(23kB)
strona główna


 

Wierze, że to tekst święty, duchowy. Widzę, że dotyczy to w równym stopniu całej trylogii. Książki te będą czytane i dyskutowane przez dziesięciolecia, przez kolejne pokolenia. Może nawet przez stulecia. Ponieważ, razem wzięte, księgi te poruszają ogrom zagadnień, od naprawiania związków do istoty ostatecznej rzeczywistości i kosmologii. Wypowiadają się na temat życia, śmierci, miłości erotycznej, małżeństwa, wychowania dzieci, zdrowia, oświaty, gospodarki, polityki, duchowości i religii, godnego zarobkowania i dzieła życia, fizyki, czasu, obyczajów i zachowań, procesu tworzenia, stosunku do Boga, ekologii, zbrodni i kary, życia w wysoko rozwiniętych społecznościach kosmosu, dobra i zła, mitów kulturowych i etyki, duszy, prawdziwej miłości i chlubnego wyrażania tej cząstki w nas, która zna swe naturalne dziedzictwo Boskości.

Obyście wszyscy skorzystali z ich dobrodziejstwa.

Bądźcie pozdrowieni.

Neale Donald Walsch

NANCY FLEMING-WALSCH

Nieocenionemu druhowi i kompanowi, namiętnej kochance i cudownej żonie,

od której otrzymałem to,

czego nie dała mi żadna inna istota

na Ziemi.

Przy tobie jest mi błogo

ponad wszelkie wyobrażenie.

Sprawiłaś, że dusza moja znów śpiewa.

Ukazałaś mi miłość

w postaci cudu. Dzięki tobie odnalazłem siebie.

Pokornie dedykuje te książkę tobie, największy z mych nauczycieli.

3?odzię.lśpwama

Jak zawsze, najpierw pragnę uhonorować mego najlepszego przyjaciela, Boga. Mam nadzieję, że nastanie taki czas, kiedy każdy będzie mógł uważać się za przyjaciela Boga.

Dalej, chciałbym wyrazić swoją wdzięczność mej wspaniałej towarzyszce życia, Nancy, której książkę tę poświęcam. Gdy o niej myślę, bledną wszelkie słowa uznania wobec jej zasług i jestem jak oniemiały nie mogąc w pełni oddać tego, jak zadziwiającą jest istotą. Wiem jedno. Bez niej nie powstałaby żadna z tych ksiąg.

Pragnę też podziękować Robertowi Friedmanuwi, mojemu wydawcy, który miał odwagę po raz pierwszy przedstawić ten materiał szerokiej rzeszy czytelników w 1995 roku i konsekwentnie publikował kolejne księgi Rozmów z Bogiem. Swą decyzją o przyjęciu rękopisu, odrzuconego wcześniej przez czterech wydawców, wpłynął na życie milionów ludzi.

Nie mogę też przy okazji oddania do druku ostatniego odcinka tej trylogii pominąć wkładu, jaki wniósł weń Jonathan Friedman. Jasności jego wizji, żarliwości w dążeniu do celu, głębi duchowego zrozumienia, niewyczerpanym pokładom entuzjazmu i wyjątkowemu darowi twórczemu należy w dużej mierze przypisać ostateczną postać, jaką otrzymały Rozmowy z Bogiem. To właśnie on dostrzegł wagę i doniosłość ich przesłania, przewidując, że trafią do milionów ludzi i zajmą miejsce w kanonie literatury duchowej. On przesądził o wydawniczym kształcie Rozmów z Bogiem i wybrał dla nich odpo-

wiednią porę; jego osobiste zaangażowanie wielce zaważyło na skuteczności początkowej ich dystrybucji. Wszyscy miłośnicy Rozmów z Bogiem mają wobec niego dług wdzięczności po wsze czasy, jak ja.

Chcę również podziękować Matthew Friedmano-wi, niestrudzenie wspierającemu nas w tym dziele od samego początku. Nie sposób oddać jego zasług przy opracowywaniu tego materiału.

Wreszcie, pragnę podkreślić wpływ autorów i nauczycieli, których dorobek odmienił intelektualne i duchowe oblicze Ameryki i świata, i którzy nie przestają podnosić mnie na duchu swym oddaniem sprawie głoszenia wzniosłej prawdy bez względu na cenę. Joan Borysenko, Deepakowi Chopra, Larry'emu Dos-seyowi, Wayne'owi Dyerowi, Elisabeth Kubler-Ross, Barbarze Marx Hubbard, Stephenowi Levine'owi, Raymondowi Moody'emu, Jamesowi Redfieldowi, Berniemu Siegelowi, Brianowi Weissowi, Mariannę Wiliamson i Gary'emu Zukavowi - przekazuję w imieniu wszystkich czytelników oraz swoim własnym serdeczne podziękowania i wyrazy uznania.

Ci współcześni przewodnicy torują drogę dla wszystkich - i jeśli podjąłem się zadania publicznego głoszenia odwiecznej prawdy, to uczyniłem tak natchniony w dużej mierze ich przykładem. Ich dokonania dają świadectwo płonącego w naszych duszach ognia. Oni pokazali to, o czym ja zaledwie rozprawiałem.

'Wprowadzenie.

l o niezwykła książka. Mówię to jako ktoś, kto miał niewielki udział w jej powstaniu. Moje zadanie, naprawdę, polegało tylko na tym, że “stawiałem się w miejscu pracy", zadawałem pytania i skrzętnie notowałem.

Tak to wyglądało od 1992 roku, kiedy zaczęła się moja z Bogiem rozmowa. Przeżywałem wtedy załamanie i w swojej udręce pytałem: Czego trzeba, aby wieść udane życie? I czym zasłużyłem sobie na życie będące pasmem nieustannych zmagań?

Pytania te zawarłem w gniewnym liście, który skierowałem do Boga. Ku mojemu zdziwieniu i niemałemu poruszeniu, Bóg odpowiedział. Odpowiedź przyszła do mnie w postaci słów, jakie wyszeptał w mojej głowie Bezgłośny Głos. Szczęśliwie się stało, że zapisałem te słowa.

Postępuję tak od z górą sześciu lat. Kiedy dowiedziałem się, że ten osobisty dialog ma się stać książką, pod koniec roku 1994 przekazałem wydawcy pierwszą porcję materiału, który siedem miesięcy później znalazł się na półkach księgarskich. W chwili kiedy piszę te słowa, książka ta figuruje na liście bestsellerów New York Timesa od 91 tygodni. Rozmowy z Bogiem - księga druga również cieszą się powodzeniem i od wielu miesięcy utrzymują się na liście najbardziej poczytnych książek. I oto mamy trzecią i ostatnią księgę tych nadzwyczajnych rozmów.

Pisanie jej trwało cztery lata. Nie przyszło to łatwo. Następowały ogromne przerwy między przypływami natchnienia, niejeden raz rozciągały się w półroczny

odstęp ziejący niczym przepaść. Dyktowanie pierwszej części zabrało rok. Druga powstała w zbliżonym czasie. Ale przy spisywaniu odcinka ostatniego czułem się jak na scenie, pod czujnym okiem widowni. Gdziekolwiek się udawałem począwszy od 1996 roku, niezmiennie słyszałem: “Kiedy ukaże się trzecia księga?", “Co z trzecią księgą?", “Kiedy możemy się spodziewać trzeciej księgi?".

Możecie sobie wyobrazić, jaki to miało na mnie wpływ i na powstawanie książki. Równie dobrze mógłbym się migdalić na wzgórku miotacza na stadionie Jankesów w środku meczu.

Nawet tam mogłem liczyć na zachowanie większej prywatności. Za każdym razem gdy brałem do ręki długopis, czułem utkwione we mnie spojrzenie pięciu milionów ludzi, zgłodniałych, wyczekujących.

Nie chwalę się bynajmniej, że doprowadziłem rzecz do końca, chodzi jedynie o wyjaśnienie, dlaczego trwało to tak długo. W ciągu ostatnich kilku lat chwile spędzone przeze mnie w zaciszu i odosobnieniu były nader rzadkie.

Do pisania części trzeciej zabrałem się wiosną 1994 i w tym okresie ukończyłem partie początkowe. Dalej następuje wielomiesięczna przerwa, potem przeskok o cały rok, a zwieńczenie przypada na wiosnę i lato 1998.

Jednego możecie być pewni: ta książka nie powstała “na siłę". Natchnienie albo przychodziło wyraźnie rozpoznawalne, albo odkładałem długopis -w jednym przypadku aż na 14 miesięcy. Postanowiłem, że już raczej nic z tego nie będzie, niż gdybym miał napisać tę książkę tylko dlatego, że ją zapowiedziałem. Choć mój wydawca trochę się przez to denerwował, mnie samego utwierdziło to w wartości

przekazywanego przeze mnie materiału. Bez obaw przedstawiam go teraz tobie, czytelniku. Stanowi on podsumowanie wcześniejszych ksiąg trylogii i zarazem wyciąga z nich ostateczne, oszałamiające konsekwencje.

Jeśli zapoznałeś się z przedmowami do poprzednich części, wiesz, że w obu przypadkach nieco się lękałem. Bałem się odzewu, jaki wywołają. Teraz jest inaczej. Nie mam żadnych obaw co do części trzeciej. Wiem, że jej prawda, przenikliwy wgląd, ciepło i miłość dotrą do wielu spośród jej czytelników.

Wierzę, że to tekst święty, duchowy. Widzę, że dotyczy to w równym stopniu całej trylogii. Książki te będą czytane i dyskutowane przez dziesięciolecia, przez kolejne pokolenia. Może nawet przez stulecia. Ponieważ, razem wzięte, księgi te poruszają ogrom zagadnień, od naprawiania związków do istoty ostatecznej rzeczywistości i kosmologii. Wypowiadają się na temat życia, śmierci, miłości erotycznej, małżeństwa, wychowania dzieci, zdrowia, oświaty, gospodarki, polityki, duchowości i religii, godnego zarobkowania i dzieła życia, fizyki, czasu, obyczajów i zachowań, procesu tworzenia, stosunku do Boga, ekologii, zbrodni i kary, życia w wysoko rozwiniętych społecznościach kosmosu, dobra i zła, mitów kulturowych i etyki, duszy, prawdziwej miłości i chlubnego wyrażania tej cząstki w nas, która zna swe naturalne dziedzictwo Boskości.

Obyście wszyscy skorzystali z ich dobrodziejstwa.

Bądźcie pozdrowieni.

Neale Donald Walsch Ashland, Oregon wrzesień 1998

l

Jest niedziela wielkanocna 1994 roku i czekam z długopisem w ręku, jak mi nakazano. Mam się spotkać z Bogiem. Obiecał, że przybędzie - jak to uczyniła Ona w poprzednie dwie niedziele świąt Wielkiej Nocy - aby rozpocząć kolejny etap naszych rozmów. Trzeci i ostatni - na razie.

