(23kB)
strona główna


 

Dorota Terakowska

 

 

Poczwarka

W przeddzień

…wokół była ciemność. I wody. Gęste, ciepłe, śluzowate. Dziecko tańczyło wśród nich spokojne i bezpieczne, lekkie i zwinne. Chciało tak wiecznie tańczyć. Na zewnątrz czyhały liczne niebezpieczeństwa: potężna grawitacja, wielookie i obce spojrzenia, obojętność lub nadmiar współczucia. Dziecko wiedziało o tym, zanim wypłynęło na suchy, bezlitosny świat. Lecz było Darem Pana i nie mogło zostać tam, gdzie chciało. Pan rozdaje swoje dary, nawet te nie chciane. Nic nie zostawia dla siebie.

Gdy Adam zobaczył w szpitalu skośnie opadające fałdki nad oczami nowo narodzonej córeczki, skrzywił się zabawnie i spytał:

- Urodziłaś Azjatę? Moda na egzotykę?

- Nie żartuj. To niedobry żart - odparła Ewa.

- Co w nim złego? - zdziwił się, nie odrywając oczu od niemowlęcia. - Mógłbym też powiedzieć “mała Chinka”, “Mongołka” lub “Japonka”…

- Wszystko, byle nie mongołka - odparła Ewa i zagryzła usta. “Byle się nie rozpłakać. Jeszcze nie. Mogę się przecież mylić”, pomyślała z nadzieją.

- Czemu nie? - zdziwił się Adam. - Ma w sobie coś azjatyckiego. Gdybym ci nie ufał, tobym podejrzewał, że mnie zdradziłaś - zaśmiał się.

“Te jego żarty… Jak ja ich czasem nie cierpię”, myślała Ewa, zmuszając się do uśmiechu.

- Nie, tylko nie mały mongoł - powtórzyła błagalnie.

“Czy on naprawdę nigdy nie słyszał o mongolizmie? Czy naprawdę wie tylko, co to hossa, bessa, parkiet, lobbing, e-biznes? Czy słowo «down» kojarzy mu się wyłącznie ze spadkiem notowań na giełdzie? «Down» i «up» lub «Dow Jones»?”

- Odrobina azjatyckości jest nawet sexy u dziewczynki - zażartował tymczasem jej mąż.

- Boże… - westchnęła słabo Ewa. - Zaczeka] z tym komplementem, aż będzie miała piętnaście lat.

- Lolita miała dwanaście - zaśmiał się Adam, a jego śmiech odbił się echem od wykafelkowanych, lśniących ścian izolatki. Ewa się wzdrygnęła.

Rodziła w najdroższej prywatnej klinice, jaka była w mieście. Dziecko Adama musiało mieć wszystko, co najlepsze. Wprawdzie z założenia miało być synem. (Kiedyś będzie supergwiazdą informatyki i giełdy, cieszył się, zanim ujrzeli ten cudaczny obraz USG, w którym on dopatrzył się wyłącznie zdumiewającego chaosu, ona ujrzała jedynie malutkie bijące serce, ale doktor bezspornie określił płeć embriona). Ku zdumieniu Ewy Adam łatwo pogodził się z faktem, że to córka.

- Prestiżowa uczelnia, dobry mąż - nakreślił w czterech słowach przyszłość małej istotki, zanim jeszcze przyszła na świat. A teraz leżała tu, obok matki, i nad jej zamkniętymi oczkami wypiętrzały się dwie grube, skośne fałdki. Zbyt grube. Zbyt skośne.

- Wszystko, tylko nie mongolizm - wyszeptała Ewa do siebie, gdy Adam już opuścił izolatkę, pozostawiając po sobie mocny zapach markowej wody toaletowej, zmieszany z mdłymi, perfumowanymi wyziewami wielkiego bukietu róż.

Nie wiedziała prawie nic o mongolizmie, o odmianach i stopniach tej choroby, o możliwościach leczenia, znała tylko jej zewnętrzne objawy. I tym bardziej się bała.

 

*

 

Darami Pana są ziemia, niebo, dzień i noc, kwiaty i nasiona, drzewa, ptaki, myszy, węże, słonie, wichry, pioruny, tornada, wulkany - i ludzie. Darami Pana są leż dzieci, gdy trzeba usprawiedliwić ich pojawienie się na ziemi.

…bo na początku Pan stworzył niebo i ziemię. Ziemia była niekształtna i oblana wodami. A w wodach tańczyło Dziecko. Nie ono jedno. I było tam ciemno, bezpiecznie, zacisznie. Tak powinno zostać. Ale Pan śpieszył się, czekało na niego mnóstwo fascynujących rzeczy do stwarzania, nieskończony trud i zaskakujące niespodzianki, więc powiedział szybko:

- Niech się stanie światłość…

I poprzez wody przeniknęła oślepiająca jasność, zmieniając je z ciemnych w przejrzyste.

- TO JEST DOBRE - powiedział Pan, z malutkim cieniem wątpliwości. Wątpliwości towarzyszyły mu zawsze. Pomyłki też. Doskonałość trafiała się rzadko.

- To jest straszne - pomyślało Dziecko, tracąc poczucie bezpieczeństwa. Pomimo że rozpaczliwie się broniło, musiało wypłynąć z zacisznych wód Matki w suchą, groźną i ociężałą światłość ziemi.

I był to przeddzień dnia pierwszego, a trwał ów przeddzień wiele długich lat.

 

*

 

- Czy siostra włoży je do flakonu? - spytała Ewa, wskazując na gigantyczny bukiet róż, lecz pielęgniarka pokręciła niechętnie głową:

- Za dużo tych kwiatów. Zbyt ostry zapach. Dziecko nabawi się alergii.

- To zostawmy trzy róże, a resztę dajmy biednym kobietom - zaproponowała.

- W tym szpitalu nie ma biednych kobiet. I po co biednym kobietom kwiaty? - odparła obojętnie pielęgniarka. - Wystawię je na korytarz.

Gdy ruszyła ku drzwiom z tym ogromnym bukietem róż (“jak to pasuje do Adama”, myślała Ewa), zatrzymał ją cichy głos pacjentki:

- Siostro, proszę spojrzeć na moją córeczkę…

- Ładna, ładna, wiem. Najpiękniejsza. Wszystkie matki rodzą ósmy cud świata - uśmiechnęła się pobłażliwie pielęgniarka. W tej luksusowej klinice płacono jej także za komplementy wobec pacjentek i ich narodzonych dzieci.

- Nie. To nie tak… - szepnęła Ewa. - Proszę przyjrzeć się jej oczom.

- Mamy piękne oczka, co? - zaśmiała się kobieta, podchodząc ze znużeniem do niemowlęcia. Pod koniec całodobowego dyżuru nogi już jej nie niosły, a kaprysy pacjentek denerwowały.

- Mamy piękne oczka - wymamrotała rutynowo, ale wpatrując się uważnie w twarz maleńkiej istotki, powtórzyła wolniej: - Oczka… tak.

Ewa natychmiast usłyszała wahanie w głosie kobiety.

- Czy to… Czy siostra nie myśli… Ta fałdka… Czy siostra nie mogłaby… - bełkotała, pragnąc jednak nie zadać tego pytania i nigdy nie otrzymać odpowiedzi. Miała przeczucie, że ją zna, że nikogo nie musi pytać, bo to słowo i tak padnie. I już nie w beztroskich żartach, i nie w jej głowie. Padnie głośno, wyraźnie i - nieodwracalnie.

- Mamy dobrego pediatrę. Jutro do pani zajrzy - odparła wymijająco pielęgniarka. - Ale położnik ocenia, że dziecko ma siedem w skali Apgar. Niezły wynik! - dorzuciła ze sztucznym ożywieniem.

- Niezły - przyznała Ewa - lecz ta skala nie dotyczy psychiki - dodała szeptem, sama do siebie, gdyż pielęgniarka była już za drzwiami.

 

*

 

Sucho. Światłość w ciemności. Donośne, zgrzytliwe dźwięki. Zmiany barw. Niezliczone odcienie czerni. Zdumiewająca, przejrzysta, prawie kryształowa biel, rozdzierająca się spazmatycznie na siedem odcieni tęczy. Zaskakujące melodie słów i melodie ciszy. Huczący Głos, który przetacza się nad Stwarzanym jak odległy grzmot. Pytanie, skierowane nie wiadomo do kogo, na które nie oczekiwał odpowiedzi, choć tyle w nim było niepewności.

- TO JEST DOBRE…

Dziecko poczuło, że TO nie jest dobre. I że nie chce być dla nikogo Darem. Zapragnęło wrócić, ale powrotu nie było. To była podróż w jedną stronę. Długa podróż, gdyż długie było stwarzanie.

 

*

 

Słowo “down” padło w trzynastej minucie badania niemowlęcia przez pediatrę.

- …mały mongoł - powiedziała głucho Ewa.

- Owszem, czasem nazywamy to mongolizmem, częściej zespołem Downa, ale wolimy inną nazwę, która powszechnie się przyjęła: muminek - wyjaśniał lekarz nienaturalnie ciepłym głosem. - Lubimy to określenie. Stosujemy je na co dzień. Jest ładne. Serdeczne. Ma literacki rodowód… Zna pani książki Tove Jansson?

- Mała Migotka - szepnęła Ewa i zaczęła płakać.

Muminki, książkowe i telewizyjne, kojarzyły się z czymś miłym i wesołym. Tymczasem na jej rękach spoczywało niemowlę, które było zaprzeczeniem zarówno tego skojarzenia, jak i wszystkich życiowych planów jej i Adama. W tych planach dziecko miało zamieszkać w nowym, pięknym domu, w starannie urządzonym dziecinnym pokoju, do którego zakupili wszystko, co najlepsze. Były tam nie tylko jasne meble, białe firanki, kremowe zasłony, dywan w kolorze herbacianej róży, stosy ubranek i zabawek, ale nawet poradniki, w zgodzie z którymi mieli to dziecko wychowywać i śledzić jego prawidłowy rozwój.

- Przedszkole anglojęzyczne, lekcje tenisa, komputer od piątego roku życia - mówił Adam.

- Ja bym dołożyła lekcje rysunku i fortepianu. A może baletu? - proponowała Ewa. - Ona może mieć zdolności artystyczne…

Lekarz coś jeszcze mówił, ale go nie słyszała. Jej umysł błądził po ruinach marzeń i planów. Plany były tak dokładnie przemyślane, że nawet data poczęcia została ustalona starannie i z wyprzedzeniem: tuż przed ostatecznym wykończeniem domu i po fuzji firmy Adama ze znanym koncernem, gdy już będą mieć pewność, że wszedł do zarządu.

- …gdy będzie nas stać na zapewnienie dziecku przyszłości - mówił, a ona kiwała zgodnie głową.

Nigdy nie rozumiała koleżanek, które zachodziły w ciążę w czasie studiów i zakładały rodzinę w ciasnym, blokowym mieszkanku, kosztem życiowych marzeń. Według Adama i Ewy dziecko miało być nierozerwalną częścią spełnionych ambicji, a nie wyrzeczeniem się ich.

- Ono ucieleśni wszystko to, co w nas mogłoby być lepsze. I nie będzie ‘Zaczynać od zera, jak my. Od razu skoczy z wysokiego pułapu. Nasze dziecko… eeeech, Ewa… będzie wspaniałe! - powtarzał jej, gdy była w ciąży.

I teraz to dziecko miała w swoich objęciach.

“Ktoś mi je zamienił”, pomyślała, a do jej uszu z trudem docierały słowa lekarza (lekarz widział, co się z nią dzieje, lecz mimo to nie przerywał mówienia. Mimo to, a może właśnie dlatego?):

- …takie dziecko przychodzi na świat jedno na sześćset, siedemset urodzeń. Nie jest pani wyjątkiem, proszę mi wierzyć. Ale kiedyś, jeszcze pięć czy sześć lat temu, mały mongoł byłby skazany na izolację od społeczeństwa, egzystencję na marginesie. Średni iloraz jego inteligencji, IQ, zaczynał się i kończył na około 30 punktach, podczas gdy dziś może osiągnąć nawet 60, przy 120 dla typowej inteligencji. Czyli od dziecka normalnego dzieli je już tylko połowa.

Ewa roześmiała się głośno i z gniewną goryczą. “Tylko połowa”, pomyślała w odruchu buntu i przerażenia.

- Od kilku lat mamy świetne programy rehabilitacyjne - ciągnął lekarz, udając, że nie zauważył jej reakcji. - Jeśli nie będzie to najcięższa postać downa, dziecko może iść do przedszkola, do szkoły specjalnej, zdobędzie konkretny fach, nauczy się, na przykład, wyplatać koszyki, robić pudełka, tkać kilimy, malować szklane wyroby…

- Wyplatać koszyki… - powtórzyła mechanicznie Ewa, bez cienia agresji. No cóż, ktoś musi wyplatać koszyki, sama ma ich w domu kilkanaście, bo wiklina jest modna i zdrowa. Zaśmiała się znowu, trochę histerycznie, lecz z autentyczną wesołością. TO wydawało się snem - i musiało być snem. TO mogło się przytrafić każdemu, ale nie jej!

- Oczywiście, muminki chorują częściej niż inne dzieci, dlatego przeprowadzimy serię badań, żeby ustalić, na co pani dziecko jest najbardziej narażone - mówił lekarz niemal na jednym oddechu. Ewa zastanawiała się, ile ma jeszcze do powiedzenia i czy ona w ogóle chce tego słuchać. - Widzi pani, one miewają słaby wzrok, skłonność do katarakty, regułą jest wadliwy system oddechowy, niekiedy zdarzają się zmiany kardiologiczne. Proszę też zwrócić uwagę, że pani córeczka ma wiotkie mięśnie, a gdy do tego dojdzie duży ciężar ciała, także typowy dla DS, czyli syndromu Downa, no to…

- …to nigdy nie zatańczy - powiedziała od rzeczy Ewa, a potem, nagle, w jej głowie zaświtała myśl: “…przecież ono może umrzeć! Może umrzeć, a wtedy urodzę drugie, normalne”.

Dziecko nagle zapłakało i otworzyło oczy: dwie skośne szparki, ukryte w podpuchniętych powiekach. Krzyczało bez łez. Te łzy Ewa poczuła na swoim policzku.

“Płaczemy obie. Ona bez łez, a ja bez krzyku”, pomyślała.

- …więc przyślę pani tę kobietę - mówił tymczasem lekarz, nie przerywając ani na chwilę potoku słów.

- Jaką kobietę? - ocknęła się.

- No przecież mówię: tę, której córeczka z downem ma już osiem lat i ładnie się chowa. Zobaczy pani, nie jest aż tak straszne, jak pani myśli.

