(23kB)
strona główna


 

Joanna Chmielewska

 

Zbieg okoliczności

Podporucznik Tadzio Jarzębski, piastujący stanowisko podkomisarza policji, punktualnie przybył na umówione miejsce. Najpierw zadzwonił, potem zapukał, a wreszcie przycisnął klamkę, wszystko jak się należy, zgodnie z regułami. Drzwi, oczywiście, okazały się otwarte.

- Można? - spytał grzecznie i wszedł do środka.

Denat odpowiedzi mu nie udzielił. Leżał na podłodze niewielkiej kawalerki, przysypany dużą ilością makulatury, i dobrze widoczne były tylko jego nogi, ale podporucznik Jarzębski miał już odrobinę doświadczenia i od razu wiedział, że te nogi nie żyją. Dotknął ich na wszelki wypadek, były jeszcze ciepłe, zawahał się, bystrym spojrzeniem obrzucił pokój i ujrzał roztrzaskany aparat telefoniczny. Zawahał się bardziej.

Nie pracował w wydziale zabójstw, tylko w przestępstwach gospodarczych, ale o pracy kumpli z wydziału zabójstw miał pojęcie i nie zamierzał im urozmaicać służbowej egzystencji. Z drugiej jednakże strony ten ciepły nieboszczyk mógł być jeszcze żywy i wówczas udzielenie mu pomocy nie dość, że było pilne, to jeszcze całkowicie leżało w interesie podporucznika. Przyszedł, żeby z nim porozmawiać, spragniony był tej konwersacji jak kania dżdżu, a stan nieodwracalny całkowicie ją wykluczał.

Rozterka trwała w nim krótko. Sam i tak mu nie pomoże, potrzebny jest lekarz. Patolog, nie patolog, zrobi, co trzeba.

Sytuacja jednakże była wysoce kłopotliwa pod każdym względem. Ewentualne udzielenie pomocy stało na pierwszym planie, wezwanie stosownej ekipy, gdyby denat już nie żył, wyglądało mu zza ramienia i wręcz warczało. Telefon w tym mieszkaniu nie nadawał się do użytku. Pozostawienie otwartych drzwi było ryzykowne, a zamknąć ich nie miał sposobu, zamka zatrzaskowego bowiem nie posiadały. Był sam, nikogo na straży nie mógł postawić, cztery piętra, które musiał pokonać tam i z powrotem, dawały szansę najgłupszym przypadkom. W żadnym razie nie należało budzić sensacji, a szukanie telefonu po sąsiadach wywołałoby niepotrzebne zainteresowanie. A w ogóle należało działać szybko.

- Ryzyk fizyk i niech to jasny szlag trafi - powiedział półgłosem sam do siebie i podjął męską decyzję.

Zostawił drzwi zamknięte tylko na klamkę i runął w dół po niewygodnych schodach, cudem zapewne nie łamiąc sobie rąk i nóg. Dopadł wozu, załatwił, co należało, po czym prawie w tym samym tempie wrócił na górę. Usiadł na ostatnim stopniu i odzyskiwał dech.

Drzwi naprzeciwko tamtego mieszkania uchyliły się i wyjrzała z nich damska głowa, elegancko ufryzowana. Wiośnianą młodość miała za sobą bezpowrotnie. Popatrzyła podejrzliwie, cofnęła się i znów wyjrzała.

- A pan tu co? - spytała nieżyczliwie. - Do kogo? Podporucznik Jarzębski nie wyglądał ani na pijaka, ani na bandziora, ani na chuligana. Był młody, przystojny i przyzwoicie ubrany, nic nasuwał skojarzeń z dewastacją klatki schodowej, ale na złodzieja nadawał się pierwszorzędnie. Nic mógł dopuścić, żeby baba narobiła krzyku, a równocześnie pomyślał, że jednostka wścibska, mieszkająca naprzeciwko, z wizjerem w drzwiach, może okazać się bezcenna.

- Już do nikogo - powiedział smętnie i żałośnie. - Skręciłem kostkę, odczekam chwilę, może mi przejdzie. Niewygodne te schody u państwa.

- Obraza boska takie schody - przyświadczyła głowa w kunsztownych lokach, ale nieufności się nic pozbyła. - Dopiero co pan wchodził i już pan tę kostkę skręcił? Nic słychać nie było.

- Opsnąłem się na drugim stopniu i od razu usiadłem. Rzeczywiście bez hałasu, bo mam buty na gumie. Nic takiego, rozmasuję sobie…

- A mnie się zdawało, że pan całkiem zeszedł i wszedł znowu?

Wścibskość baby napełniła Jarzębskiego podziwem. Zarazem ucieszył się, nie było pewne, czy z ekipą śledczą zechce się dzielić swoją wiedzą równie ochoczo, a po tej krótkiej pogawędce już się jej wyprzeć nie zdoła. On sam jest świadkiem, że oka od wizjera nie odrywa.

- Schyliłem się, nie mogła mnie pani widzieć - wyjaśnił. - Zabolało jak diabli i tak to przeczekiwałem, żeby się nie popłakać. Ale już mija.

Pomasował kostkę u prawej nogi. Lewa była dla baby lepiej widoczna.

Przyglądała mu się jeszcze przez chwilę z wyraźnym powątpiewaniem, nie zaproponowała pomocy, ruch głowy wskazał, że wzruszyła ramionami, cofnęła się do wnętrza i zamknęła drzwi. Jarzębski był pewien, że cały czas go widzi, masował więc kostkę z wielką energią. Przyszło mu na myśl, że doczekanie ekipy pod pozorem skręconej nogi może okazać się korzystne, zgarną go jak osobę przypadkową i jego przynależność do policji nie wyjdzie na jaw. Z babą znajomość już właściwie zawarł, może się to przydać.

Przyjechali po dziesięciu minutach, przywożąc ze sobą lekarza policyjnego.

- W czym dzieło? - spytał podporucznik Andrzej Werbel, z którym Jarzębski chodził jeszcze do szkoły podstawowej, nie mówiąc o średniej i studiach. Rozdzieliły ich dopiero różne wydziały w policji.

- Żeby to piorun strzelił - odparł Jarzębski i zwlókł Werbla nieco niżej. - Zejdźmy, tam nas widzi baba z przeciwka. Gość mi wyszedł w aferze, umówiłem się na rozmowę, przyjechałem i zdaje się, że zastałem klienta dla was.

- Fałszerstwa? - upewnił się Werbel.

- Cały czas. On musiał cholernie dużo wiedzieć. Jakim cudem w tym tempie złapaliście doktora?

- Plątał się przypadkiem. A co, nie jesteś pewien, czy nie żyje?

- Pomacałem, był ciepły. Tam się odbywało ostre szukanie. Chcę być przy przeglądzie rzeczy.

- Nie ma sprawy. Idziemy.

Pośpiech przestał być niezbędny, bo lokator mieszkania okazał się nieżywy od co najmniej pół godziny. Fotograf odwalił robotę, na jego miejsce wszedł daktyloskop.

- Na klamce są moje - zawiadomił podporucznik Jarzębski. - Od zewnątrz. Wewnątrz nie dotykałem.

- To bardzo ładnie z pańskiej strony - pochwalił go technik. - Widzę tu świeżutkie jak rzodkieweczka na wiosnę.

Lekarz nie miał wątpliwości, aczkolwiek na razie wypowiadał się prywatnie. Dwie rany kłute, z czego jedna wprost we właściwy organ, załatwiały sprawę, nic więcej nic było potrzebne. Śladów walki nie stwierdził. Władza nadrzędna w postaci kapitana Frelkowicza wyciągnęła wstępne wnioski.

- Zaatakowany znienacka nożem, prawdopodobnie sprężynowym. Otworzył komuś drzwi i zarobił pierwszy cios. Nie zdołał zareagować, napastnik wepchnął go dalej i poprawił. Potem wziął dobre tempo i przeszukał lokal na zasadzie trąby powietrznej, a szukał głównie w papierach.

- I pewno znalazł - wtrącił z ciężkim rozgoryczeniem podporucznik Jarzębski. -Żebym, cholera, przyszedł godzinę wcześniej!

- A dlaczego nie przyszedłeś? - zaciekawił się podporucznik Werbel:

- Sam mi taką porę ustawił. Umówiony z nim byłem. Ale będziecie wiedzieli, kto był krótko przede mną, bo naprzeciwko działa kamera.

Cichym głosem opowiedział o babie. Miał obawy, że posiada w swoich drzwiach nie tylko oko, ale także i ucho. Obaj, kapitan Frelkowicz i podporucznik Werbel, ucieszyli się szaleńczo. Na wszelki wypadek spytali doktora, czy do zadania ciosu potrzebna była siła.

- Jeśli sprężynowiec, mogło to zrobić dziecko - odparł doktor i odmówił dalszych wyjaśnień. - Reszta po sekcji, nie zawracajcie mi głowy.

Zawadzające bardzo w ciasnym pomieszczeniu zwłoki usunięto i kapitan dokonał podziału zajęć. Werbel z Jarzębskim zaczną grzebać w mieszkaniu, on sam zaś przesłucha babę. Możliwe, że dzięki niej dochodzenie nie potrwa nawet dwudziestu czterech godzin.

Drzwi otworzyły się przed nim, zanim zdążył przyłożyć palec do dzwonka.

- Niby co się tu wydziwia? - spytała ostro przechodzona piękność. - Mam zadzwonić na policję?

- Policja to ja - odparł kapitan i poczuł się jak Ludwik XIV. - Służę legitymacją. Przychodzę z prośbą o pomoc. Możemy wejść do środka?

Piękność, w pretensjach raczej nieuzasadnionych, zrobiona na wielki dzwon, uważnie przeczytała dokument i zaprosiła go do wnętrza. Czujna była, ostrożna i wyraźnie pełna podejrzeń.

- A co się stało? - spytała nieufnie. - Co tam za taki rejwach? Tam spokojny mężczyzna mieszka, przyzwoity człowiek. Z wizytami to tam całe miasto nie lata, to niby co?

- Właśnie chodzi mi o wizyty - podchwycił natychmiast kapitan. - Widzę, że pani ma wizjer w drzwiach, może pani przypadkiem dostrzegła, kto tam był dzisiaj?

- Nie przypadkiem - odparła baba stanowczo i jakby ugryzła się w język. - Znaczy, ja patrzę, bo to nigdy nie wiadomo, różne bandziory się plączą. Jak co słyszę, to patrzę.

Kapitan pochwalił ją z całego serca i cóż zatem, zapytał, widziała? A widziała, owszem, jakiegoś zbójca wrednego, co się tu kręcił podejrzanie, a wyglądał niczym aniołek niewinny. Tacy najgorsi. Niby to w nogę sobie coś zrobił, a latał z góry na dół i z dołu do góry jak z pieprzem.

Kapitan cierpliwie wysłuchał donosu na podporucznika Jarzębskiego, okazał właściwe przejęcie i spytał, co było przedtem. Baba się zacięła.

- Pan powie, co się stało - zażądała. - Wynieśli go na noszach. Chory? Był chory, pogorszyło mu się? Atak jaki? Nie daj Boże, umarł? Bo więcej nie powiem.

- Został zamordowany - odparł kapitan brutalnie, błyskawicznie oceniwszy, że prawda tu w niczym nie zaszkodzi.

Babę na moment jakby zadławiło. Uniosła się z krzesła i ciężko opadła z powrotem.

- To ta suka - powiedziała przez zaciśnięte zęby.

- Jaka suka? - zainteresował się kapitan natychmiast. Baba milczała, siedziała przez chwilę, podniosła się, udała do wnęki kuchennej i napiła się wody z kranu, co było niezbitym dowodem ciężkiego szoku. Nikt przy zdrowych zmysłach nie pija w tym mieście płynącej z kranu cieczy w stanie surowym. Nawet po przegotowaniu słuszniejsze jest używać jej do mycia podłogi. Wróciła na swoje krzesło, usiadła i wzięła głęboki oddech.

- Powiem wszystko - rzekła zdecydowanie. - Pierwsza rzecz, to ja patrzyłam, bo on mnie specjalnie o to prosił. Pan Mikołaj, znaczy. Kto się kręci, kto puka, jak go nie ma, albo co. No to patrzyłam. Raz tu jedni wytrychem grzebali, to wygoniłam, w zeszłym roku jeszcze. A dzisiaj, z godzinę temu, no, z półtorej może, ta dziwa była, poznałam ją. Po trzech latach się tej wietrznej ospie przypomniało.

