(23kB)
strona główna


 

 

Prentice Mulford

PRZECIW ŚMIERCI

 

NIEKTÓRE PRAWA SIŁY I PIĘKNOŚCI

Myśli nasze tworzą nasze oblicze i nadają mu właściwe indywidualne piętno. Nasze myśli określają ruch, postawę i kształt całego ciała.

Prawa piękności i zupełnego zdrowia są te same. Zależą one całkowicie od stanu uczucia, lub też, mówiąc innymi słowami, od właściwości tych myśli, które najczęściej biegną od nas ku innym i od innych ku nam.

Brzydota w wyrazie twarzy, czy to osoby starej, czy młodej, pochodzi zawsze z nieświadomego przekroczenia jakiegoś prawa. Każdy znak zniszczenia w ludzkim ciele, każda forma jego słabości, wszystko wreszcie, co tylko robi człowieka wstrętnym, ma swoją przyczynę w dominującym nastroju jego uczucia. Natura obdarzyła nas czymś, co nazywamy instynktem, a co ja nazwałbym raczej wyższym rozsądkiem, ponieważ odsuwając się ze wstrętem od wszystkiego, co jest brzydkie i zdeformowane, co nosi na sobie znamiona upadku, posługujemy się czymś subtelniejszym i doskonalszym, aniżeli instynkt. Wrodzony popęd ludzkiej natury każe nam unikać niedoskonałości i szukać chociażby względnie doskonałego. Nasz wyższy rozsądek ma zupełną rację, gdy czuje wstręt do zmarszczek i ułomności, tak samo jak do brudnej i porwanej odzieży! Ciało jest żywą odzieżą i jednocześnie narzędziem ducha. Pokoleniom przed nami wpajano od dzieciństwa, że jest to nieuniknioną koniecznością, że jest to prawem, ugruntowanym w niezmiennym porządku natury, aby ciało nasze po pewnym określonym czasie przekwitło, stało się bezpowabne i aby umysł również z biegiem czasu wygasł, odmawiając posłuszeństwa. Mówiono nam, że duch nie ma mocy sprzeciwić się temu i odrodzić ciała, za pomocą swych wewnętrznych sił przekształcić je na nowo, ku nowemu życiu! Lecz w nieuniknionym biegu natury nie leży wcale, by ciało ludzkie przepadało, jak przepada dotychczas, podobnie jak w biegu natury nie leży, aby ludzie jeździli dyliżansem, jak przed sześćdziesięciu laty, a nie automobilem, jak dzisiaj, lub też, aby wiadomości posyłano przez gońców, a nie przez iskry elektryczne.

Twierdzić, co leży w zakresie praw natury, a co nie - byłoby tylko arogancją ciemnej nieświadomości. Jest to najfatalniejszy błąd, gdy na kawalątko przeszłości, które leży poza nami, spoglądamy jako na niezawodny drogowskaz tego, co stanie się kiedykolwiek w wieczności. Jeżeli nasza planeta była niegdyś tym, czego naucza geologia - mianowicie falującą masą dzikich, bardziej nieokiełzanych i brutalniejszych sił; jeżeli również formy roślinnego, zwierzęcego, a później ludzkiego życia były ordynarniejsze, pospolitsze - to czyż nie jest to znak, nadzieja, dowód większego wysubtelnienia, ku któremu podążamy - nie - w które wstępujemy teraz, w tej, jak również w każdej godzinie! I czyż wysubtelnienie nie oznacza spotęgowania mocy, tej samej, która potęguje siłę żelaza w stali? I czyż najwyższe, prawie nieznane dotąd siły, nie powinny rozwinąć się jeszcze w człowieku, w tej najsubtelniejszej organicznej całości, jaką znamy?

Wewnętrznie, potajemnie pyta się tysiące myślących ludzi wszystkich krajów: "Dlaczego musimy marnieć i tracić wszystko najlepsze, co życiu nadaje wartość i to właśnie wtedy, gdyśmy już zdobyli to doświadczenie i mądrość, która jest najodpowiedniejsza dla życia! Początek lata - lecz patrz: oto dni już są krótsze!"

Wołanie wielu bywa na początku zawsze szeptem. Modlitwa - życzenie - prośba mas bywa zawsze najpierw tajemnym błaganiem. Pierwszy nie odważy się nawet pobiec do sąsiada, obawiając się śmieszności. Lecz jedna rzecz głęboko tkwi w doświadczeniu: każde pragnienie, pomyślane czy wyrzeczone, przybliża ku nam to, czegośmy żądali, stosownie do intensywności pragnienia oraz rosnącej liczby pragnących. Kierują oni duchowe funkcje na określone tory. W ten sposób zaczyna się ruszać ta milcząca siła woli, która aczkolwiek nie uznawana przez szkolną mądrość, nadaje pragnieniom postać i kształt. Miliony ludzi tęskniło po cichu do lepszych i szybszych środków komunikacji - i oto ujarzmiono parę i elektryczność. Wkrótce inne pytanie, inna zachcianka zażąda spełnienia - pytanie wewnętrzne, zachcianka wewnętrzna - a w tych pierwszych próbach zbliżenia pragnień, które są jakby wizjami, do rzeczywistości, będą niewątpliwie błędy, bezdroża, bezwyjścia, jak na początku naszych zdobyczy technicznych były spotkania pociągów, eksplozje kotłów itd.

Wiek nasz jest dwojakiego rodzaju. - Wiek naszego ciała i naszego ducha. Duch ten przez miliony lat wskroś niezliczone ciała i formy bytu dojrzał do swego dzisiejszego stopnia świadomości i zużył wiele młodych ciał, jakoby ubrań. A to, co nazywamy "śmiercią" jest tylko brakiem uzdolnienia do utrzymania naszej cielesnej odzieży na zawsze, do odradzania naszego ciała za pomocą życiotwórczych pierwiastków ciągle na powrót. Im starszy, im dojrzalszy duch, tym zdolniejszy jest do opanowania ciała, do jego przemiany podług swojej woli. Tę duchową siłę pożytkujemy w ten sposób, abyśmy się stali piękni, zdrowi i silni, godni miłości. Bo przez tę samą siłę można zrobić się nieświadomie również obrzydłym, chorym, słabym, wstrętnym - przynajmniej podczas tej jednej egzystencji, jeżeli bowiem rozwój dąży do uszlachetnienia i udoskonalenia, wszystko musi kiedyś rozpłynąć się w wyższe formy.

Tą magiczną siłą są nasze myśli. Chociaż dla oka są one rzeczywiste, jak kwiat, drzewo lub owoc.

Myśli prężą bezustannie nasze mięśnie w rytm gestu, który z istoty charakteru wypływa. Człowiek zdecydowany stawia kroki inaczej, niż wahający się. Niezdecydowany ma ociągające gesty, postawę, sposób mówienia i ruchy ciała, które w końcu czynią go niezgrabnym, niezręcznym i nieudolnym. Członki ciała są jakoby litery listu, który, pisany pośpiesznie w pewnym nastroju, wykazuje pismo bezładne i pełne błędów, podczas gdy usposobienie zrównoważone - the serene mood - tworzy pięknie zaokrąglone zdania, tudzież harmonijne pismo.

Każdego dnia stylizujemy się w jakąś nową fazę bytu, wmyślamy się w jakiś inny, urojony charakter, a ta dominująca rola, którą najczęściej gramy, udziela się twarzy, jako masce tej roli - panującej linii.

Kto większą część swego życia zawodowo się skarży, zawsze jest w złym humorze i, opłakując samego siebie, święci prawdziwe orgie niezadowolenia, ten zatruwa sobie krew, rujnuje rysy twarzy i niszczy bezpowrotnie swą płeć, wytarzając w niewidocznym laboratorium ducha niewidoczny trujący bodziec - myśl, która oddana działaniu, tj. pomyślana, przyciąga z otoczenia, według nieuniknionego prawa, myśli podobne sobie. Oddać się we władzę rozdrażnionemu, bezradnemu nastrojowi, znaczy to samo, co otworzyć na oścież drzwi dla myślowych fluidów każdego rozdrażnionego, bezradnego człowieka - znaczy to samo, co naładować swój wielki magnes - swego ducha - szkodliwymi, przeciwnymi prądami i połączyć baterię myślową ze wszystkimi prądami tego samego gatunku! Kto myśli o złodziejstwie lub morderstwie, wchodzi przez tę myśl w duchowy stosunek z każdym mordercą i złodziejem na całej ziemi!

Złe trawienie nierównie w mniejszym stopniu zależy od samego pożywienia, niż nastroju, w którym przyjmujemy zazwyczaj pokarmy. Najzdrowszy chleb spożywany w goryczy działa na krew jak trucizna. Kiedy wszyscy siedzą w milczeniu za stołem rodzinnym z tą zrezygnoc sędzia może mieć przy studiowaniu sprawy zaciewaną i wymuszoną miną, która zdaje się mówić: "aha... i to trzeba jeszcze znieść", a pan domu zagrzebuje się cały w kłopoty swego interesu lub w gazetę, połykając wszystkie morderstwa, samobójstwa, skandale, które zdarzyły się w ciągu ostatnich 24 godzin, kiedy pani domu, niechętna, piastuje w sobie wszystkie swe gospodarskie umartwienia - wówczas zjawia się przy stole, wraz z potrawami, elemet troski, smutku i chorobliwości w każdym organizmie, objawiając się jako rodzaj niestrawności przy całym stole, od jednego końca do drugiego, bez luk, we wdzięcznej ciągłości!

Jeżeli panującym wyrazem twarzy jest grymas, wówczas grymasy robią również myśli, znajdujące się poza tym czołem. Gdy kąty ust są wyciągnięte na dół, wówczas i myśli, które te usta tworzą i nad nimi panują, są mętne i zależne. Twarz jest najjawniejszym znakiem uduchowienia, dlatego nic nie ma większej wartości ponad pierwsze wrażenie.

Nastrój pośpiechu, który powstaje ze złego przyzwyczajenia wyprzedzania myślami ciała, zgina ramiona naprzód. Człowiek dostojny, który nad sobą panuje, nie śpieszy się nigdy. Koncentruje on swoją wolę, swoją siłę, swój rozum na ten jedyny cel, ku któremu jego ciało, jego duchowe narzędzie, w tym jednym momencie zmierza, w ten sposób przywyka panować nad sobą, nabiera gracji w każdym geście, gdyż jego duch jest w absolutnym i niepodzielnym posiadaniu ciała i członków, a nie w oddali, gdzieś na bezdrożach, śpieszący bez wytchnienia, pełen troski o dalekie rzeczy, które stać się mają dopiero po upływie godzin i dni.

Kto układa plan jakiegoś interesu, przedsięwzięcia, wynalazku, tworzy z niewidzialnych elementów coś, co jest tak rzeczywiste, jak jakakolwiek bądź maszyna z żelaza i drzewa. Plan ten, to przedsięwzięcie, przyciąga znów dla swego urzeczywistnienia niewidoczne siły, które sprowadzają w końcu materializację tego przedsięwzięcia w świecie zjawisk. Kto zaś na odwrót - obawia się nieszczęścia, żyje w ciągłym strachu przed jakimś złem, oczekuje niepowodzenia, ten tworzy pewnego rodzaju myślowego upiora, milczącą siłę, która na podstawie tego samego prawa zbiera dookoła siebie szkodliwe i niszczące pierwiastki.

Powodzenie i niepowodzenie opiera się na jednym prawie, które może służyć zarówno jednemu, jak i drugiemu, zupełnie jak ramię człowieka, które ratuje z topieli, lub też zabija uderzeniem sztyletu.

Myśląc, budujemy z niewidocznego materiału coś, co siły do siebie przyciąga - dla naszej pomocy lub szkody, stosownie do charakteru myśli, któreśmy wysłali. Kto liczy na to, że się zestarzeje, kto nosi zawsze w duchu swój obraz, swoją konstrukcję jako zgrzybiałego starca, ten podlegnie starości.

Lecz ten, kto potrafi nakreślić jako plan samego siebie - obraz myślowy pełen młodości, siły i zdrowia, do którego rwie się niepowstrzymanie, poza którym okopuje się przeciwko legionowi ludzi, co ciągle przychodzą i mówią mu, że się starzeje, że musi się zestarzeć - kto z tym obrazem myślowym potrafi się bez ustanku jednoczyć - ten pozostanie młodym.

Musimy bez przerwy budować własny ideał. W ten sposób pociągamy ku sobie pierwiastki, które zawsze niosą nam pomoc, aby ten idealny obraz myślowy zbliżyć do rzeczywistości. Kto lubi myśleć o rzeczach mocnych, o górach, potokach, drzewach, przyciąga do siebie pierwiastki takiej siły.

Kto dzisiaj odbudowuje się w sile i pięknie, a jutro wątpi lub wraca do starych mniemań tłumu, nie niszczy tego, co z ducha odbudował w swym duchu. Dzieło jego zatrzymało się tylko - drzemie ono i oczekuje najbliższej godziny wzlotu.

Wytrzymałość w myśli o pięknie, o sile, o młodości jest kamieniem węgielnym ich urzeczywistnienia. O czym najwięcej myślimy - tym będziemy. Pacjenci nie myślą: "ja jestem silny", lecz: "jakiż ja biedny". Ci z was, którzy źle trawią, nie mówią: "ja chcę mieć zdrowy żołądek", lecz: "ja nic więcej nie mogę znosić!" I rzeczywiście nie mogą - właśnie z tego powodu! - Pielęgnujemy nasze własne choroby, a nie nas samych, chcielibyśmy, aby głaskano nasze cierpienia. Jeżeli cierpimy na jakieś złośliwe przeziębienie, to kaszel nasz błaga nieświadomie: "dzisiaj jestem przedmiotem współczucia! - o, jak godzien jestem litości!" Przy odpowiednim leczeniu powinien pacjent i całe jego otoczenie wyciągnąć w pole przeciwko cierpieniu, wszyscy uzbrojeni w myślowe wyobrażenia zdrowia: "Uzdrowienia są tak samo zaraźliwe jak choroby! Chwytamy zdrowie, jak ospę!"