Ewa zaczęła się śmiać:

- Proszę mi przysłać wróżkę, która odmieni moje dziecko! - zawołała, a potem dodała oskarżycielskim szeptem: - To pan powie mojemu mężowi, co urodziłam.

- Tak, oczywiście - odparł sztywno. - Z reguły to my informujemy ojców. Matki nigdy nie chcą… Aha, byłbym zapomniał. Istnieje możliwość pozostawienia dziecka w szpitalu. Oddamy je wtedy do specjalnego zakładu.

Popatrzyła na niego z nienawiścią.

Dziecko znowu zapłakało.

- Mały muminek - powiedział nagle lekarz z autentyczną czułością, gubiąc gdzieś tę pozbawioną uczucia zawodową maskę.

Ewa doznała wstrząsu: za sprawą banalnej nazwy, tak dobrze znanej z książek i telewizyjnych “dobranocek”, wypełniło ją nagle niepojęte uczucie miłości do bezradnej, ułomnej istotki, którą wydała na świat. - Na ten plastikowy, zły świat - powiedziała szeptem i zdziwiła się: - dlaczego plastikowy?

- Byłbym zapomniał… - usłyszała znów głos lekarza. Już wychodził, ale zatrzymał się i spojrzał niepewnie: - Tam jest jeszcze coś - powiedział.

- Gdzie, co? - spytała, zobojętniała już na złe wieści.

- Encefalogram wykrywa dodatkowe, nietypowe zaburzenia. Zdjęcia tomograficzne mózgu pokazują malutką ciemną plamkę. Nie wiemy, co to jest. To może być guz, krwiak lub jeszcze coś innego. Jeśli to coś naciska na jakiś ważny ośrodek, to… - zawahał się, jakby chciał opóźnić tę informację: - …to może być gorzej niż w typowym mongolizmie.

- I moja córka nie będzie wyplatać koszyków - powiedziała Ewa.

- Tak. Może się okazać, że nawet tego nie będzie w stanie się nauczyć.

Lekarz odchrząknął i wyszedł. Także w tym chrząknięciu Ewa usłyszała współczucie, którego sobie nie życzyła.

 

*

 

- Zostawimy je tu - powiedział Adam. Tym razem przyszedł bez kwiatów. - Ustaliłem wszystko z lekarzami. Pójdzie do specjalnego zakładu.

“Ono”, pomyślała Ewa. “Zatem już nie ma płci. I tak jest lepiej. Do czegoś bezpłciowego trudno się przywiązać”.

- Nie będzie mu źle - mówił dalej Adam.- Dam pieniądze. Więcej niż trzeba. Ustalę wysoki, comiesięczny odpis na rzecz tego zakładu. Stać nas na to. A wszystkim powiemy, że poroniłaś albo że urodziło się martwe. Co wolisz…

- Wszystkim? - powtórzyła.

- Sama wiesz… Nasi przyjaciele, znajomi, koledzy z firmy. Coś musimy powiedzieć. Gdy pomyśle; o ich spojrzeniach… o tych szeptach za naszymi plecami…

- Wiem - powiedziała ze zrozumieniem. - Zawsze nam czegoś zazdrościli, nagle zaczną współczuć.

- A ja nienawidzę współczucia - powiedział _Adam-Kiwała głową w takt słów męża, nie patrząc w stronę

dziecka, które leżało obok niej na szpitalnym łóżku. “Tak. To jest dobre. Wyjść stąd bez tego tu i zapomnieć. Zapomnieć. Wykreślić z życia tych kilka miesięcy. Nigdy do nich nie wracać”.

Dziecko nagle zapłakało. Nachyliła się nad nim, a rysy jej twarzy bezwiednie zmiękły. Spojrzała na niemowlę tak, jak patrzyła kiedyś na kota przejechanego przez auto. Z połamanymi łapami, dziwnie spłaszczony, ale wciąż żywy, leżał na chodniku, próbując unieść głowę, i wydawał z siebie bezradny, dziecięcy płacz. Nie umiała mu pomóc. Najmądrzej byłoby go dobić, ale tego też nie potrafiła. Umiała, jedynie zatkać uszy i przyśpieszyć kroku. Nie chciała słuchać tej bezsilnej prośby o pomoc.

- Ratunku… pomocy… - wyszeptała teraz bezgłośnie, ale Adam już wyszedł i nikt jej nie usłyszał.

 

*

 

Pan stwarzał światy mające Początek, ale bez Końca. Stwarzał je wciąż na nowo, wierząc, że następny będzie lepszy. Niekiedy Mu się udawało. Prawie zawsze a dawały mu się dzień i noc, były bowiem skrajnie różne i miały w sobie naturalną urodę światła i mroku.

- TO JEST DOBRE - mówił Pan bez cienia wątpliwości.

Mówił TO JEST DOBRE także wtedy, gdy wiedział, że Mu się nie udało. Pragnął w ten sposób dodać sobie otuchy. Gdyby utracił odwagę stwarzania, wszystkie światy, w jednej chwili, zapadłyby się w nieskończoną, czarną dziurę, w której nie tylko nie było miejsca dla człowieka, ale nawet nie istniał czas. A światy i ludzie nie mogą istnieć w oderwaniu od czasu, choć czas może istnieć bez nich.

Ale właśnie ze stwarzaniem ludzi bywało różnie. Dlatego Pan, metodą prób i błędów, stwarzał też Dary i ofiarowywał je ludziom, aby ich doskonalić. Doskonalenie także nie zawsze się udawało. Albo Dary były nie dość dobre, albo ludzie nie rozumieli, dlaczego zostali wybrani, by je otrzymać.

Jeśli jednak stwarzanie było żmudne, monotonne i nieskończone, jak Wszechświat, to stwarzanie Darów nosiło w sobie elementy niespodzianki,

 

*

 

Kobieta, którą przysłał lekarz, miała na imię Anna i weszła do izolatki z uśmiechem tak szerokim, że niemal przepoławiał jej głowę.

- Piękne dziecko - powiedziała, nachylając się nad niemowlakiem.

Ewa parsknęła, wydając z siebie dźwięk pośredni między chichotem a nienawistnym, stłumionym w gardle szlochem.

- Czego pani chce? - spytała.

- Chcę panią uratować przed błędną decyzją - powiedziała nieśmiało kobieta.

- Co to panią obchodzi? - Ewa poczuła, jak narasta w niej wrogość do przesadnego uśmiechu nie-znajomej, do mdłego smaku jej dobrej woli, do nieznośnego wyrazu współczucia, które rozlewało się na jej twarzy.

- Może obejrzy pani zdjęcie mojej córeczki? - powiedziała tamta. Zdjęcie miała widocznie przygotowane, gdyż wyjęła je z torebki jednym ruchem. Ewa zerknęła: z kolorowej fotografii ufnie uśmiechała się kilkuletnia dziewczynka. Ten uśmiech uwypuklał wszystkie typowe cechy zespołu Downa i działał porażająco na Ewę, gdy wpatrywała się w okrągłą, sympatyczną buzię w równie okrągłych okularach.

- TO od razu widać - powiedziała bezwiednie i przygryzła wargi. “Ja cierpię, ale czy muszę ranić tę kobietę?”, zadała sobie pytanie. Lecz Anna nie wyglądała na zranioną. Z niemal naturalnym uśmiechem odparła:

- Jasne, że widać - i dodała tonem poufnego wysiania: - Bałam się, idąc do pani. Zawsze się boję.

- Zawsze? Co to znaczy “zawsze”? - spytała Ewa.

- Tych dzieci rodzi się więcej, niż pani myśli.

- Płacą pani za to, czy co? - spytała Ewa agresywnie.

- Nie, nie płacą - odparła niezrażona kobieta. - Ale widzi pani, ja jej nie odrzuciłam. Więc przychodzę, aby namówić inne, by też tego nie zrobiły.

- Kogo pani żal? Opieki społecznej? - żachnęła się Ewa. - W końcu to z naszych podatków.

Już podjęła decyzję i postanowiła, że nawet zastęp kobiet z małymi mongołami do niczego jej nie nakłoni. Czuła się wolna i gotowa zaczynać wszystko od nowa.

Kobieta przysiadła na łóżku i wpatrzyła się w niemowlę. Na jej twarzy znowu pojawił się uśmiech, lecz inny niż przed chwilą.

- Pani nie wierzy, że te dzieci można kochać, czasem nawet bardziej niż te zdrowe. Ja mam dwójkę, Jacka i Elżbietkę. Elżbietkę kocham mocniej niż Jacka, bo ona bardziej tego potrzebuje. Takie dzieci są spragnione miłości…

Ewa milczała. Kobieta usiadła i wciąż nie odrywając wzroku od niemowlęcia, mówiła dalej:

- Nazywamy je Darami Pana, wie pani? Lub dziećmi Boga.

Ewa parsknęła śmiechem.

- Kto wymyślił tę głupią nazwę?

- Nie wiem - odparła kobieta. - Gdy urodziła się Elżbietka, ta nazwa już była w użyciu. Używa się jej od lat. Może od zawsze? Mnie przekazała ją inna matka, która przyszła do mnie do szpitala, tak jak ja teraz przychodzę do pani. Niekiedy mówi się także “dzieci czujące inaczej”.

- Ha! Political correctness! - prychnęła gniewnie Ewa. Na temat political correctness mieli z Adamem ustalone zdanie. Teraz, z nie tajoną satysfakcją, wykrzykiwała je przed tą obcą kobietą: - Murzyn to Afroamerykanin, tak? Jakiś zwolennik politycznej poprawności tak się zagalopował, że Afroamerykaninem nazwał Nelsona Mandelę, byle nie powiedzieć “czarny”! Cygan to Rom, pedał to gej lub “kochający inaczej”? A przygłup to “czujący inaczej”, a nawet “Dar Pana”, tak?

- Właśnie tak - powiedziała spokojnie kobieta. - Czemu raczej nie zastanowi się pani, skąd się to wzięło?

- Skąd? - spytała gniewnie Ewa.

- Nie czyń drugiemu, co tobie niemiło, nie rób mu przykrości, gdy nie musisz… kochaj bliźniego…

Ewa milczała. Kobieta irytowała ją w tej chwili jeszcze bardziej. Mówiła komunały. Umoralniała.

- Pani nie wie, że w narodzinach tego dziecka może kryć się coś dobrego… bardzo dobrego. Ono wiele dla pani zrobi samym swoim istnieniem - mówiła nieznajoma.

- Niech mi pani nie próbuje wmówić, że w narodzinach tego dziecka jest tyle dobrego. Proszę lepiej powiedzieć, co jest najgorsze - zaproponowała chytrze. Ale kobieta potraktowała jej pytanie z powagą. Namyślała się przez dłuższą chwilę, jakby chcąc wybrać to, co najważniejsze. Jej spojrzenie wędrowało od niemowlęcia ku matce i z powrotem. Ewie wydawało się, że widzi w nim błysk, współczucia.

- Dla mnie najgorsze były dwie rzeczy - odparła wreszcie. - Moja córeczka nie mówiła do piątego roku życia. Ani słowa. Wydawała tylko różne mruczące dźwięki Słyszy pani, jak paplają normalne dzieci, i ogarnia panią strach, że ona nigdy nie powie jednego sensownego zdania. Ba, jednego słowa. A przecież wszystkie w końcu mówią. Jedne wcześniej, inne później. Ale mówią. I pewnego dnia powiedzą: “Kocham cię, mamo”. Owszem, niektóre na całe życie zachowają własny, uproszczony język, lecz czują to samo co inne. A może więcej?

Kwa milczała. Kobieta westchnęła głęboko:

- Ale są gorsze sprawy… - urwała, jakby szukając właściwych słów. Szukała ich długo i wreszcie znalazła: - Nie jest łatwo nauczyć je porządku. Codziennie, gdy odbierałam Elżbietkę z przedszkola integracyjnego…

- Integracyjnego? - powtórzyła Ewa.

- Tak, są specjalne przedszkola, w których dzieci normalne bawią się z… - zaczęła kobieta i znowu urwała, a Ewa dokończyła:

- …z nienormalnymi.

- Tak. Zapisałam tam Elżbietkę i… i prawie każdy dzień był upokorzeniem - ciągnęła kobieta.

- Upokorzeniem… - powiedziała Ewa i zawiesiła głos.

- Mówiłam, że te dzieci bardzo długo nie potrafią nauczyć się porządku - przypomniała Anna.

- Rozumiem: bałaganią, nie sprzątają zabawek, niszczą wszystko? - spytała Ewa rzeczowo.

- …i załatwiają się pod siebie - dorzuciła szybko kobieta, a potem odetchnęła głośno, jakby pokonała jakąś przeszkodę.

Ewa wzdrygnęła się. Należała do osób, którym na widok wymiotującego pijaka robiło się niedobrze, a do publicznych toalet nawet nie próbowała wchodzić. Już w ciąży nie była pewna, czy będzie zdolna przewinąć dziecko. Adam, śmiejąc się pogodnie, jak to on, obiecał jej do pomocy pielęgniarkę.

- Nie martw się, to niecały rok, może krócej. Inteligentne dzieci szybko się tego uczą, a chyba nie wątpisz, jakie będzie nasze?

Wtedy nie wątpiła. Tymczasem kobieta mówiła dalej:

- Czasem trwa to do czwartego, niekiedy aż do szóstego roku życia. Zdarza się, że i dłużej. Te dzieci nie umieją albo nie chcą w porę zawołać. Nie sposób je tego nauczyć. I można różnie trafić. Mam na myśli przedszkolanki. One od biedy zmienią pampersa, ale gdy moja Elżbietka… pani wie…

- Wiem - powiedziała brutalnie Ewa. - Gdy Elżbietka nawaliła kupę do majtek, to co?

- …telefonowały po mnie. Nawet gdy byłam w pracy, gdy miałam pilne zajęcia, telefonowały, żebym natychmiast przyszła i zrobiła porządek. Dawały do zrozumienia, że one nie są od tego. Że to kłopot. I że się brzydzą. To było upokorzenie.

Ewa pomyślała, że w życiu nie odda dziecka do przedszkola. Nie chciała dodatkowych upokorzeń. Wystarczało jedno: narodziny tego niemowlęcia. “Zaraz, zaraz… Do jakiego przedszkola? Ono nie pójdzie do przedszkola, zostaje tutaj”, przypomniała sobie.

- Ma już osiem lat i jest urocza - powiedziała znowu Anna i ponownie podsunęła Ewie zdjęcie. Elżbietka uśmiechała się radośnie: śmieszna, okrągła buźka. Gdyby nie te oczy…

- Jest wrażliwa i ufna. Taki mały niedźwiadek - uśmiechnęła się czule kobieta. - Bardzo ją kochamy. Mówiłam już pani, jak się mówi na takie dzieci: Dar Pana…

- To niech Pan weźmie ją z powrotem - powiedziała twardo Ewa.

