(23kB)
strona główna


 

 

ROLF SHOTT
BÔ YIN RÂ - ZYCIE I DZIELO

 

PRZEDMOWA

 

Jezeli przyjacielowi autora niniejszego "zyciorysu" pozwolono napisac przedmowe, to moze ona tylko - jednoczesnie z podziekowaniem za rzetelna prace ucznia Bô Yin Râ - zawierac slowa calkowitej aprobaty. Co nas juz przy pierwszym spotkaniu z Bô Yin Râ wstrzasnelo, to byla pewnosc, ze stoimy wobec czlowieka, który - w i e d z i a l. Oczywiscie: wiara moze byc przykladem dostatecznie mocnym, aby wedlug niej ukladac zycie i oddac za nia zycie. Czego zas kazdy szukajacy dostepu do rzeczy niezniszczalnych od dawna najgorecej zyczyl sobie, to spotkanie z czlowiekiem, który nie tylko wierzyl w ów swiat wiekuisty, o którym podawal wiesci, lecz znal go z wlasnego bezposredniego doswiadczenia. A wiec w czasach szukania zazdroscilismy zawsze tym uczniom, którzy swa wiare niegdys opierac mogli na osobistym doswiadczeniu ich mistrza. Cos podobnego stalo sie, wiec naszym w dwójnasób wdziecznym udzialem, gdyz wiemy, jak ciezko bylo temu Mistrzowi, z natury swej tak powsciagliwemu, byc poslusznym wezwaniu do gloszenia tego, co poznal. Nie tylko o jego dziele, którego wszystkich faset, jak z krysztalu, promieniuje to samo swiatlo, a ze wszystkich slów i obrazów ta sama wiedza, ale równiez o jego prostej ludzkiej istocie chce i powinna niniejsza ksiazka - jako wyraz wdziecznosci - podac wiadomosc.

 

 

ZADANIE

 

Sens zycia ludzkiego, o którym ma byc mowa w dalszym ciagu ksiazki, polegal na ofiarowaniu Prawdy, Dobra i Piekna. To, co maz znany imieniem Bô Yin Râ czul, myslal, malowal i pisal, opieralo sie na wewnetrznym doswiadczeniu, które jako drogowskaz powierzono mu obwiescic. Bede tu próbowal wykazac, jak zycie i dzielo Bô Yin Râ dokonaly takiego wskazania drogi, które czlowiekowi czasów dzisiejszych i przyszlych moze pomóc do uszczesliwiajacego rozszerzenia swiadomosci i prawdziwego poznania siebie, do osiagniecia celu zwanego królestwem niebieskim, tao, brahman itp., a który Bô Yin Râ nazwal "narodzeniem Boga Zywego w jazni". Oczywiscie dla szukajacego wystarcza by sam Bô Yin Râ wskazywal mu droge i to wylacznie przez swe wlasne pisma lub obrazy duchowe - pózniej wskaze, o co tam chodzi - zamiast by ktos inny piszacy o Bô Yin Râ wytyczal dopiero jakby droge do drogi, usilujac zaprzyjaznic Szukajacego ze swiatem tego czlowieka i jego dziela. Ale czesto dzieki posrednictwie innej osoby nabiera sie wiekszej pewnosci przy szukaniu omackiem w duszy jakiegos wybitnego czlowieka. A jesli ten czlowiek jest w pelni dziecieciem naszych czasów, oczekuje sie od osoby o nim piszacej, ze oslabi uprzedzenia i podejrzliwosci mimowolnie zjawiajace sie zwlaszcza wtedy, gdy ktos uzywa imienia majacego tak dziwny powab, mówi o "Jasniejacych", siebie nazywa wrecz jednym z Jasniejacych i w ogóle mówi o Bogu i o rzeczach boskich, "nie bedac urzedowo do tego upowaznionym". A ze ten czlowiek pragnie odslonic tajemnice zycia, pragnie dopomóc bliznim dotrzec od wiary do wiedzy - chce im udowodnic, ze mniej lub wiecej wyrazne twierdzenia wielkich religii swiata odpowiadaja rzeczywistosci, w która nie nalezy tylko wierzyc, lecz calkiem po prostu (w sensie duchowym) mozna ja poznac. Raczej trzeba ja poznac, aby czlowiek ziemski wybrnal wreszcie ze zwierzecego somnambulicznego stanu i doszedl do prawdziwego czlowieczenstwa, czyniacego z ludzi dzieci boze, i zbudzil sie. Czyz moze czlowiek o zdrowych zmyslach i bystrym rozumie, logicznie rzeczy biorac, posród wszelkich niedorzecznosci i oszustw wprowadzanych coraz bardziej na swiecie przez chaos, powierzyc sie kierownictwu tego rodzaju "literatury zawierajacej objawienia"?. Zadanie niniejszej ksiazki polega, wiec na tym, aby przede wszystkim rozwiazac wszelkie uzasadnione watpliwosci za pomoca faktów i ich wyjasnien oraz ulatwic dostep do swiata ksiag i obrazów podpisanych imieniem Bô Yin Râ. Zadanie to polega na tym, aby sens jego zycia wykazac jako zgodny ze wspomnianymi pismami i trescia jego obrazów. Przeto ksiazka ta nie moze i nie powinna zawierac zwyklego zyciorysu. Nikomu na nic by sie nie przydalo, jezeli bym sie rozwodzil tu z mozliwa dokladnoscia o powszednich drobiazgach zycia tego czlowieka - zadne zycie ludzkie nie moze byc nigdy od nich wolne - i wygrzebywal wszystko to, co ani w tym wypadku ani w wiekszosci innych wypadków znac nie ma potrzeby i tylko przejsciowo zaspakaja niezdrowa ciekawosc, chetnie maskujaca sie jako nauka. Przeto zywot tego nauczyciela zycia bedzie tylko o tyle omawiany, o ile stal sie przykladem: jak by przyjal postac dzbana, w którym mogla sie zbierac woda zycia, aby za posrednictwem slowa i barwnych ksztaltów ofiarowac ja spragnionym ludziom naszych i przyszlych czasów. Zatem o tym zywocie bedzie musiala byc mowa jedynie posrednio za pomoca aluzji, o jego sensie zas bezposrednio, aby w ten sposób przyczynic sie do ulatwienia ludziom zrozumienia wysokiej wartosci owoców tego zywota i budzic w nich pragnienie zerwania ich, a dzieki temu dopiero stania sie naprawde swiadomymi i szczesliwymi ludzmi. Pewien wybitny a rozwazny, trzezwy a jednak pelen fantazji, niezwykle wyksztalcony i madry Szwajcar powiedzial kiedys o Bô Yin Râ do piszacego te slowa: "To byl potezny czlowiek". Te slowa zwiezle ujely tresc uczuc, jakie autor niniejszej ksiegi, ze wzruszeniem rzucajac okiem wstecz na wieloletnia przyjazn z Bô Yin Râ, zachowal o tym niezwyklym czlowieku. Bede wiec usilowal wykazac jak dalece te slowa sa sluszne. Przekonujacymi sa przeciez tylko przyklady wskazujace nam, jak sie mozna dzieki pewnemu procesowi duchowemu wyrwac ze stanu omamienia i ponizania, z hipnozy materialnego bytowania. One tylko dowodza, jezeli tego nie moga juz dokonac kwiaty i dzieci, swiatynie i blekit morza, ze sie oplaca zyc. Rzym, lato 1954 roku

 

 

CHARAKTER

 

To, co zwyklismy nazywac charakterem, tworzy, - ze tak powiem - zarys losów i zewnetrznego zycia czlowieka. Nie dlatego, ze przeszlo gladko i bez starc, nie dlatego, ze temu czlowiekowi oszczedzono cierpien, trosk, znoszenia niedostatku, mak i choroby. Raczej mial do znoszenia tego wszystkiego pelna miare, ale znosil to prawie zawsze pogodnie, z ta wesoloscia, jaka jest nam znana z zycia osobistosci szczególnie wznioslych i uznawanych w pewnym stopniu za swiete. Wspomnijmy chocby Sokratesa, swietego Franciszka z Asyzu, San Filippo Neri, Goethego, a w szczególnosci zmarlego dwa pokolenia temu hinduskiego medrca Shri Rama Krishna, którego wesoly humor wrecz zakrawal na dziecinade. Bô Yin Râ nadzwyczajnie lubil smiech i dobry humor. Nie mial nic przeciwko temu, jezeli humor w jego domu dochodzil do wesolego szalenstwa. Oczywiscie, jesli Bô Yin Râ bylo juz zbyt ciezko z powodu glupoty bliznich lub wlasnych mak cielesnych, jesli mu wówczas - pozornie - wyczerpala sie cierpliwosc - wymyslal równiez, ale dzialo sie to w pelen humoru sposób. A ten nieco srogi humor, który go nie opuscil nawet na stole operacyjnym - jego, który znal sie na powadze lepiej niz ktokolwiek - byl cecha charakterystyczna jego pogodnej istoty, byl to wstep do jego smiechu, nie jakiegos grymasu, lecz, jesli tak mozna powiedziec, wesolego glosnego lajania. Jego prawdziwy smiech - jakze niewielu ludzi posiada dzis zdolnosc do smiechu, w którym nie ma falszywych tonów. - Ze wszystkiego, co nie mialo wewnetrznej trwalosci, robil tragiczne wrazenie, przeswietlal ujemne strony jego zycia tak tajemniczo, pieknie, jak bywaja przeswietlone najglebsze cienie swiatyn greckich. Cienie tego zycia nigdy nie byly obce naturze, nigdy sztuczne, nigdy zlosliwe. Nie bylo w nich nigdy tych mrocznych i zlych plam, których nie brak niestety w zyciu ludzi, w szczególnosci w czasach dzisiejszych. Dlatego tez nawet psychologowie na prózno by sie rozgladali tu za kompleksami w podswiadomosci. Istniala tam pod wzgledem duszy zawsze tylko schludnosc i porzadek. Na zewnatrz przejawialo sie to w najwyzszej skrupulatnosci, tak w wielkich jak i w drobnych rzeczach, w poszanowaniu cudzej godnosci ludzkiej, w dobroci i uprzejmosci wzgledem kazdego, w dokladnosci przy spelnianiu wszystkich obowiazków codziennych. Kto otrzymywal od Bô Yin Râ przesylki pocztowe, wie, o czym tu mowa. Nie nalezy na prózno wspominac o pieknym, starannym, doskonale czytelnym pismie, które, pomijajac jego harmonijna ludzka tresc, zawsze mialo na wzgledzie nie tylko adresata i personel poczty, lecz równiez uklad adresu, zamkniecie, zasznurowanie, umieszczenie znaczków pocztowych itp. Mozna czuc sie wzruszonym widzac, ze ten czlowiek, bezprzykladnie przeladowany praca, nigdy nie okazal obojetnosci ani nie poskapil czasu, jak to dzis jest w zwyczaju u wszystkich naprawde lub rzekomo bardzo zajetych osób. Ta wielka dygresja mówi o czyms, co tylko pozornie stanowi drobnostke, w rzeczywistosci jednak siega az do glebi ludzkiej jazni, a mianowicie tam, gdzie sie ona stapia z jaznia wszechludzka. Przy tym byl on wlasciwie wytworny i z polotem w wielko-mieszczanskim stylu, lecz sklanial sie w rozmowie raczej ku swojskiej rubasznosci, zawsze ze znaczna domieszka rodzimego dialektu frankfurckiego; nie bardzo jest oddalony od Frankfurtu okolica Aschafenburga, gdzie sie urodzil, ale opuscil juz ja we wczesnym dziecinstwie. Jego osobowosc rozwinela sie w indywidualnosc do tego stopnia poglebienia jazni, które juz nie poddaje sie zludzeniom woli, lecz daje sie kierowac wola boskosci. Bô Yin Râ sam przeciez kiedys wyrazil to jednemu ze swych przyjaciól i uczniów: "Wola w najglebszym znaczeniu jest znaczeniem" Jezeli rozwazyc te slowa o wielkim znaczeniu, tym jasniejsza rzecza sie staje, dlaczego Bô Yin Râ jako czlowiek byl byc moze oryginalny, ale bynajmniej nie byl dziwakiem. Jego istota czynila wrazenie typu w wyzszym znaczeniu o charakterze gleboko ludzkim. Aby to wyjasnic, jak to nalezy rozumiec, chcielibysmy tu przytoczyc piekna notatke z dziennika poety Hofmannsthala, który kiedys w formie samorzutnej dedykacji ksiazki dal wyraz glebokiemu zrozumieniu poslannictwa Bô Yin Râ : "Jezeli spotykam ludzi...., u których - jak sie wydaje - slowo znajduje sie blizej uczucia, mysl blizej czynu, których zdanie punkt po punkcie poucza o rzeczywistosci, u których brak dialektyki, zaskakuje ciebie, w których towarzystwie wydarzenia na swiecie wydawac sie beda mniej zagmatwane, a nawet cierpienia pelniejsze sensu....-, którzy... dzieki swej nieuczonej dystynkcji czesciej beda zawstydzeni - posród których czujesz sie jak w domu, a jednoczesnie jak obcy i odczuwasz swego rodzaju tesknote do takiego stanu ducha, który nie jest wprawdzie dla ciebie obcy, ale bardziej niedostepny niz raj utracony, tedy wiedz: jestes wsród ludu". (vide Carl J. Burckhardt, Wspomnienia o Hofmannsthalu, Bazylea 1944 r.) . Czegos w mniejszym sensie interesujacego nie bylo - jak to juz powiedzialem - w rozpatrywanym przez nas charakterze i zyciu. W wyzszym zas sensie rzeczy interesujace, jakie czasami mozna znalezc w zyciorysach, pozostaja zawsze nagla zmiana, rozmysleniem sie, nawrotem, czasami wystepuja blyskawicznie jak w wypadku Pawla lub Pascala, przewaznie jednak przedstawiaja rozwój powolny, oporny, ciagnacy sie przez cale zycie, w którym osnuty swiatowa hipnoza charakter trudny i prawie nigdy calkowicie sie nie odmienia. U Bô Yin Râ jednak znajdujemy cos nowego i niezwyklego: juz sie dokonal, zanim jego zycie historycznie i jako zyciorys zdawalo sie omówic. Nawrót mial miejsce kiedys w jego dziecinstwie, poniekad jako wczesne stwierdzenie od dawna powzietej decyzji, jako przypomnienie sobie i przyjecie do wiadomosci mienia pochodzacego ze swiata Ducha wiekuistego. Slowem, wydarzenie to, które dokonalo sie w poczatkach zycia, nie jest u niejednego wybitnego wybranca, których to zazwyczaj spotyka w polowie zycia, jak na przyklad w przypadku Dantego, a w szczególnosci Jakuba Boehmego. W kazdym razie zmiana nastapila, jesli w ogóle cos podobnego moglo sie zdarzyc u czlowieka jego pokroju, juz w wieku dzieciecym, kiedy, jak sam to opisuje w "Ksiedze rozmów", odwiedzal go kierownik duchowy, którego poczatkowo bral za zebraka, a nastepnie za "swietego". Te odwiedziny, nalezy sadzic - mialy miejsce we Frankfurcie. Pamiec o nich prawie calkowicie wygasla we wspomnieniach dorastajacego chlopca, az potem osobe nauczyciela odczuwal wewnetrznie i w tenze sposób nauczyciel oddzialywal na niego, zanim ponownie pózniej, na ten raz w Monachium odwiedziny powtórzyly sie. Tym razem "guru" przybyly ze srodkowego Wschodu Azji wystapil w europejskim codziennym ubraniu. O tych sprawach Bô Yin Râ wspomina w ksiedze "Tajemnica". Ostatecznie decydujace spotkanie z innymi jeszcze sposród tych mezów nastapily w Grecji. Oni to wydoskonalili go na tego, kim jest, na "Jasniejacego Praswiatlem" i podniesli go na ten stopien, który jest jednoczesnie stanem i zadaniem. Mozliwa jest rzecza, ze to spotkanie i zwiazane z nimi przezycia oraz wewnetrzne ksztaltowanie organizmu duszy wstrzasaly i podburzaly tego, o kim tu mowa, dopóki stan podwójnej swiadomosci w duchu i w ciele nie zostal ostatecznie utrwalony. Ale te wydarzenia byly kolejnymi stopniami wstepnymi, niby planowymi stopniami wtajemniczenia na drodze do ostatecznego, mozliwego do urzeczywistnienia na ziemi, porzadku i harmonii, do posiadania w pelni swiadomosci zycia wiekuistego, a wiec do stanu swiadomosci, który nie ma zgola nic wspólnego z powszechnie zywiona wiara ludu, natomiast z dorywczymi ekstazami mistyków, tak jak je znamy na przyklad z zycia Plotyna, tylko warunkowo. Jednak pewnosc zycia wiecznego moze istniec tylko w pelni swiadomosci duchowej, lecz nie mniej lub wiecej wyraznych wspomnieniach po wejsciu w stan ekstazy. Bô Yin Râ wiec bynajmniej nie byl ekstatykiem, ani mistykiem w romantycznym poniekad sensie tego slowa. Byl zupelnie po prostu zbudzony. Zgola nie potrzebowal odchodzic od zmyslów, aby dojsc do "swiadomosci", poniewaz zyl w tej swiadomosci przynajmniej od czasu swego pobytu w Grecji az do ostatniego tchnienia. Jedynie ta okolicznosc dawala mu tez moznosc przekonanie uchodzace za nadludzka wydajnosc pracy, pomimo ciagnacych sie latami ciezkich cierpien. Nie wolno tez nigdy zapomniec, ze zewnetrzna jego natezona praca, polegajaca na koniecznosci literackiego ujecia jego wiedzy duchowej, na olbrzymiej wymianie listów, na dzialalnosci artystycznej jako malarza oraz na przyjmowaniu niezliczonych gosci w jego domu - tworzyly tylko ramy jego glównej dzialalnosci jako duchowego szafarza pomocy i ratownika. Ta dzialalnosc rozgrywala sie nie w plaszczyznie materialnej, lecz w plaszczyznie duszy i ducha, wlasnie w jego swiadomosci duchowej nieustannie, bez przerwy, dla dobra wszystkich szukajacych, spragnionych, walczacych dusz ludzkich, które go wewnetrznie wzywaly. Bô Yin Râ przezywal to, czego nauczal, nie zachowujac sie bynajmniej w sposób rzucajacy sie w oczy, ani tez nie usilujac wymuszac uznania w nim swietosci przez asceze i umartwianie ciala. "Ekstaza" nie przejawiala sie u niego na zewnatrz. W ogóle unikal omal ze nie z lekiem wszystkiego, co sie rzuca w oczy i wydaje sie nadzwyczajne, poniewaz w przeciwnym razie niewatpliwie musialby bezpowrotnie wyzbyc sie harmonijnego uksztaltowania sil duszy, sumiennego uporzadkowania rozporzadzania wola. Swietosc tak samo jak geniusz, pelna swiadomosc jak równiez poznanie - do tego stopnia naleza do plaszczyzny duchowej, ze wszelkie genialne zachowanie sie i wszelkie tracace czarodziejstwem sztuczki bez mala sa oznaka sztucznosci. Bô Yin Râ zachowywal sie, wiec zawsze w sposób nie rzucajacy sie w oczy, chociaz wprawdzie jego zewnetrznosc i fizjonomia daleko odbiegaly od codziennosci. Lecz dla przenikliwego wzroku swego rodzaju zaswiatowa potega ducha tego czlowieka, zawsze opanowana i ukryta, nie mogla ujsc uwagi. Jego patriarchalny sposób bycia wypromieniowywal goraca, prawdziwa, przy tym zgola nie malomieszczanska dobrodusznosc. Jeden z jego uczniów, zmarly juz przed wielu laty, powiedzial mi kiedys, ze Bô Yin Râ dzialal na niego jak wielki goracy piec kaflowy zima. Ale rozumie sie, ze wlasnie on na kazdego oddzialywal w inny sposób, gdyz za kazdym razem oddawal sie tak, jak to odpowiadalo pogladom i mozliwosciom duchowym danego czlowieka. Wprawdzie nigdy nie wyplywalo to z pochlebstwa. Czyzby mógl ten czlowiek, o tak królewskim wygladzie, byc sluzalczy lub schlebiac komus? Nie wynikalo to z psychologii: gdyz nie byl wyrafinowanym i wyrachowanym psychologiem. Wiedzial wprawdzie nieomylnie, jaka jest wartosc wewnetrzna ludzi, lecz nie zawsze mógl przewidziec, czy ze swoimi zdolnosciami, ze swoim oddaniem sie, ze swa wytrwaloscia wytrwaja do konca, czy kiedykolwiek - czy to czesciowo, czy calkowicie nie zawioda. Byc moze, ze istniejaca w nim, innym zas ludziom wlasciwie zgola niezrozumiala - milosc - sprawiala, ze potrafil zle przemiany w charakterach ludzkich w dostatecznej mierze pojmowac. Zawsze zyczyl ludziom tego, co dla nich najlepsze, odpowiedniejsze, a wiec spodziewal sie najgorecej, ze sami nigdy nie straca z oczu tego, co dla nich najlepsze, a mianowicie wytrwalosci na drodze. Jezeli jednak sprawiali mu zawód i rozczarowanie, stawal sie bardzo surowy i szorstki, a nawet nieublagany, mógl sie odwrócic na lata cale lub na zawsze: gdyz byl predki i radykalny w swych decyzjach. Ale jezeli taki czlowiek znal droge powrotna, wówczas przygarnial go do swego wielkiego serca z wieksza miloscia niz kiedykolwiek przedtem, jak to uczynil w najwspanialszej przenosni Jezusa ojciec z marnotrawnym synem, który jednak powrócil. Jego charakteru nie da sie opisac, poniewaz nigdy nie byl kaprysny, smieszny, grymasny, lecz raczej czynil wrazenie wielkosci i wlasciwie sklanial sie raczej do rzeczy ogólnych i uniwersalnych. Mial wspólne cechy z ludzmi, którym wolno bylo przyznac prawdziwa genialnosc. Przedstawianie takich charakterów prawie zawsze wypada w sposób wypaczony, jak karykatura, poniewaz one wlasnie z punktem srodkowym i wszystkim, co on wypromieniowuje, z natury swojej harmonizuja. A ze sama istota jasnego Ducha jest prosta, uchodza tacy ludzie za banalnych, rozumie sie tylko pozornie. Nic ludzkiego, a równiez nic boskiego nie jest dla nich obce, gdyz najwyzsze czlowieczenstwo jest w zgodzie z boskoscia. W istocie swej odpowiada boskosci, jak kropla oceanowi. Dlatego wybitni ludzie sprawiaja wrazenie jak gdyby ludzi typowych. Bô Yin Râ robil wrazenie czlowieka typowego, poniewaz byl calkowicie ludzkim. Nic ludzkiego nie bylo mu obce o ile przez to, jak juz powiedzialem, nie rozumie sie nierozsadnie zwierzecosci, jak to sie zwykle dzieje. Nad zwierzecoscia panowal i nie byl juz jej podlegly. A przy tym nie lekal sie jej. Nie mial zadnej podstawy do odmawiania sobie z zasady dobrych rzeczy ziemskich w zle zrozumianej swiatobliwosci do ich unikania. I radowal sie z pieknem, muzyka, dzielem sztuki, krajobrazami, a w szczególnosci roslinami. Ale nic z tego wszystkiego nie moglo go ujarzmic i niewielkie mialoby dlan znaczenie obejsc sie bez tego wszystkiego. Wiedzial dokladnie, gdzie przebiega zakreslona dlan granica, gdzie rzeczy pozyteczne ulegaja zmianie na szkodliwe, wiedzial to tak samo, jak i jego lekarze. Wiedzial dokladnie to samo, jak to wiedzial Budda, ze asceza jako cel sam w sobie nie moze prowadzic do niczego dobrego. Jezeli Bô Yin Râ pedzil zycie, któremu od czasu do czasu pomimo róznych trosk - nie braklo mieszczanskich wygód, to jednak nie mógl nigdy, przenigdy czuc ich jako wlasciciel tej czy innej rzeczy, lecz wylacznie jako zarzadca, a nikt nie byl bardziej skrupulatnym i sumiennym zarzadca niz on. Nie chodzi o to, aby nic nie miec, lecz raczej oto, by niczego nie pozadac. Piekne slowa "posiadac, nie bedac jednak sluga tego co sie posiada", do nikogo bardziej nie pasuja, jak do niego.

