(23kB)
strona główna


 

 

 

Dorota Terakowska

 

 

 

Dobry adres to człowiek

 

2004

Jestem z bloków

 

I wcale się nie wstydzę, choć pewna piosenkarka miała dziennikarzom za złe, że ujawnili jej blokowe mieszkanie. A ja po prostu wiem, że tak zwany dobry adres to człowiek, nie ulica.

Jestem z bloków i choć mam wiele okazji, by to zmienić - nie korzystam. Przeliczam w myślach czas, który zmarnuję na przeprowadzki i pilnowanie robotników (jak i gdzie położą te cholerne kafelki? Zwalą mi przez pomyłkę ścianę nośną?), potem przeliczam to na ilość nie przeczytanych (lub nie napisanych) książek - i mi żal. Więc jestem z bloków, ale jakoś żadna z moich córek nie jest blokersem, bo jedna jest dziennikarką, druga reżyserką filmową, a obie mają w głowie tyle, ile trzeba, i ani im, ani mnie niczego nie przybędzie, jeśli przeprowadzimy się do apartamentów z portierami. Ba, gdybym nie była z bloków i moje pole widzenia ograniczone byłoby przez portiera, ochroniarzy i super-ekstra-ultraeleganckich sąsiadów, to nie powstałaby żadna z moich powieści, bo nie miałabym o czym pisać. Ominęłoby mnie mnóstwo ważnych obserwacji.

Więc jestem z bloków, a mieszkanie w nich ma swoje odrębne uroki. Oto dzwonek, zerkam w wizjer, w wizjerze sąsiadka w różowej podomce i lokówkach (w apartamentowcu byłaby w dresie od Armaniego, ale w środku taka sama):

- Pani wie, że na drzwiach windy ktoś brzydko o pani napisał?

- Taaa? - mówię z zaciekawieniem i stukając klapkami, schodzę dwa piętra niżej.

Faktycznie. Na drzwiach windy czarnym sprejem stoi jak byk: Tyrakowska to gupia k…

- Ho! Ho! - mruczę w zadumie.

- I co? - pyta sąsiadka, a w jej oku błyska drobna iskierka satysfakcji. - Teraz musi pani wziąć wiadro z wodą, szczotkę i zmywać. Ale zwykłą wodą może nie puścić. Najlepszy rozpuszczalnik. Pożyczyć?

- A to dlaczego? - pytam zdziwiona. - Nie nazywam się Tyrakowska, tylko Te. Nie jestem ani k…, ani gupia, ani nawet głupia. Ja bym powiedziała, że jestem niegłupia. Wnosząc z byków, napisały to małolaty mające kłopot z przejściem z klasy szóstej do siódmej i pewnie te same, które przeganiam, gdy na naszych elewacjach smarują kiepskie graffiti. Ten napis dużo mówi o tych, który go wysmażyli, a o mnie nic.

- Ale inni będą to czytać - mówi niepewnie sąsiadka.

- Niech im wyjdzie na zdrowie - uśmiecham się. - Za każdym razem będą musieli pomyśleć, czy jest to prawda.

Tym razem w oczach sąsiadki widzę niezrozumienie, a nawet niechęć. Po pierwsze, ona chętnie by mnie widziała, jak zmagam się przy windzie z tym wiadrem, szczotką lub rozpuszczalnikiem. Po drugie, ona naprawdę nie rozumie, dlaczego ja gwiżdżę na ten napis. Wybucham śmiechem, bo przypominam sobie ośmioletnią Małgosię, moją córkę, dokładnie sprzed lat dwudziestu dwóch.

- Mamo, Aśka wysmarowała kredą na chodniku, że Szumowska jest gupia. Musimy to zmazać!

- Dlaczego? Ten napis zmusi innych do pomyślenia, jak to z tobą jest: jesteś głupia czy nie? Moim zdaniem nie. I liczy się też to, co sama o sobie myślisz, twój własny rachunek sumienia, a nie tylko ocena innych. Oni mogą się mylić.

Przypominam sobie reportaż o selekcjonerkach z modnych warszawskich klubów. Wpuszczą cię lub nie i nigdy nie wiesz dlaczego. I czujesz się gorsza, choć dla selekcjonerki ważne są nieistotne drobiazgi: kolor twojej sukienki i kredki do ust, wyraz twojej twarzy, twój partner, który akurat był w koszuli w kratę, a nie w paseczki. A ty na przykład piszesz pracę magisterską lub doktorat, wczoraj wymyśliłaś świetne usprawnienie w pracy albo po prostu mądrze wychowujesz dziecko. Więc dlaczego czujesz się gorsza, zamiast wybuchnąć śmiechem, zadumać się nad powierzchownością, z jaką oceniają nas bliźni, i iść do innej knajpy? Znam pewną ładną dziewczynę, która nie spała Mika nocy, bo dotarło do niej, co mówią o niej znajomi. „Awansowała w pracy, bo wiadomo… Ona i szef…”

- Przecież to nieprawda! - krzyczy z żalem dziewczyna.

- Czemu cierpisz na bezsenność, skoro to nieprawda? Zamieniaj łóżko w łoże tortur, jeśli znajomi powiedzą coś trafnego, czego o sobie nie wiedziałaś. Ale jeżeli nie mają racji, to niech senne koszmary dręczą ich, a nie ciebie!

- No, ale mówią o mnie źle - powtarza ona.

- Świat scala zarówno miłość bliźniego, jak i wszystko złe, co bliźni robią sobie nawzajem. Codziennie, idąc do domu, czytam na drzwiach windy Tyrakowska jest gupia k… i w efekcie codziennie mam okazję powiedzieć głośno tym drzwiom: - A nieprawda! - Wiesz, jakie to miłe? - pytam. Nigdy nie wiadomo, co umocni poczucie naszej wartości. Najlepiej, jeśli jest to coś, co w zamierzeniu miało nam zniszczyć samopoczucie…

 

Dwanaście szarych garniturów

 

Być kobietą nie jest łatwo, jest to sprawa odpowiedzialna, wyrazista i na ogół (z małymi wyjątkami) ostateczna. A mężczyzna po prostu sobie jest, bez specjalnego wysiłku.

Kobietą zostaje się w sposób zdecydowany, barwny i niemal w minutę: pewnego dnia, w wieku jedenastu lub trzynastu lat, pojawia się miesiączka i wątpliwości pryskają. U facetów proces stawania się mężczyzną rozkłada się w czasie i mogą jeszcze odkręcić coś w tę czy w tamtą stronę. Proces utraty części kobiecości też jest ostateczny: nagle już nie są potrzebne podpaski i nie urodzi się żadne dziecko. U faceta rozkłada się to na długie lata, a niektórzy są męscy niemal do setki, jak Sean Connery. Nawet śmierć w przypadku kobiet jest nieodwołalna, a pewnym mężczyznom, historycznie rzecz ujmując, udało się zmartwychwstać. Zwróćcie uwagę na łatwość,

z jaką kobieta może przebrać się za faceta: ostrzyże się najeża, zrezygnuje z makijażu, włoży garnitur. Aby mężczyzna przebrał się za kobietę, musi w to włożyć mnóstwo wysiłku, który da i tak wątpliwe efekty (patrz Dustin Hoffman i Tootsie).

