(23kB)
strona główna


 

Agatha Christie

 

Morderstwo w Boże Narodzenie

 

Przelożył: Andrzej Milcarz

Tytuł oryginału: Hercule Poirot’s Christians

Część I - 22 grudnia

I

 

Stephen szedł żwawo po peronie. Uniósł kołnierz płaszcza. Poszarpana mgła spowijała dworzec. Wielkie lokomotywy gwizdały donośnie, wyrzucając chmury pary w zimne, wilgotne powietrze. Wszystko było brudne i usmolone.

„Co za paskudny kraj, co za paskudne miasto!” - pomyślał z obrzydzeniem Stephen.

Pierwsze, podniecające wrażenie z Londynu: sklepy, restauracje, pięknie ubrane, atrakcyjne kobiety - to wszystko przyblakło. Metropolia wydała mu się naraz diamentem w zardzewiałej oprawie.

Gdyby mógł być teraz na południu Afryki… Poczuł nagłą, aż bolesną tęsknotę za domem. Słonce, błękit nieba, ogrody pełne kwiatów, niebieskich najczęściej, żywopłoty z plumbago, modre powoje na ścianach każdej chałupiny.

A tu… brud, sadza i te tłumy bez końca, sunące nieprzerwanie, w pośpiechu. Wszędzie ścisk. Krzątanina mrówek biegających pracowicie po chodnikach mrowiska. „Lepiej było nie przyjeżdżać” - żałował przez moment. Wspomniał jednak swój plan i zacisnął zęby. Nie, do diabła, zrobi, co zamierzał! Obmyślał to przez lata. Zawsze tego chciał. Tak, jazda naprzód!

Wahanie, nagłe wątpliwości, pytania do samego siebie: Dlaczego? Czy wdarto? Po co wracać do przeszłości? Czy nie lepiej wymazać całą sprawcę? - to tylko moment słabości. Nie jest przecież dzieckiem, by kierować się nagłym kaprysem. Jest mężczyzną czterdziestoletnim, pewnym siebie, człowiekiem czynu. Nie zrezygnuje. Musi zrobić to, po co przyjechał do Anglii.

Odesłał bagażowego i, sam niosąc swoją walizkę z nie wyprawionej skóry, wszedł do wagonu. Zaglądał do wszystkich przedziałów po kolei, szukając wolnego miejsca. Pociąg był pełny. Do Bożego Narodzenia pozostały już tylko trzy dni. Stephen Farr patrzył z niechęcią na stłoczonych pasażerów.

Co za ogromna, nieprzebrana rzesza ludzi! I wszyscy tacy… tacy, jak to powiedzieć… tacy szarzy! I jednakowi, tak okropnie jednakowa! Jeśli nie pociągła, smutna twarz owcy, to pysk królika, tylko takie skojarzenia wywołują te oblicza. Niektórzy są rozgadani i nerwowi. Inni, szczególnie niemłodzi mężczyźni, pochrząkują zupełnie jak świnie. Nawet te chude dziewczyny o jajowatych twarzach i szkarłatnych wargach wyglądały beznadziejnie jednakowo.

Z nagłą tęsknotą pomyślał o sawannach, o przestrzeniach pustego, spieczonego słońcem Weldu…

Rzucił okiem do następnego przedziału i aż wstrzymał oddech. Ta dziewczyna była inna. Czarne włosy, świeża, śniada cera, głębia i ciemność nocy w oczach. Smutne, dumne oczy Południa… Taka dziewczyna nie powinna siedzieć w tym pociągu, pomiędzy szarymi, nijakimi ludźmi, i jechać gdzieś w głąb ponurej Anglii. Z różą w ustach, z czarną koronkową mantylą na dumnej głowie powinna stać teraz na balkonie. W upale i w pyle o woni krwi - w zapachu korridy… Ona powinna być w jakimś wspaniałym miejscu, a nie siedzieć wciśnięta w kąt przedziału trzeciej klasy.

Był uważnym obserwatorem. Spostrzegł natychmiast, jak sfatygowane jest jej czarne paletko oraz spódnica. Nie przeoczył rękawiczek z tandetnego materiału, lichych butów i zaczepnie ognistoczerwonej torebki. A jednak miała klasę. Była świetna, wspaniała, egzotyczna…

Co, do diabła, robiła w tym kraju mgieł, chłodu i zabieganych, pracowitych mrówek?

„Muszę dowiedzieć się - pomyślał - kim jest i co tu robi… Muszę wiedzieć”.

 

II

 

Pilar siedziała wciśnięta w kąt siedzenia pod oknem i dziwiła się, że tak tu wszystko inaczej pachnie… To właśnie, jak do tej pory, uderzało ją w Anglii najbardziej - odmienność zapachów. Nie czuło się czosnku ani pyłu i tylko trochę perfum. Tu, w wagonie, wisiał zimny zaduch, czuło się siarkę - won kolei parowej - i mydło oraz jeszcze jakiś bardzo nieprzyjemny zapach. Rozłazi się to, pomyślała, z futrzanego kołnierza siedzącej obok tęgiej kobiety. Powąchała dyskretnie: naftalina. Co za pomysł - wyperfumować się czymś takim!

Rozległ się gwizd, ktoś coś krzyknął stentorowym głosem i pociąg zaczął powoli wysuwać się ze stacji. Ruszyli.

Serce zabiło jej trochę szybciej. Czy jej się powiedzie? Czy potrafi zrobić to, co zamierzyła? Jasne, na pewno potrafi, przecież tak starannie obmyślała szczegół za szczegółem… Jest przygotowana na każdą ewentualność. O tak, uda jej się, musi się udać…

Uśmiechnęła się samymi koniuszkami warg. Nagle te usta stały się okrutne. I okrutne, i zachłanne, trochę jak buzia dziecka albo pyszczek kota. Jakby znała tylko własne pragnienia, a nie wiedziała, co to litość.

Rozglądała się wokół siebie otwarcie, jak dziecko. Ci ludzie obok, cała siódemka, jacy oni śmieszni, jak wszyscy Anglicy! Wydawali się bogaci, musi im się doskonale powodzić. Jakie ubrania, buty! Och! Bez wątpienia Anglia jest bardzo bogatym krajem, zawsze to słyszała. Ale oni w ogóle nie wyglądają na wesołych.

Na korytarzu stał przystojny mężczyzna… Pilar pomyślała, że jest bardzo przystojny. Podobała jej się smagła twarz, orli nos i mocne bary. Szybciej niż angielska dziewczyna Pilar zauważyła, że również podoba się mężczyźnie. Nie patrzyła na niego wprost, ale i tak doskonale wiedziała, jak często i w jaki sposób on na nią spogląda.

Stwierdziła to wszystko bez wielkiego zainteresowania czy emocji. Pochodziła z kraju, gdzie mężczyźni bez żenady przyglądają się kobietom. Zastanawiała się, czy jest Anglikiem, i nabrała przekonania, że nie.

Pomyślała, że jest zbyt żywy, zbyt realny, by być Anglikiem. Może to Americano. Przypomina aktora z filmów o Dzikim Zachodzie.

- Śniadanie, prosimy na śniadanie - powtarzał steward, przesuwając się wzdłuż korytarza. Wszyscy z przedziału Pilar mieli wykupione śniadanie, wyszli więc do wagonu restauracyjnego, a dziewczyna pozostała nagle sama.

Pilar szybko domknęła okno, zsunięte wcześniej parę centymetrów do dołu przez siwą jejmość o wojowniczym wyglądzie, która zajmowała miejsce w kącie naprzeciwko. Następnie rozsiadłą się wygodnie i spoglądała na północne przedmieścia Londynu przesuwające się za szybą. Słyszała zgrzyt odsuwanych drzwi przedziału, ale nie odwróciła głowy. Pilar wiedziała, że to ten mężczyzna z korytarza wszedł do przedziału, by nawiązać z nią rozmowę. Wciąż, zadumana, wyglądała za okno.

- Czy otworzyć okno? - spytał Stephen Farr.

- Nie, proszę nie otwierać, właśnie je zamknęłam. - Mówiła doskonale po angielsku, choć ze śladem obcego akcentu.

W chwili milczenia, która nastąpiła, Stephen pomyślał, że głos dziewczyny jest zachwycający. Ciepły jak letnia noc. I jest w nim słońce.

A Pilar pomyślała, że podoba jej się głos mężczyzny, taki dźwięczny i donośny. Ten nieznajomy jest atrakcyjny, tak, zdecydowanie atrakcyjny.

- Ale tłok w tym pociągu - powiedział Stephen.

- Tak, rzeczywiście. Przypuszczam, że ludzie uciekają z Londynu, bo tam jest tak ponuro.

Pilar nie wychowano w przekonaniu, że rozmowa w pociągu z obcym mężczyzną to coś zdrożnego. Pilnowała się jak każda dziewczyna, ale nie miała rygorystycznych tabu.

Gdyby Stephen wychowywał się w Anglii, nawiązywanie kontaktu z dziewczyną mogłoby go krępować. Był jednak człowiekiem bezpośrednim i rozmowę z kimkolwiek, jeśli tylko ma się na to ochotę, uważał za rzecz całkowicie naturalną.

- Londyn to raczej okropne miejsce, prawda? - uśmiechnął się bezwiednie.

- O tak. Wcale mi się nie podoba.

- Ja też nie lubię go ani trochę.

- Pan nie jest Anglikiem, nie?

- Jestem Brytyjczykiem, ale pochodzę z Afryki Południowej.

- A, rozumiem. To wszystko wyjaśnia.

- Przyjechała pani właśnie z zagranicy?

- Tak - skinęła głową Pilar. - Jestem z Hiszpanii.

- Z Hiszpanii, tak? Jest więc pani Hiszpanką?

- Pół-Hiszpanką. Moja matka była Angielką. Dlatego tak dobrze mówię po angielsku.

- A co z tą wojną?

- To straszne, tak, bardzo smutne. Jest bardzo dużo zniszczeń, o tak.

- Po której jest pani stronie?

Przekonania polityczne Pilar nie wydawały się klarowne. W miejscowości, z której pochodziła, nikt nie zwracał większej uwagi na wojnę.

- To działo się gdzieś daleko od nas, rozumie pan. Burmistrz, on jest urzędnikiem państwowym, więc on stoi po stronie rządu. A ksiądz po stronie generała Franco, ale większość ludzi pracuje na polach i w winnicach i nie ma czasu na politykowanie.

- A więc w pobliżu pani nie było żadnych walk? Pilar powiedziała, że nie było.

- Potem jednak podróżowałam samochodem przez cały kraj. Jest bardzo dużo zniszczeń. Widziałam spadającą bombę. Jej wybuch rozerwał samochód, tak, a druga zniszczyła dom. To było bardzo emocjonujące!

- A więc tak to dla pani wyglądało? - Stephen Farr uśmiechnął się z lekką ironią.

- Miałam też kłopoty. Ja chciałam jechać, a mój szofer został zabity.

- Nie była pani wstrząśnięta? - Stephen przyglądał jej się uważnie.

Wielkie, ciemne oczy Pilar zrobiły się jeszcze większe.

- Każdy musi umrzeć! Tak już jest, prawda? Jeżeli to spada nagle z nieba, bach, nie jest gorzej niż w jakikolwiek inny sposób. Żyje się przez jakiś czas, a potem się umiera. Tak już jest na tym świecie.