 

 

WYKSZTALCENIE

 

Ten zadziwiajacy czlowiek, którego charakterem zajmujemy sie tutaj, posiadal nie wypaczone, ale niezwykle rozlegle wyksztalcenie, chociaz pod tym wzgledem podobnie jak wszyscy pobierajacy wiedze z serca swiata swiatlosci, nigdy nie ukrywal, ze wyksztalcenie ze stanowiska ducha jest prawie bez znaczenia, a w wypadku pretensjonalnego czynienia z niego uzytku moze sie stac niebezpiecznym hamulcem na drodze czlowieka do domu, do zródla swego pochodzenia. Bardzo czesto wyksztalcenie jest maska próznosci, pychy i ambitnych daznosci nie majacych nic wspólnego z czlowieczenstwem duchowym przez Bô Yin Râ raczej wyraznie byly okreslone jako sily duszy zwierzecej i na równi ze wszystkimi zdolnosciami pamieciowymi i utalentowaniem nie potrzebuja siegac do sfer ludzkiej duszy. Chocby wyksztalcenie mialo zawsze pewien mily urok, jak równie po ziemsku rzeczy biorac, bylo pozytecznym posiadaniem, to pozostaje ono bogactwem, którego pokusy moga stac sie bardziej zdradzieckie, niz pokusy pieniezne i majatkowe. Rzuca sie w oczy, ze Bô Yin Râ i ludzie jego pokroju, a wiec owi Jasniejacy Praswiatlem i kaplani Swiatyni Wiecznosci na ziemi nie dopuszczali w stosunku do siebie balastu uczonosci. Jesli wiec mówimy, ze Bô Yin Râ byl niezwykle wyksztalcony i posiadal wybitnie gleboka wiedze zewnetrzna, to laczy sie to wlasnie ze zleconym mu zadaniem, jakby nakazem nauczania. Aby móc oddzialywac na mieszkanców Zachodu, musial gruntownie zrozumiec ich zagmatwany jezyk, musial dobrze wiedziec, co bylo dla nich wazne, przenikac ich róznorodne zainteresowania i móc je ujmowac psychologicznie. Ale to przenikanie musialo byc w miare moznosci bezstronne i zdobyte w wolnej chwili od obcych wplywów rzeczywistosci i trzezwosci. Dlatego to wyksztalcenie czlowieka z góry przeznaczonego na Mistrza nie moglo byc inne niz wyksztalcenie prawdziwego samouka. Jako dziecko, (chociaz juz w bardzo mlodym wieku, przeniesiony do wielkiego miasta Frankfurtu z bardziej wiejskiego srodowiska swego) aszafenburskiego pochodzenia, w wolnym od zajec czasie wiele wlóczyl sie po lesie i polu. Wychowanie przez dobrze mu zyczacego, poczuwajacego sie do odpowiedzialnosci wobec Boga, ale bardzo surowego ojca, oraz bardzo bogobojna matke - byc moze wywolalo na nim wlasnie przez te zewnetrzne wplywy pewna krnabrnosc, zacietosc i pewnosc siebie, a przy tym sklonnosc do chodzenia swymi odrebnymi drogami i do patrzenia na rzeczy bystro i krytycznie. Aby mu zaimponowac (a jak chetnie szanowal kogos) , nie wystarczylo, zeby cos przedstawiac, lecz nalezalo czyms byc. Ale wówczas nie bylo nikogo, kto by chetniej i bez zazdrosci jak on odzywal sie z uznaniem i chwalil. Nie zbity z tropu przez szkoly, prady, wielkich ludzi swego czasu i mody, torowal sobie wlasne sciezki i byl w ogóle nielatwy do kierowania. Udzielanie mu wskazania musialy byc bezgranicznie pewne, zanim darzyl je niezachwianym zaufaniem. W gruncie rzeczy zwykle on kierowal, nie dajac sie kierowac nikomu: nie dlatego, ze stal sie despotyczny, ale zawsze odczuwalo sie w nim autorytet, poniewaz mial wrodzona pelna potege ducha zaslugujacego na zaufanie. Odczuwal to kazdy czlowiek, jezeli nie byl zbyt gruboskórny. Prawdziwosc i prostota jego mysli, czynów, czucia i mowy nie mogla byc pozbawiona ludzkiego zrozumienia rzeczy. Ale byl on nie tylko natura, lecz odrodzona natura, chcialoby sie powiedziec - natura nie w stanie wyzwolenia, gdyz cale jego wyksztalcenie bylo naturalne i duchowe, nigdy sztuczne, papierowe i obce zyciu. A gdy sie z nim spacerowalo, wówczas cala przyroda zewnetrzna otrzymywala inne oblicze dzieki promieniowaniu jego natury calkowicie wewnetrznej, byla przenoszona z powrotem w swoje duchowe dziecinstwo, nie zepsute jeszcze przez upadek czlowieka, jej krajobrazom wyrastaly wszedzie niby oczy przecudne, jak owym bogom w indyjskich bajkach. Jezeli wymienimy zmiane miejsc pobytu (w dwudziestych i trzydziestych latach jego zycia) , naturalistyczne zapatrywanie i praktyczne roboty reczne jako podstawy jego wyksztalcenia - a nie szkoly, co chcemy przez to wyrazic jak w ogóle w calej tej ksiazce, ze jego wyksztalcenie i wychowanie nie podlegaly w istocie na wychowaniu przez samego siebie. Kierownictwo jednego (lub wielu) Mistrzów duchowych ma na celu przeciez wychowanie siebie samego. Dla naswietlenia tych rozwazan przytoczymy urywek z listu Mistrza (z dnia 29.6.1931 r.) brzmiacy jak nizej "Jest to, mówiac najprosciej, pewien scisle okreslony sposób "wychowania siebie", który umozliwia Kierownictwu prowadzic kierowanego od przemiany bytu do wyzszej, czystszej przemiany coraz bardziej w Swiatlosc. Od dziecinstwa czlowieka "wychowuja" w sposób, który mozna nazwac wychowaniem kierowanym z wewnatrz na zewnatrz, gdyz tylko w ten sposób rosnacy malec a nastepnie dorosly czlowiek uczy sie dawac sobie rade ze swiatem zewnetrznym. Skoro jednak ktos wkracza na droge swiadomego rozwoju duchowego, chodzi o to, aby siebie samego wychowal od zewnatrz do wewnatrz, przy czym bynajmniej nie potrzeba zaniechac tego, co bylo rzeczywiscie dobre, sluszne i konieczne w poprzednim wychowaniu dazacym "od wewnatrz do zewnatrz". Lata dziecinstwa i mlodosci uplynely spokojnie w kraju rodzinnym nad Menem, gdzie uczeszczal do szkoly Marian, a nastepnie, gdy zostal dokonany wybór zawodu, pracowal w instytucie sztuki Standela. Bylo to kilka semestrów w latach 1892 do 1985 i w roku 1899 letni semestr w pracowni Mistrza. Od pazdziernika 1896 do 1898 roku pracowal jako malarz we frankfurckim teatrze miejskim. Dopiero w dwudziestym czwartym roku zycia, a mianowicie w poczatkach naszego tak niespokojnego stulecia, rozpoczal Bô Yin Râ swoje zycie wedrowne, a tym samym lata studiów podczas dojrzewania meskiego, które obejmowaly, az do wieloletniego pobytu w Zgorzelcu, siedemnascie lat. Wyzej wspomniane lata wedrówki daly mu moznosc poznania miast jak Monachium, Wieden, Paryz i Berlin oraz krajów jak Szwecja, a przede wszystkim Grecja, ten kulminacyjny punkt jego zycia, któremu poswiece bardziej szczególowo rozwazania. Stosunkowo wczesnie poznal juz uszczesliwiajace przezycia pierwszej podrózy do Wloch i oswoil sie z zawodem malarza, chociaz pierwotnie czul pociag do studiowania teologii. Kazde ze wspomnianych wyzej czterech miast przyczynilo sie zapewne na swój sposób nie tylko do rozszerzenia zakresu wiedzy, lecz równiez do przygotowania dla sposobu myslenia i dla pradu uczuc swego sposobu bezwarunkowosci, nieograniczonosci i niezawislosci. Znajdowalo sie tam przeciez wielu ludzi sklaniajacych sie zgodnie ze swa natura do kosmopolityzmu i pewnej swobody, jezeli nie calkowitej niezaleznosci pogladów, pomijajac charakter architektoniczny oraz zbiory wyrózniajace wszystkie te miasta. W Monachium, tym tak szorstkim, a jednak owianym tchnieniem Poludnia miescie, czasowo zblizyl sie do kola przyjaciól, w sklad, którego wchodzily niezalezne, uzdolnione duchy, które rozumie sie wówczas w swej sklonnosci do magicznych spekulacji poruszaly sie w kierunku nie odpowiadajacym jego przeswiadczeniom. Dlatego stosunki te nie mogly istniec stale, co jednak nie przeszkadzalo, ze Bô Yin Râ w swój przepojony miloscia sposób nie przestawal nigdy brac udzialu w losach rozwoju tych poniekad nieprzecietnych ludzi, którym sam zawdzieczal niejeden piekny impuls, chociaz on byl tym, który w istocie darzyl. Bez watpienia doznal on, który mial moznosc dotychczas studiowac sztuke glównie w ciagu póltorarocznego bezplatnego nauczania u Hansa Thomy i w Instytucie Sztuki Staedla we Frankfurcie, - pomijajac ksiazki traktujace o sztuce, - w pelni bardzo cennych przezyc, wywolanych przez monachijskie zbiory sztuki. Te przezycia mogly mu dac powód w czasie pózniejszym, mimo bardzo poteznych wrazen w innych miastach Europy, do dluzszych pobytów w Monachium (1909-1912 i 1913-1915) , którym zawdzieczal pierwsze objawienia jego nauki. Byly to zarazem lata, w których dazenia pewnej grupy artystów, zwacych sie "Blekitnymi Jezdzcami" z Francem Marcem, Kandinskym na czele i innymi wystapily na scene jako zjawiska rzucajace sie w oczy i wywolujace zaciete spory. Jezeli Bô Yin Râ w swej ksiedze o sztuce mógl pisac: "Patrzcie, oto swiat, który przeczuwaja nasi najlepsi". (Królestwo Sztuki, str.20) , tyczy sie to glównie dawnych mistrzów, a jednak jest to równiez wyraz nadziei na przyszla sztuke, gdyz karmi nas nadzieja odnawiania oblicza ziemi i wszedzie juz postrzega pierwsze promienie Ducha jako zwiastuny tego odnowienia. Ale wybiegamy naprzód. Juz ten okres okolo 1900-1901 roku spedzony w Wiedniu, gdzie usilowal w tamtejszej Akademii rozwijac swój talent, mial wielkie znaczenie dla jego artystycznych ksztalto-twórczych dazen i umyslu. Obok barokowych palaców zbudowanych przez Breughelsa i Tintoretto, kultury teatralnej, milego otoczenia, pozostal wówczas pod wrazeniem czasopisma "Fackel" (Pochodnia) , wystepujacego z surowa krytyka a redagowanego i pisanego jednoosobowo przez Karola Krausa, czasopisma, które nie tylko ze wzgledu na swój charakter satyryczny, lecz przede wszystkim pod wzgledem jezykowym bylo czyms jedynym w swoim rodzaju w nowszej literaturze niemieckiej. Naturalnie, zgodnie ze swym charakterem, nie zawsze on pochwalal przesadna krytyke w kierunku nadawczym pisma przez Karola Krausa i czesto zabarwione nienawiscia dowcipy jego. W tym czasie nawiazal równiez stosunki z bliskim przyjacielem "niosacego pochodnie", architektem Adolfem Loosem; jego idee i prace wyprzedzily wiele rzeczy, które nowsza architektura próbowala realizowac. Naturalnie w tych miastach, a w szczególnosci w Paryzu, gdzie pracowal w Akademii Julian, oddawal sie studiom swej sztuki, chociaz nie nawiazal bezposrednich stosunków z wybitnymi, przodujacymi europejskiemu malarstwu osobistosciami, nie liczac, Thona. Odpowiadalo to charakterowi Bô Yin Râ: raczej w ciszy i ukryciu oddawal sie studiom i obserwacjom, poniewaz nie moglo to odpowiadac równiez jego duchowemu stanowisku tylko dla znikomo malej garstki ludzi, by stac sie zwolennikiem jakiegos malarza lub jakiejs okreslonej szkoly, co w szczególnosci we Francji jest w zwyczaju. W gruncie rzeczy jako malarz i artysta byl równiez samoukiem i musial nim byc. A jezeli interesowali go pewni wybitni przedstawiciele artystycznego i umyslowego zycia jego czasów - do nich nalezeli na przyklad filozof Bergson i poeta Valery, malarze Utrollo i Kandinsky - wyplywalo to nie z osobistych stosunków, lecz - jezeli tak to mozna powiedziec - z bezinteresownego zainteresowania. Wydoskonalenie w rekodziele zawdzieczal prócz Hansowi Thomy takim mezom jak Boeghle i Klinger, ale byc moze bardziej jeszcze niejednemu dzielnemu nauczycielowi, o których nie wspomina historia sztuki, a wiec przewaznie znowu sobie samemu. (Porównaj Bô Yin Râ "Z mojej pracowni malarskiej" i ksiazke autora "Malarz Bô Yin Râ," której nowe przerobione i uzupelnione wydanie jest w przygotowaniu.