(23kB)
strona główna


 

Dorota Terakowska

 

 

 

Lustro pana Grymsa

Rozdział pierwszy

 

Nie było niemal dnia, żeby Agata, wracając ze szkoły, nie zajrzała do tego sklepu. Odkryła go przypadkiem, szukając kagańca dla psa. Takiego kagańca, oczywiście, nigdzie nie było, ponieważ Kusy - ulubieniec Agaty - miał bardzo długi, nietypowy pysk, jak przystało na wybryk natury, jakim był: czarnej maści mieszaniec wilczura z… chartem. Po matce, owczarku niemieckim, odziedziczył wierność i pojętność, po ojcu - ogromnym białym borzoju - przejął jedynie bezczelną pewność siebie i nadmiar samodzielności. To nie Agata, ale sąsiedzi z bloku uznali, że „taki groźny pies” powinien nosić kaganiec, zbyt często bowiem wyszczerzał wielkie, białe i ostre zęby. „On się tylko uśmiecha” - usprawiedliwiała Agata psa, ale ten psi uśmiech jakoś wszystkich odstraszał. Ktoś z rodziny kupił wreszcie odpowiedni kaganiec i dał dziewczynce w prezencie. Agata nie żałowała jednak długich, pozornie bezskutecznych wędrówek, bo właśnie w czasie jednej z nich odkryła ten sklep.

Nikt, nawet najbliższe przyjaciółki, nie został powiadomiony o odkryciu. Agata skrzętnie zachowała je w tajemnicy. Ot, sklep ze starymi, używanymi meblami. Cóż to za tajemnica…? Jakieś rupiecie, graty, trochę wątpliwych antyków… Z pozoru - nic nadzwyczajnego. Ale tylko z pozoru.

Sklep był nad podziw wielki i mroczny. Nic z zewnątrz nie zapowiadało tej jego wielkości. Zza szyb witryny widoczny był tylko nieduży kantorek, a w nim kilka foteli, parę lamp, dwa stoliki. Wraz z otwarciem drzwi rozbrzmiewał dzwonek… nie elektryczny, broń Boże, najprawdziwszy mosiężny dzwonek z serduszkiem. W kilka sekund po jego delikatnym dźwięku spoza zasłony wychodził ten pan. Dziwny pan. Ile razy Agata o nim myślała, tylekroć odczuwała niepokój. A myślała o nim często. Pan miał brodę, wąsy i czarne oczy. Gdy Agata przypadkiem w nie zajrzała, wydawało się jej, że oczy pana Grymsa (sądząc z szyldu, nazywał się Z. K. Gryms) są całkiem bez dna. Jak studnia. Gdy patrzysz w głęboką studnię, której dna nie widać, zawsze wydaje ci się, że jednak coś tam jest. I właśnie takie były oczy pana Grymsa.

Do wejścia zachęciła Agatę śmieszna stara lampa na wystawie, której podstawę stanowił duży łeb psa, wypisz-wymaluj taki, jaki miał Kusy. Już w czasie pierwszej wizyty pan Gryms zachował się w sposób nietypowy. Zamiast burknąć niegrzecznie: „No i co tu się kręcisz, i tak niczego nie kupisz…” - z przesadną wręcz uprzejmością skłonił się przed Agatą i zwięźle oznajmił:

- …godne twojej uwagi meble są tam… - i wskazał ręką na czarną, grubą, pluszową zasłonę.

- Ja i tak nie mam pieniędzy - oświadczyła pogodnie Agata. Brak pieniędzy nigdy nie wydawał się jej nieszczęściem. Nie pragnęła niczego kupować, z upodobaniem za to oglądała różne stare przedmioty, wyobrażając sobie, kim byli ich poprzedni właściciele.

- Nikt ci nie każe kupować. Wystarczy, że obejrzysz to, co mam - powiedział pan Gryms, składając Agacie niemal dworski ukłon.

I dziewczynka poszła za panem Grymsem. Po odchyleniu zasłony jej oczom ukazał się ogromny, zda się nie mający końca, mroczny salon. W słabym świetle kinkietów czerniały niewyraźne kształty mebli. Stały dosłownie wszędzie, niektóre nawet jedne na drugich: przepastne, rzeźbione szafy, rozłożyste kanapy na kokieteryjnie wygiętych nóżkach, tajemnicze sekretarzyki z mnóstwem szufladek, opasłe komody, stoły kwadratowe, podłużne i okrągłe, krzesła, fotele. I lustra. Kilkadziesiąt luster, każde o innym kształcie, w stylizowanych ramach, rzeźbionych w kwiaty, owoce, zwierzęta.

Pan Gryms spojrzał pytająco na Agatę.

- No… - bąknęła dziewczynka - bardzo to… hm… tajemnicze i w ogóle…

- Nie każdy może to zobaczyć - rzekł lakonicznie właściciel. - Dlatego radzę ci, żebyś obejrzała dokładnie - dodał z naciskiem. - Ja czekam w kantorku.

I popchnął leciutko Agatę w kierunku jednej z wypełnionych lustrami ścian. Potem zniknął w labiryncie mebli. Agata długą chwilę stała nieruchomo, chłonąc dziwną atmosferę tego miejsca. Wydawało się jej, że jeszcze czuje zapachy ludzi, którzy używali tych mebli, że widzi delikatny ruch ręki zapalającej wysmukły renesansowy świecznik; niemal słyszała głosy tych, którzy kiedyś, dawno temu, byli właścicielami tych komód, szaf, kanap; przysięgłaby, że widzi, jak z uchylonej szufladki w sekretarzyku wysuwa się plik pożółkłych, przewiązanych różową wstążeczką listów. W mrocznym salonie nadal czaiło się życie - i czekało na wskrzeszenie przez nowych nabywców mebli.

Agata nie bała się. Nigdy nie bała się tego, co często wzbudzało lęk u innych ludzi, a zwłaszcza dzieci. I nigdy nie wiedziała, dlaczego się nie boi. Opowieści o duchach, starych cmentarzach, wampirach i strzygach - którymi dzieci tak lubią raczyć się wieczorową porą, a potem nie śpią ze strachu całą noc - wywoływały u niej jedynie ciekawość i narastające pragnienie, żeby przeżyć coś niesamowitego. Co prawda, życie wydawało się Agacie bardzo interesujące, a nawet piękne, ale tęskniła do niezwykłości. Głęboko wierzyła, że każdy człowiek -jeśli bardzo tego chce - przynajmniej raz w życiu przeżywa coś niezwykłego, choć być może nie zawsze to sobie uświadamia.

Sklep pana Grymsa wydał się Agacie zaczątkiem czegoś niezwykłego. Jeszcze nie wiedziała, co by to mogło być, ale czuła, że nie jest to zwyczajny sklep.

Zaczęła powoli spacerować od lustra do lustra, gładząc ręką złote winogrona, zwisające filuternie nad jednym z nich, to znowu dotykając dwóch potężnych lwów, podtrzymujących owal innego. Luster było tak dużo, że szła wśród ścian mrocznego salonu, niemal ich nie rozróżniając, zamyślona i pełna przyjemnego niepokoju.

Nagły ruch na jednej z błyszczących powierzchni zwrócił jej uwagę. W kolejnym lustrze ujrzała własną twarz w aureoli rozwianych, fruwających włosów. Podniosła ręce do góry, ale poczuła, że jej rude włosy spokojnie spływają ku szyi. Jednak Agata w lustrze nie podniosła rąk, a jej twarz nadal osłaniały rozwiane, jakby poruszające się na silnym wietrze włosy. Za chwilę obraz znikł. W lustrze najzwyczajniej odbijał się mroczny salon z meblami, ale… ale tym razem nie było w nim Agaty, choć stała nadal w tym samym miejscu!

- Ciekawe… - szepnęła do siebie i stała nieruchomo jeszcze parę minut, jakby na coś czekając. I rzeczywiście: za moment w lustrze, najnormalniej w świecie, ukazało się jej prawdziwe odbicie.

- Ono pokazuje nie to, co jest, ale to, co chce pokazać - szepnęła z nutką zadowolenia. - To nie jest zwyczajne, ot takie, lustro.

Stała jeszcze dłuższą chwilę, ale lustro już nie spłatało żadnego figla. Agata wycofała się w labirynt mebli i z pewnym trudem odszukała powrotną drogę do kantorka.

- No i jak? - spytał pan Gryms, gdy wyłoniła się zza zasłony.

- Bardzo ciekawe - powiedziała spokojnym głosem. - Czy te meble są bardzo drogie?

- Zależy które i zależy dla kogo - odparł pan Gryms.

- Aha - kiwnęła głową Agata, nie zdziwiona wcale tą odpowiedzią. - Mogę tu jeszcze kiedyś przyjść?

- Zapraszam cię serdecznie - właściciel ponownie złożył jej dworny ukłon.

I właśnie od tego dnia Agata niemal codziennie, wracając ze szkoły, wstępowała do pana Grymsa. Właściciel witał ją jak dobrą znajomą i bez słowa odchylał pluszową zasłonę. Dziewczynka wchodziła do salonu z meblami i rozpoczynała długi spacer wzdłuż ścian zawieszonych lustrami. Wszystkie - każde w innych, niepowtarzalnych ramach - odbijały tę samą pociągłą, piegowatą twarz Agaty i intensywnie rude włosy. W żadnym nie ukazało się nic innego ponad to, co rzeczywiście znajdowało się przed nim.

- Musiałam mieć omamy - mruczała Agata do siebie, zadowolona, że może użyć tego cudownie, bo egzotycznie brzmiącego słowa „omam”, odnoszącego się do wszystkich niezwykłych i pociągających zjawisk. Agata należała do rzadkiego gatunku osób, które często miały omamy. Widziała to, czego nikt inny nie mógł dostrzec, słyszała dźwięki niemożliwe do słyszenia, czuła zapachy, jakich doprawdy nikt nie czuł. Wątpię, by wielu ludzi umiało dostrzec zatrzymany na ścianie kamienicy cień człowieka, który przeszedł parę minut temu. Agata go widziała. Nie sądzę, by ktokolwiek słyszał w słuchawce telefonu krzyżujące się echa dawno przebrzmiałych rozmów. Agata słyszała. Nie można jednak wykluczyć, że trochę więcej osób posiada dar wyczuwania z zapachu powietrza zbliżającego się deszczu.

- Będzie padać - mówiła dziewczynka, zadzierając głowę i spoglądając w błękitne niebo bez jednej chmurki, i ku zdziwieniu wszystkich pod wieczór zaczynało siąpić. Agata czuła, kiedy na odległej o trzy kilometry łące zakwitła macierzanka; słyszała szum skrzydeł ptaków przelatujących tak wysoko, że nie było ich widać gołym okiem; umiała dostrzec, że powietrze ma różną gęstość w różnych miejscach, i zauważała, że tam gdzie jest najgęstsze - tworzy dziwaczne, ruchliwe i żywe kształty. Ponieważ na ogół nikt jej nie wierzył, gdy opowiadała o wszystkim, co widziała, słyszała i czuła, po prostu przestała o tym mówić.

Agata była doskonale pogodzona ze swą odmiennością, choć nie znała jej przyczyny. Nigdy nie zastanawiała się nad nią. Być może nie wiedziała też o tym, że dawno, dawno temu, gdy człowiek żył jeszcze w naturalnych warunkach, wśród przyrody, a nie w ciasnych, betonowych klatkach miast - jego zdolności widzenia, słyszenia i czucia były całkiem, ale to całkiem inne niż dziś. Tamten człowiek miał bystre oczy ptaka, czujny słuch dzikiego zwierzęcia, nos wyczulonego na zapachy psa. Tamten człowiek był częścią przyrody, a nie jej wrogiem. Agata - nie zdając sobie z tego sprawy - pod wieloma względami była jak tamci, pierwotni ludzie. Można by zaryzykować stwierdzenie, że urodziła się niejako zniewolony od pierwszego dnia życia, spętany cywilizacją człowiek - lecz od urodzenia była wolna. Nikt, nawet jej rodzice, tego nie przeczuwał, gdyż ten dar mają tylko wybrani. Więc też nikt z najbliższego otoczenia nie wiedział, jaka naprawdę jest ta ruda, piegowata dziewczynka, bo w dodatku Agata była małomówna. Tylko Kusy wysłuchiwał jej dłuższych monologów, merdając długim, puszystym ogonem charta i patrząc na nią wiernymi oczami wilczura.

Agata w jakiś niejasny sposób przeczuwała, że pan Gryms również czuje, widzi i słyszy to, co jest niewidzialne i niesłyszalne dla większości ludzi. Wydawało się jej tak, choć nigdy nie rozmawiali o tym ze sobą, gdyż pan Gryms, jak i ona, nie należał do ludzi mówiących bez wyraźnego powodu.

