(23kB)
strona główna


 

 

Joanna Chmielewska

Dwie głowy i jedna noga

1996

Jechałam na spotkanie z mężczyzną życia.

Istniał taki. Przez długi czas nie zdawałam sobie sprawy, ile dla mnie znaczył i czym

był, wyszło to na jaw jakoś stopniowo. Może skokami. Ugruntowało się wreszcie i teraz

jechałam na to spotkanie w pełni świadoma stanu własnych uczuć i kategorycznie zdecydowana

ukryć z nich przed nim, ile tylko zdołam.

Nie widzieliśmy się dwadzieścia lat...

Rozdzieliła nas kiedyś siła wyższa, złożona z nieporozumień, komplikacji życiowych,

gniotu ustrojowego, ludzkich krętactw i rozmaitych innych przymusów. Straciliśmy się

z oczu. Nadzieja, że jeszcze kiedyś go zobaczę, trzymała się mnie wyłącznie siłą uporu.

Wyobrażałam to sobie nawet, idę po paryskiej ulicy, niepojętym cudem wciąż młoda,

jeszcze większym cudem piękna, słoneczko świeci, on idzie z przeciwka...

Może iść za mną ostatecznie. Wpatrywać się w moje nogi i dostrzegać w nich coś

znajomego. Nie będę się czepiać drobiazgów.

Odnalazł mnie znienacka po tych dwudziestu latach zupełnym przypadkiem a może

nawet właśnie prawie cudem, i kiedy odezwał się nagle w telefonie, nie miałam najmniejszych

wątpliwości, że to on, chociaż własnym uszom było mi trudno uwierzyć.

Minione dwadzieścia lat zniknęło od razu, przestało się liczyć, przestało istnieć, tak jakbyśmy

ostatnio rozmawiali w zeszłym tygodniu albo nawet przedwczoraj. Wrócił mi

niejako z czasu i przestrzeni.

A teraz jechałam na spotkanie z nim, konkretne i umówione, głęboko przejęta,

szczęśliwa, odrobinę, niespokojna i niepewna, co też ujrzy we mnie po tych dwudziestu

latach, odrobinę może także zbuntowana, bo wydawało mi się, że temu zerwaniu

kontaktów on zawinił bardziej. Siła wyższa głównie, przeznaczenie, ale on też. Cholera.

Wszystko zrozumieć, to wszystko przebaczyć, rozumiałam go w gruncie rzeczy doskonale,

udział w igraszkach przeznaczenia przebaczyłam mu już dawno, nie zdecydowałam

się jeszcze tylko, co ujawnić, to przebaczenie czy bunt. O żadnym z moich doznań

nie wiedział, mogłam przydeptać i jedno, i drugie...

2

łam Paryż, ale w planach miałam dalszą drogę. Więcej na zachód, więcej na południe,

tydzień w Paryżu, a gdzieś tam dalej, nie daruję sobie, też pojadę. Jakoś mi te zamiary

ratowały honor, chociaż w odniesieniu do niego takie głupstwa, jak honor i ambicja

nigdy nie miały znaczenia. Poza wszystkim, istniała między nami chyba także przyjaźń.

Jakiś poziom jednakże należało zachować...

W gruncie rzeczy jechałam na to spotkanie dokładnie tak samo, jak kiedy biegłam

tam, gdzie na mnie czekał...

* * *

Co mi strzeliło do głowy, żeby wybrać drogę przez Łódź, Bóg jeden raczy wiedzieć.

Był to pomysł idealnie kretyński, granicę bowiem zamierzałam przekroczyć w Zgorzelcu,

wiadomo zaś, że do Wrocławia najlepiej jedzie się przez Rawę Mazowiecką

i Piotrków Trybunalski, potem na Bełchatów i tak dalej. Łodzi nie lubiłam nigdy, wyjazd

z Warszawy na Błonie zawsze był okropny, dalsza droga w ogóle, gdzie w tym sens,

gdzie logika? Złe jakieś zaćmiło mi umysł.

Gdybym miała bodaj cień przeczucia...

Oczywiście na szosie panował dziki tłok, TIR-y jeden za drugim. Pamiętna licznych

własnych błędów, bardzo pilnowałam w Łowiczu drogowskazów na Łódź, żadnych

interesów nie mając w Poznaniu. Ani nawet w Koninie. A zdarzyło mi się już kiedyś

przeoczyć skręt do Płocka i zawracać prawie spod Gdańska, zapomnieć o zjeździe

na Roskilde i wrąbać się niepotrzebnie w centrum Kopenhagi, z Lubeki wybrać kierunek

na Hannower zamiast na Berlin, z Tomaszowa Mazowieckiego beztrosko ruszyć do

Łodzi, podczas gdy moim prawdziwym celem było Opoczno... Zarówno w obcych krajach,

jak i we własnym robiłam dziwne sztuki, błądząc, gdzie tylko się dało. Śpieszyło

mi się teraz, ponieważ wyjechałam dość późno, a przed zmrokiem chciałam zdążyć do

Bolesławca.

Deszcz padał niekonsekwentnie. To lało, to mżyło, bryzg spod cudzych kół zamazywał

mi szyby bez przerwy. Wyprzedzałam te wszystkie TIR-y po kolei wyłącznie dzięki

temu, że mój samochód miał zryw. Zdążyłam już sobie uświadomić, co robię i jak głupio

jadę, ale nie, zawracałam, trudno, przepadło, jakoś się chyba przekopię przez metropolię.

Łódź do jazdy koszmarna, ale przez Zgierz i Konstantynów może być jeszcze go-

Ogólnie nastawiona byłam na szerszy zakres turystyki, Paryż Paryżem, zawsze lubirzej.

No i oczywiście pod samą Łodzią był wypadek. Prawie widziałam go z daleka, dwa

samochody osobowe i ciężarówka, jezdnia zatarasowana gruntownie. Zatrzymałam się,

ludzie już się miotali dookoła, przede mną ugrzęzły trzy wozy, kierowcy wyskoczyli,

ofiar było dużo. Na poboczu, blisko mnie, leżała kobieta w średnim wieku, jakby wyrzu-

3

cona siłą uderzenia. Nie leżała, pełzła. Usiłowała się czołgać, zapewne w szoku, wyskoczyłam

również, dopadłam jej, chcąc to czołganie pohamować, wydawało mi się, że jej

zaszkodzi. Ktoś tam wykrzykiwał coś o telefonie, pogotowiu i policji, ktoś niepotrzebnie

oblewał kłębowisko pojazdów pianą z gaśnicy.

Razem z facetką znajdowałam się o ładne kilkanaście metrów od tej góry żelastwa.

Nikt jakoś nie zwracał na nas uwagi, bo wszyscy gromadzili się przy głównej kupie złomu.

— Niech pani leży spokojnie — poprosiłam nerwowo i przytrzymałam ją za ramię.

— Zaraz przyjedzie karetka, niech pani nie robi tych wysiłków, tam nic nie wybuchnie.

Szoku doznała z pewnością, bo spojrzenie, jakie na mnie zwróciła, było półprzytomne,

ale znieruchomiała. Skoczyłam do samochodu po jakąś płachtę, żeby jej podłożyć.

Żadnej płachty nie znalazłam, jedyne, co mogłam zużyć, to dmuchany materac, oczywiście

bez powietrza, złożony w kostkę i tkwiący pod fotelem. Woziłam go tylko dlatego,

że ciągle zapominałam zabrać go do domu, pomyślałam, że teraz się przyda. Wróciłam

do niej, spróbowałam jej podesłać, chociaż pod głowę i twarz. Poruszyła się, odwróciła,

popatrzyła jakby nieco przytomniej.

— Uciekaj! — wychrypiała z jękiem. — Uciekaj! To ja jestem... Helena...

Umilkła, zamknęła oczy, opadła bezwładnie. Uznałam, że majaczy, i zdenerwowałam

się własną bezradnością, nie potrafiłam jej pomóc. Nadbiegające z oddali wycie syreny

przyniosło mi niewymowną ulgę.

Nie zamierzałam wplątywać się w ten cały interes, śpieszyło mi się. Jako świadek byłam

do niczego, nie widziałam samego wypadku. Zostawiłam nieprzytomną kobietę, na

materacu położyłam krzyżyk, nie utopię się przez jeden głupi materac, w dodatku niewygodny,

bo dwuczęściowy, niech go diabli wezmą. Wróciłam do samochodu. Policja

błyskawicznie zaczynała robić porządek, zatrzymali ruch w przeciwną stronę i niepotrzebne

pojazdy przepuszczali bokiem, sprawnie im to szło, ruszyłam już po paru minutach.

Deszcz właśnie przestał padać. Przepychając się powoli przez zwałowisko, odkręciłam

szybę, żeby słyszeć, co mówią, i zahaczyłam palcami o cały plik papierów w kieszeni

na drzwiczkach. Mgliście mignęło mi pytanie, skąd mam tyle makulatury, przypomniałam

sobie, prawda, w ostatniej chwili, wychodząc z domu, wyjęłam ze skrzynki

zaległą korespondencję z dwóch dni i zabrałam ze sobą w celu przeczytania po drodze.

Dotychczas nie było okazji.

Musiałam się tym wypadkiem przejąć bardziej, niż sądziłam, bo nie chciał mi wyjść

z głowy. Przed oczami wciąż miałam czołgającą się babę, połamana chyba nie była, bo

działały jej ręce i nogi, podrapana owszem, umazana błotem i krwią, na twarzy miała

pręgę przez skroń i cały policzek, jedną brew rozbitą, ale robiło to wrażenie uszkodzeń

powierzchownych. A że zemdlała...? Każdy by zemdlał. Chyba że jej coś pękło w środku,

może śledziona albo wątroba, no nie, przy wątrobie nie próbowałaby się czołgać.

I głos wyszedł z niej łatwo, tyle że zachrypnięty...

4

Teraz dopiero, dobre parę kilometrów za katastrofą, dotarła do mnie treść jej chrypienia.

Kazała mi uciekać. Dlaczego, do licha, miałam uciekać? Dlatego, że jej na imię

Helena? A, może miała jakiś uraz, skoro katastrofa, musi coś wybuchnąć, rąbnie benzyna

i wszystko się spali, może dlatego się czołgała, odsunąć się jak najszybciej na bezpieczną

odległość...

Zaraz, a dlaczego ona właściwie leżała w tym miejscu? W ciągu kilkunastu sekund

zdążyła przepełznąć taki kawał? Tam gruchnęło potężnie, załóżmy, że szczęśliwie

nie miała pasa, wyrzuciło ją w momencie uderzenia, bardzo pięknie, ale co potem?

Poleciała wielkim łukiem, gdzie, do tyłu? Do przodu albo w bok, to owszem, samochody

wykonały zderzenie czołowe, zastopowały się wzajemnie w sekundę, gdyby jechała

w szoferce ciężarówki mogła tam polecieć, ale przecież nie na tę stronę! Na przeciwną!

