(23kB)
strona główna


 

“A dokąd trafiłoby to nie ochrzczone dziecko?", pytał zawzięcie jeden z mych kolegów, “Do piekła czy do czyśćca?". (W porządnych katolickich domach dziewięciolatek miał już wyrobione pojęcie o “piekle".)

“Nie trafiłoby ani do piekła, ani do czyśćca", odpowiadała siostra, “lecz do limbusa".

Limbusa?

“Limbus" to takie miejsce, wyjaśniała siostra, dokąd Bóg wysyłał dzieci oraz inne osoby, które nie z własnej winy, umarły nie ochrzczone w Jedynej Prawowitej Wierze. Kara to nie była, ale nie dane im było nigdy oglądać Boga.

Z takim właśnie Bogiem wzrastałem. Myślisz może, że zmyślam? Nie.

Bojaźń Boga jest dziełem religii, jest nawet mile przez nie widziana.

Do trwogi przed Bogiem nikt nie musiał mnie szczególnie namawiać, mogę cię zapewnić. Jeśli myślisz, że ten limbus napędził mi stracha, poczekaj, aż opowiem ci historię z Końcem Świata.

Neale Donald Walsch

Sześć lat temu Neale Donald Walsch rozpoczął dialog - kładąc podwaliny pod swój szczególny związek z Bogiem, Bogiem, który jest wszędzie i z każdym, który przemawia do nas nieustannie, we wszystkim, co robimy. Trzeba tylko, abyśmy się zatrzymali i wsłuchali - dowiedział się w tym dialogu - trzeba, abyśmy odpowiedzieli... i nawiązali własną rozmowę.

W miarę jak słuchamy i odpowiadamy, prosimy i otrzymujemy, nasze więzi z Bogiem cementują się. Rozmowa z czasem przeradza się w przyjaźń, bliższą, bogatszą i pełniejszą więź.

Posłuchaj... a Bóg przyjdzie do ciebie i będzie kroczyć u twego boku - jako twój druh.

Neale Donald Walsch mieszka ze swoja żona Nancy na południu stanu Oregon. Wspólnie założyli “ReCreation", fundacje non-profit na rzecz rozwoju osobowego i duchowego zrozumienia, której celem jest zwrócenie ludzi im samym. Walsch wygłasza odczyty i prowadzi warsztaty w kraju i za granica pod hasłem prawd zawartych w “Rozmowach z Bogiem".

tytuł oryginału Friendship with God

Copyright © 1999 by Neale Donald Walsch

Ali rights reserved

Copyright © 2000 for the Polish edition by Dom Wydawniczy LIMBUS

Montaż elektroniczny Krzysztof Wirszytlo

ISBN 83-7191-084-3

Dom Wydawniczy LIMBUS

85-959 Bydgoszcz 2, skr. poczt. 21

tel./fax (0-52)328-79-74

Dla DR ELISABETH KUBLER-ROSS

która obaliła powszechne pojmowanie

życia i śmierci, oraz pierwsza odważyła się. mówić

o Bogu, bezwarunkowej miłości,

z którym można się zaprzyjaźnić.

oraz dla LYMANA W. (“BILLA") GRISWOLDA

mego przyjaciela od trzydziestu lat,

który nauczył mnie akceptacji i cierpliwości,

wielkoduszności oraz wielu innych rzeczy,

których nie można oddać słowami, lecz których dusza nigdy nie zapomni.

fodzie.kpwa.nia

Kolejny raz pragnę podziękować przede wszystkim mojemu najlepszemu przyjacielowi, Bogu. Przepełnia mnie głęboka wdzięczność za myśl o tym, że odnalazłem Boga, mało tego, znalazłem w nim przyjaciela. Wdzięczny jestem też za wszystko, co od niego otrzymałem - i dzięki Niemu mogłem ofiarować innym.

Na nieco innej płaszczyźnie, choć równie niebiańskiej, mieści się moja przyjaźń z moją żoną, Nancy, która jest ucieleśnieniem słowa “błogosławieństwo". Od chwili kiedy ją poznałem, nie przestaję doznawać błogosławieństwa.

To zadziwiająca osoba. Z głębi swej istoty emanuje cichą mądrością, niewyczerpaną cierpliwością, szczerym miłosierdziem i najczystszą miłością, jakiej kiedykolwiek dane mi było zaznać. Świat, który raz po raz pogrąża się w mroku, Nancy rozjaśnia swą światłością. Obcować z nią znaczy dla mnie na nowo odkryć wszystkie moje wyobrażenia na temat tego, co dobre, serdeczne i piękne; wszystkie moje nadzieje, jakie wiązałem z czułą i wspierającą towarzyszką życia; z wszystkimi fantazjami, w jakich przedstawiałem sobie prawdziwie miłujących się kochanków.

Jestem dłużnikiem tylu wspaniałych ludzi, którzy odcisnęli na moim życiu niezatarty ślad, uosabiając przymioty i sposoby bycia, z których czerpałem natchnienie i naukę. To bezcenny dar - mieć takich przewodników! Spośród nich szczególnie wdzięczny jestem...

Kirsten Bakke, za wzór absolutnej niezawodności oraz za udowodnienie mi, że śmiałe i przebojowe przywództwo można pogodzić ze współczuciem, wrażliwością i troską.

Ricie Curtis, za dobitny przykład na to, że siła charakteru wcale nie ujmuje kobiecości, lecz jej przydaje.

Ellen DeGeneres, za świadectwa odwagi, jaką wielu uznaje za niemożliwą, dzięki czemu staje się ona możliwa dla każdego z nas.

Bobowi Friedmanowi, za pokazanie mi, że wewnętrzna uczciwość to nie fikcja.

Billowi Griswoldowi i Danowi Higgsowi, za unaocznienie mi, co znaczy przyjaźń na całe życie.

Jeffowi Goldenowi, za udowodnienie mi, że błyskotliwość, żarliwe przekonanie i łagodna perswazja wcale się nawzajem nie wykluczają.

Patty Hammett, za pokazanie, na czym polega miłość, lojalność i niezłomne oddanie.

Annę Heche, za danie świadectwa absolutnej autentyczności; i temu, jak ją zachować na przekór wszystkiemu.

Jerry'emu Jampolsky'emu i Dianę Cirincione, za pokazanie mi, że kiedy ludzie dojrzeli do miłości, nie ma granic dla tego, co można we wzajemnej łaskawości stworzyć - lub życzliwie przeoczyć.

Elisabeth Kiibler-Ross, za udowodnienie, że można wnieść oszałamiający wkład w dobro całej planety i samemu nie dać się temu oszołomić. '

Kaeli Marshall, za nieustanną gotowość do wybaczania w obliczu tego, co niewybaczalne, dzięki czemu potrafiłem uwierzyć w Bożą obietnicę odkupienia dla nas wszystkich.

Scottowi McGuire, za dobitny przykład na to, że wrażliwość nie ujmuje męskości, lecz jej przydaje.

Willowi Richardsonowi, za świadectwo na to, że nie trzeba urodzić się z tej samej matki, aby być komuś bratem.

Bryanowi L. Walschowi, za niezłomność i podkreślanie znaczenia rodziny.

Dennisowi Weaverowi, za uosobienie męskiego wdzięku i pokazanie, jak spożytkować swe zalety i swą popularność dla podniesienia jakości życia innych.

Mariannę Wiliamson, za udowodnienie, że przywództwo duchowe i doczesne mogą iść w parze.

Oprah Winfrey> za wzór niecodziennej determinacji i męstwa, i gotowość postawienia na szalę wszystkiego w imię swych przekonań.

Gary'emu Zukavowi, za przykład cichej mądrości i pokazanie, jak dotrzeć do Środka, i tego, jak ważne jest w Nim pozostanie.

Tych nauczycieli, i wielu innych, spotkałem na swej drodze. Dlatego wiem, że cokolwiek dobrego wychodzi ode mnie, po części pochodzi od nich, oni bowiem mnie tego nauczyli, a ja tylko przekazuję dalej.

Oczywiście, to nasze zadanie tutaj. Jesteśmy sobie nawzajem nauczycielami. Czyż to nie jest prawdziwe błogosławieństwo?

'Wprowadzenie.

Spróbuj oznajmić komuś, że właśnie rozmawiałeś z Bogiem i zobacz, co się stanie.

Zresztą nieważne. Sam powiem ci, co się stanie.

Zmieni się całe twoje życie.

Po pierwsze, dlatego, że rozmawiałeś z Bogiem, po drugie, dlatego, że komuś o tym opowiedziałeś.

Prawdę mówiąc, nie tyle rozmawiałem z Bogiem, co prowadziłem z Nim dialog przez sześć lat. Ponadto, nie tyle “opowiedziałem" o tym komuś, co robiłem skrupulatne zapiski z rozmów i wysłałem je do wydawcy.

Z tą chwilą sprawy wzięły nader ciekawy i nieco zaskakujący obrót.

Dziwne było to, że wydawca przeczytał ten materiał i wydał go w postaci książki. Jeszcze dziwniejsze było to, że ludzie kupowali tę książkę, a nawet polecali ją znajomym. Kolejnym zaskoczeniem było to, że ci znajomi polecili ją swoim znajomym, dzięki czemu stała się bestsellerem. Nie mnej zaskakujące jest to, że obecnie książka sprzedawana jest w dwudziestu siedmiu państwach. Lecz najdziwniejsze jest to, że jej treść budzi zdziwienie, zważywszy na to, kto jest współautorem.

Gdy Bóg oświadcza, że zamierza coś zrobić, możesz na to liczyć. Bóg zawsze dopnie swego.

W połowie tego, jak sądziłem, prywatnego dialogu, Bóg oznajmił mi, że “kiedyś będzie z tego książka". Nie wierzyłem Mu. Ma się rozumieć, nawet w połowie nie dawałem wiary temu, co Bóg mó-

wił mi od chwili mych narodzin. Ten problem dotyczy nie tylko mnie, ale i całej ludzkiej rasy.

Gdybyśmy tylko zechcieli posłuchać...

Opublikowana książka nosiła niezbyt wyszukany tytuł Rozmowy z Bogiem. Możesz nie wierzyć, że istotnie odbyłem taką rozmowę, lecz twoja wiara nie jest mi potrzebna. Nie zmienia bowiem faktu, że rozmawiałem z Bogiem. Ułatwia jedynie odrzucenie z góry tego, co w niej się mieści, jeśli taki jest twój wybór. Z drugiej jednak strony wielu ludzi nie tylko dopuszcza, że coś takiego jest możliwe, ale nawet sami uczynili z rozmowy z Bogiem stały element swego życia. Nie chodzi tu o jednostronny przekaz lecz o wymianę myśli i zdań. Ludzie ci jednak, nauczeni doświadczeniem, nie rozgłaszają tego. Okazuje się bowiem, że jeśli ktoś mówi, że codziennie modli się do Boga, uchodzi za pobożnego, lecz jeśli powie, że Bóg przemawia do niego codziennie, uznany zostaje za pomyleńca.

Wcale mi to nie przeszkadza, jeśli o mnie chodzi. Jak wspomniałem, nie jest mi potrzebna niczyja wiara. Wolę nawet, aby ludzie wsłuchali się w głos własnego serca, odnaleźli własne prawdy, szukali własnej rady, wykorzystali własną mądrość i jeśli pragną, sami rozmawiali z Bogiem.