Proces ten - niezwykły przepływ informacji - trwa od roku 1992. W Wielkanoc 1995 ma dobiec końca. Trzy lata i trzy księgi. Pierwsza dotyczyła głównie problematyki osobistej - miłosnych związków, odnalezienia życiowego powołania, potężnych energii pieniędzy, seksu, miłości i Boga; oraz tego, jak to wszystko ze sobą powiązać w codziennym życiu. Druga rozwinęła te zagadnienia, przechodząc do szerszych rozważań geopolitycznych - istoty rządu, zbudowania świata bez wojen, podstaw zjednoczonej społeczności ponadnarodowej. Trzecia i ostatnia część trylogii, jak się dowiedziałem, skupiać się będzie na kwestiach najdonioślejszych, przed jakimi staje człowiek. Koncepcjach innych światów, innych wymiarów, oraz jak cała ta zawiła kompozyq'a splata się w jedno.

Kolejne szczeble przedstawiają się więc następująco:

PRAWDY INDYWIDUALNE. PRAWDY GLOBALNE. PRAWDY UNIWERSALNE.

Tak jak w przypadku dwóch poprzednich ksiąg, nie mam pojęcia, dokąd ta obecna zmierza. Mecha-

nizm jest prosty. Przystawiam długopis do kartki, zadaję pytanie - i śledzę myśli przychodzące mi do głowy. Jeśli mam w głowie pustkę, jeśli nie docierają do mnie żadne słowa, odkładam wszystko do następnego dnia. Proces powstawania pierwszej części trwał około roku, nieco dłużej w przypadku drugiej. (Praca nad niniejszą wciąż jest w toku.) ,

Sądzę, że będzie to najważniejsza książka całego cyklu.

Po raz pierwszy odkąd przystąpiłem do tego dzieła, ogarnia mnie dokuczliwa samoświadomość. Od napisania pierwszych czterech czy pięciu akapitów minęły całe dwa miesiące. Dwa miesiące upłynęły od Wielkiej Nocy i nic - nic oprócz samoświadomości.

Tygodniami przeglądałem i poprawiałem tekst pierwszej części złożonej do druku - i nie dalej jak kilka dni temu otrzymałem ostateczną poprawioną wersję księgi pierwszej po to tylko, aby odesłać ją znów do poprawy z 43 pojedynczymi błędami. Jednocześnie zamknąłem księgę drugi}, nadal w rękopisie, z dwumiesięcznym “poślizgiem". (Miała zostać ukończona na Wielkanoc 1994.) Rozpocząłem pracę nad obecną książką mimo że jej poprzedniczka jeszcze nie została zapięta na ostatni guzik. Teraz gdy księga druga jest gotowa, nic nie stoi na przeszkodzie, aby znów zabrać się za trzecią.

Mimo to po raz pierwszy od 1992 roku wzbraniam się przed tym, czuję niemal coś na kształt niechęci. Mam wrażenie, jakbym znalazł się w pułapce - nigdy nie lubiłem robić czegoś, dlatego, że muszę. Co więcej, po zapoznaniu się z reakcjami osób, którym wysłałem nie poprawione kopie rękopisu pierw-

szej części, wiem już, że cała trylogia spotka się z szerokim oddźwiękiem, będzie badana i analizowana od strony teologicznej, gorąco dyskutowana przez wiele lat.

Utrudnia to zadanie, jakie mam do wykonania; pióro ciąży mi w ręku. Mam świadomość, że rzecz trzeba doprowadzić do końca, lecz z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że stanę się przedmiotem zaciekłych ataków, drwin, a może nawet nienawiści za to, że ośmielam się przedstawić ten materiał -i głosić, że otrzymałem go prosto od Boga.

Najbardziej boję się chyba tego, że okażę się niegodnym, nieodpowiednim “rzecznikiem" Boga, zważywszy na pasmo błędów i wykroczeń, jakim naznaczone jest moje życie.

Osoby znające mnie z przeszłości - zwłaszcza moje byłe żony oraz dzieci - miałyby prawo wystąpić i podważyć zawarte tu treści, z racji tak kiepskiego mego występu w roli ojca i męża. Nie sprostałem wymaganiom tej oraz innych dziedzin życia, gdzie liczą się przyjaźń i uczciwość, przedsiębiorczość i odpowiedzialność.

Jednym słowem, mam dotkliwą świadomość, że nie nadaję się na posłańca Boga i orędownika prawdy. Powinienem być ostatnim do podjęcia się tej roli, a nawet do roszczenia sobie jej w myślach. Wyświadczam “niedźwiedzią przysługę" prawdzie, ośmielając się ją głosić, podczas gdy całe moje życie świadczy

0 mej słabości.

Z tego powodu, Boże, zwracam się do Ciebie, abyś zwolnił mnie z obowiązku zapisywania Twoich słów

1 poszukał godniejszego następcę na moje miejsce.

Chciałbym doprowadzić do końca to, cośmy wspólnie zaczęli - ale nie czuj się do niczego zmuszony. Nie masz żadnych “zobowiązań" wobec Mnie czy kogokolwiek, dostrzegam jednak poczucie winy, jakie wywołało w tobie przekonanie, że masz.

Wielu łudzi zawiodłem, nawet własne dzieci.

Wszystko, co zdarzyło się w twoim życiu, doskonale służyło twojemu rozwojowi - oraz wszystkich dusz, jakie z tobą się zetknęły - nadając mu dokładnie taki kierunek, jaki był tobie potrzebny i jaki wybrałeś.

To świetna wymówka dla kogoś, kto chce się wymigać od odpowiedzialności za swoje postępki, uniknąć przykrych konsekwencji.

Widzę, że byłem samolubny - niesłychanie samolubny - oddając się temu, na co miałem ochotę bez względu na to, jak odbijało się to na innych.

Nie ma nic złego w robieniu tego, co się lubi. Ale tyle osób ucierpiało, doznało rozczarowań.

Wszystko sprowadza się do tego, co sprawia ci przyjemność. Tobie zapewne chodzi o to, że obecnie największa przyjemność znajdujesz w postępowaniu tak, aby innym nie działa się krzywda.

Oględnie powiedziane.

Celowo. Naucz się traktować siebie łagodniej. I skończ z tym ciągłym osadzaniem siebie.

To trudne - zwłaszcza kiedy inni są tacy skorzy do wydawania wyroków. Czuję, że przyniosę wstyd Tobie, prawdzie; że jeśli będę obstawał przy dokończeniu i publikacji tej trylogii, okażę się kiepskim wysłannikiem Twojej prawdy, zniesławię ją.

Prawdy nie można zniesławić. Prawda to prawda. Nie można jej dowieść ani obalić. Ona po prostu jest.

Piękno Mego przesłania nie dozna uszczerbku od tego, co ludzie myślą o tobie.

W gruncie rzeczy, nadajesz się znakomicie na Mego przedstawiciela, ponieważ wiodłeś życie dalekie od ideału.

Ludzie mogą się z tobą utożsamić - nawet kiedy cię potępiają.

A gdy zobaczą, że stawiasz sprawę uczciwie, kto wie, może przebaczą ci “grzechy" przeszłości.

Lecz powiadam ci: Tak długo jak będziesz przejmował się tym, co sadza o tobie inni, maja cię w ręku.

Dopiero kiedy przestaniesz wypatrywać uznania z zewnątrz, będziesz panem samego siebie.

Martwiłem się bardziej o przekaz niż o siebie. Bałem się, że go sprofanuję swoją osobą.

Jeśli leży ci na sercu to przesłanie, to ponieś je w świat. Nie martw się tym, czy zostanie zbrukane. Ono samo się obroni.

Pamiętaj, czego cię nauczyłem: Daleko ważniejsze jest to, jak dobrze przesłanie jest przekazane niż, jak dobrze zostanie przyjęte.

Wiedz także to: Uczysz tego, co sam musisz opanować.

Nie trzeba najpierw osiągnąć doskonałości, aby głosić doskonałość.

Nie trzeba najpierw dostąpić duchowego mistrzostwa, aby głosić duchowe mistrzostwo.

Nie trzeba najpierw wznieść się na najwyższy szczebel ewolucji, aby głosić najwyższy poziom ewolucji.

Staraj się tylko być szczery, autentyczny. Jeśli pragniesz naprawić rzekome “krzywdy", podejmij stosowne działania. Zrób, co w twojej mocy. I nie wracaj do tego więcej.

Łatwo powiedzieć. Czasem nachodzi mnie takie poczucie winy.

Wina i strach to jedyni wrogowie człowieka.

Poczucie winy jest ważne. Mówi nam, że źle postąpiliśmy.

Nie ma czegoś takiego jak “zło". Są tylko rzeczy, które tobie nie służą; nie przystają do tego, Kim Jesteś i Kim Decydujesz się Być.

Wina sprawia, że grzeźniesz w tym, czym nie jesteś.

Dzięki niej wiemy przynajmniej, że zbłądziliśmy.

Masz na myśli świadomość - to co innego.

Powiadam ci: Wina to zaraza tej ziemi, zatruwa roślinność.

Nie urośniesz od niej, tylko zwiędniesz i skurczysz się.

Trzeba dążyć do świadomości. Świadomość to nie poczucie winy, a miłość to nie strach.

Powtarzam raz jeszcze: Wina i strach to twoi jedyni wrogowie. Zaś miłość i świadomość są twymi prawdziwymi przyjaciółmi. Nie należy mylić jednych z drugimi, gdyż pierwsi niosą śmierć, a drudzy są życiodajni.

Zatem nie powinienem czuć się “winnym" z żadnego powodu?

Nigdy, przenigdy. Jaki z tego pożytek? Przez to stajesz się jedynie niezdolny do pokochania siebie -a to uniemożliwia pokochanie innych.

I niczego nie powinienem się bać?

Strach i ostrożność to dwie różne rzeczy. Zachowaj czujność, lecz wyzbadź się leku. Gdyż strach paraliżuje, a świadomość mobilizuje.

Bądź przytomny, nie porażony.

Ale mnie uczono bojaźni Bożej.

Wiem. I to zamroziło nasze stosunki.

Dopiero kiedy przełamałeś swa bojaźń wobec Mnie, mogłeś ustanowić sensowny związek ze Mną.

Gdybym miał przekazać ci dar, jakaś szczególna łaskę, dzięki której mógłbyś do Mnie trafić, byłby to dar nieustraszoności.

Błogosławieni nie znający trwogi, albowiem dane im będzie poznać Boga.

Oznacza to również, że musisz zdobyć się na odwagę i odrzucić wszystko, co jak ci się zdaje, wiesz o Bogu.

Musisz mieć śmiałość przekreślić wszystko, co inni naopowiadali ci o Bogu.

Wreszcie, musisz być dzielny na tyle, aby zapuścić się w swoje własne doświadczenie Boga.

I nie wolno ci się z tego powodu obwiniać. Kiedy twe osobiste doświadczenie kłóci się z tym, co jak ci się zdawało, wiesz o Bogu, i z tym, co naopowiadali ci inni, nie wolno ci obwiniać siebie.

Wina i strach to jedyni wrogowie człowieka.

