(23kB)
strona główna


 

Dorota Terakowska

 

 

W krainie kota

Co godzinę wiadomości

 

Radio podaje co godzinę wiadomości.

Spikerzy wiedzą wszystko; niemożliwe,

Zdawałoby się, żeby każda godzina

Zabijała, kradła i oszukiwała. A jednak

Tak jest, godziny jak lwy pożerają

Zapasy życia. Rzeczywistość przypomina

Sweter przetarty na łokciach. Kto

Słucha wiadomości, nie wie, że

W pobliżu, po ogrodzie mokrym od deszczu

Spaceruje mały szary kot i bawi się,

Mocuje z twardymi łodygami traw.

 

Adam Zagajewski

 

(z tomiku List. Oda do wielości, 1982)

 

Rozdział pierwszy

 

…około trzeciej zbudziła mnie nagląca myśl: Muszę iść do ogrodu, wykopać ten korzeń i zjeść.

Spojrzałam na męża: spał, poświstując lekko przez nos. Miał typowy jesienny katar. Za oknem noc rozpościerała bury, wilgotny płaszcz. Siąpiło. Mimo to wstałam cichutko z łóżka i boso, tylko w kusym podkoszulku, wymknęłam się z domu na dwór.

Nie wiem skąd, ale wiedziałam, że TO rośnie w lewym górnym rogu, tuż przy płocie. Nie miałam latarki, ale wystarczyło, że wymacałam nać dłonią. Była mokra, szorstka, a zgnieciona w ręce, wydzielała ostry, świeży zapach. Wiedziałam, że nie wolno jej wyrywać, gdyż uszkodziłabym korzeń. Czułam, że muszę wygrzebać go z ziemi rękami, a nie na przykład motyką. Delikatnie. Niemal z czułością. Gdy podnosiłam go do ust, był jeszcze ciągle oblepiony gliną. Gryząc, czułam na języku drobinki ziemi. Korzeń miał cierpki smak niedojrzałej marchewki. Nać wyrzuciłam przez płot, do ogrodu sąsiadów. Potem wróciłam do łóżka i natychmiast zasnęłam.

Rano myślałam, że to mi się śniło. Ale mój mąż, który właśnie wstał, żeby iść do pracy, patrząc, jak przeciągam się leniwie w łóżku, nagle powiedział:

- No wiesz, Ewa…! Ja rozumiem, że kobiety w ciąży mają kaprysy i ogarnia je lenistwo, ale jak mogłaś wejść do łóżka z tak brudnymi nogami?!

Odrzuciłam kołdrę i spojrzałam: stopy miałam oblepione zaschłym błotem. Na podkoszulku też były ślady błota. Czyżby nocna wyprawa do ogrodu wcale mi się nie śniła? Była faktem?

…zacznę jednak od początku. Cztery miesiące temu nabrałam podejrzeń, że jestem w ciąży. Była właśnie niedziela, więc wyjątkowo wstałam z łóżka wcześniej niż mąż, zrobiłam śniadanie, a gdy je zjadłam, natychmiast pobiegłam do łazienki i zaczęłam rzygać jak kot. Gdy powtarzało się to przez kilka poranków, powiedziałam do Adama:

- Chyba jestem w ciąży! - i oboje spojrzeliśmy na siebie z radosnym uśmiechem.

Mój mąż jest lekarzem, więc wiedziałam, że będę pod najlepszą opieką. Posłusznie odstawiłam papierosy, ograniczyłam kawę do jednej filiżanki, jadłam lekkie potrawy, dużo owoców i warzyw. Brałam regularnie wszystkie przepisane przez Adama witaminy. Biegałam też co dzień wokół ogrodu łagodnym kłusem, a wieczorami wpadałam na osiedlowy basen, żeby popływać. Więc nie brakowało nam (mnie i Dziecku) niczego - ani odpowiedniej diety, ani ruchu, ani spokoju. Ani minerałów, witamin i diabli wiedzą czego jeszcze…

Skąd zatem tamtej nocy, w czwartym miesiącu ciąży, obudziło mnie naglące pragnienie wyjścia do ogrodu, wygrzebania z mokrej ziemi jakiegoś korzenia i schrupania go, razem z trzeszczącymi pod zębami drobinami ziemi? I dlaczego, u licha, nie powiedziałam o tym mężowi?! Przecież zawsze mówię mu WSZYSTKO! Jesteśmy fantastycznym wprost małżeństwem, już od 5 lat, i do tej nocy nie mieliśmy przed sobą żadnych tajemnic. A jednak pożarcie tego korzenia - inaczej tego nazwać nie można, bo gryzłam go jak oszalała z głodu! - musiało pozostać moim sekretem. Tak czułam.

Przez następne miesiące mój brzuch wolniutko dojrzewał, jak owoc latem; w piersiach, które już wyczekiwały Dziecka, czułam ucisk gromadzącego się mleka, i wpadłam w stan łagodnej szczęśliwości. Zapomniałam o tamtej nocy, o ubłoconych nogach, o grzebaniu rękami w ciężkiej od wilgoci ziemi, i tym, że to na pewno nie było NORMALNE. Jeśli owo wspomnienie błądziło niekiedy gdzieś w mojej pamięci, to wkładałam je między sny.

Rodziłam pod koniec zimy, zwyczajnie, bez komplikacji i specjalnego bólu, choć gdyby go w ogóle nie było, czułabym się rozczarowana. Uważałam, że prawdziwe Dziecko musi przyjść na świat w prawdziwych bólach. Ten ból był tak bliski i dawał radość, a nie cierpienie. Trwał równo trzynaście godzin i trzynaście minut. Liczyłam.

- Dlaczego ty zawsze i we wszystkim musisz być inna niż pozostałe kobiety? - spytał mnie z rozczuleniem Adam, patrząc na Dziecko. Obmyte ze śluzu i krwi, spowite w białą, bawełnianą pieluszkę, niemowlę po raz pierwszy patrzyło na mnie z objęć męża, a ja patrzyłam na nie. Nad czołem miało kłąb mocno skręconych włosów w kolorze jaskrawej marchewki, skórę nienaturalnie jasną, jak przystało na rudzielca, a na nosie pojedynczy i mocno odcinający się od tła - brązowy pieg. W dodatku spoglądało na mnie jednym okiem przejrzyście błękitnym, jak niebo na tanim oleodruku, a drugim zielonym, jak trawa wiosną w naszym ogrodzie.

- Boże… - wyjąkałam, tracąc oddech. - Czy POZA TYM jest normalne?!

- Ależ tak… - uspokoił mnie mąż. - To jest chłopiec i on w ogóle jest normalny. I bardzo ładny. Nie martw się. Dorastając, zgubi te rude włoski i wyrosną mu nowe, ciemniejsze. A takie emaliowoniebieskie oczy mają wszystkie niemowlęta, i one także z wiekiem ściemnieją. Może nawet będą brązowe?

- Ale ono ma jedno oko błękitne, a drugie zielone - powiedziałam drżącym głosem.

- Bzdura - orzekł Adam, przyglądając się w skupieniu oczom Dziecka, które tymczasem łypnęło na mnie okiem zielonym, to błękitne zaś skierowało na niego.

- W dodatku ma zeza! - dodałam histerycznie.

- Większość niemowląt ma zeza, bo nie panują nad akomodacją wzroku. To też mija z wiekiem - oświadczył spokojnie mój mądry, nie tylko medycznie, mąż.

Miał rację. Dziecko było normalne. Normalnie płakało, a raczej darło się z całej siły w płucach, w dodatku głównie nocami. Normalnie jadło, na ogół z dużym apetytem. Normalnie machało rączkami i nóżkami, i gdy kładłam je na brzuszku, obracało na wszystkie strony ciekawską główkę. Normalnie robiło w pieluchy siusiu i kupkę. Wszystko miało normalne, poza kolorem włosów i dwoma kolorami oczu - jednak mój kochany mąż albo w ogóle tego nie widział, albo też uważał to za normalne. I w ten sposób, bardzo normalnie, minęło dwanaście dni.

Trzynastego dnia, około godziny trzynastej, mąż jak zwykle był w pracy, czyli w szpitalu, a ja, też jak zwykle, śpiewając głośno i fałszywie rockowy przebój, mieszałam na kuchence zupkę dla Dziecka. Za oknem świeciło słońce i wydawałoby się, że to już wiosna, gdyby nie śnieg, który wciąż leżał na parapetach okien, w ogrodzie i nadal ciągle sypał dużymi, mokrymi płatkami.

W rytm nuconej melodii mieszałam energicznie tę zupkę (wszystkie zupki mają to do siebie, że lubią się przypalać, tak jak mleko zawsze wylatuje z garnka), gdy nagle usłyszałam za sobą GŁOS DZIECKA:

- Kot - powiedziało Dziecko głosem cienkim, srebrzystym i stanowczym. Odwróciłam się jak oparzona i spojrzałam na nie. Leżało sobie w nosidełku, ustawionym na dwóch krzesłach koło stołu w kuchni. Miało leniwy i spokojny wyraz twarzyczki. I na pewno nic nie mówiło. Albowiem trzynastodniowe niemowlęta nie mówią.

Już, już miałam odwrócić się z powrotem w stronę kuchenki, gdy Dziecko spojrzało na mnie uważnie, jednym zielonym, a drugim błękitnym okiem, i powtórzyło:

- Kot.

Mówiąc, nie otwierało ust, ale przecież doskonale słyszałam jego głos! Tym razem, wbiłam w nie oczy i tkwiłam tak nieruchomo, mimo nasilonego swądu przypalającej się zupy.

- Kot topi się w beczce z deszczówką - powiedziało Dziecko tym razem całym, zbudowanym poprawnie zdaniem. Nadal nie otwarło przy tym ust, wręcz przeciwnie, miało je po niemowlęcemu zaciśnięte, w swojskim grymasie złości, jaki przybiera, gdy zbyt długo leży w mokrym pampersie lub gdy chce jeść, a ja mu nie daję. Zatem miało zaciśnięte usta, ALE MÓWIŁO!

- Kot! - powiedziało dźwięcznie po raz trzeci, ale tym razem z gniewem. - Kot topi się w beczce z deszczówką!

Nagle zrozumiałam. Zrozumiałam nie to, że MÓWI, choć nie powinno, ale CO mówi. I tak jak wtedy, tamtej nocy, gdy coś zmusiło mnie, abym pomknęła do ogrodu i zjadła jakiś korzeń, tak teraz też wiedziałam, że muszę natychmiast pędzić do beczki z deszczówką. Ale nie mogłam zostawić w kuchni samego Dziecka…!

- Przecież skoro MÓWI, równie dobrze może samo WYJŚĆ z nosidełka - pomyślałam irracjonalnie. Tyle że to wszystko było irracjonalne!

Porwałam Dziecko w ramiona i pobiegłam jak wariatka do mokrego, tym razem od śniegu, ogrodu. Beczka z deszczówką znajdowała się dokładnie z drugiej strony domu i bliżej by mi było do niej przez taras niż tylnym wyjściem z kuchni, ale ja już utraciłam zdolność logicznego myślenia. Wiedziałam tylko, że W BECZCE Z DESZCZÓWKĄ TOPI SIĘ KOT. Musi się topić, skoro tak powiedziało mi trzynastodniowe niemowlę, które nawet nosa w tym dniu nie wychyliło do ogrodu!

…biegłam, potykając się, przez zaśnieżony ogród, bo na gołych nogach miałam jedynie zsuwające się ciągle klapki. Kto, na Boga, myślałby w tej sytuacji o wkładaniu butów! Nie miałam też czasu zastanawiać się, gdzie pod śniegiem tkwią wystające resztki wiosennych klombów, a gdzie ścieżki, więc trzy razy rąbnęłam z całej siły na mokrą i zimną ziemię, pamiętając jednak, żeby za każdym razem unieść Dziecko w górę. Tym boleśniej uderzałam o przykryte śniegiem zamarznięte grudy.

Dopadłam w końcu beczki, która stała sobie spokojnie obok tarasu. Stała tak od dwóch lat, od czasu gdy Adam wymyślił, aby zamówić ją u bednarza, postawić koło rynny i gromadzić w niej deszczówkę na suche lato. Była sporo wyższa niż ja, więc głęboka najmniej na dwa i pół metra. I nie powinno w niej być nic prócz roztopionego śniegu. Tymczasem słyszałam dziwny, nieregularny plusk…

- O Boże… - powiedziałam, rozglądając się rozpaczliwie. Musiałam wspiąć się na beczkę, ale nie wiedziałam, co zrobić z Dzieckiem. Zwłaszcza, że Dziecko miało na sobie tylko kusą koszulinę i cienkiego pampersa. Tymczasem niepokojący, a zarazem coraz bardziej rozpaczliwy plusk w wielkiej drewnianej beczce nasilał się. COŚ, tonąc, resztkami sił walczyło o życie…

Nie miałam czasu. Położyłam Dziecko na miękkim śniegu - było jakieś plus dwa stopnie Celsjusza - i zaczęłam wspinać się po śliskich wypukłościach beczki. Miałam nadzieję, że jest pełna, bo wtedy ten jakiś Kot - jeśli już nie utonął! - pływałby na samym wierzchu. Niestety, gdy wreszcie się wspięłam, ujrzałam, iż beczka jest napełniona raptem w jednej trzeciej. A na powierzchni resztek jesiennej deszczówki i stopionego zimowego śniegu, chlapiąc łapami, lecz w absolutnym milczeniu, bez jednego miauknięcia - rzeczywiście pływał Kot! Wyglądał już na bardzo wyczerpanego. Spojrzałam na niego, a on na mnie - i z wrażenia spadłam na ziemię…

Koty umieją pływać, tylko bardzo tego nie lubią. Kot przepłynie rzekę i wydrapie się na brzeg. Ale nie przepłynie wielkiej beczki i nie wylezie z niej, gdyż ma ona śliskie, oblodzone, wygięte ku środkowi wnętrze i w dodatku od powierzchni wody do krawędzi liczy sobie najmniej półtora metra.

Spojrzałam na Dziecko: leżało spokojnie na zimnym śniegu, w kusej, już przemakającej koszulinie, machając gołymi nóżkami. Lecące z nieba płatki śniegu topiły się na jego ciepłym brzuszku, a na rudych włoskach utworzyły puchową czapeczkę. Pampers też był mokry, choć z innego powodu. Nie miałam czasu. Błyskawicznie zaczęłam znów wspinać się na beczkę, a potem, balansując chwilę na jej górnym skraju, wskoczyłam z chlupotem do środka. Kot - z ogromnym refleksem - natychmiast wpił się pazurami w moje gołe nogi i wspiął się po mnie jak po drzewie. Zawyłam z bólu, z największym wysiłkiem oderwałam go od siebie i podźwignęłam w górę. Stojąc w lodowatej wodzie na czubkach palców i wyciągając wysoko ręce z mokrym, ciężkim zwierzakiem, mierzyłam mniej więcej tyle, ile beczka. „Jezu, on waży chyba z dziesięć kilo…” - pomyślałam. Na szczęście zwierzę, gdy tylko dosięgło łapami szczytu beczki, natychmiast zeskoczyło na ziemię. Teraz to ja tkwiłam w rozpaczliwie zimnej, sięgającej mi do pół uda wodzie, zastanawiając się, jak z powrotem wspiąć się na górę. Ręce miałam osłabione od szarpania się z Kotem, ale byłam wysportowana, więc czyniłam próby: trzymając się skraju beczki, równocześnie z całej siły podciągałam do góry nogi. Wyczyn dziecinnie łatwy dla małpy, ale nie dla człowieka.

