(23kB)
strona główna


 

 

Joanna Chmielewska

Klin

 

CZĘŚĆ I

 

Wszystko, cokolwiek zdarzyło się potem, było wynikiem uczuć, jakie miotały mną przez cały wieczór. Byłam wściekła. Byłam nieszczęśliwa. Byłam śmiertelnie obrażona i śmiertelnie zakochana. Na zmianę wpadałam w czarną rozpacz albo w radosną nadzieję, ale radosna nadzieja błyskawicznie gasła, a czarna rozpacz trwała. Trzeci dzień czekałam na telefon.

Nie dało się już dłużej oszukiwać. Jeżeli do tej pory nie zadzwonił, to już nie zadzwoni, a nawet jeśli zadzwoni jutro albo pojutrze, to też nic nie pomoże. Wszystko jest rozpaczliwie jasne. Gdyby mu chociaż odrobinę na mnie zależało, to by zadzwonił natychmiast po przyjeździe. Albo przynajmniej następnego dnia! Ale nie trzy dni, nie trzy okropne dni, przez które z godziny na godzinę coraz bardziej niknie nadzieja i coraz wyraźniej widać, że mu na mnie, niestety, zupełnie nie zależy. Siedziałam na tapczanie z podwiniętymi nogami, oparta o poduszki, paliłam potworne ilości papierosów i wzrokiem pełnym nienawiści wpatrywałam się w milczący telefon. Usiłowałam myśleć, ale to mi się zupełnie nie udawało. A dla ukoronowania wszystkiego w kłębiące się w mojej duszy uczucia wtrącało się jeszcze niekiedy sumienie, cicho i nieśmiało przypominające, że miałam pisać artykuł, a nie przeżywać wstrząsy sercowe.

„Estetyka wnętrz wpływa...” Na co wpływa estetyka wnętrz? Gdzie on teraz jest? Może jeszcze ciągle z wizytą u tych ludzi? No, to istotnie nie może dzwonić...” Na podniesienie poziomu kulturalnego...” Pokój 336... Bo jeżeli już wrócił i jest u siebie, w hotelu, i nie dzwoni?... Dlaczego estetyka wnętrz wpływa na podniesienie poziomu kulturalnego? O mój Boże, co mnie to obchodzi. Pokój 336... Przecież nie zadzwonię, żeby sprawdzić, czy już wrócił, bo pozna mój głos. Nie, tak nisko jeszcze nie upadłam. Jak się dowiedzieć? Jak się dowiedzieć? Przecież ja go chyba już teraz nienawidzę?...

Centrala w hotelu zna mój głos. Cała recepcja zna mój głos. Nie, nie mogę, nie zadzwonię. Wnętrze powinno być opracowane z myślą o zaspokojeniu potrzeb. Zaraz, jakich potrzeb? Wszystko jedno, różnych. A gdyby tak ktoś inny?... Może zadzwonić ktokolwiek, byłe nie ja. Poprosić ten pokój i sprawdzić, czy się odezwie. I już wtedy będę wiedziała! Genialne, tylko kto? I niech zada byle jakie pytanie, żeby to wyglądało prawdopodobnie, żeby nie pomyślał, że to ja sprawdzam. Niech zapyta, czy tam nie ma na futrynie drzwiowej zapisanego numeru telefonu, bo znajomy, który tam mieszkał trzy tygodnie temu, zapisał pewien numer telefonu właśnie na futrynie, taki miał głupi zwyczaj... To przecież zupełnie możliwe, ludzie mają nieprawdopodobne pomysły z zapisywaniem numerów telefonicznych...

Sięgnęłam po słuchawkę, w zdenerwowaniu pomyliłam się dwukrotnie, kręcąc numer i słuchając sygnału, modliłam się: Halina, bądź w domu, bądź w domu...

Do Haliny nie dzwoniłam już co najmniej przez cztery miesiące, ale jakież to miało znaczenie! To była jedyna z moich przyjaciółek, nadająca się do wykorzystania w tej sytuacji poza Janką, której nie było w domu... Halina, bądź w domu...

Była w domu. Bardzo się ucieszyła, usłyszawszy mój głos. Nie wdając się we wstępne wyjaśnienia, przystąpiłam od razu do zasadniczego tematu, ale, niestety, od końca. Powiedziałam:

- Halina, słuchaj, wyobraź sobie, że przed trzema tygodniami mieszkała w hotelu Warszawa jedna twoja znajoma pani, która przyjechała ze Szczecina, i ty jej podałaś numer telefonu drugiej znajomej pani, i ona go zapisała na futrynie drzwiowej, bo nic innego nie miała pod ręką, i tobie jest teraz ten numer szalenie potrzebny, a nie masz go zapisanego albo może zgubiłaś kalendarzyk. Proszę cię, zadzwoń do hotelu Warszawa, do pokoju trzysta trzydzieści sześć i tego kogoś, kto się odezwie, zapytaj o ten numer na futrynie drzwiowej...

- Nic nie rozumiem - powiedziała Halina zdumionym głosem. - Nic nie wiem o żadnym numerze na futrynie drzwiowej i nie znam żadnej pani ze Szczecina.

- Ale możesz znać. Przyjechała i zapisała. Zresztą nie wszystko ci jedno? Zadzwoń i zapytaj, moje życie od tego zależy!

- To dlaczego ty sama nie zadzwonisz? Dlaczego to ja muszę?

- Bo tam znają mój głos.

- To dlaczego ta pani nie zadzwoni?

- Bo ta pani jest osobą fikcyjną, ona w ogóle nie istnieje...

- Jeżeli ona nie istnieje, to po co ty mi o tym mówisz? Ja ciągle nic nie rozumiem.

Nie pozostało mi nic innego, jak tylko wyjaśnić jej wszystko po kolei. Uczyniłam to w sposób absolutnie chaotyczny i zagmatwany, ale Halina przytomnie wyłowiła z moich wypowiedzi właściwy sens. Ku mojej rozpaczy odniosła się do mych zamiarów bez entuzjazmu.

- Wiesz, mnie jest głupio - powiedziała trochę niepewnie. - Ja takich rzeczy nie umiem załatwiać. Przecież ja tego pana zupełnie nie znam. Co będzie, jak on mi nawymyśla?

- Po pierwsze, co cię to obchodzi, przecież nie będzie wiedział, że to ty. A po drugie, nie nawymyśla ci, bo to jest bardzo sympatyczny facet, intelektualista i młodzieniec z dobrej rodziny. Dzwoń!!

- Poczekaj... Zaskoczyłaś mnie... Niech się przez chwile zastanowię...

- Nie zastanawiaj się, dzwoń!

W tym momencie w słuchawce odezwał się bardzo miły, spokojny, męski głos:

- I po co pani to wszystko?

- Jak to po co? - powiedziałam mimo woli i bez zastanowienia.

- Tak pani zależy na tym panu z pokoju trzysta trzydzieści sześć?

- No pewnie, że mi zależy! Przecież gdyby mi nie zależało, to bym się tak nie wygłupiała!

- No, jak pani tak bardzo zależy, to ja to pani mogę załatwić, bo słyszę, że tamta pani ma jakieś obiekcje.

- Halina? - powiedziałam pytająco.

- Na litość boską - odezwała się Halina, której na chwilę odjęło mowę. - Co to znaczy?

- Nic, drobiazg, ten pan się włączył, mnie się ciągle ktoś włącza. To zadzwonisz czy wolisz, żeby ten pan zadzwonił?

- A ty znasz tego pana?

- Skąd? Pierwszy raz w życiu go słyszę.

- Ja panie bardzo przepraszam - powiedział ten pan. - Ja się włączyłem zupełnie przypadkowo. Zamierzałem dzwonić absolutnie gdzieś indziej, ale rozmowa pań była tak interesująca, że nie miałem siły się wyłączyć i pozwoliłem sobie wysłuchać. Najmocniej za to przepraszam. To jak, chce pani, żebym zadzwonił? Numer już mam zanotowany.

- Bo ja wiem? Halina, jak myślisz?

- Nie wiem, ja nic nie myślę. Ja jestem ogłuszona.

- No widzi pani, ta pani jest ogłuszona, na pewno będzie lepiej, żebym to ja załatwił.

- Halina, zdecyduj się, ty czy ten pan?

- To już może lepiej niech będzie ten pan... Tylko że teraz to ja już kompletnie nic nie rozumiem...

Byłam tak zdenerwowana zawikłaną sytuacją, że zrobiło mi się wszystko jedno.

- Dobrze - powiedziałam z rozpaczą. - Niech będzie ten pan. Brzmi zupełnie sympatycznie, chociaż nie wiem, jak wygląda. A jak pan mnie potem zawiadomi o rezultatach?

- Poda mi pani swój numer telefonu i ja do pani zadzwonię.

- Nie, to niech pan poda swój numer telefonu i ja do pana zadzwonię.

Widocznie kołatały się we mnie jeszcze jakieś resztki przytomności umysłu, bo miałam niejasne uczucie, że w tego rodzaju okolicznościach nie należy podawać obcemu facetowi swojego własnego numeru telefonu.

- Kiedy do mnie jest bardzo trudno się dodzwonić i w ogóle to jest szalenie skomplikowane. Jeżeli pani ma jakieś obawy, to ja się przecież nie narzucam.

- W nosie mam obawy. Wszystko mi jedno. Tylko niech pan to jakoś inteligentnie załatwi.

- Postaram się, droga pani, wykrzesać z siebie tyle inteligencji, ile tylko zdołam. Słucham.

Zgłupiałam do reszty i podałam mu swój numer. Halina się wyłączyła, nadal nieopisanie zdumiona.

- To ja się też wyłączam i za dziesięć minut do pani dzwonię ze szczegółowym sprawozdaniem.

- Dobrze, czekam.

Odłożyłam słuchawkę i zaczęłam zbierać rozproszone władze umysłowe. Zanim je zebrałam, telefon zadzwonił.

- No i co? - spytałam niecierpliwie.

- No i nic. Zadzwoniłem i ten pan odebrał telefon. Nie pytałem go o futryny drzwiowe i napisy na nich, tylko spytałem o pana Zdanowskiego. Powiedział, że pomyłka i koniec.

- Kto to jest pan Zdanowski?

- Nie mam pojęcia. Nie znam żadnego takiego i miałem nadzieję, że ten pan też nie zna. No i co teraz?

- Nie wiem.

Więc jest w pokoju. Jest u siebie. I nie dzwoni... i pewnie już nigdy nie zadzwoni...

Siedziałam ze słuchawką w ręce i ze ściśniętym sercem. W słuchawce znów rozległ się miły, spokojny głos:

- Wie pani co, jeśli można pani radzić, to niech pani sobie tego pana wybije z głowy.

- Dlaczego?

- On mi się nie bardzo podobał...

- Dlaczego? - powtórzyłam z oburzeniem. - To jest bardzo sympatyczny pan, bardzo dobrze wychowany intelektualista...

- Na intelektualistę to on mi raczej nie wyglądał.

- Dlaczego?!

- Tam takie odgłosy dobiegały...

- Jakie odgłosy?

- Takie różne. Wstyd powtórzyć.

„Pijany?” - przemknęło mi przez głowę.

- Jakie odgłosy? - spytałam z niepokojem. - Miotania wiktem?

- Ach, nie. Ale takie miałem wrażenie, jakby tam się jakaś pani zwracała do tego pana takim głosem mało intelektualnym...

Zanim sobie zdałam sprawę z tego, że wcale w to nie wierzę, wszystko w środku odwróciło mi się do góry nogami.

- Cóż - powiedziałam smutnie po chwili milczenia, w czasie którego gwałtownie usiłowałam przyjść do siebie. - Możliwe. Do tego pana wszystko jest podobne.

- No właśnie, tym bardziej niech pani go sobie wybije z głowy.

- Ach, Boże! Nie ma pan pojęcia, jak bym chciała. I w żaden sposób nie mogę.

- Dam pani świetną, radę: klin klinem.

- A co pan myśli że ja o tym nie wiem? Już tak się nawet rozglądam, ale jakoś tego klina nie widzę. Nikt się nie nadaje.

- No, a może ja bym się nadał?

- Bo ja wiem? Może by pan się nadał, skąd ja to mogę wiedzieć.

- No to może byśmy się spotkali?

- Może - powiedziałam w roztargnieniu, bo ciągle jeszcze byłam wstrząśnięta - A gdzie i kiedy?

- Gdzie pani sobie tylko życzy a kiedy? No na przykład piętnaście po dwunastej.

- Piętnaście po dwunastej? Co to znaczy piętnaście po dwunastej? W południe?

- Nie, nie w południe, wieczorem. To znaczy, za dwie i pół godziny.

Na tę dziwną propozycję nagle oprzytomniałam. Zwariował? Już się nie ma kiedy spotykać?