Są jednak tacy, co nazwaliby Twoje rady podszeptem samego diabła; tylko diabeł mógłby coś takiego podsunąć człowiekowi.

Nie ma diabła. Tak właśnie powiedziałby bies.

Bies wyraziłby się tak samo jak Bóg, czy nie tak? Tyle że sprytniej.

Diabeł jest sprytniejszy od Boga? Powiedzmy, przebieglejszy.

Zatem diabeł “knuje" przemawiając słowami Boga?

Lekko je wypacza - na tyle, aby zwieść na manowce.

Chyba musimy sobie coś wyjaśnić na temat “diabła".

Przerabialiśmy to w księdze pierwszej.

Najwyraźniej niezbyt skutecznie. Poza tym, wśród czytelników mogą być osoby, które nie przeczytały księgi pierwszej. Czy drugiej, jeśli już o tym mowa. Warto byłoby w tym miejscu przytoczyć kilka prawd tam zawartych. Będzie to dobra odskocznia do wyższych, uniwersalnych praw, jakie przedstawimy w dalszej części. I powrócimy do tematu “diabła". Chce, abyś dowiedział się, w jaki sposób i po co powstał taki “twór".

W porządku. Zgoda. Niech będzie po Twojemu. Może jednak coś z tego dialogu wyjdzie. Ale czytelnicy muszą wiedzieć, że od napisania przeze mnie pierwszych słów tutaj minęło już pół roku. Jest teraz 25 listopada 1994, dzień po święcie Dziękczynienia. 25 tygodni dzieli ten akapit od Twej wypowiedzi. Wiele w tym czasie się wydarzyło, ale ta książka nie posunęła się do przodu ani o centymetr. Dlaczego to trwa tak długo?

Czy nie widzisz, jak potrafisz sam sobie zaszkodzić? Zablokować się? Czy nie widzisz, jak sam siebie powstrzymujesz, gdy jesteś o krok od czegoś obiecującego? Postępujesz tak całe życie.

Zaraz, chwileczkę. To nie ja z tym zwlekałem. Sam z siebie nic nie zdziałam - nie napiszę ani słowa -dopóki nie poczuję podniety, dopóki mnie coś nie... bronię się przed użyciem tego słowa, ale chyba nie mam wyjścia... natchnie, aby zasiąść przed tym żół-

tym notatnikiem. A natchnienie to przecież Twoja działka, nie moja!

Aha. Więc uważasz, że to Ja się ociągałem. Coś w tym stylu.

Mój drogi przyjacielu, to takie typowe dla ciebie - i innych ludzi. Przez pół roku nie kiwniecie palcem, nie zrobicie nic dla własnego najwyższego dobra, wręcz odsuwacie je od siebie, a potem winicie wszystko lub wszystkich, z wyjątkiem siebie, za to, że stoicie w miejscu. Czy nie dostrzegasz w tym jakiejś prawidłowości?

No, cóż...

Zapewniam ciebie: Nigdy nie zdarza się, aby Mnie przy tobie nie było; nie ma takiej chwili, abym nie był “gotowy".

Czyż nie mówiłem ci tego?

Tak, owszem, ale...

Nigdy cię nie opuszczę, aż po kres czasu.

Lecz nie będę ci narzucał Mojej woli - nigdy.

Wybieram dla ciebie najwyższe dobro, ale przede wszystkim, wybieram twoja wolę. To stanowi niezawodna miarę miłości.

Kiedy pragnę dla ciebie tego, co ty pragniesz, wtedy naprawdę miłuje ciebie. Kiedy zaś pragnę dla ciebie tego, co Ja pragnę, wówczas miłuje siebie, za twoim pośrednictwem.

Taka sama miara można określić, czy inni kochają ciebie i czy ty prawdziwie kochasz innych. Albowiem miłość nie chce niczego dla siebie, stara się jedynie ziszczać wybory dokonywane przez partnera.

To chyba kłóci się z tym, co stwierdziłeś w księdze pierwszej - że miłość nie przejmuje się ukochaną osobą - czym jest, co robi, co posiada - tylko własną Jaźnią, tym, -co Jaźń tworzy i objawia, czego poszukuje.

Nasuwa się w związku z tym pytanie, jak należy rozumieć zachowanie rodzica, który krzyczy na dziecko: “Zejdź z jezdni!"? Albo jeszcze lepiej, który z narażeniem własnego życia ratuje swoje dziecko spod kół samochodu? Czy taki rodzic nie kocha swego dziecka? Przecież narzucił mu swoją wolę. Pamiętajmy, dziecko znalazło się na ulicy z własnego wyboru.

Jak wytłumaczysz tę sprzeczność?

Nie ma w tym sprzeczności. Mimo to nie potrafisz dostrzec tej harmonii. I nie zrozumiesz boskiej nauki miłości, dopóki nie pojmiesz, że Mój najwyższy wybór dla siebie pokrywa się z twoim najwyższym wyborem dla siebie. A to dlatego, że ty i Ja to jedno.

Widzisz, Boska Nauka stanowi zarazem Boską Dychotomię, a to dlatego, że dychotomią jest samo życie. To doświadczenie, w obrębie którego mogą współistnieć dwie pozornie sprzeczne prawdy.

W tym przypadku te pozornie sprzeczne prawdy to to, że ty i Ja jesteśmy odrębni i jednocześnie ty i Ja to jedno.

Podtrzymuję to, co oświadczyłem w księdze pierwszej: Główną przyczyną nieudanych związków jest skupienie uwagi na partnerze, martwienie się tym, czego pragnie, jaki jest, co robi. Troszcz się wyłącznie o swoja Jaźń. Czym twoja Jaźń jest, co ma? Czego potrzebuje, do czego dąży, co wybiera? Co stanowi najwyższy wybór dla Jaźni?

Przypomnę, co jeszcze powiedziałem:

Najwyższy wybór dla Jaźni staje się najwyższym wyborem dla drugiego, gdy Jaźń uświadamia sobie, że nikogo innego nie ma.

Błąd polega więc na nieznajomości tego, co dla ciebie najlepsze. To wynika z niewiedzy dotyczącej Twojej Prawdziwej Istoty, a tym bardziej, kim starasz się być.

Nie rozumiem.

Posłużę się ilustracją. Jeśli masz zamiar wygrać wyścig Indianapolis 500, jazda z prędkością 250 kilometrów na godzinę może być najlepszym rozwiązaniem dla ciebie. Lecz jeśli chcesz bezpiecznie dotrzeć do sklepu spożywczego, może nim nie być.

Twierdzisz, że wszystko zależy od kontekstu.

Tak. Wszystko w życiu zależy od kontekstu. O tym, co dla ciebie “najlepsze", przesadza to, kim jesteś i kim pragniesz być. Nie możesz dokonać rozumnego wyboru tego, co dla ciebie najlepsze, dopóki rozumnie nie postanowisz, kim i czym jesteś. Ja, jako Bóg, wiem, czym pragnę być. Dlatego wiem, co dla Mnie “najlepsze".

Co mianowicie? Proszę, powiedz mi, co jest “najlepsze" dla Boga? To na pewno ciekawe...

Najlepsze dla Mnie jest dawanie tobie, co sam uznasz za najlepsze dla siebie. Ponieważ Ja dążę do wyrażenia siebie. Za twoim pośrednictwem.

Nadążasz?

Owszem, wierz lub nie, ale nadążam.

Dobrze. Teraz powiem ci coś, co niełatwo będzie ci przełknąć.

Zawsze daję ci to, co dla ciebie najlepsze... choć przyznaję, że ty czasami możesz tego nie wiedzieć.

Zagadka wyjaśnia się teraz, kiedy zacząłeś pojmować, o co mi chodzi.

Ja jestem Bogiem.

Jestem Boginią.

Najwyższą Istota. Wszystkim, Co Jest. Początkiem i Kresem. Alfa i Omega.

Jestem Treścią i Osnową. Pytaniem i Odpowiedzią. Dołem i Góra. Prawym i Lewym. Teraz, Przedtem i Potem.

Jam jest Światłość i Jam jest Mrok, z którego wyłania się Światłość i dzięki któremu może zaistnieć. Jestem Nieskończoną Dobrocią i “Złem", bez którego “Dobroć" nie byłaby dobra. Jestem tym wszystkim -Całością - i nie mogę doświadczyć cząstki siebie nie doświadczając siebie w pełni.

I tego właśnie nie rozumiecie. Chcecie widzieć we mnie jedno, a nie drugie. Wysokie, a nie niskie. Dobre, a nie złe. Lecz zaprzeczając połowie Mnie, odmawiacie istnienia połowie samych siebie. I w ten

sposób nie możecie być tym, Kim Jesteście W Istocie.

Ja obejmuje Wspaniałe Całość - i dążę. do tego, aby poznać siebie na drodze doświadczenia. Czynie to za pośrednictwem ciebie - i wszystkiego, co istnieje. I doświadczam Mojej wspaniałości przez wybory, jakich dokonuje. Albowiem każdy wybór to samotwo-rzenie. Każdy wybór to samookreślenie. Każdy oddaje Mnie - przedstawia to, Kim Postanawiam Być w Tej Chwili.

Lecz nie mogę postanowić być wspaniałym, jeśli nie ma z czego wybierać. Jakaś cześć Mnie musi być daleka od doskonałości, abym mógł opowiedzieć się za ta, która jest doskonałością we Mnie.

l podobnie jest z tobą.

Ja jestem Bogiem, w trakcie stwarzania siebie.

l ty również.

Za tym tęskni twoja dusza. Tego łaknie twój duch.

Gdybym miał odmówić ci tego, co wybierasz, tym samym odebrałbym sobie to, co wybieram dla siebie. Gdyż Moim największym pragnieniem jest doświadczyć siebie takim, Jakim Jestem. I jak szczegółowo wyłożyłem to w księdze pierwszej, mogę tego dokonać tylko w obrębie tego, Czym Nie Jestem.

I dlatego pieczołowicie wytworzyłem to, Czym Nie Jestem, abym mógł doświadczyć, Czym Jestem.

Lecz jestem zarazem wszystkim, co tworze - toteż w jakiś sposób Jestem Tym, Czym Nie Jestem.

Jak można być czymś, czym się nie jest?

Tobie to wychodzi bez przerwy. Przyjrzyj się swoim zachowaniom.

Postaraj się to zrozumieć. Nie ma rzeczy, która bym nie był. Dlatego, Jestem, Czym Jestem, i Jestem, Czym Nie Jestem.

NA TYM POLEGA BOSKA DYCHOTOMIA.

To Boska Tajemnica, która do tej pory zgłębić mogły jedynie najbardziej wysublimowane umysły. Ja przedstawiłem ci ja w sposób bardziej przystępny.

Takie było przesłanie księgi pierwszej i te podstawowa prawdę musisz sobie przyswoić - dogłębnie -jeśli masz pojąć wyższe prawdy, jakie zostaną objawione w obecnej księdze.

Zatrzymajmy się na jednej z tych wyższych prawd, gdyż zawiera ona w sobie odpowiedź na druga część twego pytania.