Stephen Farr roześmiał się.

- Nie sądzę, by była pani pacyfistką.

- Pan nie sądzi, że jestem kim, przepraszam? - Pilar miała najwyraźniej kłopot z wyrazem, który do tej pory nie wystąpił w jej słownictwie.

- Czy przebacza pani wrogom, seńorita?

- Nie mam wrogów. Ale gdybym miała…

- No?

Obserwował ją, zafascynowany na nowo słodką i okrutną linią ust z kącikami wznoszącymi się ku górze.

- Gdybym miała wroga - powiedziała z powagą Pilar - gdyby ktoś nienawidził mnie, a ja jego, wtedy poderżnęłabym mu gardło, o tak…

Wykonała bardzo sugestywny gest. Zrobiła to tak szybko i dosadnie, że Stephen Farr aż cofnął się odruchowo.

- Pani jest krwiożercza, młoda kobieto!

- A co pan zrobiłby swojemu wrogowi? - spytała Pilar bardzo rzeczowym tonem.

Patrzył na nią przez dłuższą chwilę, a potem roześmiał się głośno.

- No, ciekaw jestem, sam jestem ciekaw.

- Na pewno pan wie - naciskała z dezaprobatą Pilar.

Przestał się śmiać, westchnął i powiedział cichym głosem:

- Tak, wiem…

Nie dokończył jednak i zmieniając nagle ton, spytał:

- Co sprowadza panią do Anglii?

- Jadę do moich krewnych - odpowiedziała z pewną powagą. - Do moich angielskich krewnych.

- Rozumiem.

Odchylił się do tyłu i patrzył na nią, zastanawiając się, jacy są ci angielscy krewni, o których mówiła. Co zrobią z tej Hiszpanki… Próbował ją sobie wyobrazić pośród statecznej rodziny brytyjskiej w święta Bożego Narodzenia.

- Ładnie jest w Afryce Południowej, prawda? - spytała Pilar.

Zaczął mówić jej o tym kraju. Słuchała uważnie, jak dziecko zaciekawione nową bajką. Podobały mu się jej naiwne, lecz bystre pytania i bawił sam siebie snuciem opowieści pełnej wyolbrzymień, prawie baśniowej.

Powrót pozostałych pasażerów ze śniadania położył kres tej rozrywce. Stephen wstał, uśmiechnął się do oczu Pilar i wyszedł na korytarz.

Przepuszczając w drzwiach przedziału leciwą damę, trafił wzrokiem na wiklinową walizkę Pilar, tak niepodobną do bagaży krajowców. Z zainteresowaniem odczytał nazwisko na wizytówce: „Miss Pilar Estrayados”. W oczach pojawiło mu się niedowierzanie i coś jeszcze, gdy spostrzegł podany obok adres - „Gorston Hall, Longdale, Addlesfield”.

Stojąc ciągle bokiem w drzwiach, wpatrywał się w dziewczynę zdezorientowany, prawie obrażony, podejrzliwy… Na korytarzu palił papierosy i marszczył brwi sam do siebie…

 

III

 

W wielkim, błękitno-złotym salonie rezydencji Gorston Hali siedział Alfred Lee, omawiając z żoną Lydią plany na Boże Narodzenie. Był to mężczyzna w średnim wieku o delikatnej twarzy, kanciastej sylwetce i łagodnych, brązowych oczach. Mówił cichym głosem, starannie artykułując każdą sylabę. Głowa niemal wpadała mu w ramiona i robił dziwnie apatyczne wrażenie. Lydia miała coś ze smukłej charcicy. Energiczna, zdumiewająco szczupła, poruszała się szybko i z ujmującym wdziękiem.

Trudno by dopatrzyć się urody w jej zaniedbanej, wychudłej twarzy, niewątpliwie widniała w niej natomiast dystynkcja.

- Ojciec nalega! I to wszystko - powiedział Alfred.

Lydia poruszyła się niecierpliwie, ale opanowała irytację.

- Zawsze musisz go słuchać? - spytała. Miała czarujący głos.

- Jest bardzo starym człowiekiem, moja droga…

- Och wiem, wiem!

- Oczekuje respektu, poszanowania swojej woli.

- Naturalnie - powiedziała sucho Lydia - zawsze musiało być tak, jak on chciał. Ale prędzej czy później, Alfredzie, będziesz musiał się postawić.

- Co masz na myśli, Lydio?

Wpatrywał się w nią z tak wyrazistym zdumieniem i przerażeniem, że przygryzła wargę, przez moment wątpiąc, czy warto brnąć dalej.

- Co masz na myśli, Lydio? - powtórzył pytanie Alfred Lee.

Wzruszyła delikatnymi, wdzięcznymi ramionami.

- Twój ojciec - próbowała starannie dobierać słowa - ma skłonności do tyranizowania…

- Jest stary.

- I będzie jeszcze starszy. I jeszcze bardziej despotyczny. Do czego to doprowadzi? Już teraz dokładnie dyktuje nam, jak mamy żyć. Sami nie możemy o niczym decydować! Jeśli próbujemy, zawsze się sprzeciwia.

- Ojciec chce być na pierwszym miejscu. Pamiętaj, że jest bardzo dobry dla nas.

- Och, dobry dla nas!

- Bardzo dobry - w głosie Alfreda pobrzmiewały surowe nuty.

- Bo pomaga finansowo?

- Tak. Sam ma bardzo skromne potrzeby, ale dla nas nigdy nie żałuje pieniędzy. Możesz wydawać, ile chcesz, na stroje i na ten dom, a wszystkie rachunki płaci bez żadnych pytań. Nie dalej niż w zeszłym tygodniu dał nam nowy samochód.

- Jeśli idzie o pieniądze, twój ojciec jest bardzo hojny, przyznaję. Ale w zamian oczekuje, byśmy zachowywali się jak niewolnicy.

- Niewolnicy?

- Tak, nie przesłyszałeś się. Jesteś jego niewolnikiem, Alfredzie. Jeśli mamy w planie wyjazd, a twój ojciec nagle wyrazi życzenie, byśmy nie wyjeżdżali, grzecznie wszystko odwołujesz i siedzisz na miejscu bez szemrania! A jeśli ma kaprys, by się nas z domu pozbyć, jedziemy… Nie mamy własnego życia, nie mamy wolności.

- Nie chcę, żebyś tak mówiła, Lydio - Alfred był umęczony. - To prawdziwa niewdzięczność. Ojciec zrobił dla nas wszystko…

Zagryzła wargi, powstrzymując się od ciętej odpowiedzi, która pchała jej się na usta. Znowu wzruszyła tymi drobnymi, wdzięcznymi ramionami.

- Wiesz, Lydio, że staruszek przepada za tobą…

- Ja nie przepadam za nim ani trochę - oświadczyła wyraźnie i dobitnie.

- Lydio, bardzo mi jest przykro słyszeć od ciebie takie rzeczy. To doprawdy nieładnie…

- Być może. Czasem jednak czuje się ogromną potrzebę powiedzenia prawdy.

- Gdyby ojciec odgadł…

- Twój ojciec wie doskonale, że go nie lubię! Myślę, że go to bawi.

- Naprawdę, Lydio, jestem pewien, że się mylisz. Często mówił mi, że odnosisz się do niego w sposób czarujący.

- Naturalnie, zawsze byłam uprzejma. I zawsze będę. Po prostu chcę, żebyś wiedział, co czuję. Nie lubię twojego ojca, Alfredzie. Uważam go za złośliwego starca, tyrana. Terroryzuje cię i wykorzystuje twoje przywiązanie. Już dawno powinieneś mu się przeciwstawić.

- Dość, Lydio - zaprotestował ostro Alfred. - Proszę, nic już nie mów.

Westchnęła.

- Przepraszam. Może nie miałam racji… Pomówmy o Bożym Narodzeniu. Czy sądzisz, że twój brat David naprawdę przyjedzie?

- A czemu nie?

- David - pokręciła głową z powątpiewaniem - jest dziwakiem. Nie było go w tym domu od lat, pamiętaj. Był tak oddany twojej matce. On ma szczególny stosunek do tego miejsca.

- David zawsze działał ojcu na nerwy tą swoją muzyką i marzycielstwem. Może ojciec był wobec niego czasem zbyt szorstki. Myślę jednak, że David i Hilda przyjadą. Wiesz, to jest Boże Narodzenie.

- Pokój ludziom dobrej woli - Lydia wykrzywiła ironicznie drobne usta. - No, ciekawa jestem! George i Magdalena przyjeżdżają. Powiedzieli, że będą prawdopodobnie jutro. Obawiam się, że Magdalena strasznie się wynudzi.

- Dlaczego mój brat George - w głosie Alfreda było trochę rozdrażnienia - ożenił się z dziewczyną o dwadzieścia lat młodszą, nie mogę pojąć! George zawsze był głupcem!

- Ale z powodzeniem robi karierę. Wyborcy z okręgu go lubią. Przypuszczam, że Magdalena mocno wspiera jego polityczne akcje.

- Nie sądzę, bym ją bardzo lubił - powiedział powoli Alfred. - Wygląda ładnie, ale czasami myślę, że jest podobna to tych gruszek ze złotą skórką, pięknych, ale… - potrząsnął głową.

- W środku do niczego? - dokończyła pytająco Lydia.

- Zabawne, że ty to mówisz, Alfredzie!

- Dlaczego zabawne?

- Bo zwykle jesteś taki wyrozumiały. Prawie nigdy nie wyrażasz się źle o nikim. Denerwujesz mnie czasami, bo nie jesteś dostatecznie, jak to powiedzieć, dostatecznie nieufny, nie wiesz, na jakim świecie żyjesz!

Mąż Lydii uśmiechnął się.

- Świat, zawsze tak myślę, jest taki, jakim go sobie uczynimy.

- Nie! - zaprotestowała ostro. - Zło jest nie tylko w głowach. Zło istnieje! Wyglądasz na kogoś, kto nie ma świadomości zła w świecie. A ja mam. Czuję je. Zawsze czułam; tutaj, w tym domu - przygryzła wargę i odwróciła się.

- Lydio - zaczął, ale ona szybko uniosła rękę ostrzegawczym gestem. Patrzyła na coś za jego plecami. Odwrócił się. Stojący z tyłu mężczyzna miał na gładkiej twarzy wyraz szacunku.

- Co jest, Horbury? - spytała ostro Lydia.

- Pan Lee, madame - Horbury miał niski głos, szczególny rodzaj uniżonego pomruku - prosił, abym powiedział pani, że na Boże Narodzenie przyjedzie jeszcze dwoje gości. Prosił o przygotowanie pokojów dla nich.

- Jeszcze dwoje gości?

- Tak, madame - potwierdził ze słodyczą Horbury - jeszcze jeden dżentelmen i młoda dama.

- Młoda dama? - zaciekawił się Alfred.

- Tak właśnie powiedział pan Lee, sir.

- Pójdę do niego na górę… - szybko zdecydowała się Lydia, ale utknęła w miejscu, widząc nieznaczny gest Horbury’ego.

- Proszę wybaczyć, madame, ale pan Lee zażywa właśnie popołudniowej drzemki. Specjalnie prosił, aby mu nie przeszkadzać.

- Rozumiem - powiedział Alfred. - Nie będziemy go niepokoić, oczywiście.

- Dziękuję panu, sir - Horbury wycofał się.