Jeśli moje słowa przywiodę ich do tego - sprawią, że zastanowią się nad swym dotychczasowym życiem i treścią swojej wiary, skłonią do zgłębienia swego własnego doświadczenia i opowiedzenia się za własną prawdą - wówczas pomysł podzielenia się z nimi moim doświadczeniem uznam za trafiony.

Myślę, że o to chodziło przez cały czas. Właściwie jestem nawet pewny. To spowodowało, że Roz-

mowy z Bogiem stały się bestsellerem, podobnie jak dwie następne Księgi. I książka, którą czytasz obecnie, trafiła w twoje ręce nieprzypadkowo - ma za zadanie po raz kolejny rozbudzić w tobie chęć i ciekawość poznania prawdy - tym razem nawet w jeszcze szerszym wymiarze: Czy możliwe jest coś więcej niż rozmawianie z Bogiem? Czy z Bogiem można się naprawdę zaprzyjaźnić?

Książka ta mówi, że tak, i pokazuje, jak to osiągnąć. Słowami samego Boga. Nasz dialog bowiem trwa nadal, prowadząc nas ku nowym obszarom oraz dobitnie przywołuje to, co powiedziane zostało już wcześniej.

Dowiaduję się, że tak właśnie przebiega mój dialog z Bogiem - krążąc i nawiedzając znajome tereny, by nagle, niczym po spirali, wznieść się na nowy poziom. Takie posuwanie się dwa kroki do przodu, jeden w tył, pozwala mi zachować w polu widzenia wcześniej przekazaną mądrość, utwierdza ją w mojej świadomości, co daje solidną podstawę do dalszych odkryć.

Tak wygląda ten proces. Kryje się za tym głęboki zamysł. Choć z początku jest to nieco uciążliwe, z czasem jednak doceniłem zalety tej metody. Albowiem utwierdzając Bożą mądrość w swojej świadomości, wpływamy na nią. Rozbudzamy ją. Wznosimy ją na wyższy poziom. Jednocześnie coraz więcej pojmujemy, pzypominamy sobie wyraźniej, Kim W Istocie Jesteśmy, i zaczynamy to objawiać.

Na tych stronicach wyjawię trochę szczegółów z mojej przeszłości, przedstawię też zmiany, jakie zaszły w moim życiu, odkąd ukazały się drukiem Rozmowy z Bogiem. Pytało mnie o to wiele osób, ich

ciekawość jest zrozumiała. Chcą się dowiedzieć czegoś o facecie, który twierdzi, że ucina sobie pogawędki z Tym Na Samej Górze. Ale nie tylko z tego powodu zamieszczam tu te anegdoty. Wyimki z mej przeszłości nie mają zaspokajać ludzkiej ciekawości - chodzi przede wszystkim o to, aby pokazać, w jaki sposób moje życie demonstruje, co to znaczy przyjaźnić się z Bogiem - i w jaki sposób demonstruje to życie każdego z nas.

Takie jest przesłanie tej książki. Wszyscy mamy w Bogu przyjaciela - nieważne, czy wiemy o tym czy nie.

Ja należałem do tych drugich. Nie wiedziałem też, dokąd ta przyjaźń może mnie zaprowadzić. I w tym cały urok, na tym polega wspaniała niespodzianka. To, że możemy zaprzyjaźnić się z Bogiem to nie wszystko, rzecz w tym, co może nam ta przyjaźń przynieść.

Bóg zaprasza nas, abyśmy zostali Jego przyjaciółmi, nie bez powodu. Ta przyjaźń ma swój cel. Jeszcze niedawno był mi on nieznany. Nie pamiętałem. Teraz kiedy wiem, nie boję się Boga, a to odmieniło moje życie.

Wciąż zadaję sobie wiele pytań. Ale teraz udzielam też odpowiedzi. Na tym polega różnica. Na tym polega zmiana. Rozmawiam z Bogiem, a nie tylko przemawiam do Niego. Jestem dla Boga partnerem, a nie po prostu Jego im/znawca.

Jest moim szczerym pragnieniem, aby twoje życie odmieniło się w taki sam sposób; abyś ty również z pomocą tej książki znalazł w Bogu przyjaciela i aby w wyniku tego twoje słowa i czyny nabrały nowej wymowy.

Mam nadzieję, że przestaniesz być poszukiwaczem Światłości, lecz staniesz się jej żywym świadectwem. Albowiem to, co przynosisz, to też znajdujesz.

Bogu, jak się zdaje, nie zależy tak bardzo na wyznawcach, co na przewodnikach. Możemy wyznawać Boga, ale możemy też prowadzić innych do Boga. Ta pierwsza droga odmieni nas samych, ta druga odmieni świat.

Neale Donald Walsch Ashland, Oregon lipiec 1999

Dokładnie pamiętam, kiedy uznałem, że Boga należy się bać. Było to wtedy, kiedy powiedział, że moja matka pójdzie do piekła.

No dobrze, On tego nie powiedział, ale zrobił to kto inny - w Jego imieniu.

Liczyłem sobie wówczas sześć lat. Moja matka, która uważała się trochę za domorosłego jasnowidza, wróżyła przyjaciółce z kart przy kuchennym stole. Ludzie nachodzili ją przez cały czas, aby zobaczyć, co uda jej się przepowiedzieć na podstawie zwykłej talii kart. Była w tym dobra, mówiono, i wieść o jej umiejętnościach rozchodziła się po cichu.

Kiedy mama odczytywała karty tego właśnie dnia, z niezapowiedzianą wizytą przyszła do nas jej siostra. Pamiętam, że ciotka nie była zachwycona sceną, którą ujrzała, kiedy raz tylko zapukawszy, wparowała przez kuchenne drzwi. Mama zachowała się tak, jakby przyłapano ją na gorącym uczynku. Speszona, przedstawiła siostrze swoją przyjaciółkę i szybko zebrała karty, wtykając je do kieszeni fartucha.

Nie padło wówczas w związku z tym ani jedno słowo, ale później ciotka przyszła do mnie na podwórko, żeby się pożegnać.

“Wiesz", powiedziała, kiedy odprowadzałem ją do samochodu, “twoja matka nie powinna wróżyć ludziom z kart. Bóg ją za to ukarze".

“Dlaczego?", spytałem.

“Bo wdaje się w konszachty z diabłem" - to groźne określenie utkwiło mi w umyśle ze względu na

swe szczególne brzmienie - “i Bóg pośle ją prosto do piekła". Wypowiedziała to tak beztroskim głosem, jakby chodziło o jutrzejszą pogodę. Do dziś pamiętam, jak trząsłem się ze strachu, gdy patrzyłem, jak wycofuje samochód z podjazdu. Byłem przerażony tym, że moja mama tak strasznie rozgniewała Boga. Wtedy to właśnie i w ten sposób zaszczepiono mi bojaźń Bożą.

Jakże bowiem Bóg, który podobno był łaskawym stwórcą wszechświata, mógł pragnąć wiecznej zguby mojej matki, która była uosobieniem łaskawości w moim życiu? Mój umysł sześciolatka za wszelką cenę chciał poznać odpowiedź. I tak oto doszedłem do wniosku godnego sześciolatka: jeśli Bóg był na tyle okrutny, aby zgotować taki los mojej matce, która w otoczeniu uchodziła niemal za świętą, w takim razie łatwo było wywołać Jego gniew - jeszcze łatwiej niż mojego ojca - wobec czego powinniśmy wszyscy mieć się na baczności.

Przez wiele lat bałem się Boga, ponieważ mój strach zawsze na nowo w taki czy inny sposób podsycano.

Pamiętam, jak w drugiej klasie na lekcji katechizmu powiedziano nam, że jeśli dziecko nie zostanie ochrzczone, to nie pójdzie do nieba. To było niepojęte nawet dla drugoklasistów, dlatego przypieraliśmy siostrę zakonną do muru pytaniami w rodzaju: “Siostro, siostro, a jeśli rodzice wiozą dziecko do chrztu i cała rodzina zginie w strasznym wypadku samochodowym? Czy to dziecko nie poszłoby razem z rodzicami do nieba?".

Nasza siostra musiała wywodzić się ze “starej szkoły". “Nie", odpowiadała wzdychając ciężko,

“niestety nie". Doktryna była dla niej doktryną, nie dopuszczała wyjątków.

“A dokąd trafiłoby to dziecko?", pytał zawzięcie jeden z mych kolegów, “Do piekła czy do czyśćca?". (W porządnych katolickich domach dziewięciolatek miał już wyrobione pojęcie o “piekle".)

“Nie trafiłoby ani do piekła, ani do czyśćca", odpowiadała siostra, “lecz do limbusa".

Limbusa?

“Limbus" to takie miejsce, wyjaśniała siostra, dokąd Bóg wysyłał dzieci oraz inne osoby, które nie z własnej winy, umarły nie ochrzczone w Jedynej Prawowitej Wierze. Kara to nie była, ale nie dane im było nigdy oglądać Boga.

Z takim właśnie Bogiem wzrastałem. Myślisz może, że zmyślam? Nie.

Bojaźń Boga jest dziełem religii, jest nawet mile przez nie widziana.

Do trwogi przed Bogiem nikt nie musiał mnie szczególnie namawiać, mogę cię zapewnić. Jeśli myślisz, że ten limbus napędził mi stracha, poczekaj, aż opowiem ci historię z Końcem Świata.

Na początku lat pięćdziesiątych po raz pierwszy usłyszałem o słynnym nawiedzeniu w Fatimie. Fa-tima to wioska w środkowej Portugalii, na północ od Lizbony, gdzie jak mówiono, Błogosławiona Dziewica ukazała się kilkakrotnie dziewczynce i dwojgu jej kuzynom.

Wieść głosiła, że Błogosławiona Dziewica wręczyła dzieciom List do Świata, który miano przekazać papieżowi. Papież z kolei miał otworzyć go i przeczytać, a potem z powrotem zapieczętować, wyjawiając jego treść dopiero po latach, jeśli zajdzie konieczność.

Podobno papież płakał przez trzy dni po przeczytaniu tego listu, w którym była jakoby mowa o tym, iż Bóg srodze się na nas zawiódł i zamierza nas ukarać w szczególny, opisany tam z detalami sposób, jeśli nie posłuchamy tej ostatniej przestrogi i się nie poprawimy. Nastanie koniec świata i będzie płacz, zgrzytanie zębów i niewysłowione cierpienie.

Bóg, uczono nas na lekcjach religii, był już dostatecznie rozgniewany, aby ukarać nas tu i teraz, ale zlitował się nad nami i dał nam jeszcze jedną szansę dzięki wstawiennictwu Matki Boskiej.

Opowieść o Matce Boskiej Fatimskiej przeraziła mnie. Pobiegłem do domu, aby spytać matkę, czy to wszystko prawda. Mama odparła, że skoro tak mówią księża i zakonnice, to tak musi być istotnie. Przejęte i wystraszone, dzieciaki z mojej klasy pytały siostrę, jak możemy się przed tym uchronić.

“Co dzień idźcie na mszę", radziła. “Odmawiajcie różaniec co noc i często odmawiajcie Drogę Krzyżową. Raz w tygodniu chodźcie do spowiedzi. Odprawcie pokutę i zanieście swe cierpienie Bogu na znak, że wyrzekliście się grzechu. Przyjmujcie Komunię świętą. I zmawiajcie Akt Skruchy Doskonałej co noc przed zaśnięciem, abyście byli godni dołączyć do świętych w niebie kiedy Pan weźmie was do siebie we śnie".

