikusy i bakterie zachodnioafrykańskie. - Parsknął gniewnie.

Pomyślałem sobie, że w tym co mówi na pewno jest sporo słuszności. Co prawda, zaskoczyło mnie, że Boydowi Carringtonowi podoba się ckliwa i nieciekawa Barbara Franklin, która, mówiąc bez ogródek, jest nieznośną osobą, choć ładną w banalnym, bombonierkowym stylu. Boyd Carrington sam był tak żywotny i dynamiczny, że moim zdaniem, tak schorowana i neurotyczna kobieta powinna by go wręcz niecierpliwić. Barbara Franklin jednak była kiedyś na pewno uroczą dziewczyną, a u wielu mężczyzn, zwłaszcza idealistów, a za takiego uważałem Boyda Carringtona, pierwsze wrażenie nigdy się nie zaciera.

Na dole pani Luttrell rzuciła się na nas z propozycją brydża. Wykręciłem się twierdząc, że muszę zajść do Poirota.

Zastałem mojego przyjaciela w łóżku. Curtiss krzątał się po pokoju, coś tam porządkując, ale zaraz wyszedł i zamknął za sobą drzwi.

- Niech cię licho, Poirot! Ciebie i twoją cholerną manię tajemniczości! Cały wieczór spędziłem, próbując odgadnąć, kto jest Iksem.

- Musiałeś więc być nieco distrait. Czy nikt nie zauważył twojego roztargnienia i nie zapytał, o co chodzi?

Zarumieniłem się lekko, przypomniawszy sobie rozmowę z Judith. Poirot dostrzegł, że jestem speszony. Przez jego usta przemknął złośliwy uśmieszek, ale spytał tylko:

- I do jakich wniosków doszedłeś w tej sprawie?

- Powiesz mi, jeśli zgadnę?

- Na pewno nie.

Nie spuszczałem z niego wzroku.

- Myślałem o Nortonie...

Poirot nie zareagował.

- Nie, żebym miał jakieś dane. Po prostu uznałem go za mniej nieprawdopodobnego niż inni. Poza tym widzisz, on jest niepozorny. A zdawałoby się, że tego rodzaju morderca powinien być niepozorny.

- To prawda. Ale może być niepozorny w różny sposób.

- Nie rozumiem.

- Wyobraźmy sobie czysto teoretycznie taki przypadek: gdyby parę tygodni przed morderstwem pojawił się bez widomych powodów złowrogi przybysz, na pewno zwrócono by na niego uwagę. Lepiej więc byłoby, gdyby ów obcy był przeciętnym, nie rzucającym się w oczy człowiekiem, uprawiającym jakiś niewinny sport, na przykład rybołówstwo.

- Lub obserwację ptaków. To samo przecież mówiłem.

- Ale z drugiej strony jest chyba jeszcze lepiej, jeśli morderca to osoba znana w okolicy - na przykład rzeźnik. Miałoby to dodatkowo tę dobrą stronę, że nikt nie zwraca uwagi na plamy krwi, kiedy chodzi o rzeźnika!

- Żarty się ciebie trzymają... Każdy wiedziałby przecież, że rzeźnik pokłócił się przedtem z piekarzem.

- Ale gdyby rzeźnik został rzeźnikiem tylko po to, żeby móc bezkarnie zabić piekarza? Zawsze należy cofać się przynajmniej o jeden krok, mój przyjacielu.

Przyglądałem mu się bacznie, usiłując rozstrzygnąć, czy w tych słowach ukryta jest jakaś aluzja. Gdyby odnosiły się do konkretnej sytuacji, należałoby się domyślać, że chodzi o pułkownika Luttrella. Czy pułkownik umyślnie założył pensjonat, żeby zyskać szansę zamordowania jednego z gości?

Poirot łagodnie pokręcił głową.

- Nie szukaj odpowiedzi w moich oczach.

- Jesteś doprawdy irytujący, Poirot - westchnąłem. - W każdym razie Norton nie jest moim jedynym kandydatem na mordercę. Taki Allerton, na przykład...

Poirot zapytał z nieprzeniknioną twarzą:

- Nie lubisz go, co?

- Nie lubię.

- Rozumiem. Powiedziałbyś, że to nicpoń?

- Stanowczo. A ty tak nie uważasz?

- Owszem. Tacy mężczyźni bardzo podobają się kobietom.

Żachnąłem się.

- Jak kobiety mogą być aż tak głupie! Co w nim widzą?

- Kto to wie? Ale tak już jest. Mauvais sujet zawsze ma powodzenie u kobiet.

- Ale dlaczego?

Poirot wzruszył ramionami.