Kapitan zainteresował się wietrzną ospą i z naciskiem poprosił o szczegóły.

- Ona z nim żyła - rzekła baba, znów przez zęby, głosem jak trucizna. - Przychodziła wtenczas, rzadko dosyć, więcej on do niej chodził. Żona, mówił, taka tam żona, na kwit z pralni. Od trzech lat jej nie było, a dziś się pokazała, w ortalionie była zielonym, otworzył jej, weszła, posiedziała i poszła precz. A leciała jak do pożaru. Poszłam do okna, do samochodu wsiadła i już jej nie było.

- Do jakiego samochodu?

- Nie wiem. Nie znam się. Nie fiat, nie polonez i nie mercedes, a co więcej, to nie rozróżniam. Szary taki. Oni się rozeszli, rzucił ją, to ja zgadłam, i teraz się zemściła.

- Zna pani jej nazwisko?

- Nie. Nigdy nie powiedział. Ani nawet imienia.

- Jak wyglądała?

- A jak wydra, wypłosz taki, łeb rozczochrany, blondynka. Prawdziwa, nie tleniona, ja się znam na tym. Chuda dosyć, a młodą to tylko udaje, trzydzieści pięć ma jak obszył. Na wzrost trochę mniejsza ode mnie, z pół głowy będzie.

Baba była jak piec, przeszło metr siedemdziesiąt, z dobrą piętnastką nadwagi. Kapitan wziął stosowną poprawkę, ale i tak informacje o wietrznej ospie wydawały się skąpe. Pomyślał, że może znajdą wśród papierów przynajmniej imię i telefon, a może nawet adres.

- Nie wie pani, gdzie mieszkała?

- Blisko chyba, gdzieś na górnym Mokotowie, ale dokładnie nie wiem. Ona tu była ostatnia, a przed nią pan Mikołaj był, żywy, bo serek mu przyniosłam ze sklepu i wziął ode mnie we drzwiach. Nic mu nie było.

- A mówiła pani, że był chory?

- A był. Wypadek miał, samochód go potrącił. Z krzyżem miał coś niedobrze i leżał, z domu nie wychodził, ale tak, to był zdrowy.

- Odwiedzał go ktoś jeszcze?

Baba przez chwilę milczała i kapitan mógłby przysiąc, że coś zdusiła w sobie.

- Nie - powiedziała stanowczo. -Jego w ogólności prawie nikt nie odwiedzał. Jeden taki czasem przychodził, ale rzadko, ze dwa razy do roku. Średni i piegowaty, zawsze na nim aparaty fotograficzne wisiały. I raz była basetla jedna, wielka, gruba i czarna, łeb jak u konia. Ale do środka nie weszła, przez drzwi z nią pogadał, poczekała na schodach i on zaraz wyszedł. I poszli. Więcej nic nie było.

Komunikat o wietrznej ospie wydawał się z tego wszystkiego najcenniejszy. Co do innych informacji, to zamordowany facet z przeciwka był dziennikarzem, pracował dorywczo i ciągle jakieś materiały do pracy zbierał. Po całych dniach w domu go nie było, a nie zdarzyło się nigdy, żeby wrócił nietrzeźwy, obojętnie, rano, wieczór czy ,w nocy. Porządny człowiek, krótko mówiąc.

W mieszkaniu denata dwóch podporuczników przy pomocy sierżanta odwaliło kawał roboty. Szczegółową lekturę tysięcy maszynopisów, wycinków pracowych, całych gazet i rozmaitych pism urzędowych odłożyli na później, optymistycznie wyobrażając sobie, że będą mieli wolną chwilę, teraz zaś zajęli się wnikliwym przeglądem dwóch najbardziej interesujących przedmiotów. Jeden z nich robił wrażenie notesu, a drugi był damską torebką, dużą, trochę zużytą^ z miękkiej skóry, z naderwanym paskiem do noszenia i zaklinowanym zamkiem błyskawicznym.

Kapitan Frelkowicz z miejsca skojarzył torebkę z wietrzną ospą i rzucił się na nią niczym wygłodniały sęp na padło.

- Dokumenty? - krzyknął z nadzieją.

- Nic z tego - odparł z goryczą podporucznik Werbel. -W ogóle zawartość jakaś dziwna. Tu leży wszystko, o… Zrobiłem spis.

Kapitan obejrzał dużą ilość różnych rzeczy, ułożonych na wolnym kawałku tapczanu i chwycił spis.

- Niemożliwe, żeby w tym nie było nic o właścicielce! -powiedział stanowczo. - A wygląda na to, że załatwiła go eks-podrywka. To może być właśnie to…

Zaczął czytać i umilkł.

Zawartość damskiej torebki prezentowała się raczej dość niezwykle. Stara, pękata, plastikowa kosmetyczka wypchana była szesnastoma przedmiotami, wśród których tylko puderniczka nie budziła zdziwienia. Resztę stanowiło zbiorowisko najzupełniej nie kosmetyczne, złożone ze szczątków lekarstw, środków opatrunkowych i przyrządów w rodzaju scyzoryka, otwieracza do kapsli, pęsetki filatelistycznej, agrafek i tym podobnych. Już sama kosmetyczka wystarczała, żeby na tapczanie zrobić niezły śmietnik. Kapitan wstrzymał się od komentarzy i czytał dalej.

Pozycję czwartą stanowił kalendarzyk na rok bieżący z dwiema notatkami i niczym więcej. Pozycję piętnastą świstek papieru z napisem: Zmam 46 16. Szesnastą drugi świstek papieru z napisem: Zosia 15. Kapitan przeleciał takie rzeczy, jak puste, plastikowe okładki z obcojęzycznym drukiem, kserokopię bardzo dziwnego spisu potraw, żetony do automatów do gry i sześć pogniecionych strzępów ligniny, papieru toaletowego i chusteczek higienicznych, oko jego jednakże zatrzymało się na punktach od 17 do 21. Stanowiły je: dwie puszki piwa Okocim, butelka spirytusu salicylowego, mała torebka żwiru, dwa dość duże kamienie luzem - jeden biały, a drugi czarny - i reflektorek średnich rozmiarów, na dwie baterie, bez baterii.

Doczytawszy do końca, kapitan milczał długą chwilę.

- Kobieta, która takie rzeczy nosi w torebce, jest zdolna do wszystkiego - rzekł wreszcie z przekonaniem. - Wariatka…? Była tu facetka, pół godziny przed Jarzębskim. Trzeba ją znaleźć.

- Ciekawe, po czym - mruknął podporucznik Werbel.

- Są notatki. Dwa numery telefoniczne. I to coś… no, te papierki…

- Z Zosi piętnaście to ja dużo nie zgadnę. Wszyscy wiedzą, że piętnastego maja jest Zofii. Ciekawe, co to może być Zmam.

- Adres - podpowiedział niezbyt pewnie kapitan. - 46, mieszkania 16.

- Zmam? - zdziwił się podporucznik. - Jest taka ulica?

- Sprawdzimy w spisie. Pod te numery trzeba zadzwonić. Coś wam jeszcze wyszło z tego szukania?

Podporucznik Jarzębski siedział nad notesem i coraz bardziej zieleniał na twarzy.

- Wyszło - powiedział jadowicie. - Gromadził wszystko, z wyjątkiem tego, co mnie jest potrzebne. Mam tu notes, rany Boga żywego!

Notes mógł być uważany za notes wyłącznie z racji zapisków. Składał się z kawałka czegoś razem i setek luźnych kartek, nie mających żadnego porządku alfabetycznego. Ściśle biorąc, nie mających żadnego porządku. Znajdowała się na nich olbrzymia ilość nazwisk, numerów, adresów i notatek dla pamięci, w rodzaju: babcia, szkło, 72/42, Jar. sob. 17, M. Oko i tym podobnych. Komputer by się w tym zgubił.

- Słuchajcie, czy jesteście pewni, że to nie była jego torebka? - spytał delikatnie podporucznik Werbel. - Może ona i damska, ale jakoś mi te rzeczy pasują do siebie.

- Puderniczki by chyba nie nosił? - powiedział kapitan z powątpiewaniem.

- Ale szminki tam nie ma. I kredki do oczu. One to miewają zazwyczaj przy sobie…

- Przestań mącić, to był normalny facet! - zdenerwował się podporucznik Jarzębski. - Za kobietę się nie przebierał, ludzie, metr osiemdziesiąt wzrostu i bary jak u zapaśnika! Mowy nie ma!

- Ty o nim coś wiesz? - zainteresował się kapitan.

- Wiem, nawet dużo. Kiedyś pracował w MSW, ale od piętnastu lat był na rencie. Stuknęli go i został mu uraz kręgosłupa, a także skłonność do węszenia. Węszył, gdzie popadło i ostatnio zajmował się fałszowaniem Rejmontów. Możliwe zresztą, że już wcześniej siedział w studolarówkach, ale ja o nim wiem od niedawna. Taka Zosia Samosia to była, lubił wiedzieć i nikomu nie powiedzieć, sztuka dla sztuki. Ale jak z nim gadałem przez telefon, dał do zrozumienia, że może co wyjawi. No i macie, już mi wyjawił.

- Dwie rzeczy - rzekł kapitan po krótkim namyśle. - Ktoś tu podobno grzebał wytrychem, wydrzeć informacje od baby z przeciwka. I drugie, to ten wypadek samochodowy. Uszkodzenie kręgosłupa, musi o tym wiedzieć drogówka i pogotowie, co najmniej.

- I, oczywiście, znaleźć właścicielkę tej torebki - dołożył kąśliwie podporucznik Werbel, potrząsając pustą torbą.

Dwa numery telefoniczne, pod które zadzwoniono od razu po powrocie do komendy, nie odpowiadały. Biuro numerów wyjaśniło, że oba należą do Polskiej Akademii Nauk, Centrum Medycyny Doświadczalnej, mieszczące się na Dworkowej. O tej porze mogło tam nikogo nie być. Ulica, zaczynająca się na Zmam, nie istniała i Jarzębski wysunął przypuszczenie, że może źle odczytali, bo jest niewyraźnie napisane. Nie Zmam, tylko Znam. Znam również nie istniało. Jarzębski poszedł dalej i przekształcił to w Znan, Z i a nie ulegały wątpliwości. Takich ulic było dwie, Znana i Znanieckiego. Znana była krótką uliczką na Woli, Znanieckiego, również nie długa, na budującym się Gocławku. Numer 46 nie miał się tam gdzie zmieścić i personel pomocniczy został obarczony poleceniem przejrzenia spisów ulic innych miast.

Podporucznika Jarzębskiego, na jego własną prośbę, wyprowadzono z mieszkania denata w sposób specyficzny, silnie trzymając za ramię. Miał nadzieję, że baba z przeciwka patrzy. Zamierzał tu wrócić i pogawędzić z nią prywatnie, co też uczynił jeszcze tego wieczoru.

- A co? -spytała na przywitanie, otwierając mu drzwi. - Puścili pana tak od razu?

- Puścili, sprawdzili tylko odciski palców i czy nie miałem przy sobie rękawiczek - odparł Jarzębski bez namysłu.

- Mógł pan wyrzucić, jak pan poleciał na dół.

- E tam. Primo, obejrzeli śmietniki, a secundo, moją nogę. Do latania się nie nadawała i przy okazji doktor zrobił mi okład, o!

Podciągnął nieco nogawkę spodni i zaprezentował kostkę, elegancko opakowaną w bandaż elastyczny. Pamiętał, że to miała być prawa. Baba pokręciła głową, wyraźnie zdziwiona, jak mogła się tak pomylić, jej zdaniem pogrzmiał w dół i zaraz wrócił na górę, tymczasem okazuje się, że jednak rzeczywiście siedział na stopniu, schylony i niewidoczny. Wyraziła żal, że nie jęczał, bo wtedy nie miałaby niepotrzebnych podejrzeń. Podporucznik Jarzębski wyjaśnił, że to nie z odporności i hartu ducha, tylko dech mu zaparło. Tak go przez chwilę bolało, że nie mógł głosu z siebie wydobyć. Ostatnia informacja do piekielnej baby wreszcie przemówiła.

- I co pan chce teraz? - spytała z mniejszą nieufnością.

- Żebym to ja wiedział - odparł Jarzębski żałośnie. - Ktoś zabił tego pani sąsiada i szczerze pani powiem, że ja do niego właśnie przyszedłem.

- To wiem -wtrąciła sucho.