Ale najgorsza jest sytuacja - jakże częsta! - gdy wątpliwości budzi przebranie się kobiety za kobietę. Mężczyznom bowiem nie szkodzi żelazne prawo mody, czyli sztuka naśladownictwa. Rozejrzyjcie się wokół, na bankiecie, w knajpie, w teatrze, a nawet na ulicy czy w pociągu Intercity: wszędzie grasują stada identycznych mężczyzn. Te same garnitury, T-shirty i dżinsy, takie same fraki lub smokingi, a nawet modele komórek, teczki i samochody. I co? I nic. A ile sensacji wzbudzają dwie znane kobiety, które pojawią się publicznie w identycznych sukienkach…?

Być kobietą nie jest łatwo, a mogłoby to nie być trudne, gdybyśmy wzbudziły w sobie trochę przekory. Do dziś pamiętam imieniny sprzed lat u jednego z przyjaciół: wchodzę i widzę dwanaście skwaszonych kobiet w dwunastu szarych garniturach. Wszystkie garnitury prosto z drogich salonów mody. „Dzień dobry” - mówię z radosnym uśmiechem, stając naprzeciw w ciemnozielonych spodniach i żakiecie w stylu Mao. I już wiem: czytamy te same kolorowe czasopisma, ale robimy z nich różny użytek. One bez mrugnięcia powieką kupują szare garnitury, bo pisali, że są modne. Ja wiem, że skoro pisali, to trzeba kupić coś, co będzie modne, ale ciut inne. Dawno temu, w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia w jedynym wówczas modnym kolorowym piśmie pisali, że wszystko ma być żółte. I pewnego dnia w telewizyjnym Studio 2, gdzie równocześnie pojawiały się wszystkie ówczesne prezenterki, zażółciło się tak, że widzów rozbolały oczy. Kamery wychwyciły ogłupiałe i bolesne spojrzenia tych skądinąd ładnych dziewczyn, ale nikt nie skomentował wpadki, bo komentarze czytało się wtedy z kartek, a w scenariuszu nie przewidziano, że zamiast żywych kobiet pojawią się żółtka w pustych wydmuszkach.

Lubię sobie wpaść na internetowe błogi i zobaczyć, co gra w psychice młodych dziewcząt. Jedna z nich zwierzyła się niedawno z powagą: „Na przystanku tramwajowym przy Nowym Świecie stała piękna dziewczyna w butach o zaokrąglonym nosku. Od razu wiedziałam, że z prowincji, bo nosi się tylko w szpic, przecież pisali… I całą jej urodę szlag trafił przez buty”. Nie trafił, spokojnie… Inna skleciła kolejną złotą myśl: „Pisali, że dziś już nie są modne hipermarkety, tylko malutkie sklepiki. Przestaję robić zakupy w Hypernovej”. A ja wręcz przeciwnie: niemal od zawsze mam ulubiony osiedlowy sklepik (ulubiony, bo blisko), ale gdy robię zakupy na cały tydzień, to jadę do hipermarketu, bo wszystko, czego potrzebuję, kupię w jednym miejscu. I nie będę się katować malutkim sklepikiem, bo pisali

Kolorowych pism nie czyta się po to, aby bezwarunkowo im ulegać, ale żeby mieć orientację i wybór. Te, co w nich piszą, też nie chcą pewnego dnia zobaczyć na bankiecie dwunastu identycznie ostrzyżonych pań w jednakowych sukniach, a w dodatku - skoro pisali, że modny jest szafir - to nawet łosoś na stole będzie szafirowy.

Zamiast kolejnego Coelho - pisali, że modny! - poczytajcie sobie wspaniałą nowelkę Śniadanie u Tiffany’ego Trumana Capote’a, skądinąd także oryginała, mimo - a może właśnie dlatego - że lubił śledzić, co pisali, a robić to po swojemu. Otóż jego bohaterka, Holly Golightly, także robiła wszystko na opak, i w ślad za nią każda z nas, studentek z lat sześćdziesiątych, szukała własnego „opaku”. Niektórym zostało to na resztę życia. „Opak” dotyczy nie tylko ciuchów, lecz wielu sytuacji, także zawodowych, życiowych i towarzyskich. I wiecie co? Najlepiej się go wymyśla, śledząc, co pisali. Bo w sumie po to piszą.

 

Potwór sezonu ogórkowego

 

Jeśli to sierpień - jestem na Mazurach. Jeśli to lato i sezon ogórkowy - nadeszła pora na potwory. Jeśli szukacie potwora - potwór to ja. Co roku latem upycham do auta komputer. Co roku trochę piszę, trochę gram, czytam, pływam, słucham, jak rośnie trawa, patrzę, jak płyną chmury i jak bez wdzięku szamoczą się w wodzie trzydziestolatkowie z piwnymi brzuchami. Trochę rozwalam się na leżaku i udaję, że się nie opalam.

- Dlaczego się opalasz, wszędzie piszą, że to niezdrowe - ostrzega co roku mąż, stojąc przezornie w cieniu, a ja co roku odpowiadam:

- Ja tylko leżę w słońcu i się relaksuję. A jaki mam wysoki filtr! - dorzucam, przypominając sobie, że krem z filtrem numer 20 leży w szafce. Na razie mam w głowie bardzo mocny filtr, numer co najmniej 2692, bo na wakacjach filtruję wszystko, co utrudnia mi odpoczynek i pracę. Każdego roku wypoczywam, a równocześnie zaczynam albo kończę nową powieść. I co roku, od trzynastu lat, do naszego mazurskiego domu zwala się towarzystwo, nasze lub naszej córki Małgosi, i czy się chce, czy nie, wieczorem trzeba ugotować gigantyczny gar zupy, na dziesięć - dwanaście osób, aby po kąpieli i relaksie z filtrami wszyscy mogli coś zjeść.

- Wystarczy byle co, to przecież wakacje. Ziemniaki, kwaśne mleko, kromka chleba… - mówią ochoczo o dziesiątej rano, a około czternastej stają na werandzie i ruszając nosami, pytają z, zaangażowaniem: - Co to za zapachy? Czy to nie ogórkowa? Uwielbiam ogórkową…

- Taaa… - odpowiadam z leżaka i dorzucam: - Obiad o szesnastej, bo mięso twarde, idźcie do wody, muszę mieć chwilę ciszy.

Leżę i myślę nad książką. O szesnastej oni ochoczo i ze szczękiem rozstawiają talerze i malowniczo rozrzucają łyżki. O szesnastej piętnaście są już nerwowi. O szesnastej dwadzieścia zaczynają łykać zupę. O szesnastej dwadzieścia pięć zawsze - zawsze! - jeden z nich, ten najlepiej wychowany przez mamusię, mówi przymilnie:

- Mogę prosić repetę? - i uśmiecha się rozkosznym uśmiechem jedynaka.

Ten uśmiech na mnie nie działa. Nigdy nie działał. Więc odpowiadam:

- Nie będziesz zjadał trzech talerzy zupy, którą w pocie czoła gotowałam cały wczorajszy, upalny wieczór, zamiast pisać książkę lub grać w diablo. Nie dostaniesz też repety drugiego dania. Zrobiłam obiad na trzy dni, bo wtedy złapię czterdzieści osiem godzin odpoczynku od gotowania. Możecie jeść, ile dusza zapragnie, chleba z serem i pomidorami.

Dobrze Wychowany Chłopiec zawsze mówi wtedy z wyrzutem:

- Przecież ja chciałem sprawić pani przyjemność!

- Jaką? - pytam, z pikantnym filtrem nr 148, który grubo rozsmarowuję na moim dobrym wychowaniu.