\ Stosunki z Klingerem, który bardzo silnie zareagowal na obrazy duchowe, nie byly trwale, chyba, ze pewne mlodziencze czarno-biale cykle z ich makabrycznym marzycielskim nastrojem powstaly pod wplywem tego artysty. Szczególny stosunek wysokiego wzajemnego powazania wywiazal sie pomiedzy Bô Yin Râ, a sedziwym Hansem Thoma. Paryz dal mu widocznie to artystyczne zrozumienie rzeczy, którego inne, zwiedzane przez niego miasta nie mogly mu dac w tym zakresie i w tak wykwintnej formie, tak, ze pózniej mialy nastapic tylko hellenskie i w ogóle poludniowe przezycia, aby dac mu moznosc zestawienia w postaci ksiegi szeregu radosnych rozpraw naswietlajacych ostatecznie wszelkie podstawowe zagadnienia formalnej twórczosci artystycznej: "Królestwo Sztuki" (przejrzane i zmienione wydanie Bazylea - Lipsk 1953) . Co sie zas tyczy pobytu w Berlinie - 1904r. - - 1908 oraz w roku 1916, zachowal w tym miescie pomimo calego jego natarczywego i zgielkliwego charakteru szczególnie mile wspomnienia, poniewaz nadzwyczaj cenil skoncentrowana chec zycia i twórcza zdolnosc jego mieszkanców do realizacji. We wszystkim, czego w ciagu tych lat szukal i co zdzialal, gdy usilowal dawac koniecznie, praktyczne i pogladowe podstawy dla swego artystycznego dazenia zawodowego, - bylo zawsze nastawienie na te same rzeczy istotne, moglo wiec i dla niego wówczas miec znaczenie to, o czym znacznie pózniej pisal do jednego ze swych przyjaciól (27.3.1929) : " Zdaje mi sie... zes pan trafil w sedno rzeczy, poznajac w swej tesknocie do piekna ukryta tesknote do Boga. Na lata nauki i wedrówki przypada malzenstwo z kobieta obznajomiona z wielu dziedzinami wiedzy i bardzo dzielna, która bardzo mlodo zmarla na chorobe jakiej w tych czasach jeszcze leczyc nie umiano. Studiowala ona medycyne, na owe czasy wypadek bardzo rzadki i zajmowala sie równiez archeologia. Jej dazenia i dzialalnosc bez watpienia znaczenie w kulturalnym zyciu jej malzonka. Bô Yin Râ bez przerwy intensywnie wzbogacal skarby swego naturalnego krytycznego pogladu. Od natury stale sie uczyl, lecz nie dreczyl sie zbednym zamilowaniem naturalizmu do scislego kopiowania natury. Wyjatek z listu z 1928 roku mówi o sprawie dotyczacej jego malowania: "Dla mnie samego motywy natury bedace tlem moich obrazów sa przeciez jedynie okazja do ksztaltowania motywów duchowych, tak ze daleki jestem od checi przedstawienia jakiegos krajobrazu gwoli niego samego". Wolno, wiec odniesc równiez do artystycznego poznania natury to, co napisal w pewnej niewielkiej zwrotce: "Dopiero, gdy sie wszystko, Co czlowiek mysli o sobie, Doszczetnie zapomina, Wie sie naprawde Kim sie jest". Wazna dla jego naturalnego sposobu widzenia stala sie jego podróz do Szwecji, która przypadla podczas drugiego jego pobytu w Berlinie. Z tej podrózy przywiózl pomysly obrazów noszacych zdecydowanie pólnocny charakter. Reka w reke z naturalnym sposobem widzenia Mistrza idzie jego sklonnosc do wykonywania praktycznych robót recznych, do ich obserwowania, a w pewnych wypadkach nawet do podziwiania. Niezwykle interesowalo go sledzenie powstawania jakiejs budowy czy aparatury, jakiegos urzadzenia i to nie tylko sledzenia mózgiem, lecz tworzenie rekami, co mówie - calym swym organizmem. W swej mlodosci musial czesto przy najrozmaitszych zajeciach ciezko pracowac rekami. Równiez i pózniej nie wstydzil sie, gdziekolwiek bylo to konieczne lub mozliwe, przykladac reki, nie baczac na bardzo ciezkie cierpienie fizyczne. Szczególnie mial na sercu swój ogród, który pielegnowal w pelnej milosci pracy przy sadzeniu i uprawianiu. Jesli padal snieg, on pierwszy strzasal ciezar z palm i wrazliwych na zimno roslin poludniowych. W drugiej polowie pierwszej wojny swiatowej rozkaz wladz wojskowych zapedzil go poczatkowo na krótki przeciag czasu do Królewca, a stamtad do Zgorzelca w Górnych Luzycach, gdzie byly internowane wojska greckie. Otrzymal zadanie sluzenia w charakterze tlumacza, gdyz z czasu swego pobytu w Grecji rozumial nowogrecka mowe i mógl mówic po grecku. Pomijajac te funkcje sprawiajaca mu przyjemnosc, gdyz byl dla Greków bardzo zyczliwie usposobiony, otworzylo sie dlan w tym zakatku swiata szerokie pole dzialania. Podjal kierownictwo w sprawach sztuki tej prowincji oraz zajal sie zalozeniem zwiazku ku uczczeniu pamieci wielkiego Jakoba Boehme, który w roku 1575 urodzil sie w Alt-Seidenberg, miejscowosci w poblizu Zgorzelca. Bô Yin Râ w artykule o Boehme, umieszczonym w ksiedze "Drogowskaz" powiedzial bardzo wiele waznych i istotnych rzeczy o Philosophus Teutonicus, które czynia zrozumialym, w jaki sposób Boehme doszedl do swego poznania swiata duchowego. W tym czasie zawarl tez ponownie zwiazki malzenskie i ten okres rozpoczyna odcinek jego zycia, którego cecha stale wzrastajaca byla stabilizacja i patriarchalizm. Spelnienie tej postaci zycia nastapilo tedy w roku 1923 dzieki przesiedleniu sie do Szwajcarii, a mianowicie poczatkowo do Horgen nad jeziorem Zurychskim, w dwa lata pózniej do Massagno niedaleko Lugano, gdzie, pomijajac krótkie wyjazdy, w tym samym domu przemieszkiwal wraz z rodzina, az do konca swego zycia ziemskiego i uzyskal obywatelstwo tej gminy. Tymczasem poznal juz z dawna Wlochy, gdzie w szczególnosci pobyt na wyspie Capri (wczesna wiosna 1922 roku) mial nadac szczególna, przetkana zlotymi nicmi krajobrazu ceche ksiedze "Tajemnica". Wloskie i tesynskie wrazenia wzmacnialy jego dusze coraz bardziej i to, co nazwalem odczuwaniem Poludnia, decydujaco stanowilo o stylu jego zycia i twórczosci. We wszystkich tych latach dochodzily do skutku tylko podróze majace na celu leczenie lub wypoczynek. Kilkakrotnie odwiedzal Wildbad w Szwarowaldzie, który polubil, dalej Karsbad, Pegli w poblizu Genui, Montecatini i blisko polozone Brissago. Jezeli rozpatrujemy calosc wyksztalcenia tego meza poczuwamy sie jeszcze do obowiazku wyswietlic jego stosunek do ksiazek i do królestwa tomów, gdzie obie te dziedziny zywo interesowaly jego dusze, a muzyka w pózniejszych latach jego zycia coraz bardziej nabierala znaczenia. Ksiazki: jak powiedzielismy, nie byl molem ksiazkowym. Ale czytal chetnie i duzo. W pokojach jego domu wszedzie pelno bylo ksiazek. We wspomnianej wyzej ksiedze: "Drogowskaz" znajduje sie rozdzial zatytulowany "Uczcie sie czytac". Rozdzial ten przeciwstawia sie dzisiejszemu pospiesznemu sposobowi czytania sztuke czytania, wskazujaca, ze dopiero wówczas mozna czytac nalezycie, jezeli czlowiek gruntownie rozwinie w sobie zdolnosc wczuwania i potrafi brac udzial w toku mysli autora, a mianowicie zwracajac uwage nie tylko na zdania, lecz na kazde poszczególne slowo. Jezeli tak sie czyta, moze ktos sie stac w duszy bogatszy niz sam autor. Niewatpliwie Mistrz czytal ksiazki w ten wlasnie sposób. A nawet wiecej, wolno nam wnioskowac, ze czytal ksiazki zwracajac uwage na wartosc ich dzwieków i nie tylko wysluchiwal je myslowo i artystycznie, lecz równiez poniekad jako lekarz organizmu duszy, wedlug woli dzwieków. Chetnie czytal ksiazki niemieckich mistyków)chociaz nie cenil miana "mistyk") . Tu lubil prócz Eckharda, Traulera i autora "Ksiazeczki o zyciu doskonalym" szczególnie Jakoba Bohme, Aniola Slazaka. Szczera glebia Mateusza Claudiusa pociagala go, ale równiez polot Schillera, sila poznania Dantego, ucieszna fantazja takiego Spittelera. Pewnemu wlascicielowi sanatorium, który go pytal o rade, jakie ksiazki ma czytac, zalecil Goethego, Schillera, Jean Paula, Novalisa Holderliusa, Stiftera, Dantego, Eckharta, Traulera, Erazma, Lutra, (mowy biesiadne)oraz Bhagavadgita. Ten krótki wyraz od razu wskazuje na prosta wielkosc wyboru, dlatego wlasnie, ze nie zwracajac na siebie uwagi zadne dalekie wynalazki i smaczne kaski, lecz wymienia tylko dziela literackie, w których nadano postac - czesto dochodzaca do doskonalosci - wszystkiemu, co czyste, co prawdziwe. Nic nie ma w nich hulaszczego lub wymuszonego. Na wlasciwa beletrystyke nie zwracal uwagi nie tylko w powaznym wykazie, lecz i w tym co sam czytal. Jednego najwidoczniej Mistrz stawial ponad wszystkich innych poetów. Byl to Goethe, którego natchnienie uzasadnial bezposrednim "stosunkiem uczniowskim", jak na przyklad bylo to w wypadku Jana (ewangelisty, przyp. tlumacza) , Eckharta, Leonarda, Boehme i Ramakrishny. Wrecz niepojete odnowienie w mowie wszechswiatowej rzeczywistosci w niemalej liczbie poematów owego Poteznego pobudzaly Mistrza do ciaglego z nich czerpania. Pochodzenie z tej samej okolicy moglo przyczynic sie do wiecej niz nalezalo: gdyz Bô Yin Râ mógl czuc sie obywatelem Frankfurtu. Dlatego to wesole rymy miejscowego Frankfurckiego poety Fryderyka Stolze sprawialy mu, lubiacemu ponad wszystko wesolosc i smiech, wielka przyjemnosc, tak, ze chetnie czytywal je na glos w kólku rodzinnym. Szczególny pociag mial do niektórych gruntownych ksiag uczonych badaczy, którzy zwiedzili Tybet i okolice Himalajów a takze Chiny i Mongolie. W tej liczbie znajdowali sie francuscy ojcowie Huc i Gabet, jak równiez Flichner. Koeppen i Aleksandra Dawid Neel. Królestwo tonów: przeplatalo, jak to juz powiedzielismy, zlotymi nicmi ziemskie jego lata w coraz wiekszym stopniu. W ksiazce o malarzu Bô Yin Râ informowalismy, ze kiedys w latach swojej mlodosci przy pomocy stolarza wyrabiajacego trumny skonstruowal fisharmonie. Bardzo to odpowiadalo jego naturze oraz wrodzonej milosci do muzyki, nadawanie wyrazu temu przez praktyczne roboty reczne. Warunki w domu rodziców oraz ówczesne okolicznosci zyciowe nie pozwolily oddawac sie bardziej gruntownym stu-diom muzyki. Jedynie na tym polu, tak bardzo przezen lubianym, pozostal calkowicie otrzymujacym. Dwaj powazni mistrzowie tonów byli z nim w bliskiej przyjazni: Eugeniusz d'Albert i Feliks Weingartner. Chociaz nie uprawial muzyki, byla ona dlan jednak elementem zyciowym. We wspomnianej wyzej ksiazce o malarzu wskazano wiele cech laczacych swiat tonów i wzrokowe twory Mistrza, w szczególnosci duchowe obrazy wskazujace prawidlowe formy dzwiekowe, a mianowicie elementy Prabytu wyzna-czajace dzialanie tonów. Prócz tego wieksza czesc tych obrazów robi wrazenie, ze wypelnione sa jakby wewnetrznie dzwiekiem, piesnia sfer; Bô Yin Râ w pózniejszych latach zycia czasem napomykal, ze odpowiedniki jego wielu jego obrazów do pewnego stopnia mozna znalezc w kompozycjach muzycznych wielkich mistrzów tonów, na których splynela szczególna laska. Mial na mysli szczególnie Bacha i Szuberta. Wlasnie, Szuberta, którego zewnetrzna zupelnie niepozorna postac calkowicie wyzywala sie w duchowej prawdziwosci i prostocie jego muzyki, lubil niby zyjacego po drugiej stronie promiennego przyjaciela. Co sie zas tyczy Jana Sebastiana Bacha, to Bô Yin Râ byl przekonany, ze jego kompozycje mialy zródlo w bezposrednich doswiad-czeniach w swiecie duchowym. Wszak muzyka otacza tchnieniem pelen tajemnic zaswiat. Prawie w niczym innym, jak tylko we wspanialym a tak krótkotrwalym swiecie kwiatów zyskuje tu wiecznosc symbol w doczesnosci. Choc muzyka moze wyzwalac i uszlachetniac, uspokajac uczucia, nosi w sobie jednak stale bolesny skladnik, poniewaz juz przy powstaniu dzwieku w naszych zmyslach ustawicznie zamiera. Muzyka, ten piekny duch, nie daje sie zbadac ani uchwycic, a tylko o tyle zrozumiec, o ile odbierajacy ja sluch dowiaduje sie o przemijajacej przemianie w cos duchowego. Do tego nalezy wiele prawdziwego oddania i moznosc ukojenia niepokoju zwierzecej cielesnosci. Ale musi sie to odbywac czysto na trzezwo, w przeciwnym razie muzyka moze stac sie niebezpiecznym narkotykiem. Zapewne muzyka w ostatnich latach sprawiala mu czasami chwilowa ulge w jego cielesnych cierpieniach. Lubil równiez w swym domu spiew i sam spiewal dla swej rodziny stare piesni maryjne, które znal z dziecinstwa; w kulcie katolickiego kosciola dla Marii widzial wielkiej wagi przeblysk duchowej rzeczywistosci. Nie trudno odgadnac, ze Beethoven i Mozart gleboko przypadli mu do serca. Sadzac z charakteru pisma, pochodzacego ze stosunkowo wczesnego okresu, sa dwa poswiecone Beethovenowi i Mozartowi nizej podane czterowiersze, które w swej nieupiekszanej i bezpretensjonalnej prostocie przypominaja naszych przodków zyjacych wsród mebli z wisniowego i brzozowego drzewa: Lubisz burze, lubisz morze Oraz dzikie skalne góry; W glab pod toba chmara ludzi Jest dla ciebie panstwem karlów Ale ty, co mieszkasz w gaju. w swiatyni U pastuszków wsród fletów i bzu Którego bóstwo tronuje w zefirze eteru, Ty zstepujesz na dól do ludzi. *

