(23kB)
strona główna

BO YIN RA


DROGOWSKAZ

 

Przekład
Franciszka Skąpskiego

 

T R E Ś Ć

1. Obietnica
2. Zjawisko a przeżycie
3. Poznanie a nauczanie
4. Uczcie się czytać
5. Listy
6. Kult osób
7. Skłonność do krytyki
8. Kto to był Jakub Böehme
9. Moc uzdrawiania
10. Niebezpieczeństwo mistyki

Część II - WIERSZE
"W mowie wiązanej"

1. Świątynia głębin
2. Mądrość
3. Zewnętrzność i wewnętrzność
4. Wielojedność
5. Tajemnica wody
6. Przestroga
7. Wieczność
8. Symfonia
9. Mysterium Magnum
10. Powrót do Ojczyzny
11. Przeciwieństwo
12. Szczególni Szukający
13. Potrzebna Surowość
14. Konsekwencja
15. Ludziom Dobrej Woli
16. Wolność w Przyjaźni
17. Kwiat czy Owoc
18. Uosobienie Godności
19. Mądry Podział
20. Rada
21. Pyszałki
22. Człowiek Przemądrzały

 

O B I E T N I C A

Wichura jesienna zerwała ostatnie liście z odrętwiałych gałęzi. Zwiędłe i zżółkłe lub rdzawo brunatne i suche, szeleszczące, rozwiane wichrem, zasłały drogę hen, daleko.

To, co niegdyś wiosną rozwijało się w przepychu zieleni, co chłodnym cieniem rzeźwiło w upale, żarem dyszące godziny letniego południa, leży teraz obumarłe, wdeptane w wilgotną ziemię:
- na pastwę pleśni i na łup zgnilizny!
To pora oddalenia od słońca-
tęskliwa, od mgieł posępna!
To wielkie zamieranie przyrody!--

Tak mówią sentymentalni poeci i opłakują minione lato.

A jednak: czyż naprawdę zamarło już wszelkie życie?

Czyż doprawdy gałęzie stały się też drętwe i martwe, odkąd zrzucić musiały swe liście?-

Oderwij wzrok twój od ziemi i nie daj się urzec widokiem zgnilizny, a spostrzeżesz dookoła nabrzmiewające pączki, tam oto na leszczynie już się nawet chwieją pierwsze, nie rozchylone jeszcze wisiorki kwietne!

Zaledwie owoc zebrano, ledwo opadł liść ostatni, a to już się zjawia zapowiedź nowej zieleni, nowego kwiecia, przepychu nowej wiosny!

Byle kilka z rzędu ciepłych dni słonecznych, a wnet ujrzysz na każdym krzewie pierwszą młodą zieleń.

Jeszcze się jednak spodziewać należy wichrów lodowatych, słusznie więc młode pączki kryją się tymczasem w swoich pancerzach. Życie w nich wymaga jeszcze ochrony.

A przecież - zaledwie śnieg w wodę się zmieni i wsiąknie w polne bruzdy, wnet ruszy się to wszystko, co teraz przemocą prawie trzymane jest w pąkowiu.

Co roku pragniesz się na nowo upajać spokojnie widokiem nadchodzącej wiosny, a zawsze zjawia ci się ona niespodzianie, przez jedną niemal noc strojąc się w młodą zieleń.

Kilka dni słonecznych po ciepłym deszczu, a oto na każdej gałązce lśnią już nowe listki.

Przez czas pewien, dla ciebie może zbyt długi, musi życie dokładać wszystkich sił, by samo siebie hamować i chronić swe twory od zguby.

Potem jednak zrywa z siebie wszelkie więzy i wszędzie wykwitają jego promienne twory.

Czyż nie poznajesz, jak cię tu poucza przyroda?

I ty, zaiste, nie zawsze jesteś w bliskości światła.

I ty, masz chwile wzniesień i chwile upadków na duchu, których kolejność określa rytm twego życia.

Zaledwie nabrałeś przekonania, żeś wszystko osiągnął i zaledwie zaufałeś dumnie swoim siłom - gdy oto nagle ogarnęło cię znużenie, odbierające ci z każdym dniem coraz bardziej ufność w siebie, i wreszcie wszystko, co było źródłem twej duszy, runęło w nicość....

Sądzisz więc, iż wszystko życie już w tobie zamarło i za głupstwo wierutne uważasz słowa tych, co ci mówią, że znużenie twoje kryje w sobie niewątpliwą zapowiedź nowej działalności życiowej.

Nie znasz jeszcze pory swoich wzniesień i upadków i nie chcesz zrozumieć, iż  d u c h  t w ó j  tylko w  r y t m i c z n e j  kolejności  z m i a n  zdolny jest się przejawiać.

Nawet w dniach największego oddalenia twego od światła pulsuje w tobie życie.

To, co ma nadejść, przygotowuje się w tobie, choć ty o tym nic nie wiesz...

Wierzaj: i ty znajdziesz się tak samo blisko światła, jak dawniej!

Jeśli okresy swego upadku na duchu za każdym razem przeczekasz cierpliwie, rozkwitniesz w nowej świetności! -

Nie poddawaj się smutkowi i otępieniu jak człowiek, dla którego nie ma już nadziei.-

Bądź świadomy wiecznego odnawiania się w tobie twoich sił i nie trać wiary w siebie!

W chwilach swego najgłębszego upadku na duchu tworzysz los własny, a w dniach największego oddalenia od światła kiełkują w tobie zalążki, które, gdy przyjdzie nowa wiosna, w widoczny kształt się rozwiną!-

Naucz się ufać sobie i zwalcz trawiący twą duszę niepokój, by w ciszy mogło w tobie kształtować się to, co ma dalej nastąpić!

--------------------------

Z J A W I S K O
A
P R Z E Ż Y C I E

O stopniu poznania prawdy przez danego człowieka decydują jego  p r z e ż y c i a, ich  i n t e n s y w n o ś ć, a nie  z j a w i s k a  w y w o ł u j ą c e  t e  p r z e ż y c i a.

Chociaż fakt ten jest prosty i łatwy do zrozumienia, niemniej rzadko bywa rozumiany.
Napotykamy wszędzie nadmierne przecenienia  n i e z w y k ł y c h  z j a w i s k, podczas gdy  z d o l n o ś ć  p r z e ż y w a n i a  w większości wypadków tak dalece  z a n i k a, że trzeba dopiero szczególnej sensacji, niesłychanych podniet zewnętrznych, by je bodaj przelotnie obudzić.

Czyż więc można się dziwić, że osiągnięte w ten sposób  "p r z e ż y c i a"  są odpowiednikiem zmniejszonej  z d o l n o ś c i  przeżywania?

"Przeżycia" takie, to tylko  s z u m o w i n y  na  p o w i e r z c h n i  wskutek braku zdolności do głębszego wniknięcia w zjawisko, choćby nawet pozornie rozczłonkowano je lancetem aż do głębi i zbadano pod mikroskopem aż do najsubtelniejszych włókienek.

Nawet wtedy, gdy fizyczne warunki danego zjawiska poznane zostały najdokładniej drogą ścisłych metod naukowych, pozostaje przecież to ostatnie, czego nigdy tą drogą poznać nie podobna: owa  "d u s z a"  zjawiska, którą wówczas tylko poznać można, gdy zdolność przeżywania na tyle jest rozwinięta, iż reaguje na takie nawet impulsy, jakie dla zmysłów fizycznych pozostają zgoła  n i e u c h w y t n e.

Dla takiego poznawania jest to bez znaczenia, czy analizujemy zjawisko aż do najgłębszych jego granic, czy też poddajemy się działaniu całokształtu jego form  n i e  dzieląc go przedtem mechanicznie na poszczególne części, choćby tylko za pomocą mechanizmu myślenia.

Głębia i waga  p r z e ż y c i a  nie należą bynajmniej od skali lub zasięgu mechanicznej obserwacji  z j a w i s k a!-

Ognie sztuczne mogą oślepić oczy i zakończyć się ogłuszającym trzaskiem i hukiem - a przecież maleńki robaczek świętojański, migocący nocą letnią w mroku lasu, wywołać w nas może o wiele głębsze  p r z e ż y c i a, niżby to sprawić mógł kunszt pirotechnika...

To samo zachodzi przy  k a ż d y m  zjawisku, niezależnie od tego, czy "chwytamy" je wzrokiem, czy innym zmysłem fizycznym!

Oczywiście majestat niebotycznych szczytów górskich, dziki łoskot morza szturmującego do skał nadbrzeżnych mogą się stać przyczyną głębokich i silnych przeżywań, ale również  n a j b ł a c h s z y  w y p a d e k  bez żadnego na  p o z ó r  z n a c z e n i a  wzbudzić w nas może potężne przeżycia.

Moc ludzi - i to nie tych o wystygłych duszach - żyje w stałym oczekiwaniu jakiegoś niesłychanego przeżycia, zdolnego wstrząsnąć nimi do głębi - a że mimo całego ich pragnienia takie przeżycia na nich nie spływają, tedy w gorączkowym jego poszukiwaniu spieszą od zjawiska do zjawiska w błędnym przekonaniu, że oczekiwane  p r z e ż y c i a  można przecie  o s i ą g n ą ć, byle tylko trafić na  z j a w i s k o  tak potężne, iż swym ogromem podbić zdoła duszę.

W końcu żaden cud przyrody nie jest im obcy, poznają wszystkie części świata, a jednak wszystko to nie zaspokaja tęsknoty ich duszy.

Inni znowu szukają spełnienia swych nadziei w dziedzinie sztuki, nauki lub abstrakcyjnej myśli - a jeszcze inni, szczególnie w naszych czasach, oczekują zbawienia od "cudu techniki" lub, co gorsza, ulegają samohipnozie, uważają za owo upragnione  p r z e ż y c i e  "sensacje" sportowe i podniecają nerwy zuchwałą grą o śmierć albo życie.

Nikomu na myśl nie przyjdzie, iż wszystkie te chwilowe  p o d n i e t y  tym sposobem stwarzane - czy ktoś czerpie je ze szczytów, czy z nizin świata zjawisk - są tylko odurzaniem i  ł u d z e n i e m  własnej duszy domagającej się tak  p r z e d t e m  jak i potem swego prawa do szczęścia doznawania przeżyć, w których by mogła  d o j ś ć  d o  ś w i a d o m o ś c i  samej siebie.

Takich przeżyć może każdy znaleźć pod dostatkiem w najbliższym swym otoczeniu, a jeśli je znaleźć  p o t r a f i  - bezsensowną mu się wyda wszelka chęć gonienia za czymś dalekim, nieznanym, a wszelkie łechtanie nerwów, zachwalane przez innych jako "przeżycie", wyda mu się jedynie podejrzanym  s u r o g a t e m  prawdziwego przeżycia.

Ale - jak to już powiedziałem na początku - nieodzownym warunkiem  p r a w d z i w e g o  p r z e ż y c i a  jest  z d o l n o ś ć  do przeżywania.

W każdym jest ta zdolność utajona, ale nikt nie będzie mógł z niej korzystać, kto nie  r o z w i n ą ł  jej w sobie do pewnego stopnia, a taki rozwój osiąga się  n i e u s t a n n y m  ć w i c z e n i e m.

P r z e ż y w a n i e  wymaga najwyższego  s k u p i e n i a, nastawienia wszystkich chęci chłonięcia wrażeń na jeden jedyny punkt - i stałej gotowości niezwłocznego  "s k u p i e n i a  s i ę"  pod wpływem  d a n e g o  i m p u l s u.

Przeciwnie, kto rozgląda się wciąż za nową  "r o z r y w k ą", ten napewno nie rozwinie w sobie zdolności przeżywania.

Goni on od zjawiska do zjawiska, nigdy ich niesyty, jak ów nałogowy narkoman, by w najlepszym razie dobiegłszy kresu dni swoich zrozumieć, iż wszystko, o co się ubiegał, było "znikomością" i skończyć na gorzkiej rezygnacji.

Nie należy też nigdy  p o s z u k i w a ć  przeżyć- ani ich też uważać za jakiś dar losu.
Prawdziwe przeżycie zjawia się zawsze  n i e s z u k a n e  i najłatwiej znaleźć je można w  ż y c i u  c o d z i e n n y m.

Znajdujemy je nagle na drodze, na którą weszliśmy wcale nie w celu poszukiwania  p r z e ż y ć  - ale gdy się zbytnio do tego przygotowujemy, na pewno powrócimy do domu smutni, z pustką w sercu...

Dotyczy to przede wszystkim wszelkiego przeżycia, mogącego nam dostarczyć wiadomości o świecie istotnego Ducha.

