(23kB)
strona główna


 

 

JOANNA CHMIELEWSKA

Krokodyl

z Kraju Karoliny

 

W pierwszej chwili, bezpośrednio po powrocie, nie zauważyłam nic niezwykłego. Alicja była jak zwykle roztargniona, jak zwykle życzliwa i jak zwykle miała mało czasu. Ja też miałam mało czasu, bo musiałam odwiedzić wszystkich znajomych i przyjaciół nie widzianych od roku, wytarzać się na łonie stęsknionej rodziny i nie w głowie mi było jakieś subtelne wnikanie w jej sprawy, ku czemu zresztą nie widziałam żadnych powodów. Trochę mnie dziwił tylko jej brak zainteresowania własnym, zamierzonym związkiem małżeńskim, napotykającym nieprzewidziane wcześniej przeszkody i oddalającym się w mglistą i nie sprecyzowaną przyszłość. Sądziłam jednak, że może się po prostu rozmyśliła i nawet cieszy ją możność uniknięcia na razie matrymonialnych więzów, do których nigdy nie miała szczególnego nabożeństwa. Przywiozłam jej niezbyt dobre wiadomości na ten temat i sama byłam nimi trochę zmartwiona, Gunnar robił takie wrażenie, jakby się chciał rozmyślić, ale Alicja wysłuchała wszystkiego bez zbytniego przejęcia. Robiła wrażenie, jakby myślała o czymś innym.

Dopiero po blisko dwóch tygodniach puściła nieco farby. Przyszła do mnie z wizytą po raz pierwszy od mojego powrotu i oglądała w łazience przywiezioną przeze mnie przepiękną nową muszlę klozetową, starannie dobraną kolorem do istniejącego wnętrza. Pochwaliła wybór i powiedziała, że do tych instalacji muszę sprowadzić dobrego stolarza, co mnie nie zdziwiło, bo wiedziałam, że ma na myśli hydraulika.

- Jestem zdenerwowana - dodała natychmiast potem, patrząc w zamyśleniu na zielony, lśniący nowością sedes.

- Czym? - zainteresowałam się, porzucając myśl o umywalce, którą również powinnam była kupić jako pendent do sedesu i nie wiem, dlaczego tego nie zrobiłam. Zdaje się, że to wszystko razem nie chciało mi się już zmieścić w samochodzie.

Alicja oderwała oko od urządzeń sanitarnych i celem zbagatelizowania wypowiedzi udała, że się śmieje, co wyglądało mniej więcej tak, jakby warczała na coś, ze wstrętem szczerząc zęby. Potem spoważniała i westchnęła.

- Nie masz przypadkiem tego twojego lekarstwa? - spytała. - Mam wrażenie, że by mi dobrze zrobiło.

- Mam, oczywiście. Mogę ci dać nawet całą butelkę, bo mam dwie. Zanim zdążę to wypić, i tak mi zapleśnieje, bo jakoś ostatnio nie widzę powodów do uspokajania się.

Wyjęłam butelkę z szafki w łazience i wręczyłam jej. Alicja odkorkowała, powąchała i chlapnęła sobie zdrowo. Po czym odstawiła butelkę na umywalkę, natychmiast o niej zapominając.

- Rzeczywiście, to jest rzadkie świństwo - zauważyła i napiła się trochę wody.

- Włóż ją od razu do torby, bo potem zostawisz - powiedziałam. Zakorkowałam butelkę bardzo porządnie, zapakowałam w nylonową torebkę i włożyłam jej do torby, nie przypuszczając nawet, że czynię to wszystko na własną zgubę.

- Czym jesteś zdenerwowana? - dodałam z zaciekawieniem już w pokoju.

Byłyśmy same w domu, bo Diabeł, mój najdroższy mężczyzna, pojechał po czwartego do brydża. Lada chwila mieli wrócić. Alicja zapaliła papierosa, wrzuciła zapałkę do filiżanki z kawą i popatrzyła w okno.

- Boję się - powiedziała bardzo poważnie, tonem pełnym niesmaku.

- Czego?!

- Nie wiem. Trudno określić. Zresztą nie wiem, może mi się tylko zdaje. Jestem zdenerwowana.

- Może masz chandrę?

- Chandrę? Chyba nie. Nie, chandry u siebie nie zauważyłam.

- No to co cię gryzie? Masz zmartwienia? Nie masz pieniędzy?

- Mam pieniądze i nie mam zmartwień. Jestem zdenerwowana.

- Może ślubem?... - powiedziałam niepewnie po chwili namysłu.

- Czyim ślubem? - zaciekawiła się Alicja.

- Twoim, na litość boską!

- A, moim. Nie, skąd. Na razie przecież jeszcze nie biorę ślubu. Nie wiem, może ja przesadzam?

- Na pewno przesadzasz. Każdy przesadza, jak jest zdenerwowany, robi się od tego jeszcze bardziej zdenerwowany i w ten sposób popada w błędne koło. Może sobie sprecyzuj aktualny stan rzeczy na piśmie? Mam na myśli nasz sposób na chandrę.

Z dawien dawna już miałyśmy opracowany znakomity sposób na chandrę. Polega on na tym, że należy sobie na kawałku papieru, najlepiej w kratkę, w dwóch rubrykach, w punktach, zapisać wszystkie rzeczy złe i wszystkie rzeczy dobre. Wydarzenia już zaistniałe i przewidywane, klęski trwałe i sporadyczne, objawy powodzenia, nieszczęścia i korzyści moralne i materialne, fakty i wyobrażenia, w ogóle wszystko, co nas aktualnie dotyczy. Jeżeli ilość punktów w rubryce „złe” przewyższa ilość punktów w rubryce „dobre”, co się zresztą zdarza nagminnie, należy dołożyć trzecią rubrykę i w niej wypisać sobie równolegle sposoby zaradzenia złemu. Pomaga jak ręką odjął!

Kiedyś, w młodych latach, jako nieszczęścia miałam między innymi napisane jedno pod drugim: „1. Nie mam fatyganta. 2. Zgubiłam grzebień”. W rubryce: „Jak zaradzić” stało równolegle: „Kupię nowy!” - myśl niewątpliwie nader pocieszająca, acz jedynie w odniesieniu do grzebienia.

W latach znacznie późniejszych zanotowałam tragiczną informację: „Zginął plan zagospodarowania terenu!”. Obok widniało beztroskie zdanie: „No to co mnie to obchodzi? Nie ja zgubiłam”.

W przewidywaniach nie miałam zbyt wielkich osiągnięć, wypisałam sobie bowiem swymi czasy wszystkie okropności, jakie tylko mogły mi się przytrafić, profilaktycznie wyszukując na nie antidotum, nie przyszło mi do głowy tylko jedno, a mianowicie, że moje dziecko podpali mieszkanie, co też istotnie nastąpiło.

Alicja przed kilku laty wśród innych nieszczęść uwidoczniła wyznanie: „Zalęgły mi się mole”. Po długim namyśle radę znalazłyśmy tylko jedną: „Pokochać!”. Rada okazała się słuszna, w krótki czas potem Alicja przyznała się, że do swoich moli zaczyna żywić coraz większą sympatię, żrą bowiem wyłącznie stare rzeczy, nie tykając nowych. Widocznie mole, szlachetne zwierzątka, na sympatię również odpowiedziały życzliwością.

Teraz jednak odmówiła wykonania owego spisu rzeczy. Zapaliła trzeciego papierosa, zostawiając na popielniczce dwa poprzednie, ledwo napoczęte.

- Boję się - powtórzyła stanowczo.

Przyglądałam się jej z lekką dezaprobatą. Podejrzewałam, że nie znane mi przyczyny owego tajemniczego lęku są wyłącznie wytworem jej imaginacji. Niemniej jednak rzeczywiście robiła wrażenie zdenerwowanej i zaabsorbowanej jakimś jednym tematem, w przeciwieństwie do zwykłego stanu rzeczy, kiedy była zaabsorbowana tysiącem różnych tematów równocześnie. Coś jej się widać musiało wyraźnie wybić na pierwszy plan, ale zupełnie nie wiedziałam co. Może nie tyle zlekceważyłam jej stan, ile nie potraktowałam go wystarczająco poważnie i przez długie tygodnie potem nie mogłam sobie tego darować. To, co o sobie później w związku z tym myślałam, nie nadaje się do powtórzenia w przyzwoitym towarzystwie.

Na razie nie dowiedziałam się niczego więcej, bo wrócił Diabeł z Janką i przystąpiliśmy do rozrywek w liczniejszym gronie, a po brydżu to on odwiózł je obie, a nie ja.

W dwa dni potem spotkałam Alicję na ulicy. Machała rękami na wszystkie bez wyboru przejeżdżające pojazdy mechaniczne. Jechałam volkswagenem Diabła, cudownym samochodem, z którym wszystko można zrobić, i widząc ją natychmiast zwolniłam. Ucieszyła się na mój widok nadzwyczajnie.

- Słuchaj, zawieź mnie, jeśli możesz! - zawołała. - Mam dosłownie dwie minuty!

- Dobrze, proszę cię bardzo. Do domu? - spytałam i ruszyłam w stronę Mokotowa.

- Nie, przeciwnie, na Stare Miasto!

- O Boże! - powiedziałam, hamując gwałtownie, żeby zdążyć zawrócić przy wylocie Sienkiewicza. Wylot Sienkiewicza brzmi może nieco dziwnie, ale nic nie poradzę, że to było akurat to miejsce. - Mówże od razu! Gdzie na Stare Miasto?

- Zaraz - odparła Alicja, oglądając się do tyłu. - Nie wiem, nie pamiętam, pokażę ci palcem. Słuchaj - dodała po chwili - czy możesz coś zrobić, żeby ten samochód nas wyprzedził? Ten granatowy opel, co jedzie za nami?

- Mogę, oczywiście - odparłam z rezygnacją, obserwując w lusterku sytuację z tyłu. - Zdawało mi się, że ci się spieszy?

- Spieszy mi się, ale, być może, mam awersję do granatowych opiów. Czy opli...? Wolałabym...

Zwolniłam zaraz za Królewską i zjechałam w prawo, nie wyrzucając kierunkowskazu dla zmylenia przeciwnika. Dla Alicji byłam gotowa narazić się nawet na mandat. Granatowy opel wyprzedził nas i przez moment miałam wrażenie, że profil jego kierowcy już kiedyś gdzieś widziałam.

- Jeżeli on skręci w Senatorską, to ty jedź prosto, a jeżeli on pojedzie prosto, to ty skręć - poleciła mi Alicja.

Zamierzałam się zastosować do jej życzeń, ale nic z tego nie wyszło, bo opel zrobił to samo co ja. Zjechał w prawo i zwolnił tuż przed Senatorską tak bardzo, że musiałam go wyprzedzić.

- Cholera - powiedziała Alicja.

Nie wnikając na razie w przyczyny jej wstrętu do, bądź co bądź, zupełnie ładnego samochodu i w ogóle nie zastanawiając się, zrobiłam coś całkowicie sprzecznego z przepisami ruchu. Tego już opel po mnie w żaden sposób nie mógł powtórzyć. Znajdowałam się na środkowym pasie. Cudowny volkswagen niemal w miejscu skręcił w lewo, z imponującym zrywem dmuchnął tuż przed nosem nadjeżdżających samochodów i pojechał z powrotem, wepchnąwszy się w jedyną lukę między nieprzerwanym sznurem, jadącym od strony trasy W-Z. Milicjanta nigdzie w pobliżu nie było widać.

- Bardzo dobrze - pochwaliła mnie Alicja. - Co teraz zrobisz?

- Nie jestem pewna, czy służba ruchu byłaby tego samego zdania co ty. Nie wiem, o co ci chodzi właściwie z tym oplem? Chcesz jechać za nim?

- Przeciwnie, chcę mu zejść z oczu - odparła stanowczo. - Dziwnie często go ostatnio widuję i już mi się znudził. Jedź na Stare Miasto tak, żeby go nie spotkać.

Pomyślałam sobie, że wobec tego najlepiej będzie wrócić na tę samą drogę, bo przecież opel przy Senatorskiej wiekować nie może. Pomyślałam też, że chyba jednak Alicja ma obsesję.

- Znasz tego faceta? - spytałam, przypominając sobie widziany gdzieś profil.

- Nie wiem - odparła Alicja dziwnie. - Nie jestem pewna.

- Mam wrażenie, że go kiedyś gdzieś widziałam. Nie wiesz przypadkiem, gdzie i kiedy?

- Mam nadzieję, że go nie widziałaś nigdy w życiu - powiedziała po chwili milczenia tonem zaskakująco poważnym i pełnym napięcia. I natychmiast zupełnie innym, dodała: - Słuchaj, a może byś mi jednak oddała moje słowniki?

- O rany! - jęknęłam w oszołomieniu. -Alicja, czy ty czasem nie przesadzasz w tych skokach myślowych? Chyba że ci się słowniki skojarzyły z facetem? Gdzie teraz?

- Przejedź przez rynek i skręć w lewo za Barbakanem. Nie zaraz, w następną.

- Tam nie ma zakazu?

- Nie wiem, jak jest, to ja wysiądę.

- Dobrze, oddam ci słowniki. Przywiozę ci jutro. Nie, pojutrze! Wieczorem. Będziesz w domu?

- Pewnie będę, zadzwoń przedtem. Tu! Zatrzymaj się, ja sobie tu wysiądę.

Zatrzymałam się posłusznie, nie wyjaśniwszy kwestii faceta.

- Dziękuję ci bardzo - powiedziała Alicja wysiadając. - Nawet nie wiesz, jaką mi przysługę oddałaś. Zadzwoń pojutrze, cześć!

I oddaliła się, idąc w kierunku przeciwnym niż poprzednio jechałyśmy.

W tym wszystkim właściwie nie było jeszcze nic dziwnego. Nie po raz pierwszy Alicja przejawiała jakieś osobliwości postępowania. Nie po raz pierwszy w życiu też była zdenerwowana. Miała może tym razem poważniejsze powody? Granatowy opel?... Istotnie, jechał, to fakt, ale czy aby na pewno za nami? Zgubiłyśmy go tak łatwo, chociaż może to tylko zasługa zwrotnego, zrywnego volkswagena? Nawet nie wiem, jaki miał numer... Co Alicja robiła, kiedy mnie nie było? W tym, co o niej wiem, nie ma niczego strasznego, niczego, co mogłoby być przyczyną poważnych, uzasadnionych obaw. Coś, o czym nie wiem?... Ten ślub miał się odbyć już kilka miesięcy temu, co go właściwie odwlekło? Gunnar był ostatnio jakiś wyraźnie niezadowolony, jakby zniechęcony... I ten profil, który chyba jednak na pewno kiedyś widziałam. Dlaczego powiedziała: „mam nadzieję”?

Myślałam sobie o tym wszystkim w sposób mglisty i oderwany wracając do domu, a potem zajęłam się czym innym, bo miałam swoje prywatne kłopoty. Zadzwoniłam do Alicji pojutrze, ale nie było jej w domu. Zadzwoniłam następnego dnia i zdziwiłam się, słysząc, jak odnosi się do mnie. Powitała mój telefon tak, jakbyśmy się nie widziały co najmniej od pięciu lat i jakby wszystkiego się mogła spodziewać, tylko nie tego, że zadzwonię.

- Przyjdź koniecznie - powiedziała między innymi radośnie i zachęcająco. - Musisz zobaczyć moje mieszkanie po odnowieniu!

Zbaraniałam na to już do reszty, bo oglądałam to jej świeżo odmalowane mieszkanie zaraz po przyjeździe, nie dalej jak przed trzema tygodniami. Uznałam, że chyba musi w tym coś być, bo niemożliwe, żeby nagle zapadła na aż tak zaawansowaną sklerozę. Nie wyjaśniając wątpliwości, czy przypadkiem nie bierze mnie za kogo innego, obiecałam wizytę wieczorem i wspomniałam o słownikach.

- A, właśnie! - ucieszyła się Alicja. - Wiedziałam, że mi jest coś od ciebie potrzebne, ale nie mogłam sobie przypomnieć, co. Oczywiście, słowniki! Od siódmej już będę na pewno w domu!

Wobec tego przyjechałam do niej na wszelki wypadek po ósmej. Nie było w niej śladu tej beztroskiej radości, jaką demonstrowała przez telefon. Wydawała się znacznie mniej roztargniona niż zwykle, skupiona i pełna napięcia.

- Słuchaj, boję się - powiedziała cicho. - Boję się jak cholera. Oczywiście doskonale pamiętałam, że już u mnie byłaś, ale musiałam coś wymyślić, żeby mieć pretekst dla twojej wizyty. Zupełnie zapomniałam o tych słownikach. A propos, czy ty ich w ogóle używasz?

- Nagminnie. Co prawda tylko do lektury francuskich i angielskich kryminałów, ale akurat właśnie mam trochę do czytania. Jakbyś mi ząb wyrwała!

- Możesz je sobie zabrać z powrotem przy następnej wizycie. Wcale mi nie są potrzebne.

- Z żywą radością, tylko nie rozumiem, co ty mówisz. Po jakiego diabła był ci potrzebny pretekst dla mojej wizyty? Nie wolno cię odwiedzać normalnie?