- Nie cierpię tego człowieka! - wybuchnęła Lydia. - Skrada się po tym domu jak kot! Zawsze pojawia się bezszelestnie i znienacka. - Ja też go nie lubię. Ale on zna swoje obowiązki. Obecnie nie tak łatwo znaleźć dobrego służącego i zarazem pielęgniarza. Ojciec go lubi, a to najważniejsze.

- Tak, to jest najważniejsze, tak jak mówisz. Alfredzie, co z tą młodą damą? Jaka młoda dama?

- Nie mam pojęcia. Nie przychodzi mi na myśl, kto mógłby to być - pokręcił głową.

Patrzyli jedno na drugie.

- Wiesz, co myślę, Alfredzie? - spytała Lydia, krzywiąc wymownie usta.

- Co?

- Myślę, że twój ojciec był ostatnio znudzony. Przypuszczam, że planuje sobie trochę rozrywki na Boże Narodzenie.

- Zapraszając dwie obce osoby na rodzinne spotkanie?

- Och! Nie wiem, jak to wygląda w szczegółach, ale wyobrażam sobie, że twój ojciec szykuje sobie jakąś zabawę.

- Mam nadzieję, że będzie miał z tego jakąś przyjemność - powiedział z powagą Alfred. - Biedny staruszek, uwiązany na miejscu przez tę swoją nogę. Tyle miał przygód, a teraz musi wieść żywot inwalidy.

- Tyle miał przygód - powtórzyła Lydia, akcentując specjalnie i niezbyt jasno przygody. Wydawało się, że Alfred odczuł to wyraźnie. Zarumienił się, wyglądał na nieszczęśliwego.

- Jakim sposobem może mieć takiego syna jak ty? Nie mogę pojąć! - krzyknęła nagle. - Dwa przeciwieństwa. Ale on rzucił na ciebie urok; ty go po prostu uwielbiasz!

- Czy nie posuwasz się trochę za daleko, Lydio? - w głosie Alfreda pobrzmiewała odrobina irytacji. - To naturalne, że syn kocha ojca. Byłoby dziwne, gdyby było inaczej.

- W takim razie ta rodzina jest w większości dziwna! Och, nie kłóćmy się! Przepraszam. Zraniłam twoje uczucia, wiem. Wierz mi, Alfredzie, naprawdę nie miałam takiego zamiaru. Cenię cię ogromnie za twoją… za twoją wierność.

Lojalność jest tak rzadką cnotą w obecnych czasach. Powiedzmy, no powiedzmy, że jestem zazdrosna? Uważa się za naturalne, że żony są zazdrosne o swoje teściowie, a czy żona nie może być zazdrosna o przywiązanie syna do ojca? Czy nie może być zazdrosna o teścia?

- Nie panujesz nad swoim językiem, Lydio - objął ją czule ramieniem. - Nie masz żadnego powodu do zazdrości.

Pocałowała go w płatek ucha; taka szybka, delikatna pieszczota z domieszką skruchy.

- Wiem. Tak samo, Alfredzie, nie sądzę, bym mogła być w najmniejszym stopniu zazdrosna o twoją matkę. Szkoda, że jej nie znałam.

- To było biedne stworzenie.

Żona spojrzała na Alfreda z zainteresowaniem.

- A więc tak ją zapamiętałeś… jako biedne stworzenie… To interesujące.

- Widzę ją niemal zawsze chorą… - powiedział zamyślony. - Często we łzach… - potrząsnął głową. - Nie miała hartu ducha.

- Jakie dziwne… - zamruczała cicho, wciąż mu się przypatrując. Kiedy jednak zwrócił ku niej pytające spojrzenie, szybko zmieniła temat.

- Ponieważ nie wolno nam dowiedzieć się, kim są nasi tajemniczy goście, pójdę popracować do ogrodu.

- Jest bardzo zimno, moja droga. Strasznie wieje.

- Opatulę się solidnie.

Wyszła. Alfred Lee pozostał sam. Przez parę minut trwał w bezruchu, marszcząc tylko z lekka czoło, potem podszedł do wielkiego okna na drugim końcu salonu. Na zewnątrz przez całą długość budynku ciągnął się taras. Po minucie lub dwóch ukazała się na nim Lydia, niosąc płaski kosz. Miała na sobie gruby płaszcz. Postawiła kosz na ziemi i zaczęła coś robić przy prostokątnym, kamiennym korycie, wystającym nieco ponad powierzchnię tarasu.

Mąż obserwował ją przez pewien czas. Wreszcie opuścił salon, włożył płaszcz, zawiązał szalik i bocznymi drzwiami wyszedł na taras. Minął parę innych kamiennych koryt, w których były urządzone miniaturowa ogródki, dzieła zręcznych palców Lydii.

Jedno przedstawiało pustynię z żółtym, drobnym piaskiem, grupą palm z kolorowej blachy i karawaną wielbłądów prowadzonych przez dwie figurki Arabów. Kilka prymitywnych glinianych lepianek wykonała Lydia z plasteliny. W innej kamiennej misie był ogród włoski z tarasami i gazonami pełnymi kwiatów z kolorowego laku. Nieco dalej mroziło oko oglądającego wyobrażenie wybrzeża Antarktydy: bryły zielonego szkła udawały góry lodowe, a tu i ówdzie skupiały się gromadki pingwinów. Nie brakło również ogrodu japońskiego z pięknymi, karłowatymi drzewami, lusterkami w roli oczek wodnych i mostkami ulepionymi z plasteliny.

Alfred zatrzymał się przy Lydii, która układała szkiełka na niebieskim papierze. Wokół tej tafli nagromadziła kamienie i sypała właśnie ostry żwir, formując plażę. Pomiędzy kamieniami sterczało parę małych kaktusów.

- Tak, właśnie tak, dokładnie tak, jak chciałam - mruczała do siebie Lydia.

- Co przedstawia to ostatnie dzieło sztuki?

- To? - była zaskoczona jego nadejściem, nie słyszała kroków. - Och, to jest Morze Martwe, Alfredzie. Podoba ci się?

- Bardzo jałowca kraina. Czy nie powinno tu być więcej roślinności?

- To moja wizja Morza Martwego. Widzisz, ono ma być martwe…

- Nie jest tak atrakcyjne jak inne kawałki świata, które tu stworzyłaś.

- Nie miało być specjalnie atrakcyjne.

Na tarasie zabrzmiały kroki. Nadszedł stary, siwy i lekko przygarbiony lokaj.

- Dzwoni żona pana George’a Lee, proszę pani. Pyta, czy dobrze będzie, jeśli przyjadą jutro o piątej dwadzieścia.

- Tak, powiedz jej, że to dobra pora.

- Dziękuję pani, madame.

Lokaj oddalił się pośpiesznie. Lydia patrzyła za nim z rozczuleniem.

- Drogi, stary Tressilian. Jest prawdziwą podporą! Nie wyobrażam sobie, co zrobilibyśmy bez niego.

- Tak, to stara dobra szkoła - przytaknął Alfred. - Jest z nami prawie czterdzieści lat. Naprawdę oddany.

- Jak wierny sługa z opowieści o dawnych czasach - skinęła głową Lydia. - Jestem przekonana, że w razie potrzeby broniłby każdego z nas do ostatniego tchnienia!

- Tak, oczywiście… Na pewno by bronił.

Lydia przygładziła ostatni fragment plaży.

- No, gotowe.

- Gotowe? - spojrzał zdziwiony Alfred.

Roześmiała się.

- Gotowe na Boże Narodzenie, głuptasie! Na to sentymentalne, rodzinne Boże Narodzenie, które jest przed nami.

 

IV

 

David przeczytał list, następnie zgniótł kartkę i rzucił za siebie. Zaraz jednak schylił się po papierową kulkę, rozprostował arkusik i przeczytał ponownie.

Hilda obserwowała męża bez słowa. Zwróciła uwagę na pulsującą żyłkę na skroni, lekkie drżenie długich, delikatnych dłoni, nerwowe, spazmatyczne ruchy całego ciała. Kiedy poprawił kosmyk jasnych włosów, które zawsze spadały mu na czoło, i zwrócił ku niej proszące spojrzenie niebieskich oczu, była gotowa.

- Co z tym zrobimy, Hildo?

Hilda dłuższą chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią. Słyszała błaganie w jego głosie. Wiedziała, jak bardzo jest jej podporządkowany - zawsze tak było, od samego ślubu. Wiedziała niemal na pewno, że może wpłynąć na jego decyzję zasadniczo i ostatecznie. I właśnie z tej przyczyny nie spieszyła się z wygłaszaniem jednoznacznej opinii.

- Wszystko zależy od tego, co ty o tym myślisz, Davidzie - powiedziała cicho kojącym głosem doświadczonej niani.

Hilda nie była piękna, ale miała w sobie coś magnetycznego. Ciepło i przymilność w barwie głosu. Przywodziła na myśl urok holenderskiego malarstwa. Emanował z niej spokój, serdeczność i jakaś wewnętrzna siła, nęcąca słabych. Ani specjalnie bystra, ani szczególnie błyskotliwa, ta nieco masywna kobieta w średnim wieku miała w sobie coś, wobec czego nie można było przejść obojętnie. Hilda miała siłę!

David wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem po pokoju. Wyglądał niezwykle chłopięco. W jego włosach nie było jeszcze widać siwizny, a twarz przypominała niezbyt srogie oblicza rycerzy z obrazów Burne-Jonesa. Była jakby nie całkiem realna…

- Wiesz, co o tym sądzę, Hildo - powiedział zamyślony.

- Wiesz przecież.

- Nie jestem pewna.

- Ale przecież mówiłem ci, powtarzałem ci to tyle razy! Jak nienawidzę tego wszystkiego: domu, okolicy i w ogóle wszystkiego! To nie może przynieść nic dobrego. Czułem się nieszczęśliwy w każdej chwili, którą tam spędziłem. Kiedy pomyślę, co wycierpiała moja biedna matka…

Hilda pokiwała głową ze współczuciem.

- Była taka dobra, Hildo, taka cierpliwa. Tak długo obłożnie chora, często w boleściach. I wszystko pokornie znosiła. A kiedy wspomnę mojego ojca - twarz Davida pociemniała - który jest winien wszystkich jej cierpień, który ją upokarzał, zdradzał nieustannie i jeszcze się tym chełpił, to…

- Nie wolno się na takie rzeczy godzić - powiedziała Hilda Lee. - Powinna była odejść od niego.

- Była na to za dobra - odparł z lekkim wyrzutem David.

- Uważała, że jej obowiązkiem jest pozostać. Poza tym to był jej dom, dokąd miała pójść?

- Mogła zacząć na nowo, ułożyć sobie życie po swojemu.

- W tamtych czasach? - spytał David. - Niczego nie rozumiesz. Wtedy to było nie do pomyślenia. Kobiety musiały się ze wszystkim godzić i cierpliwie znosić swoją niedolę. Nie mogła przecież zapomnieć o nas. A gdyby nawet dostała rozwód, to co dalej? Ojciec ożeniłby się pewnie raz jeszcze i założył nową rodzinę. Matka miała więc na uwadze przede wszystkim nasze dobro.

Hilda milczała.

- Postąpiła jak należało - ciągnął David. - To była święta osoba! Znosiła wszystko aż do końca i nie skarżyła się,

- Coś chyba jednak musiała mówić o swoich cierpieniach, skoro tyle wiesz na ten temat, Davidzie!