 

 

MISTRZOSTWO

 

Co to jest mistrz? Tego slowa wielce naduzywano i trzeba mu znowu przywrócic powage. Prastary to wyraz i pochodzi bezposrednio z jezyka lacinskiego (magister) , a nastepnie równiez z greckiego (megistos) , a nawet z jezyka etruskiego, skad przekazany nam zostal bohater imieniem Mastarda, pózniej indentyfikowany z wielkim królem rzymskim Serwiuszem Tuliuszem. Pomijajac to, ze w danym jezyku niemieckim uczonego poete okreslano tym mianem, pochodzenie tego slowa wskazuje, ze odnosi sie ono do czlowieka, który jest czyms wiecej i jest wiekszy niz cos innego lub tez w ogóle najwiekszy. Dopóki to slowo nie wystepuje w polaczeniu z jakims wyrazem, ma ono znaczenie czysto ceremonialne, wprawdzie nie jako tytul oficjalny, lecz jako prywatny zwrot honorowy, badz do jakiegos majstra - rzemieslnika, badz do wybitnego artysty, ale zawsze do czlowieka odznaczajacego sie twórczoscia. Im wyzsze i powszechniejsze jest mistrzostwo siegajace ponad fach, tym wiecej uwagi nabiera slowo "Mistrz", tym bardziej nabiera istotnego znaczenia, podczas, gdy w mniej powaznych wypadkach moze uzyskac ironiczny posmak. Jesli jednak chodzi o czlowieka, który wszystko specjalnie, nadzwyczajnie i fachowo calkowicie ma poza soba, gdyz rzeczy powszechne w najwyzszym znaczeniu, a mianowicie nie tylko ponizej ludzkiego poziomu lezace, zwierzece i materialne, lecz równiez, i to szczególnie, dziedziny duszy potrafi z ducha opanowac i jest upowazniony wiazac i rozwiazywac, wówczas nie nasuwa sie trafniejsze okreslenie dla takiej postaci górujacej ponad sprawami czysto osobistymi, jak slowo "Mistrz". A ze my po dziesiecioletnich studiach i praktycznym wypróbowaniu ofiarowanej, przez Bô Yin Râ nauki zycia i po odczutych w sobie wplywach jego indywidualnosci dochodzimy do wniosku, ze ten czlowiek odpowiada temu, co wyzej powiedziano, zatem pozwolimy sobie czesciej stosowac do niego slowo "Mistrz". W tym wypadku Mistrzostwo zawiera w sobie jeszcze cos istotnego, co bedziemy musieli w dalszym ciagu zbadac i rozpatrzyc, aby sie usprawiedliwic, ze sledzimy tylko wewnetrzne motywy tego zycia ludzkiego. W tym nader rzadkim przypadku, gdy dzielo i zycie jakiegos czlowieka nie rózni sie od siebie, zewnetrzne losowe fakty tak dalece traca wage i znaczenie, ze moga pozostawac prawie niezauwazone. Sa czyms niewiele wiekszym niz jakas kreska na cyferblacie. Przy tym biograf nie ma moznosci poparcia naukowymi dowodami najglebszych swych danych. Tu moze tylko posilkowac sie uczuciem - które latwo wydaje sie bliznim podejrzane. Z uczuciem, które istnieje przy Mistrzostwie Bô Yin Râ w wyzej wyjasnionym sensie, z tego uczucia jedynie autor czerpie prawo do napisania tej ksiazki. Udzielone mu kiedys przez Mistrza upowaznienie nie wystarczyloby mu do tego. Opierajac sie na tym odczuciu musi wyznac, ze nie nasuwaja mu sie zadne watpliwosci co do tego istotnie najwazniejszego w Mistrzostwie Bô Yin Râ, co teraz powinno i musi zostac rozpatrzone. Jest to, ze tak powiem, podstawa i kamien wegielny, lecz równiez kamien obrazy dla krytycznych glów w swiatyni jego nauki; jest to istota jego duchowej egzystencji i wiaze sie bezposrednio z jego imieniem. Jezeli my mieszkancy Zachodu wprawdzie nie bylismy zgola nieprzygotowani do tego przez podanie o Graalu i Okraglym Stole króla Artura, dalej przez historie Rózokrzyzowców, równiez przez fragment "Tajemnicy" pochodzacy z okresu meskiej dojrzalosci Goethego oraz niezliczone mnóstwo aluzji romantyków - to do pewnego stopnia zaskoczylo i wywolalo nawet nastrój sceptyczny, gdy pewien maz zwacy siebie Bô Yin Râ bez przerwy rozpowszechnial wiesci wsród tego pokolenia w szybko po sobie nastepujacych, malo obszernych, ale za to tym bogatszych w tresc ksiegach o tych szafarzach pomocy, posrednikach i budowniczych mostów na Wschodzie. Malo tego, ze do tego grona zbawicieli znajdujacych sie gdzies w okolicach Himalajów, a skladajacego sie z zyjacych ale w dalszym ciagu w postaci duchowej, zaliczyl Jezusa i Lao-Tse, to jeszcze stwierdzil, ze jest wyslannikiem i czlowiekiem tych medrców Wschodu i jako ich Brat nosi imie duchowe Bô Yin Râ. To jednak zbyt wielkie zadanie skierowane do swiata, który wierzyl tylko w to, co ogladal wlasnymi oczami. Ale znalazlo sie równiez wielu ludzi, w których duszy ta godna uwagi wiesc znalazla oddzwiek niby wspomnienie, a moze wrecz jako wewnetrzny postulat w sercu marnotrawnego syna, którego cos naglilo, aby sie wyrwac ze swinskiego chlewa i szukac drogi powrotnej do domu swego Ojca. Albowiem jako swego rodzaju dom Ojca opisuje Bô Yin Râ w prostych i trzezwych, chociaz uroczych slowach, ów arcyswiety zwiazek, poniewaz kazdy, kto don nalezy, stanowi jednosc z Ojcem, o którym Jezus zawsze tak dobitnie mówi. Na srodkowym i dalekim Wschodzie wyobrazenie o takich posrednikach i Mistrzach, takich "Kardynalach", tych zasadniczych punktach ludzkosci, jest dobrze znane. Znane sa tam postacie zbudzone wewnetrznie, które doszly do pelnej swiadomosci w duchu, w buddyzmie zwane Bodhisattvas, które dobrowolnie zrzekaly sie stania sie Budda i przejscia w najwyzsza rzeczywistosc nirwany, by wytrwac na uslugach ludzkosci, która zbawic nalezy az do konca dni. Bô Yin Râ mówi nam z cala pozadana jasnoscia, ze bez tych postaci, do których naleza zarówno "upadli" w ciala ziemskie, jak równiez nigdy tu na ziemi nie inkarnowani ludzie, zbawienie duszy czlowieka ziemskiego byloby nieomal niemozliwoscia. Bez posredników jest nie do pomyslenia wznoszenie sie do jasniejacych sfer. Legenda o Chrystusie w przedpiekle szczególnie wskazuje na to (do tego rozumie sie dochodzi jeszcze szczególne zadanie tego najwiekszego "Milujacego" w gronie Jasniejacych) . Ale my mozemy tutaj tylko napomknac o tych wydarzeniach. Sa one stale i ciagle przedstawiane lub poruszane z mozliwa dla czlowieka jasnoscia w jezyku i sposobie myslenia naszego czasu prawie we wszystkich ksiegach Mistrza. Czy sa na to dowody, lub przynajmniej wypracowane filozoficzne teorie? Nie, takich nie ma. Juz Budda ongi wzbranial sie popierac i wyjasniac swoje poznanie przez teorie. Mówil po prostu, co poznal i odsylal swoich uczniów do medytacji. Przez to chcial powiedziec, ze to tylko wewnetrznie daje sie doswiadczyc. Bô Yin Râ zupelnie tak samo odsyla do wewnetrznego ogladania, do którego naturalnie dochodzi tylko ten, kto zaprowadzil harmonie i porzadek w gospodarce duszewnej i doznaje wewnetrznego kierownictwa jakiegos Guru, czyli nauczyciela. I bedzie sie niechybnie doznawalo go, jezeli czlowiek spelni pierwszy warunek. A wiec Bô Yin Râ w wyzej opisanym sensie byl Mistrzem i - po tamtej stronie - jest nim w dalszym ciagu; czy Mistrzostwo posiadal i posiada, to na razie moze decydowac tylko uczucie, zanim to uczucie zdecydowanie nie wstapi na droge poznania w medytacji, zanim to uczucie nie odwazy sie na cwiczenie sie w madrosci zyciowej. Wszelkie cechy jego zycia i istoty jego, które wolno nam bylo obserwowac, byly zgodne z jego nauka i pozwalaly mu, jesli nie wiecej, to, co najmniej wykazac siebie jako czlowieka pogodnego, zrównowazonego, o szerokiej naturze i nieustraszonego, którym wszelka obluda byla zupelnie obca. I to jest juz wiele naszym zdaniem. Mogloby sie, wiec oplacic powaznie wziac pod uwage tego rodzaju nauke. "Jego wydawca pisal kiedys: "Wyjasnienia Bô Yin Râ sa calkowicie praktycznie pomyslane, a nie jako material naukowy lub wyjasnienie ustroju swiata. Jedynie praktyczne wprowadzenie w czyn ich wskazówek moze potwierdzic ich prawidlowosc. Swiadome odpowiedzialnosci przejawy zycia i wzrastajaca pewnosc wewnetrzna - sa to pierwsze owoce stosowania sie do tego rodzaju wskazan. Rozwój wewnetrzny zgodnie z jego charakterem, jest calkowicie zalezny od wlasciwosci danej jednostki. A do zrozumienia tego, co dla kazdego czytelnika ma znaczenie i dla niego osobiscie sluzy za wytyczna, moze wskazac droge tylko wewnetrzna zgoda serca, przejawiajaca sie jako jasne i uszczesliwiajace odczucie arcypewnego potwierdzenia uczuciowego. - Ksiegi Bô Yin Râ nie maja na celu prowadzenia do jakiegos nowego krepowania mysli i sumienia, lecz do praktycznego przezycia wolnosci. Rzeczowa trudnosc istnieje tylko dla tych, którzy w ogóle nie sa w stanie uwierzyc w mozliwosc poznania wiekuistej prawdy, lub tez dla tych, którzy objawienia takiej prawdy, podane w tej lub innej odziedziczonej postaci wiary, przyjmuja jako podane raz na zawsze i zakonczone. - " Co sie zas tyczy imienia Bô Yin Râ: Dlaczego mialoby byc tak trudne przyjac je jako ceche jego istoty? Rzecz jasna, ze etymologia i szukaniem w hinduskich lub chinskich zródloslowach daleko sie nie zajdzie. Imiona moga byc niedajacymi sie wyjasnic symbolami slownymi dla atmosfery duchowej jakiejs istoty, moga one równiez wyrazac zyczenie ksztaltujace i wykazanie celu, jak to przewaznie sie zdarza, gdy nadajemy imiona naszym nowonarodzonym dzieciom. Ludzie, którzy sobie wyrobili wiecej niz powierzchowne pojecie o poslannictwie Mistrza, natomiast calkowite - tacy, co sie znajduja na wskazanej przezen drodze, przyzwyczaili sie do tego imienia, umilowali je i wyczuwaja calkowita wyplywajaca z dziela jego zycia sile blogoslawienstwa zgromadzona w tych pelnych wyrazu i dzwieku siedmiu literach. Kolejnosc dzwieków Bô Yin Râ - tak bylo kiedys powiedziane - jest polaczeniem siedmiu glosek w trzy sylaby, gdzie autor, a którym tu mowa, czuje sie z matematyczna scisloscia substancjalnie okreslony zgodnie z duchowymi wartosciami glosek, o tak zwanym "pseudonizmie" nie ma co tu myslec juz z tego powodu, ze cywilnego nazwiska Józef Schneiderfranken czlowiek noszacy duchowe imie Bô Yin Râ - nigdy nie ukrywal, sylaby Bô Yin Râ - tworzyly jego rzeczywiste, od praczasów zwiazane z nim "Imie". - To, o czym tu moglismy tylko napomknac, znajduje sie w pismach osobiscie przezen autentycznie udokumentowane. "Jest rzecza nieodzowna" - jak to pisalem w przedmowie do "Brewiarza Bô Yin Râ (1928) - "pisma Bô Yin Râ umiescic w tej wyjatkowej pozycji, jak przysluguje tak zwanym "Pismom swietym" wszystkich narodów i czasów". Jego Mistrzostwo pod pewnym wzgledem byloby równiez na zewnatrz udowodnione, gdyby wykazac, ze nauka jego jest niezbedna, ze moze stac sie dorazna pomoca. Innymi slowy, musialo sie zawierac w niej cos istotnego, czego w innych odziedziczonych wyznaniach i naukach, pogladach na swiat i systemach filozoficznych nie ma zupelnie lub tylko dostrzec mozna niewyrazne slady. Zobaczymy, jak sie to dzieje. Przeciwko Bô Yin Râ, poza wielu innymi, wysunieto szczególne dwa zastrzezenia: jakby nauka jego byla zlepkiem innych nauk i zestawiona zostala na drodze medialnej. Drugi zarzut jest zemsta ludzi jawnie lub w ukryciu majacych do czynienia ze spirytyzmem, który on okreslil, jako wysoce grozny, zemsta ludzi oczekujacych sensacji od swych zamaskowanych pod plaszczykiem religii cwiczen i bardzo chetnie pragnacych czarowac. Pierwszy zarzut jest pozornie powazniejszy, gdyz nauka ta rzeczywiscie przypomina prawie wszedzie obrazy swiata i nauki misteryjne, objawiajace gleboka religijna tresc. Ale Bô Yin Râ musialby nieslychanie wiele studiowac i przeczytac, aby byc w stanie wszedzie w tych sprawach oddzielac prawdziwe perly od falszywych. Na to nie mial ani czasu ani mozliwosci i nie odpowiadalo to jego przyzwyczajeniom zyciowym, które stale i gwaltownie pociagaly go do dzialalnosci twórczej. Zapozyczenie nie nalezalo w jego raczej radykalnej naturze, która musiala prawie wylacznie oddawac sie czystej kontemplacji. I to obserwowal on chetniej rzeczy zywe, bezposrednio w duszy, w naturze, w sztuce, a w szczególnosci w krajobrazach i zyciu roslin. Jego charakter, który go stale pociagal do jednosci i harmonii, do pelnego wyrazu polegania na sobie niby wielkie zdrowe drzewo, nie bylby zgola w stanie nalepic tysiecy róznorodnych rzeczy i zlozyc z tego pozornie harmonijna mozaike przypadków. Ale pomijajac to, mozemy wszedzie i zawsze zauwazyc, ze w caloksztalcie jego nauki istota rzeczy - pozornie tak podobna do najrózniejszych tradycyjnych podan - otrzymuje zupelnie nowe oblicze, majace dla nas ludzi czasów dzisiejszych bezposredni powab, a dalej - i to niezwykle jest wazne - te rzeczy same w sobie nie nowe, ale dla nas wszystkich tak nowe wystepuja na widownie. Co dzieki temu bardziej lub mniej skostnialo i przesloniete mgla pojecia innych nauk i religii nagle staja przed nami w pelni nowego zycia. Te dotychczas nieznane, badz niewypowiedziane a co najwyzej tylko wyczuwane zasadnicze punkty, pragnelibysmy pózniej rozpatrzyc w osobnych rozdzialach, aby wskazac, jak dalece ten ogród objawien i poslannictwo zbawienia daje nieoczekiwane a jednak tak upragnione pokrzepienie. Jezeli to, co tu mamy na mysli zbierzemy w czterech pojeciach, to bedzie to zaledwie namiastka do uporzadkowania. W kazdym razie nie bedzie zbyt trudno poznac, ze Bô Yin Râ w swoich wypowiedziach o "Swiatyni Wiecznosci", o "Poznaniu w nas Boga", o "duszy" i "biegunowosci" - jak to tymczasem osmielamy sie nazwac - rzucil wyzwalajace swiatlo w labirynty ziemskiego szukania Prawdy i Praswiatla Jego wyjasnienia, jesli je przyjmowac bezstronnie, dotycza duszy niby odwieczne, niegdys i przez nas spiewane, ale od dawna zapomniane piesni. Mimo woli czlowiek czuje: O mój Boze, przeciez ja o tym od dawna wiedzialem i dowiaduje sie wreszcie od nowa, ze to swieta ojczyzna, - jak moglem o tym zapomniec? Jezeli rozpatrujemy calosc wyksztalcenia tego meza, poczuwamy sie jeszcze do obowiazku wyswietlic jego stosunek do ksiazki i do królestwa tonów, gdzie obie te dziedziny zywo interesowaly jego dusze, a muzyka w póznych latach jego zycia coraz bardziej nabierala znaczenia. Ksiazki: jak juz powiedzielismy, nie byl molem ksiazkowym. Ale czytal duzo i chetnie. W pokojach jego domu wszedzie pelno ksiazek. We wspomnianej wyzej ksiedze "Drogowskaz: znajduje sie rozdzial zatytulowany "Uczcie sie czytac". Rozdzial ten przeciwstawia sie dzisiejszemu pospiesznemu sposobowi czytania, sztuke czytania wskazujaca, ze w ogóle dopiero wówczas mozna czytac nalezycie, jezeli czlowiek gruntownie rozwinie w sobie zdolnosc wczuwania sie i potrafi brac udzial w toku mysli autora, a mianowicie zwracajac uwage nie tylko na zdanie, lecz na kazde poszczególne slowo. Jezeli tak sie czyta, moze ktos nawet stac sie w duszy bogatszym niz sam autor. Niewatpliwie Mistrz czytal ksiazki w ten sposób. A nawet wiecej, wolno nam wnioskowac, ze czytal ksiazki zwracajac uwage na wartosc ich dzwieków i ze nie tylko wysluchiwal je myslowo i artystycznie, lecz równiez, poniekad jako lekarz organizmu duszy, wedlug magii dzwieków. Chetnie czytal ksiazki niemieckich mistyków, (chociaz nie cenil miana "mistyk") . Tu lubil prócz Eckharta, Taulera i autora "Ksiazeczki o zyciu doskonalym" szczególnie Jakoba Boehme, Aniola Slazaka. Szczera glebia Mateusza Claudiusza pociagala go, ale równiez polot Schillera, sila poznania Dantego, ucieszna fantazja takiego Spittelera. Pewnemu wlascicielowi sanatorium, który go pytal o rade, jakie ksiazki ma czytac, zalecil Goethego, Schillera, Jean Paula, Novalisa Holderlius, Stiftera, Dantego, Eckharta, Taulera, Erazma, Lutra (mowy biesiadne) oraz Bhagavadgita. Ten krótki wyraz od razu wskazuje na prosta wielkosc wyboru, dlatego wlasnie, ze nie zwracajac na siebie uwagi zadne dalekie wynalazki i smaczne kaski, lecz wymienia tylko dziela literackie, w których nadano postac - czesto dochodzaca do doskonalosci wszystkiemu, co czyste, co prawdziwe. Nic nie ma w nich hulaszczego lub wymuszonego. Na wlasciwa beletrystyke nie zwracal uwagi nie tylko w powyzszym wykazie, lecz i w tym, co sam czytal. Jednego najwidoczniej Mistrz stawial ponad wszystkim innych poetów. Byl to Goethe, którego natchnienie uzasadnial bezposrednim "stosunkiem uczniowskim", jak na przyklad bylo to w wypadku Jana (Ewangelisty, przyp. tlum.) . Eckharta, Leonarda, Boehme i Ramakrishny. Wrecz niepojete odnowienie w mowie wszechswiatowej rzeczywistosci w niemalej liczbie poematów owego Poteznego pobudzaly Mistrza do ciaglego z nich czerpania. Pochodzenie z tej samej okolicy moglo przyczynic sie do tego wiecej niz nalezalo: gdyz Bô Yin Râ mógl czuc sie obywatelem Frankfurtu. Dlatego te wesole rymy miejscowego Frankfurckiego poety Fryderyka Stolze sprawialy mu, lubiacemu ponad wszystko wesolosc i smiech, wielka przyjemnosc, tak, ze chetnie czytywal je na glos w kólku rodzinnym. Szczególny pociag mial do niektórych gruntownych ksiag uczonych badaczy, którzy zwiedzili Tybet i okolice Himalajów, a takze Chiny i Mongolie. W tej liczbie znajdowali sie francuscy ojcowie Huc i Gabet, jak równiez Flichner, Koeppen i Aleksandra Dawid Neel.