- Nie wiem. Boję się. Mam wrażenie, że ktoś mnie bez przerwy pilnuje. Nawet jestem tego zupełnie pewna.

Skrzywiłam się i wzruszyłam ramionami.

- No to co? - powiedziałam z niesmakiem. - Popełniasz jakieś przestępstwa, kradniesz, chcesz uciec z pieniędzmi? Co cię to obchodzi, nawet jeśli tak jest?

- Boję się - powtórzyła Alicja. Była wyraźnie zdenerwowana. Nie mogła widocznie usiedzieć na miejscu, bo podnosiła się i przechodziła na zmianę z jednego pokoju do drugiego i z powrotem, zatrzymując się przy różnych meblach. Nie mając ochoty latać za nią w trakcie rozmowy, przesunęłam sobie fotel i usiadłam w drzwiach, szerokich, czteroskrzydłowych drzwiach otwartych na stałe między oboma pokojami. Skrzydła drzwi były nawet zastawione meblami, bo Alicja, mieszkając sama, nie widziała powodu kiedykolwiek je zamykać.

- Czego się boisz, do pioruna ciężkiego? - spytałam niecierpliwie. - Przecież chyba masz jakiś powód?

Alicja zatrzymała się przy antycznej komodzie i zaczęła przestawiać na niej różne przedmioty

- Obawiam się, że ja za dużo wiem - powiedziała powoli i w zamyśleniu.

Przyjrzałam się jej i zastanowiłam się przez chwilę.

- Dobrze, powiedz część tego, co wiesz. Będę się bała razem z tobą. Zawsze będzie ci trochę raźniej bać się w towarzystwie.

- Nie wygłupiaj się, ja się poważnie boję. Nie powiem ci, co wiem, bo nie ma sensu cię w to wplątywać. Ja wiem za dużo przypadkiem. Pamiętasz, co ci kiedyś mówiłam? Wtedy, kiedy cię prosiłam, żebyś mi nie przysyłała wszystkich listów?

- Pamiętam. No? Nie było żadnych listów, z wyjątkiem tego od Solange. Chyba nie o to chodzi?

- Nie, nie o to. Owszem, były listy, ale inne. Nie przeszły przez ciebie.

- Żadna strata, ja i tak nie rozumiem tego języka.

- Całe szczęście. Ja rozumiem. Jeden z tych listów trafił do mnie przypadkiem. Nie tu...

Zatrzymała się, popatrzyła na mnie, ciągle intensywnie zamyślona, potem przeszła do drugiego pokoju i dla odmiany zaczęła obskubywać płatki z goździków, stojących na małym stoliku. Odwróciłam się za nią.

- No więc?

- Najgorsze jest to, że nie wiem, której strony powinnam się bać. Chyba jednak tej, o której za dużo wiem.

- A nie tej, która by chciała wiedzieć tyle samo, co? - zauważyłam bystrze. - Na twoim miejscu chybabym jednak poszła z kimś porozmawiać.

- Na pewno nie! - odparła Alicja stanowczo. - To znaczy, ty byś poszła, ale ja nie. Nie zapominaj, że jesteśmy różnie widziane. Poza tym mam swoje powody...

Zostawiła w spokoju goździki, podeszła do oszklonej szafy i wyjęła z niej świece. Dwie długie, piękne, czerwone świece. Znów odwróciłam się w jej kierunku i oko moje padło na ścianę obok szafy, do której dotychczas siedziałam zwrócona tyłem.

- O! - powiedziałam, nagle ucieszona, nie wiadomo czemu. - Alicja, widzę, że lubisz kontrasty jeszcze bardziej niż ja!

W świeżo pomalowanej ścianie tkwił potwornej wielkości hak, wystarczający chyba do powieszenia mamuta. Z pewnością by wytrzymał. Na haku, na subtelnym czerwonym sznureczku wisiała para doskonale mi znanych, czarnych kastanietów. Samotny hak widziałam już poprzednio i oczekiwałam zawieszenia na nim lustra w marmurowej ramie lub czegoś w tym rodzaju, a nie przedmiotu wagi pięciu deka. Alicja spojrzała również i roześmiała się.

- Tu wisiał przedtem ohydny obraz, pamiętasz? Zasłaniał dziurę w ścianie. Wyrzuciłam go i zamierzam powiesić coś innego, ale na razie nic nie mam, a skoro mam hak, to niech na nim coś wisi. Co mi się będzie hak marnował. Czekaj, zrobię kawę.

Odłożyła na stolik wyjęte z szafy świece i wyjęła z kolei filiżanki. Patrzyłam na to z łagodną rezygnacją, bo na stoliku stały już dwie filiżanki, wyjęte uprzednio.

- Alicja, opanuj się - powiedziałam, wzdychając. - Przewidujesz nasze rozmnożenie się w ciągu paru minut?

- A rzeczywiście - powiedziała Alicja i schowała filiżanki na powrót. - Słuchaj, boję się. Jestem zdenerwowana. Jestem potwornie zdenerwowana!

- A moje lekarstwo pijesz?

- Już mi niewiele zostało. Owszem, pomaga, ale na krótko. Przed snem piję podwójnie, bo inaczej nie mogę spać ze zdenerwowania. Miewam koszmarne sny. Jak się budzę, to sobie jeszcze poprawiam. Co ja miałam zrobić?

- Kawy. Pewnie zamierzałaś nastawić wodę.

- O rany boskie! Przeciwnie! Już się pewnie wygotowała!

Nie leciałam za nią do kuchni, tylko zamyśliłam się na swoim miejscu między pokojami. Wyobrażałam sobie, że powoli zaczynam coś rozumieć. Jej skąpe wypowiedzi pozwoliły mi wysnuć sobie pewne domysły i poczułam, jak w mojej duszy budzi się lekki niepokój. Czyżby istotnie Alicja wpakowała się w taką kabałę? Jakoś dziwnie poważnie zaczyna to wyglądać...

Zapaliłam papierosa i obejrzałam się szukając popielniczki, którą znalazłam na maleńkim stoliczku, przysuniętym tuż do skrzydła drzwiowego. Pochyliłam się ku niej i z bliska przyjrzałam się futrynie. I futryna, i ramy drzwi były nowe, z pięknego, surowego drewna, pomalowanego przezroczystym, bezbarwnym lakierem. Lubię ładne, surowe drewno i zawsze ciekawi mnie rysunek słojów. W zamyśleniu popukałam w nie lekko paznokciem, przesunęłam palcem wzdłuż słojów aż do sęka i nagle zobaczyłam ten sęk. Okrągły sęk, otoczony owymi słojami, tak z pół metra nad podłogą.

Na chwilę zastygłam z palcem przy tym sęku i coś mnie w nim zastanowiło. Ostatecznie wiem przecież, jak wygląda sęk, nawet lakierowany. Opuściłam fotel, przykucnęłam przy futrynie i wytrzeszczyłam nań oczy, przytykając niemal nos do drewna i przestając oddychać. To było coś tak strasznie dziwnego i niespodziewanego, że właściwie w ogóle nie mogłam tego zrozumieć. Doprawdy, żaden sęk nie miewa w sobie takich elementów...

Przez długą chwilę tkwiłam tak nieruchomo i bezmyślnie, wpatrując się w mały krążek, a potem poczułam, jak mi się robi cholernie gorąco. W zestawieniu z tym, co Alicja zdążyła z siebie wydusić, w zestawieniu z panującą wokół niej atmosferą niepokoju i lęku ten dziwny sęk czynił wrażenie zgoła przerażające! Potwierdzał najgorsze obawy i najgorsze przypuszczenia!

Umysł ruszył mi nagle pełną parą i w głowie zakotłowało się sto tysięcy różnych myśli. Uprzedzić Alicję!... Ona chyba o tym nie wie! Za wszelką cenę uprzedzić ją, zanim zdąży cokolwiek więcej powiedzieć! Jak?! W kuchni...? Guzik, w kuchni może być to samo! Diabli wiedzą, co się w tym mieszkaniu znajduje i gdzie! Idiotka, odnawiała sobie!!!

Alicja wróciła z dzbankiem kawy. Usiadłam przy jej biurku i na kawałku papieru napisałam nieforemnymi wołami: „Nic nie mów! Rób, co powiem! Dostosuj się!!!”.

- Co ty robisz? - spytała Alicja z zainteresowaniem.

- Rzęsa mi wlazła do oka - odparłam stanowczo, pokazując jej kartkę. - Czekaj, zaraz wydłubię.

Alicja przeczytała i spojrzała na mnie. W oczach miała dwa wielkie, zaniepokojone znaki zapytania. W przypływie paniki jeszcze przez chwilę nie wiedziałam, co zrobić i jak to z nią załatwić. Nie mogłyśmy rozmawiać szeptem ani w nieskończoność siedzieć w milczeniu, bo zależało mi na tym, żeby nie było żadnych śladów naszego zorientowania się w sytuacji. Chwyciłam drugą kartkę papieru.

- Aha, gdzie masz te zdjęcia, które mi miałaś pokazać? - spytałam tonem, który miał być beztrosko zaciekawiony. - Może byś je teraz znalazła?

- A, właśnie! - ucieszyła się Alicja. Była lepsza ode mnie, w jej głosie brzmiało najprawdziwsze, radosne ożywienie, dziwacznie kontrastujące z pełną napięcia twarzą. - Czekaj, zaraz poszukam.

Stała nadal nieruchomo koło mnie, więc gestem pokazałam jej, że ma grzebać w szufladach i szeleścić papierami. Natychmiast zastosowała się do polecenia, wykazując nieprzeciętną inteligencję i z oczami utkwionymi w kartkę, na której pisałam, zaczęła przewracać biurko do góry nogami. Od czasu do czasu wydawała okrzyki w rodzaju: „Może to to? Nie, nie to! Są! Nie, nie ma! Gdzie ja je włożyłam?”.

W pośpiechu, bazgrząc okropnie, wykładałam w punktach następujące instrukcje:

1. Znalazłaś coś. Przypomniałaś sobie pilną robotę! Niech ja wyjdę!

2. Dialog! Ty - muszę natychmiast zacząć! Ja - nie odprowadzaj mnie, skoczę do łazienki!

3. Trochę poszeleścić!

4. Wychodzisz za mną na palcach!

5. Trzaskamy drzwiami od łazienki, wychodzimy po cichu na schody, tam ci powiem.

6. Wracając spuścisz wodę, zrobisz hałas, kran, trzaśniesz drzwiami.

Wychodziło to może trochę niejasno, ale liczyłam na Alicję, że zrozumie. Wybuchłe nagle podejrzenia zmusiły mnie do przesadnej ostrożności. Sprawa wygląda niepięknie. Alicja ma rację, że się boi. Być może, jej mieszkanie jest obserwowane. Być może, ktoś sobie policzy, jak długo stąd wychodziłam.

Trzeba stworzyć wrażenie, że wyszłam z pokoju od razu i cały czas siedziałam w tej łazience, nie rozmawiając już z Alicją. W żadnym wypadku nie dopuścić do tego, żeby ten ewentualny ktoś domyślił się, że rozmawiamy na schodach! Schody są chyba niegroźne...? Podałam Alicji kartkę, mówiąc równocześnie:

- A to co trzymasz w ręku? To przecież są chyba te zdjęcia?

Alicja odruchowo spojrzała na trzymane w ręku pudełko z pineskami.

- A tak, rzeczywiście! - ucieszyła się i również odruchowo wręczyła mi pudełko. - Masz, obejrzyj sobie.

Nie fatygowałam się oglądaniem pinesek, z natury raczej mało atrakcyjnych, i nawet niczym nie szeleściłam, rozsądnie uznawszy, że zwykłe zdjęcia na ogół nie wywołują efektów akustycznych. Alicja przeczytała kartkę, dopisała na końcu: „W tej chwili?” i spojrzała na mnie pytająco.

Kiwnęłam głową, mówiąc równocześnie:

- A ta gruba baba tyłem, to kto?

- Przyjaciółka pana domu - odparła Alicja bez namysłu. - Słuchaj - dodała niepewnie i z zakłopotaniem. - Czekaj, zdaje się... Boże drogi!

- Co ci się stało? - spytałam z rzekomym roztargnieniem. - Bardzo dobrze tu wyszłaś.

- Gdzie wyszłam?! - jęknęła Alicja. - Aha! Słuchaj, strasznie cię przepraszam, zupełnie o tym zapomniałam! Okazuje się, że mam na jutro rano zrobić jeden obrazek. Cholera ciężka! Właściwie na dzisiaj, ale jak im oddam przed ósmą rano, to jeszcze ujdzie. Muszę się natychmiast do tego zabrać!

- Na litość boską, nie mogłaś wcześniej? - powiedziałam z dezaprobatą, zresztą zupełnie szczerą, bo byłam zdania, że Alicja stanowczo za łagodnie demonstruje wstrząs, wywołany znalezieniem obrazka. Powinna była rzucić jakimiś bardziej wyszukanymi klątwami.

- Zapomniałam! Przed chwilą to znalazłam, leżał pod zdjęciami! Naprawdę strasznie cię przepraszam!

- Ja chyba z tobą niedługo zwariuję. No trudno, rób, zaraz sobie pójdę, tylko pozwól mi to obejrzeć do końca.

- Proszę cię bardzo, ale ja chyba już zacznę. Cholernie dużo roboty!

- A zaczynaj sobie. Nie przejmuj się mną, możesz mnie nie odprowadzać do drzwi, trafię i nic po drodze nie ukradnę. Jak wiadomo, zwyczaj odprowadzania gości wziął się nie tylko stąd, że w starych zamczyskach mogli zabłądzić, ale też i z obaw gospodarzy, że coś rąbną po drodze. Tylko jeszcze sobie skoczę na chwilę do łazienki. Nie masz nic przeciwko temu?

- Nie mam nic przeciwko niczemu, rób, co chcesz!

- Bardzo ładne zdjęcia, masz, tu ci kładę. No to cześć, przyjemnych wysiłków! Zadzwoń jutro, jak skończysz.

- Cześć, zadzwonię. Dziękuję ci, przepraszam!

Cały dialog toczyłyśmy siedząc nieruchomo naprzeciwko siebie. Alicja chwilami rzucała okiem na napisaną przeze mnie kartkę, zapewne celem zapamiętania niezbędnej kolejności wydarzeń. Miała wciąż wyraz twarzy pełen napięcia i znak zapytania w oczach. Odłożyłam na biurko pudełko z pineskami, wstałam możliwie głośno, zabrałam torebkę, przeszłam do przedpokoju, otworzyłam drzwi do łazienki i zaczekałam, aż Alicja bezszelestnie otworzy drzwi wyjściowe. Trzasnęłam drzwiami do łazienki i na palcach wyszłam za nią na schody.

- No? - spytała z niepokojem. Usiadłyśmy na najwyższym stopniu.

- W futrynie drzwiowej masz mikrofon - powiedziałam szeptem. - Wiedziałaś o tym? Alicja jakby na chwilę przestała oddychać.

- Nie - odparła również cicho. - Cholera ciężka!

- Kto ci odnawiał mieszkanie?

- Rany boskie!...

Przez sekundę milczała, patrząc na mnie ze zmarszczonymi brwiami, a wyraz niepokoju na jej twarzy wzbogacił się o wyraz ponurej nienawiści.

- Czekaj - powiedziała. - Zaczynam cholernie dużo rozumieć. Chyba sobie sama nie dam rady. Będziesz musiała mi pomóc.

- A co to się w ogóle dzieje?

- Chodzą za mną. Jeżdżą. Pilnują mnie. Już ci mówiłam, za dużo wiem. Boję się cholernie i nie mogę się do tego przyznać. Powiem ci wszystko...

Zawahała się przez chwilę i ciągnęła dalej:

- ...ale nie dziś. Nie w tej chwili. Muszę jeszcze coś sprawdzić, żeby mieć pewność. Ciągle nie wiem, czy to nasi, czy też wręcz przeciwnie, ale myślę, że jednak przeciwnie. Mam coś...

Znów się zawahała.

- Mam coś...

- No co masz, u diabła?!

- Wiem, gdzie to jest. Chciałabym im to oddać, to się może odczepią. Chyba nie wiedzą, że ja wiem, gdzie to jest. Nie wiem, bardzo trudna sprawa. Słuchaj, musimy się jutro spotkać w jakimś neutralnym miejscu, gdzie nikt za nami nie wejdzie.

- Dlaczego nie u mnie w domu?

- Lepiej, żeby nas w ogóle nie widziano razem. Żeby nikomu nie przyszło do głowy, że ci coś powiedziałam. Prawdę mówiąc, boję się o ciebie.

- Zwariowałaś?!

- Wiem, co mówię - oświadczyła Alicja stanowczo, patrząc na mnie dziwnie nieprzychylnie. Zrezygnowałam z oporu.

- Dobrze, jedyne miejsce, gdzie nie wejdzie żaden facet, jeżeli chodzą za tobą faceci, to damski wychodek. Babka klozetowa go wyrzuci. Nic innego nie przychodzi mi do głowy. Ewentualnie damska łaźnia.