Miałem nadzieję, że do tego wrócimy. Jak rodzic może miłować dziecko, jeśli kieruje się tym, co dla niego najlepsze, nawet gdy w grę wchodzi udaremnienie woli samego dziecka? Czy też rodzic okazuje najprawdziwszą miłość pozwalając dziecku bawić się na ulicy?

To znakomite pytanie. I zadaje je w tej lub innej postaci każdy rodzic od początków rodzicielstwa. Odpowiedź zaś jest taka sama dla ciebie jako rodzica i dla Mnie jako Boga.

Lecz jak brzmi odpowiedź?

Cierpliwości, Mój synu, cierpliwości. “Co nagle, to po diable". Nie znasz tego powiedzenia?

Owszem, mój ojciec mi to powtarzał. Nienawidziłem tego.

Rozumiem to. Ale miej dla siebie więcej cierpliwości, zwłaszcza jeśli twoje wybory nie przynoszą ci tego, co chcesz. Dotyczy to, na przykład, odpowiedzi na druga cześć twego pytania.

Domagasz się odpowiedzi, ale jej nie wybierasz. Wiesz, że jej nie wybierasz, bo jej nie doświadczasz. W rzeczywistości, odpowiedź nosisz w sobie, i nosiłeś przez cały czas. Po prostu jej nie wybierasz. Postanawiasz wierzyć, że nie znasz odpowiedzi - wiec jej nie znasz.

Tak, przerabialiśmy to w pierwszej części. Mam już wszystko, co postanawiam mieć - w tym pełne zrozumienie Boga - ale nie doświadczę tego, dopóki nie będę wiedział, że mam.

Dokładnie. Świetnie to ująłeś.

Ale jak mogę wiedzieć, że mam, jeśli tego nie doświadczę? Jak mogę wiedzieć coś, czego nie doświadczyłem? Czyż pewien mądry człowiek nie powiedział: “Wszelka wiedza płynie z doświadczenia"?

Mylił się.

Wiedza nie płynie z doświadczenia - lecz je poprzedza. Połowa świata pojmuje to na opak.

Zatem chcesz powiedzieć, że znam odpowiedź na to pytanie, tylko o tym nie wiem?

Właśnie.

Lecz jeśli nie wiem o tym, to znaczy, że jej nie znam.

To paradoksalne, lecz prawdziwe. Nie rozumiem..., ale pojmuję. Otóż to.

Jak zatem dostać się do obszaru “wiedy o tym, że znam" coś, jeśli nie “wiem, że to coś znam"?

Aby “poznać to, co znasz, postępuj, jakbyś wiedział".

Wspominałeś o tym w księdze pierwszej.

Zgadza się. Warto by było zrekapitulowat pokrótce nauki zawarte w poprzednich księgach. Tak “się składa", że stawiasz właściwe pytania, co pozwala mi na wstępie tej części streścić omawiany wcześniej materiał.

W księdze pierwszej mowa była o wzorcu Być-- Robić-Mieć i o tym, jak większość ludzi rozumie to na odwrót.

Uważają bowiem, że jeśli będą “mieli" coś (więcej czasu, pieniędzy, miłości - czegokolwiek), to wreszcie będą mogli coś “zrobić" (napisać książkę, oddać się swej pasji, wyjechać na wakacje, kupić dom, związać się z kimś), co z kolei pozwoli im “być" (na przykład, szczęśliwym, zakochanym, zadowolonym).

W rzeczywistości jednak pojmują to na opak. We wszechświecie, jakim jest naprawdę (w przeciwieństwie do wszechświata twoich wyobrażeń) z “mieć" . nie wynika “być" - lecz na odwrót.

Najpierw “jesteś" - “szczęśliwy", “mądry", “miłosierny" czy inny - następnie zaczynasz “robić" rzeczy w oparciu o to poczucie - i wkrótce przekonujesz się, że twoje postępowanie przynosi ci to, co zawsze chciałeś “mieć".

Aby wprawić w ruch ten proces tworzenia (bo tym właśnie jest), zastanów się, co chcesz “mieć", zadaj sobie pytanie, jaki byś “był", gdybyś to “miał": i od razu przejdź do “bycia" takim.

W ten sposób odwracasz zwyczajową kolejność -a właściwie ja prostujesz - i zamiast iść pod prąd, współdziałasz z twórcza potęgą wszechświata.

Oto w skrócie ta zasada:

W życiu nie musisz robić niczego.

Chodzi tylko o to, jakim być.

Kwestią tą zajmę się na koniec naszego dialogu. Zamkniemy nią te książkę.

Na razie wyobraź sobie po prostu kogoś, kto wie, że gdyby miał choć odrobinę więcej czasu, odrobinę więcej pieniędzy czy odrobinę więcej miłości w życiu, wtedy byłby naprawdę szczęśliwy.

Nie rozumie on związku między swym obecnym stanem, “niezbyt szczęśliwym", i brakiem czasu, pieniędzy czy miłości, jakiej pragnie.

Zgadza się. Z drugiej strony zaś osoba, która “jest" szczęśliwa, ma czas na wszystko, co jest naprawdę ważne, tyle pieniędzy, ile potrzeba, oraz miłości na całe życie.

Znajduje wszystko, co potrzebne jej do “szczęścia"... przede wszystkim “będąc szczęśliwą".

Właśnie. Postanowienie z góry, czym pragniesz być, urzeczywistnia to w twoim doświadczeniu,

“Być albo nie być? Oto jest pytanie".

Dokładnie. Szczęśliwość to stan umysłu. Jak wszystkie stany umysłu, powiela się w postaci fizycznej. Oto sentencja do przyczepienia na lodówce: “Wszystkie stany umysłu powielają się".

Ale jak można “od razu być szczęśliwym" lub jakimkolwiek - bogatszym czy bardziej kochanym - jeśli nie ma się tego, co się potrzebuje, aby tym “być"?

Postępuj, jak byś był, i przyciągniesz to do siebie. Jak postępujesz, takim się stajesz.

Innymi słowy: “Graj, aż gra stanie się prawdą".

Coś w tym rodzaju. Tylko że nie można “grać". Twoje czyny muszą być szczere.

We wszystkim, co robisz, miej szczere intencje, bo wszelkie dobro zostanie zaprzepaszczone.

Nie dlatego, że Ja cię nie “wynagrodzę". Jak wiesz, Bóg nie “nagradza" ani nie “karze". Ale Powszechne Prawo wymaga zjednoczenia się ciała, umysłu i ducha w jedności myśli, słowa i czynu, aby mógł dopełnić się proces tworzenia.

Umysłu nie da się zwieść. Jeśli nie jesteś szczery, twój umyśl to wie i koniec. Nie pomoże ci w twórczym procesie.

Można, oczywiście, pominąć umyśl - ale tak będzie o wiele trudniej. Można zażądać od dala, aby robiło coś, w co umysł nie wierzy, i jeśli ciało będzie dostatecznie wytrwałe, umysł wyzbedzie się uprzedniej myśli i zacznie tworzyć Nowa Myśl. Kiedy masz już na jakiś temat Nowa Myśl, jesteś bliski urzeczywistnienia tego jako trwałego składnika twej istoty i przestaje to być tylko gra.

Lecz to ciężkie zadanie i nawet wtedy czyny musza być szczere. Wszechświatem nie da się manipulować, inaczej niż ludźmi.

Trzeba zachować delikatna równowagę. Ciało robi coś, w co umyśl nie wierzy, mimo to umyśl musi dodać niezbędnej szczerości, bez której czyny dala się nie powiodą.

Jak umysł może zdobyć się na szczerość, skoro “nie wierzy" w to, co robi ciało?

Usuwając egoistyczny czynnik osobistej korzyści. To znaczy?

Umysł może nie zgodzić się z tym, że czyny dala przyniosą d to, o co zabiegasz, niemniej raczej nie będzie wzbraniał się przed uznaniem, że przez ciebie Bóg obdarzy dobrem innych ludzi.

Dlatego to, co wybierasz dla siebie, daj drugiemu.

Mógłbyś to powtórzyć?

Naturalnie.

To, co wybierasz dla siebie, daj drugiemu.

Jeśli postanawiasz być szczęśliwy, spraw, aby drugi był szczęśliwy.

Jeśli wybierasz zamożność dla siebie, spraw, aby drugi był zamożny.

Jeśli pragniesz więcej miłości w swoim życiu, spraw, aby drugi zaznał więcej miłości.

Postępuj szczerze - nie dla własnej korzyści, lecz dlatego, że naprawdę życzysz tego drugiemu - a wszystko, co dasz, wróci d się.

Dlaczego? Jak to się dzieje?

Sam akt oddania czegoś sprawia, że doświadczasz posiadania tego w pierwszej kolejności. Ponieważ nie możesz obdarzyć drugiego tym, czego sam nie masz, umyśl dochodzi do nowego wniosku, tworzy Nowa Myśl - mianowicie, że musisz to mieć, gdyż inaczej nie mógłbyś tego oddać. Staje się to zalążkiem nowego doświadczenia. Zaczynasz takim “być". A kiedy zaczynasz “być" takim, uruchamiasz najpotężniejszą machinę twórczą we wszechświecie - swoja Jaźń.

Czym jesteś, to tworzysz.

Okrąg się zamyka, a ty możesz coraz więcej urzeczywistniać tego w swoim życiu. Objawi się to w twoim doświadczeniu.

Oto wielki sekret żyda. Aby go wyjawić, powstały dwie wcześniejsze księgi.

Wyjaśnij mi proszę, dlaczego taka ważna jest szczerość przy dawaniu innym tego, co wybieram dla siebie?

Jeśli to wybieg, chęć manipulacji, aby pozyskać coś dla siebie, twój umysł o tym wie. Właśnie przekazałeś mu sygnał, że tego nie masz. A ponieważ wszechświat to nic innego jak wielka kopiarka, powielająca twe myśli w postaci fizycznej, takie będzie twoje doświadczenie. To znaczy, będziesz wciąż doświadczał “braku tego" - cokolwiek uczynisz!

Co więcej, stanie się to również doświadczeniem osoby, której próbujesz to dać. Zobaczy ona, że chcesz tylko coś uzyskać, że tak naprawdę nie masz nic do ofiarowania, a sam akt okaże się płytkim i czczym gestem, obliczonym na własną korzyść.

Zatem to, co starałeś się przyciągnąć, od siebie odsuniesz. Lecz kiedy obdarowujesz z czystym sercem - ponieważ widzisz, że tego potrzebuje, pragnie - wówczas odkryjesz to w sobie. To cudowne odkrycie.

To prawda. To naprawdę działa! Pamiętam, jak kiedyś przechodziłem ciężki okres w życiu, łapałem się za głowę i rozmyślałem o tym, że nie mam pieniędzy, kończy mi się jedzenie i nie wiem, skąd wezmę na czynsz. Tego wieczoru spotkałem na dworcu autobusowym parę młodych ludzi. Poszedłem odebrać paczkę i patrzę, siedzą wtuleni w siebie na ławce, okryci płaszczem.