- Tak, opowiadała mi o różnych rzeczach - potwierdził miękko, a twarz rozjaśniła mu się od wspomnień. - Czuła, że bardzo ją kocham. Kiedy umarła… - urwał i przeczesał dłonią włosy.

- Hildo, to było straszne, potworne! Rozpaczliwe! Była jeszcze młoda, wcale nie musiała umierać. To on ją zabił, mój ojciec! On odpowiada za tę śmierć. Złamał jej serce. Wówczas przyrzekłem sobie, że nie będę dłużej mieszkał z nim pod jednym dachem. Uciekłem od tego wszystkiego.

- Bardzo mądrze zrobiłeś. Tak trzeba było.

- Ojciec chciał, żebym mu pomagał w interesach, ale to by oznaczało pozostanie w tym domu. Nie mogłem dłużej. Nie rozumiem, jak Alfred może to znosić przez tyle lat.

- Alfred nigdy się nie buntował? - spytała zaciekawiona nieco Hilda. - Coś kiedyś mówiłeś na ten temat. Nie chciał się usamodzielnić?

- Myślał o karierze wojskowej. Ojciec wszystko dla nas z góry zaplanował: Alfred, najstarszy, miał iść do kawalerii, Harry i ja mieliśmy pomagać w fabryce, a George zająć się polityką.

- No i dlaczego stało się inaczej?

- Harry, który zawsze był zakałą rodziny, pokrzyżował wszystkie plany. Narobił długów, miał też mnóstwo innych kłopotów, aż wreszcie ulotnił się, a wraz z nim zniknęło kilkaset funtów, które wcale nie były jego własnością. Napisał tylko dwa zdania: że posada gryzipiórka go nie pociąga i chce zobaczyć kawał świata…

- I nigdy już nie dał znaku życia?

- Ależ dał, naturalnie! - roześmiał się David. - Przysyłał telegramy z podróży, prosząc o pieniądze. I przeważnie je dostawał!

- A Alfred?

- Ojciec kazał mu zrezygnować z wojska i zająć się fabryką.

- Nie miał nic przeciwko temu?

- Nie ulega wątpliwości, że był strasznie niezadowolony. Ojciec jednak zawsze robił z nim, co chciał. Myślę, że jest mu całkowicie podporządkowany.

- A ty jednak się wyrwałeś?

- Tak, pojechałem do Londynu studiować malarstwo. Ojciec zapowiedział mi, że wobec tak nierozsądnej decyzji nic mi nie da za życia i nic nie zapisze w spadku. Odparowałem, że nie dbam o to. Wyzwał mnie od młodych głupców i więcej go już nie widziałem.

- Nie żałowałeś potem?

- Nie, nigdy. Zdaję sobie sprawę, że nie dokonam wielkich rzeczy w sztuce i wybitnym artystą nie zostanę. Ale przecież dobrze nam tu w tym domku, mamy wszystko, czego nam potrzeba. A kiedy umrę, no to… Ubezpieczyłem się na życie na twoją korzyść.

Urwał i dodał:

- A tu teraz coś takiego! - otwartą dłonią uderzył w list.

- Skoro jest to dla ciebie tak przykre, żałuję, że twój ojciec w ogóle napisał.

- Prosi - David zdawał się nie słyszeć uwagi żony - żebym przyjechał na święta razem z żoną. Chce, abyśmy je spędzili razem, jak prawdziwa rodzina. Za tym musi się coś kryć.

- A jeśli nie kryje się nic szczególnego? Może - powiedziała z uśmiechem - twój ojciec zrobił się na starość trochę sentymentalny i zapragnął rodzinnego ciepła. Tak bywa, wiesz o tym.

- Bywa, może… - zgodził się bez przekonania David.

- Samotność coraz bardziej ciąży z łatami.

- Uważasz, że trzeba pojechać, Hildo?

- Nie należy odmawiać takiej prośbie. Pewnie jestem staroświecka, ale sądzę, że ludzie powinni być razem na Boże Narodzenie, okazywać dobrą wolę, szukać zgody.

- Tak sądzisz? Po tym, co ci powiedziałem?

- Wiem, mój kochany, rozumiem. Ale to już należy do przeszłości.

- Nie dla mnie.

- Nie, bo ty nie chcesz pozwolić przeszłości umrzeć. Dla ciebie ona jest wciąż żywa.

- Nie mogę zapomnieć.

- Nie możesz zapomnieć, bo nie chcesz, Davidzie!

- Tacy jesteśmy - zacisnął usta - my wszyscy z rodu Lee. Przez lata pamiętamy o wszystkich urazach, pielęgnujemy je, odświeżamy blaknące wspomnienia.

- Dla mnie ważna jest chwila obecna. To, co minęło, musi odejść. Próby ożywienia przeszłości powodują tylko jej deformację, rzeczy ukazują się w fałszywej perspektywie.

- A ja pamiętam doskonale wszystko, co się kiedyś zdarzyło, każde słowo pamiętam - odrzekł z zawziętością David.

- Tak, ale to nie jest normalne, mój drogi. Wciąż patrzysz na to oczami młodego chłopaka, a powinieneś przeszłość sądzić spokojnie, jak dojrzały mężczyzna.

- Co to za różnica?

Hilda zawahała się. Może to nierozważne brnąć w tę argumentację, ale słowa same cisnęły się na usta.

- Myślę, że ojciec wciąż ma dla ciebie coś z potwora. A może spojrzałbyś na niego jak na zwykłego człowieka, który nie potrafił okiełznać swoich namiętności. Pewnie, że popełnił w życiu sporo grzechów, ale to człowiek, a nie jakieś nieludzkie monstrum.

- Nic nie rozumiesz. Moją matkę traktował jak…

- Niekiedy zbytnia uległość - przerwała Hilda - i podporządkowanie wyzwala w mężczyźnie najgorsze instynkty. Ten sam mężczyzna, gdyby napotkał kogoś z charakterem, siłą woli, postępowałby zupełnie inaczej.

- A więc, twoim zdaniem, to jej wina…

- Nie, na pewno nie! - zaprotestowała. - To oczywiste, że ojciec źle traktował matkę, małżeństwo jest jednak rzeczą szczególną i wątpię, by ktokolwiek z zewnątrz, nawet dziecko pochodzące z tego związku, miał prawo je osądzać. Poza tym te żale w niczym już matce nie pomogą. Wszystko dawno minęło. Jest tylko stary człowiek, schorowany. I on prosi syna, by przyjechał do domu rodzinnego na Boże Narodzenie.

- I chcesz, bym pojechał?

Hilda zawahała się, ale nagle podjęła decyzję.

- Tak, chcę, żebyś pojechał i pogrzebał te upiory przeszłości raz na zawsze.

 

V

 

George Lee, poseł do parlamentu z okręgu Westeringham, miał czterdzieści jeden lat i był dżentelmenem korpulentnym, z wydatnym podbródkiem. Mówił w sposób pedantyczny, a w jego bladoniebieskich, lekko wyłupiastych oczach czaiła się podejrzliwość.

- Raz już ci powiedziałem, Magdaleno, że pojadę, gdyż traktuję to jako swój święty obowiązek - rzekł z powagą.

Żona posła wzruszyła ramionami zirytowana. Była to drobna, szczuplutka platynowa blondynka o owalnej twarzy z wyskubanymi brwiami. Często twarz jej nie miała żadnego wyrazu; jak na przykład w tej chwili.

- Kochanie, tylko pomyśl, tam będzie strasznie nudno, jestem pewna.

- Ale - oblicze George’a Lee rozjaśniło się, bo przyszła mu do głowy przyjemna myśl - ile zaoszczędzimy! Święta zawsze kosztują okropnie dużo. Teraz będzie kosztowało nas tylko utrzymanie służby.

- No, dobrze - skapitulowała Magdalena. - Święta są w końcu wszędzie beznadziejnie nudne.

- Przypuszczam - George wciąż myślał o oszczędnościach na służbie - że spodziewają się świątecznego obiadu. Ale wystarczy porządny befsztyk zamiast indyka.

- Dla służby? George, musisz to tak wałkować? Stale martwisz się o forsę.

- Ktoś musi o tym myśleć.

- Tak, ale takie skąpstwo w drobiazgach to już przesada. Nie możesz poprosić ojca o więcej pieniędzy?

- I tak dużo od niego dostaję.

- To okropne, ta twoja całkowita zależność od ojca. Powinien oddać ci do dyspozycji jakiś kapitał.

- To nie w jego stylu.

Magdalena podniosła ku mężowi orzechowe oczy, nagle ostre i przeszywające. Pusta zwykle, pociągła twarz nabrała wyrazu.

- On jest diabelnie bogaty, prawda, George? Może to nawet milioner?

- Myślę, że ma nawet kilka milionów.

Magdalena westchnęła z zawiścią.

- Gdzie on zdobył ten majątek? W Afryce Południowej?

- Tak, zbił tam forsę w młodości. Głównie na diamentach.

- Niesamowite!

- Potem wrócił do Anglii i tak prowadził interesy, że podwoił albo nawet potroił swoją fortunę.

- Co z tym będzie, kiedy umrze?

- Ojciec nigdy nie mówił wiele na ten temat. Nie wypada, oczywiście, pytać wprost, ale przypuszczam, że większa część pieniędzy przypadnie Alfredowi i mnie. Alfred, to jasne, dostanie więcej niż ja.

- Ale masz jeszcze brata?

- Owszem, Davida. Nie sądzę, by mu się wiele dostało. Opuścił dom, oddając się sztuce czy innym takim głupstwem. Ojciec ostrzegał, że go wydziedziczy, ale David oświadczył, że nie dba o to.

- Głupota - powiedziała Magdalena pogardliwie.

- Była też siostra, Jennifer. Wyjechała z Hiszpanem… artystą… zresztą przyjacielem Davida. Zmarła przed rokiem, zostawała, zdaje się, córkę. Ojciec może dać jej trochę pieniędzy, ale na pewno to nie będzie dużo. No i, oczywiście, Harry…

Zamilkł, nieco zakłopotany.

- Harry? - spytała zdziwiona Magdalena. - Kto to jest Harry?

- Harry… mój brat.

- Nie wiedziałam, że masz jeszcze jednego brata.

- Moja droga, on… nie przynosi nam chwały. Nie wspominamy o nim. Nadużył naszego zaufania. Już od lat nie mieliśmy od niego żadnych wiadomości. Prawdopodobnie nie żyje.

Magdalena roześmiała się nagle.

- Co cię tak rozśmieszyło?

- Po prostu pomyślałam sobie, jakie to śmieszne, że właśnie ty, człowiek o nieposzlakowanej opinii, masz brata - takie ziółko!

- Myślę, że mam nieposzlakowaną opinię - uciął chłodno.

Oczy Magdaleny zwęziły się.

- Twój ojciec nie jest… tak szacowny jak ty, George.

- Co ty, Magdaleno?

- Niekiedy mówi rzeczy, które mnie niepokoją.

- Magdaleno, doprawdy, zdumiewasz mnie. Czy Lydia też tak sądzi?

- Ale on takich rzeczy nigdy Lydii nie mówi - powiedziała gniewnie Magdalena. - Nigdy. Ciekawe, dlaczego jej nie mówi?