Oczekiwała ze strony Anny oburzenia, pouczeń, urazy. Nawet, w jakiś paradoksalny sposób, tego pragnęła. Lecz Anna spojrzała na nią z niepojętym zrozumieniem:

- Tak. Wiem. Prawie wszystkie mamy taki moment, gdy myślimy, że lepiej, by umarło. Potem, gdy i uśnie i patrzymy, jak się bawi, śmieje, jak umie kochać i jak bardzo jest ufne, wtedy każdego dnia, w każdej minucie wstydzimy się “tej myśli. Ja wstydzę się jej do dziś. Choć niejeden raz ta myśl do mnie wracała. Ale już nie wraca. Nigdy.

Ewa pomyślała, że została jej odebrana możliwość bycia brutalnie szczerą. Nawet w tym nie była oryginalna. Była typowa.

- Niech pani wyjdzie - powiedziała do Anny chłodno i stanowczo.

- Wrócę, jeśli pani zechce - szepnęła kobieta, kładąc na stoliku swoją wizytówkę -Proszę mi tylko pozwolić wziąć ją na ręce.

- Po co? - spytała nieufnie Ewa.

- Chcę pani dziecku dać to, czego nie umiałam dać własnemu, gdy się narodziło.

- To znaczy?

- Radość z jego przyjścia na świat.

 

Dzień pierwszy: Księga

 

Marysia, Migotka, Misia, Myszą - taką drogą wędrowało imię Myszki, nim otrzymała to najwłaściwsze. Hwa już wiedziała, że dzieci z zespołem Downa nazywane są muminkami. Domyślała się, skąd to literackie skojarzenie: istoty, wymyślone przez Tove Jansson, przedstawiano na rysunkach jako pulchne, bezkształtne, choć pełne wdzięku stworzonka. A właśnie bezkształtność była typową cechą tych dzieci. Ich tułowie były mniej foremne, ręce i nogi poruszały się w sobie tylko wiadomy, nie skoordynowany sposób, a ich mali właściciele nie umieli nad nimi zapanować. Malutka Myszka potrafiła tak mocno chwycić dłoń Ewy, że nie sposób było rozewrzeć jej palce. I choć dziewczynka miała wtedy raptem rok, to Ewie wydawało się, że ten rozpaczliwy uścisk jest wyrazem świadomego i równie rozpaczliwego szukania bezpieczeństwa, a nie brakiem ruchowej koordynacji. Od czasu gdy Myszka, przez przypadek, schwyciła w ten sposób rękę Adama i przyciągnęła do swoich zawsze półotwartych ust, mocząc ją banieczkami śliny, Adam jak ognia unikał zbliżenia.

- Wszystkie niemowlęta się ślinią - Ewa usiłowała usprawiedliwić Myszkę, ale obrzydzenie na twarzy męża było wymowniejsze niż słowa:

- Ona już nie jest niemowlęciem.

Z punktu widzenia estetyki, a organizowała ona prawie całe życie Adama, hołdującego jej zasadom, rytuałom i niezmienności - Myszka była stworzeniem wyjątkowo nieestetycznym i Ewa musiała się z tym pogodzić. Pewnego dnia, gdy walczyła w niej miłość do dziecka z pragnieniem zachowania miłości męża - i zwyciężało to drugie uczucie - Ewa, widząc, jak Adam omija łukiem pełzającą po podłodze Myszkę, wyszeptała bezwiednie:

- Te dzieci żyją krócej niż inne…

I właśnie wtedy, gdy dotarł do niej cały sens tych słów (bo sama myśl błądziła co jakiś czas po jej głowie, tak jak przewidywała Anna; ale czymś innym są błądzące myśli, a czymś zupełnie innym - ostatecznym i nieodwracalnym - głośno wypowiedziane słowa), pochwyciła dziewczynkę w objęcia, podnosząc ją z podłogi, i powiedziała na jednym oddechu:

- Marysia, Migotka, Misia… Myszka… Migotka była postacią z baśni Tove Jansson, Misia była prostym skojarzeniem z ociężałością dziewczynki.

Mówiąc “Myszka”, Ewa miała wrażenie że przydaje córeczce tego, czego jej najbardziej brakowało: zwinności i wdzięku. Ale naprawdę Ewa nie wiedziała, czego Myszce brakuje. Wiedziała za to, czego ma za dużo: chromosomów.

Półka z książkami w pokoju Ewy - który miał być ich małżeńską sypialnią, ale Adam przeniósł się do gabinetu - zaczęła wypełniać się nowymi lekturami. Początkowo, gdy jeszcze urządzali ten dom, Ewa kupowała tylko takie książki, jakie chciał Adam: miały pasować do wnętrza. To dekorator, za niemałe pieniądze, określił, co pasuje, a co nie.

- Proszę kupować książki w podobnych formatach, inaczej okładki będą brzydko wystawać. Nie powinny mieć jaskrawych okładek, bo zepsują kompozycję. Pasują kolory rozbielone, minimalizm kolorystyczny, pani wie…

Ewa nie wiedziała, ale w księgarniach posłusznie szukała dzieł uzupełniających kompozycję wnętrz. Tylko czasem zwracała uwagę na tytuł, niekiedy na autora, zdarzało się, że do wnętrza pasowała książka, którą przeczytała z przyjemnością, ale częściej to, co naprawdę i chciała czytać, chowała pod poduszkami obszernej kanapy (z rozbielonym błękitem obicia), bo okładka zakłócała harmonię.

Adam i Ewa budowali swoje życie według starannie ustalonych reguł. “Nasz mały, rodzinny biznesplan”, śmiał się Adam. Najpierw musieli się upewnić, że zawodowo on idzie w górę, a potem, że stał się cenny dla headhunters, łowców głów w branży informatycznej, i że nic tylko będzie w zarządzie, ale ma szansę zostać wiceprezesem. A może prezesem, jeśli Amerykanie mu zaufają?

Gdy wartość Adama wzrosła, mogli nie tylko zmienić samochód, ale i zacząć budowę domu. Dom był “pod klucz”, wykonany przez godną zaufania firmę, ale to oni decydowali o rozkładzie wnętrz. Duży hol, wspólna sypialnia, pokój dzienny, pokój dla niespodziewanych gości, jadalnio-kuchnia, gabinet Adama, salon, dwie łazienki - i pokój dla dziecka. Piwnica i strych. Parter, piętro i poddasze.

Pojawiła się mistrzyni feng shui, i to ona - także za spore pieniądze - przesądziła, że w prawym górnym rogu domu będzie sypialnia, co zagwarantuje długie i szczęśliwe pożycie, a w lewym gabinet Adama, co wywrze pozytywny wpływ na jego pracę zawodową i interesy.

- Bogactwo dla domu - mówiła, zwracając uwagę, by obrotowy fotel nie stał do drzwi tyłem, lecz bokiem.

Wesołe kolory pojawiły się jedynie w pokoju dziecinnym, co miało ulec zmianie, gdy dziecko podrośnie, po to aby i ono kształtowało sobie dobry gust. Ewie i Adamowi spodobała się ta, początkowo jedynie narzucona, estetyka minimalizmu: minimum koloru, minimum mebli, dużo jasnej, wolnej przestrzeni. Każdy, kto ich odwiedzał, był zachwycony, choć niektórzy czuli się nieswojo, biorąc do ręki kieliszek czerwonego wina czy filiżankę kawy. Było jasne, że jedna kropla strącona niechcący na beżowy dywan czy śmietankowe obicia krzeseł zepsuje cały efekt. Nawet Ewa wolała pić kawę w kuchni niż w salonie.

Oczywiście, że zbyt kolorowe grzbiety książek zniszczyłyby wypracowaną starannie urodę wnętrza. Trzeba też było pozbyć się różnych pamiątkowych przedmiotów, nawet jeśli je lubili. Siedem zielonych malachitowych słoni “na szczęście”, prezent z czasów narzeczeńskich, powędrowało na strych, gdzie wyniosła się także “kolekcja kiczu”, jak ją nazywała Ewa. Były tu zabawne porcelanowe bibeloty odziedziczone po babci (tancerka z wachlarzem, para angielskich chartów, miniaturowe i naczyńka, białe i łaciate koty), bogaty zestaw jarmarcznych drewnianych ptaków, kolorowe kulki, zegar z kukułka, gitara Adama z czasów studenckich, dwa podkoszulki z twarzą Toma Waitsa, zestaw kompaktów z muzyki), którą dawniej lubili (patos zakonserwowany w “The Willi” Pink Floydów, schrypnięty, zatrzymany na kasecie glos tragicznie zmarłej Janis Joplin, King Crimson z najlepszego okresu). Były tu także cztery potężne pudła pamiątek z okresu młodzieńczego, z czasów studenckich, K czasów narzeczeństwa - i ze starego mieszkania. Wszystko to znalazło teraz miejsce na strychu, gdzie minimalizm i feng shui nie obowiązywały.

Pewnego dnia Adam starannie podliczył w komputerze ich, jak to nazwał, “pasywa i aktywa” i powiedział: - Możemy sobie pozwolić” na dziecko.

Adam miał 37 lat, Ewa 35.

I urodziła się Myszka.

Ewa nie zapamiętała, kiedy Adam z ich wspólnej sypialni przeniósł się do gabinetu, a w ślad za nim powędrowały jego poduszka, puchowa kołdra, Jasiek i koc, w gabinecie zaś przybył wkrótce nowy mebel: wąski tapczan nie dopasowany do wnętrza. Przenosiny Adama nie nastąpiły nagle; odbywały się codziennie, po trochu, przez wiele miesięcy, począwszy od dnia przybycia Ewy z Myszką do domu.

Najpierw oddalali się od siebie w porze posiłków. Gdy Ewa wstawała, by przygotować mężowi ulubione i tostyy i mocną kawę zabieloną mlekiem, Adama już nie było. Zaczął wcześniej wychodzić do pracy. A pewnego razu, gdy spała tak czujnym snem, że potrafiła uchwycić moment jego wstania i mimo wszystko podać mu śniadanie - Adam powiedział:

- Niepotrzebnie cię budzę. Coś trzeba z tym zrobić… Za kilka dni pod ich dom przyjechał wóz meblowy z wiśniowym tapczanem, stanowiącym rażący dysonans w stosunku do chłodnej szarości gabinetu, która miała być kojarzona wyłącznie ze “zgaszonym błękitem ułatwiającym koncentrację”. W ślad za tapczanem do gabinetu powędrowały Jasiek i koc, wraz z cząstką Adama - tylko na kilka nocy, kochanie - a potem poduszka, kołdra i cały Adam.

Ale zanim Adam przeprowadził się z małżeńskiej sypialni do drugiej części domu, oddzielonej dużym holem, zanim zaczął jadać śniadania i kolacje w porach odmiennych niż dotąd (a obiady już tylko “na mieście”) - Ewa zauważyła, że mąż nigdy nie zagląda do pokoju dziecinnego. Ani wówczas, gdy Myszka płakała, ba, darła się na cały dom i trudno było tego nie słyszeć, ani wówczas, gdy była niepokojąco cicha.

Myszka płakała często, dręczyła Ewę w nocy i w dzień rozpaczliwie gwałtownym i głośnym lub monotonnie męczącym popłakiwaniem, więc Ewa nie zdziwiła się, gdy pewnego dnia pojawił się jakiś człowiek i obił drzwi gabinetu dźwiękoszczelnym korkiem od wewnątrz, a brzydką imitacją skóry z zewnątrz. Skóropodobne obicie miało barwę brudnego brązu, kłócącego się z eleganckim, rozbielonym różem holu.

Gdy Ewa przez kolejną noc musiała biegać pomiędzy sypialnią a pokojem dziecinnym (Myszka właśnie zachorowała na zapalenie ucha), nazajutrz rano, nie wzywając nikogo do pomocy, przepchała dziecinne łóżeczko do małżeńskiej sypialni. Nieskazitelny parkiet holu został zarysowany nogami łóżeczka, ale żadne z nich, ani Ewa, ani Adam, nie zwróciło na to uwagi.

Od tej pory Myszka pozostała już w niegdysiejszej małżeńskiej sypialni. Właśnie zaczynała raczkować. Dzieci raczkują, gdy mają niecałe pół roku, czasem nieco później. Myszce zajęło to trzy lata. O wiele więcej czasu pochłonęło jej rozpoznanie pór dnia, pogodzenie się z tym, że noc jest do spania, a dzień do poznawania świata. Myszka potrafiła nie spać całą noc, wytrwale łażąc na czworakach, a zasypiała o świcie. W dodatku żądała od Ewy stałej uwagi.

Podobno było to typowe, jak przeczytała Ewa w jednej z licznych lektur o DS - “Down Syndrome” (Ewa wolała ten niezrozumiały dla innych skrót od pełnej nazwy choroby). Brak poczucia bezpieczeństwa, instynktowne wyczuwanie własnej inności owocowały wzmożoną potrzebą bliskiego, jak najbliższego kontaktu z rodzicami.

Ojciec coraz częściej przebiegał jedynie przez dom - z gabinetu przez hol do kuchni, z kuchni z powrotem do gubi netu, a stamtąd do wyjścia. Znikał na długie godziny, więc Ewa musiała być w dwójnasób obecna, gotowa tło natychmiastowego odzewu na chrypliwe, nieartykułowane okrzyki Myszki. Zmaltretowana, kładła się koło córeczki na wielkim, wspaniałym małżeńskim łóżku, gdzie we dwie zajmowały niewiele miejsca - i zasypiała około siódmej rano, aby obudzić się w porze obiadu. Na początku Adam zaglądał czasem do sypialni, ale drzwi na ogół były zamknięte. Musiały być, skoro Myszka nocami uparcie wędrowała, opierając się na kolanach i łokciach, szorując nimi po podłodze jak czworonożny, niezgrabny stwór; wspinając się na krzesła i przewracając je na siebie, by potem krzyczeć ze strachu i bólu. Adam o tym nie wiedział; zrozumiał, że Ewa zamyka się przed nim - więc pewnego dnia to ona zastała drzwi gabinetu zamknięte na klucz.

Zanim Adam je zamknął, ostatecznie i nieodwołalnie, Ewa zdążyła zauważyć, że złamał kolejną zasadę feng shui: jego fotel stał tyłem do drzwi. I ta pozycja fotela w domu, w którym wcześniej przemyślano ustawienie każdego mebla, pokazała Ewie, jak daleko odeszli od życiowego “biznesplanu”. Nie zdziwiła jej ciemna plama na jasnym obiciu fotela przed telewizorem. Nazajutrz pojawiła się kolejna, a potem przybywały wciąż nowe, prawie codziennie, jakby mieszkańcom zależało na tym, by jak najszybciej zapomnieć o dniach, gdy ten dom był czysty, estetyczny, nieskazitelnie jasny i oczekiwał na przybycie dziecka.