 

 

HELLADA

 

W Grecji w latach 1912 do 1913 osiagnal Bô Yin Râ wysoki, wlasciwie szczytowy punkt swego zycia. Krajobraz grecki z objawiajacymi sie w nim formami i duchowy aspekt niesmiertelnej Hellady tworzy tlo jego podniesienia do stanu Mistrzostwa. Poczatkowo byl jeszcze uczniem, chociaz trzeba usilowac zrozumiec, co oznaczal jego rodzaj uczniostwa. Wprawienie sie w duchu, chcialoby sie powiedziec. Jest to okres powolania, który poprzedza okres wybrania, tu jednak jeszcze w szczególnym sensie. Uczniostwo w Duchu jest to cos tak wznioslego, ze nie jestesmy w stanie naszymi miarami zmierzyc tej sprawy. To, co sie daje osiagnac w tym stanie uczniowskim, i zawsze bywa osiagane, nie ma nic wspólnego z uzyskaniem zewnetrznym wiadomosci, zrecznosci i godnosci, z kultura zas i genialnoscia - bardzo niewiele. Moralna dojrzalosc i nie dawanie zbic sie z tropu przez metne spory naleza do uczniostwa, nie stanowia jednak jego istoty, która mozna by raczej okreslic jako milosc poznania ze wszystkimi wynikajacymi z tego skutkami, jak na przyklad twórczy porzadek, porównanie wlasnej jazni z prawdziwa wola, a mianowicie boska wola oraz jednolite harmonijne przeksztalcanie wszystkich sil duszy. Ale istnieja dwa rózne rodzaje tego uczniostwa, lub inaczej mówiac: od pewnej chwili dopiero wystepuja te dwa rodzaje na widownie. Kazdy uczen sam przez sie w naszym rozumieniu znajduje sie pod kierownictwem swego Mistrza, a Mistrzem jego jest jeden z najswietszego grona Jasniejacych. Niektórzy uczniowie - a jest ich bardzo niewielu - zostaja, na podstawie powzietego przed urodzeniem postanowienia, wybrani na Mistrzów. Wszyscy pozostali nie sa w tym stopniu zwiazani i zobowiazani: od nich nie zada sie dzwigania prawie niedajacego sie uniesc brzemienia milosci, którym obarczony jest Jasniejacy w Praswietle, ale pozostajacy w sferze upadlej czesci ludzkosci. Byloby jednak zarozumialoscia te wspaniale postacie uczniów nizej cenic. Nie ma i nie bylo tu na ziemi, pomijajac posredników, nic szlachetniejszego i wazniejszego. Kto studiowal pisma Mistrza, przypomni sobie, ze niektórych z tych uczniów wspomnial po imieniu, w szczególnosci ucznia Jana i apostola Pawla, kilku sredniowiecznych mistyków i Jakuba Boehme, a takze hinduskiego medrca Ramakrishne. - W rozmowach dawal do zrozumienia, ze zalicza Leonarda de Vinci do tych ludzi niezwyklych. Wielu czytelników mogloby sie dziwic spotykajac najslawniejsze imiona w spisie uczniów, a w szczególnosci porównanie meza imieniem, Bô Yin Râ z Laotse lub wrecz z Jezusem. Zechca jednak czytelnicy nie gorszyc sie przedwczesnie, lecz wziac pod uwage, ze nie chodzi tu o porównanie czynu i wielkosci, lecz o okreslenie zadania i dzialalnosci. Nie zachodzi pytanie, czy Laotse byl wiekszy od Bô Yin Râ, lub o to, czy Jezus byl do tego stopnia jedynym w swoim rodzaju, ze nie wolno jego imienia stawiac na równi z innymi imionami. Chodzi o odzyskanie czegos zgubionego, czegos co byloby bezpowrotnie stracone, gdyby nie bylo na ziemi "Przybytku bozego u ludzi", gdzie dziala grono szafarzy pomocy duchowej i ustawicznie strzeze Swiatlosci niebianskiej, która czlowiek - pragnacy przeciwnego swiata i spadajacy w cialo zwierzece - musial porzucic, z bez jej wskazujacego droge swiatla mysli nie odnalazlby sciezyny powrotnej (vide, ksiega Boga zywego) . Co z zywego Swiatla w upadlych duszach ludzkich lub bylo strzezone w dawnych naukach i misteriach, zwlaszcza tez w hellenskich miejscowosciach, jak Eleuzys i Delfy, bylo i jest darem owych posredników. Zauwazyc nalezy, ze sa oni posrednikami, gdyz ludzie smiertelni sposród nich maja Swiatlo nie z siebie, lecz bylo ono im zwracane dzieki zywej "swiadomosci siebie" mysli przez ich nigdy nie podleglych smiertelnemu upadkowi Braci, owych Najstarszych". A wiec w Grecji, Bô Yin Râ stal sie z ucznia Mistrzem. W jaki sposób sie to odbylo, zostalo opisane lub napomkniete przede wszystkim u Mistrza w "Ksiedze Rozmów", tej moze najosobliwszej z ksiag. O wszystkim, co z Ducha pochodzi, mozna w najlepszym razie mówic w przenosniach. Tu udzielil Mu jego wlasny Mistrz i Nauczyciel ostatnich nauk, az wreszcie zjawili sie i inni mezowie ze Wschodu, aby go scisle wypróbowac i nieublaganie udoskonalonego podniesc do godnosci im równej, godnosci Brata najwyzszej wspólnoty na ziemi, gdzie kazdy jest we wszystkich, a wszyscy sa w kazdym i z których kazdy moze o sobie powiedziec: "Ja i Ojciec jedno jestesmy" (Jan 10,30) . Przy tym przebiegu wtajemniczenia nowo zbudowany Brat poznaje szczególne sily, które moze znalazly wyraz w obrazowych darach magów ze Wschodu. Historia ta zawarta jest tylko w ewangelii Mateusza i nie powiedziano tam, ilu bylo magów, jak wygladali i jak sie zwali. Dopiero znacznie pózniejsza legenda dala odpowiedz na te pytania. Nie moze byc bez znaczenia, ze wydarzenia te mialy miejsce w Grecji. Kto byl w Grecji, wie, ze kraj ten nalezy do Wschodu. Grek wyraza sie o Europie tak, jakby kraj jego nie wchodzil w jej sklad. A jesli rzucimy okiem na starozytna Hellade, a przede wszystkim na to, co w ksiazce z moich mlodych lat (Podróz do Italii) nazwalem "wewnetrzna starozytnoscia (wrazenie, które podobalo sie równiez Bô Yin Râ) , to moze bedzie dla nas widoczne, ze w tym wspaniale uformowanym malym kraju wyzlobionym zatokami, z jego swietlanymi wyspami, doszlo do najsubtelniejszego i waznego uksztaltowania wschodniego poznania Ducha, poczatkowo niezrozumialego na skutek jego nieograniczonosci, do formy, która poniekad unosi sie pomiedzy niebem a ziemia, przecudnie duchowej a jednoczesnie zmyslowej, pomnej na to, ze cialo ma byc swiatynia Ducha. Z hellenizmu plynie równiez az po dzien dzisiejszy pielegnowane przez Ducha bogactwo ksztaltów, które nie na tym jedynie polega, ze dopiero grecka forma myslenia obdarzyla cialem nauke chrzescijanska i ze grecka sztuka dla kilku znawców wrazliwych na estetyke byla ciagle na nowo przedmiotem zachwytu - nawet w jej podobnych do ruin resztkach i drobnych szczatkach, ze ówczesne rzymskie barbarzynstwo dzieki wplywowi hellenskiemu triumfalnie porwane zostalo w krag cywilizacji i zapalu do prawdy, dobra i piekna, i ze tak potezny, zbyt niedoceniony przez historyków, twór swiata hellenskiego, jak panstwo rzymskie, bizantyjskie, przetrwal az do progu odrodzenia. To greckie wyczucie swiata bylo równiez inne, niz u pograzonych jeszcze we snie lesnych mieszkanców Zachodu i Pólnocy, a w szczególnosci róznilo sie ono od wyczucia niewolnych poddanych wschodnich i poludniowych satrapii oraz sultanów, gdzie czlowiek w porównaniu do swego wladcy przedstawial niewiele wiecej niz niewolnika lub zabawke. - Moze dla tepoty umyslowej tak jednych jak i drugich bylo potwornym wstrzasem to nieoczekiwane przeniesienie we wspanialy stan wolnosci hellenskiej - z zycia zbiorowego w klanach i mentalnosci niewolników, gdzie nieznane bylo brzemie odpowiedzialnosci osobistej ani swobody decyzji, ni troska o indywidualne ksztaltowanie wlasnego zycia. Grecja jest miejscem narodzin tego, co by mozna nazwac odczuciem Poludnia. Chocby ta duchowo - ludzka rzeczywistosc zapowiadala sie równiez juz w egipskiej kulturze Azji Mniejszej i dawala sie wyraznie odczuwac w kulturze Krety i Myken, aby po raz pierwszy zablysnac w basniach zeglarskich Homera, to jednak pelny blask Poludnia zostal osiagniety dopiero wtedy, gdy powstaly wiersze Pindera i tragików attyckich oraz serdeczne mysli Platona, gdy dojrzaly twory Fidiasza i Mirona, gdy wyrosly kolumny Olimpii i Delf, Aten i Sunionu. To odczucie Poludnia jest w zwiazku przede wszystkim z blekitem morza, wysp, spokojna linia brzegów i opromieniowana przez wóz sloneczny Heliosa, rozbrzmiewajaca powierzchnia morza. Przejawia sie one w pogodnych i jasnych, prostych i harmonijnych formach, majacych powab najbardziej niezmaconych wspomnien czlowieka ziemskiego o jego ojczyznie duchowej. To wyczucie Poludnia - przezycie duszne Hellenów, które przekazali ludziom i czasom, a dzisiaj jawi sie jak juz z chwila, gdy mieszkaniec Pólnocy przekroczy przelecze Alp, - bylo, dla Bô Yin Râ podstawowym warunkiem ksztaltowania jego pism i obrazów. Jedne i drugie sa wybitnie europejskie i z nastrojem przeznaczone dla mieszkanców Zachodu, chocby nawet prócz tego bardzo silnie wspóldzialaly w nich inne pierwiastki czyniace wrazenie wschodnich. Dlatego to pobyt w Grecji mial tak doniosle znaczenie. Dal on nie tylko scenerie dla jego podniesienia do mistrzostwa, ale umozliwil równiez Mistrzowi przedstawienie ludzkosci - zgodne z jej sposobami myslenia - swej nauki, swego poslannictwa, swego objawienia - ludzkosci tak zdecydowanie przepojonej przez Zachód, przez starozytnosc ze wszystkimi jej skutkami. Dlatego tez nie bylo to nieuzasadnione, ze Bô Yin Râ, los rzucil na Pólnoc, osiedlil sie po powrocie stamtad w swietlistym kraju tesynskim, do którego siegaja promienie odczucia Poludnia i w którego krajobrazach i architekturze ciagle drga jeszcze cos niecos z wewnetrznego antyku. Gdy sie pomysli, ze pobyt Mistrza w Grecji byl wlasnie jednoroczna podróza, to plan tego roku jest nieoceniony. Byl to caly lancuch chwil wiecznosci, które znalazly swój artystyczny wyraz w pieknych szkicach greckich krajobrazów i pózniejszych wielkich dzielach epickich. Nawiasem wspomniec nalezy, ze Bô Yin Râ mial szczescie przez mala kwadrans ogladac z Lariszy Olimp wolny od chmur. Niestety, niektóre z najpiekniejszych krajobrazów zginely w zamieszkach wojennych. Mistrz az do ostatnich lat zycia tworzyl z pomoca niewielu swoich szkiców z pamieci obrazowe wizje swej umilowanej Hellady.

 

 

STYL

 