- Ale nie wie pani, że on został okradziony - kontynuował Jarzębski z przejęciem zaplanowaną wersję. - Taką dużą teczkę od niego wynieśli, nie aktówkę, tylko grubą, walizkową. Papiery tam miał.

- Co za papiery?

- Różne. W tym moje. Jakby to pani powiedzieć… Zobowiązania tam były, weksle i różne takie, co paru osobom mogły nieźle zaszkodzić. Chciałem z nim pójść na ugodę, bo siedzieć to może nie, ale bez płacenia by się nie obeszło. Ale wiem o innych, którzy gorzej wyglądają i tak myślę, czy to przypadkiem nie ktoś z nich go trzasnął. Nie było tu jakiego incydentu? Włamanie może, albo jakaś awantura? Pani wie wszystko.

Popatrzył na nią wzrokiem, któremu kamień oparłby się z trudem. Baba konsystencją psychiczną mocno przerastała minerał, ale odrobinę jakby się zawahała.

- To może te… - wyrwało jej się.

- Które? - spytał chciwie podporucznik. Zacementowała rysę błyskawicznie.

- To ta zaraza - doniosła. - Ta suka, ta szantrapa, co go zabiła. Z torbą wyszła.

Komunikat o torbie również był cenny, ale podpuszczony przez kapitana podporucznik żywił głębokie przekonanie, że baba coś ukrywa. Facetka, wizytująca denata na chwilę przed jego śmiercią, stanowiła kluczowy element dochodzenia, okoliczności towarzyszących jednakże pomijać nie należało. Szczególnie okoliczności z uporem tajonych.

Torba została opisana jako dość duża, chyba ciężka, wypchana i w zielonym kolorze. Nic z niej nie wystawało i co zaraza w niej wyniosła, nie dawało się odgadnąć, ale mogły to być owe ukradzione papiery. Podporucznik zaczął kręcić, rozpaczając nad niefartem. Że też nikt inny tej gangreny nie widział, może ktoś ją zna, skoro tu kiedyś bywała, przynajmniej z widzenia! Jakiś sąsiad, może cięć! Poza tym, o ile wie, w te przykrości papierowe zamieszani byli sami mężczyźni i ani jednej kobiety, więc dziwi się przeraźliwie i dostrzega same okropne problemy!

Baba znów się odrobinę zawahała. Miotała nią wyraźna rozterka, usadzić wietrzną ospę, czy wyjawić pełnię wiedzy. Wiedza stanowiła punkt honoru, a nieboszczykowi zaszkodzić już nie mogła, z drugiej znów strony okazja załatwienia rywalki pojawiła się niepowtarzalna. Zaparła się z niej skorzystać.

- Jak raz makaron mi wykipiał - rzekła sucho i pozornie od rzeczy. - Nic nie wiem, żeby kto inny był, tylko ona. A jak poszła, to on już nie był żywy. Powiesić trzeba, żeby z piekła nie wyjrzała, takiego mężczyznę zabić…!

Na moment głos się jej załamał i podporucznik zrozumiał, że pod scenicznym makijażem i szopą lakierowanych pukli wrą wielkie namiętności. Wszystkie przebijała nienawiść do wietrznej ospy i zarazy. Pośpiesznie i z dużym zapałem zgodził się, iż zarzucone już dość dawno włóczenie końmi i biczowanie pod pręgierzem należałoby dla niektórych osób przywrócić w pełnej krasie. Baba ujrzała jakiś rodzaj pokrewieństwa dusz i wyzbyła się wrogości, ale na pełną szczerość nie poszła. Dwie osoby widziała, zarazę i jego, a więcej nic nie wie.

Podporucznik dałby się zabić za to, że coś tu się działo. Plątał się ktoś więcej, może denat pokazał się żywy, może nastąpiło coś jeszcze innego, ale nie miał sposobu wydrzeć całej prawdy z zaciętej megiery. Wszystkie siły ześrodkowała na jednym donosie, możliwe, że trafnym, ale niedostatecznie udokumentowanym. W dodatku prowadziła własne dochodzenie.

- Jak pan przyszedł, to on już nie żył, co? - spytała ponuro i badawczo.

- Nie żył - przyświadczył podporucznik. - I chciałem, prawdę mówiąc, zmyć się stąd bez niczego, ale ta cholerna noga mnie załatwiła. Widziała pani, przyjechały gliny, ktoś ich musiał zawiadomić. Nie pani czasem?

- Nie, ja jeszcze nie wiedziałam, o co tu chodzi. Pan Mikołaj nie lubił szumu dookoła siebie, nie odważyłabym się bez niego. A jak pan wchodził, to co? Nikogo pan nie spotkał?

- Nie. Kogo miałem spotkać? Tę facetkę ma pani na myśli?

- E tam. Po niej ten makaron mi kipiał i gaz pod garnkiem ustawiałam… Ale kto ją tam wie, czy z obstawą nie przyszła…

- Z jaką obstawą?

Baba zacisnęła usta. Podporucznikowi węch podpowiedział, że kogoś tu jeszcze musiała widzieć, jakiegoś faceta zapewne. Nie przyzna się za nic w świecie, żeby nie zmącić wizerunku jednej podejrzanej, może go zresztą widziała niedokładnie, może przeszkodził jej ten makaron, którego czepia się z takim uporem. Może tylko coś słyszała…

Przez długą chwilę patrzył na nią pytająco i bez skutku. Odporność miała nie do przebicia. Westchnął ciężko.

- A od jej wyjścia do mojego przyjścia ile czasu upłynęło? Nie wie pani przypadkiem?

- Szesnaście minut - odparła bez namysłu, budząc tym jego śmiertelne zdumienie.

- Skąd pani wie tak dokładnie?

- Przez ten makaron. Na zegar ciągle patrzyłam.

- I nic się nie działo kompletnie?

- Jakie nic? Makaron mi kipiał… Podporucznik poczuł, że więcej tego makaronu nie zniesie. Poddał się chwilowo.

- A te inne wypadki to jak wyglądały? Co to pani mówiła, że wytrychem grzebał i tak dalej?

Babę jakby odblokowało, ożywiła się odrobinę. Sprecyzowała termin zeszłorocznego wydarzenia i z detalami opisała grzebiące osoby, sztuk dwie, facet w średnim wieku i trochę młodsza facetka. Niczego się nie dogrzebali, bo ich spłoszyła. Więcej nic nie było, pan Mikołaj spokojny człowiek, od początku to powtarza i wie, co mówi.

Podporucznik znów westchnął i zdecydował się jak najdłużej nie wychodzić z roli.

- Czyste nieszczęście - oznajmił grobowo. - A już miałem nadzieję, że on może co u pani zostawił. Zorientowałem się przecież, że pani tu czuwa, zaufanie musiał mieć do pani i mógł tak zrobić, nie?

- Zaufanie miał - przyświadczyła dumnie i z godnością. - Jakby miał komu co zostawiać, to tylko mnie, ale nic takiego nie było. Tę zarazę pan znajdzie, bo ona mało, że zbrodniarka, to jeszcze złodziejka i te pańskie papiery też ukradła.

Schodząc po schodach, zły jak piorun, podporucznik zastanawiał się, co by tu zrobić i w jaki sposób wyrwać z piekielnej baby wszystkie pozostałe informacje, bez wątpienia ukrywane. Z całą pewnością wiedziała więcej, pytanie, co…

W komendzie kapitan Frelkowicz miał już niektóre wyniki.

- Takiego mieszkania jeszcze nie widziałem - zawiadomił Jarzębskiego. - Odciski palców dwóch osób, jedne denata, a drugie, świeże, kobiety. I żadnych więcej. Nic nie ścierane, nic nie usuwane, rany boskie, do tego stopnia nikt tam nie bywał?

- A ten bałagan? - zainteresował się Jarzębski. - Ona zrobiła, ta kobieta?

- Nie, bałagan zrobiono w rękawiczkach. Szarych, z tworzywa sztucznego. Mogło to być, że wpuścił ją, weszła, może rozmawiali, naodciskała tych palców trochę, potem udała, że wychodzi, zabiła go i rękawiczki włożyła do szukania. Ślad rękawiczek nakłada się wszędzie na ślad palców, więc kolejność musiała być taka.

- No dobrze, a dlaczego zostawiła tę torbę z kamieniami i z piwem?

- A cholera ją wie. Może przestraszyło ją coś i uciekła w pośpiechu. Wstrzymuję się od przypuszczeń. Wręcz byłbym skłonny mniemać, że on to trzymał jako pamiątkę albo co, gdyby nie to, że piwo świeże, kalendarzyk z tego roku, a wewnątrz odciski palców wyłącznie jej. No, na piwie chyba także sprzedawcy, a może jeszcze coś tam znajdą… Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ogólnie coś tu nie gra. Jakieś to zbyt proste…

Podporucznik Jarzębski wyjawił, co myśli o babie-świadku. Przekazał informacje. Kapitan ożywił się nieco i zaczął myśleć intensywniej.

- Czyli nasuwa się cień drugiej wersji - rzekł w zadumie. -Był tam później ktoś jeszcze i nie ona go zabiła, tylko ten, co przyszedł po jej wyjściu. I to on przeszukał mieszkanie. Przypuszczenie w zasadzie bezpodstawne, ale kto wie…?

- Jeśli ta baba coś ukrywa… A że ukrywa jestem pewny… - powiedział podporucznik Jarzębski i włączył elektryczny dzbanek do wody. -Jest tu trochę kawy, czy mam iść po swoją…? To jest to coś na korzyść podejrzanej. Uparła sieją wrobić i na razie nie popuści.

- Werbel ma kawę. Dobra, spróbujesz później jeszcze raz. A teraz mów, co wiesz, bo może się łączy. Przydział ci już załatwiłem. Albo przynieś akta, a najlepiej jedno i drugie.

Podporucznik uczynił jedno i drugie.

- Witam pięknie - powiedział głos w telefonie.

Nie odezwałam się. Milczałam. Znałam ten głos i nienawidziłam go przez trzy lata do szaleństwa, a ostatnio nieco mniej.

Chwile wielkich uczuć i wzniosłych uniesień odeszły w przeszłość, a między nami pozostały uciążliwości z bajek. Przepaść bezdenna, łańcuch szklanych gór i grzęzawisko, jakiego świat nie widział. Nie przypuszczałam, że usłyszę go jeszcze kiedykolwiek.

Wiedziałam, że potrafi czekać w nieskończoność i zdecydowałam się odezwać.

- Dzień dobry - powiedziałam sucho. Wykorzystał to natychmiast.

- Poznajesz, kto mówi?

- Tak. -

- Mam wielką prośbę do ciebie. Chciałbym, żebyś do mnie przyszła.

Pomyślałam, że chyba źle słyszę i nie wytrwałam w konwencji sztywnej grzeczności. Zawsze na wszystko reagowałam żywiołowo.

- Co takiego…?!

- Chciałbym prosić, żebyś do mnie przyszła - powtórzył porządnie, bo zawsze lubił mówić całymi zdaniami. - O ile to możliwe, zaraz.

Nabrałam obaw, że zwariował. Albo może pomylił numery telefonów i nie zdaje sobie sprawy, do kogo dzwoni.

- Po co? - spytałam wrogo.

- Żeby mi pomóc.

Przez siedem spędzonych razem lat prosił mnie o pomoc wielokrotnie i zawsze było to coś, od czego ciemniało w oczach. Sprężynę w tapczanie trzonkiem młotka należało, na przykład, podważać i bałam się tego panicznie, bo wyskakujące żelastwo mogło złamać nogę słoniowi, a nie tylko jednostce ludzkiej. Względnie miałam być w pogotowiu, co oznaczało cztery godziny trwania w niesłabnącym napięciu, bez jakichkolwiek działań, czynów i słów. Cholery można było dostać od czegoś takiego! Możliwe, że zbuntowałam się, zaczęłam odmawiać i spowodowałam katastrofę związku. Zerwanie na zawsze.

- Czy ty się orientujesz, z kim rozmawiasz? - spytałam podejrzliwie.

- Orientuję się doskonale. Przecież dzwonię do ciebie. Potrzebna mi pomoc i do nikogo innego nie mogę się z tym zwrócić. Miałaś kiedyś pretensję, że nie dostrzegam twoich zalet. Otóż dostrzegałem je i dostrzegam nadal, ponadto doceniam. Posiadasz cechę, która w aktualnej sytuacji jest niezbędna. Nie chodzi tu o mnie, tylko o znacznie poważniejsze sprawy.

Ugryzłam się w język, żeby nie wyrazić zdziwienia. Istnieją na świecie sprawy poważniejsze niż on…?