Dziwnego lustra Agata już od dłuższego czasu nie mogła odnaleźć pomiędzy wieloma lustrami w mrocznym salonie. Zapomniała, jaki miało kształt i ornament ram, nie zapamiętała nawet, na której z czterech ścian wisiało. Mimo to czuła, że lustro, jeśli zechce, ujawni się samo. Widać na razie nie miało na to ochoty.

Minęło parę kolejnych dni - i parę kolejnych wizyt w sklepie pana Grymsa. Wszystkie lustra przez ten czas pokazywały gładkie, chłodne i obojętne odbicia rzeczywistości. Każdy na miejscu Agaty już dawno uznałby, że naprawdę miał do czynienia z omamami, ale dziewczynka miała w sobie niezmąconą wytrwałość i nieodgadniony upór. Niemal co dzień, po szkole, bezskutecznie obchodziła powoli wszystkie cztery ściany salonu, wpatrywała się długo w każde z kilkudziesięciu luster, by po chwili bez żalu wrócić do kantorka i pożegnać pana Grymsa.

- Wrócisz jutro, prawda? - pytał pan Gryms wcale nie natrętnie, dziewczynka zaś odpowiadała podobnym tonem:

- Oczywiście. Wrócę.

Choć obraz w lustrze wydawał się jej teraz jedynie grą wyobraźni, Agata zawsze o wiele wyżej ceniła wyobraźnię niż rzeczywistość i bardziej jej zawierzała.

- Jeśli nawet t o mi się tylko zdawało, niechże zda mi się choćby jeszcze raz… - powtarzała sobie z uporem i niczym nie zrażona wracała do sklepu z meblami.

Gdy pewnego razu swobodnie wędrowała od ściany do ściany salonu, przyglądając się w skupieniu błyszczącym powierzchniom luster - niemal bardziej odczuła, niż zobaczyła jakiś ruch na przeciwległej ścianie. Odwróciła się błyskawicznie: w jednym z luster odbijała się, blaknąca coraz szybciej, twarz pana Grymsa, którego tu wcale nie było! Pan Gryms przecież, jak zazwyczaj, przebywał w kantorku! Agata wolno, wcale się nie spiesząc, podeszła do rzędu zwierciadeł. To lustro było zawieszone między lustrem o kwadratowym kształcie, dźwiganym przez dwóch mahoniowych Murzynów z białymi zębami z kości słoniowej, a okrągłym lustrem, podtrzymywanym przez wielkie, przypominające orły, ptaki.

To lustro było z pozoru proste: ot, wydłużony prostokąt, wysokości trzech czwartych przeciętnego człowieka, w ciemnych, prostych ramach. Pan Gryms już się w nim nie odbijał. Agata ujrzała jedynie swoją twarz. Lustro najwyraźniej z niej kpiło, udając, że jest najzwyklejszym w świecie zwierciadłem. Uważnie przyjrzała się jego ramie: na ciemnym drewnie układał się jakiś wyszukany wzór. Były to kształty roślin i zwierząt, jakich jednak nigdy nie widziała - ani w rzeczywistości, ani w kinie, telewizji czy przyrodniczej książce. Dziewczynka ostrożnie dotknęła ramy. Wydało się jej, że dotyka czegoś ciepłego, żywego…

Pan Gryms już się nie pokazał w lustrze. W ogóle nie pokazało się nic szczególnego. Za to pan Gryms w kantorku spytał lakonicznie:

- No i…?

- Czy można u pana coś kupić, czy też te wszystkie rzeczy… - i Agata wykonała nie dokończony, jak jej pytanie, ruch ręką. Pytanie było nadzwyczaj uzasadnione, przez cały bowiem czas, gdy odwiedzała sklep pana Grymsa, nigdy nie zdarzyło się jej spotkać żadnego klienta. Ba! Chwilami wydawało jej się, że jest jedyną osobą, która tu przychodzi.

- To zależy, kto chce kupować - powiedział pan Gryms.

- A ja?

- To zależy co - odparł spokojnie właściciel.

- Mogę przyjść z mamą?

- To będzie zależeć od dnia i paru innych okoliczności - zakończył pan Gryms i ukłonił się dwornie. Agata wyszła.

- Mam propozycję - powiedziała wieczorem do mamy, która akurat cedziła makaron przez sitko. - Rezygnuję z lodów i biletów do kina na cały rok, z wszystkich prezentów na świętego Mikołaja, na Gwiazdkę, urodziny i imieniny…

- W zamian za co? - spytała krótko mama. W domu Agaty wszyscy wypowiadali się zwięźle.

- Chciałabym dostać lustro ze sklepu z antykami.

- Lustro w sklepie z antykami będzie kosztować mnóstwo pieniędzy. Nawet gdyby było całkiem malutkie - mruknęła mama, trąc żółty ser na tarce.

- To jest duże lustro.

- …za bardzo duże pieniądze. No to masz ten kłopot z głowy i spokojnie możesz jeść lody - odparła mama.

Zdaniem mamy temat był wyczerpany. Pytanie „a po co ci lustro?” nie padło. Agata nigdy, już od wczesnego dzieciństwa, nie prosiła o zwykłe prezenty, o lalki, misie, rower, nową sukienkę. Umiała za to zachwycić się jakąś bardzo starą książką w antykwariacie czy tak tajemniczym przedmiotem na „pchlim targu”, że nawet sprzedający nie znał jego przeznaczenia. Agata nie była też próżna i mama nie miała żadnych podstaw, by sądzić, że wymarzone lustro służyłoby jej do adoracji własnej osoby.

- Jeśli pójdziemy jutro na spacer z Kusym, to może wpadniemy do tego sklepu? - zaproponowała Agata.

- Proszę bardzo - zgodziła się mama, której pomysł połączenia spaceru z oglądaniem lustra w niczym nie przeszkadzał.

Nazajutrz Agata z mamą i Kusy stanęli przed sklepem. Agata nacisnęła klamkę - ale ta nie poddała się miękko jak zwykle i nie zadźwięczał cichutko dzwoneczek, obwieszczający otwarcie drzwi. Na wystawie, jak zawsze, stała śmieszna lampa z łbem psa jako podstawą.

- Kusy jak żywy - mruknęła mama. Za szybą było widać kantorek i stojącego za ladą pana Grymsa. Wszystko było po staremu, tyle że drzwi nie pozwoliły się otworzyć.

- Zapukaj - powiedziała niecierpliwie mama. - Nie widzę przecież żadnej kartki w rodzaju „Przerwa” lub „Wyszedłem na godzinkę”. Zapukaj…

- Nie trzeba - odparła Agata. - Nie każdy dzień jest dobry. Pan Gryms tak powiedział. Przyjdziemy jeszcze raz jutro. Albo pojutrze.

- Aha - zgodziła się mama, nie zadając zbędnych pytań, bo również była osobą pogodzoną z wszelkimi dziwnościami.

Nazajutrz, zaraz po szkole, Agata weszła do sklepu i spytała od progu:

- Czy dzisiaj jest dobry dzień?

- Jeszcze nie wiem - odparł pan Gryms. - Każdy dzień ma dobre i złe godziny.

- W każdym razie spróbujemy - powiedziała dziewczynka, jakby ta sytuacja wcale jej nie dziwiła. Agata doskonale wiedziała, że w życiu są dobre i złe godziny, dobre i złe dni, że krzyżują, się one i zmieniają pod wpływem istotnych lub całkiem nieistotnych okoliczności. Bywają też dobre i złe miejsca - i nie daj Bóg, żeby skrzyżowały się ze złymi porami dnia! Agata na przykład dobrze wiedziała, że w każdym mieszkaniu są takie miejsca, w których żaden kot ani pies nie położą się spać, bo natychmiast ogarnia je ogromny niepokój; że bociany, po całych latach zamieszkiwania na dachu jakiegoś domu, nagle odlatują i już nigdy nie powracają, choć ich gniazdo jest wygodne i co roku czyszczone starannie przez gospodarza; że szczury nachodzą jakąś kamienicę, mimo wykładanych trutek i skąpych odpadków, omijają zaś jak zarazę inną, obfitą w żarcie i w której nikt nie kwapi się z podkładaniem trującego ziarna; wiedziała też, że są takie balkony i parapety, na których nie przysiadzie ani na sekundę żaden ptak, mimo sypanych okruszków. Agata miała też świadomość, że są takie z pozoru bezmyślne rośliny, które aż zwijają się z bólu pod ręką nowego właściciela i mimo podlewania schną - wolą umrzeć, niż żyć. Agata to wszystko wiedziała, choć nie bardzo wiadomo skąd. Po prostu miała tę wiedzę w sobie, niejako urodziła się z nią.

W każdym razie zachowanie pana Grymsa od początku wydawało się jej całkowicie naturalne i sensowne. Tego samego dnia, po południu, dziewczynka z mamą i psem znowu stanęły przed sklepem. Drzwi były jednak nadal zamknięte, a klamka nie poddała się naciskowi dłoni. Pan Gryms spokojnie stał w środku, lecz nie wykonał żadnego ruchu, żeby im pomóc. Wręcz udawał, że ich nie widzi.

- Dlaczego on nie otwiera nam drzwi? - spytała niecierpliwie mama.

- Te drzwi nie dla każdego się otwierają - odparła zadumana Agata. - Widocznie dzisiaj także jest zły dzień. Spróbujemy jutro.

- Jak chcesz, mnie to w niczym nie przeszkadza - wzruszyła mama ramionami. A pan Gryms, choć doskonale mógł je widzieć zza szyby, nie podniósł nawet głowy…

Nazajutrz po szkole Agata jak gdyby nigdy nic zjawiła się w sklepie. Zawsze gdy przychodziła sama - drzwi otwierały się bez żadnego trudu. Ani dziewczynka nie spytała o dwukrotnie zamknięte wcześniej drzwi, ani pan Gryms nie powiedział, co o tym sądzi. W milczeniu odchylił zasłonę i wpuścił dziewczynkę do salonu z meblami.

To lustro na początku nie odbiło niczego: ani Agaty, ani salonu z meblami. Było gładką, niezmąconą powierzchnią w srebrzystoperłowym kolorze. Dopiero po dłuższej chwili powoli, powoli, niewyraźnie zaczęło się coś pojawiać. Agata zmrużyła oczy, lecz nie rozpoznała kształtu. Cofnęła się parę kroków… Cień w lustrze zaczął układać się w coś dziwnie znajomego… Minęło kilkanaście sekund, nim Agata rozpoznała, że to jest Kusy… Jej pies Kusy. Lustro całe drżało, falowało, jakby nie chciało odbić wyraźnie sylwetki psa; przypominało to obraz w zepsutym telewizorze. Wreszcie wszystko zniknęło i Agata ujrzała swoją twarz.

- …a może to pies przeszkadza? - spytała pana Grymsa, gdy wróciła do kantorka.

- Niewykluczone - zgodził się pan Gryms.

- …ale to by nie było dobre - szepnęła Agata z namysłem.

- To twoja sprawa - uciął właściciel.

Agata myślała o tym, że osoby i przedmioty, które źle reagują na psy, nie są dobre. Lustro drżało, ni to zagniewane, ni wystraszone, gdy odbijało sylwetkę znajdującego się daleko psa. A drzwi sklepu nie pozwalały się otworzyć, jakby nie chciały wpuścić może właśnie Kusego…?

- …w takim razie muszę się zastanowić - oznajmiła spokojnie Agata i wyszła. Pan Gryms, zamiast ukłonu, posłał jej uważne spojrzenie oczu, w których czaiło się coś nieokreślonego.

Mimo pewnego niepokoju Agata zdecydowała się na jeszcze jedną próbę, a wszystko tym razem przebiegło tak, jak oczekiwała. Gdy wraz z mamą - Kusy został w domu - stanęły przed sklepem, klamka miękko poddała się dłoni dziewczynki i zabrzmiał cichy dźwięk dzwoneczka.

- No proszę… - zauważyła mama, nieco zdziwiona. - Myślałam już, że te drzwi z zasady nie otwierają się przed klientami! Dzień dobry panu…

- Dzień dobry szanownej pani - odparł pan Gryms i skłonił się przed mamą najzwyczajniej w świecie, jak kulturalny sprzedawca w eleganckim sklepie. Miał dziś maniery dobrego wujcia, co zdaniem Agaty nie bardzo do niego pasowało, lecz mamie wydało się miłe.

- Podobno są tu lustra? Czy można zobaczyć? - spytała mama pełnym rezerwy tonem osoby, która nie jest pewna, czy zamierza kupować.

- Ależ oczywiście! Służę pani dobrodziejce! Proszę tu… - uwijał się pan Gryms, wykrzykując banalne zdanka. Ten pan Gryms wcale się Agacie nie podobał, choć o tamtym panu Grymsie również można było powiedzieć wszystko, z wyjątkiem tego, że był sympatyczny.