Wzruszyłem się, gdy ich zobaczyłem. Przypomniałem sobie swoje młode lata, jak byłem wciąż w ruchu, przenosiłem się z miejsca na miejsce. Zapytałem, czy mieliby ochotę pójść do mnie, ogrzać się, napić gorącej czekolady, może trochę się przespać.

Otworzyli oczy szeroko, niczym dzieci na widok świętego Mikołaja.

Cóż, poszliśmy do domu i przygotowałem posiłek. Dawno tak dobrze nie jedliśmy, i ja, i oni. Lodówka wyładowana była jedzeniem. Wystarczyło tylko sięgnąć ręką po zapasy, jakie tam zgromadziłem. Zrobiłem danie “z wszystkiego" i było wyśmienite! Pamiętam, jak dziwiłem się, skąd wzięło się tyle jedzenia.

Następnego ranka zrobiłem im śniadanie i odstawiłem na dworzec. Znalazłem nawet dwadzieścia dolarów w kieszeni, które wręczyłem im mówiąc: “Przyda się wam". Uściskałem ich oboje i ruszyli w swoją drogę. Miałem świetne samopoczucie cały dzień. Co tam, cały tydzień. Doświadczenie to, które głęboko zapadło mi w pamięć, odmieniło gruntownie moje spojrzenie na życie.

Wszystko zmieniło się na lepsze. A gdy tamtego dnia spojrzałem w lustro, dostrzegłem ważną rzecz: Wciąż tu jestem.

To piękna historia. I masz rację. To działa dokładnie w taki sposób. Wiec jeśli chcesz czegoś, oddaj to. Wtedy nie będziesz dłużej tego “chciał". Natychmiast doświadczysz, że to “masz". A dalej to tylko kwestia stopnia. Przekonasz się, że z psychologicznego punktu widzenia o wiele łatwiej jest “dodawać do" niż tworzyć z powietrza.

Czuję, że właśnie usłyszałem coś szalenie istotnego. Czy mógłbyś to jakoś odnieść do mojego pytania? Czy jest jakiś związek?

Chodzi mi o to, że ty już znasz tę odpowiedź. Obecnie jednak działasz w oparciu o myśl, że jej nie znasz; że gdybyś ja znał, zyskałbyś mądrość. Wiec przychodzisz po mądrość do Mnie. Lecz Ja powiadam, bądź mądrością, a ją posiądziesz.

A jaka najkrótsza jest do tego droga? Spraw, aby drugi był mądry.

Pragniesz odpowiedzi na swoje pytanie. Udziel jej drugiemu.

Wiec teraz Ja zadam to pytanie tobie. Będę udawał, że “nie znam" odpowiedzi, a ty Mi jej udzielisz.

Jak rodzic, który ratuje dziecko spod kot samochodu, może naprawdę je kochać, jeśli miłość oznacza, że chcemy dla kogoś tego, co sami pragną dla siebie?

Nie wiem.

Ale gdybyś byt przekonany, że znasz odpowiedź, jak by ona brzmiała?

Cóż, powiedziałbym, że rodzic ten naprawdę chciał tego samego co dziecko - to znaczy, aby przeżyło. Powiedziałbym, że dziecko nie miało zamiaru umierać, lecz po prostu nie zdawało sobie sprawy z tego, czym grozi bieganie po ulicy. Tak więc wybiegając po dziecko, rodzic wcale nie pozbawił je możliwości stanowienia swojej woli - tylko dostroił się do jego prawdziwego wyboru, jego najgłębszego pragnienia.

Doskonała odpowiedź.

Lecz jeśli to prawda, wówczas Ty, Boże, nie powinieneś robić nic innego przez cały czas jak bronić nas przed wyrządzeniem sobie samym krzywdy, -gdyż nie może być naszym najgłębszym pragnieniem robienie sobie krzywdy. Mimo to bez przerwy sobie szkodzimy, a Ty siedzisz z założonymi rękami.

Zawsze jestem wyczulony na wasze najgłębsze pragnienie i nigdy wam go nie odmawiam.

Nawet jeśli jego wynikiem, waszym ukrytym życzeniem, jest doświadczenie “umierania".

Nigdy, przenigdy nie sprzeciwiam się waszemu najgłębszemu pragnieniu.

Chcesz powiedzieć, że gdy wyrządzamy sobie samym krzywdę, stanowi to nasze ukryte życzenie? Nasze najgłębsze pragnienie?

Nie możecie siebie tak naprawdę “skrzywdzić". To niemożliwe. “Krzywda" to reakcja subiektywna, a nie zjawisko obiektywne. Możecie wybrać doświadczenie “krzywdy", ale to wyłącznie wasza decyzja.

Biorąc to pod uwagę, odpowiedź brzmi: “Tak" -kiedy sobie samym “zaszkodziliście", to z własnego wyboru. Mowa tu o płaszczyźnie ezoterycznej, duchowej, ale twoje pytanie dotyczy innego obszaru.

W takim znaczeniu, o jakie ci chodzi, to znaczy, świadomego wyboru, odpowiadam, że nie - kiedy robicie coś, co obraca się przeciwko wam, to nie dlatego, że tak “chcieliście".

Dziecko przejechane przez samochód, ponieważ zapędziło się na ulice, nie “chciało" (pragnęło, postanowiło) zostać potrącone.

Mężczyzna ciągle żeniący się z tą samą kobietą - całkowicie dla niego nieodpowiednią - w różnym “opakowaniu", nie “chce" (pragnie, postanawia) tworzyć nieudanego małżeństwa.

Nie można powiedzieć o osobie, która uderzyła się w palec młotkiem, że “chciała" tego doświadczyć. Nie zabiegała o to, nie dążyła do tego świadomie.

Lecz wszelkie zjawiska obiektywne przywoływane są podświadomie; nieświadomie stwarzasz wszystkie zdarzenia. Osoby, miejsca, rzeczy sam do siebie przyciągnąłeś - zapewniła ci je twoja Jaźń jako doskonale warunki i sposobności do doświadczenia tego, czego doświadczać kolejno na drodze ewolucji jest twoim życzeniem.

W twoim życiu nie może zaistnieć nic - dosłownie nic nie może się stać - co nie stanowi dla ciebie idealnej okazji do uleczenia, stworzenia czy doświadczenia czegoś, co pragniesz uleczyć, stworzyć lub doświadczyć, aby być, Kim Jesteś W Istocie.

A kim właściwie jestem?

Kimkolwiek postanowisz być. Dowolnym aspektem Boskości, jaki zapragniesz urzeczywistnić - oto Kim Jesteś.

To w każdej chwili może ulec zmianie. I często zmienia się z minuty na minutę. Lecz jeśli chcesz trochę wyhamować, przestać sprowadzać na siebie tak różnorodne doświadczenia, jest na to sposób. Po prostu nie zmieniaj ciągle zdania na swój temat -Kim Jesteś i Kim Pragniesz Być.

Łatwiej powiedzieć niż wykonać!

Widzę tylko, że podejmujecie decyzje na wielu różnych poziomach. Dziecko, które postanawia bawić się na ulicy, nie wybiera śmierci. Mogą w grę wchodzić inne rzeczy, ale nie umieranie. Matka o tym wie.

Problem nie polega na tym, że dziecko postanowiło zginąć, ale na tym, że dokonało wyborów, które mogą przynieść więcej niż jeden wynik, w tym śmierć pod kołami samochodu. Lecz ono nie zdaje sobie z tego sprawy, ten fakt jemu umyka. To właśnie brak dostatecznych danych uniemożliwia dziecku podjęcie lepszej decyzji, bardziej przemyślanej.

Zatem twoja analiza sytuacji jest bezbłędna.

Ja, jako Bóg, nigdy nie pokrzyżuję twoich zamiarów - ale zawsze będą mi one znane.

Dlatego możesz przyjąć, że skoro coś ci się przytrafia, to doskonale się składa - ponieważ w Boskim świecie nie ma miejsca na “fuszerkę".

Całe twoje życie - osoby, miejsca, zdarzenia - zostało idealnie urządzone przez ciebie, doskonałego twórcę doskonałości. Oraz Mnie... w tobie i za twoim pośrednictwem.

Możemy współpracować ze sobą w tym wspólnym dziele świadomie lub nieświadomie. Możesz przejść przez życie obudzony lub w uśpieniu.

Wybieraj.

Chwileczkę, wróćmy do tego, co powiedziałeś o podejmowaniu decyzji na wielu różnych poziomach. Powiedziałeś, że jeśli chcę trochę wyhamować, powinienem przestać ciągle zmieniać zdanie na temat tego, kim jestem i kim pragnę być. Kiedy zauważyłem, że to trudne, stwierdziłeś, że my wszyscy dokonujemy wyborów na wielu różnych płaszczyznach. Czy

mógłbyś rozwinąć tę myśl? Co to oznacza? Jakie to niesie ze sobą następstwa?

Gdyby wszystkie twoje pragnienia były pragnieniami duszy, sprawa byłaby prosta. Gdybyś słuchał głosu swego ducha, wszelkie decyzje byłyby łatwe a wyniki pomyślne. A to dlatego, że...

...wybory duszy są. wyborami najszlachetniejszymi.

Nie trzeba ich zgadywać po fakcie. Nie trzeba ich rozbierać na czynniki pierwsze, wartościować. Trzeba po prostu obracać je w czyn, zastosować się do nich. ^Lecz wy nie składacie się wyłącznie z duszy. Jesteście istotami troistymi - ciałem, umysłem i duchem. W tym tkwi cały wasz urok, w tym wasza chwała. Często jednak dzieje się tak, że podejmujecie decyzje na tych trzech płaszczyznach jednocześnie - i są one całkowicie rozbieżne.

Nierzadko ciało chce jednego, umysł drugiego, a dusza jeszcze czegoś innego. Dotyczy to zwłaszcza dzieci, które nie są. jeszcze na tyle dojrzałe, aby odróżnić to, co jest “uciecha" dla ciała, a co wydaje się rozsądne umysłowi - a tym bardziej, co współgra z dusza. Dlatego dziecko pakuje się na ulice.

Ja, Bóg, znam wszystkie wasze wybory - nawet te nieświadome. Nie przeciwstawiam im się, lecz im sprzyjam. Na tym polega Moje zadanie - dopilnować, aby wasze wybory się spełniały. (W rzeczywistości, sprawia to wasza Jaźń. Ja tylko wprowadziłem mechanizm, dzięki któremu jest to możliwe. Ten mechanizm to proces tworzenia, który omówiony został w szczegółach w księdze pierwszej.)

Kiedy wybory się ze sobą kłócą - kiedy ciało, umysł i dusza nie działają, zgodnie - proces twórczy zacho-

dzi na wszystkich poziomach i daje różne wyniki. Jeśli jednak twoja istota jest zestrojona a wybory ujednolicone, mogą zdarzyć się zadziwiające rzeczy.

Istnieją też różne szczeble w obrębie poszczególnych poziomów, co szczególnie odnosi się do umysłu.