- Nie chcę - powiedziałam stanowczo.

- Przewidziałem to, że możesz nie chcieć. Niemniej cię proszę. Ma to związek z rzeczami, a także z osobami, które, o ile wiem, bardzo cię interesują. Podsuwam ci okazję zyskania jakiejś wiedzy.

- Łapówka, znaczy?

- Nie. Na łapówkę nie pójdziesz. Ale zagrożony jest ktoś z twoich przyjaciół. Jestem blisko sukcesu, ale zostałem unieruchomiony i sama pociągniesz sprawę dalej. To jest pomoc także dla ciebie.

Podzieliłam się na dwie części, nie wiadomo, czy równe. Jedna buntowała się, wściekła, zacięta i pełna nienawiści. Druga rozważała rzecz na spokojnie, ale już zaczynała się w niej lęgnąć emocja, chciwa tej wiedzy i tego dalszego ciągu. Do obu przyplątało się przeczucie odpowiedzialności za własny charakter. Jeśli przez całe życie starałam się nie zawieść żadnej pokładanej we mnie wiary, nie zacznę teraz zmieniać się na gorsze tylko dlatego, że on okazał się zwyczajną świnią, brutalną, nieczułą i bezlitosną…

- Dobrze - powiedziałam złym głosem. - Przyjdę. Ma być zaraz?

- Jak najszybciej.

Nie miałam daleko, znalazłam się pod jego domem po dziesięciu minutach. Mieszkał, żeby to mór wydusił, na czwartym piętrze, a koszmarne budynki przy Racławickiej pozbawione były wind. Od lat marzyłam o spotkaniu zboczeńca, który zadecydował kiedyś, że pięciopiętrowe budowle wind nie potrzebują, bo zasiedlą je widocznie taternicy i alpiniści. Kretyńska decyzja miała się znów odbić na mnie, tego zwyrodnialca z radością udusiłabym gołymi rękami.

Dłużej szłam po schodach, niż jechałam. Już od drugiego piętra moja torebka zaczęła zmieniać wagę, na trzecim przeistoczyła się w ciężar nie do udźwignięcia, co, u Boga ojca,. miałam w niej takiego…? W dodatku zauważyłam, że pasek się przerywa, trzymała go jedna nitka, nawet nie mogłam założyć draństwa na ramię. Dotarłam do jego drzwi prawie uduszona na śmierć i niezdolna do żadnych urągliwych gestów w stosunku do baby z przeciwka. Rzecz jasna, oko na szypułce przełaziło jej przez wizjer.

- O co chodzi? -spytałam od razu, wrogo i nieżyczliwie.

- Mam kłopoty z kręgosłupem - odparł na to uprzejmie. Nie skomentowałam informacji i nie pytałam, skąd mu się to wzięło, za to odgadłam, w jakim celu mnie wezwał. Musiało mu być potrzebne coś na zewnątrz, a widocznie nie mógł wyjść. Pewnie, te schody, świetna kuracja na kręgosłup… Milczałam, czekając, aż sam mi wszystko powie.

- Bez względu na inne twoje cechy, wiem, że można mieć do ciebie zaufanie - oznajmił. - Jak wiesz, sprawdzałem to wielokrotnie. Muszę cię prosić, żebyś wzięła ode mnie paczkę, zaniosła ją na dworzec Centralny i schowała w przechowalni bagażu. Tam są boksy bagażowe. I dostarczyła mi kluczyk, nie wcześniej niż za dwie godziny. To wszystko. Wybacz, że cię obciążam, ale sama twierdzisz, że cierpimy za swoje zalety. Ty, w tym wypadku, za lojalność.

Ciemno mi się w oczach zrobiło i przez chwilę zajęta byłam zgrzytaniem zębami. Oszalał chyba, żeby w tej sytuacji przypominać akurat to, o co wybuchały pomiędzy nami niegdyś najpotężniejsze awantury. Sprawdzał moją lojalność… A pewnie, że sprawdzał, jeszcze jak sprawdzał! Obrażał mnie śmiertelnie, wywołując przy okazji eksplozje moich emocji. Zwariował chyba do reszty, ten kręgosłup rzucił mu się na umysł… Przez moment miałam ochotę zaproponować mu mściwie, żeby się wypchał trocinami, drobno tłuczonym kryształem albo, nowocześnie, tworzywem sztucznym, zawrócić i wyjść. Tajemnicza siła powstrzymała mnie przed tym.

- I oczywiście, milczeć na ten temat jak głaz, studnia i mogiła? - powiedziałam zgryźliwie.

- O ile studnia milczy - zwrócił mi uwagę, pouczająco i z naganą. - W studni jest echo. Gdyby nie trzeba było milczeć, mógłby to zrobić ktokolwiek.

Panie, zmiłuj się… Wszystko we mnie stawiło opór. Skoro jestem takie cudo, trzeba mnie było docenić wcześniej, a nie traktować jak przedmiot średnio użyteczny, a za to bardzo kłopotliwy. Liczne dziwy okazały się cenniejsze ode mnie, niech teraz te dziwy latają z bagażami po dworcach. Prawie zawału przez niego dostałam i ciężkiej nerwicy, dziesięć lat mi przybyło przez tydzień, nienawidzę go z całej siły i życzę mu jak najgorzej, a w dodatku jestem pewna, że z tą paczką to jest głupie zawracanie głowy. Obsesjonista i megaloman, ciągle mu się wydaje, że wszechświat czyha na jego tajemnice, kataklizm nastąpi, jeśli wyjdą na jaw i ja teraz w tym kretyństwie mam brać udział! Bo nagle się okazało, że ja jedna w całej galaktyce zasługuję na zaufanie, rychło w czas zauważył…!

Co prawda fakt, że domagając się pomocy, nie przy pochlebiał się i nie podlizywał, może nawet i dobrze o nim świadczył, ale nie w moich oczach. Przypomniałam sobie, ile razy narwał się na starannie wybierane osoby, rzekomo pewne i godne zaufania bardziej ode mnie i jadowita satysfakcja odrobinę złagodziła te uczucia we mnie. Równocześnie jakieś coś, obrzydliwe i uparte, nie pozwoliło mi odmówić.

- Gdzie to jest? - warknęłam.

- Tutaj.

Sięgnęłam po dużą, grubą, foliową torbę i ręka mi opadła.

- Na litość boską, coś ty tam wepchnął, platynę?! To waży sto kilo!

- Tylko sześć i pół. Są to rezultaty moich dociekań w kwestii, która ciebie również interesuje. Z pewnych względów nic mogę trzymać tego w domu. Nie musisz przecież wchodzić z tym na górę. A rzecz dotyczy… Zdaje się, że na imię mu Paweł?

W jednym błysku olśnienia zrozumiałam, co mu tkwiło belką w oku przez te wszystkie lata. Odstawiłam torbę.

- Powiedz mi zaraz, o co chodzi - zażądałam wściekle.

- Nie - odparł na to. - Powiem ci, jak wrócisz z kluczykiem.

Patrzył na mnie, ale byłam idealnie przezroczysta i gdzieś za mną ujawniała się nieograniczona przestrzeń. Znałam go, wiedziałam, że prędzej rozbiorę ten budynek do fundamentów, niż wyduszę z niego bodaj jedno słowo. Rozsądek kazał pójść na ugodę.

Zaprezentowałam akustycznie ten suchy pieprz i piaski pustyni.

- Dobrze. Za dwie godziny.

Nie do pojęcia, ale zawahał się nagle.

- Przy okazji zwracam ci uwagę na ruiny altanki - powiedział obojętnym głosem.

Cud, że mnie szlag nie trafił. Postanowiłam granitowo, że za te dwie godziny raczej przyrosnę mu do podłogi, niż wyjdę stąd niedoinformowana. Zabiję go, najlepiej będzie… Drzwi otworzy, bo zależy mu na kluczyku. Zła jak piorun, pełna niechęci, płonąca emocją, którą za wszelką cenę starałam się ukryć, podniosłam torebkę i przypomniałam sobie, że przecież tu wrócę. Jeszcze raz będę się pchała na przeklęte czwarte piętro. Dosyć tego, niech przynajmniej włażę bez obciążenia, nie wiem, co mam w tej torebce, ale nie będę tego nosiła!

Wyjęłam portmonetkę i kosmetyczkę z dokumentami. Moja ukochana fufajka, o dwa numery za duża, a w ogóle męska, miała przepastne kieszenie.

- Zostawiam to. Może tu postać. Odnawiać mieszkania przez ten czas nie będziesz.

- Postaraj się nie wpadać nikomu w oczy… Zeszłam na dół, rzuciłam ciężar na tylne siedzenie i odjechałam.

W Pawle zakochałam się na pierwszym roku studiów. On był wtedy na drugim. Miałam wówczas 18 lat, męża i jedno dziecko, i niestosowne uczucie zdusiłam w sobie, co przyszło mi o tyle łatwo, że obiekt nie zwracał na mnie zbytniej uwagi. Zajęty był Baśką, jedną z moich własnych przyjaciółek, wstrętną dziewuchą wielkiej urody i okropnego charakteru. Że też, psiakrew, wiecznie te cudze urody wchodziły mi w paradę… Ożenił się z nią.

Fakt, że wcześniej dostrzegł charakter małżonki, niż ja zrobiłam dyplom, nie dostarczył mi wielkiej satysfakcji. Na krótko straciłam go z oczu, po czym zetknęliśmy się przypadkiem, kiedy już miałam dwoje dzieci i byłam po rozwodzie, a on miał nową żonę. Nic mnie to nie obchodziło, bo zajęta byłam sobą, niemniej dawny sentyment jakoś się odezwał i zanim się zreflektowałam, powiedziałam mu o tym. Razem siedzieliśmy nad projektem wnętrza dla kogoś z amerykańskiej ambasady i nie zależało mi na niczym, bo własne życie uważałam za udeptane, skończone i zrujnowane.

- Chyba oszalałaś - powiedział z politowaniem Paweł, usuwając z łazienki ostre oranże i wstawiając na ich miejsce złamany ugier. - Jesteś młoda, piękna i u progu kariery. Poleci na ciebie niejeden! To jest początek, a nie koniec!

- Cha, cha - odparłam drwiąco, myśląc zarazem, że niechby sam poleciał, byłby to przynajmniej jakiś dowód, lepszy od głupiego gadania. Udało mi się swoich myśli nie wyjawić, ale możliwe, że fruwały w powietrzu, bo jakoś je odgadł i spełnił moje życzenie.

Przyjaźń pozostała nam na zawsze, związki uczuciowe natomiast uparcie łamały nogi na rozmaitych przeszkodach. Kiedy Paweł rozwodził się ponownie, ja już byłam po drugim mężu i przysięgłam wierność Mikołajowi. Kiedy się z nim rozstałam, Pawła w ogóle nie było, nie mówiąc o tym, że miał trzecią żonę. Nie trawiła mnie ta kobieta nawet na odległość i najniewinniejsze pozdrowienia musiał przed nią ukrywać, żeby nie powodować niepotrzebnych zadrażnień.

Wyjechał z kraju na zawsze, zdążywszy się przedtem wygłupić. W jednej czwartej był Francuzem, jego francuska babka do końca życia nie nauczyła się po polsku, Paweł od urodzenia był dwujęzyczny. Miał silne francuskie ciągoty, czemu, zważywszy panujący wówczas ustrój, trudno się dziwić. Tam był człowiekiem, tu niezauważalnym fragmentem masy, ubezwłasnowolnionym i pozbawionym wszelkich praw. Dekoratorem był świetnym, dorównywałam mu i niekiedy nawet okazywałam się lepsza wyłącznie w zestawieniach kolorystycznych, co do reszty, mogło mnie wcale nie być. Chciał pracować swobodnie, z rozmachem i bez ograniczeń, opuścił zatem demokrację, pożal się Boże, ludową i padł w objęcia kapitalizmu, ze skutkiem zgoła wystrzałowym.

Zanim to jednak nastąpiło, wykonał numer dość ryzykowny. Może nawet bardzo ryzykowny.

Pieniędzy mieliśmy wówczas tyle, co kot napłakał, on trochę więcej niż ja, ale też mało. Nie chciał wyjeżdżać o zebranym chlebie i nocować pod mostem, zagryzając nędzę resztkami suchej kiełbasy z porzuconej Ojczyzny. Człowiekiem chciał się poczuć od razu.

- Aśka - powiedział i on jeden na świecie tak mnie nazywał. - Trzymaj za mnie palce, rzuć jakie uroki albo wykombinuj inną czarną magię. Cholernie mi potrzebna pomoc sił nadprzyrodzonych.