George rzucił żonie szybkie spojrzenie i odwrócił oczy.

- Och - rzekł beznamiętnie - trzeba mieć zrozumienie. W wieku ojca… Poza tym, on jest chory…

- Naprawdę, jest poważnie chory?

- No nie, tak bym tego nie określił. On jest bardzo twardy. Skoro jednak chce mieć całą rodzinę ze sobą wokół świątecznego stołu, to sądzę, że powinniśmy pojechać. Kto wie, może to jego ostatnie Boże Narodzenie.

- Tak się tylko mówi, George - powiedziała ostro - ale niewykluczone, że jednak będzie żył przez długie lata, prawda?

- Jasne… To nie jest wykluczone - wyjąkał zaskoczony.

- No, dobrze, chyba rzeczywiście najlepiej zrobimy, jak pojedziemy.

- Nie mam co do tego wątpliwości.

- Ale ja wcale nie mam ochoty! Alfred to nudziarz, a Lydia źle się do mnie odnosi.

- Nonsens.

- Tak właśnie jest! I jeszcze na dokładkę ten wstrętny sługus!

- Stary Tressilian?

- Nie, Horbury. Podkrada się jak kot, i jeszcze ten fałszywy uśmiech.

- Magdaleno, nie sądziłem, że w ogóle zwracasz na niego uwagę.

- Działa mi po prostu na nerwy, ale zostawmy to. Widzę, że naprawdę musimy tam pojechać. Nie róbmy przykrości starszemu człowiekowi.

- Właśnie, nie wolno tego robić. A świąteczny obiad dla służby…

- Nie teraz, George, kiedy indziej. Zadzwonię zaraz do Lydii i powiem, że przyjedziemy jutro o piątej dwadzieścia.

Wybiegła z pokoju. Po rozmowie telefonicznej poszła do swojego pokoju na górę i siadła przy biurku. Zaczęła grzebać w szufladach i przegródkach. Były tam całe pliki rachunków. Próbowała je sensownie posortować, ale po chwili prychnęła niecierpliwie. Papierzyska w bezładzie trafiły z powrotem do szuflad, a Magdalena przejechała dłonią po swojej gładkiej, platynowej fryzurze.

- Co ja mam zrobić? - mruknęła.

 

VI

 

Na pierwszym piętrze rezydencji Gorston Hali długi korytarz prowadził do wielkiej sali, której okna wychodziły na frontowy podjazd. Były tu okazałe staroświeckie meble, brokatowe obicia, głębokie skórzane fotele, wielkie wazy z wyobrażeniami smoków, rzeźby z brązu. Wszystko wystawne, drogie i solidne.

W przepastnym fotelu, najokazalszym ze wszystkich, siedział zasuszony mężczyzna. Długie palce wbijały się w podłokietniki. Obok leżała laska ze złotą główką. Siwowłosy mężczyzna o pożółkłej i pomarszczonej twarzy miał na sobie znoszony błękitny szlafrok, a na nogach bambosze.

Słabiutki, bezbronny staruszek, można by pomyśleć na pierwszy rzut oka. Dumna linia orlego nosa i ciemne, pełne życia oczy mówiły jednak zupełnie co innego. Czuło się żar, witalność i wigor.

Stary Simeon Lee wydał z siebie nagły, cienki chichot.

- Powtórzyłeś pani Alfredowej, co ci kazałem?

- Tak, proszę pana - ugrzecznionym, pełnym uszanowania tonem odpowiedział stojący za fotelem Horbury.

- Słowo w słowo, tak jak ci mówiłem?

- Tak, proszę pana. Bez najmniejszego błędu, proszę pana.

- Tak… Nie robisz błędów. Lepiej, żebyś nie robił błędów, bo inaczej pożałujesz! A ona co na to, Horbury? Co powiedziała pani Alfredowa?

Horbury spokojnie, obojętnie powtórzył jej słowa. Stary człowiek znowu zachichotał i zatarł ręce.

- Świetnie… Pierwsza klasa… Będą łamać sobie głowę przez cały wieczór! Znakomicie! Zadałem im bobu! Idź i sprowadź ich tutaj.

- Tak, proszę pana.

Horbury przepłynął bezgłośnie przez pokój i wyszedł.

- A, Horbury…

Starzec obejrzał się i zaklął pod nosem.

- Ten typ porusza się jak kot. Nigdy nie wiadomo, gdzie jest.

Siedział nieruchomo w fotelu, gładząc się po brodzie. Rozległo się pukanie do drzwi. Wszedł Alfred z Lydią.

- A, jesteście. Siadaj tu Lydio, kochanie, koło mnie. Piękne masz dzisiaj rumieńce.

- Byłam na dworze, a jest dość zimno. Chłód szczypie w policzki.

- Jak się miewasz, ojcze? - zapytał Alfred. - Odpocząłeś trochę po południu?

- Świetnie, świetnie. Śniły mi się stare czasy, kiedy nie byłem jeszcze filarem społeczeństwa, nawet się jeszcze nie ustatkowałem.

Nagle roześmiał się głośno. Synowa siedziała bez słowa i tylko uśmiechała się z grzeczną miną.

- Cóż to za dwójka nieoczekiwanych gości na święta, ojcze?

- A, no właśnie! Powinienem wam o tym powiedzieć. Gwiazdka w tym roku to dla mnie wspaniałe święta. Więc tak, przyjeżdża George z Magdaleną…

- Tak, przyjeżdżają jutro - przerwała mu Lydia - pociągiem o piątej dwadzieścia.

- George, ta okropna oferma! - ciągnął stary Simeon.

- No, ale w końcu to mój syn.

- Podoba się swoim wyborcom - zauważył Alfred.

Simeon znowu zachichotał.

- Myślą pewnie, że to ktoś porządny. Porządny! W naszej rodzinie nie było nikogo porządnego.

- Och, ojcze!

- No, tylko ty jeden, mój chłopcze. Ty jeden.

- A David? - spytała Lydia.

- David. Ciekawe, czy jest taki sam po tych wszystkich latach. Był taki mięczakowaty za młodu. A jak wygląda jego żona? On nie ożenił się w każdym razie z babką o dwadzieścia lat młodszą jak ten dureń George!

- Hilda przysłała bardzo miły list - powiedziała Lydia.

- Przed chwilą dostałam też telegram z potwierdzeniem jutrzejszego przyjazdu.

Teść patrzył na nią przenikliwie. Po chwili zaśmiał się.

- Ty się nic nie zmieniasz, Lydio. Muszę przyznać, że jesteś dobrze wychowana. Widać klasę. Znam się na tym. Nawiasem mówiąc, dziedziczność to szczególna rzecz. Tylko jedno z moich dzieci ma coś po mnie, tylko jedno.

- No, a teraz zgadujcie - oczy Simeona błysnęły - kto przyjeżdża tu na Boże Narodzenie. Do trzech razy sztuka! Stawiam pięć funtów, że nie zgadniecie.

Patrzył to na jedno, to na drugie.

- Horbury mówił - zmarszczył brwi Alfred - że oczekujesz młodej damy.

- A, to cię intryguje! Tak jest. Filar będzie tu lada moment. Posłałem po nią samochód.

- Pilar? - zdziwił się Alfred.

- Pilar Estravados - objaśnił Simeon. - Córka Jennifer, a moja wnuczka. Ciekaw jestem, do kogo będzie podobna.

- Wielkie nieba! Ojcze, nigdy nie mówiłeś mi…

- A nie mówiłem, nie! To była moja tajemnica. Poleciłem Charltonowi napisać i załatwić wszystko.

- Nigdy mi nie powiedziałeś… - powtórzył z wyrzutem Alfred.

- Gdybym powiedział, nie byłoby niespodzianki - ojciec uśmiechnął się złośliwie. - Chyba przyjemnie będzie gościć tu znowu kogoś młodego. Nigdy nie widziałem tego Estravadosa. Ciekawe, czy ona jest podobna do matki, czy do ojca.

- Ale ojcze, czy to było rozsądne? - zaczął Alfred. - Biorąc wszystko pod uwagę…

- Do licha z rozsądkiem - przerwał mu starzec. - Za bardzo się kierujesz rozsądkiem, Alfredzie. Zawsze taki byłeś. A ja jestem inny! Uważam, że trzeba robić to, na co ma się ochotę, i nie myśleć o rozsądku. Tak twierdzę! Ta dziewczyna to moja wnuczka, moja jedyna wnuczka! Nie obchodzi mnie jej ojciec, nie interesuje mnie, kim był i co robił. Ta dziewczyną to krew z mojej krwi! A ściągam ją tutaj, by z nami zamieszkała.

- Będzie tu mieszkać? - spytała ostro Lydia.

- Masz coś przeciw temu?

- Naturalnie że nie. Możesz zapraszać do swojego domu, kogo chcesz. Nie wiem tylko, czy ona…

- Czy ona co?

- Czy będzie tu szczęśliwa.

- Ona nie ma grosza przy duszy. Musi być wdzięczna.

Lydia wzruszyła ramionami, a Simeon zwrócił się do Alf reda.

- Widzisz? Czyż nie będą to wspaniałe święta? Z wszystkimi dziećmi przy mnie? A teraz zgaduj, kto będzie tym drugim gościem.

Alfred wytrzeszczył oczy.

- Wszystkie moje dzieci, powiedziałem. No, czemu nie zgadujesz, chłopie? Harry, oczywiście! Twój brat Harry!

- Harry… Ależ Harry… - jąkał się blady Alfred.

- Harry we własnej osobie.

- Myśleliśmy, że umarł!

- On by miał umrzeć?

- Ściągasz go tutaj, po tym wszystkim, co zrobił?

- A co, syn marnotrawny? Zgadza się. Zabijemy więc utuczone cielę! Trzeba zabić utuczone cielę, bo wraca syn marnotrawny, Alfredzie. Musimy urządzić Harry’emu serdeczne powitanie.

- Przecież postąpił wobec ciebie… wobec nas wszystkich… jak niewdzięcznik.

- Nie ma potrzeby wyliczania jego wszystkich draństw. Lista jest zbyt długa. Ale pamiętaj, że Boże Narodzenie to czas odpuszczania win. Powitajmy go jak syna marnotrawnego.

- To dla mnie szok - wymamrotał Alfred, wstając. - Nigdy bym nie przypuszczał, że Harry postawi swoją nogę w tych murach.

- Nigdy go nie lubiłeś, prawda? - spytał cicho Simeon.

- Po tym, jak postąpił wobec ciebie…

- Co było, minęło! - zaśmiał się Simeon. - Na tym przecież polegają święta Bożego Narodzenia, prawda Lydio?

- Wygląda na to - odpowiedziała blada Lydia - że ojciec od dawna obmyślał tegoroczną Gwiazdkę.

- Pragnę mieć rodzinę dookoła siebie, jestem już stary. Pokój ludziom dobrej woli! Zostawiasz mnie, chłopcze?

Alfred wyszedł pośpiesznie.

- Dopiekłem twojemu mężowi. On i Harry nigdy się nie zgadzali. Harry zawsze się z niego natrząsał. Nazywał go nadętym ślamazarą.

- To jak zając i żółw z bajki. Ale w bajce to żółw wygrywa gonitwę.

- Nie zawsze. W życiu bywa jednak inaczej, moja droga Lydio.

- Wybacz, ojcze - powiedziała z uśmiechem - muszę pójść do Alfreda. W takich momentach wpada w przygnębienie.