Umysł może dokonywać wyborów w oparciu o logikę, intuicje albo uczucia, nierzadko kierując się wszystkimi trzema naraz, co grozi pogłębieniem wewnętrznego rozdźwieku.

W obrębie emocji wyróżnić można pięć dalszych stopni. Stanowią one pięć naturalnych uczuć: smutek, złość, zawiść, strach oraz miłość.

A tych pięć uczuć można sprowadzić do dwóch: miłości i strachu.

Pięć naturalnych uczuć zawiera w sobie strach i miłość, lecz miłość i strach stanowią podstawę wszelkich uczuć. Pozostałe trzy wyrastają z tych dwóch podstawowych.

Za wszelkimi myślami na samym dnie kryje się zawsze miłość lub strach. To właśnie jest wielka biegunowość. Pierwotna dwoistość. Wszystko da się w końcowym rozrachunku odnieść do jednego lub do drugiego. Wszelkie myśli, idee, pojęcia, decyzje, ivy-bory i czyny maja oparcie w strachu lub w miłości.

Lecz ostatecznie jest tylko jedno.

Miłość.

Tak naprawdę, miłość jest wszystkim, co istnieje. Nawet strach wyrasta z miłości i, odpowiednio użyty, może być wyrazem miłości.

Strach może wyrażać miłość?

W swej najwyższej postaci, owszem. Wszystko staje się wyrazem miłości, o ile wyrażone jest w najwyższej postaci.

Rodzic, który ratuje dziecko spod kół samochodu, kieruje się strachem czy miłością?

Chyba jednym i drugim. Boi się o życie dziecka i kocha je - tak bardzo, że gotów jest narazić swoje własne życie.

Dokładnie. Widzimy wiec, że strach w swej najwyższej postaci staje się miłością... jest miłością... wyrażoną przez strach.

Podobnie gdy przyjrzymy się pozostałym naturalnym emocjom, zobaczymy, że smutek, złość i zawiść stanowię przejawy leku, a ten zaś stanowi formę miłości.

Jedno prowadzi do drugiego. Rozumiesz?

Problem występuje wtedy, gdy któraś z tych naturalnych emocji zostaje wypaczona. Nabierają wówczas groteskowych rysów, trudno w nich rozpoznać miłość, a tym bardziej Boga, który jest Miłością Absolutna.

Słyszałem już o pięciu naturalnych uczuciach -dowiedziałem się o nich od Elisabeth Kiibler-Ross.

Właśnie. To Ja jej to podsunąłem.

Czyli, jak rozumiem, kiedy dokonuję wyboru, wiele zależy od tego, co mną powoduje, a to może być ukryte gdzieś głęboko we mnie.

l tak właśnie jest.

Opowiedz mi, proszę - chciałbym to sobie odświeżyć, gdyż niewiele zostało mi w pamięci z nauki Elisabeth - o pięciu naturalnych uczuciach.

Smutek jest naturalny. To ta cząstka w tobie, która pozwala ci rozstać się z czymś, z czym nie chcesz się rozstawać; wyrazić, wyrzucić z siebie żal, jaki rodzi się w tobie pod wpływem doznanej straty. Może to być utrata ukochanej osoby albo zwykłe zgubienie okularów.

Kiedy wolno ci wyrażać smutek, pozbywasz się go. Dzieci, którym pozwalano być smutnym, mają do tego zdrowy stosunek w dorosłym życiu i w związku z tym szybko go przezwyciężają.

Dzieci, którym mówi się, “No, już nie płacz", jako dorośli nie umieją płakać. Przecież uczono ich, że tak nie wypada. Wiec tłumią w sobie smutek.

Nieustannie tłumiony smutek przeradza się w przewlekłą depresje, uczucie bardzo nienaturalne.

Pod wpływem przewlekłej depresji zabijano. Wybuchały wojny, ginęły narody.

Złość jest naturalna. To narzędzie, dzięki któremu potrafisz odmówić. Nie musi być obraźliwa ani służyć krzywdzeniu innych.

Kiedy dzieciom wolno wyrażać złość, wnoszą w swe dorosłe życie zdrową wobec niej postawę, przez co szybko ja przezwyciężają.

Dzieci, którym daje się odczuć, że nieładnie jest się złościć - że nie powinno się jej uzewnętrzniać ani nawet odczuwać - nie będą umiały jako dorośli radzić sobie ze swą złością.

Złość bez przerwy tłumiona przeradza się we wściekłość, uczucie bardzo nienaturalne.

Pod wpływem wściekłości zabijano. Wybuchały wojny, ginęły narody.

Zawiść jest naturalna. To ona sprawia, że pięciolatek chce dorównać starszej siostrze i dosięgnąć tej

klamki - albo pojechać na tym rowerze. Zawiść skłania cię do podjęcia jeszcze jednej próby, wytężenia całych swoich sil, aż ci się powiedzie. Zdrowo jest czuć zawiść, to naturalna rzecz. Kiedy dzieciom wolno wyrażać zawiść, nabierają do niej właściwego podejścia i dlatego w dorosłym życiu szybko ja przezwyciężają.

Dzieciom, którym daje się odczuć, że nieładnie jest być zawistnym - że nie powinno jej się okazywać ani nawet odczuwać - nie będą umiały uporać się z zawiścią jako dorośli.

Tłumiona zawiść przeradza się w zazdrość, uczucie bardzo nienaturalne.

Z zazdrości zabijano. Wybuchały wojny, ginęły narody.

Strach jest naturalny. Wszystkie dzieci przychodzą na świat bojąc się tylko dwóch rzeczy: spadania i hałasu. Pozostałe łęki są reakcjami nabytymi, wyuczonymi pod wpływem otoczenia, przekazanymi przez rodziców. Celem naturalnego strachu jest zaszczepienie ostrożności. Ostrożność pozwala utrzymać się przy życiu. Wyrasta z miłości. Miłości Jaźni.

Dzieci, którym wpaja się, że nie wypada się bać -że nie powinno się go uzewnętrzniać ani nawet odczuwać - będą miały trudności z opanowaniem swego strachu w dorosłym życiu.

Nieustannie tłumiony lęk przeradza się w panikę, uczucie bardzo nienaturalne.

W panice zabijano. Wybuchały wojny, ginęły narody.

Miłość jest naturalna. Kiedy dziecku pozwala się ją swobodnie wyrażać i przyjmować, bez wstydu, zahamowań, ograniczeń, niczego więcej nie potrzeba. Al-

bowiem radość obdarowywania i chłonięcia miłości całkowicie wystarcza. Lecz miłość obwarowana warunkami, wypaczana nakazami i zakazami, kontrolowana, manipulowana, chowana, staje się wynaturzona.

Dzieci, którym daje się do zrozumienia, że ich naturalna miłość jest niewłaściwa - że nie powinno się jej okazywać ani nawet doświadczać - czeka ciężkie zadanie w przyszłości.

Miłość duszona w sobie przeradza się w zaborczość, uczucie bardzo nienaturalne.

Wskutek zaborczości zabijano. Wybuchały wojny, ginęły narody.

I w ten oto sposób naturalne uczucia, tłumione, wynaturzają się i wywołują reakcje zaburzone. A naturalne uczucia dusi w sobie większość ludzi. Lecz one są waszymi sprzymierzeńcami. To wasze dary. Boskie narzędzia, z pomocą których wykuwacie swoje doświadczenie.

Otrzymujecie je przy narodzinach. Maja za zadanie pomóc wam przejść przez życie.

Dlaczego większość ludzi tłumi w sobie te uczucia?

Tak ich nauczono. Tak im kazano. Kto im to wpoił?

Rodzice. Wychowawcy. Ale dlaczego? Po co mieliby to robić?

Bo tak ich nauczyli rodzice, a tych z kolei ich rodzice.

Tak, zgoda. Lecz dlaczego? Co jest grane?

Sęk w tym, że wychowaniem dzieci zajmuję, się u was nieodpowiednie osoby?

Jak to “nieodpowiednie"? Kogo masz na myśli? Ojca i matkę dzieci.

Ojciec i matka nie nadają się do wychowywania swoich dzieci?

Nie, kiedy oboje są młodzi. W większości przypadków. To cud, że tak wielu osiąga zupełnie niezłe wyniki.

Nikt nie jest mniej powołany do rodzicielskiego zadania od młodych rodziców. I tak przy okazji, nikt nie zdaje sobie z tego sprawy bardziej niż oni sami.

Większość przystępuje do wychowywania dzieci z nikłym zasobem życiowych doświadczeń. Ledwo sami zdążyli się usamodzielnić. Wciąż szukają odpowiedzi, wypatrują wskazówek.

Jeszcze siebie nie odnaleźli tak naprawdę, a próbują pokierować rozwojem istot jeszcze bardziej bezradnych od nich.

Nie określili siebie, a musza określać innych. Sami jeszcze nie uporali się z narzuconym im przez rodziców wypaczonym obrazem samych siebie.

Nie poznali siebie naprawdę, a próbują powiedzieć tobie, kim jesteś. Spoczywa na nich ciężar prawidłowego ukształtowania swoich dzieci, a nie potrafią uporządkować własnego życia. Odbija się to na ich życiu i życiu dzieci.

Przy odrobinie szczęścia krzywda wyrządzona dzieciom okaże się niezbyt groźna. Potomstwo sobie z nią poradzi - ale zdąży zapewne przekazać cześć szkodliwego dziedzictwa własnym potomkom.

Ludzie na ogół zyskują mądrość, cierpliwość, zrozumienie oraz miłość niezbędne do tego, aby być świetnymi rodzicami dopiero wtedy, gdy sami przestają być zdolni do rozrodu.

Nie bardzo rozumiem, dlaczego tak jest. Wiem, że twoje spostrzeżenia przeważnie są trafne, ale dlaczego tak się dzieje?

Ponieważ osiągniecie zdolności rozrodczych znacznie wyprzedza wykształcenie zdolności rodzicielskich. Wychowywaniem potomstwa powinniście zająć się wtedy, gdy przestajecie być zdolni do jego płodzenia.

To wciąż dla mnie trochę niejasne.

Ludzie zdolni są do płodzenia dzieci, kiedy sami są jeszcze dziećmi - czyli, co może cię zaskoczyć, przez czterdzieści czy nawet pięćdziesiąt lat.

Ludzie pozostają “dziećmi" przez czterdzieści do pięćdziesięciu lat?

Gdy spojrzeć na to pod pewnym kątem, tak. Wiem, że trudno ci się z tym pogodzić, ale spójrz dookoła siebie. Może wyczyny twojej rasy przekonają cię, że mam racje.

Wszystko bierze się stąd, że w waszym społeczeństwie przyjmuje się ukończenie 21 lat za oznakę “do-

rosłości". Dodajmy do tego fakt, że rodzice wielu z was nie mieli dużo więcej niż 21 lat, gdy zaczęli was wychowywać, a problem ukaże się w całej swej rozciągłości.