Pewien slawny przyrodnik francuski sadzil, ze styl to sam czlowiek, sadzil wrecz, ze styl i czlowiek to jest jedno. Cóz, wiec ma wlasciwie znaczyc to osobliwe pojecie "styl"? Zawiera ono pierwotnie zupelnie konkretne wyobrazenie. Dawne hellenskie slowo, któremu sluzy za podstawe: stylios oznacza cos prosto stojacego i podpierajacego, jakby filar lub kolumne; jesli ktos chce: z wszystkich kolumn wybrano dorycka, jakby znaleziona i wyjeta z wiecznosci. Jednym slowem, styl jakiegos przedmiotu, styl jakiegos wieku, styl jakiegos czlowieka i jego zycia, myslenia i twórczosci podobny jest do "kolumny". Rzeczywiscie kolumna staje sie tylko zbudzony, na nowo narodzony czlowiek. Uprzytomnijmy sobie, aby cala te mysl nalezycie wyjasnic, funkcje kolumny w swiatyni doryckiej. Taka kolumna - najszlachetniejsza forma z najszlachetniejszego materialu, jasnego marmuru greckich gór z ladu lub wysp - tkwi w ziemi, tworzacej jej podstawe, dlatego tez nie wymaga zadnej innej podstawy jak owe przeznaczone na sprzedaz pochodne formy kolumn. Wznosi sie ona wzwyz, skupiajac wszystkie sily na rowkach kaneli i laczac je, przy czym echinus kapittelu ostatecznie wienczy i laczy calosc. Abskus jest tu czastkowym belkowaniem, które indywidualnie - mikrokosmicznie poprzedza podpierana przezen i jak gdyby z czcia dzwigana calosc belkowania. Tak oto laczy ona harmonijne nizsze z wyzszym, przyjmujacy i rodzacy swiat nocy z plodzacym i blogoslawiajacym swiatem dnia, zgodna wlasna postacia z postaciami wszystkich towarzyszacych jej kolumn. Czy mogloby architektura dac doskonalszy symbol czlowieka zbudzonego do wszechswiadomosci? Nie mozemy sobie tego wyobrazic. Powyzsze rozwazania wydawaly sie nam celowe, by lepiej zrozumiec styl interesujacych nas tutaj pism i obrazków i by ocenic je nalezycie. Bô Yin Râ i jego dzielo sa jednym slowem jakby kolumna. Potezne i jasne, harmonijne i spokojne, prosto i dzwiecznie - niby kolumny z pentelisjkiego lub paryskiego marmuru - otaczaja jego ksiazki, srodki wyrazu jego malowidel, swietosc jego zadania, które by bylo niewykonalne, gdyby nie proporcjonalna zgodnosc z pulsujacymi prawami Wszechzycia. Chocby nasze czasy byly nacechowane brakiem zrozumienia sztuki, badz obce ornamentacyjnej strukturze Ducha, to jednak wplyw na terazniejszych i przyszlych ludzi ziemskich przeznaczonych do zbudzenia sie dzialac moze jedynie wedlug praw panujacych zarówno w kosmosie jak i w duszy czlowieka. Jest to taka sama, ze tak powiemy, artystyczna liturgika, jaka przenika makro - i mikrokosmos. Swiat Swiatlosci, jak równiez jego odblask we wszystkich wyplywajacych z niego i odpadajacych oden królestwa cieni jest wlasciwie mówiac - dzielem sztuki i teskniaca don dusza ludzka moze don tylko wtedy powrócic, gdy sie sama stanie dzielem sztuki. Nie nalezy tego rozumiec, jakoby kazdy czlowiek musial byc artysta i ze dla nie artysty nie ma nadziei na wyzwolenie. Takie ujecie byloby zgola powierzchowne. Nie chodzi tu bynajmniej o cos zwiazanego z zawodem, lecz o powolanie, które staje sie w najwiekszej glebi duszy. Ale to jadro duszy rozumie tylko jedna mowe swieta, zbudowana na prawach piekna i harmonii, w praogniu milosci wiecznie zarzaca sie mowe Boga. Mowa zlozona ze slów i zdan lub tez mowa wzrokowa - z linii i barw, która ma wychowac tak, by mowe Boga, mowe Zielonych Swiatek znowu zrozumiec i nia wladac, musi byc zbudowana w odpowiednim stylu, musi calkowicie odpowiadac kolumnie, musi byc zespolona jak przenosnia, jakim czlowiek byc powinien, jesli sie znowu zjednoczy ze swym Bogiem, oddajac mu z powrotem ziemskosc, w której tkwi. Oto jezyk, którym przemawia Bô Yin Râ. Wszyscy moga go zrozumiec, jezeli tylko sluchaja go i spogladaja od wewnatrz swej istoty, a mniej od zewnatrz. Tam niespodziewanie moga rozewrzec sie dla nich nieskonczone obszary bytu ozywione formami podlegajacymi tym samym prawom, co i owa zlocisto - biala mowa, tak dobrze nam znana. Ta mowa jest wskazówka z boskiej ojczyzny. Kazde slowo jest tylko symbolem. Kazdy symbol jest wskazówka. Symbol kolumny doryckiej jest wskazówka, dajaca do zrozumienia czlowiekowi, jaki byc powinien, aby calkowicie byc samym soba: w jednakowej i wolnej wibracji woli z Prajaznia. Doskonaly styl jest wypowiadaniem siebie. Bô Yin Râ nie czyni nic innego, jak tylko nieustannie wypowiada siebie za pomoca srodków sluchowych lub optycznych. Ale nalezy dobrze zrozumiec, co to znaczy. To, co ludzie zazwyczaj nazywaja "wypowiadaniem sie" ma male, albo tez nie ma nic wspólnego z prawdziwym wypowiadaniem siebie. Czestokroc chodzi tam o czcza gadanine, badz o pelna trwogi i pieszczaca sie z cierpieniem spowiedz, która najczesciej tylko pozornie sprawia ulge. Wypowiadanie siebie jest zupelnie innego, a mianowicie duchowego rzedu. Jezeli Adalbert Stifter opisuje jakis austriacki lub czeski krajobraz, jezeli Jan Jakob jakis lacinski lub hellenski, jezeli Herman Hesse jakis indyjski lub tessynski krajobraz, wówczas robi to wspaniale i przekonywujace wrazenie, poniewaz te szlachetne duchy - za posrednictwem krajobrazu - wypowiadaja najglebsza jazn swoja. Gdyby mówili tylko o krajobrazie, pozostawalby on gluchy i niemy, a sami byliby partaczami. Sposób wypowiadania sie powinien byc calkowicie przejrzysty, aby jadro zjawiska moglo wystapic w swym królewskim majestacie. A wiec kazdy styl tu na tym swiecie posiada "zuzle" badz w srodkach, badz w materiale. Srodki i material same w sobie sa nie istotne, zuzlowate i znikome, z ta tylko róznica, ze srodki doprowadzone do przejrzystosci moga byc podniesione do stanu przemienienia, podczas gdy material, jako zewnetrzne tworzywo, jest i pozostanie zuzlem. Im wiekszym jest ktos mistrzem stylu, tym bardziej ogranicza sie u niego zuzel do materialu, podczas gdy jego srodki moga byc znacznie uszlachetnione, az do calkowitego wbudowania w swiadomosc duchowa. Wprawdzie do tego celu zblizaja sie jedynie powolani i beda sie znajdowali przewaznie w stanie "uczniowskim", / -"a wiec beda to ludzie kierowani przez jednego z czlonków swietlanego chóru zjednoczonych z Bogiem medrców. Styl takich wybranców bedziemy mogli uwazac za bez mala doskonaly, calkowicie podobny do kolumny. Do niczego nie moze tu doprowadzic podchwytujaca slowa krytyka stylu: podchodzenie do objawien Jasniejacych z subiektywnymi pogladami i uprzedzeniami jest na dalsza mete skazane na niepowodzenie. Zreszta jest rzecza watpliwa, czy zwykle sposoby krytyki w stosunku do dziel wielkich artystów mozna w ogóle brac powaznie, a cóz dopiero w wypadku objawienia, którego prawdziwosc mozna byloby sprawdzic tylko w drodze wewnetrznego przezycia. Bardziej niz gdziekolwiek indziej styl i czlowiek tutaj nie róznia sie. Jezeli tu wystepujemy, wobec Bô Yin Râ jako czlowieka zaprowadzajacego lad i ksztalt, zobowiazani jestesmy rozpatrzyc pewne najwazniejsze osobliwosci jego stylu, z którym musza wynikac logiczne wnioski, co do istoty dziela i czlowieka. Moze wskazane jest najpierw rzucic okiem na jego obrazy, poniewaz tam szybciej i bardziej bezposrednio osiaga sie ogólne wrazenie. Zupelnie obojetne przy tym, czy uprzytomnimy sobie jedna z jego duchowych kompozycji, - zjawia sie uczucie, ze cos sie otwiera, otwiera sie szeroko, coraz szerzej, a dusza nasza moze doswiadczyc przyjemnego uczucia stale wzrastajacego wyzwolenia, jesli ma zamiar wspólbrzmiec. Ze to, co tu powiedziano, nie jest tylko wyrazem dowolnej interpretacji, wskazuje wrecz bezposrednio obiektywna budowa wiekszosci obrazów duchowych. Spotykamy w nich prawie zawsze przednie kulisy w postaci obramowania z wyraznie poruszanych skladajacych sie form, jakby rozsuwajacych sie, aby dopuscic rzut okiem do wnetrza, czyniacego wrazenie swietego, tak jak rozsuwaja sie chmury po burzy, ustepujac przed wspanialoscia nieba i jego swiatla. Te niebianska czesc srodkowa zapelniaja czesto sniezne lub koloru kosci sloniowej obrazy górskie i w rodzaju wiez, jak równiez zlote lub barwne slonca, a calosc dyszy szczesciem, spokojem i wzniosla harmonia. Doslownie cos sie otworzylo. Napiecie ustepuje, aby dac miejsce swobodzie. Radosne, zdecydowanie uszczesliwiajace przezycie. Ale nawet przy krajobrazach mozna zrobic te same spostrzezenia, o ile widz nie trzyma sie scisle przedmiotu krajobrazu. Chodzilo mu tam, podobnie jak i wszedzie, o prostote, która madry Hans Thoma wpajal w niego wówczas jeszcze, kiedy korzystal z jego wskazówek we Frankfurcie. Dzieki tej prostocie i "ornamentalnemu ujmowaniu natury" uzyskuje sie niespodziewana olbrzymia przestronnosc. Szczególna wlasciwosc tych krajobrazów, zwlaszcza od czasu przezyc greckich, polega zawsze na tym, ze niezaleznie od wybranego motywu robia one wrazenie stojacych otworem i nieruchomych. Jest to tak, jak gdyby odkryty dopiero przez nie widz byl zaproszony jako gosc: wejdz i znajdz tu pokój i radosc, spokój i wyrównanie wszelkich przeciwnosci. Zupelnie wyraznie wystepuje zamiast naturalnego tematu cos z wzietej za tlo sytuacji duchowej. Tutaj Mistrz zgodnie ze swa natura wprawial sie w swietlanej magii równiez jako zyjacy w ciele czlowiek. A oto jedno z moich wlasnych wspomnien: Pewnego razu, gdysmy o zmierzchu zimowym wracali z Carony, wieloglosowy dzwiek dzwonów tesynskich kosciolów dochodzil do nas ze wszystkich stron przez ostre powietrze przesycone zapachem dymu drzewnego, a w dali Monte Rosa polyskiwala snieznym blaskiem. Mistrz w sposób tajemniczy otworzyl mi serce, tak, ze do pewnego stopnia wyczuwalem krajobraz od wewnatrz. Nie daje sie opisac, ale czulem w tej chwili, co to jest czlowiek oraz jakim byl on czlowiekiem. Od czasu pobytu w Grecji w obrazach jego dojrzala do tego stopnia wlasciwa dlan "matematyka" podzialu przestrzennego i wartosci farb", ze jego styl nie moze juz byc porównywany ze stylem jakiegokolwiek innego mistrza. Pytania o pieknie lub brzydocie rozwiazuja sie same przez sie, gdy natura dzieki ornamentalnemu ujeciu zostaje wyzwolona - z powstalego z przeciwienstw napiecia - reka czlowieka, który przypomnial sobie znowu swa przyrodzona królewskosc nie tylko w marzeniach, lecz w rzeczywistosci. Bô Yin Râ czestokroc podkreslal to wspaniale pochodzenie, ale przeblyskuje ono równiez w innych slowach, niedzwieczacych bynajmniej mistycznie, w liscie do jednego z przyjaciól (14.3.1927) : "Kazde wielkie dzielo wymaga pewnego nadmiaru ufnosci do samego siebie". Przez to nie chcial oczywiscie bronic chaosu i pychy, gdyz tam gdzies chodzi o tego czlowieka i jego styl, wszystko bylo w nim "karmicznie jasne i prostokatnie obciosane". Dlatego nie tolerowal on nigdy bezplanowej wybujalosci fantazji, ani w swych malowidlach ani w swych pismach, przy calym wlasciwym mu rozmachu i beztroskiej rozwleklosci, przypominajacej wschodnia i buddyjska literature. Slowa z wiersza Holderline "swiecie trzezwy", które staly sie slawne, dotycza wlasnie jego stylu. Jesli sprawdzic nastepnie jego kompozycje duchowe, promieniujace zlocisto bialym blaskiem, czesto jak u Goethego w pózniejszym wieku wydluzone okresy, jak równiez niektóre rozdzialy w "Ksiedze Rozmów" i "Ksiedze sztuki Królewskiej" przybrane w szate bajek, wówczas watpliwosci, co do zródel tej duchowej twórczosci znikna bez sladu. Jego pisma sa w kazdej sylabie, jego obrazy w kazdej linii, w kazdej plamce barwnej - radosnym hymnem dla wspanialej sily milosci do wszystkiego, co boskie, z czego wszyscy powstalismy i dzieki czemu zyjemy. I to wlasnie ta niezlomna pewnosc i stale swiadome doswiadczanie boskiej rzeczywistosci sprawiaja, ze wszystko staje sie u niego tak solidne. Nikt nie znajdowal wiekszej satysfakcji z solidnosci niz on. Zarówno w zyciu, jak i swym stylu i jego srodkach byl czlowiekiem wielkiej miary, calkowicie obcym skapstwem, ale równiez przeciwnym bezuzytecznemu marnotrawstwu, tym bardziej, ze stale i ciagle kladl nacisk na koniecznosc wdziecznosci w odniesieniu do wszystkiego i do kazdego, co kogos spotyka, co komus przypada w udziale, co ktos zuzywa i spozywa. Nic z tego wszystkiego, z czym sie w zyciu spotykamy, zwlaszcza, jesli to jest cos milego, nic nie jest rzecza zwykla, samo przez sie zrozumiala - mawial z naciskiem. Jego styl, jego charakter powinien sluzyc kazdemu twórcy za wzór.. Kazdy artysta, niezaleznie od tego, jakie dzielo planuje i tworzy, musi stanowczo zasiegnac rady swego sumienia. Najmniejsze nawet naduzycie materialu i srodków, ksztaltów i pomyslów bedzie nan fatalnie oddzialywac. Sztuka musi pelnic wole boza, w przeciwnym razie jest jej grzechem przeciw Duchowi. Moglo zapewne rzucic sie w oczy, ze Bô Yin Râ zaimki osobowe bardzo czesto stosuje do siebie. Cos wladczego, imponujacego i poteznego w tonie jego "Ja" decyduje do pewnego stopnia o jego stylu. Slusznie móglby ktos ten, który zreszta u niego stale robi wrazenie jowialnego i patriarchalnego, odczuwac jako chybiony i nieudany, gdyby nie wystepowal tu wlasnie czlowiek posiadajacy mistrzostwo, tak jak pragniemy, by bylo ono rozumiane: Mistrzostwo Jasniejacych w Praswietle. Jezeli oni przejawiaja w tonie Ja, to mówia o potedze pewnej Jazni, która nie jest zwodnicza, poobwieszana swiecidelkami i nie jest z tego swiata, lecz spoczywa w lonie boskiej Prajazni i mówia na mocy pewnej Jazni, której o sobie wolno powiedziec, a która powiedziec to musi: Ja i Ojciec jedno jestesmy. Dlatego tez cale jego dzielo jest w pewnym stopniu jego wlasnym portretem, a tego rodzaju dziel ludzkosc wydala niewiele. Dotyczy to zarówno jego obrazów jak i pism. Jego styl jest identyczny z jego jaznia, z jaznia jego Braci w Duchu, kolumna w Swiatyni Wiecznosci. Jedynie wychodzace w tej potegi "Ja" mozna wyjasnic stylistyczne osobliwosci, które rzucaja sie w oczy kazdemu bezstronnemu czytelnikowi ksiag, o których tu mowa. Przede wszystkim daje sie w nich zauwazyc, ze tak sie wyraze, akcent rapsodyczny, który szczególnie byl utrzymywany w pierwszych, podstawowych ksiegach. Rytm uroczystych zdan latwiej utrwala sie w wewnetrznych zmyslach (jak równiez i w naszej pamieci zewnetrznej) . Nie ma wiec takze w tym nic dziwnego, ze niekiedy w tym rytmicznym falowaniu zjawiaja sie formy wyrazów rzadko uzywane, robiace wrazenie archaicznych: na przyklad upodobanie do stosowania "saskiego genetivu" (przyklady: "aller Menschheit Fluren", den Meisters erate Kindheit", seiner Enge Fessel"itd. / ;jako unikanie rodzajnika) przyklad: alter Observanz des Judentums getreu" zamiast der alten Observanz....") ; jako uwypuklenie rzeczownika celem rozszerzenia w zdaniu wzgledna (przyklad: "Die seine Bruder sind, nennen ihn....") ; jako zaakcentowanie przez podwójna negacje (przyklad: .... keiner meiner Bruder ist, der hier nicht ehr furchtsvoll ver ihm sich neigen musste") . Mozna by bylo przytoczyc jeszcze wiele innych podobnych srodków wyrazu. Zawsze slyszy sie w tych zdaniach mowe i czytelnik czuje, ze autor do niego bezposrednio sie zwraca w sposób poufaly, patriarchalny i traktujacy go po prostu per "ty". Przez pauzy i spacje domaga sie utrwalenia tekstu w pamieci. Bezustannie poniekad bada i uprawia glebe duszy, w która rzuca swój siew. Czasami robi wrazenie rezysera, który rozwazyl i opracowal starannie kazde slowo, i wtlacza je w sluchajacego uwaznie aktora, aby sluzyly nastepnie dzieciom ludzkosci do wielbienia kosmicznej poezji zlozonej z prawdy i piekna. Wszystkie te srodki stosowal bardziej powsciagliwie w ksiegach, które sie pózniej ukazaly, chociaz okresy wyladowuja sie prawie ze jeszcze obszerniej. Albo moze nalezy trafniej powiedziec: nie rozbudowuja sie one tak bardzo wszerz, ale raczej wzwyz i w glab, staja sie coraz bardziej strome i bardziej podobne do kolumn. Trzeba je bardzo spokojnie wchlaniac i starac sie rozmyslac. Staja sie coraz bardziej na to nastawione, zeby nie mozna bylo pominac ich przy czytaniu. Czyzby powstawal w zwiazku z tym rozwojem rzucajacy sie w oczy fakt, ze wczesniejsze obrazy duchowe, tak jak je znamy z ksiegi "Swiaty", przewaznie byly w formacie poziomym, pózniejsze zas i ostatnie tego rodzaju kompozycje wszystkie bez wyjatku dawaly pierwszenstwo formatowi wzwyz? Czesto wszak zdarza sie, ze wielcy twórcy w sile wieku sklaniaja sie ku poziomej linii morza, a w pózniejszym czasie - ku idacej wzwyz linii gór alpejskich, czy to raczej zewnetrzne, czy bardziej wewnetrznie / po. Michal Aniol, Rembrandt, Goethe) . Niech wystarczy juz to wszystko cosmy dotad powiedzieli. Daleka jest od nas pokusa dania calkowitej psychologii interesujacego nas dziela. Moga tu byc podane tylko impulsy i zacheta do pelniejszego wnikniecia z miloscia w cos, czego sobie niechetnie i wzgardliwie odmawiamy, nie przeczuwajac, co w glebi sie tu rozgrywa, a mianowicie: Tuares agitur.) Ciebie to dotyczy) .

