(23kB)
strona główna


 

Agatha Christie

 

 

 

Tajemniczy przeciwnik

 

Przełożyli: Ewa Krasnodębska Jan Zakrzewski

Tytuł oryginału: The Secret Adversary

 

Dedykuję wszystkim,
którzy toczą monotonne życie
- w nadziei,
że przez tę lekturę doświadczą,
choćby z drugiej ręki,
rozkoszy i niebezpieczeństw
Wielkiej Przygody.

 

 

Prolog

 

Była druga po południu siódmego maja tysiąc dziewięćset piętnastego roku. „Lusitania” trafiona dwiema torpedami zaczęła tonąć. Z wielkim pośpiechem spuszczano na wodę łodzie ratunkowe. W kolejce do nich ustawiano kobiety i dzieci. Niektóre tuliły się jeszcze z rozpaczą do mężów i ojców. Matki przyciskały maleństwa do piersi.

Nieco na uboczu stała dziewczyna - prawie już kobieta, choć nie mogła mieć więcej niż osiemnaście lat. Patrzyła prosto przed siebie, nie widać było po niej lęku. Z zamyślenia wyrwał ją dopiero męski głos:

- Czy pani pozwoli…?

Obróciła głowę i rozpoznała w mężczyźnie pasażera pierwszej klasy, którego spotkała kilkakrotnie podczas rejsu. Zwróciła na niego uwagę, ponieważ otaczała go jakaś aura tajemniczości. Nigdy do nikogo nie odzywał się pierwszy, a jeśli ktoś go zagadnął, ucinał rozmowę. Poza tym często rzucał wokół niespokojne, podejrzliwe spojrzenia.

Dziewczyna zauważyła, że mężczyzna jest teraz bardzo zdenerwowany, a na jego czole perli się pot. Najwyraźniej był w wielkim strachu, mimo że nie wyglądał na człowieka, który bałby się stawić czoło śmierci.

- Słucham pana, w czym mogłabym pomóc? - Patrzyła na niego badawczo.

- Tak, nie mam innego wyjścia… - powiedział na pół do siebie, na pół do niej. Na jego twarzy malowało się niezdecydowanie. Po chwili opanował się jednak i już znacznie spokojniej i głośniej zadał pytanie:

- Pani jest Amerykanką?

- Tak.

- Patriotką?

Dziewczyna zaczerwieniła się.

- Wydaje mi się, że nie ma pan prawa do zadawania podobnych pytań! Ale skoro już pan pyta, odpowiedź brzmi: tak.

- Nie chciałem pani urazić. Chodzi o rzecz wielkiej wagi. Sytuacja jest przymusowa. Muszę komuś zaufać i tym kimś musi być kobieta…

- Dlaczego?

- Dlatego, że obowiązuje zasada „pierwszeństwo mają kobiety i dzieci”. - Rozejrzał się dokoła i zniżył głos. - Wiozę dokumenty o niesłychanie doniosłym znaczeniu. Mogą okazać się decydujące dla aliantów. A nawet wpłynąć na wynik wojny. Rozumie pani teraz? Te dokumenty muszą ocaleć. Większą szansę mają w pani rękach niż w moich. Weźmie je pani?

Kiwnęła zdecydowanie głową.

- I jeszcze jedno. Muszę panią ostrzec. Z tym wiąże się szalone ryzyko - w wypadku gdyby mnie śledzono. Nie sądzę, żeby tak było, jednakże taka możliwość istnieje. Wówczas pani również groziłoby niebezpieczeństwo. Czy podejmie pani to ryzyko?

Dziewczyna uśmiechnęła się.

- Dam sobie radę. I jestem dumna, że mnie pan wybrał. Co mam z tymi papierami zrobić?

- Proszę przeglądać drobne ogłoszenia w „Timesie”. Jeśli w ciągu tygodnia nie pojawi się anons zaczynający się od słowa „Rozbitek”, będzie pani wiedziała, że mnie już nie ma na tym świecie. Proszę wtedy jak najszybciej odnieść dokumenty do ambasady amerykańskiej i doręczyć do rąk własnych ambasadora. Wszystko jasne?

- Całkowicie jasne!

- No to proszę… Pożegnajmy się. - Ujął jej rękę i powiedział głośniej: - Żegnam i życzę szczęścia.

Dziewczyna zacisnęła dłoń na pakieciku owiniętym w nieprzemakalną ceratę.

W chwilę potem „Lusitania” wyraźnie pochyliła się na sterburtę. Ponaglona suchym, krótkim rozkazem dziewczyna zajęła miejsce w łodzi.

 

Młodzi Łowcy Przygód, sp. z o.o.

 

Tommy, jak się masz, ty ofermo!

- Cześć, Tuppence, staruszko. Kopę lat!

Dwoje młodych ludzi uściskało się serdecznie. Ponieważ blokowali wyjście ze stacji kolejki podziemnej przy Dover Street, by kontynuować rozmowę odsunęli się nieco na bok. „Oferma” i „staruszka” liczyli sobie łącznie nie więcej niż czterdzieści pięć lat.

- Od stuleci cię nie widziałem! - wykrzyknął uradowany Tommy. - Dokąd tak pędzisz? Może wpadniemy gdzieś na rogalika? Tutaj zabiją nas wzrokiem, jeśli będziemy tamowali ruch. Chodźmy!

Ruszyli Dover Street w kierunku Picadilly.

- No to, gdzie idziemy?

Czuły słuch Tuppence wychwycił pewne wahanie w głosie Tommy’ego. Panna Prudence Cowley, z jakichś tajemniczych powodów obdarzona przez przyjaciół pieszczotliwym określeniem dwupensówki - „tuppence” - nie była w ciemię bita.

- Jesteś bez grosza? - spytała.

- Ależ skąd, pławię się w forsie.

- Zawsze byłeś straszliwym łgarzem - stwierdziła surowo Tuppence. - Raz nawet wmówiłeś siostrze Greenbank, że doktor przepisał ci piwo na wzmocnienie, tylko zapomniał wpisać w kartę chorobową. Pamiętasz?

Tommy zachichotał.

- Pewnie! Ale była wściekła, kiedy się wydało. Dobry stary szpital! Pewnie już zdemobilizowany, jak my wszyscy.

Tuppence westchnęła.

- Ty też?

Tommy skinął głową.

- Przed dwoma miesiącami.

- Odprawa? - spytała Tuppence.

- Zostało po niej tylko wspomnienie.

- Tommy, jak mogłeś?

- Nic z tych rzeczy, staruszko. Wcale nie roztrwoniłem. Niestety. Koszty utrzymania. Nawet proste życie, na ławce w parku, kosztuje… Jeśli nie wiesz, to mogę ci wyliczyć…

- Mój drogi chłopcze - przerwała Tuppence - wiem absolutnie wszystko, co wiedzieć można, na temat kosztów utrzymania. O patrz, tutaj jest Lyons, przybytek dla zbankrutowanych a zgłodniałych. Wchodzimy na tego rogalika i każdy płaci za siebie. - I poprowadziła Tommy’ego na piętro wielkiej popularnej restauracji.

Gigantyczną salę wypełniał ludzki tłum. Tommy i Tuppence chodzili między stolikami, szukając wolnych miejsc, a w uszy wpadały im strzępy przypadkowych rozmów:

- …i wiesz co, ona usiadła i rozpłakała się, kiedy jej powiedziałam, że mieszkanie już wynajęte…

- …Co ty mówisz?…To dopiero okazja! I zupełnie taki sam jak ten, który Mabel Lewis przywiozła z Paryża…

- Śmieszne rzeczy można czasami usłyszeć - mruknął Tommy. - Na przykład dziś na ulicy dwaj faceci opowiadali o jakiejś Jane Finn! Słyszałaś kiedy podobne nazwisko?

Tuppence nic nie odpowiedziała, bo właśnie tuż obok dwie starsze panie wstały od stolika. Sprawnie zajęła miejsca, ubiegając innych amatorów.

Tommy zamówił herbatę i rogalika.

Tuppence zamówiła herbatę i grzankę z masłem.

- I żeby herbata była w osobnych czajniczkach! - dodała poważnie.

Siedzieli naprzeciw siebie. Teraz Tuppence mogła dobrze się przyjrzeć Tommy’emu - jego przyczesanym gładko płomiennorudym włosom i dość mile brzydkiej twarzy, trudnej do opisania, ale bez wątpienia twarzy dżentelmena i sportowca. Brązowy garnitur, który miał na sobie, był dobrze skrojony, ale kończył już swój żywot.

Ktoś, kto by im się przyglądał, doszedłby do wniosku, że oto patrzy na typowych przedstawicieli młodego pokolenia. Tuppence, podobnie jak Tommy, nie grzeszyła urodą, ale była pełna wdzięku, a rysy jej twarzy świadczyły o silnym charakterze i wielkim poczuciu humoru. Para szeroko rozstawionych szarych oczu patrzyła teraz marzycielsko spod prostych czarnych brwi. Na krótko przyciętych czarnych włosach tkwił jaskrawozielony toczek. Spoglądając z boku pod stół widziało się najpierw dość znoszoną spódnicę, a niżej fragment bardzo zgrabnych nóg. Cały jej wygląd sugerował bohaterski wysiłek zadawania szyku.

Otrzymali wreszcie herbatę i Tuppence, porzucając pozę medytacji, zajęła się nalaniem jej do filiżanek.

- Wracając do rzeczy… - powiedział Tommy odgryzając spory kęs rogalika. - Wypełnijmy luki w życiorysach. Ostatni raz widzieliśmy się w szpitalu w szesnastym roku.

- Wobec tego zaczynam - oświadczyła panna Prudence Cowley, piąta córka archidiakona Cowleya z Little Missen-dell w hrabstwie Suffołk. Lecz tu nastąpiła cisza, ponieważ panna Cowley zabrała się z zapałem do chrupiącej grzanki. Dopiero gdy ta w połowie zniknęła, dziewczyna podjęła wątek: - A więc ukochane piąte dziecko pasterza dusz porzuciło rozkosze (i męki) domowego ogniska dość szybko po rozpoczęciu wojny i jak wiesz, przybyło do Londynu, aby w oficerskim szpitalu zmywać dziennie około sześciuset czterdziestu ośmiu talerzy. Oczywiście tylko przez pierwszy miesiąc. W drugim awansowałam i już tylko wycierałam wyżej wzmiankowane talerze. W trzecim miesiącu otrzymałam kolejny awans: skierowano mnie do obierania kartofli. W czwartym znów awans: krojenie chleba i przygotowywanie setek porcji masła. Piąty miesiąc: także nagroda za dobrą pracę i awans do kubła z wodą i szczotką. Zmywanie podłóg. Miesiąc szósty: podawanie do stołu. W siódmym mój miły wygląd i dobre maniery skłoniły siostrę przełożoną do mianowania mnie kelnerką w jadalni pielęgniarek. W ósmym miesiącu oszałamiająca kariera została niemalże złamana, gdyż siostra Bond zjadła jajko siostry Westhaven! Czyja wina? Oczywiście podającej! Brak uwagi na tak ważnym odcinku musi być surowo karany. Powrót do wiadra z wodą i ścierki. Jednakże już w dziewiątym miesiącu kolejna promocja: od sprzątania korytarzy do sprzątania oddziałów. I właśnie na jednym z nich spotkałam przyjaciela z piaskownicy, porucznika Tomasza Beresforda. Tommy, proszę o ładny ukłon! Wyżej wymienionego nie widziałam przez co najmniej pięć lat. Spotkanie było nadzwyczaj czułe. Dziesiąty miesiąc: reprymenda ze strony siostry przełożonej za uczęszczanie do kina w towarzystwie jednego z pacjentów, tegoż mianowicie porucznika Beresforda. Miesiące jedenasty i dwunasty: jedno pasmo sukcesów przy zmywaniu podłóg korytarzy. Po upływie roku piąta córeczka tatusia opuściła szpital w poczuciu dobrze spełnionego patriotycznego obowiązku. Była też kolejno szoferem samochodu dostawczego, ciężarówki oraz generała. To ostatnie zajęcie wspominam najlepiej, jako że generał był całkiem młody.

- Który to z tych dudków? - spytał Tommy. - Aż nieprzyzwoite, jak ci generałowie kazali się stale wozie z Ministerstwa Wojny do hotelu Savoy i z hotelu Savoy do Ministerstwa Wojny!