- Cóżeś, na litość boską, uczynił? - zaniepokoiłam się.

- Zawarłem zakład. Będę miał z tego jedno z trojga, pięć tysięcy zielonych, ładne parę lat pierdla, górna granica dwadzieścia pięć, ewentualnie rentę inwalidzką. Załatw, żeby wyszło to pierwsze.

- I co to ma być takiego? - spytałam surowo.

- Założyłem się, że potrafię narysować studolarówkę. Co do umiejętności, nie ma sprawy, własne możliwości znam dość dobrze i tym się nie musisz zajmować. Dziecinny problem. Faktem jest, że znajdowałem się na niezłej bani, ale z okoliczności towarzyszących w pełni zdawałem sobie sprawę. Przestępstwo jest ścigane przez Interpol, więc wyjazd mnie nie ratuje.

- Wycofać się już nie możesz?

- W żadnym razie, facet się przede mną ujawnił. Nawet próba wycofania oznacza podróż Wisłą ku morzu bez przyrządów pomocniczych. To nie jest towarzystwo tolerancyjne.

- Chryste Panie… Milczmy przynajmniej na ten temat! Milczeliśmy, a mimo to wiedziałam, że Paweł zakład wygrał. Wyjechał zaraz potem.

Na krótko spotkaliśmy się w Paryżu, parę lat później. Siedział po uszy w robocie, propozycje miał z całego świata i prasa o nim pisała. Urwał się z jakiegoś wywiadu, żeby w tajemnicy przed żoną spotkać się ze mną..

- Szanuję twoje uczucia, ale, czego, do diabła, ta kobieta ode mnie chce? - spytałam ze złością. - Sypiałam z tobą wcześniej niż ona! To ja mogłabym mieć pretensje!

- A czy to musi być logiczne? Ona chce, żebyś w ogóle nigdy nie istniała i dajmy sobie z tym spokój.

- Nie ona jedna - mruknęłam i nawet zastanowiłam się przelotnie, skąd się bierze ta rozpanoszona niechęć do mojej egzystencji. Muszę mieć chyba jakąś cechę, stanowiącą dla niektórych sól w oku…

- Mam lekkie obawy - powiadomił mnie Paweł. - Obawy, to może nawet za dużo powiedziane. Cień obaw. Techniki się zmieniły, ale istnieje gdzieś obrazek z moimi odciskami palców i, przykro mi się przyznawać do głupoty, ale nawet matryca. Raz ją miałem w ręku.

- Było nie brać - wytknęłam. - Do patrzenia służą oczy.

- Napomknąłem o głupocie, prawda? A impreza nabrała ostrych rumieńców i gliny jej nie lubią. Tu w dodatku w grę wchodzą rozmaite względy polityczne, w Stanach też, co ci będę tłumaczył. Konkurencja działa i wrogów posiadam. Te przedmioty są w Polsce.

- I co?

- Gdyby udało się je zniszczyć…

Pomyślałam o Mikołaju, z którym właśnie łączyła mnie miłość potężna i wieczna jak pióro i ondulacja, a wierzyłam w niego święcie. Możliwości miał, chęci mu nie brakowało, Pawła nie lubił trochę tylko mniej niż jego żona mnie, ale zdławiłam w sobie powątpiewanie we własne talenty dyplomatyczne i postanowiłam zadziałać.

Paweł w zabiegach śledczych miał osiągnięcia, do których przyznał się dopiero teraz. Jego dziadek, ten od babci Francuzki, był człowiekiem bogatym i wśród innych dóbr posiadał włość niewielkich rozmiarów. Nosiło to nazwę Pojednanie i mieściło się blisko szosy na Grójec, cztery kilometry za Tarczynem. Włość znałam z tej przyczyny, że mój ojciec, z wykształcenia bankowiec, coś tam po wojnie załatwiał. Liczyło to pięćdziesiąt hektarów i dziesięć metrów kwadratowych i te dziesięć metrów stało się kością niezgody. Upaństwowić, czy nie? Upaństwowiono by bez namysłu, ale dziadek Pawła miał duże chody i udawało mu się długo opierać, między innymi przy pomocy mojego ojca, człowieka sprawiedliwego i myślącego kategoriami matematycznymi. Te dziesięć powinno się zaokrąglić w dół. Do jakich rezultatów doszli, pojęcia nie miałam, ale jako dziecko byłam tam wożona i posiadłość znałam doskonale, podobała mi się w ogóle i przez jakiś czas wyobrażałam sobie nawet, że należy do mnie. Potem nauczyłam się czytać, wyobrażenia mi przeszły, potem przestałam tam bywać, a jeszcze długo potem odwiedziłam miejsce w towarzystwie Mikołaja.

Paweł był starszy ode mnie o trzy lata i posiadłość dziadka znał lepiej. Orientował się w układach. Jakim sposobem stwierdził, że przejście dołem od altanki ogrodowej do dworu ciągle istnieje, nie wyjawił mi nigdy, wiedział o nim jednakże i wyszło mu, że używane jest w charakterze kryjówki. Skrytki. Może skrzynki kontaktowej. Altanka była w ruinie, dwór, w połowie użytkowany jako skład produktów spożywczych ludzkich i zwierzęcych, a w połowie zamieszkały przez osoby przypadkowe i postronne, również. Dostęp otwarty ze wszystkich stron, bo ogrodzenie zużytkowała na , własne potrzeby okoliczna ludność wiejska. Tam jednakże należało szukać ewentualnych dowodów przestępstwa, o czym w czasie ostatniej bytności nie miałam najmniejszego pojęcia, w przeciwieństwie, zdaje się, do Mikołaja.

Paweł powiadomił mnie teraz w paryskiej knajpie, iż wejście do kazamatów otwierał skomplikowany mechanizm zarówno od strony altanki, jak i od strony domu. W domu, rzecz jasna, w piwnicy. Spytał, co się tam teraz mieści.

- A cholera wie - odparłam z irytacją. - Ostatnio byłam tam dwa lata temu. Wyrzucili z salonu siano i buraki i zrobili coś, jakby urząd gminny czy inną zarazę. Może teraz jest przedszkole albo mieszka tam dostojnik. Skąd w ogóle wiesz o tym?

- O czym? O dworze dziadka?

- Nie wygłupiaj się. O melinie.

- Idiotyzm popełniłem, ale totalnym kretynem nie jestem - powiedział spokojnie. - Zanim wyjechałem, postarałem się o jakieś rozeznanie. Do przedawnienia brakuje mi jeszcze ośmiu lat i wolałbym w tym czasie nie podpaść. Kontaktu z krajem nie straciłem tak całkiem, podejrzewam, że zajmuje się tym jeden facet, duża menda i gnój na świeczniku. W koprodukcji z innymi władzami chroni producentów i kolporterów, bo, nie przesadzajmy, nie wszystko się robi tam na miejscu, trochę importują. Uważaj na grubsze nominały własne, też to sobie lubili podrobić, ale już beze mnie. Ja wyglądam o tyle źle, że mój obrazek okazał się najlepszy, miło mi, że jestem taki utalentowany, ale na reklamie w tym wypadku wcale mi nie zależy. Gdyby ci się cokolwiek udało, byłoby nieźle, ale nie przejmuj się, jak nie, to nie.

Melancholijnie pomyślałam, że gdyby nie Mikołaj i gdyby nie ta żona Pawła, zakochałabym się w nim na nowo.

Przyobiecałam trzymać rękę na pulsie, pojechałam obejrzeć La Defense i perypetie z wyłażeniem z metra pod kołowrotem, bo legalnej drogi nie znalazłam, trochę wybiły mi z głowy imię komplikacje.

Aferą fałszowania pieniędzy zajmował się hobbystycznie Mikołaj, rezultaty swoich dociekań utrzymywał przede mną w tajemnicy, od zrujnowanej altanki w Pojednaniu odciągnął mnie wzgardliwie i teraz oto nagle okazało się, że do czegoś doszedł i ta cholerna altanka ma swoje znaczenie. Nieznane mi efekty jego badań znajdują się prawdopodobnie w upiornie ciężkiej torbie, którą mam zadołować na dworcu Centralnym…

Gdybym wiedziała, co będzie na tym dworcu Centralnym, pewne jest, że usługi odmówiłabym z krzykiem.

Dojechałam nie od razu, bo po drodze okazało się, że wyszła mi benzyna. Na resztkach zjechałam w Dolną i przeczekałam cztery samochody. Przy wjeździe na Puławską jak szaleniec machał ręką mój kumpel, Maciek, żebrząc o podrzucenie na plac Trzech Krzyży. Nie robiło mi to wielkiej różnicy, podrzuciłam go. Ruszyłam w kierunku dworca i nadziałam się na korek w alejach Jerozolimskich. Przetrzymałam i korek. Zaplanowane przez Mikołaja dwie godziny zaczęły znikać.

Miejsce na parking znalazłam dość łatwo, ale od razu wyszło na jaw, że jestem na niewłaściwym poziomie. Zeszłam niżej, wyraźnie czując, jak torba nabiera ciężaru. Boksy bagażowe istniały, ciągnęły się na wielkiej przestrzeni, bez mała przez pół dworca, ruchu przy nich prawie nie było, ucieszyłam się, że znajdę wolne i nic więcej nie przyszło mi do głowy. Poczytałam napisy.

Żetony można było nabywać w kasie B piętro wyżej. Ponadto, dużymi i wyraźnymi literami zostałam powiadomiona, iż kolej nie bierze na siebie żadnej odpowiedzialności za pozostawione w boksach bagaże. Pierwszą informację zrozumiałam, druga wydała mi się dziwna. Zaklęłam pod nosem i ruszyłam na poszukiwanie ruchomych schodów.

Jedne ruchome schody były nieruchome i stanowiły pochylnię, drugie wywiozły mnie na zewnątrz. Możliwe, że obrałam niewłaściwy kierunek. Zaklęłam porządniej, acz wciąż niedosłyszalnie, obleciałam budowlę i nie znalazłam kasy B. Torba przyginała mnie do ziemi, a coś dużego zaczynało się lęgnąć w środku. Popatrzyłam po informacjach, wybrałam tę, do której stał najkrótszy ogon i już po kwadransie dowiedziałam się, iż pani za szkłem zajmuje się wyłącznie rozkładem jazdy pociągów międzynarodowych, a o boksach nie ma zielonego pojęcia. Nie odezwałam się i szlag mnie nie trafił, ponieważ przypomniałam sobie, że wśród tych piekielnych boksów dostrzegłam ladę z żywym człowiekiem. Należało od razu do niego pójść, a nie wdawać się w lekturę. Ni z tego, ni z owego, po tylu latach doświadczeń, uwierzyć w słowo pisane, kretyński pomysł!

Zeszłam na dół. Od torby odpadała mi już ręka. Znalazłam ladę z człowiekiem.

- Akurat mija dwa lata, jak te boksy są nieczynne - powiadomił mnie z politowaniem. - Nie używa się ich.

Przez moment zastanawiałam się, gdzie jestem, we własnym kraju, czy w jakimś obcym, którego języka nie rozumiem. Treść informacji sprawiła, że jednak przychyliłam się do przekonania o własnym.

- Nie rozumiem, co pan mówi - powiedziałam nieżyczliwie. -Jak to, nie używa się? Dlaczego?!

- Bo z żetonami jakoś nie umieli nadążyć, ceny się za prędko zmieniały i wszystko im się pokręciło.

- Bzdura! - zaprotestowałam z energią. -Żetony mogły zostać te same, a płacić za nie można było nawet codziennie drożej. Czy to kosztuje dwa złote, czy milion, wygląda i działa tak samo.

Człowiek za ladą wzruszył ramionami.

- Wie pani, ja o tym nie decyduję - zwrócił mi uwagę. - Możliwe, że były inne komplikacje, włamywali się różni, nie sposób było dopilnować, albo może one się psuły. To na hasło było. Więc stoją nieczynne.

- Rozumiem - zgodziłam się po chwili, zdławionym głosem. - Bezrobocie u nas polega na tym, że nie ma ludzi do roboty i nie można było znaleźć mechanika do napraw. A na innych dworcach? Wschodni, Zachodni…? Jak tam jest?

- Całkiem tak samo.