- A nie może być na przykład o siódmej wieczorem?

- Nie, bo widzi pani, ja bardzo długo pracuję, i to codziennie. Dopiero o dwunastej kończę pracę. I potem jest akurat bardzo piękna pora, żeby się spotkać. No to jak? Gdzie mam na panią czekać?

- Panie, niech pan się opamięta! Nie mam najmniejszej ochoty wychodzić teraz z domu i pętać się po mieście. Wykluczone.

- To ja mogę przyjechać do pani.

- Mowy nie ma, musiałabym posprzątać.

- Ach, to pani jest flądra?

- Oczywiście. A poza tym ja też pracuję. Muszę napisać artykuł i nie mam natchnienia. Szalenie męczące.

- Pani jest dziennikarką?

- Nie, to jest moje uboczne zajęcie. Zasadniczo jestem architektem. A pan?

- A ja jestem handlowcem.

- O, mój Boże, i co? Bilans pan robi?

- Niech Bóg broni! Z żadnym bilansem nie mam nic wspólnego!

- To co pan robi w dziedzinie handlu o tej porze?

- Takie różne rzeczy. Nieważne. Niech pani lepiej powie co innego. Niech pani powie, jak pani wygląda?

- Rozmaicie. Raz przepięknie, a raz wręcz przeciwnie...

- Nie, nie tak. Dokładnie. Wzrost? Wymiary? Oczy, włosy?

- Wzrost? Metr sześćdziesiąt dwa. A wymiary? Niech pan poczeka, wezmę centymetr i zmierzę.

Jestem uczciwa, podniosłam się, wzięłam centymetr i zaczęłam się mierzyć, przy czym dokonałam nadzwyczajnego odkrycia:

- Niech pan sobie wyobrazi - powiedziałam do telefonu - jakie szczęście mnie spotkało. Myślałam, że mam w talii 69 centymetrów, a okazuje się, że mam tylko 63!

- No widzi pani, jak ja pozytywnie na panią od razu wpłynąłem. Niech pani opisze i tę resztę.

Opisałam resztę. Facet, słyszany w telefonie, zaczynał mi się wydawać interesujący. Miał wyjątkowo piękny, miękki, sympatyczny głos, a ja zawsze byłam ogromnie czuła na głos. Słuchając go, powoli robiłam się nieco mniej nieszczęśliwa. Jak też wygląda facet o takim pięknym głosie?

- A jak pan wygląda? - spytałam, skończywszy szczegółowe omówienie swoich zewnętrznych wad i zalet.

- A tak, dość przeciętnie.

- Ile pan ma wzrostu?

- Metr siedemdziesiąt pięć.

- O, jaka szkoda, że tak mało! Ja tak lubię wysokie obcasy!

- No trudno, opatrzność nie dała, nie urosłem.

- A reszta?

- Jaka reszta?

- No, włosy, oczy i inne detale? Ma pan jakąś ozdobę na twarzy?

- Na litość boską! Jaką ozdobę?

- Wąsy albo okulary...

- Nie, nie mam żadnej ozdoby na twarzy. Włosy ciemne, oczy też, a poza tym nic szczególnego. No to jak, zdecydowała się pani? Gdzie mam przyjechać o dwunastej piętnaście?

- A gdzie pan teraz jest?

- A wie pani, w takim dziwnym miejscu. W alei Lotników. Wie pani, gdzie to jest?

- Zaraz, wezmę plan Warszawy... Ach, już wiem, to jest tu, koło Wyścigów. No to nawet ma pan do mnie niedaleko.

- A gdzie pani jest?

- Na dolnym Mokotowie.

- Proszę, jak blisko! To przeznaczenie. Gdzie mam czekać?

- Nigdzie. Nie mam najmniejszego zamiaru wychodzić z domu i spotykać się z panem, chociaż jestem bardzo ciekawa, jak pan wygląda. Mam zamiar pohamować ciekawość, napisać artykuł, a potem iść spać.

- To ja pani coś powiem. Ja się teraz wyłączę i obydwoje sobie popracujemy, a za godzinę do pani zadzwonię i może się pani namyśli. Dobrze?

- Dobrze. Nie namyślę się, ale niech pan zadzwoni. To mi wyraźnie poprawia samopoczucie.

- Świetnie, to na razie dobranoc.

- Dobranoc.

Wyłączył się. Natychmiast wróciły mi wszystkie poprzednie, przygłuszone na chwilę, uczucia. Pani z mało intelektualnym głosem? O, nie! Tego to ja tak nie zostawię!

Chwyciłam słuchawkę.

- Pokój trzysta trzydzieści sześć, proszę... sygnał... sygnał... sygnał...

- Nie zgłasza się, proszę pani...

- Przepraszam...

Jak to, nie ma go w pokoju? To co z tą panią? Oczywiście, miałam rację, że nie uwierzyłam. Nawet jeśli tam była jakaś pani, to nie ma żadnego znaczenia, skoro już jej nie ma. Gdyby był, to by odebrał telefon, zawsze odbiera. Do diabła, oszukał mnie!

Nie ma go w domu... Ale był i nie dzwonił. Przecież przez trzy doby nie pętał się po mieście. Niemożliwe, żeby nie znalazł jednej krótkiej chwili czasu na ten telefon do mnie. Przez trzy doby kamieniem siedzę w domu, z pracy wracam taksówką... Cóż, jasna sprawa: ma mnie w nosie, w nosie, w nosie!...

Nienawidzę go! Ach, wybić go sobie z głowy, za wszelką cenę wybić go sobie z głowy! Klin klinem!..

Klin klinem? Taki piękny głos... Co to za facet? Trzeba sprawdzić, trzeba z nim dłużej porozmawiać... o dwunastej piętnaście? Nie, no bzdura! Gdzie mnie diabli będą nieśli o dwunastej piętnaście! Rzeczywiście, nie mam co robić, tylko spotykać się z obcym człowiekiem o takiej idiotycznej porze, dlatego że ma piękny głos...

Klin klinem...

Prawda, miałam pisać artykuł!

Po godzinie telefon zadzwonił. Wzięłam inicjatywę w ręce i zaczęłam przedłużać rozmowę, zahaczając o różne tematy. Nie widać było żadnej słabej strony, żadnego zahamowania. Bardzo inteligentny facet, z dużym polotem, z poczuciem humoru i ten głos! Ten głos!...

Po trzech kwadransach konwersacji zaczęłam się łamać. A może?... Ostatecznie, co mi to szkodzi? Może to jest rzeczywiście sympatyczny i kulturalny człowiek, a że ma cudaczne pomysły? Ja też mam cudaczne pomysły. Ale nie, jednak nie! Nie chce mi się wychodzić z domu.

- ...Zadzwonię jeszcze za pół godziny...

Burza, szalejąca w moim sercu, powoli przycichała. Zaczynała brać górę urażona ambicja. Nie zadzwonił? To nie! Dość tego! Dość tej rozpaczy i tego oczekiwania. Nie będę nieszczęśliwa, nie życzę sobie być nieszczęśliwa! Właśnie że się spotkam z tym facetem! I wszystko mi jedno, co z tego wyniknie!

Bo przecież, jeśli nie popełnię jednego głupstwa, to na pewno popełnię inne. Jeśli się nie spotkam z tym dziwnym człowiekiem, umawiającym się w środku głębokiej nocy, to doskonale wiem, że nie wytrzymam i sama zadzwonię do tamtego. I co? Jak wtedy będę wyglądała? Narzucająca się, nieszczęśliwa idiotka, pozbawiona ambicji...

- ...No i co? - powiedziała słuchawka urzekającym, miękkim głosem.

- Dobrze - oświadczyłam stanowczo - zdecydowałam się. Nie mam zamiaru nigdzie latać po nocy. Niech pan tu przyjeżdża.

- Proszę uprzejmie. Gdzie mam przyjechać?

Podałam ulicę i numer domu. Już mi było wszystko jedno.

Ostatecznie, jeżeli facet okaże się antypatycznym gburem, to też się nic nie stanie. Już kilka razy w życiu miałam do czynienia z antypatycznymi gburami i znakomicie sobie dawałam radę. A w to, że nagle w przedpokoju rzuci się na mnie i zamorduje mnie albo zgwałci, to ja bardzo przepraszam, ale nie wierzę. To wcale nie jest takie łatwe, jak by się zdawało. Jeżeli nawet jest bandytą albo złodziejem, to też nic nie szkodzi. Każdemu złodziejowi na widok mojego mieszkania odejdzie ochota do popełniania przestępstw. Tu doprawdy nie ma co ukraść, nawet mój zegarek źle chodzi.

- Niech pan tylko nie liczy na to, że dam panu coś do zjedzenia - powiedziałam, tknięta nagle poczuciem gościnności. - Mogę panu najwyżej dać herbaty, nic innego nie mam.

- Nic nie szkodzi, ja jestem po kolacji. A... przepraszam bardzo za nietaktowne pytanie... czy pani ma męża?

- Nie, Bogu chwała, nie mam męża. Jestem nieskazitelnie wolną kobietą. Aha, a pan ma żonę?

- Nie, nie mam.

- A miał pan?

- Miałem.

- I co pan z nią zrobił?

- Przecież jej nie udusiłem. Co można zrobić z żoną? Rozwiodłem się.

- To bardzo uprzejmie z pana strony. No, jak pan ma przyjechać, to już! Żebym się nie zdążyła rozmyślić.

- Już jadę. Tylko jeszcze jedno. Czy nie zechciałaby pani być taka niesłychanie uprzejma i zejść na dół, przed bramę, żebym ja się nie błąkał w nocy po obcym domu? Byłbym pani ogromnie wdzięczny.

- Dobrze, zejdę przed bramę.

- To jeszcze niech mi pani powie, jak pani będzie ubrana, żebym mógł panią poznać.

- W fioletowe palto.

- Fioletowy kolor w tych ciemnościach! Fatalne, nie do rozpoznania. Może pani będzie miała coś na głowie? Bo co będzie, jak tam będą stały na przykład dwie panie?

- Wprawdzie wątpię w obecność dwóch pań przed moją bramą o tej porze, ale mogę wziąć ze sobą znak rozpoznawczy. Szczotkę do zamiatania.

- Świetnie, wobec tego pani ze szczotką do zamiatania to będzie pani.

- Tak. Albo nie! Szczotka do zamiatania trochę nieporęczna. Wezmę ze sobą taką długą rurę z kalki technicznej. Biała, lepiej widoczna w ciemnościach.

- Dobrze, niech będzie rura. Za dwadzieścia minut jestem. Na razie.

- Cześć pracy - mruknęłam i odłożyłam słuchawkę. Zeszłam z tapczanu, na którym leżałam na poduszkach i pod kocami, obłożona gromadą różnych szpargałów, tworzących nieopisany śmietnik. Rozejrzałam się dookoła i zaczęłam uprzątać pobojowisko.

Za dwadzieścia minut... Czy ten człowiek oszalał? Jakim sposobem on złapie taksówkę o tej porze w alei Lotników? Mowy nie ma, nie zdąży...

Przestałam się śpieszyć.

...Zaraz, ale jeżeli on mówił z taką pewnością siebie, to może ma pod ręką jakiś wóz do dyspozycji? A, to zdąży na pewno. Za to ja nie zdążę pomalować się i posprzątać.

Zaczęłam się znów śpieszyć.

Dokładnie piętnaście po dwunastej zeszłam na dół w palcie, w czarnych klapkach na nogach i z rurą w ręku. Przed domem po drugiej stronie ulicy stała warszawa z pracującym silnikiem, a w środku siedział jakiś facet w kapeluszu. Zatrzymałam się na chodniku po swojej stronie i usiłowałam mu się przyjrzeć.

Pan w samochodzie otworzył okno, wystawił głowę i powiedział:

- Niech pani wsiada.

- Nie mogę - odparłam stanowczo.

- Dlaczego?

- Bo mi się woda na gazie gotuje.

- To niech pani zgasi wodę i niech pani wsiada.

- Mowy nie ma, nie będę tyle razy po piętrach latała. Niech pan wysiada.

W czasie tego przekomarzania się stałam w klapkach na śniegu i krzyczeliśmy do siebie przez całą szerokość ulicy. Z uwagi na spóźnioną nieco porę uznałam, że te popisy akustyczne są raczej nie na miejscu, i przeszłam na drugą stronę jezdni. Mój rozmówca przyglądał się temu w milczeniu, a potem powiedział:

- Niech się pani zatrzyma. Niech pani zaczeka tam, gdzie pani stoi.

Ruszył powoli i podjechał tuż przede mnie. Nie pozostało mi nic innego, tylko wsiąść, wiec wsiadłam. Pan przy kierownicy ucałował moją dłoń i mruknął pod nosem coś co, w myśl panujących zwyczajów, miało zapewne oznaczać nazwisko. Przyglądałam mu się tak intensywnie że o mało mi oczy z głowy nie wylazły, ale w ciemnościach nic konkretnego nie mogłam dojrzeć. Ruszyliśmy przed siebie.