Czegóż nie daliby dorośli ludzie, aby mieć członki tak pełne wiosny i tak elastyczne, jakie posiada dwunastoletni chłopak! Ciało, które wdrapuje się na drzewa, chodzi, biega po poręczach - biega, ponieważ kocha ten bieg, ponieważ nic innego nie umie - tylko biegać. Gdyby takie ciała można było fabrykować i sprzedawać, jakiż popyt miałyby u tych wszystkich korpulentnych dam i panów, którzy ze stękaniem wydostają się z karet, niczym wory mąki! Skąd to pochodzi, że ludzkość z taką rezygnacją, prawie bez oporu przyjmuje na swe barki coraz to rosnącą ociężałość, ospałość, zastyganie i to w swych najlepszych latach? Wydaje mi się, że zawieramy kompromis z tymi upokorzeniami i nazywamy je - dostojnością! Naturalnie - mąż, ojciec, obywatel, wyborca, podpora państwa - (zmurszałości), nie powinien biegać, bić się skakać jak dziecko, ponieważ nie może!

Nosimy nasze braki jak ornaty, utykamy wszędzie i mówimy: "Tak powinno być, gdyż inaczej być nie może!"

Lecz w naturze, na świecie, w ludziach i naokoło ludzi jest już coraz więcej możliwości! - Przychodzą one akurat tak prędko, jak uczymy się te nowe siły poznawać, ćwiczyć się w nich i panować nad nimi...

Lecz lenistwo!!!

MYŚLI POZYTYWNE I NEGATYWNE

Wysyłamy lub otrzymujemy bezustannie duchowe pierwiastki, jesteśmy elektrycznym stosem, który wysyła siłę i znów musi zostać nakarmiony. Podczas mówienia, pisania, myślenia lub jakiejś innej działalności jesteśmy pozytywni, w innym wypadku - negatywni. W tym negatywnym albo recepcyjnym stanie przyjmujemy siły i pierwiastki, które mogą nam przynieść czasową szkodę lub trwały pożytek.

Istnieją zatrute duchowe prądy, jak istnieją trujące wyziewy arszeniku albo metali. Kto przebywa zupełnie biernie w pokoju wśród zazdrosnych, przepełnionych nienawiścią, cynicznych albo nie wyzwolonych ludzi, wchłania z nich trujący pierwiastek, pełen choroby i niszczącej siły: pierwiastek daleko niebezpieczniejszy, aniżeli nawet dająca się wykazać chemicznie trucizna, ponieważ jego działania postępują delikatniej i tajemniej, często dopiero po wielu dniach dają się odczuć i są najczęściej przypisywane innym przyczynom.

Jest to nadzwyczaj ważne, gdzie i w jakim otoczeniu znajdujemy się podczas negatywnego stanu, ponieważ wtedy nasiąkamy myślowymi fluidami jak gąbka, a po wielu godzinach duchowego lub fizycznego wysiłku, gdyśmy w stanie pozytywnym pozbywali się siły - stan negatywny jest przyrodzonym prawem i przyrodzoną potrzebą. Zgnieść ten stan lub sztucznie go powstrzymać - byłoby pomysłem chybionym, lecz ostrożność jest nieodzowna: oddać się temu stanowi można tylko w odpowiednich, starannie dobranych warunkach.

Człowiek wyczerpany, gdy uda się w tłum niespokojnych, chorobliwie podnieconych ludzi, nie będzie od razu wyssany psychicznie, gdyż właściwe indywidualne piętno. Nasze myśli okreśnie ma on właściwie nic do dania, lecz za to przyjmuje od nich mimochodem coś z ich niższej istoty. Przywiesił on do swego życia, wyrażając się obrazowo, ołowiany ciężar. Przyjął, chociaż na krótki czas, coś z ich sposobu myślenia i sądzenia rzeczy, stał się niedowierzającym tam, gdzie dotąd był pełen nadziei! Zamiary, które dopiero co wydawały mu się silne, bliskie urzeczywistnienia - wydają się nagle jak dalekie mgły!

Obawia się, gdzie zazwyczaj był odważnym. Staje się niezdecydowanym i w chwilowym zamęcie kupi może rzecz, której nie potrzebuje, lub też coś powie, coś zrobi, załatwi jakąś sprawę, której by nigdy w ten sposób nie załatwił, gdyby był w zupełności samym sobą, myślał swymi własnymi myślami, wolny od mglistego zamętu tłumu naokoło siebie.

Gdy zmuszeni jesteśmy udać się pomiędzy ludzki tłum, czyńmy to przynajmniej wtedy, gdy myślowo jesteśmy najsilniejsi i uchodźmy z powrotem, gdy zaczynamy odczuwać zmęczenie. Gdyż w momencie siły jesteśmy magnesem, co odpycha te szkodliwe prądy, którym w stanie negatywnym jesteśmy oddani na pastwę. Ludzie pozytywni są zdobywcami i mocarzami - idą oni wśród ludzi tylko na przodzie! A jednak nie zawsze jest dobrze wysyłać tylko pozytywne myśli, kto bowiem jest takim pozytywnym wysyłaczem, odrzuca i odpędza od siebie wiele drogocennych pomysłów. Powinien nastąpić pewien moment, kiedy duchowy zbiornik napełnia się na nowo, im radykalniej się zmienia zawartość, tym lepiej. Człowiek pozytywny, który zawsze każdej nowej myśli oczekuje w pozycji szermierza, który nigdy nie zadaje sobie trudu wsłuchania się recepcyjnie w rzeczy nowe, niewiadome, który nieprawdopodobne bierze za niemożliwe, dla którego jego własne ograniczone poznanie jest jedynym wyrokiem - taki człowiek musi nieodzownie w tej duchowej pozycji zbiednieć i stać się bezsilnym! Na odwrót zaś, ludzie negatywni, którzy tylko przyjmują, którzy są zawsze mniemania usłyszanego ostatnio, których czyjaś ironia lub wzruszenie ramion zniechęca, ci ludzie podobni są do kanału, przez który wszystek brud i gnój przepływa, aż póki wszystkie otwory nie zostaną zapchane dla rzeczywiście cennych prądów i póki sami nie staną się zupełnie niezdolni do wysyłania sił pozytywnych.

Na ogół należy się stosować do prawidła, że pozytywnym trzeba być wśród ludzi światowych, negatywnym zaś w dobrze przygotowanej samotności. Kto w samotności toczy jeszcze duchową walkę ze swymi przeciwnikami, ten traci tylko na próżno swe siły.

Kto obarcza się troskami innych, ten przede wszystkim odczuwa potrzebę takiej zupełnej samotności. Wówczas nie ma miejsca nawet na litość, gdyż ona podgryza siłę, która właśnie powinna być nagromadzona, aby później przynieść należytą pomoc.

Żaden mówca, na chwilę przed swą wielką mową, nie zużyje swego czasu na to, aby ulżyć biednemu robotnikowi, wnosząc za niego po schodach worek węgla, gdyż tym sposobem zabiłby tylko cały blask, całą siłę i całe natchnienie w swym mózgu, a może nawet i myśli, które pośrednio i bezpośrednio torują drogę ulgi nie dla tego jednego wyrobnika, lecz dla wielu tysięcy. Kto bezustannie przestaje z tłumem, musi bezwarunkowo zmarnować dużo ze swych sił. Najszkodliwsze zaś jest nieprzerwane współżycie z osobą stojącą na niższym szczeblu duchowego rozwoju, ponieważ w stanie bierności, który zawsze nieodzownie wraca, ulegamy mniej cennym jakościowo prądom, bez względu na to, jakie stosunki wiążą nas z tą osobą - czy bratem, synem czy mężem. Z ludzi, którzy chociaż związani uczuciem, należą do dwóch różnych duchowych sfer, subtelniejsza, wyższa i bardziej wartościowa natura będzie zawsze cierpieć i spadać w dół, ponieważ jest bardziej wrażliwą, podczas gdy natura niższa może przyjąć tylko pewną część tego, co jej wysłano. Reszta przepada, bez pożytku, bez sensu.

Odpowiedni stosunek towarzyski jest najpierwszą podstawą do osiągnięcia szczęścia, zdrowia i powodzenia.

Stosunek towarzyski oznacza tu coś, co wychodzi daleko poza ramy fizycznego obcowania. Stajemy się bliscy jakiemuś człowiekowi zależnie od psychicznego natężenia, z jakim się nim interesujemy - oddalenie jego ciała w przestrzeni nie gra tu żadnej roli. Kto dłuższy czas związany był z jakąś niższą od siebie naturą, ten nie może od razu zatamować fal duchowego stosunku, które są mu z tego źródła posyłane dalej, siłą przyzwyczajenia. Musi on nauczyć się zapomnieć, nie powinien nigdy wrogo o niej myśleć, lecz raczej nic, zupełnie nic, bo tylko w ten sposób może przeciąć niewidoczne, telepatyczne "druty" i zrzucić więzy! Może to dźwięczy zimno, twardo, okrutnie? Lecz jakiż miałoby to sens, gdyby dwoje ludzi nigdy nie zaniechało wspomnień, które są dla obojga szkodliwe? Przecież, jeżeli jedna część cierpi, z czasem musi cierpieć i druga! Niewłaściwe jest również czytanie "dla wytchnienia", a więc w stanie biernym, denerwujących romansów, przejmowanie się postaciami bohaterów i wdychanie w siebie, że się tak wyrażę, kolporterskich losów w momencie własnej słabości i poddania.

Podczas jedzenia trzeba być szczególniej biernym. Przyjmując pożywienie, tj. materiał do odtworzenia naszego ciała, czyńmy to tylko w spokojnym, zrównoważonym, przyjaznym nastroju! Bo jednocześnie jeść i kpić z innych, dysputować lub myśleć o interesach, jest to być pozytywnym wówczas, gdy wskazana jest zupełna negatywność. Czy kpiny te i dysputy mają miejsce tylko w myślach, czy też ujawniają się na zewnątrz, jest, rozumie się, zupełnie obojętne. Szkodliwym jest również, gdy jakaś inna osoba, siedząca za stołem, opanowana jest przez nastrój, przeciwko któremu trzeba się wewnętrznie zbroić, który trzeba tolerować - wszystko to przecież jest marnowaniem siły, jest pozytywne! Tylko ludzie, którzy żyją w najczystszej sympatii, mogą razem siedzieć za stołem. Kto dużo przebywa w samotności, przyciąga ku sobie prądy pokrewnego uduchowienia. Przestrzeń, która przez dłuższy czas naładowywała się myślami - staje się silnym magnesem! Żyjemy wówczas w lepszym i wyższym świecie, dostępni dla podszeptów, które, być może, zostaną bojaźliwie schowane w najskrytszym wnętrzu, jak urojenia. Ale później, jakiegoś dnia, powstaje znów pociąg do towarzyskości, bierze się, co jest po ręką, lub pozwala się unosić prądowi. Świat wewnętrzny zostaje zburzony, podszepty ukazują się raptownie w świetle codziennych mniemań jako "oczywiste głupstwa", zdrowy "chłopski rozum" zaczyna znów bełkotać i krytykować, harcując na oślep razem z beczącym stadem owiec. A gdy zostaniemy sami, nadchodzi znów uczucie głębokiego niezadowolenia i zniechęcenia, powstaje jakby akt oskarżenia przeciwko nam samym o to, żeśmy zdeptali przyrodzone prawa naszej duszy! Wiele wzniosłych duchów cierpi pod ciężarem pasożytniczych myśli, które ich się czepiają i nieświadomie głęboko szkodzą.

Zapewne nikt nie powinien i nie może długo pozostawać samotnym; lecz ten, kto posiada siłę do przecięcia niższych połączeń, toruje przez to drogę wyższym. Kto posiada siłę, aby czekać, ten w świecie zjawisk przyciąga na swą drogę ludzi, którzy mu dadzą rzeczywiste wytchnienie i pomoc, jaką powinna dać towarzyskość.

Jego najwyższe myśli są ogniwem pomiędzy nim i władcami tych samych myśli. Ale przez uparte trzymanie się swych niższych pierwiastków oddziela młodzono programy polityczne wraz z reformą wysię on od wyższego świata, w którym już do pewnego stopnia uczestniczy.

Bo przecież ten tak zwany stosunek towarzyski jest niczym innym, jak tylko wzajemną tolerancją, wiecznym przeżuwaniem z roku na rok tych samych słów, gestów i myśli. Są to umarli, którzy niech grzebią swoich umarłych!

Rzeczywiste żyjące życie jest to stan nieskończonej różnorodności, otwarta droga dla duchowych prądów, na której ma miejsce ciągła wymiana sił i idei pomiędzy różnymi duchami tego samego stopnia - jest to artezyjska studnia, bijąca w wieczny byt.

Źródłem młodości, źródłem ciała i źródłem ducha jest możność zmienienia od razu całego myślowego aparatu na pozytywny, gdy niższe, ordynarniejsze myśli są w pobliżu i zachowania się negatywnie lub recepcyjnie wobec odbudowujących prądów.

Nosić odwagę zawsze przed sobą, jak pochodnię.

Niczego się nie bać i nic nie nazywać niemożliwym.

Do żadnego człowieka nie pałać nienawiścią, tylko błędów jego unikać!

Wszystkich kochać - ale zaufaniem obdarzać przezornie i mądrze!

PARĘ PRAKTYCZNYCH DUCHOWYCH PRZEPISÓW

Żyjemy w kołowrocie zmysłów - nowe wiadomości, nowe doświadczenia - pomimo iż znamy ich prawdziwą wartość, przechodzą aż nazbyt łatwo na lirze powszedniego dnia w spokojny truchcik banalności.

Niech nikt z nas nie oczekuje, iż od razu, po wszystkie czasy, ożyje dla nowych praw, dla nowych zasad i metod istnienia. Pomimo zupełnego przeświadczenia o ich prawdziwości, jakaś część w nas, coś ukrytego, upartego, będzie tajemnie przeciw nim powstawało.

Tą częścią jest rozsnowa (materia) - doświadczenie ciała - krwi - komórek.

Dlatego bez przerwy musimy powtarzać nowe objawienia: "istnieje wyższa moc, panująca siła, która wszystko przenika i ożywia. My jesteśmy cząstką tej siły".