W gruncie rzeczy, nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogę nie dożyć rana, dopóki nie nauczono mnie dziecięcej modlitwy...

Teraz już kładę się spać, Panie, racz o ma dusze dbać. A jeśli umrę, nim dzień nastanie, Do nieba mnie wziąć racz, Panie.

Po kilku tygodniach takich modlitw bałem się w ogóle położyć spać. Płakałem po nocach, nikt się nie domyślał, jaki był powód. Do dziś mam obsesję na punkcie nagłej śmierci. Często kiedy wychodzę z domu, żeby zrobić zakupy w pobliskim sklepie lub przed podróżą - mówię do Nancy, “Jeśli nie wrócę, pamiętaj, że moje ostatnie słowa do ciebie brzmiały: 'Kocham cię'". Z czasem przerodziło się to w stały dowcip, ale jakaś cząstka mnie podchodzi do tego śmiertelnie poważnie.

Ponownie doświadczyłem bojaźni Bożej, kiedy miałem trzynaście lat. Mój opiekun z dzieciństwa, Fran-kie Schultz, chłopak z sąsiedztwa, brał ślub. I zaprosił mnie - mnie - na wesele; miałem w jego imieniu przywitać i rozsadzić gości! Rozpierała mnie duma. Do chwili kiedy powiadomiłem o tym naszą siostrę.

- A gdzie odbędzie się ten ślub? - spytała podejrzliwie.

- U świętego Piotra - wyjaśniłem niewinnie.

- U świętego Piotra? - powtórzyła lodowatym tonem. - To przecież luterański kościół, prawda?

- Nie wiem. Nie pytałem. Chyba...

- To luterański kościół i nie pójdziesz tam.

- Jak to? - spytałem.

- To zabronione - oświadczyła głosem, który dawał do zrozumienia, że sprawa jest przesądzona.

- Ale dlaczego? - upierałem się mimo wszystko. Siostra spojrzała na mnie tak, jakby nie mieściło

się jej w głowie, że śmiem ją dalej indagować. Potem, najwyraźniej czerpiąc z głęboko ukrytego źródła nieskończonej cierpliwości, zamrugała dwa razy i uśmiechnęła się.

- Bóg nie chce cię oglądać w pogańskim kościele - tłumaczyła - ich wiara różni się od naszej. Oni nie głoszą prawdy. Chodzenie do innego kościoła to grzech. Przykro mi, że twój przyjaciel postanowił tam wziąć ślub. Bóg nie uświęci ich związku.

- Siostro - naciskałem, posuwając się daleko, daleko poza granice tolerancji - a jeśli będę pomagał Frankiemu na przyjęciu weselnym?

- No, cóż - westchnęła, szczerze zatroskana. -Wtedy biada ci chłopcze.

Mocne słowa. Z Boga był prawdziwy twardziel. Nie dopuszczał żadnych odstępstw od wyznaczonych reguł.

Ja jednak odstąpiłem. Żałuję, że nie mogę przytoczyć powodu bardziej wzniosłego, ale prawda wygląda tak, że nie mogłem pogodzić się z tym, że nie założę swojej białej sportowej marynarki (z różowym goździkiem w klapie - dokładnie tak, jak śpiewał Pat Boone!).

Postanowiłem nikomu nie mówić o słowach zakonnicy i poszedłem na ślub. Ale miałem pietra! Może wam się wydawać, że przesadzam, ale przez cały dzień czekałem, aż powali mnie Bóg. W trakcie uroczystości bacznie nasłuchiwałem luterańskich kłamstw, ale pastor mówił tylko serdeczne i cudowne rzeczy, od których wszystkim obecnym w kościele zakręciły się łzy w oczach. Mimo to pod koniec mszy byłem zlany potem.

Tej nocy błagałem Boga na klęczkach, aby wybaczył mi moje przewinienie. Zmówiłem Akt Skruchy Doskonałej tak, jak nigdy jeszcze zapewne nie słyszeliście. Leżałem w łóżku bojąc się zasnąć i powta-

rzałem w kółko - A jeśli umrę, nim dzień nastanie, do nieba mnie wziąć racz, Panie...

Przytoczyłem te anegdoty z dzieciństwa - a znalazłoby się dużo więcej - nie bez powodu. Chcę dać wam wyobrażenie o tym, jak prawdziwy był mój strach przed Bogiem. Ponieważ mój przypadek nie należy do odosobnionych.

I jak już mówiłem, nie tylko katolicy korzą się z lęku przed Bogiem. Bynajmniej. Połowa ludzi na świecie wierzy, że Bóg “ich dopadnie", jeśli nie będą posłuszni. Fundamentaliści różnych religii sieją strach w sercach wyznawców. Tego nie wolno. Nie rób tamtego. Przestań, bo Bóg cię ukarze. I nie chodzi tu o ważniejsze zakazy w rodzaju “Nie Zabijaj". Mowa tu o rozgniewaniu Boga spożyciem mięsa w piątek (w tej sprawie zmienił jednak zdanie) czy zjedzeniu wieprzowiny w dowolnym dniu tygodnia albo wzięciu rozwodu. Bóg będzie się złościł, jeśli nie okryjesz swej kobiecej twarzy kwefem, jeśli choć raz w życiu nie odbędziesz pielgrzymki do Mekki albo jeśli nie rzucisz wszystkiego, nie rozwiniesz dywaniku i nie uderzysz czołem o ziemię pięć razy dziennie, nie weźmiesz ślubu w świątyni, nie pójdziesz do spowiedzi czy na mszę każdej niedzieli.

Z Bogiem trzeba uważać. Sęk w tym, że trudno spamiętać wszystkie reguły, tyle ich jest. A już rzeczą nie do obejścia jest to, że słuszne są zasady podawane przez każdego. Lub przynajmniej każdy twierdzi, że są. Ale wszyscy nie mogą mieć racji. Jak wybrać, skąd wiedzieć? To dręczące pytanie i wcale niebłahe, zważywszy na tak wąski margines błędu, jaki dopuszcza Bóg.

I oto pojawia się książka pod tytułem Przyjaźń z Bogiem. Co to może oznaczać? Jak to możliwe? Czyżby Bóg nie był jednak Świętym Desperado? A nie ochrzczone dzieci trafiają do nieba? I noszenie kwefu, składanie pokłonów, zachowywanie celibatu, niespożywanie wieprzowiny nie ma nic do rzeczy? Allach darzy nas miłością bezwarunkową? Zaś Jehowa zabierze wszystkich nas do siebie, kiedy nastaną dni chwały?

I kwestia o daleko idących następstwach - czy to możliwe, że w ogóle nie powinno się mówić o Bogu “On"? Czy Bóg może być kobiety? Czy też, o zgrozo, bezpłciowy?

Dla kogoś, kto odebrał takie wychowanie jak ja, nawet pomyślenie czegoś takiego mogło być uznane za grzech.

Ale musimy to rozważać. Podawać w wątpliwość. Ślepa wiara zawiodła nas w ślepy zaułek. Ludzkość niewiele posunęła się naprzód w swym duchowym rozwoju w ciągu ostatnich dwóch tysięcy lat. Tyle nam mówiono, tyle nas uczono, a my wciąż objawiamy te same zachowania, które od niepamiętnych czasów sprowadzają na naszą rasę nieszczęścia.

Zabijamy swych braci, pozwalamy, by światem rządziły chciwość i siła, krępujemy swoją seksualność, źle traktujemy i źle kształcimy swoje dzieci, przymykamy oczy na cierpienie i w gruncie rzeczy, przyczyniamy się do niego.

Od narodzin Chrystusa minęły dwa tysiące lat, od czasów Buddy dwa i pół, a jeszcze więcej, odkąd po raz pierwszy usłyszeliśmy słowa Konfucjusza, mądrość Tao, a wciąż nie rozstrzygnęliśmy zasadniczych kwestii. Czy znajdzie się kiedyś sposób na to, aby

zrobić użytek z tego, co już wiemy, przenieść to do codziennego życia?

Sądzę, że tak. I mam co do tego pewność, ponieważ wiele o tym rozmawiałem z Bogiem.

2

-^4^-*

Najczęściej zadawano mi pytanie: “Skąd wiesz, że naprawdę rozmawiasz z Bogiem? Skąd wiesz, że to nie dzieło twojej wyobraźni? Czy, co gorsza, diabelska sztuczka?".

Drugim pod względem częstości było: “Dlaczego akurat ty? Dlaczego Bóg wybrał ciebie?".

I wreszcie trzecie z powtarzających się pytań: “Jak wygląda twoje życie, odkąd to się wydarzyło? Jak się zmieniło?".

Można by sądzić, że najczęściej stawiane mi pytania dotyczyły Słów Boga, zapierających dech w piersiach objawień; nadzwyczajnych wglądów i obrazo-burczych koncepcji - a tych nie brakowało w naszym dialogu - ale zadawane mi pytania głównie odnosiły się do ludzkiej strony tego przedsięwzięcia.

W końcu, nade wszystko pragniemy poznać prawdę o sobie nawzajem. Trawi nas nienasycona ciekawość naszych bliźnich, bardziej przemożna niż ciekawość czegokolwiek innego w świecie. Tak jakbyśmy zdawali sobie sprawę, że jeśli dowiemy się więcej o innych, poznamy lepiej sami siebie. A pragnienie lepszego poznania siebie - swej Prawdziwej Istoty - to najgłębsze ze wszystkich pragnień.

Dlatego więcej zadajemy jeden drugiemu pytań o swoje doświadczenia aniżeli o swoje pojmowanie. Jak to wtedy było? Skąd wiesz, że to prawda? O czym teraz rozmyślasz? Dlaczego tak postępujesz? Skąd u ciebie to poczucie?

Próbujemy wczuć się w położenie drugiego. Mamy wewnątrz system naprowadzający, który kieruje

nas intuicyjnie i nieodparcie ku sobie nawzajem. Wierzę, że na poziomie genetycznym występuje naturalny mechanizm, który zawiera uniwersalną inteligencję. Ta uniwersalna inteligencja kształtuje nasze podstawowe reakcje jako istot rozumnych. Wprowadza odwieczną mądrość do naszych komórek, dając początek temu, co niektórzy nazywają Prawem Przyciągania.

Pcha nas ku sobie nawzajem siła płynąca z ukrytego przekonania, że w drugim odnajdziemy samych siebie. Możemy nie być tego świadomi, możemy tego nie artykułować wprost, ale pojmujemy to na poziomie komórkowym. I wierzę też, że to rozumienie w skali mikro pochodzi od rozumienia w skali makro. Wierzę, że zdajemy sobie z tego sprawę, że w najwyższym wymiarze Wszyscy Stanowimy Jedno.

Ta nadrzędna świadomość nakazuje nam lgnąć do drugiego, a jej ignorowanie jest przyczyną najdotkliwszej samotności serca, najdotkliwszej nędzy ludzkiej kondycji.

To unaoczniły mi rozmowy z Bogiem: każdy smutek, każde pogwałcenie godności, każdą tragedię można przypisać jednej jedynej ludzkiej decyzji - decyzji odsunięcia się od siebie nawzajem. Decyzji pomijania nadrzędnej świadomości, obwołania naturalnego pociągu, jaki czujemy do drugiego “złym", a Jedności - fikcją.

