(23kB)
strona główna


 

Terakowska Dorota

Samotność bogów

Gdy się pisze, dobrze jest mieć swoją Alę. Alicji Baluchowej - bo dzięki niej moi bohaterowie przemieszczają się pomiędzy światami, lekceważąc wszelkie granice, włącznie z tymi, których nie ma.

 

Warkot bębnów wciąż nabierał tempa i brzmiał teraz jak stukot tysiąca końskich kopyt, cwałujących po Kamiennej Drodze. Na tę Drogę, po drugiej stronie Rzeki, Jon trafił przez przypadek, ale nim uszedł kilkadziesiąt kroków, wstrzymał go głos szamana. Szaman, stary i zgarbiony, stał na właściwym brzegu, gdzie zbiegały się ścieżki z Wioski, był niewidoczny dla oczu chłopca, a jednak chłopiec usłyszał jego czyste, wyraźne wołanie:

- Jon! Wracaj! Tabu!

Jon nie musiał słuchać szamana. Władza szamanów formalnie skończyła się, wszyscy w Plemieniu pokochali już inne Bóstwo - zwane najczęściej Bogiem Dobroci. Nie potrzebowało Ono plemiennych czarowników, gdyż nowe rytuały odprawiali przybyli z Dalekiego Kraju kapłani. A jednak choć Bóg Dobroci panował już prawie półtorej setki lat, po śmierci poprzedniego szamana Plemię wybrało następnego - i kapłani przymknęli na to oczy. Owszem, szamani służyli dawnym, odrzuconym bóstwom - “bałwanom”, jak uparcie mówił młodszy kapłan - lecz chronili też Wioskę przed ich zemstą i leczyli ludzi z chorób. Kapłani, w przeciwieństwie do szamanów, byli uczeni w piśmie, nigdy nie ulegali przesądom i nieśli - Jon kochał to słowo - Cywilizację, nie umieli jednak radzić sobie ze starymi Bogami, z ich mściwą naturą, ani z chorobami nękającymi ludzi z Plemienia. Niektórzy szeptali nawet, że część tych chorób - wcześniej nie znanych w Wiosce - przynieśli z sobą, z różnych Dalekich Krajów i zza mórz, właśnie ludzie w długich sukniach. Szamani nauczyli się je leczyć, minęło jednak wiele lat, nim odkryli, jakie zioła są naprawdę skuteczne, a które należy dopiero wyhodować, krzyżując różne gatunki z pomocą całkiem nowych zaklęć. Nim się tego nauczyli, wielu ludzi w Plemieniu zmarło na dziwaczne, nieznane choroby, ale już nie szaman - w rytualnym stroju i w strasznej masce - odprowadzał ich w ostatnią Drogę. Rolę tę wzięli na siebie kapłani, nawet nie pytając, czy Kraina, ku której wiodą umierających, im odpowiada. Wyglądało, że wiedzieli lepiej niż Plemię, co jest dla ludzi z Puszczy dobre i co służy Cywilizacji.

Kapłani zatem wciąż jeszcze tolerowali obecność ostatniego szamana (kiedyś było ich wielu); udawali, że go nie dostrzegają, a czasem zezwalali na rytualne bębnienie w czasie dawnych świąt - nie zgadzali się jedynie na składanie krwawych ofiar bóstwom. Dawni Bogowie potrzebowali ich - Bóg Dobroci nie tylko ich nie przyjmował, ale wręcz potępiał. Na razie.

Dziś właśnie była Noc Starych Bogów, a właściwie najważniejszego z nich, którego jednak nigdy nie wymieniało się z imienia, aby go szybciej i łatwiej zapomnieć. Dlatego bębny zaczęły wybijać swój rytm zaraz po zmroku, a gdy zapadła noc, ich rytm był już szaleńczo szybki, a bębniący mokrzy od potu. Pot spływał po nagich ciałach, wielkimi kroplami skapywał na ziemię, wsiąkał w nią - jako przebłagalny dar Plemienia dla porzuconego już bezimiennego Boga. Bębny dudniły prawie pół doby, ale kapłani skryli się w świątyni i udawali, że nie słyszą.

Jon był za mały, by uderzać w bębny. Tego przywileju dostępowali tylko młodzi mężczyźni, a Jonowi do męskiego wieku brakowało ośmiu lat. Ale, jak wszyscy chłopcy z Plemienia, kucał w pobliżu bębniarzy i słuchając ich monotonnego rytmu, bezwiednie kiwał się w jego takt całym ciałem. I myślał. Myślał o Kamiennej Drodze. Już od wielu dni i nocy rozmyślał o Kamiennej Drodze.

Odkrył ją przypadkiem. Przypadek spowodował, że Jon złamał Tabu i przedostał się na drugą stronę Rzeki w niedozwolonym miejscu. Wszyscy w Plemieniu wiedzieli, że od czasu przybycia ludzi w długich sukniach i uznania nowego Boga Rzekę przekracza się tylko jednym brodem, nie tym naprzeciw Wioski, lecz tym dużo poniżej jej ostatnich chat. Bród naprzeciw Wioski, najbliższy i z pozoru najdogodniejszy, przestał w ogóle być używany. Stał się Tabu.

- Dlaczego? - zagadnął raz chłopiec swego ojca, gdy umiał już stawiać właściwe pytania i słuchać odpowiedzi.

- Przecież kochamy już tylko Boga Dobroci - odparł niejasno ojciec.

Początkowo Jon nie pojął sensu odpowiedzi ani związku Boga Dobroci z brodem. Gdy po paru miesiącach ów sens do niego dotarł - nie wiadomo w jaki sposób, w Plemieniu nigdy się o tym głośno nie mówiło - Jon zaczął śledzić szamana. Nie wątpił, że ten musi czasem przebywać stary bród w zakazanym miejscu i wędrować w głąb Puszczy po tamtej stronie Rzeki. A jednak - mimo czuwania o świcie, po zmroku, a nawet nocą - chłopiec nigdy nie przyłapał szamana na naruszaniu Tabu. Wtedy zrozumiał, że kapłani tolerują obecność starego czarownika także z innych przyczyn: nie tylko strzegł on Wioski przed zemstą starych bóstw i leczył ludzi; dbał również o to, by nikt z Plemienia nie złamał Tabu, aby wszyscy wypełniali nakazy i zakazy ludzi w długich sukniach. W ten sposób - o dziwo - szaman służył pośrednio Bogu Dobroci. Jona zdumiało to odkrycie.

Drugi brzeg był daleko, więc mimo Tabu kobiety z Plemienia nie rezygnowały z prania w Rzece blisko Wioski, a dzieciaki z kąpieli. Przestrzegano tylko jednej zasady: nie wolno było przekroczyć środka nurtu wody. I nigdy nie było z tym kłopotów. Nikt nawet nie próbował zbliżyć się do niewidzialnej, lecz raz na zawsze ustalonej granicy. Wszyscy zresztą wiedzieli, że Tabu pęta ludziom ręce i nogi, odejmuje lekkość oddechu, dusi i zmusza serce do tak szybkiego bicia, że z tego rozpędu może ono stanąć.

A jednak Jon został zmuszony do naruszenia Tabu. Gdy wiosną stopniały śniegi i zaraz potem padały długotrwałe deszcze, Rzeka gwałtownie wezbrała - i chłopiec musiał ją przepłynąć w zakazanym miejscu, by ratować Gaję. Tę niedużą, paroletnią dziewczynkę porwał prąd w czasie zabawy i zniósł ku drugiemu brzegowi. Dziecko topiło się, krzycząc rozpaczliwie za każdym razem, gdy żywioł pozwalał mu wychylić głowę ponad fale, a ludzie z Plemienia stali nieruchomo, bezradni. Tym bardziej bezradni, im szybciej prąd znosił Gaję na drugi brzeg. Tabu, o dziwo, było silniejsze niż odruch niesienia pomocy czego Jon nie wiedział. Było silniejsze niż nakaz ratowania życia członkowi Plemienia, którym była mała, bezbronna dziewczynka. Nawet matka Gai - która krzycząc dziko, darła na sobie suknie i orała twarz paznokciami - nie żądała od nikogo, by ratował jej dziecko. Ba, nie rzuciła się na ratunek sama, mimo że doskonale umiała pływać, podobnie jak inni członkowie Plemienia.

To Jon skoczył do Rzeki, nie pytając nikogo o zgodę. Nie przypuszczał, że trzeba o nią pytać. Wiedział tylko, że trzeba ratować czyjeś życie i że to jest ważniejsze od wszelkich Tabu czy jakichkolwiek zakazów starych lub nowych Bogów. Zresztą nie zastanawiał się nad tym w swym dwunastoletnim rozumie. Po prostu skoczył. Kierował się w stronę wciąż widocznej na powierzchni główki Gai i dziwił się, że nic go nie wstrzymuje, choć zbliżał się coraz bardziej do drugiego brzegu. Szaman twierdził, że Tabu automatycznie, jak niewidzialna sieć; pęta umysł człowieka, paraliżuje jego zdolności fizyczne. Mimo to ruchy rąk Jona były silne i szybkie, nogi z energią pokonywały rwący nurt, a drugi brzeg i głowa tonącej były coraz bliżej. Gdy schwycił małą za włosy, po chwili poczuł grunt i wkrótce stał na drugim brzegu z Gają w ramionach. Położył ją na kamieniach i tak jak umiał, usuwał jej wodę z płuc. Po chwili dziewczynka westchnęła, nabrała powietrza i otwarła oczy. Jon zakrzyknął z radości.

Rzeka wyśpiewywała swój bulgoczący rytm, łamiący się o wystające głazy, a mimo to chłopca uderzyła dziwna cisza. Spodziewał się zwycięskich okrzyków Plemienia, dziękczynnych zaklinań matki dziewczynki, pochwalnego pohukiwania ojca - a tymczasem ludzie stali po drugiej stronie wody i milczeli. W ten sposób Jon odczuł, że złamał Tabu - nie odczuły tego, wbrew przestrogom starszych, ani jego nogi, ani ręce, płuca czy serce.

Jon nie czuł nic. Nic - poza tajemniczym zewem nakłaniającym go, aby postąpił dalej, w głąb Puszczy. Coś wołało go, wzywało, ciągnęło. Gdyby nie mała Gajka i niesamowite milczenie ludzi na drugim brzegu, być może chłopiec od razu ruszyłby w gęstwinę Puszczy, gdzie, jak mu się wydawało, dostrzegał Drogę. Ale milczenie Plemienia było wymowniejsze niż jego krzyk i silniejsze niż ciekawość chłopca - wziął więc uratowaną dziewczynkę na ręce i ruszył w dół Rzeki, by znaleźć używany przez wszystkich bród.

Gdy wrócił do Wioski z Gają, która mogła już iść o własnych siłach i radośnie podskakiwała, nikt nie podziękował mu za bohaterski czyn. Przeciwnie: kobiety rzucały wokół niespokojne spojrzenia, mężczyźni obserwowali go z ponurą czujnością, szaman powiedział: “Zanim udasz się do świątyni, muszę okadzić cię dymem”.

- Dlaczego? - zdziwił się Jon.

- Nie możesz skalać domu Dobrego Boga tamtym zapachem…

- Jakim zapachem? Pachnę Rzeką, rybą, sitowiem! - obruszył się chłopiec.

- Nie tylko Rzeką. I Rzeka nie zmyje tego zapachu, a Plemię, nawet twoja matka i ojciec, będzie cię unikać. - Szaman pokręcił głową i nie pytając Jona o zgodę, wciągnął go do swego namiotu (tylko on mieszkał w namiocie ze skór zwierząt; ludzie z Plemienia już dawno zbudowali sobie solidne, drewniane lub kamienne domy. Podobno w Mieście zaczęto nawet budować domy z cegły. Cywilizacja!). Okadzanie świętym dymem było długie i męczące. Jonowi kręciły się łzy w oczach, z nosa spływały krople, a w ustach rósł gorzki smak. Chłopiec zwymiotował. Lecz szaman miał rację: gdy Jon wreszcie wyszedł z jego namiotu, z przekrwionymi od dymu oczami i udał się do świątyni na modlitwę, wszyscy w Plemieniu traktowali go jak dawniej - z rubaszną serdecznością, ciepło. Tyle że nadal nikt nie dziękował za uratowanie dziewczynki. Wydawało mu się, że matka Gai spojrzała na niego z wdzięcznością, lecz nie wyrzekła słowa.

- Czy zrobiłem źle, ratując Gaję? - spytał Jon ojca, gdy zasiedli do wieczornego posiłku. Rodzice spojrzeli po sobie, a ojciec rzekł krótko:

- Zrobiłeś dobrze.

- Co więc zrobiłem źle? - dociekał chłopiec.

- Byłeś na drugim brzegu.

- Przecież ona topiła się tam, nie tu! Jak inaczej mógłbym ją uratować?! - zawołał chłopiec.

Rodzice milczeli, nie patrząc na syna. Jon po raz pierwszy pojął, że Plemię milczy także wtedy, gdy nie wie, jak się zachować. Trzeba ratować tonące dziecko, ale nie wolno przekraczać Rzeki - oto dwa wykluczające się nakazy. To one wywołały w ludziach porażające, kamienne milczenie. I strach.

A jednak bardziej niż to milczenie, bardziej niż krótkotrwałe odrzucenie przez własne Plemię Jon zapamiętał ów dziwny zew drugiego brzegu, tamto palące pragnienie, aby wejść w gęstą Puszczę, odnaleźć przeczuwaną Drogę (nie widział jej, wyczuł tylko jej obecność w regularnym prześwicie poprzez wysoką ścianę lasu) i… i co? Tego właśnie nie wiedział. I to zapragnął zbadać.

Decyzji nie podjął nagle; ta myśl przychodziła do niego krok po kroku, odganiał ją, ale wracała. Przysiadał na pniach nad Rzeką i wpatrywał się w drugi brzeg, w czarną, skłębioną ścianę Puszczy. Puszcza wydawała się tam inna niż ta wokół Wioski: gęściejsza, bardziej mroczna, z ciemniejszą niż zazwyczaj głębią. Drzewa wydawały się tam wyższe i grubsze, a Jon nigdy nie widział nad ich koronami żadnego ptaka. Choćby najmniejszego. Chłopiec wpatrywał się w prawie czarny na tle niebieskiego nieba zarys lasu - i myślał: Gdy byłem na tamtym brzegu, powinienem się bać. Nie bałem się. Powinna spaść na mnie kara, bo złamałem Tabu. Nie spadła. Wszystko powinno mnie tam odrzucać. Coś mnie jednak wołało. I wiem, że tam jest Droga. Nie wiem skąd, ale wiem. Dokąd prowadzi…?

Minęło wiele dni i nocy, nim Jon poddał się i poczuł, że musi to zbadać. Zdecydował się właśnie wtedy, gdy bębny warczały głucho i donośnie, gdy z bębniarzy spływał pot, gdy ludzie w długich sukniach, wysłannicy nowego Boga, skryli się w świątyni i udawali, że nic nie słyszą - gdy Plemię obchodziło Święto Starych Bogów. Nie po to, by ich nadal czcić, ale by ich przebłagać, prosić o wybaczenie zdrady. Patrząc na spoconych bębniarzy, Jon postanowił, że tej nocy sprawdzi, co wołało go na drugim brzegu.

Ta noc była do tego wprost idealna: chłopiec wiedział, że po długiej, męczącej ceremonii przebłagania starych Bogów ludzie z Plemienia będą spać wyjątkowo mocno. Będą umęczeni Nocą Bębnów i swoim rozdarciem pomiędzy lękiem przed starymi bóstwami a miłością do Boga Dobroci.

(“Trzeba nam czasu. Dopiero ich nawróciliśmy, dwa, trzy pokolenia temu. Nie mogą się od razu zaprzeć tego, co było całym życiem ich przodków…” - szeptał łagodnie stary kapłan, Isak, nasłuchując niespokojnego bicia bębnów. “Trzeba im zakazać tego bębnienia pod karą męki w piekielnym ogniu!” - irytował się młodszy z kapłanów, Ezra, zatykając uszy, aby nie skalał go natarczywy rytm grzechu. Grzech miał głuche brzmienie bębnów, a nosił imiona zapominanych powoli starych Bogów, bóstw i bożąt, wijów i boginek, wodników i strzyg. Najgroźniejsi jednak byli Bogowie bezimienni. Oznaczało to bowiem, że Plemię wciąż się ich boi i nie chce ich przywoływać, nazywając po imieniu. Plemię, mimo że nawrócone, wciąż doskonale rozróżniało mniej ważne bóstwa i bożęta od groźnych starych Bogów, ale Ezra miał dla nich wszystkich jedno miano: bałwany).