- Jego nazwisko już mi wyleciało z głowy - wyznała Tuppence. - Wracając do życiorysu: wożenie generała stanowiło apogeum mojej kariery, w dalszej bowiem kolejności podjęłam pracę w rządowym biurze. Organizowałyśmy tam bardzo miłe herbatki. Miałam również inne plany: przydział do pomocniczej służby dla wsi, podjęcie pracy listonoszki lub konduktorki autobusowej. Nim udało mi się cokolwiek z tych planów zrealizować, przyszło zawieszenie broni. Jeszcze przez wiele miesięcy tkwiłam w biurze, kurczowo się go trzymając, ale w końcu mnie wysiudano. No i od tego czasu szukam pracy. Oto cały życiorys! Teraz twoja kolej.

- Nie awansowałem tyle razy co ty - westchnął Tommy z żalem - no i nie doświadczyłem podobnej różnorodności zajęć. Jak wiesz, ze szpitala ponownie posłano mnie do Francji, a stamtąd do Mezopotamii, gdzie po raz drugi zostałem ranny i sporo czasu straciłem w szpitalu. Następnie, aż do zawieszenia broni, siedziałem w Egipcie, a po zawieszeniu nadal tam tkwiłem. Wreszcie mnie zdemobilizowano. Teraz, już od dziesięciu cholernych miesięcy, poszukuję jakiejś roboty. Ale pracy nikt nigdzie nie ofiarowuje, a jeśliby nawet - to nie mnie. Co ja potrafię? Co ja wiem o biznesie? Nic!

Tuppence smutno pokiwała głową.

- Do kolonii jechać nie chcę, bo ich nie lubię, a poza tym jestem pewien, że i one również by mnie nie polubiły…

- Bogaci krewni - podsunęła Tuppence. Tommy przecząco potrząsnął głową.

- Ooo, Tommy, nawet jednej bogatej ciotecznej babki?

- Mam starego wuja, który tarza się w forsie, ale nic z tego.

- Dlaczego?

- Chciał mnie kiedyś adoptować, a ja odmówiłem…

- Coś sobie przypominam - powiedziała Tuppence. - Chodziło o twoją matkę…?

- Tak. Byłoby to przykre dla mamy. - Tommy zaczerwienił się. - Byłem przecież jej jedynym synem, a ten wuj matki nienawidził. Wymyślił adopcję po to tylko, żeby mnie jej zabrać. Mściwy facet.

- Twoja matka nie żyje? - spytała Tuppence miękko. Tommy skinął głową.

- Dobry z ciebie chłopak, Tommy - oczy Tuppence zaszły mgłą. - Zawsze tak uważałam - dodała półszeptem.

- E tam, bzdura! - odparł szybko Tommy. - No więc widzisz, moja droga, że ze mną nietęgo… Jestem zdesperowany.

- Ja także - przyznała Tuppence. - Wytrzymałam tak długo, jak tylko było można, szukałam, stukałam, odpowiadałam na ogłoszenia prasowe, próbowałam absolutnie wszystkiego. Żyłam za psi grosz, ale co z tego, kiedy nie sposób zdobyć pracy. Dłużej nie dam rady, wracam do domu.

- To źle?

- Oczywiście, że źle. Co z tego, że jesteśmy uczuciową rodziną, że ojciec to kochany staruszek, że bardzo go kocham, a on strasznie się o mnie martwi. Wyznaje wiktoriańskie zasady, zgodnie z którymi krótkie spódnice i papierosy są amoralne. Możesz sobie wyobrazić, jakim jestem dla niego cierniem? Staruszek odetchnął z ulgą, kiedy wojna zabrała mnie z domu. Pamiętaj, że w domu jest nas siódemka. To straszne! Wieczne sprzątanie i herbatki z okolicznymi damami. A ja zawsze miałam niewyparzony język. Nie chcę wracać do domu, Tommy, ale co mam robić?

Tommy ze smutkiem potrząsnął głową. Zapadła cisza, którą przerwała Tuppence:

- Pieniądze, pieniądze, pieniądze! Myślę o pieniądzach rano, wieczorem i w nocy. To brzmi, jakbym była strasznie wyrachowana, ale cóż na to poradzę…!

- Ja myślę o tym samym - przyznał Tommy.

- Zastanawiałam się na tysiące sposobów, jak je zdobyć. Realne są jednak tylko trzy: otrzymać spadek, wyjść bogato za mąż albo zarobić. Pierwszy odpada. Nie mam żadnego krewniaka, który pachniałby forsą. Od lat pomagam przechodzić przez ulicę starszym paniom i podnoszę z ziemi paczki zdziecinniałym starszym panom. Może któreś z nich jest ekscentrycznym milionerem? Ale nikt mnie nigdy nie zapytał o nazwisko, a bywało że nie usłyszałam nawet „dziękuję”!

Zapadło milczenie.

- Tak więc pozostawałoby mi jedynie małżeństwo - wróciła do tematu Tuppence. - Kiedy byłam jeszcze bardzo młoda, obiecywałam sobie, że wyjdę bardzo bogato za mąż. Każda rozsądna dziewczyna tak myśli. Wcale nie jestem sentymentalna… No powiedz, Tommy, prawda, że nie jestem sentymentalna?

- Nie, nie, oczywiście, że nie jesteś! - potwierdził szybko Tommy. - Nikt by ciebie o coś podobnego nawet nie posądził.

- Hmm, to niezbyt uprzejme z twojej strony - zauważyła Tuppence. - Ale chyba nie miałeś nic złego na myśli. No i tak to wygląda. Jestem gotowa poświęcić się dla tych pieniędzy, tylko że nie ma żadnych bogatych kandydatów. Wszyscy mężczyźni, których znam, są biedni jak myszy kościelne.

- No, a ten generał? - spytał Tommy.

- W czasie pokoju jest tylko właścicielem sklepu z rowerami. Ale ty, Tommy, mógłbyś się ożenić z jakąś zasobną panną.

- Sytuacja podobna do twojej. Żadnej takiej nie znam.

- To nieważne, że nie znasz. Zawsze możesz poznać. Twoja sytuacja jest zupełnie inna. Jeśli ja na przykład zobaczę jakiegoś pana w bobrowym futrze, który wychodzi z hotelu Ritz, to nie podbiegnę i nie powiem: „Pan jest pewnie bardzo bogaty, chciałabym pana poznać”. Ale ty…

- Sugerujesz, że ja mógłbym to powiedzieć do podobnie odzianej dziewczyny?

- Nie bądź głupi. Ty masz jej nastąpić na pantofelek albo podnieść chusteczkę, którą zgubiła, czy coś w tym rodzaju. Gdy kobieta widzi, że mężczyzna jest nią zainteresowany, odbiera to jako komplement. I sama ułatwi poznanie.

- Przeceniasz moje męskie uroki - mruknął Tommy.

- Mój milioner natomiast - ciągnęła nie zbita z tropu Tuppence - wziąłby po prostu nogi za pas. Nie ma dwóch zdań, na drodze do małżeństwa jeży się zbyt wiele przeszkód. Pozostaje więc zarobienie pieniędzy.

- Tyle tylko, że ty i ja już próbowaliśmy tej metody i nie udało się - przypomniał jej Tommy.

- Próbowaliśmy klasycznymi metodami. A gdybyśmy tak sprawdzili czy nie zadziała coś innego? Wiesz co, Tommy? Zostańmy poszukiwaczami przygód!

- Chętnie - odparł Tommy. - Ale jak się do tego zabrać?

- W tym właśnie cała trudność. Najpierw bowiem musimy dać się poznać, wtedy ludzie mogliby wynajmować nas do różnych zadań. Dawaliby nam zlecenia. Na przykład na dokonanie jakiegoś przestępstwa w ich imieniu…

- Urocza propozycja! - wykrzyknął Tommy. - Zwłaszcza z ust córki duchownego.

- Obciążałoby to sumienie zleceniodawców, a nie nasze - zauważyła Tuppence. - Musisz przyznać, że jest duża różnica między kradzieżą diamentowego naszyjnika dla siebie i na czyjeś zlecenie?

- Nie stanowiłoby to najmniejszej różnicy, gdyby cię złapano.

- Może i nie. Ale jestem za sprytna, żeby mnie złapano.

- Skromność zawsze była jedną z twych głównych cnót - zauważył Tommy.

- Przestań wybrzydzać. No co, Tommy, spróbujemy? Zakładamy spółkę?

- Spółkę w celu kradzieży brylantów?

- To był tylko teoretyczny przykład. Zaraz, zaraz, jak to się nazywa w biznesie…?

- Pojęcia nie mam. Nigdy nie prowadziłem żadnego biznesu.

- Za to ja prowadziłam księgowość. Ale mi się zawsze mieszało, co wpisywać po stronie debetowej, a co po kredytowej. O, już sobie przypomniałam taką nazwę, a raczej typ spółki. Wspólne przedsięwzięcie. Bardzo romantyczna nazwa na zeznaniu podatkowym. Zawsze miałam staroświeckie ciągoty, lubiłam takie słowa jak galeon i dublon. Wspólne przedsięwzięcie! To tak staroświecko brzmi. I budzi zaufanie.

- Czy nie lepiej Młodzi Łowcy Przygód, spółka z o.o.?

- Śmiej się, śmiej, Tommy, a ja i tak uważam, że to by nam wyszło!

- A jak zamierzasz wejść w kontakt z… hm… potencjalnymi zleceniodawcami?

- Ogłoszenie - odparła Tuppence bez chwili namysłu. - Masz kawałek papieru i ołówek, Tommy? Mężczyźni zwykle noszą takie rzeczy, tak jak my nosimy szpilki do włosów i puder.

Tommy podał jej porządnie wymiętoszony zielony notes i Tuppence zaczęła szybko pisać.

- Może zaczniemy tak: „Młody oficer, dwukrotnie ranny…”?

- Z pewnością nie tak.

- Niech ci będzie. Może więc inaczej. Ale ja twierdzę, że tego typu początek mógłby zmiękczyć serce jakiejś starej panny, która zechciałaby, na przykład, adoptować cię i wtedy nie musiałbyś już być Młodym Łowcą Przygód.

- Kiedy ja nie chcę być adoptowany!

- Zapomniałam, że masz uraz do czegoś takiego. Żartowałam… ale słuchaj! Co byś na to powiedział? „Dwoje młodych poszukiwaczy przygód do wynajęcia. Gotowi na wszystko. Wymagane wysokie honoraria”. To ostatnie jest bardzo ważne! Trzeba od samego początku jasno postawić sprawę. Moglibyśmy dodać jeszcze: „Tylko rozsądne propozycje”.

- A ja uważam, że w odpowiedzi na takie ogłoszenie otrzymamy tylko nierozsądne propozycje.

- Tommy, jesteś absolutnie genialny! To będzie znacznie lepiej brzmiało: „Przy odpowiednio wysokim honorarium przyjmujemy nierozsądne propozycje”.

- Nie pisałbym dwukrotnie o honorarium. Będzie wyglądało, że jesteśmy w beznadziejnej sytuacji.

- A czy nie jesteśmy? Ale może i masz rację. Przeczytam ci to jeszcze raz: „Dwoje młodych poszukiwaczy przygód do wynajęcia. Gotowi na wszystko. Wymagane wysokie honoraria. Przyjmujemy nierozsądne propozycje!”. No powiedz, co byś pomyślał, gdybyś przeczytał takie ogłoszenie?

- Że to jakiś kawał albo że ogłasza się wariat.

- Mój tekst nie jest wcale taki niemądry jak ogłoszenie, które przeczytałam dziś rano. Adresowane „Petunia”, a podpisane „Wspaniały Chłopiec”. To chyba było w „Time-sie”. Myślę, że za nasze ogłoszenie zapłacimy jakieś pięć szylingów. Masz tu pół korony mojego udziału.

Tommy odebrał notes z wpisanym tekstem ogłoszenia. Przeczytał raz jeszcze, a w trakcie czytania poczerwieniał jak burak.

- Więc ty naprawdę chcesz? Naprawdę…? Żeby tak dla kawału spróbować?

- Brawo, Tommy! Wiedziałam, że masz żyłkę do hazardu! Wypijmy za nasz sukces! - Wlała do filiżanek resztkę wystygłej herbaty z obu czajniczków. - Za nasze Wspólne Przedsięwzięcie! Oby się pomyślnie rozwijało!

- Nie, nie, nazwa brzmi: Młodzi Łowcy Przygód, spółka zo.o.!

Odstawili filiżanki i roześmieli się dość niepewnie. Tuppence wstała.

- Muszę wracać do moich apartamentów w schronisku młodzieżowym.

- A ja do mojego Ritza - odparł Tommy. - Gdzie się spotkamy? I kiedy?

- Jutro, dwunasta w południe. Stacja metra Picadilly. Odpowiada ci?

- Mój czas należy do mnie! - odparł dumnie pan Beresford.

- No to do widzenia, Tommy!

- Do widzenia, staruszko!