W ten sposób zadajemy kłam swej prawdziwej Jaźni. A z tego samozaparcia bierze się całe nasze zło. Cała złość, całe rozczarowanie, cała gorycz mają swój początek w obumarciu naszej największej radości. Radości bycia Jednym.

Konflikt w relacjach międzyludzkich wynika stąd, /e choć na poziomie komórkowym dążymy do tego, aby doświadczyć naszej Jedności, nasz umysł uparcie temu zaprzecza. W ten sposób nasze myślenie o życiu, o tym, jakie jest, kłóci się z tym, co wiemy w głębi swojej istoty. W rzeczy samej, co dzień działamy na przekór naszym instynktom. Doprowadziło to do obecnego obłędu, w ramach którego obstajemy przy odgrywaniu niedorzecznej idei podziału, jednocześnie tęskniąc za doznaniem ponownie radości bycia Jednym.

Czy ten konflikt da się rozwiązać? Tak. Wygaśnie on z chwilą, kiedy pojednamy się z Bogiem. Temu właśnie ma służyć ta książka.

Nie miałem pojęcia, że ona powstanie. Podobnie jak Rozmowy z Bogiem była mi dana, aby mogli z niej skorzystać inni. Sądziłem, że z chwilą ukończenia trylogii RzB moja “kariera pisarza z przypadku" również dobiegła końca. Wtedy przy pisaniu “Podziękowań" do Przewodnika do Rozmów z Bogiem, księgi pierwszej, doświadczyłem czegoś, co miało wszelkie cechy przeżycia mistycznego.

Opowiadam to po to, abyś zrozumiał, dlaczego ta książka została napisana. Na wieść, że ją piszę, ludzie czasami odpowiadali: “Przecież miała być tylko trylogia?". Tak jakby przedstawienie nowego materiału w jakiś sposób podważało wiarygodność oryginału. Dlatego chcę, abyście znali okoliczności powstania tej książki; jak stało się dla mnie jasne, że muszę ją napisać - chociaż jeszcze nie mam pojęcia, co się w niej znajdzie ani dokąd mnie doprowadzi.

Była wiosna 1997 roku i skończyłem właśnie pisać Przewodnik. W napięciu czekałem na odzew ze

strony wydawnictwa Hampton Roads. W końcu do mnie zadzwonili.

- Cześć, Neale, wspaniała książka! - odezwał się Bob Friedman.

- Poważnie? Nie żartujesz? - Coś we mnie nie pozwala mi wierzyć w najlepsze wieści i każe spodziewać się najgorszego. Dlatego przygotowany byłem na coś w rodzaju: “Przykro mi. Nie możemy tego przyjąć. Musisz to przerobić".

- Oczywiście, że nie - zaśmiał się Bob. - Dlaczego miałbym cię okłamywać w takiej sprawie? Myślisz, że chciałbym wydać kiepską książkę?

- Myślałem, że może próbujesz podnieść mnie na duchu.

- Wierz mi, Neale. Nie poprawiałbym ci samopoczucia mówiąc, że napisałeś świetną książkę, gdyby to był gniot.

- W porządku - odparłem ostrożnie.

Bob znów zachichotał. - Wy autorzy zupełnie w siebie nie wierzycie. Jesteście podejrzliwi nawet wobec kogoś, kto musi mówić wam prawdę, jeśli ma zarobić na życie. Mówię ci, to wspaniała książka. Na pewno pomoże wielu ludziom.

Wypuściłem z ulgą powietrze. - Dobra, wierzę ci.

- Jest tylko jedna rzecz.

- Wiedziałem. Wiedziałem. Co jest nie tak?

- Nic. Po prostu nie przysłałeś podziękowań. Chcemy się tylko upewnić, czy chcesz zamieścić podziękowania, ale zapomniałeś wysłać, czy obędzie się bez. To wszystko.

- To wszystko?

- To wszystko.

- Dzięki Bogu.

_ To mają być twoje podziękowania? - roześmiał się Bob.

- Czemu nie? - Powiedziałem Bobowi, że prześlę mu coś zaraz pocztą elektroniczną. Kiedy odłożyłem słuchawkę, wydałem okrzyk.

- Co znowu? - zawołała Nancy z sąsiedniego pokoju. Stanąłem przed nią z triumfującą miną.

- Bob mówi, że książka jest świetna.

- To dobrze - rozpromieniła się.

- Myślisz, że naprawdę tak uważa?

Nancy wywróciła oczami i uśmiechnęła się. - Bob z pewnością nie wprowadzałby cię w błąd w tej sprawie.

- Dokładnie tak powiedział. Ale jest jedna rzecz.

- Co takiego?

- Muszę napisać podziękowania.

- To nic trudnego. Machniesz coś w pół godziny.

Moja żona powinna była zostać wydawcą.

Siadłem więc pewnego niedzielnego poranka i zabrałem się do pracy. Najpierw zadałem sobie pytanie: “Komu pragnę złożyć podziękowania na początku tej książki?". “Rzecz jasna, Bogu", natychmiast podpowiedział mi umysł. Owszem, spierałem się sam ze sobą, ale przecież dziękuję Bogu za wszystko, nie tylko za tę książkę. “Więc*napz'sz to", obstawał umysł. Podniosłem długopis i napisałem: Za całe swe życie i za to wszystko, co mogłem w nim uczynić dobrego, prawego, twórczego, wspaniałego, dziękuje memu najdroższemu przyjacielowi i najbliższemu kompanowi, Bogu.

Pamiętam, że zdziwiło mnie to sformułowanie. Nigdy przedtem nie odnosiłem się tak do Boga, lecz nagle uświadomiłem sobie jasno, że tak właśnie

to czuję. Czasami tylko podczas pisania poznaję dokładnie swoje uczucia. Czy doświadczyliście kiedyś czegoś podobnego? Pisałem te słowa i nagle zdałem sobie sprawę... wiecie, ja naprawdę mam w Bogu przyjaciela. Tak to odbieram. I wtedy wtrącił się umysł: “To też zapisz. Dalej, przelej to na papier". I zacząłem drugi akapit podziękowań:

Nie znałem wcześniej tak cudownej przyjaźni - wydaje mi się, że tak właśnie należy nazwać łącząca nas wieź - i przy każdej okazji staram się wyrażać za nią swa wdzięczność.

Potem zaś napisałem coś sam nie wiedząc dlaczego.

Mam nadzieje, że uda mi się wyjaśnić w najdrobniejszych szczegółach wszystkim zainteresowanym, w jaki sposób można taka przyjaźń zawrzeć i jak ja wykorzystać. Ponieważ Bóg chce być przede wszystkim wykorzystywany. A i my pragniemy tego samego. Pragniemy przyjaźni z Bogiem. Przyjaźni, która okazałaby się czynna i użyteczna.

Gdy napisałem te ostatnie słowa, ręka mi zastygła. Przeszedł mnie dreszcz. Coś przetoczyło się przeze mnie. Siedziałem w milczeniu, oszołomiony nagłą i pełną świadomością czegoś, o czym jeszcze przed chwilą wcale nie myślałem, a teraz wydawało się takie oczywiste.

Nie było to całkiem nowe doznanie. Często przytrafiało mi się przy pisaniu Rozmów z Bogiem. Kilka słów, zdań wyrywało się z mego umysłu, a gdy widziałem je przed sobą na papierze, nagle miałem pewność, że tak jest, nawet jeśli kilka minut wcześniej nie miałem o “tym" pojęcia. Towarzyszyło temu zwykle doznanie fizyczne - nagłe mrowienie czy'

coś, co nazywam drżeniem ze szczęścia, albo łzy radości. I niekiedy wszystkie trzy naraz.

Tym razem wystąpiły naraz. Wiedziałem więc, że to, co zapisałem, to absolutna prawda.

I wówczas spadło na mnie ważne osobiste objawienie. To też zdarzało mi się wcześniej. To uczucie natychmiastowego uświadomienia sobie czegoś w całej jego rozciągłości. Wiesz “wszystko od razu.".

Olśniło mnie (inaczej tego nie mogę wyrazić), że nie poprzestanę na napisaniu trylogii Rozmów z Bogiem. Nabrałem nagłej jasności co do tego, że za moją sprawą powstaną jeszcze co najmniej dwie książki. Wiedza o nich i o tym, jakie mają spełnić zadanie, ogarnęła mnie całego. I usłyszałem głos Boga, szepczący:

Neale, to, co nas łączy, nie różni się niczym od twoich związków z ludźmi. Zawsze zaczynacie od rozmowy. Jeśli wypadnie dobrze, zawiązuje się przyjaźń. A jeśli przyjaźń będzie udana, doświadczacie poczucia Jedności - wspólnoty - z druga osoba. Ze Mną jest dokładnie tak samo.

Najpierw ze sobą rozmawiamy.

Każdy z was na swój sposób doświadcza rozmowy z Bogiem. Obie strony biorą w niej udział, podobnie jak w rozmowie, która prowadzimy w tej chwili. Może ona toczyć się “w głowie" czy na papierze; Moje odpowiedzi mogą też docierać do ciebie z pewnym opóźnieniem, pod postacią następnej piosenki, jakiej słuchasz, filmu, jaki oglądasz, wykładu, na który się wybrałeś, artykułu w czasopiśmie, jaki czytasz czy przypadkowej wypowiedzi przyjaciela, który “akurat" przechodził twoją drogą.

Kiedy już stanie się dla ciebie oczywiste, że nieustannie prowadzimy ze sobą rozmowę, możemy przystąpić do budowania przyjaźni. Na koniec zaś doświadczymy całkowitej wspólnoty.

Toteż masz jeszcze do napisania dwie książki: Przyjaźń z Bogiem i Jedność z Bogiem. Pierwsza dotyczyć będzie wykorzystania mądrości Rozmów z Bogiem do stworzenia czynnej przyjaźni z Bogiem. Druga pokaże, jak wynieść te przyjaźń do poziomu całkowitej wspólnoty z Bogiem i jakie to niesie ze sobą następstwa. Dostarczy wskazówek każdemu poszukiwaczowi prawdy i przekaże zapierające dech w piersiach przesłanie dla całej ludzkości.

Ty i Ja stanowimy Jedno. Tylko po prostu o tym nie wiesz. Nie decydujesz się tego doświadczyć - tak samo jak nie znasz czy nie wybierasz doświadczenia i swojej Jedności z innymi.

Twoje książki, Neale, położą kres podziałowi, zbu-^ rza iluzje odrębności w tych, którzy je czytają.

Takie jest twoje zadanie. Takie masz dzieło do wykonania - rozwiać złudzenie podziału.

Nigdy o nic innego nie chodziło. Twoje Rozmowy z Bogiem to zaledwie początek.

Byłem oszołomiony. Ponownie przeszły mnie ciarki. Czułem, jak wzbiera we mnie drżenie, takie nie do wykrycia dla zewnętrznego obserwatora, lecz mimo to przenikające każdą komórkę ciała. I tak właśnie jest - każda komórka zaczyna szybciej drgać. Wibrować z wyższą częstotliwością. Pląsać z energią Boga.

Ładnie powiedziane. To cudowna metafora.

Zaraz, chwileczkę. Nie wiedziałem, że tak szybko się odezwiesz. Relacjonowałem tylko, co zdarzyło się w 1997 roku.

Wiem, ale nie mogłem się powstrzymać. Miałem zamiar odczekać mniej więcej do połowy tej książki, ale uderzyłeś w taki poetycki ton, że nie mogłem stać z boku.