Ręce mi opadły, z jednej wyleciała torba i rąbnęła o podłogę. Co, u diabła, miałam zrobić w tej sytuacji? Mikołaj prawdopodobnie oglądał dworzec trzy lata temu i stan aktualny nie przyszedł mu do głowy, tak samo jak mnie. Gdzie i w jaki sposób miałam się pozbyć ciężkiej zarazy, która nie nadawała się w najmniejszym stopniu do pozostawienia w przechowalni? Nie była w niczym podobnym do walizki, zamknąć się nijak nie pozwalała…

Automat telefoniczny znajdował się nawet dość blisko, ale nie miałam żetonów. Człowiek za ladą, anioł chyba albo co najmniej święty, zgodził się za pięć tysięcy popilnować przez chwilę mojego pakunku nieoficjalnie i odstąpił mi jeden własny żeton.

Z Mikołajem albo nie łączyło mnie wcale, albo nie podnosił słuchawki. Po czternastej próbie zrezygnowałam, bo mógł wyłączyć telefon, było to do niego podobne. Postarałam się opanować doznania wewnętrzne i pomyśleć samodzielnie.

Chciał pozbyć się tego przedmiotu z domu na jakiś czas. Pomysł boksów bagażowych miał sens, kluczyk… jaki kluczyk, one były na hasło! W porządku, okazałoby się, że kluczyka nie ma i podałabym mu hasło, dzięki czemu mógłby robić, co zechce. Odpada. Ale zasadniczy punkt programu został wypełniony, pakunku w domu nie ma, mam go ja, ściśle biorąc, facet za ladą. Wepchnął cholerną torbę gdzieś pod spód, pewnie ma tam miejsce na prywatne prace zlecone. Kontynuując wypełnianie polecenia, powinnam to teraz umieścić gdzieś bezpiecznie w taki sposób, żeby Mikołajowi było dostępne beze mnie, bez komplikacji i kiedy sobie zażyczy. Gdzie to ma być, o nagła krew…?

Rozmyślałam, wsparta o ścianę obok lady. Święty Franciszek wydawał bagaż jakiemuś człowiekowi. Człowiek wziął dwie walizki, pozazdrościłam mu, że ma walizki, oddalił się, podeszło dwóch innych, młodych, jeden piastował dużą pakę owiniętą w brezentową płachtę i obwiązaną sznurkiem, grubym i sztywnym, prawie liną. Uczulona na rodzaj pakunków, przyglądałam mu się z uwagą. Paka była okręcona tym wszystkim bardzo niedbale, róg brezentu wlókł się po ziemi. Zaciekawiło mnie, czy ten przechowywacz bagażowy to weźmie.

Nie chciał. Zażądał przyzwoitego opakowania. Dwaj faceci nie byli grzeczni, wybuchnęli awanturą. Jeden przechylił się przez ladę, chwycił anioła za odzież pod szyją, potrząsając gwałtownie. Zepchnął pakę z lady, zwaliła się na ziemię i rozleciała jeszcze bardziej. Spojrzałam na poniewierający mi się pod nogami narożnik płachty i eksplodujące w mgnieniu oka straszliwe przeczucia zmroziły mnie na kamień.

Znałam ten narożnik lepiej niż siebie samą. Osiem lat temu osobiście przybiłam go do deski cienkim gwoździkiem, a Mikołaj szarpnął i rozdarł. Wina była oczywiście moja, chociaż nikt mu nie kazał szarpać, gwoździk można było wyjąć delikatnie, ale nie. Przeze mnie zniszczyła się taka świetna, brezentowa płachta! Ujęłam się honorem, zacerowałam nicią z sieci rybackiej, rzecz działa się gdzieś na krańcach kraju, w odległych plenerach, igłę i nici miałam, ale brakowało mi naparstka i wbijałam tę igłę w twardy brezent, popychając wszystkim, co mi wpadło pod rękę, głównie starą podkową, znalezioną pod lasem. Własne dzieło ujrzałam teraz na dworcu Centralnym…

Sprecyzować wszystkich skojarzeń nie zdołałam, bo wydarzenia rozwijały się zbyt szybko. Jeden facet szarpał tego za ladą, drugi przełaził wierzchem do środka, widocznie chciał mieć lepszy dostęp do przeciwnika, skądś pojawił się nagle trzeci, przegiął się, omal nie wpadając tam głową, sięgnął pod ladę i wyrwał spod niej torbę Mikołaja. Przez ten narożnik już właściwie byłam nastawiona, płonął mi czerwono sygnał alarmowy. Ściana, o którą się wspierałam, odepchnęła mnie energicznie, ten trzeci z torbą stanął na nogach, a ja wystartowałam.

Absolutnie i w żadnym wypadku nie zamierzałam walić go bykiem w żołądek. W nic i niczym nie zamierzałam go walić, uczestnictwo w bójkach nigdy nie stanowiło mojego ulubionego hobby. Najzwyczajniej w świecie potknęłam się o rozwłóczoną pod nogami płachtę i wyłącznie dla utrzymania równowagi runęłam przed siebie z impetem, przy czym tułów miał znacznie większe przyśpieszenie niż kończyny dolne. W zgiętej pozycji, po trzech krokach zaledwie, dopadłam faceta i całkowicie wbrew woli, z całym rozpędem, walnęłam go głową w brzuch.

Zdążyłam pomyśleć, co by było, gdyby miał na sobie zbroję, ale nie miał. Walnięcie przyhamowało mnie z miejsca, a facet nagle usiadł na podłodze. Torba wypadła mu z ręki, chwyciłam ją bez namysłu.

Dorosła kobieta, w wieku zbliżonym do średniego, skutecznie i w publicznym miejscu grzmocąca bykiem młodego faceta, stanowi zapewne widok rzadki, nawet w obecnych czasach, bo wszystkich uczestników zajścia na moment jakby unieruchomiło. Kątem oka dostrzegłam, że zbliżają się jakieś nowe osoby, jedna z nich wydała mi się policjantem, ale nie ryzykowałam sprawdzania. Uginając się pod obrzydliwym ciężarem, spłynęłam w tempie, które mnie samą napełniło podziwem.

Ostatni raz byłam na dworcu Centralnym przeszło dziesięć lat wcześniej. Zdążyłam zapomnieć, jak on w ogóle wygląda, pamiętałam za to, że poruszanie się wokół niego górą kosztowało mnie niegdyś 200 złotych mandatu. Już sama wysokość sumy wskazuje na upływ czasu, ale zakodowało się we mnie przekonanie, że słuszniej jest poruszać się dołem. Nie spadłam ze schodów i nie wybiłam szyby w wyjściu na aleje Jerozolimskie, co wydawało się cudem, nie rozwaliłam też żadnego stoiska z kwiatami i oscypkami, co było chyba cudem jeszcze większym. Chciałam zejść z oczu przeciwnikom i wrócić do samochodu, ale nie miałam kiedy się opamiętać. Trafiły mi się jakieś schody w górę, wbrew przekonaniom i zamiarom zużytkowałam te schody i ujrzałam przystanek autobusowy, z którego ruszało 175. Zdążyłam do środka w ostatniej sekundzie.

Upiorne brzemię położyłam na podłodze, przydepnęłam nogą i wyglądając przez tylną szybę, zaczęłam zbierać myśli. Co, na litość boską, zdołało mi się przytrafić i co ja w ogóle robię? Miałam się pozbyć tej torby i dostarczyć Mikołajowi wiadomość o niej, tymczasem jadę autobusem na lotnisko, razem z bagażem, od którego w żaden sposób nie umiem się odczepić, samochód na parkingu, a za mną zapewne podąża pogoń…

Przekonanie o pogoni zakwitło we mnie na widok narożnika brezentowej płachty. Skąd płachta Mikołaja u obcego faceta…? Nie bardzo on chyba obcy, skoro przymierzył się do zrabowania lej piekielnej torby, a przymierzył się, gwarantowana sprawa. Wszyscy trzej stanowili szajkę i pod pozorem awantury chcieli zdobyć przedmiot.

Zdenerwowałam się nieco. Jeśli bodaj połowa moich przypuszczeń była słuszna, nie miałam prawa dopuścić, żeby ta torba wpadła w ręce postronnej osoby. Czyhali na nią chyba, bo inaczej skąd płachta…?

Za autobusem nie jechał żaden podejrzany pojazd, co udało mi się stwierdzić, bo szyba była wyjątkowo mało brudna. Gdzieś powinnam wysiąść, najlepiej przy Racławickiej, tam jest postój taksówek. Wrócę na Centralny, wsiądę do samochodu… Nie, źle, przedtem należałoby pozbyć się torby, a może nawet zmienić wygląd zewnętrzny. Czyli zaczepić po drodze o własny dom. Gdybym była na miejscu napastników i gdyby mi zależało na tej rzeczy… Co on tam wepchnął…? Czatowałabym na wszystkich kolejnych przystankach patrząc, czy ta baba z torbą nie wysiądzie. Za autobusem nie jedzie nic, ale może jechać przed autobusem…

Wygrzebałam ciężar spod nóg i przepchnęłam się do przodu.

Pomyślałam, że jeszcze mi tylko kontrolera brakuje, biletu oczywiście nie miałam i jechałam na gapę. Boże, co za kraj…! W żadnym zachodnim nic takiego nie byłoby możliwe, po pierwsze - boksy bagażowe byłyby normalnie czynne, po drugie - do autobusu bez biletu w żaden sposób bym nie wsiadła… W razie czego postanowiłam zapłacić karę bez protestu, upierając się, że dowodu osobistego przy sobie nie mam. Dotarłam aż do przedniej szyby i pilnie zaczęłam wpatrywać się w jezdnię przed nami.

- Cześć, kochana! - powiedział ktoś za mną. - Nie jestem pewna, ale możliwe, że z nieba mi spadasz!

Obejrzałam się. Za mną stała moja była teściowa, matka mojego drugiego męża. Lubiłam ją. Lubiłam, to za mało powiedziane, przez nią w ogóle wyszłam za niego.

- Cześć! - ucieszyłam się. - Możliwe, że to ty mi z nieba spadasz! Co się stało, że jedziesz autobusem?

- Słuchaj - powiedziała teściowa gorączkowo, nie zwracając uwagi na moje słowa. - Masz chwilę czasu? Powiedzmy, do jutra?

Nie byłam pewna, czy to, co mam, można określić chwilą czasu, ale ona i tak nie czekała na odpowiedź.

- Leć za mnie do Kopenhagi! - zażądała, przyciszając głos. - Samolot jest za pół godziny. Masz przy sobie paszport? - zaniepokoiła się nagle.

Zgłupiałam do tego stopnia, że wyjęłam kosmetyczkę z kieszeni i sprawdziłam. Miałam.

- No widzisz! - powiedziała z ulgą. - A ja nie. Zostawiłam cały portfel i to nie w domu, a u jednej facetki, która, nie ma telefonu i właśnie wyjechała do jakiegoś zadupia. Dlatego nie mam także pieniędzy na taksówkę i tym autobusem jadę na gapę. Bilet na samolot mam, ponieważ odebrałam go wcześniej i właśnie kiedy teraz chciałam go schować, stwierdziłam brak portfela. Wiem, że wyjmowałam go z torby u niej, dzisiaj po południu. Więc leć ty. Nazywamy się jednakowo, nie trzeba nawet nic zmieniać.

Zrobiło mi się gorąco. Błyskawicznie pomyślałam, że ona ma rację. Noszę nazwisko po jej synu, a na imię mam tak samo jak ona. Daty urodzenia i nazwiska panieńskiego nikt na bilecie lotniczym nie umieszcza. Jeśli jeszcze mam przy sobie pieniądze…

Sprawdziłam pośpiesznie. Plastikowe okładki z małym kartonikiem w środku tkwiły w kosmetyczce. Dużo tam tego nie było, ale przy odrobinie uporu na tydzień mogło wystarczyć, a filia den Danske Bank znajduje się na Kastrupie… Dla mnie zaś było to wyjście wręcz znakomite!

- Dobrze - powiedziałam, czując się nieco ogłuszona. -Tylko po pierwsze, pożyczę ci pieniędzy na taksówkę z powrotem…

- Gówno - przerwała teściowa nieżyczliwie. - Mafią jechała nie będę!

- No to potem - zgodziłam się. - Do Racławickiej autobusem, a dalej taksówką, bo w tym autobusie w końcu cię złapią. Po drugie, odbierzesz mój samochód z parkingu za dworcem Centralnym, szary golf i musisz się postarzyć, albo co. I ubrać na czerwono.

- Zwariowałaś? - zgorszyła się teściowa. - Nie mam nic czerwonego!

- No to jakkolwiek, byle inaczej niż ja teraz. I różnicę wieku musisz zrobić.