Młodzi ludzie rozeszli się w przeciwne strony. Schronisko, w którym mieszkała Tuppence, znajdowało się w dzielnicy przez litość nazywanej Południową Belgravią - w Bel-gravii bez przymiotnika znajdowały się jedynie pałacowe rezydencje. Z przyczyn finansowych Tuppence nie wsiadła do autobusu, lecz poszła pieszo.

Przechodziła właśnie przez park Świętego Jakuba, kiedy usłyszała za plecami głos mężczyzny:

- Bardzo przepraszam, ale czy mógłbym zamienić z panią kilka słów?

 

Propozycja pana Whittingtona

 

Tuppence stanęła i obróciła się, już mając na końcu języka ostrą odprawę dla nieznajomego, który zaczepia kobiety na ulicy. Jednakże ogólny wygląd mężczyzny oraz następne słowa powstrzymały ją.

- Zapewniam panią, że intencje moje są w pełni chwalebne! - powiedział.

Przyjrzała mu się uważniej: potężnej budowy, gładko ogolony, kwadratowa szczęka. Małe, chytre oczy, które umknęły przed spojrzeniem, gdy wlepiła weń wzrok. Intencje jego mogły być chwalebne, jednak ten człowiek zdecydowanie nie budził zaufania.

- O co chodzi? - spytała sucho.

- Zupełnie przypadkowo słyszałem część pani rozmowy z młodym dżentelmenem u Lyonsa - powiedział, uśmiechając się niby to szczerze.

- Więc co z tego? - padło kolejne szorstkie pytanie.

- Właściwie to nic… ale być może mógłbym służyć pomocą…

- I szedł pan przez cały czas za mną?

- Ośmieliłem się to uczynić.

- A w jakiż to sposób zamierza pan służyć’ pomocą? Mężczyzna wyciągnął z kieszeni pugilares, wyjął z niego bilet wizytowy i podał go dziewczynie. Na wizytówce widniał napis: „Edward Whittington, spółka Estońskie Szkło”. U dołu w rogu był jeszcze adres.

- Gdyby mogła pani przyjść do mojego biura jutro o jedenastej rano, to wyłuszczę pani moją propozycję - oświadczył pan Whittington.

- O jedenastej? - powtórzyła Tuppence z wahaniem w głosie.

- O jedenastej.

W jednej chwili zdecydowała się.

- Dobrze. Będę.

- Dziękuję pani. Do widzenia! - Uchylił bardzo grzecznie kapelusza i odszedł.

Tuppence długo za nim patrzyła, potem wstrząsnęła ramionami jak pies, który otrząsa się po wyjściu z wody.

- Początek wielkiej przygody! - mruknęła pod nosem. Męczyło ją pytanie, czegóż ten facet mógł od niej chcieć’?

Jest coś w panu, panie Whittington, co mi się bardzo, ale to bardzo nie podoba. Z drugiej strony, powiedzmy to sobie jasno, wcale się pana nie boję. I jak to już wielokrotnie mówiłam, i z pewnością będę miała okazję nieraz jeszcze powtórzyć, malutka Tuppence potrafi sobie dać radę w każdej sytuacji.

Potwierdziła tę prawdę zdecydowanym potrząśnięciem głowy i ruszyła w dalszą drogę, jednakże po namyśle zmieniła kierunek. Zamiast prosto do schroniska, poszła na pocztę. Wzięła z lady blankiet telegraficzny i na dłuższą chwilę zastygła w zadumie. Natrętna myśl o zbędnym w nowej sytuacji wydaniu pięciu szylingów na ogłoszenie kazała jej znacznie skrócić proces dojrzewania myśli. Lepiej było zaryzykować dziewięć pensów na depeszę, mając szansę ocalenia większej sumy.

Pogardzając drapiącą stalówką na drewnianym trzonku i gęstą mazią dostarczaną przez królewską pocztę nic nie podejrzewającym klientom, wydobyła z torebki nie zwrócony Tommy’emu ołówek i napisała drukowanymi literami: „OGŁOSZENIA NIE UMIESZCZAJ. WYJAŚNIĘ JUTRO”. Zaadresowała telegram do klubu Tommy’ego, z którego już wkrótce, chyba że bogini fortuna pomoże mu zapłacić składki, groziło mu wylanie.

- Może zdążę z telegramem - mruknęła pod nosem. - Warto spróbować.

Oddała blankiet urzędniczce i uiściwszy należność, ruszyła szybkim krokiem do domu. Po drodze zatrzymała się jeszcze w piekarni, gdzie kupiła za trzy pensy rogalików.

Nieco później w swojej klitce na najwyższym piętrze rozmyślała o najbliższej przyszłości, pogryzając rogaliki. Co to jest za firma owo Estońskie Szkło i jakie może mieć zapotrzebowanie na jej usługi? Przeszył ją podniecający dreszczyk przygody. Tak czy inaczej perspektywa powrotu na ojcowską plebanię chwilowo się oddaliła. Dzień jutrzejszy roztaczał nowe możliwości.

Długo nie mogła zasnąć, a kiedy wreszcie zmorzył ją sen, śniła, że zmywa całe stosy estońskiego szkła niesłychanie podobnego do szpitalnych talerzy.

 

Była za pięć jedenasta, kiedy Tuppence stanęła przed biurowcem, w którym znajdowała się siedziba firmy wymienionej na bilecie wizytowym pana Whittingtona. Przyjście przed czasem było niewskazane, gdyż mogło sugerować, że nazbyt jej na sprawie zależy. Postanowiła więc przejść się do rogu ulicy i z powrotem. Punktualnie o jedenastej weszła do budynku. Estońskie Szkło miało swoje biura na najwyższym piętrze. Była nawet winda, ale Tuppence zdecydowała się wejść po schodach.

Nieco zdyszana stanęła wreszcie przed drzwiami z wymalowanym na matowym szkle napisem „Spółka Estońskie Szkło”. Na jej pukanie odpowiedział zapraszający do wejścia głos. Otworzyła drzwi i znalazła się w dość obskurnym pomieszczeniu biurowym.

Z wysokiego stołka przed jeszcze wyższym pulpitem umocowanym tuż pod oknem zszedł urzędnik w średnim wieku.

Spojrzał na nią z niemym pytaniem w oczach.

- Jestem umówiona z panem Whittingtonem - powiedziała.

- Proszę za mną - odparł urzędnik i poprowadził ją do drzwi w przepierzeniu. Na drzwiach widniał napis „nie wchodzie”. Zapukał, otworzył i wpuścił Tuppence do środka.

Za wielkim biurkiem zarzuconym papierami siedział pan Whittington. Tuppence doznała podobnego uczucia, jak przy pierwszym spotkaniu. Coś tu nie pasowało. Przede wszystkim jego pozorna zamożność do przebiegłego spojrzenia.

- A więc przyszła pani - stwierdził pytająco i kiwnął z satysfakcją głową. - To bardzo dobrze. Proszę siadać.

Tuppence usiadła w krześle po drugiej stronie biurka. Tego poranka zachowywała się jak dobrze wychowana panienka. Siedziała skromniutko ze spuszczonymi oczami, podczas gdy gospodarz przerzucał papiery. Wreszcie odsunął od siebie cały ich stos i pochylił się ku niej.

- A więc, droga pani, przystąpmy do interesu. - Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. - Szuka pani pracy? Doskonale, mam dla pani pracę. Co by pani powiedziała na sto funtów zaliczki plus koszty? - Pan Whittington rozparł się w fotelu, wsadziwszy kciuki za opinającą mu brzuch kamizelkę.

Tuppence przyglądała mu się podejrzliwie.

- Jaki to rodzaj pracy? - spytała.

- Rzecz prosta i łatwa. Po prostu miła podróż…

- Dokąd?

Pan Whittington uśmiechnął się ponownie.

- Do Paryża.

- Ooo! - wykrzyknęła Tuppence. Jednocześnie pomyślała: „O to chodzi! Gdyby mój drogi ojczulek to usłyszał, padłby pewnie trupem. Z drugiej strony pan Whittington nie wygląda na uwodziciela”.

- Tak, Paryż! - powtórzył pan Whittington. - Czy wyobraża sobie pani milszą wycieczkę? W pani wypadku można bez żadnych obaw cofnąć czas o kilka lat. Jestem tego pewien. Bez najmniejszego trudu dostałaby się pani na którąś z pensji dla młodych panienek. Paryż obfituje w takie instytucje…

- Na pensję? - przerwała zdumiona Tuppence.

- Konkretnie na pensję madame Colombier przy Avenue de Neuilly.

Tuppence słyszała o tej pensji, najszacowniejszej ze wszystkich. Wiele jej amerykańskich przyjaciółek ją właśnie ukończyło.

- Chce pan, żebym się zapisała na pensję madame Colombier? Na jak długo?

- To zależy. Być może na trzy miesiące. - I to wszystko? Nic ponadto?

- Absolutnie wszystko. Oczywiście udałaby się pani na tę pensję jako moja wychowanka i przez cały czas nie wolno byłoby pani utrzymywać jakichkolwiek kontaktów ze znajomymi. Wymagam całkowitej dyskrecji. Na marginesie: pani jest Angielką, prawda?

- Tak.

- Ale mówi pani z lekkim amerykańskim akcentem?

- W szpitalu, w którym pracowałam, zaprzyjaźniłam się bardzo z pewną małą Amerykanką. To pewnie od niej przejęłam akcent. Ale szybko mogę się go pozbyć.

- Wprost przeciwnie. Byłoby wskazane, by grała pani rolę Amerykanki. To uprościłoby sprawy. Amerykańskiego życiorysu nikt nie sprawdzi. Angielską przeszłość trudniej jest spreparować. Tak, to byłoby zdecydowanie lepiej…

- Chwileczkę, panie Whittington! Pan mówi tak, jakbym już wyraziła na wszystko zgodę…

- Chyba nie myśli pani poważnie o odrzuceniu mojej propozycji? - Whittington wyglądał na zaskoczonego. - Zapewniam panią, że pensja madame Colombier jest bardzo szacowną instytucją. A zaproponowane przeze mnie warunki również są bardzo dobre.

- Otóż to! - odparła Tuppence. - Aż za dobre. Nie widzę sposobu, w jaki mogłabym zapracować na podobną sumę. Po prostu nie jestem jej warta.

- Naprawdę tak pani myśli? Z pewnością mógłbym znaleźć kogoś za skromniejszą kwotę. Ale płacę tyle, ponieważ zależy mi na osobie inteligentnej i bystrej, aby potrafiła dobrze zagrać wyznaczoną jej rolę, oraz takiej, która umie być dyskretna i nie będzie zadawać zbyt wielu pytań.

Tuppence uśmiechnęła się, przyznając, że pan Whittington wybrał właściwą kandydatkę.

- Jest jeszcze jedna sprawa - powiedziała. - Dotychczas nic nie wspomnieliśmy o panu Beresfordzie. Jaki miałby być j ego udział?

- O panu Beresfordzie?

- O moim wspólniku. Widział pan nas razem wczoraj…

- A tak, owszem. Niestety, nie skorzystam z jego usług.

- No to cała sprawa odpada! - Tuppence wstała. - Oboje albo żadne. Przykro mi, panie Whittington, ale tak to jest. Żegnam pana! - Ruszyła ku drzwiom.

- Chwileczkę! Niech się pani tak nie spieszy. Może znajdziemy jakieś wyjście. Proszę usiąść, panno…?

Tuppence przypomniała sobie ojca archidiakona i poczuła wyrzuty sumienia. Prawdziwego nazwiska nie może podać, a nuż papa by się dowiedział.

- Jane Finn… - wymieniła pierwsze, jakie jej przyszło do głowy i urwała zdumiona nagłą reakcją na te dwa słowa.

Zniknęła cała przymilność i uprzejmość z twarzy jej rozmówcy. Pan Whittington zrobił się purpurowy ze złości, na skroniach wystąpiły mu sine żyły. Wychylił się przez biurko i wysyczał:

- A więc to taka gra!?

Tuppence mimo nagłego zaskoczenia zachowała trzeźwość umysłu, która kazała jej zachować pokerową twarz. Nie miała pojęcia, o czym mówi pan Whittington, niemniej jednak uznała, że należy słuchać dalej, jeśliby miał coś jeszcze do powiedzenia. I rzeczywiście miał.

- Przez cały czas bawiła się pani ze mną jak kot z myszą. Przez cały czas wiedziała pani doskonale, po co jest mi pani potrzebna, a jednak grała pani tę komedię! - Powoli jego złość opadała, a jednocześnie ciemna przedtem jak burak twarz jaśniała. Świdrował ją wzrokiem. - Kto miał taki długi język? Rita?

- Nie - odparła bardzo szczerze. - Rita nic o mnie nie wie.

- A ile pani wie? - zapytał, nie spuszczając z niej wzroku.