Gdy Ewa, zmordowana nocnymi porami czuwania i nieregularnymi porami snu, budziła się nieprzytomna, z opuchniętymi oczami, by znów stwierdzić, że to pełnia dnia - jej wzrok zawsze najpierw wędrował ku Myszce. Myszka urosła już na tyle, że nie sypiała w dziecinnym łóżeczku, zwłaszcza że w wielkim małżeńskim łożu miejsca dla nich obu było aż zanadto. Zaspany wzrok Ewy przywierał do ciemnej głowy córeczki, pokrytej naturalnie skręconymi lokami, do zamkniętych, podłużnych powiek, które opuszczone, wyglądały niemal normalnie, do ładnie wykrojonych, przymkniętych we śnie ust, z których nie sączyła się ślina - i jej mózg ponownie atakowała natrętna myśl: “…to nie jest moje dziecko. Ktoś mi je zamienił. Ona miała być taka jak teraz, gdy śpi”.

Ta myśl, z pogranicza jawy i snu, dowodziła, że w marzeniach sennych znowu wędrowała po świecie, w którym ich dziecko było takie jak wszystkie: jak dzieci sąsiadów, kolegów z pracy, przyjaciół. Wprawdzie zanim się urodziło, miało być dzieckiem niezwykłym, lecz teraz właśnie zwykłość wydawała się być darem losu. Myszka, jak mówiła Anna, była Darem Pana, a nie losu, ale Ewa nie umiała tego dostrzec.

…a wtedy Myszka otwierała oczy, wąskie szparki, i. kącikami uniesionymi w górę, jej górna powieka tworzyła charakterystyczną mongolską fałdę, a dolna była zawsze podpuchnięta, przez co oczy nabierały dziwnego wyrazu, potem dziewczynka spoglądała na nią - i uśmiechała się. Był to rzeczywiście, jak nazwała to Anna, uśmiech ufnego niedźwiadka i Ewa, zapominając o myśli, że ktoś zamienił jej dziecko w szpitalu, odwzajemniała go, ściskając Myszkę tak mocno, że dziewczynka sapała donośnie, by złapać oddech, i wtulona w nią, obśliniała jej szyję.

“Dzieci z zespołem Downa mają kłopoty z krążeniem i oddychaniem, ich nos jest na ogół niedrożny, więc prawie zawsze z niego cieknie, a oddech często przypomina sapanie. Język dzieci z DS jest o wiele większy i szerszy, nie mieści się w jamie ustnej, a ponieważ jest źle umięśniony, więc najczęściej spoczywa na dolnej wardze symptomatycznie półotwartych ust, powodując obfite ślinienie się…” - głosiły uczone, lecz wyjątkowo trafne sformułowania z medycznych książek.

- Kocham cię - mówiła Ewa, ściskając dziewczynkę, z histeryczną gotowością do miłości. Myszka, mrucząc coś w sobie tylko znanym języku, oddawała jej uścisk.

Od czasu powrotu ze szpitala, gdy Ewa podarła wszystkie podsunięte jej i podpisane przez Adama papiery, potwierdzające zgodę na pozostawienie córki w szpitalu i skierowanie do zakładu dla ciężko upośledzonych dzieci - tylko raz, jeden jedyny, doszło między nimi do burzliwej rozmowy. Było to w kilkanaście dni po jej powrocie z luksusowej kliniki. Adam przyszedł z pracy, wyjął z teczki opasłą książkę, rzucił na stół i powiedział:

- Down to choroba genetyczna.

- Genetyczna - powtórzyła niepewnie Ewa, sięgając po tę lekturę, która później miała wypełnić jej noce i dni.

- Genetyczna - powtórzył również Adam, patrząc na nią czujnie, jakby czekając, że dotrze do niej coś, co powinna zrozumieć bez słów. Ale ona nie rozumiała. Adam zaatakował:

- Musisz sprawdzić, kto w twojej rodzinie był… - tu urwał, chcąc znaleźć łagodniejsze słowo, ale stało się: wypowiedział to słowo szybko, gwałtownie, bez zahamowań. Po raz pierwszy padło ono w ich pięknym domu, tak starannie przygotowanym na przybycie dziecka. Nie tego dziecka.

- …kto w twojej rodzinie był debilem.

- W mojej rodzinie…? - Ewa otrząsnęła się i spojrzała oszołomiona. - Dlaczego w mojej?!

- Bo moja zawsze była zdrowa - odparł Adam, wciąż spokojnie, lecz czuło się, że pod warstwą spokoju już drzemał przyczajony krzyk.

- Moja też - powiedziała Ewa nienaturalnie cicho.

- Kłamiesz! - krzyknął. - A babcia?! Ewa zmartwiała.

- Babcia… babcia chorowała tylko na alzheimera - odparła, uświadamiając sobie, że słowem “tylko” kwituje wieloletnią, straszliwą udrękę. Lecz tę udrękę poprzedziło bogate i szczęśliwe życie babci, od kołyski po wczesną starość. A Myszka… Myszka już od pierwszego dnia, ba, od pierwszej godziny, minuty, sekundy swego istnienia była… debilem?!

- Ona nie jest debilem! - zawołała bez związku, uderzając pięścią w stół, lecz Adam milczał wymownie.

Tak, Myszka była niedorozwinięta. Ewa unikała tego słowa. Bała się go. Wierzyła, że jeśli ono nie padnie, to coś odmieni jej córkę: jakiś czar, przypadek, cud.

- Alzheimer to coś innego. To nie jest niedorozwój. To choroba starczego wieku. A Myszka ma downa - powiedziała, siląc się na spokój.

- Tak, twoja córka ma downa, down zaś to choroba genetyczna. Dziedziczna - powtórzył z naciskiem Adam, odwrócił się i wyszedł.

To właśnie od tej książki przyniesionej przez Adama półka w sypialni zaczęła zmieniać wygląd. Przybywały kolejne fachowe dzieła o chorobie Downa i popularne poradniki; ich okładki były ciemne, nieefektowne, a formaty niedopasowane do innych. Jedne wystawały z równego rzędu, inne niknęły obok grubszych tomów, Ewa zaś powoli uczyła się ich prawie na pamięć.

Niedorozwój kojarzy się każdemu z brakiem. Ku swemu zdumieniu Ewa przeczytała, że DS powstaje za sprawą nadmiaru. Myszka urodziła się bogatsza o jeden chromosom. Nie każde, bogactwo daje szczęście, pomyślała gniewnie.

Dziecko ma 23 pary chromosomów, a w każdej parze jeden pochodzi od matki, drugi zaś od ojca. Dwudziesta trzecia para jest inna: jeśli rodzi się chłopiec, parę stanowią chromosomy X i Y, gdy na świat przychodzi dziewczynka - posiada ona dwa chromosomy X. Dzieci z DS mają poza jedną, dwudziestą pierwszą, parą chromosomów wszystkie pozostałe pary prawidłowe. Parze dwudziestej pierwszej towarzyszy dodatkowy trzeci chromosom. Stąd inna nazwa DS - trisomia 21…

- Bingo! Wygrałaś! Masz oczko, Ewa! - powiedziała głośno sama do siebie w dniu, w którym o tym przeczytała, i stuknęła kieliszkiem czerwonego wina w swoje odbicie w lustrze. - Oczko! Wiesz, ilu hazar-dzistów chciałoby je mieć?!

Lektura medycznych książek i poradników pomagała zrozumieć DS, ale nie była w stanie go wyleczyć. TO nie było do wyleczenia. Świadomość nieuleczalności choroby Myszki była najgorsza.

- Tylko cud… - powiedziała sobie Ewa pewnego dnia, odkładając kolejną medyczną książkę. - Cud - powtórzyła. - Ale cudów nie ma - dodała głośno.

I nagle przed jej przymkniętymi oczami zjawiła się oprawiona w ciemną skórę gruba Księga, którą razem z rzeczami po babci wyniosła na strych.

“Cud?”, zamyśliła się, początkowo niepewna, a potem z rosnącą nadzieją. Cuda zdarzały się jedynie w tej Księdze, którą poznała jako mała dziewczynka i porzuciła, będąc na studiach. Teraz uczepiła się gorączkowo własnej pamięci o niezwykłych wydarzeniach, które Księga opisywała.

- Tylko cud… - powtarzała, biegnąc po schodach na pierwsze piętro, a potem na strych.

- Cud… - mówiła, czyniąc z tego słowa swoją mantrę.

- Cud… - powtarzała, zapalając zmętniała żarówkę i przekopując się przez stertę wyrzuconych rzeczy. Leżały tu teraz nieruchome, samotne, przykryte grubą warstwą kurzu.

- Dlaczego to wszystko wyrzuciłam? - zadała sobie pytanie i nie odpowiadając na nie, szukała nadal.

Książki, te po babci, mamie i wreszcie jej własne, leżały w kilku pudłach. Na szczęście Myszka akurat spała i Ewa mogła przerzucać je, szukając tej jednej jedynej - a przy okazji odkładała na bok także inne, ze wzruszeniem przywołując wspomnienia z nimi związane.

- Trzeba je na nowo przeczytać - powiedziała do niebie, pełna wiary, że to zrobi. Uświadomiła sobie, że od paru lat czyta tylko dzieła medyczne i harlequiny, gdyż jej zmęczony mózg najlepiej trawi schematy prostych miłosnych opowieści z happy endem lub jaskrawą pulpę kolorowych magazynów. Ułożyła wysoki stos książek, zniosła go na dół i upchnęła na tej eleganckiej polce, do której wszystko dobierało się niegdyś według kształtu tomów i koloru okładek.

A potem znalazła Księgę. Bardzo stare wydanie. Nowszych nie było w domu. Nikt ich nie potrzebował. To była stara, zniszczona babcina Biblia, pamiętająca zapewne czasy nieznanej prababci czy pradziadka.

- Tylko cud… - powtarzała swoje zaklęcie, taszcząc ze strychu naręcze koralików, trzy drewniane ptaszki, siedem słoni i Księgę. Bo właśnie tak zapamiętała to słowo z dzieciństwa: wszystko, co zadrukowane, w okładkach, było książką, oprócz tej jednej jedynej. Ta liyla Księgą. Tak mówiła babcia.

“Pierwsze księgi Mojżeszowe. Genesis” - przeczytała, prawie sylabizując, jakby uczyła się na nowo czytać. I tak w istocie było.

Myszka raczkowała u jej stóp, a ona głośno czytała:

“Rozdział I. Świat i wszystko co w nim jest przez sześć dni Pan Bóg stworzył. Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię. A ziemia była niekształtna i próżna, i ciemność była nad przepaścią, a Duch Boży unaszał się nad wodami. I rzekł Bóg: Niech będzie światłość; i stała się światłość. I widział Bóg światłość, że była dobra…”

Myszka, słysząc jej głos, uchwyciła inny niż znany dotąd rytm, całkiem inną melodię zdań i spojrzała na nią z ukosa, przekręcając głowę i zamykając usta.

W przeciwieństwie do innych dzieci, Myszka zawsze miała rozchylone wargi, zaciskała je w chwilach emocji. Początkowo Ewa wierzyła, że może mieć na to wpływ; że nauczy córeczkę trzymać zamknięte usta, aby nie sączyła się z nich ślina. Że przekona ją do chowania języka. Że zapanuje nad ciągłym kapaniem z nosa, jeśli dziewczynka będzie mieć pod ręką chusteczki higieniczne. Potem dała spokój. Widocznie Myszka z jakichś powodów musiała mieć otwarte usta. Może brakowało jej tchu? Może jej system oddechowy pracował właśnie tak, ze wspomaganiem przepływu powietrza przez usta?

- Przecież na tym polega zespół Downa, idiotko - powiedziała sobie.

A gdy Myszka zaczęła drzeć na strzępy chusteczki higieniczne, Ewa zrozumiała, że którąkolwiek z książek o DS będzie studiowała - wszystko idealnie będzie pasowało do jej córki: darcie chusteczek, załatwianie się pod siebie, choć już mijały trzy lata, niszczenie zabawek, niekontrolowana agresja połączona z szokującą ufnością i potrzebą miłości. Lecz przede wszystkim te zawsze otwarte usta, z wysuniętym, wspartym o dolną wargę grubym językiem. Powód, dla którego usiłowała ukrywać Myszkę przed Adamem, o co nie było trudno, z racji jego coraz częstszej nieobecności. Pamiętała, że wtedy w szpitalu, gdy podarła papiery, które miała podpisać, Adam krzyczał, że nie zniesie w swoim domu śliniącej się idiotki, że nigdy nie uzna czegoś takiego za swoje dziecko. A przecież wówczas żadne z nich nie wiedziało, że ślinienie się to jedna z typowych cech DS. W ogóle wszystkie opisywane w medycznych książkach objawy DS Myszka prezentowała w nieskończonym wręcz bogactwie wariantów.

Ale teraz dziewczynka słuchała głosu matki i jej wargi były zaciśnięte, co dowodziło najwyższego stopnia skupienia. Jeśli w jej przypadku można mówić o jakimkolwiek skupieniu. Z Myszką nigdy nic nie było pewne. Ewa wciąż nie mogła pojąć, jakimi drogami i w jakim rytmie chodzą myśli Myszki. Czasem wydawało się, że płyną leniwie, tak wolno, że niemal stoją w miejscu. A były chwile, gdy w skośnych, mongolskich oczach Ewa dostrzegała światło rozumu i wyraz głębokich uczuć - jakby ktoś od grania na fortepianie jednym palcem przeszedł nagle do dziesięciopalcowych etiud.

- Maa - mówiła czteroletnia Myszka, wpatrując mc; w skupieniu w ścianę (trzymała się jej, bo dopiero teraz zaczynała samodzielnie chodzić, ale tych kilka kruków umiała postąpić tylko wtedy, gdy jej rączka wspierała się o podpórkę). Godzinę temu Ewa, stojąc przed nią w jasnym słonecznym świetle, wskazywała na niebie, powtarzając to dwusylabowe, ważne słowo. Myszka milczała jak zaklęta. Wydawała z siebie mruczące dźwięki, w których trudno było dosłuchać się sensu.

“Może jest jej obojętne, czy ja to ściana, czy ja to ja?”, myślała niekiedy z rosnącym poczuciem beznadziei.

- Maaa… - wypowiadała nagle Myszka, a Ewa przytulała ją do siebie w gwałtownym paroksyzmie radości.

Mama, tak… - mówiła z zachwytem, uznając Myszkowe “maa”, wypowiedziane w wieku trzech lat, za osiągnięcie równe płynnemu czytaniu przez czterolatka (niejeden raz zastanawiała się nad tym, czy przypadkiem mały geniusz nie jest równie wielkim kłopotem jak mały muminek).