I jako takiej cząstce, dana jest nam zdolność wchłaniania w siebie coraz to większej i większej ilości przyrodzonych własności tej najwyższej siły - przez długotrwałe milczące pożądanie, przez prośby i życzenia.

Każda z naszych myśli jest realnością - jest siłą (proszę sobie to dwa razy powtórzyć). Każda myśl jest cegłą w tworzącym się losie - złym czy dobrym.

Kto w danej chwili musi mieszkać w brzydkim domu, źle jadać, obcować z ludźmi, którzy są ordynarni i nieokrzesani, ten niech bez ustanku protestuje w swej najgłębszej wyobraźni przeciwko całej niedoli! Niech żyje duchowo w innym, piękniejszym domu, gdzie się jada wykwintniej, wśród wyższych ludzi - ten stan jego duszy zaprowadzi go sam do czegoś lepszego, bez trudu, goryczy, bez przymusu. Bądź tylko bogaty duchem, fantazją i świadomością, a materialne bogactwo przyjdzie samo. Kto widzi siebie tylko na najniższym szczeblu drabiny, zostanie na nim przez całe życie. Dominujący nastrój, czy to przygnębienia, czy tryumfu, stwarza w rzeczywistości wszystkie fizyczne warunki życia.

Nie stawiaj nigdy granic przyszłym możliwościom.

Nie mów nigdy: "dotąd, ale nie dalej. Przez tego lub tamtego człowieka zostanę zawsze zdystansowany". Albo, że "moje ciało musi zmarnieć i przepaść, ponieważ wiele już ludzkich ciał w przeszłości przepadło i zmarniało". Nie myśl: "moje zdolności, mój talent jest przeciętny, ja będę żył i umrę, jak tyle milionów naokoło mnie".

Tak myśli nieświadomie wielu ludzi! Niosą oni później na swych barkach złe i szkodliwe skutki tego kłamstwa!

Zamykają przed sobą możliwość podniesienia się kiedyś poza granice dzisiejszego świata. Odgradzają się sami bez potrzeby od drogi wyższych prawd. Każdy człowiek posiada pewną ukrytą zdolność, pewien talent, jakąś własną możliwość, która jest tak samo jedyną, jak jego istnienie; gdyż w nieskończonym stawaniu jest nieskończona różnorodność zjawisk, czy będzie to czyjeś istnienie, czy zachód słońca, czy mózg ludzki.

Zapragnij od czasu do czasu uwolnić się od wszelkiego strachu. Każda sekunda takiego pragnienia przyczynia się po trochu do wyprowadzenia cię z niewoli strachu. Nieskończona świadomość nie zna bojaźni i jest to twoim wiecznym dziedzictwem, byś się zawsze zbliżał do nieskończonej świadomości.

Wchłaniamy w siebie myśli tych ludzi, do których czujemy największą sympatię i z którymi najczęściej przestajemy. Jeżeli są oni od nas niżsi i żyją myślowo w niższych sferach, wówczas cierpimy długotrwałą szkodę - gdyż wyższy i subtelniejszy duch zawsze ulega w nierównym towarzystwie.

Ludzie, którym się powodzi, rzucają ku nam na podobieństwo nici myśli swego powodzenia. Od ludzi, którzy nie mają powodzenia, idzie ku nam zawsze brak porządku, brak systematyczności, cierpliwości i wierzącej siły, które to braki wsysamy w siebie podobnie jak gąbka wodę.

Lepiej nie utrzymywać żadnych stosunków towarzyskich, niż utrzymywać je z ludźmi rozprzężonymi, nie mającymi przed sobą celu; ich prądy myślowe izolują nas od istot podobnych do nas, od rzeczywistych przyjaciół. Kto w pewnym położeniu, przedsięwzięciu lub interesie nie może znaleźć odpowiedniej rady, ten niech czeka. Oddalaj wszystkie myśli ku samej rzeczy. Nie czyń nic. Wola i postanowienie staną się przez to silniejsze. W ten sposób zbierają się i gromadzą siły, które płyną ze wszystkich stron, przychodzą one w formie pomysłu, objawienia, przypadku lub zdarzenia. W tym oczekiwaniu nie staliśmy bez ruchu, natchnienie uniosło nas w myślowy prąd ku pomysłowi, ku zdarzeniu! Kto w jakimkolwiek przedsięwzięciu opiera się wyłącznie na ludziach, zbacza z prawdziwej linii trwałego powodzenia.

O twych przedsięwzięciach, o twych planach i nadziejach mów tylko z tymi, o których wiesz na pewno, że życzą ci powodzenia. Nie mów nigdy z ludźmi, o których wiesz, że słuchają cię tylko przez grzeczność. Każde słowo, wypowiedziane przez ciebie, oznacza pewną siłę, którą odciągasz od swego przedsięwzięcia.

Liczba ludzi, którym z powodzeniem mógłbyś się zwierzyć, jest nad wyraz mała. Lecz dobrotliwe życzenie jedynego przyjaciela, który ci się przysłuchuje ze szczerym zainteresowaniem, jest rzeczywistą, żywą, opiekuńczą siłą, która łączy się z tobą, aby działać przy twoim boku, na twoje szczęście.

Jeżeli tylko cel twój jest wielki i sprawiedliwy, zaprowadzi cię bez wątpienia sam do ludzi, którzy cię obdarzą zaufaniem, z którymi będziesz mógł bezpiecznie rozmawiać.

Gdy żądasz dla siebie sprawiedliwości, żądasz jej w imieniu całego narodu.

Jeśli bez wewnętrznego protestu dozwalasz, by cię oszukiwano, krzywdzono, tyranizowano, jesteś po stronie oszukaństwa i podłości.

Dziesięć minut, oddane zwadzie ze swym własnym losem lub zazdrości obcemu szczęściu, oznacza, że pewną sumę własnej siły zużyliśmy na to, by los swój pogorszyć. Każda myśl zazdrości i nienawiści odskakuje zawsze z powrotem, jak bumerang. Piastować złe uczucia przeciwko ludziom, którzy opływają w bogactwa, jest to marnotrawstwo, które nas nie tylko nabawia nieszczęścia, lecz nawet rozbija to przyszłe szczęście, co dąży ku nam.

Jeżeli uczucia te stały się dla nas drugą naturą, nie oczekujmy, że się od nich uwolnimy za jednym zamachem.

Złe przyzwyczajenia całego życia muszą być powoli, bardzo powoli wykorzeniane.

Własny pokój jest warsztatem, na którym powinno być odbudowane nowe "ja" z nowych duchowych pierwiastków, jest miejscem, którego nie powinien przestąpić żaden obcy człowiek, a nawet my sami powinniśmy go przestępować tylko w godzinach radosnego i jaże zmuszony jest jednym ciągiem rozstrzygać stos snego nastroju - powinniśmy tam nasze obudzone marzenia wymarzyć do doskonałości, a wtedy miejsce to z biegiem czasu zostanie kompletnie naelektryzowane szczęściem, z każdego przedmiotu popłyną ku nam wspomnienia dawniejszych myśli i wyniosą nas ponad nas samych - do czynów, które będą jak cuda.

Zły humor i niesamodzielność - to choroby. Chory duch stwarza chore ciało. Większość chorych ściele sobie duchowo przyszłe łoże boleści wśród długotrwałej, wieloletniej pracy przygotowawczej.

Lecz im dłużej pielęgnujemy w nas stan ciągłych radosnych oczekiwań, tym mniejsze grozi nam niebezpieczeństwo, że go nawet na krótki czas utracimy, gdyż już stał się drugą naszą naturą, i nie jesteśmy władni zniweczyć jego bezustannych, cudnych doświadczeń, które on za sobą prowadzi.

Wszyscy składamy się z sił, które się zowią myślami i cała nasza działalność jest bezświadomą, nieprzerwaną modlitwą. Modlitwa nie oznacza tu naturalnie bezmyślnego klepania pacierza.

Kto patrzy tylko na ciemne strony życia, i ciągle, bez przerwy, rozmyśla o swych rozczarowaniach i ciosach przeznaczenia, ten modli się o te same rozczarowania i ciosy w przyszłości. Kto oczekuje nieszczęścia, ten jednocześnie prosi o nie i otrzyma je.

Wnosimy ze sobą do towarzystwa nie tylko nasze ciało, lecz również pewne promieniowanie, które instynktownie wszystkich ku nam zniewala lub odstręcza, bez względu na to, czy milczymy, czy rozmawiamy. Naokoło nas krąży specjalna atmosfera, która odpycha lub przyciąga. Wszystko, co nas spotyka, jest skutkiem długo pielęgnowanego nastroju. Nastrój prawości stwarza na dłuższą metę najlepsze, najrealniejsze rezultaty - nie jest to sentymentalizm, lecz wprost nauka. Gdyż ten kierunek myśli przyciąga właśnie ku nam okoliczności i ludzi jednakowego z nami pokroju, na których zawsze można polegać, w których spoczywa ukryte nasze życie.

"Nie daj, aby słońce zaszło przez twój gniew" - w tej biblijnej modlitwie leży tajemnica zdrowia. Kto udaje się na spoczynek zły i przygnębiony, ten podczas snu będzie całymi godzinami przebywał w sferze zła i w ten sposób będzie gromadził utrapienia na nadchodzący dzień.

Zły zwyczaj pośpiechu niszczy więcej egzystencji, niż się przypuszcza. Kto rano zawiązuje swe obuwie w niespokojnym, pośpiesznym nastroju, nie zazna przez cały dzień wypoczynku. Módl się zatem, byś z tego burzliwego potoku wyszedł tam, gdzie spokój! Ludzie spokojni trzymają życie w mocnych rękach, kierują biegiem rzeczy bez niepotrzebnych gestów, z możliwie najmniejszym wysiłkiem ciała, lecz z jasną, podniesioną głową!

Jeśli ktokolwiek, kobieta czy mężczyzna, rano przy przebudzeniu czuje się zwalczonym przez wszystko, co w tym dniu jest do wykonania, przez troski gospodarskie, interesy, zakupy, przez tysiące drobnych, potrzebnych rzeczy - ten niechaj siądzie na pół minuty i powie sobie: "Nie chcę, by te obowiązki goniły i powodowały mną. Zacznę od jednej rzeczy, a resztę zostawię losowi, dopóki ta jedna rzecz nie będzie dobrze wykonana". Mamy wówczas wszelką pewność, że rzecz ta pójdzie gładko, a za nią po kolei wszystkie inne. Pielęgnowanie tego spokojnego potoku skoncentrowanych myśli uniesie nas ku korzystniejszym stosunkom, wydarzeniom i znajomościom, aniżeli na wpół wariacki nastrój wściekłego pośpiechu.

Jeszcze do dziś dnia wierzymy w wiele kłamstw. Wierzymy nieświadomie. Błąd nie staje się jawnym.

Dlatego w dalszym ciągu żyjemy stosownie do naszych nieświadomych błędów i z tych nieświadomych błędów płyną cierpienia naszego życia. Módl się codziennie o zdolność poznawania fałszu w zjawiskach i nie obawiaj się, jeżeli go będzie więcej aniżeliś marzył!

Gdy jesteś chory i myślisz, że jakiekolwiek lekarstwo lub porada lekarska może ci pomóc, idź za tą radą, lecz zawsze z cichą myślą w swej duszy: przyjmuję to lekarstwo nie jako środek, mogący uzdrowić moje ciało, lecz jako podtrzymanie mego ducha, który już wkrótce otrzyma na powrót siłę i zdolność do samopomocy.

Nie ucz nigdy swego dziecka, by mało się ceniło. Gdy przyzwyczai się do tego, przyzwyczają się wkrótce i inni - najpierw będą go mało cenili jako dziecko, później jako człowieka.

Nic nie jest więcej szkodliwe dla człowieka, jak pomniejszanie swej wartości, i niejedno dziecko wstępuje w życie, osłabione przez ucisk długoletniego szyderstwa. Ucz swe dziecko, by marzyło i oczekiwało tylko powodzenia. Długotrwałe oczekiwanie powodzenia niesie ze sobą przyczyny, środki i drogi do tego powodzenia.

Posiadamy do tej pory tylko bardzo nieokreślone wyobrażenia, co właściwie oznacza życie i jakie możliwości w nim spoczywają. Ludzkość wtedy dopiero stanie się stosunkowo doskonałą, gdy otrzyma zdolność odnawiania swego ciała na każde żądanie i utrzymania go tak długo, jak będzie chciała. Ciała wolnego od bólu i pięknego ponad wszelką miarę!

Powiedz tylko o jakiejś rzeczy: ona musi się stać i zaraz powstanie tysiąc sił, by ją wykonać - dlatego też należy być rozważnym w życzeniach, bo życzenie może się stać czasem przekleństwem. I ćwicz się w nastroju pokory przed nieskończoną świadomością, bądź zawsze gotów czerpać z wyższego prądu, który nauczy cię poznawać prawdziwe wartości i powie, czego powinieneś żądać.

Czy jesteś kobietą, czy mężczyzną - życie twe nie będzie nigdy zupełne, nigdy nie odbudujesz się w mocy ku mocy, jeżeli nie spotkasz i nie poznasz duchem swego drugiego "ja", swego dopełnienia z drugiej płci. A po takim poznaniu rozłąki nie ma.

Pamiętajmy zawsze podczas jedzenia i picia, że przy każdym kąsku wbudowujemy w nasze ciało pewną myśl, stosownie do tego, w jaki nastroju przyjmujemy pożywienie. Staraj się być przy biesiadzie wolnym, przyjaznym, pełnym nadziei - a gdy nie możesz posiąść takiego nastroju, módl się!

Błagać dzień i noc nieskończoną świadomość o najwyższą mądrość, o siłę i radość i to w tym nastroju serca, który wyższość tej nieskończonej świadomości w pokorze uznaje - znaczy to oddać się falom przypływu, który niesie ku nam wszystko najlepsze.

Wówczas bowiem coraz to wyższe prądy poznania przepływają przez naszą istotę, która stoi w odpowiednim miejscu, aby chwytać te fale, co powoli wydzierają nas błędom, przenosząc z miejsc lepszych do najlepszych. Przenosimy się powoli w inne otoczenia, na inne drogi życiowe, w sąsiedztwo tych, do których woła nasze najgłębsze udręczenie.