- Muszę przyznać, że niewiele - powiedziała i z wielką przyjemnością stwierdziła, że jej odpowiedź miast uspokoić pana Whittingtona, jeszcze bardziej wyprowadziła go z równowagi. Być może zacząłby coś podejrzewać, gdyby powiedziała, że wie dużo.

- W każdym razie wie pani wystarczająco, aby tutaj się zjawić i niby to od niechcenia rzucić to nazwisko.

- A może ja się tak właśnie nazywam? - podsunęła Tuppence.

- Wielce prawdopodobne! - zakpił.

- Albo może mi to nazwisko ot tak przyszło do głowy, gdzieś je na przykład usłyszałam? - kontynuowała zachęcona sukcesem, jaki zaczęło przynosić mówienie prawdy, w którą rozmówca najwyraźniej nie wierzył.

Pan Whittington uderzył pięścią w biurko.

- Niech pani przestanie się wygłupiać! Co pani wie? I ile pani chce? Ile pani żąda?

To ostatnie pytanie bardzo ją zainteresowało, zwłaszcza że cały poprzedni dzień przeżyła na paru rogalikach, a o śniadaniu tego poranka w ogóle nie warto było myśleć. Grana w chwili obecnej rola miała w sobie mniej z Wielkiej Przygody, a więcej z Wielkiego Oszustwa, ale stwarzała realne możliwości spełnienia doraźnego pragnienia zjedzenia porządnego posiłku. Rozsiadła się więc wygodnie, uśmiechnęła z pewnością osoby, która panuje nad sytuacją, i wygłosiła krótką mowę:

- Drogi panie Whittington, połóżmy karty na stół. I niech się pan nie gniewa, bo nie ma o co. Podsłuchał pan wczoraj moją rozmowę, w której wspomniałam, że zamierzam prowadzić awanturnicze życie, polegając na własnej główce. Chyba udowodniłam panu, że tę główkę mam. Dobrze przykręconą! Nie zaprzeczam, że znane mi jest pewne nazwisko, ale być może na tym kończy się moja wiedza…

- A może się i nie kończy - warknął pan Whittington.

- Upiera się pan, by mi nie wierzyć. - Tuppence westchnęła.

- Już raz to powiedziałem: niech pani przestanie błaznować. Porozmawiajmy serio. Nie uda się pani odgrywać przede mną niewiniątka. Wie pani znacznie więcej, niż chce to przyznać.

Tuppence przez chwilę milczała, zajęta podziwianiem w duchu własnej przemyślności, a potem bardzo spokojnie oświadczyła:

- Nie wypada mi panu zaprzeczać, drogi panie.

- Wróćmy więc do pierwotnego pytania: ile pani żąda? Tuppence stanęła wobec dylematu. Dotychczas udało jej się wprost kapitalnie nabrać Whittingtona, jednakże wymienienie konkretnej sumy mogło obudzić jego podejrzenia. Doznała nagłego olśnienia:

- Powiedzmy, że zaliczka teraz, a o reszcie jeszcze porozmawiamy.

Whittington spojrzał na nią ponuro.

- Mały szantażyk, co?

- Ach nie, skąd! Nazwijmy to zaliczką na poczet przyszłych usług. - Tuppence słodko się uśmiechnęła.

Whittington coś mruknął.

- Bo widzi pan, ja wcale tak nie lecę na pieniądze - dodała milutko.

- Brak mi słów na opisanie pani! - burknął Whittington, ale w jego głosie krył się podziw. - Dałem się całkowicie nabrać. Sądziłem, że mam do czynienia ze skromniutką panienką z odrobiną rozumu, jaka była mi w tej sprawie potrzebna…

- Życie jest pełne niespodzianek - stwierdziła Tuppence moralizatorskim tonem.

- Ktoś się jednak musiał wygadać, tego jestem pewien - powiedział Whittington. - Według pani, to nie Rita. A może…? Wejść! - krzyknął, słysząc pukanie do drzwi.

Do pokoju wsunął się cicho urzędnik i położył na biurku kartkę.

- Telefoniczna wiadomość, proszę pana! Whittington chwycił kartkę i przeczytał, marszcząc brwi.

- Dziękuję, Brown. Możesz wyjść.

Urzędnik wycofał się i zamknął za sobą drzwi. Whittington obrócił się w stronę Tuppence.

- Niech pani przyjdzie jutro o tej samej porze. Teraz jestem zajęty. Chwilowo daję pani pięćdziesiąt.

Wyciągnął z kieszeni zwitek banknotów, wybrał kilka 1 Położył na skraju biurka od strony Tuppence. Jednocześnie wstał. Wyraźnie chciał się jej jak najszybciej pozbyć. Tuppence spokojnie przeliczyła pieniądze, włożyła je do torebki i dopiero wtedy podniosła się z krzesła.

- Żegnam, panie Whittington. A raczej au revoir* - powiedziała bardzo grzecznie.

- Właśnie! Au revoir\ - Pan Whittington znowu wpadł w jowialny humor. Zmiana ta nieco zaniepokoiła Tuppence. - Au revoir, sprytna i urocza damo!

Tuppence jak na skrzydłach zbiegała ze schodów. Znajdowała się niemal w euforii. Uliczny zegar wskazywał za pięć dwunastą.

- Ale się Tommy zdziwi! - mruknęła dość głośno i zatrzymała nadjeżdżającą taksówkę.

Podjechała pod samo wejście na stację metra. Tommy już czekał. Ze zdumienia szeroko otworzył oczy i podbiegł, by pomóc jej wysiąść. W nagrodę otrzymał czuły uśmiech i polecenie:

- Zapłać, mój drogi! Zupełnie nie mam drobnych. Najmniejszy banknot to pięciofuntówka…

 

Niepowodzenie

 

Triumf okazał się nieco mniejszy niż sobie Tuppence założyła, a to przede wszystkim z powodu mizernej zawartości kieszeni Tommy’ego. Udało się zgromadzić wymaganą kwotę, ale dopiero gdy dziewczyna wygrzebała z dna torebki jeszcze dwa pensy. Kierowca taksówki z garścią pełną drobniaków dał się wreszcie skłonić do odjazdu, choć zdołał jeszcze zadać chrapliwym głosem retoryczne pytanie:

- Czy też szanowny dżentelmen żartuje sobie, dając mi to wszystko?

- Chyba zapłaciłeś za dużo - odezwała się wówczas niewinnym głosikiem Tuppence. - Ten uczciwy biedak chce ci zwrócić nadpłatę, Tommy!

I najprawdopodobniej te słowa skłoniły wreszcie taksówkarza do zniknięcia z pola widzenia.

Pan Tommy Beresford głęboko odetchnął i nie mając już świadków mógł ostrym tonem zażądać wyjaśnień:

- Co ci do łepetyny skoczyło, żeby brać taksówkę?

- Nie chciałam się spóźnić i narazić cię na czekanie - od-Parła spokojnie Tuppence.

- Spóźnić się na dwunastą? Ty sypiasz do południa? Boże, nic już nie rozumiem.

- I daję ci najprawdziwsze słowo - ciągnęła niewzruszenie Tuppence - że nie mam mniejszych banknotów niż pięciofuntowe.

- Bardzo ładnie to odegrałaś przed taksówkarzem, ale i tak ci nie uwierzył.

- Hmm… - zamyśliła się Tuppence. - Nie uwierzył! I tak jest zawsze, kiedy mówi się prawdę. Nikt w nią nie chce uwierzyć. Już to stwierdziłam dziś rano. Teraz pójdziemy sobie na lunch. Chciałbyś do Savoyu?

Tommy skrzywił twarz w uśmiechu.

- Może lepiej do Ritza?

- Wiesz, chyba jednak wolę restaurację w hotelu Picadilly. Znacznie bliżej i nie potrzebujemy brać taksówki. Chodź!

- W dobrym dziś jesteś humorze. A może coś z główką niedobrze? - zapytał Tommy.

- Takie przypuszczenie nie jest pozbawione pewnych podstaw. Wpadły mi do ręki pieniądze i doznałam w związku z tym takiego szoku, że ciągle jeszcze nie mogę przyjść do siebie. Jeden ze znanych lekarzy poleca na takie niedomaganie dobrą zakąskę, następnie kraba po amerykańsku, pieczoną kurę i na deser melbę. Idziemy się leczyć!

- Tuppence, drogie dziewczę, czy nie masz gorączki?

- Ty niedowiarku! - Tuppence otworzyła torebkę. - Patrz! - Wyciągnęła banknoty i zaczęła nimi powiewać.

- Nie powiewaj tak publicznie funciakami, dziewczyno!

- To nie są banknoty funtowe! To są banknoty pięciokrotnie lepsze! Nie, omyliłam się. Ten, który trzymam w ręku, jest dziesięć razy lepszy!

Tommy jęknął.

- Tuppence, musiałem się chyba upić, nic o tym nie wiedząc, i teraz zamiast białych słoni widzę białe banknoty! A może ja śnię?

- Już dobrze, mój królu. Za taki banknot zjemy lunch. Chodź!

- Pójdę za tobą, gdzie chcesz. Ale skąd je masz? Obrabowałaś bank?

- Wszystko ci opowiem. Co za okropne miejsce ten plac Picadilly. Uważaj, chce nas przejechać wstrętny autobus! To byłoby straszne, gdyby przejechał się po pięciofuntowych banknotach. I jednym dziesięciofuntowym!

- Parter? Główna sala? - spytał Tommy, gdy szczęśliwie przeszli na drugą stronę jezdni.

- Droższa jest ta mniejsza - powiedziała Tuppence.

- Grzeszna i godna potępienia ekstrawagancja! - oświadczył Tommy. - Chodź ze mną…

- Ale czy ja tam dostanę to, czego chcę?

- Mówisz o tym bardzo niezdrowym menu, które mi przed chwilą proponowałaś? Oczywiście, że dostaniesz. Może nie wszystko, bo byś pękła.

Kiedy już usiedli i na stole znalazły się zamówione przez Tuppence zakąski, Tommy nie mógł dłużej wytrzymać:

- No, jazda! - zażądał. - Strzelaj!

I panna Cowley wszystko mu opowiedziała.

- A najśmieszniejsze jest to, że ja naprawdę wymyśliłam to nazwisko: Jane Finn. Nie chciałam podać prawdziwego ze względu na ojczulka, którego by szlag trafił, gdyby jego córeczka wpakowała się w jakąś aferę niezbyt przyjemną Panu Bogu.

- Słusznie zrobiłaś, ale nazwiska wcale nie wymyśliłaś - poinformował ją Tommy.

- Jak to nie?

- Ja ci je podsunąłem. Nie pamiętasz? Powiedziałem wczoraj, że słyszałem na ulicy jakichś dwóch gości mówiących o kobiecie, która nazywała się Jane Finn. I stąd to nazwisko przyszło ci do głowy.

- Rzeczywiście! Teraz sobie przypominam! To nadzwyczajne… - Tuppence zatopiła się w myślach. Nagle usiadła prosto. - Tommy?

- No co?

- Jak wyglądali ci dwaj mężczyźni?

- Jeden był chyba bardzo tęgi i wysoki - odparł Tommy, marszcząc czoło. - I gładko ogolony. Ciemne włosy…

- To on, to on! - wykrzyknęła Tuppence podniecona.

- Ten sam. To jest właśnie Whittington! A jak wyglądał ten drugi?

- Zupełnie nie pamiętam. Jakoś go nie zarejestrowałem. Właściwie tylko to fińskie nazwisko zwróciło moją uwagę.

- A ludzie mówią, że nie ma zbiegów okoliczności!

- Tuppence z wielkim zadowoleniem pochłaniała melbę.

Tommy spoważniał.

- Słuchaj no, moja droga, ale co dalej? Dokąd to wszystko nas prowadzi?

- Do dalszych pieniędzy - odparła.

- Tylko o tym myślisz. Mnie interesuje inna sprawa. Co powinniśmy teraz zrobić? Jak chcesz kontynuować tę grę?

- W tym problem, Tommy. Trzeba się zastanowić.

- Długo swego blefu nie pociągniesz. Wcześniej czy później potkniesz się na jakimś słówku. A poza tym… to jest przecież karalne. Szantaż!

- Bzdura! Szantaż byłby wtedy, gdybyśmy zagrozili, że coś komuś powiemy, jeśli nie dostaniemy pieniędzy. A my przecież nie moglibyśmy nikomu nic powiedzieć, bo absolutnie nic nie wiemy.

- Hmm… - zastanowił się Tommy. - W każdym razie trzeba obmyślić dobrze, co dalej. Więc powiadasz, że Whittington nagle zapragnął się ciebie pozbyć i na odczepnego dał pieniądze. Ale następnym razem, nim da więcej, będzie chciał usłyszeć coś konkretnego. Co dokładnie wiesz i skąd. A może zdarzyć się jeszcze coś, czego nie można przewidzieć. Dasz sobie radę? Jak masz zamiar to wszystko rozegrać?