Jon czuł, że Rzekę musi przebyć nocą, by nikt go nie zobaczył. I nocą musi postawić stopy na tamtym zakazanym brzegu. To nie powinno być trudne. Gorzej może być ze znalezieniem dziwnej Drogi lub z upewnieniem się, czy ona w ogóle istnieje; prześwit między drzewami oznaczać może na przykład ścieżkę, wydeptaną przez zwierzynę do wodopoju.

Bębniarze raptownie urwali rytm. Ich ręce odmówiły posłuszeństwa. Bębnili od wczesnego zmierzchu, a nad Wioską od dawna rozpościerała się noc. Starzy Bogowie, a zwłaszcza Bezimienny, otrzymali to, co im się należało i na pewien czas powinni dać spokój Plemieniu, które się od nich odwróciło. Noc była ciepła. Młodzi mężczyźni usnęli tam, gdzie odłożyli bębny, wprost pod granatowym niebem. Reszta ludzi skryła się w swych domach, a szaman w namiocie, stojącym blisko Rzeki. Gdy Jon usłyszał wreszcie ciche poświstywanie ojca i głęboki oddech matki, wstał ze swego łoża i cichutko wyszedł.

Wioska spała, pogrążona w bezpiecznym mroku nocy. Księżyc nie świecił w tej chwili i było wyjątkowo ciemno. Noc zawsze wydawała się Jonowi bezpieczna. Przynajmniej do dziś, tu, na tym brzegu. Jaka była tam? Chłopiec wszedł do Rzeki i chwilę w niej brodził, potem trafił na pierwszą głębię i zaczął płynąć. Płynął rytmicznie i po chwili znów poczuł grunt. Wody dawno opadły, gdyż deszczu nie było od wielu dni i dorosły mężczyzna mógłby przejść na drugi brzeg, zanurzając się najwyżej do ramion. Dla dwunastoletniego chłopca środek Rzeki wciąż był głęboki. Ale pokonał go z łatwością. Wbrew mrocznym, groźnie brzmiącym opowieściom starszyzny, tym razem także nie poczuł krępującego działania Tabu. Szedł wolno po mokrych kamieniach drugiego brzegu, a ciepły wiatr osuszał mu skórę. Nic nie czuł, niczego nie słyszał. Żadnego zewu.

- Może to powinno być gdzie indziej? Spróbuję powyżej… - zdecydował. Nie pamiętał, w którym miejscu poprzednio usłyszał zew. Myślał wówczas tylko o ratowaniu małej Gai. Przeszedł teraz kilkaset metrów w górę i w dół Rzeki, ale wciąż niczego nie słyszał i nie czuł. Po namyśle zagłębił się w Puszczę. Mech pod jego bosymi stopami był miękki, krzewy borowiny drobne i kłujące, a suche gałęzie zbyt ostre. Puszcza wolno gęstniała. Chłopiec nadepnął na coś wyjątkowo ostrego - musiała to być kość jakiegoś padłego zwierzęcia - i wstrzymał okrzyk bólu. Ruszył dalej ostrożnie, cały wysiłek wkładając w badanie stopami podłoża.

Wtedy poczuł: już nie szedł po mchu ani igliwiu. Grunt pod jego stopami stał się dziwnie gładki. Puszcza rozstąpiła się na boki. Jon przykląkł i dotknął dłonią ziemi. To nie była ziemia… Jego dłonie wymacały chłodny kamień. Opadł na kolana i na czworakach ruszył naprzód: wszędzie wokół był gładki kamień. Kamień, kamień, kamień… Wielkie, płaskie, starannie obrobione głazy złączone gliną. Widział je teraz wyraźnie, gdyż nagle zza gęstych chmur wyjrzał księżyc.

Kamienna Droga. Gładka, jakby wypolerowana. Wiatr i woda nie zdążyły wyrzeźbić w niej nawet najmniejszej nierówności. Jakby powstała wczoraj. Spojrzał ku bliskiej, dzięki obecności drzew, linii horyzontu. Puszczę dzieliła wijąca się Droga. Kamienna Droga zatem nie była prosta, jak wydawało mu się na początku. Dokąd podążała, tego Jon nie mógł dociec. Aby się o tym przekonać, należało po prostu ruszyć przed siebie. I Jon tak zrobił. Szedł szybko, gdyż zew płynął najwyraźniej stamtąd: z głębi Puszczy.

… właśnie tedy usłyszał czysty, wyraźny głos szamana:

- Jon! Wracaj! Tabu!

Wciąż nie czuł Tabu. Nic nie hamowało jego ruchów, a strach nie pętał kroków. Przeciwnie. Kamienna Droga wołała go i niosła niemal sama, lekkiego, jakby wyzwolonego. Był wystraszony, ale zarazem w przedziwny sposób czuł się wolny i niezależny, wyzwolony z pęt pełnej nakazów i zakazów codzienności. Mimo to podziałało na niego magiczne słowo: “Tabu”. Jon przywykł, że wagi tego słowa - jednoznacznego z zakazem - nikt w Plemieniu nigdy nie kwestionuje. Westchnął, odwrócił się i ruszył w stronę Rzeki. Po chwili już był z powrotem nad jej brzegiem. Tym razem nie szukał znajdującego się poniżej brodu: to szedł, to znów płynął na skróty tędy, gdzie od półtorej setki lat nikt z jego Plemienia nie ośmielił się przekroczyć nurtu.

Szaman siedział na pniu. Czekał, ledwie widoczny w mroku nocy, ponury i niezgłębiony jak ona. Gdy mokry Jon przycupnął u jego stóp, czarownik nie poruszył się.

- Znów będziesz mnie okadzał?

- Za późno - odparł szaman. - Poprzednie okadzanie świętym dymem nic ci nie pomogło. Nie mówiłeś mi, że poczułeś zew. Wtedy nic już nie pomaga.

Chłopiec westchnął i rozejrzał się niespokojnie. Oczekiwał, że mimo nocy zbiegną się kobiety i mężczyźni z Plemienia, zwabieni wołaniem czarownika. Trzeba było włożyć w ten okrzyk nie lada siłę, aby głos dotarł nie tylko na drugi brzeg Rzeki, ale i w głąb Puszczy, gdzie drzewa i krzewy tłumią wszelki dźwięk.

- Wszyscy śpią. Nikt się nie zbudził - odparł szaman myślom chłopca. - Nie wołałem cię dźwiękiem, tylko mocą.

- Nie rozumiem! - zdziwił się Jon.

- Wołałem wewnętrznym głosem. Usłyszałeś go. Nie każdy słyszy.

- A kto umie nim mówić? - zaciekawił się chłopiec.

- Szamani - pokiwał głową starzec - i ci wybrani, którzy go słyszą. Więc chyba ty. Kiedyś, dawno temu, zostałbyś pewnie plemiennym czarownikiem, jak ja. Ale myślę, że wkrótce nikt nas nie będzie potrzebował, dlatego kryj swój talent przed ludźmi. Może wzbudzić lęk i nieufność, jeśli nie coś gorszego.

- Złamałem Tabu - powiedział Jon, tak jakby szaman o tym nie wiedział.

- Czułem, że to zrobisz, widziałem, jak od wielu dni wpatrujesz się w drugi brzeg.

- Co mam teraz robić? - spytał chłopiec.

- Idź do świątyni i pomódl się. Proś Boga Dobroci, by okazał się silniejszy. Aby zagłuszył tamto wołanie. Lepiej, żebyś tam nie szedł, żebyś już nigdy nie postawił stopy na Kamiennej Drodze.

- Więc ją znasz? Byłeś tam? Dokąd ona prowadzi? - spytał niecierpliwie Jon.

- Znam tylko właściwe słowa i mam jej obraz w głowie, lecz nigdy na niej nie stanąłem - odparł bezradnie szaman. - Mój ojciec jeszcze chodził tamtędy, ja już nie. Jestem już tylko po to, by stać pomiędzy Tym, który czeka u kresu Kamiennej Drogi, a Bogiem Dobroci i pilnować, żeby Tamten się na nas nie zemścił. W końcu zdradziliśmy Go, prawda?

- Zatem Kamienna Droga prowadzi do Bezimiennego… - wyszeptał Jon.

- Tak. I boję się, że nią pójdziesz. Kto raz na nią wstąpił, słucha Jego głosu. Tak zawsze było. I widocznie wciąż tak jest. A ja już miałem nadzieję, że On… że umarł.

- Umarł? Myślałem, że Bogowie… no, że ich to nie dotyczy - zdziwił się chłopiec.

- Bogowie umierają, ale ich agonia jest dłuższa i straszliwsza niż ludzka. Umierają, gdy przestaje się w nich wierzyć, a po śmierci udają się do Krainy Zapomnianych Bóstw - rzekł szaman bardziej do swoich myśli niż do tego niepozornego chłopca.

- Plemię mnie odrzuci - zmartwił się Jon w dziecięcym odruchu żalu.

- Nie. W Wiosce wciąż pamiętają, że ten, kogo On wołał, musi iść. Nie odrzucą cię, ale będą się ciebie bać. Oni już nie słyszą Jego wołania i są z tym szczęśliwi. Mogą teraz czcić Boga Dobroci, bez strachu i wyrzutów sumienia, że się komukolwiek sprzeniewierzyli. Idź teraz do świątyni i spróbuj odwrócić swój los, choć nie wiem, czy to możliwe. Ale idź. Choćby po to, aby mieć Boga Dobroci za sobą, a nie przeciw sobie.

- Bóg Dobroci pogniewa się, że szedłem Drogą starego Boga - powiedział Jon z lękiem.

- On nie gniewa się na nikogo. Wszystko wszystkim wybacza. I to jest najgorsze - szepnął szaman.

- Najgorsze…? - zdziwił się chłopiec.

- Ludzie na to nie zasługują. To zbyt dobry Bóg. I to mnie przejmuje lękiem, Jonie. Znam moje Plemię i inne Plemiona spoza Puszczy - są podobne. I wiem, że wcześniej czy później ludzie, gdy nie będą się bać swego Boga, zaczną, łamać Jego przykazania. Albo też Jego kapłani będą przemawiać w Jego imieniu, mówiąc nie to, co On by mówił, gdyby mógł. Ja nigdy nie wypowiadałem się za… za Tego, który czeka na końcu Kamiennej Drogi. On jest inny. Nikomu nie pobłaża. I nigdy nie pobłażał, także wtedy, gdy czciło Go całe Plemię. Był groźny wymagający. Karał za nieposłuszeństwo. I taki winien być Bóg ludzi. Na innego nie zasługujemy. Ale przecież nie ja będę pouczał nowego Boga, na co zasługują ludzie! A teraz idź już do świątyni, może jeszcze nie jest za późno…

Szaman skrył się w swym namiocie. Jon ruszył do świątyni. Stała pośrodku Wioski, prosta, drewniana, ze strzelistą wieżyczką wznoszącą się ku gwiaździstemu niebu, z ciepłym światłem łojowych lampek i świec migocącym za wąskimi, długimi oknami. Kapłani spali, ale Bóg - jak wszyscy Bogowie, starzy czy nowi - nie spał nigdy. Jon poczuł Jego obecność, ledwo wszedł do wnętrza. Nie patrzył na Jego wizerunki - rzeźbione w drewnie, odlane w metalu, malowane na płótnie, formowane w glinie lub w gipsie - gdyż wiedział, że żaden z nich nie pokazuje Go prawdziwym.

,,Im lepiej ludzie będą Go sobie wyobrażać, tym mniej będzie do siebie podobny” - pomyślał bezwiednie chłopiec. Na szczęście Bóg Dobroci był nie tylko w świątyni, był wszędzie. Jon czuł Go w Puszczy i nad Rzeką, w swoim domu i w znalezionym na drzewie gnieździe jaskółki. Świątynia była potrzebna tylko po to, by lepiej skupić się na Jego obecności; nie była miejscem Jego pobytu. Jon o tym wiedział; wiedział też o tym starszy z kapłanów, choć drugi z nich - młodszy i gniewny - chciał, aby Boga utożsamiać tylko ze świątynią.

Na szczęście obaj kapłani spali teraz w swych domach: stary, Isak - który pewnie by się zmartwił kłopotami Jona i młodszy, który straszyłby go piekielnymi mękami. Może nawet nakazałby mu odbyć pokutę? Kapłan Isak nakazywał jedynie modły, ale Ezra - przypomniał sobie chłopiec - zmusił raz starą Jagę, aby biczowała sobie do krwi plecy, gdyż przyłapano ją, jak przemawiała do wodników w czasie prania bielizny w Rzece. Podobno dawniej kobiety z Wioski zawsze podczas prania zaklinały wodników, aby nie rzucali czarów na spódnice, bluzki i koszule. Urok wodnika mógł pozostawić bieliznę równie brudną jak przed praniem lub jeszcze brudniejszą, mógł też wpędzić jej właściciela w chorobę, a nawet sprowadzić opętanie. Stara Jaga widocznie wciąż w to wierzyła, choć Plemię z Wioski dawno uznało nakazy Cywilizacji: do prania potrzebny był dobry ług, a nie zaklęcia. Więc może Ezra miał rację, gdy surowo nakazał odpokutować starej Jadze za ciemne zabobony? Ale przecież kapłan Isak, który nadszedł, gdy Plemię w milczeniu przyglądało się, jak Jadze krew cieknie po plecach, wyrwał staruszce rzemienny bat.

- Bóg Dobroci nie po to stworzył ludzkie ciało, by je kaleczyć! - krzyknął, bardziej smutny niż zagniewany.

…chłopiec wszedł zatem do świątyni, ukląkł, nie patrząc na obrazy i oparł głowę o ciepłe drewno jednej z szerokich ław. Nie chciał słyszeć nauk ludzi w długich sukniach, pragnął usłyszeć głos Boga. Wydawało mu się, że w ciszy wypełniającej świątynię jest bliżej do Niego niż podczas wspólnych, głośnych modłów i pieśni, śpiewanych z uczuciem, lecz fałszywie.

- Jeśli nawet TAM pójdę, to nie po to, by Cię zdradzić - powiedział półgłosem. - Pójdę, bo muszę. A Ty mi wybaczysz, wiem. Obiecuję też, że obojętne, czego Tamten będzie ode mnie chciał, nigdy nie zrobię niczego przeciw Tobie. Wierzysz mi? Odpowiedz…

Bóg Dobroci nie odezwał się. Nigdy się nie odzywał, ale Jon i tak odczuł Jego zgodę. Nie aprobatę, lecz zgodę na to, co nieuniknione. I zrozumienie. Szaman miał rację. Nowy Bóg miał zbyt wiele zrozumienia dla ludzi z Wioski.

Chłopiec wyszedł ze świątyni i, nie zauważony przez nikogo, wślizgnął się cicho do domu. Matka i ojciec nadal spokojnie spali, a po chwili usnął też Jon, snem głębokim i bez koszmarów. Teraz, gdy już wiedział, że musi iść Kamienną Drogą, poczuł ulgę. Zwłaszcza że nikt nie żądał od niego, aby uczynił to jutro czy choćby za miesiąc. Tylko do niego należała decyzja, kiedy to zrobi. A on się nie śpieszył.

 

- - - - - - - - -

Minęło wiele dni i nocy. Prawie całe dwie pory roku. Przebywając na swoim brzegu, w Wiosce, Jon nie słyszał zewu. Widocznie szaman dobrze chronił Plemię. Chłopcu nie było też spieszno poznać tajemnicę Kamiennej Drogi. Z zachowania starego czarownika wywnioskował, że nie był to rodzaj sekretu, którego odkrycie przynosi szczęście, a Jon, jak każdy dwunastolatek {teraz już prawie trzynastolatek), wolał szukać okazji do radości. Właśnie nadarzała się taka okazja i chłopiec poświęcił jej całą uwagę.

Oto po jesieni i zimie następowała znowu wiosna, tradycyjna pora łączenia w pary młodych ludzi z Plemienia. Najpierw - zgodnie z odwiecznym obyczajem, którego nie zmieniło przybycie kapłanów z Dalekiego Kraju - porozumiewali się ze sobą rodzice przyszłych oblubieńców, oni sami na ogół nic o tym nie wiedzieli (na ogół, gdyż spryt młodych nie mieścił się w wyobraźni starszych!). Rodzice wymieniali rzeczowe uwagi o ilości bydła, owiec, zwierzęcych skór, narzędzi i broni, jaką młoda para otrzyma na nową drogę życia. Decydowano, gdzie młodzi zamieszkają po ślubie - z rodzicami czy osobno. Bogatsi ludzie z Plemienia na długo przed weselem zaczynali budowę domu dla przyszłej rodziny, w czym pomagała na ogół cała Wioska. Ustalano okres narzeczeństwa - nie mógł być krótszy niż siedem lat. W ciągu tych siedmiu lat młodzi mogli się polubić, lecz mogli też zażądać od rodziców zerwania narzeczeństwa i zawiązania nowego. Zdarzało się to jednak rzadko, a każdy taki przypadek Plemię długo pamiętało, a nawet czasem przekazywało w pieśniach następnym pokoleniom. Były to pieśni ponure - o złamaniu rodzinnych umów i rodowej wojnie, w imię obrazy krewnych dziewczyny lub chłopca. I odwrotnie: niektóre z pieśni sławiły potęgę miłości, która pokonywała wszelkie przeszkody, nawet dawne obyczaje.