BÓG W DRZEWACH

Szczęśliwy jest człowiek, który kocha drzewa - przede wszystkim wielkie, wolne, rosnące dziko w miejscach, gdzie je zasadziła nieskończona siła, niezależna od opieki ludzkiej. Gdyż wszystko nieuprawne, przyrodzone leży bliżej wszechświadomości, niż to, co zostało przez wolę ludzką okiełzane, przeobrażone, wychowane! Rzeczy urodzone na wolności oddychają czystszym rytmem duchowym nieskończoności, dlatego też wśród dzikiej natury, w lesie, w górach, wszędzie, gdzie nie ma śladów ludzkiej pracy, promienieje ku nam niewypowiedziana, wolna radość, upojenie bez granic.

Oddychamy emanacją, która z drzew, ze skał, od ptaków - z każdej formy nieskończoności płynie ku nam bezustannie! Uzdrawia ona i odnawia! Jest czymś więcej niż powietrze! Siłą duchową, która wypływa z powszechnego życia. Nie znajdziemy jej ani w miastach, ani w starannie utrzymanych ogrodach. Szczęśliwy ten, w kim rozpłonie ta, silna i poważna miłość do dzikich drzew, do ptaków i zwierząt, kto je uważa za równe sobie urodzeniem i wie, że w zamian za jego miłość one mogą go również obdarzyć czymś bardzo cennym. Wszystko, co żyje, odpowiada na sympatię i antypatię. My jesteśmy jedną częścią nieskończonej świadomości, a drzewa - drugą. Miłość zaś jest niewidocznym pierwiastkiem, "żywą wodą" świata i płynie wielkimi falami przez ten duchowy wszechświat, który nas zewsząd otacza.

Drzewo jest żywą myślą Boga. Myślą, która jest godna naszej uwagi. Zawiera ona pewną formę mądrości, której, być może, nam brak, której jeszcześmy nie zdobyli. A tej mądrości powinniśmy pragnąć, gdyż tylko rzeczywiste zrozumienie daje moc, a nam potrzeba jest mocy, by osiągnąć lepsze i zdrowsze ciało. Chcemy bowiem ostatecznie uwolnić się od choroby. Chcemy nowego życia i nowej radości z życia w każdym nowym dniu! Nasze ciała powinny stawać się z biegiem lat lżejsze, nie cięższe. Chcemy pewności! Chcemy uświadomić sobie nieskończonego ducha w każdej komórce - chcemy posiąść pogląd nieśmiertelności! Pragniemy zdolności, które dotychczas były zakazane "śmiertelnym!" Chcemy się wznieść ponad przypadkowości ciała, ponad cierpienie i śmierć ziemskiego ciała.

Czy to wszystko potrafią dać nam drzewa? W każdym razie mogą pomóc, gdy przenikniemy ich ducha, gdy staniemy się coraz więcej świadomi tej części nieskończonej siły, której żywym wyrazem są drzewa. Gdy będziemy na nie patrzeć jako na opał lub materiał do beczek, osiągniemy bardzo mało z ich życia. Kto rzeczywiście dojdzie do tego, że będzie kochał wszechświadomość w każdej z jej form, w zamian tej miłości otrzyma pierwiastek, co go na wskroś przepoi mądrością - mądrością, której ta forma jest składową częścią - której jest żywym obrazem. Przez miłosne zlanie się z ideą drzewa ludzkość kiedyś pozna, że z lasów można otrzymać inny, wyższy pożytek, niż ten, jaki mamy z budulca i drzewa opałowego. Miłość ta powie jej, że lasy z ich niezmiernymi powierzchniami miliardów gałęzi, konarów i liści są idealnymi przewodnikami najwyższego duchowego pierwiastka, który powoli nagromadzają, a później oddają ludziom w miarę ich zdolności pochłaniania. Im żywiej bije w nas istota drzewa, ptaka, zwierzęcia, tym większy jest nasz udział w tych żywych siłach, które każda z tych organizacji wchłania i oddaje. Każda bowiem z tych form życiowych ma pewien sobie tylko właściwy rodzaj siły, który może przenosić nas przez sympatię - niejako życiowy eliksir wyższych duchów. Lecz miłość osiąga tylko ten, kto miłość daje! Przyciągać ku sobie miłość z nieskończoności możemy w tym samym stopniu, w jakim kochamy każdy przejaw nieskończoności, czy będzie to krzew, czy jagoda, owad, czy ptak. A nikt przecież nie może gnębić lub niszczyć tego, co rzeczywiście kocha. Tym specyficznym pierwiastkiem, który w nas spływa z każdej żyjącej formy, jest życie! W miarę tego, jak wchłaniamy w siebie ten pierwiastek, budzą się w nas siły, które tylko słowem "cud" dadzą się określić.

Zniszczcie lasy, a odetniecie tym siłom drogi działania. Zamieńcie dzikie drzewa przez sztuczne odmiany, a siły te zaraz znędznieją, jak nędznieje każde drzewo, dające "uszlachetnione" owoce - czyż np. jabłko "Calvilla" nie jest sztucznym produktem zwyrodnienia, tak samo jak wątroba tuczonej gęsi?

Gdy poczniemy się zbliżać ku młodości, szczęściu i zdrowiu, stosunek nasz do drzew i wszystkiego żyjącego zmieni się zupełnie. Poznamy wkrótce, że jak tylko ukochamy drzewa, rośliny, owady, ptaki i zostawimy je w spokoju, część nieskończoności, która stanowi ich istotę, spłynie w nas.

"Lecz czyż można żyć" - spytają ludzie - "bez opału, bez roślinnego lub zwierzęcego pożywienia?"

Tak - ale czyż w wieczności jest tylko jedna forma życia? Czy warunki życia nie zmienią się z czasem stosownie do naszej wrażliwości! Przecież już teraz milionom ludzi każe najgłębszy instynkt ze wstrętem odsuwać się od zwierzęcego pożywienia. Zapewne - ludzkość nie może od razu, w jednym momencie, zaprzestać gwałtu nad roślinnym i zwierzęcym państwem. Dopóki istnieje pragnienie dotychczasowego odżywiania, pragnienie to powinno być zaspokajane - tylko naturalne zamieranie takich popędów ma wartość. Gdy duch sam ustanawia te rzeczy, staje się to samo przez się, z wewnątrz, na zawsze! Błędem ludzkości było, że zbyt często usiłowała uduchowić się przez siłę własnej woli, wstrzymując się za pomocą postów, pokut itd. od rzeczy, których pożądała. Nie mogła przy tym nigdy przez takie środki uwolnić się od chorób, upadku i śmierci. Nigdy nie odnowiła w ten sposób swego ciała. Rozkładało się ono zupełnie tak samo, jak ciało hulaków i opojów. Asceza jest to brak zaufania w moc nieskończonej świadomości, że ona zaprowadzi nas ku wyższym stopniom rozwoju. Starać się samemu o otrzymanie zbawienia, jest jednym z największych grzechów, gdyż odcina to człowieka - przynajmniej na pewien czas - od nieskończonej świadomości oraz od życia, które mu bywa zsyłane, dopóki tylko modli się i ma ufność. Nie ma żadnej innej ścieżki do wydobycia się ze złych nałogów, błędów i występnych przyzwyczajeń, jak tylko nieustanna prośba, by wygasło pożądanie, z którego te wady ciągle na nowo powstają.

Przy każdym tchnieniu mówi nieskończona świadomość: przychodźcie do mnie - żądajcie ode mnie - znajdujcie mnie w każdym tworze, wówczas będę na was zsyłała ciągle nowe ciała i duchy, które przemienią wasze zwyczaje, namiętności i życzenia tak, że powoli opadnie z was wszelka gminność i wszelkie mgliste, przeciwne prawu pożądanie, a na ich miejsce spłynie z obszarów duszy radość, której osiągnąć dziś nikt nie jest w stanie.

W tym samym stopniu, w jakim wyrastamy ku szlachetniejszemu i dłuższemu życiu, uczymy się szacunku dla wszystkiego, co żyje, rozsiewając wszędzie wolność, ponieważ - kochamy. Nie kochamy jednak ptaka, którego trzymamy w klatce - kochamy tylko naszą przyjemność w tym ptaku. Najwyższa miłość do wszystkiego, co żyje, jest więc drogą do samego życia, które w nas spływa, jak gdyby z tysiąca elektrycznych stosów - i to nie tylko z ptaka, z drzewa, owada, lecz z wirującej śniegowej zamieci, z burzy czy z morza! Nie jako sentymentalny sposób widzenia, lecz jako żywa siła! Dlaczegóż ta miłość nie jest w nas wrodzoną? Dlaczego potrzeba jeszcze tylko męki i trudu i śmierci? Nie wiemy! Dość, że widzimy przed sobą drogę, która wyprowadza z tego wszystkiego, co nazywamy złem.

WARTOŚĆ PRAKTYCZNA MARZEŃ

Myśleć bezustannie podczas czuwania - zbyteczne. Jest to wyniszczające przyzwyczajenie, które sprowadza ten tylko skutek, że pewna grupa myśli powtarza się aż do wyczerpania.

Jednym z najpodnioślejszych źródeł wszelakiej mocy i zbawienia jest zdolność wyłączania według swej woli pozytywnych myśli - trwając w zupełnym fizycznym spokoju, oddać się marzeniom. Widzieć tylko kawałeczek krajobrazu, który drży przed oczami, lub dać ciągnąć przed swą świadomością mglistym obłokom.

Sześćdziesiąt sekund marzenia - to sześćdziesiąt sekund żywego spokoju dla ciała i ducha. Nawet w niższych sferach materialnego powodzenia ten będzie zwycięzcą, kto potrafi odpoczywać według swej woli, to jest stawać się biernym i samowolnie odpychać od siebie swe myśli. Trzyma on za cugle życia, gdyż w takich momentach skupienia otwierają się wrota dla nowych idei, planów, przedsięwzięć, które uchwycone cicho, mocno, w czujno-świadomym stanie - przynoszą wypełnienie, realność.

Ludzie dzisiejsi nie znają wytchnienia - z roku na rok biegają jak opętani w kołowrocie tych samych myśli! Czyż mogą oni w tym szalonym stanie posiąść zdolność spostrzegania okoliczności, które spotykają na drodze? A gdy nawet je spostrzegą, brak im odwagi do sprężystego chwytu! Robią dzisiaj absolutnie to samo, co wczoraj i przy tym tylko dlatego, że wczoraj czynili to samo. Niewolnicy własnego uczucia, które ich utrzymuje na łańcuchach silniejszych od stali, w przekleństwie zawsze jednakowych, lecących gdzieś, psich myśli! Myślą oni zawsze, że mają coś do zdziałania - przede wszystkim rękami i mózgiem! Nawet we śnie śpieszą gdzieś bezmyślnie, jak ślepe konie na postronku! Ich przebudzenie jest bez świeżości, sen nie jest dla nich życiodawczym źródłem, jak np. dla tych, którzy posiadają kulturę marzeń, ześrodkowania lub skupienia. W czasie podróży morskich będą ci niespokojni barbarzyńcy wędrować przez wszystkie kajuty, z jednego końca okrętu na drugi, będą szukali nie wiadomo czego! Na kolei żelaznej opanowuje ich tylko jedno niecierpliwe życzenie, by jak najprędzej przybyć do celu, lecz gdy przybędą, nie wiedzą najczęściej, co mają ze sobą zrobić! W ich własnym domu trwa ciągle jakiś ruch, jakaś gospodarka, lecz w końcu dnia okazuje się, że nic nie zrobiono, zresztą na rzeczywistą ich korzyść i prawdziwą pomyślność!

Wielkie naprężenie umysłowe - lecz po co? Maszyna obracająca się na próżno, gdyż nie ma żadnej roboty!

Cygaro generała Granta wygrało więcej bitew, niż jego miecz! Bo pominąwszy działanie nikotyny, sam akt wciągania i wypuszczania dymu, mimowolna obserwacja rozpływających się obłoków stwarza pewien nastrój skupienia - bierny, marzycielski stan, gdyż duch wtedy nie tylko wypoczywa, lecz odbiera nowe natchnienia.

Nie chcę przez to ani polecać, ani osądzać palenia. Tytoń jest jednym z wielu niedoskonałych środków do sprowadzania pożądanego stanu, który zwykle z większym pożytkiem da się osiągnąć na innych, wewnętrznych drogach.

Jedna droga z wielu: ten, kto czyta te stronice, niech od czasu do czasu się zatrzyma, niech oprze się na fotelu z biernie opuszczonymi ramionami wzdłuż ciała, trzy, cztery sekundy, nie myśląc nic. Jakaś chmurka, słup dymu lub jakieś drzewo, gałąź poruszana wiatrem niech zatrzyma wzrok, dopóki to sprawia przyjemność, nie dłużej. Kto zaś nawet pięciu sekund nie może być w spokoju, ani fizycznie, ani duchowo (a takich jest wielu, co tego nie może), niech unika przynajmniej zbyt raptownych nerwowych ruchów. Jest to pierwsza lekcja w wysokiej sztuce marzycielstwa, czyli umysłowej abstrakcji. Użycza się w ten sposób swemu ciału atomu prawdziwego wypoczynku. Duch przyciągnął do siebie jeden atom żywej siły, który już nie może być utracony. Kto ma do przezwyciężenia niepokój całego życia, nie powinien oczekiwać od razu zupełnego powodzenia. Lecz posiew spokoju jest już w nim zasiany! Myśl ta już go więcej nie opuści. Nie powinno się jednak jej nazbyt pielęgnować. Wszystko musi wyrosnąć i wyrośnie rzeczywiście, kiedyś, samo przez się, z wewnątrz.

Każdy człowiek ma możność opanowania kompletnie swego ciała aż do (tak fałszywie nazwanych) najtrywialniejszych aktów codziennego życia, jak np. wstawanie, chodzenie, zamykanie lub otwieranie drzwi, odwracanie kart książki.

Kto potrafi w czasie czuwania zachować nastrój kontemplacji, osiągnie wkrótce bardziej pokrzepiający i zdrowszy sen - gdyż dominujący nastrój dnia określa również nastrój następującej nocy.