Nie w ziemskim  z j a w i s k u, lecz właśnie  w  p r z e ż y c i u  może człowiek związany z ziemią pojąć duchowość, a jednak i t o przeżycie musi być  w y w o ł a n e  przez formy i zdarzenia należące do świata zjawisk, a nawet duchowość jest  w e w n ę t r z n y m  światem zjawisk i tylko jako zjawisko w głębi duszy poznać się daje.-

Gdzie zaś zjawisko zewnętrzne, uchwytne dla  z m y s ł ó w  z i e m s k i c h, usiłuje się narzucać, jako pochodzące ze świata czystego Ducha, tam należy się zawsze mieć na baczności, gdyż rzadsze niż diamenty w piasku morskiego wybrzeża bywają takie układy sił, które czynią duchowość uchwytną dla  z m y s ł ó w  z i e m s k i c h  z j a w i s k a. Wśród milionów synów tej ziemi  t a k  m a ł o  bywa  z d o l n y c h  do poznania tego rodzaju zjawisk, że łatwo by  i c h  b y ł o  p o m i e ś c i ć  w  j e d n e j  m a ł e j  i z b i e.-

Kto jednak  p o z n a ł  r z e c z y  D u c h a  choćby tylko raz jeden w  n a j g ł ę b s z y m  p r z e ż y c i u  d u s z y, ten  n i e  b ę d z i e  j u ż  p o ż ą d a ł, by mu się objawiły w niezwykłych zjawiskach świata zewnętrznego, przeżył bowiem  t a k i e g o  rodzaju objawienie, jakie niejednego Widzącego uszczęśliwiło do tego stopnia, iż sądził, że cały świat zewnętrzny jest jeno pozorem i złudą w porównaniu z promienną rzeczywistością, której w sobie doświadczył.-

Niedorzecznością jest mniemać, jakobyśmy poznali dokładnie zewnętrzny świat zjawisk, gdy najmniejsze jego cząstki uczyniliśmy dostępnymi dla naszych zmysłów, - gdy staraliśmy się wykryć wszelkie możliwości ich działania i w myśli stworzyliśmy sobie obraz domniemanego owładnięcia nimi.

O ileż większą niedorzecznością jest żądać, by świat  D u c h a  można było w ten sposób odaleźć w świecie zjawisk widzialnych, oraz wnioskować z dziecinnym uporem: - że skoro tak odnaleźć się nie daje, to i  w  i n n y  sposób dotrzeć doń niepodobna.

Nie mniej też niedorzeczne jest domaganie się dowodów istnienia sił duchowych przez zjawiska uchwytne dla  z m y s ł ó w  z i e m s k i c h.

Kto się jeszcze błąka w takim  l a b i r y n c i e  m y ś l o w y m, ten nie ma najmniejszego pojęcia  o  n a t u r z e  i  u k s z t a ł t o w a n i u  "istotnego Ducha", a nawet przyjmuje za wiekuistego substancjalnego  d u c h a  tę cząstkę  ś w i a t a  m y ś l i, której istnienie  w y c z u w a, chociaż się ona jeszcze przed nim nie odsłania: - cząstkę znajdującą się  p o z a  otaczającym go labiryntem!

Słyszą niektórzy, jakoby świat istotnego Ducha objawiał się tylko w  p r z e ż y c i u  i roją sobie, iż znają od dawna to przeżycie w postaci przeżywań związanego z mózgiem  m y ś l e n i a.

Atoli  p r z e ż y c i e, o którym tu mowa nie ma  n i c  a  n i c  wspólnego z  m y ś l e n i e m, świat zaś prawdziwego rzeczywistego  D u c h a  jest o całe niebo  w z n i o ś l e j s z y  od wszelkich cudów  ś w i a t a  m y ś l i!-

Jak każda dziedzina poznania ludzkiego przed tym się tylko otwiera, kto wypełnia niezbędne po temu warunki, tak też i człowiek, który  ć w i c z y  swe  z d o l n o ś c i  wewnętrznego przeżywania przy wszelkich możliwościach świata zjawisk zewnętrznych, dojdzie stopniowo do tego, że   z j a w i s k o  będzie dlań bodźcem do takiego  p r z e ż y c i a, w którym by objawił się świat istotnego  D u c h a.

Jedynie w  p r z e ż y c i u  własnej  d u s z y  p o j m i e  on ten świat znajdujący się  p o z a  d z i e d z i n ą  z m y s ł ó w  o r a z  p o z a  m y ś l e n i e m !-

Wtedy dopiero każde zjawisko odsłoni mu ten  b y t  wewnętrzny, którego jest odbiciem...

Wtedy dopiero ten, co przeżywa, będzie umiał wyjaśnić sobie  w ł a s n e  ż y c i e, a to, co dotąd było dlań ciemne, zabłyśnie w świetle wiekuistym ! ---

 

--------------------------

P O Z N A N I E
I
N A U C Z A N I E

Jest rzeczą w istocie różną, czy zdolny jestem coś  p o z n a ć  w jasnym świetle Ducha wyłącznie dla siebie samego, czy też posiadam dar  p r z e k a z y w a n i a  innym nabytej wiedzy za pomocą  n a u c z a n i a.

Wiedza moja może być niezwykle głęboka, a jednak mogę być pozbawiony możności  d o b y w a n i a  z tych głębin skarbów, które tam  w i d z ę  ukryte...

Mógłbym nawet mieć te skarby od dawna wydobyte z głębin, a nie być przecie biegłym w sztuce nadawania im  p r o m i e n n e g o  b l a s k u, jakiego były godne, tak iż wartość ich i znaczenie pozostałyby nieuchwytne dla ludzi spozierających na nie nieufnie...

Tuzinkowa to mądrość, dostępna dla każdego, a codzienne doświadczenie dostarcza tu potwierdzeń więcej niż potrzeba!

Wielu jest jednak ludzi opętanych manią nauczania, która każe im stale zapominać o tym, że powinni by sami sibie wpierw zapytać, j a k i e g o  r o d z a j u  ma być to, czego chcą innych nauczać.

B ł o g o s ł a w i e ń s t w i e m  mogłoby być nauczanie ludzi, którzy nauczają tylko tego, czego nauczać  s ą  w  s t a n i e : wszelako nieszczęsna żądza nauczania i takich rzeczy, których nauczać nie mogą, czyni z nich narzędzia  z ł a.

Takiej manii nauczania, o ile chodzi o rzeczy  z i e m s k i e, stawiane bywają bądź co bądź pewne granice i zapory, a ludzie nauczani przez niepowołanych rychło spostrzegają, iż nierozsądnie zaufali komuś, kto wart jedynie ośmieszenia....

Tam jednak, gdzie zjawisko zewnętrzne nie daje  ż a d n e g o  sprostowania błędnej wiedzy, może ta skłonność do pouczania innych gromadzić wciąż zło tak długo, aż nauczyciel skłonnością tą opanowany sam rozpozna wreszcie swoją winę, choć działał zawsze w dobrej wierze.-

Nawet wśród dążących do światła czystego, istotnego  D u c h a  iluż niestety jest takich, którzy przeżywszy zaledwie pierwsze swe ubogie poznanie, już się powstrzymać nie mogą, by jak najprędzej i to bez potrzeby nie rozprawiać o nim.

Zaledwie ich muśnie pierwszy promyk światła, już śpieszą znaleźć człowieka, którego by mogli  p o u c z y ć  ze skromnego zasobu swego poznania.

Uważają siebie za rzecznika  D u c h a, gdy tymczasem są tylko nędznymi niewolnikami swej  p r ó ż n o ś c i !

Gdy zaś człowiek uszczęśliwiony takim nauczaniem odważy się na  s p r z e c i w, czując się przez  w ł a s n e  poznanie  d a l e k o  l e p i e j  p o u c z o n y m  niż sam jego nauczyciel, wtedy w większości wypadków mimo woli odsłania się całe ubóstwo duchowe nauczyciela, nie mogącego pojąć, że inny człowiek, którego on uważa za  n i ż e j  o d  s i e b i e stojącego, mógł posiąść wiedzę, jakiej brak jeszcze jemu samemu....

To  w y s o k i e  o sobie  m n i e ma n i e  wspólne jest wszystkim opanowanym manią nauczania! -

Z okruchów wiedzy rzeczywiście może zdobytych przez nich, tworzą sobie piedestał, na którym mogą się czuć  "w y ż s i"   od innych, a przemawiając opuszczają w dół powieki, by  "s p o g l ą d a ć"   z tej urojonej wyżyny duchowej...

Nie przeczuwają, iż  s a m i  na siebie wydają  w y r o k i : - że byli wprawdzie  "p o w o ł a n i", ale przez pychę swoją muszą teraz być  w y ł ą c z e n i  z grona  i s t o t n i e  "p o l i c z o n y c h", których  "w y z n a c z a"   nieomylnie mądry wybór wieczności! - - -

Nie zdają sobie sprawy, iż ta mania nauczania staje się dla nich  z g u b ą, nigdy bowiem nie zdołają już wznieść się z pierwszego ubóstwa do przejasnej  p e ł n i  poznania. To poznanie staje się dostępne jedynie  t y m, którzy wtedy dopiero otwierają usta ku nauczaniu, gdy tego żąda od nich nakaz duchowy.

Nawet wówczas z wahaniem i drżeniem oblekają swoje poznanie wewnętrzne w szatę słowną, pomni zawsze wielkiej  o d p o w i e d z i a l n o ś c i, jaką wziąć musi na siebie każdy podejmujący  się n a u c z a n i a  o rzeczach duchowych! --

Ach, gdybyż ci wszyscy, którzy się tak chętnie uważają za powołanych  n a u c z y c i e l i, mogli mieć choć trochę  p o c z u c i a  o d p o w i e d z i a l n o ś c i, jakie ożywia tych, którzy o rzeczach duchowych nauczać  m u s z ą !

Kto  n i e j a s n o  choćby wyczuwa, jak wielka jest ta odpowiedzialność, ten się pewno nie odważy  n a u c z a ć  innych, zanim sam nie zdobędzie  p e ł n i  n i e o m y l n e g o  poznania !

Nie ma dnia w życiu moim, o którym musiałbym z takim drżeniem wspominać, jak o dniu, kiedy nałożono na mnie obowiązek nauczania. - - -

Zaprawdę : - bardzo ciężkim było to dla mnie przeżyciem, gdy sam na sobie doświadczyć musiałem, jak inną jest rzeczą  s a m e m u  s o b i e  przyświecać poznaniem, a co znaczy ujmować to poznanie w  s ł o w a  n a u k i!

Jakże bliski byłem wtedy pokusy, by się modlić:
- "Panie, n i e  n a k ł a d a j  n a  m n i e  t e g o  b r z e m i e n i a ! -  z l i t u j  s i ę  i  p o s z u k a j  s o b i e  i n n e g o  s ł u g i !" ----

Lecz modlitwa taka byłaby  b l u ź n i e r s t w e m  i duchowym  u n i c e s t w i e n i e m  s i e b i e  s a m e g o...

Ani  j e d n e m u  z tych, którzy kiedykolwiek jako  p o w o ł a n i  przemawiali o Duchu, nie oszczędzono tej straszliwej chwili.-

Komu zaś naprawdę o Duchu mówić  w o l n o, gdyż z własnego  d o ś w i a d c z e n i a  mówić może, ten ledwie pojąć zdoła, iż istnieją ludzie lekkomyślnie rozprawiający o rzeczach  z a l e d w i e  p o z n a n y c h - gadający niepotrzebnie bez konieczności. --

Każde słowo nauki tego, kto z Duchem nauczać musi, jest dlań  k o n i e c z n o ś c i ą  l o s u, chociaż wie on, iż sam się niegdyś na los taki ofiarował, nie wiedząc jeszcze o męce, jaką znosić mu przyjdzie od przeciwności ziemskich...

Z maleńkim kubkiem w dłoni stoi nad przepastną studnią, by czerpać z niej i poić omdlewających z pragnienia.

Tryska wprawdzie napój z głębi bezdennej, lecz -  j a k ż e  m a ł o  z a c z e r p n ą ć  może ten maleńki kubek w porównaniu z niewysychającym nigdy nadmiarem bezustannie, tysiąckrotnie uzupełniającym to, co zostało ze źródła ujęte ! -

Nikt tak silnie nie przeżywa poczucia swej niemocy człowieczej, jak ten, na kim ciąży  o b o w i ą z e k  czerpania z tej studni, a kto by chciał czerpać  w i a d r a m i, skazany jest na czerpak  l e d w i e  c o  w i ę c e j  mieszczący niż  z a g ł ę b i e n i e  d ł o n i. --

Cóż więc sądzić o tych, co  j e d n ą  k r o p e l k ą  wody żywej zaledwie zwilżeni tak się zachowują, jak gdyby  s t u d n i ę  w y c z e r p a l i ?