Nie ma tak, żeby cokolwiek, wyrzucone siłą uderzenia, leciało drogą okrężną, zataczając

łuk odwrotny do kierunku impetu!

Skąd ta facetka wzięła się w tym miejscu...?

Postanowiłam natychmiast po powrocie specjalnie udać się do Łodzi i poprosić gliny

o wyjaśnienie zagadki. Intrygowała mnie. Jakieś prawa fizyki w końcu istnieją, nie

może ich nagle zmienić kraksa samochodowa!

Łódź, jako taka, wybiła mi wreszcie ten wypadek z głowy. Przedarłam się przez nią

w pocie czoła. Udało mi się nie pojechać ani do Kalisza, ani do Katowic i wreszcie odetchnęłam

lżej na autostradzie za Wrocławiem. Zjazdu na Zgorzelec nie przeoczyłam

i dotarłam do Bolesławca przed zachodem słońca.

Deszcz popadywał z przerwami, w Bolesławcu akurat zrobił antrakt, ale z uwagą

sprawdziłam, czy pompy na stacji benzynowej znajdują się pod dachem. Rychło w czas.

Tam, przy katastrofie, kotłując się z ofiarą i materacem, zapomniałam o deszczu, nie

była to ulewa, raczej mżawka, która się właśnie kończyła, zmokłam zaledwie trochę,

moje potrzeby jednakże szlag trafił i diabli wzięli. Zależało mi na uczesaniu, postarałam

się o nie specjalnie tuż przed wyjazdem, parę dni powinno było wytrzymać, tyle że na

sucho. Wszelka wilgoć niweczyła je radykalnie. A jechałam wszak, do licha, na spotkanie

z mężczyzną życia...

W hotelu, głęboko zatroskana, obejrzałam się w lustrze i postanowiłam zakręcić

włosy. Z postanowienia nic nie wyszło, bo kosmetyczkę z zakrętkami zapakowałam

do dużej torby, która została w bagażniku. Ciężka była jak piorun, nie zamierzałam

nosić jej na każdym postoju, wszystkie potrzebne rzeczy miałam w małej, lekkiej,

podręcznej, wiedziałam, co mi będzie służyło w czasie podróży i nie obarczałam się

zbędnym balastem Zaliczały się do niego także i te cholerne zakrętki, nie przewidywałam

w trakcie jazdy zabiegów fryzjerskich. Rozkopywać teraz ten tobół...? Jeszcze czego.

Zniecierpliwiłam się, a tam, kicham na siebie, załatwię sprawę po dotarciu do celu,

w Stuttgarcie nie muszę być piękna.

5

Normalną książkę do czytania miałam przy sobie, w torebce. Pomyślałam, że właściwie

powinnam przeczytać wyjęte ze skrzynki listy. Nie zabrałam ich, zostały w kieszeni

na drzwiczkach w samochodzie. Nie chciało mi się po nie schodzić, zawahałam się, bo

mogło tam być coś, na co należało odpowiedzieć natychmiast, a stąd, z Bolesławca, łatwo

mogłam zadzwonić... W końcu machnęłam ręką, zadzwonić można zewsząd, nic im

się nie stanie, jak poczekają na przykład do jutra...

* * *

Jedyną satysfakcję na granicy sprawiła mi myśl o włosach. Co za szczęście, że się nie

wygłupiałam z zakręcaniem!

Godzinę i kwadrans podjeżdżałam po parę metrów w ogonie przez pół Zgorzelca.

Skąd taki tłok w początkach maja...? Czytałam książkę. Od służb granicznych dzieliło

mnie ledwo parę samochodów, kiedy przypomniałam sobie o listach. Była okazja, żeby

je przeczytać, zmarnowana, no, może jeszcze nie w pełni. Odłożyłam książkę, sięgnęłam

po korespondencję.

Zawiadomienia bankowe załatwiłam szybko, zaproszenie do Australii na kongres

IBC obejrzałam z niechęcią, nie pchało mnie tam, na Pacyfiku zdarzają się tajfuny, przyjemność

bardzo średnia. Propozycja beznadziejnie złej umowy z jakiegoś nowego wydawnictwa,

listy prywatne... Otworzyłam pierwszy z brzegu, nie sprawdzając nawet, czy

ma nadawcę.

„Proszę pani — pisała jakaś osoba. — Ja uważam, że pani powinna to wiedzieć i ja to

pani napiszę. Chociaż bardzo się boję. Ja się nazywam Wystrasz Helena”...

W tym momencie nadeszła moja kolej wepchnęłam napoczęty list byle gdzie, zdawało

mi się, że do kieszeni na drzwiczkach, i podałam paszport. Naszemu. Przywalił

pieczątkę, pogonił mnie dalej, podszedł celnik niemiecki, nie wiedziałam, czego będzie

chciał, więc wszystkie dokumenty trzymałam w rękach.

— Zelona karta — powiedział stanowczo.

Zielona karta, proszę bardzo, miałam zieloną kartę, o tej zielonej karcie było mnóstwo

gadania, ubezpieczenie, przed granicą na każdym słupie wisiało przypomnienie,

„Czy masz zieloną kartę?”, „Zieloną kartę wykupisz...” i tak dalej. Dałam mu. Obejrzał

i pokręcił głową.

— Nedobre — powiadomił mnie. — Nicht gut.

Zdumiałam się i oburzyłam. A cóż to ma znaczyć, do tej pory była dobra, a teraz nagle

nie? Niby dlaczego?

Celnik pukał palcem w którąś rubrykę.

— Vier — rzekł cierpliwie i pouczająco. — Jahr. Tera fünf. Pęc.

Pękania na myśli nie miał, tego byłam pewna. Przyjrzałam się rubryce. Istotnie, widniał

na niej rok ubiegły. No dobrze, ale przecież płaciłam w sierpniu, a teraz zaczynał

się dopiero maj, żywiłam święte przekonanie, że płacę za cały rok, a otóż nic podobne-

6

go, ubezpieczenie ważne było tylko do końca grudnia. W styczniu należało zapłacić na

nowo. No dobrze, niech mu będzie, zapłacę, zaraz, Jezus Mario, ile to kosztuje?! Może

mi nie starczy pieniędzy?!

Pokazał mi palcem, gdzie sobie mogę zaparkować już po niemieckiej stronie.

Zostawiłam samochód i biegiem wróciłam na stronę polską. Plakaty na temat zielonej

karty straszyły wszędzie, przeczytałam je wreszcie z uwagą, chciałam Wartę, obleciałam

dookoła jakiś budynek, znalazłam najbliższą placówkę. Nic z tego, tutaj ubezpieczali

wyłącznie ciężarówki. Gdzie osobowe...?!!! A trochę dalej, na lewo. Dalej na lewo

działało tylko PZU. Zrezygnowałam z Warty, PZU też dobre, ubezpieczę się na miesiąc,

suma ogromem nie przeraża. Panie za ladą zaczęły mnie opisywać, poprosiły o kartę rejestracyjną.

Cholera. Kartę rejestracyjną zostawiłam w samochodzie razem z paszportem

i resztą dokumentów. Poleciałam do Niemiec, wróciłam do Polski, pies z kulawą

nogą nie zainteresował się moimi galopami tam i z powrotem, dostałam piekielną zieloną

kartę, zaczęłam szukać tego celnika, który się przyczepił, żeby mu ją pokazać, nie

było go nigdzie, nikogo w ogóle nie obchodziłam. Zastosowałam metodę wypróbowaną.

Jeśli się robi coś zakazanego, natychmiast przyleci jakiś stróż prawa, który człowieka

złapie, w porządku, może być i tak. Wsiadłam i powoli ruszyłam.

Znów zaczęło padać i padało cały czas, taki średni deszczyk. Na głowie, zamiast

uczesania, miałam już zmierzwioną i mokrą kupę siana. Zieloną kartę załatwiałam kretyńsko

i niemrawo, bo cały czas gdzieś pod czaszką tkwiło mi ostre zainteresowanie

zupełnie czym innym. Niby zajmowało mały kawałek miejsca, ale jakby kłuło. Razem

z zainteresowaniem, sianem, zieloną kartą i wielkim zadowoleniem, że zrezygnowałam

wczoraj z zabiegów fryzjerskich, odjechałam bez najmniejszych przeszkód, silnie zajęta

kłuciem.

Co ta kobieta, na litość boską, do mnie napisała? Boi się i nazywa się Wystrasz.

Nazywa się Wystrasz dlatego, że się boi, czy też odwrotnie, nazwisko powoduje uczucie?

Może wygłupia się w ogóle...?

Boi się i Wystrasz... W dodatku Helena. Z czymś ta Helena próbowała mi się kojarzyć.

Wjechałam w roboty drogowe.

Była to duża rzecz i wypchnęła mi z głowy wszystko inne. Z lewej, o dwadzieścia

centymetrów, pomarańczowy grzebień na asfalcie i barierka, z prawej o tyleż TIR-y, autobusy

i ciężarówki. Slalom. Na szybach błoto bez przerwy, a szybkość różnie, od czterdziestu

do stu dwudziestu, zależy jak leci ten z przodu. Grzebień wywija meandry,

wszystko zwalnia, wlecze się na trójce, może i wypoczynkowo, ale czas płynie, a ja mam

zdążyć przed wieczorem do Stuttgartu...

Głównym moim zajęciem było przypominanie sobie, gdzie, do wszystkich diabłów,

przebiegała granica byłego NRD? Dokładnie w chwili ich zjednoczenia sama zgadłam i,

jak idiotka, wymówiłam w złą godzinę, że będą mieli duży ubaw z przerabianiem dróg.

Duży ubaw to miałam ja. Aby się przedrzeć do byłej RFN...

7

Razem nadeszły, koniec robót drogowych i koniec deszczu, pogoda zaczęła się wyraźnie

poprawiać. Przez co najmniej pięć kilometrów obliczałam, że w celu przybycia

do Stuttgartu przed dziewiątą muszę osiągnąć przeciętną sto sześćdziesiąt. Mój samochód

lubił sto czterdzieści, no, może sto czterdzieści pięć. Lewym pasem lecieli ci szybsi,

żeby ustąpić im miejsca bez straty szybkości przymuszałam go nieco i wtedy do tych

stu sześćdziesięciu dochodził, ale nie wydawał się zadowolony. Zbuntowana i wściekła,

zaczęłam rozmawiać ze sobą wierszami. Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz i spędzał

nas z autostrady, orężny stanie hufiec nasz, damy se z nimi rady. No dobrze, na razie

damy rady połowicznie.

Jakim sposobem o wpół do dziewiątej w promieniach zachodzącego słońca dojechałam

do Stuttgartu, do końca życia nie zdołam zrozumieć, w końcu o wpół do drugiej

latałam jeszcze za zieloną kartą. Może pomyliłam się w obliczeniach, a może nastąpił

zwyczajny cud. Dojechałam jednakże i zaczęłam szukać znajomej dziewczyny, która

zarezerwowała mi hotel.