Bezsenność odpowiada psychicznemu rozprężeniu - raptownemu skurczowi myśli, które utrzymuje człowieka w ciągu wielu godzin wahającym się to tu, to tam, niezdolnym do snu, z członkami płonącymi ze znużenia. Lecz wraz z kulturą spokoju rośnie wola do mocy, która na zawołanie może sprowadzić sen, czyli absolutną bierność.

Nigdy nie należy ćwiczyć się w myślowych nastrojach, gdy się to okazuje niewygodne lub nudne - to tylko opóźnia. Jedynie w tych momentach, w których sprawia nam to mimowolną radość, trzeba się ćwiczyć. Tajemnicą i pięknością wewnętrznego rozwoju jest to, że rośnie on, jako żyto lub pszenica, w milczeniu, nieświadomie! Za dwa, trzy, pięć lat zmienią się wszystkie gesty, staną się nawyknieniem, będą harmonijne. W tej anarchii myślowej, w której ludzkość obecnie żyje, ciało faktycznie rozrywane jest na części przez rwące myśli, które bez celu, bez sensu są wszędzie - to tu, to tam, wszędzie - w każdym czasie - niepowściągnione! Każda czynność, każdy krok może stać się źródłem zadowolenia w tej samej mierze, w jakiej rośnie wesołość, jeżeli tylko krok ten nie okaże się przeszkodą, zatrzymaniem się w gonitwie za zbytkiem, za nadmiarem. Co jednak robi się z ochotą, robi się dobrze, w ten sposób układa się powoli całe życie z doskonałych pierwiastków, z których żaden nie niszczy nic, co drugi wybudował. Każdy pojedynczy czyn staje się nowym magnesem, który z wolna nabiera mocy; a to, co ludzkość mogłaby przez te proste ćwiczenia spełnić, można by nazwać wprost "cudami".

Chrystus i Mojżesz, wszyscy jasnowidze i magowie byli pełni "spokoju". W ten sposób zbierała się w nich duchowa siła, która ześrodkowana później na chorym, napełniała go nowym życiem.

W historii Marty i Marii - Maria wybrała lepszą cząstkę, ponieważ z dala od domowych trosk zdobywała sobie w cichości siły, które później odpowiednio skierowane zdziałały w jednej sekundzie więcej, niż zdziałała Marta przez swe całodzienne umartwienia.

Marta zapracowała się - Maria się odbudowała! Kultura spokoju podnosi również przytomność ducha. Przytomność ducha jest to przecież zdolność zmobilizowania w każdej żądanej chwili wszystkiego, co tylko posiadamy z wiedzy, energii, odwagi i taktu. Tylko jednoczesna, natychmiastowa obecność wszystkich własności nadaje im wartość. W spokojnym duchu są te własności zawsze ześrodkowane i nie gonią, rozstrzelone, za tysiącem przedmiotów.

Nastrój kontemplacyjny jest to wypoczęta załoga myślowej fortecy. Rwący się naprzód, nerwowi i dlatego zawsze zmęczeni ludzie rzadko kiedy mogą się czymś odznaczyć, nie są oni magnesami, które pracują przez spokój, a przez czyn nie tracą na sile, lecz przeciwnie - nabierają mocy.

Kto potrafi zachować siłę i dać wypoczynek swemu duchowi, będzie miał nerwy jak stal, będzie wypływał zeń ten fluid, który uczyni mu posłusznym najbardziej nieujarzmionego rumaka. Odwaga jest jak magnetyczny obłok, którego nic nie może przeniknąć na wskroś!

Możliwości, które tu widzimy, są nieograniczone. Ciało może być doprowadzone do tego, że będzie się opierało wszystkim materialnym wpływom - każdy organ może okazać dziesięć razy więcej odpornej siły niż dotychczas!

Marzycielstwo tak samo, jak każda inna zdolność, może się rozwinąć do przesady, jak np. u ludzi, którzy czuwają śpiąc i nie wiedzą, co czynią ich ciała. Brak im pozytywnej siły, by wziąć się z własnej woli do czynu, gdy czyn jest potrzebny. Musi być ustanowiona jakaś równowaga pomiędzy pozytywnym a negatywnym całokształtem sił, człowiek musi się nauczyć pogrążać siebie według swej woli w ten lub inny stan - kiedy, gdzie i jak długo mu się podoba. Przy tym strata i przyrost sił mogłyby być tak dokładnie uregulowane, że zawsze, przy każdej zmianie stanu zebrałaby się pewna nadwyżka, tak samo jak inżynier zostawia na zapas zbywającą parę. Wielu ludzi wydaje od razu to, co przyjęło - i oto, gdy przyjdą nieprzewidziane wypadki, stoją bezradni, bez żadnej pomocy.

 

Z rosnącym uzdolnieniem do kontemplacji zmienia się również oddech i puls. Sztucznie ćwiczone oddychanie za pomocą przepony brzusznej, "pranajama", długie metodyczne wdychanie indyjskich joginów jest naturalnym skutkiem zewnętrznym pewnego wewnętrznego stanu wraz ze wszystkimi cudownymi znakami na ciele i duchu.

Istnieje pewien oddech duszy, pewien psychiczny rytm, którego widocznym odpowiednikiem jest oddech płuc. Kto żyje w potoku odbudowujących myśli, w który może się zanurzyć przy pomocy marzeń, ten jest już zdolny wchłonąć w siebie pewien wewnętrzny element, pewną atmosferę swobodniejszą, mocniejszą, niż powietrze ziemi - pranę hindusów.

Z tego boskiego eteru wyciąga człowiek eliksir życia! Obdarzy go on w materialnej sferze przemożnymi siłami, by mógł spełnić dzieło życia, które będzie potrzebne.

TAJNIA SNU, CZYLI NASZA PODWÓJNA EGZYSTENCJA

Żyjemy, działamy, cierpimy, cieszymy się zarówno we śnie, jak w stanie czuwania. Posługujemy się wówczas subtelniejszymi duchowymi zmysłami, które wszyscy posiadamy w zarodku i wobec których wzrok, powonienie, dotyk, smak, słuch fizycznego ciała są tylko bladymi kopiami.

Ta strona naszego bytu gaśnie, gdy tylko nasze zewnętrzne zmysły przy przebudzeniu poczynają działać - bo dzienna świadomość jest zdolną do zatrzymania tylko fragmentów tych scen, zdarzeń i doświadczeń, które przeżywamy, gdy ciało nasze leży pogrążone w bezświadomości. Takie fragmenty - często niepowiązane, nieokreślone i mgliste - nazywamy snami.

Sny nasze są to przymglone ślady prawdziwego życia - życia, które odgrywa się w innych zmysłach i tylko częścio-wo utrzymuje się w naszej dziennej świadomości.

Wstęga myślowa (srebrny węzeł pośredni) wiąże we śnie ciało z duchem - chociażby nawet duch oddalił się od ciała. Przez związek ten posyła duch śpiącemu ciału prąd życiowy dobrego lub szkodliwego rodzaju, odpowiednio do zakresu myśli, w których się duch obraca.

Śmierć, tj. zaguba ciała następuje, gdy węzeł ten zostanie przerwany. Gdy duch wzniesie się do stanu, który mu pozwoli wchłaniać nowe myśli i prawdy, węzeł staje się mocniejszym i może się wcale nie przerwać. Stajemy się wówczas podobni do artezyjskiej studni, która tryska w życie wieczności.

W ten sposób przeżywamy dwie różne egzystencje, które nawzajem jedna drugą niweczą. W ciągu 24 godzin jesteśmy dwiema, zupełnie odrębnymi istotami, które prawie nic o sobie nie wiedzą. Żyjemy codziennie w dwóch bliskich bardzo światach, oddzieleni otchłanią nieświadomości. Posiadamy materialną zdolność pamięci, której nasza uduchowiona egzystencja wcale nie notuje, tak samo jak uduchowiona pamięć wyłącza życie dzienne.

Już Paweł mówi o przyrodzonym i o duchowym ciele. Ten duch-ciało istnieje jednocześnie z ciałem fizycznym, a więc także po jego upadku, tak samo jak istniał przed jego urodzeniem.

Zarówno w dzień, jak i w nocy, czy śpi, czy czuwa - człowiek składa się zawsze z dwóch istot, które są obce sobie, choć wykwitają z jednego ducha. W dzień używa ten duch ciała, jak górnik, który, zanim spuści się do szybu, wdziewa szorstką odzież. W drugiej egzystencji nie używa on wcale cielesnych zmysłów - a wszystko przeżyte tam w "górze" przy dziennej świadomości przedstawia się jako wspomnienie snu, naturalnie tylko w myślowych i zmysłowych formach dziennego życia.

W miarę tego, jak rozwija się nasza prawdziwa jaźń, uczymy się posługiwać wprost tą wyższą grupą zmysłów, nie przenosząc jej wcale w zakres fizyczny.

Kolumb odkrył nowy świat. Ale w każdym z nas istnieje pół świata - pół życia, które oczekuje, aby je odkryć, a później pielęgnować, poprawiać i wynieść wreszcie na światło dzienne w prawdziwym znaczeniu tego wyrazu.

W miarę tego, jak nasze duchy lub dusze rozwiną się w tej lub najbliższej egzystencji, zjednoczą się te dwa światy, czyli dwa istnienia tak, że będziemy w możności żyć świadomie w obydwóch. Prośba i pożądanie zbliżą nas do tej tajni. "Bezustanna modlitwa", tj. uporczywe życzenie poznania prawdy objawi nam te wielkie siły, których zarodki tkwią w nas uśpione i wtedy życie stanie się innym, niż to, które zna nasza smutna teraźniejszość.

Wówczas oglądać będziemy w radości obydwie egzystencje. Teraz znajomość ta przyniosłaby nam mało pożytku, gdyż nasza wiedza przyzwyczaiła nas nawet we śnie wędrować przez ten sam świat trosk, kłopotów, gniewu, niepowściągliwości, w którym wielu ludzi zamieszkuje i w stanie czuwania. Na szczęście jednak mało tylko pozostaje z tego w naszej dziennej świadomości - w przeciwnym razie istnienie byłoby podwójnie nędzne. Lecz złe skutki tego błąkania się w głębszych duchowych obszarach zostają zawsze. Dwie godziny, spędzone w czystym królestwie marzenia, dają więcej siły i świeżości, niż dziesięć godzin z niższych obszarów snu.

Sen jest stanem spokoju i duchowego odrodzenia nie tylko dla duchowej istoty, lecz i dla fizycznego ciała. Oko, które widzi we śnie, patrzy daleko jak myśl - jest na najbardziej zewnętrznym krańcu myślowego promienia. Duch nasz idzie we śnie do odpowiedniego dlań duchowego świata i mieszka w nim. Stamtąd wraca na powrót, obarczony właściwym pierwiastkiem myślowym tamtej sfery - pierwiastkiem, który przynosi ciału moc albo bezsiłę, radość lub ból. O ile tylko duch nasz jest lotny i czysty, pełny tęsknoty do mocy i dobra - tęsknoty do wiary w olbrzymie możliwości bytu i wiecznie młodego, pięknego, wolnego od niedoli ciała - przynosi on zawsze ciału ze snu trochę tych dóbr. Lecz jeżeli jest ciasny i zazdrosny, wierzący tylko w to, co da się widzieć i wyczuć - przywarty do śmierci i materialnego majaka - wtedy wnosi w fizyczne życie ze swego świata coraz to nowe pierwiastki upadku. Sen nie zawsze oznacza wypoczynek. Niespokojny, troszczący się o wszystko, wyszydzający i złośliwy duch rzuca się (o ile nie przyjdzie na pomoc modlitwa o spokój i siłę) w sferę pośpiechu; a przy ocknieniu użycza znów ciału tego samego niepokoju. Jeżeli ten duch skierowany jest na myśl choroby, wtedy przechodzi w świat cierpienia i nasyca później tym cierpieniem obudzoną świadomość.

Dlatego też powinien każdy chory ześrodkować przed snem swe myśli na obrazy zdrowia - powinien sobie powiedzieć: "tylko narzędzie, którego używam, jest uszkodzone. Istotą moją jest myśl. Moje duchowe "ja" jest zdrowe i powinno podczas snu uzdrowić me ciało".

Niechaj mówi to sobie co wieczór, a jeżeli skutek nie nastąpi od razu, niech sprawdzi, czy nie należy poprawić błędów myślowych całego życia, czy duch jego nie wyrasta z tych błędów i czy na przyszłość potrafi być pewnym i nieugiętym.

Nieświadome życie podczas snu jest ważniejsze niż czuwająca egzystencja, gdyż jest całe oddane duchowym zmysłom i ich rozwojowi. Nasz prawdziwy byt jest to ta niewidoczna siła, o której nasza codzienna, cogodzinna myśl daje świadectwo. Myśli są podwaliną ciała; myślenie nasze jest wiosną, która karmi źródła życia.

Duch nasyca ciało podczas snu swymi właściwymi przekonaniami i poglądami. Kto bez żadnej wątpliwości, nie pytając nikogo, wierzy mocno, że ciało jego z biegiem czasu musi wykazać oznaki starości i upadku, temu własny jego duch użyczy myślowych pierwiastków śmierci. Kto w swych godzinach czuwania dopuszcza myśl, że zamieranie ciała po pewnym określonym czasie jest rzeczywiście absolutną koniecznością - a nie wiarą przyzwyczajenia, płynącą z krótkiego doświadczenia ludzkości - tego własny duch ostrzeże, by nie błąkał się podczas snu po obszarach pozytywizmu i w tej małej zamglonej sferze śmierci, po której rasa nasza krąży teraz bez wytchnienia, jak schwytane zwierzę. Nawet prośba o wiarę w nieśmiertelność ciała przynosi z czasem oznaki i dowody dla takiej wiary. Duch trwa wtedy we śnie przy myślach o młodości, o pięknej sile - i myśli te biją w ciele w ciągu wielu, wielu nocnych godzin, a więc przez pół życia. Części składające ciało zmieniają się wiecznie! Ciało nasze nie jest tym samym, któreśmy posiadali przed dziesięciu, piętnastu, dwudziestu laty - ponieważ i duch nie jest ten sam, podług ducha zaś zmieniają się i komórki organizmu.