- Bardzo dobrze, nie wiem, gdzie jest łaźnia, ale możemy się spotkać w „Europejskim” na dole, w tej kobylastej damskiej toalecie. Wiesz której? Koło kawiarni.

- Wiem. O której?

- Ja tam przyjdę o siódmej, a ty bądź kwadrans wcześniej i czekaj na mnie już na dole.

- Rany boskie, kwadrans?!... Dobrze, będę się tapirować. A kto ci odnawiał to mieszkanie, bo to chyba na razie najważniejsze?

- Zwyczajny malarz z pomocnikiem. Właśnie tego nie rozumiem. To był inny malarz.

- Jak to inny?

- Namawiano mnie na jednego malarza, a ja wzięłam innego. Sama go znalazłam. Nie rozumiem.

- Kto cię namawiał?

- Jutro ci powiem. Idź już, za długo tu siedzimy. Muszę spokojnie pomyśleć.

- Napij się lekarstwa i spuść wodę w łazience. W „Europejskim” o siódmej. Cześć, trzymaj się kupy!

- Cześć, dziękuję!...

Alicja znów bezszelestnie otworzyła drzwi do mieszkania. Zaczekałam chwilę, aż usłyszałam hałas w łazience i powtórne trzaśniecie drzwiami, po czym zeszłam na dół.

Nie wiem, o której godzinie zadzwonił telefon. Właśnie zasypiałam i byłam trochę nieprzytomna.

- Nie śpisz? - powiedziała Alicja. - Słuchaj, mam do ciebie prośbę. W razie gdyby mnie trafił nagły szlag, przyjdź koniecznie obejrzeć moje zwłoki przed wyprowadzeniem. Będziesz pamiętać?

- Urżnęłaś się?! Przecież miałaś pracować!

- Właśnie cały czas pracuję. Poważnie mówię, będziesz mogła? Obejrzeć moje zwłoki przed wyprowadzeniem.

- Nie wiem, czy to będzie atrakcyjny widok, ale skoro ci zależy...

- I jeszcze jedno. Zapamiętaj albo sobie zapisz. Po mojej śmierci weź sobie to, czego używałaś po naszej wizycie u dobroczyńców, po tej whisky i koniaku.

- Po wizycie u dobroczyńców używałam jeszcze Soplicy...

- Używałaś, nie chlałaś! Używałaś...

- Święci pańscy, czego ja używałam?!

- ...tupiąc nogami.

- Alicja, masz kota?! Tupiąc nogami...?!

- Przypomnij sobie. Dobranoc - powiedziała Alicja stanowczo i odłożyła słuchawkę.

Wszystko to razem zdenerwowało mnie wprawdzie mocno, ale nie do tego stopnia, żebym się miała rozbudzić, oprzytomnieć i zacząć zastanawiać. Chwilowo nie byłam w stanie pojąć, co mogła mieć na myśli. Uznałam, że jutro się dowiem, i zasnęłam na powrót z miłym uczuciem oczekiwania na rysujące się przede mną tajemnicze, atrakcyjne sensacje.

Przez trzy kwadranse czekałam w tym „Europejskim” spokojnie. O wpół do ósmej zaczęłam się niecierpliwić, zwłaszcza że zabrakło mi już czynności, jakie mogłam wykonywać w damskiej toalecie. Wyszłam na górę i zadzwoniłam do Alicji bez wielkich nadziei, że się odezwie.

Istotnie, w słuchawce odezwała się nie Alicja, tylko jakiś facet. Upewniłam się, czy nie pomyłka, i poprosiłam panią Hansen.

- Kto mówi? - spytał na to facet.

- Przyjaciółka.

- Nazwisko pani!

- Chmielewska - powiedziałam odruchowo, zaskoczona dziwnym, rozkazującym tonem tego pytania. Cóż to ma znaczyć? Alicja wprowadza jakieś specjalne środki ostrożności?

- W jakiej sprawie? - spytano po tamtej stronie nadal rozkazująco. Przestało mi się to nagle podobać.

- Proszę pana, ja chciałam mówić z panią Hansen - powiedziałam na wszelki wypadek bardzo uprzejmie, ale równie stanowczo. - Może zechce pan ją poprosić.

- W jakiej sprawie chce pani z nią mówić?

Już się rozpędziłam, żeby go o tym informować. Kto to w ogóle jest?

- Proszę pana, ja chcę rozmawiać z moją przyjaciółką, a nie z panem. Nie rozumiem, co pan robi w jej mieszkaniu. Proszę ją poprosić do telefonu, jeżeli jest w domu.

- Pani Hansen nie podejdzie do telefonu. W jakiej sprawie pani dzwoni?

A cóż to za bałwan z jakąś obsesją! Skąd go Alicja wytrzasnęła? Nie dogadam się z nim, może jej tam nie ma, może on się tam włamał? Nic nie rozumiem i za wszelką cenę muszę się z nią natychmiast skontaktować!

Odłożyłam słuchawkę bez słowa, nie wdając się w dalsze przekomarzania z facetem. Co zrobić? Jechać do niej? Może to niedobrze? Miałyśmy się nie pokazywać razem... Nie napadli jej chyba bandyci, nie odbieraliby telefonów i to jeszcze tak głupio!

Coraz bardziej zaniepokojona postanowiłam po namyśle zadzwonić do jej siostry, która mieszkała w tym samym domu piętro niżej i mogła coś wiedzieć. Mogła iść na górę i sprawdzić. Zamierzałam możliwie dyplomatycznie zainteresować ją sytuacją.

- Dzień dobry pani - powiedziałam uprzejmie, starając się nie okazać zdenerwowania. - Czy pani się nie orientuje, co tam się dzieje u Alicji? Nie mogę się z nią dogadać przez telefon, zdaje się, że tam są jacyś ludzie...?

W słuchawce przez chwilę panowało milczenie, a potem usłyszałam nieoczekiwanie dziwny dźwięk. Siostra Alicji płakała!

- Pani nic nie wie? - spytała żałosnym, zmienionym głosem. - Już się pani z nią nigdy nie dogada. Alicja nie żyje! Została zamordowana! Dziś w nocy! Boże, Boże!...

Alicja nie żyje...

Przecież to niemożliwe. Alicja nie żyje? Została zamordowana...? Dziś w nocy...! Dobry Boże!!!

Słuchawka coś brzęczała, więc odłożyłam ją byle gdzie i stałam dalej oparta o ladę szatni w „Europejskim”, wciąż nie pojmując tego idiotycznego faktu, o którym zostałam przed chwilą powiadomiona.

Ja nie chcę, ja sobie tego nie życzę, ja się nie zgadzam, żeby to była prawda!!!

Alicja nie żyje... Dziś w nocy...

Dziś w nocy dzwoniła do mnie. Kazała mi coś zapamiętać! Coś ważnego! Prosiła mnie o coś!

„...Obejrzyj moje zwłoki przed wyprowadzeniem...”. Przez chwilę brzmiały mi w uszach tylko te słowa, bez mała jak dźwięk trąb na Sąd Ostateczny. Dziwaczna prośba nabrała nagle tragicznego znaczenia. „Obejrzyj moje zwłoki przed wyprowadzeniem...”.

Miała przeczucie czy pewność? Co mogła mieć na myśli? Chciała czegoś ode mnie i cokolwiek by to było, muszę spełnić jej życzenie! Bała się mówić wyraźnie przez telefon, liczyła na to, że się domyśle! „Obejrzyj moje zwłoki...”. Czy tu na pewno chodziło o zwłoki? Przed wyprowadzeniem... PRZED wyprowadzeniem!... Chciała, żebym się znalazła w jej mieszkaniu jak najszybciej, natychmiast po jej śmierci. Coś jest w jej mieszkaniu... Za wszelką cenę muszę się tam dostać! Jak?!

Milicja już tam jest i żywego ducha nie wpuści. Potem mieszkanie zostanie zapewne zaplombowane, zresztą, co tam potem, ja tam mam być PRZED wyprowadzeniem! To znaczy jeszcze dziś. To znaczy zaraz. Jak?!... Milicja?...

Prawda, milicja!!!

Odzyskałam zdolność ruchu. Jedyny człowiek, który mógł mi w tej sytuacji pomóc, to major. Uroczy facet, szalenie sympatyczny, pełen zrozumienia dla moich najdziwaczniejszych pomysłów. Zna mnie i może coś zrobi...

Konieczność natychmiastowego działania przywróciła mi nieco przytomności umysłu. Na wstrząsy pozwolę sobie później, teraz nie ma czasu... Z gorączkowym pośpiechem wyszarpnęłam z torebki kalendarz i zaczęłam kręcić numery.

Bez trudu, za pomocą niewinnego podstępu dowiedziałam się w Komendzie Miejskiej, że major jest właśnie w mieszkaniu Alicji. Zadzwoniłam tam znowu i poprosiłam go do telefonu. Wiedziałam, że do niego nie mogę się wygłupiać ani używać podstępów, muszę wyznać przynajmniej część prawdy, dzięki czemu, być może, dojdzie do wniosku...

- Panie majorze - powiedziałam - ja wiem, że to sprzeczne z wszelkimi przepisami, ale na wszystko pana proszę, niech mi pan pozwoli tam przyjść! Alicja była moją najlepszą przyjaciółką i prosiła mnie o to kilka razy!

- O co panią prosiła?

- Żebym, w razie gdyby umarła niespodziewanie w domu, przyszła i spojrzała ostatni raz na jej zwłoki. Jeszcze w jej własnym mieszkaniu. Panie majorze, Alicja zrobiła dla mnie więcej niż ktokolwiek inny na całym świecie! Ja muszę!... Niech mi pan patrzy na ręce, niech mnie pan zwiąże, zaknebluje, ale niech mi pan pozwoli!!!

- Pani była jej przyjaciółką? Długo się panie znały?

- Parę lat. Zaraz, niech się zastanowię... Około dziesięciu.

- Dobrze, niech pani przyjdzie - powiedział major po chwili milczenia.

- Dziękuję panu, będę za pięć minut!

Nie miałam cienia wątpliwości co do tego, że dla majora jestem z góry automatycznie podejrzana, tak samo jak wszyscy inni ludzie kontaktujący się z Alicją. Z pewnością pozwolił mi przyjść tylko w nadziei, że może zrobię albo powiem coś, co naprowadzi go na jakiś ślad. Może będę chciała schować albo zniszczyć jakiś przedmiot? Na to zresztą właśnie liczyłam, na ową nadzieję, dzięki której udzielił mi pozwolenia. Na razie sama jeszcze nie wiedziałam, co tam zrobię i jak się będę zachowywać.

Niechętnie wspominam jazdę spod hotelu „Europejskiego” do mieszkania Alicji na Mokotowie. Osobom, które świeżo straciły najbliższych przyjaciół, nie powinno się dawać kierownicy do ręki.

Major uprzedził pilnujących i bez trudu dostałam się do środka. Zatrzymałam się w przedpokoju.

- Dzień dobry pani - powiedział uprzejmie. - Proszę, może pani wejść dalej. Skąd pani przyjaciółce przyszedł do głowy taki dziwny pomysł, żeby pani oglądała jej zwłoki?

Westchnęłam ciężko. Przewidywałam to pytanie i odpowiedź opracowałam sobie po drodze.

- Miała obsesję - wyjaśniłam smutnie. - Nie wie pan o tym? Jej matka umarła niespodziewanie tu, w tym domu, siedząc w fotelu, w momencie kiedy Alicja zażywała rozrywek na mieście. Okropnie nią to wstrząsnęło. Od tego czasu zawsze się obawiała, że może umrzeć tak samo nagle. I twierdziła, że jej zależy na tym, żeby ostatni raz w jej domu spojrzało na nią życzliwe oko. No i mnie obarczyła tym zadaniem, bo mojej życzliwości mogła być raczej pewna.

- A kiedy panią o to prosiła?

Nie odpowiedziałam mu od razu, bo weszłam do pokoju. Alicja leżała na tapczanie kompletnie ubrana i wyglądała zupełnie tak, jakby spała. Niewielu nieboszczyków dotychczas w życiu oglądałam, ale żaden z nich nie robił wrażenia żywego. Tymczasem Alicji nie zmienił się nawet kolor twarzy, w jej wyrazie nie było żadnego niepokoju czy lęku, nic, żadnych oznak gwałtownej śmierci. Oczy miała zamknięte i jedyne, co było u niej nienaturalne, to to, że leżała na wznak. Zawsze sypiała we wszystkich możliwych pozycjach, z wyjątkiem tej jednej.

- Czy pan jest pewien, że ona nie żyje? - spytałam cicho i chyba jeszcze z jakąś rozpaczliwą, idiotyczną nadzieją.

- Zupełnie pewien - odparł major. - Może pani jej dotknąć.

Musiałam dotknąć jej ręki, bo inaczej całe życie miałabym obawy, że ją pogrzebali żywą. Rzeczywiście, była martwa...

Alicja... Alicja, która była zawsze uosobieniem życia, na którą czekałam dziś w „Europejskim”, żeby jej pomóc... Alicja, która zgodnie z tym, co powiedziałam majorowi, zrobiła dla mnie więcej niż ktokolwiek ze wszystkich ludzi na świecie! Która zupełnie bezinteresownie, wyłącznie przez przyjaźń wyświadczyła mi największą życiową przysługę. Alicja, której się należała moja dozgonna wdzięczność, dla której zrobić wszystko - to jeszcze byłoby za mało! Prosiła mnie o pomoc... Ta prośba jest nadal aktualna i będzie aktualna do mojego ostatniego tchu.

Tak już jakoś jest, że jeśli umrze ktoś, nawet obcy, komu byliśmy coś winni, wobec kogo nie spełniliśmy jakichś zobowiązań, jest nam strasznie głupio i właściwie nie wiadomo, co z tym fantem robić. Na zawsze już pozostaje żal i czasem poczucie winy. Nigdy za życia Alicji nie zrobiłam dla niej nawet dziesiątej części tego, co jej byłam winna! Tym bardziej teraz, po jej śmierci, muszę spłacić ten dług...

Coś chciała. Nie zdążyła mi nic powiedzieć, ale chciała, żebym się jakoś dowiedziała sama. Przekazała niejako w moje ręce dalszy ciąg spraw, które weszły w jej życie i których nie zdołała sama rozwikłać. Przez chwilę widziałam w jej oczach ten wyraz ponurej nienawiści, znałam ją, wiem, co to znaczy...

„Zobaczyć moje zwłoki PRZED wyprowadzeniem...”. Jestem tutaj w tym mieszkaniu. Coś tu jest, co powinnam, co? Zobaczyć? Zabrać? Zabezpieczyć? Co, na litość boską?!

- Słucham? - powiedziałam, odrywając wzrok od Alicji, bo major mnie o coś pytał. - Pan coś mówił?

- Tak, pytałem, kiedy panią prosiła o tę pośmiertną wizytę.

- Nie wiem - odparłam niezbyt przytomnie. - Czy ja tu mogę zapalić?

Chciałam zyskać na czasie. Udawanie nieprzytomnej przyszło mi bez trudu, bo istotnie czułam się beznadziejnie oszołomiona. Nie wiedziałam jeszcze, czy mogę mówić całą prawdę, czy też przeciwnie, ze względu na pamięć Alicji powinnam jej ukryć jak najwięcej. Major podał mi zapałkę patrząc na mnie pytająco i wiedziałam, że powtórzy pytanie po raz Bóg wie który. Zaoszczędziłam mu tego.

- Jakiś czas temu - powiedziałam, nie mijając się tak całkowicie z prawdą. - Mówiła o tym mnóstwo razy.

Gdyby jakimś cudem jej nocna rozmowa ze mną wyszła na jaw, to w razie czego zasłonię się zaspaniem i niepamięcią. Wyrwała mnie ze snu, mogę przecież nie pamiętać, co mówiła, zwłaszcza po takim wstrząsie...

- A kiedy pani się z nią ostatni raz widziała?

- Wczoraj wieczorem - odparłam, przygnębiona tym wspomnieniem. - Byłam tu u niej z wizytą.

Do tego mogę się przyznać, zresztą moja bytność i tak wyjdzie na jaw. Moich odcisków palców jest tu na pewno zatrzęsienie. Chociażby na tym pudełku z pineskami...

Co tu jest takiego, na co powinnam zwrócić uwagę?! Dobry Boże, gdybyż ta Alicja powiedziała coś więcej!

Rozejrzałam się dookoła. Ten pokój wyglądał dokładnie tak jak poprzedniego dnia. Major mi przypadkiem dopomógł.

- Niech się pani spróbuje rozejrzeć, niczego nie dotykając - powiedział. - Może coś zwróci pani uwagę? Może coś się od wczoraj zmieniło? Kiedy pani tu była?

- Przyjechałam po ósmej i siedziałam dość krótko, chyba mniej niż godzinę. Ale za to nie dam głowy, nie patrzyłam na zegarek.