Korntal miał to być, taki ichni Brwinów pod Stuttgartem. Zdaje się, że byłam głodna

i spragniona, od granicy leciałam jednym ciągiem i nie w głowie mi było pożywienie.

Owego Korntala nie znałam kompletnie, nie było go na żadnej mapie, zaczęłam

pytać o drogę, znalazłam wreszcie drogowskaz. Trafiwszy do miejscowości jako takiej,

zaczęłam wymieniać nazwę ulicy, nikt takiej nie znał, co za ludzie, mieszkają w tym

Brwinowie i pojęcia nie mają o nazwach ulic! Zaczęłam operować kościołem, bo to

miało być obok, okazało się później, że kościoły stoją tam dwa, katolicki i ewangelicki,

każdy gdzie indziej, Bóg raczy wiedzieć, o który pytałam. Właściwą trasę wskazał mi

wreszcie jakiś młodzieniec, zdziwiłam się, że tak dobrze rozumiem niemiecki język, mówię

w nim w dodatku, kolejny cud, po czym uświadomiłam sobie, że rozmawiamy po

angielsku. Pojechałam wedle młodzieńca i wreszcie trafiłam. Co prawda od tyłu, ale to

już była drobnostka.

Siedziałam u znajomej dziewczyny, jadłam kolację, gadałyśmy, mąż nie brał udziału,

bo polski język znał podobnie jak ja niemiecki, a może nawet gorzej. Kiedy późnym

wieczorem dobiłam do hotelu, nadawałam się wyłącznie do pójścia spać. Co do mierzwy

na głowie, zgodziłam się, że szlag jasny może ją trafić.

Korespondencję od tej wystraszonej Wystrasz zostawiam rzecz oczywista w samochodzie...

* * *

W pierwszym pejażu na francuskiej autostradzie przypomniałam sobie, że w charakterze

pieniędzy posiadam tysiąc franków w jednym banknocie i marki niemieckie

drobnymi. Usiłowałam rozmienić ten banknot, ale woleli wziąć marki przeliczone automatycznie

na poczekaniu. Przed drugim pejażem wstąpiłam do stacji benzynowej

i wreszcie zaczęłam dysponować właściwą walutą. Odetchnęłam z ulgą.

8

Na francuskich autostradach człowiek nie ma co robić. Bez względu na szybkość,

można oglądać okolicę albo zgoła czytać książkę. Do książki nie doszłam, ale uwolniłam

myśl i przypomniałam sobie, dokąd jadę i po co.

No właśnie, jechałam do Paryża na spotkanie z mężczyzną życia...

Zobaczyłam go po raz pierwszy, kiedy miałam osiemnaście lat, a już w chwili oglądania

wiedziałam o nim mnóstwo. Znałam jego nazwisko, wiedziałam, kim jest, wszyscy

plotkowali z szalonym zapałem, wiedziałam zatem, dlaczego w okropnej, obrzydliwej

sprawie występuje jako oskarżony, nie znałam go tylko osobiście. Występ miał oblicze

polityczne, a jego sensu nigdy nie zdołałam zrozumieć, co mi snu z oczu nie spędzało,

bo nie interesowała mnie polityka.

Zainteresował mnie za to Grzegorz. Wyleciał ze studiów, zaprezentowawszy przedtem

postawę, osobowość, charakter, jakim do pięt nie sięgało sądzące go tchórzliwe, zakłamane

grono. Chciałam podejść, pogratulować mu, ale zawahałam się. Moje osiemnaście

lat, jego dwadzieścia, głupio mi się zrobiło, piękny chłopak, wszechstronnie atrakcyjny,

jeszcze pomyśli, że go podrywam, zbyt młoda byłam, żeby się tym nie przejmować.

Nie podeszłam.

Kołatała się jeszcze wtedy we mnie wrażliwość na ludzką opinię. Ktoś mnie posądzi

o coś tam. W ludzkich oczach wyjdę na idiotkę albo i co gorszego. Facet będzie się ze

mnie wyśmiewał. Zdawałam sobie sprawę, że nie są to przypadłości rzędu gromów ani

też ciosy nieodwracalne, ale zawsze nieprzyjemność, a na co mi takie strucle.

Wpatrzona niewidzącym wzrokiem w prawie puste pasma autostrady, zastanawiałam

się, co by było, gdybym jednak podeszła. Rozważałam to nie po raz pierwszy. A otóż

nic by nie było. Od trzech miesięcy miałam własnego męża i żadne skoki w bok nie

wchodziły w rachubę, nasza wzajemna wierność, tego męża i moja, przerastała świat.

Chłopakowi chciałam wyrazić uznanie ze względów czysto moralnych, szlachetny rycerz,

podstępnie zapędzony nie w żadne uczciwe szranki, tylko w krąg rozżartych, per-

fidnych wrogów, wyrwał się z kręgu mocą ducha. Lubiłam rozwiniętych umysłowo rycerzy,

co wcale nie oznaczało, że miałabym zaraz takiemu rzucać się na szyję. Nic z tych

rzeczy, żadnych szyj, ale kto mi uwierzy...?

Poza tym Grzegorz zajęty był właśnie własną ruiną życia, która w owym momencie

wydawała się nieodwracalna, i nie dziewczyny były mu w głowie. Podziękowałby mi

może z roztargnieniem albo zgoła poprosił, żebym poszła do diabła. I tyle: Nic by nie

było.

Zetknęliśmy się ponownie, w sześć lat później. Uprawialiśmy podobne zawody, ujrzałam

go nagle w moim miejscu pracy. Moja psychika i stosunek do świata uległy już

dużej zmianie, ludzkie opinie zaczynały mnie obchodzić tyle, co psa piąta noga. Nie wytrzymałam,

po kilku dniach znajomości powiedziałam mu o tamtej scenie.

— A to szkoda, że nie podeszłaś — odparł na to. — Cholernie by mi się wtedy przydało

bodaj z jedno ludzkie słowo.

9

— A no widzisz,zawsze człowiek zrobi głupotę,jak się trzęsie o siebie.W ostateczności

wyszłabym na głupią, no i co z tego, wielkie mecyje, końca świata od tego nie będzie.

Przez te sześć lat pozmieniało się więcej, nie tylko moja psychika. Grzegorz wybrnął

z klęsk, skończył studia wcześniej niż ja, wybijał się w zawodzie. Miał żonę, zakochany

był w stopniu, który napełniał mnie niesmakiem, i to pod każdym względem.

Zewnętrznie dysponowała walorami, o których mogłam tylko marzyć beznadziejnie,

jakie marzyć, w każdym marzeniu istnieje odrobina realnych możliwości, tu zaś nawet

dziesięć operacji plastycznych nie dałoby sobie rady. Mogłam jej zazdrościć, o, to tak,

nie było przeszkód. Prawdopodobnie zazdrościłam. Charakter przy tym miała twardy

i, moim zdaniem, mało sympatyczny, na wielką miłość nie zasługiwała wcale, ale w poglądach

na drugą babę mogłam być w końcu niezupełnie obiektywna. No nic, miał tę

żonę i kochał ją uczuciem nadziemskim, tfu.

Moje własne małżeństwo zaczynało się właśnie rozpadać, z czego nie w pełni zdawałam

sobie sprawę. Czułam jednakże wyraźnie, że coś nie gra, jakaś podpora duchowa

bardzo by mi się przydała, tyle że na razie nie za wszelką cenę. Mimo wieku, wciąż

jeszcze młodego, głupia byłam tylko połowicznie i doskonale wiedziałam, że na grymasy

męża, obojętność, irytację, różne kretyńskie wymagania, krytyki i fochy, nie ma lepszego

sposobu, jak komplementy z byle której innej strony. Wystarczy, że zacznie mnie

adorować obcy facet i już małżeńskie stresy złagodnieją, już będzie można pobłażliwie

przyjmować wypowiedzi w rodzaju: „Jak ty wyglądasz z tymi włosami, czy ty byś nie

mogła się czasem uczesać?!

No tak, uczesać...

Moje myślenie zachybotało się nagle. Cholera. Nic z piekielnymi włosami w Stuttgarcie

nie zrobiłam, teraz już przepadło, żadne kręcenie nie pomoże, muszę umyć głowę.

Hotel w Paryżu mam zamówiony, nie wiadomo po co, wszędzie i w każdej chwili

można tam znaleźć wolny pokój, Grzegorz zarezerwował mi na wszelki wypadek, ale

nie wie, kiedy przyjeżdżam. Powinien myśleć, że jutro. Nie odezwę się dzisiaj wieczorem,

nie przyznam się, że już jestem, wetknę ten upiorny łeb pod kran, odeśpię swoje

na zakrętkach...

Straszliwe wspomnienia rzuciły się na mnie tak, że znów przestałam widzieć drogę

przed sobą, co w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało jeździe. Te francuskie autostrady

warte są swojej ceny...

* * *

Dokąd myśmy wtedy poszli...?

Nie, zaraz, to było później...

Widywaliśmy się w pracy, zwyczajnie, jak ludzie, i nawet nie codziennie, bo nie był

to urząd. Grzegorz w zasadzie odwalał robotę w domu, miał własną pracownię, do biura

przynosił gotowe rysunki. Trwało to parę tygodni, aż przyszła wczesna jesień. Zostałam

10

wysłana na delegację do Poznania, remont obiektu, potrzebna była szczegółowa inwentaryzacja

części reprezentacyjnej, Grzegorz miał robić wnętrze, zdecydował, że też pojedzie.

Kiedy wychodziłam z domu, mój mąż był nadęty i okazywał mi zirytowaną niechęć.

Poprzedniego wieczoru rozmawiał z kimś przez telefon, był ożywiony, radosny, omawiał

sprawy służbowe, ale jakoś tak, jakby wprawiały go zgoła w euforię. Uświadomiłam

sobie, że tym tonem nie rozmawiał ze mną już co najmniej przez rok. Dziabnęło mnie.

Odjechałam do Poznania wściekła i nieszczęśliwa.

O decyzji Grzegorza nie wiedziałam, zobaczyłam go znienacka zaraz po przybyciu

do hotelu i tajemniczy balsam spłynął mi na serce. Co do myślenia, starałam się nie myśleć

nic, ale mąż jakby przybladł. Odwaliliśmy część roboty wspólnymi siłami, było jej

na dwa dni przy ostrym tempie. Poszliśmy razem na kolację, w hotelu działał dancing,

a melodie grali raczej staroświeckie, tanga i walce angielskie. Grzegorz umiał tańczyć

równie dobrze, jak mój mąż, niemniej coś mi gdzieś zaświdrowało. Zależało mi jeszcze

na tym cholernym mężu.

— Przestań o nim myśleć! — rozkazał Grzegorz. — Wyłącz się na jeden wieczór. Nie

można wiecznie wpieprzać kapuśniaku!

— Nie truj. Nie znoszę kapuśniaku.

— Może być kawior. Raz się przerzucisz na pyzy.