- Dokąd pan jedzie? - spytałam, bo oczyma duszy ciągle widziałam czajnik z woda, stojący na gazie.

- Powinienem odpowiedzieć: dokąd pan, każe Ale tak nie odpowiem, bo szukam tylko miejsca, gdzie mógłbym zakręcić.

Objechał dookoła kilka bloków i wróciliśmy pod moją bramę Podjeżdżając, spytał, czy nie mógłby wprowadzić samochodu na podwórze, bo mu już kilka razy ukradli, i tym razem chciałby tego uniknąć. Wysiadłam, otworzyłam bramę, a następnie wskazałam miejsce, gdzie mógł zaparkować, cały czas ze świadomością, że poruszam się w pełnym blasku reflektorów i jestem dokładnie oglądana.

„Patrz, patrz - pomyślałam jadowicie. - Ja też ci się przyjrzę

Oparłam się o drzwi wejściowe i czekałam, aż wysiądzie. Ustawił wóz, zgasił motor i wysiadł.

W pierwszej chwili przeraziłam się, bo jednak byłam nastawiona na osobnika średniego wzrostu, a nie na to, co ujrzałam przed sobą. Ile to mogło być, metr czy równe dwa metry? W każdym razie wrażenie było szokujące ale natychmiast mimo woli doznałam uczucia ulgi. Chwała Bogu, do takiego można nosić każde obcasy...

Poprosiłam go na górę i weszliśmy do mieszkania Zdjęłam palto, mój gość też, przypilnowałam, żeby wszedł do pokoju a nie do kuchni, której, niestety, nie zdążyłam doprowadzić do stanu idealnego, i unieruchomiłam go w fotelu. Usiadłam naprzeciwko i zaczęłam się czuć nieco głupio. Sytuacja była, łagodnie mówiąc, niecodzienna.

Gwałtowne przejście od kontaktów telefonicznych do osobistych trochę mnie oszołomiło i nie bardzo potrafiłam sobie uświadomić, że ten facet, który siedzi vis a vis mnie, to jest ten sam, który rozmawiał ze mną przez telefon.

- Czy to aby na pewno pan? - spytałam, zanim się zdążyłam zastanowić nad tym, co mówię.

- Na pewno ja - odparł i uśmiechnął się.

Uśmiech miał bardzo sympatyczny. Ogólnie biorąc, był bardzo przystojny, chociaż zupełnie nie w moim typie. Pomijając wzrost, którym go Opatrzność obdarzyła nieco w nadmiarze, miał ciemne oczy, a ja nie lubię ciemnych oczu. Włosy też ciemne, prawie czarne, zaczesane do tyłu, bardzo ładne zęby i coś w brodzie. Nie żaden defekt, ani nic takiego, po prostu jakiś taki układ dolnej części twarzy, który mi się też nie podobał. Pomimo to całość robiła interesujące wrażenie. Błyskawicznie oceniłam jeszcze, że jest dobrze ubrany i ma pięknie utrzymane ręce.

I co z tego? Przyglądałam mu się uważnie i obiektywnie, czułam się mile poruszona niezwykłością sytuacji, a na dnie serca leżał cichy żal... Melancholijnie wspominałam inną twarz, w której uśmiechały się do mnie niebieskie oczy... Mój Boże, gdybyż tak tutaj siedział nie ten, tylko tamten!... Tamten, który przez trzy dni nie zdążył do mnie zadzwonić. Tamten, do którego zwracała się pani z mało intelektualnym głosem...

Ach, do wszystkich diabłów! Klin klinem!

Wróciłam do rzeczywistości, która, ostatecznie, nie była taka najgorsza, natomiast wymagała ode mnie pewnych drobnych wysiłków. Pani domu nie może ad infinitum siedzieć w milczeniu i przyglądać się gościowi z ogłupiałym wyrazem twarzy. Podniosłam się z fotela.

- Napije się pan herbaty? Z żalem muszę wyznać, że naprawdę nic innego nie mam, ale herbatą mogę służyć w dowolnych ilościach.

- Jeśli pani sobie tego koniecznie życzy, to mogę się napić. Ale nie muszę.

Zrobiłam herbatę, przyniosłam sobie papierosy i znów usiadłam w fotelu, czując się już nieco pewniej. Nie wiadomo dlaczego, herbata wydała mi się elementem stabilizującym atmosferę. Męczyła mnie jeszcze myśl o farbie, odpadającej z sufitu zazwyczaj w najbardziej nieodpowiednich chwilach i niekiedy wpadającej gościom do szklanki, ale uznałam, że nie farbę tu przyszedł oglądać, tylko mnie, a w ogóle to nie on mnie ma oglądać, tylko ja jego. Byłam ciekawa, jak się zachowa i jak potraktuje tę dziwną wizytę. Czego się właściwie spodziewa? Nieoczekiwanej i sporadycznej przygody? Okoliczności ułożyły się dokładnie według tradycyjnego schematu, sytuacja zupełnie typowa, tylko sęk w tym, że zdaje się, ja jestem nietypowa. I okropnie nie lubię schematów...

- No, niech pani teraz opowie coś o sobie - powiedział mój gość, uśmiechając się lekko. Wyglądał tak, jakby czekał na jakąś inicjatywę z mojej strony.

- Zdaje się, że pan i tak już za dużo o mnie wie - odparłam. - Najwyższy czas, żebym ja się o panu czegoś dowiedziała.

- Nic o pani nie wiem poza tym, że ma pani niezwykłe pomysły. I że interesuje się pani nie znanym mi bliżej panem z pokoju trzysta trzydzieści sześć. W związku z czym popada pani w smutny nastrój, zupełnie niepotrzebnie.

- I popełniam szaleństwa, mocno ryzykowne i pozbawione sensu.

- Co pani nazywa szaleństwem?

- A jak pan inaczej nazwie to spotkanie z panem? I zaproszenie pana o idiotycznej porze do własnego domu? Przez telefon mógł pan być zachwycający, w naturze mógł pan się okazać na przykład bandytą.

- Ale chyba nie okazałem się bandytą?

- To tylko przypadek, nad szaleńcami zawsze Opatrzność czuwa. Zresztą jeszcze nadal nic o panu nie wiem. Najchętniej przeprowadziłabym z panem wywiad według ankiety Przekroju: twój paszport duchowy. Jak wygląda pański ideał szczęścia?

- Spokój. Spokój, spokój i jeszcze raz spokój.

- W takim razie wchodząc do tego domu trafił pan tragicznie. Spokój to ostatnia rzecz, jaką można znaleźć w moim towarzystwie. Czego pan najbardziej nie znosi?

- Raków. Dostaję wysypki na sam ich widok. I chamstwa.

Przyjrzałam mu się w zamyśleniu. Kim ten człowiek mógł być.

- Kim pan właściwie jest? - spytałam mimo woli.

- Praworządnym obywatelem PRL. Poza tym już pani mówiłem, że jestem handlowcem, rozwiedzionym i bezdzietnym. Bardzo dużo pracuję, mam bardzo ładne mieszkanie i tak sobie żyję.

- Gdzie pan mieszka?

- W Śródmieściu. Ale ja tu jestem mniej ważny, ważna jest pani. To przecież pani była w złym nastroju? Niech pani opowie o tych różnych szaleństwach, które pani, według własnych słów, popełnia.

O szaleństwach, które w życiu popełniałam, mogłabym opowiadać przez tydzień bez przerwy. Coś mnie powstrzymało od tego, żeby mówić prawdę. Wymyśliłam pośpiesznie kilka cudacznych historii, które, sądząc z dotychczasowych doświadczeń, tylko przypadkowo mi się rzeczywiście nie przytrafiły, i w związku z tym brzmiały tak samo nieprawdopodobnie jak te prawdziwe. Kilkakrotnie w czasie rozmowy padały z jego strony uwagi, świadczące o tym, iż był jednakże nastawiony na rozrywkę nie tylko intelektualną, ale ja już stałam na twardym gruncie. Nie, stanowczo przez telefon mi się bardziej podobał. Tylko głos, ten piękny głos, słyszany bezpośrednio nie tracił nic ze swego uroku.

O wpół do drugiej uznał, że czas pomieszkać w domu. Żegnając go spytałam:

- Jak panu właściwie na imię? Moje imię pan zna, wizytówka wisi na drzwiach wołami wypisana. A pan?

- Władysław - powiedział i nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że nie powiedział prawdy.

Zamknęłam za nim drzwi i spróbowałam zebrać myśli. Owszem, osobnik jest interesujący i na poziomie. Zdaje się, że był nieco rozczarowany absolutną poprawnością atmosfery. Na to, że się właściwie nie przedstawił, nie zwróciłam większej uwagi, ciekawiło mnie raczej to, czy uzna znajomość za chybioną, czy nie.

„Jeżeli nie uznajesz kobiet, które nie lecą natychmiast do łóżka z każdym poznanym facetem, to się powieś” pomyślałam. I zamknęłam się w łazience.

O wpół do trzeciej telefon wyciągnął mnie z wanny. Ach, więc jednak? Przez następne pół godziny kontynuowaliśmy konwersację, z której wynikło, że zawarta w ten oryginalny sposób znajomość chyba jednak jest warta podtrzymywania.

Telefon zadzwonił w chwilę potem, jak weszłam do domu. Tym razem przyjechałam z pracy nieco później, nie wracałam taksówką i nawet robiłam zakupy w sklepach. Podniosłam słuchawkę.

- Joanna? - powiedział znajomy głos.

Ach! Po czterech dniach oczekiwania! Gdyby to było poprzedniego wieczoru, to nie wiem, czy zdołałabym wydobyć z siebie jedno rozsądne słowo. A dziś? Czyżby jednak ten klin?...

- Jak się masz - powiedziałam łagodnie i miękko. - To miło, że dzwonisz.

- Dzwoniłem do ciebie już w poniedziałek, jestem w Warszawie od soboty wieczorem. Nie było cię w domu. Chciałem zadzwonić do ciebie do pracy, ale zgubiłem kalendarz ze wszystkimi numerami telefonów. Ten domowy pamiętałem. Przepraszam, że nie dzwoniłem później. Mam potworną ilość roboty i jestem prawie nieprzytomny.

- Szkoda, bo miałam nadzieję, że się zobaczymy...

- Oczywiście, że się zobaczymy. Zadzwonię, jak tylko się nieco obrobię, i jakoś się umówimy. A w ogóle co słychać?

Różne rzeczy było słychać, ale nie musiałam tego zaraz ujawniać. Dzwonił w poniedziałek... Czułam, jak błogi spokój spływa na moje zmaltretowane serce. Ależ dobrze, poczekam, aż będzie miał chwilę czasu. Grunt, że jest, że dzwoni, że mogę z nim teraz rozmawiać, że już teraz będę mogła jawnie zadzwonić do niego...

Po trzech kwadransach odłożyłam słuchawkę, wprawdzie nie umówiona konkretnie, ale już znów pełna nadziei i szczęścia. Szczęścia zatrutego myślą, że jak komuś bardzo na czymś zależy, to zawsze czas znajdzie, ale jednak szczęścia. Zwłaszcza w porównaniu z tym, co było...

Usiadłam do pisania nieszczęsnego artykułu, którego jednak nie było mi sądzone skończyć. Zmagania z opornym ojczystym językiem znów mi przerwał dzwonek telefonu.

- Dobry wieczór - powiedział piękny, miękki głos.

- Dobry wieczór - odparłam, usiłując uczynić to równie pięknie, i dusza mi się sama uśmiechnęła.

- No i jak samopoczucie?

- Nieco lepiej. Chociaż jeszcze ciągle dalekie od ideału. Skąd pan dzwoni, z pracy?

- A nie, niech pani sobie wyobrazi, wyjątkowo dzwonię z domu. Dziś wcześniej skończyłem i nawet byłem na mieście i kupiłem taką piękną narzutę na tapczan.

- Jaką narzutę? Niech pan opowie!

- Taką miękką, szarą, kosmatą, właściwie takie futro. Bardzo ładne. Bo wie pani, ja bardzo lubię kupować sobie coś do domu. Ja w ogóle szalenie lubię swój dom.

- A jakie pan ma mieszkanie?

- Wyjątkowo wygodne. Mam dwa pokoje z kuchnią i wszelkimi wygodami.

- I w ile osób pan tam mieszka?

- Sam mieszkam.

- To pan płaci za nadmetraż?

- Niech pani sobie wyobrazi, że nie płace za nad metraż

- Jakim sposobem? To jest spółdzielcze?