- No… że jest pani świetną gospodynią. Myślałem, że sprawi to pani satysfakcję - oznajmia Bardzo Dobrze Wychowany Chłopiec, który zapewne równie znakomicie wychował własną matkę, obklejając ją filtrem numer 429, złożonym z samych pochwał: „Mamusiu, jaka pyszna zupa… Mamusiu, jak pięknie wyprałaś skarpetki… Mamusiu, wyprasuj koszulę… Mamusiu, śniadanie na ósmą trzydzieści, najlepiej do łóżka”. Wkrótce będzie mówił tak do żony.

Rozsmarowuję starannie filtr numer 656, złożony z piekącej szczerości i łagodnego feminizmu:

- Ugotowanie zupy nie daje mi żadnej satysfakcji, zwłaszcza w temperaturze plus 30 stopni na dworze i plus 45 w kuchni, bo w tym czasie mogłabym coś pisać, czytać albo posiedzieć na werandzie i pogadać, popijając czerwone wytrawne. Bo to nie są tylko wasze wakacje, to są także moje wakacje. I nie mam ambicji bycia dobrą gospodynią. Mam ambicje być fatalną gospodynią - oznajmiam, a oni patrzą na mnie z rosnącą zgrozą. „To ma być matka, to ma być żona, to ma być pani gościnnego domu…” - czytam w ich niewinnych niebieskich męskich oczach (nawet gdy piwne, i tak są zawsze niebieskie i niewinne).

- Jak zwykle jesteś potworem! - chichocze moja córka i prycha zupą ogórkową.

- Jestem i daje mi to satysfakcję, nie tylko latem - wyjaśniam Bardzo Dobrze Wychowanemu Chłopcu.

Wstaję z leżaka i idę po filtr numer 20. Niech sobie poleży w trawie, może trawa nie zżółknie, choć wszystkimi ścieżkami już skrada się jesień.

A w jesieni - jeśli jeszcze ich nie macie - zaopatrzcie się w całoroczne filtry, chroniące przed próbami rozmiękczania waszego człowieczeństwa metodą „na matkę Półkę”, która ma zadbać o wszystkich, choć o nią nikt nie dba.

Bądźcie potworami, nie tylko w sezonie ogórkowym. Róbcie swoje, a do całej reszty zaganiajcie też dzieci, mężów, gości.

Owszem, jednemu mazurskiemu gościowi dałam trzy talerze zupy i repetę drugiego dania. Ale wtedy gdy gotowałam, on wyprasował mi dwie bluzki, zrobił małą przepierkę i oczyścił rynny z zeszłorocznych śmieci. A potem relaksowaliśmy się w słońcu, z filtrami numer 20 schowanymi w szafce.

 

Dizajnerka

 

W znajomej odezwała się artystka. Zawsze się odzywa, od lat, choć studia dały jej fach, którym wzgardziła. „Przecież nie będę nauczycielką!” - tłumaczyła, tak jakby było oczywiste, że jest ponad nauczycielami.

Dziesięć lat temu chciała projektować biżuterię, ale nie doczekaliśmy się wzoru choćby kółka do nosa. Osiem lat temu uznała, że fascynuje ją fotografia, i człowiek nie mógł się ruszyć, by nie zastawiła mu drogi, oślepiając fleszem. Pięć lat temu zastanawiała się nad dagerotypią, potem nad redagowaniem prozy dla jakiegoś wydawnictwa, później chciała pracować w filmie. Wreszcie wyszła za mąż, urodziła dzieci i marzenie o uprawianiu sztuki ją opuściło. Odkryła uroki „nicnierobienia” przy dobrze zarabiającym mężu, czasem coś ugotowała (głównie makaron na różne sposoby), ale najczęściej wlokła rodzinę do knajpy lub zamawiała gotowce przez telefon. Mijały lata, dzieci rosły i w zasadzie trudno było się spodziewać, że po czterdziestce znów muza walnie ją skrzydłem w głowę w trakcie gotowania makaronu („pasty”, jak mówiła) lub polewania sałaty jogurtem z czosnkiem („dipem”). A jednak…

- Wiem, kim chcę być - powiedziała przez telefon. - Dizajnerką! Już urządziłam nasz salon! Przyjdziesz i ocenisz!

- Gdzie ty masz salon? - spytałam zdziwiona.

- Jak to? A ten duży, dwudziestometrowy pokój?

- Kwestia nazewnictwa - bąknęłam bez przekonania, bo jestem z pokolenia, któremu salon kojarzy się głównie z zabawą w salonowca, a że ostatnio skojarzenie to podejrzanie mi wraca, więc wolę określenie „duży pokój”. Sałatę także wciąż polewam sosem, dip bowiem to dla mnie polityczna grupa Doświadczenie i Przyszłość, założona niegdyś przez marzyciela i ideowca Stefana Bratkowskiego. (Hej! Gdzie są niegdysiejsi marzyciele i ideowcy?! Zniknęli razem z salonami, sosami do sałatek, projektowaniem i makaronem?!)

Nawiedziłam ją już nazajutrz, bo roznosiło mnie pragnienie ujrzenia wreszcie konkretu, który dowiedzie, że jej artystyczne marzenia są realne. Nie ukrywam, że lubię marzenia, których realizacja jest możliwa, byleby mocno się postarać. Już samo staranie się daje wtedy satysfakcję. A ona do tej pory rozrzucała marzenia, tak jak kasztan gubi jesienią kolczaste owoce. Może tym razem…?

- Ło, matko! - jęknęłam, stając w progu salonu.

Tak, był piękny. Od kremowej bieli puszystego dywanu odbijała kredowa biel skórzanych foteli i herbaciane ciepło sofy z poduszkami w kolorze śniegu. Firanki, zasłony, bibeloty na jasnych szafkach, flakon z kwiatami na stole - wszystko było w różnych, znakomicie zharmonizowanych odcieniach bieli. Nie miałam pojęcia, że jest ich tak dużo.

- Siadaj - powiedziała z uśmiechem ciepłym jak biel herbaciana. - Wino? Lubisz czerwone?

- Tylko czerwone plus popielniczka - przytaknęłam i już, już chciałam walnąć się na kanapę, gdy uświadomiłam sobie, że nie jest to mebel, ale element dizajnu. Usiadłam z nabożeństwem, usiłując nie opierać się o śnieżne poduszki, bo cholera wie, czy na sweterku nie mam kocich włosków mojej Łatki („Na pewno na spodniach są te z brązowego psa”, jęknęłam w duchu), ale ona już wnosiła białą popielniczkę i krwistoczerwone wino. Wyciągnęłam rękę w stronę kieliszka - i ogarnęła mnie przerażająca wizja rubinowej plamy na sofie. Odstawiłam kieliszek i nerwowo poszukałam papierosa. Już, już przypalałam go, gdy dla odmiany wyobraziłam sobie popiół na tym dywanie - i drżącą ręką odłożyłam szatański dowód uzależnienia.

- Odzwyczajasz się od palenia? - zdziwiła się znajoma. Od kłamliwej odpowiedzi uratował mnie jej mąż, który z energią wtargnął do salonu, krzycząc:

- Hej! Fajnie, że wpadłaś!

- Buuuuty… - syknęła dizajnerka, ale od kremowej bieli dywanu już odcinał się jasnobury prążek podeszwy adidasa.

- Zapomniałem - wybełkotał małżonek, cofając się do przedpokoju, skąd wrócił w skarpetkach. Razem z nim z wrzaskiem i lodami truskawkowymi wbiegła dwójka dzieci: „Cioooocia!”, ryknęły z entuzjazmem, a dizajnerka powiedziała lodowato (lód też jest biały!):

- Czy mamusia nie powtarza od wielu dni, że do salonu wstęp wzbroniony, chyba że w skarpetkach, bez lodów i coca-coli?