Trzeba nieszczęścia, że zawsze lubiłam pyzy. Spodobało mi się jego polecenie. Tango

nabrało ognia i duszy, a w dodatku było to akurat tango Noturno „...co noc sercem je

słyszę, widzę białe klawisze, widzę bladą twą twarz. By cię ujrzeć choć raz, życie dałabym

całe...

No nie, jeszcze wtedy te słowa nie utkwiły we mnie na zawsze. Grzegorz trzymał

mnie w ramionach, banał okropny, aż dławi, ale jakże prawdziwy! A pewnie, wszystkie

banały wzięły się z prawdy i autentyku, trzymanie w ramionach jest wieczne, biedna,

nieszczęśliwa, zubożona, współczesna młodzież w ogóle nie rozumie, co to znaczy, jakich

uczuć doznaje się, tańcząc we właściwych ramionach. Ramion niewłaściwych sprawa

nie dotyczy, żadne banały nie przychodziły mi na myśl w odniesieniu, na przykład,

do tłustego Amerykanina i nawet wściekle romantyczny entourage nie miał na to najmniejszego

wpływu, nawet księżyc jak złota balia...

Czort bierz balię, młodzi byliśmy, jak się ma przeciętnie dwadzieścia pięć lat, po podróży

i paru godzinach rzetelnej pracy, można tańczyć ile chcąc. Alkoholu do tej kolacji

zamówiliśmy tyle co kot napłakał, dwie pięćdziesiątki przy śledziku i butelkę wina do

całej reszty. Na koniaku do kawy już nam nie zależało, nie lubiłam koniaku, a Grzegorz

wolałby dobrego szampana. Knajpa dysponowała radzieckim, nie, to nie było to.

— Będę z tobą spał — zawiadomił mnie przy tej kawie bez koniaku.

Oburzyłam się i zgorszyłam.

11

— Zwariowałeś?

— Powiedziałem, że będę, to będę i nie zawracaj głowy.

Wzruszyłam ramionami i nie próbowałam protestować. Chce, niech śpi, od ładnych

paru lat sypiam z chłopem i jestem przyzwyczajona. Dużo mu przyjdzie z tego spania...

Nie mając pojęcia, jakie warunki napotkam w hotelu, na wszelki wypadek zabrałam

ze sobą najwytworniejszą koszulę nocną, można powiedzieć wielofunkcyjną. Od góry

miała koronki, a dołu wystarczyłoby na odzież dla słonia, bez trudu dałoby się z niego

uszyć krynolinę. Nigdy nie sypiałam w piżamach. Omotana niezliczonymi metrami

wytwornej tkaniny, wpuściłam go do łóżka, bo niby dlaczego nie, a należy zauważyć,

że z racji dopasowania w talii zdjąć z siebie ten cały nabój to była duża sztuka, po

czym błogo i beztrosko zasnęłam na jego ramieniu. Skłonności do gwałtu Grzegorz nie

miał, pogodził się z sytuacją i zasnął w końcu również, mniej błogo, a więcej filozoficznie.

Spaliśmy sobie niewinnie, niczym dwa aniołki.

W wiele lat później wyznał mi, że ta noc upojna napełniła go głęboką tkliwością.

Ledwo zdążyłam wrócić do domu, wyszło na jaw, że telefoniczna euforia mojego

męża miała swoje uzasadnienie. Rozmawiał służbowo, owszem, tyle że ze swoją przyszłą

drugą żoną. Razem pracowali. Z całego serca pożałowałam własnej kretyńskiej wierności

i prawie byłam gotowa przepraszać Grzegorza, ale nie było go, wyjechał na parę tygodni.

Kiedy znów pojawił się w biurze, byłam chudsza o cztery kilo i podobno miałam

interesujący wyraz twarzy, bo nie da się ukryć, że rozwód mnie nie zachwycił.

No właśnie, i dokąd myśmy wtedy poszli? Zima już nadeszła, więc plener odpadał,

moja sprawa rozwodowa była w toku, gdzie nas diabli zanieśli? Za skarby świata nie

mogłam sobie tego przypomnieć...

Wszystko jedno. Z owego miejsca wróciliśmy do mnie i Grzegorz dobitnie udowodnił

mi, że jestem piękną i godną pożądania kobietą, pomysł, że nikt mnie nie chce i nigdy

chciał nie będzie, bije wszechświatowe rekordy głupoty, a życie i cała jego męska połowa

leży przede mną na półmisku. Rozpacz po mężu zaczęła dogorywać.

Spędziliśmy wtedy razem trzy dni, nie dni, powiedzmy, że trzy wieczory, bo praca

wchodziła w paradę. Jego żony nie było, wyjechała na urlop. Po tych trzech dniach

Grzegorz miał jechać do niej na tydzień. Świadoma tego faktu, jeszcze się jako tako trzymałam.

— Ciekawa jestem — rzekłam w zadumie przy pożegnaniu — czy, jak wrócisz, na

twój widok piknie mi w sercu.

— Też jestem ciekaw — odparł żywo. — Uczciwie chcę ci powiedzieć, że gdybyś

w czasie mojej nieobecności zdecydowała się na pociechę z innej ręki... No, ręki jak

ręki... Nie będę miał żalu.

12

Z grzeczności ugryzłam się w język, żeby mu nie wytknąć tej parszywej żony. Ja męża

z serca wydarłam, a on żony nie, wręcz przeciwnie. Niemniej byłam mu wdzięczna z całej

siły za ustawienie do pionu. Fakt, życie i świat przede mną.

Ogólnie szampan się we mnie nie pienił, ale uparłam się wyjść z impasu.

Zastosowałam jedyną naprawdę sensowną metodę, mianowicie rzuciłam się na robotę.

Lubiłam swoją pracę. Mogłam się rzucić na rozrywki i gachów, ale jakoś mi to nie leżało,

zdrowy instynkt podsuwał lepsze rozwiązanie. Wtedy właśnie uświadomiłam sobie

dokładnie, jakim straszliwym nieszczęściem jest praca, której się nie znosi, zawód, do

którego człowiek nie ma serca, dzień w dzień robić coś, do czego czuje się niechęć albo

zgoła obrzydzenie, rany boskie! Tak się marnuje życie...

Nie groziło mi to. Już dziesięć lat wcześniej zdołałam zastanowić się nad ulubioną

profesją i wdać się w zajęcia, które mi pasowały. Łaska boska, że moje upodobania prezentowały

dość szeroki wachlarz...

Po tygodniu nawet apetyt odzyskałam i właśnie spożywałam drugie śniadanko, kiedy

z biurowego korytarza usłyszałam głos Grzegorza. Świeży chlebek z kiełbasą szynkową

ugrzązł mi w gardle.

Grzegorz wszedł, witał się ze wszystkimi, podszedł do mnie.

— I co? — spytał, pochylając się nad moją dłonią, elegancko wymazaną grafitem

z miękkiego ołówka. — Piknęło ci?

— Tak — odparłam poprzez ten chlebek, spontanicznie, szczerze i bez namysłu.

— Mnie też — powiedział i poszedł witać się dalej.

Zdaje się, że była to chwila przełomowa. Poddałam się. O jego żonie postanowiłam

nie pamiętać.

No i wtedy się właśnie zaczęło. Te upiorne zakrętki do włosów...! Nie znałam dnia

ani godziny, nie miałam pojęcia, kiedy on wyłapie chwilę czasu i swobody, spotykaliśmy

się gęsto, ale przeważnie znienacka. Dusza mówiła mi, że muszę zawsze być pod bronią

i nie było siły, robiłam przeklęte uczesanie! Reszta nadawała się do użytku bez żadnych

specjalnych zabiegów, niepotrzebne mi były kremy i maści, trochę pudru, coś tam na

oczy, skórę miałam odporną, a zmarszczki się mnie nie imały. Tylko włosy zatruwały mi

życie. Kręciłam ścierwa, spałam na blachach, odgniatając sobie ciemię, potylicę i uszy,

rozgoryczona i wściekła, bo co to za niesprawiedliwość cholerna, inne baby mają uczesanie

z natury, a tylko ja jedna nie!

Ulgi na tym tle doznałam w wiele lat później. Odwiedziłam przyjaciółkę, młodszą

ode mnie o dychę, na wczasach pod namiotem. Piękna dziewczyna, zawsze z twarzową

koafiurą, i cóż się okazało? Ona też kręciła, na tym biwaku poniechała upiększeń

i włosy wisiały jej w prostych strąkach, prawie jak mnie, różnicę czyniąc ogromną.

Lubiłam ją zawsze, ale od owej chwili poczułam do niej czułą tkliwość. I wdzięczność.

Niekoniecznie racjonalną.

13

Sielanka z Grzegorzem trwała rok. Przez ten rok pamięć o głowie zakodowała się

we mnie, a na czaszce zapewne miałam odciski. Elastyczne i miękkie zakrętki stały się

nam dostępne dopiero później, a gdyby — nawet istniały już wtedy, też wątpię, czy bym

ich używała. Moje kretyńskie włosy nabierały od nich fasonu z przerażającym zapałem,

przygnieciona łbem zakrętka uginała się i kłak na niej układał się w kant. W kant, jak

Boga kocham! Zdarzyło mi się kiedyś, że nad uszami miałam pukle pozaginane pod kątem

prostym i wycyrklować się świńskie ryje w żaden sposób nie dały. No, Grzegorza

już wtedy nie było...

Póki jednakże był, musiałam jakoś wyglądać, a co się przy tym umęczyłam, to moje.

Lek na życie w postaci pracy stosowałam nadal, co miało ten skutek, że kładłam się spać

śmiertelnie ochwacona i ręce mi prawie paraliżowało, kiedy sięgałam do głowy. Kusiło,

żeby dać spokój, do diabła z włosami, jedną noc bodaj przespać wygodnie, a nie tą japońską

metodą! Jednak nie, mobilizowałam się. Warto było...

Wyobrażałam sobie głupio, że jednak uda mi się w nim nie zakochać na śmierć i życie,

bo sprawa wyglądała beznadziejnie. Szansę na rozwód z żoną nie istniały i nie dość

na tym, planował wyjazd na zawsze, o czym wiedziałam od początku. Najpierw kontrakt

na Bliskim Wschodzie, a potem Europa. Stracę go i znów będę nieszczęśliwa, a właśnie

nie chcę, niech to przeżyję jakoś łagodnie i bezboleśnie. Marzenie ściętej głowy, zakochałam

się oczywiście, stanowił balsam absolutny. Słowa krytyki od niego nie usłyszałam,

omijaj moje wady i wyszukiwał we mnie same zalety. Twierdził, że ten balsam jest

wzajemny, co miało swój sens, ponieważ dysponowałam dużą siłą ducha. Wbrew sobie,

kryjąc uczucia zbliżone do rozpaczy, pomagałam mu przy załatwianiu tego odrażającego

kontraktu i koiłam obawy, zapewniając, że mu się uda. Co do powodzenia planów

miałam pewność doskonałą, jego wyjazd to dla mnie klęska, jasną było rzeczą, że ta klęska

musi nastąpić.