Tuppence zasępiła się, marszcząc czoło.

- Musimy pomyśleć. W związku z tym zamów kawę po turecku. Rozszerza komórki i stymuluje myślenie. O Boże, chyba się za bardzo objadłam!

- Jak prosię! Ale ja właściwie też, chociaż wybierałem dania chyba rozsądniej od ciebie. Dwie kawy! - Ostatnie słowa były skierowane do kelnera. - Jedna po turecku, druga z mlekiem.

Tuppence piła kawę malutkimi łyczkami. Gdy Tommy chciał się odezwać, ucięła krótko:

- Bądź cicho! Myślę!

- Oby cię nie opuściło natchnienie! - po tej krótkiej uwadze Tommy zapadł w milczenie.

- Jest! - wykrzyknęła wreszcie Tuppence. - Mam gotowy plan. Musimy oczywiście czegoś się jeszcze w tej sprawie dowiedzieć…

- Brawo!

- Nie kpij sobie. A dowiedzieć się musimy, obwąchując, jeśli tak wolno rzec, szanownego pana Whittingtona. Gdzie mieszka, co robi… Ja nie mogę go śledzić, bo on mnie zna. Ale ty mignąłeś mu tylko w restauracji Lyonsa. Nie rozpozna cię. Młodzi mężczyźni są strasznie do siebie podobni.

- Kategorycznie odrzucam podobne pomówienie! Jestem absolutnie przekonany, że miła aparycja i schludny wygląd wyróżniają mnie od otoczenia.

- Mój plan jest taki… - kontynuowała Tuppence nie reagując wcale na uwagę Tommy’ego. - Jutro pójdę na spotkanie sama. Będę się starała ponownie odsunąć ostateczną rozgrywkę. Jeśli nie dostanę żadnych pieniędzy, to nic nie szkodzi. Pięćdziesiąt funtów powinno nam wystarczyć na kilka dni…

- Może nawet na dłużej.

- Ty natomiast będziesz się kręcił przed budynkiem. Kiedy wyjdę, udasz, że mnie nie znasz, bo on może patrzeć z góry. Zostanę jednak gdzieś w pobliżu, tak żebyś mnie widział, i kiedy z kolei on wyjdzie na ulicę, to ja upuszczę chusteczkę albo coś takiego i ty za nim pójdziesz…

- Dokąd?

- Tam gdzie i on, głuptasie! No, co sądzisz o moim planie?

- Czytałem o takich rzeczach w książkach. Ale robić to samemu? Strasznie głupio tak stać przez kilka godzin na ulicy, nie mając nic do roboty. Ludzie na pewno będą się dziwili, co ja kombinuję…

- Nie w mieście. Wszyscy się dokądś śpieszą. Nikt na ciebie nie zwróci uwagi.

- Już drugi raz mówisz, że nikt na mnie nie zwróci uwagi. Ale ci wybaczam. Bo ja wiem, to może być nawet zabawne. Co robisz dziś po południu?

- No właśnie - odparła Tuppence. - Myślałam o kapeluszu… i o jedwabnych pończochach. A może…

- Spokojnie, spokojnie! Pięćdziesiąt funtów to tylko pięćdziesiąt funtów. Ale może byśmy… może pójdziemy na kolację i trochę potańczymy?

- Doskonały pomysł!

Dzień minął zupełnie przyjemnie, a wieczór jeszcze bardziej. Dwie pięciofuntówki ulotniły się bezpowrotnie.

 

Spotkali się następnego ranka w umówionym miejscu i ruszyli ku śródmieściu. Tuppence weszła do biurowca, a Tommy pozostał na przeciwległym chodniku.

Ruszył spacerkiem do rogu, potem wolno wrócił. Gdy był na wysokości biurowca, wybiegła z niego Tuppence i pędem pokonała jezdnię.

- Tommy!

- Co się stało?

- Biuro zamknięte. Nikogo tam nie ma.

- Dziwne.

- Prawda? Chodź ze mną. Spróbujemy jeszcze raz. Tommy poszedł za Tuppence. Gdy znajdowali się na trzecim piętrze i zaczęli wchodzić na czwarte, na schodach pojawił się jakiś młody urzędnik i po chwili wahania spytał:

- Państwo do „Estonii”?

- Tak, właśnie.

- Już ich nie ma. Od wczoraj. Podobno firma jest zlikwidowana. Podobno. W każdym razie pomieszczenia są do wynajęcia.

- Dziękuję… dziękuję panu - odparła Tuppence. - Nie zna pan przypadkiem adresu pana Whittingtona?

- Nie, nie znam. Oni się wyprowadzili tak niespodziewanie.

- Bardzo panu dziękuję - odezwał się Tommy. - Idziemy, Tuppence!

Wyszli na ulicę. Stanęli, patrząc na siebie.

- No i koniec - stwierdził Tommy.

- Tego nie podejrzewałam - jęknęła Tuppence.

- Głowa do góry, staruszko, to jeszcze nie koniec świata! Nic nie poradzimy!

- Naprawdę? - Hardo podniosła głowę. - Myślisz, że to koniec? A właśnie, że nie! Dopiero początek.

- Początek czego?

- Wielkiej Przygody! Czy ty naprawdę nie rozumiesz, Tommy? Oni uciekli, co oznacza, że historia z Jane Finn to poważna sprawa. I my ją rozgryziemy. Odnajdziemy Whittingtona. Będziemy niezmordowanie węszyć!

- Kto ma węszyć? My? Nie jesteśmy detektywami - zaprotestował Tommy.

- To się nauczymy. Trzeba przygotować nowy plan działania. Pożycz mi ten twój ogryzek ołówka. Dziękuję. I nie przeszkadzaj, nie przerywaj. Daj mi pomyśleć i zapisać… Dobrze! - Tuppence oddała ołówek Tommy’emu, spoglądając z wielką satysfakcją na to, co nabazgrała na papierze.

- Coś tam napisała?

- Ogłoszenie.

- Więc jednak je dajemy?

- Nie to. Inne. Podała mu kartkę. Tommy odczytał na głos:

- „Jane Finn! Wszelkie informacje o tej osobie pilnie poszukiwane. MŁP”

 

Kim jest Jane Finn?

 

Dzień następny przetoczył się powoli. Należało ograniczyć wydatki. Czterdzieści funtów rozumnie wydawane mogło starczyć na długo. „Chodzenie pieszo tanio wypada”, stwierdziła Tuppence. Na szczęście pogoda była ładna. Za wieczorną rozrywkę musiało im wystarczyć dzielnicowe kino.

Środa była dniem złudnych nadziei. W czwartek ukazało się ogłoszenie. Dopiero w piątek zaś można się było spodziewać odpowiedzi, adresowanych na klub Tommy’ego.

Tommy dał słowo honoru, że żadnego z listów, jeśli w ogóle nadejdą, sam nie otworzy, lecz przyjdzie z nimi o dziesiątej na spotkanie w Narodowej Galerii Malarstwa.

Tuppence zjawiła się pierwsza, usiadła na kanapce obitej pluszem i bez entuzjazmu wpatrywała się w obraz Turnera, kątem oka zerkając ku wejściu. Wkrótce pojawił się Tommy.

- No i co? - spytała podniecona.

- A właśnie - odparł przekornie pan Beresford. - Który Turner najbardziej ci się podoba?

- Nie znęcaj się nade mną. Są jakieś odpowiedzi? Tommy potrząsnął głową z przesadnym smutkiem.

- Nie chciałem ci psuć humoru, staruszko, mówiąc, co sądzę o tym pomyśle z ogłoszeniem. Zmarnowane pieniądze… - westchnął głęboko. - I teraz masz skutek. Ogłoszenie się ukazało i… są tylko dwie odpowiedzi!

- Dawaj, świntuchu! - wykrzyknęła Tuppence. - Dawaj natychmiast! Jesteś wstrętny!

- Język, moja droga! Bacz na język! W Narodowej Galerii szczególnie na to zważają, bo to państwowa instytucja, spuścizna pokoleń i tak dalej… A poza tym już ci chyba mówiłem, że córce osoby duchownej nie wypada…

- …zadawać się z takimi jak ty nędznikami - dokończyła Tuppence.

- Niezupełnie to miałem na myśli. Skoro już jednak dzięki mnie, w dodatku całkiem za darmo, przeżyłaś tę chwilę euforii po długim okresie rozpaczy, to może zabierzemy się wreszcie do przeglądania tak zwanej poczty?

Tuppence bezceremonialnie wyrwała mu z ręki obie koperty i przed otwarciem dokładnie je obejrzała.

- Gruby, czerpany papier! Kosztowny! Zostawimy to na deser. Najpierw ta druga…

- Racja. A więc raz, dwa, trzy, otwieramy! Tuppence szybko rozdarła kopertę i wyjęła z niej kartkę.

 

Szanowny Panie,

Odpowiadając na Pańskie ogłoszenie w dzisiejszej gazecie, zawiadamiam, że być może będę mógł służyć pomocą. Jeśli to Panu odpowiada, proszę mnie odwiedzić pod podanym w nagłówku adresem jutro o godzinie jedenastej przed południem.

Z poważaniem, A. Carter

 

- 27 Carshalton Terrace - Tuppence odczytała adres.

- To musi być gdzieś przy Gloucester Road. Mamy mnóstwo czasu. Zdążymy, jeśli pojedziemy metrem.

- A oto mój plan kampanii - oświadczył Tommy. - Teraz moja kolej rozpoczęcia ofensywy. Kiedy stanę przed obliczem pana Cartera, to najpierw, zgodnie z obyczajem, powiemy sobie „dzień dobry”. Potem on poprosi: „Niech pan usiądzie, panie…?”. Na co ja mu odpowiem bez zwłoki ze znaczącym uśmiechem: „Jestem Edward Whittington”. Pan Carter poczerwienieje wówczas na twarzy i wykrztusi: „Ile pan chce?”. Otrzymam zwyczajowe w tym wypadku pięćdziesiąt funtów, schowam je do kieszeni i wrócę do ciebie na róg ulicy. Następnie powtórzymy to samo, idąc pod drugi adres…

- Przestań się wygłupiać, Tommy! Dawaj ten drugi list. Ooo, wysłany z hotelu Ritz!

- I może z propozycją stu funtów?!

- Przeczytam ci:

„Szanowny Panie,

W związku z Pańskim ogłoszeniem proszę uprzejmie o odwiedzenie mnie około południa.

Z poważaniem,

Julius P. Hersheimmer”.

- Ha! - wykrzyknął Tommy. Pachnie mi Szwabem. Albo amerykańskim milionerem o niefortunnym rodowodzie. Południe to dobra pora. Kto wie, może darmowe papu na dwie osoby?

Tuppence skinęła głową.

- Możliwe, ale śpieszmy się do Cartera. Carshalton Terrace okazało się wyjątkowo szacowną

ulicą o „damskim aspekcie”, jak to określiła Tuppence. Nacisnęła dzwonek pod numerem dwadzieścia siedem i drzwi niemalże bez zwłoki otworzyła im pokojówka. Wyglądała równie szacownie jak ulica i dom, co nieco zmartwiło Tuppence, która spodziewała się raczej podejrzanych osób.

Na pytanie Tommy’ego o pana Cartera pokojówka bez słowa wskazała im mały salonik, po czym ich opuściła. Nie zdążyli się nawet dobrze rozejrzeć, kiedy do saloniku wszedł wysoki, szczupły mężczyzna o sępiej twarzy i zmęczonych ruchach.

- Pan MŁP? - spytał z uśmiechem, który zaskoczył Tuppence swoim czarem. - Siadajcie, proszę!

Usiedli. Pan domu uśmiechał się zachęcająco, a zarazem z zaciekawieniem, co nieco zbiło Tuppence z pantałyku.

Ponieważ pan Carter się nie odzywał, była zmuszona sama rozpocząć rozmowę:

- Chcieliśmy właśnie wiedzieć… to znaczy, czy byłby J pan łaskaw nam powiedzieć, co pan wie o Jane Finn?

- Jane Finn? Aaa! - Pan Carter jakby się zastanawiał.

- Problem wygląda nieco inaczej. To raczej ja chciałbym wiedzieć, co wy o niej wiecie, moi państwo!

Tuppence dumnie się wyprostowała.

- To, co my wiemy, nie ma tutaj znaczenia.

- Tak pani sądzi? Otóż jestem przeciwnego zdania.

- Znów się uśmiechnął, tym razem jakimś takim zmęczonym uśmiechem, i powtórzył: - Tak jest. Problem w tym, co państwo wiedzą o Jane Finn?