Nowe ciało tworzy się zależnie od tego, czy duch wzrasta w nowe prawdy, czy też kostnieje w starych błędach. Wiara nasza, jakąkolwiek by była, urzeczywistnia się w ciele i krwi. Jeżeli wierzycie w zniszczenie, to i ciało i krew wasza wypiastują w sobie znaki zniszczenia. Nosimy zawsze przed sobą nasze panujące myśli! Gdy duch oddziaływa na ciało, posyła do wszystkich organów duchowe pierwiastki, które wyssał z własnego świata; pierwiastki te przybierają rzeczywistą postać, krystalizują się niewidocznie w ciało i krew, podobnie jak z wolna powstają twarde kryształy z jasnego zupełnie roztworu - jak drzewo z niewidocznych cząstek ziemi i powietrza wydaje liście i owoce! Kto więc z roku na rok krąży w kole tych samych błędów, użycza ciału pierwiastków tych błędów i pomaga im do urzeczywistnienia się w ciele. Można by to nazwać również grzechem! Znakiem grzechu jest zawsze brzydota, upadek, śmierć - cielesne lub duchowe cierpienie.

Lecz chociaż duch ten najczęściej jest głuchy na wszystko, zawsze jednak dąży ku górze i użycza ciału podczas snu czegośkolwiek z tej subtelnej siły wyższego bytu, niestety - zawsze niemal zmieszanej ze słabością i upadkiem.

Kto żyje osiemdziesiąt lub dziewięćdziesiąt lat, posiada silniejszego ducha (lecz nie inteligencję), niż ten, kto umiera w trzydziestym roku swego życia. Silniejszy duch żąda instynktownie większej siły - chociaż zupełnie nieświadomie. Głównym jednak błędem tych osiemdziesięcio- i dziewięćdziesięcioletnich ludzi było to, iż uwierzyli, że muszą w końcu umrzeć. Ta stała myśl była w nich tak samo, jak w całym ich otoczeniu, które temu mniemaniu wtórowało i okryło nim głowy starców jak chmurą. Powstała niezmierna siła, lecz skierowana na fałszywą drogę - siła słowa "musi", tego największego niszczyciela, lub twórcy, zależnie od woli!

Modlitwa poranna oraz cielesna nasza egzystencja powinna być skierowana na to, by wyprosić pomoc od nieskończonej świadomości - by można było brać udział w każdym życiu, w rosnącym drzewie, w chmurach, oceanie, w ptakach, gwiazdach i słońcu. Wszystko, co widzimy naokoło siebie, jest tylko częścią ich bytu, poza nimi zaś istnieje odrębne życie, jakiś inny pierwiastek, niewyczuwalny przez fizyczne zmysły - tajnia czy duch, który rozkazuje, wprawia w ruch, ożywia. Dusza nasza posiada cudowną zdolność przyciągania do siebie pewnej części tej żywej mocy i zachowania jej na zawsze! Jeżeli ujrzymy jakiś kwiat, prośmy o jego piękno, jeżeli ujrzymy morze, prośmy o jego siłę. Kto zobaczy jakąkolwiek rzecz, która ma piękny kształt, jest delikatna lub silna, niech prosi o jej piękny kształt, o delikatność, o siłę. Nieskończona świadomość jest w tym wszystkim - i gdy pogrążymy się w miliardy żyjących form, pogrążymy się jednocześnie w nieskończoną świadomość, będziemy jednoczyć się z nią coraz więcej i więcej i wreszcie osiągniemy cząstkę tego szczególnego wdzięku i siły, która ma swój własny wyraz w każdej rzeczy. Gdy za dnia zmysły fizyczne czuwają i są dobrze skierowane, mogą przyciągać do siebie te siły. Żadne zajęcie nie jest na tyle wyczerpujące, by nie można było poświęcić chociażby minuty na ten cel - a minuta ta jest zawsze siłą twórczą. - Działalność nocy jest inna. Zmysły wtedy nic nie ciągną do siebie, lecz siła, która w czasie czuwania była zajęta, powstaje teraz i pomaga duchowi, by szedł naprzód, w niewidoczny świat, z którego powinien przynieść nowe skarby. Im wyżej duch ten się wznosi, tym potężniej wchłania w siebie duchowe pierwiastki, tym mocniejsze stają się duchowe zmysły, które w końcu docierają do dziennego życia.

Ciało i duch zawsze działają na siebie wzajemnie - umacniają się, dopełniają, zmieniają. Ciało podobne jest do korzeni drzewa - gałęzie i liście do ducha. Korzenie ciągną z ziemi siłę, aby dać życie pniu, gałęziom, liściom, kwiatom i owocom, liście zaś i zielone gałązki wchłaniają z powietrza i świata pierwiastki, bez których pień i korzenie musiałyby zginąć. Duch nasz, o ile tylko dobrze jest skierowany, wchłania z góry, podobnie jak liście, pewien pierwiastek w czuwające życie naszego ciała. W ten sposób powstali ci, co jak naucza Stary Testament, "obcowali z Bogiem" i ich ciało fizyczne trwało przez tak długi czas, że teraz wydaje się nam to wprost bajką! A niektórzy szli wprost do Boga, nawet nie ulegając śmierci.

Czytamy to np. o Enochu w Genesis V-23, 24.

Życie Enocha było stosunkowo doskonałe. Duch jego miał dość siły nad swą psychiczną istotą, by zdematerializować, uduchowić ciało tak, że stało się niewidzialne. O takich wypadkach Biblia wspomina kilkakrotnie. W miarę tego, jak będzie powstawało naprzód uduchowienie naszej rasy (a stanie się to rzeczywiście), dematerializacja ciała zastąpi śmierć. Lecz najwyższym celem ludzkości jest doprowadzenie uduchowienia ciała przez powolne odradzanie do tego stopnia, by odpowiadało ciągle wzmagającym się potrzebom ducha - by zawsze było już uformowane ciało, gdy zużyte rozpadnie się, komórka po komórce.

Kto cierpi na bezsenność, niech powie sobie z samego rana: "Dzisiaj w nocy będę dobrze spał, muszę spać i błagam o pomoc nieskończoną świadomość, by zesłała mi sen!" W ten sposób utworzą się warunki, które już podczas dnia wydzielą pierwiastki dla odpoczynku w nocy. Kto w ten sposób skoncentruje się z samego rana, przywoła ku sobie na pomoc całą duchową siłę wzrastającego dziennego prądu. Gdyż wszystkie rzeczy stosownie do naturalnego, zdrowego porządku życia są najsilniejsze wtedy, gdy ziemia jest obrócona ku słońcu. - Cierpiący na bezsenność niech próbuje tego sposobu dzień po dniu. Niech nie traci odwagi, jeżeli od razu się nie uda! Niech nie bierze swych dziennych trosk ze sobą do łóżka, niech spokój i sen panują w jego myślach.

Są ludzie tego rodzaju, że gdy głowa ich dotknie się tylko poduszki, zaczynają zaraz rozmyślać, układać plany, pracować, prowadzić spory i trudzą się w ten sposób więcej, niż zwykle - wprost z przyzwyczajenia, które w nich tkwi nieświadomie. Duch jest wówczas zepsuty, skierowany w przeciwną stronę. Chce on uporczywie żyć fizycznie wtedy, gdy powinien znaleźć swą psychiczną formę. nają sprawy oskarżonego.

Adwokaci twierdząc, że zawód iZostaje nawet we śnie w sferze pośpiechu i ten sam pośpiech oddaje ciału z powrotem. - W czasie bezsenności powinno się, o ile to możliwe, zmienić pokój, w którym się śpi. Również zmiana miejsca uwalnia od "klątwy" bezsenności. "Klątwą" tą jest myślowa sieć, która zesnuwa nas z otaczającymi rzeczami. Spojrzenie, dotknięcie ścian lub mebli jakiegoś pokoju związują zaraz nasz byt starą nicią monotonnych myśli. Użycz swemu duchowi pierwiastków spokoju, by mógł się skupić. Śpiący w pokoju lub w domu kot jest lepszym towarzyszem, niż nerwowy, niespokojny człowiek, który bezustannie przechodzi z miejsca na miejsce i nie może znaleźć wytchnienia. Prócz tego zwierzę wchłania zwykle w siebie nasz niepokój i wynosi go z domu. Z tego powodu dobrze jest trzymać koło siebie młode, silne, niewinne zwierzęta, ale nie takie, które muszą siedzieć w klatkach, lub które w ogóle pozbawione są wolności. Wolne zwierzę, z którym dobrze się obchodzimy, wchłania w siebie duchowe pierwiastki, wysłane przez nas. Gdyby pierwiastki te pozostały w naszej aurze, moglibyśmy je łatwo wessać na powrót. Ale zwierzęta zabierają je bez żadnej szkody dla siebie. Pewne napomknienie o tym dziwnym akcie znajdujemy w starożydowskim zwyczaju "ofiarnego kozła", którego corocznie naładowywano wszystkimi grzechami całego ludu, a później wyganiano na pustynię.

Kto wpadł w niebezpieczne przyzwyczajenie używania narkotyków lub środków nasennych i nie może wyzbyć się od razu tego nałogu, powinien mówić do siebie za każdym razem, kiedy przyjmuje ten środek: "Błagam najwyższą świadomość, by oswobodziła mnie, o ile można najprędzej, od konieczności korzystania ze sztucznej pomocy. Proszę, by ten środek, chociaż jest podobny do spróchniałego słupa, użytego na podparcie, wyniósł mego ducha na obszar czystych i pełnych mocy myśli. Proszę również o uwolnienie mnie od szkodliwego wyobrażenia, że tego zwyczaju nie będę mógł się wyrzec, oraz że środek nasenny nie przyniesie mi nie tylko pomocy, lecz na odwrót, wyrządzi szkodę!" Narkotyk bowiem szkodzi daleko więcej, jeżeli się myśli po cichu: "wiem, że on zniszczy całkiem moje zdrowie, lecz pomimo to muszę go zażywać", niż jeżeli zajmiemy w tej kwestii to duchowe stanowisko, któreśmy wyżej zaznaczyli.

Wszystkie rzeczy, dopóki nie wyrośniemy ponad konieczność ich używania, mogą być pożyteczne, lecz w każdym razie tylko wtedy, gdy używamy ich w odpowiednim duchu, tj. prosimy, byśmy otrzymali z nich najwyższe dobro i najmniejsze zło, i abyśmy uwolnili się możliwie jak najprędzej z tego niezdrowego i nienaturalnego stanu ciała i ducha, który z tych sztucznych środków wypływa.

PRĄDY MYŚLOWE

Rozwaga w myśleniu jest konieczną! To, co "ot tak sobie myślimy", nie jest wcale bez znaczenia, gdyż myśli płyną falami, jak woda i wiatr. Równe prądy wzmacniają się nawzajem, nierówne wykazują zjawisko interferencji.

Gdyby ten duchowy ocean był widoczny dla oka, każdy mógłby widzieć te drgające promienie, co idą od jednego człowieka ku drugiemu. Każdy poznałby wtedy, że ludzie tego samego temperamentu, charakteru i woli znajdują się w tym samym prądzie, tak samo, jak człowiek w rozdrażnionym i przygnębionym nastroju znajduje się na fali zetknięć ze wszystkimi, którzy są rozdrażnieni i przygnębieni - że każdy z nich działa jak element elektrycznego stosu, wytwarzając i wzmacniając prąd - a z drugiej strony, jak pełni nadziei, silni i przyjaźni również łączą i wzmacniają swe fale. Być przygnębionym, znaczy to włączyć się w szkodliwe myślowe koło. Jest to choroba, która nigdy nie da się wyleczyć od razu, jeżeliśmy przez dłuższy czas przyzwyczaili swego ducha do takich prądów.

Jeżeli pewna grupa ludzi rozmawia o chorobliwych zjawiskach, o przyczynach śmierci, agoniach, śmiertelnych scenach, gdy pielęgnuje w ten sposób trupi przedsmak grozy i przygnębienia, wtedy zwraca ona na siebie cały potok podobnych wyobrażeń - potok, który w końcu sprowadzi nieomylnie chorobę i cierpienie w jakiejkolwiek bądź formie.

Kto z jakiego bądź powodu mówi ciągle o chorych, długo z nimi przestaje i bezustannie o nich myśli, ten ściąga na siebie falę, której złe skutki objawią się niezawodnie w jego ciele. Mamy daleko więcej do ratowania i obrony w sobie, niż przypuszczamy.

Gdy mężczyźni omawiają z sympatią i zainteresowaniem swe przedsięwzięcia, wytwarza się potok nowych produkcyjnych pomysłów, ponieważ właśnie wtedy, kiedy koło zostaje zamknięte bez tajemnych podejrzeń, lecz w szlachetnym, przyjaznym dążeniu, tryskają nowe myśl jak iskry!

Podróżuj tylko w wielkim stylu, stawaj w najwykwintniejszych hotelach, ubieraj się ze smakiem! Jeżeli środki nie pozwalają ci na to, czyń to przynajmniej w myślach! To będzie pierwszy krok w kierunku powodzenia, pierwsze stąpnięcie w prąd tych, co zdobyli już powodzenie! Czyja myśl przez fałszywą oszczędność skierowana jest tylko na rzeczy tanie: na tanie mieszkanie, tanie pożywienie, tanią odzież, ten wpada w falę niedostatku, niewoli i bojaźni! Plany nasze i nasze poglądy na świat są przez to tłumione, paraliżowane, nasze skrzydła łamią się. Atmosfera niedostatku, jeżeli ją długo w siebie wchłaniamy, czepia się duszy i od razu zostaje odczuta przez tych, którym się powodzi. Uciekają oni, gdyż od razu widzą brak tego pierwiastka, który ich samych unosi i pcha naprzód - odchodzą i tłumią w sobie prędko potok naturalnej sympatii, który wypływa z nich sam przez się.

Sympatia jest najważniejszym czynnikiem każdego losu. Mania do wszystkiego, co tanie, płynie równolegle z obawą i niepowodzeniem - nie trafi nigdy w prąd radosnego czynu i zwycięskiej mocy! - Ludzie, którzy żyją w tych dwóch prądach, nie spotkają się nigdy - kto chce zbliżyć się do zwycięzców życia, musi zmienić kierunek swej duchowości, a wtedy znajdzie ich na swej drodze!