A teraz codziennie czytała Myszce Biblię, przekonana, że dziewczynka jej słucha, zaciskając wargi. Ponieważ miała uczucie, że dziewczynce spodobały się tylko pierwsze strony, najbardziej wizyjne, mówiące o stwarzaniu świata, więc powtarzała je bez końca, zwłaszcza że sama poczuła w sobie ich zdumiewającą moc. Moc cudu.

“Wszystko, co On stworzył, było cudem i było dobre. To my, ludzie, zrobiliśmy z tym coś złego”, rozmyślała, a jej wzrok wędrował ku Myszce. Ewa zastanawiała się, czy stwarzanie takich istot było Jego świadomym zamysłem, czy też ich narodziny są skutkiem fatalnych decyzji człowieka. Człowieka, który idealnie zaplanował całe swoje życie, lecz nie pomyślał o tym, że zbyt późno urodzone dzieci mogą być albo wybitnie inteligentne, albo wybitnie niedorozwinięte - uśmiechnęła się bez wesołości.

Ewa nadal nie lubiła słowa: “niedorozwinięty”. Nawet angielski skrót “DS” brzmiał jej w uszach jak skrobanie paznokciem po szybie. Pewnego dnia w osiedlowym sklepie, gdy jakaś kobieta ukradkiem wpatrywała się w Myszkę, a w jej ciekawości było coś nachalnie agresywnego, Ewa najechała na kobietę wypełnionym zakupami wózkiem, stuknęła ją boleśnie w nogę i spytała ostro:

- Nie widziała pani dziecka pogryzionego przez pszczoły?!

Potem było jej wstyd. Nie własnej agresji. Było jej wstyd, że wstydzi się Myszki, jej nieforemnych kształtów, nabrzmiałej i obślinionej buzi.

A były dni, że bardzo się wstydziła; gdy Myszka była przeziębiona (chorowała często, jak wszystkie dzieci z DS), cieszyła się, że zostaną w domu, unikną ciekawskich lub współczujących spojrzeń na ulicy, w sklepie, w parku. To były dni, gdy doskonale rozumiała Adama i gdy zazdrościła mu łatwości, z jaką się od nich oddalił.

…więc Ewa codziennie czytała Myszce Biblię, mimo że dziewczynka miała dopiero cztery latka i trudno było przypuszczać, by coś z niej rozumiała. Ale to nie miało znaczenia. Głośne czytanie Biblii stało się dla Ewy czymś podobnym do recytowania mantry. Czytała słowo po słowie, zdanie po zdaniu, wyraźnie, melodyjnie, Starannie akcentując wyrazy. Im dłużej czytała, tym bardziej te długie, niezwykłe sekwencje równie niezwykłych zdań przypominały muzykę. Umykało znaczenie słów, pozostawała dziwna, hipnotyzująca melodia. Przewracała kartkę, kończyła na szóstym dniu stworzenia, przemykała się przez dzień siódmy, żałując, że nie ma ósmego (co On by wtedy stworzył…?) - i wracała do początku. ł

Gdy wracała, wszędzie znowu panował mrok, ziemia była niekształtna i pusta, wokół królowała ciemność, ale za chwilę ktoś znowu mówił: “Niech się stanie światłość” - i światłość stawała się równie szybko jak wówczas, gdy wchodziła do ciemnego pokoju i zapalała lampę.

Wkrótce pierwsze karty Księgi umiała na pamięć. (Klwracała je już tylko dla zasady, a potem, patrząc na Myszkę, śpiewnie recytowała słowa Genesis.

Początkowo Myszka wydawała się oczekiwać na tę chwilę. Lecz wkrótce widać było, że oswoiła się z czytaniem; gdy Ewa otwierała Księgę i nie patrząc na druk, melodyjnie wchodziła w pierwszą frazę - dziewczynka opadała na kolana i łokcie, wyruszając w swoje podróże po domu. Nie słuchała, nie mogła słuchać, nie w tym wieku, nie przy tak ospale pracującym umyśle, a jednak gdy Ewa opóźniała moment rozpoczęcia czytania, dziewczynka zatrzymywała się koło stolika, na którym leżała Księga, jakby czekając, kiedy matka weźmie ją do rąk.

Myszka raczkowała do ukończenia czwartego roku życia. Właśnie wtedy, gdy na stole stanął malutki urodzinowy torcik z czterema małymi świeczkami, dziewczynka zaczęła stawiać pierwsze samodzielne kroki, nie potrzebując już tak kurczowo chwytać się mebli czy opierać o ścianę. Wcześniej zaciskała dłoń na zabawce, na kubku z mlekiem, na ręce Ewy, którą to wzruszało, choć chwilę później przychodziła fala irytacji, gdyż Myszka nie zwalniała uścisku, trzymała mocno, niemal rozpaczliwie, Ewa zaś wiedziała - wyczytała z naukowych książek - że dzieci z DS nie mają problemu z chwytaniem, lecz długo i cierpliwie należy uczyć je rozluźniania uchwytu i wypuszczania przedmiotu.

…więc zanim Myszka stanęła na nogi, Ewa wciąż czytała jej te same dwie pierwsze stronice Księgi. Dziewczynka sapała, pociągała głośno nosem, wydawała różne mruczące, nieartykułowane dźwięki, w których Ewa dopatrywała się oznak zainteresowania lekturą.

Pierwszym słowem, jakie Myszka wypowiedziała - oczywiście o wiele później niż inne dzieci (miała około czterech lat) - nie było “mama”, “tata”, “baba”. Myszka powiedziała “buuu”. Ewa ani przez chwilę nie wątpiła, że naprawdę dziewczynka chciała powiedzieć “Bóg”. Było to możliwe, gdyż słowo to na stronach Księgi odmieniało się przez wszystkie przypadki, a Myszka słyszała je wiele razy na dobę. Doba wciąż przybierała u niej własny rytm, w którym światłość mogła być w nocy, noc zaś w dzień, co początkowo Ewę fizycznie wykańczało, lecz później przywykła.

- Buuuu - powtarzała Myszka, dotykając ścian, mebli, matki i zabawek, którymi nie umiała się bawić. Umiała je tylko niszczyć.

- Tak, Bóg - przytakiwała Ewa.

Mijały kolejne dni, tygodnie, miesiące i lata. Cud nie następował, ale Ewa już przestała się go spodziewać. Za to kształtował się wygląd Myszki tak typowy dla DS: krótki nosek, okrągła twarz, w której uderzały skośne, podpuchnięte oczy pod nawisem grubym powiek, otwarte usta, język wsparty o dolną wargę, nieforemny, spłaszczony tył głowy. Myszka miała też charakterystycznie szeroki i krótki kark, słabo umięśnione nogi i ręce oraz uderzająco krótkie i grube palce u rąk. Cała była gruba, nieforemna, jakby Stwórca pomylił proporcje. Echokardiografia, w zgodzie z większością opisów medycznych, wykazała wadę serca. Laryngolog potwierdził niedrożność nosa, internista przyznał, że Myszka ma kiepski system oddechowy, a wszyscy razem ostrzegli Ewę, że bardzo duży procent osób z zespołem Downa zapada wcześnie na alzheimera, zwłaszcza przy tak dużym stopniu upośledzenia.

- Na alzheimera… - powtórzyła Ewa i nagle uświadomiła sobie, że Adam miał rację. Skoro między zespołem Downa a chorobą Alzheimera występuje jakiś związek, zatem to ona obdarzyła córkę nadprogramowym chromosomem.

- Oczko! - powtórzyła znowu z histerycznym śmiechem. - Tak, to moja osobista wygrana. Adam wiedział, o co mnie oskarża…

Słowa kobiety ze szpitala, Anny - to zdumiewające, niepojęte określenie: Dar Pana - rozbrzmiewały jej czasem w uszach, zwłaszcza wtedy, gdy zabierała Myszkę na zakupy, a dziewczynka miała właśnie biegunkę (przewód pokarmowy dzieci z DS był również słaby) i w najmniej pożądanym momencie, gdy znajdowały się wśród kolorowych towarów, na rajtuzach Myszki rozlewała się burobrązowa, cuchnąca plama. Wszyscy powoli odsuwali się i prawie nie było przypadku, by ktoś nie powiedział głośno:

- Czy musi pani z takim dzieckiem wchodzić do spożywczego?

Te słowa - Dar Pana - przychodziły jej także na myśl, gdy ukośne spojrzenie Myszki wędrowało ku niej ze świadomym zamysłem, na ustach pojawiał się ufny i czuły uśmiech, a chropawy i gruby głos powtarzał: “Maaa…oć…oć…”

A przecież była jeszcze ta nie rozpoznana, niepokojąca ciemna plamka na mózgu. Ewa nie wiedziała, czy właśnie ta plamka jest przyczyną znaczniejszego niż u innych dzieci z DS opóźnienia w rozwoju, czy też jest sprawczynią rzadkich momentów, w których wydaje się, że córka rozumie więcej, niż potrafi okazać.

“Gdyby przyszła na świat wówczas, kiedy byłam na ostatnim roku studiów… Wtedy gdy Adam dopiero rozkręcał firmę i przytrafiła się nam tamta wpadka… Tak to nazwaliśmy: «wpadką». I usunęliśmy tę «wpadkę», wierząc, że jeszcze nie mamy warunków na dziecko… Gdybyśmy jej wtedy nie usunęli, może byłby w niej tylko ten ufny uśmiech i całkiem normalna reszta”, myślała czasem Ewa, lecz zaraz świadomie wyrzucała tę myśl z pamięci. Gdybanie nie miało sensu. A zresztą niemowlę urodzone dziesięć lat temu nie byłoby ulepszoną Myszką, lecz całkowicie innym dzieckiem. “Może właśnie tym wymarzonym przez Adama synem?”, myślała z gorzką ironią.

Pewnego dnia, gdy kartkowała Księgę, przeczytała o matuzalemowym wieku biblijnych praojców i zaczęła się śmiać: Adam spłodził syna, gdy miał 130 lat, 105-letni Set spłodził Enosa, Noe miał lat 500, gdy został ojcem Sema, Chama i Jafeta…

- …a wszyscy urodzili małe mongoły, i to po nich, po praprzodkach wszystkich ludzi, Myszka odziedziczyła dodatkowy chromosom! - krzyknęła na cały dom, a dziewczynka spojrzała na nią poważnym i, jak jej się zdawało, rozumiejącym wzrokiem.

Ewa nie pamiętała dnia, w którym odłożyła Księgę wysoko na półkę - aby nie wpadła w niszczące rączki Myszki - i więcej nie zamierzała po nią sięgać. Za to zdjęła z półki, podniszczony jeszcze w dzieciństwie, wygrzebany na strychu opasły egzemplarz baśni, w tym baśni braci Grimm i Andersena. Najpierw przeglądała go, przypominając sobie przeżycia związane z ulubioną lekturą z dzieciństwa, a potem starannie zaczęła wybierać baśń, którą zamierzała czytać Myszce.

Czerwony Kapturek…? Biegał, skakał i śpiewał, nim dotarł do babci. Myszka tego nie umiała, będzie jej przykro. Królewna Śnieżka… Czy krasnoludki nie są zbyt pokraczne? Może dziewczynka się wystraszy? Śpiąca Królewna… Pewnie jej nie zaciekawi, skoro śpi aż sto lat. Dziewczynka z zapałkami… Na końcu opowieści umiera. Kopciuszek…? Sierotka zostawiona przez ojca, do której przyjdzie dobra wróżka i wszystko cudownie odmieni?

Myszka miała już pięć lat. Wciąż nie chodziła do integracyjnego przedszkola, ponieważ nadal zdarzało się jej nie zawołać w porę i na rajtkach rozlewała się nagle bura plama. Ewa potrafiła wtedy zakląć, brutalnie i głośno, tak że trwożliwie dygotały ściany w tym eleganckim niegdyś domu. (Z zewnątrz wciąż był reprezentacyjny, “prawie rezydencja”, myślała z ironią; wewnątrz wszędzie widać było ślady niszczącej działalności Myszki i poddania się Ewy; na jasnych obiciach mebli przybywały nowe plamy z kakao, nutelli lub “nagłych przypadków” dziewczynki, Ewa zaś nie czyściła ich zbyt skrupulatnie, wiedząc, że i tak pojawią się nowe. Gdyby przewidziała narodziny takiego dziecka, obiłaby meble ciemnymi pokrowcami, zrobiłaby podłogi z łatwo myjących się kafelków, a ściany pomalowała na brązowo). Wciąż odwlekała decyzję o wysłaniu Myszki do przedszkola. To nie było typowe dziecko z DS - to było inne dziecko. Nie miała odwagi powiedzieć wprost, że gorsze.

Przerażeniem napełniała Ewę myśl o szkole. Dzieci z DS chodziły do szkół specjalnych, mimo że powstawały już pierwsze szkoły integracyjne. Ewa bała się i jednej - raz na zawsze bowiem sytuowała ona Myszkę w kręgu dzieci skrajnie niedorozwiniętych - i drugiej, która, jej zdaniem, miała zmusić normalne dzieci do tolerowania “innych”. Sprawnych inaczej, jak powtarzała sobie z ironią.

- A może te normalne wcale tego nie chcą? - myślała. - Ja bym na ich miejscu nie chciała…

Spoglądała na córkę i powtarzała z gniewną szczerością: Nie, nie chciałabym mieć w szkole takiej koleżanki… W ten sposób obie - Ewa i Myszka - skręciły do Zaułku Dla Niechcianych, z którego trudno było wyjść.

Wertując równie grubą jak Biblia księgę z baśniami (już odkryła, że księgi jednak są dwie; wszystkie pozostałe to “zwykłe książki”) - zdecydowała się na Kopciuszka. Opowieść o upośledzonej przez życie, pozbawionej matki i ojca dziewczynce wydawała się pasować do nich. Ona także wyobrażała sobie niekiedy, że jest złą macochą: wtedy gdy nie wytrzymywała nerwowo i potrząsała brutalnie Myszką, chcąc wydobyć z niej artykułowane zdanie lub choćby dwa słowa; albo gdy Myszka, choć mozolnie uczyła się “porządku”, znów zawołała za późno i nie zdążyły dobiec do łazienki. Zdarzało się jej także trzepnąć dziewczynkę, gdy bezmyślnie - lub w przypływie agresji - niszczyła książki, zabawki, tłukła filiżanki i kubki (“…dzieci z DS bywają bardziej agresywne niż normalne”…).

“Tak, jestem macochą”, myślała wtedy, patrząc na wybuchy spontanicznego gniewu lub namiętnej rozpaczy córki.

Myszka, którą długo i cierpliwie uczyła, jak wypuszczać z ręki kubek z mlekiem i stawiać na stole, wydawała się jej podobna do Kopciuszka siedzącego w ciemnej kuchni i mozolnie oddzielającego groch od maku.