- Kwaterunkowe. Ale nie płacę. A razem ze mną mieszka jeszcze pies.

- Ach ma pan psa? Uwielbiam psy. Jakiego?

- Czarnego nowofundlandczyka. Absolutnie rasowego z rodowodem, ze specjalnej hodowli, jedynej w Polsce.

Rzeczywiście uwielbiam psy. Przez długie lata chowałam się w towarzystwie psa i teraz, zanim się zdążyłam obejrzeć, zagłębiliśmy się w dyskusję o wadach, zaletach i różnych cechach charakteru najrozmaitszych psów. Poszłam spać z kłębiącym mi się przed oczami stadem szczekających ogarów.

Następnego dnia znów zadzwonił. Zaczęłam już być nastawiona na te telefony i kiedy trzeciego dnia się nie odezwał, poczułam rozczarowanie. Znów mi się zrobiło smutno i doszłam do wniosku, że jednak jestem nieszczęśliwa i zaniedbana. Książka telefoniczna otworzyła się sama na literze H. Zadzwonić? Miał dzwonić, jak będzie dysponował większą ilością czasu... Hotel Warszawa...

- Pokój trzysta trzydzieści sześć, proszę...

Na dźwięk znajomego głosu zmaltretowane serce znów mi zaczęło stukać. Nie masz czasu? Do diabła z twoim czasem. Nie wierzę, to nie brak czasu, to brak zainteresowania. Ostatecznie przyjeżdżasz do Warszawy na dwa albo trzy tygodnie i co? Nie możesz znaleźć godziny na zobaczenie się ze mną? Bzdura, po prostu masz mnie w nosie! Ach, już mi wszystko jedno, miej mnie w nosie, ale niech cię chociaż zobaczę...

Ponieważ umówiliśmy się na niedzielę, sobota była nieważna. Sobotę przesiedziałam w domu, przejęta, zdenerwowana, nie zwracając nawet uwagi na to, że telefon milczy. Niech milczy, niech go diabli biorą, ja jestem na jutro umówiona...

W niedzielę siedziałam w publicznym lokalu i patrzyłam na tę twarz, jedyną na świecie. Mój Boże, jak pięknie w opalonej twarzy wyglądają niebieskie oczy!...

I co z tego, że ja też pięknie wyglądałam? Że zauważył zmianę uczesania? Co z tego, że trzymał mnie na ulicy pod rękę? To wszystko nie było TO, to była tylko urocza, miła przyjaźń... Oczywiście, że jestem sympatyczna, można się ze mną ludziom pokazać, można przebywać w moim towarzystwie bez wstrętu i co z tego? Co z tego?

I wbrew logice i zdrowemu sensowi, wbrew niewątpliwej oczywistości na dnie głupiego serca ciągle tkwiła cichutka nieśmiała nadzieja. A może jednak? Może istotnie ten brak czasu?... Może jeszcze przyjdzie ta najpiękniejsza w życiu chwila, że będę się mogła znów przytulić do flanelowej koszuli, że będę na pewno wiedziała, że jestem jedna, jedyna, najważniejsza na świecie...

Ach, nieprawda, nieprawda! Nie przyjdzie... Wszystkie jesteśmy jednakowo głupie...

Czy można pisać artykuł na poważny temat, jeśli się jest szarpanym między nadzieją i rozpaczą? Wykluczone, nie można! Znów, kiedy zadzwonił telefon, siedziałam na tapczanie w ponurym zamyśleniu, nie mającym nic wspólnego z estetyką wnętrz domów kultury. Ostry dźwięk poderwał mnie jak trąbka bojowego ogiera. Prawda, klin klinem! Precz z beznadziejną rozpaczą!

- Dobry wieczór...

- No, nareszcie! - wykrzyknęłam zniecierpliwionym głosem.

- Co to znaczy: „No, nareszcie”? Tak się wita starych znajomych?

- No pewnie, że tak. Co pan najlepszego narobił? Nie dzwonił pan przez dwa dni i ten pan z pokoju trzysta trzydzieści sześć znów mi zaczął skakać po głowie.

- Natychmiast nadrabiam niedopatrzenie. Nie mogłem dzwonić, bo wyjeżdżałem w delegację, ale już, jak pani widzi, wróciłem i właśnie dzwonię.

- No to chwała Bogu. Wie pan, tak się zastanawiałam nad tym, co pan może robić, i doszłam do wniosku, że są tylko dwie możliwości. W alei Lotników jest rzeźnia miejska i więzienie. Albo pan jest rzeźnikiem, albo naczelnikiem więzienia. Zważywszy pańskie godziny pracy, może pan być jeszcze szatniarzem w Partii, ale to by się wtedy nie zgadzało miejsce. Chyba że jest pan nocnym stróżem?...

- Nie jestem niczym z tego, co pani wymieniła. Nocnym stróżem bardzo chciałbym być, ale nigdy mi się to nie udało, pomimo licznych starań.

- Co pan robi, oprócz spełniania zajęć zawodowych?

- Bardzo mało rzeczy, bo ja naprawdę mnóstwo pracuję. Czasem chodzę do kina, czasem do teatru albo na koncert, a czasem po prostu jestem w domu, odpoczywam i czytam.

- A jakie jest pańskie ulubione zajęcie?

- Bardzo śmieszne. Prowadzenie samochodu.

- Aprobuję. Ma pan samochód?

- Mam.

- Jaki? Tę warszawę, którą pan tu przyjechał?

- A, nie. To była warszawa kolegi. Ja mam inny wóz, którego aktualnie nie używam, bo jest w remoncie.

- Co mu się stało? Wypadek?

- Nie, ja nie miewam wypadków, bo ostrożnie jeżdżę. Coś mu tam nawaliło w przednim zawieszeniu i nawet mam z tym pewne kłopoty, bo to jest taki trochę nietypowy wóz i nie mogę dostać do niego części. Ale teraz niech mi pani lepiej powie co innego...

Rzeczywiście, to było co innego. Zagadnienie ewentualnej zamiany kontaktów telefonicznych na osobiste na ogół nie miewa nic wspólnego z przednim zawieszeniem samochodu, obojętne, typowego czy nie. Nie dojrzałam jeszcze w pełni do tej zamiany, ale temat rozwinął się bardzo wdzięcznie. Po godzinie mój rozmówca zapowiedział niewielką przerwę, a potem następny telefon.

W przerwie intensywnie myślałam, co po podniesieniu słuchawki, objawiło się następująco:

- Wie pan co - powiedziałam bardzo łagodnie - ja nie jestem partykularna i na drobiazgach mi nie zależy. Może pan sobie być hyclem albo członkiem rządu, albo czymkolwiek, to mi jest doskonale obojętne. Ale imię to jest element nierozdzielnie związany z człowiekiem. Niech pan powie: jak panu jest naprawdę na imię?

W słuchawce przez chwilę panowało milczenie, a potem usłyszałam odpowiedź.

- Ja panią bardzo przepraszam za te tajemnice. Ja wiem, że ta konspiracja wygląda idiotycznie, ale muszę pani wyznać, że ja w tej chwili wykonuję bardzo poważną i odpowiedzialną pracę i w związku z tym nie mogę sobie pozwolić na zdradzenie swego incognito. Gdyby pani zechciała być tak niesłychanie uprzejma i poczekać około miesiąca, to znaczy, aż pani wróci z urlopu i aż ja wrócę z urlopu, to byłbym pani szalenie wdzięczny. Potem już będę mógł pani to wszystko swobodnie wyjaśnić. A teraz naprawdę nie mogę.

- Dobrze - powiedziałam głosem, z którego nie zdołałam usunąć akcentu głębokiego zdumienia. - Niech pan sobie zostanie zakonspirowany. Ja chcę wiedzieć tylko imię.

- Gdybym pani powiedział, jak mi na imię, to by mnie pani błyskawicznie rozszyfrowała.

- No, nie! Józef Cyrankiewicz to pan nie jest.

- Nie, nie jestem.

- No więc o co chodzi? Imion w kalendarzu skolko ugodno, jakim sposobem miałoby mi to coś powiedzieć? Nie mogę znać człowieka bez imienia. Bez nazwiska, zawodu i miejsca pracy mogę, bez imienia nie.

- To niech mi pani nada imię, jakie się pani podoba. Zgodzę się na prawie każde.

- A jeśli zgadnę, to się pan przyzna?

- Przyznam się.

Złapałam kalendarz, jak diabeł dobrą duszę, i zaczęłam od pierwszego stycznia. Mieczysław?

- Mieczysław to pan nie jest - powiedziałam stanowczo. - Nie wygląda pan na Mieczysława. Makary też nie, wykluczone. Danuta i Genowefa odpada. Tytus? Nie ma pan przecież na imię Tytus?

- Nie, nie mam.

- Eugeniusz? Eugeniusz mógłby pan być, pasuje do pana, Edward ewentualnie też. Telesfor, mam nadzieję nie? Kacper? Melchior? Baltazar? Najmożliwsze z tego jest jeszcze Kacper. Baltazar to kot. Julian mi się nie podoba. Lucjan to od razu Kydryński. Zresztą jak to się zdrabnia? Lucuś? Do kitu.

Dojechałam w ten sposób do dwudziestego stycznia i nagle, tknięta przeczuciem, spytałam:

- Hej, a może ja już przejechałam przez pańskie imię?

- Istotnie, już pani je wymieniła.

- Masz ci los i co ja z tego wiem?

- Trudno, nie mogę nic powiedzieć. Jeszcze tylko powiem pani jedno: gdyby pani uważnie czytywała Przekroje, to by pani bardzo dokładnie wiedziała, kim jestem.

- Ostatni? Mam go w domu, ale jeszcze nie przeczytałam.

- A nie, te dawniejsze.

Niczego się nie dowiedziałam. Odłożywszy słuchawkę, łamiąc sobie ręce i nogi, runęłam na szafę, gdzie leżały stare czasopisma. Niestety, Przekrojów nie było, już dawno znajomi wynieśli. Zlazłam z krzesła i zaczęłam rozmyślać.

Co to wszystko ma znaczyć? Kim jest ten interesujący, sympatyczny facet o urzekająco pięknym głosie? Dlaczego się otacza taką tajemnicą? Ostatecznie, nie musi mnie w ten sposób intrygować, chyba że uważa mnie za idiotkę, która właśnie na to poleci. Ale po co mu to, przecież nie ukrywam tego, że mnie interesuje i że chętnie kontynuuję znajomość. Nie wygląda na głupiego smarkacza, przeciwnie, wygląda na poważnego człowieka, który nie ma zajączków w głowie. Więc co? Co ja mam o tym myśleć?

Gdyby się przyznał, jak mu na imię, zostawiłabym go w spokoju, nie dociekałabym prawdy i czekałabym cierpliwie, aż się sam zdecyduje ujawnić. Ale to imię mnie zdenerwowało. Postanowiłam stanąć na głowie i dowiedzieć się wszystkiego.

Zaczęłam od tego, że przeczytałam pół książki telefonicznej, sprawdzając, jakie instytucje znajdują się w alei Lotników. Czytałam systematycznie, od deski do deski, i współpracownicy zaczęli patrzeć na mnie podejrzliwym wzrokiem. Co ona robi? Zwariowała? Już nie ma bardziej interesującej lektury niż książka telefoniczna?

- Pani Joanno - powiedział jeden z kolegów, przyjrzawszy mi się ze współczuciem. - Ja mam u siebie w domu książkę telefoniczną sprzed dziesięciu lat. Może pani przynieść? Skoro pani tak to lubi?...

Oprócz rzeźni miejskiej i więzienia znalazłam jeszcze mnóstwo różnych spółdzielni i wojskowe zakłady radiowe. Może to to? Ale co to ma wspólnego z handlem?

Po książce telefonicznej przeczytałam równie dokładnie Przekroje z dwóch ostatnich lat, także bez żadnego rezultatu. Następnie utwierdziłam otoczenie w przekonaniu o moim obłędzie, ponieważ wypisałam z kalendarza wszystkie imiona od pierwszego do dwudziestego stycznia i kazałam im dorzucać do tych imion znane nazwiska. Wypowiedzi padały różne: Edward Ochab, Eugeniusz Szyr, Melchior Wańkowicz, Feliks Dzierżyński, Marceli Nowotko, Henryk Sienkiewicz, niestety, wszystko nie to. Żadnego promyka w ciemnościach.

Jeżeli chodziło mu tylko o to, żeby mi dostarczyć zajęcia, to ten cel w pełni osiągnął. Nad Przekrojami spędziłam dwie godziny, nad książką telefoniczną co najmniej cztery. Ale uparłam się i w rozmowach telefonicznych zaniechałam zadawania pytań. Nie chcesz mówić, to nie.

Dzwonił prawie codziennie. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten cierń w sercu, na który koniecznie usiłowałam znaleźć lekarstwo, bo tak cholernie nie lubię być nieszczęśliwa...