Najczęściej jednak rodzicom udawało się dobrać narzeczonych, korzystali bowiem z pomocy szamana. Zaślubin udzielali kapłani, wciąż jednak to szaman najlepiej wiedział, czy z narzeczeńskiej pary będzie zgodne stadło. Plemię po części ze wstydu, po części ze strachu kryło przed kapłanami tajniki tej wiedzy. Nie dlatego, że się ich bało - mimo porywczości Ezry kapłani byli dobrymi ludźmi - ale nikt nie chciał sprawiać im zawodu. Nikt też nie chciał narażać spokoju szamana. Najstarsi ludzie z Wioski uznali, że mądrzej będzie, by ludzie w długich sukniach nie wiedzieli zbyt wiele o starych rytuałach i obyczajach, wywodzących się z czasów, gdy w żadnym z Plemion nie oddawano jeszcze czci nowemu Bogu, ba, nikt nawet o Nim nie słyszał. Dzisiaj większość starych rytuałów zarzucono, lecz niektóre wciąż były przydatne.

A zresztą Bogu Dobroci nie ubywało miłości ludzi tylko dlatego, że szaman podczas ceremonii zaręczyn szepnął rodzicom słówko, pokręcił głową lub zmarszczył brwi. Kapłani nie umieli tu doradzić, czarownikowi wystarczał jeden rzut oka. Owszem, niekiedy oddawał się szczególnym wróżbom, badaniu wnętrzności zabitej kury czy piciu tajemnego wywaru z ziół lub grzybów, po którym jego wzrok stawał się jaśniejszy, widział dalej, niż sięga wzrok zwykłych ludzi. O tym kapłani też nie powinni byli wiedzieć, gdyż któryś z nich - choćby surowy Ezra - mógłby wpaść na pomysł, że szamana trzeba wypędzić z Wioski. Kupcy, przejeżdżający czasem przez to ukryte w Puszczy miejsce, przywozili wszak dziwne wieści ze Świata Cywilizacji, mówiące o rosnącej odrazie dla czarów i srogim karaniu czarowników. Plemię nie rozumiało, dlaczego szaman miał być karany za swe nadzwyczajne umiejętności. Ludzie z Plemienia pragnęli trwać w uczuciu dla Boga Dobroci, lecz równocześnie nie chcieli stracić swego szamana. Czuli, że jest im wciąż potrzebny; wiedzieli, że złośliwe bożęta, wodniki i wije podchodzą niekiedy pod Wioskę, by sprawdzić, czy nie uda się czegoś zniszczyć w utrwalonym nowym porządku; pomniejsze bóstwa potrafiły sprowadzić deszcz na gotowe do zbioru plony lub wywołać pożar w zagaszonym domowym ognisku. O mocy i możliwościach dawnych Wielkich, dzisiejszych Bezimiennych, nikt bez trwogi nie umiał myśleć. Na szczęście stary szaman, rozumiejąc swoje Plemię, nakazał istnienie Tabu, które zezwalało milczeć - i nie myśleć.

Zgodnie z wielusetletnią tradycją, zanim rodziny ustaliły zawarcie narzeczeństwa, najpierw porozumiewały się matki młodych. One - podobnie jak szaman - instynktownie wyczuwały, kogo z kim można łączyć, a kogo lepiej trzymać od siebie z daleka. Ojcowie rzadko kwestionowali ich wybór.

…to chyba matka Gai przyszła pierwsza. Chłopiec zobaczył ją w swoim domu, lecz początkowo niczego się nie domyślał. (Pewnie przyszła po sól lub przepis na placki - przemknęło mu przez głowę). Ale odwiedziny zaczęły się powtarzać, a pewnego wieczoru ojciec i matka Jona udali się razem do domu dziewczynki. Gaja miała zaledwie dziewięć lat, ale za siedem kończyła szesnaście, czyli tyle, ile powinna mieć oblubienica. Gdyby miała więcej, byłaby już trochę za stara i można by podejrzewać, iż nikt jej nie chciał. Na taki wstyd żadna matka nie chciała narażać swoich córek. Matka Gai miała niewiele czasu, by wyszukać narzeczonego dla jedynaczki.

Zatem kontakty trwały już pewien czas, zanim dla Jona stało się jasne, o czym rozprawiają ze sobą jego rodzice i rodzice dziewczynki. Gdy to odkrył, poczuł dziwne zadowolenie. Zrozumiał, że wchodzi na Drogę wiodącą ku męskości. Było to powodem do dumy, nie żalu za beztroskim dzieciństwem. Jon zastanawiał się, czy na decyzji matki Gai zaciążył fakt, że to właśnie on uratował życie jej córki, czy też zadecydował o tym przypadek.

Rodzice toczyli zatem zwyczajowe, długie rozmowy i targi, nieświadoma niczego Gajka bawiła się lalką przed domem, a Jon obserwował ją z ukrycia, schowany za grubym pniem drzewa. Włosy dziewczynki w słońcu przybierały barwę młodziutkiego kasztana, a cera - jego miąższu po rozłupaniu: jasną, w odcieniu kremowym. Twarz pokrywały drobniutkie, złociste piegi, dodając uroku i podkreślając niespokojną zieleń oczu. Gdy niebo nad wioską było chmurne, oczy Gajki wydawały się dla odmiany niebieskie. Rodzice ubierali ją w praktyczne, bure sukienki z lnu - i Gaja, nie wiedzieć czemu, przypominała Jonowi Ziemię. Matkę Ziemię: ciepłą, bezpieczną i stałą - choć zarazem zmienną w tonacji pór roku. Tęczówki oczu Gai tchnęły wiosną, a złociste plamki piegów były jak lato; kolor jej włosów lśnił barwą jesieni, biel skóry przypominała o zimie.

Będzie kiedyś piękna - pomyślał mimo woli Jon, któremu piękno kojarzyło się do tej pory raczej z ognistym zygzakiem błyskawicy na granatowiejącym niebie, z rozłożystością rogów jelenia czy z połyskiem niedźwiedziego futra niż z płcią.

Gajka z ogromną powagą bawiła się swoją szmacianą lalką, obdarzając ją czułością i przemawiając do niej półgłosem jak do prawdziwego dziecka.

Będzie dobrą matką - stwierdził chłopiec, przypominając sobie, że inne dziewczynki często biły swoje dzieci-lalki, pokrzykując na nie swarliwie, naśladując w tym bezwiednie swoje matki.

Chłopiec pomyślał też, że nie będzie mieć nic przeciw temu, by ich rodzice doszli do ugody. Odruchowo skierował się do namiotu szamana. Starzec wygrzewał się w słońcu przed swym niepozornym mieszkaniem, mimo zamkniętych oczu wyczuł obecność Jona.

- Chcesz spytać o Gaję - wymamrotał.

Jon czekał, kucając obok czarownika i patrząc ze zdumieniem na jego pomarszczoną skórę. W słonecznym świetle wydawało się, że starzec ma co najmniej sto pięćdziesiąt lub więcej lat. Chłopiec przypomniał sobie dziwaczną opowieść starej Jagi (zanim musiała poranić swoje plecy rzemiennym batem i zamilkła), że każdy nowy plemienny czarownik jest wciąż tym samym czarownikiem, niezmiennym od wieków, bo dusza zmarłego szamana nie ucieka do Puszczy, gdzie musiałaby zmienić się w błędny ognik, strzygę lub upiora, lecz wchodzi w ciało następcy.

- Wasi rodzice ugodzą się - powiedział wreszcie szaman po długim milczeniu. - Już tu byli.

- Co powiedziałeś? - zaciekawił się chłopiec.

- Połowę prawdy.

- Nie rozumiem…

- Będziecie bardzo dobrym małżeństwem - szepnął szaman.

- Co jeszcze mógłbyś powiedzieć, skoro jest to tylko połowa prawdy? - zdziwił się Jon.

- Czy ktokolwiek pyta o więcej? - odparł szaman pytaniem na pytanie.

Chłopiec spojrzał na jego pomarszczoną twarz i pomyślał, że on też nie chce pytać.

Zaręczyn w Wiosce nigdy nie urządzano hucznie, obchodzono je tylko w gronie najbliższych. Po prostu: pewnego wieczoru rodzice Gai przyprowadzili odświętnie ubraną dziewczynkę do domu Jona, gdzie na progu powitali ich rodzice chłopca. Sąsiedzi zerkali ciekawie przez okna i uchylone drzwi; w tak małej Wiosce każde zaręczyny były ważnym wydarzeniem. Nim goście i gospodarze weszli do domu, Jon, zgodnie z obyczajem, musiał przewiązać włosy dziewczynki wąską wstążką. Wybrał kolor zielony. Gdy ją wiązał na kasztanowych włosach, które oplotły mu się wokół palców, mimo woli parsknął śmiechem, a Gaja mu zawtórowała. Oboje rodzice spojrzeli na nich z udawaną surowością: ceremonii zaręczyn towarzyszyć powinna powaga, ale wszyscy wiedzieli, że dziewięciolatka jest jeszcze skorym do zabawy dzieckiem, a dwunastolatek najwyżej udaje dojrzałość. Jon pocałował narzeczoną w jasny, nakrapiany drobnymi cętkami policzek, który ona nadstawiła ochoczo, zaraz jednak pytając dźwięcznie:

- …a jeśli wyskoczy dziki zwierz z Puszczy, to też mnie uratujesz jak od śmierci w Rzece?

Zapanowało kłopotliwe milczenie. Widać było, że dorośli nie chcą wracać pamięcią do tamtego wydarzenia. Jon też nie chciał. Już wiedział, że jest to wyłącznie jego sprawa: że może liczyć na siebie i nikogo więcej.

- Chodź, pokażę ci, jak się robi łuk - zaproponował i twarze rodziców znów rozjaśniły się ceremonialnym uśmiechem. Żadne z nich jednak nie wiedziało, że dla Jona temat Tabu też jest niewygodny.

Dorośli zasiedli za stołem, aby uczcić zaręczyny dzieci, a one same wybiegły z domu, by się pobawić. Jon wprawdzie nie nazwałby tego zabawą: czuł się dojrzałym chłopcem, w dodatku zaręczonym, ale Gajka była jeszcze dzieckiem. Chłopiec wiedział, że przez najbliższych siedem lat, patrząc, jak narzeczona dorasta, musi się nią opiekować. Niejasno też przeczuwał, że nadejdzie dzień, w którym spojrzy na Gaję nie z rozbawieniem i czułością, ale jak na dziewczynę, której uroda po części go onieśmieli, a po części wyzwoli w nim inne uczucia. Obserwował to u starszych kolegów z Wioski; przecież razem z rówieśnikami niejeden raz skradali się w Puszczy wokół Wioski, aby podglądać zakochanych i ich miłosne gry. Zakochani uciekali przed bandą dzieciaków, krzyczeli na nie, skarżyli się dorosłym, lecz nic nie było w stanie zniweczyć ciekawości najmłodszych. Tropienie narzeczonych i utrudnianie im zbliżenia było najwspanialszą zabawą dzieciarni wszystkich kolejnych pokoleń.

- Mnie tak łatwo nie znajdą… - pomyślał z pychą. - Wezmę Gaję na drugi brzeg i nikt za nami nie pójdzie. Umarliby ze strachu! Tabu spętałoby im nogi i ręce!

Myśl ta, niespodziewana i bezwiedna, przypomniała mu o wołaniu Kamiennej Drogi - i Jon odrobinę się spłoszył, a jego rozbawienie pierzchło. Poczuł się tak, jakby z rozjaśnionej słońcem polany wszedł nagle w głęboki cień lasu. Fragment tego cienia dotknął też dziewczynki i jasna skóra Gai zbielała jeszcze bardziej. Dziewczynka wyczuła zmianę jego nastroju, podniosła wielkie zielone oczy i spytała:

- Coś cię boli?

- Nie, dlaczego?

- Coś cię boli. Lub czegoś się boisz - pokiwała główką, a Jon pomyślał ze zdziwieniem, że jak na dziewięcioletnie dziecko, jest w niej zbyt dużo dorosłej przenikliwości. Mała Gajka dostrzegła to, czego nie widzieli jego rodzice: skryty niepokój, który drążył Jona od dnia, gdy usłyszał zew drugiego brzegu Rzeki.

Bawili się krótko. Jon wyginał elastyczną gałąź olchy, łącząc ją rzemiennym szpagatem: chciał zrobić łuk na tyle mały, by dziewczynka mogła go napiąć. Gaja uczyła się trafiać do tarczy strzałami zrobionymi z zaostrzonych patyków. Czekali teraz na sygnał rodziców, aby udać się do świątyni. Tam dopiero kapłani, w obecności świadków, mieli pobłogosławić ich narzeczeństwo, aby trwało bez przeszkód i doprowadziło do zaślubin po siedmiu przepisowych latach.

Jon miał nadzieję, że w świątyni będzie tylko starszy kapłan, Isak, ten który w dziwny sposób przypominał mu szamana: obaj byli starzy, obaj mieli wypisane na twarzach, nabyte z upływem lat, zrozumienie dla słabości bliźnich: więcej było w nich współczucia niż gniewu. Chłopiec wierzył, że stary kapłan nie obraziłby się za porównanie go z szamanem. Młody kapłan, Ezra, był inny: szamana traktował jak osobistego wroga i tolerował jego obecność w Wiosce tylko na polecenie swego starszego brata. Gdyby mógł to bezkarnie uczynić - wygnałby starca do Puszczy, skazując na głód lub pożarcie przez dzikie zwierzęta. Ezra jednak wciąż nie był pewien, jak zareagowałoby na to Plemię - odwlekał więc słuszną, w jego mniemaniu, chęć oczyszczenia Wioski z grzechu, jakim była obecność czarownika.

Stary kapłan był przeciwieństwem swego brata (Ezra z Isakiem naprawdę nie byli braćmi: to Bóg Dobroci nakazywał miłować bliźniego jak siebie samego lub swego brata, dlatego więc ludzie w długich sukniach zwracali się do siebie “bracie” lub ,,siostro”). Jon parokrotnie widział starego kapłana z jeszcze starszym czarownikiem, jak spacerując za Wioską, w cieniu wielkich drzew, o czymś do siebie szeptali. Starcy nie zauważyli chłopca i Jon dałby głowę, że nie chcieli, by ktokolwiek widział ich razem, a zwłaszcza Ezra, więc też nikomu o tym nie wspomniał nawet rodzicom. Młody kapłan nie traktował szamana jako członka Plemienia i czasem, gdy niespodziewanie natknął się na niego w Wiosce, udawał, że go nie widzi, oczekując, że starzec pokornie zejdzie mu z drogi. Ezra na wszelkie sposoby dawał czarownikowi odczuć, że czasy jego władzy w Plemieniu dawno się skończyły, a Plemię pogodziło się z nieuchronnością tej zmiany. Czasem tylko, gdy młody kapłan zbyt niegrzecznie potraktował starego czarownika, czyjeś ręce podrzucały nocą do namiotu świeżo upolowanego zająca, kurze jaja, garniec śmietanki lub domowe ciasto z miodem. Plemię wynagradzało szamanowi jak umiało nie zawinione upokorzenia, równocześnie prosząc go milcząco, by trwał nad ich brzegiem Rzeki.

Jon kochał Boga Dobroci, ale gdy był przypadkowym świadkiem takiej jawnej niechęci lub gniewu Ezry na starego człowieka, myślał z hamowanym gniewem, że woli szamana niż tego akurat wysłannika nowego Bóstwa - i Cywilizacji. Chłopiec nie pojmował, dlaczego kapłan Isak był aż tak inny: chwilami nawet wydawał się być z innego świata, czy wręcz z innej świątyni niż Ezra.

…tym razem chłopiec miał pecha: gdy obie rodziny w otoczeniu przyjaciół wprowadziły Gaję z Jonem do świątyni, u ołtarza czekał na nich właśnie młody kapłan. Jonowi wydało się, że nawet wizerunek Boga Dobroci przybrał srogi wyraz, podobny do tego, jaki zazwyczaj gościł na obliczu Jego sługi.

- Nie lubię go - szepnął cicho do Gai, a dziewczynka spojrzała na niego ze zrozumieniem.

Kapłan patrzył na wchodzących surowo, choć sytuacja wymagała, by okazać radość. Jego wzrok wydawał się ranić Jona. Chłopiec pomyślał, że do Ezry musiały dotrzeć wieści o tym, że złamał plemienne prawa. Nikt z Wioski nigdy nie rozmawiał z kapłanami o starych Bogach, ba, Plemię nie rozmawiało o nich nawet między sobą, Jon wyczuł jednak teraz, że Ezra podejrzewa go, skądinąd słusznie, o jakieś konszachty z… właśnie, z kim? Przecież Jon nie wiedział, kto go wzywał na drugim brzegu Rzeki.