Po ludzku rzecz biorąc, można by było wybaczyć, że ktoś, doszedłszy do pierwszego skromnego poznania, tak dalece jest swym przeżyciem oszołomiony, iż sądzi odtąd, jakoby nic lepszego nie miał do roboty niż dzielić się z innymi swym istotnym lub rzekomym poznaniem.

Niemniej postępowanie takie jest nie tylko głupotą, lecz zarazem i  w i n ą, gdyż brak w nim  p o s z a n o w a n i a  d l a  r z e c z y  w i e c z n y ch. Bowiem każdy człowiek przy zdrowych zmysłach musi się zdobyć na przyznanie, że nawet  n i e s ł y c h a n e  przeżycie poznania duchowego nie może wprowadzić go od razu w pełnię tego poznania, - że więc nie jest powołany do  n a u c z a n i a, póki sam jeszcze nauki potrzebuje. -

Wolno mu wprawdzie innym powiedzieć: -"Zważcie,   o t o  c o m  u s ł y s z a ł  o d  s w o i c h  n a u c z y c i e l i, a  c o ś  n i e c o ś  z  t e g o  p o t w i e r d z i ł o  mi własne  p o z n a n i e!" - ale jeśli nie chce obciążyć się ciężką winą, musi znaleźć w sobie dość pokory, by im również wyznać : -"Wiem w prawdzie to i owo, jak się zna rzeczy od  i n n y c h  zasłyszane, lecz  s a m  wszystkiego tego jeszcze nie przeżyłem!" ---

Skromne jego poznanie nigdy nie powinno go skusić do stwarzania pozorów, jakoby wewnętrznie przeżył jeszcze  c o ś  i n n e g o  niż to, co zna jedynie z  n a u k i, choćby nawet od dawna niezbite miał przekonanie, iż rzeczy, od innych ludzi zasłyszane, kryją w sobie taką samą prawdę, jaką dane mu było poznać i przeżyć w sobie!---

W przeciwnym razie  z a h a m o w a ł b y, a wreszcie  u n i e m o ż l i w i ł b y  swoje poznanie, gdyż wszystko, co wobec innych przypisują sobie jako  p o z n a n i e  osiągnięte  w  g ł ę b i  s w e g o  j e s t e s t w a,   z a n i m  t o  istotnie  p r z e ż y ł  i poznał, dla rzeczywistego poznania pozostanie już  n i e o s i ą g a l n e...

Wielu, co szli za głosem prawdy i byli na najlepszej drodze do poznania, tak oto sami siebie  o s z u k a l i  c o  d o  i s t o t n e g o  p o z n a n i a, nie zdołali się bowiem powstrzymać od stwarzania wobec innych pozorów, jakoby w głębi swego jestestwa już  p o z n a l i  to, o czym nauka, odczuta przez nich jako  p r a w d z i w a, miała ich dopiero  p o u c z y ć. - - -

Nauka, którą dziś moje słowa znów przynoszą światu, już przed lat tysiącami dosięgła dusz, które wreszcie  s a m e  w  s o b i e  znalazły jej  p o t w i e r d z e n i e  d z i ę k i  w ł a s n y m  p r z e ż y c i o m.

I dziś nauka ta powinna znowu znaleźć takich ludzi, a  z n a l a z ł a  już niemało jednostek, które  p r z e ż y ł y  w sobie to, o czym moje słowa wieszczą jako o możliwym do przeżycia.

Chociaż więc wszystko, czego nauczam, stanowi wspólne dobro i ściśle wypróbowaną wiedzę wszystkich, którzy kiedykolwiek posiedli  p e ł n i ę  poznania, jak również tych, co w przyszłych tysiącleciach będą mogli, czerpiąc z  t e j ż e  p e ł n i, nauczać, musiałem jednak  s a m  pierwej zdobyć to poznanie, zanim wolno mi było, czerpiąc z tej pełni, przemawiać.

Nic jednak nie zyskasz, gdy jedynie słuchać będziesz tego, co jest  m o i m  własnym poznaniem, dopóki nie zechcesz w  s a m y m  s o b i e  szukać potwierdzenia. -

A więc wszystko, co by  u c z n i o w i e  tej nauki, którzy jej potwierdzenie -  z n a l e ź l i  w sobie, mogli udzielić innym, posiada nader względną wartość, dopóki nie dąży się do osiągnięcia pewności również w  s a m y m  s o b i e.

Sposoby zdobywania takiej pewności bywają dla poszczególnych dusz wielce  r o z m a i t e, dlatego też dokładam coraz nowych starań, aby wspomnieć osobno o  k a ż d e j  z tych możliwości.

W tym kryje się również przyczyna, czemu w każdej z rozpraw podaję tę naukę w coraz to innej postaci i w małej książce zamykam zawsze to, co ma nieść pomoc każdemu  o d r ę b n e m u  rodzajowi dusz.

Rzecz prosta, że   k a ż d y  będzie mógł zaczerpnąć z  k a ż d e j  takiej niewielkiej książki niejedno, co go interesuje, a przecież każdy znajdzie również całe kompleksy nauki przeznaczone  s p e c j a l n i e  d l a  s i e b i e, a wtedy ze słów moich łatwo wyczuje, co jest odpowiednie dla jego duszy - czego powinien od siebie  w y m a g a ć  i czego na pewno wolno mu od siebie  o c z e k i w a ć.

N i e  radzę jednak dowolnie w jakiś inny sposób zestawiać zawartości tych ksiąg, stanowiących zamkniętą w sobie całość, choćby to nawet człowiekowi zdolnemu do własnego sądu nie miało wyrządzić szkody.

Pragnę, by się starano ujmować jako  c a ł o ś ć  to, co już zewnętrznie podałem jako całość, by nie mieszano  d o w o l n i e  słów jednej księgi ze słowami  i n n e j!

Tylko w tym porządku, jak te rozprawy połączyłem ze sobą, należy je czytać i rozważać.

Nie znaczy to, iż nie można napotkać w nich zdań, które by się nie dały powiązać z wypowiedzeniami zawartymi w innych moich księgach,- owszem, możliwe, że powstałby tu nawet zbiór bogaty, gdyby zechciano wybrać to, co  w e d ł u g  s e n s u  i  s t o t n i e ze sobą się  ł ą c z y.

Pragnę tylko przestrzec przed chęcią  s a m o w o l n e g o  wyrywania z szeregu wypowiedzianych zdań i myśli, dla słusznych powodów, zawartych w pewnej księdze i umieszczenie ich obok  p o d o b n y c h  wypowiedzeń z innej księgi, gdyż mogłyby one nabrać  z n a c z e n i a  j a k i e g o  i m  bynajmniej nadawać  n i e  c h c i a ł e m.

Nie chodziłoby rzecz prosta o jakieś "sprzeczności", bo jakżeby mogły powstać tam, gdzie każde słowo wynika z tego samego poznania rzeczywistości, lecz istniałoby niebezpieczeństwo  o d c z u c i a  jako rzeczy sprzecznych - tego, co rozpatruję jedynie z  i n n e g o  p u n k t u  w i d z e n i a.

Najważniejszym wreszcie wymaganiem, stawianym każdemu, kto się poświęca mojej nauce życia, jest to, by się  k i e r o w a ł  w  ż y c i u  jej wskazówkami...

Wtedy ta nauka wskaże mu drogę do  ż y w o t a  w prawiecznym  ś w i e t l e  i do najwyższego poznania w  m i ł o ś c i. - - -

Jak nie należy jednak  n a u c z a ć  tego, czego się samemu jeszcze  n i e  p o z n a ł o, tak nie należy również sądzić, iż się  "p o z n a ł o"   to, co się  p o j e ł o  zaledwie w  t e o r i i, a co bardzo dalekie jest jeszcze od  p o t w i e r d z e n i a  w  p r a k t y c e!

Skąd możesz wiedzieć, że podajesz innym  p r a w d ę, dopóki to, co masz głosić,   n i e u d o w o d n i ł o  c i  swej  p r a w d z i w o ś c i ?

Nie to, iż ja tak nauczam, winno być dla ciebie rękojmią prawdziwości mojej nauki, lecz to,   c z e g o  nauczam, musisz  s p r a w d z i ć  przez swoje  w ł a s n e  doświadczenie jako  n i e w z r u s z o n e  p o z n a n i e  p r a w d y!

Wtedy dopiero wolno ci nauczać innych tego, coś pierwej otrzymał  o d e  m n i e! - - -

 

--------------------------

U C Z C I E  S I Ę  C Z Y T A Ć

Że nie każdy, kto ma dobry wzrok, umie również "patrzeć", to stopniowo wyjaśnili malarze ludziom, interesującym się ich sztuką.

Usłyszeliśmy, iż trzeba się wpierw  "n a u c z y ć"  patrzeć, by móc widzieć jak  w i d z ą  malarze i wreszcie zrozumieć, iż łąki nie zawsze bywają  z i e l o n e, - że dęby trzeba też czasami malować na niebiesko...

Chodzi tu o zrozumienie, iż  n i e w y s t a r c z a  mieć zdrowe oczy, by móc właściwie "patrzeć", lecz że   a r t y s t y c z n e g o  sposobu patrzenia trzeba się  u c z y ć, trzeba się w nim  ć w i c z y ć.

Czyć jednak nie zachodzi zupełnie  t o  s a m o  z należytym  c z y t a n i e m? -

Każdy, kto posiadł w szkole sztukę odróżniania liter i wyrósł z czasem na "gorliwego czytelnika" jakiejś gazety, uważa za fakt niezbity, że "czytać" umie, a jeśli mu się nie wierzy, dla udowodnienia odczytuje z wielkim patosem co tylko chcesz.

Ale czy umie on naprawdę  "c z y t a ć", tego w dalszym ciągu nie wiesz!

Przekonałeś się tylko, że umie prawidłowo wyrażać dźwiękami mowy-litery oraz ich połączenia w wyrazy i zdania.

"C z y t a n i e"   jednak jest przecie  c z y m ś  i n n y m!

Od kogoś, kto twierdzi, że umie  "c z y t a ć"  masz prawo i stanowczo powinieneś wymagać, by nie tylko potrafił przełożyć litery na odpowiednie dźwięki mowy i podać ci mniej więcej poprawny sens wyrazów ściśle według słownika lub żeby znał się na gramatycznym rozbiorze zdań, lecz  p r z e d e  w s z y s t k i m  by "rozumiał", co autor dzieła za pomocą liter, słów i zdań pragnął  p r z e l a ć  do innych zmysłów.- - -

Częstokroć nie daje się to jednak tak łatwo wywnioskować z przeczytanego właśnie  p o j e d y ń c z e g o  zdania i czytelnik będzie musiał szukać dopiero jego sensu w  n a j r ó ż n i e j s z y c h  miejscach dzieła, aby się upewnić co do jego znaczenia - k i e d y  i n d z i e j  znów ten, kto naprawdę "czytać" umie, od razu będzie wiedział, iż powinien  p o m i n ą ć  wszystkie inne ustępy, by dojść do właściwego zrozumienia jakiegoś zamkniętego w sobie zdania.

Podstawowym warunkiem  "U m i e j ę t n e g o"   czytania jest możliwie najwyżej rozwinięta  z d o l n o ś ć  w c z u w a n i a  się.

Potrzeba tu nie tylko rzetelnej woli wysłuchania  a u t o r a / a  n i e  s i e b i e  s a m e g o/, lecz zarazem i zdolność  w n i k a n i a  w  b i e g  m y ś l i  autora i  b r a n i a  niejako  u d z i a ł u  w procesie  j e g o  myślenia.

Gdy dzieło dotyczy wyłącznie rzeczy  c o d z i e n n i e  spotykanych i dających się łatwo porównać z rzeczami dobrze znanymi, wystarczy wtedy do należytego zrozumienia  n i e z n a c z n a  nawet zdolność wczuwania się -  i n n e  będą warunki przenoszenia myśli za pomocą pisanego czy drukowanego słowa, gdy chodzić będzie o rzeczy dające mało możliwości porównania ich z innymi, powszechnie znanymi - a już  z u p e ł n i e  n i e m o ż l i w e  staje się, gdy ziemskie formy zjawisk nie nadają się do porównań w celu jasnego przedstawienia sprawy wyobraźni czytelnika...

My, ludzie, rozumiemy jedni drugich, gdy jeden z nas usiłuje przedstawić innym rzecz sobie  z n a n ą, która dla innych jest jeszcze  n i e z n a n a, posługując się tym, co zdaniem jego jest  p o w s z e c h n i e  z n a n e.

Ale  n i e  wszyscy zdolni bywają, aby doświadczyć  w s z y s t k i e g o  i jedynie nieświadomość zarozumiałych, a ciasnych głów może przeczyć tej oczywistości.