Ruszyłam do drugiego pokoju i zatrzymałam się w progu. Nie tylko dlatego, że chciałam spojrzeć na sęk w futrynie. Zapomniałam o sęku, bo oko moje padło na ścianę z hakiem i kastanietami. Nieco poniżej, na jasnej, nowej, świeżo pomalowanej płaszczyźnie wydrapany był gwoździem czy jakimś innym narzędziem napis:

1. Pralnia!!!

2. Kufer po przodkach!

3. Dorobić klucz!

4. Znaleźć kopertę!!!

Stałam nieruchomo w progu, wpatrzona w napis. Polecenia, umieszczone w punktach, jedno pod drugim... Mogłam dalej nie szukać, tego tu wczoraj nie było, wczoraj ściana jaśniała nieskazitelną nowością. To było to, po co Alicja kazała mi przyjść natychmiast, to był testament dla mnie! Zrozumiałam też bez żadnych wątpliwości, co ów napis oznaczał.

- A właśnie - powiedział major. - Czy pani przyjaciółka miała stały zwyczaj robienia sobie notatek na ścianach?

Oderwałam wzrok od napisu i pokiwałam smutnie głową, rozglądając się dalej w koło już tylko dla pozoru. Podjęłam decyzję. Postanowiłam nie mówić prawdy za żadne skarby świata. Napis na ścianie potwierdzał moje wszystkie najgorsze przypuszczenia.

- Do Alicji wszystko było podobne - powiedziałam z westchnieniem. - W dziedzinie notatek nie uznawała złotych środków. Robiła je albo na kartkach wielkości znaczka pocztowego, które jej ciągle ginęły, albo okropnymi wołami na wielkich plakatach. Jeśli chciała o czymś koniecznie pamiętać, to mogła tym nawet wytapetować mieszkanie.

- A jednak to dziwne trochę, zniszczyć sobie świeżo odmalowaną ścianę. Czy pani jest pewna, że ona to sama zrobiła?

- Absolutnie - odparłam z czystym sumieniem. - Nie takie rzeczy już u niej widywałam!

- A wczoraj wieczorem ten napis już był?

Nie mogłam się nawet zawahać, bo trudno było uwierzyć w przeoczenie tej dekoracji, gdyby już istniała. Najlepiej byłoby odpowiedzieć na to pytanie twierdząco, ale napis robił wrażenie rozpaczliwie świeże. Wolałam nie ryzykować.

- Nie, jestem pewna, że nie. Ale Alicja się wczoraj nieco zdenerwowała. Przypadkiem znalazła pilny rysunek, który powinna była zrobić znacznie wcześniej i o którym zapomniała. Prawdopodobnie postanowiła zrobić coś potężnego, co by ją zmusiło do zapamiętania jakichś rzeczy.

- Pralnia - przeczytał major na głos. - Kufer po przodkach. Dorobić klucz, znaleźć kopertę... Te dwie ostatnie uwagi są zrozumiałe, ale co mogą oznaczać dwie pierwsze?

Co za straszny człowiek, bezbłędnie uczepił się właśnie najważniejszej rzeczy! Czy oni wszyscy mają takiego nosa?

- Pralnia też chyba zrozumiała - powiedziałam w zamyśleniu. - Coś zanieść albo odebrać. A kufer? Czy ja wiem, Alicja ma taki kufer po przodkach, okropna kobyła, okuta żelazem. Nie wiem, gdzie go trzyma. Może też zamierzała coś z nim zrobić?

- No tak. Możliwe. Niech się pani rozejrzy, może coś jeszcze?

Rozejrzałam się, pilnie uważając, żeby nie zacząć od futryny drzwiowej. Biurko Alicji oraz jego okolice reprezentowały sobą pobojowisko znacznie większe niż wczoraj. Właściwie wyglądały tak, jakby przeszła przez nie trąba powietrzna. Kto to zrobił? Morderca czy też może Alicja sama szukała w pośpiechu czegoś ważnego? Powiedzieć o tym?...

Pod pozorem szukania popielniczki spojrzałam na futrynę. Sęk tkwił na swoim miejscu, tylko że teraz to był najzwyczajniejszy w świecie, niewinny, uczciwy, drewniany sęk, tyle że trochę jakby luźno osadzony. Tak jakby wysechł bardziej niż reszta drewna. Po mikrofonie nie było śladu.

„Czy ja aby nie miałam halucynacji?” - pomyślałam z niepokojem.

- Czy ja wiem - powiedziałam z wahaniem do majora. - Właściwie nic nie widzę, to znaczy żadnych wyraźnych zmian. Na biurku jest może trochę większy bałagan. I zaraz, chyba te świece...

-Co świece? - zainteresował się major spojrzawszy przedtem dziwnym wzrokiem na biurko i na mnie.

Czerwone świece, które wczoraj Alicja wyjęła z szafy, leżały teraz na stoliku w charakterze drobnych szczątków. Wyglądały tak, jakby ktoś je kroił nożem na plasterki, przy czym część plasterków pozwalała mniemać, że przez jakiś czas się paliły, zapewne będąc jeszcze całością. Obok świec stała jedna pusta filiżanka po kawie. Zaraz, czy myśmy w ogóle piły tę kawę? Guzik, Alicja poszła zaparzyć ją do kuchni i przyniosła do pokoju, ale nawet nie nalewała.

- Coś niedobrze - powiedziałam. Wydawało mi się, że tymi informacjami mogę majorowi służyć.

- Ta filiżanka źle stoi.

- Chwileczkę - odpowiedział major łagodnie.

- Po kolei. To, co tu jest na tym biurku, nazywa pani trochę większym bałaganem?!

- Och, wie pan, wszystkie osoby, mające coś wspólnego z grafiką i kreśleniem, zawsze robią okropny śmietnik na swoim miejscu pracy. To znaczy śmietnik w pojęciu normalnych ludzi, dla nas to są po prostu same potrzebne rzeczy. No, tu jest teraz nieco gorzej...

- Aha - powiedział major z ulgą. - Jak to dobrze, że ja nie mam w rodzinie grafika. Teraz co ze świecami i z filiżanką?

Wyjaśniłam kwestię świec i major uważnie obejrzał dziwne szczątki.

- Dlaczego uważa pani, że filiżanka źle stoi?

- Nie piłyśmy kawy. Alicja ją zaparzyła, ale potem przypomniała sobie o robocie...

Zawahałam się, bo uświadomiłam sobie nagle, że ów zapomniany rysunek jest wyłącznie moim wymysłem i może wprowadzić niepotrzebne komplikacje, ale już było za późno. Twardo musiałam brnąć dalej.

- I ja natychmiast potem wyszłam. W ogóle nawet nie pomyślałam o tej kawie. Ale jeżeli Alicja ją piła sama, a ta filiżanka jest jedna, to chyba nie tu. Nie przy stoliku. Nie przyjmowała przecież sama siebie w charakterze gościa. Powinna ją mieć albo na biurku, albo przy łóżku, albo w kuchni.

- A te świece panie wczoraj paliły?

- Nie, Alicja wyjęła je z szafy, nie wiem po co, i położyła na stoliku, nie wtykając nawet w lichtarze.

- Ale widać, że się paliły. To by jednak wskazywało na jakiegoś gościa.

- I sama piła kawę przy gościu? Bo że nie piła wcale, to nie uwierzę. Alicja nie mogła żyć bez kawy.

- Może gość miał awersję do kawy?

- To by mu dała herbaty. Coś by mu dała, nie wiem, zsiadłego mleka! Nie, tu jest coś niedobrze.

Rzeczywiście byłam zdania, że coś tu nie gra z tą kawą i świecami, poza tym kto i po jakiego diabła tak je podłubał, a oprócz tego za wszelką cenę chciałam odwrócić uwagę majora od napisu na ścianie. Tak ławo mógł sobie skojarzyć ów świeży napis z żądaniem, żebym tu przyszła! Nawet, jeśli się będę upierać, że go nie rozumiem. On sam nie zrozumie, nie ma obawy, Alicja wspięła się przed śmiercią na szczyty intelektu. Napis był sformułowany genialnie, tak nieodparcie kojarzył się z notatkami dla pamięci, że tylko ja go mogłam rozszyfrować.

Zostawiając majorowi rozwikłanie kwestii świec, filiżanki i pobojowiska na biurku, wróciłam do pierwszego pokoju, żeby jeszcze raz, na wszelki wypadek, spojrzeć na Alicję. Kto wie, może w sposobie jej zamordowania też powinnam znaleźć jakąś wskazówkę?

- Jak ona właściwie umarła? - spytałam majora, który cały czas z uporem chodził za mną. - Od czego?

- Została zabita jakimś cienkim nożem czy sztyletem. Nie znaleźliśmy na razie tego narzędzia, ale musiało być bardzo cienkie i ostre. Prosto w serce, z dużą znajomością medycyny, prawdopodobnie w pozycji leżącej.

- Jak to?! Sądzi pan, że tak leżała i czekała, aż ktoś ją dziabnie?!

- Mamy podejrzenia, że zażyła przedtem jakiś silny środek nasenny.

- Ależ to nonsens! - powiedziałam z oburzeniem. - Alicja niczego takiego nie używała! Na uspokojenie, to owszem, ale nie na sen! I jeszcze wczoraj?

- Dlaczego „i jeszcze wczoraj”? - podchwycił major natychmiast. Popatrzyłam na niego z namysłem.

-Wiem na pewno, że miała przed sobą mnóstwo roboty. Dlatego zresztą tak wcześnie od niej wyszłam. A dzisiejszy dzień miała zaplanowany również szalenie intensywnie. Mowy nie ma, żeby brała coś na sen, przewidując... mając przed sobą tyle zajęć.

- Być może zażyła to bezwiednie.

- Przez pomyłkę? Nie wiem nawet, czy miała w domu. Na ogół nigdy nic takiego nie było jej potrzebne.

- Mam na myśli - powiedział major łagodnie - że została tym nakarmiona... czy napojona przez kogoś, komu zależało na jej wyjątkowo mocnym śnie.

Znów przyjrzałam się majorowi i po chwili zupełnie przestałam go widzieć. Oczywiście, ze sposobu, w jaki usunięto ją z tego świata, też powinnam wyciągnąć wnioski. Na pewno było tu coś ważnego, tylko co?

Usiadłam na fotelu i popadłam w zamyślenie.

Ktoś tu był, to pewne. Ktoś przyszedł do Alicji pomiędzy moim wyjściem a jej telefonem do mnie. Wizyta tego kogoś upewniła ją, że grozi jej niebezpieczeństwo, którego może nie zdoła uniknąć. W przewidywaniu, że nie zdąży się już ze mną zobaczyć, udzieliła mi tych wskazówek na ścianie i kazała przyjść je przeczytać, zanim ktokolwiek mógłby je usunąć. Zresztą w ogóle nie wiadomo, czy i kiedy znalazłabym się w tym mieszkaniu, gdyby nie jej telefon... Zrobiła to z pewnością tylko na wszelki wypadek, bo niewątpliwie miała nadzieję ujść z życiem, na pewno zamierzała coś zrobić. Sytuacja skomplikowała się widać niespodziewanie dla niej samej. Ale że nie czekała z rezygnacją na swoje śmiertelne zejście, to pewne, kto jak kto, ale Alicja zupełnie nie nadawała się do roli owcy, posłusznie idącej na rzeź!

Ten środek nasenny coś oznacza. Ten ktoś jej dał. Przyszedł, dał jej środek nasenny i poszedł sobie. Musiał pójść, bo inaczej Alicja nie wykonałaby napisu i nie zadzwoniła do mnie. A potem wrócił...

Tak, ale dzwoniąc do mnie nie wykazywała żadnych oznak senności. To ja byłam śpiąca, czego sobie chyba do końca życia nie daruję. Lać w głupią gębę i patrzeć, czy aby równo puchnie... A to chyba znaczy, że jeszcze tego czegoś nie zjadła, nie wypiła, w ogóle nie przyjęła do wnętrza. Nie znam się na środkach nasennych, może są jakieś świństwa ze znacznie opóźnionym działaniem? Może oni znaleźli jakieś ślady? Może dostała go w kawie, którą wypiła dopiero później?

W jakimś celu mordercy zależało na tym, żeby Alicja zasnęła po jego wyjściu. To znaczy, jasne, zależało mu na tym, ponieważ zamierzał wrócić, żeby ją zabić, ale mógł to przecież zrobić od razu. A nie zrobił. Dlaczego? Pozostawił ją w pełni świadomości, pozwolił jej wykonać mnóstwo rzeczy... Ach, oczywiście! Chodziło mu właśnie o to, co zrobi, zaniepokojona przez niego! Chciał się czegoś tą drogą dowiedzieć!

W takim razie kto to był? Ten ktoś, o kim za dużo wiedziała, czy może raczej ktoś, kto też się chciał dowiedzieć?

Zrobiło mi się nagle jakoś niewyraźnie. Czy ja przypadkiem teraz też za dużo nie wiem?... Nie przyznam się. Nie przyznam się nikomu za żadne skarby świata! Zrobię z siebie tępą idiotkę, zdaje się, że przyjdzie mi to bez trudu...

Zaraz, jest jeszcze druga możliwość, dość proste wyjaśnienie. Alicja miała się na baczności, być może nie tak łatwo byłoby ją zabić, nie czyniąc przy tym zamieszania i hałasu, mogła krzyczeć, mogła się bronić... Facet wolał załatwić sprawę cicho, spokojnie i bez kłopotu. A oprócz tego może chciał wyjść... Pokazać się ludziom... Alicja jeszcze żyła...

Coś mi się zaczęło plątać po głowie na temat koniecznego alibi, które tą drogą sobie przygotowywał, ale zagmatwałam się w tym, bo to przecież bez sensu. I tak musiał wrócić. Nie był chyba prymitywnym kretynem...

Jak on jej dał ten środek nasenny? To już chyba nietrudno odgadnąć, wlał go albo wsypał do czegoś, czym wiedział, że Alicja tego wkrótce użyje. Czego Alicja musiała na pewno wkrótce użyć? Wiadomo, kawy. Kawa najpewniejsza, a oprócz tego jest jeszcze pasta do zębów, papierosy, jajka... Jeżeli przewidywał, że będzie jadła kolację, to o jajka mógł być spokojny, miała istnego fioła na tle jajek, jadła kopę na tydzień...

Coś mi zaczęło przeszkadzać w tych rozmyślaniach i po chwili pojęłam, że major do mnie mówi. Nie byłam w stanie tak od razu oderwać się od tematu.

- Jajka - powiedziałam w rozpędzie. - Może gdzieś są skorupki, niech pan sprawdzi.

- Proszę? - zdziwił się major.

Oprzytomniałam nieco i sprecyzowałam mu pokrótce moje poglądy na sposób spożycia przez Alicję środka nasennego, pomijając jednak starannie sprawę telefonu. Major zastanowił się przez chwilę.

- Oczywiście, możliwe, że pani ma rację. Na razie jeszcze nie wiemy, trzeba przeprowadzić wszystkie analizy. Jajka, mówi pani?

Ruszył do kuchni, ale widocznie jednak wolał nie tracić mnie z oczu, bo zatrzymał się i z progu pokoju wydał polecenie zainteresowania się śmieciami. Oderwana od rozważań przyglądałam mu się i słuchałam, co mówi.

- Doktora Grzybka ciągle nie ma? - spytał kogoś w przedpokoju.

- Nie ma - padła odpowiedź. - Pewno go już dzisiaj nie złapiemy. To co, obywatelu majorze, zabierać zwłoki?

- No, chyba tak. Poczekajcie jeszcze trochę, a jak tu skończycie, to do kostnicy. Sekcję zrobi się jutro.

Wzdrygnęłam się nieco na to niemiłe słowo i z wysiłkiem usunęłam sprzed oczu makabryczny obraz Alicji w prosektorium. Major znowu zwrócił się do mnie.

- Ja mam do pani jedną prośbę. Może byśmy od razu wzięli pani odciski palców, dobrze? Komuś innemu dałbym coś do potrzymania, ale myślę, że z panią nie muszę sobie tym zawracać głowy?

-Właśnie nawet chciałam to panu sama zaproponować, bo rzeczywiście dotykałam tu chyba wszystkiego. Może mnie pan od razu wyodrębnić i będzie spokój.

Czasem tak człowiek wymówi coś głupio w złą godzinę. Gdybym wiedziała, jaki to spokój będzie, jak mnie wyodrębnią, włosy stanęłyby mi dęba na głowie. Na razie jednak nie miałam żadnych jasnowidzeń i usiłowałam wrócić do rozmyślań.

Morderca zabrał mikrofon, wetknięty zamiast sęka w futrynę drzwiową. Ewentualność moich halucynacji kategorycznie odrzucam, wtedy jeszcze byłam spokojna, spłoszona zaczynam być dopiero teraz. Możliwe, że nie był to jedyny mikrofon, możliwe, że Alicja miała w domu całą, nader rozbudowaną instalację elektroakustyczną. Teraz się już tego nie dowiem. Gdzie on trzymał magnetofon? Jeżeli go w ogóle używał, to musiał mieć łatwo dostępny...

Po jakiego diabła oni kroili te świece na plasterki? I kto?! Alicja czy zbrodniarz? Jak długo mogły się palić? Uznałam tę wiadomość za niezbędną. Musiałam się dowiedzieć, kto podziabał w drobne kawałki piękne, czerwone świece, nie byłam bowiem jeszcze pewna niczego, ale podejrzewałam, że dla moich dalszych rozważań to może się okazać niesłychanie ważne. Na wszelki wypadek wolałam nie zwracać na to uwagi majora.