Mama na widok ogromnego salonu wydała okrzyk zdziwienia, a potem zaczęła niemal biegać od mebla do mebla i zachwycać się.

- Och, jaka piękna kanapa! Boże mój, ta rzeźbiona szafa to istne cudo! Och, och, cóż za genialny sekretarzyk…!

Agata z najwyższym trudem odciągnęła mamę od sekretarzyka i skierowała w stronę bocznych ścian. Tu mama stanęła jak rażona gromem. Kilkadziesiąt luster naraz - czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziała. Agata spodziewała się podobnej reakcji. Ku swemu zdziwieniu ujrzała, że przy każdym lustrze znajduje się karteczka z niewyraźnie wypisaną ceną. Mama musiała włożyć okulary. I zaraz okazało się - zgodnie z mamy przewidywaniami - że jeśli na przykład lustro z winogronami kosztowało pięćset złotych, to już to z lwami warte było tysiąc pięćset, a przy lustrze z mahoniowymi Murzynami cena podskoczyła do trzech tysięcy złotych!

- Mówiłam ci, że antyki są drogie - powiedziała mama spokojnie, choć z jej oczu nie schodził wyraz zachwytu pełnego żalu.

Na tym lustrze widniała duża, biała kartka z cyfrą 10…

- …tysięcy? - spytała mama, pokazując palcem.

- Dziesięć - powiedział pan Gryms. - Dziesięć złotych.

- Dlaczego?! - krzyknęła mama, patrząc na niego podejrzliwie.

- Ponieważ chcę się go pozbyć.

- Doprawdy… - zaczęła mama wysokim tonem, ale zaraz urwała. Przypomniała sobie piękny i bezcenny rodzinny portret pradziadka, ofiarowany mało sympatycznej kuzynce. Portret pradziadka bowiem cieszył się złą sławą. Całą rodzinę Agaty dręczyły senne majaki. Co rano, przy śniadaniu, tata, mama i Agata, z podkrążonymi oczami, snuli opowieści o sennych koszmarach, w których portret pradziadka odgrywał główną rolę. Nikt jednak nie zdobył się na to, żeby pradziadka sprzedać. Handlowanie przodkiem wydawało się okropnym bluźnierstwem i mogło ściągnąć jeszcze gorsze kłopoty niż senne widziadła. Co innego dać go komuś w prezencie… Obdarowana kuzynka, o dziwo, sypiała zdrowo i bez koszmarów, choć pradziadek wisiał tuż nad jej głową.

- Skoro chce się pan go pozbyć… - szepnęła mama z nagłym zrozumieniem.

- Chcę i jestem nawet gotów ponieść wszelkie koszty transportu - oznajmił pan Gryms łagodnie, acz kategorycznie.

- Proszę bardzo - szepnęła mama.

W kantorku pan Gryms wypisał rachunek na dziesięć złotych i pokręcił korbką od staroświeckiej kasy. Z powagą wsunął pieniądz do małej szufladki. Agata zerknęła ciekawie i bez zdziwienia zauważyła, że w kasie jest tylko maminy banknot.

- Lustro znajdzie się u państwa jutro. Radziłbym je zawiesić w przedpokoju, będzie się ładnie prezentować.

- To lustro ma wisieć w moim pokoju - powiedziała Agata głosem cichym, lecz wykluczającym jakikolwiek sprzeciw.

- To twoja sprawa - rzekł pan Gryms ze swym dawnym, dwornym ukłonem. Agacie wydało się, że w oczach błysnęło mu zadowolenie. - Jeżeli o mnie chodzi, jutro wieczorem wyprowadzam się z tego miasta. To nie jest dla mnie dobre miejsce

- A sklep? - spytała mama.

- Już mi nie jest potrzebny - oświadczył dziwnie oficjalnie pan Gryms i ukłonił się tym razem w sposób świadczący o tym, że rozmowę uważa za zakończoną.

- Do widzenia panu i życzę szczęścia w innym mieście - powiedziała mama tonem osoby, która dokonała zakupu za tysiąc, a nie za dziesięć złotych. Mama to potrafiła.

- Do widzenia - odpowiedział pan Gryms i spojrzał na Agatę czarnymi oczami bez dna, w których jednak czaiło się coś nieokreślonego.

- Czy pan umie się uśmiechać? - spytała nagle dziewczynka.

- To zależy od wielu okoliczności - odparł grzecznie i Agata uznała tę odpowiedź za prawidłową. Uśmiech rzeczywiście zależy od wielu okoliczności. Tyle że do tej pory Agata nie widziała jeszcze nigdy uśmiechu na twarzy pana Grymsa.

 

Rozdział drugi

 

Lustro przynieśli dwaj najzwyklejsi w świecie robotnicy. Delikatnie oparli je o ścianę w przedpokoju i poszli. Mama poprawiła przed nim włosy i z wyraźnym zainteresowaniem przyjrzała się swojej sylwetce.

- Muszę trochę przytyć - powiedziała.

Lustro spokojnie odbiło postać mamy, a potem po prostu odbijało ściany przedpokoju. Gdy Kusy przeciągnął się na całą długość swego potężnego ciała i leniwie podszedł, by je powąchać - lustro jakby na mgnienie oka zmatowiało, ale zaraz prawidłowo odbiło jego sylwetkę. Mama nic nie zauważyła. Wieczorem tata przybił dwa haki i zawiesił lustro dokładnie naprzeciw tapczanu w pokoju Agaty.

- Ho! Ho! Ktoś tu ma pieniądze… - powiedział z uśmiechem. - Nie każdego stać na antyki.

Mama nie odezwała się. Nie miała ochoty opowiadać tacie o niepojętej cenie lustra i wywoływać zbędną dyskusję. Lustro cały czas zachowywało się normalnie. Odbijało to, co powinno odbijać, i połyskiwało w zachodzącym słońcu, którego ostatnie promienie wpadały ukośnie do pokoju dziewczynki.

Gdy Agata zgasiła lampę i położyła się, długo leżała z szeroko otwartymi oczami i wpatrywała się w nowo nabyty przedmiot. Ale lustro spokojnie lśniło w srebrnym blasku zaglądającego przez okno księżyca. Tylko Kusy niespodziewanie zmienił legowisko: do tej pory znajdowało się ono w nogach tapczanu Agaty, dokładnie tam, gdzie obecnie, o dwa metry dalej, wisiało lustro. Pies przeniósł się w drugi kąt pokoju, koło nocnego stolika.

W nocy Agacie śniła się jakaś obca, dziwaczna okolica: moczary porośnięte bujną roślinnością o nieznanych kształtach. Nad moczarami unosiły się gęste mgły, a bagno pulsowało, gotowało się, mamrotało… Bulgoczące dźwięki przypominały mowę, niezrozumiałą dla dziewczynki. We śnie Agata stała na malutkiej kępce przegniłej trawy, ale i ta kępka była z całą mocą wsysana, powoli, lecz nieubłaganie, przez bagno - i jakąś jeszcze dziwniejszą mocą dziewczynka ciągle utrzymywała się na jego powierzchni. Rozpaczliwie i z trudem łapiąc równowagę, Agata - wyczekując ratunku - rozglądała się dokoła i krzyczała. Słyszała wyraźnie własny, coraz bardziej przeraźliwy krzyk. Obudził ją strach. Strach - uczucie całkiem nowe, dotąd nie znane. Przez całe swoje - niedługie co prawda - życie dziewczynka nie bała się niczego. Strach był jej obcy. Do tej nocy.

Agata otworzyła oczy. Kusy, dysząc niespokojnie, stał w kącie pokoju i patrzył w lustro. W silnym świetle księżyca Agata ujrzała w lustrze krajobraz ze swego snu: ponury, mglisty, pulsujący. Kusy dyszał i cichutko skomlał. Dziewczynka zamarła z lęku, lecz mimo to pogładziła łeb psa. Za chwilę wszystko zniknęło, powierzchnia lustra wygładziła się, odbijając księżyc za oknem i siedzącą na tapczanie, skamieniałą z przerażenia Agatę.

Przy śniadaniu mama spytała:

- Czy jesteś zadowolona z prezentu?

- Mniej więcej - odpowiedziała spokojnie dziewczynka.

W szkole lekcje wlokły się w nieskończoność. Jeszcze nigdy tak nie było. Agata chodziła do wymarzonej przez siebie szkoły plastycznej. Ale dziś niecierpliwiła ją nawet lekcja rysunków z pamięci, którą najbardziej ceniła. Nauczyciel kazał narysować ulubiony wakacyjny krajobraz. Agata sama nie wiedziała, kiedy pod jej ołówkiem na białym arkuszu brystolu powstał mroczny i ponury krajobraz ze snu.

- Bardzo ciekawe, świadczy o wielkiej wyobraźni, ale, po pierwsze, czegoś takiego chyba nigdzie nie ma, a po drugie, wątpię, by mógł to być czyjkolwiek ulubiony krajobraz - powiedział nauczyciel, kręcąc podejrzliwie głową.

Zaraz po lekcjach Agata pobiegła do sklepu - zdyszana, pełna niecierpliwego pośpiechu i narastającego niepokoju. Dźwięczały jej jeszcze w uszach słowa pana Grymsa o wyjeździe z miasta, ale mimo to miała nadzieję. Już wiedziała, że za wszelką cenę musi się pozbyć lustra. Wiedziała też, że może je oddać jedynie panu Grymsowi. Instynkt podpowiadał jej, że tego lustra nie można ot tak sobie, po prostu komuś dać w prezencie lub sprzedać czy wyrzucić. To nie był portret pradziadka. Lustro mogło sprowadzić na kogoś straszliwe nieszczęście. Jedynym człowiekiem na świecie, który bezkarnie mógł nadal pozostawać właścicielem lustra, był pan Gryms.

Agata już wiedziała, że lustro zagraża jej dotychczasowemu, spokojnemu życiu. Nigdy nie uważała, by życie było nudne, choć marzyła o niezwykłej - ale nie strasznej - przygodzie. Tymczasem po raz pierwszy, za sprawą lustra, zrozumiała, czym jest strach. Obcość i posępność tego nie znanego do tej pory uczucia przeraziły ją. Agata czuła, że jej wolność - wolność ptaka w powietrzu i kwiatu na łące - kończy się. Lustro spętało ją ze sobą niewidocznymi więzami, niewoliło, mówiło jej coś, czego ona, Agata, nie chciała słuchać, lecz musiała.

…Sklep był otwarty i już z oddali widać w nim było jakiś ruch. Stając w drzwiach, Agata ujrzała drabinę, wiadra, rozłożone na podłodze gazety. Dwóch mężczyzn, wesoło pogwizdując, malowało ściany kantorka. Odarty ze wszelkich ozdób, pozbawiony osoby pana Grymsa i czarnej pluszowej zasłony - wydawał się dziwnie mały i bardzo zwyczajny. Ze zmartwiałym sercem dziewczynka spostrzegła, że żadna z czterech ścian niewielkiego pomieszczenia nie ma drzwi. Ściana, na której przedtem wisiała prowadząca do salonu zasłona, była gładka i pusta.

- Przejście zostało zamurowane? - spytała.

- Jakie przejście, panienko? - zdziwił się jeden z robotników. - Tu przecież niczego nie było, tylko ten kantorek…

Agata wróciła do domu i w ponurym milczeniu zjadła obiad. Potem zamknęła się w swoim pokoju. Lustro spokojnie odbijało jej tapczan z kolorowymi poduszkami. Tyle tylko, że jedna z nich była w lustrze fioletowa, choć ta z tapczanu była czerwona. Mama, która weszła zapytać, czy Agata chce gruszkę, nawet nie zauważyła tego, mimo że lustro - całkiem bezczelnie - nie skorygowało koloru poduszki.

W nocy powtórzył się tamten sen. Moczary bulgotały, parowały bure mgły, bagno mamrotało coś i skarżyło się. Ciche skowyczenie psa obudziło dziewczynkę i już bez zdziwienia, choć ze ściśniętym sercem, patrzyła, jak jej sen urzeczywistnia się w lustrze. Kusy cały drżał. Po chwili powierzchnia lustra wygładziła się, zmatowiała, i zmęczona dziewczynka z powrotem zasnęła.

Sen powtarzał się kilkakrotnie w ciągu kolejnych nocy. Zdawało się, że Agata już do niego przywykła. Uczucie grozy powoli znikało, ustępując miejsca niepokojącej ciekawości. Jednak Agata jeszcze nigdy dotąd nie zdecydowała się dotknąć lustra w czasie, gdy przedstawiało swoje wizje. I postanowiła, że tego nie uczyni, choć lustro jakby o to prosiło, żebrało, wytężając wszystkie siły. I po pewnym czasie dziewczynka pojęła: lustro wcale nie chciało jej przerazić. Pokazywało po prostu to, co akurat chciało pokazać, nie zdając sobie sprawy z tego, że wywołuje lęk. Toteż powoli Agata przestała się bać lustra i jego ponurych obrazów, oswoiła się nawet z nimi - i z lustrem. Do pewnych granic.