…i wtedy, gdy prawie zrealizowałam ów akrobatyczny wyczyn, usłyszałam dziki wrzask. Nie, to nie wrzeszczało Dziecko. Wrzeszczała - od razu rozpoznałam ten głos! - nasza wścibska sąsiadka zza płotu. Od trzech lat, czyli od czasu, gdy zamieszkaliśmy w tym domku i w jej sąsiedztwie, uważaliśmy ją za osobę głęboko niezrównoważoną, nachalnie ciekawską i próbującą wtrącać się do naszego prywatnego życia. Uważała nas pewnie za ludzi patologicznie uchylających się od tak zwanych dobrosąsiedzkich stosunków.

Otóż ta właśnie sąsiadka stała teraz za płotem i patrząc na leżące w śniegu Dziecko, darła się jak opętana. Z wrażenia spadłam znowu na dno beczki, do lodowatej wody.

- Niemowlę…! O Boże! Biedne niemowlę! Gołe! Na śniegu! Prawie zasypane! O Jezu! A to kocisko go dusi! Ludzie! Ratunku! - darła się sąsiadka.

- Proszę natychmiast się uspokoić! - wrzasnęłam z głębi beczki, ale sąsiadka wystraszyła się jeszcze bardziej. Sądzę, że beczka zmieniała mój głos na głuchy i dudniący. Słysząc mnie, lecz nie widząc, sąsiadka zareagowała jeszcze bardziej nerwowo. Teraz wydawała z siebie nieartykułowane, histeryczne jęki:

- Aaaaaaaaa! Ooooooooo! Iiiiiiiiiiiii!

Zdwoiłam wysiłki i udało mi się ponownie podciągnąć na rękach, a nawet zaczepić jedną nogą o skraj beczki. I znowu najpierw zobaczyłam za płotem głowę sąsiadki, jak zwykle przyozdobioną kolorowymi wałkami papilotów. „Czy ona nigdy ich nie zdejmuje?” - pomyślałam idiotycznie, walcząc z własnymi nogami i beczką. Sąsiadka, ubrana w gruby, pikowany szlafrok, wzrokiem wariatki wpatrywała się w moje leżące spokojnie na śniegu półgołe Dziecko. Tuż koło Dziecka siedział ogromny, ociekający wodą Kot i mył się różowym języczkiem.

„To, co on robi, to kretyństwo, bo jest nie tylko umyty, ale wręcz wykąpany” - pomyślałam logicznie, a tymczasem sąsiadka na widok mojej głowy, dwóch rąk i jednej nogi, wynurzających się z beczki, wydała z siebie kolejny wrzask. Na szczęście o tej porze większość mieszkańców naszego osiedla była w pracy.

Wydobyłam się z mokrej pułapki i biorąc gołe Dziecko w mokre objęcia, powiedziałam do sąsiadki:

- Zamiast wrzeszczeć, mogła pani przeleźć przez płot i otulić Dziecko tym swoim obrzydliwym szlafrokiem…

Sąsiadka dopiero teraz doszła do siebie na tyle, aby przypomnieć sobie, że nas nie znosi. Więc po prostu odwróciła się i poruszając z godnością wielkim tyłkiem, w różowym, pikowanym jak kołdra szlafroku, podreptała do swego domu.

Ja do mojego biegłam jak na skrzydłach, myśląc tylko o tym, co zrobić, żeby Dziecko uniknęło zapalenia płuc. Już zapomniałam, że powinnam martwić się o coś całkiem, ale to całkiem innego: o to, że moje trzynastodniowe niemowlę MÓWI, w dodatku pełnymi zdaniami i bez otwierania ust.

Biegłam, a tuż obok, ocierając się mokrą sierścią o moje nogi, biegło to ogromne, cudem uratowane kocisko. Wpadliśmy zdyszani do ciepłej kuchni, gdzie kocisko od razu przylgnęło do kaloryfera, a ja natychmiast zaczęłam zdejmować z Dziecka mokrą koszulkę i pampersa. Potem, sama ciągle mokra i szczękająca zębami, wytarłam je ręcznikiem i przebrałam w suche ubranko. Dopiero teraz zobaczyłam - i poczułam! - spaloną na węgiel zupkę, stojącą w garnuszku na ciągle palącym się gazowym palniku. Zgasiłam gaz i zajęłam się sobą. Już sucha i ubrana w dres, w grubych skarpetach na przemarzniętych stopach, przygrzałam mleko dla całej trójki: Dziecka, Kota i siebie. Po namyśle włożyłam do mleka aspirynę: dwie dla mnie, ćwiartkę dla Dziecka i połówkę dla Kota.

Nakarmiłam Dziecko gotowym, awaryjnie trzymanym w lodówce żarciem z puszki, Kotu dałam resztkę naszej wczorajszej pieczeni, sama z dzikim apetytem pożarłam wielką kanapkę i, o dziwo, poczułam się całkiem normalnie, a nawet rześko. Dziecko wpakowałam do łóżeczka i przykryłam po uszy puchową kołderką. Gdy zaciągałam zasłony w oknie, zobaczyłam, że Kot - na szczęście już suchy - starannie układa się na poduszce w pobliżu twarzyczki Dziecka.

- Oooch! - zawołałam półgłosem, przywołując w pamięci wszystkie straszliwe opowieści o kotach i niemowlakach, jakimi raczyły mnie różne wiekowe osoby, i jakie wciąż opowiadają o wiele młodsi nasi znajomi. Było tam i o kotach, które pazurami wydrapują dzieciom oczy, gdyż podnieca je widok mrugających powiek. Było o poruszającej się grdyce, którą kot bierze za mysz i rzuca się niemowlęciu do gardła, rozrywając je na strzępy. Było wreszcie o kotach, które specjalnie kładą się dzieciom na piersiach i duszą je własnym ciężarem. A w dodatku TEN Kot, Ucząc na oko, ważył co najmniej dziesięć kilo, a zatem dwa i pół raza więcej niż moje Dziecko.

Ledwo to wszystko sobie przypomniałam, gdy Dziecko powiedziało, nie otwierając ust, za to patrząc na mnie intensywnie błękitnym okiem, gdyż zielonym oglądało Kota:

- Nigdy nie powtarzaj takich okropnych kłamstw o kotach. Przyrzekasz?

- Przyrzekam - odparłam bezwiednie. Kot tymczasem wymościł sobie miejsce w ciepłym zakątku koło buzi Dziecka, po czym znów na mnie spojrzał. I dopiero wtedy dostrzegłam, że on także ma jedno oko jadowicie niebieskie, a drugie połyskujące szmaragdową zielenią.

Po raz pierwszy bliżej mu się przyjrzałam. Był to naprawdę ogromny kocur, o wyjątkowo pięknym, trójkolorowym futrze: biało-czarno-rudym. Gdy tak przyglądałam mu się z mieszanymi odczuciami - i Dziecko, i Kot prawie jednocześnie zasnęli. Kot przy tym pomrukiwał jak spory elektroluks.

- Mamy kota - powiedziałam Adamowi, gdy wrócił z pracy.

- To dobrze. Dzieci lepiej chowają się ze zwierzętami - powiedział ku memu zdumieniu. Myślałam, że zaprotestuje i zacznie mówić o bakteriach, wirusach i odzwierzęcych chorobach. Widocznie jednak nie znałam ciągle własnego męża…

Kot, już wyspany, wylazł akurat z dziecinnego pokoju 1 mrucząc, zaczął ocierać się o nogi Adama.

- Całkiem ładny ten Kot - orzekł, głaszcząc go po trójkolorowym futrze. - Trochę za duży jak na zwykłego dachowca - dodał po namyśle. W tym namyśle brzmiała pochwała.

Podczas kolacji ze śmiechem opowiedział mi, do jakiego stopnia odszajbowało naszej wścibskiej sąsiadce.

- Wyobraź sobie, gdy wracałem do domu, stała przy płocie i usiłowała mi wmówić, że ty kąpałaś się dziś w beczce z deszczówką, a nasze Dziecko tarzałaś w śniegu, w ogrodzie! Żeby zmyślać takie brednie…!

Zaśmiałam się równie wesoło jak on i… nie sprostowałam. Co gorsze, w ogóle nie powiedziałam, że nasze niespełna dwutygodniowe Dziecko mówi pełnymi zdaniami, nie otwierając przy tym ust. I wiem, dlaczego tego nie zrobiłam: bo on by mi nie uwierzył. Natomiast mógłby dojść do wniosku, że cierpię na poporodową depresję, i chciałby mnie leczyć. Tymczasem ja byłam całkiem, ale to całkiem zdrowa, tak fizycznie, jak psychicznie, i tylko wokół mnie działo się coś nienormalnego. Jednak nikt przy zdrowych zmysłach, a już zwłaszcza mój bardzo logicznie myślący mąż, nie uwierzyłby, że mam mówiące i widzące - to, czego nie widać! - Dziecko. Wszyscy orzekliby, że jest na odwrót: normalne, dobrze rozwijające się niemowlę ma szaloną matkę.

…więc kolacja upłynęła nam jak zawsze sympatycznie, niczym nie zmącona, pełna rodzinnego ciepła - i tylko ja z zadumą spoglądałam na ogromnego Kota, siedzącego teraz koło kominka. Kot grzał się w bliskości ognia i jednym okiem, tym błękitnym, popatrywał w naszą stronę, a drugie, jarzące się zielenią, wbił nieruchomo w palące się i trzaskające wesoło polana.

 

Rozdział drugi

 

Nasze Dziecko Uczyło już prawie dwa miesiące - i ciągle nie miało imienia. Mówiliśmy na nie po prostu „Dziecko”. Na ogół zgodni we wszystkim, tym razem nie mogliśmy z Adamem dojść do porozumienia. Każde imię albo mnie, albo jemu wydawało się nie dość ładne, za mało wyraziste lub zbyt udziwnione. Oboje byliśmy zwolennikami imion prostych, nie wydumanych. A właśnie wszechwładnie panowała moda na imiona rodem z aktualnych seriali telewizyjnych lub filmów.

- Gdy pomyślę o tych nieszczęsnych dzieciach, które miały pecha urodzić się, gdy w telewizji szła Dynastia! Te biedne dziewczynki, do końca życia noszące imię Alexis lub Cristle… - wzdragał się mąż, odrzucając każdy kolejny mój pomysł na imię dla Dziecka, choć żaden nie miał nic wspólnego z jakimkolwiek serialem. Za to, przedkładając książki nad telewizję czy kino, bezwiednie podawałam imiona bohaterów głośnych powieści.

- Dość! - oświadczył Adam pewnego dnia i bezdyskusyjnie zarządził: - Nasz syn będzie mieć najprostsze, a zatem najładniejsze imię, jakie w ogóle istnieje na świecie. JAN…

- Jan… - skrzywiłam się.

- Janek - zmiękczył i zabrzmiało to nieco lepiej. Kandydat do imienia zachowywał się cały czas jak najnormalniejsze w świecie niemowlę. Nocami albo się darł, albo cichutko spał przytulony do wielkiej głowy tajemniczego kocura. W dzień, gdy było chłodno, oboje - i Dziecko i Kot - leżeli sobie na kocyku przed kominkiem. Kot zaczepiał Dziecko grubą łapką, chowając starannie pazury, a Dziecko usiłowało go dosięgnąć, zaśmiewając się gardłowo.

Od czasu gdy wspólnie uratowaliśmy Kota od tragicznej śmierci, Dziecko nigdy nie powiedziało ani słowa, co, nie kryję, przyjęłam z ulgą.

…bo to wszystko tylko mi się zdawało - orzekłam w duchu. - To Kot, tonąc, wysłał do mnie jakiś silny, telepatyczny impuls. Telepatia jest w końcu zjawiskiem naukowo udowodnionym! Przecież to się zdarza. Podobno nawet rośliny kulą się z lęku, gdy wyciąga ku nim rękę człowiek, do którego czują niechęć. Biologowie twierdzą, że wręcz widać to pod mikroskopem. Dlaczegóż by Kot, tonąc, nie mógł wysłać do mnie telepatycznego sygnału? A mnie, idiotce, zaczęło się wydawać, że to mówi Dziecko… choć przecież doskonale wiem, że niemowlaki, kilkunastodniowe czy nawet dwumiesięczne, w ogóle nie mówią! Nigdy! I ONO też nie mówi. Jest całkowicie normalne! Spokojna głowa, nie ma się czym niepokoić, zwłaszcza że nie powiedziało ani słowa od paru tygodni…

A zatem zapadła decyzja: Dziecko będzie nosić imię Jan. Janek. Skoro tak, to należało tę decyzję uprawomocnić. Mąż miał wolne przedpołudnie, wsiedliśmy więc w samochód, stawiając na tylnym siedzeniu nosidełko z Dzieckiem, i wyruszyliśmy do miasta, odległego o trzydzieści minut jazdy, gdzie mieściły się wszystkie ważne urzędy.

Mieliśmy szczęście. W urzędzie, w którym wypisywano akty urodzenia, w ogóle nie było kolejki. Przyjął nas sympatyczny starszy pan, który na widok naszej trójki (Dziecko nieśliśmy w nosidełku) radośnie się zaśmiał:

- Śliczna, fantastyczna rodzinka… Jak z obrazka! - zawołał z zapałem, wywołując w nas odruch zdziwienia. Nie przywykliśmy do aż tak wylewnej serdeczności nieznanych urzędników. I wtedy mąż leciutko mnie trącił, równocześnie wskazując na coś dyskretnym ruchem. Na biurku, obok stosu opasłych akt i wielkiego, odrobinę starożytnego komputera, stała wysoka szklanka z jasnym, pieniącym się perliście napojem. Nadal nie wiedziałam, o co chodzi, ale gdy urzędnik zaśmiał się równie perliście jak ów płyn, bez żadnego powodu - zrozumiałam, w czym rzecz. Urzędnicy państwowi na ogół wypijają w pracy mnóstwo szklanek podłej herbaty. Ten jednak pił szampana!