To miło, naprawdę.

To niemal odruch. Ilekroć piszecie lirycznie, przemawiacie poetycko, uśmiechacie się miłośnie, śpiewacie czy tańczycie, musze się pokazać.

Musisz?

Wyrażę to inaczej. Zawsze jestem z wami, przez całe życie. Ale gdy się uśmiechacie, kochacie, śpiewacie, tańczycie czy piszecie od serca, o wiele wyraźniej uświadamiacie sobie Moja obecność. To Ja w najwyższym wydaniu, a kiedy wyrażacie te jakości, wyrażacie Mnie - dosłownie, wypychacie Mnie na zewnątrz.

Zabieracie Mnie ze swego wnętrza, gdzie przebywam zawsze i pokazujecie Mnie na zewnątrz. I dlatego wydaje się, że Ja się wam “pokazuje". Lecz tak naprawdę, jestem z wami cały czas, a w takich chwilach po prostu zdajecie sobie sprawę z Mojej obecności.

No, cóż, miałem jeszcze sporo do powiedzenia przed przystąpieniem do kolejnej rozmowy z Tobą.

Wiec mów, śmiało.

Za pozwoleniem, trudno tak ignorować Twoją obecność. Jak mam udawać, że Ciebie tu nie ma? Teraz kiedy nawiązałeś ze mną dialog, komu by się chciało słuchać mnie?

Wielu ludziom. Zapewne każdemu. Chcą usłyszeć, jak to z tobą było. Chcą się dowiedzieć, co z tego wyniosłeś. Nie wycofuj się tylko dlatego, że Ja się pojawiłem. Tyle osób ma ten sam problem. Pokazuje się Bóg i uważają, że teraz musza się uniżyć, upokorzyć.

To nie trzeba się korzyć przed obliczem Boga?

Nie przyszedłem ciebie poniżyć, lecz wywyższyć. Wywyższyć?

Kiedy ty jesteś wyniesiony, to Ja również. Kiedy ty jesteś upokorzony, to Ja też. Jest tylko Jeden z Nas. Ty i Ja to Jedno.

Cóż, do tego właśnie zmierzałem.

No to dalej. Niech Moja obecność cię nie wstrzymuje. Opowiedz ludziom czytającym te słowa o swoim doświadczeniu. Chcą się dowiedzieć. Nie myliłeś się co do tego. Dowiadując się o innych, poznają sami siebie.

Dojrzą w tobie samych siebie, a gdy zobaczy w tobie Mnie, wówczas dostrzega Mnie również w sobie. A to wielki dar. Wiec ciągnij dalej swa opowieść.

Jak mówiłem, każda komórka ciała jakby dygotała, wibrowała. Drżałem cały z radosnego podniecenia. Łza skapnęła mi po policzku i gdy zlizałem ją z brody, poczułem jej sól. Znów mnie to nachodziło. Miałem wrażenie, że zaraz rozpłynę się... z miłości.

Nie mogłem dalej pisać podziękowań. Musiałem zrobić coś z tym, co mną tak owładnęło. Chciałem natychmiast przystąpić do pisania Przyjaźni z Bogiem.

“Hej, przecież nie możesz", upomniał mnie mój umysł. “Jeszcze nawet nie napisałeś księgi trzeciej" (mowa o trzeciej części trylogii Rozmów z Bogiem).

Wiedziałem, że najpierw muszę skończyć trylogię, zanim wezmę się za coś innego. Jednak energia, która krążyła mi w żyłach, szukała ujścia. Postanowiłem zadzwonić do mojej redaktorki u drugiego wydawcy, Putnam Publishing Group w Nowym Jorku.

“Pewnie nie uwierzysz", wyrzuciłem z siebie, kiedy podniosła słuchawkę, “ale właśnie otrzymałem temat następnych dwóch książek i nakaz ich napisania".

Ja nigdy niczego nie nakazuje.

0

No, cóż, użyłem chyba słowa “nakaz" w rozmowie z moją redaktorką. Powinienem raczej powiedzieć “natchnienie".

Tak byłoby lepiej, bliżej prawdy.

Byłem tak przejęty, że nie zważałem na słowa, nie zastanawiałem się nad ich dokładnością.

Rozumiem, ale z takich właśnie drobiazgów przez wieki zrodziło się fałszywe o Mnie wyobrażenie.

Mam zamiar teraz to skorygować. Przyszedłem powiedzieć wam, jak to jest pozostawać w prawdziwej przyjaźni z Bogiem - oraz jak ja nawiązać.

Nie mogę się doczekać! Zaczynaj, zaczynaj!

Skończ swoja opowieść. Kogo to interesuje? Ja chcę posłuchać tego.

Skończ swoje opowieść. To istotne. I doprowadzi nas do dzisiejszego dnia.

Przekazałem redaktorce to, czego dowiedziałem się od Ciebie o następnych dwóch książkach i od razu się do tego zapaliła. Zapytałem, czy jej zdaniem Put-nam będzie chciał je opublikować.

“Żartujesz sobie? Oczywiście, że je wydamy", odparła, prosząc o nadesłanie na piśmie streszczenia tego, co jej oznajmiłem.

Następnego dnia wysłałem faks i firma zaproponowała mi umowę na dwie książki.

Dlaczego po prostu nie rozpowszechniłeś tych książek przez Internet?

Słucham?

Dlaczego nie udostępniłeś ich za darmo? Do czego zmierzasz?

Ludzie chcę wiedzieć. Czy wydawcy zaoferowali ci wysokie honorarium?

Owszem.

Dlaczego zgodziłeś się je przyjąć? “Gdybyś był prawdziwym Bożym posłańcem, nie brałbyś pieniędzy za podzielenie się ta wiedza ze światem. Nie podpisywałbyś umów na książki". Czy nie słychać takich głosów?

Masz rację. Tak właśnie mówią. Twierdzą, że robię to dla pieniędzy.

No i?

Nie robię tego dla pieniędzy, ale to nie znaczy, żeby odmawiać ich przyjęcia.

Sługa Boży by tak nie uczynił.

Czyżby? Księża nie otrzymują wynagrodzenia? Rabini nie jedzą?

Owszem, ale skromnie. Nauczyciele słowa Bożego żyją w biedzie, rtie żądają fortuny za przekazanie prostej prawdy.

Nie żądałem fortuny. Niczego nie żądałem. Zaproponowano mi.

Powinieneś ofertę odrzucić.

Dlaczego? Kto mówi, że pieniądze są złem? Skoro nadarza mi się okazja zarobienia dużej sumy przez podzielenie się odwieczną prawdą, w imię czego powinienem się tego wyrzec?

A gdybym marzył o uczynieniu niesamowitych rzeczy z pomocą części tych pieniędzy? A gdybym marzył o założeniu i wspieraniu fundacji szerzącej Twoje posłanie na całym świecie? A gdybym marzył o poprawieniu doli innych ludzi?

To nieco zmieniłoby postać rzeczy. Uśmierzyłoby nieco Mój gniew.

A gdybym po prostu większość z tych pieniędzy rozdał? Pomógł potrzebującym?

To również wpłynęłoby na obraz całej sprawy. Moglibyśmy wtedy zrozumieć. Z czasem moglibyś-my się z tym pogodzić. Ale ty sam powinieneś żyć skromnie. Nie powinieneś wydawać tego na siebie.

Nie powinienem? Więc nie wolno mi uczcić tego, kim jestem? Mieszkać w przepychu? Mieć pięknego domu? Nowego samochodu?

Nie. Ani nie wolno ci ubierać się elegancko, jeść w drogich restauracjach i kupować przedmiotów zbytku. Powinieneś przekazać wszystko na biednych, żyć tak, jakby to nie miało znaczenia.

Ale przecież tak właśnie żyję! Jakby pieniądze nie miały znaczenia. Wydaję je lekką ręką, oddaję bez

oporów, dzielę się szczodrze i postępuję dokładnie tak - jakby one nie miały znaczenia.

Kiedy mam ochotę na coś kosztownego, rzecz czy zajęcie, zachowuję się tak, jakby pieniądze nie grały roli. A gdy moje serce każe mi wspomóc drugiego albo uczynić coś wspaniałego dla świata, postępuję tak, jakby pieniądze nie grały roli.

Rób tak dalej, a stracisz wszystkie swoje pieniądze.

Chcesz powiedzieć spożytkujesz! Nie można pieniędzy stracić. Można tylko zrobić z nich użytek. Pieniądze spożytkowane nie są stracone. Trafiły do kogoś! Nie zniknęły. Pytanie tylko do kogo? Jeśli trafiły do kogoś, kto coś mi sprzedał albo zrobił dla mnie, to co “straciłem"? A jeśli pójdą na zbożne cele czy na zaspokajanie potrzeb innych, to gdzie tu strata?

Jeśli nie będziesz się ich trzymał, nic ci nie zostanie.

Nie “trzymam się" niczego, co posiadam! Nauczyłem się, że właśnie kiedy trzymam się czegoś kurczowo, tracę to. Jeśli “trzymam się" miłości, mogę jej nie zaznać. Jeśli trzymam się pieniędzy, stają się bezwartościowe. Doświadczyć “posiadania" czegokolwiek można tylko przez rozdanie tego. Tylko wtedy można poczuć, że to się ma.

Pominąłeś głębszy sens Mojej wypowiedzi. Wykręciłeś się z pomoce słownej żonglerki. Ale nie dam ci się tak wymigać. Przyprę cię do muru.

Chodzi o to, że ludzie, którzy głoszę prawdziwe Słowo Boże, nie powinni robić tego dla pieniędzy.

Kto to powiedział?

Ty sam. Ja?

Tak, ty. Całe życie Mi to mówiłeś. Do czasu kiedy napisałeś te książki i zgarnąłeś kupę forsy. Skąd ta zmiana?

Ty to sprawiłeś. Ja?

Owszem. Powiedziałeś mi, że pieniądze nie są przyczyną wszelkiego zła, niemniej sam mogę zadecydować, że niewłaściwy z nich użytek - tak. Powiedziałeś mi, że życie stworzone jest po to, aby czerpać z niego radość i rzeczą słuszną jest radowanie się nim. Nawet więcej niż słuszną. Powiedziałeś mi, że pieniądze nie różnią się niczym od reszty -że wszystko stanowi przejaw Bożej energii. Powiedziałeś mi, że Ty jesteś wszędzie i wyrażasz siebie we wszystkim i przez wszystko - że w gruncie rzeczy jesteś wszystkim, sumą całości - z pieniędzmi włącznie.

Powiedziałeś mi, że moje poglądy na pieniądze były błędne. Przypisywałem im negatywne cechy -uważałem, że są splamione, niegodne, podłe. Jedno-

cześnie tym samym obciążałem Boga, albowiem pieniądze również składają się na to, Kim Jesteś.

Powiedziałeś mi, że wyznawałem ciekawą filozofię życiową, w myśl której pieniądze były “złe", zaś miłość “dobra". A zatem im więcej miłości czy ogólnego dobra coś wnosiło, tym mniej pieniędzy powinno się na tym zarobić.

Jak mi oświadczyłeś, połowa świata pojmuje to na opak.

Płacimy striptizerkom czy czołowym bejsbolistom bajońskie sumy za to, co robią, podczas gdy naukowcy pracujący nad lekiem na AIDS, nauczyciele w szkołach, rabini, pastorowie czy księża troszczący się o nasze dusze żyją o chlebie i wodzie.