-Tak, Alfred nie lubi zmian - zachichotał Simeon. - Chciałby mieć zawsze święty spokój.

- Alfred jest bardzo oddany ojcu.

- Dziwi cię to?

- Czasami mnie dziwi - odpowiedziała i wyszła z pokoju.

Simeon patrzył za nią. Chichotał cicho i zacierał ręce.

- Niezła zabawa - powiedział do siebie. - Przez całe święta będę się dobrze bawił.

Podniósł się z wyraźnym wysiłkiem i podpierając się laską, pokuśtykał wzdłuż pokoju. Podszedł do wielkiego sejfu stojącego w kącie. Pokręcił gałką, drzwiczki ustąpiły. Wsunął drżące palce do środka. Wyciągnął z sejfu mały zamszowy woreczek z nie szlifowanymi diamentami. Przesypywał je między palcami.

- Moje cudeńka… Zawsze takie piękne… Moje stare przyjaciółki… To były piękne dni… Żaden szlif wam nie potrzebny, moje drogie. Nie będziecie wisieć na kobiecej szyi, tkwić na palcach ani dyndać koło uszu. Należycie tylko do mnie, moje stare przyjaciółki. Mamy wspólne sekrety. Mówią, że jestem stary i chory, ale ja się nie daję! W starych kościach jest jeszcze dużo życia. A życie wciąż szykuje mi coś zabawnego…

 

Część II - 23 grudnia

I

 

Rozległ się dzwonek. Tressilian ruszył ku drzwiom. Ktoś dobijał się bardzo natarczywie. Zanim stary sługa powoli przeszedł przez hol, dzwonek odezwał się jeszcze kilkakrotnie.

Tressilian zarumienił się z gniewu. Co za brak manier. Tak kołatać do porządnego domu. Jeżeli to znowu banda kolędników, to nauczy ich moresu. Przez matową szybę okienka ujrzał sylwetkę postawnego mężczyzny w kapeluszu nasuniętym na oczy. Otworzył. Tak jak myślał. Jakiś obcy, w tanim, krzykliwym ubraniu! Chyba nachalny żebrak!

- A niech mnie, jeśli to nie Tressilian - wykrzyknął przybysz. - Jak się masz, stary?

Tressilian patrzył zdumiony na mężczyznę. Ta arogancko wysunięta szczęka, wydatny nos, szelmowskie oczy. Nie zmienił się przez te lata. To musi być on.

- Panicz Harry! - wykrzyknął z zapartym tchem.

Harry Lee wybuchnął śmiechem.

- Mało brakowało, a zemdlałbyś na mój widok. Myślałem że wiesz. Spodziewałem się, że mnie tu oczekują.

- Tak. Na pewno, proszę pana.

Harry cofnął się i popatrzył na dom. Okazała budowla z czerwonej cegły, niezbyt piękna, ale solidna.

- Tak samo szkaradna chałupa jak zawsze - otaksował.

- No, ale trzyma się, a to ważne. Jak się miewa ojciec?

- Jest już prawie inwalidą. Siedzi stale w swoim pokoju, chodzi z trudem. Ale trzyma się.

- Stary grzesznik!

Harry Lee wszedł do środka, pozwalając Tressilianowi zdjąć z siebie szal i co nieco ekscentryczny kapelusz.

- A jak mój drogi brat Alfred, Tressilianie?

- Bardzo dobrze, proszę pana.

- Nie może się doczekać, kiedy mnie zobaczy? - wyszczerzył zęby Harry.

- Tak przypuszczam, proszę pana.

- A ja nie! Całkiem przeciwnie. Idę o zakład, że moje pojawienie się to dla niego prawdziwy cios! Alfred i ja nigdy nie żyliśmy w zgodzie. Zaglądasz czasem do Biblii, Tressilianie?

- No, tak, proszę pana, czasami, proszę pana.

- Pamiętasz przypowieść o powrocie syna marnotrawnego? Dobry brat wcale się z tego powrotu nie cieszył, pamiętasz? W ogóle mu się to nie podobało! Dobry, stary domator Alfred również nie będzie szczęśliwy, głowę daję.

Tressilian spuścił głowę i milczał, ale sztywną postawą sygnalizował protest. Harry poklepał go po plecach.

- Prowadź, stary. Czeka na mnie utuczone cielę. Prowadź mnie tam prosto.

- Gdyby pan zechciał zaczekać chwilę w salonie. Nie bardzo wiem, gdzie wszyscy są… Nie można było wysłać nikogo na powitanie po pana, bo nie wiedzieliśmy, o której godzinie pan przyjedzie.

Harry kiwnął głową. Podążał przez hol za Tressilianem, rozglądając się na boki.

- Wszystkie stare graty na miejscu, widzę - zauważył.

- To nie do wiary, że nic się tu nie zmieniło od dwudziestu lat, kiedy opuszczałem tę chałupę.

Wszedł za Tressilianem do salonu.

- Spróbuję znaleźć pana Alfreda albo jego żonę - zamruczał stary sługa i oddalił się.

Harry Lee zrobił parę kroków i stanął zaskoczony widokiem postaci siedzącej na parapecie okiennym. Z niedowierzaniem wodził wzrokiem po czarnych włosach i egzotycznej, smagłej cerze ze śmietankowym odcieniem.

- Dobry Boże! Czyżbym widział siódmą i najpiękniejszą z żon mojego ojca?

Filar ześlizgnęła się z parapetu i podeszła do niego.

- Jestem Pilar Estravados - obwieściła. - A pan musi być chyba wujem Harrym, bratem mojej mamy.

- A więc pani jest córką Jenny!

- Dlaczego spytał mnie pan, czy jestem siódmą żoną? Czy on naprawdę miał już sześć żon?

Harry roześmiał się.

- Nie, zdaje się, że ślubną to miał tylko jedną. A więc, Pil… Jak pani ma na imię?

- Pilar.

- Zatem, Pilar, autentycznie zbaraniałem widząc panią, kwiat Południa, w tym mauzoleum.

- W tym mało…?

- W tym muzeum manekinów! Zawsze ten dom wydawał mi się paskudny! Teraz, kiedy widzę go znowu, wygląda jeszcze szpetniej.

- Ależ nie! Tu jest pięknie! - w głosie Pilar było oburzenie. - Wspaniałe meble i dywany! Wszędzie grube dywany i tyle ozdób. Wszystko w bardzo dobrym gatunku i wszystko takie drogocenne!

- A więc pani się tu podoba - Harry szczerzy! zęby, patrząc na nią z rozbawieniem. - Naprawdę, zdębiałem, kiedy zobaczyłem panią pomiędzy…

Urwał na widok Lydii w drzwiach salonu. Podeszła prosto do niego.

- Pan Harry? Jestem Lydia, żona Alfreda.

- Miło mi panią poznać, Lydio - uścisnął jej dłoń i obrzucił badawczym spojrzeniem inteligentną, żywą twarz. Sposób poruszania się szwagierki spodobał mu się od razu. Tak niewiele kobiet robi to zgrabnie, pomyślał.

Lydia też go otaksowała. To musi być chyba kawał brutala, stwierdziła, pociągający kawał brutala. Nie ufałabym mu ani na jotę.

- No i jak to wygląda po latach? - spytała z uśmiechem.

- Całkiem inaczej czy zupełnie tak samo?

- Zupełnie tak samo. - Spojrzał dookoła. - Ale ten pokój został przemeblowany.

- Och, wiele razy.

- Przypuszczam, że to pani go odmieniła.

- No, tak…

Z nagła uśmiechnął się do niej szelmowsko. Natychmiast przypomniał jej się uśmiech starca z pokoju na górze.

- Teraz ten salon ma klasę! Obiło mi się o uszy, że ten poczciwiec Alfred wziął sobie za żonę dziewczynę, której przodek towarzyszył Wilhelmowi Zdobywcy.

- To prawda - uśmiechnęła się Lydia. - Ród jednak nieco podupadł od czasów Wilhelma.

- A jak się miewa Alfred? Wciąż taki z niego oficjalny sztywniak?

- Nie mam pojęcia, jak pan go oceni, czy się zmienił, czy nie.

- A reszta? Rozrzuceni po całej Anglii?

- Nie, wszyscy zjechali się tu na święta.

Harry otworzył szeroko oczy.

- Do licha! Gwiazdkowy zjazd rodzinny? Co się stało staruszkowi? Nigdy nie dbał o sentymenty. Rodzina też go specjalnie nie obchodziła. Musiał się zmienić!

- Być może - przytaknęła oschle Lydia.

Pilar patrzyła na nich z zainteresowaniem w oczach.

- A George jak? - spytał Harry. - Nadal taki dusigrosz? Jak on lamentował, kiedy musiał wydać parę pensów ze swojego kieszonkowego!

- George jest w parlamencie - poinformowała Lydia. - Reprezentuje okręg Westeringham.

- Co? Ten wytrzeszcz w parlamencie? O Boże, a to ci dopiero!

Harry odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem. Był to potężny, dziki, tubalny śmiech; wydawał się gwałcić porządek panujący w salonie. Pilar wstrzymała oddech, a Lydia cofnęła się.

Harry, słysząc jakiś ruch za sobą, przestał się śmiać i odwrócił się gwałtownie. Z tyłu stał Alfred i patrzył na Harry’ego z dziwnym wyrazem twarzy.

Harry uśmiechnął się i zrobił krok do przodu.

- Toż to Alfred!

Alfred skłonił się.

- Jak się masz. Harry.

Stali w milczeniu patrząc na siebie. Lydia westchnęła głęboko i pomyślała: „Okropne! Patrzą na siebie czujnie jak dwa psy…”

Pilar miała oczy okrągłe ze zdumienia. „Sterczą jak durnie - uznała. - Dlaczego się nie obejmą? No tak, oczywiście, Anglicy takich rzeczy nie robią. Ale mogliby coś powiedzieć. Dlaczego tylko patrzą?”

- Tak, dziwne uczucie - być tu znowu! - powiedział w końcu Harry.

- No, wyobrażam sobie. Minęło ładnych parę lat, jak wyjechałeś.

Harry uniósł głowę i pogładził się ręką po brodzie. Był to ruch dla niego charakterystyczny; wyrażał wojowniczość.

- Tak, jestem zadowolony, że wróciłem - tu zrobił pauzę, by mocno zaakcentować słowo, które padnie - do domu…

 

II

 

- Był ze mnie, przyznaję, niezły kawał drania - powiedział Simeon Lee.

Siedział zagłębiony w fotelu, ze szczęką wysuniętą do przodu, w zamyśleniu gładził się ręką po brodzie. Przed nim na kominku buzował ogień, rzucając czerwone błyski. Obok siedziała Pilar z kawałkiem papieru w ręce, którym osłaniała sobie twarz od żaru. Od czasu do czasu wachlowała się nim, z gracją wyginając rękę w nadgarstku. Simeon patrzył na nią z upodobaniem.

Mówił dalej, bardziej może do siebie niż do dziewczyny, zachęcony do wynurzeń samą jej obecnością.

- Tak, byłem draniem. Co powiesz na to, Pilar?

- Wszyscy mężczyźni to dranie - wzruszyła ramionami Pilar. - Tak przynajmniej mówią zakonnice. I dlatego trzeba się modlić za tych łobuzów.