Przeszłam do drugiego pokoju, udając, że czynię to celem obejrzenia śmietnika na biurku. Usiadłam Przy stoliku, przybrałam możliwie zamyślony wyraz twarzy i zaczęłam się przyglądać czerwonym szczątkom. Paliły się, to widać. Gdybym mogła porównać te resztki z tym, co mam w domu! Nie da rady, nawet poskładać ich nie mogę, bo major zabronił mi czegokolwiek dotykać...

Niewiele tego zostało, chyba mniej niż połowa. Jedna trzecia?... Musiały się palić około trzech godzin, może trzy i pół? Zapaliła je chyba, jak przyszedł z wizytą...

Był, wyszedł, wrócił... Dlaczego pozostawił nietknięty ten napis na ścianie? Kretyńskie pytanie, a co miał zrobić? Zabrać ścianę ze sobą? Wyskrobywanie trwałoby co najmniej do jutra. Ale chyba zauważył, że napis powstał w czasie jego nieobecności? I co, nic mu to nie dało do myślenia? Gdyby to był ktoś postronny, to jeszcze, ale człowiek zorientowany w sprawach Alicji...

I nagle poderwało mnie z fotela! Dobry Boże, a jeżeli on ten napis ZROZUMIAŁ?!!!

Major pobierał ode mnie osobiście odciski palców. Coś do mnie mówił, nie wiem, co mu odpowiedziałam, zapewne coś ni w pięć, ni w jedenaście. W głowie miałam tylko tę jedną, okropną myśl. Jeżeli ten bandyta pojął znaczenie testamentu na ścianie, to wie także teraz, że Alicja mogła adresować go wyłącznie DO MNIE!!!

I jeżeli nie jest prymitywnym wołem, a niestety wszystko wskazuje na to, że nie jest, to wie także, że w tej chwili tu jestem, że przeczytałam testament, że zastosuję się do poleceń Alicji i że nad jego głową wisi śmiertelna groźba. I bez wątpienia stanie na tej zagrożonej głowie, żeby ową groźbę usunąć.

Będzie chciał zdążyć przede mną! Za nic! To ja muszę zdążyć przed nim! Nie mam ani chwili czasu, muszę już, natychmiast spełnić żądanie Alicji!

Jak?!!!

Koperta, którą mam znaleźć, schowana jest w kufrze po przodkach. Kufer stoi w pralni, a pralnia znajduje się na poddaszu pewnego starego budynku w Kopenhadze. W Kopenhadze na placu Świętej Anny...

- Jest dość późno - powiedział major. - Ale gdyby pani mogła jeszcze dzisiaj pojechać ze mną i złożyć zeznania, to byłoby bardzo dobrze. Póki pani jeszcze wszystko dobrze pamięta?

Cholernie lubiłam majora. Nade wszystko w świecie pragnęłam wykrycia i ukarania mordercy Alicji. Ale z całą pewnością ostatnią rzeczą, jakiej sobie mogłam życzyć, było składanie zeznań w tej chwili. Nie panowałam nad umysłem, nie panowałam nad twarzą, panikę, jaka mnie ogarnęła, musiałby chyba zauważyć nawet ślepy debil i wiedziałam tylko jedno: że z moich ust nie powinno wyjść ani jedno słowo prawdy! A za przeciwnika w tej sytuacji miałam akurat majora, który potrafiłby wycisnąć prawdę nawet ze zmurszałego głazu!

- A może to pan mógłby pojechać ze mną? - zaproponowałam beznadziejnie. - Bo nie mam co zrobić z samochodem.

Major wyraził zgodę bez oporów.

- Piękny wóz - powiedział po drodze. - Kupiła pani za granicą?

Kiwnęłam głową i już chciałam wspomnieć coś o ciężkiej krwawicy, kiedy ugryzłam się w język. Tej dziwnej historii lepiej teraz nie tykać, w ciężkiej krwawicy nie ma cienia prawdy, a łgarstw do wygłoszenia mam w perspektywie tyle, że lepiej nie wynajdywać dodatkowych. W ogóle najstosowniej będzie zamknąć gębę i ględzić możliwie mało. Na dobrą sprawę powinnam milczeć jak grób!

W Komendzie dostałam kawy, zapaliłam papierosa i spróbowałam wspiąć się umysłowo na nieco wyższy szczebel. Znając majora nie miałam żadnych wątpliwości, że bezbłędnie zauważy moje zamierzone mijanie się z prawdą, ale na to już nic nie mogłam poradzić.

- Była pani bardzo przywiązana do swojej przyjaciółki? - powiedział tonem raczej twierdzenia niż pytania.

Zaskoczył mnie tym, bo jakoś nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Przywiązana do Alicji? Dobry Boże!

- Nie wiem, czy to można tak nazwać - odparłam z wahaniem. - To było chyba coś więcej. Alicja była dla mnie czymś więcej niż zwyczajną przyjaciółką. Była... Była człowiekiem, który zasługiwał na absolutne zaufanie. Niech pan zaczeka, niech mi pan pozwoli przez chwilę się pomartwić.

Nagle uświadomiłam sobie na nowo, że Alicja nie żyje, i ogarnął mnie tak wielki, tak głęboki żal, że musiałam go opanować, żeby się zaraz w tym milicyjnym gabinecie nie rozpłakać. Nie po to tam przyszłam. A równocześnie poczułam na sobie cały ciężar tej spuścizny, która na mnie znienacka spadła, i cały ciężar zaufania Alicji, którego nie miałam prawa zawieść. I natychmiast potem obudziły się we mnie nader ciekawe uczucia do tego kogoś, kto ją zabił...

Major przyglądał mi się z dużym zainteresowaniem.

- Mam wrażenie, że zależy pani na wykryciu mordercy, prawda? - powiedział łagodnie i uprzejmie.

- O, raczej tak - odparłam równie łagodnie, opanowując uczucia.

- No właśnie. To kiedy pani widziała swoją przyjaciółkę ostatni raz? Niech pani sobie przypomni możliwie dokładnie.

Z namysłem i uczciwie policzyłam czas i wypadło mi, że rozstałyśmy się trochę po dziewiątej. Do tego mogłam się przyznać, to było niewinne, a majorowi mogło się przydać. Streściłam naszą rozmowę, informując go, że głównym jej tematem były kwestie odnawiania mieszkań oraz malarstwo sztalugowe, ponieważ Alicja wyraziła chęć powieszenia czegoś na ścianie. Można powiedzieć, że nawet nie kłamałam tak zupełnie.

- Potem Alicja postanowiła zrobić kawę - ciągnęłam dalej. - Zaparzyła ją w termosie, miała taki termos do kawy i przyniosła do pokoju, ale nie nalała do filiżanek. Zaczęła grzebać w biurku, szukała zdjęć, które chciała mi pokazać, i przypomniała sobie nagle, że ma coś bardzo pilnego do zrobienia. Jakiś rysunek. Miała go zrobić do rana, więc sobie zaraz poszłam, żeby jej nie przeszkadzać. Mówiła też, że ma przed sobą szalenie pracowity dzień.

Na wszelki wypadek wolałam trzymać się ściśle tego dialogu, który wygłosiłyśmy obie na użytek sęka w futrynie. Nigdy nie wiadomo... Rozpacz mnie ogarniała, kiedy opowiadałam te wszystkie brednie, bo równocześnie uprzytamniałam sobie, jakie koszmarne trudności czekają mnie w najbliższym czasie. Jakim sposobem sama znajdę tego kogoś, kto jej odnawiał mieszkanie? Musiał być przecież tą nitką, prowadzącą do kłębka. Mało nitką, całym sznurem, liną okrętową! Jakim sposobem wyjadę?! Jak trafię do ludzi, z którymi się ostatnio widywała, spotykała?

- Po pani wyjściu ktoś tam przyszedł - powiedział major. - Rzeczywiście, ta jedna filiżanka robi trochę dziwne wrażenie. Nie ma pani żadnych podejrzeń, kto to mógł być? To wcale nie musiał być morderca.

- Nie mam zielonego pojęcia. Mogę sobie tylko wyobrazić, że albo to był ktoś ważny, kogo Alicja wysoko ceniła i przyjmowała z honorami, mam na myśli świece, one musiały się palić. Albo też ktoś kłopotliwy. Ktoś taki, przy kim nie wiadomo, co robić, więc się wtyka świece w lichtarze i zapala.

- Albo dłubie na kawałki... Kto ze znanych pani osób pasuje do tych możliwości?

Zastanowiłam się przez chwilę.

- A tak z pół miasta. Alicja znała mnóstwo ludzi. Do uhonorowania mogłabym panu wyliczyć właściwie jej wszystkich przyjaciół i znajomych, wszystkich, których lubiła, więc to bez sensu. I tak pan pewnie do nich dotrze, a ja nawet nie znam ich nazwisk, nie mówiąc o adresach. Przeważnie tylko imiona.

- A z tych kłopotliwych?

- A, to przykro mi, ale diabli wiedzą.

- Pani Hansen nie miała żadnych wrogów?

- Nic nie wiem o jej wrogach. Na ogół wszyscy ją bardzo lubili. Była cholernie uczynna, niezliczonym osobom wyświadczała niezliczone przysługi.

- No tak. Ale nie zabił jej przecież obcy człowiek z ulicy bez żadnego powodu. Czy nic nigdy nie wspominała o kimś, kogo mogłaby się obawiać?

Do tej pory rozmowa z majorem przebiegała raczej ulgowo, aż się nawet nieco dziwiłam. Ostatnie pytanie zabrzmiało jak sygnał ostrzegawczy.

- Mówiła, że jest ostatnio zdenerwowana, ale nie powiedziała, dlaczego.

Musiałam to wyznać, bo wiedziałam, że wśród wszystkich analiz wyjdzie na jaw sprawa tego mojego cholernego lekarstwa na uspokojenie. Nie dałam jej przecież takiego straszliwego świństwa w celu popijania sobie dla przyjemności! A do mnie dotrą chociażby przez lekarza. Tylko spokojnie, uważać i nie łgać niepotrzebnie!

- I pani się nie dopytywała? - dziwił się nieco major.

- Nie przesadnie. Myślałam, że może się nieswojo czuje przez ten ślub.

„Cholera - pomyślałam - może ze ślubem też niedobrze? Ale coś przecież muszę mówić!”.

- Jaki ślub?

- Jej. Własny. Zamierzała wyjść za mąż za jednego takiego faceta, cudzoziemca, ściśle biorąc, Duńczyka. Nosiła się z tymi planami już tak chyba od roku i to się jakoś odwlekało, nie wiem dlaczego. Zdaje się, że miała jakieś komplikacje z dokumentami. Załatwiała to, ale bez pośpiechu. Podejrzewam, że właściwie sama nie była pewna, czy wziąć ten ślub, czy nie.

Usiłowałam mówić to możliwie beztrosko, tak jakbym opowiadała majorowi towarzyskie plotki. Słuchał i przyglądał mi się z uwagą, co mnie w najwyższym stopniu męczyło psychicznie.

- A po co pani dzisiaj do niej dzwoniła? Miała pani jakiś interes?

- Umówiłyśmy się, że się spotkamy w „Europejskim”, jeżeli już będzie miała czas. Wczoraj tak wcześnie wyszłam, a wie pan, nie widziałyśmy się strasznie długo, bo ja przed trzema tygodniami wróciłam z zagranicy.

Jeszcze nie skończyłam tego mówić, a już wiedziałam, że źle zrobiłam. I tak to wykryją, prędzej czy później, ale trzeba było poczekać z gadaniem na ten temat, aż będę przytomniejsza i coś sobie zdążę przemyśleć!

- Jak długo?

- Około pół roku.

- Była pani za granicą pół roku?

No i proszę. Już mnie trafił!

- Nie, dłużej. Przeszło rok.

- To przedtem panie były razem?

- Częściowo. Ja tam przyjechałam, jak Alicja już była zadomowiona.

- Tam, to znaczy gdzie?

- W Kopenhadze.

- Co pani Hansen robiła w Kopenhadze?

- Pracowała, oczywiście. Przy okazji poderwała sobie tego narzeczonego.

- Aha. A może tam był ktoś, kto jej źle życzył?

Co ja mam zełgać teraz, dobry Boże?!

- Nie wiem - powiedziałam ostrożnie. - Niech pan zaczeka, pomyślę.

Wolno mi chyba myśleć przy odpowiedziach? Oczywiście, że korzenie tej całej sprawy tkwią w Kopenhadze. Kto to był ten ktoś, kogo Alicja tam tak bardzo starała się unikać? Zaraz, ja tam przecież widziałam...

Nagle przypomniało mi się, skąd znam profil człowieka, którego dostrzegłam w granatowym oplu, i doznałam takiego uczucia, jakbym skamieniała umysłowo. Już też doprawdy nie miało mi się to kiedy przypomnieć! Widziałam go w tej chwili tak wyraźnie, jakby siedział po drugiej stronie biurka, na miejscu majora. To on, jak Bóg na niebie, to ten sam! Czy to możliwe, żeby niesamowita historia, która mi się tam przytrafiła, miała związek z Alicją? Jaki związek?! Ratunku!!!

Po długich staraniach odzyskałam głos.

- Nie, nie wiem - powiedziałam. - Nie mam pojęcia. Nasze wzajemne zaufanie objawiało się między innymi w tym, że nie dopytywałyśmy się o nic zbyt nachalnie. Możliwe, że Alicja miała tam jakieś znajomości, o których nic nie wiedziałam.

- No tak - powiedział major po chwili. - Co pani jeszcze zauważyła w mieszkaniu pani Hansen? Mam na myśli jakieś zmiany.

- Szczerze panu wyznam, że trochę mnie myli ten proszek do prania, którym obsypaliście wszystko. Ten na odciski palców. Poza świecami i filiżanką, która mi się nie podoba, podejrzewam, że Alicja została ułożona na tym tapczanie. Ona nigdy dobrowolnie nie spała na wznak, twierdziła, że w tej pozycji miewa koszmarne sny. No i nie wiem, co z biurkiem, czy tam czegoś nie brakuje. Wczoraj było porządniej. Aha, a czy może mi pan uprzejmie powiedzieć, o której godzinie ją zabito? Tak przy okazji...

- Między pierwszą a trzecią w nocy.

- I o tej porze on wyszedł?! Tam przecież cieć zamyka bramę!

- To wszystko sprawdzimy. Niech się pani zastanowi, czy coś jeszcze.

Zastanowiłam się głęboko i nawet uczciwie, bo obawiałam się, że moje odpowiedzi brzmią podejrzanie powierzchownie Niestety, nie przychodziło mi na myśl nic poza rzeczami, które musiałam starannie ukryć.

- Wyczerpał mnie pan. Nic więcej nie widzę.

- No, skoro pani jest wyczerpana, to może na razie skończymy. Niech pani postara się przypomnieć sobie wszystko, co miało jakikolwiek związek z pani przyjaciółką tu i w Danii. Wszystko, najdrobniejsze szczegóły. Nie wiemy jeszcze, co się może okazać ważne.

- Wezwie mnie pan, czy mam się sama zgłosić? - spytałam, z ulgą podnosząc się z krzesła.

- Zobaczymy. Na pewno będzie mi pani jeszcze potrzebna, a jak się pani coś przypomni, to niech pani od razu dzwoni. Proszę przekazać ode mnie pozdrowienia panu prokuratorowi.

- Pan go zna? - spytałam, zaskoczona. Major uśmiechnął się lekko.

- Znamy się jeszcze z czasów, kiedy pracował w służbie śledczej. Nawet kiedyś zetknęliśmy się w jednej sprawie. Bardzo wysoko go cenię.

- Dziękuję panu, chętnie przekażę.

„Tego mi jeszcze tylko brakowało” - pomyślałam ponuro, usiłując na pożegnanie przyozdobić oblicze wdzięcznym uśmiechem. Wątpię, czy mi się to nadzwyczajnie udało, ale zaczynało mi już być wszystko jedno. Nade wszystko w świecie chciałam wreszcie zejść majorowi z oczu! To, że przesłuchiwał mnie tak krótko, niezbyt szczegółowo i właściwie bez nacisku, było w najwyższym stopniu niepokojące!

- Można wiedzieć, gdzie byłaś do tej pory? - powitał mnie Diabeł z urazą, kiedy wróciłam do domu.

Dopiero w tym momencie poczułam, że jestem śmiertelnie, beznadziejnie zmęczona. Na chwilę przestałam nawet czuć się wystraszona i zdenerwowana. Oparłam się o drzwi i patrzyłam na niego, z rozpaczą myśląc, że i przed nim też będę musiała wszystko ukrywać.