- Och, patrzą państwo na moją szklankę… - zaśmiał się znowu i upił solidnego łyka. - To szampan - wyjaśnił takim tonem, jakby nam zdradzał wielką tajemnicę. - Obchodzę dzisiaj trzydziestolecie pracy i niewdzięczni koledzy oraz szefowie zapomnieli! Po prostu zapomnieli! Nie dostałem ani dyplomu, ani zwiędłego kwiatka, nie mówiąc już o pamiątkowym zegarku ze stosownym, wygrawerowanym napisem: „Drogiemu i niezapomnianemu koledze za trzydzieści lat wspólnej pracy”. Nic! Nawet życzeń nie dostałem! - i urzędnik znowu zaśmiał się radośnie. - Wszyscy zapomnieli. A ja tymczasem specjalnie dziś ubrałem nowy garnitur, nowiutką białą koszulę i nowy, drogi krawat… A oni nic! Więc poszedłem do najbliższego sklepu i kupiłem butelkę najdroższego szampana. Jak jubileusz, to jubileusz. Oni zapomnieli, ale ja nie. Powinien być szampan, więc jest szampan. Tyle że go sam wypiję, im zaś… (tu wskazał ruchem głowy na sąsiednie drzwi) im zaś nie dam ani kropelki! A może państwo napiją się ze mną? Będzie mi niezwykle miło i uroczystość nabierze, że tak powiem, właściwego charakteru.

Napiliśmy się. Niedużo. Adam prowadził, a ja karmiłam. Za to urzędnik wypił całą szklankę i ponownie ją napełnił.

- A teraz wypiszemy akt urodzenia. Proszę podać imiona uroczych rodziców oraz imię uroczego potomka… To córeczka? Synek? W każdym razie śliczne! - powiedział z emfazą i na wyrost, równocześnie wstając i zaglądając do nosidełka. Wtedy się wzdrygnął. Spod czapeczki „uroczego potomka” wyzierał kłąb jaskrawo marchewkowych włosów, on sam zaś spojrzał mu prosto w twarz jednym okiem. Tym zielonym. Drugim patrzył na mnie.

Urzędnik bez słowa ponownie usiadł przy biurku, wyjął urzędowy druk i zaczął go wypełniać. Szampan apetycznie musował w szklance, więc jubilat co chwila wychylał spory łyk.

- Imiona rodziców?

- Adam i Ewa.

- Płeć, imię dziecka, data i miejsce urodzenia…

Mąż wyrecytował wszystkie dane i zakończył wynikiem zawartego przez nas kompromisu, czyli imieniem naszego synka.

- Jan.

- Jak? - zachichotał urzędnik.

- Jan. Janek.

- Był ostatnio taki serial? - zdziwił się urzędnik.

- Nie - odparł mój mąż. - To znaczy, mam nadzieję, że nie - poprawił się zaraz.

- Państwa zdrowie! Ale ostatnio modni są Andżelika i Patryk - zachichotał i dorzucił: - W sąsiednim pokoju od ręki mogą wpisać dziecko do paszportu któregoś z rodziców…

Pomysł uznaliśmy za pożyteczny. W końcu zawsze może się zdarzyć, że nagle będziemy musieli gdzieś wyjechać. Zatem pożegnaliśmy miłego urzędnika i w sąsiednim pokoju, gdzie również nie było kolejki, jakaś starsza, ubrana na szaro dama skrupulatnie przepisała dane z aktu urodzenia do mojego paszportu.

Już po chwili akt wrócił do męża, który złożył go na pół i schował do portfela. Złapaliśmy za uchwyty nosidełka i zadowoleni pobiegliśmy do samochodu.

- Istniejesz teraz także oficjalnie, masz na imię Janek i w dodatku wpisano cię do paszportu! Możesz podróżować, gdzie chcesz - oznajmiłam Dziecku z triumfem, gdy nasze auto ruszało spod urzędu. Dziecko łypnęło na mnie zielonym okiem, bo błękitnym spoglądało na trzymany przeze mnie paszport. Otwarłam go na odpowiedniej stronie, aby porozkoszować się oficjalnym dowodem istnienia naszego Dziecka, i… I znieruchomiałam z wrażenia.

- Pokaż mi ten akt urodzenia - zażądałam od męża.

- Przecież prowadzę… A na ulicy jest wściekły ruch - powiedział z wyrzutem. - Dam ci go w domu.

- Daj teraz - powtórzyłam z naciskiem.

W moim głosie było coś, co nakazało mężowi przytrzymać kierownicę jedną ręką, podczas gdy drugą wyjął portfel. Akt urodzenia tkwił w przegródce na dokumenty. Wyjęłam go tak gwałtownie, że o mały włos rozdarłabym na pół.

…no tak. W akcie, rzecz jasna, było wpisane to samo imię co w moim paszporcie. W dodatku i tu, i tam wypisano go czarnym, eleganckim tuszem i pięknym, kaligraficznym pismem: Jonyk. JONYK.

- J-o-n-y-k - przeliterowałam powoli.

- Że co? - spytał mąż. - Co ty mówisz?

- Czytam imię naszego Dziecka. Jonyk - powtórzyłam cierpliwie i nagle zaczęłam chichotać tak, jakbym to ja wypiła sama butelkę szampana.

- Jaki Jonyk? Co ty wygadujesz? - zdziwił się Adam, ale zaniepokojony zahamował, biorąc ode mnie akt urodzenia i mój paszport. W obu dokumentach stało jak byk: płeć - męska, imię - Jonyk.

- Ten pijany drab…! ten ochlapus…! ten upity analfabeta…! - mój mąż wydobywał z siebie kolejne inwektywy, nie mogąc ze złości dokończyć zdania. Obojętne zresztą, co chciał powiedzieć, to fakt pozostawał faktem. Akt urodzenia można było, od biedy, natychmiast poprawić, mimo że jego treść została już wpisana w opasłe księgi urzędu. Ale mój paszport? Paszport muszę wymieniać! Długa i nudna procedura….

- Dajmy temu spokój - powiedziałam. - Niech na razie będzie Jonyk. Gdy znajdziemy chwilę wolnego czasu, to pójdziemy, wyjaśnimy nieporozumienie i wymienimy dokumenty. A teraz jedźmy do domu, bo jestem głodna.

Mąż nagle też zachichotał. Z jego tak długo i z trudem wymyślanego „najprostszego imienia w całym świecie” zrobiono dziwacznego Jonyka. W życiu nie słyszałam o takim imieniu!

- To widocznie z serialu, który dopiero będzie - znowu zachichotałam i już po chwili zaśmiewaliśmy się oboje. Dziwne, ale gdy obejrzałam się na tylne siedzenie, leżący w nosidełku Jonyk robił wrażenie, jakby też się śmiał.

Ledwo otwarliśmy drzwi domu, od razu, na samym Progu, powitał nas Kot.

- Kotyk - powiedziałam. - Skoro jest Jonyk, co potwierdzają nawet urzędowe dokumenty, to może być i Kotyk. W końcu do tej pory nie wymyśliliśmy żadnego imienia dla kota. Co to za kot, który nie ma imienia?!

- Kotyk - zgodził się mąż, a Kotyk łypnął na niego zielonym okiem. To błękitne utkwił we mnie. Ciekawe, ale to błękitne zawsze wydawało mi się mniej przyjemne niż zielone. Choć równocześnie to zielone - i u Dziecka, i u Kotyka - wydawało mi się mniej normalne.

Kotyk z Jonykiem najedli się i zaraz zajęli ulubione miejsce przed kominkiem. To znaczy, ja położyłam tam Dziecko, a Kotyk od razu do niego przylazł. Oboje z lubością wpatrywali się w ogień.

- Jutro rano mam w szpitalu ważną i trudną operację - powiedział nagle mąż. - Cała nadzieja w tym, że Janek… tfu… Jonyk… nie, nie! nigdy się nie przyzwyczaję…! cała nadzieja w tym, że Dziecko nie będzie się drzeć i da mi się wyspać.

- Do wieczora daleko - oświadczyłam i zajęłam się przygotowaniem obiadu.

A jednak było bliżej, niż sądziłam, gdyż zaraz po obiedzie zajęliśmy się wiosennymi porządkami w ogrodzie - był już koniec kwietnia! - i czas zleciał nam niezwykle szybko. Jonyk spał sobie w wózeczku, ustawionym w słonecznej plamie na ścieżce, a wokół wózka, też łapiąc pierwsze słoneczne ciepło, łaził Kotyk, z wyprężonym grzbietem i dumnie podniesionym ogonem. Wykarmiony resztkami naszych obiadów i specjalnie dokupywaną wątróbką, Kotyk ważył już chyba z dwanaście kilogramów i był największym kocurem, jakiego kiedykolwiek w życiu widziałam.

- Jak to właściwie było z tym Kotykiem? - spytał mąż, mocno zasapany od przekopywania ziemi. - Przybłąkał się do ogrodu czy jak? Bo już nie pamiętam…

- A wiesz, że ja też nie pamiętam? Chyba wietrzyłam pokój na parterze i on wskoczył przez okno. Był cały mokry, jakby go ktoś topił… Nie, nie… To było inaczej… Psiakrew, nie pamiętam! A może ten Kot zwyczajnie wszedł przez drzwi? I wcale nie był mokry? - stwierdziłam po namyśle, głęboko wierząc w to, co mówię. W tajemniczy sposób bowiem - tak jak wówczas, w tamtą jesienną noc, gdy łapczywie pożerałam wygrzebany z ziemi korzeń - uleciało mi z pamięci wszystko: słowa, które Dziecko wypowiedziało, nie mówiąc, Kot topiący się w beczce z deszczówką, a także fakt, że był świadek tego dziwnego wydarzenia - nasza sąsiadka. Co dowodziło, że jednak miało ono miejsce! Zatem KTOŚ musiał mi powiedzieć, że w beczce topi się kot. Sama z siebie przecież bym nie poleciała do ogrodu! Ale dziwną opowieść sąsiadki Adam wziął za kolejny dowód, że ta kobieta jest wariatką. Tymczasem - przynajmniej tym razem - to ona była normalna. Ona, a nie… A nie kto?

Późnym wieczorem, gdy kładłam do łóżeczka świeżo wykąpanego i wysmarowanego oliwką Jonyka - nagle zaczął się drzeć. Darł się tak długo i tak głośno, że Adam, jedzący coraz bardziej nerwowo kolację, powiedział:

- No nie, on w ogóle nie da mi zasnąć! A ta operacja nie tylko zaczyna się skoro świt, bo o siódmej rano, ale jest w dodatku bardzo poważna! Zlokalizowany tętniak u siedemnastolatka… Od mojej sprawnej ręki zależy życie tego chłopca… Muszę się wyspać, do diabła! Dlaczego wszystkie niemowlaki płaczą zawsze wtedy, gdy nie powinny?

- Śpij spokojnie - uspokoiłam go. - Zamknij drzwi sypialni i dla wygłuszenia wrzasków Jonyka powieś na nich koc. Ja pójdę spać na kanapę w pokoju dziecinnym. Gdy będę przy nim w nocy, to może się uspokoi.

Uspokoił się. Przysunęłam łóżeczko do kanapy i spuściłam z jednej strony odgradzającą nas siatkę. Noc była jasna, księżycowa i przez duże okno dziecinnego pokoju, mimo zasłon, wpadał lunatyczny blask. Gdyby ktoś nam się teraz przypatrzył, musielibyśmy zabawnie wyglądać: tuż koło buzi Jonyka, z prawej strony, leżał ogromny Kot i ponad główką Dziecka łypał w moją stronę zielonym okiem. W środku leżał Jonyk, patrząc w sufit szeroko otwartymi oczami, a z lewej strony leżałam ja.

Bezwiednie wyciągnęłam rękę w stronę Dziecka, zapominając, że dwumiesięczny niemowlak jeszcze nie umie podać swojej. Ale on umiał. Umiał, gdyż nagle na moim serdecznym palcu poczułam zaciskające się malutkie paluszki.

„To jest tylko nieuświadomiony odruch” - przypomniałam sobie wykłady mego męża na temat rozwoju niemowlaków. Niemowlęta, gdy im się podaje jakiś przedmiot, bezwiednie zaciskają na nim rączkę. Teraz tym przedmiotem był mój palec. Uniosłam głowę i zobaczyłam, że druga piąstka Jonyka zaciska się na grubej łapie Kotyka. Już chciałam się roześmiać, gdy nagle usłyszałam, jak Jonyk mówi:

- NO TO LECIMY…

 

Rozdział trzeci

 

Lecieliśmy. Ja, Jonyk i Kotyk, trzymając się mocno za ręce… za ręce? Dziecko malutką piąstką obejmowało z całej siły mój serdeczny palec, a drugą ściskało grubą łapę Kotyka. I naprawdę lecieliśmy, bo czułam to po ruchu powietrza. Nie, to był potężny, mocny wir! Huragan! Cyklon! I na jego skrzydłach, w mrocznej, groźnej ciemności, lecieliśmy w nieokreśloną przestrzeń. Tak, gdyż skądś wiedziałam, że wokół nas rozciąga się potężna, nieskończona przestrzeń.

„Wszechświat?” - pomyślałam.

Gęsty mrok wokół, gdy już oswoiłam się z tym, że naprawdę lecimy, okazał się nie aż tak strasznie mroczny. Teraz dostrzegłam, lecąc, że mijamy ciemniejsze i jaśniejsze punkty. Te jaśniejsze przypominały gwiazdy, za to niektóre z ciemnych miały czerń tak niewyobrażalnie głęboką, że musiały to być przeczuwane przez astronomów, choć nigdy nie dostrzeżone, sławne czarne dziury.

„Wessą nas i zatrzymają na zawsze” - pomyślałam z lękiem, lecz Dziecko uspokajająco ścisnęło mój palec.

Nie wiem, jak wyglądałam, lecąc, ale Jonyk sprawiał wrażenie, że płynie, tyle że nie w wodzie, lecz w próżni. Za to Kotyk prezentował się wprost fantastycznie: jego gęste futro falowało, ogonem zaś poruszał jak żaglem na wietrze. I chyba urósł. Gdyby stanął na tylnych łapach, byłby równy mi wzrostem. Podejrzewałam też, że tylko on zna drogę…

… drogę? Przecież tu nie było żadnej drogi! A jednak… Bardzo wyraźnie czułam, że lecimy KU CZEMUŚ i że to coś jest coraz bliżej. Gnający nas huragan zaczął słabnąć i wydało mi się, że wraz z nim łagodnie skręcamy w jakimś określonym kierunku. I rzeczywiście: po chwili wpłynęliśmy do wąskiego, czarnego jak bezgwiezdna noc tunelu, który po kilkunastu minutach - a może godzinach?! - wprowadził nas do niewielkiej sali.

Sala miała nie więcej niż pięćdziesiąt metrów kwadratowych, prawie tyle, ile nasz living room, lecz jej sufit znajdował się tak wysoko, że w ogóle go nie widziałam. A może go nie było? W komnacie nie było też żadnych mebli, jej cztery ściany zaś były czterema gigantycznymi, kryształowo czystymi lustrami.