- …ale do nas nigdy nie przyjdzie dobra wróżka - powiedziała głośno i otworzyła księgę z baśniami.

I wtedy zaczęły się lata z Kopciuszkiem. Dokładnie - dwa. Dwa pełne lata, gdy codziennie czytała córce tę jedną, jedyną baśń, a jeśli czyniła jakiekolwiek odstępstwo, wprowadzała najmniejszą zmianę w treści, Myszka krzywiła się i wybuchała spazmatycznym płaczem. Kopciuszek musiał przeżywać wciąż i wciąż to samo, opowiadane tymi samymi słowami, ba, z równie długą przerwą na oddech, czy nawet poprzez tę samą mimikę czytającej Każda, nawet drobna zmiana stawała się katastrofą. A katastrofa w wydaniu dziecka z DS była rozdzierającym, nie kończącym się krzykiem o pomoc.

Ewa zrozumiała, że poczucie bezpieczeństwa Myszki tkwi w niezmienności. Niezmienności słów Biblii, nie-zmienności losów i uczuć Kopciuszka, niezmienności rozkładu wnętrz tego domu, w powtarzającym się rytuale rozpoczynania i kończenia dnia, w cykliczności, z jaką nadchodzi noc i dzień. A nawet w stałości, z jaką unikał ich Adam. Ale przede wszystkim w nieodmienności faktu, że Kopciuszek pod koniec baśni przeobrażał się w lekką, zwinną, piękną dziewczynę, tańczącą na balu.

Myszka próbowała czasem zatańczyć tak, jak zapewne Kopciuszek tańczył na balu u księcia, ale Ewa nigdy by się tego nie domyśliła, patrząc na dziwaczne, ciężkie, pozbawione wdzięku podrygi córki.

- Co robisz? Skaczesz? - pytała wyrozumiale i odwracała szybko głowę, gdyż konwulsyjne ruchy dziewczynki wprawiały ją w stan irytacji i zażenowania, których nie chciała okazać.

Myszka miała sześć lat, chodziła już sama bez żadnych podpórek; umiała wyjść i zejść po schodach, ale tych rozpaczliwych i ciężkich podskoków, nieporadnych wymachów rąk i szurania niezgrabnych nóg po podłodze jej matka nigdy nie skojarzyła z tańcem.

A jednak Myszka tańczyła. Tańczyła jak Kopciuszek na balu. Jak motyl w letni dzień. Tańczyła pięknie, zwinnie i leciutko, jak panie w telewizorze lub zwiewna wróżka z reklamy płynu do zmiękczania tkanin, która fruwała ponad kolorowymi ręcznikami.

Ewa nie od razu zorientowała się, że Myszka nie zawsze lubi oglądać telewizję, że częściej się jej boi. Jak wszystkie matki miała zwyczaj sadzać córkę na podłodze przed szklanym ekranem, myśląc, że ruchliwość i wesołe barwy dobranocek lub MTV przykują jej uwagę, sama zaś będzie mogła zająć się kuchnią lub przejrzeć kolorowe magazyny. Ale feeria barw MTV i zmienność kadrów szybko nużyły Myszkę, do tego stopnia, że zamykała oczy, by od nich uciec. Ewa dostrzegła też, że Myszkę niepokoją telewizyjne dobranocki. Sprawiała wrażenie, jakby chciała wiedzieć, co dzieje się z ich bohaterami poza ekranem, dokąd poszli i o czym mówią, gdy już ich nie widać. Niekiedy dobranocki ją wręcz przerażały, i to wtedy, gdy miały być wesołe. Gdy pies Pluto przejeżdżał swoim pojazdem po małym kocie - który rozpłaszczał się jak dywanik - Myszka krzyczała. I nie pomagał widok zwierzaka, który za kilka sekund podnosił się z ziemi, otrzepywał i przeobrażał w Kota Któremu Nic Się Nie Stało. Zwierzak z kreskówki biegał wesoło, lecz Myszka nadal krzyczała i nie chciała przestać.

Ewa nie zwróciła też uwagi na to, że najbardziej niepokoją Myszkę telewizyjne “Wiadomości”. Sama oglądała je z rutynową ciekawością, a wojny, katastrofy, wypadki i przestępstwa zaliczała raczej do tajemniczej kategorii - newsów niż do autentycznych wydarzeń. Kolorowy ekran, na którym po relacji o katastrofie pociągu lub wybuchu kolejnej wojny w odległym, niewielkim kraju pojawiała się reklama margaryny, neutralizował jej emocje, odrealniał dramatyzm wydarzeń. Nie pomyślała, że w przypadku .Myszki może być inaczej: że szklany ekran był dla niej światem, stwarzanym na jej oczach, podobnie jak świat w Księdze, i wszystko, co się w nim działo, dziewczynka traktowała z ogromną powagą. Wojna miała dla niej wymiar wojny, a katastrofa była prawdziwą katastrofą, a nie zręcznym montażem paru filmowych klatek oglądanych jako dodatek do kolacji. Za to Ewa zauważyła, że Myszka z ogromnym zainteresowaniem ogląda reklamy. Niektóre z nich wzbudzały jej żywą reakcję, jak na przykład klip zachwalający telefony komórkowe. Przez szklany ekran przebiegał elegancki, przystojny mężczyzna z telefonem przy uchu i z czarną teczką, który niezwykle się śpieszył. Myszka krzyczała wówczas, śliniąc się bardziej niż zwykle:

- Ta! O!

To Ewa od razu pojęła: mężczyzna z reklamy kojarzył się Myszce z ojcem. I rozumiała, dlaczego: obaj uciekali, choć każdy w sobie wiadomym kierunku. Obaj śpieszyli się i żaden nie miał czasu dla Myszki.

Ale najbardziej Myszka lubiła wideoklipy i reklamy, w których ludzie sprawiali wrażenie, że tańczą - lub tańczyli naprawdę. Dziewczynka zastygała wtedy nieruchoma w swym skupieniu, z buzi sączyła się jej ślina, z nosa kapało częściej niż zwykle, i wpatrywała się w ekran aż do bólu mongolskich oczu. Taniec był dla Myszki w dostępnym jej świecie czymś najpiękniejszym, co mogła zobaczyć.

Myszka mówiła “ta, o!”, mając na myśli uciekającego “tatę” z reklamy i prawdziwego tatę z ich domu, ale mówiła też “taaaa”, co oznaczało taniec - tego Ewa nigdy nie rozszyfrowała. Rozmowy z Myszką bowiem pełne były szyfrów i choć Ewa większość z nich odgadła, owo “taaaa” pozostało sekretem, bardzo długo znanym wyłącznie dziewczynce.

Teraz, gdy miała już sześć lat, nie tylko umiała sama chodzić. Umiała sama się bawić. Zaczęła wymawiać więcej słów, a nawet całe zdania - lecz były one zrozumiałe tylko dla Ewy. Tajemnicze “buuuu” (Ewa przestała sądzić, że oznacza Boga, uznała je za dźwięk przypadkowy) zastąpiło oczywiste “baaa” - czyli bajka. Mogłoby to też oznaczać “babcia”, ale babci nie było.

“Dlaczego nie ma babci?”, zamyśliła się Ewa, mając na myśli babcię Adama, lecz szybko odrzuciła tę myśl. Ta myśl była ciężarem, a jeden ciężar w postaci Myszki w zupełności wystarczał.

- Baaa psuta? - pytała czasem Myszka przestraszonym głosem i Ewa wiedziała, o co chodzi: Myszka sądziła, że bajka o Kopciuszku jest zepsuta, bo Ewa znowu, bezwiednie, przekręciła słowo.

…nie, nie zawsze bezwiednie. Niekiedy robiła to świadomie. Gdy była zmęczona, gdy miała wszystkiego dość, a Myszka wciąż domagała się czytania o Kopciuszku - Ewa przyłapywała się na tym, że chce córce zrobić na złość; w skrajnych wypadkach, gdy jej gniew na nieporadność dziewczynki wzrastał (kiedy indziej ta nieporadność wzruszała), Ewa potrząsała dzieckiem jak małym psiakiem i krzyczała z irytacji lub bezsilności. Jednak zawsze gdy się opamiętała, przychodziły chwile skruchy, wstydu, płaczu nad własną słabością. Myszka też wówczas płakała - i płakały obie, każda z innego powodu.

- Maa, taaaa…! - mówiła Myszka, pragnąc, by matka zatańczyła, porzucając wszystkie zmartwienia. (Taniec był według Myszki wyrazem największej radości, lekarstwem na wszystko, co złe, zapowiedzią piękna, które nieuchronnie musi nadejść i niewątpliwie nadejdzie; taniec był wyzwoleniem). Ewa zaś płakała jeszcze bardziej, przekonana, że córka upomina się o obecność ojca. A potem, zmęczone i zarazem uspokojone płaczem, powracały do świata baśni.

Przeważająca część opowieści o Kopciuszku toczyła się w kuchni, gdzie mała sierotka spędzała czas, gdyż w pokojach królowała macocha z córkami. Kuchnia z bajki była ciemna, ponura, bez okien, z wielkim staroświeckim piecem i ogromnym stołem, z potężnymi żelaznymi garami, z zawieszonymi u pułapu wiankami czosnku i cebuli, z drewnianym zydelkiem dla Kopciuszka zamiast wygodnego krzesła. A przynajmniej taką kuchnię widać było na obrazku w starej księdze z baśniami. Myszka wpatrywała się w ten obrazek i potrafiła - na wypowiedziane przez Ewę słowo - wskazać właściwy przedmiot. Stół, krzesło, cebula, garnek, lampa. Ogromną trudność sprawiało jej jednak zrozumienie, że kuchnia w ich domu - sterylna, z kafelkami, z białymi meblami i różnymi zautomatyzowanymi urządzeniami - jest również kuchnią.

- Neee, ne kuuunia - kręciła głową, ale Ewa uparcie wskazywała na obrazek i prowadziła ją do ich kuchni, żeby Myszka pojęła, iż mogą być dwie rzeczy o tej samej nazwie, nawet jeśli wyglądają różnie. Dla Ewy była to tylko część żmudnej edukacji córki - dla Myszki jedna z niepojętych zagadek świata, dramatyczna w skutkach pomyłka dorosłych.

Myszka wreszcie pojęła. I choć różnica była ogromna, dziewczynka uwierzyła, że ich domowa kuchnia jest zarazem baśniową kuchnią Kopciuszka. Teraz, kilka razy na dzień, dziewczynka wchodziła do jasnej kuchni - nie przypominającej ani trochę tej z ilustracji - i czekała. Siadała na niskim, wyściełanym miękko stołeczku, niczym zydelek z bajki, przeznaczonym specjalnie dla niej, i nieruchomiała na długie chwile w swej ociężałości. Minęło wiele dni, nim jej zachowanie, nieruchome siedzenie na stołeczku, powtarzalność tego rytuału i większe niż zwykle skupienie zaintrygowały Ewę.

- Co robisz? - spytała pewnego dnia.

- Ceeeek… - odparła ufnie Myszka.

- Na co czekasz? - zdziwiła się Ewa.

- Wuuuuka…..

Ewa zagryzła wargi. Wróżka z baśni o Kopciuszku była również jej obsesją. Czasem, gdy zasypiała, wyobrażała sobie, na granicy jawy i snu, że to zła wróżka zamieniła jej dziecko. Już w szpitalu miała dziecinną nadzieję, że ktoś nagle wejdzie i powie:

- Droga pani, pomyliliśmy się, to nie jest pani córka!

Tamto prawdziwe dziecko miało być śliczne, jasnowłose, z dużymi oczami, z pełnymi ustami rozchylającymi się w uśmiechu. Mała, śliczna Barbie. Zła wróżka dała to piękne dziecko komuś innemu…

- …a mnie dała poczwarkę - powiedziała Ewa głośno w dniu, w którym bolała ją głowa, dotkliwie odczuwała obcość Adama, martwe przedmioty stawały jej na drodze, boleśnie szturchając, gdy przechodziła, Myszka zaś zachowywała się wyjątkowo nieznośnie. I choć tylko raz się zdarzyło, że Ewa nazwała córkę “poczwarką”, jednak wciąż dźwięczało jej w uszach to straszne słowo - i nagle, gdy to sobie uświadomiła, rzuciła się na Myszkę z niekontrolowaną gwałtownością, tuląc ją do siebie tak, że dziewczynka była bardziej wystraszona niż szczęśliwa. Instynktownie wyczuwała, że w ogromie matczynej miłości przeważają rozpacz i poczucie beznadziei, a brakuje radości. Mama nie uśmiechała się tak często, jak panie z telewizora. Mama nie tańczyła i nie śpiewała, jak panie z reklamy. Mama nie rozmawiała, z zaraźliwą energią, z innymi kobietami w sklepie czy na ulicy. Mama była inna. Inność mamy Myszka instynktownie kojarzyła z własną odrębnością.

A teraz Ewa stała w jasnej, pogodnej kuchni i pytała z niepokojem:

- Co ma zrobić wróżka?

Myszka bezradnie wzruszyła ramionami, a potem pokazała na siebie palcem. Stała tak chwilę, aby nagle wyrzucić rączki w górę i niezgrabnie podskoczyć. Ewa po części zrozumiała: wróżka miała przemienić Myszkę w lekką, tańczącą dziewczynkę z balu u królewicza. Nie pojęła jednak całej prawdy: Myszka chciała, by ta przemiana dotyczyła jej już na zawsze. Chciała tańczyć zawsze. Myszka wierzyła, że taniec to także wyraz miłości do wszystkiego, co się kocha. A kochać można było prawie wszystko: mamę, dom, uciekającego tatę, motyle nad trawnikiem i miękkość trawy, starą lalkę z wyrwanymi włosami, pluszowego misia bez nogi, podartą książkę (Myszka darła książki wyłącznie z miłości).

- Więc co ma zrobić wróżka? - powtórzyła Ewa drżącym głosem, a gdy Myszka znów podskoczyła niezgrabnie i wzniosła ręce w górę, Ewa odparła: - Wróżka tego nie umie… Wróżki umieją jedynie przemieniać zwykłych ludzi, takich jak my wszyscy, w kogoś tak niezwykłego jak ty - dodała w przypływie natchnienia.

- Nee cee - powiedziała Myszka i w tej samej chwili spadł na nią dodatkowy ciężar, oprócz tej trochę oswojonej już ociężałości własnego ciała: ze słów mamy pojęła, że żadna wróżka nie da jej tego, na co czeka.

I Myszka przestała czekać na wróżkę. Lecz właśnie wtedy wróżka przyszła we śnie. Powiedziała, że wszystko, na co Myszka czeka, jest na górze. Ale musiały minąć dwa lata, zanim Myszka dowiedziała się, gdzie jest góra. Bo każda wiedza, nawet najprostsza, przychodziła do Myszki z opóźnieniem i z wyraźną niechęcią.