Ezra tymczasem odetchnął i przemówił mocnym, twardym głosem, tak jakby w świątyni były setki wiernych, a nie raptem sześcioro.

- Najpierw przyrzeknijcie oboje, ty, Jonie i twoja przyszła żona, że zawsze i wszędzie będziecie służyć tylko prawdziwemu Bogu i że żaden z bałwanów, w które wierzyło kiedyś wasze Plemię, nawet przelotnie nie zajmie waszej uwagi. A gdy natraficie w Puszczy na jakikolwiek posąg bałwana, zniszczycie go w imię Boga. Wypalicie go ogniem, jeśli będzie uczyniony z drewna, lub rozbijecie młotami, gdy będzie z gliny lub kamienia. Wszystkie bałwany wokół zostały zniszczone, ale Bóg jeden wie, na co głupie dzieciaki trafiają, gdy gonią po Puszczy lub przypadkiem przepłyną na drugi brzeg…! - zaczął kapłan z pogróżką w głosie. Urwał, a potem ciągnął dalej, patrząc uparcie na Jona: - Jeśli tego nie zrobicie, to na waszą przyszłą rodzinę, na was, na wasze dzieci i wasze wnuki, spadnie klątwa. Prześladować was będzie ciąg straszliwych nieszczęść, a Szatan…

- Przestań, Ezro - przerwał młodemu kapłanowi łagodny, lecz rozkazujący głos starego kapłana. Właśnie wyłonił się spośród zakamarków świątyni i stanął obok, widząc niespokojne twarze obu rodzin, wzburzenie Jona i lękliwe zdziwienie młodziutkiej narzeczonej.

- Dlaczego, Ezro, straszysz wiernych? - spytał starzec łagodnie. - To jest świątynia Boga Dobroci, nie Boga Klątwy…

- Chyba słyszałeś, Isaku, o tym, gdzie był ten chłopiec! Jeśli nie wiesz, to chyba tylko z powodu głuchoty! - wzburzył się Ezra. - Co będzie, gdy on pójdzie tam znowu? Kto, jeśli nie my, ma mu wytłumaczyć, że jest to straszliwy grzech, za który czekają go piekielne męki? Bałwany, którym ci ludzie hołdowali, zanim przybyliśmy tu z prawdziwą wiarą…

- Ezro! Nie obrażaj ich starych Bogów, nawet jeśli, twoim zdaniem, nie są prawdziwymi Bogami - przerwał mu Isak i dodał szeptem: - Może nie są prawdziwi, ale są.

- To herezja, Isaku! Ugryź się w grzeszny język! Wypluj te słowa! Gdyby cię usłyszeli nasi święci teologowie…! Nie wiesz, że badają oni wszelkie odstępstwa od naszej świętej wiary i potrafią je wykorzenić?! Za każdą cenę? A kto wie, czy ten chłopiec…! - młody kapłan zaczął krzyczeć, ale Isak odsunął go i sam zajął miejsce u stóp ołtarza.

- Błogosławię wasz obecny i przyszły związek, Jonie i Gaju. Dbaj o nią, chłopcze, aby nigdy nie stała się jej krzywda, zwłaszcza z twojej ręki. Ty, Gaju, zawsze stój przy nim, nawet gdybyś w niego wątpiła. Będzie mu potrzebna twoja miłość. Wierzę, że za siedem lat staniecie tu przede mną, umocnieni wiarą w Boga i zawrzecie związek na wieki, którego nawet śmierć nie rozłączy…

Młody kapłan stał z boku, zaciskając wąskie wargi. Nie patrzył na grupkę ludzi, która weseląc się, wychodziła ze świątyni. Widać było, że opuścił ich niepokój zasiany przez Ezrę.

Isak zatrzymał Jona, gdy ten przekraczał szerokie drzwi Domu Boga i szepnął: ,,Zostań chwilę, Jonie. Chcę z tobą porozmawiać…”

Jon ucieszył się. Lubił starego kapłana i każda rozmowa z nim wydawała mu się ciekawa. Zapewne Isak… - pomyślał chłopiec - chce udzielić mi nauk, przydatnych narzeczonemu. Ezra gasił już światła i świątynia wolno pogrążała się w półmroku, rozjaśnionym jedynie wątłym blaskiem kilku świec. Isak zerknął w stronę swego brata, a widząc, że jest daleko, zaczął półgłosem:

- Byłeś blisko waszego dawnego, plemiennego Boga. Jednego z wielu, lecz najpotężniejszego…

Isak znowu spojrzał z ukosa na krzątającego się Ezrę, który akurat gasił łojową lampę w pobliżu. Młodszy kapłan, widząc niepokój na twarzy Jona, zakrzyknął donośnie, aż echo przetoczyło się przez świątynię:

- Trzeba go wyegzorcyzmować!

- Odejdź, Ezro - odparł Isak stanowczo i kapłan gniewnie ruszył za ołtarz, do pomieszczeń, w których przechowywano rytualne szaty i pobożne księgi.

- Powiedz mi, chłopcze, tylko szczerze, czy zamierzasz iść do Światowida? - spytał Isak, a Jon zdziwił się:

- Do Światowida? Kto to?

Teraz z kolei zdziwił się stary kapłan:

- Nikt nigdy nie powiedział ci Jego imienia? Imienia Tego, który mieszka za Rzeką?

- Nazywamy go Bezimienny… A zresztą… w ogóle o Nim nie mówimy.

- Więc szaman rzeczywiście dotrzymuje słowa i nigdy nie Przyzywa imion starych Bogów - zamyślił się Isak. Ciepły uśmiech przelotnie pomarszczył mu twarz, lecz zaraz zniknął. - Tak, Jonie, ów Bezimienny nosi imię Światowida. Ezra zapewne powiedziałby ci, że On w ogóle nie istnieje, że jest Bogiem fałszywym. Bałwanem. Ale ja myślę, że nie jest to cała prawda. Byłaby zbyt prosta. Dlaczego ludzie przez tysiące lat mieliby czcić nie istniejącego bałwana? Jeśli czcili Go, no to… Nie wiem - urwał nagle, zamyślony, jakby nie umiał rozstrzygnąć żadnej z tych kwestii. Jon znowu się zdziwił, gdyż wydawało mu się, że kapłani zawsze wszystko wiedzą i nie muszą zadawać żadnych pytań. Znają odpowiedzi na każde z nich, nie mają żadnych wątpliwości.

- Zatem Światowid jest czy Go nie ma? - spytał oszołomiony. Ludzie w długich sukniach zawsze mówili, że bałwanów nie ma, że istnieją tylko w wyobraźni Plemienia i wszystkich innych Plemion. Ale przecież on, Jon, idąc Kamienną Drogą, czuł zew. Żaden zew nie może płynąć z Nicości!

- To skomplikowana sprawa… - zasępił się stary kapłan. - Tylko młodym wydaje się ona prosta. Dzielą Bogów na Tego Jedynego, który jest prawdziwy i na bałwanów, do których zaliczają resztę. Ja myślę, że inni Bogowie w jakiś sposób istnieją. Ale niektórych, jak Światowida, ludzie powołali do życia własną wiarą, podczas gdy Bóg Dobroci chyba istniał zawsze. Jeszcze nie było ludzi i ich wiary, On już był. Był przed wiarą, przed słowem, przed ludźmi, ba, on był przed drzewami i trawą! I zawsze był taki sam, niezmienny, ponad czasem, ponad wszystkim, co żywe lub martwe. Wystarczyło tylko w Niego uwierzyć i już wiadomo było, że nie tylko jest, ale był, rozumiesz? Najpierw był On, a dopiero potem wiara w Niego. I zawsze znaczył to samo: Wszechdobroć, Wszechmiłość, Wszechmoc, Wszechzrozumienie, choćby nosił wciąż różne imiona, zależnie od miejsca, gdzie go wyznawano. Tymczasem Bogowie, których powołuje się do istnienia jedynie wiarą, przybierają cechy nadane im przez ludzi. Najpierw jest wiara, a dopiero potem Bóg utkany z tej wiary. I Światowid był… jest… był Bogiem okrutnym…

- Powołała go do życia wiara mojego Plemienia? - spytał Jon.

- Powołał go do życia strach twojego i innych Plemion, dlatego jest groźny. Gdyby był słabym, jednoplemiennym bogiem, przywołanym z miłości, a nie strachu, można by nawet z niego pożartować i nazwać bałwanem, jak chce Ezra. Ale Światowida powołały do istnienia tysiące ludzi, setki tysięcy ludzi przed wielu wiekami! Ci ludzie bali się świata, Matki Ziemi, ognia i wody, wiatru i burzy, wszystkiego, co nieznane i wszystkiego, co znali. Potrzebowali kogoś, kto byłby silniejszy niż żywioły. Powołali do istnienia różne pomniejsze bóstwa, bożęta, wodniki, strzygi i inne stwory, ale to wciąż nie wystarczało. Pragnęli obrony od Istoty, która byłaby mocniejsza niż przyroda. Powołali zatem swą wiarą Światowida. Szybko obrósł w siłę i moc. I równie szybko ludzie uwierzyli, że Światowid, będąc Bogiem potężnym, silnym i okrutnym, wymaga krwawych ofiar, więc… więc On rzeczywiście zaczął ich wymagać. Najpierw składali mu ofiary ze zwierząt, potem z ludzi…

- Nie…! - zawołał wstrząśnięty chłopiec.

- Porozmawiaj z waszym szamanem - szepnął Isak - to człowiek mądry, od kilkudziesięciu lat stoi między Wioską a Światowidem, chroniąc was przed Jego zemstą. Od stu pięćdziesięciu lat nikt nie składa Mu ofiar z ludzi, zaprzestano też składać Mu ofiary ze zwierząt, więc ma prawo pragnąć pomsty na swych dawnych wyznawcach. Ostatnimi ofiarami z ludzi była para naszych kapłanów…

- …nie! - ponownie zawołał Jon, czując chłód, mimo ciepłej pory, ale stary kapłan ciągnął dalej:

- …para kapłanów, którzy dotarli tu jako pierwsi ze słowem naszego, a teraz już także wspólnego Boga. Tak, Jonie, twoi pradziadowie zabili ich w okrutny, męczeński sposób. Nic na to nie poradzę, taka jest prawda. Mimo ich straszliwej śmierci, nadal przybywali tu, do Puszczy, nowi kapłani i zakonnicy. Udało im się ocalić życie, gdyż twoje Plemię zaczęło słuchać o Bogu Dobroci. Wcześniej chyba nie rozumieli. A potem powoli, bardzo powoli zaprzestano wierzyć w Światowida. On o tym wie. Czuje się zagrożony i bezsilny, gdyż razem z agonią wiary w Niego umiera On sam. Inni wasi plemienni Bogowie już dawno zmarli, gdyż wiara w nich była słabsza, ich istnienie tylko tliło się jak ogień świec i zgasło. Ale On wciąż trwa. Trwa resztką sił, Jonie - zakończył stary kapłan i urwał.

- Kiedy ludzie przestali mu składać krwawe ofiary?

- Gdy przybył tu starzec Aron, nasz największy kapłan, który zmarł w powrotnej drodze do Dalekiego Kraju, dokładnie przed stu czterdziestu siedmiu laty. To on pierwszy zasiał w waszych Plemionach ziarno miłości do Boga Dobroci. Powoli, powolutku przestali składać ofiary Światowidowi, najpierw z ludzi, potem z cieląt, saren, zajęcy i kur, przestali odwiedzać Go, a nawet wymieniać Jego imię. W ten sposób zrodziło się Tabu: zakaz przechodzenia na drugi brzeg Rzeki, zakaz modlitw do Starych Bogów, zakaz nazywania Ich po imieniu, zakaz przechowywania w domach Ich wizerunków z gliny, drewna czy słomy. Tabu pomogło Starym Bogom zapomnieć, że mieli wyznawców. Pomogło im godnie i bez bólu umrzeć. Wszystkim, poza Światowidem. On jeden miał swoje Kamienne Drogi. Do innych prowadziły tylko polne lub leśne ścieżki. On jeden był gigantem, tamci byli maluczcy; więc poddali się bez walki i pomarli. On trwał. Kolejni kapłani, którzy przybywali do waszej Wioski i innych siedlisk ludzkich w głębi Puszczy, nakazywali Go zniszczyć. Ludzie z waszego Plemienia i z innych Plemion brali potężne, żelazne młoty, łomy i próbowali wypełnić nakazy “ludzi w długich sukniach”, jak nas tu nazywano. Bali się Go niszczyć, lecz próbowali, byli rozdarci lękiem między starymi a nowym Bogiem. Nauczyliśmy ich przecież, że nasz Bóg jest najpotężniejszy i najlepszy, choć nie znaliśmy waszych Bogów i niewiele mogliśmy o nich powiedzieć… Ale choć ludzie z twojego Plemienia i wszystkich Plemion wokół robili co mogli, by zniszczyć Światowida i choć było ich tak wielu, nie tylko nie udało się im Go unicestwić, lecz nie zrobili w Nim nawet małej, choćby najmniejszej rysy. Teraz widzisz, dlaczego pozostało nam jedynie Tabu. Tabu nie zrodziłoby się ani nie działałoby bez pomocy waszego szamana. Niektórzy z nas, kapłanów, bardzo nieliczni, umieją czasem czynić cuda, ale Tabu… Do utrzymania Tabu trzeba prawdziwego czarownika. Twoi prapradziadowie mieli i wy także wciąż macie szamana. Nikt od dawna nie chodzi na drugi brzeg Rzeki. Światowida pozostawiono samemu sobie…

Jon, wstrząśnięty, słuchał starego kapłana. Do tej pory żaden z dorosłych nie rozmawiał z nim tak szczerze o sprawach związanych z Tabu. Słowo ,,Tabu” zamykało wszystkim usta, nikt nie starał się nawet dociec, co ono naprawdę oznacza. Przyjmowano do wierzenia: Tabu - zakaz, milczenie, klątwa. Tylko tyle. Nawet szaman, strażnik Tabu - milczał, wypełniając swą misję. Chłopiec po raz pierwszy usłyszał imię Boga z drugiej strony Rzeki i dowiedział się, że przez tysiące lat tysiące ludzi oddawało mu cześć. Skoro tak - musi On być potężnym Bogiem…

- Pewnie wolałbyś, żebym tam nie szedł - szepnął Jon. - Boisz się, że gdy pójdę jako Jego wyznawca, On stanie się znów mocniejszy. A ty chcesz wierzyć, że On w końcu zniknie, wraz z brakiem wiary. Ale ja nie jestem Jego wyznawcą. I nie będę. Ja Go nawet nie znam, mimo że mnie wezwał. A zresztą… kocham Boga Dobroci. Wiem, że jest to dobra obecność. Dziś znów ją czułem, widząc w Puszczy łanię, prowadzącą swoje małe. Za łanią skradał się wilk i chciał porwać koziołka. Nagle podniosły się opary z pobliskiego bagna i zasłoniły przed wilkiem całą rodzinę. Światowid pewnie chciałby, żeby ofiarować mu tę łanię i koziołki. Jak wilk. Bóg Dobroci ją ustrzegł. Strzeże też wilka, by nie zdechł z głodu.

- A gdyby Bóg nie ustrzegł łani, przestałbyś Go kochać? - spytał Isak.

- Och, On ma tyle spraw na głowie, tylu ludzi i tyle ich kłopotów! Nie zawsze ma czas, by wszystkim się zająć. Ja Go rozumiem - rzekł Jon, a stary kapłan uśmiechnął się na to wyjaśnienie, myśląc w duchu, o ile łatwiej być dwunastoletnim chłopcem niż starym człowiekiem.

- Isaku, jeśli pójdę Kamienną Drogą, to tylko po to, by dowiedzieć się, czego chce Ten, który mnie woła - zakończył Jon.

- Dobrze. Idź. Lepiej, żebyś to ty poszedł w tę Drogę, niż żeby On, zniecierpliwiony, wezwał kogoś słabszego. Ale nie śpiesz się. I zanim pójdziesz, przyjdź do świątyni…

- Chcesz mnie wyegzorcyzmować? - spytał chłopiec.

- Nie. Chcę cię pobłogosławić, żeby w Drodze, skoro już musisz nią iść, chronił cię nasz Bóg - powiedział Isak i pogłaskał Jona po jasnych włosach.