Teraz Kotyk uwolnił swoją łapę z piąstki Dziecka i zaczął obchodzić lustra, uważnie im się przyglądając. Dziecko zaś pływało - tańczyło? - po komnacie, interesując się wszystkim naraz i całkowicie zdając się na Kotyka. Ja stałam na środku tego tajemniczego pomieszczenia i z niepokojem obserwowałam poczynania zwierzaka. Już wiedziałam, że to on jest naszym przewodnikiem i - opiekunem. Od niego zależy, co się z nami stanie w tym nieznanym miejscu.

Kotyk wolno, lecz czujnie obchodził wszystkie ściany komnaty. Cztery lustra wydawały się być zwyczajnymi, choć ogromnymi zwierciadłami. Odbijały po prostu nas: tańczące Dziecko, mnie śledzącą Kotyka i samego Kotyka, łażącego pozornie bez celu wzdłuż zwierciadlanych ścian.

Nagle jedno z luster rozjarzyło się i obraz uległ zmianie. Już nie był odbiciem komnaty, lecz ukazywał jakąś bezkresną przestrzeń. W tej przestrzeni migotały jasne plamy różnej wielkości i ciemniały mroczne, gęste punkty. Zrozumiałam, że lustro pokazuje kosmos. A w każdym razie tę samą przestrzeń, z której wpłynęliśmy do tunelu. Kotyk, zniechęcony, spojrzał leniwie na obraz i minął go, kierując się ku kolejnej lustrzanej ścianie.

Po chwili rozjarzyła się i ona. Zobaczyłam, że Dziecko utkwiło w niej zaciekawione niebieskie oko, bo tym zielonym spoglądało już na ścianę trzecią. Trzecia była jednak ciągle martwa. Za to w tej drugiej rysował się jakiś kształt. Powoli, niesłychanie wolno, jakby walcząc z niepojętymi przeszkodami, ów kształt przybierał znajomy mi zarys. Wpatrzyłam się - i pomyślałam, że chyba widzę gigantycznego, świetlistego Ptaka. My w trójkę byliśmy najwyżej wielkości jego jednego pazura…

I nagle skojarzyło mi się zdanie, które wypowiedział zaprzyjaźniony z nami ksiądz filozof, gdy ja i Adam dyskutowaliśmy z nim o różnej mocy wiary, jaka jest udziałem zarówno zwykłych ludzi, jak i pełnomocników Boga na ziemi. Ksiądz powiedział wówczas, uśmiechając się ze smutną zadumą:

- … bo niektórzy mają ptaka, którego biorą za Ducha Świętego.

Ten z lustra, przez swą niezwykłą świetlistość, przypominał coś więcej niż zwykłego ptaka… Jego pojawieniu się towarzyszyła zagadkowa jasność; zdawało mi się też, że słyszę odległą i niezwykłą muzykę. Ale być może było to tylko złudzenie. Każdy kto by Go ujrzał, pomyślałby… Nie, nie wiem, co by pomyślał. Wiem, co myślałam ja. Że to nie jest tylko Ptak…

Kotyk stał w ogromnym napięciu, wpatrując się w lustro i najwyraźniej mając nadzieję, że Ptak ukaże się w całej okazałości. „Przecież koty polują na ptaki” - pomyślałam z niepokojem, lecz zaraz uznałam tę myśl za głupią. W ślepiach Kotyka, wlepionych w niewyraźny kształt, nie jarzył się instynkt walki, ale… miłość? Uwielbienie? Obraz, choć drgał i zmieniał natężenie światła, nie przybrał jednak wyrazistszej postaci. Ciągle był zaledwie szkicem, obrysem, świetlistą kreską…

Bez zdumienia ujrzałam, że Jonyk wyciągnął ku Ptakowi rączki i płynął w stronę lustra. Pełen napięcia Kotyk był już przy nim i grubą łapą dotknął powierzchni zwierciadła, jakby chciał sprawdzić, czy da się przez nią przeniknąć. I wówczas stało się coś, co przyprawiło mnie o niezrozumiały ból: obraz zmętniał i zniknął. Poczułam głęboki i dotkliwy żal.

Kotyk opuścił duży łeb. W jego ślepiach dostrzegłam tęsknotę za świetlistym Ptakiem. Moje Dziecko, też wyraźnie rozczarowane, odpłynęło ku środkowi komnaty. Kotyk westchnął jak człowiek, a nie kot, i przeszedł do trzeciego lustra. To trzecie właśnie zaczęło się rozjarzać, a mnie udzieliło się napięcie, z jakim zwierzę i Dziecko czekali, co się w nim ukaże. Ale w Dziecku wyczuwałam głównie zaciekawienie, za to w Kotyku niepokój; jakby z góry znał obrazy, które mogą ukazać się w lustrach, i obawiał się, co nas czeka - zła czy też dobra niespodzianka. Przypomniało mi się, jak w muzeum w Luwrze szłam ku ścianie pełnej obrazów, myśląc, iż zaraz ujrzę słodkie niebo Rafaela, a zobaczyłam straszliwą wizję piekła Hieronimusa Boscha.

…w trzecim lustrze światło i kształty nabierały coraz większej mocy. W pewnej chwili wydało mi się, że obraz, który rodził się z kolorowych punkcików, przypomina… talię kart! Pomyślałam, że są to karty do tarota - i nie wiem, skąd to wiedziałam, gdyż nigdy nie interesowałam się wiedzą magiczną. A teraz nagle miałam świadomość, że tarot to nie jest taka ot, zwykła gra, jak kierki, brydż czy makao. Tarot to MÓWIĄCE KARTY; decydujące o naszym Losie. Karty do tarota to magia…

Te, które wyłaniały się z lustra, były w dodatku kartami… żywymi. Nie, to przecież nie były karty! Teraz były to różne postacie i figury. Osoby i rzeczy. A Kotyk odsunął się od lustra, jakby szklana ściana go oparzyła. Im bardziej obraz nabierał wyrazistości, tym bardziej Kotyk starał się znaleźć jak najdalej i wędrował ku czwartej ścianie. Tymczasem obraz w trzecim lustrze nasycił się barwami i stał się równie prawdziwy jak ja, Dziecko i Kot.

W centrum trzeciego lustra stała teraz Cesarzowa. Skąd wiedziałam, że to jest Cesarzowa? Z diamentowej korony na miedzianych włosach? Z bogatej sukni i purpurowego płaszcza, który spływał jej z ramion? Z majestatu, jaki od niej bił? Przecież równie dobrze mogła być Księżniczką czy Królową, lub nawet zwykłą kobietą, przebraną na kostiumowy bal. Ja jednak miałam pewność, że to Cesarzowa.

Tuż koło Cesarzowej stał Cesarz, lecz mimo ozdobnego stroju i wysokiej postury wywierał mniejsze wrażenie niż jego małżonka. Wyczułam, że w cesarskiej parze to ona rozdaje karty. Najbliżej cesarskiej pary znajdował się Mag. Poznałam go od razu po czarnym ubiorze i obszernej pelerynie, którą szczelnie się owinął. Mimo kaptura na głowie, można było dostrzec chorobliwą wręcz bladość jego nieprzyzwoicie chudej twarzy. Czarny Mag, pomyślałam, symbolizuje zatem złą, czarna, magię. I natychmiast zdziwiłam się, skąd o tym wiem. Przecież nigdy nie interesowałam się magią!

Wokół tej trójki tłoczyli się dworzanie, przynajmniej dwudziestu. A wszyscy razem wpatrywali się w nas z mieszaniną ciekawości i - niechęci. Tymczasem lustrzana ściana powoli przestawała być obrazem, czymś na kształt gigantycznego telewizora, a stawała się rzeczywistością. Dzieląca nas szklana przegroda najwyraźniej znikała…

Kotyk, cały drżąc, oddalił się i pełen niecierpliwości stał już przed czwartą ścianą, w rozpaczliwym napięciu na coś czekając. Na powrót Ptaka? Ale czwarte lustro było matowe i martwe. Ba, ono nie odbijało nawet nas!

- Dość tego - powiedziała nagle Cesarzowa. - Jak długo mamy na was czekać? My, władcy tej krainy, mamy czekać na swych poddanych? Doprawdy, nie przywykliśmy do czekania… Z Lustrzanej Komnaty wiedzie tylko jedna droga i prowadzi do nas. Szukanie innych jest niebezpieczne. Chyba wiesz o tym, Kocie?

Cesarzowa wykonała dłonią niewielki gest. Paru dworzan postąpiło naprzód i… bez żadnych przeszkód znaleźli się w komnacie! Zanim zdołałam zareagować, dworzanie już schwycili Kotyka, Dziecko i mnie, i oto staliśmy w trójkę raptem dwa metry od Cesarzowej. To znaczy, ja nie tyle stałam, ile szamotałam się z dworzaninem, który trzymał moje Dziecko.

- Oddaj je! - wołałam z oburzeniem. - Jestem jego matką! Jakim prawem w ogóle go dotykasz?!

- Czyżbyś była królową w swojej krainie, że mówisz do moich dworzan takim tonem? - spytała drwiąco Cesarzowa.

- Tak, jestem królową, a moje królestwo jest równie duże jak twoje - odparłam po namyśle. „Czemu nie? Może wtedy, wśród tych koronowanych głów, będę miała większe szansę?” - pomyślałam, zdziwiona swoją bezczelnością. - Jestem królową, a to jest mój syn, Jonyk. I mój Kot - dorzuciłam po chwili.

- Wasza Dostojność, bezczelność tej niby-królowej przekracza wszelkie granice - powiedział nagle Mag, lecz Cesarzowa uśmiechnęła się pobłażliwie.

- Może w twoim świecie jesteś królową i być może niemowlę, które tańczyło w lustrzanej komnacie, jest twoim synem, lecz ten Kot był i jest NASZYM KOTEM - powiedziała i półgłosem zagadnęła Maga: - Ciekawe, że ten Kot ciągle żyje…?

- Koty, Wasza Dostojność, mają twardy żywot, lecz Nauczyciel mógł lepiej się spisać - powiedział Mag.

- Nie o to cię pytałam - odparła ozięble Cesarzowa. - Oddajcie tej królowej jej Dziecko - wydała rozkaz dworzanom.

Natychmiast przytuliłam Jonyka do siebie, w chęci bronienia go, choć nie sprawiał wrażenia, że się boi. Nawet się do mnie nie przytulił po niemowlęcemu, ale obracał główką na wszystkie strony, wodząc dookoła zaciekawionymi oczami - zielonym i błękitnym. Tymczasem Cesarzowa spytała niecierpliwie:

- Czy jest tu gdzieś Jod?

Dworzanie rozsunęli się i spośród ich barwnego tłumu wyodrębniłam chudego, wysokiego starca o mocnej, żylastej budowie, który mimo wieku wydał mi się niezniszczalny.

- Jestem, o Pani - powiedział i wysunął się przed dworzan, kilka kroków od Cesarzowej. Cesarz uśmiechnął się do niego w serdecznym błysku oczu, jakby go znał i lubił.

- Jod, to ty byłeś odpowiedzialny za zajęcie się tym bezczelnym, kłamliwym Kotem? Wszak wiesz, że powzięliśmy podejrzenie, iż brał udział w porwaniu księcia? - spytała Cesarzowa, marszcząc gniewnie brwi i patrząc z niezadowoleniem to na Joda, to na swego cesarskiego małżonka. Chyba nie spodobała się jej sympatia, okazywana tak jawnie starcowi.

- Tak, Pani. Gdy wydałaś rozkaz, aby zniknął na zawsze sprzed twoich oczu, postanowiłem go utopić. Jak zapewne wiesz, koty nie cierpią wody. Zatem wrzuciłem go do wielkiej kadzi z deszczówką. Jeśli mimo to nadal żyje, uratował go chyba cud… - odparł Jod z niezmąconym spokojem.

- Cud lub Gimel, gdyż ten Kot na pewno jest jej sługą - wtrącił się nie pytany Mag, i Cesarzowa po raz wtóry spojrzała na niego gniewnie. Ale jej spojrzenie zaraz powędrowało ku Kotu, i w tych pięknych, czarnych oczach dostrzegłam zimną nienawiść.

- Jesteś fałszywym i bezczelnym oszustem. Przyczyniłeś się do tragedii naszego syna. A teraz dla sobie tylko wiadomych interesów zwodzisz nas od wielu miesięcy. Wmawiasz nam, że go uratujesz i przyprowadzasz coraz to innych ochotników. Wszyscy okazali się niewiele warci, jak ty i twoje obietnice… - zaczęła Cesarzowa twardym głosem, ale Kotyk, ku memu zdumieniu, ośmielił się jej przerwać:

- Byłem i jestem Kotem syna Waszej Cesarskiej Mości. Wasza Wysokość dobrze wie, że urodziliśmy się w tym samym dniu, o tej samej godzinie i że Los związał nas ze sobą na zawsze. Wasz syn kocha mnie, a ja jego. Staram się ze wszystkich sił, aby mu pomóc. I będę tak długo próbował, aż uda mi się go znaleźć. Zaprzestane ratować go dopiero w chwili mej śmierci, choć i to nie jest pewne, gdyż nigdy nie wiadomo, co naprawdę jest śmiercią, zwłaszcza w przypadku kotów takich jak ja…

Wcale nie zdziwiłam się, że Kotyk umie mówić. Już w ogóle nic mnie nie dziwiło. Nagle poczułam, że jestem przygotowana na każdą, nawet najbardziej nieprawdopodobną niespodziankę. Dwumiesięczne Dziecko, które mówi, Kot, który i mówi, i myśli, i maszeruje na tylnych łapach; niezwykła podróż w kosmosie, cesarski dwór… Wszystko to wydawało mi się naturalne i chciałam tylko wiedzieć, czy ufać powinnam Cesarzowej - czy jemu. Cesarzowa mówiła, że to niesamowite zwierzę jest oszustem, lecz ono zaklinało się, że kocha jej syna, którego spotkało jakieś nieszczęście. Ale jeśli ten Kot jest fałszywy, jak wszystkie koty - co głosi zdroworozsądkowa część mieszkańców ziemi? No bo w jakim celu ściągnął nas tutaj, narażając na nieznane niebezpieczeństwa? Byłaby to prawdziwie wredna kocia robota. I czego ten Kot od nas chce…?

Cesarzowa tymczasem znów zabrała głos:

- Czy to są ochotnicy numer siedem? - spytała ostro Kotyka.