- Tak, ale ja byłem większym draniem niż inni - roześmiał się Simeon. - Ale wiesz co, wcale tego nie żałuję. Nie żałuję niczego. Radowałem się każdą minutą mojego życia! Ludzie mówią, że na starość przychodzi czas na pokutę. To bzdury! Ja nie będę pokutował. Powiem ci coś: grzeszyłem na wszystkie sposoby. Próbowałem wszystkich grzechów głównych. Oszukiwałem, kradłem, kłamałem… do licha, i to jak jeszcze! A kobiety! Słyszałem kiedyś opowiadanie o szejku arabskim, który miał straż przyboczną złożoną z czterdziestu własnych synów. I wszyscy byli prawie w tym samym wieku. Czterdziestu! Nie wiem, czy ja uzbierałbym całą czterdziestkę, ale z moich bękartów też można by sformować sporą gwardię. No jak, Pilar, jesteś zgorszona? Zszokowana?

- Dlaczego miałabym być zszokowana? - Pilar patrzyła uważnie na Simeona. - Mężczyźni zawsze pragną kobiet. Mój ojciec był taki sam. Dlatego tak często żony są nieszczęśliwe i nie pozostaje im nic innego jak chodzić do kościoła i się modlić.

Stary Simeon zmarszczył brwi.

- Przeze mnie Adelajda była nieszczęśliwa - powiedział cicho, na pół do siebie. - Boże, co to za kobieta. Jaka była piękna, kiedy się z nią żeniłem. Krew z mlekiem. A co potem? Tylko łzy i łzy. Kiedy żona ciągle płacze, w mężu budzi się diabeł… Ona była po prostu słaba. Gdyby mi się kiedyś postawiła! Ale gdzie tam, ani razu. Myślałem, że po ślubie się ustatkuję, będę miał normalną rodzinę, skończę z tym wszystkim, co było…

Głos mu zamarł. Wpatrywał się w płomienie tańczące w kominku.

- Rodzina! Boże, co to za rodzina! - nagle zaniósł się gniewnym, skrzekliwym śmiechem. - Wystarczy na nich popatrzeć! Nie mam żadnego wnuka! Co to za ludzie! Czy oni nie mają ani kropli mojej krwi w żyłach? Nie mam ani jednego przyzwoitego syna, ślubnego czy nieślubnego. Na przykład Alfred, wielkie nieba, co to za nudziarz. Ciągle patrzy na mnie tymi swoimi psimi oczami. Gotowy zrobić wszystko, co każę. Co za dureń! Za to jego żona, Lydia, ma charakter. Nie lubi mnie. Nie cierpi mnie, ale musi to ukrywać ze względu na tego głupka Alfreda. - Starzec popatrzył na dziewczynę siedzącą koło ognia. - Pilar, pamiętaj, że nie ma nic nudniejszego niż poświęcenie.

Uśmiechnęła się. Simeon mówił dalej, obecność młodej, tak kobiecej Pilar skłaniała go do zwierzeń.

- A George? Kim jest ten George? Drętwy, pompatyczny nudziarz, balon pełen frazesów i komunałów, ani rozumu ani charakteru, a za to kutwa niesłychana! David? David zawsze był głupcem, głupcem i marzycielem, a do tego maminsynkiem. Jeden raz zrobił rzecz sensowną, kiedy ożenił się z tą solidną i spokojną kobietą. - Simeon klepnął dłonią w obicie fotela. - Harry jest najlepszy z nich wszystkich! Biedny stary Harry, zakała rodziny! Ale w nim jednym widać przynajmniej życie!

- Tak - przytaknęła Pilar - on jest fajny. Śmieje się często do rozpuku i zabawnie odrzuca wtedy głowę do tyłu. Bardzo go lubię.

- Bardzo go lubisz, Pilar? Tak, Harry zawsze miał podejście do dziewczyn. To po mnie - starzec zaczął śmiać się słabo, jakby astmatycznie. - Dobre miałem życie, tak, dobrze mi się żyło. Wszystkiego pod dostatkiem.

- U nas, w Hiszpanii, twierdzą, że Bóg mówi: „bierz, co chcesz, ale płać”.

Simeon ponownie z aprobatą uderzył dłonią w fotel.

- To dobre. W tym rzecz. Bierz, co chcesz… Tak właśnie robiłem, przez całe życie brałem, co chciałem…

- A zapłaciłeś za to? - spytała Pilar dźwięcznym, wysokim głosem.

Słaby, dychawiczny śmiech zamarł Simeonowi na ustach.

- Co powiedziałaś?

- Pytałam, czy zapłaciłeś za to, dziadku.

- Ja… nie wiem - odrzekł najpierw powoli, a potem, bijąc pięścią o fotel, wykrzyknął gniewnie:

- Co za pytanie! Skąd ci przyszło do głowy pytać mnie oto?

- Byłam… ciekawa.

Ręka dziewczyny trzymająca wachlarz znieruchomiała.

Pilar siedziała z głową odchyloną do tyłu, z oczami ciemnymi, tajemniczymi, świadoma swej kobiecości.

- Ty mała diablico…

- Ale lubisz mnie, dziadku - powiedziała miękko. - Lubisz, kiedy tak siedzę tu przy tobie.

- Lubię, tak, lubię to. Dawno już nie widziałem nikogo tak młodego i pięknego… To mi dobrze robi, grzeję przy tobie stare kości… A przy tym miło pomyśleć, że to moja krew… No proszę, Jennifer okazała się najlepsza z nich wszystkich!

Pilar uśmiechała się.

- Niech ci się nie wydaje, że możesz mnie wywieść w pole - ciągnął Simeon. - Wiem dobrze, czemu siedzisz tu tak cierpliwie i słuchasz mojego gadulstwa. Chodzi o pieniądze, tylko o pieniądze… A może będziesz mi wpierać, że kochasz swojego starego dziadka?

- Nie kocham cię, ale lubię, bardzo cię lubię. Musisz mi uwierzyć, bo to prawda. Przypuszczam, że było z ciebie niezłe ziółko, ale za to też cię lubię. Ty w tym domu jesteś człowiekiem z krwi i kości, o wiele bardziej niż reszta. Opowiadasz ciekawe rzeczy, zjeździłeś świat, miałeś życie pełne przygód. Gdybym była mężczyzną, chciałabym być podobna do ciebie.

- Tak - kiwnął głową Simeon, - myślę, że byłabyś podobna. Mamy w sobie cygańską krew, tak zawsze mówili

W moich dzieciach, oprócz Harry’ego, nie było jej widać, ale nareszcie odezwała się w tobie. Potrafię być cierpliwy, bądź pewna, kiedy to konieczne. Piętnaście lat czekałem na sposobność do wyrównania rachunków z facetem, który mi zaszkodził. To też cecha rodu Lee: są pamiętliwi! Wezmą rewanż, choćby minął szmat czasu. Facet mnie oszukał. Czekałem piętnaście lat, aż nadarzyła się okazja i wtedy uderzyłem. Zrujnowałem go. Poszedł z torbami!

Zachichotał.

- To było w Afryce Południowej? - spytała Pilar.

- Tak. Wspaniały kraj.

- Bywałeś tam później?

- Pięć lat po moim ślubie. To było ostatni raz.

- A wcześniej? Długo tam mieszkałeś?

-Tak.

- Opowiedz mi.

Zaczął mówić, a Pilar słuchała, osłaniając twarz od żaru kominka.

Po pewnym czasie Simeon zmęczył się, głos mu osłabł. - Zaczekaj, coś ci pokażę - powiedział i wstał ostrożnie z fotela. Podpierając się laską, pokuśtykał wolno do wielkiego sejfu. Otworzył skarbiec. Odwrócił się i przywołał Pilar do siebie.

- Popatrz na nie, pomacaj, weź w ręce - zachęcał.

Spojrzał na jej zdziwioną twarz i roześmiał się.

- Wiesz, co to jest? Diamenty, dziecino, diamenty.

Pilar pochyliła się, wytrzeszczając oczy.

- Przecież one wyglądają jak zwykłe kamyki!

- To są nie szlifowane diamenty - śmiał się Simeon.

- Takie się znajduje w ziemi.

- I po oszlifowaniu będą prawdziwymi brylantami? - pytała z niedowierzaniem Pilar.

- Na pewno.

- Będą skrzyć się i błyskać?

- Jeszcze jak.

- Eee, nie mogę uwierzyć - powiedziała nieco dziecinnie.

- Ale to prawda - zapewniał rozbawiony Simeon.

- Czy one są dużo warte?

- Bardzo dużo, ale przed oszlifowaniem trudno powiedzieć dokładnie ile. W każdym razie za tę odrobinę kamyków na pewno dostanie się kilka tysięcy funtów.

- Kilka… tysięcy… funtów - powtórzyła Pilar, robiąc pauzę po każdym słowie.

- No, powiedzmy, dziewięć albo dziesięć tysięcy funtów, bo, jak widzisz, to są spore kamyki.

Pilar wytrzeszczyła oczy jeszcze bardziej.

- Ale dlaczego nie sprzedasz ich w takim razie?

- Bo lubię mieć je tutaj.

- Dostałbyś tyle pieniędzy!

- Nie potrzebuję pieniędzy.

- A, rozumiem - Filar była naprawdę pod wrażeniem.

- Ale dlaczego nie dasz ich oszlifować? Byłyby piękniejsze.

- Wolę takie. Przywodzą mi na myśl dawne lata - Simeon rozmarzył się, odwrócił od dziewczyny i mówił do siebie: - Kiedy dotykam, mam je w ręce, wszystko wraca… Słońce, zapach Weldu, woły… stary Eb… wszyscy chłopcy… wieczory…

Przerwał, słysząc ciche pukanie do drzwi.

- Włóż je do środka i zatrzaśnij sejf - polecił Simeon dziewczynie.

- Wejść - rzucił po chwili w stronę drzwi.

Ukazał się Horbury, cichy i uważający.

- Herbata gotowa na dole.

 

III

 

- A, jesteś, Davidzie. Szukałam cię wszędzie. Chodźmy stąd, w tym pokoju jest strasznie zimno - rzekła Hilda. David przez chwilę nic nie odpowiadał. Stał, wpatrując się w głęboki fotel, obity spłowiałą satyną.

- To jej fotel… zawsze na nim siedziała… jest taki sam, dokładnie taki sam, tylko trochę wypłowiały.

Hilda zmarszczyła czoło.

- Widzę. No, ale chodźmy stąd, Davidzie, zimno tu okropnie.

David jakby nie słyszał. Rozglądał się po pokoju.

- Najczęściej tu siadywała. Pamiętam, jak czytała mi tutaj „Jacka, pogromcę olbrzymów”. Tak, taki właśnie był tytuł. Miałem wtedy ze sześć łat.

Hilda ujęła go mocno pod ramię.

- Wracamy do salonu, kochanie. W tym pokoju w ogóle nie ma ogrzewania.

Odwrócił się posłusznie. Czuła, że drży lekko.

- Dokładnie tak samo - mruczał. - Tak samo. Jakby czas stał w miejscu.

Hilda zdawała się zmartwiona.

- Ciekawa jestem, gdzie reszta - powiedziała rozmyślnie wesołym tonem. - Już pora na herbatę.

David wyzwolił się z uścisku żony i otworzył jakieś drzwi.

- Tu zawsze stał fortepian… Och jest, jest na miejscu.