 

Dzień pierwszy: strych

 

Choć Ewa od kilku lat nie czytała głośno Księgi, Pan wciąż od nowa stwarzał swoje światy. Co dzień stawała się światłość, ‘noc oddzielała się od dnia, a światłość uczyła się rozszczepiać na siedem kolorów tęczy.

Stwarzając, Pan zawsze rozglądał się za swymi Darami, za dziećmi rozrzuconymi po różnych światach, i przywoływał niektóre z nich z powrotem, by dać im lekkość motyla i umiejętność tańca. Pan wiedział, że taniec to radość życia, radość świata, radość z własnego ciała - i obdarzył je tęsknotą za nim. Tęsknotą za tym, co niemożliwe. Po to, by zarażały nią ludzi.

- TO JEST DOBRE - mówił Pan huczącym, potężnym głosem, patrząc, jak Jego dzieci tańczą.

 

*

 

Myszka siedziała na podłodze w holu i sapiąc z wysiłku, usiłowała zawiązać sznurówki w bucikach. Mama powiedziała, że to konieczne, że ośmioletnia dziewczynka musi to umieć. I że to łatwe. Tymczasem to było trudne. Myszka posapywała jak mała lokomotywa, a z półuchylonych ust wypełzła jej wąska strużka śliny, którą odruchowo wytarła skrajem rękawa.

“Mama mówiła, żeby chusteczką…”, przypomniała sobie, ale ta myśl zaraz uciekła. Wszystkie myśli uciekały niezwykle szybko, były zwinne, śliskie jak łodyżki traw i nie dawały się zatrzymać. A nawet gdy Myszka którąś schwyciła, to łamały się równie łatwo jak kwiat, na kilka części, z którymi nie było wiadomo co zrobić.

Myśli Myszki powróciły do okropnych, nieposłusznych sznurowadeł. Niestety, niewprawne, niezgrabne palce też nie chciały jej słuchać, w dodatku Myszka znów zapomniała, w którą dziurkę ma sznurówki włożyć. Strużka śliny pociekła na podkoszulek. I wtedy w domu coś zahuczało.

“Radio… nie, telewizor…”, pomyślała Myszka, ale potem z natłoku dźwięków wyłowiła głos taty.

Głos taty był jej mało znany, ale zawsze umiała odróżnić go na przykład od głosu listonosza, który dzwonił do drzwi i już z daleka krzyczał wyraźnie i tubalnie:

- Dziś tylko gazeta! - jakby w pozostałe dni było coś innego.

Tylko tata mówił tak szybko, gładko i ostro, że Myszka kuliła się w sobie, czując, że jej umysł nigdy nie nadąży za jego słowami. Mama mówiła śpiewnie, cicho, powoli i bezboleśnie. Powtarzała każde zdanie tyle razy, ze Myszka nie miała kłopotów ze zrozumieniem. Z tatą było wręcz przeciwnie, zwłaszcza że słyszała go rzadko. Najczęściej przebiegał obok, w milczeniu. Ale teraz głos laty dudnił w całym domu.

- Czy ty tego nie widzisz?! - wołał, a ten głos, wibrując, przenikał przez drzwi i wbijał się w uszy Myszki jak szpilki. - Nie widzisz tych jej ślepków jak u zwierzątka? Nie widzisz, że TO natychmiast widać? że każdy na ulicy ogląda się za wami?

- Nie każdy - zaprzeczyła cicho mama, a jej głos zaśpiewał niewyraźną, niepewną melodyjkę.

Myszka, obdarzona chrapliwym, pozbawionym dźwięczności głosem, była wyczulona na muzykę słów, na ich zróżnicowane brzmienie, na tkwiącą w zdaniach linię melodyczną. Jej mruczenie, które Ewie wydawało się przypadkowymi dźwiękami, naprawdę było śpiewem. Myszka kochała muzykę - tę, która dobiegała iv,asem z pokoju taty, i tę, którą słyszała w radiu czy w telewizji. Głosy ludzkie brzmiały jej w uszach jak instrumenty, o różnej barwie, ekspresji, harmonii. I właśnie teraz głosy mamy i taty grały dwie różne, dysonansowe melodie.

- Przypatrz się tym zawsze otwartym ustom! Nie możesz jej nauczyć, żeby je zamykała? I te jej ruchy… ta ośliniona broda… Boże! - głos ojca wzniósł się nagle do tonów, które zaczęły wwiercać się w uszy Myszki jak dwa śrubokręty.

“Chusteczka”, przypomniała sobie i wyjęła ją z kieszeni, wycierając usta. Zadowolona, schowała ją ponownie. “Pamiętam”, uśmiechnęła się szeroko. Mama zawsze ją chwaliła, gdy udało się jej coś zapamiętać.

Głos ojca sprawiał ból i Myszka zatkała sobie uszy, ale to nie pomogło. Przenikał przez drzwi i przez dwie małe dłonie.

- Ona nigdy nie zliczy nawet do trzech… Nie nauczy się alfabetu… Nie porozmawia z innym dzieckiem… Nie odpowie na żadne pytanie… Bo to nie jest zwykła, normalna postać downa, ale najcięższa! Nietypowa! Ona nawet nie wypowie swojego nazwiska, i chwała Bogu, bo to jest moje nazwisko. Moje!… Nie, nie poślesz jej do żadnej szkoły. Moja córka nie będzie chodzić do szkoły dla idiotów, a do innej się nie nadaje!

- Przyszło pismo z kuratorium, że wszystkie dzieci… - zaśpiewał wątły głos mamy.

- Ona ma iść do specjalnego zakładu! Są takie. Sprawdzałem. Zakłady dla ciężko upośledzonych. Tam jest jej miejsce. I nie sądź, że ona jest w stanie odróżnić, czy będzie tu, czy tam! - głos ojca zawisł w powietrzu, wyostrzony jak kredka, którą mama dawała jej do ręki, lecz którą Myszka umiała tylko przedrzeć kartkę papieru, naciskając zbyt mocno. Rzadko udawało się narysować choćby pokrzywioną linię, przebiegającą przez kartkę tak jak tata: szybko, po skosie, najkrótszą drogą.

- Co z tego, że sprawdzałeś? - zanucił w odpowiedzi jeszcze cieńszy głos mamy.

Zapadło milczenie. Milczenie oczekujące, pełne napięcia, które rozpełzło się po całym domu, przeniknęło ciało Myszki i nie było żadną ulgą po huczących dźwiękach głosu taty. Głos taty przypominał barwą instrument, którego nazwy nie znała: puzon. A czasem trąbkę. Mama śpiewała jak skrzypce lub flet.

- Czy chcesz do końca życia widzieć te współczujące spojrzenia? Nie możemy mieć szansy na normalne życie? Co wolisz? - głos ojca zawibrował jak ostry, niedobry wiatr przed burzą, gwałtownie zmieniający kierunek - i zamilkł.

- Nie wiem, co wolę - głos mamy nucił jakąś niepokojąco smutną melodię. Uszy Myszki nie lubiły ani wibrującej, głębokiej barwy głosu ojca, ani przejmująco zrezygnowanej melodii matki.

Myszka lubiła słuchać, jak mama się śmieje. Mama robiła to rzadko, lecz wówczas Myszka też się śmiała i zaczynała tańczyć. Tańczyła tylko w środku, w sobie, i mama tego nie umiała dostrzec.

Mama mówiła: “Bardzo ładnie, Myszko” - gdy dziewczynka odkładała jakiś przedmiot na właściwe miejsce, rysowała kreskę przez kartkę papieru lub postawiła w pionie cztery klocki - ale jeszcze nie powiedziała: “Myszko, jak pięknie tańczysz…” I Myszka obawiała się, że nigdy tak jej nie pochwali.

- Czy ty nie widzisz, że ona jest jak poczwarka? Że nie jest do pokazywania? Nigdzie. Nawet w takiej szkole - usłyszała Myszka ostry głos ojca.

- Nieprawda! Nie znasz jej, nie rozumiesz, nie widzisz tego, co ja umiem w niej dostrzec. Ona wszystko czuje, wszystko rozumie, nie umie tylko dobrać słów - ciągnęła przepraszająco mama. Głos ojca zawibrował w odpowiedzi:

- Nie można nikogo na TO narażać. Nie wiesz, dlaczego z wami nie jadam? Nie widzisz, że każde spojrzenie na TO odbiera mi chęć do jedzenia?

- Idź sobie! - Myszka usłyszała głos mamy, który też zawibrował setkami ostrych dźwięków. Znowu zatkała uszy, ale głos ojca dotarł jasny i wyraźny:

- Przez nią rozpada się nasze małżeństwo.

- Możemy wziąć rozwód…

- Chciałabyś…! - zaśmiał się gwałtownie ojciec. - Chciałabyś, żeby powiedzieli, że porzuciłem niedorozwinięte dziecko!

- Źle jest z nią być, źle jest ją porzucić. Tak, ja wiem - powiedziała mama takim głosem, że Myszkę zabolało. “Pewnie mamę też coś boli”, pomyślała.

- Są specjalne płatne domy opieki. Stać nas na taki. Mówię o tym ostatni raz… - ciągnął tata.

- Chcę, żeby to było ostatni raz! - głos mamy zaśpiewał jak ostry, trudny do zniesienia dźwięk fletu i dłoń Myszki z rozpędu wetknęła końcówkę sznurówki w dziurkę bucika. Zerwała się, szczęśliwa, i wybiegła z pokoju. Jej nóżki zatupały po podłodze holu, lecz żadne z rodziców tego nie słyszało. Wtargnęła do salonu z triumfalnie uniesionym bucikiem w rączce.

- Snuuuuu jeeee! - bełkotała uszczęśliwiona, podtykając bucik pod oczy rodziców. Ale gdy biegła, wymachując rękami dla złapania równowagi, sznurówka znów wypełzła z dziurki i teraz huśtała się swobodnie, udowadniając po raz kolejny nieprzydatność Myszki.

- Ucieeeeee… - szepnęła zmartwiona dziewczynka, a strużka śliny zmieszała się ze łzami.

- Nie płacz, zrobisz to jeszcze raz. To łatwe - zaśpiewał łagodnie i zwyczajnie głos mamy.

Z gardła ojca wydobył się dziwny dźwięk. Tak grały werble, których dziewczynka nie umiała nazwać, choć znała je doskonale.

Dom był pełen muzyki, która dobiegała prawie codziennie zza obitych skórą drzwi gabinetu ojca. Ale nikt jej nie słuchał równie uważnie jak Myszka. Dla Adama muzyka była jednym ze sposobów izolowania się: ściana dźwięków, która tłumiła głosy żony i córki. Zwłaszcza córki: chrapliwy i sapiący. Dla Ewy ta codzienna porcja muzyki poważnej była dowodem na obecność męża w domu - i powodem do irytacji. Ewa wolała muzykę lekką; neutralny akompaniament do rutynowych czynności. Myszka, bawiąc się w holu, słyszała czasem, jak oba rodzaje muzyki ścierają się ze sobą i walczą, tak jak teraz głosy mamy i taty.

Nagle tata uderzył pięścią w stół i wybiegł. Trzasnęły głośno drzwi. Mama wzdrygnęła się. A Myszka poczuła się winna. Już nie tylko z powodu sznurówki.

- Dzieeeee pooo? - spytała nagle drżącym głosem, rozglądając się po pokoju. Poczwarka, o której mówił tata, mogła w każdej chwili skądś wyleźć. Spod szafy, zza wersalki, zza drzwi.

- Poooo? - spytała mama, gdyż było to nowe słowo.

- Ccccc…waa - podpowiedziała Myszka.

- Nie ma tu żadnej poczwarki - odparła mama łagodnie i przytuliła ją.

Myszka westchnęła głęboko i poczuła się bezpieczna.

Myszce co noc śniło się, że tańcząc jak motyl, wzlatuje w górę, choć nie tak wysoko jak ptaki; niewiele wyżej od pokoiku na piętrze. “Fruwam?”, myślała zdziwiona. Nie pamiętała już snu o wróżce, która wbrew słowom mamy przyszła ją odwiedzić, tyle że nie w kuchni, ale w nocy, w łóżku, żeby powiedzieć: “Myszko, idź na górę…” Wróżka już nigdy więcej nie przyszła i Myszka zapomniałaby jej słowa, gdyby nie to, że od pewnego czasu co noc, we śnie, unosiła się gdzieś ku górze.

Pewnego ranka, gdy otworzyła oczy, uświadomiła sobie, że sen się powtórzył, ale że to nie jest fruwanie.

“Jestem niezgrabna i coś trzyma mnie przy ziemi mocniej niż inne dzieci”, pomyślała, przypominając sobie dziewczynkę od sąsiadów, jeżdżącą na łyżworolkach. “Nie mogłabym fruwać. Może się wspinałam?”

Myszka myślała zawsze pełnymi zdaniami. Słowa, które z takim trudem wychodziły jej z ust, zniekształcone, chrypliwe, urwane w połowie, ograniczone najczęściej do jednej sylaby - w głowie układały się gładko, choć wolno. Niekiedy bardzo wolno. Ale gdy już się ułożyły, płynęły jak rzeka na nizinie: leniwie, lecz zdecydowanie. Tyle tylko że - częściej niż innym dzieciom - Myszce te słowa szybko uciekały gdzieś bardzo daleko i nie wracały tak długo, że dziewczynka o nich zapominała. Tym razem także potrzebowała paru kolejnych, pełnych snów nocy, aby zrozumieć, że nie fruwa we śnie ani nie tańczy (to akurat śniło się jej często), lecz że się wspina.

Po śniadaniu, gdy szła przez hol, jej wzrok po raz pierwszy padł na wąskie, drewniane schody, wiodące na poddasze.

“Strych!”, skojarzyła sobie. “To tam się wspinam. Ale nigdy nie doszłam…”

Strych był miejscem nie znanym Myszce. Mama chroniła ją przed “groźnymi miejscami”. Groźna była stara studnia w ogrodzie, bowiem choć nie używana i szczelnie przykryta, kryła w sobie nie kończący się, prowadzący w głąb ziemi tunel. Myszka nigdy tam nie zaglądała. Bardzo groźnym miejscem był częściowo murowany, a częściowo drewniany płot, za nim bowiem znajdowała się ulica, po której Myszce nie wolno było samej chodzić. Mogłaby się zgubić. I nie tylko to. Choć mama nigdy tego nie mówiła, Myszka wyczuwała, że za płotem rozciąga się świat, który może jej nie lubić. Nie mniej groźna była piwnica, wprawdzie nieduża, ale mama mówiła, że schody są zbyt kręte dla niewprawnych nóg dziewczynki; zdaniem mamy, żadne schody nie były dla niej dobre.