- Tak - odparł, patrząc na Cesarzową błękitnym okiem, a zielonym zerknął na mnie i Jonyka. Już chciałam zaprzeczyć, że nie jestem żadnym ochotnikiem, a tym bardziej nie może nim być dwumiesięczny niemowlak, gdy Cesarzowa zawołała:

- Sześcioro nas zawiodło! Sześcioro przyprawiło nas o cierpienie, stwarzając nadzieję, której nie ma! Tych sześcioro przyprowadziłeś ty, Kocie, bo liczyłeś, że zgarniesz nagrodę lub ocalisz swoje marne życie. Gdyż podejrzewamy, że to właśnie ty maczałeś swoje pazury w zniknięciu naszego syna. Wszyscy wokół nie wątpią, że jesteś sługą Gimel, a nie naszym czy naszego syna. Tamtych sześcioro przegrało, mimo że byli książętami lub szlachetnymi rycerzami, a do pomocy mieli uzbrojone sługi. Pięcioro z nich wycofało się w porę, szósty zginął w niewiadomych okolicznościach. A teraz, głupi Kocie, przyprowadzasz mi niemowlę i słabą kobietę, która twierdzi, iż jest królową, choć ubrana jest jak żebraczka… Szydzisz sobie ze mnie?! Skoro tak, robisz to ostatni raz! Natychmiast zakuć ich w dyby! Potem pomyślimy, co z nimi zrobić!

Najpierw zamarłam, a potem chciałam, wraz z Dzieckiem, rzucić się do ucieczki. Ale dokąd?! Gdzie miałam uciekać? Nigdzie nie widziałam drugiej strony zwierciadlanej ściany. Zapomniałam nawet, w którym kierunku jej szukać. Wszędzie wokół roztaczała się nieznana mi przestrzeń, będąca częścią równie nieznanego miasta. A tymczasem już otoczyli nas cesarscy dworzanie, pilnując, abyśmy nie uciekli. Spoza nich wysunęli się uzbrojeni giermkowie, których wcześniej nie dostrzegłam. I dosłownie w przeciągu kilkunastu sekund od wydania przez Cesarzową rozkazu - ja, Dziecko i Kotyk zostaliśmy schwytani w mocny i bolesny uścisk obcych dłoni!

Cesarzowa wraz z dworem szybko oddalała się, giermkowie zaś powlekli nas w przeciwną stronę. Tylko starzec o imieniu Jod przystanął na moment, spoglądając ku nam wzrokiem, w którym wydawało mi się, że dostrzegam współczucie i sympatię. Ale mogło to być tylko złudzenie.

Po chwili męczącego przemarszu nieznanymi, opustoszałymi uliczkami znaleźliśmy się na wielkim placu, otoczonym bogatymi budowlami, nad którymi górował ogromny, uderzająco piękny zamek. Ale dla mnie miał on w sobie coś złowieszczego. Jednak nie miałam czasu bliżej mu się przyjrzeć, gdyż moją uwagę przykuły charakterystyczne, znajdujące się na placu dębowe dyby. Nie pomogła szarpanina ani moje wrzaski (Kotyk cały czas milczał i nawet nie miauknął). Jonyka wydarto mi z objęć i już po chwili każde z nas trojga tkwiło w oddzielnych dybach. Głowy mieliśmy unieruchomione ciasną drewnianą obrożą, a ręce (w przypadku Kotyka - przednie łapy) wsadzone w wąskie otwory. Cóż z tego, że nogi pozostawiono nam wolne, skoro nie mogliśmy się ruszyć nawet na krok!

- Coś ty narobił, Kotyku… - wyjąkałam, patrząc z przerażeniem na Dziecko. Mój ukochany synek, malutkie i bezbronne niemowlę, tkwił unieruchomiony w dybach, na wielkim placu nieznanego miasta, u stóp groźnie wyglądającego zamku, w obcym świecie! Być może póki Cesarzowa nie wymyśli czegoś innego - oby nie gorszego niż to! - ja jakoś przetrzymam, bo jestem silną, wysportowaną kobietą. Zapewne wytrzyma i Kotyk, bo koty - jak słusznie powiedział ten jakiś Mag - mają twardy żywot. Ale dwumiesięczne niemowlę po prostu umrze…

I wtedy obudziłam się.

 

Rozdział czwarty

 

Kot, jak zwykle, spał w zagłębieniu poduszki koło buzi Jonyka. Jonyk kurczowo trzymał w piąstce mój serdeczny palec. Ja spałam w połowie na kanapie, jedną nogę miałam przełożoną na skos przez dziecinne łóżeczko. Nic dziwnego - ta kanapa była naprawdę wąska. Właśnie dlatego przeznaczyliśmy ją dla gości, a nie dla domowników: aby drugi raz już nam się nie wpychali. „Our home is our castle” - czyli nasz dom jest naszym zamkiem…

… zamkiem! Boże, jakże upiorny sen miałam tej nocy! Śnił mi się jakiś ponury zamek i… i co jeszcze? Jednak nic więcej sobie nie przypomniałam, poza ogólnym wrażeniem, że sen był i ciekawy, i koszmarny. Usiłowałam delikatnie oswobodzić palec z uchwytu Jonyka, ale trzymał go tak mocno, jakby nie był dwumiesięcznym niemowlakiem, lecz dziesięcioletnim chłopcem. Gdy w końcu to mi się udało, Jonyk błysnął ku mnie półotwartym zielonym okiem i ponownie zasnął. Kotyk za to nawet nie drgnął. I chrapał. Nie wiedziałam, że koty chrapią…

Opuściłam stopy na podłogę i chciałam wstać, gdy schwycił mnie bolesny skurcz mięśni. Upadłam ponownie na tapczan. W tym momencie cichutko, na palcach, wszedł do dziecinnego pokoju mój mąż, już ubrany do wyjścia.

- Mam jakiś skurcz. Chyba od spania na tej piekielnej kanapie - szepnęłam.

- Weź aspirynę. Zaraz ci przejdzie - odszepnął i ucałował mnie na pożegnanie.

Wzięłam aspirynę, ale nie przeszło. Jonyk spał nad podziw długo, a gdy się obudził i poruszyłam go, żeby zmienić pampersa - rozpłakał się żałośnie. Nie wymachiwał, jak zwykle, rączkami i nóżkami, lecz był ospały i nieruchawy.

„Całkiem jakby go ktoś w dyby zakuł” - przebiegło mi głupio przez myśl.

Uciążliwy ból w mięśniach i kościach zaatakował mnie z jeszcze większą siłą. Przyjrzałam się podejrzliwie apatycznemu Jonykowi i nagle ujrzałam na jego szyjce dziwne zadrapania. Czyżby Kotyk…?

- NIE - powiedział Kotyk, nawet nie racząc otworzyć ślepi.

„Idiotyzm. Mam słuchowe omamy. Koty nie mówią” - pomyślałam odruchowo, ale jeszcze raz przyjrzałam się zadrapaniom. To rzeczywiście nie były zadrapania pazurami. Szyja Jonyka wyglądała raczej na otartą.

- Tak jakby trzymał głowę w dybach - powiedziałam głośno i zachichotałam głupawo. Pomyślałam sobie, że jeszcze trochę i naprawdę będę się kwalifikować do psychiatry. Jedno było pewne: za nic w świecie nie powiem Adamowi, że w ogóle coś mi się śniło. Od razu doszedłby do wniosku, że koszmarne sny są wynikiem mojej nadmiernej troski o Dziecko. A w ogóle, zdaniem mego męża, ludziom powinny śnić się jakieś normalne rzeczy…

- Na przykład co? - zastanowiłam się. - Na przykład tramwaj, którego nie mogę dogonić, bo mam nogi jak z waty?

- Wisząca u sufitu kiełbasa, której nie mogę dosięgnąć - powiedział Kotyk.

- Butelka z sokiem za siatką łóżeczka, gdy umieram z pragnienia - dorzuciło Dziecko.

- Właśnie. Bardzo dobre przykłady bardzo normalnych, koszmarnych snów - podsumowałam.

…i stanęłam jak wryta z pampersem w ręce. ONI ZNOWU MÓWILI! Nie, oni nie mówili, bo nie mówią ani koty, ani dwumiesięczne niemowlaki. To tylko ja mam zbyt bujną wyobraźnię, zawsze taką miałam - i nie należy się tym przejmować. Muszę po prostu udawać, że nie słyszę, ponieważ faktycznie nie słyszę. „W tym pokoju nie mówi nikt poza mną” - pomyślałam i natychmiast się uspokoiłam. „Wariatką to ja nie jestem i nie dam się w to wrobić! O, nie!”

Nakarmiłam Jonyka, siebie, a na końcu Kotyka. Ich wywiozłam w wózku do ogrodu, gdyż była piękna pogoda, a Kotyk też miał dziwnie sztywne łapy, więc słońce powinno dobrze mu zrobić.

„Może on ma o wiele więcej lat, niż sądzimy i po prostu cierpi na starczy reumatyzm?” - pomyślałam, ale znowu, jakoś tak mimochodem, stanęły mi przed oczami dyby. Zachichotałam i powiedziałam półgłosem:

- Pójdę do psychoanalityka zapytać, co oznaczają dyby. Freud pewnie od razu by znalazł jakieś nieprzyzwoite wytłumaczenie. Mój mąż jest internistą i chirurgiem, więc nie będzie się znać na dybach we śnie…

Zaraz potem zatelefonowała jedna z sąsiadek, prosząc o przepis na placek z jabłkami, więc dyby i inne głupstwa wyleciały mi z głowy. Swoją drogą, nie mam pojęcia, jak ktoś może mnie prosić o przepisy na wypieki domowej roboty! Każde ciasto wychodzi mi jako zakalec! Podyktowałam jakiś zaimprowizowany przepis, uśmierzając wątpliwości sąsiadki, czy na pewno należy dodać równocześnie i drożdży, i proszku do pieczenia. Kategorycznie podtrzymałam tę wersję, więc ustąpiła. „Ciasto wyrośnie jej pod sufit” - pomyślałam z zadowoleniem.

- Możesz mi powiedzieć, jak działają dyby? - spytałam męża w czasie obiadu, na który wpadł w przerwie między jedną a drugą operacją. Biedny Adam, nie tylko zastępuje w szpitalu chorego od dwóch miesięcy kolegę, ale równocześnie wypełnia kadrowe luki, wynikłe z sezonu urlopowego.

- Dyby… Hm… - zamyślił się Adam, tylko nieco zdziwiony moim pytaniem. - Dyby to było drewniane średniowieczne narzędzie tortur i kar. Stosowane na publicznych placach, dla pouczenia potencjalnych grzeszników, że nie warto wchodzić na drogę łamania prawa. Studiujesz historię?

- Eee, nie… A czy zakuwali w dyby niemowlęta? - spytałam znowu.

- Zadajesz dziwaczne pytania… - westchnął. - Zakuwanie niemowląt w dyby byłoby bez sensu. One mają bardzo elastyczny układ kostny i natychmiast by się wyswobodziły.

- To dobrze - zaśmiałam się i podałam mężowi deser z kawą. Jonyk leżał sobie na kocyku przed kominkiem, a obok niego tkwił nieruchomo Kotyk. Miał zamknięte ślepia, ale chyba nas słuchał lub coś mu się śniło, gdyż strzygł uszami.

- Teraz utnę sobie półgodzinną drzemkę i wracam do szpitala. Niestety, wrócę dopiero jutro w południe. Kolejny chirurg wyjechał na urlop i muszę przejąć jego obowiązki. Dasz sobie radę sama? - spytał mąż.

- Jasne - odparłam. - Trochę poczytam, a jeśli Jonyk łaskawie pozwoli, to wieczorem obejrzę w telewizji jakiś głupi film i pójdę wcześniej spać. Nie wiem dlaczego, lecz czuję się cała zesztywniała i zmęczona.

- Wszyscy troje jesteście dziś nieruchawi - powiedział Adam, marszcząc brwi i wodząc wzrokiem ode mnie ku Dziecku i Kotykowi. - Ty możesz mieć pociążowe odwapnienie kości, więc zapiszę ci minerały w tabletkach. Jonykowi i Kotykowi daj po ćwiartce aspiryny. Mam nadzieję, że to nie jest początek jakiejś paskudnej wiosennej grypy. Kotyk śpi z naszym synkiem, więc też może ją złapać. Istnieją choroby odzwierzęce i na odwrót: zwierzęta mogą zarażać się od ludzi. Nawet głupią grypą.

Pomyślałam sobie, że nasz najlepszy domowy lekarz pewnie ma rację. Ten sztywny, obolały kark i ciążące nieznośnie nogi i ręce - to wszystko jest spowodowane odwapnieniem. Muszę pić więcej mleka, jeść biały ser i w ogóle bardziej o siebie dbać. A dziwne otarcia na szyi Jonyka? Powinnam sprawdzić, czy przypadkiem z jego poduszki nie wychodzą twarde gęsie pióra. W sklepie czasem kłamią, że Poduszka jest z puchu, a sprzedają ordynarne pierze.

- Wysmaruj Jonyka oliwką - powiedział Kotyk, leżąc spokojnie przed kominkiem i nie otwierając pyszczka, choćby do ziewnięcia.

- Dobry pomysł. Oliwka złagodzi pieczenie wywołane otarciem szyi - stwierdziłam, biorąc słowa Kota za własne myśli. Rozebrałam zatem synka i starannie, grubą warstwą, roztarłam na jego skórze tłustą oliwkę. Jego ciałko świeciło teraz i było bardzo śliskie.

- Chyba przesadziłam - uśmiechnęłam się do siebie i do niego. Jonyk oddał mi uśmiech.

Korzystając z tego, że Dziecko z Kotykiem leżeli sobie w idealnym spokoju, zmyłam naczynia, wzięłam z półki jakąś książkę i z przyjemnością wyciągnęłam się na sofie. Lakierowana okładka książki błysnęła w promieniach zachodzącego słońca krwistą czerwienią i gęstym fioletem.

„Ciekawe, że mój intelektualnie wysoko rozwinięty mąż tak bardzo lubi czytać kryminały” - pomyślałam leniwie i zerknęłam na tytuł. Tarot - dzieło demonów. Tarot? - zdziwiłam się. Adam, taki rozsądny, logicznie myślący racjonalista - i tarot? Przecież ta gra jest dla ludzi o upodobaniach do magii i parapsychologii, czyli do tego, co Adam zdecydowanie odrzuca, a czym i ja się nie pasjonuję.

Zamiast otworzyć książkę, ziewnęłam szeroko - i zasnęłam…

 

…nie wiem, jak długo można wytrzymać, będąc zakutym w dyby. Nie wiem, ile tej męki wytrzyma taka młoda, silna kobieta jak ja, a ile dwumiesięczne niemowlę czy wielkie kocisko w nieokreślonym wieku. Wiem tylko, że bolało mnie już dosłownie wszystko: kark, nogi, ręce, głowa. W dodatku bez przerwy myślałam o Jonyku: czy malutkie Dziecko, unieruchomione w jednej pozycji, bez jedzenia i picia, w ogóle to przeżyje.