Gdyby osobom zdolnym do rozrodu było przeznaczone rodzicielstwo, płodzenie potomstwa byłoby niemożliwe przed skończeniem 50 lat! Płodzeniem dzieci mieli zajmować się młodzi, o tęgich i dobrze rozwiniętych ciałach. Zaś od ich wychowywania mieli być starsi, o tęgich i dobrze rozwiniętych umysłach.

Ale wy uparliście się, że wyłączna odpowiedzialność za dzieci spoczywa na ich rodzicach. Skutkiem tego jest nie tylko niesłychane utrudnienie zadania wychowania dzieci, ale również wypaczenie energii otaczających samo seksualne zbliżenie.

Aa... mógłbyś to wyjaśnić?

Chętnie.

Do tego samego wniosku doszło też wielu ludzi. Zasadniczo, chodzi o to, że przeważająca większość Ziemian tak naprawdę nie jest zdolna do wychowywania dzieci, kiedy zdolna jest do ich poczęcia. Jednak dokonawszy tego spostrzeżenia, ludzie wymyślili całkowicie chybione rozwiązanie.

Zamiast pozwolić młodym rozkoszować się seksem, nawet jeśli prowadzi to do powstania potomstwa, wy przestrzegacie ich przed oddawaniem się mu, dopóki nie będą gotowi wziąć na siebie odpowiedzialności za wychowanie dzieci. Potępiacie podejmowanie przez nich współżycia “przedwcześnie" i obłożyliście tabu dziedzinę, która z założenia jest radosną, celebracją, życia.

Oczywiście, młodzi nie zważają na takie tabu - i słusznie: przestrzeganie go jest całkowicie wbrew naturze.

Ludzie pragną się łączyć i obcować intymnie, jak tylko usłyszą wewnętrzny głos, mówiący, że są już do tego gotowi. Taka jest ludzka natura.

Lecz to, jak ją. widzą, w większej mierze jest dziełem rodziców; to oni podpowiadają im, co czują w środku. Dzieci w was upatrują wyroczni, która oznajmi im, co sądzić o życiu.

Wiec kiedy odzywa się w nich pociąg do odmiennej płci, do przyglądania się, do niewinnej zabawy we dwoje, do poznawania wzajemnych “różnic", będą wypatrywali waszego osądu. Czy ta cześć ich ludzkiej natury jest “dobra"? “Zła"? Czy znajduje aprobatę? Czy należy to zdusić w zarodku? Chować w sobie? Zniechęcać?

Z obserwacji wynika, że to, co rodzice na ogół przekazują swoim dzieciom o tym obszarze ludzkiej natury, ma swoje źródło w tym, co im samym wpojono, w tym, co głosi ich religia, w tym, co sądzi na ten temat społeczeństwo - słowem, we wszystkim tylko nie w naturalnym porządku rzeczy.

W przypadku waszego gatunku seksualność budzi się miedzy 9. a 14. rokiem życia. Od 15. roku życia u większości ludzi zaczyna się. już przejawiać. I wtedy rusza wyścig z czasem - dzieci dążą do wyładowania rozpierającej ich radosnej energii seksualnej, a rodzice za wszelka cenę próbują je powstrzymać.

W tej rozgrywce rodzice szukają sojuszników na lewo i na prawo, albowiem jak już powiedzieliśmy, wymagają od swego potomstwa zaniechania czegoś, co jak najbardziej leży w ludzkiej naturze.

W tym celu dorośli wymyślili wszelkiego rodzaju rodzinne, kulturowe, społeczne i ekonomiczne nakazy, ograniczenia i obwarowania, aby uzasadnić swe nienaturalne żądania w stosunku do potomstwa. Dzieci zaś wzrastają w przekonaniu, że ich seksualność jest wbrew naturze. Czy coś “zgodnego z natura" byłoby tak piętnowane, utrącane, kontrolowane, powściągane i wypierane?

Chyba trochę przesadzasz. Nie sądzisz, że to za mocno powiedziane?

Czyżby? A jaki twoim zdaniem ma to wpływ na cztero- czy pięciolatka, kiedy rodzice nie posługują się nawet poprawnymi nazwami pewnych części ciała? Jaki komunikat przekazujesz dziecku o własnym stopniu swobody w tej dziedzinie i jaki w twej opinii ich stopień swobody powinien być w odniesieniu do tych anatomicznych obszarów?

A-mm...

No, właśnie... “a-mm".

Cóż, “tych nazw się po prostu nie wymienia", jak mawiała moja babcia. Po prostu “ptaszek" czy “pupa" brzmi lepiej.

Tylko dlatego, że narosło wokół tych właściwych nazw tyle negatywnych skojarzeń, nie jesteście w stanie użyć ich w normalnej rozmowie.

Małe dzieci nie znają, rzecz jasna, nastawienia rodziców, pozostaje tylko w nich wrażenie, często nie-

zatarte, że pewne części ciała są “brzydkie", i że wszystko, co się z nimi wiąże, jest co najmniej wstydliwe, krepujące - jeśli nie “złe".

W miarę dorastania, już jako nastolatki, dzieci przekonują się, że to nieprawda, ale wtedy już uświadamia im się dobitnie związek miedzy seksem a ciąża; tłumaczy, że będą musiały wziąć na siebie trud wychowania potomstwa, jakie spłodzą, i mają kolejny powód, aby sadzić, że wyrażanie swojej seksualności jest złe. I w ten sposób koło się zamyka.

Skutkiem tego jest panujący w waszym społeczeństwie zamęt - nieunikniona konsekwencja zakłócania naturalnego porządku.

Waszym dziełem jest okrycie erotyki wstydem, stłumienie jej - co wywołuje seksualne zahamowania, zaburzenia oraz przemoc.

Jako społeczeństwo zawsze będziecie odczuwać zahamowania na tle tego, czego się wstydzicie; zawsze będziecie przejawiać zaburzenia w zachowaniach, które zostały stłumione; i zawsze będziecie gwałtownie występować przeciwko piętnowaniu czegoś, co jak w sercu czujecie, nigdy nie powinno być naznaczone hańbą.

Więc Freud w zasadzie się nie mylił, twierdząc, że występująca tak powszechnie wśród ludzi napastliwość może mieć związek z seksualnością -głęboko zakorzeniona wściekłość z powodu konieczności zagłuszania podstawowych i naturalnych skłonności, instynktów, pasji.

Niejeden psychiatra ośmielił się to zauważyć. Człowiek się burzy wewnętrznie, ponieważ wie, że nie po-

winien się wstydzić czegoś, co daje mu taką przyjemność - a mimo to czuje winę, wstyd.

Przede wszystkim, złości się na siebie za to, że czuje się tak dobrze robiąc coś, co przecież jest “złe".

Dalej, kiedy połapie się, że został wyprowadzony w pole - że seks z założenia jest chwalebnym, czcigodnym i cudownym składnikiem ludzkiego doświadczenia - oburza się na innych: na represyjnych rodziców, na bigoteryjną religie, na wyzywającą “płeć odmienna", na nadzorujące społeczeństwo.

Na koniec, obracają swą złość przeciwko sobie samym, za to, że pozwolili w ten sposób się zahamować.

Wiele tej tajonej złości legło u podstaw zniekształconych i niefortunnych zasad moralnych przyjętych w waszym społeczeństwie - gdzie upamiętnia się i czci ohydne akty zbrojnej przemocy, ale skrzętnie ukrywa się - czy, co gorsza, poniża - piękne przejawy miłości.

Wszystko to - wszystko - bierze się z przekonania, że ci, co płodzą dzieci, biorą zarazem na siebie trud ich wychowania.

Ale skoro rodzice nie są odpowiedzialni za wychowanie dzieci, to kto jest?

Cała społeczność. Szczególnie osoby starsze. Starsi?

W wysoko rozwiniętych społeczeństwach właśnie starszyzna niańczy i kształci potomstwo, przekazuje mądrość, nauki i tradycje swojej rasy. Później powrócimy jeszcze do tego tematu.

Tam gdzie nie potępia się płodzenia dzieci w młodym wieku - ponieważ zajmuje się nimi starszyzna plemienna i rodzicielstwo nie stanowi takiego ciężaru - nie słyszy się o hamowaniu ekspresji seksualnej, podobnie jak o gwałcie, zboczeniach i zaburzeniach na tle seksualnym.

Czy istnieją takie społeczeństwa na naszej planecie?

Owszem, ale zanikają. Od dawna je prześladujecie, zwalczacie, przerabiacie na swoja modłę, ponieważ uznaliście je za barbarzyńskie. W waszym, jak to określacie, postępowym społeczeństwie, dzieci (żony, mężowie) stanowią własność rodziców, jak mienie osobiste, i ci, co płodzą potomstwo, muszą je wychować, gdyż muszą zająć się tym, co “należy" do nich.

Podłożem wielu nękających was społecznych problemów jest pogląd, iż żony i dzieci stanowią własność osobistą, którą się “posiada".

Zajmiemy się kwestią “własności" w dalszej części, przy okazji rozważań o społecznościach wysoko rozwiniętych. Lecz teraz pomyśl tylko: Czy jest się emocjonalnie dojrzałym do wychowania dzieci, kiedy jest się zdolnym do ich płodzenia?

Prawda jest taka, że ludzie nie nadają się do rodzicielstwa nawet po trzydziestce czy po czterdziestce - i nie powinno się tego od nich oczekiwać. Nie żyją jeszcze dość długo, aby móc przekazać głęboką mądrość swoim dzieciom.

Słyszałem to już wcześniej. Mark Twain miał na ten temat podobne zdanie. Podobno powiedział kie-

dyś: “Kiedy miałem 19 lat, mój ojciec na niczym się nie znał. Ale kiedy skończyłem 35 lat, nie mogłem się nadziwić, jak wiele Stary się nauczył".

Świetnie to wyraził. Wczesne lata życia nigdy nie miały służyć nauczaniu prawdy, lecz jej gromadzeniu. Jak możesz przekazać dzieciom prawdę, do której nie doszedłeś?

To niemożliwe. Wiec kończy się na tym, że uczysz ich jedynej znanej sobie prawdy - cudzej. Ojca, matki, kultury, religii. Każdej, tylko nie swojej własnej, której nadał szukasz.

I będziesz poszukiwał, eksperymentował, odnajdywał i gubił, tworzył i przetwarzał swoja prawdę, aż minie pół wieku, odkąd przebywasz na tej planecie, czy coś koło tego.

Wtedy być może ustatkujesz się, osiądziesz w swojej prawdzie. I zgodzicie się co do jednego: że nie ma stałej prawdy; że prawda, jak samo życie, jest zmienna, rozwija się, ewoluuje - a kiedy wydaje ci się, że stanąłeś w rozwoju, wręcz przeciwnie, właściwie dopiero zacząłeś ewoluować.

Tak, doszedłem do tego. Mam już ponad pięćdziesiąt lat i odkryłem tę prawdę.

To dobrze. Jesteś mądrzejszy. Starszy. Teraz powinieneś zająć się wychowywaniem dzieci. Albo jeszcze lepiej, odczekaj następnych dziesięć lat. To starsi znają prawdę, i życie. Wiedza, co jest ważne, a co nie. Co naprawdę znaczy uczciwość, lojalność, przyjaźń i miłość.