Gdy ludzie życzą sobie nawzajem niepowodzenia i swą złość wylewają na innych, wszystko szkodliwe spada na nich samych z dziesięciokrotną siłą. Przyciągają do siebie myśli, które wewnątrz nich szerzą zarazę! Myśli, które snują się najczęściej w naszej głowie, urzeczywistniają się najsilniej w organizmie. Wchłaniamy w siebie błędy i niedoskonałości innych, ponieważ wiążemy się z nimi duchowo. Plotka przecież oczarowuje!

Jest pewien szał i ekstaza w skandalu i w cyzelowaniu cudzych niedoskonałości - równa niemal szampanowi! Lecz w końcu przyjemność ta wypada dla nas zawsze bardzo drogo!

Jeżeli dwie osoby mogłyby się na to zdobyć, aby spotykać się w regularnych odstępach czasu, o ile możności w tym samym miejscu i zawsze o tej samej godzinie i prowadzić rozmowę z jasną, radośnie pewną myślą o pięknie, mądrości i sile ciała i ducha - gdyby mogły otworzyć na oścież wrota swej duszy - gotowe do przyjęcia w pokorze od najwyższej mądrości myśli, środków i dróg do osiągnięcia zupełnej piękności, zdrowia i siły, gdyby znajdowały przyjemność w tych spotkaniach, gdyby bez przymusu potrafiły je dalej prowadzić - bez pobocznych lub ukrytych myśli - osoby te stanęłyby w końcu roku przed skutkami tych godzin jak przed cudami z krainy bajek.

Tylko dwoje ludzi, nie więcej, powinno na początek spróbować tych ćwiczeń, gdyż jest trudniej, niż się wydaje, znaleźć choćby tylko dwoje ludzi, którzy by potrafili pogodzić swe nastroje. Również chęć do takich spotkańr powinna nastąpić mimo woli - gdyż inne, obce motywy wyłączyłyby zaraz najwyższy prąd ku dobru.

Rozumie się, że skutki rosną wraz z liczbą pragnących. Indianie Ameryki Północnej wzbudzali podług tej zasady ekstazę wojennego tańca. Milczące koło wielu tworzyło jedno pragnienie - i im więcej kierowali oni swą wolę na ten jedyny cel - wzbudzenie ekstazy - tym prędzej powstawał szał i ekstaza tańca. U mówców, aktorów dzieje się to samo.

Częstym błędem i to właśnie u najlepszych ludzi jest to, że zbyt wielkie nadają znaczenie swym własnym wadom i w ten sposób je tylko wzmacniają. Wystarcza, jeśli wada zostanie poznaną - nie trzeba ciągle powtarzać: "jestem tchórzliwy, słaby, w złym humorze, nieprzezorny". Daleko lepiej jest przyciągać ku sobie myśli mocy, radości, odwagi, ostrożności, wybudować z nich obraz swego "ja", a o wadach swych nie myśleć.

Nie jest to wcale moralizowaniem - nie mówię wcale w tym szkicu: "to masz robić, a tego unikać". Wskazuję tylko na przyczynę i skutki. Kto kładzie swą twarz w ogień, stanie się czerwonym, poranionym, oszpeconym, gdyż poddał się działaniu tego elementu - poddaj się pożarowi zazdrości, nieżyczliwości i złej woli i wtedy staniesz się również w jakiej bądź formie zranionym i zeszpeconym przez pewien element, który, choć niewidoczny, jest tak samo rzeczywisty jak ogień.

Wszystko, co jest wstrętne i niedoskonałe - przywary naszych bliźnich, brzydkie i nieprzyjemne rzeczy powinny być usunięte całkowicie i możliwie jak najprędzej z naszej świadomości. W przeciwnym bowiem razie te myślowe obrazy zostają w nas, aby w końcu urzeczywistnić się na swój własny sposób. Kto przedstawia sobie pewnego człowieka zawsze w tym momencie, kiedy ten popełnia pewien błąd - w końcu sam na pewno popełni ten błąd.

Lepiej jest daleko zagłębić się w wyobrażenie falującego kłosami pola lub burzliwego morza, niż wczytywać się w okropności miejscowej kroniki gazeciarskiej. Nawet nie przypuszczamy, jaki niepotrzebny ciężar fizyczny i duchowy bierzemy codziennie na siebie, czytając te orgie okropności, które nam przynoszą dzienniki. Czy może to przynieść komukolwiek jaki pożytek, jeżeli będzie wiedział dokładnie o każdym nieszczęściu, każdej zbrodni, każdej straszliwej scenie, które zdarzyły się w ciągu dwudziestu czterech godzin na całej ziemi?

Kto pozna zło, już je na wpół wyleczył. Gdy opanuje nas zły nastrój, powinniśmy przede wszystkim pamiętać, że jakiś obcy prąd przykrego nastroju przebiega przez nas, żeśmy weszli w stosunek z osobami złego humoru, które nawzajem posyłają sobie swe obrzydłe prądy, potęgując je aż nie do zniesienia. Najpierwszą rzeczą, którą trzeba w takim razie uczynić, jest prośba, modlitwa, pożądanie siły, by wydostać się z tego potoku złych myśli.

Każdy człowiek jest w możności z biegiem czasu coraz częściej przyciągać ku sobie nastroje ze wszystkiego, co jasne, żywe, promieniejące - gdyż życie powinno być jak zabawa - ciągła powaga, gdy zwiększy się tylko o parę tonów - przechodzi już w melancholię.

A strach otacza nas wszędzie! Cała ludzkość obawia się bezustannie: choroby, śmierci, utraty pieniędzy, miłości - słowem zawsze czegoś! Każdy ma prócz tego jeszcze swą własną ukochaną obawę, którą pieści! I to rozciąga się nawet na najtrywialniejsze rzeczy na świecie! Ulice są pełne ludzi, którzy, nie mając nic lepszego do roboty, są w ciągłym strachu, by nie spóźnić się na najbliższy tramwaj lub pociąg!

Im czulszy jest człowiek, tym mocniej cierpi wśród tych prądów swego otoczenia - aż wreszcie przez milczącą prośbę o najwyższą siłę nauczy się budować naokoło siebie wał z pozytywnie naładowanych myśli, od którego cudze fale będą się odbijać. Budowanie takiego wału można zacząć od tego, że się przeciwstawia każdemu szturmowi nieprzyjemnych nastrojów następującą myśl: "wzbraniam się przyjąć tę ideę i ten duchowy stan, który mi ona chce dać, a który szkodzi memu ciału". Oto jest droga, by odwrócić od siebie szkodliwe prądy. Każdy człowiek ma swoją ukochaną obawę - jakąś chorobę, której nigdy nie miał, lecz której ciągle oczekuje - w ogóle coś, czego utraty najbardziej się lęka! Najmniejszy drobiazg, jakieś niespodziane słowo uprzytamnia mu od razu jego ukochaną bojaźń i otwiera na oścież wyćwiczoną przez długie lata obawy świadomość, w którą strach wrywa się jak burza i niszczy wszystko. Burza ta wprawia w drżenie przede wszystkim te struny naszej natury, na których przez wiele lat najgłośniej dźwięczały nasze słabostki.

I ciało wtedy również cierpi! Zjawiają się od razu miliony symptomatów! Słabość, brak apetytu, znużone członki, niemożliwość wykonywania swych zawodowych obowiązków, rwące się co chwila myśli itd. Łatwość przyjmowania myśli może stać się źródłem zarówno siły, jak upadku. Właśnie najbardziej przeczulone, najwyżej rozwinięte duchy mają często bardzo słabe ciało, gdyż wchłaniają w siebie nieświadomie wiele szkodliwych fal, nie wiedząc wcale o ich istnieniu. Stosunek osobisty z ludźmi nieszczerymi jest głównym źródłem tego zła. Organizm kobiecy jest subtelniejszy, łatwiej daleko wyczuwa każdy cień i każdy promień ze swego otoczenia! Mężczyzna, pogrążony w swe interesy, wytwarza czasami pewne pozytywne prądy, które odtrącają prądy bojaźni. Lecz kobiety przy swym rodzinnym ognisku cierpią często tysiąc razy więcej, niż przypuszczają ich mężowie, którzy najczęściej nie mogą się dość wydziwić, skąd biorą się u ich żon te ciągłe choroby, te histerie, te "nerwy".

W miarę tego, jak poczynamy szukać oparcia w nieskończonym duchu, który ma nas wyswobodzić z tego oceanu złych sił, przychodzą na naszą drogę, same przez się, różne środki pomocnicze - dobre pomysły co do pożywienia, lekarstw, podróży i zmian! Powstaje zmiana w naszym zewnętrznym życiu, przychodzą na pomoc przyjaciele, czasami nawet jakiś znakomity lekarz przyczynia się do tego, by uwolnić nas od klątwy złych prądów. Bierzmy to wszystko z wdzięcznością, jako dobry znak, jako wróżbę, lecz nie pokładajmy nigdy całej naszej nadziei w jednej istocie ludzkiej. Najwyższą ufność powinniśmy pokładać tylko w nieskończoności, osoba zaś, której potrzebujemy, przecina tylko linie naszego losu we właściwym czasie podług tajemnych praw - jakby pomoc, jak oparcie, dopóki nasze członki duchowe nie będą na tyle silne, by mogły unosić nas same, tak, żebyśmy też mogli zająć kiedyś odpowiednie miejsce w wieńcu stworzeń, jako pomocnicy innych.

Im większy kto osiąga udział w nieskończonym duchu, tym prędzej się odradza fizycznie i duchowo, siły wzrastają przez własną działalność, strach znika zupełnie, gdyż staje się widocznym, że ten, kto płynie w myślowym prądzie nieskończonej dobroci, nie powinien się niczego obawiać! Cudem wydaje się wówczas, że materialne powodzenie wkracza w nasze życie prawie bez trudu, bez wysiłku. Dziwimy się tej wściekłej pogoni, łupiestwu, mozołowi ludzkości, która właśnie przez te plagi oddala od siebie bogactwa, do których dąży. Powoli zaczyna w nas rosnąć poznanie, że życie, do któregośmy powołani - my, których dziś tak niewielu, lecz kiedyś będzie dużo - oznacza posuwanie się od szczęścia ku szczęściu, że pełna mozołu walka jest zupełnie zbyteczna, gdyż wszystkie rzeczy na tym świecie podążają w ślad duchowych prądów! Wszystko, czego chcemy ia są te same. Zależą one całkowicie od stanu uALDUSw spokoju, bez niecierpliwości, ale mocno i jasno, czeka nas na drodze, po której stąpamy! Nie ma żadnych granic dla siły, której poddane są myślowe prądy! W zdolności ludzi do posługiwania się falami wyższego gatunku i mocniejszego napięcia leży tajemnica magii.

KTO SĄ NASI POWINOWACI

Mężczyźni i kobiety, którzy promieniują z siebie ten sam duchowy eter, w których grają te same pobudki, tęsknoty i aspiracje co w nas, nie zawsze są naszymi rodzicami, braćmi, siostrami oraz w ogóle krewnymi - z tego to względu, tudzież ze zwyczaju, że bliscy krewni mieszkają zazwyczaj razem, wypływają często nieobliczalne szkody!

Nikt nie może być zdrowym i szczęśliwym, o ile nie żyje z ludźmi tej samej atmosfery myślowej (pewnej emanacji, która z nich wypływa). Pokrewieństwo albo stwarza taką atmosferę, albo nie.

Gdyby robotnik lub rzemieślnik, którego myśli nie wydostają się poza ciasną obręcz codziennego życia, był zmuszony obcować ciągle z filozofami i uczonymi, nie widząc wcale ludzi własnej sfery, to po krótkim czasie stałby się melancholikiem, czułby się uciśnionym, począłby zapadać na zdrowiu. To samo prawo działa wtedy, gdy wyższa inteligencja zmuszona jest do przebywania w niższym od siebie towarzystwie. W takich sytuacjach znajduje się wielu ludzi, którzy mieszkają razem ze swymi krewnymi.

Dzieci żyją, rosną, odurzają się myślową emanacją, która wypływa z ich towarzyszy. Wyłączmy ich z takiego stosunku i zaraz poczną więdnąć, jak kwiaty. Jako dziecko, każdy z nas żył w tej atmosferze dzieciństwa. Żył w duchowym współżyciu z innymi dziećmi, udzielał i otrzymał w zamian od swych towarzyszy pewne myślowe elementy zabawy. Czasami dziwimy się, że nie udaje się nam nigdy obudzić w uczuciu na nowo tego zaufania, czystego odurzenia, tej tańczącej jasności, rodzącej się z dziecinnej, młodzieńczej przyjaźni. Staje się to dlatego, że duch nasz odczuwa potrzebę nowego myślowego pokarmu, który należy do innych, prawdopodobnie wyższych sfer. Gdybyśmy mogli ten pokarm osiągnąć, czas płynąłby nam tak samo uroczo i przyjemnie, jak niegdyś, wśród towarzyszy naszych wiosennych lat.

Ten, kto potrafi obdarzyć nas tym nowym duchowym pierwiastkiem, będzie naszym rzeczywistym krewnym.

Lecz pokrewieństwo takie może tylko wówczas trwać dłuższy czas, gdy potrafimy odpowiednio się odwzajemniać.

Koledzy, związani tą samą pracą zawodową, są sobie rzeczywiście powinowaci - czują się oni wśród siebie często daleko lepiej, niż w miejscu, które nazywają swym ogniskiem rodzinnym, gdzie śpią, jedzą i spędzają nudne niedziele.

Każda duchowość, każda sfera myślowa powinna utrzymywać swobodny stosunek z podobną sobie sferą, gdyż inaczej mogłaby ciężko odpokutować - pokrewieństwo zaś krwi nie ma zwykle nic wspólnego z taką duchową wymianą!

Ze związków pokrewieństwa wyłania się często pewna suma nieświadomej tyranii. Dorosłe dzieci mają zwyczaj wskazywania wewnętrznie swym ojcom i matkom miejsc w życiu, które ci powinni lub może nie powinni zająć. Co do swej treści, ta nie wypowiedziana nigdy myśl przedstawia się mniej więcej w ten sposób: "Mama jest już naprawdę zbyt starą, by ubierać się jasno". "Byłoby śmiesznie, gdyby mama (jako wdowa) chciała powtórnie wyjść za mąż". "Mama przecież nie chce, by ją wciągano w nasze wesołe życie, woli zostać w domu i pilnować dzieci". Albo: "Byłby już czas, żeby ojciec przestał się zajmować interesami".