- ...Pokój trzysta trzydzieści sześć, proszę... I wreszcie ta okropna chwila.

- ...Obawiam się, że już się nie zdążymy zobaczyć. Wyjeżdżam pojutrze rano, a jutro mam zatkany dzień...

Postanowiłam kategorycznie, że nie będę płakać. Zgrzytając zębami, czekałam na telefon. Zadzwonił.

- Muszę się panu przyznać - powiedziałam słodkim głosem - że już mi się znudził ten brak urozmaicenia w naszych wzajemnych kontaktach. Z przyjemnością obejrzałabym pana w naturze.

- O! Dojrzała pani?

- Może...

Klin klinem! Do diabła, klin klinem! Wszystko mi jedno.

- Mam teraz, przed urlopem, cholernie dużo roboty...

- Och, coś pan kiedyś wspominał o stawaniu na głowie, jak się bardzo czegoś chce...

- Chwileczkę, wezmę kalendarz... Jestem wolny jutro o dwunastej.

- Przepiękna godzina. Przedtem pan zadzwoni?

- Oczywiście. A... napalisz w piecu?...

Boże, co za głos! Zamknąć oczy i tylko słyszeć ten głos...

- Może...

Przyznaję, że to była lekkomyślność albo nawet coś gorszego. Potraktowałam faceta jak rzecz, której mogę dowolnie używać i to na dobitek do celów niezupełnie moralnych. Ale nie byłam zdolna do myślenia. Zacięłam się i w duszy tkwiły mi tylko dwa słowa: klin klinem...

Drugą lekkomyślnością było położyć się po południu na tapczanie, nie zrobiwszy przedtem porządku. Oczywiście, natychmiast zasnęłam. O dziewiątej obudził mnie telefon.

- Wiesz, będę mógł przyjechać wcześniej, może zaraz po jedenastej. Można?

- Oczywiście, proszę bardzo. Czekam.

Od tego momentu zaczęła się Sodoma i Gomora. Powinnam się ubrać, uczesać, umalować, posprzątać normalny bałagan oraz nadprogramowe pranie, które wisiało na sznurkach, tymczasem nie mogłam odejść od telefonu. Dzwoniło całe miasto, jakby się umówili. Przed jedenastą, jeszcze wciąż w dezabilu, odłożyłam słuchawkę i natychmiast znów sygnał:

- ...Jadę... Wpadłam w popłoch.

- Za ile minut tu będziesz?

- Za piętnaście.

Święci patroni! Piętnaście minut na wszystko!

W chwili kiedy zadzwonił dzwonek u drzwi, byłam wprawdzie zrobiona od stóp do głów, ale połowa prania wisiała, a drugą połowę trzymałam w objęciach. Zostawiłam szmaty, otworzyłam drzwi i znów rzuciłam się do telefonu. Rozmawiałam bez sensu, pilnując równocześnie, żeby przypadkiem nie wszedł do kuchni z uwagi na przeklęte pranie. Wreszcie skończyłam rozmowę, unieszkodliwiłam go w fotelu, sprzątnęłam wilgotne gałgany, zrobiłam herbatę i przystąpiłam do spędzania wieczoru.

Nastrój był miły i swobodny i miałam uczucie, że znam tego człowieka już od bardzo dawna. Nie wytrzymałam i znów poruszyłam sprawę imienia. Odpowiedź była taka sama jak przez telefon:

- Nadaj mi, jakie chcesz...

Z nowym zapałem zajrzałam do kalendarza i nagle przeraziłam się. Pomiędzy pierwszym a dwudziestym stycznia figuruje między innymi imię: Izydor. Na litość boską! Przecież nie ma chyba na imię Izydor? Istotnie, ukrywanie takiego imienia byłoby zupełnie zrozumiałe. Przyjrzałam mu się nieufnie. Nie, na Izydora nie wyglądał, ale kto to może wiedzieć, pozory mylą...

- Nie potrafię ci nadać imienia - powiedziałam, zamykając kalendarz - cokolwiek bym wymyśliła, cały czas miałabym świadomość, że to nieprawda. Czy na pewno nie możesz się przyznać sam?

- Już ci mówiłem, że nie mogę. Uwierz mi, że to jest poważniejsze, niż przypuszczasz. Daję ci słowo, że to nie jest w żadnym stopniu związane z jakimiś moimi prywatnymi sprawami ani z moim stanem rodzinnym czy cywilnym. Moja praca i mój tryb życia niejednokrotnie wymagają ode mnie takiego kamuflażu i muszę ci się przyznać, że ja nawet mam bardzo mało znajomych. Takich prywatnych znajomych. To jest zupełnie minimalna grupka ludzi, wśród których się obracam i którzy mnie znają, i poza nimi nie zawieram żadnych nowych znajomości. I właściwie ta znajomość z tobą też nie powinna być zawarta...

- I to tak przez całe życie? Na wieki wieków jesteś skazany na otaczanie się tajemnicą?

- No nie, nie przesadzajmy. Porozmawiamy po urlopie. A teraz opowiedz coś, bardzo lubię, jak opowiadasz.

Siedzieliśmy na tapczanie oparci o ścianę, obok siebie. Paliła się mała lampka, radio grało rzewne melodie i nastrój miał prawo zrobić się bardziej intymny. Zwłaszcza że ja przecież byłam zdecydowana wszelką intymność powitać z aprobatą. Ostatecznie miał być klinem czy nie? To, że go widziałam na oczy po raz drugi w życiu, że nie miałam pojęcia, kim jest ani jak się nazywa, było dla mnie pozbawione zasadniczego znaczenia. Człowiek jest ważny, a nie te drobne dodatki. Nie zamierzałam wychodzić za niego za mąż, nie zamierzałam wiązać się na całe życie i pozostawać na jego utrzymaniu. Oczywiście, mogło się potem okazać, że jestem nim zachwycona z wzajemnością lub bez (przy czym to drugie byłoby mniej przyjemne) i nasze kontakty mogły się utrwalić, ale równie dobrze mogłabym go więcej nigdy w życiu nie zobaczyć i nie usłyszeć. Byłam zupełnie wolna i zupełnie dorosła i nie widziałam żadnego powodu, dla którego miałabym się wyrzec tej drobnej fanaberii. A że on sobie będzie myślał?... A niech myśli, co chce. Nie będę w nieskończoność siedziała i dręczyła się panem z pokoju 336. To jest sprawa zupełnie beznadziejna, niech ja go wreszcie zapomnę. Bogu dzięki, przytrafił się facet na poziomie, może się okaże bardziej interesujący?

Nie miałam najmniejszej ochoty niczego opowiadać. Wolałam, żeby się mną zainteresował mniej intelektualnie, bo się bałam, że się jeszcze rozmyślę. I chyba raczej swoich życzeń nie ukrywałam...

Nastrój konsekwentnie zintymniał. Konwersacja nieco okulała i wszystko było na najlepszej drodze, kiedy głupie radio nagle zakończyło rzewne dźwięki i rzuciło w atmosferę fatalny dysonans w postaci dziennika wieczornego. Diabli nadali dziennik wieczorny... Wygłosiłam w duchu wyszukane przekleństwo i wśród urozmaiconych efektów akustycznych znalazłam Luksemburg. Oparłam się na powrót o ścianę, spojrzałam na swego towarzysza i nagle coś mi przyszło do głowy.

- Wiesz, jestem zdania, że właściwie marnujesz dary Opatrzności. Z tym pięknym, radiofonicznym głosem powinieneś być spikerem radiowym. Może jesteś?

- Nie jestem.

- I nigdy w życiu nie byłeś?

- Może kiedyś tam byłem, ale już nie jestem.

- Niepowetowana strata...

Wyraźnie nie podobał mu się ten temat i pewnie dlatego mnie pocałował, bo poza tym nie wyglądał na nieprzytomnie oszołomionego moim towarzystwem. Zaczynałam się nawet obawiać, że przez telefon jestem bardziej interesująca niż w naturze, co akurat tego wieczoru byłoby mi nieco nie na rękę.

Ten pocałunek mnie zaskoczył. Nie dlatego, żeby miał być czymś niezwykłym, bo w tej sytuacji należało się go raczej spodziewać. Nie, to było coś innego, i to coś okropnego. On używał tej samej wody kolońskiej co tamten...

Tego było dla mnie już za wiele. Zbyt wyraziście przypomniała mi się przyczyna, dla której zaprosiłam tu tego człowieka... Straciłam resztki rozsądku, umiaru i poczucia moralności. Wszystko mi się dokładnie pomieszało. Ten był nie w moim typie, ale trzeba przyznać, że mi się bardzo podobał, tamtego usiłowałam nienawidzić. Zamknęłam oczy i zobaczyłam tamtą twarz... i do tego ta cholerna woda kolońska, którą tak bardzo lubię i która mi się nieodparcie kojarzy z najpiękniejszymi chwilami w życiu... Który tu jest w rezultacie? Ten czy tamten?...

Prawda, przecież nie chcę tamtego! Mam go sobie wybić z głowy... Ten jest co najmniej tak samo interesujący...

Z rozpaczą otworzyłam oczy i zbuntowana, rozgoryczona, zacięta, zdecydowałam się na tego. Do diabła z wodą kolońska! Gwałtownym ruchem przechyliłam się przez tapczan i z wściekłością wyszarpnęłam lampkę z kontaktu...

Czyniłam gigantyczne wysiłki, żeby usunąć sobie sprzed oczu obraz tamtej twarzy i obraz powoli bladł. Facet przy moim boku był jednak naprawdę na poziomie...

Widziałam jego twarz w łagodnym blasku, którym świeciło grające cicho radio. Podniósł głowę i oparty na ramieniu, które znajdowało się pod moimi plecami, przyglądał mi się przez chwilę.

- Wiesz, jesteś bardzo ładną dziewczyną - powiedział miękkim, cichym głosem.

To dopiero teraz to zauważył? Jak jest ciemno?

- Istotnie, w tym zielonym świetle muszę być szczególnie piękna. Jak świętej pamięci nieboszczka.

Uśmiechnął się i jeszcze przez chwilę na mnie patrzył. I nagle coś się stało. Gwałtownie i nieoczekiwanie zmienił mu się wyraz twarzy. Zerwał się, wyciągnął mi ramię spod głowy, usiadł wyprostowany i wyglądał tak, jak człowiek z nagła huknięty w ciemię, który koniecznie usiłuje przyjść do siebie.

- Jezus Maria - powiedział zmienionym głosem - co ja zrobiłem!

O Boże, co go znowu napadło! Sumienie go szarpnęło, że się niemoralnie zachowuje, czy co?

- Co się stało? - spytałam i podniosłam się także.

- Rany boskie! - jęknął i chwycił się za głowę, nieprzytomnym wzrokiem wpatrując się w parapet okienny.

Mimo woli też spojrzałam na parapet, ale nie dostrzegłam w nim nic szczególnie niezwykłego ani tym bardziej przerażającego. Skierowałam więc znów uwagę na oszołomionego tajemniczym ciosem faceta i okropne podejrzenia zaczęły się lęgnąć w mej duszy. Milczałam, czekając na wyjaśnienie.

Po długiej chwili, w czasie której wyraźnie odzyskiwał przytomność umysłu, dostrzegł wreszcie moją obecność i prawdopodobnie pytający wyraz twarzy. Podniósł się i przeszedł na drugą stronę tapczanu.

- Słuchaj - powiedział bardzo poważnym głosem - strasznie cię przepraszam, ale stało się coś okropnego. Zapomniałem o pewnej rzeczy. Popełniłem zaniedbanie, które może mieć fatalne następstwa. To już nie jest tragedia, to jest katastrofa. Moje niedopatrzenie grozi konsekwencjami nie tylko mnie, ale także wielu innym ludziom. Nie wiem, jak mogłem zrobić coś podobnego, i nie wiem, jak cię mam przepraszać. Przebacz mi, jeśli możesz.

Na razie nie mogłam, ale patrzyłam, co z tego dalej wyniknie. Udzielając mi wyjaśnień, podszedł do telefonu, usiadł i podniósł słuchawkę. Zupełnie odruchowo przeszłam na drugą stronę pokoju, bo zbyt głęboko tkwiły w mojej duszy wpojone we wczesnym dzieciństwie nauki, że nie podsłuchuje się cudzych rozmów. Nie słyszałam więc, co mówił, wpadło mi tylko w ucho kilka słów, głośniej wypowiedzianych, z których zrozumiałam, że natychmiast wychodzi i że na wszelki wypadek podaje komuś mój własny numer telefonu. Zaskoczenie mijało, zaczął mnie ogarniać gniew i poczułam, jak dusza wierzgnęła we mnie wszystkimi kopytami. Milczałam nadal, bardzo godnie i sztywno.