Teraz zaczęła bowiem pojmować, że lustro ją woła, a nie mając głosu, czyni to za pomocą obrazu. Właśnie przed tym - coraz bardziej natrętnym - wołaniem Agata zamierzała się bronić.

Którejś nocy, jeszcze w półśnie, przed jej oczami zamajaczyło coś kolorowego. Usiadła na tapczanie. Kusy siedział na podłodze i wesoło merdał ogonem. Lustro roztaczało przed dziewczynką pogodny obraz lasu, z nasyconymi słońcem polankami. Las był całkiem zwyczajny, tyle że drzewa miały niezwykłe kształty; nie było w nim ani jednego dębu czy swojskiej sosny. Mimo to nie miał w sobie nic przerażającego. Przeciwnie, aż prosił o wejście w jego kojące zacisze. A mimo to był obcy. Agata miała uczucie, że było w nim czegoś za dużo lub czegoś mu brakowało.

Dziewczynka, patrząc na ten sielski, uspokajający widok, pojęła nagle i z całą ostrością, że lustro zmieniło taktykę. Zrozumiało, że poprzedni krajobraz odstręcza ją, i postanowiło przedstawić coś kuszącego; wołało ją teraz głosem łagodnym, zapraszało uprzejmie, ofiarowując zamiast krainy grozy krainę rozkosznie pogodną i fascynująco odmienną.

- Nie wołaj mnie… - szepnęła dziewczynka. - Ja i tak nie przyjdę…

Kusy nadal wesoło merdał ogonem i siedział w wyczekującej pozie, jakby liczył na to, że Agata włoży mu obrożę i zaprosi na spacer do tego pięknego lasu.

- Śpij, Kusy - rozkazała dziewczynka i nakryła się kołdrą aż po uszy. Resztę nocy spała spokojnie i bez snów.

Przez kilka następnych dni lustro zachowywało się niemal normalnie. W nocy pozwalało spać, a w dzień jego lśniąca powierzchnia odbijała to, co rzeczywiście znajdowało się w pokoju, z niewielkimi wyjątkami. Jedynie poduszka na tapczanie zmieniała kolor z czerwonego na fioletowy, oczy Agaty z zielonych zmieniały się nagle w czarne oczy pana Grymsa, a mama - przynosząc podwieczorek - choć tego wcale nie dostrzegła, miała w lustrze zielone włosy rusałki. Natomiast porcelanowa filiżanka z mlekiem odbiła się w lustrze jako srebrny dzbanuszek z wyrafinowanie cyzelowanym ornamentem.

Minęło kilka kolejnych spokojnych dni i Agatę nawet zaczęły bawić lustrzane figle. Czekała z zaciekawieniem, co i jaki przybierze kształt w lustrze. Była to wspaniała zabawa, lustro bowiem podjęło grę i od pewnego czasu odbity obraz wydawał się całkiem prawdziwy, z wyjątkiem jednego czy dwóch drobnych szczegółów, które Agata z mozołem wyszukiwała, co wręcz uatrakcyjniało zabawę. Czasem był to zupełnie nowy wzór na kapie pokrywającej tapczan; kiedy indziej na półce z książkami pojawił się jakiś dziwny, malutki posążek, przedstawiający nie znane Agacie zwierzę; raz ujrzała na swojej szyi cienki łańcuszek, zdobny w roślinny, skomplikowany wzór.

Dziewczynka zaczęła czuć się z lustrem całkiem bezpiecznie. Nawet nie wpadło jej do głowy, że lustro postanowiło oswoić ją ze sobą, przekonać o swej nieszkodliwości, że długie, niewinne gry i zabawy prowadzą do uśpienia czujności i przekonania o tym, że już nic jej nie grozi. Jej - ani nikomu innemu.

…Tego dnia pogoda była fatalna. Od rana lało i po ulicach hulał zimny wiatr. Kusy nie odbył swego zwykłego godzinnego spaceru na pobliskie łąki. Ponury i smutny leżał cały dzień w kącie pokoju, wodząc za Agatą migdałowymi oczami. W nocy dziewczynkę obudziło ciche, naglące poszczekiwanie. Kusy zawsze wydawał takie dźwięki na łące, zwłaszcza gdy udało mu się spłoszyć przysiadłą w wysokiej trawie kuropatwę lub gdy z daleka wyczuł zapach zająca.

Dziewczynka raptownie usiadła na tapczanie. Pies, cały sprężony, radośnie merdając ogonem, stał tuż przed lustrem. W szklanej głębi najwyraźniej w świecie leżała ich łąka! Skąpana w słońcu, pełna krzewów i kwiatów, robiła wrażenie tej samej co zawsze, ale Agata, nauczona doświadczeniem, zaczęła szukać odmienności. I znalazła. Nie mogła jedynie dociec jej przyczyny. Łąka wydawała się z pozoru tą samą łąką, miała jednak jakby zmienione barwy.

Kusy niecierpliwie poszczekiwał, ponaglając natarczywie swoją panią, by wstała wreszcie z tapczanu i udała się z nim na wymarzony spacer…

- Nie wolno, Kusy - szepnęła Agata z naciskiem. - Nie wolno. Nigdzie nie idziemy. Śpij, Kusy…

Pies cicho zaskowyczał. Zrezygnowany, zaczął wracać na swoje miejsce, gdy nagle… nagle na łące pojawiło się małe, bure, zwinne zwierzątko! Mknęło zygzakami niemal przed nosem rozdygotanego psa… Jeszcze chwila i zniknie mu z oczu w kępie zieleni…

Kusy wydał z siebie podniecony, gardłowy warkot - i skoczył. Powierzchnia lustra zadrżała, obraz najpierw gwałtownie zafalował, potem rozmył się, wreszcie zniknął. Agata ujrzała w lustrze swoją skuloną na tapczanie postać, z rozszerzonymi lękiem oczami. Psa nie było. Ani w lustrze, ani w pokoju.

- Kusy… Kusy… - szeptała rozpaczliwie, pełna strachu o swego ulubieńca. Lecz lustro obojętnie odbijało wnętrze pokoju. - To niemożliwe, żeby on już tam został na zawsze. To nie może być koniec. To wcale nie koniec… - mówiła do siebie uspokajająco. - To wcale nie koniec. Cierpliwości… Cierpliwości… Lustro zrobiło to rozmyślnie, więc coś się jeszcze stanie, coś musi się stać i z powrotem odzyskam Kusego…

Uspokajając samą siebie, Agata czekała, wpatrując się w gładką, lśniącą i obojętną powierzchnię zwierciadła. Dopiero o świcie, zmęczona i pełna obaw, już tęskniąca do wiernego spojrzenia podłużnych oczu psa - usnęła.

Rano lustro z rzadką dla siebie dokładnością ukazało pokój i jego mieszkankę. Dopiero bardzo uważny ogląd lustrzanego odbicia pozwolił Agacie odkryć, że na półce z książkami znajduje się coś, czego w rzeczywistości nie było: fotografia. Staroświecka w kształcie, owalna, z brzeżkami w ząbki, spłowiała - fotografia przedstawiała Kusego na ich łące. Kusy jakby biegł na powitanie kogoś, kto stał z boku, w cieniu, ledwie widoczny. Gdy Agata przybliżyła twarz do powierzchni lustra, dostrzegła na zdjęciu swoją własną sylwetkę.

- O to ci chodzi - szepnęła dziewczynka. - Pokazujesz mi, że mogę odzyskać psa, ale pod warunkiem, że pójdę za nim…

Przy śniadaniu mama spytała:

- A gdzie Kusy?

- W nocy zaczął domagać się spaceru - wyjaśniła Agata obojętnym tonem.

- No i…?

- Wyprowadziłam go i nagle mi uciekł.

- Nie martw się. Uciekał już kilka razy, ale zawsze wracał pod wieczór, prawda? Jeśli do jutra się nie zjawi, damy ogłoszenie do gazety.

- On wróci - powiedziała Agata. - Ja się nie martwię.

Agata nie martwiła się. To nie było zmartwienie, lecz ogromny, pełen lęku niepokój. Czuła, że odzyska psa. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Lustro nie było szalone i nie płatało głupich figli. Miało precyzyjny, logiczny umysł - i chłodnym tonem dyktowało teraz warunki. Znudziło mu się prosić i kusić Agatę, by raczyła wejść w jego świat. Zrozumiało, że nawet najbardziej zdumiewające obrazy nie przyciągną dziewczynki, dlatego posłużyło się podstępem. Agata pojęła, że lustro wzięło w zastaw jej ulubione zwierzę. Teraz ono dyktowało warunki.

- Chcesz psa, to musisz po niego przyjść - mówiła jego obojętna, chłodna powierzchnia.

I Agata, wiedząc doskonale, co czekają najbliższej nocy, poszła najspokojniej w świecie do szkoły. Bo taka właśnie była Agata; wiedziała, że wszystko musi nadejść we właściwym czasie.

 

Rozdział trzeci

 

…Całe popołudnie lustro zachowywało się z ostentacyjną obojętnością. Agata zamknęła się w swoim pokoju pod pretekstem nauki. Zawsze była samodzielna i nikt nie musiał kontrolować, czy naprawdę się uczy, czy też robi coś całkiem innego. Ale tym razem dziewczynka chciała mieć zapewniony spokój. W domu panowała cisza, mama robiła bowiem korektę dla wydawnictwa, a tata pogrążony był w czytaniu kolejnego tomu o epoce wojen napoleońskich.

Agata usiadła plecami do lustra, gdyż musiała pomyśleć. I to nie byle jak, szybciutko, na łapu-capu, żeby problem mieć z głowy, jak zazwyczaj czyni większość ludzi, zarówno małych, jak i dużych. Agata gdy myślała, to myślała naprawdę, była niemal oderwana od rzeczywistości, skupiona wyłącznie na temacie swych rozważań. I dlatego odwróciła się plecami do lustra, by nie mogło wywrzeć na nią żadnego wpływu. Dobrze wiedziała, że lustro jest zdradliwe, więc nie wolno mu ufać. Musiała absolutnie sama przemyśleć niespodziewaną sytuację, w jakiej się znalazła, i jeszcze raz zastanowić się nad tym, jak jej sprostać.

Ono nie odda mi psa samo z siebie, to pewne. Wciągnęło go przecież, żeby zmusić mnie, bym tam poszła. Pójdę, bo nie mam innego wyboru - myślała Agata. - Jeśli jednak znajdę psa, czy ono pozwoli mi wrócić tu? I w jaki sposób wrócimy? Czy tam jest jakaś druga strona lustra? Chciałabym wiedzieć, komu jestem aż tak potrzebna, że lustro zmusza mnie do wejścia tam. Co jest tam…?

Agata instynktownie czuła, że tajemniczy sklep pana Grymsa otwarł swe podwoje tylko po to, żeby ona mogła trafić na lustro (lub żeby ono mogło spotkać Agatę…).

…A jeśli lustro wchłonie mnie i już nigdy nie wypuści? Jeśli nigdy nie znajdę Kusego i będę błąkać się w jakimś obcym lub wręcz urojonym świecie? Mniejsza o to, co będzie ze mną, ale mama? Tata? Jakże zmartwią się, jak bardzo będą nieszczęśliwi, gdy zniknę bezpowrotnie… Może jeśli poczekam jeszcze dzień lub dwa, Kusy wróci jak gdyby nigdy nic…? Nie, nie, tak się nie stanie, nie wolno mi czekać. Lustro nie po to tak się wysilało, żeby ot tak, po prostu oddać mi psa. Więc muszę tam iść. Mamie na wszelki wypadek zostawię kartkę…

Po chwili Agata, marszcząc brwi i wysuwając koniuszek języka, pisała krótki list:

 

Kochana Mamusiu! Nie denerwuj się. Ja wkrótce wrócę. Poszłam po psa, bo wiem, gdzie jest. Bardzo Was oboje kocham i całuję.

Agata

 

W zasadzie w liście udało się uniknąć grubszego kłamstwa. Były tylko przemilczenia. Właściwie same przemilczenia. Ale dziewczynka niejasno czuła, że o tej niepokojącej sprawie w ogóle nie należy opowiadać dorosłym. Musi ona zostać tajemnicą, inaczej lustro zamknie się na zawsze - rezygnując ze swej misji - ale wtedy może nie oddać psa. Lustro nie miało chyba dobrej natury i kto wie, czy nie było mściwe.