Ciekaw jestem, czy nastrojony.

Podniósł klapę i lekko przebiegł palcami po klawiaturze.

- Tak, wyraźnie ktoś go stroi.

Uderzył w klawisze. Grał z wprawą. Spod palców popłynęła melodia.

- Co to jest? - spytała Hilda. - Skądś to znam, ale nie mogę sobie przypomnieć.

- Nie grałem tego od lat. Matka grała bardzo często. To jedna z „Pieśni bez słów” Mendelssohna.

Słodka, przesłodzona melodia wypełniła pokój.

- Proszę, zagraj coś Mozarta.

David potrząsnął głową i zaczął grać inną rzecz Mendelssohna. Nagle uderzył oburącz w klawisze, rozległ się ostry dysonans. David wstał. Trząsł się cały. Hilda szybko podeszła do niego.

- Davidzie, co się stało…

- Nic, nic mi nie jest…

 

IV

 

Rozległ się natarczywy dzwonek. Tressilian podniósł się ze swojego krzesła w kredensie i ruszył ku drzwiom.

Dzwonek zabrzmiał znowu. Tressilian zmarszczył brwi Przez okienko w drzwiach ujrzał mężczyznę w kapeluszu nasuniętym na czoło. Podrapał się po głowie. Coś go niepokoiło. Jakby wszystko zdarzało się po raz drugi. Niesamowite. To już się kiedyś zdarzyło. Na pewno…

Przekręcił zamek i otworzył drzwi. Prysnęła cała niesamowitość.

- Czy tu mieszka pan Simeon Lee? - spytał przybysz.

- Tak, proszę pana.

- Chciałem się z nim widzieć.

Ciche echo odezwało się w pamięci Tressiliana. W głosie mężczyzny było coś, chyba intonacja, co przywodziło obrazy dawnych lat, gdy pan Lee po raz pierwszy przybył do Anglii.

- Pan Lee jest chory - pokręcił głową Tressilian. - Nie przyjmuje prawie nikogo. Jeżeli pan…

Nieznajomy wyjął kopertę i podał ją odźwiernemu.

- Proszę wręczyć to panu Lee.

- Dobrze, proszę pana.

 

V

 

Simeon Lee wziął do rąk kopertę. Była w niej pojedyncza kartka. Czytał zdziwiony. Uniósł brwi i uśmiechnął się. - To cudowne! - powiedział do siebie. - Tressilian, przyprowadź tu pana Farra.

- Tak, sir.

- Akurat myślałem o starym Ebenezerze. Ebenezer Farr. Był moim wspólnikiem, tam, w Kimberley. A tu pojawia się jego syn!

Stephen Farr czuł się trochę nieswojo, ale ukrywał to pod pewną miną.

- Czy pan Lee? - spytał z silniejszym niż zwykle akcentem południowoafrykańskim.

- Cieszę się, że pana widzę. A więc pan jest synem Eba?

Stephen Farr uśmiechnął się raczej nieśmiało.

- To moja pierwsza wizyta w starym kraju. Ojciec zawsze mi mówił, że muszę pana odwiedzić, kiedy przyjadę do Anglii.

- Bardzo słusznie - stary człowiek spojrzał po obecnych.

- To moja wnuczka. Filar Estravados.

- Witam pana - odezwała się Pilar jakby nigdy nic. „To ci mała diablica - pomyślał Stephen Farr nie bez podziwu. - Zaskoczył ją mój widok, ale tylko na mgnienie oka”.

- Bardzo mi miło zawrzeć z panią znajomość, panno Estravados - rzekł.

- Dziękuję.

- Niech pan siądzie i opowiada mi wszystko o sobie - zapraszał Simeon. - Zostanie pan w Anglii na dłużej?

- Skoro już tu przyjechałem, muszę trochę pobyć! - śmiał się, odrzucając głowę do tyłu.

- Jasne - powiedział Simeon. - Zostanie pan u nas w domu na jakiś czas.

- Ależ proszę pana, nie mogę się tu wpraszać, zostały tylko dwa dni do Bożego Narodzenia!

- Musi pan spędzić święta z nami, no, chyba że ma pan inne plany.

- Właściwie to nie mam, ale nie chciałbym…

- W takim razie to już ustalone - uciął Simeon i zwrócił się ku dziewczynie: - Pilar!

- Tak, dziadku?

- Idź i powiedz Lydii, że będziemy mieli jeszcze jednego gościa. Poproś ją, żeby tu przyszła.

Stephen powiódł wzrokiem za wychodzącą Pilar, co z rozbawieniem zauważył Simeon.

- Przyjechał pan prosto z Afryki Południowej?

- Bezpośrednio.

Zaczęli rozmawiać o tym kraju. Po paru minutach weszła Lydia.

- To jest pan Stephen Farr, syn mojego starego przyjaciela i wspólnika, Ebenezera Farra. Zostanie u nas na święta. Gdybyś mogła znaleźć dla niego pokój…

- Oczywiście - Lydia uśmiechnęła się. Studiowała uważnie powierzchowność przybysza: opaloną na brąz twarz, niebieskie oczy i swobodne, lekkie odchylenie głowy do tyłu.

- Moja synowa - dokończył prezentacji Simeon.

- Czuję się trochę skrępowany, wdzierając się… to bardzo rodzinne święta.

- Jesteś członkiem rodziny, mój chłopcze - powiedział Simeon. - Czuj się jednym z nas.

- Jest pan za dobry, sir.

Do pokoju powróciła Filar. Usiadła w milczeniu przy kominku, sięgnęła po swój papierowy wachlarz i spuściła skromnie oczy.

 

Część III - 24 grudnia

I

 

Naprawdę chcesz, żebym został, tato? - spytał

Harry, odchylając głowę do tyłu. - A jeśli przeze mnie z domu zrobi się coś w rodzaju gniazda os?

- O czym ty mówisz? - spytał ostro Simeon.

- Alfreda, wzorowego brata Alfreda, bardzo męczy moja obecność.

- A do diabła, niech męczy! - warknął Simeon. - Ja jestem panem tego domu.

- Mimo wszystko wydaje mi się, że w niemałym stopniu zależysz od Alfreda. Nie chciałbym, żebyś przeze mnie…

- Zrobisz, co ci każę - przerwał mu ostro ojciec.

Harry ziewnął.

- Nie jestem pewien, czy będę się nadawał na domatora. Taki obieżyświat jak ja udusi się, siedząc w jednym miejscu.

- Lepiej się ożeń i ustatkuj.

- Z kim mógłbym się ożenić? Jaka szkoda, że nie można poślubić własnej siostrzenicy. Ta Pilar jest diabelnie atrakcyjna.

- Zdążyłeś zauważyć?

- Skoro mówimy o ożenkach; ten grubas George nieźle wybrał, przynajmniej jeśli idzie o urodę. Kim ona jest?

- Skąd mam wiedzieć? George poznał ją chyba na pokazie mody. Mówi, że jej ojciec jest emerytowanym oficerem marynarki.

- Pewnie był pomocnikiem szypra na jakimś kabotażowcu - skrzywił się Harry. - George, jeśli nie będzie uważał, może mieć z nią kłopoty.

- George - oświadczył Simeon Lee - to dureń.

- Więc czemu za niego wyszła? Dla pieniędzy?

Simeon znowu wzruszył ramionami.

- Sądzisz, że wyperswadujesz Alfredowi - spytał Harry - te jego fochy?

- Zaraz to załatwimy - odrzekł poważnie Simeon.

Sięgnął po dzwonek stojący na podorędziu.

Horbury ukazał się natychmiast.

- Poproś tu pana Alfreda.

Horbury wyszedł.

- Ten człowiek podsłuchuje pod drzwiami! - wykrzyknął Harry.

- Prawdopodobnie.

Do pokoju wpadł Alfred. Wykrzywił się na widok brata.

- Chciałeś, żebym przyszedł, ojcze?

- Siadaj. Pomyślałem, że musimy to i owo pozmieniać, skoro mamy dwoje nowych domowników.

- Dwoje?

- Pilar zamieszka tu z nami, naturalnie. A i Harry wrócił do domu na dobre.

- Harry zamierza tu mieszkać?

- A czemu nie, stary? - spytał Harry.

Alfred zwrócił się gwałtownie ku niemu.

- Dobrze wiesz dlaczego nie!

- Przykro mi, ale nie wiem.

- Po tym wszystkim, co się stało? Postąpiłeś okropnie. Skandal…

- To wszystko przeszłość, stary - Harry machnął ręką.

- Zachowałeś się szkaradnie wobec ojca… po tym wszystkim, co zrobił dla ciebie.

- Wiesz co, Alfredzie, myślę, że to sprawa ojca, a nie twoja. Jeżeli on chce wybaczyć i zapomnieć…

- Tak, chcę wybaczyć - potwierdził Simeon. - Przecież Harry jest moim synem, Alfredzie.

- Tak, ale… jestem oburzony… ze względu na dobro ojca…

- W każdym razie Harry zostanie tutaj! Taka jest moja wola - położył delikatnie dłoń na ramieniu Harry’ego.

- Bardzo go lubię.

Alfred, blady jak papier, zerwał się i wyszedł. Harry, śmiejąc się, ruszył za nim.

Simeon usiadł. Chichotał. Nagle przycichł i rozejrzał się dookoła.

- Do diabła, kto tu jest? A, to ty, Horbury. Przestań się wreszcie skradać.

- Pokornie proszę o wybaczenie, sir.

- No dobra. Słuchaj, zamierzam ci coś polecić. Powiedz wszystkim, że mają przyjść tu do mnie zaraz po lunchu. Wszyscy!

- Tak, proszę pana.

- I jeszcze coś. Jak będą tu szli, wszyscy razem, idź z nimi i w połowie korytarza podnieś głos; tak żebym słyszał tu w pokoju, żebym wiedział, że już nadchodzą. Wymyśl byle powód i krzyknij. Rozumiesz?

- Tak, proszę pana.

Horbury zszedł na dół.

- Gdyby pan chciał znać moją opinię, to myślę, że zapowiadają nam się bardzo wesołe święta.

- Co to ma znaczyć? - spytał ostro Tressilian.

- Proszę tylko czekać i obserwować, panie Tressilian. Dzisiaj już Wigilia, a gdzie jest ta świąteczna atmosfera? Chyba gdzieś bardzo daleko stąd.

 

II

 

Weszli do pokoju i zatrzymali się przy drzwiach. Simeon rozmawiał przez telefon.

- Siadajcie wszyscy, ja tylko parę słów - powiedział, odrywając się od słuchawki. Zrobił zapraszający gest ręką i powrócił do rozmowy telefonicznej.

- Czy to kancelaria Charltona, Hodgkinsa i Bruce’a? To pan, Charlton? Mówi Simeon Lee… Tak… Nie, chciałbym, żeby wpadł pan do mnie, pragnę sporządzić nową wersję testamentu… No tak, to już sporo czasu minęło od napisania tego pierwszego, pewne rzeczy się Rozmieniały… Nie, nie ma pośpiechu. Nie chcę psuć panu Bożego Narodzenia… Powiedzmy w drugi dzieli świąt albo później. Jak pan przyjdzie, przedstawię moje życzenia. Nie, dziękuję, wszystko w porządku. Nie zamierzam się jeszcze przenosić na tamten świat.



dalej


strona główna >
(23kB)