Skończył rozmowę i zwrócił się do mnie już całkowicie opanowany.

- Nie mogę ci tego na razie wyjaśnić - powiedział. Wstał i zaczął się szybko ubierać. - Wiem, jak to może wyglądać w twoich oczach, ale wierz mi: to jest naprawdę rzecz o wiele poważniejsza, niż mogłabyś przypuszczać. Jeżeli w ogóle jeszcze kiedykolwiek zgodzisz się ze mną rozmawiać, to daję ci słowo honoru, że ci to wszystko wyjaśnię. Jeżeli teraz nie uda mi się naprawić tego, co zrobiłem, nastąpi katastrofa.

Wydawał się bardzo zaabsorbowany i zaniepokojony, ale już opanowany i przytomny. Ubrał się do końca i podszedł do mnie, bo cały czas stałam w milczeniu, paląc papierosa i przyglądając się jego poczynaniom.

- Joanno, strasznie cię przepraszam - powiedział cicho. - Naprawdę, strasznie cię przepraszam...

Nie odpowiadając, przeszłam za nim do przedpokoju. Przed drzwiami zawahał się i zawrócił.

- Czy... będę mógł jeszcze kiedyś do ciebie zadzwonić?

- Proszę cię bardzo - odparłam nadzwyczaj uprzejmie i lodowato.

Szybkim krokiem podszedł do drzwi i szarpnął zasuwę. Zasuwa ani drgnęła. Byłam zbyt zaszokowana, żeby pamiętać w tej chwili o fanaberiach własnego zamka, i stałam nadal, oparta o ścianę, nie myśląc o tym, że należy mu pomóc w otwarciu drzwi. Przez chwilę mocował się z narowistą zasuwą i nagle, zniecierpliwiony, odwrócił się do mnie.

- Jak to się otwiera?!

Nie, to co brzmiało w jego głosie, to nie była niecierpliwość. To było napięcie, zdenerwowanie, niemal lęk człowieka, który się nieprzytomnie śpieszy i nie może się wydostać z zamkniętego pomieszczenia. Pytanie zabrzmiało ostro i nieprzyjemnie, prawie jak rozkaz. Jakby już nie był w stanie dłużej nad sobą panować.

- Przepraszam - powiedziałam wciąż tym samym zimnym i uprzejmym tonem.

Przeszłam obok niego i otworzyłam drzwi, a następnie zamknęłam je za nim.

Powoli wróciłam do pokoju i usiadłam przy stole. Oszołomienie i gniew mijały, zebrałam myśli do kupy i nagle zdałam sobie sprawę z groteskowości sytuacji. Wielki Boże, a cóż to było? Nieprzytomnie zdenerwowany facet w dezabilu, załatwiający przez mój telefon sprawy państwowej wagi... Co za nieprawdopodobny idiotyzm! Wszystkiego się mogłam spodziewać, tylko nie czegoś takiego. Co to ma znaczyć? Kim jest, do stu tysięcy diabłów, ten człowiek?

Zapaliłam drugiego papierosa i zaczęłam myśleć intensywniej. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie czuję się obrażona. Nie czuję się obrażona? Dlaczego? Każda normalna kobieta w tej sytuacji powinna się poczuć śmiertelnie dotknięta. Czyżbym nie była normalną kobietą? Nie, to nie to. Ten człowiek robił rzeczywiście wrażenie wstrząśniętego. Jeżeli udawał, to robił to genialnie, a zresztą nie! Niemożliwe. Cała ta scena mogła być znakomicie zagrana, a jeszcze lepiej wyreżyserowana, ale jedno musiało być prawdziwe. Ten moment przy drzwiach. Ten gest, ten ruch, którym się odwrócił, ten ton głosu, nie, to nie mogło być zagrane, to musiała być prawda. Bo jeśli to było zagrane, to doprawdy jeszcze nigdy w życiu nie widziałam lepszego aktora i nie pozostaje mi nic innego, jak tylko złożyć mu wyrazy najwyższego uznania...

A jeśli to była prawda?... O, święci pańscy! To co ja najlepszego zrobiłam, w co ja się wplątałam? Co mają oznaczać te wstrząsające tajemnice?

Przez chwilę rozważałam jeszcze jedną możliwość, że ni z tego, ni z owego doszedł nagle do wniosku, że jestem odstręczająca i powziął do mnie głębokie obrzydzenie. Pewnie, to też możliwe, de gustibus non est disputandum, ale po co w takim razie robił takie przedstawienie? Wystarczyło oświadczyć, że mu się nie podobam, i wybyć w trybie normalnym. Prawdopodobnie nie czułabym się tym zachwycona, ale przyjęłabym to jako dopust boży i karę za głupie pomysły, nie wnosząc żadnych pretensji. Ostatecznie, nigdzie nie jest powiedziane, że muszę się podobać całemu światu.

Ale nie, to nie to. W całej tej scenie był element niepokoju, wielkiego niepokoju, a nie było cienia afrontu w stosunku do mnie. Może dlatego nie czuję się obrażona? Nie, jeszcze inaczej. Na razie nie czuję się obrażona, ale stoję na krawędzi śmiertelnej obrazy. Czekam, co będzie dalej. Wszystkim na tym padole zdarzają się nieprawdopodobne rzeczy, nie ma nic niemożliwego, wobec tego dopuszczam możliwość wyjaśnień. Dopiero te wyjaśnienia mogą mnie obrazić albo nie, nie mówiąc o tym, że ich brak będzie także znamienny.

Jedno jest pewne: niezależnie od tego, co będzie dalej, czy jeszcze kiedykolwiek usłyszę o tym człowieku, czy nie, ja się dowiem, kto to jest. Nie zostawię sobie do końca życia nie odgadniętej tajemnicy. O tym, co się dzieje ze mną i dookoła mnie, decyduję ja sama i nikt inny. I nikt mnie tu nie będzie wpędzał w bezsensowne konspiracje.

Powziąwszy tę niezłomną decyzję, podniosłam się i uznałam, że czas iść spać. Nie przestałam być zaabsorbowana tematem, bo jednak w głębi duszy ciągle mi tkwiły raz obudzone, okropne podejrzenia, zupełnie nie związane z żadnym rodzajem państwowotwórczej pracy...

Po dwóch dniach, jak zwykle późnym wieczorem, zadzwonił telefon.

- Chciałem cię jeszcze raz bardzo, bardzo przeprosić - powiedział miękki, dobrze mi już znany głos. - Czy jesteś mocno na mnie obrażona?

Prawdopodobnie popełniłam tu fatalny błąd. Zamiast udawać urażoną księżniczkę i kazać się przebłagiwać na kolanach, po prostu powiedziałam prawdę. Powiedziałam to, co myślę i co się we mnie w ciągu tych dwóch dni ugruntowało. Zapomniałam o tym, że nie każdy docenia prawdę i że wielu ludzi wyżej stawia formę niż treść, i być może, iż ta chwila właśnie stała się dla mnie początkiem potężnej awantury.

- Wbrew temu, co mógłbyś przypuszczać i czego mógłbyś oczekiwać, nie jestem obrażona - powiedziałam. - Nie mam powodu nie wierzyć, że istotnie zaszło coś niezwykłego. Nie wydaje mi się, żebyś świadomie starał się mnie obrazić. Nie wiem, co to było, ale zgadzam się na razie sądzić, że twoje zachowanie było usprawiedliwione i zgadzam się usłyszeć wyjaśnienia.

Westchnienie, które usłyszałam w słuchawce, mogło być westchnieniem ulgi.

- Nie przypuszczasz nawet, jak bardzo jestem ci wdzięczny za takie postawienie sprawy. Nadal nie mogę ci udzielić szczegółowych wyjaśnień, ale zapewniam cię, że to było nawet ważniejsze, niż się mogło wydawać. I cieszy mnie, że w tym, co mówisz, nie dostrzegam elementu histerii.

Elementu histerii? Na krótką chwilę przestałam słyszeć jego głos. Przypomniałam sobie różne okresy i wydarzenia w życiu, które dokładnie wyleczyły mnie z histerii i nauczyły wielkiej tolerancji. Może nawet za dużo było tej tolerancji? Nikt tego przecież nigdy nie docenia. Może i tym razem powinnam była nie przyznawać się do prawdziwych uczuć, tylko urządzić potworną awanturę albo w ogóle nie chcieć rozmawiać?

Znów niczego nie wyjaśnił i niczego nie powiedział. Przeprosiwszy mnie wrócił do dawnego tonu miłej, towarzyskiej konwersacji. O, nie! To już mi się zupełnie przestało podobać. Cóż ten człowiek sobie właściwie myśli? Wplątał mi się przypadkowo w życie w charakterze wielkiej tajemnicy i zamierza tą tajemnicą na zawsze pozostać? Nic z tego, ze mną ten numer nie przejdzie.

Jestem lojalna i przyzwoita, lubię grać fair. Kończąc rozmowę, powiedziałam:

- Muszę cię uprzedzić, że zamierzam cię rozszyfrować. Zrobię wszystko, co się da, albo nawet jeszcze więcej. Nie będziesz miał pretensji, jeżeli mi się uda doprowadzić do dekonspiracji?

- Proszę cię uprzejmie - powiedział tonem, który świadczył, że nie wierzy w moje możliwości.

Ha, nie doceniał przeciwnika...

W ciągu następnych tygodni miałam, niestety, zbyt dużo pracy, żeby móc coś załatwić w ciągu dnia. Pozostawały mi tylko wieczory i telefon. Obdzwoniłam całe miasto, szukając samochodu i psa. Któregoś dnia rozmawiał ze mną bardzo zmęczonym głosem i widać przez niedopatrzenie zdradził mi markę i typ samochodu. Takich wozów jest w Warszawie bardzo mało, a do tego jeszcze wozów, stojących w warsztacie z nawalonym przednim zawieszeniem. Dobrze, tylko w którym warsztacie? Znaleźć coś takiego przez telefon, i do tego późnym wieczorem, okazało się niemożliwe. Osobiście zapewne byłoby łatwiej, ale nie miałam czasu na zwiedzanie wszystkich stołecznych warsztatów mechanicznych.

Równocześnie z samochodem poszukiwałam psa, który, bądź co bądź, był przecież też nietypowy. Nawiązałam przyjacielskie kontakty ze Związkiem Kynologicznym oraz z właścicielami hodowli psów, opowiadając przez telefon nieprawdopodobne bzdury. Zależnie od chwilowego natchnienia zamierzałam takiego psa kupić, sprzedać, tłumaczyłam niewinnym ludziom, że mi zginął, przybłąkał się, zżarł mi dziewięć jajek z Delikatesów i pół kilo konserwowej polędwicy oraz że chcę go skrzyżować z suką takiej samej rasy. Wreszcie pomyliło mi się wszystko i już sama nie wiedziałam, czy szukam psa, czy jego właściciela.

Właściciel tymczasem systematycznie dzwonił, dając mi za każdym razem nowego dubla. Urzekającym, miękkim głosem opowiadał mi rozmaite denerwujące rzeczy. Obrazowo i pięknie mówił o swoich podróżach zagranicznych, o swoich planach urlopowych, przypominając mi tym, że powinnam zająć się załatwianiem własnego wyjazdu za granicę i zorganizowaniem wiszącego mi nad głową urlopu, a nie bawić się w idiotyczne śledztwo. Doprowadzał mnie tym do ponurej rozpaczy, bo doskonale zdawałam sobie sprawę, że już za głęboko wsiąkłam, że jestem jak wyżeł na tropie i nie ma siły, która by mnie powstrzymała od czynienia poszukiwań. Wychowałam się niejako na powieściach kryminalnych i teraz miałabym darować sobie taką piękną zabawę? Mowy nie ma! Przerwać w połowie rozpoczęte dzieło, nie doszedłszy do żadnych rezultatów? Wykluczone. Im trudniejsze wydawało się rozszyfrowanie tego człowieka, tym bardziej się zacinałam. Rezygnacja z czegoś, co jest trudne, nie leży w moim charakterze, a przy tym wyraźnie czułam, że on sobie zdaje sprawę z moich wysiłków i świetnie się tym bawi. Krótko mówiąc, robi ze mnie balona dużej klasy. No, to ja ci pokażę balona!

Już prawie przestałam pamiętać, jak ten facet wygląda, a czasem nawet miałam wątpliwości, czy w ogóle istnieje. Nie miał żadnego miejsca w realnym świecie, był tylko głosem, niskim, pięknym, fascynującym głosem, którego z przyjemnością słuchałam. Chwilami docierało do mojej świadomości, że coś tu jest nie w porządku, bo wprawdzie dzwoni, ale spotykać się ze mną nie zamierza, i teraz ja nalegam na spotkanie, a nie on, ale byłam zbyt zaabsorbowana tą drugą stroną medalu, żeby zwracać na to uwagę. Było mi już wszystko jedno, jak wyglądam w jego oczach, niech sobie myśli o mnie, co chce, tylko niech się pokaże w jakimś pojeździe mechanicznym, bo każdy pojazd mechaniczny w tym kraju ma jakiś numer, a te numery są gdzieś zarejestrowane...