Noc nadeszła szybko. Agata bała się, choć nie aż tak bardzo, jak by należało się spodziewać, silniejsza bowiem od strachu była chęć uratowania ukochanego psa. Teraz, siedząc w swym pokoju, Agata słuchała uważnie - iż pewnym rozczuleniem - jak mama kończy wieczorną krzątaninę w kuchni, a tata, gwiżdżąc, myje się w łazience. Po pewnym czasie do jej uszu dobiegł charakterystyczny dźwięk zasuwanych stor w sypialni rodziców i zaraz potem pytanie mamy:

- Czytasz?

- Jeszcze chwilkę, a ty…? - odparł tata.

- Ja też chwilkę.

Jak co wieczór, Agata weszła do sypialni rodziców, żeby pocałować ich na dobranoc. Dziś ten niemal rutynowy gest nabrał nagle w oczach dziewczynki niezwykłego sensu. Kto wie, czy nie było to pożegnanie na dłużej…? A może na zawsze…? Przytuliła się do ciepłej, pachnącej mydłem i kremem mamy, potem z uśmiechem dotknęła palcem białych kropek po paście do zębów na brodzie taty, kropek, które zawsze tam się znajdowały po wieczornym myciu, bo tacie nigdy nie chciało się zerknąć w lusterko.

- Nie martw się o Kusego - powiedział serdecznie tata. - Jeśli do jutra się nie znajdzie, pójdziemy razem go szukać…

- …i damy ogłoszenie do gazet - dodała mama, głaszcząc córkę po głowie.

- On wróci, ja wiem - uspokoiła ich Agata. - Dobranoc. Bardzo was kocham…

- Ho! Ho! Chyba nie masz nic złego na sumieniu?! - roześmiał się tata.

- Pewnie, że nie ma - powiedziała ciepło, choć odrobinkę ironicznie mama. - Nie sądź wszystkich według siebie…

Zanim Agata zgasiła lampkę nad tapczanem, jeszcze raz, z pewnym wzruszeniem rozejrzała się po niewielkim pokoiku, zastanawiając się, kiedy i czy w ogóle do niego wróci. Lubiła w nim wszystko: kolorową kapę, zrobioną przez mamę szydełkiem, półki z książkami z jasnego sosnowego drewna, bukiet suszonych kwiatów w dużym glinianym dzbanie, małe biurko z taką liczbą szuflad, jaka akurat była niezbędna, polakierowane na różowo drzwi z wymalowanym własnoręcznie napisem:

Ja i pies Kusy mieszkamy ta sobie

i mieszkać będziemy w całej swej ozdobie.

Z otwartego szeroko okna patrzył na nią melancholijny księżyc i Agata pomyślała w rozterce, że tam księżyc jest zapewne całkiem inny lub może nie ma go wcale. Dziewczynka z ociąganiem zgasiła lampę i usiadła na tapczanie przed lustrem.

Lustro długo trwało w swej połyskującej martwocie. Odbijał się w nim tylko księżyc.

- Specjalnie zwlekasz, na złość - szepnęła Agata, gdy nagle uprzytomniła sobie, że przecież księżyc za oknem ukazywał jedynie wąziutki, ostry i sierpowaty fragment swego oblicza, tymczasem księżyc w lustrze świecił zimnym blaskiem okrągłej, potężnej tarczy na głębokim, ciemnogranatowym nieboskłonie. Koło niego powoli zaczęły rozjarzać się gwiazdy…

Wzrok Agaty często, od dzieciństwa, wędrował ku nocnemu niebu. Kochała dalekie, obiecujące tak wiele gwiazdy; swoim mruganiem mówiły Agacie o tym, że czekają. Przyrzekały lekkomyślnie, że kiedyś pozwolą ludziom zbliżyć się do siebie i pokażą swoje tajemnice. Agata niemal na pamięć znała jarzący się nad Matką Ziemią nieboskłon, jego gwiezdne rodziny, ich świetlny, ulotny rysunek.

…Gwiazdy w lustrze były obce. Układały się w nie znane dziewczynce konstelacje. Wąski, srebrzysty sierp księżyca właśnie schował się za dachem pobliskiego domu. Srebrzysty talerz w lustrze lśnił nadal pełnym blaskiem. Agata ostrożnie dotknęła ręką powierzchni lustra. Była chłodna i twarda jak kryształ.

- Nie chcesz mnie? - spytała półgłosem. - I słusznie. Cóż bym robiła tam, w tej zimnej międzygwiezdnej przestrzeni? I cóż by robił tam Kusy?

Bez żalu odwróciła się od nieba w lustrze i podeszła do otwartego okna. Przed jej oczami rozpościerała się leniwa Wielka Niedźwiedzica, rozbudzona już na dobre ze swego zimowego snu i lśniąca ciepłym, dobrym światłem.

- Dziś was chyba jeszcze nie opuszczę - powiedziała półgłosem do plejady gwiazd, rysujących jasnymi punkcikami opasły zwierzęcy kształt na granatowym niebie.

Powietrze oziębiało się i Agata przymknęła połowę okna. Odwróciła się. W lustrze majaczył, jak wyblakły stary sztych, jakiś nieznany krajobraz. Powoli jego kontury zaczynały nabierać wyrazistości i wypełniały się barwami. Po chwili przed wzrokiem dziewczynki rozpostarła się pagórkowata kotlina, porosła rzadką roślinnością. Szeroko rozkładały swe gałęzie potężne drzewa o nieznanym rysunku konarów i obcym ulistnieniu, czołgały się przy ziemi gęste, ostre krzewy z dużymi kolcami, obsypane drobnym kwieciem. W oddali ciemnymi kształtami wspinały się ku granatowemu niebu wysokie góry. Obcy księżyc lśnił nad kotliną okrutnym, zimnym blaskiem. Gdy Agata dotknęła lustra, tym razem jej ręka nie napotkała żadnej przeszkody, lecz natrafiła na pustkę. Nie, to nie była pustka: dłoń Agaty wyczuła łagodne falowanie powietrza.

Dziewczynka pojęła, że tamten świat stoi przed nią otworem, że czeka na nią. Mimo to ociągała się. Jej opieszałość nie wynikała jednak ze strachu.

- To jest całkiem inne miejsce niż łąka, którą pobiegł Kusy - szepnęła do siebie. - A jeśli tamten świat jest ogromny i nigdy nie znajdę w nim mojego psa? Czy nie powinnam poczekać, aż w lustrze pojawi się znowu ta łąka?

Nagle uprzytomniła sobie błąd w rozumowaniu. Było mało prawdopodobne, żeby w tamtym świecie była taka sama łąka jak ta z jej codziennych spacerów z Kusym. Lustro świadomie ukazało fałszywy obraz, by skusić psa. Nie wiadomo, gdzie naprawdę znalazł się jej ulubieniec. Jeśli lustro rozwarło swą powierzchnię, widocznie tamten świat oczekuje na nią właśnie w tym miejscu.

Nie zastanawiając się dłużej, dziewczynka przekroczyła nie stawiającą oporu płaszczyznę zwierciadła…

Najpierw ogarnął ją gęsty, niemal duszący mrok. Odniosła wrażenie, że jest jakby zawieszona w próżni. Wokół niej dął przenikliwy, lodowaty wiatr. Agacie wydawało się, że jest… Wszędzie i Nigdzie. Nie czuła pod nogami gruntu, a gdy wyciągnęła przed siebie ręce, nie natrafiły na żadną przeszkodę. Zupełnie jakby wisiała - lub raczej płynęła - w przestrzeni. W gęstym mroku nie było niczego widać.

I naraz mrok ustąpił miejsca zimnej, srebrzystej poświacie księżyca, spływającej ku dziewczynce z granatowego, rozjarzonego tysiącem gwiazd obcego nieba. Nieba, które przed chwilą widziała w lustrze. Przez moment miała niesamowite wrażenie, że widzi siebie w rozległej, oświetlonej światłem księżyca kotlinie - ale w następnej sekundzie już ona sama stała tam i rozglądała się wokół.

Powietrze pachniało inaczej, ostrzej, bardziej orzeźwiająco, niosąc ze sobą nieznane, ale przyjemne zapachy ziół i traw. Intensywny blask księżyca sprawiał, że krajobraz widoczny był z najdrobniejszymi szczegółami. Okolica była łagodnie pagórkowata i z jednej strony falistymi zboczami opadała w dół, gdzie nocny mrok gęstniał na tyle, że już niewiele można było dostrzec. Pod nogami Agaty szeleściła wysoka, miękka trawa. Wokół rosły gęste krzewy, obsypane bujnym, mocno pachnącym fioletowym kwieciem. Dziewczynka podeszła do jednego z nich i ostrożnie dotknęła. Instynkt jej nie zawiódł: krzak miał niezwykle ostre, długie kolce, gotowe w każdej chwili boleśnie zranić natręta. Gdzieniegdzie rosły potężne, rozłożyste drzewa, rzucając w jasnym blasku księżyca groźne, czarne cienie.

Agata odwróciła głowę od tonącej w mroku doliny i spojrzała w drugą stronę. Teraz dopiero dostrzegła, że „jej” kotlinę stanowi naturalny taras, który jednym krańcem opada w dół, a drugim wznosi się coraz wyżej i wyżej. Pagórki stawały się coraz bardziej strome, aż wreszcie cały horyzont szerokim pasmem przegradzały wysmukłe, niemal gotyckie w rysunku góry. Na granatowym niebie ich kształt wydawał się czarny i posępny.

W którą stronę mam iść? - pomyślała dziewczynka, nieporadnie rozglądając się wokół. - Chyba poczekam, aż wstanie dzień, bo na razie niewiele widać. W jasnym świetle dnia łatwiej podejmę decyzję…

Nagle w mroku coś zaświeciło. Dwa malutkie ogniki zalśniły - i znikły.

- Jakieś zwierzę? Może to Kusy? - szepnęła z nadzieją dziewczynka. - Nie, to nie może być Kusy, boby mnie od razu wyczuł…

Ogniki znowu zaświeciły. Tym razem było ich więcej: osiem… dziesięć… dwadzieścia… setki… tysiące… Poruszały się szybko, jakby nerwowo, a zarazem w zwartym szyku. Zataczały nieduże kręgi, a z każdym kręgiem przybywało ich i przybywało.

- Wyglądają jak świętojańskie robaczki - stwierdziła Agata bez lęku, czując, że świetliste punkciki nie niosą ze sobą żadnego niebezpieczeństwa.

Wkrótce w niewielkiej odległości od niej tańczył koliście cały kłąb rozświetlonych ogników. Fosforyzowały delikatnym zielonym światłem i coraz to zmieniały położenie i układ, rysując na mrocznym tle pobliskich krzewów dziwaczne, abstrakcyjne obrazy. W pewnej chwili utworzyły długą, ruchomą strzałę z ostrzem skierowanym w stronę gór. Strzała okrążyła parokrotnie najbliższy krzew i zaczęła zbliżać się do Agaty. Wyglądała jak setki malutkich, rozedrganych płomyków świec. Światełka znowu zadrgały i tym razem parokrotnie okrążyły dziewczynkę - aby za moment znów zastygnąć w kształcie wydłużonej strzały. Jej szpic po raz drugi wskazał ten sam kierunek, gdzie na dalekim horyzoncie majaczyły górskie szczyty. Żywa strzała pomknęła tam, ale gdy już, już wydawało się, że zniknie, zawróciła i znowu zaczęła swój taniec wokół Agaty. Jednak za trzy, cztery sekundy ponownie płynęła, wydłużona, ostrzem w stronę gór… i już była z powrotem, rysując w mrocznej przestrzeni zygzakowate, zawiłe rysunki. Gdy fosforyzujące ogniki kilkakrotnie wykonały ten sam taniec, dziewczynka pojęła, że nie jest to przypadek.

Ona mnie woła, ta strzała - pomyślała nieufnie. - Najwyraźniej woła mnie, żebym szła tam, w stronę gór.

Agata na ogół była skłonna ulegać swym pierwszym, instynktownym odruchom. Instynktem odkryła nieme wołanie strzały, instynkt nakazywał też, by go usłuchała. Coś, co ją ściągnęło w ten obcy, nieznany świat, przysłało swego niemego posłańca… Jednak dziewczynka nie dowierzała temu światu i wszystkiemu, co z nim związane. Tak jak lustro mamiło Agatę zmiennymi obrazami, to strasząc, to kusząc, a wreszcie porywając ulubionego psa, tak i cały ten świat był jej zdaniem fałszywy i zmienny. Nie należało mu ufać.

Dziewczynka zbuntowała się przeciw własnemu instynktowi i postanowiła zdać się na rozum. A rozum nakazywał wstrzymać się z wszelkimi decyzjami, póki nie nastąpi dzień.