Nie miałam pojęcia, ile czasu minęło od chwili, gdy Cesarzowa wydała swój nieludzki rozkaz, ani jak długo tkwimy na tym całkiem pustym placu, u stóp obcego, groźnie wyglądającego zamku. Wiedziałam tylko, że powoli zapada noc. Więc kilka godzin, a może nawet kilkanaście godzin minęło, to pewne…

- Nie denerwuj się - powiedział Kotyk. - Pamiętaj, co powiedział twój mąż, a on się na tym zna: niemowlęta mają miękkie, elastyczne kości. Nie da się ich utrzymać w dybach. Zwłaszcza, gdy mają śliskie, wysmarowane oliwą ciało…

Jonyk jakby tylko czekał na te słowa. Pokręcił się, powiercił, raz czy dwa razy wydał z siebie słaby pisk gniewu i bólu - i już był wolny. Tyle że miał otartą szyję. Już po chwili małymi rączkami manewrował przy naszych dybach. To śmieszne, ale nie były zamknięte na żelazny klucz czy kłódkę, jak sobie wyobrażałam, lecz na zwykły skobel, unieruchomiony grubym kołkiem. Wystarczyło wysunąć go - i byliśmy wolni. Wolni - i obolali. Kot stał chwilę na przygiętych łapach, nim udało mu się je wyprostować, a ja miałam kłopoty z powrotem do pozycji pionowej. Tylko Jonyk wirował wokół nas, ni to ruchami pływaka, ni baletmistrza. Tańczył.

- Nie mamy czasu, bo znowu nas złapią - syknął Kotyk. - Idziemy.

- Dokąd? - jęknęłam.

- Mamy do wyboru cztery królestwa: Denarów, Kielichów, Buław i Mieczy. Wszystkie, niestety, podlegają Cesarstwu. I nie wiem, jak nas tam przyjmą. Choć od pewnego czasu królestwa nie kochają Cesarzowej. Chyba dostrzegłaś, że nie jest ona zbyt sympatyczna? Wcześniej taka nie była… A Cesarz, niestety, ma coraz mniej do gadania. Kolejność królestw, do których się udamy, jest obojętna, bo wszędzie i tak będziemy szukać Księcia lub Ptaka. Niestety, tylko Złocisty Ptak może nam naprawdę pomóc - oświadczył Kotyk, ruszając w miarę żwawo w przeciwną stronę niż długi, czarny cień, który rzucał cesarski zamek.

- Skoro tak, to czy nie możemy iść od razu tam, gdzie przebywa Ptak? - spytałam.

- Nie wiesz, że nigdy nie wiadomo, gdzie lecą ptaki, a co dopiero ten? Ptak Złocisty? W każdej chwili znajduje się w innym miejscu, a czasem nawet w kilku naraz, i gdy się na Niego natkniemy, to tylko wówczas, gdy On sam tego zechce. Niewielu miało zaszczyt Go ujrzeć. Niektórzy mieli szczęście dostrzec Jego cień lub zarys, są tacy, którzy twierdzą, że słyszeli muzykę jego skrzydeł, ale większość tylko wzywa Jego imię w nieszczęściu - odparł Kot i zamilkł.

Szliśmy pośpiesznie i wkrótce minęliśmy rogatki miasta. Nikt nas nie ścigał i miałam uczucie, że nikt nas nie będzie ścigać. Cesarzowa pragnęła śmierci Kota, to było widać, ale ja i Dziecko wydaliśmy się jej mało znaczącymi figurami. Zaraz za miastem zeszliśmy z głównego traktu, pogrążając się w mroku leśnych ścieżek.

- Jak mówiłeś? Królestwo Buław, Denarów, Kielichów i Mieczy? Dziwne nazwy. Buławy… hm… Buławy kojarzą mi się z władzą. Władzy mam dość po spotkaniu z Cesarzową - zaczęłam głośno myśleć.

- Denary to bogactwo. Czy szukamy bogactwa? - spytało Dziecko.

- Miecze to walka - dorzucił Kotyk. - Do walki wręcz się nie nadajemy. Rzadko używam zębów i pazurów, częściej sposobów. Zresztą dla istoty, która porwała Księcia Theta, żadne miecze nie są groźne. Chodźmy zatem najpierw do Królestwa Kielichów. Jest przyjazne, pełne radości i przygotuje nas na dalsze trudy, byleśmy tylko dotarli do niego bez przeszkód. Idziemy więc na południe…

Kotyk skręcił w lewo, porzucając główną ścieżkę. Szłam za nim z trudem, potykając się o wystające korzenie, za to Jonyk z wdziękiem motyla pokonywał każdą przeszkodę, to frunąc, to tańcząc wokół nas. Naszą ucieczkę na szczęście kryła ciemna noc. Wedle słów Kotyka, czekało nas wiele dni solidnego marszu, zanim wejdziemy na wygodny trakt, który doprowadzi nas do Królestwa Kielichów. Tymczasem ja już po kilkudziesięciu metrach marszu zrobiłam się zmęczona i senna.

- Prześpij się - powiedział Kot, nie zwalniając tempa marszu.

- Mam spać, idąc? - zdziwiłam się.

- Tak - odparło Kocisko, więc zamknęłam oczy.

 

…pierwszy obudził się Jonyk i głośnym wrzaskiem obwieścił, że jest głodny. Kotyk też oblizywał nerwowo wąsy, dając do zrozumienia, że pora na jego wątróbkę.

- Co mi się stało? Nigdy nie spałam w biały dzień! Jednak ciąża i poród odmieniają człowieka - westchnęłam.

Zmieniłam pampersa Jonykowi, zaniosłam go do kuchni, za nami od razu polazł Kot - i zajęłam się przygotowaniem kolacji.

Zachodzące słońce rzucało przez szyby długi, ciepły promień, sięgający przeciwnej ściany, więc uchyliłam drzwi prowadzące do ogrodu - i zaczęłam podgrzewać mieszankę mleczną dla Jonyka. Kotyk pożerał kawałek wątroby, który rzuciłam mu do miseczki.

…i nagle tymi szeroko otwartymi drzwiami wleciały do kuchni ptaki! Cztery lub pięć; w zamieszaniu, jakie czyniły, nawet nie mogłam ich policzyć. Obijały się o ściany i meble, donośnie świergocąc.

„Kotyk! Zaraz się na nie rzuci!” - przemknęło mi przez głowę i skoczyłam, aby złapać Kota. Ale ku memu zdumieniu Kotyk nie zdradzał typowo kociej chęci atakowania ich. Siedział spokojnie i tylko przekrzywiał duży łeb. Ptaki, widząc swego odwiecznego wroga, też nie zdradzały paniki. Przeciwnie: wydało mi się, że kołują coraz niżej nad jego głową. Już nie obijały się chaotycznie o ściany i meble, lecz skoncentrowały się na Kocie. A Kot powiedział:

- Nie znam ptasiej mowy. Od tego jest on. Niemowlęta rozumieją wszystko, każdą mowę, każdy znak - i ruchem łba wskazał leżącego w nosidełku Jonyka.

Mleczna zupka przypalała się na kuchence, a ja patrzyłam, jak ptaki kołują teraz nad Jonykiem, świergocąc coraz głośniej.

- TAK - powiedział po chwili Jonyk.

…i ptaki wyleciały szeroko rozwartymi drzwiami do ogrodu, a stamtąd jeszcze dalej, i przez chwilę widziałam, jak lecą wysoko po niebie zwartym kluczem.

- Znowu spaliła mi się zupka - powiedziałam z wyrzutem nie wiadomo do kogo. Głupie ptaki… Wiosna zawróciła im w głowach i nie wiedzą, co czynią. Co za pomysł, żeby wlatywać komuś do kuchni! Mogły mi rozbić naczynia, zniszczyć meble, stłuc lampę, a wreszcie mógł je pożreć Kotyk! Ale Kotyk spokojnie kończył wątróbkę. A ja zabrałam się za gotowanie nowej zupki dla Jonyka. Gdy już nakarmiłam Dziecko, Kota i siebie, zatelefonowałam do Adama na dyżur.

- Wyobraź sobie, że otwarłam drzwi i ptaki z ogrodu wpadły do kuchni. Czy to normalne? - spytałam.

- W każdym razie zdarza się. I co? Zniszczyły coś? Nie zrobiły sobie krzywdy? Mogły złamać skrzydła, rozbić głowy… - zaniepokoił się Adam, który podobnie jak ja lubi wszystkie żywe stworzenia.

- Nie. Wleciały i wyleciały. Zrobiły to tak szybko, że Kotyk, zajęty wątróbką, ledwo je dostrzegł.

- Miały więc szczęście. Na pewno zdążyłby capnąć któregoś. A Jonyk? Nie wystraszył się?

- Och, sądzę, że nawet nie zdążył ich zauważyć - stwierdziłam z przekonaniem.

- No tak - potwierdził mąż. - Wzrok dwumiesięcznego niemowlęcia rejestruje tylko niektóre przedmioty i kolory. Ptak jest za mały.

„Zabawna i miła przygoda” - podsumowałam w myśli. „Ptaki wiosną w kuchni…”

Kąpałam Jonyka w jego różowej wanience, patrząc z zadowoleniem, jak urósł. Za dwa, trzy miesiące będzie kąpany w dużej wannie. Bo wtedy będzie już umiał siedzieć. A na razie tylko tańczy…

„…tańczy?” - zdziwiłam się. „Co za głupoty przychodzą mi do głowy! Dwuipółmiesięczne niemowlę, które nie umie ani siedzieć, ani tym bardziej stać, nie może przecież tańczyć!” Zaśmiałam się i otuliłam Jonyka włochatym ręcznikiem. Kotyk siedział obok i też starannie mył się grubą łapką.

- Ptaki mówią, że mamy zaufać Alefowi, gdy się pojawi - powiedział Jonyk do Kota.

- Aha - stwierdził Kotyk, myjąc sobie pyszczek. - Wszystkie ptaki, z wyjątkiem sępów, są posłańcami Złocistego Ptaka. Chyba wiem, kim jest Alef. To Włóczęga, sławny w całym Cesarstwie. Jeszcze nigdy go nie spotkałem. Niewielu go spotyka. Tylko ci, których on chce spotkać. Niektórzy mówią o nim „Głupiec”, a mnie się wydaje, że on wcale nie jest taki głupi, jakiego udaje…

- Tralalala! - zanuciłam lekceważąco i zaczęłam ubierać Jonyka w czystą koszulkę. Lepiej niech ten Kot porządnie się umyje, skoro ma wleźć do łóżeczka mego synka i niech nie udaje, że umie mówić! A Jonyk też niech się nie wygłupia. Akurat uwierzy ktoś, że on też mówi! Wszystkie niemowlaki gaworzą; niektóre czynią to wcześniej niż inne. Mnie jednak nie nabiorą. Adam, który się na tym zna, powiedział, że pierwsze wydawane przez niemowlęta dźwięki są czysto przypadkowe. O mowie kotów zaś w ogóle się nie wypowiadał, gdyż coś takiego po prostu nie istnieje. I tyle. - Więc gaworz sobie, Jonyku, składaj te pierwsze, przypadkowe sylaby, a może pewnego dnia rzeczywiście powiesz coś do rzeczy - oświadczyłam głośno synkowi i wpakowałam go do czystego łóżeczka. Rzecz jasna, Kotyk natychmiast wlazł za nim i natychmiast obaj zasnęli zdrowym snem.

 

Rozdział piąty

 

Czas płynął mi teraz szybciej, gdyż powolutku powracałam do swojej pracy, czyli pisania. Ekran mojego komputera znowu tajemniczo migotał, a jego pamięć zapełniała się równie tajemniczym tekstem. Po raz pierwszy miałam uczucie, że nie panuję nad tym, co piszę. Opisywałam jakieś dziwne, senne zjawy, które chyba nigdy mi się nie śniły, i świat, którego na pewno nie znałam. Skąd mi się to brało? Czyżby znowu nie znany medycynie wpływ macierzyństwa?

- To będzie nowa powieść - powiedziałam mężowi - ale jeszcze nie wiem jaka. Pisze się sama i czasem mi się wydaje, że nie mam w tym żadnego udziału…

Moje trzy poprzednie książki miały powodzenie u czytelników, choć pewien krytyk napisał surowo, że nie umiem się zdecydować, czy piszę dla dorosłych, czy dla dzieci. Ja tymczasem sądzę, że dzieci są tak samo wymagające jak dorośli i między pisaniem dla dzieci a pisaniem dla dorosłych jest tylko jedna różnica: dla dzieci pisze się trudniej. Tym bardziej niepokoiło mnie, że nie panuję nad tekstem.

W każdym razie czas płynął mi szybko i ani się obejrzałam, gdy Adam pewnego ranka wręczył mi przy śniadaniu zerwane z ogrodu kwiaty i zanucił, fałszując:

- Sto lat, sto lat, niech żyją, żyją nam! Wiesz, że Jonyk skończył dziś trzy miesiące? To jemu powinienem dać kwiaty, ale on by je tylko potargał. A zresztą masz ogromny współudział w fakcie jego istnienia!

- Tak. Obawiam się, że można też Uczyć na mój udział w tym, że Jonyk ciągle ma jaskrawo marchewkowe włoski, jedno oko błękitne, a drugie zielone i brązowy pieg na czubku nosa - westchnęłam. - Nie jest ten nasz pierworodny wzorem dziecięcej urody!

Mąż tylko się zaśmiał:

- Te oczy to sobie wymyśliłaś, bo oba są jednakowe, wkrótce ściemnieją, przecież ci mówiłem. W dodatku, tak jak każdy niemowlak, Jonyk niedługo wyłysieje i wyrosną mu nowe włosy, na pewno w mniej jaskrawym kolorze. A teraz powiem ci coś jako lekarz, a nie mąż: za dużo pracujesz, za mało sypiasz. Źle wyglądasz, jesteś przemęczona, zbyt przejmujesz się Dzieckiem, absorbuje cię też twoja nowa książka… Trochę tego za dużo jak na jedną kobietę! Przeniesiemy twój tapczan do dziecinnego pokoju i przez jakiś czas musisz spać tyle samo co Dziecko. Będziesz chodzić do łóżka razem z kurami…

- … z ptakami. Kury są mało romantyczne! - zaprotestowałam.

- Dobrze. Z ptakami. Musisz zasypiać co najmniej dwie godziny przed dwunastą w nocy, a nie o pierwszej czy drugiej lub prawie nad ranem! Zobaczysz, że odżyjesz…

Zgodziłam się, tym bardziej że w pisaniu powieści utknęłam, jakby wyschnęło tajemnicze źródło, z którego czerpałam. Nie miałam też pojęcia, ku czemu zmierzam. Na przykład skąd, jako jeden z wątków, nagle pojawił się tarot, skoro nie mam bladego pojęcia o tej grze? Miałam też dziwne uczucie, że - bez mojego udziału - w nowej powieści pojawiają się jakieś niepojęte istoty, które doprowadzają do niezrozumiałych wydarzeń. I że to nie ja, autorka, je stwarzam, ale COŚ robi to za mnie.

- Gdzieś w domu widziałam książkę o tarocie - powiedziałam do Adama.

- Niemożliwe! - obruszył się. - Ja w każdym razie czegoś takiego bym nie kupił!