- A z kanapką? - spytał nieśmiało mąż.

- Ale bez pomidora. Biały serek - podpowiedziałam z refleksem.

- No i jak? Efekt jest? - spytała dizajnerka.

- Dizajn na szóstkę - przytaknęłam szczerze i dorzuciłam: - Nic, tylko fotografować.

Wróciłam do domu i walnęłam się w butach na tapczan. Z jednej strony położył się pies, z drugiej dwa koty. Zapaliłam papierosa i szary popiół stoczył się na szary futrzak. Zdmuchnęłam. Wszedł mój mąż, szurając mokrymi butami.

- Pada - oznajmił.

- Będzie padać, bo idzie jesień. Będzie padać jak jasna cholera - powiedziałam z niezrozumiałą i mało chrześcijańską satysfakcją. No, będzie padać, ale deszcz można polubić, daję słowo. Wszystko zależy od dizajnu.

 

Facet z parasolem

 

Zabawna historia z tym światkiem telewizyjnych reklam… Nie chodzi o to, co reklamują, ale jak to robią. Zwróćcie uwagę, bo warto. Na pierwszym planie zawsze i obowiązkowo jest produkt - i mamy tu fruwające tabletki, skaczące puszki, mówiące muszle klozetowe, samochody jak tygrysy i siedmiomilowe adidasy. Ale nie one mnie intrygują, lecz drugi plan.

Drugi plan reklam odruchowo rejestruje to, co dzieje się w rzeczywistości. A dzieje się sporo. Zmienia się nie tylko moda, makijaże, modelki, modele, ale i obyczaje. Zmieniają się wprawdzie powoli, ale możemy być dumne z własnej skuteczności - my, kobiety, bo przecież nie oni, szalenie męscy twórcy reklam TV. To my zmieniamy rzeczywistość, a oni nie mogą nas lekceważyć, skoro adresują do nas te kolorowe spoty.

A jakież to zmiany widzimy na tym drugim planie? Na przykład z pewną ospałością, ale zaczął zanikać obowiązujący wcześniej sposób reklamowania produktu, po którego użyciu kurki u wanny porażają niepokojącą czystością (wiecie, że obsesyjne utrzymywanie sterylnej czystości grozi alergiami?!).

Otóż Polka, która w pierwszej serii tych reklam pucowała kurki do oporu - niemal zawsze na widok ich lśnienia doznawała stanu zbliżonego do orgazmu. I wszystko było jasne: sensu istnienia tych kobiet nie determinował udany związek uczuciowy, życie zawodowe czy rodzinne, lecz lśniące kurki. Fetyszystki…? Możliwe. Kilkanaście milionów fetyszystek w jednym niedużym, w dodatku chrześcijańskim kraju…? Niemożliwe. A jeżeli nawet fetyszystki, to dlaczego wybierają armaturę, skoro jest tyle milszych i poręczniejszych gadżetów?

Ktoś bardziej inteligentny zorientował się w końcu, że coś tu nie gra, i powolutku, z refleksem żółwia, wprowadzono do „domowych” reklam facetów. Nigdy ich nie było w takiej roli, a są. I co dzień przybywają nowi. I już potrafią dokonać tak zdumiewającej sztuki, jak wypranie dżinsów i skarpet w automatycznej pralce, a nawet czyszczą te kurki i muszle. Jednak - w przeciwieństwie do kobiet - jakoś nie wpatrują się z miłośnie obłąkanym wyrazem twarzy w te obiekty podejrzanej adoracji. Czyszczą je mimochodem i z umiarkowanym wysiłkiem. Jawią się przy kurkach jako figlarze, którzy wyczyścili wszystko, zanim przyszła teściowa, a nawet zdążyli przejrzeć gazetę. Nieszczęsne reklamowe kobiety wkładały w to całe serce i wszystkie zapasy erotyzmu chowane na czarną godzinę. Różnica, jak widać, dość istotna.

Reklamowych spotów pokazujących wciąż rosnący udział mężczyzn w zajęciach domowych nie tylko przybywa, ale można je uznać za zdrową promocję społeczną. W dodatku inteligencja tych schwarzeneggerów reklamy wciąż rośnie, bo potrafią już nie tylko wyprać i wyczyścić, ale bezbłędnie wlewają wrzątek do kubka z proszkiem na zupę (dzięki automatycznym czajnikom wiedzą, jak wygląda wrząca woda); nie przypalają gotowców w mikrofalówce, lecz nawet zdobią je zieleniną (pietruszka już im się nie myli z asparagusem); sztuczną śmietaną w aerozolu bezbłędnie trafiają w środek sztucznego tortu, a nie na podłogę.

Twórcy reklam nie tylko wykazują zmysł obserwacyjny wobec zmian zachodzących w relacjach kobieta-mężczyzna, ale nawet zaczęli tępić facetów macho. A przecież to właśnie macho, obok produktu, byli głównymi obiektami reklam. To im kobiety podawały na klęczkach zupę w proszku, im prały koszule i T-shirty, dla nich czyściły te kurki i muszle (facetom macho dorównują tylko niemowlęta, równie bezwzględne w egzekwowaniu tego, co im się należy, ale niemowlętom nadal na to pozwolimy).

Dziś facet macho jest postacią obsadzaną w reklamie wyłącznie w roli komicznej. Dopada małego, by mu wyrwać chrupki; zostawia dziewczynę na deszczu, aby osłonić parasolem samochód; od obowiązków domowych wieje na piwo z kumplami, choć brzuch piwny rośnie mu w tempie, w jakim markowy zegarek odmierza czas (im droższy, tym szybciej i dlatego faceci z najdroższymi zegarkami zawsze potwornie się spieszą).

Reklamy powolutku zaczęły stawiać na partnerskie układy. Nie sądzę, by wymyślili to mężczyźni, którzy je kręcą i kleją. Po prostu rzeczywistość wdziera im się w kadry, czy tego chcą, czy nie. Jeśli od reklam sprzed paru lat wiało patriarchatem kopalnym z epoki brązu - to dziś już mamy balejaż. A będzie jeszcze lepiej.

I już tylko - jako ikona bezpowrotnie minionego czasu - na którejś z reklam wciąż będzie trwać facet z parasolem, idiotycznie rozpostartym nad samochodem, a jakaś pojedyncza, zmutowana kobieta nadal będzie przeżywać stany uniesienia na widok lśniących kurków. Ale to nie my - prawdziwi partnerzy w deszczu i w domu.

 

Kretyński dar dla potomstwa

 

Gdy byłam osobą nieletnią, ojciec i mama torturowali mnie psychicznie, usiłując przekazać cząstkę swojego doświadczenia, które uważałam za zbędne i kretyńskie. Mama uczyła mnie prasować męskie koszule, twierdząc, że kiedyś będę mieć męża, który nigdy nie ogarnie tej sztuki rozumem, i demonstrowała, że najpierw prasuje się kołnierzyk, potem karczek, rękawy, tył i na końcu to, co najważniejsze, czyli oba przody. Przysięgałam, że nie chcę mieć męża, byle nie prasować. Na szczęście w tym samym czasie moja przyszła teściowa uczyła prasować mojego przyszłego, też nieletniego wtedy, męża, tłumacząc, że niewątpliwie pozna kiedyś idiotkę, która zostanie jego żoną i nigdy nie ogarnie rozumem trudnej sztuki prasowania męskich koszul. W efekcie dzisiaj na widok żelazka i koszuli mój mąż rzuca się z okrzykiem: „Ja to zrobię lepiej!”. A gdy go nie ma w pobliżu, prasuję szybciutko kołnierzyk i oba przody, a potem mówię ostrzegawczo: „Pamiętaj, żeby nie zdejmować marynarki!”. Nauki nie poszły w las, zapamiętałam, co w męskiej koszuli jest najważniejsze, i oszczędzam masę czasu.