Bóg raczy wiedzieć, co ten człowiek mógł sądzić o moich zamiarach. Cokolwiek sądził, odnosił się do nich chyba nieufnie, bo zachowywał daleko posuniętą ostrożność. Nawet dzwonił do mnie w zupełnie innych porach, niż go do tego namawiałam, i muszę przyznać, że wiedział, co robi...

Wyjechał na urlop, nie straciwszy nic ze swej tajemniczości. Niewiele brakowało, a pojechałabym do tej samej miejscowości, ale nasze urlopy mijały się w czasie, swój zaczynałam tuż przed jego zamierzonym powrotem. Przytomnie doszłam do wniosku, że przez trzy dni i tak nie zdążyłabym niczego wykryć, więc nie warto się fatygować.

Kończyłam ostatnie przedurlopowe zajęcia. Wieczorami telefon milczał, a wielka tajemnica wisiała mi nad głową nie rozstrzygnięta. Rozmyślałam nad nią tak intensywnie, że w końcu zaczęłam się obawiać, że mi to zaszkodzi. Fijoła dostanę albo coś w tym rodzaju. Kim mógł być ten oryginalny osobnik? Członkiem rządu? Figurą państwową? Pracownikiem kontrwywiadu? A może wrogiem ojczyzny? Bo jeżeli nie był niczym takim, tylko przeciętnie pracującym obywatelem, to cóż, na miły Bóg, mogło znaczyć jego postępowanie? Otaczanie się tajemnicą było dla mnie zrozumiałe na samym początku. Ostatecznie nie wiedział, kim jestem, i mógł podejrzewać najgorsze rzeczy, przyzwoite kobiety na ogół nie zapraszają do siebie o północy obcych ludzi, mógł się obawiać napadu, okradzenia, bo ja wiem, czego jeszcze. Ale teraz? Zna moje nazwisko, ma o mnie mnóstwo wiadomości, nie ma w moim życiu niczego, co kogokolwiek mogłoby napełniać jakąś obawą. Może doszedł do wniosku, że mu się bardzo nie podobam i nie zamierza utrzymywać tej znajomości, ale w takim razie po co dzwoni? Przecież go do tego nie zmuszam. A może zmuszam?

Po namyśle doszłam do wniosku, że chyba jednak zmuszam. Pewnie, przecież jeżeli więcej nie zadzwoni, to nie mam żadnych szans czegokolwiek się o nim dowiedzieć. Możliwe, że wywieram na nim presję moralną. Ale to co, taka niedojda, że zaraz tej presji musi ulegać? E, nie wierzę! Cóż, rozsądne wytłumaczenie jest tylko jedno i to, niestety, okropne...

Bo właściwie nie mam żadnej pewności, czy istotnie miałam do czynienia z prawdziwym mężczyzną...

A wszelkiego typu zboczeńców to ja się śmiertelnie boję...

Wróciłam z urlopu świeża, wypoczęta i pełna wigoru, z gotowym planem działania. Zebrałam do gromady wszystkie wiadomości, jakie dotychczas udało mi się uzyskać. Spisałam sobie w punktach to, co widziałam na własne oczy, to, co słyszałam od niego, i to, co zdołałam z tego wydedukować. Oczywiście, nie wszystko z tego, co mówił, musiało być prawdą, rozgraniczyłam więc sobie to, w co mogłam wierzyć, i to, co było wątpliwe.

Przede wszystkim na własne oczy widziałam, że istnieje. Bardzo wysoki, przystojny, interesujący facet, w wieku między 35 a 40, bardzo dobrze ubrany w zagraniczne ciuchy. Inteligentny, z dużym wykształceniem i z poczuciem humoru. To było pewne. Na własne oczy widziałam też samochód, który, jak twierdził, nie należy do niego, ale który sam prowadził, to mi jednak nic nie dało. Pożyczyć samochód można chociażby z Motozbytu.

Tego, że pracuje w dziwnych godzinach, też byłam pewna. Odgłosy, które mnie niekiedy dobiegały w czasie naszych rozmów, na pewno nie pochodziły z prywatnego mieszkania. Jeżeli w prywatnym mieszkaniu goście mówią „do widzenia”, to pan domu na pewno w tym czasie nie rozmawia przez telefon. Chwilami przerywał rozmowę ze mną i zwracał się do kogoś, odpowiadając na jakieś pytania albo wydając jakieś dyspozycje. Czasem ktoś mówił do niego bezpośrednio, a czasem to robiło takie wrażenie, jakby rozmawiał przez jakiś aparat. Jakiś aparat... Ten aparat mnie męczył, było w tym coś znajomego, ale nie mogłam sobie uprzytomnić co.

Żonaty nie był, wykluczone. Żonaty człowiek nie rozmawia przez telefon z obcą kobietą o godzinie wpół do drugiej w nocy. Chyba że ta żona jest głucha, niewidoma i mieszka w innym pokoju, ale to już przypadek raczej rzadko spotykany. I z pewnością wtedy rozmawiał z domu, bo te rozmowy brzmiały nieco inaczej niż te z pracy i nic w nich nie przeszkadzało.

Na pewno mogłam też wierzyć w psa. Tak, pies był pewny. Zbyt długo sama miałam psa, żeby nie mieć co do tego żadnych wątpliwości. Tak się nie mówi o psie, którego się nie posiada...

Resztę już znałam tylko z jego opowiadań. Mogłam w to wierzyć albo nie. Mieszka sam w czterdziestu czterech metrach kwadratowych i nie płaci za nadmetraż? W Warszawie? Figura państwowa, nic innego. Urlopy spędza za granicą. Możliwe, niektóre z rzeczy, o jakich mi opowiadał, musiał widzieć na własne oczy, niech będzie, że spędza. Wóz posiada taki więcej oszołamiający, też możliwe albo nie. Jeżeli przed pierwszym kupił tę kudłatą szmatę na tapczan, to znaczy, że na braki finansowe nie cierpi. Czasem wyjeżdża w delegacje, a przynajmniej tak twierdził. Wyjeżdża niespodziewanie i przymusowo. Co jeszcze? Ach, i ma tak pięknie urządzone mieszkanie...

Przypomnienie mieszkania od razu wyprowadziło mnie z równowagi i zbiło z tematu, bo natychmiast pojawiła mi się przed oczami moja farba, sypiąca się z sufitu. Zamiast ciągnąć dalej śledcze rozważania, zaczęłam zastanawiać się nad tym, jaki kolor dać w łazience i czy zrobić w pokoju jedną ścianę ciemniejszą, i ile mnie to wszystko będzie kosztowało?...

Doszłam do wniosku, że bardzo drogo, i czym prędzej przestawiłam się z powrotem na poprzedni temat. No więc, co teraz? Co ja wiem z tych wiadomości, zebranych do kupy? Nic. I nic mi nie tłumaczy tamtej dramatycznej sceny u mnie w domu. Po jakiego diabła rzucał wtedy moim numerem telefonu?

Po bardzo głębokim namyśle uznałam, że mam tylko jedną drogę. Jeżeli nie trafię po mieszkaniu, to nie trafię po niczym. To jest jedyny element należący do dziedziny dobrze mi znanej. Trzeba uzyskać więcej wiadomości i zorientować się, gdzie i kiedy były oddawane do użytku budynki o takim właśnie typie mieszkań i akurat tak wykończone. Poza tym trzeba przyjąć za prawdę wszystko, co do mnie mówił, bo nawet jeżeli to wszystko było zełgane, to jakieś ziarno prawdy może w tym tkwić i to ziarno właśnie uda mi się wyłowić.

Powziąwszy tę decyzję, w napięciu czekałam na telefon. Zadzwoni czy nie? Bo jeżeli nie zadzwoni, to się chyba nigdy nie dowiem...

Zadzwonił. Jak zwykle późnym wieczorem i jak zwykle wyciągnął mnie z wanny. Byłam tak przejęta, że się nawet nie wycierałam, tylko owinięta szlafrokiem wlazłam pod kołdrę. Po wstępnych rewerencjach przystąpiłam do realizowania planu.

- Okropnie ci zazdroszczę mieszkania - powiedziałam obłudnie. - Mówiłeś, że masz ładnie wykończone. Może masz nawet szafy ścienne?

- Mam w przedpokoju.

- Mój Boże, a ja nie mam. A jakie masz? Dwudrzwiowe?

- Jedną mam dwudrzwiową, a jedną jednodrzwiową, jeżeli już tak to nazywasz.

Ach, to będzie prawdopodobnie typ B1 i B2.

- A więcej nie masz? Tylko w przedpokoju? Bo wiesz, znam taki budynek, gdzie ludzie mają więcej szaf ściennych niż czegokolwiek innego i nie mają do nich co chować.

- Nie, ja mam co chować. I w ogóle więcej ich nie mam, tylko w przedpokoju.

- A jakie masz podłogi? Z czego?

- Jak to z czego? Z klepki.

- W kuchni też z klepki?

- A, nie, w kuchni mam coś takiego innego...

- Co? Płytki PCV?

- Nie wiem, co to są płytki PCV, ale sądząc z nazwy, to są jakieś małe elementy. Nie, u mnie jest jednolita powierzchnia z jakiegoś tworzywa sztucznego.

Pewnie, że z tworzywa sztucznego. A co on tam chciał mieć, marmur? Tylko co to może być: polichlorek winylu w metrach?

- I pewnie masz glazurę w łazience?

- Co to jest glazura? Te kafelki na ścianach?

- Aha.

Jak można nie wiedzieć, co to jest glazura?

- Nie, nie mam tego. Mam łazienkę malowaną, ale bardzo ładnie.

- Jeszcze jak żyję, nie widziałam ładnie malowanej łazienki... Wysokie masz to mieszkanie?

- A wysokie. Pewnie ma ze cztery metry.

- Co? Wykluczone. Przed wojną mieszkania miały cztery metry. Teraz się takich nie buduje.

- No to może trochę mniej. Ale co najmniej trzy i pół. Proszę cię, nie każ mi teraz wstawać i mierzyć.

Najchętniej bym mu właśnie kazała, bo mnie to okropnie zaintrygowało. Trzy i pół metra? Nietypowa wysokość, gdzie takie budowali, u diabła? Dowiązanie do istniejących budynków czy co?

- A co masz przed oknem? Ładny widok?

- Trudno to nazwać widokiem. Z jednej strony mam taki mały kawałek jakby ogródka, a z drugiej strony stoi dom. I to jest nawet bardzo wygodne, bo ten dom zaraz po południu zasłania już słońce w moim oknie. Jestem z tego bardzo zadowolony, nie lubię, jak jest za gorąco.

No to mam usytuowanie. Jeszcze tylko lokalizacje...

- Na którym piętrze mieszkasz?

- Na drugim.

- Głupie piętro. Nigdy nie wiadomo, czy jeździć windą, czy chodzić piechotą. A przy tym dostatecznie wysoko, żeby się zmęczyć, i dostatecznie nisko, żeby był hałas.

- U mnie nie ma hałasu. Tu jest idealnie cicho. Nic nie jeździ, nic nie przeszkadza. Właśnie dlatego się przeprowadziłem, bo wiesz, ja przedtem też miałem bardzo ładne mieszkanie, które ogromnie lubiłem, ale tam mnie o piątej rano budziły autobusy. No a poza tym po rozwodzie, kiedy zostałem sam, było jednak trochę za duże. Nieprzyzwoicie jest mieszkać samemu w trzech pokojach z kuchnią.

- Też mieszkałeś w Śródmieściu?

- Oczywiście. Na rogu Mokotowskiej i Koszykowej. Właśnie Mokotowską jeździły autobusy.

- Nie zamierzasz przypadkiem odnawiać mieszkania? To jest problem, który mnie strasznie gnębi, bo już dawno powinnam to zrobić.

- Ja nie muszę. Mieszkam tutaj... czekaj, jak długo ja tu mieszkam? Dwa lata. Tak, teraz właśnie mijają dwa lata. Wszystko jeszcze bardzo ładnie wygląda.

- Sprowadziłeś się do nowego mieszkania czy dostałeś je po kimś?

- Do absolutnie nowego. Nawet czekało na mnie przez kilka miesięcy, inni ludzie już w tym domu mieszkali, a mnie było żal się przeprowadzić.

- Ach - powiedziałam perfidnie - jak ci zazdroszczę. Jeżeli jeszcze powiesz, że masz ładną klatkę schodową...

- Mam bardzo ładną klatkę schodową.