Tuppence milczała.

- No, proszę dalej! - powiedział dość ostro. - Musicie cokolwiek o niej wiedzieć, skoro daliście podobne ogłoszę- J nie do gazety. - Pochylił się trochę, a jego głos zabrzmiał J nieco natarczywiej: - Może się wreszcie dowiem…!

Pan Carter miał w sobie coś zniewalającego, coś co przyciągało człowieka, a jednocześnie go podporządkowywało. Tuppence otrząsnęła się z tego wpływu i spytała Tommy’ego:

- Nie możemy tego zrobić, prawda, Tommy?

Ku jej wielkiemu zdziwieniu Tommy nie przytaknął. .J Wpatrywał się intensywnie w twarz pana Cartera, a kiedy J się odezwał, głos jego wyrażał głęboki szacunek:

- Obawiam się, że to, co wiemy, nie pomoże panu. Niemniej jednak wszystko panu powiemy…

- Tommy! - wykrzyknęła z oburzeniem Tuppence. Pan Carter poprawił się na krześle. Jego wzrok wyrażał pytanie.

Tommy skinął głową potwierdzająco.

- Tak jest, sir! Od razu pana poznałem. We Francji należałem do jednostki wywiadu. Tam pana spotkałem. Gdy tylko wszedł pan do pokoju, wiedziałem…

Carter podniósł dłoń.

- Tylko bez nazwisk. Jestem tutaj znany jako pan Carter. To jest dom mojej kuzynki, która zawsze mi go użycza na mniej oficjalne spotkania. No więc, które z was wszystko mi opowie? - spoglądał to na Tuppence, to na Tommy’ego.

- Mów ty, Tuppence! To twoja przygoda!

- A więc słucham, młoda damo.

I Tuppence posłusznie opowiedziała całą historię od momentu powstania spółki „Młodzi Łowcy Przygód”, aż do chwili obecnej.

Pan Carter słuchał bardzo uważnie. Na twarzy malowało mu się zmęczenie. Od czasu do czasu przesłaniał dłonią usta, jakby chciał ukryć uśmieszek. Gdy Tuppence skończyła, pokiwał głową i powiedział:

- Niewiele tu informacji, ale brawo, brawo! Duże brawa! Niech wolno mi będzie powiedzieć, że stanowicie bardzo ciekawą parę. Kto wie, może właśnie wam się uda tam, gdzie zawiedli inni… Zawsze wierzyłem w szczęście. A wy je chyba macie…

Milczał przez dłuższą chwilę, a potem spytał:

- No więc, jak będzie? Poszukujecie Wielkiej Przygody? Odpowiadałaby wam praca dla mnie? Oczywiście nieoficjalnie. Skromna płaca, ale wszystkie wydatki pokrywam…

Tuppence ze zdumienia otworzyła usta, oczy zrobiły się jej zupełnie okrągłe.

- Co mielibyśmy robić? - zapytała w odpowiedzi.

- Po prostu to samo, co robicie teraz. Szukać i znaleźć Jane Finn! - Uśmiechnął się. - Tylko tyle.

- No tak, dobrze, ale kto to jest ta Jane Finn? Pan Carter pokiwał głową.

- Tak, racja - powiedział już poważnie. - Chyba macie f prawo wiedzieć…

Poprawił się na krześle, złożył palce obu dłoni i rozpoczął długą opowieść:

- Szczegóły związane z tajną dyplomacją (która, nawiasem mówiąc, przeważnie przynosi tylko rozczarowania i szkody) was nie dotyczą. Wystarczy więc, że powiem, iż w piętnastym roku powstał pewien dokument. Był to pro jekt tajnego porozumienia. Możemy go nawet określić mianem traktatu. Dokument sporządzono w Ameryce i przygotowano do podpisu przez zainteresowane strony. Ameryka była jeszcze wówczas neutralna. Wspomniany dokument zabrał, w celu przewiezienia do Anglii, specjalny kurier, młody człowiek nazwiskiem Danvers. Zainteresowane strony wierzyły, że zastosowano odpowiednie środki ostrożności, aby całą tę sprawę utrzymać w całkowitej tajemnicy. Niestety, podobne założenia i nadzieje okazują się przeważnie płonne. Ktoś się zawsze wygada!

Danvers popłynął do Anglii na liniowcu „Lusitania”. Tajny dokument, owinięty nieprzemakalną materią, miał ukryty pod ubraniem. Właśnie podczas tej podróży niemieckie torpedy zatopiły „Lusitanię”. Nieco później znaleziono ciało Danversa i zidentyfikowano je ze stuprocentową pewnością. Ale pakietu przy nim nie było!

Powstało pytanie, czy dokumenty skradziono już po a śmierci Danversa, czy też kurier zdołał je komuś przekazać? Pewne okoliczności wskazywały na to drugie. Już po storpedowaniu statku, w czasie kiedy spuszczano na wodę łodzie ratunkowe, widziano Danversa rozmawiającego z młodą Amerykanką. Nikt nie zauważył, by cokolwiek jej przekazywał, ale tak właśnie mogło być. Osobiście myślę, że kurier to zrobił, sądząc, że kobieta ma większe szansę ocalenia życia.

Ale w takim razie co się stało z ową dziewczyną i z powierzonymi jej dokumentami? Według nieco późniejszych informacji z oficjalnych kół amerykańskich, Danvers był śledzony. Kolejne pytanie: czy dziewczyna należała do śledzących, czy też ją z kolei zaczęto śledzić? A może nawet zmuszono do oddania pakietu…?

Zaczęliśmy poszukiwania owej osoby. Okazało się to niesłychanie skomplikowane i trudne. Nazywała się Jane Finn. Jej nazwisko znaleźliśmy na liście osób ocalonych, ale dziewczyna po prostu przepadła bez śladu. Próby odnalezienia jej rodziny nie przyniosły żadnego skutku. Była sierotą. Stwierdzono, że pracowała jako nauczycielka w małej szkole na zachodzie Stanów. Miała paszport wystawiony na podróż do Francji, wybrała się bowiem do Paryża z zamiarem pracy w szpitalu. W wojennym szpitalu. Zgłosiła się ochotniczo i po wymianie korespondencji przyjęto jej ofertę. Kierownictwo szpitala, wiedząc z opublikowanej przez prasę listy uratowanych rozbitków, że Jane Finn żyje, oczekiwało jej przybycia. Ale nie pojawiła się i nie dala znaku życia.

Uczyniono wszystko, aby odnaleźć młodą Amerykankę. Bez skutku. Ślad prowadził do Irlandii, a potem do Anglii. Tyle wiadomo. A potem już nic. Wrogie siły nie wykorzystały treści dokumentu. Narzucał się więc wniosek, że jednak Danvers zniszczył pakiet. Wojna weszła w zupełnie nową tezę, zmieniły się racje polityczne i dyplomatyczne rozgrywki. Nigdy nie próbowano przeredagować traktatu w nowym kształcie. Plotki na temat istnienia jakiegokolwiek wcześniejszego projektu zostały zdementowane. apomniano o zniknięciu Jane Finn i w ogóle o całej sprawie.

Pan Carter zamilkł, z czego skorzystała Tuppence, by wtrącić pytanie:

- No to dlaczego teraz, tak nagle…? Przecież wojna się skończyła.

- Ponieważ się okazało, że dokument nie został jednak zniszczony i opublikowanie go dziś, mimo iż dotyczy przeszłości, wywołałoby wielki skandal. - Pan Carter po raz pierwszy okazał podniecenie, jakby się nagle otrząsnął ze zmęczenia.

Tuppence patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, czekając na wyjaśnienie.

- Tak, przed pięcioma laty traktat był bronią w naszym ręku. Ujawniony teraz stałby się instrumentem przeciwko nam. Popełniono straszny błąd. Opublikowanie tekstu dzisiaj byłoby po prostu katastrofą… Mogłoby wywołać następną wojnę. Tym razem nie z Niemcami. Istnieje prawdopodobieństwo, chociaż ja w to nie wierzę, że dokument ten kompromituje kilku naszych polityków, na co ze względów politycznych nie możemy sobie obecnie pozwolić. Traktat mógłby stać się potężnym orężem w ręku partii laburzystowskiej, której rządy - przynajmniej w mojej opinii - podważyłyby nasze układy i struktury handlowe. Ale nie to byłoby prawdziwą katastrofą. Istotne zagrożenie pochodzi z innej strony…

Zamilkł na chwilę.

- Słyszeliście zapewne, że za obecnymi strajkami kryją się bolszewicy? Pisała o tym prasa. Wyraźnie to sugerowała.

Tuppence skinęła głową.

- Otóż to prawda - kontynuował pan Carter. - Ale niecała. Do kraju płynie szeroką rzeką bolszewickie złoto w celu wzniecenia rewolucji i obalenia naszego ustroju. I działa tu pewna osoba, której prawdziwe nazwisko jest nam nieznane, a która za kulisami pociąga za sznurki. Niepokojom społecznym winni są bolszewicy, ale za bolszewikami kryje się ów człowiek. Nie wiemy kto to. Nazywany jest panem Brownem. Naszym zdaniem to największy zbrodniarz stulecia. Stoi na czele potężnej organizacji. Jeszcze w czasie wojny działał przeciwko ruchowi oporu. Wszędzie ma swoich szpiegów…

- Naturalizowany Brytyjczyk? Pochodzenia niemieckiego? - spytał Tommy.

- Ach, nie! Jesteśmy absolutnie przekonani, że to Anglik. I że w czasie wojny był niesłychanie proniemiecki. Jego prawdziwe cele są nam nieznane. Prawdopodobnie jest to człowiek żądny absolutnej władzy. Nie mamy pojęcia, za jaką fasadą się kryje. Podobno nawet najwierniejsi wyznawcy nie znają jego prawdziwego publicznego oblicza. Ilekroć trafiliśmy na jakiś ślad, zawsze się on urywał, a rolę rzekomego przywódcy obejmował ktoś inny. Ale za każdym razem okazywało się, że w tle był jakiś urzędnik lub służący bez znaczenia i że enigmatyczny pan Brown znów nam umknął.

- Ooo! - wyrwało się Tuppence. - Zastanawiam się czy…

- Słucham, słucham? - zapytał pan Carter.

- Coś sobie przypomniałam. W biurze pana Whittingtona był urzędnik. Pan Whittington nazwał go Brownem. Nie myśli pan…?

- Możliwe, całkiem możliwe! - Carter pokiwał głową. - Tak, bardzo często pojawia się to nazwisko. Może to jakaś idiosynkrazja geniusza? Mogłaby go pani opisać?

- Właściwie to nie, bo on był taki zwyczajny, niczym się nie wyróżniał…

- No i właśnie! Tak nam zawsze wszyscy opisują pana Browna. - Carter głęboko westchnął. - Przyniósł Whittingtonowi wiadomość telefoniczną? A zauważyła pani telefon w tym pierwszym pomieszczeniu?

- Nie, nie widziałam - odparła Tuppence po chwili zastanowienia.

- Otóż to! Tak zwana wiadomość telefoniczna to sposób wydawania przez Browna poleceń podwładnym. Rzekomy urzędnik słyszał całą pani rozmowę z Whittingtonem. Czy Whittington dał pani pieniądze i kazał zjawić się następnego dnia dopiero po przyniesieniu mu owej telefonicznej wiadomości, czy też wcześniej?

- Potem! - odparła Tuppence.

- No tak, to był pan Brown! - Carter przez chwilę milczał. - Teraz więc widzicie, moi drodzy, w co się wmieszaliście. Być może chodzi o największego przestępcę naszych czasów. Wcale mi się to nie podoba, jesteście bardzo młodzi i niedoświadczeni. Nie chciałbym, by przytrafiła się wam jakaś przykra przygoda…

- Nie przytrafi się! - odparła Tuppence z wielką pewnością siebie.

- Będę się nią opiekował, sir - zapewnił Tommy.

- A ja tobą! - odcięła się Tuppence oburzona męską zarozumiałością.

- Najlepiej opiekujcie się sobą wzajemnie - poradził pan Carter, uśmiechając się. - Ale wróćmy do naszego dokumentu. Jest w tej sprawie coś niejasnego. Zagrożono nam publikacją projektu traktatu. Uczyniono to bez osłonek, jasno i wyraźnie. Elementy wywrotowe dały nam znać, że dokument jest w ich rękach i że zamierzają go ujawnić w odpowiedniej chwili. Jednocześnie popełniono kilka dość istotnych, nawet zaskakujących, błędów przy interpretacji tekstu. W kołach rządowych panuje przekonanie, że przeciwnik blefuje. Postanowiono, słusznie czy nie, wszystkiemu zaprzeczać. Ja nie jestem wcale taki pewien, że to tylko blef. Mam pewne sygnały wskazujące na to, że groźba jest jak najbardziej realna. Jakby oni rzeczywiście mieli oryginalny dokument, ale nie potrafili go właściwie odczytać, ponieważ jest szyfrowany. Ale ja wiem, że projekt traktatu nie był szyfrowany. Niemniej jednak sprawa błędów interpretacyjnych wydaje się bardzo istotna. Teraz, jeśli idzie o Jane Finn. Może ona nie żyje. Nie wiem, choć nie sądzę. Najciekawsze jest jednak to, że i oni chcą zdobyć informację o zaginionej dziewczynie!