Im szersze widnokręgi ogarnia duchowy zasięg człowieka, im bardziej godna szacunku jest  "p o s t a w a"   człowieka - że użyję tu tego słowa jako wyjaśnienia - tym pewniej rozpozna on, że bardzo wiele rzeczy jest dla niego samego  n i e d o s t ę p n y c h, lecz  z a  s p r a w ą  i n n y c h, którzy już te rzeczy  p o z n a l i, mogą one i dla niego stać się zrozumiałe.

Nie potrzebujesz sam zrywać owocu z dalekich krajów, który stół twój zdobi, a przecież możesz go pożywać!

Dlatego też, jeśli jakieś pismo ma ci udzielić wiadomości o czymś jeszcze ci nie  z n a n y m,   o b c y m  twoim pojęciom, będziesz mógł to zbadać  w c h ł a n i a j ą c  po prostu to, co tam podano, choćbyś na razie nie znał  n i c  takiego, z czym by się dało ono  p o r ó w n a ć.
Innymi słowy :

Im bardziej obce ci są doznania autora - im trudniejsze bywają porównania ze światem zmysłów - tym mocniej winieneś  w c z u w a ć  się w jego sposób wyrażania, jeśli naprawdę chcesz go zrozumieć! -

Powinieneś sobie wyobrazić siebie na  j e g o  miejscu i  p r z e ż y ć  p o n o w n i e  we własnym odczuwaniu to wszystko, co autor mocą słowa pragnął tak udostępnić twemu pojmowaniu, jak to sam w sobie poznał.

Wówczas wolno ci będzie powiedzieć o sobie, iż umiesz "czytać", jak i każdy sumienny autor musiał umieć czytać, zanim odważył się użyć słów, którymi powinny być wyrażone przeżycia duszy.

A  t a k i e  "czytanie" pouczy cię również, czy to, co dotąd uważałeś za "warte czytania" istotnie tę  w a r t o ś ć  posiada, gdyż wszystko, co  p u s t e, będzie ci musiało ujawnić swą  p r ó ż n i ę  w e w n ę t r z n ą : - nie zdoła bowiem przeniknąć w głębie twej duszy, gdzie dosięgają jedynie rzeczy naprawdę  p e ł n o w a r t o ś c i o w e. - - -

Dziś czyta się wiele, może nawet zbyt wiele, a przecież nieliczni tylko posiadają sztukę dobrego czytania.

Czytanie gazet tę sztukę zniszczyło. Kult książki zaginął. Nikt już nie umie czytać inaczej niż w gorączkowym pośpiechu, jak zwykł przerzucać codzienną gazetę poranną.

Nie dochodzi do świadomości łapczywego czytelnika, że jakaś książka może być  z b u d o w a n a  jak gmach świątyni - ale każda  z g ł o s k a  stanowi w niej wówczas kamień ciosany, którego nie może zabraknąć. -

Któż jeszcze wie cokolwiek o  m a g i i  czytania, za której sprawą rzeczy przeczytane  z m a r t w y c h w s t a j ą  w duszy czytelnika jako jego niezatracalna własność?...

Powinno się wiedzieć, iż za pośrednictwem książki  w c h o d z i  się w  d u c h o w ą  s t y c z n o ś ć  z jej autorem i należy umieć  w y b i e r a ć, z kim można nawiązać taki stosunek.-

Książka to środek magiczny do wywoływania w tobie  o b r a z ó w  m y ś l o w y c h  podobych tym, jakie tworzył jej autor. Nie zdołasz jednak ani stworzyć, ani przechować miłośnie w swej duszy żadnego obrazu, który by w najtajemniczy sposób nie wpłynął na formowanie twej  d u s z y.

Tak więc czytanie jest czynnością odpowiedzialną.

Tylko wówczas powinieneś czytać, gdy pewny jesteś, że obrazy myślowe, jakie wywołuje w tobie lektura, pomagają do najpodnieślejszego kształtowania twej duszy.

Książki wywierające taki wpływ niekoniecznie muszą być nadzwyczaj poważne.

Humor i satyra mogą również obudzić w tobie boskie siły, bez których zaiste nie możesz się obejść przy kształtowaniu swej duszy! A nawet można czasami z wielką korzyścią czytać książki, których jedyna wartość polega na sile napięcia, jakie autor umie wywołać w czytelniku.

Nie zamierzam bynajmniej występować tu w roli apostoła purytanizmu w czytaniu! Cokolwiek jednak będziesz czytał, czytaj jako człowiek, który świadomie przeżywa cud polegający na tym, że szeregi dziwnych znaków na kartce papieru podniecają jego własne siły twórcze, tak iż powstają w nim obrazy myślowe podobne tym, jakie się kiedyś po raz pierwszy ukształtowały w duszy innego człowieka.

Rozwijaj w sobie szacunek dla słowa!

Jedna jedyna stronica przeczytana tak, iż najdalej sięgające znaczenie każdego wyrazu jasno dochodzi do twej świadomości, więcej przyniesie ci korzyści, niż gdybyś "jednym tchem" przeczytał najlepszą książkę, zaledwie zważając na  z d a n i a, a cóż dopiero na pojedyńcze  w y r a z y.

Dopiero wtedy, gdy się nauczysz czytać właściwie, książka będzie należała wyłącznie do ciebie.

Twoja własna ocena nada inne znaczenie jej słowom, tak, iż będziesz w niej wyczytywał  c o  i n n e g o, niż wszyscy, którzy tę samą książkę mieli w ręku.- - -

W ten sposób jakaś książka może nabrać dla ciebie daleko większej wartości, niżby to wynikało z jej treści zewnętrznej. -

A nawet należyte przeczytanie książki może sprawić, że dusza twoja stanie się bogatsza od duszy jej autora...

Radzę ci : - odważ się na próbę i przeczytaj jak należy choć jedną książkę. Jeśli zdołasz utrzymać się w karbach i niepostrzeżenie nie wymkniesz się sobie z rąk, na pewno już więcej nigdy nie zechcesz czytać inaczej.

Żądam od ciebie bardzo niewielkiego wysiłku w porównaniu z korzyścią, jaką w ten sposób możesz osiągnąć.

Nawet "lekkiej" lektury nie czytaj nigdy inaczej, jak tylko bacznie  z w r a c a j ą c  u w a g ę  n a  s ł o w a, jakże bowiem inaczej mogłaby dojść do twej świadomości potęga formy, mogąca się ukrywać nawet w żargonie lub w mowie o rzeczach zgoła nie głębokich, jeśli niejako jednym susem "przeskakujesz" zdania, zamiast się doszukiwać wszelkich możliwych ich znaczeń ?...

"U c z y ć  s i ę  c z y t a ć" znaczy : -  s z a n o w a ć  siebie jako czytelnika, a tym samym  z b y t  w y s o k o  się cenić, by trwonić czas bezowocnie! -

W s z y s t k o, cokolwiek byś czytał, może ci przynieść bogaty plon.

 

--------------------------

L I S T Y

Jest coś wielce tajemniczego w tym kawałku papieru pokrytym osobliwymi znakami, który jeden człowiek może przesłać drugiemu i przekazać mu swe myśli i uczucia.

Że zaś wymiana listów pomiędzy ludźmi stała się warunkiem codziennego życia, zżyliśmy się z nią tak dalece, iż chyba musielibyśmy się wpierw wyzwolić ze swych codziennych nawyknień myślowych, aby znów odczuć całą tajemniczość możliwości takiego obcowania ze sobą.

Tajemniczość o której tu mowa, nie polega jednak wyłącznie na wskazanym przeze mnie, iście cudownym procesie wyczarowania myśli w znaki pisarskie i następnie wyzwalanie jej, jak gdyby "zbieranie" jej na nowo, gdyż proces ten powtarza się przecież tak samo przy każdym napisanym czy drukowanym słowie.

Chodzi tu raczej o niewidzialny i tylko  c z u c i e m  wykryć się dający fluid, który  w r a z  z kawałkiem papieru i jego pisemnymi znakami przybywa do odbiorcy i bywa przezeń świadomie lub nieświadomie przyjmowany i "wchłaniany".

Każdy mniej więcej wrażliwy człowiek  o d c z u w a  ten fluid tak samo wyraźnie, jak wyraźnie  d o s t r z e g a  okiem znaki pisarskie, lecz kto go nawet n i e odczuwa, tym niemniej podlega jego wpływowi - tylko nie potrafi zdać sobie z tego sprawy.

Nie ma przy tym znaczenia, czy list został napisany odręcznie, czy z pomocą jakiegoś przyrządu mechanicznego, byle tylko przybywał z rąk piszącego, a więc byle nie był wydrukowany w książce lub przeniesiony na inny papier.-

Papier sam przez się jest tu przenośnikiem wspomnianego fluidu, a fluid ten dałby się również przenieść gdyby wysyłający zechciał tylko  "p r z e p o i ć  m y ś l ą"   papier, zamiast go zapisywać. - - -

Tak więc "treść" listu zawiera się nie tylko w tym, co oznajmiają wypisane  s ł o w a  - lecz daleko ważniejsza, a jedynie  w y c z u ć  się dająca treść listu może być wprost  s p r z e c z n a  z tym, co mówią zgodnie ze swym sensem wypisane słowa.----

Z tego wynika, że list jakiś można należycie ocenić tylko wtedy, gdy przybywa wprost od piszącego i natychmiast zostaje otworzony, gdyż wyżej wspomniany fluid ulatnia się  b a r d z o  s z y b k o  i po kilku dniach już tylko zaledwie wyczuć się daje.

List zatem jest przeznaczony właściwie  t y l k o  dla swego odbiorcy, na którego niechybnie spływa przesłany wraz z listem fluid, chyba że odbiorca, wiedząc o jego istnieniu, miał powody do bronienia się przed jego wpływem...

Jakże więc, zdając sobie z tego wszystkiego sprawę, można by było usprawiedliwić rozpowszechniony dziś zły zwyczaj, polegający na odgrzebywaniu pod byle pretekstem korespondencji wszelakich, mniej lub więcej znakomitych osób, by ją rzucać na rynek. Pragnę podkreślić, że nie znam na świecie rzeczy równie wstrętnej, jak to, podobne do "profanacji zwłok" - odgrzebywanie korespondencji!

Wszak nieszczęsny autor listów sam się już bronić nie może, musi pozwolić na obrabowanie go bez względu na to, czy wydawcy chodzi o rozgłos  w ł a s n e g o  imienia, czy też sądzi, że przez szarganie po świecie starych listów oddaje właśnie cześć ich  a u t o r o w i...

Pewien wyjątek stanowią tu tylko listy treści ogólnej, jak: opisy podróży lub wydarzeń współczesnych - opisy pełne humoru, a także listy miłosne lub listy treści pedagogicznej, gdyż we wszystkich tych przypadkach małe ma znaczenie, czy czytelnik obiektywnie przyjmuje to, czy też wczuwa się subiektywnie w rolę autora listów.

Zdarzają się naturalnie listy pisane wyraźnie z myślą o ich ogłoszeniu w przyszłości... Są to raczej pewnego rodzaju szkice w formie listów, których oczywiście odrzucać nie ma potrzeby, skoro człowiek mający coś do powiedzenia chce się nimi posługiwać!

Jeśli listy mają stać się znowu tym, czym dla niektórych ludzi, naprawdę  ś w i a d o m y c h  swej wieczności już za dawnych czasów były, to trzeba będzie znowu powrócić do  s z c z e r o ś c i  w wynurzeniach wzajemnych. List pod względem swej treści słownej jest jedynie bezdusznym "informatorem", jeśli słowa jego nie płyną naprawdę z "otwartego serca". List mający  s p e ł n i ć  zadanie, jakie spełnić  m o ż e, wypływać musi z tych głębin naszego jestestwa, gdzie jest nas wszystkich wspólna  p r a o j c z y z n a, i powinien zawsze tak być napisany, by dla  n i k o g o  nie mógł mieć znaczenia, prócz  o s o b y, dla której był  p r z e z n a c z o n y.- - -

List pisany do wielu osób jednocześnie, odarty jest ze swej mocy, a nawet nie jest w ogóle "listem" w ścisłym tego słowa znaczeniu, lecz raczej okólnikiem, sprawozdaniem, czy rozprawą.---

Mam na myśli przywrócenie "listom" ich słusznych dawnych przywilejów jako niezmiernie ważnych czynników wzajemnego podnoszenia się na duchu, wzajemnej pomocy duchowej i pokrzepienia.-

Tylko zyskać możemy, gdy zechcemy wyzwolić się od wszelkich szablonów i wszelkiej przesadnej lękliwości!