Od trzech lat, od chwili kiedy połączyło nas idiotyczne, wyimaginowane przeze mnie zabójstwo na terenie mojego własnego biura, miałam z nim ciężki krzyż pański. W uciążliwej walce, toczonej na co dzień na gruncie czysto prywatnym, jego wspomagało piekło, a mnie nie wiadomo co. Chyba litościwa Opatrzność, pozwalająca mi, jak dotąd, pędzić uczciwe, praworządne życie. Prawie nie musiałam łgać, co przy wrodzonej, głupiej skłonności do mówienia prawdy było mi ze wszech miar na rękę, a przy okazji pozbawiło mnie możliwości nabrania stosownej wprawy. Jemu zaś znakomicie dopomogło poznać wszelkie szczegóły mojego życiorysu. Właśnie w tej chwili zwątpiłam, czy istotnie działalność Opatrzności w stosunku do mnie była tak pomocna, jak mi się zdawało...

- Alicja nie żyje - powiedziałam cicho.

- Co?!

- Alicja nie żyje. Została zamordowana.

Diabeł patrzył na mnie tak, jakby się usilnie i w pośpiechu zastanawiał, co też takiego okropnego musiałam popełnić poza domem, żeby teraz, dla zatuszowania owego czynu, wymyślać aż takie sensacje.

- Co za brednie mówisz? - spytał nieufnie. - To ma być dowcip?

- A jak ci się zdaje?

Przyjrzał mi się uważniej i widocznie jednak musiałam wyglądać bardzo mało figlarnie, bo podniósł się szybko z tapczanu, wyraźnie rezygnując z pierwszych podejrzeń.

- Rany boskie! Usiądź, bo się przecież za chwilę przewrócisz. Zrobię ci herbaty. Alicja została zamordowana? Kiedy? Przez kogo?!

- Nie wiem. Podobno między pierwszą a trzecią w nocy. Masz pozdrowienia od majora.

- Dziękuję bardzo - powiedział odruchowo. - Nie rozumiem, przecież dziś w nocy dzwoniła do ciebie? Rozmawiałaś z nią przez telefon! Po śmierci?!

Nie miałam siły wrócić na nowo do tego napięcia, w którym trwałam przez ostatnie kilka godzin. Więc on to słyszał?!

- Jak to? - jęknęłam. - Przecież spałeś!

- Ale się obudziłem. Czekaj, zrobię ci tej herbaty.

No i co, mam teraz w niego wmawiać, że to nie była Alicja? Że dzwonił do mnie po nocy pijany gach? Nonsens!

Mógłby mi pomóc? No pewnie, że mógłby mi pomóc, jeszcze jak! Na własne oczy widziałam swymi czasy, z jakim talentem i intuicją odgadywał ukrywane przed nim najstaranniej tajemnice. Odgadłby i teraz wszystko to, co dla mnie jest wyłącznie mglistym chaosem.

Czy ja mogę mu wszystko powiedzieć? Wykluczone, w żadnym wypadku. Gdyby się kiedykolwiek przypadkiem wykryło, że coś wiedział ode mnie i nic nie mówił, jego kariera byłaby na zawsze skończona. Nie ma siły, cokolwiek mu powiem, musi natychmiast lecieć z jęzorem do milicji. Równie dobrze mogłabym sama się zwierzyć majorowi. Nie, nie ma innego wyjścia, jeżeli mam cień oleju w głowie, muszę milczeć jak głaz i bez przerwy udawać idiotkę. Już i tak nie jestem pewna, czy się przypadkiem z czymś nie wygłupiłam...

Diabeł wrócił z herbatą i zażądał szczegółowego sprawozdania. Wydawał się przejęty, co mu się szalenie rzadko zdarzało. Wbrew niechęci i protestom musiałam spełnić jego żądanie. Trzeba przyznać, że chyba jeszcze nigdy w życiu nie wygłosiłam równie głupiej i pogmatwanej relacji. A mówiłam przecież, o święci patroni, do prokuratora, który moje wszystkie sprawy znał na wylot! No, prawie wszystkie...

Diabeł słuchał w milczeniu i zdumiewająco uważnie. Gdzieś na dnie mojego zmaltretowanego umysłu obudziło się jakieś nieuchwytne, niesprecyzowane podejrzenie. Obaj z majorem wydali mi się dziwnie podobni do siebie w tej uwadze, z jaką wysłuchiwali mojego gadania.

Milczał jeszcze przez długą chwilę, kiedy skończyłam.

- Ty o tym wszystkim wiesz coś więcej - powiedział znienacka. - Ciekawe, czy usiłujesz to ukryć tylko przede mną, czy przed majorem też. Po co ona do ciebie dzwoniła?

- Skąd w ogóle wiesz, że to była Alicja? - spytałam, beznadziejnie usiłując znaleźć sposób uniknięcia odpowiedzi.

- Nie wiem, być może zwracasz się per „Alicja” do jakichś facetów, żeby mnie zmylić. Ale skoro myślałaś, że śpię...

- No bo powinieneś był spać - oświadczyłam z pretensją i głęboką dezaprobatą. - Zawsze jesteś śpiący nie wtedy, kiedy potrzeba. Wszystko musisz robić na odwrót.

Diabeł przyglądał mi się z namysłem, budząc tym w mojej duszy już nie tylko niepokój, ale zgoła panikę, którą coraz trudniej było mi ukryć.

- Nie lepiej byłoby, gdybyś dała temu spokój?

- Niby czemu?

-Temu kręceniu. Uprzedzam cię, że jeśli cię zamkną za fałszywe zeznania, to ja palcem nie kiwnę. Umywam ręce.

Doskonale wiedziałam, że gdyby mnie istotnie zamknęli za fałszywe zeznania czy za cokolwiek innego, stanąłby na głowie, żeby mnie wydostać. Poza tym nie to akurat było przyczyną mojego popłochu.

- Jakie fałszywe zeznania, nie zawracaj głowy. Masz obsesję. Zwyrodnienie na tle zawodowym.

- Po co Alicja do ciebie dzwoniła?

No przecież to można było zwariować. Po to wyszłam z jednego przesłuchania, uwalniając się wreszcie od majora, żeby natychmiast trafić na następne, jeszcze gorsze. O ileż trudniej było łgać do człowieka, który doskonale znał nas obie! Czy ja będę miała kiedykolwiek święty spokój, czy też już do końca życia nie dostąpię tego szczęścia?

- Nie wiem. Nie pamiętam.

- Pamiętasz. Po co Alicja do ciebie dzwoniła?

- Odczep się. Dla draki. Pracowała, spać jej się zachciało i postanowiła się rozerwać. Rozmowy ze mną są zawsze szalenie rozrywkowe.

- Szczególnie dla ofiar morderstwa - uzupełnił Diabeł. - Joanna, nie wygłupiaj się - dodał prosząco. - To jest cholernie nieprzyjemna sprawa. Wiem, że masz okropny charakter i prawdopodobnie uprzesz się sama znaleźć mordercę albo coś w tym rodzaju. Prawdopodobnie ci się nie uda. Zapłaczesz się w coś głupiego, a ja razem z tobą. Powiedz, po co ona do ciebie dzwoniła w nocy na chwilę przed śmiercią?

Coś mnie zastanowiło w tym, co mówił. Skąd on wie, że to jest cholernie nieprzyjemna sprawa?

- Co się tak uczepiłeś, jak rzep psiego ogona? Widocznie chciała mile spędzić ostatnie chwile życia. Lepiej ty powiedz, o której godzinie to było, jeśli przypadkiem wiesz.

- Przypadkiem wiem. Dwadzieścia po pierwszej. Mam wrażenie, że ten telefon jest podstawowym elementem całej zabawy. Słuchaj, uczciwie cię uprzedzam, że jeśli major będzie ze mną rozmawiał, to ja mu o tym muszę powiedzieć. A ty będziesz musiała powiedzieć, po co ona dzwoniła.

- Guzik, odmawiam zeznań.

- To cię zamkną!

- Przestań mnie głupio straszyć, niby za co mnie mają zamykać? Sam zaświadczysz, że w czasie zbrodni spałam martwym bykiem przy twoim boku.

- To nie wyklucza wspólnictwa. A teraz udzielasz pomocy mordercy, odmawiając zeznań.

- Chyba oszalałeś! Po pierwsze, to brednia, a po drugie, sam mnie uczyłeś, że za byle co się nie zamyka, bo potem trzeba wypuszczać i przepraszać. Kompromitacja dla prokuratora.

- Za dużo do ciebie gadałem - mruknął niechętnie. - Niepotrzebnie. Idiocieję przy tobie.

- Nawzajem!

- A w ogóle to ty za dużo wiesz!...

- O Boże! - powiedziałam już z ostateczną rozpaczą i zamurowało mnie. Alicja to samo mówiła o sobie!...

Musiałam pomyśleć. Koniecznie musiałam pomyśleć, bo uprzytomniłam sobie, że rozmawiam z nim niesłychanie głupio. Wbrew wszystkim zamiarom nie umiem ukryć, że wiem więcej, niż się do tego przyznaję, a on to, oczywiście, znakomicie dostrzega. Jakże wygodnie byłoby móc to z nim omówić, poradzić się go, oddać mu to w ręce... Istny raj! Nic z tego, nie dla mnie raje, na razie jestem skazana na katorgę umysłową!

- Moje szczęście jedyne, na wszystko cię błagam, zamknij się wreszcie - powiedziałam stanowczo. - Tam major, tu ty, to za dużo na mnie jedną. Daj mi święty spokój chociaż przez chwilę, bo lada moment zwariuję i zacznę sama siebie podejrzewać. Przestań się mnie czepiać albo ucieknę z domu!

Udało mi się go wreszcie nakłonić, żeby się na razie odczepił. Nawet zszedł mi z oczu, udawszy się do łazienki. Usłyszałam, że puszcza wodę do wanny, odetchnęłam lżej, zapaliłam papierosa i zaczęłam sobie układać.

Gdzie jest początek tej całej koszmarnej historii, która doprowadziła do zbrodni? Nie wiem. Ginie gdzieś w mrokach przeszłości. Sięga zapewne czasów, o których Alicja niechętnie mówiła i niechętnie myślała, chociaż były dla niej radosnym i promiennym wspomnieniem. Czasów jej wielkiej miłości do człowieka, który nie był tego wart.

Nie znałyśmy się jeszcze wtedy. Nie byłam świadkiem owych uczuć, słyszałam tylko o nich dostatecznie dużo, żeby móc sobie to wszystko wyobrazić. Fakt, że ten pan był żonaty, nie miał żadnego zgoła znaczenia w porównaniu z faktem, że był, jak się później okazało, pracownikiem obcego wywiadu. Dysponująca perfekt językiem niemieckim Alicja poznała go jako attaché kulturalnego ambasady jednego zachodniego państwa i bardzo długo nie zdawała sobie sprawy z dodatkowej działalności ukochanego. Nie wiedziała także nic o żonie, którą ukrywał nie mniej starannie. Obie te tajemnice wyszły na jaw równocześnie, w okolicznościach dość dramatycznych, pan pośpiesznie wyjechał, a Alicja miała mnóstwo nieprzyjemności. Na domiar złego nabrała podejrzeń, iż wielkie uczucie nie było obustronne, wielbiciel bardziej był spragniony jej współpracy niż serca. Współpracy odmówiła kategorycznie, serce również usiłowała odebrać, ale mam wrażenie, że aż do obecnych czasów pozostał jej jakiś nikły sentyment, którego się nie umiała pozbyć. Nie zdołała też nigdy definitywnie zerwać kontaktów z byłym najdroższym. Rozmaitymi drogami i przez różne osoby przesyłał jej wyrazy uwielbienia, usiłował coś wyjaśnić, usprawiedliwiał się, wspominał nawet o rozwodzie, a na Alicji za każdym listem i każdym najniewinniejszym pozdrowieniem cierpła skóra, bo za żadne skarby świata nie chciała utkwić w pomieszczeniu przymusowo zamkniętym w charakterze wroga Ojczyzny. Po latach przestała być osobą podejrzaną, dostała nawet paszport, ale ciągle jeszcze pokutował w niej ten lęk, powodujący przesadną ostrożność.

I kto wie, może owa przesadna ostrożność była słuszna? W tamtej ambasadzie wciąż miała mnóstwo znajomych, ciągle ktoś jeździł tam i z powrotem, ciągle pętali się wokół niej ludzie, którzy znali owego pana, byli z nim zaprzyjaźnieni, być może kontynuowali jego nadprogramową działalność? Wbrew jej woli coś nielegalnego mogło się o nią obijać. Mogły dotrzeć do niej jakieś wiadomości, których sobie wcale nie życzyła, i sądząc z tego, co od niej usłyszałam, dotarły.

W Kopenhadze. W Kopenhadze też były różne ambasady i też byli ludzie z owego kraju. Alicja otrzymywała obfitą korespondencję w różnych językach. Nie czytałam przecież jej listów, mogły równie dobrze pochodzić od rodziny i zawierać wiadomości o grypie siostrzeńca, jak i od pana, informującego ją uprzejmie, że zamierza sobie wyszpiegować parę drobiazgów w kraju o niemiłym dla jego poglądów ustroju. A Alicja miała charakter...

A Alicja miała charakter apolityczny, można powiedzieć nie ograniczony czasem i przestrzenią, taki, co to nie zna granic ni kordonów... Istniało dla niej tylko jedno kryterium: ktoś był przyzwoitym człowiekiem albo nie. Poza tym mógł sobie być czymkolwiek i reprezentować dowolne poglądy. Obojętne. Pewne rzeczy jednak i pewne zajęcia wykluczały w jej oczach przyzwoitość i takim zajęciem było między innymi szpiegostwo, niezależnie od skali. Jednakowo negatywnie odnosiła się do skarżypyty w przedszkolu i do międzynarodowego asa wywiadu. Uznawała atak z bagnetami na czołgi, ale nie uznawała najbardziej nawet patriotycznej pracy, z którą się trzeba było ukrywać. Za żadne skarby świata nie wyjawiłaby poufnie uzyskanej informacji. Ukochanej przyjaciółce nie wyznałaby, że mąż ją zdradza, gdyby mąż uczynił ją swoją powiernicą. Najdroższemu człowiekowi nie powiedziałaby, że kontrwywiad jest na jego tropie, gdyby powiadomił ją o tym prywatnie i w zaufaniu jakiś pracownik owego kontrwywiadu.

Musiała przyjść wreszcie taka chwila, kiedy w jakiś sposób dotarło do niej zbyt wiele wiadomości. Zdawała sobie zapewne sprawę z wagi tych wiadomości i z niebezpieczeństwa ich posiadania. No i zgodnie ze swoim charakterem usiłowała coś z tym fantem zrobić, nie zdradzając niczyjego zaufania. Rezultat wypadł chyba raczej niezupełnie po jej myśli...

A teraz mnie nie wolno zawieść jej zaufania...

W ostatniej chwili zdążyła udzielić mi wskazówek, gdzie mam szukać sposobów rozwikłania tej całej afery. Jedno wiem na pewno: w żadnym wypadku nie wolno mi dopuścić nikogo obcego do jej prywatnych spraw, sama muszę rozwikłać wszystkie tajemnice i wyjawić oficjalnie tylko to, co będzie niezbędne.

No i niestety jeszcze wiem drugie...

Zawahałam się nieco, zanim sprecyzowałam sobie tę drugą myśl, była bowiem nieco przerażająca. Na własne, rodzone oczy stwierdziłam, że Alicją interesował się facet ze złamanym nosem A z tym facetem, nie da się ukryć, ja też prawdopodobnie mam coś wspólnego!

„Boję się o ciebie”... Te słowa wypowiedziała Alicja, która wiedziała, co mówi. Zlekceważyłam je głupio, beztrosko i lekkomyślnie, co było dowodem niewątpliwego, chwilowego zidiocenia. Teraz mi zidiocenie minęło i też się zaczynam bać o siebie, i to całkiem porządnie.

Nie jest wszak powiedziane, że Alicją zajęty był wyłącznie zaniepokojony osobnik z obcego wywiadu. To ja wiem o tym, że nigdy w życiu nie zajmowałaby się czymś takim, to ja znam jej charakter, jej poglądy, jej granitowe zasady. Ja! A nie nasz kontrwywiad...

Fifty, fifty, pół na pół, jeden zając, jeden wół. Równie dobrze nasze władze mogły dojść do wniosku, że Alicja jest niebezpieczna. Wiedząc zbyt wiele mogła ostrzec, uprzedzić, zawiadomić kogoś nieodpowiedniego, powodując nieodwracalne szkody, mogła też z tym kimś współdziałać... W oczach naszych władz mogła uchodzić za wroga, a wroga lekceważyć nie należy. Mogło być tak, że podejrzewając ją o tę nielegalną współpracę nie zamykano jej, tylko pilnowano starannie, chcąc przez nią dotrzeć do innych. Kontrwywiad nie Duch Święty, wszystkiego nie wie, tymi innymi mogę się teraz okazać na przykład ja...

No i co teraz? Ja też zaczynam wiedzieć stanowczo za dużo. Jeżeli przytomne władze interesowały się nią, czego nie można im mieć za złe, to siłą rzeczy zainteresują się teraz mną. Sama bym się na ich miejscu sobą zainteresowała. Za żadne skarby świata nie mogę do tego dopuścić! Ktokolwiek ją zabił, ktokolwiek był w to wmieszany, wie teraz z pewnością, że ja wiem za dużo. Możliwe nawet, że wszystkie zajęte tą sprawą osoby wyobrażają sobie, że ja wiem znacznie więcej niż rzeczywiście wiem. Mnie zaś wszelkie zaciekawienie mną jest niesłychanie nie na rękę. Krwawa walka rozmaitych wywiadów, a na polu bitwy kolejne, niewinne ofiary, najpierw Alicja, potem ja... Istotnie, perspektywa zachwycająca!