Drugim narzędziem tortur były skarpetki. Większość młodych czytelniczek „Elle” nie wie, że cerowanie skarpet w PRL-u było nie tyle obowiązkiem, ile koniecznością. Przy sporym szczęściu udawało się zdobyć dwie pary na rok, głównie spod lady. Cerowanie polegało na precyzyjnym przeplataniu niteczek i czyniłam to z płaczem, powtarzając, że jak będę duża i bogata, to dziurawe skarpetki będę wyrzucać do śmieci. W PRL-u brzmiało to jak bajka, tymczasem dziś faktycznie je wyrzucamy, nie tyle z powodu bogactwa, ile z ich nadmiaru i niskich cen (po cholerę wam skarpety za 150 złotych?! I tak pójdą do zsypu, a tylko idiota wpatruje się komuś w stopy!). Za to „skarpetkowym” ściegiem potrafię tak zaszyć dziurę w ulubionym ciuchu, że nikt nie wie, gdzie była.

Trzecim narzędziem tortur były druty do robienia swetrów. Oczka ślizgały się na metalu (plastikowych drutów nikt jeszcze nie wymyślił), w każdym rzędzie gubiłam je i lałam łzy nad tą głupią robotą. Ale gdy w stanie wojennym wyrzucono mnie z dwóch redakcji („Przekrój” i „Gazeta Krakowska”), okazało się, że umiem robić swetry kolorowe jak anielskie skrzydła i że zarabiam lepiej niż jako dziennikarka. Pamiętam do dziś Korę z Maanamu, jak siedzi na moim pniu do ostrzenia kocich pazurów i z ekspresją opowiada, co słychać w stolicy i w ogóle (zrobiłam jej trzy swetry), albo Martę Meszaros, reżyserkę filmową, żonę Janka Nowickiego (dwanaście swetrów! Marta…? Tapetowałaś nimi ściany…?!). I tak to narzędzie tortur uratowało mnie i moją rodzinę przed śmiercią głodową, bo pracy w zawodzie nikt nie chciał mi dać, a i ja jej nie chciałam. A o trzech powieściach wydawcy mówili, że są fatalne (dziś znajdują się w lekturach szkolnych i w kanonie książek dla młodzieży. Bo to ja byłam „fatalna”, a nie powieści).

Dla odmiany ojciec torturował mnie stopkami i przyrządami elektrycznymi. Stopek też nie było, a wszystkie lampy były do siebie podobne. Mamrotałam pod nosem przekleństwa, bo byłam złą dziewczynką, a rękami przeplatałam cierpliwie cienki miedziany drucik. Ja wiem, że jest to sposób niedozwolony w czasach, gdy stopek jest mnóstwo, ale uwierzcie, że gdy się tkwi na mazurskiej wsi, w odległości trzydziestu kilometrów od sklepu, to umiejętność naprawienia stopki jest lepsza niż siedzenie w ciemnościach. Nauczyłam się też naprawiać zepsute żelazka i lampy - drucik do drucika i zaizolować. Z pierwszą w życiu naprawioną lampą poszłam do sąsiada, prosząc, by włożył wtyczkę do kontaktu, bo uznałam, że lepiej, gdy jego kopnie niż mnie (ze złej dziewczynki wyrosłam na osobę o względnej miłości do bliźnich). Wybrałam sąsiada nielubianego, który miał wobec mnie nieczyste sumienie. I wyobraźcie sobie: nie kopnął go prąd, bo lampa była naprawiona z nieludzką precyzją!

Piszę to wszystko, bo myślę, że z racji wieku, a jestem od was o wiele starsza, mam obowiązek podzielić się doświadczeniem. Więc przekazuję wam radę drogocenną: choćby wasze nieletnie córki miały płakać, nauczcie je jakiejś kretyńskiej, pozornie zbędnej umiejętności. Nie wiem, co by to mogło być, wyboru dokonajcie według własnego uznania i na miarę czasu, w jakim żyjecie, a jest to całkiem inny czas. Przysięgam, że po wielu latach okaże się, iż będzie ta umiejętność bezcenna dla waszych córek, i to w najmniej spodziewanym momencie.

Aha… Moje dwie córki nauczyłam między innymi mocnego uścisku dłoni. „Podawajcie rękę na powitanie ze stanowczą energią, a nie jak zdechłego karpia” - powtarzałam cierpliwie przy kolejnych nieudanych próbach, a one wrzeszczały: „A czy to ważne?! Co ty z tą ręką…!”. Dziś, już przy powitaniu, wielu mężczyzn mówi im z zaciekawieniem: „Pani to musi mieć charakter. Co za siła w tej drobnej dłoni…”.

No i o to chodzi. O kretyński, z pozoru mało praktyczny dar. Pamiętajcie.

 

Piąty talerz

 

Mój niespodziewany wigilijny test na człowieczeństwo zdałam najwyżej na tróję. To niestety prawda, że największe kłopoty sprawiają własne dzieci i to one najszybciej obnażają naszą niedoskonałość.

Co roku, w Boże Narodzenie, gdy córki nakrywały stół, przypominałam ze szlachetnym patosem: - Pamiętajcie o tradycyjnym, pustym talerzu dla niespodziewanego gościa! Zawsze może zjawić się ktoś samotny i nieszczęśliwy, a Boże Narodzenie to święta miłości bliźniego!

- Aha - mówiły ze zrozumieniem i stawiały pięć nakryć: dla mamy, taty, dla siebie i tego kogoś.

Powiedzmy sobie szczerze, że piąty talerz zawsze był pusty. Ot, ładny symbol. Tamtego roku, w 1986, zanosiło się, że będzie tak samo, bo jakżeby inaczej? Kto obcy ośmieliłby się zapukać do czyichś drzwi w wigilijny wieczór, zastrzeżony dla rodzinnej intymności? Owszem, raz wpadła sąsiadka z pytaniem, czy nie dałabym jej trzech kawałków ryby, bo tak przyzwyczaiła się do swojego karpia, że nie ma sumienia go zabić („Przypływa na mój głos i wyciąga pyszczek, żeby go głaskać” - mówiła wzruszona, więc szybko dałam jej trzy porcje, bowiem opowieści o życiu duchowym karpia źle działają na moje własne życie duchowe. Nieprzypadkowo mój ulubiony święty to Franciszek z Asyżu).

Kaśka już nakryła stół, mąż precyzyjnie doprawił, kapustę, uszka kończyły się gotować, ale gdzieś znikła Małgośka. Miała tylko wyskoczyć z psem, tymczasem pies leżał pod stołem, a Małgośki nie było. Uszka akurat doszły, gdy ktoś zapukał do drzwi.

- W takim momencie?! - wkurzył się mąż.

- Niech to szlag! - powiedziałam z uczuciem.

- Niech! - przytaknęła Kaśka i otworzyła drzwi. W progu stała szeroko roześmiana Małgośka i… obca, spłoszona staruszka.