O tym, że przemyśliwałam nad zamordowaniem jego żony, oczywiście nie wiedział.

Nie przyznałam się, udawałam, że ją toleruję. Znalazłam nawet sposób na popełnienie

zbrodni doskonałej, istnieje taki. Jeśli ktoś zabije kompletnie obcego człowieka nagle,

bez żadnych przygotowań, waląc kamieniem w globus na bezludnej ulicy, ten kamień

zabierze ze sobą i wrzuci do Wisły, pozostanie bezkarny. Nie ma takiej siły, która

by go znalazła, brak powiązań, brak śladów, brak motywu. Mogłam zaczaić się w ciemnej

ulicy, użyć młotka, bo kamień trochę nieporęczny, uciec od razu, młotek pirzgnąć

przez barierkę na moście... albo lepiej z brzegu, na moście może mnie ktoś zobaczyć.

Powiązań żadnych, nie spotykałyśmy się, dwa razy ją widziałam przypadkowo i skorzystałam

z okazji, żeby się jej porządnie przyjrzeć. Łatwe to było, urodą rzucała się w oczy.

Śladów też nie zostawię, tyle co zelówki na zadeptanym chodniku, a mogę włożyć stare

buty po mężu i również utopić je w Wiśle, nie mówiąc już o tym, że na każdej ulicy śladów

ludzkich zatrzęsienie...

14

Szkopuł leżał w motywie, przy dużym wysiłku dałoby się do mnie dotrzeć. Kto miał

ją zabić, jak nie rywalka? No i, poza wszystkim, wzdragałam się zrobić to świństwo

Grzegorzowi, kochał ją, byłby nieszczęśliwy. Zrezygnowałam z czynu, nawet o młotek

się nie postarałam, pozostawiłam sobie tylko ponętną myśl.

Po tym roku rzeczywiście wyjechał. Do kretyńskiego Damaszku...

Stałam za siatką na Okęciu w zimowy wieczór, a samolot już warczał. W milczeniu,

bez słowa, patrzyłam, jak z ciemnego nieba malutkimi srebrnymi płatkami pada śnieg.

Jak pada na ten wielki, oświetlony, warczący samolot, na czarną płytę lotniska i na moje

złamane serce...

Nie zadzwoni mi więcej do drzwi, nie usiądzie w fotelu przy stoliku, nie naleję mu

już nigdy herbaty...

* * *

Oderwałam się od wspomnień na samym końcu tego odcinka autostrady, gdzie

dla rozrywki kierowców powtykali w zbocza wykopu kolorowe figury geometryczne.

Moim zdaniem za mało jaskrawe, powinni im dowalić więcej czerwonego. Nic się nie

działo, samochód sam jechał. Deszcz już od rana nie padał, przyświecało słońce.

Zapaliłam papierosa, wymacałam w torbie portmonetkę i wyciągnęłam ją na

wierzch, bo w perspektywie miałam któryś tam kolejny pejaż. Za te ich drogi gotowa

byłam płacić ze śpiewem na ustach, mignęła mi nawet myśl, czyby nie wydawać okrzyków

w rodzaju „vive la France!”, „mille remerciements!” i tym podobnych, ale pohamowałam

się, bo i tak nikt by mnie nie usłyszał, szczególnie w pejażach automatycznych.

Zaraz za odcinkiem z figurami dogoniłam jakiś dziwny pojazd. Nie tyle może dziwn

czu p o s złe t a i r a w y jn cza y zw t ył ż o , udziło n się e n w e p za c w r ie . ” u ch

y, ile

K

jad

o

ący

y

osobliwie, slalomem prz

a m

ez trzy

e b

pasm

o

a, jak Ives Montan

,

d w „C

am

enie

o

stra-

-

cie odpadało, slalom wykonywał bardzo sprawnie. Zwolniłam na wszelki wypadek.

Postanowiłam wyprzedzić go bezpiecznie, ostrym zrywem, bo diabli wiedzą, co takiemu

mogłoby wpaść do łba, wymyśli sobie, na przykład, zajeżdżanie jako świetny dowcip...

Wyczekałam momentu, kiedy zawinął w prawo, i dmuchnęłam trzecim pasem. To

był peugeot. W lusterku ujrzałam, że wyraźnie się ucieszył, poniechał rozrywki i ruszył

za mną. Dokitowałam. Miał większe możliwości niż moja mała toyota, ale zdążyłam

odskoczyć i wydusiłam z niej te sto pięćdziesiąt pięć, niech sobie leci sto osiemdziesiąt,

skoro mu to przyjemność sprawia, zawsze trochę potrwa, zanim mnie dojdzie.

Z prawej pojawiła się informacja o pejażu za parę kilometrów, toyota doszła do stu

sześćdziesięciu, trochę niechętnie pogodziła się z sytuacją, peugeot się zbliżał, przeniosłam

się na środkowy pas, udając, że daję mu drogę, i poczułam się pewniej, bo przed

nami już coś tam zwalniało. Peugeota postanowiłam się pozbyć, nie lubię znudzonych

głupków, a prawdziwych wariatów boję się śmiertelnie. Walić takiego w łeb z zaskoczenia...?

Niehumanitarnie. A łagodność może okazać się zgubna.

15

miejsce za jakąś furgonetką, chociaż boksy obok były wolne. Zdecydowałam się zwłóczyć,

podałam banknot, pięćdziesiąt franków, chociaż miałam drobne. Panienka wyrzuciła

resztę zbyt sprawnie, jak na moje potrzeby.

pewności, że czeka na mnie. Idiotyzm. Nigdy takich obsesji nie miałam, sensu w tym zapewne

nie było za grosz, co mnie w ogóle obchodzą ci inni, a teraz ni z tego, ni z owego

głupota się we mnie zalęgła. Nie spodobało mi się jego towarzystwo na autostradzie.

Czeka... A proszę bardzo, niech czeka do uśmiechniętej śmierci.

Zjechałam w prawo, na sam skraj poszerzenia, i zatrzymałam się. Miałam prawo trochę

tu postać. Wysiadłam, zajrzałam do bagażnika, zajrzałabym i pod maskę, gdyby nie

to, że zapomniałam, jak się ją otwiera. Wsiadłam z powrotem i uparłam się symulować

jakieś zajęcie. No, książki przecież czytać nie zacznę... A, prawda, listy...!

Spojrzałam za peugeotem, który powoli oddalał się prawym pasem, i zaczęłam szukać

napoczętej Wystrasz Heleny. W kieszeni na drzwiczkach jej nie było, zaniepokoiłam

się, zastanowiłam, znów wysiadłam i znalazłam ją pod fotelem, odrobinę przydeptaną,

ze śladami błota. Jak ja to zrobiłam...? A, na granicy przecież, zapewne w pośpiechu nie

trafiłam w kieszeń. Dobrze jeszcze, że nie wykopałam jej przypadkowo w Stuttgarcie.

Zaczęłam czytać od razu dalszy ciąg.

„...Jest jedna taka i ona panią nienawidzi. Ja wiem, dlaczego ona panią nienawidzi.

Bo ona myśli, że pani wszystko wie. Oni w ogóle myślą, że pani mu to ukradła już dawno,

temu swojemu. Albo muszą to zabrać, albo panią zabiją, bo myślą, że tylko pani wie,

a tymczasem nie wiedzą, że ja też wiem. I sama pani nie wie, co pani ma, a jak się pani

połapie, to dopiero będzie. I o zbrodni wiem ja tu pani podaję, gdzie będę, bo adresu

i telefonu to ja się boję. W każdy piątek o szóstej godzinie będę w kościele w Grójcu,

w pierwszej ławce od chrzcielnicy, na samym końcu w prawo, i ta osoba, co tam siedzi,

to będę ja. Księdzu się wyspowiadałam. A pani wszystko powiem, bo to straszne swoło-

Peugeot mnie doszedł, ale przegroda finansowa już była przed nami.Wybrałam sobie

cze. Z poważaniem. Wystrasz Helena. PS. A ten list to niech pani spali”.

Peugeot mógł dotrzeć nawet do Madrytu, albo i do Lizbony, porzucając nadzieję na

moje towarzystwo. Zbaraniałam gruntownie i zdolność czynienia jakichś gestów utraciłam

całkowicie.

W wielkim skupieniu przeczytałam list drugi raz, potem trzeci. Niewiele mi to dało,

nadal nic z tego nie mogłam zrozumieć. O co tej babie chodziło? Czy to w ogóle do

mnie...?

Odwróciłam jednostronnie zapisaną kartkę i pozbyłam się wątpliwości. Z tyłu wid-

Peugeot przejechał obok bez żadnych przeszkód, ruszył wolniutko i nagle nabrałam

niało jak byk: „Do pani J. Chmielewskiej”.

A jednak należało przeczytać korespondencję od razu! Piątek wypada, zdaje się, pojutrze...?

Co jest dzisiaj, wtorek czy środa...? Wszystko jedno, mogłam opóźnić wyjazd

o parę dni, udać się do Grójca, pójść do kościoła, znaleźć facetkę i spytać, w czym dzie-

16

ło. Teraz jestem we Francji i zawracać nie będę, zostawiłam za sobą deszcz i roboty drogowe...

Zresztą, piątków przed nami zatrzęsienie, nie wyjechałam na rok, wyjaśnię sprawę

po powrocie, a listu nie będę palić, tylko przeciwnie, schowam starannie, bo przestałabym

wierzyć w jego treść.

Wstąpiło we mnie coś, co skłonna byłam uważać za głęboki rozsądek. Schowam...

Miałam duże doświadczenie życiowe. Nie daj Boże schować coś tak, żeby było łatwo

znaleźć, z reguły ginie na lata. Schować byle jak... też źle, nie wiadomo, gdzie szukać, zapomina

się. Najlepiej tam, gdzie człowiek często sięga, włożę do bocznej kieszeni torby,

mam tam plan Paryża, i różne mapy, będzie mi wpadało w rękę. Przy okazji wyjmę plan

Paryża, lada chwila stanie się bezcenny.

Wysiadłam ponownie, otworzyłam bagażnik, z wysiłkiem dostałam się do zewnętrznej

kieszeni torby, ustawionej idiotycznie, tyłem do przodu, wygrzebałam plan Paryża,

wetknęłam list i porządnie zasunęłam błyskawiczny zamek. Już miałam zamknąć klapę,

kiedy nagle uświadomiłam sobie, że mam tu czegoś za dużo. Wstawiłam tylko torbę,

wielką i pękatą, inne drobiazgi wrzuciłam na tylne siedzenie, tymczasem torbie jest

ciasno, bo razem z nią leży coś jeszcze. Olbrzymia reklamówka, wypełniona jakby arbuzem,

co to jest, na litość boską...?! Zrobiłam jakieś zakupy i zapomniałam o nich? Może

mi się tam coś rozmroziło albo nawet zaśmiardło...?