Wtedy zobaczę, co tu w ogóle jest, i wybiorę, w którą stronę mam iść - postanowiła. - A te ogniki niech sobie robią, co chcą…

I Agata ułożyła się wygodnie w miękkiej, szeleszczącej trawie pod najbliższym wysokim drzewem. Jego wydłużone liście przypominały trochę paprocie i ten znajomy kształt dawał dziewczynce znikome poczucie bezpieczeństwa. Trawa nie była szablista, ale jakby powycinana w skomplikowane, ząbkowane wzory. Mimo odmienności roślin, Agata nie czuła, żeby trawa czy drzewo były niebezpieczne.

Długi sznur ogników, jakby zawiedziony jej postępowaniem, rozpadł się na tysiące pojedynczych, bezradnych płomyczków. Chwilę krążyły chaotycznie nad głową dziewczynki, ale potem znowu uformowały się w kształt strzały i nad leżącą Agatą zaczęły powtarzać swój dziwaczny, natrętny taniec, każdorazowo zakończony lotem w stronę gór. Ruchoma strzała niemo, lecz tym bardziej natarczywie i wyraziście wołała:

- Chodź za mną…! Zostaw wszystko i chodź za mną! Zaufaj mi! No… pośpiesz się… chodź… chodź…!

Agata jednak obawiała się podstępu.

Wołają mnie w góry, bo Kusy jest zapewne w jakiejś dolinie… - myślała z posępną nieufnością.

Zagubiona między rozumem, który nakazywał nie ufać świetlistej, żywej strzale, a instynktem, który natarczywie podpowiadał, by szła za ognikami w stronę, gdzie na horyzoncie majaczyły posępne kształty gór - dziewczynka najspokojniej usnęła, wtulona w aksamitną trawę.

Już nie zobaczyła, że fosforyzując zielonkawym światłem, małe płomyki najpierw rozproszyły się, zniechęcone, bezradne i zrezygnowane, a po chwili - uformowawszy ponownie zwartą strzałę - pomknęły tam, gdzie tak wzdragała się iść dziewczynka. Wydawało się, że góry żałobnie schylają swe wysmukłe szczyty, czekając na chwilę, w której zgaszą fosforyzujące światło swego nieskutecznego posłańca czarnym cieniem kształtów.

 

Rozdział czwarty

 

Ciepły, jaskrawy blask zajrzał Agacie w oczy. Obróciła się na drugi bok i wymamrotała w półśnie:

- Wiem, mamo, wiem… Już wstaję…

Nagle przypomniała sobie, gdzie jest, i szeroko otworzyła oczy. Niebo swojsko błękitniało nad jej głową, a ponad górami wschodziło jasnożółte słońce. Jednak jego blask w niczym nie przypominał przydymionego światła naszego słońca. Był ostry i oślepiający. Nim Agata zdążyła pogodzić się z jego odmiennością, jej wzrok zarejestrował kątem oka jakieś inne, równie silne źródło światła po przeciwnej strome horyzontu. Ku swemu zdumieniu ujrzała, że nad doliną wschodzi drugie słońce, o barwie jasnego wrzosu.

No cóż, skoro wszystko jest inne, niech będą dwa… - pomyślała melancholijnie.

I rzeczywiście, wszystko było inne, ale Agata nie mogła dociec przyczyny tej inności. Niebo po prostu błękitniało, a trawa była zwyczajnie zielona. Liście drzew, choć inne w kształtach niż ziemskie, miały jednak znajomą, soczystą barwę szmaragdu. Ostrokolczaste, niskie krzewy usiane były jasnoniebieskim, bujnym kwieciem, w gruncie rzeczy bardzo podobnym do znanych dziewczynce kwiatów. Cóż więc takiego było w tej przyrodzie, że w Agacie narastało poczucie obcości?

Zagadka wydawała się nie do rozwiązania. Agata wzruszyła ramionami i jeszcze raz rozejrzała się dokoła. Dzień potwierdził jej pierwszą, nocną obserwację. Znajdowała się w kotlince, stanowiącej część wielkiego, łagodnego zbocza, które wstępowało coraz wyżej i wyżej, aby zakończyć wspinaczkę u stóp widocznych na horyzoncie wysokich gór. Mimo odległości Agata dostrzegła, że podstawę gór porasta gęsty las i tylko nagie szczyty wystają sponad zwartego splotu drzew. Początkowo nigdzie nie zauważyła śladu innego życia niż roślinne, lecz gdy w pewnej chwili uniosła głowę w górę, ujrzała ogromne jakby ptakomotyle o małych, pozbawionych dziobów główkach i wielkich, rozłożystych, tęczowych skrzydłach. Były co najmniej tak duże jak orły, lecz nie miały w sobie ich groźnego dostojeństwa, tylko pełen bezbronności wdzięk. Mimo swego ogromu fruwały nad nią swobodnie, trzepocząc delikatnie skrzydłami z niemal motylim, kruchym wdziękiem, i przyglądały się jej ze zdziwieniem.

- Jesteście piękne! - zawołała do nich Agata, pełna radości na widok jakiegoś życia. Ptakomotyle w odpowiedzi wydały melodyjny i wysoki dźwięk.

Dziewczynka powoli odwróciła się w stronę doliny. Tutaj zbocze łagodnymi, naturalnymi tarasami opadało w dół, niezmienne w swej urodzie, porośnięte gęstą trawą i okrytymi kwieciem drzewami, zdobne w gęste korony potężnych liściastych drzew.

W dole, hen, daleko, między drzewami, majaczyło coś białego: nieduże, delikatne, niemal koronkowe…

- Miasto! Więc ktoś tu mieszka! Wreszcie kogoś spotkam i spytam, o co w tym wszystkim chodzi! I dowiem się, gdzie jest Kusy! - ucieszyła się dziewczynka. Ani przez chwilę nie pomyślała, że ze strony mieszkańców obcego, nieziemskiego miasta może jej coś grozić. Była ufna wobec wszystkiego, co żyje. Pomyślała też, że Kusy, wiedziony doświadczeniem, jeśli poczuł głód lub pragnienie, na pewno udał się do miasta. Ruszyła więc energicznie w dół, z przyjemnością rozglądając się dokoła. Nad jej głową nadal latały barwne ptakomotyle, jednak w ich tęczowej urodzie było coś niepokojącego. Niepokojący był też krajobraz. Niezwykle piękny, to prawda, ale pięknością dziwnie kaleką, ułomną… Całej tej kolorowej, przyciągającej wzrok urodzie przyrody czegoś brakowało. Agata nie umiała tego sprecyzować, ale czulą, to wszystkimi zmysłami. Im dłużej szła, tym bardziej potęgowało się wrażenie, że cały tutejszy krajobraz jest jakby nie dokończony. Pomyślała, że gdyby chciała wiernie odtworzyć pędzlem ten krajobraz, nauczyciel zwróciłby jej uwagę, że jeszcze nie skończyła obrazu…

Szła i szła, coraz bardziej zdziwiona brakiem jakichkolwiek ścieżek czy dróg. Wszędzie rozpościerała się nie tknięta stopą trawa. Poza ptakomotylami nie było widać śladów innego życia. A ptakomotyle towarzyszyły jej niestrudzenie. Ich skrzydła mieniły się wielością barw. Miały w sobie wszystkie odcienie fioletu, błękitu, żółci, zieleni. Przekrzywiały w locie malutkie główki, jakby pragnąc lepiej przyjrzeć się niespodziewanemu przybyszowi.

Miasto zbliżało się z każdym krokiem. Były to jednak kroki z minuty na minutę wolniejsze. Z nieba, z dwóch słońc, które zdążyły wspiąć się wysoko nad horyzont, lał się prawdziwy żar. Agacie coraz silniej zaczynało doskwierać pragnienie, biorąc górę nad uczuciem głodu.

Dopiero teraz, gdy miasto w całości zaczęło wyłaniać się spoza koron potężnych drzew, Agata dostrzegła, że otacza je wysoki, biały mur. Jego ściany uwieńczone były koronkowymi blankami. To one nadawały miastu wrażenie kruchości, delikatności…

- Miasto jak z bajki - roześmiała się dziewczynka.

Nie robiło wrażenia dużego. Było zdecydowanie małe. Stojąc na zboczu, powyżej niego, Agata mogła swobodnie objąć je wzrokiem. Mur wił się wśród trawy dziwacznymi zygzakami, to wybrzuszając się, to znowu wgłębiając. Gdzieniegdzie znad muru wystawały niewysokie, smukłe, kolorowe wieżyczki.

Wygląda, jakby najpierw zbudowano miasto, a potem otoczono je murem, który dlatego ma taki nieregularny kształt - pomyślała Agata. - Gdyby najpierw budowano mur, byłby po prostu kwadratowy lub okrągły…

Mimo wypatrywania nigdzie w murze, jak daleko sięgał wzrok dziewczynki, nie było widać żadnej bramy.

…może jest z tej strony, której jeszcze nie widać - pomyślała z nadzieją. - Jeśli szybko jej nie znajdę, umrę tu z głodu i pragnienia…

Żar wzmagał się i dziewczynka co chwilę przysiadała w cieniu wielkich drzew. Po pokonaniu kilkuset metrów zbocza znalazła się pod murem miasta. Z bliska nie był ani taki biały, ani koronkowy. Szarobiały kamień wykruszył się w wielu miejscach, tworząc ruchome, grożące zawaleniem występy, a delikatna i z oddali wyrafinowana rzeźba blanków była po prostu wynikiem postępującej rujnacji. Mur odpadał i kruszał nierówno, lecz gęsto, co z oddali wyglądało jak koronkowa ozdoba, ale z bliska dawało wrażenie ponurego i niepokojącego zaniedbania.

- To miasto kończy swój żywot - szepnęła zaskoczona dziewczynka. - Chyba że tylko jego mury są tak zniszczone.

Zaczęła iść cierpliwie wzdłuż muru, szukając wejścia do miasta. Jednak czas mijał, dłużył się każdy krok, a bramy nie było. Za to wszędzie miękko szeleściła nie tknięta czyjąkolwiek stopą trawa.

- Nie wychodzą w ogóle z miasta? - zaczęła denerwować się dziewczynka. - Przecież w każdym mieście, otoczonym nawet najwyższym murem, musi być jakieś wejście i wyjście!

Lecz nigdzie ich nie było. Po blisko czterech godzinach marszu Agata zorientowała się, że okrążyła miasto, wracając do punktu wyjścia - i nie znalazła nawet śladu bramy. Była już bardzo zmęczona. Uczucie głodu i pragnienia narastało. Głód mogła jeszcze wytrzymać, ale brak wody - w oślepiającym i bezlitosnym blasku obu słońc - zaczął jej doskwierać coraz natrętniej.

- Umrę tu z wycieńczenia i nikt mnie nawet nie zauważy - jęknęła. Czy to możliwe, że nikt jej nie dostrzegł zza muru? Po chwili, z najwyższą determinacją, Agata zaczęła krzyczeć:

- Hej! Hej! Wy tam! Słuchajcie! Wpuśćcie mnie! Słyszycie?! Jest tam kto?! Hej! Hej!

Krzyczała długo, aż do zachrypnięcia. Wreszcie wysuszone gardło odmówiło posłuszeństwa. Gdy zrezygnowana położyła się w cieniu najbliższego drzewa, nagle usłyszała wysokie, przypominające rozświergotane ptaki, głosy. Podniosła głowę i ujrzała, że ze zrujnowanego szczytu murów przyglądają się jej jakieś niezwykle kolorowe istoty…

- Mój Boże, co za włosy… - wyszeptała osłupiała dziewczynka.

Wychylające się zza muru istoty miały długie, kręcone włosy, połyskujące w świetle obu słońc niespotykanymi kolorami. Agata widziała główki zielone, niebieskie, żółte, fioletowe, pomarańczowe…

- Hej! Wy! Wpuśćcie mnie! - krzyknęła znowu, godząc się łatwo z tęczową, porażającą wzrok barwnością tubylców, byle dostać od nich łyk wody.

Rozświergotane głosy umilkły na moment, by za chwilę znowu rozbrzmieć ptasią muzyką.

- Wpuśćcie mnie! Chcę pić! Umrę tu z pragnienia! Obeszłam mur i nigdzie nie widzę wejścia! Zróbcie coś!

Kolorowe główki zbiły się w gromadkę i głosy zaświergotały z jeszcze większym ożywieniem. Za chwilę fioletowowłosa istota przechyliła się przez mur i wołając coś śpiewnym głosem, wykonała zamaszysty ruch ręką. Do stóp Agaty upadł jakiś przedmiot. Szukając w wysokiej trawie, natrafiła na coś chłodnego i twardego. W jej dłoni znalazł się cienki metalowy łańcuszek, na którym wisiał niewielki szmaragdowy kamień. W środku kamienia pulsowało rytmicznie malutkie, ciepłe światło…

- Dziękuję wam bardzo, ale nie chcę żadnych prezentów! - krzyknęła zirytowana i coraz bardziej spragniona. - Chcę wejść do waszego miasta! Muszę się czegoś napić! Konam z pragnienia!