No cóż, pewnie się pomyliłam. A zresztą po co mi jakaś książka o tarocie?! Zwłaszcza że przez najbliższe dni nie zamierzam w ogóle pisać, będę chodzić spać razem z Jonykiem i Kotykiem i zadbam o swoje zdrowie i nerwy, skoro Adam ocenia, że coś nie jest ze mną w porządku, Pewnie ma rację, gdyż się na tym zna. Te jakieś sny, które mnie prześladują i których, gdy wstanę, nawet nie umiem sobie przypomnieć. Niekiedy mi się zdaje, że śnię także na jawie…

Najpierw byłam przekonana, że nie zasnę o tak wczesnej porze. Potem okazało się, że wystarczy zgasić światło i przyłożyć głowę do poduszki…

 

… spadałam. A gdy już spadłam, o dziwo, bezboleśnie, okazało się, że idę piaszczystą, rozsłonecznioną drogą, w towarzystwie Kotyka i nie znanego mi mężczyzny w nieokreślonym wieku, w stroju włóczęgi. Jonyk tańczył wokół, niekiedy nas wyprzedzając, to znowu zostając w tyle, gdy coś go zainteresowało.

- Wreszcie wróciłaś - powiedział Kotyk. - Poznajcie się, to jest Alef-Włóczęga.

Włóczęga wykonał jakąś komiczną pantomimę, parodiującą dworskie powitanie.

- Jaki Alef? - zdziwiłam się.

- Och, idzie już z nami od dwóch tygodni, ale nie poznajesz go, bo szłaś z nami tylko w części. Głównie przebywałaś w tamtym swoim życiu, a nasze cię nie obchodziło - wytknął mi Kot.

- To jak mogłam z wami iść? - zdziwiłam się.

- TU i TAM czas płynie inaczej, ale bezustannie. Nie sądź, że to, co jest TU, istnieje tylko wówczas, gdy TU jesteś - wtrącił Alef. - Czy zegar przestaje wskazywać godziny, jeśli na niego nie patrzysz?

Przypatrywałam im się z głupią miną. Jak można być równocześnie i TU, i TAM? Dzielę się na pół jak cyrkówki, przerzynane piłą przez swych cyrkowych partnerów?

- Wędrowałaś z nami cały czas, ale nie w pełni świadomie. Owszem, pilnie opiekowałaś się Jonykiem, a to jest najważniejsze. Bo on też jest teraz i TU, i TAM. I w obu światach potrzebuje opieki. Tu, u nas, już od dwóch tygodni przekradamy się przez ten ogromny kraj, lasem, moczarami, stepem, przeżywamy różne przygody, uciekamy przed cesarskim pościgiem i dopiero wczoraj weszliśmy na ten wygodny gościniec. Gdybyś nie czuwała nad Jonykiem, mogłoby stać mu się coś złego, a to przekreśliłoby szansę naszej wyprawy - dorzucił Kotyk.

- Więc Jonyk jest dla was ważniejszy niż ja? - spytałam niezbyt urażona, a nawet z pewną dumą, że urodziłam niezwykłe Dziecko.

- Jonyk może być kluczem do odpowiedzi na pytanie, co stało się z jedynym synem Cesarskiej Pary, a moim ukochanym panem - stwierdził Kot.

- Dlaczego właśnie Jonyk? Jakiej pomocy może udzielić trzymiesięczne niemowlę? - dociekałam.

- Niektóre niemowlęta nie są jeszcze skażone przez swój świat. Dlatego wiedzą, widzą i słyszą to, czego nie wiedzą, nie widzą i nie słyszą starsze dzieci lub dorośli. Posiadają naturalny dar odróżniania dobra od zła i białej magii od czarnej. Gdy mówią, nie kłamią, za to znakomicie wyczuwają kłamstwa innych. Rozumieją też mowę ptaków, zwierząt, kamieni, roślin. Potem, niestety, z tego wyrastają - wyjaśnił Alef. Zerknęłam na niego, stwierdzając, że w tym swoim obszarpanym brązowym kaftanie, z kijem w ręce, naprawdę wygląda na Włóczęgę, i jego przydomek jest właściwie dobrany. Co jednak kryje się pod tym przebraniem…?

- A kimże ty jesteś, że tyle gadasz? - spytałam ze złością, gdyż trochę było mi głupio, że od dwóch tygodni wędrowałam z nimi, nic o tym nie wiedząc. Diabli wiedzą, co wyprawiałam i jakich przyczyniałam im kłopotów!

- Gadam tak dużo, że niektórzy zwą mnie też Głupcem - uśmiechnął się Alef. - Ot, wędruję z miejsca na miejsce, z królestwa do królestwa, z góry na górę, z doliny w dolinę, a niekiedy odwiedzam Wieżę…

- Wieżę? - spytałam zaciekawiona.

- Wieża to jedyne miejsce w Cesarstwie, gdzie spotykają się bezpiecznie ludzie z wszystkich czterech królestw: Buław, Denarów, Mieczy i Kielichów. Przychodzą tam także dworzanie i rycerze z cesarskiego zamku, włóczęgi takie jak ja, magowie, czarodzieje, czarownice, przybiegają zwierzęta zwykłe i zaczarowane, ptaki, demony i strzygi, a mimo to nikt nikomu nie robi nic złego. Bo Wieżę zbudowano właśnie po to, aby można się w niej było bezpiecznie spotkać, nawet gdyby wokół trwała wojna. A zbudowano ją tak dawno temu, że już nikt nie pamięta, kto to zrobił. Stać będzie też po wieczność - poinformował mnie Kotyk.

- Tylko do czasu - uśmiechnął się Włóczęga.

- Do jakiego czasu?

- Do czasu, gdy przychodzący do Wieży ludzie przestaną rozumieć różne języki, jakimi mówią, gdy stanie się to powodem do podejrzeń i niechęci i wreszcie gdy ktoś uzna, że Wieża jest bardziej jego niż innych. Wtedy wybuchnie najpierw wielki spór, potem wielka wojna, a potem wszyscy , zniszczą Wieżę, nie chcąc, by inni ją posiedli.

- Ależ to głupie! - zawołałam.

- Ależ to normalne. I TU, i TAM - powiedział Alef. - Lecz spójrzcie, oto przed nami wyłania się Królestwo Kielichów…

Gościniec wspiął się właśnie na wzgórze, z którego rozpościerał się widok na ogromne, otoczone murami miasto, nad którym górował, wyrastający ponad inne budowle, zamek. W przeciwieństwie do zamku cesarskiego, który - może przez złe wspomnienia - wydał mi się piękny, lecz groźny, zamek Królestwa Kielichów był jasny i już z oddali tętnił radością. „Jego mieszkańcy muszą lubić życie” - pomyślałam.

- Tak - powiedział Alef. - Tutejsi mieszkańcy, a i władcy lubią żyć szczęśliwie i czynią wszystko, co można, by unikać smutku lub kłopotów.

- Czytasz w myślach, Alefie? - zdziwiłam się. }

- Czasami. Od tylu już lat wędruję po Cesarstwie, z tyloma ludźmi się spotykam, że umiem wyczuć, co mogą myśleć. To żadna sztuka, sama byś ją posiadła, gdybyś tylko chciała - uśmiechnął się kpiąco.

Bramy Królestwa Kielichów stały szeroko otwarte, a strażnicy pilnowali ich chyba tylko dla pokazania przybyszom bogatych strojów i wytwornej, choć mało użytecznej broni. Koronkowe kołnierze i mankiety, miękkie, wysokie buty, szerokoskrzydłe kapelusze, krótkie mieczyki zdobione cennymi kamieniami, gładkie, uśmiechnięte twarze ich właścicieli - to wszystko czyniło wrażenie, że strażują jedynie z nudów, a nie z potrzeby. Czyżby nic nie zagrażało Królestwu?

- Powóz dla gości królewskiej pary! - wykrzyknął jeden ze strażników i natychmiast po wewnętrznej stronie muru zajechał niewielki, elegancki wehikuł, zaprzężony dwa koniki. Kotyk wskoczył na miejsce koło woźnicy, ja Alefem usiedliśmy z tyłu, a Jonyk tanecznie wspiął mi się na kolana. Konie niespiesznie ruszyły.

- Skąd wiedzą, że jesteśmy gośćmi królewskiej pary? - spytałam.

- A cóż królowie mogą robić innego, niż podejmować gości? - zdziwił się woźnica. - Każdy, kto staje u bram miasta, jest gościem Królowej i Króla Kielichów!

- Nawet gdyby to była Gimel? - spytałam bezwiednie, wydobywając z pamięci półzapomniane imię, które wymówił Mag na cesarskim dworze. Ku memu zdumieniu imię to wywarło na woźnicy tak piorunujące wrażenie, że gwałtownie strzelił batem i konie przez chwilę poniosły.

- Wypluj te słowa - powiedział ponuro, gdy już opanował zaprzęg i odwrócił głowę, patrząc na mnie mało przyjaźnie. - My, mieszkańcy Królestwa Kielichów, nie lubimy kłopotów. Jeżeli wnosicie je ze sobą, to lepiej od razu zawróćcie tam, skąd idziecie.

- Ta kobieta jest królową państwa nie podlegającego Cesarstwu, więc niewiele wie o naszych obyczajach. Na przykład nie wie, że tamtego imienia się nie wymawia, aby nie ściągać złego Losu. Wybacz jej - powiedział układnie Kotyk. Gdy chciał, był rzeczywiście dworskim Kotem!

- Jesteś królową? Doprawdy? - spytał z szacunkiem woźnica, a ja kątem oka dostrzegłam tajemniczy uśmiech na twarzy Alefa.

- Doprawdy. Jestem - odburknęłam i bezwiednie wyprostowałam plecy. Królowe powinny nosić się godnie. Psiakrew, na śmierć zapomniałam o tym, że wmówiłam Cesarzowej, iż jestem królową! Czy to aby nie niesie ze sobą jakichś dodatkowych komplikacji?

- Królowa czy zwykła kobieta - rodzą się tylko jeden raz i jeden raz umierają. A to, co pośrodku, między narodzinami a śmiercią… - tu Alef wykonał jakiś nieokreślony gest ręką, jakby to, co pośrodku, w ogóle się nie liczyło we wszechświecie.

- Nie żartuj. To, co pośrodku, jest najprzyjemniejsze - wtrącił woźnica.

Akurat zajechaliśmy pod ów piękny, radosny zamek i jeszcze nie zdążyliśmy wysiąść z powoziku, gdy już podbiegli czterej paziowie z kryształowymi kielichami, napełnionymi złocistym płynem.

- Witajcie w zamku Króla i Królowej Kielichów. Pijcie za zdrowie nasze i wasze, za spokój i radość - rzekli chórem.

Nikt z naszej grupy się nie wzdragał i wszyscy wychyliliśmy swoje kielichy. Napój smakował wybornie i ledwo skończyłam go pić, poczułam, że opada ze mnie całe zmęczenie długiej pieszej wędrówki, a nawet pamięć złych zdarzeń. Kotyk wsadził do kielicha prawie całą mordkę, a Jonyk, ku memu zdziwieniu, radził sobie podobnie jak Kotyk, choć TAM, w domu, muszę go karmić łyżeczką lub butelką ze smoczkiem.

Ledwo skończyliśmy pić, paziowie zawiedli nas do wytwornie urządzonych dwu komnat: jednej dla Alefa z Kotykiem, a drugiej dla mnie z Jonykiem. Tam już czekała nas kąpiel i nowe, śliczne szaty. Jonyk wyglądał wprost uroczo w tęczowej tunice, która przy jego tanecznych ruchach falowała jak skrzydła motyla. Moja tunika, rozłożona na iście królewskim łóżku z baldachimem, była równie tęczowa, lecz bardziej zdobna. Zaczęłam ją wkładać, a gdy już wychyliłam głowę ze zwojów materiału, spostrzegłam, że na przykrywającym łoże brokacie leżała… prawdziwa korona! Lśniła tak oślepiającym, złocistym blaskiem, że zaskoczyło mnie, iż nie dostrzegłam jej wcześniej. Chwilę się wahałam, gdyż było to jednak fałszerstwo. Nie byłam królową, jedynie ją udawałam. „Skoro jednak mam ją udawać, to pójdę na całość!” - pomyślałam z zadowoleniem i wiedziona jakimś impulsem, włożyłam koronę na głowę. Podbiegłam do lustra. Wyglądałam rzeczywiście po królewsku. Widać, gdy dotarła tu wieść, że jestem królową, władcy tego kraju postanowili odpowiednio mnie uhonorować…

Na zamkowym korytarzu zderzyłam się z Kotykiem, który miał na szyi koronkową kryzę, i z Alefem. Ten jednak, ku memu zdumieniu, w ogóle nie zdjął swego stroju Włóczęgi.

- Strój zmienia naturę człowieka, a moja natura mi odpowiada - mruknął na widok mego zdziwienia i sam z kolei zdziwił się, patrząc na moją złociście połyskującą głowę.

Kotyk tymczasem zerknął na Alefa jakby z poczuciem winy i ku memu zdumieniu jednym ruchem łapy zerwał kryzę. Nie miałam ochoty iść w jego ślady i rozstawać się z tym ślicznym strojem, a już zwłaszcza z koroną.

- Ja, skoro już przez przypadek jestem królową… - zaczęłam usprawiedliwiająco, poprawiając złotą ozdobę na głowie, i urwałam, gdyż po wąskich wargach Włóczęgi przebiegł ironiczny uśmiech. A może mi się zdawało? Zresztą czy jako królowa muszę się przed kimkolwiek tłumaczyć? Zwłaszcza przed byle włóczęgą?

Jonyk, w tunice czy bez niej, był ciągle sobą: tańczącym niemowlakiem, a swój tęczowy strój traktował nie lepiej niż bawełnianą koszulkę i pampersa. Poczułam, że ta trójka - Dziecko, Kot i Włóczęga - nie zachowuje się zbyt godnie jak na orszak cudzoziemskiej królowej, i trochę mnie to zirytowało. Jednak nie miałam czasu, aby ich zbesztać.

Król i Królowa Kielichów przywitali nas w sali tronowej, mnie traktując z ogromnym szacunkiem, jako równą im samym. Z satysfakcją zerknęłam na Alefa, myśląc, że pewnie mi zazdrości, ale czy taki Włóczęga jak on może spodziewać się królewskiego traktowania…?!

Z sali tronowej przeszliśmy do ogromnej komnaty, gdzie zalegliśmy na miękkich sofach, obsługiwani przez dworzan, którzy podsuwali nam najlepsze mięsa, jarzyny, owoce, wyszukane słodycze i napoje.

- Skąd Wasza Królewska Mość wzięła się w grupie ochotników ratujących Księcia Theta? - zdziwiła się Królowa Kielichów, która była nie tylko piękna, ale i oryginalnie ubrana. Zazdrościłam jej zwłaszcza korony, wysadzanej lśniącymi brylantami. Moja była o wiele skromniejsza i połyskiwał w niej tylko jeden, czarny kamień. - Nigdy bym nie pomyślała, że jakakolwiek królowa zechce być ochotnikiem w tak niebezpiecznej wyprawie! W dodatku narażając się Cesarzowej… - dorzuciła tymczasem Królowa Kielichów, ściszając głos.