Powiedziałeś mi, że w rezultacie żyjemy w wywróconym do góry nogami świecie, gdzie za rzeczy, które cenimy najwyżej, otrzymuje się najniższe wynagrodzenie. Co więcej, taki układ nie tylko się nie sprawdza (biorąc pod uwagę to, co chcemy osiągnąć), ale nie jest nawet konieczny, ponieważ wcale nie oddaje Twojej woli.

Oświadczyłeś mi, że jest Twoją wolą, aby każda ludzka istota żyła w przepychu, ale mimo tysięcy lat naszej historii jeszcze nie zdołaliśmy nauczyć się dzielić z innymi - w tym tkwi nasz problem tu na Ziemi.

Dałeś też jasno do zrozumienia, że nie mogę nauczyć świata niczego o prawdziwej istocie pieniędzy odżegnując się od nich. Przyczynię się jedynie do Pogłębienia panującego na tle pieniędzy zaburzenia.

Oznajmiłeś mi, że o wiele skuteczniejsza nauka płynęłaby z przyjęcia pieniędzy z radością - tak jak Wszelkich dobrych rzeczy w życiu i z dzielenia się nimi również.

Tego wszystkiego dowiedziałeś się ode Mnie? Tak. Bez dwóch zdań. I dałeś temu wiarę?

Jak najbardziej. W istocie te nowe poglądy zupełnie odmieniły moje życie.

To dobrze. Znakomicie. Nauka nie poszła w las,\ mój synu. Nie przesłyszałeś się.

Wiedziałem! Sprawdzałeś mnie tylko. Byłem pewny, że chcesz po prostu się przekonać, jak odpowiem na te pytania.

Zgadza się. Ale to nie koniec pytań. Jestem gotów.

Dlaczego ludzie maja płacić za to przesłanie? Mniejsza o to, co sadzisz o przyjmowaniu za to pieniędzy. Dlaczego ludzie powinni dawać za to pieniądze? Czyż Słowo Boże nie powinno być dostępne dla każdego za darmo? Dlaczego nie zamieściłeś tego w Inter-, necie?

Ponieważ Internet już pęka w szwach od tysięcy wypowiedzi ludzi na temat swojej wiary, namawiających innych do jej przyjęcia. Szperałeś ostatnio w Sieci? Ona nie ma końca. To prawdziwa puszka Pandory.

Gdybym przez Internet ogłosił, że rozmawiam / Bogiem, kiedy to wszystko się zaczęło, myślisz, że ktokolwiek zwróciłby na to uwagę? Sądzisz, że byłaby to jakaś nowość w Internecie? Wybacz.

W porządku. Ale teraz twoje książki są rozchwytywane. Każdy o nich słyszał. Dlaczego teraz nie rozpowszechnisz ich przez Internet?

Ludzie doceniają wartość Rozmów z Bogiem dlatego, że inni dali w zamian za nie coś dla nich wartościowego. Nadawana im wartość pochodzi z tego, co cennego ludzie za nie oddali. Przez całe życie robimy dla innych dobre rzeczy. Oferujemy światu swoje “dobra". Kiedy świat uzna, za nasza oferta jest wartościowa - czy będzie to naprawa kanalizacji, wypiek chleba, uzdrawianie czy głoszenie prawdy - staje się tym samym droga, zyskuje swoją cenę. A jeśli my nadajemy czemuś wartość, ofiarując w zamian coś cennego, co stanowi naszą własność, nie tylko otrzymujemy wartość, którą nadajemy - ale sprawiamy, że ta rzecz staje się zarazem cenniejsza dla tego, kto ją nabywa.

W ten sposób lgną ku temu inni, ponieważ ludzie zawsze będą dążyli do wzbogacenia swego życia ° cenne rzeczy. Obecne reguły handlu pozwalają nam określić, co- stanowi wartość, a co nie.

Nie są one doskonałe, podobnie jak nasze decyzje 0 tym, co cenić. Ale w takich ramach musimy działać. Jak staram się zmienić ten system od wewnątrz.

A co z ubogimi, których nie stać na twoje książki?

Książki znaleźć można niemal w każdym domu w tym kraju. Tak więc, problem nie kryje się w tymj czy są w domu książki, tylko jakie to książki.

Poza tym, Rozmowy z Bogiem dostępne są praktycz-1 nie w każdej bibliotece. Istnieje nawet program Bookd for Friends, który zaopatruje wypożyczalnie więzienne. Dostarcza ich również wszystkim potrzebującym.

Trudno więc mówić, że materiał ten jest niedostępny. Został przełożony na dwadzieścia dwa j zyki i dociera do ludzi na całym świecie. Od Hongkongu po Tel Awiw, od Polski po Japonię, 'od Ber^j lina po Boston ludzie czytają go, studiują w zespo łach i przekazują dalej.

Niemniej przyznaję, że był to dla mnie ciężkij orzech do zgryzienia. Kwestia pieniędzy, oraz tegoj co należy posiadać i robić, nękała mnie przez wiele lat. Jak sam mówiłeś, nie różnię się pod tym wzglę* dem od innych.

Nawet dziś odzywa się we mnie głos, który pod" powiada mi, abym wyrzekł się sławy i wszelkich ko-( rzyści, nie tylko finansowych, jakie przyniosły mi Rozmowy z Bogiem. Nakazuje przywdziać włosienni-cę, zamieszkać na odludziu i nie przyjmować żadnych świeckich dóbr w zamian za to dobro, jakie przyniosłem światu. Wydaje mi się wówczas, że cała rzecz stałaby się przez to godniejsza. ,

Widzisz, jak podstępne jest takie rozumowanie? W ramach, jakie tu ustanowiłem, proszę ludzi, aby cenili coś, za co ja nie przyjąłbym nic wartościowego.

Lecz jak mogę oczekiwać, aby inni cenili coś, czego sam nie cenię? Sam nie zadaję sobie tego pytania, ponieważ ociera się o samo sedno. A jaką wartość nadaję sobie samemu, jeśli uważam, że muszę

się najpierw nacierpieć, aby inni docenili moją wartość? Kolejne kluczowe zagadnienie, do pominięcia.

Skoro jednak sam to poruszyłeś, pytam: Czy Matkę Teresę należy cenić wyżej niż Teda Turnera? Czy George Soros jest w czymś gorszy od Cne Rivery? C/y opływający we wszelkie dobra Jesse Jackson jako polityk ustępuje w czymś Vaclavowi Havlowi, który tyle nie ma? Czy należy obwołać papieża, którego szata starczyłaby na wyżywienie biednego dziecka przez rok, bluźniercą za to, że żyje niczym król, jako głowa Kościoła, którego majątek idzie w miliardy dolarów?

Ted Turner i George Soros przekazali na różne cele miliony dolarów. Umocnili marzenia ludzkości dzięki owocom własnych marzeń, urzeczywistnionych.

Wesprzeć marzenia ludzkości dzięki urzeczywistnieniu własnych. Jaka to szczytna idea!

Jesse Jackson wlał nadzieję w serca milionów za sprawą nadziei, jaka jego samego przywiodła do wielce wpływowej pozycji. Papież inspiruje ludzi na całym świecie i nie zyskałby siły oddziaływania (a wręcz sporo by jej stracił), gdyby występował w łachmanach.

Dlatego pogodziłem się z tym, że doświadczenie Rozmów z Bogiem przyniosło mi wiele dobrego - i dało zarazem wiele do podziału z innymi.

Chciałbym tu podkreślić, że opublikowanie tych książek nie było przyczyną zaistnienia całego tego doświadczenia. Ty sam wprawiłeś to w ruch, jeszcze zanim ukazały się w druku te książki. To właśnie z te-

go powodu zostały wydane drukiem i odniosły taki sukces. ;

i

Tak, teraz to widzę. ]

i

Możesz być tego pewny. Twoje życie, twoje na-\ stawienie do pieniędzy - i wszelkich dobrych rzeczy - odmieniły się, kiedy w tobie samym dokonała się przemiana.

Uległy dla ciebie zmianie, kiedy ty zmieniłeś swo-\ je zdanie o nich. \

No, cóż, wydawało mi się, że Ty to sprawiłeś. Powtarzam ludziom, że te książki cieszą się powodzeniem, ponieważ Ty tego chciałeś. W istocie, pociąga mnie myśl, że to wszystko było wolą Boga.

Nic dziwnego. To zdejmuje z ciebie ciężar odpowiedzialności, co więcej, przydaje całej sprawie wiarygodności. Z przykrością, ale musze cię rozczarować - to nie był Mój pomysł.

Nie był?

To był twój pomysł.

No, świetnie. Więc teraz nawet nie mogę powiedzieć, że natchnął mnie Bóg. A jeśli chodzi o obecną książkę? Przecież to Ty mi to podsunąłeś!

W porządku, to chyba stosowna okazja do rozpoczęcia naszych rozważań o tym, jak nawiązać przyjaźń z Bogiem.

3

O ile ma nas, ciebie i Mnie, łączyć prawdziwa przyjaźń - w praktyce, nie tylko w teorii...

To istotne. Zatrzymajmy się nad tym rozróżnieniem, bo to bardzo ważne. Wiele osób uważa Boga za swego przyjaciela, ale nie potrafi tej przyjaźni wykorzystać. W ich odczuciu jest to związek raczej luźny, a nie bliski.

Wielu w ogóle nie upatruje we Mnie przyjaciela. To smutne. Mysią o Mnie jak o rodzicu, nie druhu - i to srogim, okrutnym, wymagającym i gniewnym rodzicu. Jestem dla nich niczym Ojciec, który nie dopuszcza absolutnie żadnych potknięć w pewnych dziedzinach - na przykład, w sposobie oddawania Mi czci.

W opinii tych ludzi nie tylko żądam od Was czci, ale czci na określoną modle. Nie wystarczy, że do Mnie przychodzicie. Musicie iść dokładnie wytyczoną ścieżką. Jeśli zdarzy się wam pójść inną - jakąkolwiek inną drogą, Ja odrzucę waszą miłość, będę głuchy na wasze błagania, a nawet wtrącę was do piekła.

Nawet jeśli dążyłem do Ciebie ze szczerym sercem, czystymi pobudkami i najlepszym rozumieniem, na jakie mogłem się zdobyć?

Nawet wtedy. Tak, nawet wtedy. Zdaniem tych ludzi jestem surowym rodzicem, który nie zadowoli

się niczym innym, niż tylko całkowite poprawnością w waszym pojmowaniu Mojej istoty.

Jeśli rozumienie, jakie osiągnęliście, nie jest prawidłowe, spotka was z Mojej strony kara. Choćbyś miał jak najczystsze pobudki, choćby rozpierała cię miłość do Mnie i tak ześle na ciebie męki piekielne, będziesz cierpiał w nieskończoność, jeśli zwrócisz się do Mnie z niewłaściwym imieniem na ustach, z błędnymi poglądami w głowie.

To godne ubolewania, że ludzie tak Ciebie postrzegają. Przyjaciel nigdy by tak nie postąpił.

Nie, nie postąpiłby. Dlatego też przyjaźń z Bogiem, na podobieństwo związku łączącego cię z twym najlepszym przyjacielem, który przyjmie wszystko ofiarowane mu z miłością, przebaczy wszystko uczynione w błędzie - tego rodzaju przyjaźń jest dla nich niepojęta.