- Myślisz, że ta, co jest, nie wystarczy?

- Nie. Szczególnie w nogach…

Moja teściowa wyglądała do obrzydliwości młodo i chodziła w szpilkach, dokładnie tak samo, jak ja. Żadna stara baba nie nosi takiego obuwia i nie porusza się w nim tak, jakby zaczęła od dnia urodzenia. Ponadto była wariatką bezkonkurencyjną, co między innymi stało się przyczyną mojego rozwodu. Po dwóch latach mój mąż stwierdził, że jedna wariatka wystarczy mu w zupełności i druga stanowi niepożądany nadmiar, przeżywszy młodość przy boku matki, żonę chciałby mieć normalną. Obie z teściową rozumiałyśmy się doskonale.

- Po trzecie - powiedziałam dość rozpaczliwie. - Musisz zabrać moją torbę. Ostrzegam cię, że jest ciężka. Do Kopenhagi nie wezmę jej za żadne skarby świata!

- Bo co tam jest? - zainteresowała się teściowa.

- Nie mam pojęcia. Przypuszczam, że coś trefnego.

- Bardzo dobrze, ty za to weźmiesz moje bagaże, bo właściwie bagaże są ważne, a nie ja.

Zreflektowałam się nagle. Ogólnie biorąc, coś mi tu nie grało.

- Zaraz, nazwisko nazwiskiem, ale po co ty tam w ogóle lecisz? I, czekaj, chwileczkę, dlaczego jedziesz na lotnisko, skoro nie masz paszportu?! Przecież cud nie nastąpi…?!

- A otóż właśnie tak! - odparta teściowa z triumfem. -Szczerze mówiąc, jechałam, licząc na cud, i proszę bardzo, jest cud! Bez cudu, pomyślałam, że uda mi się wtrynić te rzeczy stewardesie, kapitanowi, w ogóle załodze, a Kajtuś tam odbierze albo co, ale zastąpienie mnie przez ciebie podoba mi się bardziej.

- Mogę tam za ciebie załatwić…?

- Oczywiście! Wiozę do Alicji grafiki Kajtusia. On tam jest, robi małą wystawkę, oprawiali mu tu, spóźnili się i obiecałam, że przywiozę, bo i tak zamierzałam pojechać, tyle że za tydzień. No więc ty zawieziesz, żadna różnica. Pieniądze ci zwrócę, a przenocujesz u Alicji.

- Powrotny ten bilet?

- Jasne. I nie ma tłoku, okres turystyczny dawno się skończył. Zabukować się możesz nawet na jutro.

W tym całym galimatiasie udało mi się pomyśleć, że zwalam jej na głowę coś, co może się okazać niebezpieczne. Powinnam ją uprzedzić. Autobus przejechał już 17-go Stycznia.

- Obie książeczki czekowe też zostały w tym portfelu -powiadomiła mnie teściowa melancholijnie. - Aż do pojutrza jestem załatwiona. Ta facetka wraca jutro. Wieczorem.

- Czekaj - przerwałam jej z zakłopotaniem. - Nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale nie jest wykluczone, że na mnie i na tę torbę czatują jakieś tajemnicze bandziory. Osobiście mi zależy, żeby tego nie dopadli, więc może nie wysiadaj z tego autobusu wcale.

- Wyrzucą mnie.

- No to przesiądź się jakoś nieznacznie…

Autobus skręcił i hamował, sięgnęłam pod nogi i podniosłam torbę. Zrobiła się jeszcze cięższa. Spojrzałam na nią i wszelkie słowa zamarły mi na ustach.

Ludzie wysiadali, teściowa wysiadła również z obiema walizkami. Odwróciłam torbę, przyjrzałam się jej. Albo mi się mieniło w oczach, albo wcale to nic była torba Mikołaja. Zielona, gruba, foliowa, owszem, ale na jednej stronie miała biały element dekoracyjny w postaci kuli ziemskiej i jakichś zygzaków. Torba Mikołaja była gładka z obu stron. Zrobiło mi się jakby słabo. Chryste Panie, ukradłam torbę tym facetom…!!!

Kierowca wychylił się ze swojego miejsca i patrzył na mnie. Wysiadłam, bo nie dość, że jadę bez biletu, to jeszcze mam nie chcieć wysiąść. Milczałam, obarczona upiornym ciężarem.

- Dwie walizki, jak widzisz, nie bardzo duże, tych obrazów jest szesnaście - powiedziała teściowa i zainteresowała się moim stanem. - Co ci się stało? Oddaj tę torbę, bierz walizki i dodaj gazu, bo to ostatnia chwila!

Zadławiło mnie doszczętnie. W ogóle już nie wiedziałam, co mam jej powiedzieć. Potworna pomyłka, gdzie jest torba Mikołaja, możliwe, że została w tej przechowalni bagażu, coś powinnam zrobić, wrócić tam, odzyskać ją, zamienić te świństwa jedno na drugie… Na co oni czatowali?! Na mnie, czy na swoja własność…?!

Teściowa siła wydarła mi torbę z rąk.

- Nie zwracaj uwagi na głupie drobiazgi - poradziła. -Widzę, że jest coś nie tak, ale pomieszało się ogólnie. Pośpiesz się, na litość boską, jutro przecież możesz wrócić!

Pomyślałam, że może zadzwonię i coś załatwię przez telefon. Wygrzebałam z kieszeni kluczyki, a z kosmetyczki kartę rejestracyjną, wepchnęłam jej to w ręce i zgłupiałam do absolutnej ostateczności. Z jej dwiema walizkami runęłam do wagi, nikt mnie nie kontrolował, nie było czasu, wzywali mnie przez głośnik jako ostatnią osobą. Nie mnie, ją. Zanim się zdążyłam zastanowić, co robię, już jechałam do samolotu.

Tym sposobem, z dość dużym przyśpieszeniem, zaczęłam się oddalać od spełniania zaplanowanych obowiązków…

 

Podporucznik Jarzębski wstąpił do sekcji włamań tylko po to, żeby od sierżanta Babiaka odebrać swoje dwie zapalniczki, napełnione gazem. Sierżant miał sąsiada, który robił te rzeczy o różnych porach, także wczesnym rankiem i późnym wieczorem, i pół komendy korzystało z sytuacji, oddając mu do napełnienia wszystko gazowe. Sąsiad załatwiał to tanio, dobrze, a co najważniejsze, bez żadnej straty czasu.

W pokoju, gdzie siedzieli także dwaj inni funkcjonariusze różnych szarż, porucznik Cześniak snuł jakąś rozweselającą opowieść.

- …nogą zaczepiła i powiadam wam, poszła jak torpeda! W takiej pozycji leciała, rozumiecie, zgięło ją, o, tak…

Pochylił się do przodu prawie pod kątem prostym i zademonstrował, jak leciało to coś, omawiane przez niego w rodzaju żeńskim.

- Chwila, dosłownie widać było, że ją niesie, i trafiła gościa w żołądek, niech ja skonam, jak w bęben, aż jęknęło! Tylko tymi obcasami przebierała i trzeba to było widzieć, słów brakuje, myślałem, że tam pęknę, bo nie wypadało mi się śmiać, mundurowi szli tuż za mną. Palant stęknął i jak stał, tak usiadł, okiem mrugnąć nie zdążył, mordę miał zbaraniałą, a ona złapała swoją torbę i zwiała z poślizgiem. Ja wam tego nie umiem powiedzieć, ale do wieczora się nie mogłem uspokoić, bo czegoś tak cholernie śmiesznego w życiu nie widziałem!

- I nie gonili jej? - zaciekawił się chorąży Janowski.

- Kto miał ją gonić? Ten pokrzywdzony siedział płasko na tyłku i dech mu odebrało…

- Nie, mówisz przecież, że tam byli mundurowi na służbie?

- A oni jej prawie nie spostrzegli, bo wpatrzeni byli w tę szarpaninę. Ledwo im w oczach mignęło. Czysty przypadek, że akurat na nią spojrzałem, a złapać owszem, mnie złapali, bo uciekłem, żeby się wyśmiać. Nic, wiecie, ja nie mogę tego zapomnieć, jak ta facetka leciała…!

Podporucznika Jarzębskiego interesowały akurat wszystkie facetki świata, szczególnie latające w podejrzanych okolicznościach. Schował do kieszeni podsunięte mu przez sierżanta Babiaka zapalniczki i wyjął pieniądze.

- Jak wyglądała? - spytał porucznika Cześniaka.

- Kto?

- Ta facetka.

- A skąd ja mam to wiedzieć? Młoda była, to pewne, ale nie gówniara. I nogi miała niezłe. Sekundę to trwało, albo góra dwie!

- Miała torebkę?

- Jaką torebkę?

- No zgłupiałeś, czy co? Nie wiesz, jakie torebki kobiety noszą?! Żonę masz, niech ci powie, albo niech ci pokaże! Normalną torebkę. Damską.

Porucznik Cześniak zastanowił się.

- A wiesz, że chyba nie. Czekaj, nie zwróciłem uwagi, ale jak teraz to sobie przypominam, to leciała i machała pustymi rękami. Bo co?

- Mogła mieć zawieszoną na ramieniu - podpowiedział sierżant.

- Nie, na żadnym ramieniu nic jej się nie pętało… Podporucznika Jarzębskiego tknęła leciutka emocja. Odliczył sierżantowi sumę za napełnienie gazem dwóch zapalniczek i odwrócił się do porucznika Cześniaka, który patrzył pytająco.

- Bo mnie zginęła facetka bez torebki - oznajmił. - Nie tylko mnie, Frelkowicz odda za nią dwie pensje. Leciała, twarzy nie widziałeś, fajnie, ale resztę owszem. Gadaj wszystko!

- Nie ruda, bo to by mi wpadło w oko - zeznał w skupieniu porucznik Cześniak, pełen zrozumienia. - I nie czarna. Długich blond warkoczy też nie miała. Ubrana była w długą kurtkę… czy ja wiem… fufajkę może… ciemnozieloną, wyglądało na ortalion. Jakaś spódnica chyba, bo nie spodnie, pantofle na obcasach, wrażenie mi zostało, że ładne.

Podporucznikowi Jarzębskiemu zrobiło się cieplej.

- Pasuje. Mów porządnie wszystko, co tam było!

- Przed chwilą mówiłem..-,

- Ale ja nie słyszałem początku!

- No dobra. Byłem na dworcu, bo czekałem na żonę, książki miała przywieźć od teściów, to ciężkie. Miałem zamiar zejść na peron i akurat przechodziłem tam, gdzie są boksy bagażowe i lada, no, ta, przechowalnia bagażu…

Porządnie i szczegółowo opowiedział, co widział, mniejszy już nacisk kładąc na elementy humorystyczne. Najpierw rzuciła mu się w oczy jakaś szarpanina przy ladzie, dwóch młodych facetów i bagażowy. Na ziemi leżało coś, co wyglądało jak rozwalony pakunek i o to właśnie potknęła się facetka. Co do trzeciego gościa, to nie zwrócił uwagi, skąd się wziął, stał wcześniej, czy podszedł w tym momencie, w każdym razie w szarpaninie nie brał udziału. Tuż z tyłu szło trzech policjantów z patrolu na służbie i oni tam od razu wkroczyli, zajęli się całym towarzystwem i pewnie sporządzili protokół albo chociaż notatkę. Wylegitymował się temu jednemu, który go dopadł, jak chichotał za boksami i więcej się sprawą nie zajmował, bo primo, nie jego podwórko, a secundo, pociąg z żoną już nadjeżdżał.

- I o której to było? - spytał podporucznik Jarzębski.

- A to ci mogę powiedzieć dokładnie. Siedemnasta dziesięć.

- Pasuje, cholera. Że też nie dopadli tej baby!

- Szczerze mówiąc, nic było powodu - zwrócił uwagę porucznik Cześniak. - Ona go nic atakowała specjalnie, sam mógłbym przysiąc, że gruchnęła przypadkiem.

- Ale uciekła - wtrącił sierżant.

- Może jej było głupio…

- A ta torba, to czyja?

- Która torba?

- Ta, co ją złapała. - Jej chyba, nic?

- Jesteś pewien, że jej?

Porucznik Cześniak znów się zastanowił.

- Głowy nie dam - odparł po namyśle. - Leciała bez niczego, to pewne. Czy ona stała na ziemi, czy ten gość ją trzymał, pojęcia nie mam, ale objawiła się jakoś nagle. Na rozum biorąc, niemożliwe, żeby nie podnieśli krzyku, gdyby rąbnęła cudze. Wrażenie miałem, że jej.