- Lepiej chodzić po równym - przypominała.

Świat, niestety, nie był równy, i to pod żadnym względem, dlatego Myszka przebywała głównie w domu, a tylko niekiedy mama zabierała ją na spacer, na przykład do ogrodu zoologicznego (gdzie nie wypuszczała jej ręki nawet na sekundę i gdzie szły w zwykły dzień, nigdy w niedzielę, bo wtedy było za dużo ludzi, a mama chyba ludzi nie lubiła).

Czasem szły do sklepu. Ale sklep też zaliczał się do bardzo groźnych miejsc, Myszka bowiem strącała z półek różne rzeczy lub brała je do rąk, gdyż szeleściły melodyjnie i kolorowo, i mama musiała płacić za ich zniszczenie. Raz Myszka strąciła z półki wszystko, co na niej było, i potem długo nie chodziła na zakupy. Przyjeżdżał obcy pan kolorowym autem i potem robił zakupy według listy, którą mama wręczała mu wraz z pieniędzmi. Myszce było wówczas żal, gdyż do sklepów bardzo lubiła chodzić. Ludzie zwracali uwagę bardziej na towary niż na nią - i sklep przeobrażał się w bezpieczne miejsce.

- Kiedyś się nauczysz, czego nie wolno - mówiła mama z nadzieją, a Myszka kiwała głową. Rozumiała doskonale, że zakazy obejmują wszystko, co najciekawsze, i nie chciała się tego uczyć.

Do pokoju Myszki wiodły schody wygodne, szerokie, z dodatkową poręczą, którą mama kazała wstawić stolarzowi. Ale schody na strych czy do piwnicy były wąskie i strome.

“Strych”, pomyślała znowu dziewczynka po kilku godzinach od porannego obudzenia się; gdy już zjadła śniadanie, pobawiła się miśkiem, a potem klockami; gdy na próżno tkwiła przed telewizorem, czekając, że ktoś zatańczy (akurat wszyscy chodzili lub siedzieli); gdy bawiła się na podłodze w holu, czekając, aż zza drzwi pokoju taty popłynie muzyka - ale taty nie było w domu i za drzwiami panowała cisza.

Po obiedzie Myszka znów przechodziła koło schodów, które wiodły na poddasze. Przez jej głowę przelatywały różne, nie powiązane ze sobą myśli; jedne płynęły szybciej, inne wolniej, a przecież ta jedna nie dawała jej spokoju.

- Maa, styych - powiedziała przed porą kolacji.

- Styych - zastanawiała się Ewa, próbując odgadnąć, o co tym razem chodzi. Każde nowe słowo cieszyło, ale było zagadką. “Stych” był zagadką trudniejszą niż inne. Po pewnym czasie Ewa poddała się i poprosiła córkę, by pokazała “stych”.

- Strych? - zdziwiła się. - Tam nic nie ma. Trochę starych rzeczy po dziadkach, zwykła graciarnia…

- Gaciaaa - powiedziała Myszka, gdyż nieznane słowo spodobało się jej. - Styyych - powtórzyła jednak z uporem.

Upór był wpisany w jej chorobę, Ewa przeczytała o tym w jednym z medycznych dzieł. I choć autor nie wyjaśniał przyczyn, była przekonana, że upór był wynikiem niepewności dzieci z DS. Im bardziej były czegoś niepewne, tym bardziej się upierały. Musiały się upierać, była to ich prywatna walka ze strachem.

- Dobrze, niech będzie strych - powiedziała Ewa i podała Myszce rękę.

Schody nie były tak straszne, jak obie sądziły, a poręcz, o dziwo, znajdowała się na tyle nisko, że Myszka swobodnie do niej sięgała. Ręka mamy okazała się zbędna.

- Saaa… - ucieszyła się dziewczynka.

- Po co miałabyś chodzić sama na strych? - spytała mama.

- Neee - odpowiedziała zgodnie z prawdą, gdyż jeszcze tego nie wiedziała.

Strych po zapaleniu światła wyglądał nieciekawie. Był zagracony, stały tam stare meble po dziadkach, zbyt zniszczone, by można było ich używać. W kartonowych pudłach tkwiły przedmioty, które Ewa z Adamem uznali za nie pasujące do ich nowego domu. Z paru pudeł wysypały się książki i leżały na podłodze od czasu, gdy kilka lat temu Ewa szukała Księgi. Dziś pokrywała je zamszowa warstwa kurzu.

Za to strych przed zaświeceniem światła - co trwało krótko, może trzydzieści sekund, zanim ręka mamy trafiła na kontakt - był miejscem niezwykłym.

“To tu”, pomyślała Myszka. “Tu jest góra”.

W ciągu tych trzydziestu sekund Myszka zobaczyła rozległe pomieszczenie, w którym czerń przybierała tak różne odcienie - od ciemnej szarości pajęczyn po lepką, gęstą sadzę - że zdziwiła się, ile ma barw. Do tej pory czerń była tylko jedna: ciemna noc bez gwiazd, skrzydła gawronów na śniegu lub futerko kota. Tu, na strychu, wydawało się, że czerń tworzy różnorakie zasłony, oddzielając od siebie odmienne światy. A słońce poprzez wąskie okienka wpuszczało w niektóre z tych światów długie promienie i Myszka zdążyła zobaczyć dziwne, roztańczone, złociste stwory, złożone z niezliczonej ilości drobinek wirującego pyłu. Stwory przybierały różne kształty i były jak żywe. Wszystko to znikło wraz ze sztucznym światłem płynącym z zakurzonej żarówki i tylko tam, gdzie skośny dach łączył się z podłogą, gdzie przycupnęła resztka czerni, pozostało coś z tamtego, pełnego życia, tajemniczego świata. Tylko tam wciąż było Niewiadomoco.

- Ić, ić - powiedziała Myszka do Ewy.

- Mam sobie iść? Ty tu zostaniesz? - zdziwiła się Ewa.

- Saa… - kiwnęła głową jej córka.

Ewa w pierwszej chwili odczuła niepokój. Lęk o niesprawną córkę, która chciała pozostać samotnie na strychu, był uzasadniony (“groźne miejsce, bardzo groźne miejsce”, myślała w rytm powtarzanych kiedyś dziecku napomnień), ale zaraz uprzytomniła sobie, że przecież Myszka była już w miarę samodzielna. Powolna, ociężała, jednak po schodach chodziła całkiem dobrze. Na strychu nie było zapałek, by mogła coś podpalić, lub cennych rzeczy, które szkoda byłoby zniszczyć, ani okien, przez które dziewczynka mogła wypaść. Jedyne wąskie okienko znajdowało się bardzo wysoko. Za to Ewa wyobraziła sobie chwilę spokoju, odrobinę czasu tylko dla siebie - którego tak jej brakowało.

Córka absorbowała ją w dzień i w nocy. Niańka czy pielęgniarka nie wchodziły w grę. Według Ewy, nie byłyby w stanie zrozumieć Myszki; ba, mogłyby nawet niechcący ją skrzywdzić. A zresztą Ewa instynktownie ukrywała istnienie Myszki. Ukrywała ją przed kolegami ze studiów, koleżankami ze szkoły, przyjaciółmi z pracy Adama. Gdy wychodziły z domu, szukała miejsc, w których prawdopodobieństwo spotkania znajomych było znikome. Pewnego dnia, gdy Myszka oglądała zwierzęta w opustoszałym zoo (na szczęście padał deszcz), Ewa ujrzała w alejce koleżankę i skryła się za ławkę, ignorując rozpaczliwe nawoływania córki. I choć zawstydziła się tej reakcji, to zanim podeszła do Myszki, przeczekała, ukryta, póki znajoma nie znikła za zakrętem. Wstyd miał wiele twarzy i wszystkie boleśnie ją paliły.

“Strych, czemu nie?”, pomyślała teraz. Była zmęczona. Wyobraziła sobie, jak by to mogło być: wygodna kanapa, ogień na kominku, dobra książka, filiżanka kawy - i cisza. Żaden natarczywy głos nie nawołuje przez godzinę, a może i dwie; nikt od niej niczego nie chce; można zapomnieć o bożym świecie. A zresztą Myszka, jak pisały poradniki dla matek z niepełnosprawnymi dziećmi, musi być przyzwyczajana do bycia samej.

- Zrobimy tak… - zaczęła z ożywieniem. - Wezwiemy pana, który zrobi specjalny dzwonek. I będziesz mogła tu się bawić sama. Gdy zechcesz wrócić, zadzwonisz. A teraz zejdziemy na dół.

Myszka zaczęła rozpaczliwie kręcić głową. Otworzyła szeroko usta i Ewa już wiedziała, że zanosi się na jeden z ataków, których nie mogła znieść. Atak ostrej agresji, buntu i tego strasznego, nieartykułowanego, wznoszącego się ku górze wrzasku, którym Myszka wyrażała swój żal do świata. Podczas tego ataku drapała i kopała matkę (“…dzieci z DS, gdy rośnie ich lęk lub niepewność, miewają ataki furii”, wyczytała Ewa w jednej z książek. Zawsze gdy w książkach znajdowała opis nienormalnego zachowania Myszki, odczuwała dziwną ulgę. W paradoksalny sposób to, co nienormalne, stawało się normalnym, choć nie mniej uciążliwym).

- Nie martw się, obiecuję, że jutro zrobimy dzwonek, naprawdę. Już jutro! - powiedziała szybko Ewa, aby ubiec atak. I udało się. Zeszły na dół.

Ale zanim dzwonek został zainstalowany (a stało się to nie nazajutrz, lecz cztery dni później, i Ewa mogła słyszeć go zarówno w kuchni, w łazience, w sypialni, saloniku, a nawet przed domem), Myszka zapomniała o strychu. Zawsze o wszystkim szybko zapominała. Niewiele rzeczy zostawało jej w pamięci. Dopiero gdy elektryk wypróbował dzwonek,, Myszka ponownie ujrzała przed oczami strych z tamtej magicznej, króciutkiej chwili przed zapaleniem światła.

Tej nocy we śnie wspinała się wysoko, wzlatywała, a potem tańczyła w zaczarowanym Ogrodzie, wśród drzew, oblana promieniami jasnego słońca. Rano, jedząc śniadanie, powiedziała z ufnością:

- Stych.

Weszły na strych dopiero po obiedzie. Ewa obserwowała, jak dziewczynka z wielkim przejęciem, powoli wspina się po stromych schodach, trzymając się poręczy. Westchnęła z ulgą, otwarła drzwi strychu i zapaliła światło. Potem pokazała Myszce dzwonek. I następny, trzeci i czwarty. Na wypadek gdyby Myszka zapomniała, było ich kilka, w miejscach wyraźnie widocznych.

- Ić, ić, saa… - powiedziała Myszka niecierpliwie. Ewa, wzdychając z niepokojem, zeszła na dół. Zmierzchało. I stał się kolejny wieczór dnia pierwszego.

 

Dzień drugi: woda

 

Po wyjściu matki Myszka zgasiła światło. Strych znowu zmienił wygląd. W świetle żarówki był miejscem pospolitym, zagraconym i Myszka nie widziała w nim nic ciekawego. Ale gdy ponownie otulił się mrokiem - zobaczyła zasłony czerni. Najpierw tę najbliższą, rozbieloną słabym światłem, które biło z małego okienka; nie tyle szarą, ile popielatą jak gołębie, które przysiadały na ich dachu. Za nią widać było kontury drugiej, w kolorze doskonałej szarości, jak garnitur taty. Trzecia miała barwę późnego zmierzchu.

Zanim Myszka dostrzegła kolory następnych - usłyszała Wodę. I wtedy rozwarła się pierwsza, popielata zasłona, a zaraz za nią, z pajęczym szelestem, rozsunęła się ta doskonale szara, trzecia zaś rozstępowała się płynnie jak kurtyna w teatrze. Mama zaprowadziła tam kiedyś Myszkę, ale zaraz musiały wyjść, gdyż dziewczynka głośno i niezrozumiale mówiła, więc pan w mundurze z błyszczącymi guzikami wyprowadził je, mówiąc: - To miejsce, proszę pani, nie dla takich. - Myszka zrozumiała, że więcej tam nie wrócą, choć było lśniąco i pięknie, i w pewnej chwili wszyscy na scenie zaczęli tańczyć, a Myszka nie chciała niczego więcej, tylko przyłączyć się do nich, choćby na chwilę.

Woda bulgotała łagodnie, to znowu śpiewała, huczała jak wodospad i była wszędzie, choć oddzielona zasłonami, bliska, lecz niewidoczna. Ale już rozsuwały się kolejne kurtyny, a gdy znikła ostatnia, czarna i gęsta jak sadza, wtedy Myszka ujrzała:

- O, woo… taaa…taaa….

Woda tańczyła.

 

*

 

“Woda”, pomyślała zirytowana Ewa, odrywając się od książki. “Myszka znowu nie dokręciła kurka i woda leci w łazience lub w kuchni. Na szczęście na strychu nie ma kranu, bo zalałoby dom”.

Wstała z kanapy, oddalając się niechętnie od kawy, kieliszka koniaku, od sterty kolorowych magazynów (książki dobrych autorów boleśnie przypominały o niedoskonałości świata), i przemknęła boso do łazienki. Kran był zakręcony i suchy. To samo w kuchni. A jednak woda przelewała się gdzieś, szemrząc już nie jak wątły strumyk, lecz jak prawdziwa, groźna rzeka.

Ewa podeszła do okna i rozchyliła zasłony. Za oknem spływały wodospady deszczu. Niebo, jeszcze godzinę temu tylko szare, przybrało sinoołowiany kolor i było tak nisko, że wydawało się głaskać dach domu.

- Oberwanie chmury - westchnęła zdziwiona i pomyślała: “Dobrze, że Myszka odkryła strych, bo nudziłaby cały dzień, żeby iść na spacer. Myszka nie rozumie, dlaczego nie można chodzić w deszczu…”

Wyciągnęła się na kanapie i kartkowała kolorowe magazyny. Oglądała zdjęcia wnętrz rezydencji, które przypominały ich dom sprzed paru lat. Uśmiechała się do modelek w wyszukanych toaletach i do reklam kosmetyków, w cudowny sposób dodających urody; do zdjęć dawnych znajomych z okolicznościowych imprez, na których zastygli w wyszukanych pozach, ze zrobionymi u kosmetyczki twarzami bez żadnej zmarszczki. Obejrzała fotoreportaż z balu charytatywnego i bez zdziwienia, i nawet bez żalu, odkryła na jednym z nich Adama. “Mogliśmy być tam razem, lecz jestem taka zmęczona…”, pomyślała sennie i odwróciła stronicę. Ten magazyn był równie nierealny jak telewizyjne “Wiadomości”.



dalej


strona główna
(23kB)