Z drugiej strony jednak nie ma to znaczyć, byśmy każdemu, bliżej nam znanemu bliźniemu natychmiast mieli rzucać pod stopy najtajniejsze nasze wynurzenia. Potrzeba pewnej dozy taktu, by zawsze trafić na ton właściwy i odpowiedni dla każdej jednostki.---

Gdy zaś powróci to  z a u f a n i e, jakim się listy niegdyś cieszyły, wówczas na nowo osiągniemy wzbogacenie naszego życia ziemskiego.

Trzeba pamiętać, że nie ma przymusu prowadzenia korespondencji w tempie przyśpieszonym.

M o ż l i w o ś ć  niezwłocznej odpowiedzi nie należy nadużywać jako  p r z y m u s u !

A choć nawet trudniej dziś niż dawniej o spokój potrzebny do napisania listu, to jednak list nie powinien wykazywać śladów pośpiechu, jaki cechuje tempo dzisiejszego życia.

 

--------------------------

K U L T  O S Ó B

Jak długo ludzie żyć będą na ziemi, niepodobna będzie zapobiec, nie sposób zabronić, by pewne  j e d n o s t k i  przyczyniające się w jakikolwiek sposób dla dobra  p o w s z e c h n e g o  lub choćby tylko  p o z o r n i e  to czyniące, nie odbierały dowodów wdzięczności i uwielbienia od tych spośród swych bliźnich, którzy działalność taką odczuwają jako dobrodziejstwo osobiste.

W d z i ę c z n o ś ć, gdy chodzi o niewątpliwą  p o m o c,   u w i e l b i e  n i e  zaś, gdy obdarzony szczęściem, w wielbionej osobie czuje siebie samego -  s w e  w ł a s n e  c z ł o w i e c z e ń s t w o  - podniesione do takiej wyżyny, do jakiej o własnych siłach nigdy by się nie wydźwignął, chociaż przeczuwa, że jest ona dla człowieka dostępna. -

Zbyt głeboko zakorzenione są oba te popędy uczuciowe w każdym niezupełnie zwyrodniałym człowieku, by można było nie wyczuwać najwyraźniej, jakie jest ich znaczenie dla zachowania gatunku, dla rozwoju najszlachetniejszych przymiotów rasy.-

Na niebezpieczne jednak tory zbacza pęd do uwielbienia, gdy się wymyka spod  k o n t r o l i  o s ą d u  i już bez wyboru uwielbia  w s z y s t k o  c o  p r z e k r a c z a  siły wielbiącego, a co udało się  o s i ą g n ą ć  i n n e m u  człowiekowi.

A wówczas byle "Herkules" z budy jarmarcznej, byle kuglarz lub połykacz ognia pewni być muszą takiego samego uwielbienia, co i twórca najwyższych wartości duchowych, i tak samo zatraca się wszelka różnica pomiędzy "sztuczką" a sztuką...

Ale nawet wówczas, gdy wzrok wielbiącego skierowany bywa wyłącznie na  p r a w d z i w e  w a r t o ś c i, powinien wystrzegać się niebezpieczeństwa, polegającego na tym, że uwielbienie przemienić się może w  "k u l t"   o s o b y, jeśli wyrodzić mu się pozwolimy w jakieś  u b ó s t w i e n i e  o s o b y  tam, gdzie jedynie  c z y n o m  lub  d z i e ł u  cześć przynależy.

Olbrzymia większość ludzi ze swego życia na ziemi osiąga pewne znaczenie  t y l k o  d l a  s i e b i e  i  s w e g o  najbliższego otoczenia, podczas gdy  i n n e  n i e z l i c z n e  jednostki mogą też zyskać "znaczenie" dla  s z e r o k i c h  k ó ł  l u d z k o ś c i, a nawet - jako wskazujący cele ogólne dla  c a ł e j  prawie  l u d z k o ś c i  t e j  ziemi.

Zrozumiałe więc i usprawiedliwione jest oddawanie czci jednostkom, mającym  p o w s z e c h n e  znaczenie, przed tymi, którzy mogą coś znaczyć tylko dla siebie i swojego najbliższego otoczenia, choćby to otoczenie obejmowało obszar bardzo znaczny.

Ale i w tym wypadku rzeczą fatalną byłoby uwielbiać człowieka zamiast tego, co istotnie uwielbiać należy, a co on ukazał światu! Można komuś - kto dokonał rzeczy godnej czci, okazywać szczególniejsze  p o s z a n o w a n i e, ba, nawet "podziw" - za "dziw" bowiem uważany bywa człowiek, który osiągnął odpowienią dlań wyżynę - zawsze jednak najtroskliwiej odróżniać należy rzecz przezeń  o s i ą g n i ę t ą - od niego, jakim mimo wszystko  p o z o s t a j e: odróżniać  b e z o s o b o w e  w a r t o ś c i  duchowe od  o s o b i s t e j  o k r e ś l o n e j  n a t u r y  c z ł o w i e k a, który nam te wartości ofiaruje, gdyż  o s i ą g n ą ł  je dzięki mozolnej pracy, lub dzięki wysokiej łasce.-

Nie należy też nigdy zapominać, że każdy "twórca" wartości duchowych jest twórcą  t y l k o  w  t y m  z n a c z e n i u, że "czerpie" ze  s k a r b ó w  o b j a w i a j ą c e j  m u  s i ę  d u c h o w o ś c i  - jak się czerpie wodę z potężnego potoku - a nie w tym znaczeniu, w jakim "twórczość" oznacza wyprowadzenie czegoś z nicości!-

Tak samo  w s z y s t k o, cokolwiek człowiek dobywa z duchowości i czyni dostępnym dla zmysłów ziemskich, stanowi "objawienie" niezależnie od tego, czy jest wynikiem wieloletnich laboratoryjnych prac, czy darem jednej chwili opromienionej boskością.---

Ubóstwienie jego samego byłoby nie tylko  g ł u p o t ą, lecz zarazem  z n i e w a ż e n i e m  j e g o  c z y n u  - j e g o  d z i e ł a  - a nawet wyglądałoby na posądzenie go o brak umiejętności odróżniania swej osoby od dzieła przezeń dokonanego.

Pomimo całego  "z n a c z e n i a"   jakiegoś człowieka dla bliźnich, zachodzi zawsze jeszcze pytanie, czy to znaczenie jest ściśle związane z nim samym i z jego życiem na ziemi, czy też tylko dar jego  n a d a l  o d d z i a ł y w a  t w ó r c z o  i służy za  d r o g o w s k a z, chociaż sam jego twórca  n i e j e s t  j u ż  czynny wśród śmiertelników.

N i g d y  jednak nie ma najmniejszego powodu do "ubóstwiania" człowieka, który dar nam przynosi, który go wyjaśnia lub zwiastuje, z uwagi na jego działalność - do oddawania  b a ł w o c h w a l c z e j  c z c i  jego  o s o b o w o ś c i. Każdy, kto szerszych kół bliźnich naprawdę  j e s t  "znakomitością", zawsze z odrazą i wstydem uchylać się będzie od takiego ubóstwiania, chociażby całkowicie zdawał sobie sprawę z istotnego swojego znaczenia!- - -

Kto ma naprawdę dla swych bliźnich jakiekolwiek znaczenie, ten  z n a  też bardzo dobrze  z  n a j g ł ę b s z e g o  r o z e z n a n i a  się w sobie  i  r o d z a j  i  s t o p i e ń  swojego znaczenia.

Kłamcą byłby wobec siebie samego i wobec innych, gdyby przypadkiem chciał grać rolę "skromnego" i postępował tak, jak gdyby nic o znaczeniu swoim nie wiedział!

Lecz co innego jest wiedzieć o swoim znaczeniu i ze względu na nie znosić uwielbienie, a nawet głęboką cześć okazywaną przez bliźnich, podobnie jak poseł jakiegoś kraju słusznie przyjmuje oznaki czci należnej jego ojczyźnie, co innego zaś w poczuciu znaczenia swych czynów i na ich rachunek wysuwać na plan pierwszy  w ł a s n ą  o s o b ę, która pełni przecie tylko  r o l ę  p o ś r e d n i k a...

Gdy jakiś człowiek przynosi swym bliźnim wartości duchowe, to oczywiście czuje się również zmuszony w miarę sił swoich zaświadczyć, że ofiarowuje dobro nie zrabowane, lecz w sposób uczciwy zdobyte. O tym jednak, czy nabytek ten przedstawia naprawdę wartość duchową, rozstrzyga tylko  z b a d a n i e  s a m e g o  d a r u, nigdy zaś gołosłowne zaświadczenie, że osiągnięty został uczciwie, choć ważne jest bardzo,   "j a k"   mianowicie został zdobyty.

Wartości pochodzące z królestwa  i s t o t n e g o  c z y s t e g o  D u c h a  nigdy się nie dają osiągnąć spekulacją myślową lub przyrodniczymi eksperymentami, ale z drugiej znów strony bezmyślnym zuchwalstwem byłoby oczekiwać z założonymi rękami, aż z królestwa Ducha spłynie na nas poznanie, jakie zdobywa się tylko  u s i l n ą  p r a c ą  m y ś l i.-

Lecz podobnie jak wartość odkrycia jakiegoś chemika polega tylko na samym odkryciu bez względu na to, kto był niegdyś nauczycielem wynalazcy, lub z jakiej wywórni pochodzą użyte przezeń instrumenty i przyrządy,- tak też i dar pochodzący z królestwa istotnego Ducha winien  s a m  p r z e z  s i ę  wytrzymać próbę, niezależnie od tego, co mówi przynoszący go o sposobie, w  j a k i  g o  osiągnął, lub jak doszedł do  z d o l n o ś c i  o s i ą g n i ę c i a  go. Należy przestrzec przed przyjmowaniem jakiegokolwiek daru duchowego jedynie z uwagi na czyjś  a u t o r y t e t, gdyż - kto w ogóle przyjmie coś, opierając się na autorytecie, coś, co powinno być przyjmowane na  p o d s t a w i e  w ł a s n e g o  w e w n ę t r z n e g o  ż y c i a  i  p r z e ż y c i a, ten zawsze będzie narażony na niebezpieczeństwo zaufania  f a ł s z y w e m u  autorytetowi i przyjęcie odeń rzeczy  b ł ę d n y c h  lub nabycia od oszustów szychu zamiast złota...

"Kult osób" stwarza sprzyjające warunki dla rozwijania się skłonności do polegania na autorytecie w rzeczach, które powinny być przyjmowane dopiero po wypróbowaniu we własnym wnętrzu...

Jakże daleka jest od takiego kultu owa  c z y s t o  l u d z k a  u f n o ś ć do człowieka, który dar duchowy przynosi!

Jak w życiu zewnętrznym nabywamy rzeczy cenne tylko u kupca, którego uczciwość została stwierdzona, a umiejętność dostawania towaru ze źródeł pewnych dobrze wypróbowana, tak i wartości  d u c h o w y c h  nie należy nigdy przyjmować z rąk człowieka, któremu nie można  z a u f a ć  bezgranicznie, przez co bynajmniej nie wyrzekamy się prawa do wypróbowania rzeczy otrzymanych w głębi nas samych!

Gdy zaufanie takie zostanie wielokrotnie  s t w i e r d z o n e, możemy już wtedy z góry liczyć na to, że każda późniejsza próba wykaże tylko prawdziwość tego, cośmy otrzymali. Nawet nasz własny sąd może się wznieść z biegiem czasu do poziomu nieomylnego sądu człowieka udzielającego tych darów, podobnie jak niejeden zbieracz dzieł sztuki osiąga stopniowo taką pewność oka, że nawet bez uciekania się do specjalnych metod od razu odróżni rzeczy wartościowe od bezwartościowych.

Przytoczone wyżej porównanie powinno nam jeszcze wyraźniej udowodnić, że w stosunku do każdego, kto udziela wartości duchowych chodzi jedynie o to, co on przynosi, nie zaś o ubóstwianie jego osoby.

Zdarzają się na przykład zbieracze, którzy jakiegoś mistrza starej lub nowoczesnej szkoły przekładają nad wszystkich innych i wszystko poświęcić gotowi, byleby zdobyć jego dzieła.

Wprawdzie taki zbieracz potrafi również czcić  t w ó r c ę  owych dzieł, lecz - tylko z uwagi na jego  d z i e ł a  oraz na to, że   t y l k o  ten jeden człowiek te właśnie dzieła stworzyć potrafił. Nikt nie powie, że chodzi tu o "kult osobowości"!