Nawet wśród tych, którzy widzą we mnie swego druha, masz racje, większość przyjaźni się ze Mną na odległość. Nie łączy ich ze Mną czynny związek. Jest to raczej dalekie powinowactwo, które maja nadzieje, przyda im się w razie potrzeby. Nie przyjaźń dzień w dzień, godzina w godzinę, minuta w minutę, jaka mogłaby się stać.

Wyjaśniałeś mi, czego potrzeba do tego rodzaju przyjaźni z Tobą.

Przemiany w myśleniu i przemiany w sercu. Tego potrzeba. Przemiany w myśleniu i przemiany w sercu. I odwagi.

Odwagi?

Owszem. Odwagi, aby odrzucić każda idee, każde pojecie, każda naukę o Bogu, który odtrąciłby ciebie.

Wymaga to ogromnej śmiałości, albowiem świat nabił ci głowę właśnie takimi pojęciami, wyobrażeniami i naukami. Musisz na to wszystko spojrzeć inaczej, wbrew temu, co ci o Mnie mówiono.

To trudne. Dla niektórych niezwykle trudne. Ale to konieczne, ponieważ nie możesz przyjaźnić się - tak naprawdę, blisko, czynnie - z kimś, kogo się boisz.

Zatem budowanie przyjaźni z Bogiem w dużej mierze oznacza zapomnienie bojaźni Bożej.

Zgrabnie powiedziane, podoba Mi się. To właśnie łączyło nas przez wszystkie te lata -bojaźń Boża.

Wiem. Wspomniałem o tym na początku. Od małego wpajano mi strach przed Bogiem. No i bałem się. Nawet kiedy udawało mi się z tego wydobyć, wtrącano mnie z powrotem w bojaźń.

Wreszcie, już jako dziewiętnastolatek, odrzuciłem gniewnego Boga moich wczesnych lat. Lecz nie dokonałem tego przez zastąpienie go Bogiem miłości, Jęcz przez całkowite wykluczenie Boga z mego życia.

Była to krańcowa odwrotność tego, co działo się w moim życiu pięć lat wcześniej. W wieku czternastu lat bez przerwy rozmyślałem o Bogu. Uznałem, że najlepszym sposobem na uniknięcie Jego gniewu

było sprawienie, aby mnie pokochał. Marzył mi się stan duchowny.

Każdy widział we mnie przyszłego księdza. Siostry w szkole były pewne, że nim zostanę. “Ma powołanie", mawiały. Mama też była tego pewna. Przyglądała się moim zabawom w ołtarz i odprawianie mszy w kuchni w zaimprowizowanej komży. Inne dzieciaki zakładały ręczniki jako peleryny Supermana i skakały z krzeseł. Ja wyobrażałem sobie, że ręcznik to mój strój do mszy.

I wtedy, kiedy byłem w ostatniej klasie mojej parafialnej szkoły podstawowej, ojciec za jednym zamachem ukręcił sprawie łeb. Rozmawialiśmy o tym w kuchni z mamą, kiedy nagle do środka wparował tata.

“Nie idziesz do żadnego seminarium", wtrącił, “żebyś sobie nie myślał".

“Nie idę?", wyrzuciłem z siebie. Byłem zdumiony. Uważałem to za przesądzone.

“Nie", odparł tata bez emocji.

“Dlaczego?". Mama siedziała w milczeniu.

“Bo jeszcze nie dorosłeś do tej decyzji", oświadczył ojciec. “Nie masz pojęcia, na co się decydujesz".

“Właśnie, że mam! Postanowiłem zostać księdzem", krzyknąłem. “Chcę. być księdzem".

“Sam nie wiesz, czego chcesz", warknął tata. “Jesteś jeszcze za młody, żeby wiedzieć".

“Och, Alex, pozwól chłopcu spełnić swoje marzenia", odezwała się w końcu mama.

Tata był nieugięty. “A ty go nie zachęcaj", rozkazał i posłał mi spojrzenie, które mówiło, że nie ma

już o czym dyskutować. “Nie idziesz do seminarium. Wybij to sobie z głowy".

Wybiegłem z kuchni do ogrodu. Schroniłem się pod moim ukochanym krzakiem bzu, który rósł w narożniku i który jak dla mnie, nie kwitł dostatecznie często, dostatecznie długo. Ale tym razem akurat był obsypany kwiatami. Pamiętam do dziś ten niesamowity słodki zapach fioletowych kwiatów. Zanurzyłem w nich nos niczym byczek Ferdynand. I rozpłakałem się.

Nie po raz pierwszy ojciec bezceremonialnie stłam-sił światło radości w moim życiu.

Kiedyś marzyła mi się kariera pianisty. Chciałem zostać zawodowym pianistą, jak Liberace, bożyszcze mych chłopięcych lat. Co tydzień oglądałem jego występy w telewizji.

Pochodził z Milwaukee i całe miasto nie mogło się nadziwić, że miejscowemu chłopakowi tak się powiodło. Wtedy jeszcze nie w każdym domu był telewizor - przynajmniej w South Side, robotniczej dzielnicy Milwaukee - ale ojciec wytrzasnął skądś 12-calowy odbiornik marki Emerson z czarno-białym kineskopem, który przypominał parę nawiasów. Wpatrywałem się w ekran, urzeczony uśmiechem Liberace^, ozdobnymi świecznikami i upierścienionymi palcami przelatującymi po klawiaturze. Miałem znakomity słuch, ktoś kiedyś powiedział. Nie wiem, czy to prawda, ale wiem, że mogłem zasiąść przy pianinie i zagrać prostą melodię ze słuchu równie łatwo, jak ją zaśpiewać. Ilekroć mama brała mnie ze sobą do domu babci, rwałem się do pianina stojącego w salonie i zaczynałem brzdąkać znane melodyjki. Nie więcej niż dwie minuty zabierało mi od-

nalezienie właściwych nut do każdej nowej piosenki, potem odgrywałem ją raz za razem, poruszony do głębi muzyką, jaka powstawała za dotknięciem moich palców.

W tym czasie (i przez wiele następnych lat) darzyłem nabożną czcią mego najstarszego brata Way-ne'a, który również potrafił grać na pianinie bez nut

Syn mamy z poprzedniego związku, Wayne, nie należał do ulubieńców mego taty, mówiąc oględnie Cokolwiek podobało się Wayne'owi, tego ojciec nie znosił, cokolwiek Wayne osiągnął, to ojciec pomniejszał. Granie na pianinie było więc “dla wałkoni"

Nie mogłem zrozumieć, dlaczego to powtarza. Ja uwielbiałem te rzadkie chwile w domu babci, kiedy mogłem oddawać się graniu i wszyscy widzieli, że mam niewątpliwy talent.

Wtedy pewnego dnia mama dała dowód niesłychanej odwagi. Poszła gdzieś, czy zadzwoniła z ogłoszenia i kupiła stare pianino. Pamiętam, że wydała na nie dwadzieścia pięć dolarów (było to sporo pieniędzy na początku lat pięćdziesiątych), ponieważ ojciec wyrzucał to mamie, a ona broniła się, że nie ma prawa, bo zaoszczędziła tę sumę na codziennych sprawunkach i budżet domowy wcale na tym nie ucierpiał.

Pewnie dostarczył je sprzedający, gdyż kiedy pewnego popołudnia wróciłem ze szkoły do domu, już stało. Byłem wniebowzięty i od razu siadłem, żeby na nim pograć. Niebawem pianino to stało się moim najbliższym druhem. Byłem pewnie jedynym dzie-sięciolatkiem w całej dzielnicy, którego nie trzeba było prośbami i groźbami zapędzać do ćwiczenia na pianinie. Mnie nie można było od niego oderwać

Mje tylko podłapywałem melodie na lewo i na pra-WO/ lecz sam je wymyślałem!

Odnajdywanie piosenek w głębi duszy i wydobywanie ich z klawiatury przyprawiało mnie o dreszcz podniecenia. Nieporównanych wrażeń dostarczały mi chwile, kiedy wracałem ze szkoły lub z placu zabaw i siadałem przed pianinem.

Ojciec nie podzielał mojego entuzjazmu. “Przestań walić w te cholerne klawisze", tak chyba to ujmował. Ale ja rozkochałem się w muzyce i swej umiejętności tworzenia jej. Na całego roiłem sobie, że zostanę wielkim pianistą.

Lecz pewnego letniego ranka wyrwał mnie ze snu okropny hałas. Szybko się ubrałem i zbiegłem na dół, żeby zobaczyć, co do jasnej Anielki się dzieje.

Tata rozbierał pianino na części.

Właściwie rozdzierał je, dosłownie. Walił od środka młotem kowalskim, potem rozrywał łomem, aż drewno wygięło się i pękło ze straszliwym trzaskiem.

Zamurowało mnie, byłem zdruzgotany. Łzy spływały mi po policzkach. Niemy szloch, jaki wstrząsał moim ciałem, nie uszedł uwagi mego brata. Nie mógł przepuścić takiej okazji. “Neale to beksa". Ojciec oderwał się na chwilę od pracy. “Nie bądź mazgajem", powiedział. “Ten klamot zabierał za dużo miejsca. Trzeba było to stąd usunąć".

Okręciłem się na pięcie, pognałem do swego poko-*ju, trzasnąłem drzwiami (w moim domu nie puszczano tego płazem) i rzuciłem się na łóżko. Pamiętam, jak łkałem - dosłownie, łkałem - “Nie, nieeee...", jak gdyby te żałosne zawodzenia mogły ocalić mego najlepszego przyjaciela. Ale odgłosy walenia i rozrywa-

nią nie ustawały. W zapiekłym rozgoryczeniu nakryłem głowę poduszką.

Ten ból towarzyszy mi po dziś dzień.

Do tej chwili.

Kiedy przez resztę dnia nie wychylałem nosa z mojego pokoju, ojciec udawał, że tego nie zauważa. Ale kiedy nie ruszyłem się z łóżka przez kolejne trzy dni, coraz bardziej się jeżył. Słyszałem, jak sprzecza się z mamą, która nosiła mi do pokoju jedzenie. Jeśli chciałem jeść, mogłem zejść na dół do stołu, tak jak wszyscy. A jeśli zejdę, to żadnych dąsów. W tym domu nie dopuszczano grobowych min, a przynajmniej z powodu decyzji podjętych przez ojca. Obnoszenie się ze swym niezadowoleniem tata brał za oznakę otwartego buntu, a on tego nie tolerował. W naszym domu nie tylko zgadzano się na dominację ojca, zgadzano się na nią z uśmiechem na twarzy.

“Jak nie przestaniesz płakać, to pójdę na górę i dam ci prawdziwy powód do płaczu", ryczał z dołu, i nie były to czcze pogróżki.

Lecz kiedy nawet wstrzymanie posiłków nie poskutkowało, musiał zdać sobie sprawę, że przekroczył granicę, której nawet on nie powinien przekroczyć. Tata nie był, powinienem to zaznaczyć, człowiekiem bez serca, po prostu przywykł stawiać na swoim. Przyzwyczaił się do tego, ze nikt mu się nie sprzeciwia i nie bawił się w ceregiele, kiedy ogłaszał i wprowadzał w czyn swe postanowienia. W tych czasach ojciec rodziny był w domu “szefem", a mój tata nie lubił przejawów niesubordynacji.