- Kto to? - spytali panicznym szeptem mąż i starsza córka.

- Właśnie, kto? - powtórzyłam, ale Małgosia już wpychała nieznajomą do mieszkania, rozbierając ją z grubej chusty, starego palta i dwóch swetrów.

- Jeszcze buty, bo nabłocę - powiedziała staruszka, wyciągając nogę w wielkim filcaku.

- Chwileczkę! - zawołałam z rosnącą furią. - Małgosiu, kim jest ta pani?

- Pani jest do piątego talerza! - odparła z entuzjazmem Małgośka.

- Do piątego talerza? - powtórzył z błyskiem zrozumienia mąż.

- Ale piąty talerz zawsze jest pusty! - zawołała przytomnie starsza córka.

- Bo czeka - wtrąciła szybko Małgosia, zdejmując staruszce drugi filcak i obnażając dziurawe, niekoniecznie czyste skarpety.

Poczułam, że w środku gotuję się równie energicznie jak uszka, i gdy zdezorientowany mąż i równie oszołomiona Kaśka wprowadzali staruszkę do pokoju, ja pociągnęłam Małgośkę do kuchni.

- Co jest, do cholery?! - warknęłam. - Przyprowadzasz do domu obcą osobę, która może nawet być złodziejką? I to kiedy? W wieczór wigilijny?! Czyś ty zwariowała?!

- Ale piąty talerz… - szepnęła bezradnie Małgośka. - Zawsze mówiłaś, że on czeka na kogoś nieszczęśliwego i samotnego, a ta staruszka naprawdę jest samotna i nieszczęśliwa! Wypożyczyłam ją specjalnie dla nas z domu starców!

- Wypożyczyłaś?! Jezusie, Maryjo… - zaczęłam gniewnie i… zamilkłam. Nagle uświadomiłam sobie, że za kilka godzin, o północy, mój pies i dwa koty zaczną rozmawiać ludzkimi głosami, a ja warczę! Warczę o piąty talerz, o którym tyle rozprawiam, gdy rozpoczyna się ceremonia nakrywania wigilijnego stołu! Wzięłam głęboki oddech i dokończyłam: - Jezusie, Maryjo… no i dobrze zrobiłaś!

Przy opłatku staruszka opowiedziała o dwóch córkach i synu, którzy gdzieś dzielą się opłatkiem, ale przy stole nie lubią mieć żadnych staruszek ani swoich, ani obcych, bo starość psuje im dobry humor. Przy barszczu z uszkami dowiedzieliśmy się, jak kiedyś obchodzono Wigilię na Kresach, gdy do stołu zasiadało szesnaście osób z czterech pokoleń. Przy rybie okazało się, że staruszka była nauczycielką, ale „zawsze przychodzi taki dzień, gdy nie potrzebują cię ani własne, ani cudze dzieci”.

- Jak to, a my? - zawołała Małgosia i w dziwny sposób poczułam się pewniej. Przy kapuście z grzybami staruszka opowiedziała o zmarłym mężu („Uganiał się za kobietami, ale człowiek się z nim nie nudził”), a przy serniku poprosiła o cztery dodatkowe kawałki dla współlokatorek, których nikt nie wypożyczył.

Potem, gdy córki odprowadziły staruszkę, mąż pozmywał naczynia, a pies i dwa koty toczyły dyskretną rozmowę ludzkimi głosami, zamyśliłam się nad niespodziewanym testem na człowieczeństwo, który zdałam najwyżej na troję, i nad tą dziwną granicą pomiędzy teoretyczną a faktyczną miłością bliźniego. Bo najłatwiej postawić piąty talerz i liczyć na to, że pozostanie wygodnym, ale pustym symbolem.

No to życzę wam niespodziewanego gościa na Wigilię i biedźcie się ze sobą, jak niegdyś ja. Bylebyście w końcu przemówiły ludzkim głosem.

 

Oglądalność, ufff…

 

Pewna grupa ludzi zapiera się, że ten, kogo nie ma w telewizji - nie istnieje. Nie istnieją pisarze, naukowcy, poeci, malarze, aktorzy, reżyserzy - których telewizja nie pokaże. Może bym w to uwierzyła, ale przypadek udowodnił, że telewizyjne życie miewa często dwa wymiary, a trzeci gdzieś zginął. Właśnie wlokłam się osiedlową alejką, naprzeciw zaś szła, a potem rzuciła się biegiem przejęta sąsiadka.

- Widziałam panią wczoraj w telewizorze! - krzyczała z daleka, a w jej głosie eksplodowały entuzjazm i zdziwienie. Entuzjazm - bo we własnym telewizorze zobaczyła osobę oglądaną co dzień na osiedlu, a zdziwienie - bo jej zdaniem, po tym szczęsnym przypadku, już zawsze powinnam wyglądać tak, jak mnie ujrzała na ekranie: „odrobiona”, w eleganckim ciuchu. A ja tu sobie lezę nieumalowana, w męskiej kurtce i dresowych spodniach (wszystko z second-handu!).

- Widziałam panią wczoraj w telewizorze - powtórzyła ze słabnącym entuzjazmem, mierząc mnie z góry na dół, z dołu do góry, i oba kierunki były fatalne.

- I co? - spytałam ostrożnie. - Jak wypadłam?

- Dobrze pani wyglądała - stwierdziła bez przekonania i w zdecydowanym czasie przeszłym.

- Umalowali mnie, uczesali, wyjęłam coś z szafy - usprawiedliwiłam się i dodałam: - Ale jak wypadłam z tym, co mówiłam?

Na twarzy sąsiadki odbił się niesmak:

- A niby skąd mam wiedzieć, co pani mówiła? Przecież nie słucham, tylko patrzę! Telewizor nie jest do słuchania - dodała z wyrzutem.

„Oglądalność” - kluczowe słowo dla telewizji - pomyślałam z niepokojem. Ale czy ono musi wykluczać „słuchalność”? Zatem rzeczywiście wystarczy, że mnie pokazali? I dla nikogo nie jest ważne, co mówiłam? Ale ja pracuję głową, a nie tapetą na twarzy! - myślałam nerwowo, patrząc, jak sąsiadka odchodzi utwierdzona, że nie zasłużyłam, by mnie pokazywano. Przypomniałam sobie inne przygody z płaskim jak monitor życiem. Na przykład wywiad, który nagrywałam z ujmującym prezenterem (już zniknął z ekranu). Prezenter pieszczotliwie głaskał włoski, ślinił wargi, zerkał w lustro. - Gramy! - wrzasnął realizator.

- Yyyyy… Witamy w studiu panią… panią… - powiedział prezenter i w jego oczach eksplodowała panika. Pamiętał o włosach, zapomniał mojego nazwiska. Podpowiedziałam je, a realizator ryknął: - Gramy ponownie!

- Witamy w studiu panią Dorotę Terakowską, autorkę nagrodzonej książki… yyyyeeeee… - Pamiętał, że jego wargi mają błyszczeć, zapomniał tytułu, książki. - Gramy! - ryknął niezrażony realizator i za trzecim razem utknęliśmy tylko na nazwie nagrody, którą wymieniłam, i poleciało. Na szczęście, nie na żywo.