Rozumiem, co masz na myśli. Trudno się z tym pogodzić, ale do niedawna sami byliśmy jeszcze “dziećmi", teraz jesteśmy “uczniami" i rodzą się nam dzieci, wiemy, że musimy zacząć je uczyć. I dochodzimy do wniosku, cóż, przekażę im, czego nauczyłem się od rodziców.

/ tak oto grzechy ojców przechodzą na synów, po siódme pokolenie.

Jak to zmienić? Jak przerwać ten krąg?

Oddajcie wychowanie dzieci w ręce Starszych. Rodzice mogą je widywać, .kiedykolwiek zechcą, nawet mieszkać razem z nimi, ale nie będą ponosić wyłącznej odpowiedzialności za opiekę nad nimi. Fizyczne, społeczne i duchowe potrzeby dzieci zaspokajać będzie cała społeczność, a kształceniem i przekazywaniem wartości zajmować się będzie starszyzna.

W dalszej części tego dialogu porozmawiamy o innych sposobach życia panujących wśród wysoko rozwiniętych kultur wszechświata. Ale tych modeli nie da się zastosować do stylu życia ugruntowanego na waszej planecie.

Co masz na myśli?

Chodzi mi o to, że nie tylko wasz sposób wychowywania dzieci jest niewłaściwy, ale cały sposób życia.

Wciąż nie wiem, co masz na myśli.

Odsunęliście się od siebie. Rozbiliście rodziny, rozdarliście mniejsze społeczności wznosząc wielkie miasta. W wielkich miastach żyje więcej ludzi, ale brakuje więzi grupowej, “plemiennej", która sprawia, że członkowie grupy troszczą się o siebie nawzajem. Jesteście wiec pozbawieni starszyzny. A przynajmniej jesteście od niej oddaleni.

Nie tylko się od nich oddaliliście, ale co gorsza, odepchnęliście od siebie starszych. Odstawiliście na boczny tor. Odebraliście wszelka władze.

Niektórzy spośród was oskarżają nawet osoby w podeszłym wieku o to, że są pasożytami systemu, że domagają się świadczeń, za które muszą płacić młodzi oddając coraz większa cześć swoich dochodów.

To prawda. Socjologowie przewidują coś na kształt wojny pokoleń. Starszym będzie wypominać się, że żądają coraz więcej przy malejącym własnym wkładzie w dobro ogółu. Rośnie liczba osób w wieku emerytalnym, a co dopiero będzie, gdy zestarzeje się pokolenie z powojennego wyżu demograficznego i wydłużać się będzie średnia wieku.

Jeśli starsi nie wnoszę wkładu, to dlatego, że odebraliście im możliwości przysłużenia się społeczeństwu. Każecie im przechodzić na emeryturę właśnie wtedy, kiedy mogliby przynieść firmie korzyści, wycofać się z czynnego udziału w życiu właśnie wtedy, kiedy ich udział mógłby nadać sens waszym poczynaniom.

Nie tylko w dziedzinie wychowania dzieci, ale i w polityce, gospodarce, a nawet w religii, gdzie starsi tradycyjnie odgrywali ważna role, wasze społeczeń-

stwo wyniosło na piedestał młodość, a starość zepchnęło w cień.

Jesteście też społeczeństwem jednostek, a nie zbiorowości.

Indywidualizując i odmładzając społeczeństwo zatraciliście zarazem jego bogate zasoby. Bez nich, tak wielu żyje obecnie w uczuciowym i psychicznym niedostatku.

Ponawiam swoje pytanie. Czy można jakoś przerwać ten krąg?

Przede wszystkim musicie uznać jego realność. Tylu ludzi nie przyjmuje tego do wiadomości. Tylu udaje, że jest inaczej. Okłamujecie samych siebie, nie chcecie słyszeć prawdy, a tym bardziej jej głosić.

Tym również zajmiemy się później, przyglądając się cywilizacjom istot oświeconych, ponieważ niemożność dostrzeżenia i uznania tego, jak jest, to nie błahostka. I jeśli szczerze pragniecie zmiany, mam nadzieję, że chociaż Mnie wysłuchacie.

Nadszedł czas mówienia prawdy, prosto i bez ogródek. Jesteś gotów?

Jestem. Po to do Ciebie przyszedłem. Temu właśnie służą te rozmowy.

Prawda często jest niewygodna. Lecz tych, którzy się z nią liczą, nie drażni. Wręcz przeciwnie, uskrzydla.

Dla mnie cały ten trzyczęściowy dialog był uskrzydlający. Mów dalej, proszę.

Jest powód do zadowolenia. Coś zaczyna się zmieniać. Wasza rasa kładzie obecnie większy nacisk na tworzenie społeczności, rodzin wielopokoleniowych. Coraz bardziej szanujecie starszych, pozwalacie, aby ich życie nabrało wartości, sensu. To ogromny krok w cudownie pożytecznym kierunku.

Tak wiec dokonuje się “zwrot". Wygląda na to, że zrobiliście pierwszy krok. Teraz musicie pójść dalej.

Nie można zaprowadzić takich zmian z dnia na dzień. Nie da się jednym posunięciem zastąpić obecnego modelu wychowawczego, bo od tego zaczęły się nasze rozważania. Ale krok po kroku możecie zmieniać swoja przyszłość.

Zapoznanie się z ta książka stanowi taki krok. Nim dojdziemy do końca, powtarzać się w niej będą pewne kluczowe zagadnienia. Nie przez przypadek. Dla podkreślenia ich wagi.

Zapytałeś, jak zabrać się do budowania waszego jutra. Popatrzmy najpierw na wasze wczoraj.

2

C_o wspólnego ma przeszłość z przyszłością?

Kiedy znasz przeszłość, lepiej możesz zobaczyć swoja możliwa przyszłość. Zwróciłeś się do mnie z pytaniem, jak macie naprawić obecny stan rzeczy. Warto, abyście wiedzieli, jak doprowadziliście się do położenia, w jakim tkwicie dziś.

Opowiem ci o władzy i o sile - i jak się od siebie różnią. Wyjaśnię, jak to się stało, że wynaleźliście postać Szatana, i po co ja wymyślono, i dlaczego uznaliście, że wasz Bóg jest rodzaju męskiego, nie żeńskiego.

Ukaże, Kim Jestem Naprawdę, w przeciwieństwie do waszych wyobrażeń o Mnie w mitologiach. Opisze Mój stan Bycia, Bogo-stan, w taki sposób, że z radością zastąpicie mitologie kosmologią - rzeczywistym obrazem wszechświata i relacji miedzy nim a Mną. Nauczę cię o życiu, jak działa i dlaczego tak działa. Tym wszystkim sprawom poświecony jest ten rozdział.

Kiedy poznasz to wszystko, zdecydujesz co odrzucić z wytworów twojej rasy. Albowiem cześć trzecia naszych rozmów traktuje o budowaniu nowego świata, tworzeniu nowej rzeczywistości.

Zbyt długo żyliście, dzieci Moje, w ustanowionym przez siebie wiezieniu. Czas się wyzwolić.

Skrępowaliście swych pięć naturalnych uczuć, obróciliście je w emocje wynaturzone, które sprowadzają nieszczęście, śmierć i zniszczenie na wasz świat. Obowiązujący na waszej planecie od wieków wzór zacho-

wania, to nie “folguj" swoim uczuciom. Jeśli czujesz smutek, uporaj się z nim; jeśli czujesz złość, zdław ja; jeśli czujesz zawiść, wstydź się jej; jeśli czujesz strach, zwalcz go; jeśli czujesz miłość, hamuj ja, wstrzymuj, uciekaj od niej - zrób wszystko, byle jej nie okazać, w całej pełni, tutaj i teraz.

Czas się wyzwolić.

Zaiste, zniewoliliście swa Święta Jaźń. I czas Ja oswobodzić.

Już cały się palę do czynu. Od czego mamy zacząć? I jak?

Cofnijmy się do czasów, kiedy to wasze społeczeństwo gruntownie się przeobraziło. Wtedy właśnie mężczyźni stali się dominująca płcią i uznali, że okazywanie uczuć jest niewłaściwe - a nawet niewskazane jest w pewnych przypadkach ich doznawanie.

Co masz na myśli mówiąc o “przeobrażeniu się społeczeństwa"? O co tutaj chodzi?

We wcześniejszym okresie swoich dziejów tworzyliście społeczeństwo matriarchoinę. Potem nastąpił przewrót i wyłonił się patriarchat. Kiedy dokonaliście tego przewrotu, odeszliście od wyrażania swych emocji. Nazwaliście to oznaka “słabości". Wtedy to mężczyźni wymyślili diabła oraz Boga rodzaju męskiego.

Mężczyźni wymyślili diabła?

Owszem. Szatan to zasadniczo męskie dzieło. Ostatecznie przystało na to całe społeczeństwo, ale odwrót

od uczuć i wynalezienie “Złego" było wyrazem buntu mężczyzn przeciwko porządkowi matriarchalne-mu, w którym władze sprawowały kobiety kierując się swymi uczuciami. Przewodziły we wszystkich dziedzinach życia - polityce, religii, nauce, uzdrawianiu.

A jaką władzę mieli mężczyźni?

Żadna. Musieli usprawiedliwić jakoś swoje istnienie, gdyż ich rola sprowadzała się w gruncie rzeczy do zapładniania i przenoszenia ciężarów. Przypominali mrówki-robotnice czy pszczoły w ulu. Zajmowali się praca fizyczną i zapewniali potomstwo.

Długo trwało, zanim znaleźli dla siebie ważniejsze miejsce w ówczesnym ustroju. Minęły wieki, nim dopuszczono ich do głosu w sprawach klanu. W opinii kobiet nie byli dostatecznie bystrzy, aby się na tym znać.

Trudno sobie wyobrazić, aby w społeczeństwie odmówiono prawa głosu jakiejś kategorii obywateli, i to z powodu ich płci.

Doceniam twoje poczucie humoru, naprawdę. Mogę mówić dalej?

Proszę.

Upłynęło sporo czasu, zanim przyszło im do głowy objecie przez nich samych przywódczych stanowisk, na jakie mieli wreszcie możliwość głosować. Poza ich zasięgiem były też inne wpływowe pozycje.

Lecz kiedy wreszcie przejęli władzę w społeczeństwie, kiedy w końcu wybili się ponad swój dotychczasowy status “dzieciorobów" i “wołów roboczych", trzeba oddać im tę zasługę, że nie wykorzystali swej przewagi, uznali władzę i wpływ kobiet, zachowali dla nich szacunek, należny wszystkim ludziom bez względu na płeć.

Znów ta ironia. Och, przepraszam. Czyżbym pomylił planety?

Wróćmy do naszych rozważań. Lecz zanim przejdę do wynalezienia “diabla", pomówmy o władzy. Ponieważ z nią właśnie wiązało się wymyślenie Szatana.



dalej


strona główna
(23kB)