A nie wyłgam się z tego tak łatwo, bo po imprezie pęta się ten bydlak ze złamanym nosem...

Cóż mi wobec tego pozostaje? Tylko jedno: wszyscy dokoła muszą wierzyć w to, że ja kompletnie nic nie wiem!

No więc bardzo dobrze! Jestem niedorozwiniętą kretynką, tępym wołem, sklerotyczką, idiotką, nie wiem, czym tam jeszcze, nic sobie nie kojarzę, nic nie wiem i o niczym nie słyszałam. W ogóle nie rozumiem, co się do mnie mówi. A teraz wobec tego trzeba sobie przemyśleć wszystkie konkrety i spróbować wyciągnąć jakieś twórcze wnioski.

Alicja została zamordowana. To jest podstawowy fakt, któremu się nie da zaprzeczyć. Testament wydrapany na ścianie każe mi znaleźć w Kopenhadze kopertę. Nie wiem, co jest w tej kopercie, może informacja o mordercy, a może to coś, co powiedziała, że ma i że chciałaby komuś oddać. Na razie tego nie zgadnę, ale czym prędzej muszę do tego dotrzeć. Zanim dotrę, może zdołam coś tu rozwikłać.

W futrynie drzwiowej ukryty był mikrofon. Nic nadzwyczajnego, żaden cud. Nie sztuka załatwić taką instalację w czasie remontu mieszkania, ostatecznie nie siedziała chyba ludziom bez przerwy na głowie. Pod futryną musi być ślad przewodu i należałoby zdemontować futrynę, żeby sprawdzić, dokąd prowadzi. Możliwe, że donikąd, bo ludzie, którzy mieli swój udział w tej zbrodni, nie byli idiotami i mogli się posłużyć nie magnetofonem, a radiem. W futrynie był nadajnik, odbiornik zaś można było trzymać gdziekolwiek, chociażby w samochodzie zaparkowanym gdzieś w pobliżu. Można też było zapewne nagrywać... Ten, kto odnawiał, musiał być w to wmieszany, może malarz, może pomocnik, nie wiem, w każdym razie trzeba go jakoś odnaleźć. Ciekawe, jak?

O tym czymś, co ma, powiedziała mi na schodach. Morderca tego nie słyszał. Przyszedł do niej z wizytą, w jakimś celu zaniepokoił ją i poszedł sobie. Nie podobają mi się te świece. Cholernie mi się nie podobają!...

Musiały się palić przeszło trzy godziny... Niech ja sobie spokojnie policzę. Wyszłam od niej parę minut po dziewiątej. Dzwoniła do mnie dwadzieścia po pierwszej. To jest razem przeszło cztery godziny. Wydrapanie napisu mogło jej zająć ile czasu? Powiedzmy kwadrans, wprawdzie drapanie w tynku dość szybko idzie, ale musiała przecież nad tym pomyśleć. I nie rzuciła się chyba do ściany natychmiast po wyjściu faceta, można przyjąć pół godziny... Nie, na dłubanie świec na drobne kawałki w towarzystwie owego gościa przed telefonem do mnie absolutnie nie było czasu. Czyli musiały zostać podłubane potem.

Ostateczny czas, przyjęty przez lekarza, to jest trzecia godzina. Od telefonu do mnie do śmierci miała godzinę i czterdzieści minut. Mniej, bo przecież przedtem zasnęła. Ale nawet jeśli miała tylko pół godziny, to też nie mogę wykluczyć, że zrobiła to sama, i nie uzyskuję pewności, że zrobił to ten facet. A to jest dla mnie strasznie ważne, bo nie wiem, jakiej wielkości było to coś, co chciała im oddać, i nie wiem, czy nie było ukryte właśnie na przykład w jednej świecy! A nawet jeśli nie było ukryte, to facet mógł myśleć, że jest...

Po paru minutach byłam już tak zagmatwana w tym, co facet myślał, co znalazł, czego nie, co zawierały w sobie świece, które z natury rzeczy powinny zawierać tylko przyzwoity knot, że zaczęło mi się mącić w głowie. Musiałam się wreszcie oderwać od kombinacji ze świecami, bo zanosiło się na to, że będę miała niewyczerpany temat do końca życia. Co gorsza, owe świece oznaczały jeszcze coś więcej, a to coś też było ważne.

Oznaczały mianowicie, że musiał przyjść do niej prywatny znajomy, przyjęty normalnie kawą czy czymś takim, uhonorowany staroświeckim oświetleniem, znajomy, przed którym musiała zapewne udawać, że nic nie wie, chociaż należał do osób, o których wiedziała za dużo. Prywatny znajomy! A może ja go też znam?...

Posiedział, zdenerwował ją, zostawił jej środek nasenny w czymś, czego wiedział, że wkrótce użyje, i poszedł w diabły. Potem przyszedł drugi raz, kiedy już spała, zdemontował mikrofon, przeczytał twórczość na ścianie i umył filiżankę po kawie, której sam używał. Oczywiście, nad czym ja się w ogóle zastanawiałam, umył naczynie, żeby nie zostawiać żadnych śladów swojego pobytu! Przecież to tylko ja wiem, że musiał tam być dwa razy, major się może najwyżej domyślać dzięki świecom, dobry Boże, czyja się wreszcie odczepię od tych świec? Zresztą, musiał umyć tę filiżankę, mógł niczego innego nie dotykać, potem mógł być w rękawiczkach, ale przecież w rękawiczkach nie pił kawy!

Bardzo dobrze, potrafię odtworzyć przebieg morderstwa, chyba prawidłowo. Nie mogło być inaczej. Na razie to niestety niewiele.

Chodzili za nią i jeździli. Kto? Proste, albo jedni, albo drudzy. I jedni, i drudzy byli zainteresowani tym, z kim się Alicja spotyka, z kim rozmawia i czy przypadkiem nie zdradza już swoich wiadomości. Przestępcy oprócz tego, wbrew jej mniemaniom, mogli się domyślać, że ona ma tamto coś, i być może mieli nadzieję, chodząc za nią, trafić na ślad. Z drugiej znów strony nie ma co ukrywać smutnego faktu, że chodzenia i jeżdżenia za kimś nagminnie można oczekiwać raczej ze strony władz, którym wszak niewątpliwie byłoby znacznie łatwiej.

A facet z granatowego opla?... Święci patroni, ratunku! Nie mylę się, to pewne, widziałam go w Kopenhadze, pamiętam, gdzie i kiedy, aż za dobrze. Tu był i tam był, to nie może być zbieg okoliczności. Musi mieć jakiś związek z tym, co mnie tam spotkało!... A teraz tu się pętał za Alicją... Czy ja przypadkiem też nie mam jakiego mikrofonu w domu?!

Włosy mi się nieco podniosły na głowie, ale postanowiłam nie rozpraszać się wpadaniem w panikę, bo to jeszcze nikomu nie pomogło. Na razie najważniejsze staje się pytanie, czy morderca zrozumiał testament. Przyjmijmy, że tak. Czy wobec tego równie łatwo, jak ja, zlokalizował miejsce? Wykluczone! Niewiele osób wiedziało o pralni na placu Świętej Anny, zwłaszcza że to właściwie wcale nie była pralnia. A nawet jeśli, to w tej chwili tylko dwie osoby mają klucz do tego pomieszczenia, przy czym jedną z tych osób jestem ja, a drugą właściciel budynku, który moim zdaniem jest ponad podejrzeniami. Jeżeli krewny króla duńskiego jest zamieszany w szpiegowską aferę, to zgadzam się nawet skołowacieć i to natychmiast!

A dorobić klucz do pralni w starym, arystokratycznym, duńskim domu to nie jest wcale taka prosta sprawa. Po godzinie dziewiątej wieczorem w ogóle do tego domu nie wejdzie. Nawet jeśli jest znajomym pana domu, tak jak był znajomym Alicji.

Ale wejdzie w dzień... Może mieć wytrych... Diabli wiedzą, co jeszcze może mieć...

Przestałam panować nad myślami i zaczęłam doznawać objawów lekkiego pomieszania zmysłów i manii prześladowczej. Zamaskowany osobnik w moich oczach otwierał wszystkie kolejne drzwi i wyjmował z kufra kopertę! Za wszelką cenę musiałam mu w tym przeszkodzić! Jak, do wszystkich diabłów, mam się dostać do Kopenhagi?!!!...

- No i co wymyśliłaś? - spytał Diabeł.

To było jak piorun z jasnego nieba! Bez mała dostałam palpitacji serca. Cały czas siedział w pokoju, przyglądając mi się oczami, od których bił podejrzany blask. Do tego stopnia oczy mu się rozjaśniały tylko w dwóch wypadkach: kiedy wybuchało w nim szalone zainteresowanie jakąś panią i kiedy dokonywał sensacyjnych odkryć w swojej dziedzinie zawodowej. Zainteresowanie panią raczej w tej chwili nie wchodziło w rachubę, co wobec tego zdołał odkryć na mojej twarzy w związku ze sprawą Alicji? Nie mówiłam chyba do siebie na głos?

- Odmawiam zeznań - oświadczyłam stanowczo. - Wyszło mi, że to ja ją zamordowałam, a ty byłeś moim wspólnikiem...

 

***

Major mnie wezwał zaraz następnego dnia. Szczęśliwie dopiero na trzecią, tak że przedtem zdążyłam sobie pozałatwiać mnóstwo rzeczy. W Biurze Paszportowym dowiedziałam się, że jak się bardzo uprę, to może wyjadę bez zaproszenia. Złożyłam stosowne podanie, dołączyłam zaświadczenie o legalnie posiadanych dewizach i wypełniłam prośbę o wizę w duńskiej ambasadzie. Pozostało mi już tylko cierpliwie czekać.

Następnie udałam się do majora w stanie determinacji doskonałej.

- Jest pani osobą, z którą kontakty zamordowanej były w ostatnich czasach najściślejsze - powiedział, przyglądając mi się z wyraźnym zainteresowaniem. Prawdopodobnie zastanawiał się nad tym, co ma ze mną zrobić, żebym wreszcie wydusiła z siebie całą prawdę, i chyba nawet nie podejrzewał, ile będzie miał ze mną ciężkiej zgryzoty. - Wie pani, a przynajmniej powinna pani wiedzieć o jej sprawach więcej niż ktokolwiek inny. Proszę dokładnie powtórzyć, o czym panie rozmawiały w czasie pani wizyty. Słowo po słowie, wszystko, co pani pamięta.

Słowo po słowie pamiętałam zadziwiająco dobrze wszystko, o czym mówiłyśmy w rzeczywistości, natomiast nie mogłam sobie w żaden sposób przypomnieć, co mu nałgałam poprzedniego dnia. W dodatku pytanie potwierdzało przypuszczenie, że mikrofon w futrynie służył raczej nie obcym przestępcom...

Tym bardziej postanowiłam łgać dalej. Major uczepił się zdenerwowania.

- I o tym jej zdenerwowaniu nie rozmawiały panie obszerniej? Przyjaciółka nie powiedziała pani na przykład, że kogoś się boi? Że ma wroga?

Trochę mi się niedobrze zrobiło. Więc jednak major wie...?

- Jak Boga kocham, nic nie wiem o jej wrogach! O zdenerwowaniu też nie mówiła nic konkretnego. Kazałam jej pić moje lekarstwo, mówiła, że pomaga i że wytrąbiła już prawie całą butelkę.

- Co za lekarstwo?

- Bardzo znakomite. Dostałam je kiedyś, dawno temu, od jednego lekarza, który nad nim szalenie długo myślał, bo chodziło o to, żeby działało uspokajająco, nie powodując przy tym otępienia i senności. Co jakiś czas powtarzam sobie receptę. Fenomenalny środek Nie wiem, co tam jest, ale obrzydliwe to jest zupełnie wyjątkowo, równie niesmaczne, jak skuteczne. Po jakimś czasie pleśnieje. Parę dni temu dałam Alicji całą butelkę. Aha, nie ma żadnych skutków ubocznych.

- Rzeczywiście, jakiś niezwykły wynalazek. To już od kilku dni pani przyjaciółka była zdenerwowana?

O wizycie Alicji u mnie uznałam za stosownego powiadomić. Nie widziałam przeszkód, ostatecznie prawie cały czas spędziłyśmy na grze w brydża, zajęciu nader niewinnym.

- Aha - powiedział major w zamyśleniu. - A dzwoniła do pani w nocy, żeby jeszcze raz podkreślić swoje zdenerwowanie?

-Aha - powiedziałam ja z kolei. - To już rozmawiał pan, widzę, z moim najdroższym panem i władcą? Dziwię mu się, tak się budzić od byle czego. Rzeczywiście, dzwoniła do mnie, ponieważ była zdenerwowana. Miała nadzieję, że jeszcze nie śpię. Niestety, nie pamiętam dokładnie, co mówiła.

- Nic pani nie pamięta? Może pani sobie coś przypomni? Okazała pani zdziwienie, może mówiła coś niezwykłego?

- Chyba nie. Jakieś brednie. A właśnie, przypominam sobie, że myślałam, że może chlapnęła sobie coś dla kurażu, co mnie zdziwiło, bo wiedziałam, że miała pilną pracę. Powiedziała, że cały czas pracuje i musiała się trochę rozerwać.

- Dlaczego nie powiedziała pani o tym telefonie od razu? Przecież to w pewien sposób ogranicza czas popełnienia morderstwa.

- Zupełnie o tym zapomniałam. A poza tym i tak nie wiedziałam, która to była godzina.

- Teraz pani już wie?

- Podobno dwadzieścia po pierwszej.

- No tak. Mówiła pani, że pani przyjaciółka zamierzała poślubić cudzoziemca. A co na to pan Barski?

Zatkało mnie nieco i wytrzeszczyłam na majora oczy, bo pan Barski z tego wszystkiego całkowicie wyleciał mi z głowy. A powinnam była przecież przewidywać, że go z tym czym prędzej skojarzą. Tylko tego brakuje, żeby się przyczepili do nieszczęsnego, Bogu ducha winnego, Zbyszka Barskiego!

- O mój Boże, nic! Już się dawno z tym pogodził! To szalenie uprzejmy i dobrze wychowany człowiek, dżentelmen pod każdym względem. Złego słowa jej nie powiedział i w ogóle znacznie mniej się tym przejął niż można było oczekiwać.

- Jest pani pewna? Pan Barski był bardzo silnie związany z panią Hansen i zdaje się, że czekał na jej powrót z dużą nadzieją...

Kto mu o tym nagadał? Nie Diabeł, on wie, co tu jest ważne. Chyba rodzina...

- Jakiś czas istotnie czekał. Ale potem chyba się zorientował, że nie ma na co. Alicja mu to subtelnie dawała do zrozumienia przez telefon, sama słyszałam. Po jej powrocie omówili zagadnienie, nie było żadnych zadrażnień i pozostali w miłej przyjaźni. Krótko mówiąc, stanął na wysokości zadania.

- Niemniej jednak faktem jest, że pan Barski do tej pory z nikim innym się nie związał, składał pani Hansen częste wizyty i nawet spacerował pod jej oknami.

Pozgrzytałam sobie nieco w duchu zębami. Do diabła z tymi romantycznymi wyskokami Zbyszka! To prawda, że pogodził się z rozstaniem z Alicją, ale na zasadzie wielbiciela wiernego do grobu. Posyłał jej kwiaty, latał pod tymi oknami niekiedy wieczorem przy ładnej pogodzie, zaofiarowywał usługi, czyniąc to przy tym w sposób szalenie taktowny, bez narzucania się, tyle że wciąż z nieodmiennym uczuciem. Prawdopodobnie miał nieco satysfakcji, że to Alicja okazała się tą wredną niewierną, a nie on, i furt robił za błędnego rycerza. Najgorsze było, że miał opinię człowieka nerwowego, zdolnego do nieobliczalnych czynów i nawet trzeba przyznać, swymi czasy obie byłyśmy zaniepokojone jego przypuszczalną reakcją. Niepokój okazał się bezpodstawny, ale całe otoczenie wciąż jeszcze oczekiwało czegoś potężnego, co, zgodnie z powszechną opinią, Zbyszek powinien był wykonać. Niewątpliwie musiały już na tym tle powstać jakieś imponujące plotki!

- Nic z tego - oświadczyłam majorowi stanowczo. - Pana Barskiego nie ma sensu w to mieszać. Gdyby ją miał zamordować, to uczyniłby to w afekcie już pół roku temu. A nie teraz.

- Nie wiem, czy jest pani zorientowana, że pan Barski na ten wieczór nie ma alibi. My natomiast mamy wszelkie podstawy przypuszczać, że złożył wizytę pani przyjaciółce już po pani wyjściu.