Tak samo muszą postępować i zbieracze skarbów  d u c h o w y c h. A choćby nawet głęboką czcią otaczali człowieka udzielającego tych darów, winno to zawsze wynikać z uwagi na sam dar, oraz ze względu na tę okoliczność, że prawdziwi zwiastuni z królestwa istotnego Ducha zdarzają się na ziemi w czasach dzisiejszych rzadziej, niż prawdziwi artyści.- - - - -

 

--------------------------

S K Ł O N N O Ś Ć

D O

K R Y T Y K I

Obserwując niektóre choroby dobrze neurologom znane, dochodzi się do ciekawego spostrzeżenia, że chorzy stawiają wewnętrzny opór wszelkim zamiarom uleczenia ich, uważają bowiem swój stan chorobowy za szczególne podkreślenie wartości tak miłej ich sercu i bynajmniej nie pragną wyzwolić się z tego stanu.

Podobnemu stanu patologicznemu podlega wielu ludzi opanowanych tak dalece szerzącą się dziś jak zaraza -  m a n i ą  krytykowania, że czuliby się nie w swojej skórze, gdyby nie znajdowali wszędzie wokół siebie coraz nowych powodów do odmawiania wartości czynom lub dziełom bliźnich.

Ludziom dotkniętym wyżej wspomnianą manią, nie przychodzi na myśl, że   n o r m a l n a  i  z d r o w a  potrzeba krytycznego ustosunkowania się powstaj e w t e d y  d o p i e r o, gdy własne doświadczenie oparte na  z n a j o m o ś c i  r z e c z y  i  n a  p r z e ś w i a d c z e n i u  o swej  s ł u s z n o ś c i  wykrywa w czynnościach lub dziele bliźniego takie momenty, które wskazują na  n i e b e z p i e c z e ń s t w o  c h y b i e n i a  zamierzonego celu, bądź zdradzają jakieś  n i e c n e  zamiary.

Krytyka wypływająca z  n i e z w y r o d n i a ł e j  skłonności do krytykowania,   z a w s z e jest pełna "dobrej woli", gdyż panująca nad swym zdrowym popędem wola - zmierza w swej działalności do dobra krytykowania osoby działającej, albo do dobra innych bliźnich, których bronić należy przed tamtym.

Krytyka pochodząca za zdrowej skłonności do krytykowania zawsze się daje  s p r o s t o w a ć  i nigdy nie upiera się przy swojej racji wobec lepiej wiedzącego.

Natomiast potrzeba krytykowania, płynąca z  c h o r o b l i w e g o  p o d r a ż n i o n e g o  popędu, - dąży wyłącznie do  w ł a s n e g o  z a d o w o l e n i a  i odczuwa dotkliwy brak, napotykając trudności w zaspokajaniu swej nieomal nałogowej namiętności.

Tego nie rozumieją ludzie pyszniący się, iż wszystkiemu, czym się bliźni zajmują lub co tworzą, zawsze będą mieli "coś do zarzucenia", gdyż swą początkowo zdrową chęć krytykowania nieustannym jej podniecaniem, doprowadzili do nadmiernego przerostu...

To jednak, o czym tu mówię, dotyczy również wszystkich, którzy swój zmysł krytyczny potrafili dotąd utrzymać w normie, gdyż najlepszą ochroną przed możliwym jego zwyrodnieniem jest ciągłe baczenie na to grożące mu niebezpieczeństwo.

Jest niewątpliwie jakiś urok w dawaniu folgi swej chęci krytykowania i w zadowoleniu z wrażenia jakie  z a w s z e  sprawia na innych gwałtowne zwalczanie czegoś, wywołując w nich radosne przyznawanie nam  s ł u s z n o ś c i, bądź pełen oburzenia  s p r z e c i w. Ale temu właśnie urokowi należy się opierać, gdyż kto mu często ulega, ten nie zdoła utrzymać w normalnych granicach swego zmysłu krytycznego.

Zbyt wiele złego wywołuje codziennie pośpieszna i zuchwała krytyka, ów nieszczęsny objaw chorobliwego zwyrodnienia zmysłu krytycznego, iżbyśmy nie uznali za niezbędne przeciwstawić się wreszcie całą siłą woli temu złu.

Nie chodzi tu o krytykę zawodową, zajmującą się sztukami plastycznymi, literaturą, muzyką i teatrem, gdyż rolę krytyków pełnią tu przeważnie publicyści posiadający w tej dziedzinie dostateczną orientację, by móc występować z krytyką dzieł tam, gdzie można oczekiwać jej owocnych wyników.

Inaczej przedstawia się sprawa przy dzikich wybrykach zwyrodniałego zmysłu krytycznego przeciw  c z y n o m  i  s ł o w o m  bliźnich, gdyż tutaj nieznajomość rzeczy, niedyskrecja czy zła wola, mogą zdusić w zarodku każde dobre poczynanie i uniemożliwić wszelką późniejszą naprawę zła.

W szczególności dotyczy to dziedziny publicznego życia społeczności ludzkiej. Bardzo wiele osób ujmuje prawo jednostki do współdecydowania o warunkach jej życia zewnętrznego jako  p r a w o  d o  b e z m y ś l n e g o  k r y t y k o w a n i a  w s z y s t k i e g o  i  w s z y s t k i c h, dochodząc w ten sposób nieuchronnie do pożałowania godnego zwyrodnienia swego zmysłu krytycznego.

Każda jednostka czuje się  u p r a w n i o n a  do krytyki, choćby nawet brak jej było znajomości rzeczy w stosunku do czynów czy słów, które krytykować zamierza. Czyjś sąd krytyczny działa na nią jak sugestywna podnieta do takiego wypowiedzenia się, przy czym próżność dąży przede wszystkim do wywyższenia własnej osoby krytykującego ponad rzeczową krytykę....

Ludzie dotknięci zaraźliwą krytykomanią, żywią szczególne upodobanie do  h a s e ł  jako najwygodniejszych i zawsze wywołujących wrażenie pseudoargumentów krytycznych.

Można powiedzieć, że   w s z e l k a  k r y t y k a  w równej mierze traci na powadze, jak i na wartości, gdy musi się uciekać do haseł o wypróbowanej skuteczności.-

Krytyka jako objaw  z d r o w e g o  zmysłu krytycznego nie ucieka się prawie do haseł.

Niezwyrodniały zmysł krytyczny budzi w krytyku, zanim przystąpi do dzieła, przede wszystkim  p o c z u c i e  o d p o w i e d z i a l n o ś c i.

Człowiekowi obdarzonemu zdrowym krytycyzmem nigdy nie chodzi o  w y w y ż s z e n i e  w ł a s n e j  o s o b y, lecz to, by przyczynić się do udoskonalenia jakiegoś stanu rzeczy, jakiejś instytucji, czy też innego dzieła ludzkiego.

Wysoko ponad zwierzęta wynosi człowieka jego zmysł krytyczny. Radosne przyjmowanie czegoś lub niechęć i opór w zachowaniu się zwierzęcia wobec świata zewnętrznego są jedynie oznaką jego instynktu samozachowawczego i nigdy nie powinny być uważane za wynik rozważania krytycznego.

Zmysł krytyczny wskazuje, że człowiek posiada wyczucie jakiegoś doskonalszego stanu rzeczy niż ten, jaki by kiedykolwiek można było spotkać tu na ziemi.

Gdyby w swym życiu pośród świata zjawisk fizycznych człowiek czuł się tak samo  u  s i e b i e, jak zwierzę,-jakże by mógł się dopuszczać  k r y t y k o w a n i a  swego świata zewnętrznego?-

Tylko dlatego człowiek może rozwinąć w sobie skłonność do krytyki, że duchowość jego zna  c o ś  d o s k o n a l s z e g o  niż otaczający go świat ziemski.

Przyczyną krytycznego ustosunkowania się człowieka do otaczającego go świata  f i z y c z n e g o  jest doświadczenie jego prawiecznego bytu  d u c h o w e g o, dziś obce już jego świadomości.

Wiekuista substancja duchowa, własną wolą wytrącona ze sfery świadomości czystego przeżywania rzeczywistych ukształtowań duchowych, a obecnie wyżywająca się fizycznie - zmysłowo w ludzkim zwierzęciu ziemskim, pozostaje wciąż jeszcze nosicielką wspomnień o swym pradawnym bytowaniu, a chociaż mózg zwierzęcia ziemskiego nie jest podatny do uczestniczenia w takich "wspomnieniach", to jednak bierze w nich udział intuicyjnie dzięki oddziaływaniu pewnych wpływów.

Wszelki przejaw zdrowego zmysłu krytycznego wywoływany bywa przez podświadome porównanie rzeczy danych człowiekowi tu na ziemi z formami absolutnej doskonałości, które by im odpowiadały w zjawiskach  d u c h o w y c h.

My ludzie żyjemy na tej ziemi pod wpływem  d w u  k r a ń c o w o  r ó ż n y c h  ideałów doskonałości, bez względu na to, czy lekceważymy dwoistość naszych dążeń, czy też - jak wszystkie, nie doszczętnie po ziemsku zaskorupiałe natury - gorzko nad tym bolejemy...

Gdybyśmy mieli tylko naturę odpowiadającą zmysłom  z i e m s k i m, dwoistość dążeń oraz wszelkie płynące z niej cierpienia byłyby  n i e m o ż l i w e.

Życie fizyczne narzuca nam, i to brutalnie, rzeczy uchodzące dla niego za "doskonałość"   s a m ą  p r z e z  s i ę, podczas gdy za pośrednictwem tego samego fizycznego mózgu odbieramy wpływy czysto duchowe, dzięki czemu tworzymy sobie wyobrażenie takiej doskonałości, wobec której wszelka doskonałość  z i e m s k a  wydaje się nam skazaną na  n ie d o s k o n a ł o ś ć.--

Skoro więc człowiek dąży do doprowadzenia rzeczy całkowicie podlegających prawom  f i z y c z n y m  do takiej doskonałości, jaka panuje jedynie w rzeczach  d u c h o w y c h, musi to wywołać wewnętrzną "rozterkę"!

Zaliczyć tu należy wszelkie dążenie do "uduchowienia" rzeczy cielesnych...

Tu, w świecie fizycznym, posiadamy jedynie wzniosłą możliwość  u c i e l e ś n i e n i a  ducha, lecz nawet i to ucieleśnienie wykonalne bywa na miarę doskonałości zakreślonej zmysłami fizycznymi, a więc w stosunku do doskonałości wiekuistego  D u c h a musi zawsze uchodzić za  "n i e d o s k o n a ł e".- - -

Mimo to skłonność do krytyki, z  D u c h a  wprawdzie  p o c z ę t a, lecz  p r z e j a w i a j ą c a  s i ę  tylko w  sp r a w a c h  f i z y c z n y c h, wciąż skłania nas do błędnych przypuszczeń, jakoby rzeczy istniejące w zjawiskach fizyczno-zmysłowych mogli doprowadzać do takiej doskonałości, jaka jest możliwa jedynie w sprawach  D u c h a.

Stąd to pochodzą nadmierne nasze roszczenia - stąd  p r z e r o s t  niepohamowanej żądzy krytykowania!-

Powinniśmy wreszcie uświadomić sobie, że krytyka postępowania otaczającego nas środowiska ludzkiego wtedy tylko bywa  u s p r a w i e d l i w i o n a - i że zmysł krytyczny tylko wtedy się utrzymać daje w  n o r m i e, gdy dajemy baczenie na warunki, jakim podlega wszelkie działanie ducha ludzkiego na ziemi.

Nawet najdoskonalsze wyniki pracy człowieka na tym świecie zjawisk  f i z y c z n o - zmysłowych będą czymś  n i e d o s k o n a ł y m  wobec tego, co jest doskonałością ze stanowiska wiekuistego istotnego  D u c h a.- - -

O ileż bardziej wskazana bywa wszelka pobłażliwość  t a m, gdzie zgodnie ze stanem rzeczy i z uwagi na możliwości  f i z y c z n e - "doskonałość" nigdy osiągnięta być nie może...

Mania krytykowania jest chorobą, którą "wąż" w "raju" zaraził ludzkość. Może po tych wyjaśnieniach lepiej będą zrozumiane te kuszące słowa podług mitycznej opowieści, podszepnięte człowiekowi przez  s a t a n i c z n y  pierwiastek:
  "B ę d z i e c i e  j a k o  b o g o w i e,  - w i e d z ą c  d o b r e  i  z ł e!---"

Ponure, a wreszcie przemijające to "bogi", co posiadają taką "wiedzę"!

W obliczu wiekuistego, rzeczywistego  D u c h a  wszelkie "zło" jest tylko zjawiającym się w czasie, przemijającym  b ł ę d e m, którego realność  f i z y c z n a  pozostaje dla duchowej świadomości  "n i e b y t e m", gdyż to, co  j e d y n i e  w Duchu siebie przeżywa, jest wiekuistą  d o s k o n a ł o ś c i ą: od wieków spłodzonym i wiecznie dalej płodzącym siebie  "d o b r e m".- - -

A teraz jeszcze słówko  o  s a m o k r y t y c y ź m i e!