- Moja Królewska Mość też by tego nie pomyślała - odparłam ze złością. - Zwłaszcza iż Księcia Theta nie znam i doprawdy nie wiem, po co mam gonić piechotą po wielkim, nieznanym Cesarstwie. Wszystkiemu winien jest ten Kot. To on naraża, i mnie, i moje jedyne Dziecko.

Zdawało mi się, że słyszę, jak Kotyk szepce do ucha Alefa jedno krótkie słowo: „Gimel…” Ale chyba było to złudzenie. Przecież wiedział, że jest to imię zakazane!

- Właściwie to jak i kiedy zaginał Książę Thet? Różne słyszymy o tym opowieści… - zagadnął Król Kielichów, człowiek wesoły i tęgi od jedzenia i picia. W tym Królestwie zdaje się lubili wszystko, co było przyjemne dla ciała, i pomyślałam, że warto tu zostać dłużej, zamiast tułać się po jakichś wertepach i narażać na niebezpieczeństwa.

- Książę, który wkrótce skończyłby trzynaście lat, pół roku temu po prostu zniknął ze swej komnaty w cesarskim zaniku. Wieczorem wszedł do niej, aby ułożyć się do snu, a gdy rankiem zastukali pokojowcy, komnata była pusta. Całą noc pod drzwiami stali strażnicy i wszyscy klną się, że Książę nigdzie nie wychodził. Mimo to zniknął z zamkniętego szczelnie pokoju! - odparł Kotyk.

- Ale ty, Kocie, który ani we dnie, ani nocą nie odstępowałeś Księcia od dnia jego narodzin, byłeś niemal jego cieniem, nawet podobno sypiałeś w jego łożu, dlaczego nawet ty nie wiesz, co się stało? - spytała Królowa.

- Właśnie tej nocy, po raz pierwszy od bardzo dawna, wspiąłem się na dach zamku, aby pośpiewać do księżyca - szepnął Kotyk i przelotnie zrobiło mi się go żal. Lecz zaraz przypomniałam sobie, że koty są fałszywe. Ten zapewne też kłamał. Oczywiście! Miał pilnować swego ukochanego Księcia, a łaził po dachach!

- Właśnie dlatego, że cię nie było, jesteś pierwszym podejrzanym, chyba o tym wiesz - powiedział obojętnie Król, pochłaniając trzecie indycze udko zapieczone w miodzie. Widać było, że nieszczególnie interesuje go, kto będzie rządzić Cesarstwem, byle on miał spokój.

- Wiem o tym i czuję się winny. Wynajduję coraz to nowych ochotników, którzy próbują odnaleźć Księcia. Niestety, żadnemu z nich to się nie udało, a jeden zaginął bez wieści. Pewnie do dziś szuka Księcia - powiedział ponuro Kotyk.

- I masz nadzieję, że teraz także zaginie Nasza Królewska Mość z naszym królewskim synem - powiedziałam jadowicie. - Ale przeliczyłeś się. Przerwiemy tę beznadziejną wyprawę. Nasze Dziecko, jak widzę, dobrze się czuje w Królestwie Kielichów i nie mam zamiaru go dłużej narażać…

- Pani, całe nasze królestwo jest do twojej dyspozycji… - rzekł wdzięcznie tłusty Król.

- … i całe jedzenie - wtrącił Alef. - Masz szansę stać się równie królewska jak Jego Wysokość.

- Jak śmiesz mówić do mnie tym tonem! - zawołałam w gniewie i zwróciłam się do królewskiej pary: - Wygońcie go z zamku! Nie pojmuję, co tu robi taki zwykły Włóczęga! W moim zamku byłoby to niemożliwe.

Królowa spuściła oczy, a Król powiedział zmieszany:

- Prawa gościnności nakazują nam podejmować każdego, kto się pojawi, bez względu na pochodzenie czy strój…

- Ależ to głupie! W moim królestwie mogę wygnać wszystkich, którzy mi się nie podobają! Nie macie w takim razie żadnej władzy! - zawołałam oburzona.

Para królewska milczała, zapewne zastanawiając się nad moimi słusznymi uwagami, a ja kątem oka dostrzegłam, że Alef z Kotykiem coś szepczą. I znów zdawało mi się, że słyszę słowo „Gimel” i drugie słowo: „korona”. Ale zanim ponowiłam żądanie, aby wyrzucono Włóczęgę i Kota, Jonyk podpłynął do mnie z gracją tańczącego motyla i… malutką rączką zrzucił moją śliczną złotą koronę! Cenny klejnot, dźwięcząc po kamiennej posadzce, potoczył się głęboko pod stół! Najpierw w złości trzepnęłam w łapę Dziecko, które jednak nie rozpłakało się, lecz spojrzało na mnie uważnie. Z równą uwagą przyglądali mi się Kotyk z Alefem. Złość mi przeszła, za to poczułam pulsujące uderzenie krwi w skroniach.

- Tak strasznie boli mnie głowa - szepnęłam, przyciskając dłonie tam, gdzie wcześniej uciskała mnie królewska ozdoba.

Król i Królowa Kielichów przyglądali nam się ze zmieszaniem. Król, posapując, rozglądał się wokół za koroną. Królowa udawała, iż nie dostrzega, że dzielą nas jakiekolwiek konflikty.

- Skąd Wasze Dostojności mają tę koronę? - spytał Alef po chwili ciszy.

- To nie jest nasza korona - speszyła się Królowa Kielichów. - Takiego klejnotu nie ma w naszym skarbcu. Myślałam, że obecna tu królowa z Dalekiego Kraju przywiozła tę koronę ze sobą, w podróżnym bagażu.

- Korona leżała na moim łożu, w komnacie, obok tej sukni. Tylko dlatego ją włożyłam - powiedziałam, nadal czując pulsujący w skroniach ból. Miałam uczucie, że korona pozostawiła mi krwawy ślad.

- Nikt z nas nie nakazał jej tam kłaść. W skarbcu są tylko te nasze dwie korony, które wkładamy, gdy zjawiają się dostojni goście… - powiedział zdziwiony Król.

- Nie mamy nawet koron zapasowych, gdyby coś stało się z tymi - pożaliła się Królowa Kielichów.

Alef i Kotyk spojrzeli po sobie znacząco, Jonyk zaś wpłynął pod stół i wynurzył się po chwili z koroną w rączce. Mimo woli wyciągnęłam dłoń, czekając, aby mi ją podał, ale on skierował się tanecznymi ruchami ciała ku wąskim, wysokim oknom. Myślałam, że bawi się tym złotym cackiem i nie przeszkadzałam mu, czując do siebie żal, że go uderzyłam. Korona już przestała mi się wydawać aż tak godna pożądania. Lecz nagle ujrzałam, że mój synek małymi rączkami zatacza szeroki łuk i… wyrzuca piękny klejnot przez jedno z okien! Wszyscy zerwaliśmy się z miejsc i podbiegliśmy ku oknom: korona przez krótkie sekundy szybowała półkoliście, a potem jak kamień zaczęła spadać w dół, wzdłuż wysokich murów zamku. Gdy do opadnięcia na ziemię brakowało jej najwyżej parunastu metrów, nagle z wiszących nad zamkiem chmur wyłonił się wielki czarny ptak i schwycił cenną ozdobę w zakrzywiony dziób! Po chwili znów wzbił się wysoko w górę i razem z koroną zniknął z zasięgu naszego wzroku.

- Ptak… - powiedziałam pełna nadziei.

- … ale czarny ptak - szepnął złowieszczo Alef. - Duży sęp z Krainy Mroku.

- To nie ten Ptak, którego masz na myśli. Wręcz przeciwnie - wymruczał do mnie Kotyk. - Te ptaki nie są naszymi sprzymierzeńcami.

- Ale on porwał waszą własność! Taka cenna korona… - wtrąciła zmartwiona Królowa Kielichów.

- To nie nasze - powiedziało Dziecko.

- Ten klejnot też pochodzi z Krainy Mroku - szepnął Włóczęga. - Istota, która go podrzuciła, chciała wstrzymać naszą wyprawę…

- Skoro tak, to musimy szybko ruszać w dalszą wędrówkę - orzekłam bez cienia wahania…

 

- …w jaką wędrówkę? - spytał, śmiejąc się, mój mąż. Stał nade mną z apetycznie zastawioną tacą: kawa ze śmietanką, rogaliki, dżem. - Czy wiesz, że spałaś całe dwanaście godzin? W dodatku nigdy nie mówiłaś przez sen, a nagle zaczęłaś. To pewnie te kłopoty, które masz ze swoją nową powieścią… Wiesz, że Jonyk z Kotykiem też przez te dwanaście godzin nawet nie drgnęli w swoim łóżeczku? I wszyscy w trójkę obudziliście się prawie jednocześnie. Jakby was łączyła jakaś niewidzialna nić! Patrz, Ewo, przyniosłem ci śniadanie do łóżka. Rozpieszczam cię… Jest tu też butelka dla Jonyka.

Przeciągnęłam się z lubością, myśląc, że już dawno nie spałam tak długo i mocno, w dodatku bez żadnych snów. No i mam bardzo, bardzo kochanego męża. Ilu mężów robi żonom śniadanie do łóżka?

Jadłam z apetytem, gdy Adam nagle przyjrzał mi się uważnie i powiedział:

- Gdzie ty się uderzyłaś?

- Ja? - spytałam zdziwiona.

- No ty - rzucił niecierpliwie mój mąż i dotknął obiema dłońmi mojego czoła. - Przejrzyj się w lustrze, jak nie wierzysz…

Pomknęłam do łazienki i ze zdziwieniem wpatrzyłam się w swoją twarz. Na czole miałam dziwną krwawą pręgę.

- Musiałam wieczorem drasnąć się gałęzią w ogrodzie i przez noc podbiegło to krwią - powiedziałam, wzruszając ramionami. Ślad był dziwny, ale płytki. Zniknie za kilka dni lub nawet wcześniej. Wróciłam do śniadania.

- Kotyk, żebyś tylko nigdy nie łaził po żadnych dachach, bo możesz zrobić sobie krzywdę - powiedziałam do kocura, wypijając pierwszy łyk aromatycznej kawy. Zwierzak łypnął na mnie zielonym okiem.

 

Rozdział, szósty

 

Przestałam sypiać w dziecinnym pokoju, gdyż Jonyk zachowywał się wprost wspaniale i przez wiele nocy nie zdarzyło mu się nawet pisnąć przez sen. Wystarczało mu chyba towarzystwo Kotyka. Wieczorami znów cichutko stukałam w klawiaturę komputera, głowiąc się tylko czasem, skąd przychodzą do mnie te dziwaczne pomysły. Akcja mojej najnowszej powieści toczyła się w tak bardzo nie znanym mi kraju, że miałam ogromne kłopoty z poruszaniem się po nim. Bohaterowie też wydawali mi się dziwaczni i nie z tej ziemi. „W co ja się wplątałam?!” - myślałam czasem ze złością. Tym razem bowiem to nie ja prowadziłam moich bohaterów, lecz oni mnie… Parokrotnie postanawiałam rzucić tę powieść i zacząć pisać nową, ale coś mnie przy niej trzymało. Chyba upór…

Dwa miesiące minęły mi bardzo spokojnie, może nawet aż nazbyt, gdyż trochę zaczęłam się nudzić powtarzalnością codziennych zajęć związanych z pielęgnacją niemowlęcia. Życie pomiędzy mieszaniem zupek, zmienianiem pampersów, plewieniem ogrodu i pogodnymi rozmowami z Adamem było szczęśliwe, lecz odrobinę monotonne. Pragnęłam jakiejś odmiany, choć nie wiedziałam jakiej. I pewnego dnia nadeszła…

W południe listonosz przyniósł list, którego treść mnie podnieciła - i równocześnie zdenerwowała. Mój związek literatów powiadamiał mnie, że za cztery dni w stolicy odbędzie się międzynarodowy zjazd pisarzy dziecięcych i jestem, rzecz jasna, zaproszona. To wspaniale - tyle że ja, matka czteromiesięcznego niemowlęcia, nie mogę jechać! No bo to zajmie się Jonykiem? Kto zadba o to, aby go zawsze Porę nakarmić? Kto mu da pić, gdy będzie spragniony, kto zmieni pampersa, nie przetrzymując z lenistwa w mokrym, kto go codziennie wywiezie na spacer, bez względu na pogodę? A tak chciałabym pojechać…

- I pojedziesz - powiedział zdecydowanie Adam. Chyba on też wyczuł moją tajoną frustrację. - Ten twój zjazd to przecież tylko głupie cztery dni. Każda młoda mamusia jest święcie przekonana, iż nikt nie jest w stanie jej zastąpić. A od czegóż są agencje, które wynajmują fachowe baby sitters? Jonyk jest bardzo ważny, ale twoje życie nie zaczyna się i nie kończy na Jonyku. Masz jeszcze zawód, który lubisz, masz sukcesy, które w nim osiągasz i kontakty zawodowe, które musisz podtrzymywać. Zresztą wyjazd na kilka dni świetnie ci zrobi. Odpoczniesz od mokrych pieluch, nocnych wrzasków, przypalającej się zupki.

Miałam rozliczne opory, ale zgodziłam się. Powiedzmy sobie szczerze: chciałam się zgodzić, i niewiele było trzeba, żeby nakłonić mnie do wyjazdu. To przecież rzeczywiście tylko cztery dni…

W agencji zarezerwowano dla mnie najlepszą ponoć baby sitter, jaką tylko można było sobie wymarzyć. Miała referencje od większości pań z naszej dzielnicy, i nie tylko. Zostawiłam więc zlecenie, że ma się zgłosić u nas w domu rano, w dniu mego wyjazdu, ale na wszelki wypadek pobiegłam ją osobiście zobaczyć. Nie oddam Jonyka byle komu, nawet na kilka godzin, a co dopiero na pół tygodnia! Musiałam mieć pewność, że ta dziewczyna wzbudzi moje zaufanie.

I wzbudziła. Joanna była miłą, spokojną około dwudziestopięcioletnią blondynką. Opieka nad niemowlakiem nie stanowiła dla niej nowości, a na dodatek z zawodu byłą pielęgniarką. No i lubiła koty. Sama miała w domu dwa. To przeważyło. O naszego kocura też przecież należało zadbać.

Dni mijały jak z bicza strzelił i ani się obejrzałam, gdy nadszedł dzień wyjazdu. Rano zajechała po mnie taksówka. Ucałowałam Jonyka, Adama, a nawet Kotyka i ruszyłam na lotnisko. Joanna miała się pojawić w ciągu godziny, mąż zaczynał pracę w szpitalu dopiero po południu, więc wszystko grało. Wręcz idealnie.



dalej


strona główna
(23kB)