 

 

POSTAC

 

Istnieje na Zachodzie stosunkowo malo znany szczyt sztuki ludzkiej: daleko - wschodnie malarstwo tuszem, zwlaszcza wykonane przez Zen-byddystów w dawno minionych wiekach, odpowiadajacych mniej wiecej naszemu sredniowieczu. W tym malarstwie, przyjmujac pod uwage srodki niezmiernie oszczednej i celnej sztuki, spotyka sie nierzadko wizerunek Bodhidharma, owego indyjskiego ksiecia, który udal sie do Chin, aby nadac buddyzmowi cechy wspólne z taoizmem, a mianowicie nauke Zen, wedlug której poznania prowadzacego do szczesliwosci nie mozna osiagnac ani przez madrosc zaczerpnieta z ksiag, ani przez rytualy i czynnosci, lecz jedynie przez wewnetrzne pograzenie a wiec rozmyslanie. Ów bez watpienia oswiecony i swiadomy stosunków duchowych maz wydaje sie byc w swych rysach twarzy - chocby nawet "wizerunki", które chcialy przedstawic raczej sile, Swiadomosc i madrosc a nie podobienstwo - podobny z rysów do naszego Mistrza. Powiedzialem to w tym znaczeniu, ze obydwa oblicza tak odpowiadaja jedno drugiemu, jak to moze sie dziac z dwoma debami, z dwoma górskimi jeziorami lub dwiema katedrami gotyckimi. Widac te same pelne i doswiadczone usta na pelnym sily woli podbródkiem, ten sam silny nos, to samo glebokie przenikliwe spojrzenie oczu pod poteznym czolem i silna czaszka. Równiez brody byly bardzo podobne, dopóki Bô Yin Râ swojej nie zgolil. Obie twarze opromienia ogien poznania, rzuca sie w oczy pewna surowosc, które swiadcza o niezwyklej sile wyplywajacej z powagi duchowej potegi i laski i posiadaja swego rodzaju pelnie - jak sie wydaje niewiele ceniaca asceze i umartwianie ciala jako srodki wiodace do celu. Tak jedno jak i drugie oblicze nalezy do ludzi torujacych droge do kraju, gdzie powstaje twórcza rzeczywistosc. Ale jest w nich pewna róznica: niezwlocznie daje sie zauwazyc, ze oblicze pierwszego Zen - patriarchy jest tak strasznie zamkniete, by kazdego wprost przerazic, podczas gdy rysy w obliczu naszego Mistrza jednak lagodnie sie rozwieraja, jak to czynila cala jego istota w stosunku do niezmiernie wielu ludzi, którzy u niego szukali rady i pomocy. Obie fizjonomie odpowiadaja calkowicie dzielom ich posiadaczy. Bodhidharm nie znalazl innej mozliwosci przekazywania wskazówek na wspinanie sie wzwyz, jak przemilczenie, jak symboliczne napomknienia o okresach czasu kryjacych w sobie sily i szafujacych nimi. Wszystkie pisma Zen sa, wiec dziwne, pelne ciemnej, pozornie dziwacznej dowolnosci, pisma, których gleboki sens otwiera sie dopiero przebudzonemu w duchu. Ale Zen mozna zrozumiec najpredzej w przecudownych przenosniach malarskich sztuki Zen, naszkicowanych z blyskawiczna szybkoscia piórkiem lub pedzlem z wlosia borsuka lub tez zlamana trzcina. Po tych wysilkach doprawdy wielkich ludzi i artystów pragnacych wyrazic owo niewypowiedziane, mozna lepiej osadzic, co zdzialal Bô Yin Râ swoja twórczoscia, czyniac za pomoca slowa (i farby) rzeczy niemozliwe mozliwymi. W nauce i sztuce Zen wszelka postac jest ujeta w chwili wyzwolenia, by w ten sposób dac moznosc odczucia charakteru tej istoty. U Bô Yin Râ tymczasem staje sie wszystko postacia i objawia charakter tej istoty. Tozsamosc nieba i ziemi zostaje zobrazowana w prawie nieznany dotychczas sposób. Bô Yin Râ byl wysokiego wzrostu, przystojny, którego dopiero cierpienia w drugiej polowie zycia wyrzadzily krzywde fizyczna, lecz z drugiej strony dopomogly do wyrobienia pewnych charakterystycznych rysów fizjonomii, tak, ze wylonila sie postac - niegdys kwiat, teraz dopiero owoc rzeczy osiagnietych i dokonanych, a przede wszystkim ziarno do siewu tego, co w przyszlosci ma sie urzeczywistnic i przeobrazic. Jezeli jako mlodzieniec i mezczyzna w ziemskim znaczeniu mógl byc nazwany pieknym i przystojnym, to w jego jesiennej dojrzalosci zycia wystapila nadzwyczajna sila i szlachetnosc; pomimo calego naturalnego przeminiecia pelnych powabu cech rzeczy ziemskich: ten spokój odswietny, to lagodne królestwo posrednie miedzy jaskrawymi marzeniami dnia i slodkim spokojem nocy, przygotowania do chwili, kiedy "slonce da sie ujrzec o pólnocy" - Wyciskaja na rozstajacej sie z tym swiatem fizycznosci pietno prawdziwosci duchowej promieniujacej zarem milosci. Jego postac nadajaca sens wszelkiej jego twórczosci, ta zewnetrzna znikoma powloka jego istoty byla zawsze od poczatku zycia bardzo zagrozona (albowiem sily zniszczenia oczywiscie godzily szczególnie w te grupe cicho a poteznie dzialajaca, owa "najmniejsza grupe duszna ludzi ziemskich o pokrewnych impulsach, grupe siegajaca do swietlanego kregu prapewnego bytu"- (vide "Upiór wolnosci" str147) , odkad 25 listopada 1876 roku o godzinie 2 rano pod postacia ziemska narodzil sie czlowiek jako Józef Antoni Schneider) w przyszlosci dopiero jako artysta dla odróznienia od niezliczonych innych osób noszacych to nazwisko, przybral nazwisko Schneiderfranken, zatwierdzone urzedowo jako nazwisko rodowe) . Jego ojciec Józef Schneider pochodzil z Eugstadtk)Miltttenberga we Frankonii, matka jego Maria Anna, z domu Albert, z Hosbach niedaleko Aszafenburga. Przodkowie jego byli od dawna osiadlymi wolnymi winiarzami i majstrami ciesielskimi, ze strony zas matki lesnicy mogunoccy. Juz po pierwszym szczepieniu ospy byl bliski smierci. Jako maly chlopiec wpadl kiedys pod lód na Menie, a gdy pewnego razu opieral sie, by go polozono do lózka, tak, ze - w przeciwienstwie do surowego skrupulatnego ojca, bardzo lagodna matka zatrzymala go na chwile przy sobie, zarwal sie sufit nad jego pustym lózkiem, co wywolal w jego poboznej i po dzieciecemu wierzacej matce przekonanie, ze swiety Józef, jego patron, uratowal dziecko. W dzien Wniebowziecia Marii, jako mlodziencowi, przytrafil mu sie wypadek kolejowy. Razem z narozna czescia jego przedzialu wyrzucony zostal na pole, gdzie go znaleziono nieprzytomnego. Wszystkie jego lata spedzone w Szwajcarii byly przycmione stale wzmagajacymi sie cierpieniami, wobec których cudem sie wydaje, ze jego cialo jednak tak dlugo moglo opierac sie smierci. Lecz mozna to objasnic tylko calkowita odmiennoscia jego duchowo - ludzkiego nastawienia. Pewne w zwiazku z tym juz wspomniane i inne jeszcze poematy dydaktyczne z ksiegi "Marginalia" daja uwaznie wsluchujacemu sie w nie - do glebi wzruszajace wyjasnienia. Najbardziej szczególne w jego postaci i jego istocie bylo to, ze byl calkowicie "po ziemsku zabarwiony" i posród wszelkich ciezarów i mak, których ogromu wiekszosc ludzi nie moze sobie wyobrazic i nie powinna sobie wyobrazac (vide "Powazna prosba" w Marginaliach) : w gruncie rzeczy byl stale pogodny i szczesliwy, a przy tym rozsiewal wokól szczescie, zywy przyklad zadziwiajacych nauk zawartych w jego "Ksiedze Szczescia", które wrecz nakazuja obowiazek szczescia i okreslaja jako grzech brak pragnienia szczescia, niechec stworzenia go sobie lub w dazeniu do szczescia wykazywanie "politowania godnej skromnosci". Potwierdzil swym zyciem i twórczoscia wygloszone prze siebie zdanie: "Szczescie jest zadowoleniem twórcy z jego dziela". Dobitnie nam wpoil, ze bytowanie ludzkie jest równoznaczne z radosna, swobodna twórczoscia zgodnie z utajona w nas wola boska, twórczoscia, której tworzenie nigdy sie nie konczy. Dlatego tez Bô Yin Râ mial zwyczaj ostro wystepowac przeciwko bezpodstawnemu smutkowi, który tak latwo opanowuje subtelniejszego czlowieka, i pietnowal ten smutek jako niebezpieczne schorzenie nerwowe, przeciwko któremu najlepszym lekarstwem jest pelnienie obowiazków i praca. Z ta cecha charakteru sam musial walczyc w mlodosci, az mu sie udalo calkowicie ja opanowac. Chociaz z natury odziedziczyl on wzglednie dobre warunki fizyczne - jego ojciec byl winiarzem, byl to zreszta postawny mezczyzna o czarujacych oczach - to jednak laczyl w sobie przy calym uporze i sprezystosci wielka delikatnosc i wrazliwosc uczuc. Do jego zdolnosci nalezal moze tez talent do trzymania sie tego, co konieczne, a jednoczesnie odrzucania i wylaczania wszystkiego, co zbedne; przejawialo sie to przede wszystkim w tym, ze czestokroc trudno mu bylo zapamietac jakas zwrotke lub temat muzyczny, podczas gdy posiadal bez zarzutu pamiec miejsca, barw, ksztaltu i polozenia. Sklonnosc w czasach swej mlodosci do oczekiwania natchnienia przy swej artystycznej pracy przezwyciezyl pózniej przez surowe wychowanie siebie do pracy. Jesli przyjac, ze królestwo niebieskie gwalt cierpi, to mozna spokojnie przypuscic, ze nawet muza do pewnego stopnia ulegac moze przymusowi. Scisle tak samo, jak szczescie, mozna i ja wciagnac w prawdziwa, a nie tylko maskowana jako zyczenie wole: jednak natchnienie i entuzjazm, które bynajmniej nie moga zawsze wyladowywac sie na zewnatrz w jakichs przesadnych gestach i zbytniej czulosci, nie sa identyczne ze szczesciem. W ogóle szczescie, a wiec szczescie tworzenia jest przeciez wzrastajaca harmonia z ukryta w nas postacia Ducha, radosnym dzialaniem przy powstawaniu Swiatyni, w ziemskiej postaci. Dlatego Mistrz zawsze wystepowal o godne reprezentowanie tej postaci przez staranne i zgodne z Duchem zachowaniem formy i form w naszym otoczeniu, a zatem i w ubraniu. Zawsze dbal, w miare posiadanych do dyspozycji srodków, o dyskretna solidnosc i nobliwosc ubrania. Nie cierpial niedbalstwa, tak w tych sprawach jak i wszedzie. Przy calym humorze i wybaczajacym usmiechu wobec zwierzeco ludzkich slabosci, mial jednak ostre i nieublagane oko. Najdrobniejsze szczególy nie uszly jego uwagi i zgola nie zyczyl sobie, by zbytnia swoboda w obejsciu przekraczala wlasciwe granice. Dlatego nie podobalo sie mu wszystko, co tracilo bohema. Uwazal, ze zgola niezgodna jest chec wywyzszania sie ponad innych przez zewnetrzne zachowanie lub dziwacznosc w ubraniu i fryzurze. A chociaz ubiór wspólczesnej epoki bynajmniej mu sie nie podobal i troche zazdroscil szat swym braciom przebywajacym na azjatyckim Wschodzie, to jednak nawet we snie nie przyszloby mu do glowy, aby ubrac sie na sposób cudzoziemski - moze nawet dla ciala pozyteczniejszy pod wzgledem estetycznym i zdrowotnym - lub wrecz przejac ubiór chinski, który, jak nam wiadomo, szczególnie cenil. A ze byl wlasnie po ziemsku zabarwiony i z gruntu prawy, mial we wszystkim ów subtelny takt i wlasciwy umiar, a wiec zgodna bardzo z duchem wlasciwosc, która w równej mierze moze byc nazwana antyczna hellenska, jak i antyczna chinska, jezeli nie w ogóle wyplywajaca z najczystszych elementów ludzkich. Gdyby nawet ktos nie patrzal na jego oblicze, to juz w samym ukladzie swych rak wypowiadal sie calkowicie, poniewaz odczucie swej odwiecznej jazni przenikalo cale jego cialo, mimo ze bylo zawsze tak bardzo cierpiace. A ze kazdy poszczególny palec potrafil poniekad powiedziec "ja" otrzymalo to, co te palce komunikowaly czy to w postaci pisma, czy tez barwnej plamy i linii, cos calkowicie twórczego, a zarazem dobitnego i wyraznego, czemu zupelnie jawnie duch kaplanski sluzyl za postawe. Bardzo czesto przy rozmowie - rece, a zwlaszcza reka prawa - pomagaly w slowu nie w sposób patetyczny i teatralny, lecz powsciagliwy i jakos szukajacy, jak gdyby konce palców rzucaly spojrzenia dookola lub tez na wewnatrz. Mam jeszcze wyraznie w pamieci, jak mi kiedys wyczarowal przed oczami brodate oblicze widzianego przezen wewnetrznie Laotse, raczej dzieki wymowie reki niz opisujacym je slowom. Gdy reka jego "mówila", widzialo sie wyplywajacy z niej ksztalt, jak go przedstawiaja w szczególnosci jego krajobrazy duchowe: ale te ksztalty nie byly stale, lecz rozrastaly sie i zmienialy, a czesto bywal w nich smiech i przymilanie sie, gdyz rece jego byly równiez wesole. Ba, mogly byc nawet zupelnie niesforne. Gdysmy któregos wesolego wieczoru zabawiali sie muzyka, jego rece tak zywo wybijaly na indyjskim bebnie takt wykonywanej przeze mnie z werwa na fortepianie wspanialej neapolitanskiej piosenki ulicznej, ze az skóra popekala. Choc te rece umialy chwytac tak silnie i energicznie, poznac bylo mozna, ze byly tez zdolne wykonywac najdelikatniejsze wyroby zlotnicze lub najbardziej precyzyjne prace: Mialy w sobie delikatnosc i ojcowska czulosc. Jednym slowem pieknie to bylo przypatrywac sie tym rekom i warto o nich rozmyslac, poniewaz prowadzi to do powiazan wielkiej wagi. Bô Yin Râ z calym naciskiem podkreslal, ze mowa posiada dla poznania, równiez dla poznania naukowego, podstawowe znaczenie. Zawiera przeciez w swym jadrze wszelkie mozliwe poznanie: trzeba tylko odczuc jej doprawdy prorocza tresc swietlana. Ta sila swiatla splywa równiez nie zmniejszona na mowe pisana. Ludy Dalekiego Wschodu juz w zamierzchlych czasach wiedzialy o tym i swe malarstwo rozwinely z kaligrafii. Rekopis o wielkiej wadze mial dla nich równa wartosc jak wielka artystyczna wypowiedz i bywal czestokroc bogato oprawiony brokatem oraz drzewem lub koscia sloniowa, jak obraz jakiegos wielkiego artysty. Jezeli rozpatrujemy charakter pisma Bô Yin Râ zgodny z jego rekami oraz cala jego postacia (troche podobna do postaci pogodnych starozytnych filozofów, których sie widzi na tle dawnych chinskich krajobrazów, pograzonych na przyklad w ogladaniu jakiegos wodospadu) , jako uksztaltowanie odpowiadajace tej jego postaci, to znajdujemy, pomimo stosowania opornych srodków zachodniej grafiki, w spokojnych i pelnych rysach tego pisma, a jego pieknie i symetrycznie plynacych ksztaltach doskonaly posiew poznania Mistrza i optycznie - artystyczne przedstawienie tego poznania w krajobrazach o obrazach duchowych, które sa równiez swego rodzaju krajobrazami. Wszelka sztuka wysokiego stopnia moze byc tworzona tylko droga najglebszego skupienia i przedstawia poniekad akt bialej magii. Rece i charakter pisma, które byly dla nas punktem wyjsciowym, doprowadzaja nas niechybnie do takich wniosków.