Tknęły mnie razem, ciekawość i niepokój. Nie będę przecież wiozła zaśmiardłego

żarcia do paryskiego hotelu, wyrzucę po drodze do byle którego śmietnika w pierwszej

napotkanej stacji benzynowej. Trzeba zajrzeć...

Rozchyliłam pozaginaną reklamówkę i zajrzałam. I skamieniałam na dość długo.

Chryste Panie...!!!

Spojrzała na mnie ludzka głowa.

* * *

Stałam jak słup i nie wierzyłam własnym oczom. Potem coś we mnie ruszyło i mignęła

mi trzeźwa myśl, że tego nie kupowałam z pewnością. Następnie, zanim zrobiło

mi się niedobrze, rozpoznałam głowę.

To była ta facetka z katastrofy pod Łodzią, ta, która pełzła, kazała mi uciekać i miała

na imię Helena. Blade, niebieskie oczy, szerokie brwi i krwawa pręga od skroni aż do

brody.

Wystrasz Helena...

Z wysiłkiem tłumiąc niemiłe objawy fizjologiczne, delikatnie zawinęłam wierzch torby

i zatrzasnęłam bagażnik. Na miękkich nogach podeszłam do drzwiczek i usiadłam za

kierownicą. Soli trzeźwiących nie miałam, pod fotelem telepała się mała puszka piwa,

sięgnęłam po nią, chlupnęłam sobie i zapaliłam papierosa. Piwo było letnie, dostarczyło

mi wstrząsu, który nieco zrównoważył ten poprzedni.

17

Myślałam w kolejności następującej:

Nie zakup, ale też się zaśmiardnie, słońce grzeje. Co mam z tym zrobić? Zrealizować

pierwotny zamiar i upłynnić w śmietniku...? Jakoś głupio... Wozić ze sobą, aż wrócę do

kraju...? To chyba w lodzie, bo skąd bym wzięła formalinę, zresztą, formalina też śmierdzi.

Oddać policji...? Rany boskie, a cóż za chryja z tego wyniknie...?!

Kiedy i gdzie...? Skąd się wzięła, na litość boską, kiedy i gdzie ktoś mi ją wepchnął,

sama przecież nie weszła! Jadę jednym ciągiem, na stacjach benzynowych, płacąc w kasie,

samochód miałam na oku! Zaraz, na noclegach... Jeden w Bolesławcu, drugi w Stuttgarcie,

ale przecież to bydlę wyje alarmem, że na serce można umrzeć, wszędzie parking

strzeżony, w Bolesławcu okno miałam od tamtej strony, widziałam samochód, usłyszałabym

wycie! Cały hotel by usłyszał!

Czy ja go w ogóle zaalarmowałam...?

Przejechać pół obcego kraju z ludzką głową w bagażniku, co za radość, niezły prezent

wiozę Grzegorzowi, nie daj Bóg jeszcze mnie z tym złapią, czy ona jest aby na pewno

prawdziwa? Bo może sztuczna, doskonale podrobiona...?

Doznałam drgnięcia nadziei, wysiadłam, odetchnęłam głęboko i otworzyłam bagażnik.

Z determinacją rozchyliłam torbę. Mobilizując wszystkie siły ducha przyglądałam

się w skupieniu przez długą chwilę, od pomacania mnie odrzuciło. Nie, niemożliwe, nikt

by nie zrobił czegoś takiego, musiała być prawdziwa. Będzie mi się śniła po nocach...

Znów wsiadłam do samochodu i pomyślałam, że ktoś wreszcie zwróci na mnie uwagę.

To nie jest miejsce na parking, zatrzymać się owszem, ale nie sterczeć w nieskończoność!

Odjechać stąd, rany boskie, zastanawiać się mogę na każdym innym odcinku trasy!

O peugeocie zapomniałam kompletnie, chociaż to on był przyczyną, dla której dokonałam

oględzin. Przestał mnie obchodzić, nie było go już zresztą widać na horyzoncie.

Ruszyłam. Puszka piwa przewróciła się i trochę napoju wylało mi się na nogi. Zaczęła

się turlać. Nie znalazłam innego wyjścia, jak tylko wypić resztę, a potem niech się turla

skolko ugodno. Samochód i autostrada współdziałały ze sobą beze mnie, nadal mogłam

myśleć.

Wszystkie możliwe komplikacje towarzyszące chwilowo przerastały moje siły, odcięta

ludzka głowa w bagażniku, w obcym kraju, o święci patroni...!

Zajęłam się stroną techniczną i wysiliłam pamięć. W Bolesławcu alarm włączyłam,

tak, to było pewne. Przypomniałam sobie ów moment, podręczne torby uwiesiłam na

sobie, obejrzałam się jeszcze dla sprawdzenia, czy zgasiłam światła, alarm akurat błysnął.

Mowy nie ma, żeby ktoś dotknął samochodu bez przeraźliwego wycia, Bolesławiec

odpada.

Na granicy... Rany boskie, na granicy zostawiłam to pudło otwarte, okna i drzwiczki,

latałam jak z pieprzem po cholerną zieloną kartę, żeby ją szlag trafił. Jacyś ludzie pętali

się obok, facetka w żółtych spodniach z dzieckiem, wykluczyłam ją, dzieci miewają

18

dziwne zabawki, ale do ludzkich głów chyba jeszcze nie doszły. Ktoś mógł otworzyć mój

bagażnik bez hałasu, zaraz, on się otwiera kluczykiem, no i co z tego, kluczyk dla takich

różnych to mięta z bubrem, mógł otworzyć, wepchnąć torbę i cześć. Pięć sekund. Nikt

na niego nawet nie spojrzał, każdy myślał, że gmera przy własnym samochodzie, kto by

gmerał przy cudzym, właściciele na ogół pilnują. W dodatku moje dokumenty z paszportem

na czele leżały na tablicy rozdzielczej, z daleka widoczne, niemożliwe, żeby normalny

człowiek zostawił wszystko w otwartym samochodzie i oddalił się w Pireneje.

A otóż, okazuje się, możliwe. Albo też nie jestem normalnym człowiekiem, ale informacji

w tej kwestii na plecach nie noszę. No nic, granica owszem, wchodzi w grę.

A jak było w Stuttgarcie? O Boże, jeszcze gorzej! Do znajomej dziewczyny trafiłam

od tyłu, mała uliczka w zieleni, samochodu nawet nie zamykałam, poszłam szukać numeru

domu, znalazłam od razu, ale witałam się, trochę to potrwało, „niech ja może zamknę

samochód” — takie słowa wypowiedziałam osobiście! Znaczy, był otwarty! Ale za

to ruchu tam nie było żadnego, nic nie jechało, nikt się nie plątał... Chyba że mnie śledzono,

załóżmy takie kretyństwo, ktoś patrzył z daleka, zniknęłam w głębi ogródka i we

wnętrzu domu, podjechał, nie traktorem przecież... Przejeżdżał z cichym szmerkiem,

przyhamował, podrzucił suwenir i zmył się. Znów pięć sekund. A było prztykać alarmem,

lekkomyślna idiotka...!

No dobrze, jeszcze hotel zostaje. Znajoma dziewczyna pojechała ze mną, wskazując

drogę, zaparkowałam na zapleczu, zamknąć, z pewnością zamknęłam, a co z alarmem?

Włączyłam go czy nie? Żeby mnie kto zabił, nie zdołam sobie przypomnieć! Nazajutrz

odjeżdżałam, prztykałam, majaczy mi się, że dwa razy, czyli nie był włączony, włączyłam

i wyłączyłam, ciągle mam w oczach te błyskające światła, ale wizja pewności mi nie

daje. Może ta dziewczyna będzie pamiętała, przyleciała do mnie o poranku, razem poszłyśmy

na parking...

Jeśli przez całą noc stało to pudło na zapleczu hotelu, nie zaalarmowane, z ulicy dostępne

bez przeszkód, można było zrobić, co się chciało, i wepchnąć mi tam tysiąc głów.

No nie, tysiąc by się nie zmieścił. Zawracanie głowy z pięcioma sekundami...

Zadzwonię do niej i zapytam.

Była to w końcu jakaś decyzja, podjąwszy ją, doznałam ulgi. Na jedną sekundę.

W drugiej sekundzie rzuciło się na mnie przypomnienie, że wykrycie gdzie i kiedy mi

tę Helenę podrzucono, wcale nie rozwiązuje sprawy i nie udziela odpowiedzi na pytanie,

co, do diabła, mam z nią teraz zrobić!

Nad tym musiałam się zastanowić naprawdę porządnie i możliwie szybko. Nagle

stwierdziłam, że już prawie dojeżdżam do Paryża, co za cholera jakaś, dlaczego tak

wcześnie?! Rozejrzałam się, wpadła mi w oko wielka stacja benzynowa z szykanami,

zjechałam w prawo, skręciłam. Znalazłam na parkingu odosobnione miejsce w kącie.

19

Na myśl, że jadę na spotkanie z mężczyzną życia z ludzką głową w bagażniku, coś mi

się zrobiło. Dostałam histerycznego ataku śmiechu. Przechyliłam się, wepchnęłam twarz

w fotel pasażera, wyłam, piałam, płakałam i nie mogłam się uspokoić. Podkręciłam szybę,

żeby mnie nie było słychać, ale i tak jakiś człowiek przyglądał mi się z zainteresowaniem

z odległości kilkunastu metrów. Nie mógł chyba odgadnąć, że tak reaguję na kawałek

trupa...?

Przeszło mi wreszcie, usiadłam normalnie. Zdołałam się skupić.

Rozwiązanie najprostsze: wyjąć torbę i wrzucić do kosza na śmieci. Nie tu, tu zostałam

zauważona. W następnej stacji, na następnym parkingu, gdzie spróbuję się niczym

nie wyróżnić.

Znajdą tę głowę i co będzie dalej? To jest kraj cywilizowany, przeprowadzą dochodzenie.

Może po torbie odgadną, skąd głowa pochodzi, a może po zębach, ta czołgająca

się Helena nie wyglądała mi na kogoś, kto zęby robi w Kanadzie albo w Szwecji.

Dokonają zabiegów kosmetycznych, zdjęcia opublikują w mediach, może już jutro czy

pojutrze. I co, mam siedzieć cicho? Nie zgłaszać się i niech sobie dojdą do wniosku, że

są to porachunki terrorystyczne, można i tak, ale w ten sposób rzecz się nigdy nie wyjaśni,

a taki efekt wcale mi się nie podoba. Poza tym mogą jednak trafić do mnie, sprawca,

na przykład, na mnie doniesie, ten, który ją podrzucił. W rezultacie pójdę siedzieć

we francuskim kryminale.

Niedobrze. Jeśli w ogóle miałabym się zgłaszać, to bez wygłupów, razem z dowodem

rzeczowym.