Ten rodzaj przejawu zmysłu krytycznego może wywołać jego  z w y r o d n i e n i e, jeśli nie będzie przez nas należycie i świadomie kierowany. Powinno to być zrozumiałe przede wszystkim dla tych, którzy sami  c i e r p i ą  na zwyrodnienie tego zmysłu...

Krytyka  w ł a s n e g o  postępowania może tak samo posuwać nas naprzód lub hamować, jak krytyka w stosunku do  i n n y c h  ludzi może im się stać pomocą lub przeszkodą.

W obu wypadkach krytyczne ustosunkowanie się wtedy tylko stać się może  b ł o g o s ł a w i e ń s t w e m, gdy postaramy się przede wszystkim odnaleźć  d o b r e  s t r o n y, zanim zaczniemy doszukiwać się błędów i braków w postępowaniu własnym lub naszych bliźnich.--

J e d n a  j e d y n a  w a r t o ś ć  p o z y t y w n a  m o ż e  p r z e w a ż y ć  c a ł y  o g r o m  i s t n i e j ą c y c h  b ł ę d ó w  i  b r a k ó w !

Podanie głosi, że Sodoma uległa zagładzie, ponieważ grzechy tysięcy jej mieszkańców przywiodły ją do zguby, a jednak - gwoli  "d z i e s i ę c i u  s p r a w i e d l i w y c h"   c a ł e  t o  m i a s t o  m o g ł o  b y ć  u r a t o w a n e...

--------------------------

K T O  T O  B Y Ł
J A K U B  B Ö E H M E ?

Dawni i nowi komentatorzy niezwykłego  d z i e ł a, które nosi  i m i ę  Böehme, z większym lub mniejszym powodzeniem zajmowali się również  c z ł o w i e k i e m  stojącym poza tym dziełem. Że Böehme - pominąwszy czym był - miał także szyć buty, o tym wiedzą nawet ci, którzy nigdy nie przeczytali ani jednego wiersza przezeń napisanego. Jeżeli nawet niektórzy komentatorzy tego dzieła nazywali twórcę "szewcem z Görlitz" /dzisiejszy Zgorzelec/ jest to - w najlepszym razie - rzecz gustu, chyba że ktoś nie zgodzi się ze mną, że chociaż szewstwo jest rzemiosłem zasługującym ze wszech miar na szacunek i chociaż ta klasa rzemieślnicza może być naprawdę dumna ze swego sławnego towarzysza cechowego, to jednak nie wykazuje  "b l i s k o ś c i  d u c h o w e j"   ten, kto mówiąc o niezmiernie głębokim  z w i a s t u n i e  D u c h a, Jakubie Böehme, może choćby napomknąć o jego zajęciu, którym zarabiał na chleb powszedni.- - -

Zapewne nigdy nie brakło ludzi dla których o istocie tak wielkiego duchem męża, bynajmniej nie decydował jego ziemski sposób zarobkowania - dla których nie miało znaczenie to, że mistrz wyrósł  p o z a  obrębem powszechnie przyjętego wykształcenia.

Nawet sam Böehme w pismach swoich wyraźnie wskazuje, jak dotkliwie odczuwał  b r a k  nauki swych czasów, której posiąść nie było mu dane i po kres dni swoich dokłada starań, by przyswoić sobie świat pojęć swych uczonych przyjaciół - aby za pomocą "słów" od nich zasłyszanych zapoznać ich z własnymi  p r z e ż y c i a m i  i  m y ś l a m i.

Konieczność zajmowania się wyuczonym zawodem dla utrzymania się przy życiu była mu wieczną  p r z e s z k o d ą. Wszystko co wiemy o warunkach zewnętrznych jego życia, wskazuje wyraźnie, jak usilnie starał się tę przeszkodę usunąć, aby tylko móc iść za wewnętrznym popędem swego wzniosłego ducha.

Chcąc naprawdę poznać to bogactwo duchowe, należy podchodzić do pism tego mędrca bez powziętego z góry przekonania, że się w nich znajdzie domorosłe wyniki mędrkujących dociekań poczciwego rzemieślnika, zapominającego przy swym kopycie szewskim, że powinien porządnie szyć buty, zamiast szukać rozwiązania różnych niepokojących go zagadnień metafizycznych.

Mam tu na myśli tych wszystkich, którzy pism jego nie czytali lub odłożyli je na bok zniechęceni niejasnością jego słów.

Kto zaś  z b a d a  n a p r a w d ę  d o  g ł ę b i  pisma Jakuba - kto nie pożałuje trudu wżycia się w jego sposób wysłowienia - ten ze  c z c i ą  pochyli czoło przed człowiekiem, który coś podobnego mógł napisać. Jest rzeczą stwierdzoną, iż taką cześć najsilniej odczuwają właśnie c i, których  w ł a s n a  dusza poczyna rozbrzmiewać pod wpływem obcowania z cudownymi skarbami, które tai w sobie świat niezgłębiony pisarza...

Dotyczy to naturalnie tylko jego poznania świata czysto duchowego! Ale pomimo błędnego ujmowania rzeczy w zakresie świata zmysłów fizycznych, gdzie się u innych zapożycza, mimo całego piętna epoki wyciśniętego na jego wywodach, a nawet mimo wszelkich więzów skostniałych dogmatów religijnych, stoi oto przed nami  n a j m ę d r s z y  spośród tych, którzy kiedykolwiek usiłowali dotrzeć do ostatecznych granic poznania ludzkiego!-

Oto "kopacz", który pogłębił swą studnię aż do pranurtów żywota! Ktokolwiek zdobędzie się na odwagę, by zstąpić w głąb tej studni - gdyż nie ma uwiązanego przy niej wiadra do czerpania, ten dojdzie do przeświadczenia, iż musiałby tylko w sobie przebić studnię tejże głębokości, by natrafić na te same  ż y w e  ź r ó d ł a  również w samym sobie...

Oczywiście, kto się uwikłał w gmatwaninie  r e l i g i j n y c h  a l e g o r i i, wciąż jeszcze zdobiących ocembrowanie studni, którą Böehme zbudował w samym sobie, ten niech będzie zadowolony, gdy się wreszcie z niej  w y z w o l i,   a wody głębin ukażą mu jedynie odbicie jego własnego wzburzonego oblicza.- - -

Kim był Jakub Böehme - ów niezwykły i na swój sposób tak dobrze znający świat Ducha-wieszcz, któremu najnowsze badania przyznały wreszcie stopień należny mu w dziejach ducha ludzkiego? Nigdy nie brakło mu czcicieli, zdumiewających się tą, bądź inną stroną jego istoty, gdyż żaden z nich nie zdołał ogarnąć wzrokiem  c a ł e g o  obrazu tego wielkiego człowieka.-

Odpowiedź, którą tu daję, dotyczy wyłącznie  d u c h o w e g o  pochodzenia Böehmego, tak jak je znam dzięki najpewniejszemu poznaniu. To, co tu powiem, zrozumieją ci, którzy już doszli do poznania - że wszystko, co się w zakresie spraw Ducha dzieje tu na ziemi, jest tylko ostatecznym wynikiem impulsów, zrodzonych z miłości w królestwie rzeczywistego  D u c h a.- - -

Trzeba będzie przypomnieć sobie wszystko, co powiedziałem, mianowicie:
że rzeczy boskie mogą się stać zrozumiałe dla człowieka jedynie za  s p r a w ą  d u c h a  l u d z k i e g o  i  ż e  cały wpływ wywierany na ludzkość tej ziemi  z  k r ó l e s t w a  r z e c z y w i s t e g o  D u c h a, ma swe źródło w niewidzialnej Świątyni, znajdującej się  t u  n a  z i e m i, a jej kamieniami węgielnymi są  l u d z i e  t e j  z i e m i, którzy mimo wszelkich swych ziemskich czynności,  j e d n o c z e ś n i e - w pełni świadomości i nieprzerwanie w  c z y s t y m  D u c h u  żyją.- - -

S t a m t ą d  t o  B ö e h m e  otrzymał zlecenie swojej działalności!-

Jako  "U c z e ń"  duchowy, tego często opisywanego przeze mnie koła duchowego, działającego w ukryciu, wznosił się stopień za stopniem, jak daleko było to dlań możliwe za życia ziemskiego, wiedząc  s k ą d  nań to Światło spłynęło.

Surowe nakazy jednak obowiązywały go do  m i l c z e n i a. On sam nie był przeznaczony by stać się tu na ziemi Jaśniejącym w gronie "Jaśniejących Praświatłem".

Zbyt ziemskie płomyki pełzały w nim jeszcze wokół złocisto-białego światła Ducha boskiego, a tego wymagającego tysięcy lat rozwoju duchowego, jaki musi  o s i ą g n ą ć  każdy "Jaśniejący", zanim się narodził w ciele zwierzęcia ziemskiego, - nie osiągnął jeszcze kiedy wkraczał w swoje życie ziemskie.

A jednak wszystko, co tylko osiągnąć może człowiek naprawdę czcigodny, "wybrany" na ucznia Światłości, okazało światu dzieło Jakuba, mimo iż świat wiedzieć nie mógł, skąd nań spłynęła siła do stworzenia tego dzieła.

Komentatorzy pism Böehma nie posiadali żadnych pewnych wiadomości o  p r z y c z y n a c h  i  ź r ó d ł a c h  jego jasnowidztwa - nie mogli nawet  d o m y ś l a ć  s i ę, iż czynne w nim było kierownictwo duchowe, o którego istnieniu na ziemi wiedzieli zawsze tylko bardzo nieliczni, a ci nie mieli prawa o tym mówić. - - - -

A przecież nie jest wykluczone, że Böehme mógł kiedyś dać zaufanym przyjaciołom wskazówkę, jaka wydawała mu się jeszcze dozwoloną, i ona dała później jego pierwszemu biografowi powód do pewnej opowieści, w której dzisiejsi czytelnicy, nie wiedząc co z nią począć, dopatrują się jedynie mitu.

Posłuchajmy, co mówi o tym biograf i przyjaciel Böehmego:
"Owo bardzo być może, że takoż od  z e w n ą t r z  za wpływaniem  m a g i c z n o  -  a s t r a l n y m  g w i e ź d z i s t y c h  duchów, do onego świętego ognia miłości jakby  u k r y t e  zarzewie wraz podkładane i podrzucane były."

Jest rzeczą prawdopodobną, że biograf mniej więcej  d o m y ś l a ł  się, jak się istotnie rzeczy mają, a może nawet z napomknień Böehma  w i e d z i a ł  więcej, niż chciał powiedzieć.---

Niewątpliwie każdemu, daje dużo do myślenia, że w łączności z powyższą cytatą mamy opowieść o tym, jak to pewnego razu "obcy jakowyś, licho przyodziany, a przed się dworny, a godny mąż" wstąpił za lat młodych Böehmego do sklepu jego majstra, gdy Böehme był tam sam i mąż ów nieznany nazwał go niespodzianie po imieniu ku niemałemu stąd przestrachowi Böehmego.

Dalej czytamy:
"Tedy owy mąż, statecznego y dwornego oblicza, wierę, skry ogniste z ócz miotający, za prawicę go chwyciwszy, bystrze a przenikle w oczy mu poźrzał y rzekł: maluczkiś Jakubie, wey będziesz wielgi y cale innym staniesz się człowiekiem a mężem...itd.itd."

"Zaczym mąż owy dłoń mu uściskał, znowuż bystrze w oczy mu poźrzawszy, y poszedł sobie swoją drogą".

A dalej w związku z tym wszystkim czytamy jeszcze relację, jak to Böehme stał się odtąd innym człowiekiem, a "wrychle po tym" nastąpiło jego oświecenie, jego "obwołanie duchowe y dzień sabatu"...

Choć jestem bardzo daleki od chęci prowadzenia sporu, jaką wartość przyznać należy temu opowiadaniu, sądzę jednak, że w każdym razie nie jest ono pozbawione pewnej wskazówki.-

A że nie mam zamiaru komentowania pism Böehmego, mogę się więc ograniczyć do tej jedynej wskazówki, chociaż nie uważam zgoła za niemożliwe, że gruntowni znawcy tych pism mogliby mi wskazać również we  w ł a s n y c h  pismach Böehmego, miejsca tak samo tajemnicze, jak i to, o którym tu wspomniałem.- - -

Wystarczy chyba zwrócić tylko uwagę czytelników na powyższą wzmiankę. Istnieje tylko jedno źródło do wyjaśnienia  d u c h o w e g o  p o c h o d z e n i a  Böehmego, co się potwierdza wciąż nowymi spostrzeżeniami, że najlepsi nawet komentatorzy duchowego zjawiska, jakim był Jakub Böehme, nie umieją dokładnie wytłumaczyć ani tego człowieka, ani jego pism, dopóki nie wiedzą o stosunku Böehmego do duchowego zespołu "Jaśniejących Praświatłem".