 

 

UZUPELNIENIA PRAWDY

 

Niniejsza ksiega nie ma za zadanie podawania w skrócie duchowej nauki zycia pozostawionej nam przez Mistrza, ani jej wyjasniania lub tworzenia wedlug niej czegos w rodzaju malego modelu dla wewnetrznego oka czytelnika przez odrzucenie rzeczy drugorzednych, gdyz nic w tej nauce nie moze byc drugorzedne. A ze chodzi w niej wylacznie o prawde i rzeczywistosc, o to jedno jedyne, wszystko w niej jest wazne w stale zmieniajacym sie aspekcie. Dlatego sam Mistrz nie znalazl krótszej drogi, jak tylko przestawienie nauki w poszczególnych trzydziestu - mniej lub bardziej zwiezlych ksiegach. Zdarzajace sie tam powtórzenia sa tylko pozorne: ukazuja raczej stale nowe i przewaznie niespodziewane perspektywy rzeczy istotnych. Zadaniem, jakie sobie w tej ksiedze postawilem, jest udowodnienie, ze zycie czlowieka, który obdarzyl swiat ujetym w nowej formie objawieniem prawdy, istotnie jest zgodne z jego dzielem. Z tego wynika jeszcze jedno dalsze zadanie: ustalic, czy ujeta w nowej formie nauka jest potrzebna i konieczna, czy jej gloszenie nie jest czasem rzecza zbedna, gdyz doprawdy nie odczuwa sie braku nauk zycia i religii. Gdy by ta nauka nie podawala nic innego, jak tylko to, co jest juz zawarte w innych naukach, chocby to bylo cos najlepszego i podane bylo w doskonalej, przystepnej i odpowiedniej dla czasów dzisiejszych formie, wówczas jej gloszenie nie byloby koniecznoscia, prawie nie oplacaloby sie robic z tego wielkiej sprawy. W "Ksiedze rozmów" (str.71) znajduje sie bardzo wazna uwaga: "U kazdego ludu nie znajdziesz "gotowej" nauki, która by ci calkowicie odslonila wszystka prawde." Tak bylo zawsze i tak zawsze bedzie. Zdarza sie jednak od czasu do czasu, ze w danej epoce na skale mozliwosci ludzkich sa warunki do gloszenia "gotowej" nauki, jak to bez watpienia mialo miejsce na przyklad z Tao te King, prastara ksiega, przypisywana Lao - Tse i zawierajaca osiemdziesiat jeden przypowiesci, oraz Jezusem, którego Bô Yin Râ nazywa najwiekszym ze wszystkich Milujacych, - w jego nauce gloszonej ustnie, która doszla do nas w poblaklych, o pare wieków pózniejszych opowiadaniach i przekladach, czesto wydajacych sie czyms nadludzkim i wstrzasajacym. To samo zdarzylo sie dzieki nauce, która tu rozpatrujemy. Osmielamy sie tak twierdzic i postaramy sie wyjasnic to, lecz nie uzasadnic, gdyz nie sposób uzasadniac naukowo spraw duchowych oraz tych, które tylko wewnetrznie mozna przezywac. Postaramy sie wykazac, ze nauka ta przedstawia madrosc w tak doskonalej formie, jak to w naszych czasach jest konieczne, mozliwe i sluszne. Przy tych rozwazaniach dokonamy odkrycia, ze nauka ta wyjasnia szereg zagadnien, wobec których w domach i kaplicach innych nauk stalismy zawsze zaklopotani lub bylismy sklonni je poniechac. Lektura ksiag Mistrza wykazala juz niejednemu czytelnikowi, ze autor tylko pozornie unikal odpowiedzi na pewne pytania, ze te pytania jednak w dalszym ciagu w nim nurtowaly i ze ich niespodziewane rozwiazania jak nocna blyskawica raptem wszystko oswietlaly. Dlatego tez mówimy o integracji, uzupelnieniu i ustaleniu nienaruszonego stanu prawdy. Jest, wiec naszym obowiazkiem polozyc nacisk na te rzeczy istotne i bedziemy starali sie uporzadkowac cztery wspomniane juz dzialy: o Swiatyni Wiecznosci, o poznaniu w nas Boga, o duszy i o biegunowosci.

 

 

O SWIATYNI WIECZNOSCI

 

"Bóg - to zywy ogien" mówi "Ksiega Boga Zywego". Kazdy z nas ludzi na tej ziemi jest synem marnotrawnym. Jesli wreszcie dojrzeje w nim decyzja, by udac sie w droge do domu i wlaczyc sie w obwód pradu, który przeplywa pomiedzy niebem a ziemia, to wiekuista Milosc postara sie stworzyc nalezyte zabezpieczenie, by stracone dziecie Swiatla nie zostalo niezwlocznie spalone potega Swiatla nadswiatowej energii, od której sie juz odzwyczailo, a na której dzialanie wazy sie teraz narazac. Gdyz w gospodarce wszechswiata panuje cudowny porzadek. O cóz, wiec tu chodzi? Bô Yin Râ w jednym z listów do swoich uczniów duchowych, ogloszonych w swoim czasie w jednym z czasopism, na pozór zupelnie na marginesie czyni uwage, która moze niejednego gleboko poruszyc. Glosi ona, co nastepuje: "Religijne przenosnie mówia, ze ludzie swiadomie w Duchu zyjacy - jakiekolwiek miano by im nadawano i jakkolwiek by sobie ich wyobrazano - bezustannie "przed tron Boga" zanosza swoje "Swiety, Swiety, Swiety", co nastrojonym do pewnego stopnia estetycznie sceptykom mogloby sie wydawac raczej kara piekielna, niz dowodem wiekuistej szczesliwosci. Ale w tych alegoriach tkwi tylko prawda, ze swiadome zycie w Duchu wiekuistym jest bezustannym rytmicznie akcentowanym czynem, i ze ten czyn jest najwyzszym uwielbieniem wiekuistego Bytu, lecz nie daje sie opisac za pomoca ziemskich porównan. Ze czyn ten usilowano przedstawic jako spiew, - a czasami nawet jako muzyke, - wskazuje wyraznie, ze ta mowa alegoryczna pochodzi od ludzi, którzy doprawdy przemawiali z Ducha wiekuistego..." Rytmicznie akcentowany czyn. Jakze by istota, która dopiero zdecydowala sie ujsc z chaosu, mogla nagle zniesc taka wspanialosc, nawet gdyby juz byla do pewnego stopnia przygotowana przez rytmiczne skojarzenia natury w postaci kwiatów, krysztalów oraz przyplywów i odplywów morza, lub tez przez rytmiczne wysilki ziemskich artystów i budowniczych swiatyn, nawet gdyby stworzono ziemskie pontyfikaty w Rzymie lub Lassie czy tez gdzie indziej, w slusznym zalozeniu, ze bez budowniczych mostów i bez posredników nie mozliwe jest znalezienie bezpiecznej drogi powrotnej? Zadanie skolatanej duszy ludzkiej niezbednego, z Ducha zatwierdzonego pontyfikatu jest usprawiedliwione i od dawna spelnione i urzeczywistnione. W jaki sposób, to wyjawil nam obecnie Mistrz. Prawdziwie duchowy i swiety, czyli zbawienny i wyzwalajacy, rytmicznie akceptowany czyn siega az do sfer tej planety jako struktura, która Mistrz nazwal Swiatynia Wiecznosci, a Jasniejacych Praswiatlem jej kaplanami. We wszystkich wielkich religiach znajdujemy napomknienia o tym fakcie duchowym, nigdzie jednak tak jasno i wyraznie wypowiedziane, zeby czuc mocny grunt pod stopami. W sposób symboliczny objawia sie wszedzie istnienie tej Swiatyni z krysztalowo czystej, wiekuistej substancji duchowej (porównanej, Bô Yin Râ "Listy do ciebie i do wielu innych") . W podaniach i legendach chrzescijanskich mit o Graalu na przyklad czyni nader wzruszajace aluzje do tej po raz pierwszy odslonietej przez Bô Yin Râ rzeczywistosci. Powiedziano nam, ze "Swiatynia Wiecznosci" znajduje sie gdzies w Himalajach, niedostrzegalna dla oka cielesnego, bez okreslenia miejsca. Nawet dla przecietnego pojmowania jasne jest, ze to wysoko polozone i odlegle miejsce nie jest narazone na zwierzeco-ludzka atmosfere, skutkiem, czego skupione w nim wplywy duchowe i stad kierowane w glab ziemi nie napotykaja na zadne nieczyste przeszkody. Swiatynia zawdziecza swój blogoslawiony i niezniszczalny byt dzialaniu i "rytmicznie skoncentrowanemu czynowi" budowniczych, którzy sa jedynymi upowaznionymi do kierowania czlowieka, który odpadl od swego Boga, na jego powrotnej drodze do Ojca. Cicho i niezmordowanie buduja dalej te doskonala, ale wciaz jeszcze dajaca sie doskonalic praduchowa architekture wszelkiej natchnionej budowy swiatyni na ziemi, której szczytowe punkty znane sa nam przede wszystkim jako doryckie swiatynie i gotyckie katedry. Jest to, wiec substancjalny, duchowo przestrzenny pomnik i dokument dzialalnosci tych Jasniejacych Praswiatlem "Wielkich duchów". To wielkie dzielo jest kwintesencja duchowo - ludzkiej twórczosci na naszej planecie, a obleczone w forme daje rekojmie powrotu ziemskich ludzi dobrej woli do ojczystego swiata ducha, swiata przyrody, dobra i piekna; dzielo, które we wszystkich swych czesciach skladowych jest dzwiecznym odzwierciedleniem harmonii sfer. Goethe, którego Bô Yin Râ czytal zawsze z najwyzszym szacunkiem i podziwem, doskonale wyczuwal wewnetrznie istnienie Swiatyni Wiecznosci, gdy w drugiej czesci "Fausta" (scena w palacu cesarskim, sala rycerska) pisal: "Wskros przez powietrze dzwiekami przesnute Wszystko sie zlewa w melodyjna nute. O tron tryglifu poddzwiek sie roztraca. Cala swiatynia zda sie spiewajaca". Zwiazek braterski i konwent tych ludzi wielkiej duszy, tych Jasniejacych Praswiatlem, sklada sie przede wszystkim z ludzi Duchów nie upadlych w cialo zwierzece, którzy w milujacym porywie poswiecili sie wyzwalaniu swych "mlodszych braci" teskniacych za utraconym szczesciem. Mozna ich porównac z Bodhisattva wschodniej i aniolami strózami zachodniej mitologii. Ale zreszta niemozliwa byloby dla tych dostojnych "Najstarszych" dosiegnac upadlych ludzi ziemskich i niesc im pomoc, by sie przeobrazili w odpowiednie dla swego celu jasniejace kamienie wegielne pod budowe Swiatyni ludzkosci. "Czlowiek ziemski upadl zbyt gleboko, by bez stopni posrednich mogli go dosiegnac owi najwyzsi, nigdy nie upadli opiekunowie duchowi (Bô Yin Râ "Ksiega Boga Zywego") . Dlatego wlasnie ksztalca oni odpowiednie duchy ludzkie, które sie dobrowolnie na to ofiarowaly na dlugo przed ich wcieleniem w cialo zwierzece, aby nastepnie w zyciu ziemskim mogly tworzyc niezbedne stopnie posrednie. Takich ziemskich ratowników bywa zawsze bardzo niewielu. Ale troszcza sie o to, aby lancuch nigdy sie nie zerwal. Moze wiesc o tych zbudzonych w duchu Mistrzach i pomocnikach "Najstarszych" zachowala sie w zachodnich podaniach o bohaterach, które osnuly takie postacie jak Orfeusz lub Parsival. Chocby nawet istnialy róznice miary duchowej na podobienstwo róznic pomiedzy sloncami wszechswiata, to jednak wszyscy kaplani Swiatyni Wiecznosci sa identyczni w swej - przekraczajacej zdolnosci pojmowania ludzi ziemi - lacznosci albo transsubstancjacji z "Ojcem" wiekuistym. Gdy rozwazymy, co ci Mistrzowie Swiatyni pomagaja nam osiagnac w nas samych - Prowadzi to nas bezposrednio na nauki: O POZNANIU W NAS BOGA.

 

 

O POZNANIU W NAS BOGA

 

Pelno jest na swiecie ludzi, którzy z mniej lub bardziej wyrazna swiadomoscia szukaja Boga. A ze droga do Boga jest droga prowadzaca w glab siebie a nie na zewnatrz, co do tego sa jednomyslni wszyscy ci, którzy to rzeczywiscie poznali i uswiadomili sobie. Jest, wiec rzecza jasna i niewatpliwa, ze Bô Yin Râ równiez nie wskazuje zadnej innej drogi, jak tylko te wlasnie. Wskazuje nam nie tylko, gdzie i jak mozna znalezc Boga, lecz przede wszystkim podaje zarazem, kto i co to jest - Bóg. Zdolal odslonic fakty duchowe, które dotychczas wydawaly sie nie do opisania. A ze mógl i mial prawo to uczynic, odczuwaja jako wielkie dobrodziejstwo duchowe wszyscy ludzie nie upojeni rojeniami lub uprzedzeniami i nie lubiacy drwic ani szydzic. Jak wiec Mistrz naswietla nasze pojecie o Bogu? Przede wszystkim nie oczekiwanym stwierdzeniem: "Jedynie wolna wola, swiadoma wola Ducha ksztaltuje siebie dla samej siebie - na Boga". To sformulowanie brzmi prawie zastraszajaco, gdyz Bóg jako samouksztaltowanie woli Ducha wystepuje jako jego najwyzsze wypowiadanie wlasne, stanowiace warunek istnienia wszechswiata, który ze swej strony jest warunkiem istnienia Boga (Ksiega Boga Zywego) . To wyrazne sformulowanie rzuca od razu upragnione swiatlo na nauke o Slowie w pierwszym rozdziale ewangelii Jana. W swej ksiedze "Madrosc Janowa" Mistrz podal duchowa wierna rekonstrukcje pisma ucznia Janowego, która to prawda nie jest przeznaczona ani dla ludzi poboznych i wierzacych zgodnie z dogmatami, ani dla bieglych w Pismie, a prócz tego w zadnym wypadku nie ma ona zaklócac spokoju tych grup ludzkich, lecz jest niezwykle ciekawa i pouczajaca dla ludzi, którzy musza kroczyc wlasnymi drogami. Znamienne poczatkowe zdania Ewangelii brzmia w scislym i doslownym przekladzie z jezyka greckiego: "Na poczatku bylo Slowo (Logos) i Slowo bylo u Boga i Bogiem bylo Slowo. Wszystko sie przez nie stalo, a bez niego nie stalo sie ani jedno z tego, co sie stalo. W nim byl zywot, a zywot byl "Swiatloscia ludzi". Mistrz podaje nastepujace ujecie, które zasadniczo przenosi wszystko w czas terazniejszy, a wlasciwie w stala terazniejszosc wiecznosci: "Na poczatku jest Slowo, a Slowo jest w Bogu i Bogiem jest Slowo. Wszystko sie tylko przez nie stalo, a bez niego nic sie nie staje: nawet rzeczy najdrobniejsze. W nim zywot wszystkiego a jego zywot jest Swiatloscia ludzi". Swiatlosc ludzi: gdyz Bóg jest czlowiekiem - nalezycie rozumiejac - a wlasciwie tym, co stanowi istote jazni duchowej czlowieka. Kazdy moze odnalezc swego Boga, od którego odlaczyl sie w swym upadku ze Swiatla i uksztaltowac go wedlug najglebszej swej wiary, dzieki czemu staje sie Bóg dla niego i tylko dla niego dostepny do zrozumienia. Jak jednak moga nastapic te wewnetrzne narodziny Boga? Przez Slowo. Jak to nalezy rozumiec? Mistrz stale wskazywal na magiczna potege Slowa, a nawet wrecz powiedzial, ze dla naszych czasów - gdyz nie zawsze mozna dostrzec "to samo nadzwyczajne dzialanie sil" - zadne inne magiczne dzialanie nie jest odpowiednie, jak tylko dzialanie Slowa. Juz nawet na zewnatrz wypowiedziane Slowo wywoluje, jak to udowodnily w naszych czasach liczne przyklady, niezwlocznie skutki w takich rozmiarach, jakich dawniej zapewne nie znano. Tylko pozornie, albo przynajmniej czesciowo dzialanie Slów wynika z ich rozumowo uchwytnego znaczenia. Jest to raczej ich magiczna wartosc dzwiekowa, ich zgodnosc z liczbowymi i rytmicznymi podstawami wszechswiata, z której wynika ich potezna sila w pewnych okolicznosciach poruszajaca z posad góry". Gdyz prawdziwe Slowa wyplynely z Praslowa, jak jazn z Jazni swiatowej. A droga do Boga jest droga do wewnetrznej tozsamosci Slowa ze Slowem wszystkich Slów, do poznania imienia czlowieka, którym sie jest. Odczute wewnetrznie Slowo, zakladajac odpowiedni tryb zycia, wywoluje palenie sie krzaków ciernistych, raptowne otwieranie sie drzwi oddzielajacych od oczekujacego wewnatrz bóstwa. Jak przyszla matka, a przy tym milujaca i rozumna, poswieca wiele uwagi swemu odzywianiu, tak tez uczen duchowy, który pragnie, by Bóg jego w nim sie narodzil, bedzie bacznie dobieral Slów, które wewnetrznie wymawia i cwiczy, które spozywa jako pokarm duchowy, gdyz obdarza nimi nie tylko samego siebie, lecz przede wszystkim najswietsze dziecie boze, które oczekuje narodzin. A ze prawdziwa jazn czlowieka calkowicie i wylacznie z Ducha pochodzi, zablysnie Bóg narodzony w jazni jako objawienie sie Ducha i jest on identyczny z jednym Bogiem, chociaz uksztaltowany indywidualna sila twórcza danego czlowieka. W miare mozliwosci kazdy czlowiek jest podobizna owego chrzescijanskiego legendarnego Swietego Krzysztofa, który poczatkowo nieswiadomie, uginajac sie pod ciezarem, a nastepnie w pelni swiadomosci, przy coraz lzejszym ciezarze niesie Dzieciatko Boze, a wraz z nim istote calego Ducha - przez wody, przez pierwiastki Prabytu, oceanu duszy. Jezeli wiec powiedziano nam, ze Bóg narodzi sie w duszy czlowieka, powstaje pytanie: co to jest dusza?



dalej


strona główna
(23kB)