Zgłosić się zatem. Francuskiej policji powiedzieć, że sama im ten prezent przywiozłam

i może to być niejaka Helena Wystrasz, Helena z pewnością, a co do Wystrasz,

świetne nazwisko dla cudzoziemców, pokazać im list...? Tożsamość nadawczyni z ofiarą

katastrofy jest moją prywatną dedukcją, podejrzeniem, natchnieniem, sugestią duszy,

ponadto list zawiera informacje zagadkowe, dla tych tutaj nie do pojęcia. Szczerze mówiąc,

dla mnie też...

Najrozsądniej byłoby zgłosić się, owszem, ale u nas, w Polsce. Przy okazji wyjaśniłaby

się ta dziwna zmiana praw fizyki w katastrofie. List... List na wszelki wypadek mogłab

ko: „Ja jestem Helena Wystrasz”. A diabli zresztą wiedzą, czy to rzeczywiście Helen

l ” a n e H m t e j a ie: iła. a y w j e , ć dzie ie w o p ą e zr ę g o ą, a zn i m a s ie b so

ym ukryć, przy

jd

na

m

jmniej do

szt

chwili, kiedy go

ż

zro

e

zum

j

ie

w

m. N

N

azwi

„J

sko o

s

w

e

ej Hele

le

ny n

,

ie

ty

ch

a

-

Wystrasz, ale gliny tam już były, znaleźli ją przecież, może także dokumenty... Zaraz,

rany boskie, ale ona była zwyczajnie poszkodowana w kraksie, wszystkie części anatomii

miała przy sobie, skąd ta głowa oddzielnie...?!

Zaczęło mi się wydawać, że też mam głowę oddzielnie, mąciło mi się w niej. Dobra,

zawieźć ją z powrotem do kraju. Jak...?!!! W lodzie...?! I gdzie trzymać...?!!!

20

Zmobilizowałam się z dużym wysiłkiem. Postanowiłam, primo, nie wyrzucać jej do

śmieci od razu, a secundo, poradzić się Grzegorza. Może to dość niezwykły temat rozmowy,

jak na spotkanie po dwudziestu latach, ale na to już nic nie poradzę...

* * *

Wielokrotnie w odległej przeszłości udzielał mi pomocy i rady. Najistotniejsza zawarła

się w jednym zdaniu.

Z dziką siłą rzuciły się na mnie wspomnienia jeszcze wcześniejsze.

Z Bliskiego Wschodu zaczęły przychodzić listy, odpisywałam oczywiście, korespondencja

jakoś nie ginęła i docierała do adresatów przyzwoicie, nikt jej nie otwierał i nie

przeglądał. Grzegorz pisał różne rzeczy, aż kiedyś wreszcie dostałam list nietypowy i absolutnie

przerażający.

„...Tylko od Ciebie mogę dowiedzieć się prawdy. Mąż zazwyczaj dowiaduje się ostatni,

zdaje się, że i u mnie nastąpiło to zjawisko. Dobiegły mnie głupie wieści o Halinie,

mogą to być złośliwe plotki, ale nie wykluczam prawdy. Wspólnych znajomych miasto

pełne. Po co mam tu lać po mordzie rozmaitych dowcipnisiów, jeśli przypadkowo mają

rację... liczę na to, że opanujesz temat i doniesiesz fakty. Nikt inny tego nie zrobi i nikogo

innego nie mam ochoty włączać. Nie wątpię, że mnie zrozumiesz...

Dreszcze mi wtedy przeleciały po krzyżu. Kręciłam już, o ile jest to właściwe słowo,

z moim drugim mężem, który szalał za mną prawie z wzajemnością, a Grzegorza

z bólem serca spisałam na straty. Rozumieć, znów rozumiałam go doskonale, jakoś tak

się składało, że uporczywie rozumieliśmy się wzajemnie, nic gorszego niż niepewność

i okropne podejrzenia, ale żebym to ja właśnie miała go zawiadamiać o zdradach ukochanej

żony...?! No nie, szczyt perwersji! Złapanie jej na orgii z sotnią kozacką sprawiłoby

mi przyjemność niebotyczną, to fakt, musiałabym jednakże sfilmować gorszące sceny,

bo samo słowo nosiłoby znamiona odwetu. Chęć wświdrowania się na jej miejsce

mogłaby niby odpaść ze względu na drugiego chłopa, ale kto wie, może jednak...? Poza

tym do osób, udzielających tego rodzaju informacji sympatii się nie czuje, zacznę mu się

trwale kojarzyć ze zdradą i nieszczęściem, tego mi akurat brakowało! W głębi sumienia

obiektywizmu nie czułam.

Powahałam się trochę, ustawiłam się na jego miejscu, szarpnęłam sobą i zdecydowałam

się chociaż przeprowadzić rozpoznanie.

— Halusia po Grzesiu bardzo się pociesza — powiedziała kąśliwie jej najlepsza

przyjaciółka. — Ja uważam, że ona jest świnia, ale Grzegorza zawiadamiać nie będę.

W tydzień po jego wyjeździe dokonała spostrzeżenia, że nie lubi sama spać, nie wie dlaczego,

a jeden aktor już stojał u drzwi. Nie mojej babci piegi.

Znaczy, piegowata zrobiła się moja babcia, nie wiadomo która, obie nie żyły.

Przyjaciółka, jak normalna kobieta, mogła przesadzić, dyplomatycznie napoczęłam

kumpli. Jeden, najlepiej zorientowany, odpadł w przedbiegach, bo czcił Halusię ni-

21

czym świętość, przerastając niemal Grzegorza. Chodzili razem do szkoły i kiedyś tam,

w cudowny sposób, uratowała mu życie, nawet ta sotnią kozacka nie dałaby mu rady.

Znalazłam jego wroga i wysunęłam podstępną supozycję.

— On? — odparł wzgardliwie na moje insynuacje, od których mnie samej robiło się

mdło. — On by ją ustawił na ołtarzu i modlił się klęcząc, a jej nie tego potrzeba. Sypia

z całym miastem.

— Ze mną też spała. Dama z temperamentem. Jako dżentelmen, mógłbym to ukryć,

ale i tak wszyscy wiedzą, bo ona nie dżentelmenów na ogół wybiera. Myślisz, że taki osiłek,

co skrzynki z owocami babie na straganie nosi, okaże takt i umiar?

— O Boże! — krzyknęłam w oszołomieniu, dziko i absolutnie uczciwie. — Pokaż

osiłka! Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę, może on coś w sobie ma?!

— Głupia jesteś czy co? Pewnie że ma i może nawet dużo. Nie mam co robić, tylko

latać za rębajłą, sama go sobie oglądaj. Na Tamce, zaraz za Cichą. Albo przed Cichą, zależy,

z której strony patrzeć.

Pojechałam na Tamkę i obejrzałam amanta. Faktycznie, piękny, młody byk, z wyraźną

przewagą opakowania nad zawartością. Pięćdziesiąt kilo przestawiał jedną rączką,

jakby to było pudełko zapałek, zaleta u mężczyzny nie do kwestionowania. Nie uzyskałam

konkretnej informacji co do czasu, sypia z nim Halusia obecnie czy sypiała

przed paroma miesiącami, postanowiłam to stwierdzić naocznie, zakotwiczyłam się na

Tamce.

Miałam fart, wystarczyło jedno popołudnie. Baba skończyła handel, zapakowała się

na furgonetkę, Halusia podjechała samochodem i zabrała chłopca jak stał. Może wiozła

go do szkoły wieczorowej...? Nie, nie do szkoły, do swojego domu. Wiedziałam przecież,

gdzie Grzegorz mieszkał, nawet nie musiałam trzymać się jej zderzaka, z daleka patrzyłam,

jak wysiadali. Zdobyłam się na cierpliwość, mój samochód na szczęście nieźle

grzał, doczekałam godziny drugiej w nocy i wróciłam do domu.

List do Grzegorza napisałam suchy i ostrożny. Przekazałam zdobytą wiedzę bez komentarzy

własnych. Pozwoliłam sobie tylko na ostatni akapit:

„Wiem doskonale, że za takie komunikaty można człowieka znienawidzić, i w związku

z tym narażam się na wielkie uczucia z Twojej strony. Trudno, wola boska. Ja, na

Twoim miejscu, wolałabym to wszystko wiedzieć, a każdy sądzi według siebie. Przez

— Co ty powiesz? — zdziwiłam się autentycznie i szczerze. — Myślałam, że sobie rookna

Twojego domu do środka nie zaglądałam”.

bię ordynarny dowcip! Skąd wiesz?

W odpowiedzi Grzegorz przysłał jedno słowo, „dziękuję”, po czym trochę pomilczał.

Dosyć długo pomilczał.

Było mi to nawet na rękę, ponieważ mój drugi z kolei wspólnik życiowy okazywał

dziką zazdrość o przeszłość. Świat pękał w szwach od moich poprzednich gachów

22

i każdy list mógł od takiego parszywca pochodzić. Tolerował wyłącznie istnienie byłego

męża, reszta została mi wzbroniona wstecznie. Widząc w tym dowód miłości nadprzyrodzonej,

nie protestowałam zbytnio, a Grzegorza ukrywałam starannie.

Szczęśliwie się złożyło, że pisało do mnie jeszcze dwóch znajomych chłopców z Iraku

i jeden kolega z Maroka, kiedy zatem przestał wreszcie milczeć, jego korespondencja

zginęła w tłoku. Zawiadamiał mnie, że przyjeżdża na urlop, ryzykując średnio, bo

kontrakt ma pewny, Halusia o tym nie wie. Postara się zdążyć na początek czerwca, kiedy

u nas okres urlopowy dopiero się zaczyna, najdroższą żonę zatem ma szansę zastać

w pracy. Niech się dowiem, na litość boską, kiedy ona wybiera się w plenery. Zadzwoni,

odpowiem mu przez telefon, bo listownie nie zdążę.

Dowiedziałam się bez trudu, nikogo nie angażując, pracowała bowiem w przychodni

zdrowia, gdzie urlopy lekarskie zostały wystawione na widok publiczny dla wygody

pacjentów. Miało jej nie być w sierpniu.

Poczekałam spokojnie, jakie tam spokojnie, w najwyższym stopniu nerwowo, dzikie

sztuki czyniąc, żeby w czerwcu być okropnie zajęta i przypadkiem nigdzie nie wyjechać.

Zdobyłam informację o terminach przylotów z Damaszku i warowałam przy telefonie,

bo o wyjeździe na lotnisko o jedenastej wieczorem mowy nie było. Nie mieszkałam

sama.

Grzegorz zadzwonił z Okęcia.

— Cześć, moja miła — powiedział. — No i co?

— W sierpniu — odparłam na to, trzeba przyznać, że lakonicznie.

— Dziękuję.

I odwiesił słuchawkę.

Mój aktualny pan i władca nie omieszkał rzucić się na mnie. Kto dzwonił, dlaczego,

o co mu chodziło, o tej porze...?!

— Janusz — odparłam. — Spytał, kiedy Witek idzie na urlop. Przypadkiem wiem,

powiedziałam, że w sierpniu, powiedział „cześć” i wyłączył się. I tyle.