- Jak wyglądała?

- Zielona, duża, z daleka patrzyłem, ale powiedziałbym, że foliowa. Nietypowy rozmiar.

- Zgadza się - zaopiniował z przekonaniem podporucznik Jarzębski, nie kryjąc przejęcia, satysfakcji i niezadowolenia razem wziętych. - No, jak oni nie sporządzili notatki, pozabijam wszystkich. Szkoda, że nie spodobała ci się bardziej, bo może byś za nią poleciał.

- Na żonę czekałem - przypomniał porucznik Cześniak, doskonale rozumiejąc, że nie za torbą miał lecieć, tylko za dziewczyną.

- A co. ona takiego zrobiła, ta gościowa? - zaciekawił się sierżant.

- Drobiazg. Zabiła faceta - odparł z lekkim roztargnieniem podporucznik Jarzębski i opuścił pokój.

Nie wtrącając się wcale, całej tej rozmowy wysłuchał w kamiennym milczeniu kapitan Rosiakowski, pozornie pogrążony w studiowaniu akt włamania do apteki, w której zdewastowano drzwi i nie ukradziono niczego. Nie odezwał się ani słowem, ale też i żadnego słowa nie stracił…

Podporucznik Jarzębski, uszczęśliwiwszy kapitana Frelkowicza wiadomościami z ostatniej chwili, dołożył odrobiny starań i dopadł protokołu zajścia w dniu wczorajszym na dworcu Centralnym. Protokół nie posunął jego wiedzy zbytnio do przodu, wezwał zatem tych trzech, którzy wówczas mieli służbę. Jeden kapral i dwóch szeregowych bez oporu poddali się przesłuchaniu.

- W ogóle to protokół zrobiłem, bo mi się to wydało dziwne - wyznał kapral. - Coś kręcili. Pierwsza rzecz, w tej rozwalonej paczce były dwa pudła, takie sklepowe, a w nich brudy do prania, portki, kurtka, swetry, rzęchy takie, jak ze śmietnika wyjęte. Okręcone byle jak…

- Tak to wyglądało, jakby tylko chcieli mieć powód do szarpania się z bagażowym - pozwolił sobie wtrącić jeden z szeregowych.

- Całkiem niegłupie przypuszczenie - pochwalił podporucznik i szeregowy o mało nie zerwał się i nie stanął na baczność.

- A uzasadniali to tym, że chcieli właśnie do prania oddać - kontynuował kapral. - Że tam podobno, na tym dworcu, piorą ruskim, no, owszem, zgadza się, no i oni chcieli skorzystać. Na razie w przechowalni zostawić, połapać się, jak tam wygląda i potem się wcisnąć na waleta. Nie od razu to zeznali, głupoty gadali różne, aż w końcu z nich wylazło. A w ogóle ani jeden nie wyjeżdżał, nic przyjeżdżał, wszystko miejscowi, z Warszawy. Tamten, co bykiem dostał, powiadał, że tylko do telefonu przyszedł i miał bagażowego spytać, czy żetonów nie ma, bo mu wszystkie zeżarło. To już więcej możliwe. Nie znali się, tych dwóch znaczy i tamten jeden, obcy i to mi patrzyło na prawdę. Przypadek, znaczy, zbiegło się.

- A torba? - spytał niecierpliwie porucznik. - Ta torba, z którą facetka uciekła?

Trzech funkcjonariuszy popatrzyło na siebie wzajemnie i wszyscy wzruszyli ramionami, kapral wyraźniej, a dwaj szeregowi delikatnie.

- Słowa nikt o niej nie powiedział - rzekł kapral. - Żaden się nie przyznał, więc chyba ona była jej. Niemożliwe, Żeby facet bykiem dostał i do tego, żeby mu bagaż rąbnęli i nic, skargi nie zgłosił i jeszcze grzecznie przepraszał.

- Wyglądał, jakby zgłupiał - odważył się podsunąć drugi szeregowy.

- Przecież w brzuch dostał, a nie w głowę? - zdziwił się podporucznik.

Kapral podtrzymał zdanie podwładnego.

- Ale z zaskoczenia to było i zgłupieć mógł. Bez dania racji baba łbem go wali i z nóg zbija, każdy by trochę zgłupiał. Jednakowoż, gdyby mu co ukradła, już by zauważył, bo trochę to trwało i miał czas rozum odzyskać.

- Bagażowy coś mówił, oprócz tego, co do protokołu?

- Nic właściwie. Też trochę zbaraniał, ale mniej, bo do różnych incydentów przyzwyczajony. Żeby się grzecznie zachowali, mówił, nawet by im pomógł tę pakę porządnie związać i przyjąłby na bagaż, ale to żulia, do szarpania się wzięli od pierwszego słowa. Dalby im radę, jak nic. Jak doszliśmy, już się właściwie wyrwał, ale wszyscy patrzyli za babą i na tego rąbniętego i nikt się nie ruszał, tylko pan porucznik ataku śmiechu dostał. No, on to wszystko lepiej widział, bo był przed nami. Ale na moje oko, bagażowy też kręci.

- Co kręci?

- Trudno powiedzieć. Niby wszystko jak się należy, bagaże bierze, takich rozpadniętych nic przyjmuje, normalna sprawa, wedle przepisów. A jednak. Coś było nie tak. Służba kolejowa policji się nie boi, to czego on był jakiś taki w nerwach? Przez głupie szarpanie? Chłop jak byk, dużo mu zrobią…

W kwestii doznali bagażowego podporucznik nie miał zdania i postanowił z nim porozmawiać. Na razie znów poszedł do kapitana Frelkowicza, gdzie akurat dobił podporucznik Werbel.

Podporucznik Werbel od samego rana osobiście zwizytował dwie wytypowane ulice. Czterdziestego szóstego numeru nie znalazł na żadnej z nich, udał się zatem po rozum do głowy i uczynił założenie, iż nie jest to numer 46, tylko 4b. 4b istniało. Na Znanej pod numerem mieszkania 16 mieściła się prywatna protetyka dentystyczna, na Znanieckiego mieszkało młode małżeństwo z dzieckiem. Podporucznik Werbel zastał wszystkich w domu, mąż i żona bowiem mieli nietypowy czas pracy, a dziecko silny katar, w związku z czym nie poszło do przedszkola.

Prawdę mówiąc. Werbel nie miał pojęcia, o co pytać. Dedukcja w kwestii adresu nie musiała być trafna. Poszukiwana zabójczyni równie dobrze mogła być znajomą tych ludzi, a nawet stanowić ich rodzinę, jak i nie mieć z nimi nic wspólnego i na razie jeszcze nie widział drogi, którą udałoby mu się do niej trafić. Zaprezentował świstek papieru i przyjął do wiadomości komunikat, że pismo na świstku jest im nieznane. Nie poczuł rozczarowania, bo gryzmoł w ogóle trudno było nazwać pismem. Zaprezentował zatem torebkę i spytał, czyja ona.

Pan domu od razu uniósł ręce w geście poddania, pani domu jednakże ze zmarszczonym czołem i w skupieniu jęła oglądać przedmiot. Przez jeden moment Werbel gotów był przysiąc, że go rozpoznaje, błyskawicznie nabrał nadziei i już po krótkiej chwili nadzieja okazała się złudna. Pani domu pokręciła głową i oświadczyła, że nie. Nie ma pojęcia, do kogo należy stara torebka w okropnym stanie.

Werbel wyciągnął i pokazał spis zawartości. I znów nastąpiło to samo, doznał uczucia, że przedmioty z torby potwierdziły ukryty przed nim pogląd. Ta facetka odgadła właścicielkę, zna ją, ale nie przyzna się do tego za skarby świata. Ulga, że trafił, przemieszała mu się z przygnębieniem, bo na wywleczenie z niej prawdy nie było sposobu.

Strzelił zatem kolejnym pytaniem.

- Czy zna pani może przypadkiem Mikołaja Torowskiego? Pani domu zawahała się na tak krótko, że tego wahania nie był już pewien.

- Znam - powiedziała. - Chociaż właściwie należałoby to umieścić w czasie przeszłym. Znałam. Dziesięć lat temu, kończyłam wtedy szkołę.

- I co?

- Co i co?

- I co pani może o nim powiedzieć?

Pani domu, drobna, szczupła blondyneczka, okazała wyraźne zdziwienie.

- Tak w ogóle?

- Tak w ogóle.

- Bardzo ruchliwy. To znaczy, wtedy był bardzo ruchliwy. I uczynny, mnóstwo załatwiał i do wszystkiego się wtrącał. Mnie załatwił lepsza pracę. Potem znikł mi z oczu i teraz nic o nim nie wiem.

Na Werbla nagle spłynęło natchnienie.

- A przez kogo zawarła pani z nim znajomość? Jak go pani poznała?

- Za fałszywe zeznania grozi kara do lat pięciu - powiedział w przestrzeń pan domu z wyraźną uciechą.

- Przez moją teściową - odparła pani domu bez żadnego namysłu.

- Matkę męża? - zdziwił się Werbel i skierował pytające spojrzenie na rozweselonego młodego człowieka, który nic ze swej uciechy nie stracił.

- Nie - powiedziała pani domu. - To znaczy tak, ale nie tego męża. Przez moją byłą teściową.

- Rozumiem. Nazwisko i adres byłej teściowej poproszę, a także będę pani wdzięczny za wymienienie wszystkich osób, które znały Mikołaja Torowskiego.

- I przez synową mojej byłej teściowej - ciągnęła pani domu z jakąś podejrzaną satysfakcją. - Wszystkich osób panu nie wymienię, bo tego musi być miliony. A one były wtedy chyba jakoś razem, nie pamiętam dokładnie.

- Kobiety - powiedział Werbel. - Uprzejmie panią poproszę o kobiety, które znają Mikołaja Torowskiego.

Zastrzegłszy się, że jej wiedza może nie być ścisła, pani domu po głębokim namyśle wymieniła cztery jednostki płci żeńskiej. Z całą pewnością do znajomych Mikołaja Torowskiego należały: Jolanta Skórek, kasjerka w Pewexie, Mariola Kotulska, niegdyś recepcjonistka w Bristolu, obecnie nie wiadomo co, bo została stracona z oczu, Katarzyna Böller, z zawodu wyuczonego kosmetyczka, przyjaciółka mamusi…

- Której mamusi? - przerwał w tym miejscu podporucznik z lekkim naciskiem.

- Męża mamusi - sprecyzowała pani domu. - Obecnego. Mojej teściowej. Oraz Joanna Chmielewska…

- Pisarka?

- Dekorator. To znaczy, pisarka też. Mamy wspólną teściową, to znaczy moja była teściowa to też jest Joanna Chmielewska.

Podporucznik postanowił nie dać się skołować.

- Chwileczkę. Ustalmy to. Tych teściowych ma pani dwie?

- Dwie. Jedną byłą, a drugą aktualną.

- A z kim pani ma wspólną teściową?

- Z Joanną Chmielewska.

- Jakim sposobem może pani mieć teściową do spółki z teściową… - zaczął Werbel, ale pani domu przerwała mu od razu.

- Ich jest dwie - wyjaśniła cierpliwie.

- Dwie teściowe?

- Dwie Joanny Chmielewskie. W ogóle może ich być. i dwieście, bo nazwisko jest popularne, ale w moim otoczeniu tylko te dwie. Jedna jest byłą teściową, a druga byłą synową i teściowa jest także moją byłą teściową. Ja rozumiem, że to wygląda dziwnie, ale tak już jest i nic na to nie poradzę.

Podporucznik poczuł w sobie jakiś dziwny opór przeciwko rozmowie o Joannie Chmielewskiej w dwóch egzemplarzach, ale postarał się opanować.

- A która z nich poznała panią z Mikołajem Torowskim?

- Obie.

- Obie go znały?

- Obie. Jedna wcześniej, druga później, ale przez jakiś czas razem. Chociaż nie, poznała mnie z nimi teściowa. Tak, już sobie przypominani.

- Adresy tych wszystkich pań poproszę. Będę także musiał wziąć pani odciski palców, to formalność. I jeszcze ostatnie pytanie: co pani robiła wczoraj od piętnastej do dziewiętnastej?

- Miałam dyżur w hotelu. Ja pracuję w hotelu, w Europejskim,w kasie recepcji. Dyżury są dwunastogodzinne, od ósmej do ósmej.

- I nie wychodziła pani z pracy?



dalej


strona główna
(23kB)