Nie było mu więc łatwo przyjść do mnie w końcu i zapukać do drzwi, co oznaczało prośbę w wpusz-

czenie do środka. Mogłem się tylko domyślać, że nuitka jakoś go urobiła.

Tu tata", oznajmił, jakbym nie wiedział i jakby on nie wiedział, że ja wiem. “Chciałbym z tobą porozmawiać". Nigdy więcej nie zdobył się wobec junie na tak zbliżony do przeprosin gest.

“Dobrze", zgodziłem się i wszedł do środka.

Rozmawialiśmy długo, on przysiadł na skraju łóżka, a ja oparłem się o szczyt. Rzadko zdarzały nam się tak udane rozmowy jak ta. Wyznał mi, że choć wiedział, jaką przyjemność sprawia mi granie na pianinie, nie zdawał sobie sprawy, jak wielkie ma to dla mnie znaczenie. Powiedział, że chodziło mu tylko o zrobienie miejsca w salonie, aby postawić przy ścianie kanapę, ponieważ kupowaliśmy nowe meble. Potem oświadczył coś, czego nigdy nie zapomnę.

“Sprawimy ci nowe pianino, szpinet, który zmieści się w twojej sypialni".

Z przejęcia aż mnie zatkało. Powiedział, że zacznie odkładać pieniądze i że ani się obejrzę, jak dostanę nowe pianino.

Uściskałem go mocno. Rozumiał mnie. Wszystko znów będzie dobrze.

Zszedłem na dół na obiad.

Mijały tygodnie i nic. “Pewnie czeka na moje urodziny", pomyślałem sobie.

Przyszedł dzień moich urodzin, dziesiąty września, a pianina jak nie było, tak nie było. “To nic", pocieszałem się. “Dostanę je na gwiazdkę".

Kiedy zbliżał się grudzień, zacząłem wstrzymywać oddech. Wyczekiwanie było prawie ponad moje siły.

Tak jak niesamowity zawód, kiedy obiecany szpinet nie pojawił się.

Upłynęły kolejce tygodnie, miesiące. Nie pamiętam, kiedy dokładnie uzmysłowiłem sobie, że ojciec wcale nie dotrzyma danego mi słowa. Wiem za to, że dopiero kiedy stuknęła mi trzydziestka, pojąłem, że pewnie nigdy nie zamierzał.

Obiecałem mojej najstarszej córce coś, co jak wiedziałem, pozostanie jedynie pustą obietnicą. Miało sprawić, żeby przestała płakać. Miało wydobyć ją z przygnębienia spowodowanego nie pamiętam już czym. Nie mogę sobie nawet przypomnieć, czego dotyczyła ta obietnica. Pamiętam tylko, że powiedziałem coś, żeby ją uspokoić. Zadziałało. Objęła mnie swymi ramionkami i zawołała: “Jesteś najlepszym tatusiem pod słońcem!".

I tak grzechy ojca przeszły na syna...

Długo trwała ta opowieść... Przepraszam. Ja tylko...

Ależ nie, Ja nie narzekam, dziele się spostrzeżeniem. Chciałem po prostu podkreślić, że to zdarzenie najwyraźniej stało się dla ciebie bardzo ważne.

Jest nadal.

/ jaka naukę z niego wyciągnąłeś?

Nigdy nie składać obietnic, których nie zamierzam dotrzymać, zwłaszcza swoim dzieciom.

To wszystko?

hjiedy nie wykorzystywać swojej wiedzy o tym, czego pragnie druga strona, jako narzędzia manipulacji/ w celu uzyskania czegoś, czego pragnę ja.

Ale ludzie bez przerwy prowadza “handel wymienny". Stanowi on podstawę waszej gospodarki i większości stosunków społecznych.

Ovvszem. Ale istnieje coś takiego jako “handel uczciwy" i jest też manipulacja.

Na czym polega różnica?

Uczciwy handel to prosta i jasna transakcja. Tym masz coś, co ja chcę, ja mam coś, co ty chcesz, zgadzamy się, że wartość tych rzeczy jest mniej więcej równa, więc się wymieniamy. Sprawa jest czysta.

Lecz mamy też wyzysk. Występuje wtedy, gdy ja mam coś, czego ty pragniesz, ty masz coś, czego pragnę ja, ale wartość tych rzeczy nie jest jednakowa. Ale i tak handlujemy ze sobą, bo jedna ze stron ma nóż na gardle i za wszelką cenę musi zdobyć to, co drugi ma do zaoferowania. Tak postępują międzynarodowe korporacje, kiedy proponują stawkę siedemdziesiąt cztery centy za godzinę pracy w Malezji, Indonezji czy na Tajwanie. One nazywają to stwarzaniem miejsc pracy, ale to czysty i jawny wy-?ysk.

Wreszcie dochodzimy do manipulacji. Występuje Wtedy, gdy ja nie mam nawet zamiaru dawać tobie, co oferuję. Na ogół robi się to bezwiednie. Nie jest

to chwalebne. Ale najgorsze przypadki to takie, kiedy mamy pełną świadomość tego, że składamy puste obietnice. To gra na zwłokę, zabieg obliczony na uciszenie drugiej strony, udobruchanie jej tu i teraz. To kłamstwo, i to najpodlejszego rodzaju, ponieważ uśmierza ranę, która po czasie pęknie na nowo, i to mocniej.

Znakomicie. Coraz lepiej rozumiesz, co to znaczy zachować wewnętrzną uczciwość. Bez niej upadnie każdy twór. Choćby był jak najbardziej wyszukany, ustrój nie utrzyma się, jeśli zawiedzie jego wewnętrzna uczciwość. Zważywszy na to, dokąd jak powiadasz, pragniesz zajść w swoim życiu, tak trzyma]1

Ale czego jeszcze się nauczyłeś?

No, nie wiem. Czy masz coś konkretnego na myśli?

Liczyłem na to, że wspomnisz coś o cierpietnictwie - przypomnisz prawdę o tym, że nie ma ofiar i o-prawców.

Ach, to o to chodziło.

Właśnie o to. Może przekażesz teraz i tutaj wszystko, co wiesz na ten temat? Jesteś przecież nauczycielem, posłańcem.

Nie ma podziału na dręczonych i dręczycieli. Nie istnieją “dobre charaktery" i “czarne charaktery". Bóg stworzył samą doskonałość. Każda dusza jest idealna, piękna i czysta. Niemniej w stanie amnezji, w jakiej przebywają tu na Ziemi, doskonałe twory Boga

mogą czynić rzeczy dalekie do doskonałości - rzeczy, które w naszej ocenie są dalekie od doskonałości - lecz cokolwiek dzieje się w życiu, ma swój idealny powód. W Bożym świecie nie ma miejsca na pomyłkę i na przypadek. Każdy, kto do Ciebie przybywa, niesie dla Ciebie jakiś dar.

Wspaniale. Tak jest w rzeczy samej.

Mimo to, dla wielu trudne do przełknięcia. Wiem, że wyłożyłeś to jasno w Rozmowach z Bogiem, ale niektórym nadal ciężko się z tym pogodzić.

Z czasem wszystko się rozjaśni. Kto prawdziwie dąży do zrozumienia tej prawdy, pojmie ja.

Zapoznanie się z “Przypowieścią o duszyczce i słońcu" z pewnością w tym pomoże, podobnie jak ponowne przeczytanie trylogii Rozmów z Bogiem.

Tak, a sadzać po tym, jakie otrzymujesz listy, przydałoby się to wielu ludziom.

Chwileczkę! Przeglądałeś moją pocztę?

Proszę, Neale. Tak?

Jak myślisz, czy są jakieś sprawy w twoim życiu, o których nic Mi nie wiadomo?

Chyba nie. Ale nie lubię o tym myśleć.

Dlaczego?

Ponieważ są rzeczy, którymi raczej nie mogę się pochwalić.

Wiec?

Więc na myśl, że Ty o wszystkim wiesz, robi mi się trochę nieswojo.

Pomóż Mi to zrozumieć. Zwierzałeś się z nich swoim najlepszym przyjaciołom. Do późna w nocy prowadziłeś rozmowy z kochankami, w których wyjawiałeś niektóre sprawy.

To co innego. Dlaczego?

Kochanka czy przyjaciel to nie to co Bóg. Inaczej kiedy wie o tym kochanka czy przyjaciel, inaczej kiedy wie o tym Bóg.

Na czym polega różnica?

Kochanka czy przyjaciel ciebie nie osądzi, nie ukarze.

Powiem ci coś, czego nie będzie ci miło słyszeć Twoje kochanki, twoi przyjaciele przez wszystkie te lata byli tobie surowszym sędzię, niż Ja. W gruncie rzeczy Ja nigdy nie osadzam.

^jo, teraz jeszcze nie. Ale w Dzień Sądu... J znów ta sama śpiewka.

W porządku, w porządku, ale chcę to jeszcze raz usłyszeć.

Nie ma czegoś takiego jak Sad Ostateczny. Ani żadnego potępienia i kary.

Żadnego, z wyjątkiem tego, jakie sam sobie zgotujesz.

Mimo to, myśl, że jest Ci znane każde słowo, każdy czyn...

...zapominasz o myśli...

Zgoda... każda myśl, słowo, czyn... nie jest mi w smak.

Wolałbym, żeby było inaczej. Wiem.

Temu ma służyć ta książka - pokazać, jak zaprzyjaźnić się z Bogiem.

Wiem. I uważam, że teraz panuje między nami przyjaźń. Czuję to od dłuższego czasu. Tylko że...

Co? Tylko że - co?

Raz po raz popadam w stare nawyki i czasami trudno mi tak sobie Ciebie przedstawić. Nadal myślę o Tobie jak o Bogu.

To dobrze, bo ]a jestem Bogiem.

Tak. I w tym sęk. Czasami nie potrafię jednocześnie myśleć o Tobie jak o “Bogu" i “Przyjacielu". Nie potrafię wymówić tych słów jednym tchem.

To smutne, bo te stówa idą w parze. Wiem, wiem. Wciąż mi to powtarzasz.

Czego potrzeba, aby miedzy nami zawiązała się prawdziwa przyjaźń, nie udawana?

Nie jestem pewny.

Tyle to wiem. Ale gdybyś sadził, że jesteś pewny, jak brzmiałaby twoja odpowiedź?

Chyba musiałbym mieć do Ciebie zaufanie.

Dobry początek. I jeszcze chyba musiałbym Ciebie kochać.

Znakomicie. Idź dalej. Dalej?

Zgadza się

|\fie wiem, co jeszcze mam powiedzieć.

Co jeszcze łączy cię z przyjaciółmi, poza zaufaniem i miłością.

Myślę, że starałbym się często przebywać w ich towarzystwie.

Dobrze. Dalej. Sądzę, że starałbym się służyć im pomocą.

Aby zdobyć ich przyjaźń? Nie, dlatego, ze jestem ich przyjacielem.

Wybornie. Co jeszcze? No... nie mam pojęcia.

Oczekujesz pomocy od nich?

Staram się ograniczać swoje wymagania wobec itich.

Dlaczego? Ponieważ nie chcę ich utracić.

*v Uważasz, że przyjaciół można zatrzymać nie pro-^ szac ich o nich? &

*•> Tak mi się wydaje. Przynajmniej tak mnie uczono, przyjaciół najszybciej się traci przez narzucanie się im

Nie, w ten sposób najszybciej się przekonasz, kto JEST twoim przyjacielem.

Być może.



dalej


strona główna
(23kB)