— Nie mógł jutro?

— Nie wiem. O Jezu. Widocznie nie mógł, może się akurat umawia na spływ kajakowy

z dziewczyną, opanuj się, ja go i tak widuję codziennie w pracy!

— I wcale mi się to nie podoba...

Moje aktualne nieszczęście polegało na wielkim szczęściu. Obdarzona byłam uczuciami

potężnymi, zazdrość zazdrością, ale oprócz tego słyszałam przez szesnaście godzin

na dobę, a nawet więcej, bo dzwonił do pracy, że słuchaj, ja cię kocham, nie ma

dla mnie życia bez ciebie, ty mnie zaledwie tolerujesz, trzydzieści pięć lat szukałem takiej

kobiety jak ty (cholera, zaczął nazajutrz po urodzeniu...?), jesteś dla mnie jedna na

świecie, dostałem szału na twoim tle, stracę cię, nie zniosę tego i tak dalej. Poza głupim

gadaniem, urok miał ogromny, ogień z niego tryskał ku mnie wręcz wulkaniczny,

23

wyrzekłabym się własnej płci, gdyby mnie to nie chwytało za wszystko, ze Związkiem

Radzieckim na czele. Pardon, chciałam powiedzieć z sercem. W dodatku pokochało go

dziecko, które miałam z pierwszym mężem. Zaklopsowana byłam radykalnie.

Metodą wyszukanych podstępów udało mi się spotkać z Grzegorzem, oczywiście

w godzinach pracy, i całe szczęście, że dysponował samochodem, który wydarł Halusi.

Śmiesznie nam się zmienia. — zauważył, jadąc w kierunku Puszczy Kampinoskiej.

— Coś tam kiedyś o mnie mówiłaś, teraz mogę chyba powiedzieć to samo o tobie.

Kochasz go?

— Nie wiem — odparłam uczciwie. — Mam do niego słabość i dużo upodobania.

Wierzę w trwałość uczuć, gdyby zaczęły gasnąć, za jakie dwa wieki dojdą do zera. To

cenne.

Kretynka.

— Jestem ostatnim człowiekiem na świecie, który chciałby ci bruździć. Co chyba nie

przeszkadza...?

Owszem, przeszkadzało. Z natury byłam zawsze monogamiczna, a w dodatku brakiem

zaufania tego swojego szaleńca czułam się urażona i właśnie na złość uparłam się

wytrwać w wierności. Nie wyznałam prawdy.

— Nie ma warunków — zwróciłam mu uwagę. — Wszędzie ludzie.

— Masz rację. Szkoda...

Chciałam się dowiedzieć, jakie ma plany i czy ten przyjazd mu nie zaszkodził.

Mgliście słyszałam o jakichś podstępnych knowaniach, ktoś tam podobno podkładał

mu świnię.

— Nie — odparł. — Tym razem nic mi nie zrobią ze śmiesznego powodu. Jeden

z wielbicieli mojej żony ma na to wpływ i wcale sobie nie życzy mojej obecności w kraju,

wyobraża sobie głupio, że mógłbym mu przeszkadzać w amorach. Wracam na kontrakt

i mogę cię zapewnić, że noga moja nie postanie tu, a Halusi tam. Wkrótce odzyskam

równowagę i niczego tak nie żałuję, jak tego, że jesteś zajęta.

Szarpnęło mną. Prawie zabrakło mi tchu i słowa jednego nie zdołałam z siebie wydusić.

Po jaką cholerę straciłam nadzieję na niego i dałam się poderwać, po jaką cholerę

zrobiłam z tego trwały związek, po jaką cholerę tak idiotycznie zagmatwałam się

w uczuciach, nie rzucę się przecież w ślady Halusi, nie wystawia się rufą do wiatru kochającego

człowieka! Szlag żeby to trafił, coś tu chyba straciłam nieodwołalnie...

Ogólnie Grzegorz był raczej w złym nastroju i kapała z niego gorycz. Zaangażował

adwokata, założył sprawę rozwodową i odjechał. Halusia podobno rozpaczała, ale bardziej

była wściekła, bo dała się złapać in flagranti.

Wróciła łączność korespondencyjna. Ostatni list, jaki dostałam z Bliskiego Wschodu,

był odpowiedzią na mój jęk rozpaczy i zdołał zatrzymać skromne resztki porzucającego

mnie rozumu.

24

Moja sielanka trwała jeszcze nie dwa wieki, tylko dwa lata, po czym gwałtownie

zmieniła oblicze. Znalazłam się w sytuacji nie do przyjęcia i nie umiałam się z niej wygrzebać,

utonęłam w nerwicy i straceńczych pomysłach.

i zakopywać się w Brzanie Dolnej, niech on się wyniesie! A jeśli już musisz ty, to przynajmniej

wybierz rozsądniejsze miejsce. Masz kontakty w Europie, wykorzystaj je, jedź

na saksy! Może się spotkamy...

Te kilka słów okazało się bezcenne, nagle oprzytomniałam, zaczęłam załatwiać sprawę.

Załatwiłam, aczkolwiek nigdy nie zdołałam zrozumieć, dlaczego nie udało mi się jechać

do Francji, gdzie miałam zapewnione miejsce pracy, tylko do Danii, gdzie ugrzęzłam

psim swędem. Kontakt z Grzegorzem urwał się na długo. Dostałam wreszcie jakąś

informację, że siedzi w Paryżu, dostałam nawet jego adres, napisałam, korespondencja

znów nam ruszyła, po czym nagle przysłał mi dziwne słowa.

„Opamiętaj się — pisał Grzegorz. — Po cholerę masz zostawiać mieszkanie łobuzowi

„Nie mogę dostawać listów od Ciebie. Wyjaśnię osobiście”.

Krążyłam już wtedy między Danią i Polską, sprawy prywatne rozwikłałam pomyślnie,

eks-wielbiciela pozbyłam się definitywnie. Osobliwa wiadomość od Grzegorza

zgniewała mnie, należał mi się urlop, pojechałam na tydzień do Paryża. Zadzwoniłam,

spotkaliśmy się, na jego widok zrobiło mi się ciepło na sercu, on zaś powiedział „cholera”

i wziął mnie w tak zwane objęcia, z tym że miejsce należało do mnie, hotelik na rue

de la Douane, gdzie wynajęłam pokój.

No i wyszło szydło z worka. Ja byłam wolna, ale za to on miał drugą żonę. Szlag mógł

człowieka trafić. Dopadła ta idiotka moich listów, Francuzka, ale znała polski język doskonale,

nie wiem, po co Grzegorz te listy zachował, było wyrzucić... Dostała amoku,

świat zaczął się dla niej składać z jednej kobiety i tą kobietą byłam ja. Grzegorz poprzysiągł

wierność pod tym jedynym względem, znów mu na niej dziko zależało, jej na nim

też, zazdrość prezentowała tygrysią, a jego to bawiło ogromnie. Mogłam wydedukować,

że chude lata w Syrii padły mu na mózg i słowa nie powiedziałam, bo nader niedawno,

można powiedzieć dopiero co, mnie tak samo zachwycała zazdrość faceta i też upierałam

się być mu wierna. Kogo Pan Bóg chce skarać, temu rozum odbiera...

No i cześć, urwało nam się. Odpadały nawet telefony do pracy, bo kuzynka tej pantery

była sekretarką w pracowni Grzegorza i co gorsza, również znała język polski. Także

angielski. Poliglotka, psiakrew. Z zaciętością i satysfakcją śledziła każde jego słowo, korespondencję

prywatną miał prawo otrzymywać od brata i nikogo więcej, wypisz wymaluj

jak ja przed półtora rokiem. Klątwa czy co...?

Też nie miałam chęci bruździć mu w życiorysie. Poniechałam korespondencji. Tak

naprawdę, chęć brużdżenia kwitła we mnie i zgoła szalała, na złość głupiej babie, ale pohamowałam

się przez elementarną lojalność i jakieś tam smętne ślady honoru. Grzegorz

wyobrażał sobie, że jestem szlachetna, o twarz...

25

Pogodziłam się z sytuacją, bo zdobyłam trzeciego męża, czy może on zdobył mnie,

i piętnastu lat było trzeba, żebym się do niego rozczarowała i zniechęciła ostatecznie.

Przez cały ten czas o Grzegorzu nie miałam pojęcia, on o mnie również. Zmieniłam lokalizację

i numer telefonu, on też, złośliwym przypadkiem. Byłam pewna, że mi przepadł

na wieki.

Brakowało mi go różnie. To wcale, to straszliwie. Wieści o nim dobiegały mnie rzadko,

tyle wiedziałam, że robi karierę. Własny stan uczuciowy pojęłam w chwili raczej

dość dziwnej.

Mój ostatni mąż miał szalone zapędy pedagogiczne, uporczywie usiłował wychowywać

mnie i zmieniać mi charakter. Dojadły mi te zabiegi ostatecznie.

— Słuchaj — powiedziałam do niego cierpliwie. — Mój syn jest młodszy ode mnie

o osiemnaście lat, ale może zauważyłeś, że już od długiego czasu przestałam go kształtować

i wychowywać. Ożenił się, dobija trzydziestki i już przepadło, utrwaliła się skorupka

Jasia...

Chciałam dalej powiedzieć, że ze mnie tym bardziej nic się już nie wydoi, bo dawno

zostałam ukształtowana, ale mi przerwał.

— Co masz na myśli, używając określenia „skorupka Jasia”? — spytał z wielką powagą.

Wtedy mi wreszcie mowę odjęło. Dotarło do mnie, że od blisko piętnastu lat użeram

się z facetem pozbawionym inteligencji, który nie rozumie najprostszych skrótów myślowych.

Sama przy nim tracę znajomość języka. Grzegorz by złapał błyskawicznie...

Poniechałam głupkowatej dyskusji i machnęłam ręką. Jasne, Grzegorz stanowił

sprawdzian, przykład, poziom, poniżej którego można się tylko męczyć. Powyżej zapewne

też, przynajmniej w moim wydaniu, bo nie popadajmy w megalomanię, istnieje

na świecie parę osób lepszych ode mnie, cała Mensa chociażby... Grzegorz jej sięgnął,

ja nie próbowałam, ale jego wyższa jakość nie przeszkadzała mi nigdy. Nagle poczułam

dziką, straszliwą, nieopanowaną chęć: spotkać się z nim jeszcze chociaż raz w życiu

i powiedzieć mu o tej skorupce Jasia...

To wtedy właśnie uczepiło się mnie tango Noturno. Nie chodziło, rzecz jasna, o te

klawisze i bladą twarz, blada twarz służy do czego innego, przywiązuje się ją do pala

m

k ałe k le a, d a e p o t ałe c ż o m , , ” ałe c m y b ała d cie r o c e jrz u cię y „b

ęczarni, rzuc

ć

a

h

się

ć

w n

az,

ży

nożami i podpala całoś

no

ć

chru

e

stem, we m

rz



dalej


strona główna
(23kB)