 

- - - - - - - - -

Jon nie śpieszył się na drugi brzeg Rzeki. Mijały kolejne pory roku: śnieg to sypał, to znowu topniał, liście drzew rodziły się w kolorze jasnej zieleni lub sfruwały spurpurowiałe, zaścielając ziemię. Gaja powoli zarzuciła zabawę lalkami i zaczęła towarzyszyć chłopcu w polowaniach, a dwa kasztanowe, dziecinne warkocze zamieniła w jeden, spleciony na karku. Niekiedy rozplatała włosy i gdy opadały burzliwą, połyskującą kaskadą, Jon czuł w sobie dziwne drżenie i pragnął ich dotknąć w inny sposób, niż robił to wcześniej, żartobliwie szarpiąc ją za warkocze - lecz wciąż nie wiedział, jaki miałby to być dotyk. Delikatniejszy, tak, ale nie tylko…

Do ślubu brakowało już tylko trzy lata - gdy Jon po raz trzeci przekroczył Rzekę w zakazanym miejscu. Tym razem zrobił to jednak jawnie, w jasny dzień, na oczach całego Plemienia. Skoro Plemię i tak wiedziało, że poczuł zew - skradanie się i oszukiwanie bliskich nie miało sensu. Starszy o parę lat Jon pojmował to lepiej niż dwunastoletni wyrostek.

Nie zamierzał iść do Światowida, chciał tylko poznać drogę ku Niemu. W tym celu potrzebował światła dnia, a nie mroku nocy, zniekształcającego wszelkie miary i potęgującego lęk. A zresztą, choć nikt o tym nie mówił - Tabu! - wszyscy w Plemieniu wiedzieli, że chłopiec usłyszał zew Bezimiennego, a nawet nadali mu przydomek. Nadawano go każdemu z młodych, gdy się zaręczył, lecz miano tym razem brzmiało szczególnie: Jon w Drodze. W ten sposób Plemię dało do zrozumienia, iż wie, że pewnego dnia chłopiec będzie musiał udać się na drugi brzeg, czy chce, czy nie. Nikt go nie potępiał, nikt się od niego nie odsuwał, lecz niekiedy w oczach rówieśników lub starszyzny Jon dostrzegał szczególny rodzaj zaciekawienia, połączonego z lękiem. Oczy jego rodziców wyrażały jedynie smutek i troskę, a Gaja…

Gaja niczego się nie domyślała. Była coraz piękniejszą dziewczynką, szczęśliwą, że pod opieką narzeczonego może poznawać tajniki Puszczy, wspinać się na wysokie drzewa i podpatrywać ptasie gniazda, przyjaźnić się z młodymi wilczkami, lisami, a nawet z niedźwiadkami. Okazało się bowiem, że Gaja nie rośnie na łowczynię - jak wszyscy się spodziewali, wnosząc to z jej zwinności i celności oka w strzelaniu z łuku - ale na przyjaciółkę zwierząt, nawet najdzikszych. Sobie tylko znanym sposobem dziewczynka odkrywała, kiedy niedźwiedzica zostawia małe w legowisku, idąc na łowy - i gnała tam wówczas, aby dokarmić niedźwiadki miodem, potarzać się z nimi w trawie, bawić się z nimi jak szczeniak ze szczeniakami. Raz niedźwiedzica przyłapała ją, zaryczała groźnie i wyciągnęła potężne łapy. Gaja musiała salwować się ucieczką na drzewo. I pewnie, gdyby nie była Gają, tkwiłaby tam całą noc, ale ponieważ wierzyła w naturalną szlachetność zwierząt - zeszła z drzewa i wróciła do Wioski. Dzikie zwierzę nic jej nie zrobiło: w zapachu jej ciała i włosów poczuło bowiem zapach swych małych, które całe, nietknięte, radośnie goniły dwunożną istotę.

Gaja patrzyła na Jona innymi oczami, nie wiedziała nawet, że nosi on miano Jona w Drodze. Gdy ujrzała, jak chłopiec przekracza Rzekę w zakazanym miejscu, natychmiast za nim ruszyła. Ale Tabu nie było niedźwiedzicą. Było czymś znacznie mocniejszym. W przeciwieństwie do narzeczonego, Gaja już w połowie Rzeki doznała skurczów w nogach i całe jej ciało zaczęło buntować się przeciw dalszemu marszowi. Straciła oddech, a w okolicy serca poczuła dojmujący ból. W dodatku szaman groził jej z oddali sękatym kijem, matka rozpaczliwie nawoływała, Jon zaś odwrócił się i krzyknął:

- Tabu! Tabu, Gajka!

To słowo sparaliżowało dziewczynkę: zatrzymała się pośrodku nurtu i bezsilnie patrzyła, jak narzeczony staje na kamieniach na drugim brzegu Rzeki.

- Czemu tam szłaś? - spytał szaman. - Tobie nie wolno.

- Dlaczego? Chcę wiedzieć, gdzie idzie Jon i co tam jest - odparła buntowniczo Gaja, a na twarzy szamana odbiło się zdumienie. Pojęcie Tabu już dawno zabiło ciekawość Plemienia wobec drugiego brzegu i szaman z niepokojem stwierdził, że pierwszy raz widzi kogoś, w dodatku dziewczynkę, kto tę ciekawość wciąż czuje. Pomyślał, że Gaja z Jonem do siebie pasują, lecz nie był pewien, czy wyniknie z tego coś dobrego. Może Jon powinien mieć inną narzeczoną, która czepiając się nóg przyszłego męża, udaremniałaby mu wędrówkę do Bezimiennego, straszyła klątwą i własnym lękiem? Gaja tymczasem patrzyła gniewnie za narzeczonym, który powoli znikał wśród starych drzew Puszczy na drugim brzegu Rzeki. Zazdrościła mu. I właśnie wtedy po raz pierwszy usłyszała przydomek chłopca: Jon w Drodze, który padł z ust szamana.

- W jakiej drodze? - zdziwiła się.

Tego nikt nie wie. Wiemy tylko, gdzie Droga się zaczyna. Tam, na drugim brzegu, w Puszczy. Lecz to jest tylko jej początek - westchnął szaman, patrząc w ślad za znikającym chłopcem.

Jon po raz trzeci stał na drugim brzegu Rzeki w zakazanym miejscu: pierwszy raz był tu prawie pięć lat temu, gdy ratował Gaję, usłyszał zew Bezimiennego i wyczuł istnienie Drogi; drugi raz - gdy odkrył w nocy Kamienną Drogę. I właśnie teraz, po krótkim błądzeniu, znalazł ją znowu.

…była inna, niż wyobrażał sobie wtedy, w nocy. O wiele szersza, wyłożona większymi głazami, niż sądził po dotyku sprzed lat. Pomyślał, że ludzie przed wiekami musieli bardzo się natrudzić, aby te głazy obrobić do gładzi i znieść je tu wszystkie. Taki wysiłek podejmuje się z wielkiej miłości - albo z wielkiego strachu. Droga była szeroka na kilkanaście kroków dorosłego mężczyzny i rzeczywiście nie biegła prosto, lecz wiła się, jak wówczas zapamiętał, wnosząc z układu drzew na horyzoncie. Stojąc na jej skraju, blisko brzegu Rzeki, Jon nie widział jej końca, lecz jedynie najbliższy zakręt.

- Gdyby to chodziło o miłość, chcieliby Go jak najszybciej zobaczyć. Wtedy Droga byłaby prosta i krótka. Mogliby wówczas widzieć z oddali Jego sylwetkę i zbliżając się, odczuwaliby coraz większą radość - przeszło chłopcu przez głowę. - Jeśli jednak Droga wije się, kręci, znaczy to, że jej budowniczowie pragnęli odwlec moment, w którym pielgrzymujący staną twarzą w twarz ze swoim Bogiem. A skoro tak odwlekali…

Gdy Jon pokonał pierwszy zakręt, aby dostrzec drugi - do Boga wciąż było daleko - uderzyła go odmienność Puszczy po tej stronie Rzeki…. nie, nie po tej stronie Rzeki, bo przecież Plemię wielokroć przekraczało Rzekę, udając się na polowanie. Czyniło to powyżej lub poniżej Kamiennej Drogi. Puszcza była inna właśnie tu - wokół tej niezwykłej, ułożonej z gigantycznych głazów mozaiki, po której Jon teraz stąpał. Puszcza była inna w tym miejscu. Na Drodze do Światowida. Jej inność polegała głównie na MILCZENIU.

Jon odkrył je wtedy, gdy usłyszał swój oddech. Prawie nigdy nie słyszał w lesie swego oddechu. Zagłuszał go szum liści na drzewach i skrzypienie konarów, świst i szelest traw, śpiew ptaków, brzęczenie owadów, szurające skradanie się zwierząt wśród krzewów. Tu panowała cisza. Jakby ptaki i zwierzęta nie chciały zapuszczać się w te okolice, owady wymarły, a drzewa bały się poruszyć. Jon przyjrzał się teraz drzewom: były o wiele wyższe i potężniejsze niż wokół jego Wioski. Od setek lat części Puszczy nie tknęła siekiera człowieka, do opasania pni drzew trzeba by kilku ludzi, a do wdarcia się w głąb lasu niezbędny był topór.

Ptaki, owady, zwierzęta i drzewa milczą, żeby lepiej było słychać Głos Boga - pomyślał chłopiec i nagle, ku swemu zdumieniu, naprawdę Go usłyszał. Zdumienie początkowo przeważyło nad strachem.

- GRDBGHGBZW… - niosło się Puszczą głuche, dudniące i zarazem dziwnie bezdźwięczne wołanie. Co oznaczało? Jon nie pojmował jego znaczenia. Poczuł tylko, że jego serce przez kilka sekund biło dokładnie w rytm słów Bezimiennego: wolno, mocno, boleśnie.

Głos Boga zamilkł, a Jon ruszył dalej, pokonując drugi zakręt Kamiennej Drogi. Z ulgą ujrzał, że przed nim rozpościera się trzeci, odległy zakręt; że horyzont zamyka czarna ściana potężnych drzew. Zatem dopiero za nią… Za nią musiało kryć się TO COŚ, nie wiadomo co. Musiało, gdyż Jon wyczuł obcą, potężną obecność.

- Wracam - szepnął do siebie - wystarczy. I tak nie pójdę dalej bez błogosławieństwa Isaka. Już wiem, że On jest właśnie tam, za trzecim zakrętem.

Zawrócił - i wtedy poczuł zew. Coś usiłowało zmusić go, aby szedł dalej, coś odpychało jego nogi od kamiennego podłoża, gdy uparcie kroczył w dół, w stronę Rzeki. Nawet krzewy wysuwały długie, zielone macki, które usiłowały oplatać się wokół jego stóp, aby go zatrzymać. Jon przeszedł na środek Kamiennej Drogi, żeby być jak najdalej od ciemnej ściany Puszczy, od zielonych macek krzewów i czarnych, bezlistnych konarów, które też zaczęły nachylać się ku niemu jak ramiona olbrzyma. Przystanął na chwilę, odwrócił się twarzą w głąb Drogi i zawołał, pełen lęku i zarazem odwagi. Zdawał sobie sprawę, że z tym Bogiem nie można rozmawiać; On przywykł do Posłuchu, nie do dysput.

- Wrócę! Przyrzekam, że wrócę, ale puść mnie!

O dziwo, te słowa poskutkowały. Macki krzewów wycofały się w głąb Puszczy, drzewa znieruchomiały i chłopiec odetchnął z ulgą. Po chwili już usłyszał leniwie płynącą Rzekę, a wkrótce zobaczył między drzewami prześwitujące na drugim brzegu strzechy domów Wioski. Kamienna Droga ustąpiła miejsca miękkiemu leśnemu podłożu.

- On mówi - powiedział Jon do szamana, gdy przekroczył bród. Ludzie z Plemienia udawali, że nie widzą jego zmagań ze słabym o tej porze roku nurtem Rzeki. Ale teraz, gdy wrócił, gdy stał na właściwym brzegu - wymieniali z nim zdawkowe uwagi o pogodzie, zdrowiu i dniu tak, jakby wcale nie zauważyli, skąd wracał. Plemię pragnęło udawać, że nic się nie dzieje.

- On mówi - przytaknął szaman i dodał: - Długo milczał, dlatego sądziłem, że umarł.

- Ale co On mówi? Co to znaczy? Czym są te dźwięki?

- Słyszę je czasem w głowie, niekiedy za dnia, ale częściej nocą, gdy śpię - mruknął szaman. - Przekazał mi je mój ojciec, nim umarł. Nie wiem, co znaczą. Mój ojciec też nie wiedział, a przed nim nie wiedzieli tego dziad i pradziadowie. Czasem myślę, że przez tysiące lat nikt nie wiedział, co znaczą te słowa i nikt nigdy nie będzie wiedział. To Głos Kamienia. Kto z ludzi zrozumie Kamień? Więc zawróciłeś… - raczej stwierdził, niż spytał stary czarownik.

- Jeszcze nie jestem gotów. Chciałem tylko zobaczyć, jak się do Niego idzie.

- Jak? Powiedz mi… Nigdy tamtędy nie szedłem. Nawet nie próbowałem. Wiem, po co tu jestem. Mam służyć Plemieniu, nie Jemu. Gdybym poszedł… Więc jak tam jest? A zresztą nie mów - zakończył niespodziewanie szaman, odwrócił się plecami do chłopca i schronił w namiocie. I wówczas Jon pomyślał, że kto wie, czy stary czarownik nie tęskni za swoim Bogiem, którego nie może odwiedzać i którego nawet nigdy nie widział i zrobiło mu się go żal.

Jon wolał rozmowę z szamanem niż z Gają. Gaja chciała wiedzieć. Wszystko. Jeśli Plemię zawsze milczało, to Gaja mówiła, mówiła i mówiła bez końca, zadając coraz to nowe pytania, na które Jon nie zamierzał i nie chciał odpowiadać. Instynkt szeptał mu, żeby Gaję trzymać od TEGO jak najdalej.

- Dlaczego ty sobie tam idziesz, a mnie coś trzyma za nogi? Co tam jest, na tym drugim brzegu Rzeki? Jak wygląda ten… Bezimienny? Czy się Go boisz? A czy nie jest mu smutno, że nikt Go już nie odwiedza?

- Przestań! - zawołał chłopiec. - Mam się tobą opiekować, a opieka polega na tym, żeby trzymać cię od Niego z daleka. Tabu, Gaja, rozumiesz?

- Nigdy już nie wezmę cię do małych niedźwiadków! A beze mnie niedźwiedzica rozerwie cię na strzępy. Gdybyś ją spotkał przypadkiem w Puszczy, musiałbyś zabić, żeby przeżyć. A gdybyś ją zabił, to ja… to ja zerwałabym nasze zaręczyny! - krzyknęła dziewczynka i z płaczem pobiegła do domu.

Jon pomyślał, że jest jeszcze bardzo dziecinna, a potem uprzytomnił sobie, że przecież poza nim i Gają nikt w Plemieniu nie chce w ogóle rozmawiać o Bezimiennym. Więc może to nie dziecinna przekora kieruje Gają, lecz bardzo dorosła ciekawość, w dodatku taka, którą porównać można do odwagi niedźwiedzicy?

Pobiegł za narzeczoną i dogonił ją tuż przed domem. Oczy Gai już wyschły i chłopiec pomyślał, że kto wie, czy nie udawała tylko płaczu, by zmusić go do wyznań. Dziewczynka spojrzała na niego poważnie:

- Jeśli już teraz będziesz miał przede mną tajemnice, to co będzie później, gdy zostaniemy małżeństwem? - spytała.

- Sama wiesz, że mężczyźni polują i to są męskie sprawy, a kobiety… - zaczął Jon i urwał, bo w plemiennej drużynie było kilka znakomitych łowczyń. Co gorsze, właśnie Gaja wspaniale trafiała do celu z łuku, tyle że odmawiała zabijania zwierząt bez potrzeby. Co właściwie było tymi “męskimi sprawami”, o których tyle rozprawiali niektórzy mężczyźni?

- Męską sprawą jest na przykład karczowanie Puszczy - stwierdził.

- Wdowy karczują same, gdy chcą poszerzyć swoje pola, chyba widziałeś przy tym wdowę Baję!! - zaśmiała się Gaja, ponieważ Baja była najsilniejsza w Plemieniu. Silniejsza od mężczyzn. Miała prawie dwa metry wzrostu, ważyła chyba tyle co pięćdziesięcioletnie drzewo.

Dajmy spokój tej rozmowie - wykręcił się chłopiec. - Przyrzekam, że powiem ci tyle, ile mogę.

Więc mów, co to znaczy: Jon w Drodze…

Sam chciałbym wiedzieć - szepnął.

I Jon opowiedział Gai tyle, ile mógł i jak umiał - ale niewiele miał do opowiadania. Wszystko było dopiero przed nim. Za trzecim zakrętem. W dodatku to, czego doświadczył od chwili, gdy usłyszał zew, nie nadawało się na opowieść. Była to bardziej sprawa przeczuć, lęków i doznań niż związek przyczyn i skutków.