- Coś takiego?!

- Właśnie. Takie mamy sygnały. A pani, młoda damo, potwierdza nasze przypuszczenie. Ta przygoda z panem Whittingtonem. Oni wiedzą, że szukamy Jane Finn. No i wyobraźmy sobie, że nagle Jane Finn odnajduje się w Paryżu, na pensji… - Tuppence głośno zaczerpnęła powietrza, a pan Carter uśmiechnął się i ciągnął dalej: - Przecież nikt nie wie, jak wygląda Jane Finn. Ma przygotowaną opowiastkę i jej zadaniem jest wyciągnięcie od nas informacji… Rozumie pani?

- Więc pan uważa, że oni chcieli mnie wysłać do Paryża jako Jane Finn?!

- Wierzę w zbiegi okoliczności - odparł pan Carter, uśmiechając się leniwie.

 

Pan Julius P. Hersheimmer

 

Muszę przyznać, że trudno w to wszystko uwierzyć - powiedziała Tuppence. - A jednak… Jakiś nieprawdopodobny łut szczęścia, że akurat my trafiliśmy na ślad. Najpierw Tommy, potem ja… Carter skinął głową.

- Wierzę w szczęście, w przypadek i jak już powiedziałem, w zbiegi okoliczności. Los wskazał na was palcem, wyznaczając do roli poszukiwaczy przygód.

Tommy z rozbawieniem chrząknął.

- Ten Whittington musiał doznać szoku, kiedy mu Tuppence zaserwowała nazwisko Jane Finn! Ja sam skoczyłbym do sufitu. Ale zajęliśmy panu mnóstwo czasu, sin Czy ma pan jeszcze jakieś rady, zanim się odmeldujemy?

- Nie mam. Moi specjaliści, pracujący zgodnie z regulaminem i utartymi metodami, nic nie osiągnęli. Wy wnosicie wyobraźnię i niekonwencjonalne podejście. Nie zniechęcajcie się, jeśli i to zawiedzie. Pamiętajcie tylko, że druga strona może wam narzucić niezłe tempo. Akcja ulegnie przyśpieszeniu…

Tuppence zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc dobrze tej uwagi.

- Kiedy pani poszła na rozmowę z Whittingtonem, jego organizacja miała jeszcze dużo czasu. Przewrót był zaplanowany na początek przyszłego roku. Jednakże obecnie rząd przystąpił do opracowywania inicjatyw legislacyjnych, które przeciwdziałałyby groźbie strajków. Przeciwnik to wkrótce wywącha, o ile już tego nie uczynił. I być może przyśpieszy realizację swoich planów. Mam nadzieję, że tak się stanie. Mam nadzieję, ponieważ im bardziej się będziecie spieszyć, tym większa szansa błędu. Po prostu chciałem was ostrzec i uprzedzić, że nie macie wiele czasu i że nie musicie posypywać sobie głów popiołem, jeśli wam się nie uda. Działamy w zupełnym mroku, a zadanie, jakie wam dałem, przerasta siły zawodowców. Liczę tylko na wasze szczęście. Nic więcej.

Tuppence wstała.

- Przejdźmy teraz do szczegółów. Na co konkretnie możemy liczyć, panie Carter? - zapytała.

Pan Carter, chociaż usta mu zadrgały, odpowiedział poważnie i rzeczowo:

- Fundusze w granicach rozsądku. Wszelkie informacje, które mogą wam być potrzebne. Oficjalnie się do was nie przyznajemy, co oznacza, że w razie kłopotów z policją nie będziemy wam mogli pomóc. Zostaliście rzuceni na głęboką wodę.

Tuppence skinęła głową.

- Rozumiem. Kiedy będę miała czas, aby spokojnie pomyśleć, spiszę pytania, na które chciałabym uzyskać odpowiedź. Chwilowo mamy dość informacji, by ruszyć w bój, jeśli tak można powiedzieć. A jeśli chodzi o pieniądze…

- Jestem zawsze do waszej dyspozycji - odparł pan Carter.

- To wszystko bardzo pięknie, ale… Nie chciałabym być niegrzeczna wobec rządu, bo jeśli dobrze rozumiem, pan go wobec nas reprezentuje… ale sam pan wie, jak trudno jest cokolwiek od rządu wyciągnąć… Bo jeśli mamy w sprawie pieniędzy wypełniać jakiś niebieski czy różowy druczek, a potem czekać kilka miesięcy, aż nam przyślą do wypełnienia zielony, żeby można było dostać pieniądze… No to sam pan rozumie, że to nie dla nas… Pan Carter głośno się roześmiał.

- Proszę się nie martwić, panno Tuppence! Wyśle pani do mnie notkę pod ten adres, napisze na co i ile potrzeba, a otrzyma pani pieniądze w prawdziwych banknotach odwrotną pocztą. Jeśli chodzi o wasze osobiste pobory, no powiedzmy… trzysta funtów w skali rocznej…? To znaczy dla pani i oczywiście tyle samo dla pana Beresforda.

Tuppence szeroko się uśmiechnęła.

- Wspaniale! Jest pan naprawdę uroczy. Ja kocham pieniądze! A co do wydatków, będę je skrupulatnie zapisywała. Po jednej stronie „winien”, po drugiej „ma”, wszystko ładnie podkreślone czerwonym atramentem i podsumowywane. Zapewniam, że potrafię to zrobić.

- Jestem tego pewien. A więc do widzenia i życzę wam obojgu wiele szczęścia!

Pożegnali się, podając rękę panu Carterowi, i po minucie schodzili schodkami na ulicę. W głowach im szumiało.

- Tommy, natychmiast mów mi: kto to jest „pan Carter”? Tommy półgłosem podał nazwisko.

- Ooo! - Informacja wywarła na Tuppence piorunujące wrażenie.

- I powiem ci jeszcze, staruszko, że on jest bardzo, bardzo - resztę wyszeptał jej w ucho.

- Ooo! - zareagowała Tuppence po raz wtóry. Zastanowiła się chwilkę i dodała: - On mi się naprawdę podoba. Tobie chyba też? Niby taki zmęczony i wszystkim znudzony, a mimo to wyczuwa się w nim jakąś wielką siłę. I niesłychanie bystry! Ooo! - powtórzyła. - Uszczypnij mnie, Tommy! Trudno mi uwierzyć, że to wszystko nam się wydarzyło w ciągu zaledwie kilku dni.

Pan Beresford spełnił jej żądanie.

- Wystarczy! Nie tak mocno! Już wiem, że nie śnię. Mamy pracę!

- I jeszcze jaką! - powiedział radośnie Tommy. - Wspólne przedsięwzięcie naprawdę wystartowało!

- I jest uczciwsze, niż zakładałam - dodała Tuppence.

- Na szczęście ja w ogóle nie mam twoich ciągot do przestępstw - odparł Tommy. - Która godzina? Może coś zjemy…? O, zupełnie mi wyleciało z głowy…

Ta sama myśl uderzyła ich oboje.

- Pan Julius P. Hersheimmer!

- Zapomnieliśmy powiedzieć panu Carterowi o liście od niego - zmartwiła się Tuppence.

- List nic nie znaczy. Powiemy, kiedy się z nim zobaczymy i porozmawiamy. A teraz lepiej się pośpieszmy. Weźmiemy taksówkę - zdecydował Tommy.

- I któż to jest teraz rozrzutny!

- Wszystkie koszty pokrywa król. Zapomniałaś?

- Racja. A poza tym to będzie lepiej wyglądało, jeśli podjedziemy taryfą pod sam hotel - powiedziała Tuppence, rozpierając się wygodnie w taksówce. - Jestem pewna, że szantażyści nigdy nie jeżdżą autobusami.

- Przecież już nie jesteśmy szantażystami - zaprotestował Tommy.

- Nie jestem tego taka pewna - odparła.

Gdy zapytali o pana Hersheimmera, natychmiast skierowano ich do jego apartamentu. W odpowiedzi na pukanie pikolaka, zniecierpliwiony męski głos krzyknął „wejść”. Chłopiec otworzył drzwi i wpuścił gości.

Pan Hersheimmer okazał się o wiele młodszy, niż to sobie wyobrażali. Tuppence oceniła go na trzydzieści pięć lat. Średniego wzrostu, barczysty, wydatna szczęka, twarz nieco zaczepna, ale w zasadzie miła. Nie było wątpliwości, że jest Amerykaninem. Zdradzał to zresztą jego akcent.

- Otrzymaliście mój list? Doskonale, siadajcie i powiedzcie mi wszystko, co wiecie o mojej kuzynce.

- Pańskiej kuzynce?

- Jasne. Jane Finn!

- To ona jest pana kuzynką?

- Mój ojciec i jej matka byli rodzeństwem.

- Ooo! - zawołała Tuppence. - Wobec tego pan wie, gdzie ona przebywa w tej chwili.

- Nie! - Pan Hersheimmer walnął pięścią w stół. - Niech mnie gęś kopnie! Nie mam zielonego pojęcia.

- Daliśmy ogłoszenie, prosząc o informacje, a nie odwrotnie - odparła sucho Tuppence.

- Chyba umiem czytać. Ale pomyślałem sobie, że może chodzi o jej przeszłość, a wiecie gdzie ona jest teraz.

- Bardzo chętnie posłuchamy, co pan wie o jej przeszłości - oświadczyła Tuppence.

Pan Hersheimmer zrobił się nagle bardzo podejrzliwy.

- Co tu się dzieje? To nie Sycylia! Zażądacie okupu i zagrozicie odcięciem uszu, jeśli nie zapłacę? To są Wyspy Brytyjskie, więc przestańcie z wygłupami, bo zawołam jednego z tych przystojnych, wysokich policjantów, którzy tu chodzą po Picadilly.

- Nie porwaliśmy pańskiej kuzynki - pośpieszył Tommy z wyjaśnieniem. - Wprost przeciwnie. Usiłujemy ją odnaleźć. Zatrudniono nas w tym celu.

- Proszę o bliższe wyjaśnienie! - polecił pan Hersheimmer, pochylając się z zainteresowaniem.

Tommy spełnił prośbę, zresztą bardzo oględnie, szkicując znaną wersję zaginięcia Jane Finn i wspominając o jej nieświadomym udziale w „politycznej aferze”. O sobie i Tuppence mówił jako o „agentach dochodzeniowych”, których wynajęto w celu odszukania Jane Finn. Dodał, że w związku z tym będą bardzo wdzięczni za jakiekolwiek informacje.

Pan Hersheimmer z zadowoleniem i aprobatą pokiwał głową.

- W istocie. Może się pośpieszyłem, tak do was przemawiając. Ale Londyn po prostu działa mi na nerwy. W moim małym Nowym Jorku czuję się jakoś swobodniej. Walcie swoje pytania, a ja wam na wszystko odpowiem.

Wyznanie to nieco zaskoczyło Młodych Łowców Przygód, ale Tuppence szybko odzyskała animusz i zaczęła sypać pytaniami, niczym w powieści kryminalnej:

- Kiedy po raz ostatni widział pan zmar… chciałam powiedzieć: swoją kuzynkę?

- Nigdy jej nie widziałem.

- Co takiego? - spytał zdumiony Tommy.

- Nigdy jej nie widziałem - powtórzył Hersheimmer, zwracając się do agenta dochodzeniowego. - Jak już wspomniałem, mój ojciec i jej matka to rodzeństwo, tak jak może wy dwoje jesteście rodzeństwem…

Tommy nie usiłował skorygować tego przypuszczenia.