- Przepraszam, my tu ciężko pracujemy. Jestem zmęczony - wyjaśnił i pokazał w uśmiechu górne siódemki i całą dolną szczękę („Mamusiu, ta pani ma tyle zębów, co wilk w bajce o Czerwonym Kapturku” - powiedziała wiele lat temu moja pięcioletnia córka na widok porcelanowego uzębienia jednej ze znajomych). Owszem, nie cała telewizja jest płaska jak monitor. Nie wszyscy telewidzowie tylko og1ądają, niektórzy słuchają (jak jest czego, ale to inna sprawa). Nie wszyscy prezenterzy pamiętają, jak mają wyglądać, ale nie wiedzą, o czym mówią. Do telewizji trzeba mieć trochę szczęścia i ja je miałam, choć raz na widok wielkich, precyzyjnie wytuszowanych oczu jednej z prezenterek sama zapomniałam, jak się nazywam, bo zafascynował mnie w tych oczach brak innej myśli niż rozpaczliwe: jak wyglądam? Może dlatego wolę prezenterki, które nie są doskonale piękne? Przyjrzyjcie się kiedyś dziennikarkom CNN lub BBC - ani ładne, ani tak odmalowane jak nasze i wszystkie po czterdziestce! Tam życie po czterdziestce wciąż trwa, u nas już się kończy. Kompleks po podstarzałej komunie…? Lecz wstępujemy w potężny niż demograficzny i trzeba będzie zmienić zasadę, że praca, handel, reklamy, media - wszystko to funkcjonuje wyłącznie na rzecz szczęścia trzydziestopięciolatków udających dwudziestolatków. O dziwo, telewizja też tak funkcjonuje, mimo że młodzi telewidzowie dawno zwiali do Internetu, a koleje losów Złotopolskich oglądają głównie starsze panie. Może dlatego telewizja słabo kontaktuje z życiem? Bo wszyscy są tam chronicznie młodzi, choć świat wciąż się starzeje i dojrzewa…? W każdym razie nie wierzcie, gdy ktoś Warn powie, że tego, kogo nie było w telewizji, nie ma. Jest, w dodatku prawdziwszy, ma trochę zmarszczek, piegów, a nawet początki łysiny. I co? I nic. Nie wierzcie też, że w telewizji toczy się prawdziwe życie. Prawdziwe życie jest tam, gdzie jesteście, i tylko wtedy, gdy Wasze spojrzenie nie pyta nerwowo: jak wyglądam?!, lecz obiecuje kilka ciekawszych pytań.

A do samego oglądania lepsze jednak są obrazy w muzeum.

 

Wywietrzcie szkielety z szafy!

 

Pościel najlepiej wietrzy się latem, ale szkielety można wietrzyć cały rok. Pewien zrozpaczony pan napisał list do „Gazety Wyborczej”: „Mieszkamy razem z partnerką i jej dziecko ma w szkole kłopoty, jak określić nasze relacje. Może wymyślicie jakieś przyzwoite słowo?!”. I niby problem jest, choć go nie ma. Ten pan jako „konkubent” jest szkieletem dla tej pani i jej dziecka (przecież to konkubenci „w pijackim szale zarzynają konkubiny”, bo już „znana aktorka żyje w stałym związku partnerskim”). Gdy w moim banku pewna pani dociekliwie ustalała, kim jest dla mnie „pan, któremu chce pani dać pełnomocnictwo” - w pewnej chwili ryknęłam wnerwiona: „konkubentem!” - i w banku zapadła cisza. Bo konkubent, jak wspomniałam, w „pijackim szale” itd., ale dawać mu pełnomocnictwa do własnej kasy?!

Moje córki trening inności przeszły w szkole podstawowej. Nie wiem, jak to wygląda dziś, ale w tamtych latach wychowawca dociekał, co robią rodzice, czy dziecko ma rodzeństwo, kto pomaga odrabiać zadania, itp. Wyglądało to mniej więcej tak:

- Kasia Nowak! Jak się nazywa mama? Nowak i co dalej?

- Nie, mama nazywa się Dorota Terakowska.

- Hmmm… - mruczała nauczycielka, nie wiedząc, że to prolog jej kłopotów. - A tata?

- Który tata? Tata Maciek czy tata Andrzej? - pytała siedmioletnia Kasia.

- Chyba nie masz dwóch ojców! - wołała nauczycielka.

- Mam - mówiła z powagą Kasia, która przywykła mówić „tato” zarówno „oryginalnemu” ojcu, jak i mojemu wieloletniemu partnerowi.

- Który ojciec jest prawdziwy? - wołała zdenerwowana nauczycielka.

- Obaj - stwierdzała Kasia, bo obaj wydawali się jej jak najbardziej prawdziwi. Zrezygnowana nauczycielka rzucała kolejne hasło - „rodzeństwo” - nie mając pojęcia, w jaką pułapkę się pakuje. Nasza trójka dzieci z dwóch różnych małżeństw chowa się w przekonaniu, że jest prawdziwym rodzeństwem. No bo jest.

- Siostra Małgosia Szumowska i brat Wojtek Szumowski - oznajmiała zatem Kasia.

- Moment… Ty nazywasz się Nowak, mama Terakowska, a rodzeństwo Szumowscy?! - wołała nauczycielka, a część klasy, w której rodzinach wszyscy nazywali się jednakowo, chichotała przymilnie. Ale Kasia rozglądała się z dumą po klasie. Była jedyną w takiej sytuacji, a ja już ją nauczyłam, że to jest dobrze, a nie źle.

Za czasów dzieciństwa Małgosi sprawa się skomplikowała, bo pojawił się pierwszy pies. Zawsze tłumaczyłam, że zwierzęta to członkowie rodziny, zatem na pytanie o rodzeństwo, Małgosia mówiła: - Siostra Kasia Nowak, brat Wojtek Szumowski i brat Kusy.

- Kusy? Jaki Kusy? - dociekała nauczycielka. - Terakowski i Szumowski - mówiła Małgosia, dzieląc psa równo pomiędzy nas.

Oczywiście, odpytywanie z rodzinnych stosunków zawsze kończyło się okrzykiem: „Niech mama lub ojciec przyjdą jutro do szkoły!”. Niekiedy dochodziło też do pytania o datę ślubu rodziców (wzięliśmy go po 35 latach udanego związku i była to miła ceremonia, w której dwójka dzieci spełniła role świadków). Większość nauczycielek nie wiedziała, jak reagować. Ich zdaniem aż takie komplikacje zdarzały się w rodzinach menelskich, właśnie tam, gdzie „konkubent w szale zarżnął konkubinę”, ale nigdy nie „w rodzinach normalnych”.

Oczywiście, najpierw to ja musiałam nauczyć się sztuki polubienia inności, a opanowałam ją w wieku około dwudziestu sześciu lat i nie gdzie indziej, ale w nobliwym miejskim magistracie. Załatwiałam jakąś urzędową sprawę, wzięłam dokumenty od mamy i odpowiadałam na liczne pytania urzędniczki: - To w którym roku pani się urodziła? - W 1938. - A rodzice kiedy brali ślub? - W 1946 - wyrecytowałam z karteczki. - To pani jest dzieckiem nieślubnym - oznajmiła z nagłym triumfem urzędniczka, a ja spojrzałam zdumiona: - Kto? Ja?! Co pani wygaduje? - Pozostałe urzędniczki powoli gromadziły się wokół biurka i wpatrywały się we mnie z rosnącą ciekawością. - Niech pani porówna daty i fakty - powiedziała urzędniczka, jej koleżanki gorliwie potakiwały, a ich szepty uderzały o ściany i sufit biura: „1938… 1946… Liczyć nie umie?… I nie wiedziała? Tyle lat?…”.

- Coś podobnego! - zawołałam. - Taki fantastyczny fakt do życiorysu i nic o tym nie wiedziałam?