 

- - - - - - - - -

Trzeci zakręt najpierw się Jonowi przyśnił. Nie nastąpiło to szybko; do ślubu brakowało już tylko pół roku. Jon z chłopca stał się młodym mężczyzną, a Gaja wciąż piękniała. Wbrew temu, co Jon sobie wcześniej obiecywał, nie prowadził narzeczonej na drugi brzeg, aby tam - w całkowitym odosobnieniu - dotykać jej gładkiej skóry lub kryć twarz w ciepłym, niepokojącym zakątku jej szyi i skraju włosów. Jon wiedział, że drugi brzeg nie jest miejscem dobrym do okazywania miłości ludzkiej istocie, mimo że wioskowe dzieciaki nie byłyby w stanie ich podglądać. Tamto miejsce zarezerwowano wyłącznie na uczucia dla żarłocznego, zazdrosnego Boga, bez względu na to, czy byłaby to miłość, czy strach.

Wioskowe dzieci, zgodnie z wielowiekowym zwyczajem - od momentu zaręczyn do ślubu - tropiły parę narzeczonych jak myśliwi sarnę. Chwile wytchnienia od ich nagłych chichotów wśród gęstego lasu, brutalnie przerywających wzruszenie kolejnego pocałunku, narzeczem zyskiwali tylko nocą, gdy dzieci spały. Ale wtedy Jon nie widział jasnej skóry narzeczonej, zielonego migotania jej tęczówek, czuł tylko mocny i słodki zapach rumianku, w którym Gaja zwykła myć włosy, tak że nasiąkały nim szyja, plecy, ramiona. Ale wtedy, gdy ten zapach stawał się też jego, gdy nasycał nim swoje ciało i oddech - rodzice nawoływali ich niecierpliwie, by wracali do domów.

- Głupie są te dzieciaki - powiedział Jon do ojca dorosłym tonem, gdy wrócił kiedyś z Puszczy, gdzie razem z Gają próbowali bezskutecznie uciec przed upartym pościgiem dzieciarni, której przywódcą był jego młodszy brat.

- Dzieci wiedzą, co robią - odparł ojciec i wtedy Jon przypomniał sobie, że wówczas, gdy on był w podobnym wieku i wraz z rówieśnikami gonił po lesie inne pary narzeczonych, do zabawy w te szczególne łowy zachęcała ich plemienna starszyzna. W ten sposób Jon odkrył, że w imieniu Plemienia strzeże się narzeczonych, by nie przekraczali nakazanych granic przed ceremonią zaślubin.

Trzeci zakręt przyśnił się Jonowi po dniu, gdy znalazł się niebezpiecznie blisko tej granicy i wrócił do domu pobudzony i szczęśliwy. To “niebezpieczeństwo” okazało się być szokująco przyjemne. Zmęczony i podniecony odkrywaniem coraz to nowych tajemnic własnej i drugiej płci, zasnął, ledwie przyłożywszy głowę do miękkiego futra zaścielającego łoże. Wtedy - zamiast Gai, którą prawie stale widywał w sennych marzeniach - ujrzał potężny czarny cień rzucony na Kamienną Drogę. Wystraszył się, lecz sen prowadził go dalej: stał oto na mozaice z wielkich głazów i bał się postąpić choćby o krok naprzód. Nie chciał też podnieść głowy, aby zobaczyć, co rzuca aż tak długi, czarny i tak złowieszczy cień.

Obudził się w środku nocy, spocony, lecz pełen ulgi, że nie musiał - choćby we śnie - wejść w granice cienia. Mimo wczesnego wiosennego chłodu uchylił okna z drewnianą okiennicą. Do jego komnatki wpadło rześkie, mocne powietrze - i przyniosło jakiś dziwny głos. Dziwny, bezdźwięczny. Lecz doskonale słyszalny. I już znany.

- GRDHGBHZW…

To był głos starego Boga, który znowu wypowiadał swe niepojęte dźwięki. Widocznie tracił cierpliwość i wzywał swego wybrańca z drugiego brzegu, przypominając o obietnicy.

- Dobrze - szepnął Jon, a jego ciepły oddech wionął mgiełką pary w chłodną noc. - Przyjdę, przyrzekam, ale już nie mów. Nie strasz Plemienia…

Bezimienny zamilkł, choć poza chłopcem i szamanem nikt z Plemienia i tak nie usłyszał Jego głosu.

Tego dnia Jon skoro świt wyruszył na drugi brzeg. Miał nadzieję, że zdąży, nim zbudzi się Gaja. Nie chciał, by się niepokoiła ani, tym bardziej, by próbowała pokonać pętające ją Tabu. Ale gdy już stał na drugim brzegu i bezwiednie obejrzał się w stronę Wioski - zobaczył nieruchomą sylwetkę starego czarownika, a obok niego nerwowo poruszającą się narzeczoną. Dziewczyna udawała, że chlapie się w Rzece, podskakiwała to na jednej, to na drugiej nodze, udając, że boi się lodowatego dotyku wody. Tak naprawdę patrzyła za Jonem długim, poważnym spojrzeniem. Jonowi wydało się, że je poczuł na swojej skórze.

Gaja nie wołała za nim, nie próbowała go wstrzymywać. Gdy opowiedział jej, dlaczego Plemię nazywa go Jonem w Drodze, zrozumiała, że narzeczony musi kiedyś pokonać trzeci zakręt. Wzrok dziewczyny, mimo znacznej odległości, zdawał się pytać Jona, czy dopełnił przyrzeczenia danego Isakowi: czy był wcześniej w świątyni po błogosławieństwo. Jon bezwiednie kiwnął głową, a po namyśle dodatkowo złożył dwa palce na krzyż, żeby uspokoić narzeczoną.

…tak, jeszcze tej samej nocy, gdy Bezimienny wreszcie umilkł, Jon ocknął się ze snu i poszedł do świątyni. Ku swemu zdumieniu stwierdził, że nie musi budzić Isaka. Stary kapłan był tu i modlił się. Na widok Jona przymknął oczy i kiwnął głową. Nie był zdziwiony jego wizytą o tej porze. Sprawiał wrażenie, jakby się jej spodziewał.

- Już czas - szepnął Jon, przyklękając obok niego.

- Wiem. Coś mnie obudziło. Wydawało mi się, że słyszę jakiś dźwięk… Pewnie złudzenie lub zły sen.

- To nie był sen. On mnie wołał. Nie sądziłem jednak, że Jego głos słyszy ktokolwiek poza szamanem i mną - zdziwił się chłopiec.

- Nie wiedziałem, że to Jego głos. Widocznie słyszą Go jeszcze ci, których, tak jak mnie, rozdzierają wątpliwości, czy wolno tak brutalnie odbierać ludziom ich starą wiarę? Przecież zabiera się im najgłębszy sens życia. Może powinniśmy czynić to inaczej? Całkiem inaczej? Ale jak? - zamyślił się stary kapłan.

- Nie wiem, o czym mówisz - rzekł Jon, głowiąc się nad smutkami starca.

- Nawracanie to bolesny trud, Jonie, a każdy z nas, bożych sług, ma inną receptę na jego skuteczność - dodał niezrozumiale kapłan. -- A teraz poproś Boga Dobroci, żeby cię nie opuścił, gdziekolwiek pójdziesz - wyszeptał Isak i znów powrócił do modlitwy.

Jon ukląkł koło starca i zwrócił się do Boga Dobroci. Przywykł mówić do Niego własnymi słowami, nie używać formułek, których młodszy kapłan uczył wybrane wioskowe dzieci, tak że recytowały je na pamięć. Jon wierzył, że Bóg woli, gdy rozmawia się z Nim własnymi słowami, nawet gdy są mniej piękne i gładkie niż gotowe formuły.

Gdy skończył, wstał. Powstał też Isak. Zwrócił się do chłopca i zawiesił mu na szyi mały skórzany woreczek, który sam dotąd nosił, jakby nigdy się z nim nie rozstawał.

- Nie zobaczysz, co jest w środku, bo to za małe - uśmiechnął się łagodnie. - To ziarnko piasku z Pustyni, po której chodził niegdyś Syn Boga Dobroci. Może zdążył dotknąć go bosą stopą, a może nie? Lecz ziarnko piasku i tak wyczuło Jego obecność. Nie rozstawaj się z tym woreczkiem, czuję, że będzie ci potrzebny. Będzie cię chronić i podpowie ci właściwe rozwiązanie. Czuję bowiem, że od tej pory ty, tak młody i niedojrzały, będziesz musiał decydować o sprawach przekraczających po wielokroć twój rozum i wymiar losów twojego Plemienia.

…Jon odruchowo poprawił teraz cienki, lecz mocny rzemień, na którym zawieszony był woreczek i wszedł w mroczną Puszczę po drugiej stronie Rzeki. Już nie oglądał się za Gają i szamanem. A zresztą wołała go Kamienna Droga: nie musiał jej szukać wśród gęstwiny krzewów i drzew, od razu znalazł pierwsze gładkie głazy.

Słońce dopiero wschodziło, ale stąd nie było widoczne. W Puszczy widziało się słońce wówczas, gdy stało w zenicie i prześwitywało wśród gałęzi. Na Kamiennej Drodze szarzał świt. Jon nie lubił tej pory dnia. Droga wydawała się bardziej ponura niż zwykle. Szedł nią szybko i bez wahania dlatego, iż zew był silniejszy niż zawsze.

Pokonał pierwszy i drugi zakręt, odcinki, które już znał - zbliżał się do trzeciego. Tego, który widział we śnie. Oderwał wzrok od kamiennej układanki pod swymi stopami i spojrzał w dal: za trzecim zakrętem prześwit między wielkimi drzewami ciągnął się prosto, daleko. Słońce stało dokładnie tam, gdzie skraj Kamiennej Drogi stykał się z niebem. Dlatego cień, który rzucało TO, ku czemu szedł, był aż tak długi, tak głęboki. Osłonił oczy dłonią przed jaskrawymi promieniami i patrzył. Wolał wiedzieć, co rzuca aż tak czarne i tak długie skrzydło cienia…

Na końcu Kamiennej Drogi wznosił się ogromny obelisk. Jon nie wiedział, jak TO nazwać. Ale mimo odległości, która go wciąż dzieliła od celu, wiedział, co to jest: gigantyczny, kamienny jak ta Droga, posąg starego Boga. Wizerunek Światowida. Jego wyobrażenie. A może On sam? Może nie istniał WSZĘDZIE, jak Bóg Dobroci, jedynie tu…? Tu, gdzie przed wiekami powołała go do życia wiara Plemion?

Jon szedł szybko, bez wahania, gdyż zew był coraz silniejszy. Odruchowo zacisnął dłoń na woreczku Isaka. Coraz dokładniej widział Tego, ku Któremu zdążał. W pierwszej chwili wydawało mu się, że Bezimienny wykuty jest w skale, która tkwiła tu od prawieków. Teraz, gdy zbliżył się o kilkadziesiąt kroków, już wiedział, że nie: posąg Boga tworzyło siedem potężnych, ociosanych starannie głazów, ułożonych jeden na drugim. Jaka siła zdolna była wznieść je tak wysoko i tak dokładnie złożyć w całość?

Najniżej położony czworokątny głaz stanowił stopy Światowida. Drugi głaz wznosił się czterema kolumnami w górę - były to nogi Bezimiennego. Jon zbliżył się jeszcze bardziej, odróżnił trzeci głaz, nieco wypukły, z realistycznie wyciosanymi, monstrualnych rozmiarów atrybutami męskości Boga. Dopiero teraz Jon uprzytomnił sobie, że płeć Boga Dobroci nigdy nie była przedmiotem żadnych rozważań. Nie miała znaczenia. Bezimienny widocznie chciał być mężczyzną i pragnął, by nikt w to nie wątpił.

…ale oto czwarty głaz, z wystającym dziwacznie i także monstrualnie powiększonym pępkiem: brzuch Boga. Piąty głaz był niezwykle potężny i wydawał się być szerszy od pozostałych: to były Jego ramiona i Jon nie mógł wyobrazić sobie siły, która wydźwignęła je na tę wysokość. Plemię nie znało techniki, która byłaby w stanie tego dokonać! Ręce ludzkie wydawały się za słabe: nawet gdyby połączyć ręce setek czy tysięcy ludzi. Szósty głaz tworzył mocną, krótką szyję, siódmy olbrzymią głowę. Gdy wzrok Jona padł na najwyższy kamień posągu, chłopiec był już tak blisko, że musiał zadrzeć wysoko głowę. Lękał się tego momentu, więc skorzystał z bolesnego oślepienia oczu słońcem, opuścił głowę i jeszcze raz się rozejrzał wokół.

Kamienna Droga kończyła się owalnym placem. Z czterech stron prowadziły do niego trzy inne Kamienne Drogi, takie same jak ta, którą przybył. Drogi wiły się i nie widać było, dokąd prowadzą. Widocznie każda z nich miała swój trzeci zakręt. Wokół placu i czterech Dróg rozciągała się gęsta, ciemna Puszcza a pośrodku stał On. Jon poczuł dreszcze i chłód. Otrząsnął się i powoli zaczął okrążać posąg.

- On… On ma… On ma cztery postacie! Cztery oblicza! - zdziwił się i wystraszył jeszcze bardziej.

Obszedł posąg jeszcze raz wolno i uważnie. Tak, Światowid miał cztery oblicza, poczwórne ramiona. Stał na czterech nogach. Miał cztery wystające pępki i cztery potężne znamiona męskości. Patrzył też w cztery różne strony świata, dokładnie tam, dokąd prowadziły cztery Kamienne Drogi. Światowid…

- Widzący światy… Mogłem się tego domyślić… - wymamrotał Jon. - Ale co On widzi, skoro nie jest wyższy od drzew w Puszczy, najwyżej im równy? Chyba że wtedy, gdy oddawano Mu cześć, te drzewa sięgały mu zaledwie brzucha…? A może widzi dalej, niż mi się wydaje?

Słońce stało już wyżej, rzucając jasny blask, więc długi cień Bezimiennego skrócił się i Jon z uwagą zaczął wpatrywać się w głazy tworzące posąg. Były równie gładko obrobione jak te na Kamiennej Drodze, a może nawet gładsze. Ale posąg nie lśnił. Przeciwnie. Wydawał się pochłaniać światło. Jeśli szczegóły postaci rzeźbiły ludzkie ręce, nie były one zbyt precyzyjne. Bóg wydawał się toporny, lecz tym bardziej potężny. Oczy patrzącego nie musiały koncentrować się na ozdobnych szczegółach, których nie było, ale od razu obejmowały potężną sylwetkę. Poza znamionami męskości, wypukłym pępkiem, z grubsza zarysowanymi wielkimi, siedmiopalczastymi dłońmi - reszta była gładka na tyle, na ile gładki może być obrobiony kamień.

Jaką twarz miał ten Bóg? Chłopiec cofnął się, by w nią spojrzeć. Stojąc u stóp Światowida, dostrzegało się tylko Jego wielkość, Jon zaś zapragnął nagle zajrzeć mu w oczy. Czy w ogóle je miał…? Tak, były półprzymknięte, wpół zakryte grubymi powiekami. Cztery pary. Ale pod jedną z par powiek nagle coś zalśniło. Co…?

Nie, nie można było zajrzeć Mu w oczy z tej odległości ani w ogóle z perspektywy Kamiennej Drogi. Trzeba by wspiąć się na ramiona Boga, co powinno być łatwe. Ale Jon nie miał na to ochoty i w pierwszej chwili wydało mu się bluźnierstwem. Zbliżył się jednak ponownie do posągu i z pewnym wahaniem dotknął go. Był ciepły. Cieplejszy, niż powinien być kamień stojący w głębi Puszczy. I zdawał się pulsować. Jak żywe ciało.

Dopiero teraz Jon spostrzegł pod stopami jasny pył, łączący się czasem w grudki lub tworzący dziwaczne kształty. Chłopiec przykląkł i wziął go do garści. Pył przesypał się przez palce jak piasek. Wziął grudkę. Pył osypał się z niej, ale jądro grudki wydawało się być twarde. Jon zmarszczył brwi w zamyśleniu i sięgnął po jeden z większych kawałków.

To jest czaszka… Ta grudka jest zmurszałą czaszką małego stworzenia. Może to była kuna, a może zając? A to duże, tam, obok…

Jon miał nadzieję, że to czaszka zwierzęcia, ale czuł, że to nieprawda.

- Składano mu ofiary z ludzi… - usłyszał jeszcze raz głos Isaka.

- Moje Plemię? Niemożliwe! - przypomniał sobie swoją odpowiedź.

- Twoje Plemię. I inne Plemiona…

W tym pyle leżały gdzieś szczątki zabitych pierwszych kapłanów Boga Dobroci, którzy dotarli do Wioski przed stu pięćdziesięciu laty. A może i szczątki kapłanów, którzy dotarli do innych Wiosek i których również przywleczono tu jedną z czterech Kamiennych Dróg?