- Może dostrzegają coś, czego my nie widzimy?

- Co?

- Na przykład niebezpieczeństwo... Niebezpieczeństwo, mój przyjacielu, nadaje smak życiu. Niektórzy znajdują je zastępczo - choćby patrząc na walki byków. Inni czytają o nim w książkach. Jeszcze inni szukają go w kinie. Ale jednego jestem pewien - natura ludzka nie znosi nadmiaru bezpieczeństwa. Mężczyźni ryzykują w rozmaity sposób, kobiety najczęściej w przygodach miłosnych. I dlatego podnieca je cień rzucony przez tygrysa - schowane pazury, podstępny skok! Nienagannego mężczyznę, pełnego zalet, który byłby dobrym i przykładnym mężem, mijają obojętnie.

Przez chwilę rozpamiętywałem w ponurym milczeniu jego słowa. Potem wróciłem do poprzedniego tematu.

- Wiesz, Poirot, właściwie dosyć łatwo mogę wykryć, kto jest Iksem. Poszperam i zorientuję się, kto tutaj znał tamtych wszystkich ludzi. Tych z twoich pięciu spraw.

Powiedziałem to triumfalnie, ale Poirot odniósł się do moich słów ironicznie.

- Nie prosiłem cię tu, Hastings, ażeby obserwować, jak niezdarnie i z mozołem przemierzasz drogę, którą ja już odbyłem. I pozwól sobie powiedzieć, że wcale nie jest to takie proste, jak ty sobie wyobrażasz. Cztery z tych spraw zdarzyły się w tych okolicach. Mieszkańcy tego domu nie są zbiorowiskiem obcych sobie ludzi, którzy zjechali się tu przypadkowo, każdy na własną rękę. Nie jest to hotel w zwykłym sensie tego słowa. Luttrellowie pochodzą z tych stron; źle im się wiodło, kupili tę posiadłość i rozpoczęli na los szczęścia. Ich goście to albo znajomi, albo znajomi znajomych. Sir William namówił do przyjazdu Franklinów. Oni z kolei poddali tę myśl Nortonowi i, zdaje się, pannie Cole, i tak dalej. Co oznacza, że według wszelkiego prawdopodobieństwa osoba znana jednemu z tych ludzi okaże się też znana wszystkim pozostałym. Iks też może odpowiednio manewrować. Weź przypadek Riggsa. Wieś, w której zdarzyła się tragedia, jest w pobliżu posiadłości nieboszczyka wuja Boyda Carringtona. Rodzina pani Franklin także żyła w sąsiedztwie. Gospodę w wiosce licznie odwiedzają turyści. Niektórzy z przyjaciół rodziny pani Franklin zwykle tam nocowali, sam Franklin też tam mieszkał. Norton i panna Cole również mogli zatrzymać się w niej, i chyba tak było. Nie, nie, mój przyjacielu. Błagam, porzuć niedorzeczny zamysł przemknięcia tajemnicy, której nie chcę ci zdradzić.

- To kompletna bzdura! Przecież wiesz, że umiem trzymać język za zębami. Poirot, dosyć już mam tych żartów o mojej wymownej twarzy. To wcale nie jest zabawne.

Poirot powiedział spokojnie:

- Pewien jesteś, że tylko o to chodzi? Czy nie uświadamiasz sobie, przyjacielu, że tajemnica może okazać się groźna? Nie rozumiesz, że niepokoję się o twoje bezpieczeństwo?

Otworzyłem ze zdumienia usta. Do tej chwili nie zastanawiałem się nad tym aspektem sprawy. Ale było to w gruncie rzeczy dość oczywiste. Gdyby sprytny i pomysłowy morderca, spokojny, że nikt go o nic nie posądza, któremu uszło już na sucho pięć zbrodni, nagle nabrał podejrzeń, że ktoś wpadł na jego trop, istotnie mógłby stać się groźny dla tropiącego.

Spytałem gwałtownie:

- A wobec tego, co z tobą, Poirot? Ty też jesteś w niebezpieczeństwie?

Poirot, na ile pozwalało mu jego kalectwo, uczynił gest pełen pogardy.

- Ja do tego jestem przyzwyczajony. Potrafię się obronić. Zresztą, czy nie ma tu mego wiernego brytana, który też mnie będzie bronił? Mego niezrównanego, lojalnego Hastingsa?

 

 

ROZDZIAŁ VI

 

Poirot miał wcześnie kłaść się spać. Zostawiłem go więc i zszedłem na dół, zatrzymując się po drodze, by zamienić parę słów z jego służącym Curtissem.



dalej


strona główna
(23kB)