- …ale nie każde rodzeństwo żyje w przyjaźni - ciągnął Hersheimmer. - Kiedy moja ciotka postanowiła wyjść za Amosa Finna, który był biednym nauczycielem na Zachodzie, mój ojciec wpadł we wściekłość. Oświadczył, że jeśli on zrobi pieniądze, a był właśnie w trakcie ich robienia, to ona nie zobaczy z nich ani centa. W rezultacie kłótni ciotka wyjechała na Zachód za ukochanym i nikt już nigdy o niej nie słyszał. Ojciec rzeczywiście zbił fortunę - na nafcie, stali i akcjach kolei żelaznych. Zrobił trochę szumu na Wall Street, na giełdzie. Ubiegłej jesieni umarł, a mnie przypadła cała forsa. No i wtedy odezwało się moje sumienie. Ciągle mnie dręczyło: „Co z tą ciotką Jane na Zachodzie?”. Zaczęło mnie wręcz prześladować. Byłem przekonany, że ten Amos Finn nigdy do niczego nie doszedł. Nie należał do takich, co robią karierę. Wreszcie wynająłem detektywa. No i dowiedziałem się, że Amos Finn nie żyje, że moja ciotka Jane nie żyje, ale że została córka, też Jane, która płynęła „Lusitanią” do Paryża, gdy w statek trafiła torpeda. Dowiedziałem się też, że Jane Finn ocalała, ale że nikt nie wie, co się z nią dalej stało. Ponieważ nie wierzyłem, by tutaj w Anglii ktoś się przykładał do szukania mojej kuzynki, pomyślałem, że sam skoczę na drugą stronę Atlantyku i poszperam. Tu nacisnę, tam nacisnę i może coś z tego wyjdzie. Po przyjeździe zadzwoniłem od razu do Scotland Yardu i do Admiralicji. W Admiralicji bardzo szybko mnie spławili, ale w Scotland Yardzie - owszem, byli uprzejmi, obiecali, że przeprowadzą dochodzenie. Nawet dziś rano zjawił się tu pewien człowiek, żeby wziąć jej fotografię. Jutro jedzie do Paryża, może tam da się coś zrobić w prefekturze policji. Myślę, że jak ich będę nagabywał, to zajmą się sprawą na serio…

Pan Hersheimmer zabrał się do poszukiwań swej zaginionej kuzynki z iście amerykańską energią. To robiło wrażenie.

- Ale zaraz, wy oboje nie dlatego jej szukacie, że coś prze-skrobała, prawda? - spytał Hersheimmer. - Obraza sądu lub coś równie brytyjskiego? Bo mogło się zdarzyć, że młoda Amerykanka, nie znając dobrze waszych wojennych regulaminów czy innych przepisów… W takim wypadku jestem gotów uiścić za nią grzywnę, jeśli się coś należy. Albo nawet dać łapówkę, bo tutaj też się pewno bierze łapówki.

Tuppence rozwiała jego obawy.

- No, to doskonale! Wobec tego możemy współpracować. Macie ochotę na wspólny lunch? Mają go przysłać tu do apartamentu czy wolicie zejść na dół?

Tuppence wyraziła ochotę zejścia do restauracji i pan Julius przychylił się do jej życzenia.

W chwili gdy półmisek z ostrygami zajął na stole miejsce flądry ŕ la Colbert, kelner podał Hersheimmerowi bilet wizytowy.

- Inspektor Japp ze Scotland Yardu. Departament Przestępstw. Jeszcze jeden policjant. Czego on ode mnie chce? Już nic więcej nie wiem. Wszystko powiedziałem temu pierwszemu. Mam nadzieję, że nie zgubili jedynej fotografii, jaką miałem. Zakład fotograficzny, gdzie była robiona, spalił się. Nie istnieje więc już nawet negatyw. Zdjęcie dostałem od dyrektora college’u, do którego uczęszczała Jane.

Jakiś niepokój ogarnął nagle Tuppence.

- Zna pan nazwisko człowieka, który był u pana dziś rano?

- Tak, znam. Nie, zaraz… Było na jego wizytówce. O, jest! Inspektor Brown. Taki niepozorny facet.

 

Plan działania

 

Zaciągnijmy zasłonę na następne pół godziny. Wystarczy powiedzieć, że w Scotland Yardzie nikt nigdy nie słyszał o inspektorze Brownie. Fotografia Jane Finn, która mogła być niesłychanie przydatna w rękach policji - przepadła bezpowrotnie. Raz jeszcze zatriumfował pan Brown.

Bezpośrednim rezultatem tego zdarzenia było zbliżenie pana Hersheimmera z Młodymi Łowcami Przygód. Wzajemne podejrzliwości i zahamowania zniknęły, a Tommy i Tuppence czuli się tak, jakby znali młodego Amerykanina przez całe życie. Przestali opowiadać, że są „agentami dochodzeniowymi”, i wyjawili całe kulisy powstania ich wspólnego przedsięwzięcia. Młody Amerykanin reagował entuzjastycznymi wprost okrzykami podziwu.

Gdy Tuppence już wszystko opowiedziała, zwrócił się do niej z głębokim ukłonem:

- Zawsze myślałem, że młode Angielki są jakby nieco omszałe, staromodne i przesłodzone i że boją się ruszyć bez lokaja lub starej ciotki przyzwoitki. Chyba moje wiadomości są nieaktualne.

Rezultatem tych konfidencjonalnych zwierzeń i wzajemnego zbliżenia była decyzja Tuppence ustanowienia „kwatery głównej” w hotelu Ritz, a to w celu, jak się wyraziła, pozostawania w kontakcie z jedynym żyjącym krewnym Jane Finn.

- Jeżeli tak ustawimy sprawy, nikt nie będzie mógł zakwestionować hotelowych rachunków - oświadczyła Tommy’emu.

I rzeczywiście nikt nie zaprotestował. Po zainstalowaniu się następnego poranka w hotelu Tuppence natychmiast rzuciła hasło:

- Do pracy!

Na te słowa pan Beresford odłożył dziennik „Daily Mail”, którym był pochłonięty, i z nadmiernym entuzjazmem zaklaskał. Wspólniczka bardzo grzecznie go poprosiła, by przestał się wygłupiać.

- Miejże litość, Tommy, przecież za te pieniądze coś musimy zrobić! Chyba to rozumiesz?

- Niestety masz rację. - Tommy głęboko westchnął. - Ja też uważam, że najprzyzwoitszy nawet rząd nie będzie nam fundował pobytu w ekskluzywnym hotelu za ziewanie.

- Więc tak jak powiedziałam, musimy coś zrobić!

- Rób! - zgodził się Tommy, biorąc ponownie do ręki gazetę. - Nie mam nic przeciwko temu.

- Bo wiesz - ciągnęła niezrażona Tuppence - dużo myślałam…

To zwierzenie wywołało następne brawa.

- Siedzisz sobie i żartujesz. Może dla odmiany poruszyłbyś mózgownicą, bo ci inaczej szare komórki uschną…!

- Pamiętaj o związkach zawodowych, droga Tuppence. Moje związki zawodowe nie pozwalają pracować przed jedenastą!

- Czy chcesz, żebym w ciebie rzuciła czymś ciężkim? Musimy bezzwłocznie opracować plan działania.

- Świetny pomysł!

- No to opracujmy!

Tommy z rezygnacją odłożył gazetę.

- Jest coś zniewalającego w prostocie twojego myślenia, Tuppence. To chyba objaw geniuszu, przed którym chylę czoło. Pilnie słucham. Zaczynaj!

- Pierwsze pytanie: jakie mamy punkty zaczepienia?

- Nie mamy absolutnie nic - odparł Tommy Beresford wesolutko.

- Otóż nie masz racji! - Tuppence pogroziła mu palcem. - Są dwa podstawowe punkty zaczepienia…

- Mianowicie jakie?

- Po pierwsze, znamy jednego członka gangu.

- Whittingtona?

- Tak. Rozpoznam go natychmiast.

- Hmm! - Tommy się zamyślił. - Nie nazwałbym tego punktem zaczepienia. Jak się możesz o to zaczepić, skoro nie wiesz, gdzie on jest i gdzie go szukać. Szansę przypadkowego spotkania wynoszą jeden do tysiąca. I to przy dużym szczęściu.

- Wcale tak nie jest. Zauważyłam, że kiedy raz zaczynają występować zbiegi okoliczności, to trwają nieprzerwanie. Musi to być jakieś naturalne prawo przyrody czy coś takiego, czego jeszcze w pełni nie zrozumieliśmy. Ale zgadzam się, że na tym nie można polegać. W każdym razie nie wyłącznie. Są jednak w Londynie miejsca, gdzie wcześniej czy później dosłownie każdy musi się zjawić. Na przykład Picadilly Circus. Mam taki pomysł, żeby tam jeździć co rano i stać na rogu, sprzedając na przykład narodowe flagi. Wiesz, takie miniaturki.

- A posiłki? - spytał Tommy.

- Typowo po męsku! Czy posiłki są tu w ogóle ważne?

- Dobrze ci mówić zaraz po obfitym śniadaniu. Tak przy okazji: strasznie się obżerałaś! Ależ ty masz apetyt! A teraz nagle, zamiast przedpołudniowej herbatki, chcesz sprzedawać flagi. Nie, ten cały twój pomysł zupełnie mi się nie podoba. Skąd wiesz, że Whittington jest w ogóle w Londynie?

- Może i masz rację. Ale drugi punkt zaczepienia jest bardziej obiecujący.

- Zamieniam się w słuch.

- Mam niezbyt wiele… Tylko imię. Rita! Whittington wymienił je w rozmowie ze mną.

- Czy planujesz kolejne ogłoszenie: „Poszukujemy przestępczyni imieniem Rita”?

- Nie, natomiast proponuję logiczną analizę. Wiemy, że ten Danvers był śledzony, tak? Osoba, która go śledziła, była raczej kobietą niż mężczyzną…

- Niby dlaczego?

- Jestem przekonana, że to musiała być kobieta, i na dodatek ładna.

- Dobrze, chylę głowę przed twoją logiką.

- Jest dla mnie rzeczą oczywistą, że osoba, która śledziła Danversa, uratowała się.

- A skąd ten wniosek?

- Bo gdyby zginęła, to jak oni by się dowiedzieli, że Jane Finn otrzymała dokument?

- Święta prawda, proszę dalej, Sherlocku!

- Istnieje prawdopodobieństwo, tylko prawdopodobieństwo, że kobieta śledząca Danversa miała na imię Rita.

- No, a jeśli tak właśnie było?

- Musimy zacząć węszyć wśród uratowanych rozbitków z „Lusitanii”, aż ją odnajdziemy.

- Przede wszystkim trzeba by przejrzeć listę pasażerów.

- Już ją mam. Wypisałam długą listę pytań do pana Car-tera i otrzymałam dziś rano odpowiedź. Między innymi załączył pełną listę osób uratowanych z „Lusitanii”. No i co, mądra jest ta mała Tuppence?

- Niegłupia. Piątka za zmyślność, dwója ze skromności. No, ale czy jest tam jakaś Rita?

- Ba, kiedy nie wiem!

- Co to znaczy?

- Spójrz!

Oboje pochylili się nad listą. W większości wypadków przed nazwiskiem widniało słowo „pani” lub „panna”. Tylko niewielu nazwiskom towarzyszyło imię.

- To nam komplikuje sprawę - stwierdził Tommy ponuro.

- Czym się przejmujesz? Po prostu będziemy musieli się nad tym trochę pomęczyć. - Tuppence wzruszyła ramionami. - Zaczniemy od okręgu londyńskiego. Wynotuj wszystkie adresy kobiet mieszkających w Londynie lub w okolicy, a ja przez ten czas włożę kapelusz.

Po pięciu minutach oboje wyszli na Picadilly i wkrótce już taksówka wiozła ich w kierunku Laurowego Zakątka przy Glendower Road, w północnej części Londynu, do rezydencji pani Edgarowej Keith, pierwszej na sporządzonej przez Tommy’ego liście siedmiu dam.

„Rezydencja” okazała się starym domiszczem w głębi zapuszczonego pseudoogródka. Ruinę przesłaniało kilka smutnych krzaków. Tommy zapłacił za taksówkę i podprowadził Tuppence pod osadzony we wgłębieniu muru przycisk dzwonka. Gdy dziewczyna wyciągnęła rękę, powstrzymał ją.

- Co masz zamiar powiedzieć?

- Co ja mam zamiar powiedzieć? No po prostu powiem… O Boże! Sama nie wiem. Bardzo niezręczna sytuacja…

- Tak też myślałem! - powiedzał Tommy z satysfakcją. - Typowo po babsku! Te kobiety zupełnie nie umieją myśleć! Puść mnie, zaraz zobaczysz, jak łatwo z podobnym drobiazgiem radzą sobie zwykli mężczyźni. - Nacisnął dzwonek.

Drzwi otworzyła im niechlujnie wyglądająca służąca o przeraźliwie brudnej twarzy i parze dziwnie nie pasujących do niej oczu.

Tommy wyjął notes i ołówek.

- Dzień dobry! - powiedział wesoło urzędowym tonem. - Jesteśmy z biura wyborczego dzielnicy Hampstead. Tu mieszka pani Edgarowa Keith, tak?

- Tak - odparła służąca.

- Jakie imiona? - spytał z ołówkiem nad kartką notesu.



dalej


strona główna
(23kB)