Chłopiec wycofał się z owalnego placu. Spojrzał jeszcze raz w twarz Bezimiennego i odwrócił się. Zaczął wolno powracać tam, skąd przyszedł. Choć wszystkie cztery Kamienne Drogi wydawały się identyczne, Jon wiedział, która jest jego Drogą. Uszedł tylko kilkanaście kroków.

- GRDGHGBZW - powiedział Bóg bezdźwięcznym, dudniącym głosem.

Jon rozejrzał się wokół. Na skraju Puszczy coś delikatnie się czerwieniło: mały, ledwo zakwitający kwiat, jeszcze ze stulonym pąkiem. Podszedł, zerwał go i położył u stóp posągu.

- Nie licz na krwawe ofiary. Ten kwiat też jeszcze przed chwilą żył. Musisz się nim zadowolić - powiedział.

- GRDGHGBZW - powtórzył Bezimienny.

- Nie wiem, co do mnie mówisz, ale jeszcze tu wrócę. Wiem, że muszę wrócić, więc nie upominaj mnie…

Bóg umilkł. Gdy Jon wracał do Wioski, krzewy i drzewa rosnące przy Kamiennej Drodze nie próbowały go wstrzymywać.

 

- - - - - - - - -

Nie wszyscy zmieścili się w świątyni na zaślubinach Gai z Jonem. Wiele kobiet i mężczyzn z Plemienia stało na placu, aby - w zgodzie z obyczajem - obsypać młodą parę złotym ziarnem zbóż, płatkami suszonego jaśminu i natrzeć ich dłonie miodem. Zboże symbolizowało życzenie wiecznego dostatku dla rodziny, którą właśnie założyli; jaśmin - aby ich wspólne pożycie zawsze kwitło, a miód - by przeważała w nim słodycz nad goryczą. Miód należało szybko zlizać, nie po to, aby - jak twierdzono - słodycz nie uciekła, lecz by nie zleciały się pszczoły i osy, naznaczając szczęście małżonków bolesnymi ukąszeniami.

Nim jednak tradycji stało się zadość, Jon i Gaja stali u stóp ołtarza przed Isakiem, który ubrał się na tę okazję w odświętne błyszczące szaty. Nie lubił ich wkładać, Jon o tym wiedział, starzec bowiem był głęboko przekonany, że Bóg Dobroci nie potrzebuje złota, srebra, atłasu, brokatów i pereł, woli swego sługę w znoszonym burym habicie. Nie wypadało jednak udzielać ślubu młodym w codziennym stroju; Plemię uznałoby to za niestosowne. Ludzie lubią oznaki bogactwa i Jon pomyślał, że być może kapłani ulegają temu wbrew swej woli. Także goście weselni przebrali się odświętnie, niektórzy w futra mimo letniej pory. Znamiona dostatku wyznaczały pozycję rodzin w Wiosce.

Panna młoda była piękna, ale Plemię przywykło do jej urody i prześmiewało raczej, z dobroduszną ironią, brązoworude piegi i wysoką, gibką sylwetkę Gai, jako zbyt szczupłą.

- Niełatwo jej będzie rodzić dziecko - szeptały zgryźliwie starsze kobiety, których biodra przypominały w obwodzie kilkusetletnie drzewa.

Nie wszystkim podobało się też, że Gaja - zamiast włożyć szatę z doskonale wyprawionych, śnieżnobiałych skórek jagnięcych - przywdziała suknię z barwionego lnu, a jagnięta wciąż sobie żyły w jej zagrodzie.

- Nie wolno zaczynać przygotowań do zaślubin od rozlewu krwi, nawet jagnięcej - powiedziała matce, gdy ta chciała przystąpić do ceremonii zabicia młodziutkich zwierzaków dokładnie na dziewięć pełni księżyca przed uroczystością, jak nakazywał pradawny obyczaj.

- Ciekawe, co by Gaja robiła, żyjąc w czasach starych Bogów, którzy lubili krew - szepnęła ze złością najstarsza babka spośród weselników, lecz inni goście spojrzeli na nią z ukosa i natychmiast zamilkła.

Nikt nie życzył sobie przywoływania niedawnych zdarzeń, które obecnemu pokoleniu wydawały się już historią. W końcu sto pięćdziesiąt lat temu ludzie z Wioski pożegnali starych Bogów, zniszczyli ich posągi i posążki i jedynie w najwyższej skrytości, na przykład z okazji żniw czy siewu, niektóre stare kobiety szeptem prosiły o przychylność bożków i bożęta. Głośno o tym się nie rozprawiało.

Z tego też powodu nikt nie życzył sobie, aby wyjaśniać, co właściwie oznacza przydomek pana młodego: Jon w Drodze. W końcu mogła to być każda droga! Droga na polowanie, droga do sąsiadów na handel wymienny czy droga do miasta, do sławnej, największej w okolicy świątyni, którą niedawno zaczęli wznosić najlepsi rzemieślnicy z całego kraju i zza granicy. Miasto leżało o pięć dni jazdy konnej. Powstało jakieś dwadzieścia lat temu, liczyło więc tylko o rok mniej niż pan młody. Zanim dokończono budowy warownego zamku możnowładcy, pomyślano o wzniesieniu świątyni i wszystkie Plemiona zamieszkałe w pobliżu (głęboko w Puszczy lub na jej skraju) zgodziły się z kapłanami, że winna ona pod każdym względem przewyższyć pozostałe.

- …wyraz coraz głębszej wiary! - cieszył się Ezra, który natychmiast ruszył na pielgrzymkę do miasta i po powrocie opisał ludziom z Plemienia plany świątyni. Jedna z wież ma być równie wysoka jak najstarsze dęby! Nieomal sięgnie nieba!

- Wyraz pychy… W tak małym mieście taka wielka świątynia… Ludzie pogubią się w jej ogromie - zmartwił się Isak, ku gniewowi Ezry i niezrozumieniu ludzi z Wioski. W końcu wielkość świątyni dowodziła wielkości uczuć dla Boga! Tak było i tak powinno być, bez względu na imiona Bogów. Plemię to wiedziało. Stary kapłan robił się widocznie dziecinny na stare lata. Ale wciąż żył. Podobnie jak stary szaman; obaj wydawali się niektórym nieśmiertelni.

Szaman, rzecz jasna, był nieobecny na ślubie; nie został też zaproszony na wesele. Zaprosiny oznaczałyby nieobecność Ezry, którego noga nie postałaby w pobliżu czarownika - nieobecność zaś kapłana mogła źle wróżyć młodej parze. Jon chciał się sprzeciwić decyzji rodziców, ale powstrzymał go sam czarownik:

- Bierzesz przecież ślub w świątyni Pana, a nie na końcu Kamiennej Drogi. Tam zresztą też bym nie poszedł. Dla dobra i bezpieczeństwa twojej przyszłej i obecnej rodziny potrzebna ci jest przychylność Ezry…

Jon aż się skulił od wewnętrznego chłodu, gdy usłyszał słowa: Kamienna Droga. Starał się o nich przynajmniej teraz zapomnieć, nie na zawsze; to było niemożliwe, znał swoją powinność, ale nie chciał o tym pamiętać w przedweselny i poweselny czas. Miał to być bowiem czas radości. Gaja też przestała zadawać trudne pytania, jakby czując, że nazywanie przyszłego męża “Jonem w Drodze” oddala go od niej.

…ale właśnie Isak skończył błogosławić młodą parę i Jon nie był już przyszłym, ale obecnym mężem Gai. Stary kapłan objął go po zakończonej ceremonii, uścisnął i Jon poczuł, jak chuda, sucha dłoń dotyka, niby niechcący, jego szyi, sprawdzając, czy wisi na niej wąski rzemień ze skórzanym woreczkiem. Tak, był, skryty pod białą lnianą koszulą, mały, płaski, miękki, niewidzialny dla innych nawet wówczas, gdy go widzieli. Tylko raz ktoś go dostrzegł: Jon kąpał się w Rzece w pobliżu namiotu szamana, starzec nagle podszedł, spojrzał uważnie i dotknął woreczka dłonią.

- Światło. Ciepło. Dobro - powiedział i cofnął ostrożnie dłoń, długo ją potem oglądając, jakby szukał na niej jakichś śladów.

…więc szamana nie było wśród weselników i Jon boleśnie odczuwał jego nieobecność. Wydawało mu się, że niezaproszenie starca było swoistym rodzajem zdrady. Z drugiej strony zaprosiny też byłyby zdradą. Szaman przynależał bowiem do innego rytuału niż te odprawiane w świątyni Dobrego Boga. Nikt już nie pamiętał starego rytuału i nikt nie chciał pamiętać. Ezra wiedział, co robi, co dzień przypominając Plemieniu, że czczenie bałwanów to śmiertelny grzech, za który przyjdzie zapłacić w tym lub przyszłym życiu. Tylko Bezimiennego nie umieli zniszczyć, ciekawe, czy ktokolwiek poza szamanem i Jonem pamiętał, że On wciąż tam stoi, czarny, potężny, niezniszczalny?

Weselnicy ruszyli teraz w stronę domu, który Plemię wzniosło dla młodej pary na skraju Wioski. Od pewnego czasu każdy nowo budowany dom był większy niż poprzednie. Większy i okazalszy. Piękniejszy. Wygodniejszy. Do Wioski wkraczała Cywilizacja. Jon uwielbiał to słowo. Niosło ze sobą rosnące poczucie bezpieczeństwa, jaśniejsze światło łojowych lamp, coraz cieńsze i bardziej przejrzyste szyby w oknach, które stawały się też coraz większe. Cywilizacja… Ezra używał tego słowa częściej niż Isak, częściej niż Jon. Jon musiał przyznać, że to jednak Ezra najsprawniej i najszybciej uczył wioskowe dzieci pisać i czytać. On też przekonał Plemię, że należy co dzień się myć i prać brudne ubrania; on sprowadził nowe lampy, które dawały więcej światła: pokazał, jak tępić w domach robactwo. Ezra też uparł się, by budować większe domy, w których dzieci i rodzice już nie sypiają w jednym barłogu, lecz mają oddzielne izby. Przy okazji zadbał, by w każdym z domostw, już na progu, widoczny był znak Boga Dobroci i znalazł okazję, by zniszczyć ostatnie, najmniejsze posążki polnych lub leśnych bóstw i bożąt, skrywane przez ludzi nie tyle z potrzeby wiary, ile z chęci zachowania pamiątek po pradziadach.

Ezra reprezentował Cywilizację - i Jon, mimo niechęci, nie mógł tego nie doceniać. Gdyby nie Ezra, Plemię jeszcze długo chodziłoby do świątyni, a po wyjściu z niej przywoływało bożęta do pomocy w gospodarskich pracach. Gdyby nie Ezra, z Wioski wciąż byłoby bardzo daleko do świata - dzięki niemu zdawało się, że to świat zmierza do niej przez Puszczę wielkimi krokami. To Ezra, niemal bez wytchnienia, od rana do nocy zajmował się powszednim życiem Plemienia; brał też we władanie wystraszone dusze ludzi, ofiarowując w zamian poczucie bezpieczeństwa. Stary kapłan nie miał już zdrowia ani cierpliwości do pobratymców Jona; wolał samotnie pogrążać się w lekturze opasłych, oprawnych w skórę tomów, niż wtajemniczać w nie najmłodszych. Pewnie rozmyślał o skąpym czasie, który mu jeszcze pozostał i o wszystkich mądrościach, których już nie zdąży zgłębić. Był dobrym człowiekiem, ale to nie on przeobrażał zagubioną w Puszczy Wioskę. Czynił to energiczny Ezra. Isakowi udawało się czasem zmienić coś w ludziach. Jon nie wiedział, co jest cenniejsze, ale widział, jak bardzo dzięki młodemu kapłanowi zmienia się na korzyść jego rodzinne miejsce.

Ezra uczył czytać i pisać garstkę wybranych dzieci z każdego pokolenia. Najzdolniejsze przysposabiał do roli kapłana. Nadzwyczaj zdolne wysyłał do odległych miast na dalszą naukę w zakonach lub nawet do Dalekiego Kraju.

Jon nigdy nie należał do wybrańców Ezry. Cieszył się z tego - i zarazem martwił. Cieszył się, że jego rodziną nie stanie się zamknięta, obca męska społeczność, wyczekująca kresu swego życia w odległym klasztorze. Będzie nią Gaja i dzieci, które razem spłodzą. Prawdziwym domem będzie rozległa, bezkresna Puszcza po obu stronach Rzeki. I Jon zarazem martwił się, gdyż wiedział, że nigdy nie dowie się, co mówią malutkie czarne znaczki w opasłych księgach, które czyta Isak, a widok tych ksiąg wzbudzał w nim niepojętą tęsknotę. Miał przeczucie, że w niezrozumiałych znaczkach, w setkach szeleszczących, kremowych stronic różnorakich ksiąg oprawnych w iluminowaną skórę kryją się tajemnice nie znanych mu, fascynujących światów i że on ich nigdy nie pozna.

- Naucz mnie czytać - poprosił kiedyś starego kapłana, ale ten tylko pokręcił głową:

- Ty jesteś Jonem w Drodze. Tam gdzie się udasz, nie będzie ci potrzebna wiedza z ksiąg, lecz płynąca z serca. Czasem myślę, że nosisz ją w sobie, nic o tym nie wiedząc.

Weselnicy tańczyli do rytmu bębnów, który brzmiał całkiem inaczej w tę jedyną noc w roku, gdy Plemię przebłagiwało starych Bogów, udając, że wcale o nich nie chodzi i w ogóle ich nie ma. Tym razem był to rytm szybki i radosny, choć pełen spokoju, wtórowały mu melodyjne piszczałki. Weselnicy tańczyli do świtu, lecz młoda para zniknęła wcześniej, zamykając za sobą rzeźbione drzwi nowego domu. Ich zniknięciu towarzyszyły rubaszne, dobroduszne żarty starszyzny.

Jon mógł wreszcie wczuć się do syta w zapach rumianku, dzikich ziół, zapach Rzeki i wiatru. W zapach Gai. W izbie wydawał się on mocniejszy niż na otwartej przestrzeni. Półprzymknięte oczy jego żony lśniły jak żywica na pniu sosny. Żadne z nich już nie musiało nasłuchiwać natrętnego chichotu i podnieconych szeptów wioskowych dzieci. Byli sami, w ciemności, która dla nich tej nocy stała się światłem. To światło miało już zawsze towarzyszyć Jonowi. Do końca życia.

 

- - - - - - - - -

- Niedźwiedzica znów będzie mieć małe - zaśmiała się Gaja, wracając z Puszczy i wnosząc do domu dwa ciężkie plastry miodu. - Nie wybrałam wszystkich, zostawiłam jej trochę. Ona też musi się teraz dobrze odżywiać.

- Też? - spytał Jon, wyczulony na każde słowo i brzmienie głosu żony.

- Też - potwierdziła, patrząc mu prosto w oczy. Zanim wyszedł z domu, objął ją mocno, prawie boleśnie.

I sam nie wiedział, czemu najpierw poszedł obwieścić nowinę szamanowi, a później rodzicom czy kapłanom.

- Będę mieć dziecko - powiedział. Szaman oprawiał rybę. Pokiwał głową bez zdziwienia i dorzucił:

- Syna.

- Skąd wiesz? - ucieszył się Jon. - Więc po ojcu też widać, czy będzie syn, czy córka? Słyszałem, że stare kobiety potrafią rozpoznać płeć dziecka po zachowaniu i wyglądzie matki. Tymczasem ty…

- Ten, kogo On wybiera, zawsze ma syna. To jest Jego dar - odparł szaman.

- Jego dar?! I za cóż w ten sposób płaci? - spytał Jon, czując, jak rosną w nim niepokój i gniew.

- On nagradza. Kiedyś nagradzał tych, którzy wiernie mu służyli: szamanów. Dlatego każdy szaman zawsze miał uzdolnionego magicznie syna. Ty mu nie służysz. Ale jesteś. Słyszysz Jego głos. Byłeś u Jego stóp. Od tylu długich lat było tam tak pusto. Głucho. On przywykł słyszeć co dzień głosy tysięcy pątników, wędrujących Kamiennymi Drogami, a od wielu lat słyszy tylko głuchą ciszę. Ty ją przerwałeś. Więc pragnie nagrodzić cię za to, że nie czuje się już tak samotny.

- Czego będzie chciał w zamian za swój dar? - spytał Jon.

- Nie wiem. Może nic. Może wiele - odparł czarownik.

- Zmąciłeś moją radość z syna - powiedział Jon gniewnie.

- Nie trwałaby długo, gdybyś usiłował o Nim zapomnieć. On tego nie lubi.