- Na pewno się rozchoruję z zazdrości i żalu. Można zjeżdżać po poręczy?

- Co takiego?

- Po poręczy, pytam, czy można zjeżdżać. Bardzo lubię, przez długie lata zjeżdżałam codziennie.

- Wiesz... nie próbowałem. Ale raczej się nie da, ona jest zbyt kręta.

- Jak to kręta? Nie normalne dwa biegi?

- O, nie. To tak jakoś idzie, najpierw trzy stopnie, potem cztery stopnie, potem jeszcze po kilka stopni, jeden stopień...

Na moment zaniemówiłam. Co on mówi? Jeden stopień? Takiego czegoś w nowym budownictwie nie ma, chyba że... Ach!...

Coś mi zaczęło świtać. Znów coś znajomego, o czym powinnam na pewno wiedzieć. Ale przecież wydawało mi się, że mieszka na Latawcu, dlaczego mi się ubzdrzył ten Latawiec? Coś tu nie gra, no nic, potem się będę zastanawiać.

- Tak, rzeczywiście - powiedziałam w roztargnieniu. - Po takich schodach byłoby trudno zjeżdżać. A balkon masz?

- A widzisz, to jest jedyny mankament tego budynku, że w nim nie ma balkonów. Ale trudno, nie można mieć wszystkiego. A teraz już cię muszę pożegnać, bo zaraz wyjeżdżam w delegację. Zdaje się nawet, że już samochód zajechał.

- Na długo wyjeżdżasz? Kiedy można oczekiwać, że zadzwonisz?

- Nie wiem dokładnie, na jak długo, ale w środę już będę na pewno.

- Środa to parszywy dzień, ale niech będzie. Powodzenia.

- Dobranoc.

Ha, mnóstwo wiem! Jeżeli po tym nie trafię, to będę ostatni matoł. Nie ma wątpliwości, że budynek jest nietypowy. Nie normatywne powierzchnie, nie normatywna wysokość, usytuowany południe-północ, po północnej stronie ulicy, obustronnie zabudowanej. Na zapleczu zieleń, niska, ulica zamknięta dla ruchu albo tylko ruch lokalny. I ta dziwna klatka schodowa z jednym stopniem. Niemożliwe, zełgał albo mu się coś pomieszało, jeden stopień jest niedopuszczalny z punktu widzenia prawa budowlanego. A poprzednio mieszkał na rogu Koszykowej i Mokotowskiej... wyprowadził się dwa lata temu i mieszkanie czekało... Budynek oddany do użytku w czwartym kwartale sześćdziesiątego roku!

A poprzednio mieszkał...

Rany boskie, cieć! To jest człowiek, który wie wszystko o lokatorach. Natychmiast ciecia!

Niech Pan Bóg da zdrowie wszystkim autorom powieści kryminalnych, żywym i martwym, razem wziętym. Z sercem przepełnionym wdzięcznością i uwielbieniem dla wyżej wymienionych autorów ruszyłam na podbój tajemnicy. Ruszyłam dwukierunkowo: raz - na obecne mieszkanie, bo znowu nie oddajemy budynków do użytku na setki, i to w dodatku nietypowych, dwa - na byłe mieszkanie, bo z nowego budownictwa ludzie się tabunami nie wyprowadzają.

Miałam jeszcze dwa dni urlopu, które mogłam swobodnie wykorzystać na tę niezwykłą rozrywkę. Pierwszy raz w życiu przytrafiła mi się taka atrakcja i w gruncie rzeczy byłam temu człowiekowi gorąco wdzięczna za nieoczekiwane i nadprogramowe urozmaicenie szarej rzeczywistości. Prawdopodobnie nawet nie przypuszczał, jaką przyjemność mi robi.

Zacząwszy od Wydziału Architektury Dzielnicowej Rady Narodowej, przez projektantów, bądź co bądź, kolegów po fachu, dotarłam do inwestorów budynków mieszkalnych. Projektanci zaprzysięgali się na klęczkach, że żaden z nich nigdy w życiu nie wymyślił takiej idiotycznej klatki schodowej, więc w końcu musiałam im dać spokój i wzięłam się za DBOR. DBOR inwestuje wszystkie mieszkaniówki, z wyjątkiem bardzo nielicznych, należących do jakichś specjalnych instytucji. I tu miał prawo zaistnieć ten wypadek, ale musiałam się o tym upewnić. Pierwszego dnia już nie zdążyłam, skończyły się godziny pracy, więc zmieniłam kierunek i uderzyłam na cieciów.

Każdego interesowały przyczyny moich dociekań, wobec tego musiałam coś wymyślić. No i wymyśliłam szalenie wzruszającą historię o tym, jak przed trzema laty zginął mi Orland Szalony Ariosta, biały kruk, wydanie z XVIII wieku, którego pewien mój przyjaciel zostawił przez pomyłkę u swoich znajomych. Przyjaciela musiałam jakoś unieszkodliwić, żeby się nikt nie dziwił, że go o to nie pytam, więc wysłałam go do Iraku, gdzie szczęśliwie wybuchła rewolucja, uniemożliwiająca jakiekolwiek kontakty. Ja tych jego znajomych nie znam, nie wiem nawet, jak się nazywają, wiem tylko, gdzie mieszkali przed trzema laty. Słyszałam o nich mnóstwo plotek towarzyskich i teraz padam ofiarą dyskrecji taktownych ludzi, którzy, plotkując, nie wymieniają nazwisk. Cóż, normalna rzecz, nomina sunt odiosa. A Ariosta muszę natychmiast odzyskać, bo należał nie do mnie i jego właściciel właśnie wraca z zagranicy. Bezwzględnie muszę go zwrócić, jak ja inaczej będę wyglądała, zagubić taką cenną rzecz, istna rozpacz!

Bóg raczy wiedzieć, czy w ogóle pęta się gdzieś po Polsce jakiś egzemplarz Orlanda Szalonego z XVIII wieku, ale miałam nadzieję, że nie trafię na żadnego bibliofila, a z przeciętnych ludzi na pewno też nikt tego nie wie. Opowiadałam tę historię, komu tylko się dało, wzbogacając ją coraz to nowymi szczegółami, aż wreszcie sama w to uwierzyłam i nie musiałam już udawać rozpaczy. Nieomal że miałam łzy w oczach. Powtarzałam też systematycznie wszystkie plotki o poszukiwanych, że mieli te trzy pokoje, że się rozwiedli i wyprowadzali kolejno, podając przybliżoną datę, kiedy to było. Moje zainteresowanie brzmiało na pewno szczerze, choć jedyne, co w tej opowieści było prawdziwe, to fakt, że nie znałam nazwiska tych państwa. Wszyscy mi wierzyli i wyrażali swoje najgłębsze współczucie, ale co z tego, skoro ciecie, jak jeden mąż, zaprzysięgli się, że w tym domu nie ma ani jednego trzypokojowego mieszkania. Szóstym zmysłem wiedziona, nie uwierzyłam cieciom i postanowiłam odwiedzić jeszcze biuro meldunkowe. Uparłam się jak kozioł w kapuście.

Następnego dnia udałam się przede wszystkim do DBOR-u. Tutaj wzruszające opowiadanie o Orlandzie Szalonym było całkowicie nie na miejscu i musiałam wymyślić coś innego. Wymyśliłam już wcześniej, a uzupełniłam sobie po drodze zagadnienia społeczno-mieszkaniowe, którymi interesuje się jedna z bardzo poważnych, państwowych instytucji. Jeden z pracowników tej instytucji rozmawiał kiedyś z kimś spotkanym w pociągu o mieszkaniach w nowym budownictwie i ten ktoś opowiadał o budynku, którego lokatorzy są bardzo zadowoleni. Instytucja poleciła mi odnaleźć to kuriozum, ponieważ to był pierwszy wypadek w dziejach naszego budownictwa, żeby mieszkańcy nowego budynku byli z niego zadowoleni. Pracownik instytucji, prawdopodobnie debil, nie uzyskał od swego rozmówcy ani jego nazwiska, ani adresu, no i ja teraz muszę nadrobić niedopatrzenie tego idioty. Znów sypałam znanymi mi wiadomościami, największy nacisk kładąc na datę oddania budynku do użytku. Moja legitymacja służbowa oddawała mi wielkie usługi, będąc niezbitym dowodem, że pracuję w pokrewnej branży. Niejakie zdziwienie wywoływały tylko metody poszukiwań, stosowane przez poważną instytucję.

Moje uparte obstawanie przy zadowoleniu lokatorów witane było wyraźnym zaskoczeniem i nieufnością, a na wieść o klatce schodowej z jednym stopniem każdy się pukał palcem w czoło. Pomimo to udało mi się uzyskać to, czego chciałam: adresy budynków w owym czasie oddanych do użytku, i to nie spółdzielczych, a kwaterunkowych. Konsekwentnie trzymałam się powziętego na początku postanowienia: wszystko, co mi powiedział, uznać za prawdę.

Z DBOR-u poleciałam do biura meldunkowego, przestawiając się po drodze na nowo zaginionego Ariosta. Bałam się, żeby przypadkiem nie pomylić tematów, bo już sama zaczynałam być tym wszystkim nieco skołowana i cały czas mamrotałam do siebie pod nosem: „Orland Szalony, Orland Szalony...”

W biurze meldunkowym siedziało kilka pań i jeden pan. Łamiąc ręce i rwąc sobie włosy z głowy wystąpiłam przed nimi z rzewnym opowiadaniem o moim nieszczęściu. Przy okazji zlokalizowałam jeszcze właściciela Ariosta i sprecyzowałam datę jego przyjazdu. Mianowicie miał wrócić ze Szwajcarii pojutrze. Dlaczego pojutrze, nie wiem, ale ze Szwajcarii dostałam właśnie poprzedniego dnia list od kolegi, który jako żywo w ciągu najbliższych lat wrócić nie zamierzał, jak również nigdy w życiu nie posiadał Orlanda Szalonego. Jestem tego zupełnie pewna, bo gdyby miał, to by mi pożyczył, Wszyscy ci państwo patrzyli na mnie wzrokiem pełnym współczucia i wyraźnie gorąco pragnęli mi pomóc. Panie stwierdziły od razu, że nic nie wiedzą, ale pan spojrzał w dal zamyślonym spojrzeniem.

- Trzy lata temu, pani mówi? I rozwiedli się przedtem? To ja chyba wiem, o kogo pani chodzi...

Na krótką chwilę skamieniałam, a potem rzuciłam się na niego, jak hiena na padlinę.

- Panie, życie mi pan uratuje! Mów pan, rany boskie! Pan spojrzał na mnie z nagłym zainteresowaniem i uśmiechnął się, prawie jak Mona Liza.

- To był taki bardzo wysoki, przystojny, czarny facet, prawda? Rzeczywiście, ona się wyprowadziła pierwsza, a on jeszcze został i wyprowadził się potem. Mieli dwie córki.

O, święci pańscy, jakie córki? Przecież jest bezdzietny. Aha, prawda, mógł zełgać, chociaż nie wiem, po co.

- O córkach nic nie wiem - powiedziałam ostrożnie. - Ale reszta się zgadza.

- To były chyba jej córki z pierwszego małżeństwa. Jedna już prawie dorosła. No tak, to ja wiem, kto to jest.

Bierz diabli córki, niech ich będzie nawet sto. Nazwisko! Jeżeli nie powie nazwiska, to go uduszę.

Widocznie przeczuł moje zamiary, a możliwe też, że patrzyłam na niego, jak jadowita żmija na niewinnego ptaszka, bo zwrócił się nagle nie do mnie, tylko do jednej z pań.

- No, nie pamiętasz? To byli ci z drugiego piętra. Ta aktorka i jej mąż, jak on się nazywał? No!

Na dźwięk nazwisk, które padły, skamieniałam po raz wtóry. Patrzyłam na tych ludzi z nieopisanym zdumieniem. Niemożliwe!?

- Ależ... - powiedziałam w oszołomieniu - ależ to niemożliwe...

- W tym czasie nikt inny się nie wyprowadzał. - Wszyscy obecni w pokoju przyglądali mi się teraz z dużym zaciekawieniem. Musiałam się szybko opanować, żeby nie zaczęli czegoś podejrzewać. - Jeżeli pani jest pewna, że to ktoś z tego domu, to musieli być oni.

Intensywnie usiłowałam się skupić. Przypomniałam sobie Ariosta, którego przecież lada moment miałam odzyskać, i przybrałam uradowany wyraz twarzy.

- Mój kolega był znajomym raczej tego pana niż tej pani - powiedziałam z odpowiednio umiarkowanym wzruszeniem. - Gdzie oni teraz mieszkają?

- Ona mieszka w Śródmieściu, a on to nie wiem, gdzie.



dalej


strona główna
(23kB)