Fioletowowłosa istota uparcie powtarzała jakiś gest. Nagle Agata zrozumiała:

- On chce, żebym to włożyła na szyję…

Ledwo łańcuszek spłynął przez głowę Agaty, świergotliwe głosy rozbrzmiały zrozumiałą mową, a ciepłe, małe światełko w szmaragdowym kamieniu pulsowało jakby w rytm języka. Agata pojęła, że naszyjnik obdarzony jest magiczną mocą. Nim zdążyła się nad tym zastanowić, do jej uszu dobiegły tajemnicze słowa, wypowiadane przez kolorowe istoty:

- Ty jesteś Ta!… Jesteś Ta! Po co tu przyszłaś? Nikt cię tu nie chce!… Ty jesteś Ta! Idź lepiej gdzie indziej!

Za sprawą szmaragdu język tubylców stał się zrozumiały, ale słowa niejasne.

- Nie zrobię wam nic złego, naprawdę - powiedziała schrypniętym głosem dziewczynka. - Jak mogłabym wam zaszkodzić? Chcę tylko wejść do waszego miasta, napić się czegoś i odpocząć…

- Jesteś Ta! Ty jesteś Ta! To straszne, że jednak przyszłaś! - świergotały wysokie, wyraźnie poirytowane głosy.

- Musicie mnie wpuścić! - krzyknęła Agata resztką sił, wkładając w słowa największy gniew, na jaki ją było stać.

- Musimy!… Musimy… Oczywiście, że musimy… Ty jesteś Ta i musimy robić, co każesz, ale po co tu przyszłaś? Są jeszcze inne miasta, chyba są… Nikt cię tu nie chce… Ty jesteś Ta!

- Nie mogę dłużej czekać! - tupnęła nogą dziewczynka. - Wpuśćcie mnie natychmiast!

Dziwna bierność rozświergotanych istotek obudziła w Agacie złość i upór. Już, już zaczęła czuć wyrzuty sumienia za nie zamierzoną przecież własną nieuprzejmość, gdy z muru zaczął zsuwać się na linach jakiś przedmiot. Był to po prostu duży kosz. Nie zastanawiając się ani chwili nad wytrzymałością lin, dziewczynka weszła do niego i usiadła. Kosz natychmiast zaczął unosić się do góry, kolebiąc się niezdarnie na boki i grożąc w każdej chwili upadkiem z wysokości paru metrów. Agata pomyślała, że jeśli tajemnicze istoty puszczą linę, spadnie i w najlepszym razie boleśnie się potłucze.

Jednak już po chwili bezpiecznie stała na krużganku z kolorowymi, sięgającymi jej niewiele ponad głowę istotami. Wszystkie otoczyły ją ciasno, bezceremonialnie miętosząc jej sukienkę i szarpiąc za włosy. Jednak nie było w nich ani strachu, ani tym bardziej agresji, tylko pełna niezrozumiałej niechęci ciekawość. Przypominały drobnych, filigranowych ludzi. Jednak z najwyższym trudem Agata mogłaby rozróżnić, które z nich są kobietami, a które mężczyznami, nie widziała też dzieci. Wszystkie istoty miały jednakowo długie, faliste fryzury o tęczowych barwach i wysokie, melodyjne głosy. Ich twarzyczki przypominały buzie lalek, ładne i nieco bezmyślne, z dużymi okrągłymi oczami.

- Ty jesteś Ta! I to wcale nie jest dobrze - powtórzyła z naciskiem Fioletowa Istota i zaraz wszyscy odsunęli się od Agaty.

- Dlaczego Ta? - spytała dziewczynka.

- Bo masz włosy w tym kolorze.

- W tym kolorze? - zdziwiła się Agata, ale już po chwili skojarzyła sobie, że w oślepiającej wręcz gamie barw, upiększających głowy otaczających ją istot, nie ma czerwieni. Tylko jej włosy lśniły tą płomienistą barwą.

- Kto to jest Ta? - spytała niecierpliwie, przygładzając mimo woli fryzurę.

- To ty! To przecież ty! - zaszczebiotały głosy.

- Ale co to znaczy „Ta”?

- Ta to jest Ta! O co ci chodzi? Jesteś Ta, i już! Ta to znaczy Ta! Jakie głupie pytanie! Nie udawaj, że jesteś kim innym! Wszyscy wiedzą, że jesteś Ta!

Agata pomyślała, że nie usłyszy żadnej sensownej odpowiedzi. Istoty wiedziały, co znaczy krótkie, tajemnicze „Ta”, i wydawało się, iż nie pojmują, że ktokolwiek, a zwłaszcza ona, Agata, może tego nie wiedzieć.

- Chce mi się pić, no i… - nagle urwała. Instynkt nakazał jej zmilczeć na razie o Kusym, choć na końcu języka miała zdanie: „no i szukam mojego psa…”

- Chodź, czeka na ciebie twój pokój, znajdziesz w nim wszystko, czego potrzebujesz - powiedziała Fioletowa Istota, bezceremonialnie ciągnąc ją za rękę.

- Mój pokój? - zdziwiła się Agata, idąc pospiesznie, otoczona kolorową, niewielką gromadką.

- Oczywiście, twój pokój. Czeka już na ciebie od dawna. Przecież ty jesteś Ta i musiałaś wreszcie przyjść - zaświergotały głosy.

- Co to znaczy „mój pokój” i od jak dawna na mnie czeka? - wołała Agata, idąc za drobiącymi szybko istotami. - Powiedzcie wreszcie coś sensownego! Ja nic nie rozumiem!

- No, twój pokój! Co za głupie pytanie! Czemu nic nie rozumiesz? Jesteś Ta i niczego nie rozumiesz! Jakże to może być? - świergotały zniecierpliwione głosiki.

Agata już wiedziała, że niewiele dowie się od swych współtowarzyszy.

- Może w mieście spotkam jakichś mądrzejszych - westchnęła z nadzieją i już bez słowa dała się prowadzić Fioletowej Istocie.

Z krużganków na szczycie zniszczonego muru malutki pochód - Agata i kilkanaście kolorowych istotek - ruszył w dół, na poły zrujnowanymi kamiennymi schodami, a potem dalej, w głąb miasta.

Miasto przedstawiało widok ponury i do reszty przygnębiło dziewczynkę niemożnością dowiedzenia się czegokolwiek. Kręte, wąskie uliczki, brukowane kocimi łbami, prowadziły wzdłuż szeregu niewysokich domów. Można było dostrzec, że ongiś te domy musiały być piękne, wyrafinowane architektonicznie, pełne lekkich, rzeźbionych balkoników, wysmukłych wieżyczek, szerokich, drewnianych bram zdobnych w płaskorzeźby. Ktoś oglądający te domostwa z dużej odległości nadal mógł sądzić, że widzi oryginalne i wykwintne twory przebogatej architektury - domy dostatnie, zamożne, zadbane. Jednak z bliska widać było odpadające tynki, dziurawe dachy, rozlatujące się futryny okien, wiszące na skrzywionych zawiasach bramy. W bruku, którym wyłożone były wąskie uliczki, coraz to pojawiały się głębokie dziury.

- To miasto przecież umiera… - szepnęła pełna smutku dziewczynka. - Umiera i wygląda tak, jakby nikt go nie próbował ratować…

Choć szli przez dłuższy czas, nie było widać żadnych pojazdów. Dziewczynka wiedziała już - po wędrówce wzdłuż muru - że miasto nie było duże, więc pojazdy były właściwie zbędne. Świeża zaś, wysoka trawa za murem zdawała się świadczyć o tym, iż za granice miasta nikt nie wychodził.

Byłoby to niezwykle dziwne, ale przecież możliwe, zwłaszcza że w murze nie było żadnej bramy…

Mały pochód, idąc w głąb miasta, mijał po drodze niewielkie grupki przechodniów, którzy na ich widok zatrzymywali się i szeptali z niechętnym zainteresowaniem:

- Przyszła Ta, która miała przyjść… Będą kłopoty… Musiała przyjść, przecież wiecie… Musiała, niestety, ale będą kłopoty. Mogłaby iść sobie gdzie indziej, do innych miast… Ale czy są inne miasta? Kto to wie?… Będą kłopoty… Przyszła Ta…

W tych szeptach Agata nie czuła ani gniewu, ani agresji, ani strachu, lecz tylko apatyczną rezygnację; przechodnie, podobnie jak jej współtowarzysze, nie mieli siły lub ochoty do okazywania mocniejszych uczuć. Nawet ich zainteresowanie osobą dziewczynki było krótkotrwałe. Ci, co już ją obejrzeli, odwracali się leniwie i udawali w swoją drogę. Jednak ich wzrok każdorazowo padał najpierw na włosy Agaty, a dopiero potem, jakby mniej uważnie, lustrował jej sylwetkę, ubiór, twarz…

Agata ciekawie rozglądała się dokoła. Miasto - choć chylące się ku upadkowi - musiało być ongiś niezwykłe. Wszystkie budowle były wysmakowane w szczegółach. Niegdysiejsi budowniczowie kochali się w pięknie, w luksusie, nie szczędzili swemu miastu wyszukanych zwieńczeń dachów, wielości wysmukłych kolumienek, mnogości płaskorzeźb i skomplikowanych ozdób. Wąskie i kręte uliczki miały mnóstwo schodków, prowadzących w jakieś zaułki w górę lub w dół. Kiedyś musiało tu tętnić życie. Jakiż kataklizm spowodował upadek tej zamożnej ongiś społeczności? Przechodniów na ulicach było niewielu i Agata pomyślała, że albo idzie jakąś pośledniejszą uliczką, albo też miasto ma niewielu mieszkańców; mniej w każdym razie, niż mogłoby ich swobodnie pomieścić.

Po pewnym czasie wzrok jej zarejestrował inne dziwne szczegóły. Ku swemu zdumieniu stwierdziła, że bardzo wiele osób śpi na ulicy. Jedni spali wprost na ziemi, zwinięci w kłębek pod ścianą domu lub u wejścia do bramy, niektórzy spoczywali w otwartych sieniach czy na kamiennych schodkach.

- Czy to są bezdomni? - spytała zdziwiona Agata, bo wydawało jej się, że domów, choć zrujnowanych, jest znacznie więcej niż ludzi.

- Jacy bezdomni? - zdziwiła się Fioletowa. - Oni śpią.

- Ale dlaczego śpią na ulicy zamiast w domu?

- Tam śpią, gdzie muszą - padła niczego nie wyjaśniająca odpowiedź.

Niewielki pochód dotarł wreszcie do małego domku, położonego na uboczu, w pobliżu muru. Nieduży placyk przed domkiem był pusty. Fioletowa Istota wprowadziła dziewczynkę do środka, a pozostali uczestnicy pochodu rozeszli się bez pożegnania w różne strony. Oczom Agaty ukazała się niewielka, przytulna komnata, ale zaniedbana, jak wszystko w tym dziwnym mieście. Gdzieniegdzie kąty komnaty zdobne były w gęste pajęczyny, a sprzęty spowijała delikatna i miękka warstwa kurzu. Tynki na ścianach już dawno utraciły swoją gładkość. W rogu komnaty stało szerokie, wygodne łoże, a na niskim stoliku o koślawych nogach - taca pełna ogromnych, apetycznie wyglądających owoców o barwie ciemnego fioletu i wysmukły dzban z wodą. Agata chciwie wypiła kilkanaście dużych łyków. Woda miała zwyczajny smak, ale była zbyt ciepła.

- Masz tu wszystko, czego ci trzeba - powiedziała niecierpliwie Fioletowa. - Teraz rób, co chcesz, albo rób to, co musisz. Ja się zdrzemnę…

I ku zdumieniu dziewczynki ułożyła się wygodnie na szerokim łożu, zasypiając niemal w tej samej sekundzie, w której jej głowa przywarła do przybrudzonej poduszki.

- Coś podobnego… - wyszeptała urażona Agata.

Po chwili jednak, godząc się z dziwacznymi obyczajami mieszkańców miasta, zaczęła oglądać wnętrze domku. Nie było w nim jednak nic szczególnego. Zwykłe, mocno podniszczone meble rozstawione były w dwóch niewielkich pokojach. Nieduże pomieszczenie tuż obok przypominało łazienkę. Dopiero teraz Agata stwierdziła, że nigdzie w oknach nie ma szyb i nie wyglądało na to, by kiedykolwiek były. Otwory okienne były owalne, miały spore rozmiary, dzięki czemu do pokoi wpadało dużo światła.