Żadna siła nie działa subtelniej i potężniej od tego spokojnego myślowego prądu, który, płynąc jednocześnie od wielu ludzi, łączy się w jeden, by wywołać w danej osobie pożądany skutek - i czy świadoma, czy nieświadoma - siła ta działa zawsze - i zawsze daje rezultaty. Jeżeli więc jednakowe mniemanie trzech do czterech osób kieruje się na istotę, która dała im życie i którą nazywają swą "matką", to milcząca siła tego mniemania jest tak potężna, że może umieścić matkę właśnie w tym miejscu, które podług jej dzieci będzie dla niej najodpowiedniejsze. Konwencjonalny bieg myśli, który to podtrzymuje, jest następujący: leży to już w samej naturze rzeczy, że matka starzeje się i wycofuje powoli z czynnego życia. W domu wśród innych rdzewiejących członków rodziny jest jej miejsce. Tam - na wypadek choroby lub innego jakiegoś zdarzenia w rodzinie, może być jeszcze pożyteczną - może być opiekunką, pielęgniarką, "aniołem stróżem". Przez jednoczesne działanie takiego uczucia w swym otoczeniu niejedna matka traci swe przywileje, jako jednostka i działa tak, jak chcą tego nieświadomie jej dzieci.

Niejeden pomyśli: "lecz czyż nie powinienem iść z mymi troskami i utrapieniami przede wszystkim do matki lub swych najbliższych krewnych i prosić ich o pomoc, jak to od dzieciństwa zawsze czyniłem?"

Tak, o ile tylko matka i krewni uczynią to przyjaźnie, z własnej woli i o ile pomoc wypływa wprost z serca - a nie w takiej np. nic nie mówiącej formie: "Zdaje mi się, że będę musiał to zrobić, gdyż prosi mnie o to brat, siostra, czy też inny jaki krewny". Jest wiele usług, których nieświadomie więcej wymagamy, niż o nie prosimy. Nakładamy obowiązki na krewnych, dlatego tylko, że są krewni! Chcemy ofiar pieniężnych - ofiar z protekcji! Oczekujemy wszystkiego, nawet gościnności - nawet podarunków, choć rzeczywiste podarunki powinny być niespodziankami, a przecież niespodzianka, której się oczekuje, przestaje być niespodzianką!

Nigdy nie będzie trwałego, żywego pożytku z darów, które nie płyną z serca, które nie dają ofiarującemu zupełnej radości! Gdyż wraz z podarunkiem daje się zawsze coś niewidocznego, coś, co jest doskonalsze, niż sam podarunek. Daje się mianowicie myśl, towarzyszącą darowi, która przynosi obdarowanemu ból lub szczęście. Jeżeli damy potrzebującemu, stosownie do naszych środków, chociażby najmniejszą sumę pieniężną, lecz jeżeli za to myśl, towarzysząca darowi, będzie pełna rzeczywistej chęci przyniesienia pomocy i mocnej radości, że się taką pomoc udziela, zarzucimy wtedy na potrzebującego pewien myślowy pierwiastek, jakby magiczny płaszcz. Zrobiliśmy daleko więcej, niż to, żeśmy ulżyli chwilowej potrzebie fizycznej. Obdarzyliśmy duchową mocą. Życzenie, by ten potrzebujący zyskał siły, które by dopomogły mu do wyzwolenia się od żebractwa i zależności, jest żywą pomocą do rzeczywistego pozyskania tych sił. W potrzebującym zostało zasiane ziarno, które kiedyś w pewnym okresie fizycznego lub duchowego życia zakiełkuje na pewno.

Kto zaś daje z żalem, z pewnego rodzaju niechęcią lub pod przymusem publicznej albo prywatnej opinii - ponieważ od niego tego daru oczekiwano, ponieważ inni dają - czyni bardzo mało, chociażby pomoc okazywał ojcu, bratu lub synowi - zmniejsza on jedynie materialną potrzebę i to na pewien tylko czas. Dopóki myśl, która towarzyszy darowi, nie zostanie na wskroś przeniknięta przez dobrą wolę i głęboką radość przyniesienia pomocy - dopóty człowiek taki będzie ubierał i żywił ciało, lecz nigdy duszę, która mieszka w tym ciele. Skąpstwo, które nie przyjmuje bezdomnego człowieka z otwartymi ramionami, lecz znosi go tylko, które pomaga krewnemu jedynie pod przymusem opinii publicznej, jest ciężką szkodą zarówno dla dającego, jak i przyjmującego. Przyjmującemu wysyłamy w ten sposób najgorsze myślowe prądy, za co otrzymujemy takąż samą zapłaością, lub co najmniej z większą kurtuazją. Chętnietę, gdyż świadomość, że się pewien dar wymusiło, nie napełnia przecież ludzi wdzięcznością, lecz na odwrót, zgoła czymś innym.

"Czyż nie jest to obowiązkiem" - spyta niejeden - "ubierać, żywić i utrzymywać swych bliskich krewnych, gdy zostaną na starość bez żadnej pomocy?"

Tak - lecz czynić coś z poczucia obowiązku nie jest jeszcze miłością ku ludziom; niewiele osiągniemy, jeżeli usuniemy na pewien czas tylko materialne potrzeby, a duchowe zostaną niezaspokojone! Dopóki duchowa strona naszej istoty musi żyć w biedzie, dopóty i pomoc fizyczna nie ma ani realnej podstawy, ani trwałości. Rodzice, których na starość utrzymują dzieci przez poczucie obowiązku, mają często głodne i krwawiące dusze, ponieważ czują, że ich się tylko toleruje - są nieszczęśliwi, gdyż nie czują miłości, która powinna by płynąć równolegle z obowiązkiem. Tak samo nieszczęśliwe są dzieci, których przyjścia na świat nie powitała szczera radość rodziców - cierpią one bezustannie w najszlachetniejszych głębiach swej duszy. Miłość jest oskołą życia, źródłem zdrowia, siły i czynu dla każdego człowieka, tym bardziej zaś dla dziecka.

Są matki, które mówią: "Niech się stanie ze mną, co chce, byle tylko dzieci moje wyrosły na dzielnych ludzi, będę wówczas uważała misję swoją za spełnioną"! Lecz matce właśnie powinno dużo zależeć na tym, "co się z nią stanie"! Gdy zatamuje swój nieustanny rozwój w mądrości i kulturze, zatamuje jednocześnie rozwój swych dzieci. Prawdziwa matka będzie zawsze dążyła do tego, by dzieci podziwiały ją tak, jak kochają. Lecz podziw i szacunek stanie się udziałem jedynie takiej kobiety, która nie tylko potrafi utrzymać swe miejsce w życiu wysoko, silnie, swobodnie, lecz która przede wszystkim bez wytchnienia dążyć będzie ciągle w górę, ku coraz to dalszym celom! Takiej miłości i poszanowania nie może oczekiwać od dorosłych dzieci matka, która chowa się w kąt w swym domu, staje się czymś pośrednim pomiędzy pielęgniarką a niańką i sama każe się swej rodzinie niemiłosiernie wyzyskiwać, niczym zwierzę pociągowe - przy wszystkich domowych nieszczęściach, prawdziwych czy urojonych. Właśnie dla tych powodów matki są tak często lekceważone przez dorosłych synów i córki i odsuwane przez nich od wszystkich ważniejszych spraw. - Matki, które się same tak głęboko poniżają, by, jak myślą, przynieść pożytek swym dzieciom, zwykle często pokutują za ten błąd! Kto daje się zawsze powodować innym, wyrzeka się swych własnych skłonności i dążeń, by stać się cudzym echem, kto żyje tylko obcymi życzeniami, traci coraz bardziej prawo do rozporządzania sobą. - Wchłania on w siebie tyle cudzych myśli, że staje się częścią innych ludzi, narzędziem, które słucha automatycznie niemej woli otoczenia. Człowiek taki staje się wykopaliskiem, zniża się do bezradnej usłużności, coraz bardziej traci zdolność do jakiegokolwiek czynu, staje się pieczeniarzem, dziadem, bezradnym starcem (lub staruszką) - toleruje się go więcej, niż kocha.

W wielu wypadkach jest to skutek myśli, które dorosłe dzieci ześrodkowały na swych zbyt pochopnych do ofiar rodzicach. Milcząca siła otoczenia przygniata ojca lub matkę i łamie ich siły.

Dużo z tej zgrzybiałości i słabości, które zwykle przypisujemy "podeszłemu wiekowi", powinno pójść na rachunek szkodliwego wpływu pewnej grupy prądów, które wzajemnie chcą się przemóc i opanować, świadomie czy nieświadomie, mniejsza o to! Niejeden człowiek raźno i energicznie prowadzi swój interes, ale dorośli synowie coraz bardziej wdzierają się w przedsięwzięcie, młodość wytwarza przeciw starości milczącą siłę - siłę, której jeden człowiek nie jest w stanie się oprzeć. Jest to stały, bezustanny nacisk w pewnym określonym kierunku. Działa on dzień i noc. Działa tym pewniej, że ojciec nawet nie domyśla się tego nacisku, który nań działa, nie wie nawet, że takie milczące siły istnieją. Poczyna się tylko czuć zmęczonym! Opuszcza go dawna energia i wszystko to zostaje przypisane zbliżającej się starości.

"Lecz czyż nie powinno się kochać swe dzieci nade wszystko?"

Słowo "powinno" jest obce samej istocie miłości!

Miłość idzie, gdzie chce i do kogo chce - według głębokich praw swojej natury. Są rodzice, którzy nie czują miłości do swoich dzieci, tak samo, jak dzieci często nie kochają rodziców. Żadna strona nie jest tu winną! Przyszli na świat bez zdolności do wzajemnego kochania, lecz miłość tkwi w nich zawsze!

Ojciec często myśli, że kocha swe dziecko, choć właściwie kocha w nim tylko swe własne poglądy, własne oczekiwania. Rozpościera on wówczas kompletną tyranię nad duchem swego dziecka i urabia je stosownie do swych życzeń. - Zapewne, kontrola i opieka nad ciałem i duszą dziecka powinna trwać tak długo, póki organizm nie dorośnie do wszystkich potrzeb i wymagań życia. Lecz dawać komukolwiek utrzymanie poza ten czas, znaczy to wyrządzić mu straszliwą niesprawiedliwość, nawet okrucieństwo! Gdyż w ten sposób nie rozwinie on już nigdy tych zdolności, które każdą młodą istotę niosą przez życie, jakby na silnych, zrównoważonych skrzydłach.

Instynkt każe ptakom wywabiać z gniazd dorastające pisklęta, gdy tylko zaczną latać. Zła byłaby to usługa, gdyby chciały zatrzymać w gnieździe swe młode, gdzie zmarniałyby tylko ich nie wyćwiczone skrzydła, choć czekają na nie burze, śniegi, zawieje, których nawet stare ptaki muszą unikać! - Tak samo matki zwierząt i ludzi potrzebują wytchnienia po okresie, który był poświęcony dzieciom. Czas trwania tego spoczynku powinien być proporcjonalny do rozwoju organizmu i do siły, która była potrzebna, by tak wysoko zróżniczkowaną istotę doprowadzić do doskonałości. W tym czasie zupełnego spokoju rodzice powinni być całkiem wolni od swych dorosłych dzieci. Taki właśnie porządek istnieje u ptaków i zwierząt leśnych i tylko ludzkie matki nie są zabezpieczone od swych dzieci do końca życia, aż póki nie położą się do grobu, wyczerpane, wyssane kompletnie. Tymczasem matki muszą być wolne - znowu tak wolne, jak w czasie swego panieństwa, zanim zostały matkami. Macierzyństwo jest nadzwyczaj ważną i nieodzowną fazą ludzkiej egzystencji, dojrzewają w niej pewne zdolności i poznania. Lecz przy żadnym doświadczeniu nie można spędzać całego życia!

Życie w swej najwyższej doskonałości nie będzie bezmyślnym kieratem, jak dzisiaj, lecz wieczną zmianą. Jeżeli dorosłe dzieci przez długie lata są ciągle przy matce, chociaż już dawno dojrzały, by zdobyć sobie swe życie, jeżeli ciągle widzą w matce podporę i łatwą pomoc - i jeżeli matka da się w ten sposób wyzyskiwać - wtedy cierpią jednakowo obydwie strony. Lecz matka, pozwalająca robić z siebie ofiarę, co ją w końcu zawsze doprowadzi do zguby, okrada się sama z nowego życia, które na nią czeka, gdy pisklęta stają się zdolne do lotu. Pomaga ona dzieciom, by zrobiły z niej starą, zmęczoną, bezmyślną kobietę.

Być może, że ktoś na to odpowie: "Gdyby usłuchano tych rad, ulice napełniłyby się od razu tłumem bezradnych dzieci, które nie potrafiłyby myśleć o sobie!" - Tak, zapewne, ale czy i dziś ulice nie są pełne dorosłych, nieumiejących sobie dać rady dzieci? Czyż tysiące nie opuszcza zbyt późno rodzicielskiego domu, nie mając już siły do utrzymania się na powierzchni, trawiąc swe życie w najniższej robocie za najmniejszą płacę? Czyż ta poniżająca i wyczerpująca praca nie odcina ich przed czasem od wyżyn? Przecież jeszcze teraz tysiącom córek rodzice nie pozwalają iść w świat, by podjęły walkę o byt, władczo, odważnie! Są to ptaki, które zostają w gnieździe po to, aby ich skrzydła stały się niezdolne do własnego lotu i aby później musiały być utrzymywane przez swych głupich rodziców.

LEKARZ WEWNĘTRZNY

Wiara jest treścią życzenia. Jeżeli nosimy w swoim duchu idealny obraz własnej istoty, który ukazuje się wewnętrznemu oku, jako kwitnący, gibki, mocny i doskonały, to przez to wprawiamy w ruch siły, które nas rzeczywiście mogą zrobić takimi, jak ten obraz.



dalej


strona główna
(23kB)