Jeżeli major chciał mnie skołować, to mu się w pełni udało. W moim odtworzeniu zbrodni nie było miejsca na Zbyszka! Nie karmił jej przecież środkiem nasennym! A jeśli istotnie był, to kiedy tamten zdążył?

- Nie rozumiem - powiedziałam mimo woli. - Jest pan pewien, że u niej był?

- Dlaczego nie? Przyjęła go, zapaliła świece...

Nie mogłam mu powiedzieć, że ja wiem, że morderca musiał być dwa razy. A nawet gdybym powiedziała, to Zbyszek stałby się tym bardziej podejrzany. Co tu zrobić? Patrzyłam na majora bezmyślnie i nic mi nie przychodziło do głowy.

- Czego pani nie rozumie? - spytał nagle major, przyglądając mi się uważnie.

- No, jak to - odparłam bezradnie i dość głupawo. - Gdyby był, toby chyba już potem nie dzwoniła do mnie... I w ogóle nic nie mówiła przez telefon...

- A co pani wie o panu Barskim? O jego charakterze, zawodzie, pracy?

Po kwadransie konkursowego magla major wiedział o Zbyszku więcej niż ja sama. Nareszcie mogłam mówić prawdę, bo szczęśliwie nie słyszałam o nim nigdy nic złego, a przynajmniej nic takiego, co mogłoby mu w tym wypadku zaszkodzić. Pozwalałam sobie na szczerość z prawdziwą ulgą.

- A czy ja się mogę pana o coś zapytać? - powiedziałam niepewnie, skończywszy ze Zbyszkiem.

- Proszę, słucham.

- Na pewno pan już wymaglował ciecia i wszystkie osoby w okolicy. Kto tam był późnym wieczorem?

- Ano właśnie pan Barski.

- Jak to?! Pan Barski wyszedł od niej po pierwszej dwadzieścia?!

- Nie, wcześniej. Ale potem wszedł drugi raz i godzina jego wyjścia jest niesprecyzowana. Co panią tak w tym dziwi?

Dziwi! Też sobie słowo znalazł! Osłupiałam na te informacje doszczętnie! Można powiedzieć, że Zbyszek wykonywał owego wieczoru dokładnie te czynności, które powinien był wykonywać morderca! Chyba oszalał! Sama byłabym skłonna uwierzyć, że ją zamordował, gdyby nie to, że z całą pewnością Zbyszek nie umieszczał jej mikrofonu w mieszkaniu, nie chodził za nią i nie miał nic wspólnego ani z Kopenhagą, ani z kopertą w kufrze po przodkach! Mowy nie ma, wykluczone! Jakiś okropny zbieg okoliczności!

- No to może pani przypomni sobie coś jeszcze - zaproponował uprzejmie major. - Może pani na przykład wie coś, co by świadczyło przeciwko winie pana Barskiego?

- Nic nie wiem - odparłam słabo i obawiam się, że raczej nieprzekonywająco. -Ja się tylko strasznie dziwię, bo to zupełnie bez sensu...

Zadawszy mi po raz drugi wszystkie te same pytania, major zakończył wreszcie moje katusze.

- Pewnie się niedługo znów zobaczymy - powiedział pogodnie. - Niech się pani jeszcze trochę zastanowi.

Nie musiał mi tego radzić, w ogóle nic innego nie robiłam, tylko się zastanawiałam i to tak intensywnie, że dopiero za Dworcem Południowym zauważyłam, dokąd jadę. Dziwaczne postępowanie Zbyszka doprowadzało mnie niemal do rozstroju nerwowego.

Zawróciłam i zamiast udać się do siebie, jak to pierwotnie zamierzałam, pojechałam wprost do niego. Zastałam go w domu, w stanie najwyższego zdenerwowania.

- Panie Zbyszku, Jezus Maria, co pan najlepszego narobił!...

- Pani Joanno, czy pani może sobie coś podobnego wyobrazić!...

Wykrzyknęliśmy to obydwoje równocześnie, stojąc w drzwiach, i potem przez długą chwilę ciężko nam było dojść do porozumienia, bo każde z nas uprzejmie nakłaniało to drugie, żeby mówiło pierwsze. Wreszcie Zbyszek uległ.

- Czy pani sobie wyobraża? Oni mi dają do zrozumienia, że jestem podejrzany o zamordowanie Alicji! Byłem dzisiaj wzywany, w ogóle dzisiaj się dopiero dowiedziałem, Hala do mnie dzwoniła, co za szok! Co to w ogóle za potworna historia! Darować sobie nie mogę, że tam nie wszedłem! Ależ proszę, niech pani usiądzie, ja już głowę tracę. Czego się pani napije? Potworne, nie do wiary!

- Nie wiem, niczego, jestem samochodem, gdzie pan nie wszedł?! - wrzasnęłam siadając. Zbyszek popędził do kuchni i po chwili wrócił z oszronionym syfonem i butelką whisky.

- Słucham? Co pani mówiła?

Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć najpierw, bo Zbyszek już nalewał. Przypomniałam sobie, że przepisy coś tam mówią o dwudziestu pięciu gramach,

- Niech pan dowali tej wody, zawsze będzie więcej. Nie mogę repetować, bo jeżdżę. Gdzie pan nie wszedł?!

- Do Alicji! Mówię pani, łbem tłuc o ścianę! Może bym jakoś zapobiegł!

- Jak to pan nie wszedł, przecież pan tam był! Po diabła pan tam chodził!

Zbyszek w okropnym wzburzeniu nie mógł trafić syfonem na talerzyk, nie patrząc, gdzie go stawia i z uporem celując w krawędź. Zniecierpliwił się wreszcie i odstawił go na podłogę.

- I pani też to samo? Im się nie dziwię, ale pani?!

- Panie Zbyszku, ja tu specjalnie po to przyjechałam, żeby się od pana czegoś dowiedzieć. Był pan u niej w końcu czy nie?

- I tak, i nie - powiedział Zbyszek z ciężkim westchnieniem i wreszcie usiadł. - Byłem, ale nie wszedłem do mieszkania.

- Tylko co?!

- To trudno wytłumaczyć, pani Joanno. Zna pani mój stosunek do Alicji, pozostała dla mnie zawsze bardzo bliską osobą Ostatnio byłem w stanie depresji, poszedłem do niej wczoraj i nawet byłem już na schodach, miałem zamiar zadzwonić, ale usłyszałem, że z kimś rozmawia. Nie zadzwoniłem. Wyszedłem na ulicę. Spacerowałem, chodziłem po całym Mokotowie, nie wiem, jak długo. Potem znów wróciłem do niej, ciągnęło mnie, żeby chociaż z parę słów z nią zamienić, wahałem się... Pomyślałem, że co się będę narzucał. Późno się zrobiło, w rezultacie wróciłem do domu. Darować sobie tego nie mogę!

- Rzeczywiście, już chyba nic gorszego nie mógł pan wykombinować-powiedziałam z dezaprobatą, myśląc równocześnie, że Zbyszek jest bezcennym świadkiem. - Może pan chociaż pamięta, o której godzinie to było? Ja też u niej byłam, wie pan o tym?

- Nie, nic nie wiem. Była pani u niej? Kiedy? Może to z panią rozmawiała?

- Właśnie nie wiem. O której pan był?

- Chyba około wpół do dziesiątej, może trochę później. Takie mam wrażenie, nie patrzyłem na zegarek, ale jak wychodziłem z domu, to już było dobrze po dziewiątej. Czekałem tam parę minut na schodach, zszedłem i wszedłem jeszcze raz, nie mogłem się zdecydować...

Rozpacz brała patrzeć na niego. Chyba przez cały dzień czynił sobie wyrzuty tak, jakby sam jeden był winien śmierci Alicji! Rzeczywiście widać było, że nie może sobie przebaczyć owej chwili wahania.

- Panie Zbyszku, niech się pan skupi - zażądałam stanowczo - Mnie tam już o tej porze nie było. Alicja rozmawiała z mordercą! Może pan coś słyszał?

Zbyszek spojrzał na mnie z takim wyrazem twarzy, jakby za chwilę miał przystąpić do wyrywania sobie włosów z głowy.

- Gdybym był wiedział! Słyszałem jej głos, mówiła coś z kuchni! Nic nie rozróżniłem, żadnych słów. Jakieś zupełnie nieartykułowane dźwięki.

W mieszkaniu Alicji z kuchni do klatki schodowej było bliżej niż z kuchni do pokoju. Musiała mówić dość głośno, bo niewątpliwie mówiła do kogoś w pokoju. Jeżeli przez jedne tylko drzwi Zbyszek nie zrozumiał ani jednego słowa, to znaczy, że mówiła w nie znanym mu języku. Nie po niemiecku, bo niemiecki on zna. Czyżby po duńsku...?

- A po raz drugi kiedy pan tam przyszedł?

- Strasznie późno. Nawet nie wiedziałem, że tak długo chodziłem. Jakiś czas siedziałem na ławce w Alei Niepodległości, wie pani gdzie, koło ogródków działkowych. Wypaliłem prawie wszystkie papierosy. Spojrzałem na zegarek dopiero na schodach u Alicji, było parę minut po wpół do drugiej.

Potworne, co ten człowiek narobił! Jedynym elementem, który mógł mu dać alibi, był jej telefon do mnie, oczywiście przyszedł tam już po nim!

- Cieć panu otwierał bramę?

- Otwierał i właśnie dlatego spojrzałem na zegarek, bo sobie uprzytomniłem, że musi być bardzo późno. On zamyka około dwunastej.

- A kiedy pan wyszedł?

- Nie wiem, stałem na schodach i paliłem papierosa. Nie wszedłem do niej, chociaż przedtem widziałem, że w oknie się świeci. Jak wychodziłem, to było otwarte, może mu się znudziło tak ciągle wstawać? To straszne, nie mogę się z tym pogodzić!

Beznadziejna sytuacja! Ja wiem, że Zbyszek jej nie zabił, ale major ma wszelkie podstawy, żeby się do niego przyczepić. Jedyne, co go może wybielić, to moje szczegółowe zeznania. Major jest nie w ciemię bity i zorientuje się, że to chodzi o znacznie gorsze rzeczy niż zemsta na uczuciowym tle. A ja na razie nie mogę nic mówić!

Usiłowałam go trochę pocieszyć, ale sama byłam zgnębiona, więc mi to nie bardzo wychodziło. Tylko dla spokoju własnego sumienia, nie oczekując pozytywnego rezultatu, zapytałam:

- A nie wie pan przypadkiem, kto jej odnawiał mieszkanie? Bardzo dobry malarz, przydałby mi się.

- Nie pamiętam, jak się nazywa, ale widziałem go - odparł Zbyszek uprzejmie, acz wciąż z przygnębieniem. - Jeśli pani zależy, to chyba mógłbym go znaleźć.

O mało się nie udusiłam z wrażenia tą resztką whisky, bo właściwie zupełnie nie miałam nadziei na jakieś samodzielne odkrycia tu, w Warszawie. Już zaczęłam być nastawiona na to, że dowiem się czegoś dopiero w Kopenhadze. Tymczasem malarz mógł być wspaniałym krokiem w przód!

- Ależ oczywiście, że mi zależy! Koniecznie, niech go pan znajdzie jak najszybciej! Będę panu strasznie wdzięczna!

Zbyszek się nieco zdziwił moim nagłym zapałem, ale obiecał rzemieślnika, zastrzegając się tylko, że może mieć z tym niejakie trudności. Zgodziłam się poczekać, byle niedługo. Jego przyznanie się do znajomości z malarzem było dla mnie ostatecznym dowodem jego niewinności, gdyby bowiem miał cokolwiek wspólnego z nadprogramowymi instalacjami w domu Alicji, toby się teraz kategorycznie wyparł.

Pożegnałam go pełna z jednej strony nadziei, a z drugiej niepokoju. Nie podobał mi się jego stan ducha. Zdawałam sobie sprawę z wagi spadających nań podejrzeń i wiedziałam, jak je przyjmie. Od lat już nie cieszył się najlepszym zdrowiem, miał jakieś duże komplikacje na tle nerwicowym, zerwanie z Alicją niewątpliwie odczuł silniej, niż chciał to okazać, i teraz mogło nastąpić jakieś nieszczęście. Nie miałam prawa pozwalać na obciążenie tego człowieka!

Powinnam była powiedzieć prawdę. Jeszcze raz, na spokojnie zastanowiłam się, czy mogę to zrobić.

Mam dwie przeszkody. Jedna to sprawa zaufania Alicji. Jeżeli istniało w jej życiu coś, co chciała ukryć, to ja to również muszę ukryć, a na razie jeszcze nie wiem, co to takiego jest. Wyznając wszystko na oślep, jak leci, zdradzę być może nieświadomie także i te tajemnice, niepotrzebne śledztwu, a ważne dla niej.

Druga zaś to kwestia mojego prywatnego bezpieczeństwa. Okropnie bym chciała jeszcze sobie trochę pożyć w spokoju i na wolności. Żadne bicia się z myślami, dopuszczanie własnej pomyłki i inne takie rozważania nic mi nie pomogą. Na zdrowy rozum biorąc, jeżeli już ktoś pilnował jej tak starannie, to raczej to były nasze władze niż pracownicy obcego państwa. Co oznacza, że była podejrzana i prawdopodobnie źle widziana, co gorsza, możliwe, że słusznie. I co, pójdę teraz do owych władz i powiem: „Proszę szanownych władz, mnie wychodzi, że szanowne władze niestosownie traktowały moją przyjaciółkę, w wyniku czego jakiś łobuz ją zabił. Ja zaś wiem coś, czego nie powinnam wiedzieć, i może uda mi się to ukryć w Kopenhadze”. Przyjaciółka w oczach władz jest wrogiem i przestępcą, to niby czym jestem ja? A władze mi jeszcze może na to odpowiedzą: „Strasznie nam przykro, mówi pani, że to pomyłka w ocenie charakteru tej damy? Najmocniej przepraszamy, zechce pani wobec tego wszystkie wiadomości zatrzymać przy sobie”. Przyślą bukiet róż i przy każdej okazji będziemy sobie padać w objęcia. Już to widzę. I nie udowodnię, że Alicja była takim sobie zwyczajnym członkiem społeczeństwa, Bogu ducha winnym i nic o niczym nie wiedziała, bo przecież właśnie o to chodzi, że WIEDZIAŁA ZA DUŻO. Co gorsza - ja też nie tylko wiem za dużo, ale w tajemniczy sposób jestem połączona nierozerwalnym węzłem z czymś niezrozumiałym i za nic na świecie nie życzę sobie zwracać na siebie niczyjej uwagi.

Nic nie udowodnię. Nie nie zrobię. Mogę się najwyżej powiesić. Nie mam najmniejszej ochoty się wieszać, wobec czego wniosek jest ten sam co na początku: trzymać język za zębami i występować w charakterze głupiego głąba aż do wyjazdu do Kopenhagi. Potem będę miała możliwość odzyskać nieco inteligencji.

***

- Joanna, po co ci malarz? - spytał Diabeł natychmiast po wejściu do domu następnego dnia.

Spojrzałam na niego ponuro i wielce nieżyczliwie. Z majorem dałabym sobie jakoś radę, odpowiedziałabym mu bez namysłu, że zamierzam odnawiać mieszkanie, ale Diabeł się przecież na to narwać nie da. Psuje mi całą robotę. Niemniej jednak wygląda na to, że współpracują, nie wiem dlaczego i nie wiem jakim sposobem, ale muszę ich traktować jednakowo i łgać konsekwentnie.

- Zamierzam przerobić mieszkanie - odparłam stanowczo. - Skąd ci ten malarz przyszedł do głowy?

- Bzdura, wcale nie zamierzasz. Zbyszek jest człowiekiem szczerym, przyzwoitym, prawdomównym, acz podejrzanym i odpowiada wyczerpująco na wszystkie pytania. W przeciwieństwie do ciebie.

- Jeżdżą za mną? - zdziwiłam się. - Nic nie zauważyłam.

- I możesz być spokojna, że nadal nie zauważysz. Nareszcie mogę mieć dokładne relacje o twoich poczynaniach - powiedział z satysfakcją.

- Możesz sobie mieć. A nie odczepilibyście się tak przypadkiem od tego Zbyszka? Po jakiego diabła denerwujecie spokojnego człowieka?

- Pierwszy podejrzany. Na miejscu majora już bym go zamknął.

Poczułam, jak mi się niedobrze robi. Zamknięcie Zbyszka oznaczałoby dla mnie kompletną klęskę. Musiałabym mówić...!

- Mam nadzieję, że major się tak nie wygłupi.

- Za to ty się wygłupiasz. Słuchałem twoich zeznań i nic nie rozumiem. Albo robisz z siebie skończoną idiotkę, albo sama zabiłaś Alicję. W to drugie, przyznaję, nie wierzę, więc pozostaje to pierwsze. Jedyny wniosek, jaki mogę wyciągnąć, to ten, że chcesz kogoś osłonić, a jedyna osoba, jaka tu pasuje, to Zbyszek.

- Masz zaćmienia umysłowe. Odczep się od Zbyszka, bo mnie zdenerwujesz.

- Odczepię się, jak powiesz, po co ci malarz.

- Do malowania...



dalej


strona główna
(23kB)