Zaczęłam się śmiać, urzędniczki patrzyły z rosnącą dezaprobatą, ja nagle poczułam się inna - i było mi z tym dobrze.

- Dlaczego nigdy nie powiedziałaś, że jestem nieślubnym dzieckiem? - spytałam w domu, a moja siedemdziesięcioczteroletnia mama nagle się zaczerwieniła.

- Wstydziłam się? - odparła z małym znakiem zapytania.

- Czego? - dociekałam.

- No bo wszyscy… - zaczęła ona, a ja machnęłam ręką:

- Wszyscy…! - powiedziałam lekceważąco. - Chyba fajnie być trochę innym niż wszyscy? - powiedziałam i uścisnęłam ją.

Opowiedziałam to moim córkom, gdy miały po kilkanaście lat. Ta opowieść im się spodobała. A mnie się spodobało, iż wychowałam je tak, że umiały ją docenić. I że w efekcie w naszych szafach nie ma żadnych szkieletów. Bo naprawdę wstydzić trzeba się całkiem, ale to całkiem innych rzeczy. I pewnie same wiecie jakich.

 

Nieprzyzwoita miłość, normalna wojna

 

Dziwni jesteśmy - my, ludzie, dziwne jesteśmy - my, matki.

Jak on i ona, nie daj Bóg, całują się na małym ekranie naszego rodzinnego telewizora (a jakże, telewizor jest w niektórych rodzinach ważniejszy niż dziadek, babcia i ciocia razem wzięci, a niekiedy nawet tatuś lub mamusia. Telewizor to nasz kochany braciszek, ulubiona siostrzyczka, nasza ręka, noga, nasze serce i nasz mózg)… Więc jak on z nią całują się na tym szklanym ekranie naszego ulubionego rodzinnego pociotka, to my, mamusie (i wy, tatusie) wrzeszczymy do naszego potomka lub potomkini: „Won z pokoju, brzdącu, nie będziesz mi tu patrzeć na takie świństwa! Czy ta telewizja zwariowała, żeby o godzinie ósmej minut dziesięć wieczorem pokazywać, jak się całują, dotykają, jak zbliżają się do siebie. A w dodatku ona tylko w biustonoszu i pewnie zaraz go zdejmie, a o nim to już nie wspomnę…!”. I tak sobie krzyczymy, w poczuciu dobrze spełnianej misji wychowawczej i ochrony naszych dzieci przed brutalnością świata. Bo miłość zawsze wydaje się nam mniej przyzwoita na przykład od wojny. Zatem pół godziny wcześniej to samo nasze ukochane dziecko kręci się po pokoju i razem z nami zerka na „Wiadomości” / „Fakty” / „Kurier” / „Kronikę” lokalnej TV, i ono sobie je kanapkę, a my zapijamy herbatką lub kawą kolejne newsy. Na przykład takie:

- że gdzieś w świecie wybuchła (albo trwa w najlepsze lub powoli się kończy) kolejna wojna i znowu zginęło kilkadziesiąt osób cywilnych, w tym kobiety, starcy i dzieci, i te dzieci nam pokazują, i te kobiety nam pokazują, i tych starców nam pokazują, niekiedy już tylko w krwawych strzępach;

- że samobójca palestyński wysadził w powietrze siebie i autobus z kilkudziesięcioma pasażerami, a byli wśród nich także starcy, kobiety i dzieci, i pokazują nam te krwawe szczątki, a my mówimy do dziecka: „zjedz, kochanie, do końca tę kanapkę, zaraz pójdziemy smacznie spać”;

- a potem pani prezenterka uśmiecha się z powagą i informuje, że wskutek trzęsienia ziemi, gdzieś na Wschodzie/Zachodzie zginęło prawdopodobnie kilkaset osób i wprawdzie trwają wysiłki wydobycia spod ziemi tych, którzy przeżyli, ale ich szansę są marne, i patrzymy, jak ci jeszcze żywi nasłuchują spod gruzów stukania i krzyków tych, którzy są jeszcze półżywi. Patrzymy na to z pewną obojętnością, bo w końcu pokazują to prawie codziennie - prawie codziennie gdzieś wybucha / trwa / kończy się wojna, codziennie jest jakaś katastrofa, codziennie są jakieś akty terroru i my już do tego przywykliśmy, i nasze dziecko przywykło - i w ogóle to o co chodzi?!

…Ale te świństwa w porze najwyższej oglądalności, ta jakaś para, która się kocha, no nieeeee, na to nie pozwolimy! Nikt nie będzie nam demoralizować dziecka i już! I pytamy dziecka: - Zjadłeś już tę kanapkę? To umyjemy buzię, rączki i mamusia zaraz przeczyta jakąś przyjemną bajeczkę…

„Przyjemną” - czyli nie mogą to być baśnie braci Grimm, nie może to być Hans Christian Andersen, bo oni nie oszczędzają naszych dzieci. Ich baśnie nie są ani lekkie, ani przyjemne, ani lekkostrawne jak hamburger z McDonalda. I nie po to kupiliśmy naszemu dziecku śliczną książeczkę w jeszcze śliczniejszym majtkoworóżowym kolorze, w której Dziewczynka z Zapałkami wcale nie umiera, o, nie, przecież śmierci nie ma, więc ona sprzedaje zapałki królewiczowi przebranemu za grzecznego chłopczyka i wkrótce wyjdzie za niego za mąż, będą mieć mnóstwo pieniędzy, trochę dzieci i będą żyli długo i bardzo szczęśliwie w prześlicznej, urządzonej z niegustownym przepychem rezydencji z basenem.

No i tak to z nami jest. I to nie są żarty. Z pasją wychowujemy nasze dzieci według tradycyjnych zasad, które głoszą, że miłość - erotyczna zwłaszcza - jest be, to wręcz świństwo dla małych dzieci. Za to wiadomości ze świata są cacy, a w najgorszym razie „neutralne”, no i powtarzalne jak codzienny chleb. My naprawdę wyrzucamy nasze dzieci z pokoju przy byle jakim, niewinnym pocałunku jakiejś pary na ekranie, i naprawdę pozwalamy im oglądać wszystkie okropieństwa tego świata w telewizyjnych newsach. Bo tak oswoiliśmy się ze złem codzienności, że nie dostrzegamy w nim już nic złego dla wrażliwych oczu naszego dziecka. Odrzucamy baśnie braci Grimm i Andersena, wierząc, że w ten sposób chronimy nasze dzieci przed okrucieństwem. Do głowy nam nie wpada, że okrucieństwo baśni jest dziecku potrzebne, bo to ono powoli, powolutku oswaja je z brutalną prawdą o naszym świecie, w którym temu dziecku przyjdzie żyć. To te baśnie uczą dziecko pokonywać lęk, pokazują, że zło można zwalczyć.

Wolimy kupić naszemu kochanemu dziecku big maca, a do niego książeczkę, w której Calineczka z baśni Andersena nie przeżywa nic niemiłego, przeciwnie, wychodzi dobrze za mąż (bogato) i zaraz sprawi sobie rezydencję z najohydniejszym, kolorowanym na niebiesko, basenem świata, wokół którego wyprawi bardzo trendy przyjęcie dla innych radosnych Calineczek…

No, tacy jesteśmy - my, mamusie, wy, tatusie…

 

Notka redakcyjna

 

Zebrane w niniejszym tomie teksty były publikowane na łamach miesięcznika „ELLE” w latach 2003-2004.






strona główna
(23kB)