Dwa słońca dają pewnie tak dużo ciepła, że nie ma tu nigdy zimy, więc szyby są niepotrzebne - pomyślała Agata, i jej bowiem zdążył już dać się we znaki skwar, panujący w tej krainie od chwili, gdy nad horyzont leniwie wpełzły dwie jaskrawo świecące kule słoneczne.

Agata nie zdążyła jeszcze obejść całego domku, gdy Fioletowa Istota obudziła się. Przeciągnęła się swobodnie i wstała z łoża. Po chwili, nie patrząc w ogóle na Agatę i głośno ziewając, wyszła z domku, nie skinąwszy nawet głową.

- Cóż to za obyczaje! - obruszyła się Agata, ale Fioletowa już zniknęła, skręciwszy z niewielkiego placyku w jedną z wąskich uliczek.

Agata została sama.

- No i co ja mam teraz zrobić? - spytała głośno i bezradnie samą siebie. Nie odpowiedziało jej nawet echo.

 

Rozdział piąty

 

Agata nie bała się na ogół samotności, a nawet lubiła chwile, w których przebywała sama ze sobą. Teraz jednak, w tej niezwykłej sytuacji, obecność kogoś z mieszkańców miasta wydawała się jej niezbędna, żeby mogła zrozumieć coś z tego, co się dzieje. Niestety, pierwsze napotkane istoty nie powiedziały jej nic sensownego. Egzotyczne z wyglądu, ospałe umysłowo - choć nie wydawały się pozbawione rozumu - niezdolne były cokolwiek wyjaśnić. Jakby wszystko uważały za oczywiste. Tak oczywiste, że niegodne wyjaśnień. Tymczasem wszystko - zdaniem dziewczynki - było całkowicie niezrozumiałe.

One nie były wcale zaskoczone tym, że pojawiłam się w ich świecie - myślała Agata. - Przeciwnie, wyraźnie oczekiwały mojego przyjścia, wydawało się im ono czymś nieuniknionym, choć niekoniecznie przyjemnym. Nie były zadowolone z mego pojawienia się, o, nie, coś je zirytowało, zaniepokoiło…..Ta”… Mówiły o mnie „Ta” i dawały do zrozumienia, że wiedzą, iż wcześniej czy później musiałam tu przyjść. Ten domek rzekomo czeka na mnie od dawna! Cóż to wszystko znaczy? Kto pomoże mi to wyjaśnić? Nigdy nie pojmę tego bez czyjejś pomocy…

Agata umiała myśleć. Powiedzmy sobie szczerze, że myślenie jest darem, który nie każdy posiada w stopniu wystarczającym. Najczęściej, po chwili koncentracji, nasze myśli rozpraszają się i niemal niczego nie domyślamy do końca. Agata umiała skoncentrować się i porządnie, głęboko przemyśleć wszystkie fakty. Ale tym razem faktów było stanowczo za mało, by wywnioskować z nich cokolwiek. Jeden tylko fakt był bezsporny, choć nie umiała go niczym wytłumaczyć.

I w krajobrazie, i w tym zniszczonym mieście czegoś mi brakuje. Czegoś tu nie ma, choć doprawdy nie wiem czego i chyba nigdy tego nie odgadnę. Co powoduje, że wszystko wydaje się ułomne? Ułomny krajobraz, ułomne miasto, ułomni jego mieszkańcy. Jakby nie dokończeni… - myślała dziewczynka. - Wszystko tu przypomina niezwykle piękny, urzekający urodą kwiat, któremu ktoś bezmyślnie oderwał kilka płatków… Albo puszystego kota pozbawionego ogona… Lub obraz, na którym ktoś wymazał jakiś istotny fragment…

Obraz… Agata nagle ujrzała, że na jednej ze ścian pokoju wisi nieduży obrazek. Dałaby głowę, że jeszcze przed chwilą go tu nie było. Zawsze wrażliwa na sztukę i ciekawa jej, musiałaby przecież - w czasie przeszukiwania domku - zwrócić uwagę na to, że na ścianie wisi obraz! A jednak przysięgłaby, że go nie widziała.

Teraz jednak nieduży obrazek najspokojniej wisiał sobie na jednej ze ścian. Dziewczynka podeszła bliżej. Malowidło przedstawiało jakiś znany jej górski krajobraz. Wysmukłe, posępne, czarne kształty gór rysowały się na tle nocnego, granatowego nieba, rozjarzonego obcymi konstelacjami gwiazd.

- To są przecież góry, które ujrzałam zaraz po przejściu przez lustro - szepnęła. - Te góry, w stronę których chciała mnie poprowadzić świecąca strzała.

Wzrok dziewczynki bez udziału jej woli przylgnął niemal magnetycznie do obrazu. Przedstawiony na nim pejzaż zdawał się pulsować życiem. Kusił, wołał niemym, choć natarczywym głosem, zapraszał: „Chodź, chodź do nas… czekamy… chodź…”

…jak lustro - wzdrygnęła się Agata. - Jak to złe, fałszywe lustro, które zabrało mi psa i zmusiło w ten sposób do przyjścia tutaj, choć wcale tego nie chciałam…

Dziewczynka wstrząsnęła się, jakby ją przeszły dreszcze. Odwróciła się plecami do obrazu i podeszła do stołu. Już nie widziała, jak obraz powoli, powoli znikał ze ściany…

Spojrzała nieufnie na tacę z wielkimi, ciemnofioletowymi owocami. Po chwili wahania wzięła jeden i ugryzła. Był soczysty, choć mdły. Jednak już po zjedzeniu kilku kęsów Agata poczuła, że nie jest ani głodna, ani spragniona. Owoce miały czarodziejskie właściwości.

Jedząc je, nie umrę z głodu czy pragnienia - pomyślała zadowolona.

Z prawdziwą przyjemnością umyła się w niewielkiej, ale wygodnej umywalni, gdzie stała duża miednica i dzban z wodą. Nie zabrakło ani ręczników, ani mydła, a nawet wiszących na wieszakach zwiewnych, przypominających tuniki strojów, w jakich chodzili tutejsi mieszkańcy. Dziewczynka z ciekawością przymierzyła jedną z tunik i zapragnęła przejrzeć się w lustrze. Ale lustra nie było. Nie było go nie tylko w umywalni - gdzie wydawało się niezbędne - ale w żadnym z pokoi.

Jeśli takie same problemy będę mieć ze znalezieniem tamtego lustra, to nigdy nie wrócę do domu - pomyślała Agata z niepokojem. Zniechęcona, odłożyła tunikę.

No i co teraz robić? - zaczęła się zastanawiać. - Mam czekać, aż ktoś mnie odwiedzi i powie, o co chodzi, czy też lepiej wyjść do miasta i spróbować porozmawiać z jego mieszkańcami? Tak, pójdę tam, to może jednak czegoś się dowiem…

Niewielki placyk przed domkiem był nadal pusty, ale za rogiem, w pobliskiej uliczce snuli się mieszkańcy. Tak, „snucie się” było określeniem najlepszym dla apatycznych, powolnych i najwyraźniej nie mających żadnego konkretnego celu ruchów kolorowych istot. Dziwaczność i tęczowość ich fryzur nadal oszałamiała Agatę. Żółte, zielone, niebieskie, fioletowe włosy - we wszystkich niemal odcieniach - powodowały, że uliczki miasta wydawały się bardziej ożywione, niż naprawdę były. Ta feeria barw wręcz kłuła w oczy.

Ładnie to wygląda, ale… ale w tych kolorach też jest coś dziwnego - zamyśliła się dziewczynka. - Czegoś im brakuje, ale czego…?

Barwne istotki wpatrywały się w Agatę z wyraźnie mniejszym zaciekawieniem. Wyglądało na to, że wieść o jej przybyciu już rozeszła się po mieście i jego mieszkańcy poprzestali na apatycznym zarejestrowaniu tego faktu. Jednak co pewien czas jacyś przechodnie przystawali na chwilę, by z nieufnym zaciekawieniem przyjrzeć się jej osobie. Ich wzrok przyciągały przede wszystkim płomiennorude włosy dziewczynki… Paru osobników próbowało nawet ich dotknąć, ale wystraszeni szybko cofali ręce, gdy tylko Agata poruszyła się.

- To zabawne, że mnie zaskakują ich włosy, a oni zaskoczeni są moimi… - szepnęła do siebie i nagle wydała głośny okrzyk zdumienia, który wywołała myśl: Żadne z nich nie ma włosów w kolorze rudym…

- Ależ ja jestem mało spostrzegawcza! - krzyknęła Agata i z wrażenia aż przystanęła. - Przecież nigdzie do tej pory nie natrafiłam na kolor czerwony! Nigdzie! Ani w dolinie, za murami miasta, ani tu, w mieście! I tego mi cały czas brakuje! Dlatego wszystko jest takie… takie kalekie!

Stała chwilę na środku uliczki, całkowicie pochłonięta nagłym odkryciem, na którego trop naprowadziło ją niezwykłe zainteresowanie mieszkańców jej płomieniście rudymi włosami.

„Jesteś Ta, bo masz włosy w tym kolorze” - powiedziały jej istotki spotkane na murze granicznym. - „Ta, bo masz takie włosy…”

Agata w pełni uprzytomniła sobie zadziwiający fakt, że przez cały niedługi czas przebywania w tym świecie nigdzie nie natknęła się na czerwień. Nie miało jej w sobie żadne z obu słońc, gdy wschodziły równocześnie na dwóch przeciwległych krańcach nieba, choć wschody i zachody słońca bardzo lubią odrobiną czerwieni rozżarzyć i ubarwić swe nadejście i porę rozstania. Na zboczach doliny, którą podążała w stronę miasta, nie było ani jednego czerwonego kwiatu, ba, nie widziała nawet czerwono żyłkowanego liścia. Tęczowe skrzydła ptakomotyli mieniły się wszystkimi kolorami - z wyjątkiem purpury. Pozbawione tego koloru było miasto i jego mieszkańcy. Kolory ich fryzur porażały wprawdzie tęczową orgią kolorów - z wyjątkiem tego jednego. A zatem jedynym czerwonym elementem w tym świecie jak na razie były jej włosy! „Jesteś Ta, bo masz włosy w tym kolorze…” W tym… Czy potrzebna jest nazwa dla czegoś, co nie istnieje?

Agata ocknęła się z zamyślenia i ruszyła dalej. Gdzieniegdzie natrafiała na spokojnie śpiących mieszkańców. Spali wprost na bruku, w głębi uchylonych bram lub na kamiennych schodkach. Idąc, co jakiś czas słyszała dobiegające ją zewsząd szepty:

- Idzie Ta… Patrz, Ta… W końcu musiała się zjawić… Będą kłopoty… Muszą być kłopoty… Idzie Ta… O, jakie ma włosy…

Nie da się ukryć, że włosy Agaty budziły duże zainteresowanie nie tylko w tym dziwnym mieście, ale nawet w jej własnym. Określenie, że dziewczynka jest ruda, byłoby nieprecyzyjne. Rudych jest sporo, ale ileż mają odcieni! Są rudzi, o których mówimy ryży, bywają rudzi - marchewkowi, rudzi - kasztanowi. Agata sama przed sobą musiała przyznać, że spośród wszystkich znanych jej rudzielców tylko jej włosy miały aż tak płomieniście głęboką i soczystą barwę autentycznej czerwieni. Dawniej martwiła się tym i reagowała łzami na liczne docinki. W końcu przywykła, a nawet polubiła ten odcień.

- To niesamowite, że akurat moje włosy są tu jedynym czerwonym akcentem - roześmiała się. - Czy możliwe, że w tym świecie nie ma najważniejszego z siedmiu kolorów tęczy?

Po raz pierwszy w życiu Agata - zapalona kandydatka na malarkę - pomyślała o tym, jak bardzo światu potrzebne są wszystkie kolory, w całym bogactwie swych odcieni; jakże karleje uroda przyrody, pozbawiona choćby jednego z nich, jak niepokoi ten brak, nawet jeśli początkowo trudno dociec, czego właściwie brakuje.

Wszystko tu wydawało mi się piękne, ale jakąś niepełną, ułomną urodą. Dopiero teraz wiem, czego brakowało - pomyślała dziewczynka.

Szła dalej krętymi uliczkami miasta, posępnymi przez swe uderzające zaniedbanie. Na jej szyi wisiał tajemniczy szmaragdowy naszyjnik. Kamień delikatnie pulsował, jego morskozielona barwa to bladła, to znowu intensywniała. Widocznie niezwykły „tłumacz” cały czas pracował według nieznanych prawideł. Blask kamienia przypomniał jej, po co wyszła z domku, i energicznie zatrzymała jedną z przechodzących osób.

- Dzień dobry, jak się nazywasz?



dalej


strona główna
(23kB)