- Skąd wiesz, co On lubi, skoro nigdy u Niego nie byłeś! - zawołał wściekły Jon. Chciał nacieszyć się myślą o dziecku, pragnął obwieścić nowinę rodzinie i Plemieniu, ale stary szaman zepsuł wszystko, przypominając mu nie wypowiedziane i nie spełnione zobowiązania.

- Po raz pierwszy usłyszałeś Jego zew, gdy miałeś dwanaście lat. Przed trzema miesiącami skończyłeś dwadzieścia jeden. Długo zwlekasz. Nigdy u Niego nie byłem, lecz znam Jego zwyczaje. Całe życie mnie o nich uczono. Wiem zatem, że nie należy do Bogów cierpliwych. Wybrał Cię i przyjąłeś imię “Jon w Drodze”. Nie protestowałeś, choć miałeś prawo. Złożyłeś mu obietnicę. Czekał cierpliwie. Ale od paru dni znowu mówi… - ciągnął szaman.

- GRDHGBHWZ - zadźwięczało bezgłośnie w uszach Jona.

- Gdy będzie musiał czekać zbyt długo, ukarze cię. On nigdy niczego nie daruje. Umie nagradzać, lecz umie też karać tych, którzy mu źle służą - ciągnął szaman.

- Ja mu nie służę.

- Ale On cię przywołał.

- Dlaczego mnie…? - spytał Jon, mimo woli obronnym ruchem dotykając skórzanego woreczka na piersi. Stary czarownik w milczeniu pokręcił głową. Zapadła cisza, przerywana tylko śpiewem Rzeki. Wreszcie szaman szepnął:

- Pozwolił ci dorosnąć, pozwolił ci przeżyć miłość, pozwolił ci pojąć żonę i spłodzić syna. Był dla ciebie bardzo dobry, jak na Jego obyczaje. Teraz chce zapłaty. Ruszaj w Drogę, Jonie…

I Jon ruszył. Kamienna Droga jakby zarosła gdzieniegdzie mchem lub tak się Jonowi zdawało. Gałęzie wielkich drzew wydłużyły się, splatały konary ponad jego głową i Droga sprawiała wrażenie węższej niż za pierwszą jego bytnością. Ale wciąż panowała tu zdumiewająca cisza. Młody mężczyzna słyszał każdy swój krok, a nawet oddech. Ptaki nadal unikały zakładania tu gniazd. Nic nie szeleściło w poszyciu leśnym; krety, jaszczurki i borsuki widocznie także wolały trzymać się od tego miejsca z daleka.

Jon dotknął dłonią szyi nie po to, by sprawdzić, czy wisi na niej skórzany woreczek z ziarnkiem piasku, ponieważ wciąż czuł w tym miejscu głowę Gai. Wtuliła się w ten ciepły zakątek pomiędzy szyją a barkiem i długo milczała, gdy powiedział, że musi spełnić przyrzeczenie związane z jego plemiennym przydomkiem.

- Jestem Jonem w Drodze od tylu lat. A tymczasem jeszcze w nią nie ruszyłem. Tych kilka krótkich wypraw się nie liczy,..

Milczenie Gai było tak wymowne jak kilka wilgotnych kropli, które poczuł na szyi. Łzy… - pomyślał bezradnie. Nie chciał, by Gaja utrudniała mu odejście. Przecież i bez tego wszystko w nim sprzeciwiało się, by opuścić dom i ruszyć w Nieznane, Obce. Żona zrozumiała to, gdyż nie wyrzekła ani słowa, odsunęła głowę i pokazała jasną twarz bez jednej mokrej kropelki spływającej z oczu.

- Nie pytaj… - zaczął na wszelki wypadek, ale nie musiał kończyć. Gaja już wiedziała, że prosi ją, by nie pytała, kiedy wróci. Nie zamierzała pytać. Zdawała sobie sprawę, że on i tak tego nie wie. Nawet mężczyźni jadący na polowanie nie umieli określić dnia powrotu. A Jon nie wybierał się polowanie.

- Będzie, jak musi być - powiedziała Gaja dźwięcznym, mocnym głosem, w którym nie usłyszał drżenia. I o to szło: aby nie wstrzymywała go żadną kobiecą sztuczką. Zresztą wiedział, że ona tego nie zrobi. Była inna niż wioskowe kobiety. Podobna do niedźwiedzicy. Dlatego, idąc teraz Kamienną Drogą, Jon był spokojny o syna, który się narodzi. Gaja da sobie radę i bez niego, to było pewne. A zresztą…

- Wrócę do domu! - zawołał głośno, chcąc, aby echo zaniosło te słowa monstrualnemu posągowi, który czekał na niego za trzecim zakrętem. Ale w tej części Puszczy nie było nawet echa.

Trzeci zakręt pojawił się szybciej, niż Jon chciałby zobaczyć. Po raz wtóry wkroczył zatem w długi, złowieszczy cień rzucany przez posąg starego Boga. Szedł, nie podnosząc głowy i nie patrząc na Niego. I tak czuł tę obecność. Nie tylko tu.

Po chwili stał u potężnych stóp gigantycznej rzeźby. Podniósł głowę. Ponad nim, wysoko, wznosiły się ramiona i głowa Boga. Dziwne, ale mimo całego ogromu posągu, wydał się on Jonowi mniejszy. Już go tak nie porażał wielkością. Bezimienny milczał, ale Jon i tak słyszał Jego wezwanie.

- Muszę TAM się wspiąć… - zaczął półgłosem, niby do siebie, niby do Niego i urwał, mierząc wzrokiem wysokość i oceniając stopień trudności zadania.

Nie, to nie takie trudne dla młodego, silnego mężczyzny. Posąg był pełen wypukłości i wgłębień. Jon objął ramionami ogromną nogę Boga i ruszył w górę. Kamień, z którego wykuto Bezimiennego, był chropawy i ciepły. Pulsował życiem. Dłoń Jona wsparła się na monstrualnym pępku Boga, a stopy postawił teraz na znamionach Jego męskości. Odpoczywał. Nagle uprzytomnił sobie, że pępowinami, które łączyły gigantycznego i przerażającego Boga z tysiącami wiernych, były Kamienne Drogi. A wiara, którą czuli i wyrażali jego współplemieńcy, była krwią krążącą w ciele Światowida. Krwią i pożywieniem. Ludzie w długich sukniach odcięli Go od krwiobiegu, od lęku i miłości, którymi się żywił: skazali na samotną, powolną agonię. Czy umierający człowiek nie broni się? Czy On nie ma zatem prawa, by się bronić? Skazano Go na śmierć przez zapomnienie, a jest to - dla Bogów i ludzi - najgorszy rodzaj umierania.

- W dodatku nie miałeś dzieci… - szepnął ironicznie, spoglądając na wyolbrzymione oznaki męskości, ale ironia zaraz zniknęła. Uprzytomnił sobie, że raptem przed stu pięćdziesięciu laty wszystkie Plemiona, setki tysięcy ludzi, były Jego dziećmi, na dobre i na złe. Dlatego miał prawo żądać ofiar.

- …lub przynajmniej tak sądził - szepnął Jon, podejmując na nowo wspinaczkę. Gdyby teraz spadł, pewnie by się zabił. Był coraz bliżej celu, wysoko ponad ziemią, jakby wspiął się na najwyższy dom w Wiosce. A przecież do ramion Boga jeszcze sporo brakowało.

Po długim, mozolnym trudzie, zmęczony, spocony, czując drżenie mięśni, stanął wreszcie na Jego ramionach. Miał dziwne uczucie, że posąg drży wraz z nim, jakby wstrząśnięty ludzką bliskością po tylu latach pustki. Drżenie to, nie wiedzieć czemu, przejęło Jona litością.

Wyprostował się i dla utrzymania równowagi objął rękami masywną szyję Bezimiennego. Wychylił się, chcąc zajrzeć mu w oczy. Już tam, w dole, wydawało mu się, że pod półprzymkniętymi powiekami posągu coś połyskuje. Prawie jak źrenice. Ale grube powieki strzegły swej tajemnicy i Jon wychylił się w przód, by w nie zajrzeć. Nie musiał…

Bezimienny miał oczy otwarte. Lśniły jak cenne kamienie. Były ciemne, głębokie i coś się w nich odbijało, migotało, zmieniało barwę. Odbite światło? Jon, mimo lęku, zdziwił się i wychylił jeszcze bardziej. Mógłby przysiąc, że nim zaczął się Wspinać, powieki Bezimiennego były lekko przymknięte. A teraz tak szeroko otwarte…

Jon objął Go mocniej za szyję i wychylił się w tył, aby obejrzeć choć dwie z czterech twarzy Światowida. Powieki tej drugiej, odleglejszej, były wpółprzymknięte. Młody mężczyzna chwilę się wahał, po czym ruszył wokół czterech potężnych ramion Boga. Musiał wiedzieć - a teraz już miał pewność: Bezimienny otworzył tylko jedną parę oczu w jednej ze swych czterech twarzy. Jon powrócił do punktu wyjścia i trzymając się krótkiej, grubej szyi posągu, znowu zajrzał w rozwarte oczy.

- Na co patrzysz? Co widzisz? - spytał. Światowid milczał. - Nie chcesz mówić? Sam zobaczę! - zawołał i znów ruszył po ramionach Boga, jak górską ścieżką. Tym razem tak się ustawił, aby być zwróconym w tę samą stronę, co twarz Światowida, która patrzyła otwartymi oczami. Przywarł do posągu - i znów wydało mu się, że jest on ciepły jak żywe, myślące i czujące ciało. A przecież kamień, otoczony wokół ciemną Puszczą, powinien być chłodny. Przywarł do kamiennej rzeźby jeszcze mocniej, niemal złączył się z nią w jedność i spojrzał przed siebie, tam gdzie spoglądały oczy Boga. Najpierw nie widział nic poza tym, co widzieć się spodziewał: bezkresną Puszczę i jedną z czterech Kamiennych Dróg, urywającą się przy trzecim zakręcie. Drzewa przysłaniały resztę Drogi. Potem wydało mu się, że coś zamigotało na horyzoncie. Spojrzał jeszcze raz: nic, tylko Puszcza. Ale jakby inna, bardziej zamglona. Spojrzał znowu: powietrze drgało tak, jak drga, gdy jest bardzo gorąco i nie wiadomo skąd rodzą się dziwne miraże. Ale w Puszczy było chłodno. Mimo to krajobraz przed oczami Jona migotał coraz bardziej, zasnuwał się rozedrganą, nieprzejrzystą mgłą - po chwili drzewa zaczęły znikać sprzed jego oczu. Została tylko ich zieleń i biel chmur ponad nimi… Zieleń… ZIELEŃ… Biel… BIEL… zielone… ZIELONE…

 

- - - - - - - - -

- …zielone. Właściwie dlaczego fartuchy chirurgów są zielone? - spytał Jon, a maseczka na twarzy stłumiła jego głos. Mimo to wszyscy w tej białej, lśniącej czystością sali operacyjnej podnieśli głowy i spojrzeli zdziwieni. Zdziwienie widać było tylko w ich oczach, gdyż pozostałe części twarzy były, podobnie jak jego własna, skryte za bawełnianymi, sterylnymi maseczkami- Owszem, niektórzy chirurdzy dowcipkowali w czasie poważnych operacji, ale on nigdy. Wydawał krótkie, niezbędne polecenia, więc wszystkich musiało zdziwić pytanie nie mające żadnego związku z pacjentem. Jednak Jon nie zamierzał żartować.

- Czy fartuchy chirurgów są zielone dlatego, że ten kolor symbolizuje nadzieję? - spytał i już wiedział, dlaczego pyta. Chciał odwlec moment, gdy wyda polecenie rozcięcia ciała Chłopca leżącego na stole, bezradnego i nieświadomego sytuacji. Jeszcze pół godziny temu Chłopiec dygotał ze strachu i Jon kojąco uścisnął jego drobną dłoń. Teraz spał. Na jego szczupłym ciele widać było długą, prostą linię wytyczoną czarnym flamastrem. A Jon stał nad nim, gotów do operacji, przed którą coś go wciąż wstrzymywało. Wszyscy czekali tylko pozornie cierpliwie, więc wreszcie musiał wydać polecenie: “Zaczynamy…”

Nagle przypomniał sobie, że gdy był wyrostkiem i jeździł na wakacje na wieś, nie znosił dźwięku pił drwali, dobiegającego z pobliskiej Puszczy. Puszczy…? Skąd wzięła mu się Puszcza? Przecież nie ma ich prawie wcale na Ziemi, a już zwłaszcza w miejscach cywilizowanych! Dźwięk pił dobiegał z lasu. Zawsze mu się wydawało, że ich rzężące jęczenie niesie ze sobą śmierć. Śmierć drzew. Delikatne brzęczenie elektrycznej, chirurgicznej piłki niosło jednak nadzieję życia, nie śmierci - mimo to Jon był dziwnie niespokojny.

- Panie doktorze, nie mamy czasu… - zdecydowała się przypomnieć siostra przełożona. Osobiście asystowała przy tej operacji i tylko ona odważyła się zwrócić mu uwagę, że czas mija i że drugie serce, leżące w sterylnym pojemniku wypełnionym lodem, bardzo tego nie lubi. Serce pierwsze, niebezpiecznie powiększone, a zarazem wątle, które tłukło się nierówno w klatce piersiowej uśpionego Chłopca, też nie miało czasu.

I właśnie w to serce, otulone lodem, wpatrywał się teraz Jon.

- Lodowe serce… Serce jak sopel lodu… - przemknęły mu po głowie postrzępione zdania i nagle przypomniała mu się baśń Andersena o Królowej Śniegu. To przecież Królowa Śniegu zamieniła żywe, czujące serce Kaja w sopel lodu i po tej zamianie Kaj gotów był popełnić wszystkie najgorsze, najbardziej nieludzkie czyny. Nieludzkie? Może właśnie ludzkie, bo aż tak złe? Zwierzęta rzadko bywają okrutne bez przyczyny… Królowa Śniegu i Kaj… Wymiana serca jest sprzeczna z naturą - pomyślał niedorzecznie o operacjach, jakich wykonał co najmniej sto pięćdziesiąt w tym szpitalu: wyjęcie schorowanego, nie wytrzymującego mordęgi życia, serca pacjenta i zamienienie go na silne i gotowe znieść najgorsze przeciwieństwa losu. W jego kraju przeprowadzano takich operacji tysiące, na świecie dziesiątki tysięcy. Dlaczego tym razem coś się w nim wzdragało? Czemu patrzył z niepokojem na anonimowe czerwone serce, obłożone lodem, leżące spokojnie w sterylnym pojemniku? I co ma do tego baśniowa Królowa Śniegu? Swoją drogą to ciekawe, czy Andersen ją wymyślił, czy też zaczerpnął wątek w znacznej mierze z mitów i legend? Wówczas mogłoby się okazać, że Królowa Śniegu wiedzie nieomal realny żywot, choć nie każdemu dane jest ją spotkać. Jon aż się wzdrygnął na taką myśl. Ale jeśli Królowa Śniegu właśnie teraz zamierza…

- Panie doktorze… - podjęła znów nerwowo i z naciskiem przełożona pielęgniarek. Jon otrząsnął się i jego oczy z nagła poraziła biel sali.

- Czyje to serce? - spytał nie wiadomo kogo. Kilka otaczających go postaci w zielonych fartuchach poruszyło się nerwowo. To było pytanie amatora lub łowcy sensacji, a nie profesjonalisty lekarza. Odpowiedziała mu pełna dezaprobaty cisza. Z reguły żaden z lekarzy nie wie, czyje serce spoczywa w sterylnym pojemniku, obłożone lodem - i nikogo to nie obchodzi - najważniejsze, że jest to serce zdrowe. Wypytywanie, kim był zmarły, do którego należało serce, nie było w dobrym tonie wśród profesjonalistów. Czynili tak tylko młodzi stażyści lub dziennikarze.

Jon, wciąż odwlekając następne posunięcie, spojrzał na szklaną szybę, która oddzielała salę operacyjną od wnęki obserwacyjnej dla studentów. W czasie przeszczepu serca to nieduże pomieszczenie na ogół było pełne. Ale tym razem siedziało w nim najwyżej kilkoro młodych ludzi. Widocznie piękna pogoda wygnała ich za miasto lub na basen.

Uwagę Jona przykuła nieduża, szczupła Dziewczyna, ostrzyżona króciutko na jeża, jak chłopak, co jeszcze bardziej uwydatniało wystające kości policzkowe i wielkie, ciemne oczy. Patrzyła mu prosto w oczy i - wbrew logice - Jonowi wydało że jej też nie podoba się serce obłożone lodem. Dziewczyna spojrzała natarczywie w jego twarz osłoniętą maską i leciutko kręciła głową, jakby chcąc powiedzieć: “Nie rób tego…”



dalej


strona główna
(23kB)