Nie istnieją już dziś przyczyny, dla których ongi ten mędrzec jasnowidzący był sam zobowiązany do milczenia, wpływ więc pisma jego będzie ułatwiony, gdy się  d o w i e m y  o jego pochodzeniu duchowym i będziemy mogli  n a l e ż y c i e  tłumaczyć ślady tego pochodzenia, zawarte w jego dziele.

Co w jego dziele było odbiciem czasu i jego poglądów czysto osobistych - to wynikało z poglądu na świat, z którym się musiał liczyć, o ile nie chciał znosić od swych zwolenników daleko większych jeszcze przykrości, niż te, jakie i tak już znosić musiał - wszystko to daje się usunąć z jego dzieła bez uszczerbku w rzeczach istotnych.

To zaś, co pozostanie w jego dziele jako istotne, choć napisane przed trzystu z górą laty, posiada znaczenie i dla czasów dzisiejszych!

Nigdy się to zestarzeć nie może, gdyż wywodzi się z wieczności: - z wiecznie trwającego "dzisiaj"!
Jakub Böehme nadawał przeżyciom swej duszy tę jeno szatę słowną, w której zawsze mogły się stawać  d l a  n i e g o  s a m e g o  u c h w y t n e  i  n a d a j ą c e  s i ę  d o  z a c h o w a n i a, gdyż nie był przecie panem i sprawcą tych przeżyć, lecz zawsze miał czekać, aż mu się za sprawą królestwa Ducha znowu ukażą, tak że za każdym razem groziło niebezpieczeństwo, że to, co ujrzał, znów mogło być dlań stracone.---

Nie ma w tym nic dziwnego, że często  p r z y s t r a j a ł  coś istotnego w tak zawiłe i zagmatwane formy, gdyż mu zdawało się, że to, czego nie sposób wyrazić, najlepiej było ująć w sploty arabeski. Będąc z natury zdolnym do wysławiania się na modłę swoich czasów,   z m u s z a ł  słowa do stawania się  f o r m ą  jego plastycznych przeżywań i mało go wzruszało, gdy słowa  o p i e r a ł y  s i ę  wkładanemu w nie obrazowaniu nadmiaru jego wewnętrznych przeżywań.

Tylko czytelnik, który z  m i ł o ś c i ą  w n i k n i e  w jego słowa, będzie mógł  w y z w o l i ć  z nich to, co w sobie zawierają.- - - -

--------------------------

M O C  U Z D R A W I A N I A


"A ujrzawszy rzesze bały się i chwaliły
Boga, który dał takową moc ludziom."
Mateusz,IX,8

Opowiadano o pewnym Maoryjczyku z Nowej Zelandii, który miał dokonać wręcz niesłychanych  u z d r o w i e ń. Mąż ów był podobno  c h r z e ś c i j a n i n e m  i wymagał od tych, których miał uzdrowić, aby dziękowali za swoje uzdrowienie jedynie  "T r ó j c y  Ś w i ę t e j"   - O j c u,   S y n o w i  i  D u c h o w i  Świętemu, a nawet ostrzegał, że uzdrowienie przestanie działać, jak tylko utracą wymaganą przezeń wiarę.

W kołach zaś chrześcijańskich uważano czyny owego Maoryjczyka za namacalne  p o t w i e r d z e n i e  d o g m a t u....

Potem zjawił się w Europie pan Coue, który nie wymagał od chorego niczego więcej prócz wiary w potęgę  w ł a s n e j  w y o b r a ź n i, a osiągał nie mniej "cudowne" wyniki.

A oto nadchodzi znów nowa wiadomość o jakimś uzdrowicielu, który rzekomo zwalcza przeróżne choroby  p r z e z  s a m o  t y l k o  p r z y k ł a d a n i e  r ą k.

Tym razem jest to  m n i c h  b u d d y j s k i  - podobno Chińczyk - którego uzdrowienia budzą podziw i cześć bojaźliwą nawet w przyzwyczajonych do "cudów"   I n d i a c h.

Nie mając możności nakładania rąk  o s o b i ś c i e  na wszystkich zgłaszających się doń chorych,   "p r z e l e w a"   swą moc uzdrawiania na pięciu swoich uczniów.---

Ze sprawozdań prasowych można wywnioskować, że prawdziwość tych uzdrowień nie ulega żadnej wątpliwości, a więc stoimy - jak zwykle w takich wypadkach - w obliczu zagadki.

Wprawdzie ze wschodniej Azji dochodzi nas od czasu do czasu dość dużo wieści zdumiewających, po bliższym jednak ich zbadaniu często niewiele z nich prawdy pozostaje, choć nigdy nie brak w pierwotnych doniesieniach "absolutnie wiarygodnych świadków".

Wszelako to, co donoszą o owym mnichu buddyjskim, nie jest aż tak znowu cudowne, by należało wątpić choćby nawet przez zwykłą ostrożność. Dziwić się raczej należy, że wciąż stajemy  z d u m i e n i  wobec takcich uzdrowień, nie  w i e d z ą c, jak  j e  o b j a ś n i ć, że w pewnych kołach nie bardzo chcą wierzyć nawet w uzdrowienie dokonywane przez sympatycznego i trzeźwego pana  C o u e, który się przecie nie stroi w płaszcz cudotwórcy.-

Wprawdzie pan Coue mówi wyłącznie o  "a u t o s u g e s t i i",   gdy tymczasem chodzi tu o siły, które właśnie autosugestia dopiero  w y z w a l a  z w i ę z ó w, jednak rzeczą najbardziej istotną w jego próbie objaśnienia tych faktów jest przecież wskazówka, że uzdrowienie sprawiają siły, które każdy człowiek  w  s o b i e  p o s i a d a.

Prawdę mówiąc żaden w świecie lekarz nie może skutecznie  l e c z y ć  inaczej, niż dając tym siłom możność działania, bez względu na to, jakimi środkami posługuje się, czy chemicznymi, czy zabiegami chirurgicznymi. Nie ma więc w tym nic nowego i od dawna wyrobiono sobie słuszny pogląd, iż lekarz może jedynie  p o b u d z a ć  lecznicze siły natury, poza tym jednak niewiele może dopomóc najlepszymi lekarstwami, a nawet usunięciami chorego organu.

Wchodzą tu w grę inne jeszcze rzeczy, a skromna postawa pana Coue twierdzącego, iż on sam nie  o d g r y w a  ż a d n e j  r o l i  w dziele uzdrowienia, lecz jedynie poucza pacjenta, jak ma  s a m  s o b i e  pomagać, żadną miarą nie powinna uchodzić za niezbite stwierdzenie istotnego stanu rzeczy, choćby nawet pan Coue był najmocniej przeświadczony o słuszności tego zapatrywania.

Oczywiście  w o l a, szczególnie gdy działa w  n a j p o t ę ż n i e j s z e j  swej postaci: jako  i m a g i n a c j a, jako  p o t ę g a  w y o b r a ź n i, może sprawiać w człowieku istne "cuda".

Dotyczy to również wyzwalania owych sił leczniczych znajdujących się w każdym organiźmie ludzkim w postaci automatycznie działających regulatorów, które jednak przy najsłabszym sprzeciwie  m y ś l i  zostają  o b e z w ł a d n i o n e. Toteż wszystko sprowadza się do tego, by jak najlepiej  u s u n ą ć  s k r ę p o w a n i e  wywołane takim sprzeciwem myśli.

Daleko bardziej jednak chodzi zarówno tu - jak i przy wszelkich przejawach sił życiowych - o pobudzenie czynności  d w u  b i e g u n ó w, z których jeden tkwi w impulsywnej woli komórek chorego organizmu zmierzającej ku zwyrodnieniu, drugi zaś w  d u c h o w e j  woli /nie "życzeniu"/   w y z d r o w i e n i a.

Przy  s a m o u z d r o w i e n i u  nieodzowna jest przede wszystkim  o b i e k t y w i z a c j a  przez chorego  s w e j  w o l i  w y z d r o w i e n i a, uczynienie jej niejako czymś "obcym" dla siebie samego, by pozostało niezbędne  n a p i ę c i e  pomiędzy  t k w i ą c ą  w  o r g a n i ź m i e  w o l ą  c h o r o b y  a  d u c h o w ą  w o l ą  w y z d r o w i e n i a.

Nie zawsze to jest łatwe, a czasami bywa prawie niemożliwe, gdy stawiane choremu żądania zostają sprowadzone do ostatecznego minimum, skoro, przynajmniej na początku,   d u c h o w a  wola wyzdrowienia: czyli zaprowadzenia ładu w panującym organiźmie  b e z ł a d z i e  - oddziaływa na chorego od  z e w n ą t r z,   a dzięki temu wpływowi  p o b u d z a  do działania w odpowiednim kierunku  j e g o  w ł a s n ą  wolę duchową.

Ta  z e w n ę t r z n a  wola  d u c h o w a  może być  w o l ą  z b i o r o w ą, jaka działa np. w miejscach pielgrzymek - może zaś też płynać od  p o j e d y ń c z e j  o s o b y, a wówczas zależy wyłącznie od  w ł a ś c i w e j  danej osobie  m o c y  p r z e l e w a n i a  owej "uzdrawiającej woli" na innych.

Stwierdzono już, jak wiadomo, niezliczone razy w praktyce leczniczej, iż pewne metody leczenia zapewniają najpomyślniejsze wyniki w ręku  j e d n e g o  lekarza, podczas gdy inni, niemniej lekarze, tymi samymi metodami nie potrafili niczego dokonać.

Rozległa wiedza, a nawet bogate  d o ś w i a d c z e n i e  p r a k t y c z n e  nie mogą zastąpić  w r o d z o n y c h  z d o l n o ś c i  prawdziwego  u z d r o w i c i e l a, toteż człowiek powinien się poświęcać działalności  l e k a r z a -  u z d r o w i c i e l a, tylko wtedy, gdy wyraźnie dostrzega w sobie tę zdolność: ową możność  p r z e n o s z e n i a  n a  i n n y c h  s w e j  w o l i  d u c h o w e j  u z d r a w i a n i a  w s z e l a k i c h  n i e d o m a g a ń.

Natomiast każde  c z y s t o  n a u k o w e  zainteresowanie się wewnętrzną budową organizmu ludzkiego i zachodzącymi w nim patologicznymi zmianami usprawiedliwia tylko dążenie do poświęcenia się wyłącznie pracy badawczej, mogącej  b e z p o ś r e d n i o  nieść chorym wielki pożytek. Należałoby jednak jak najściślej rozróżniać na polu nauk medycznych zdolności badacza, od zdolności uzdrowiciela. Obie te zdolności bywają  w r o d z o n e  i w swej wybitnie  z a r y s o w a n e j  formie nie dają się  n i g d z i e  n a b y ć, choć niejeden lekarz, urodzony badacz, a z musu uprawiający praktykę leczniczą, z potrzeby robi cnotę, chcąc leczyć z czysto ludzkiej chęci niesienia pomocy, skoro go już do tego powołano, a wtedy może też czasami osiągnąć dość liczne wyniki dodatnie.

Połączenie obu tych zdolności w jednym człowieku tak  n i e z w y k l e  r z a d k o  się spotyka, że można je tu bez skrupułów pominąć.-

Dość mamy wśród nas ludzi, którzy są urodzonymi uzdrowicielami, a gdy stosuje się już dzisiaj najbardziej skomplikowane mechaniczne metody dal upewnienia, czy ktoś nadaje się do zawodu technicznego, to powinno się też sprawdzać już w okresie studiów, czy kandydat na medyka nadaje się na badacza, czy na  u z d r o w i c i e l a.

Na pewno nie zdarzyłyby się już wtedy wypadki, iż cudotwórca spod ciemnej gwiazdy zdobywa sławę uzdrowiciela wszelkich możliwych chorób, których lekarz z wykształceniem medycznym wyleczyć nie mógł, bo nie był właśnie z urodzenia  u z d r o w i c i e l e m.

Taki zaś  u z d r o w i c i e l  osiągnie uzdrowienie z pomocą  k a ż d e j  metody, a nabytą przezeń wiedzę kierować będzie zawsze nieomylnie jego  i n t u i c j a.

Zanim jednak dojdziemy do zrozumienia, iż prawdziwy lekarz winien być przede wszystkim  u z d r o w i c i e l e m  z urodzenia, wszelkie nowe metody leczenia, wszelkie reformy w sztuce lekarskiej  m a ł o  nam będą pomocne i zawsze się jeszcze zdarzać będzie, że cały świat nadstawi uszu w tę stronę, gdzie się pojawi jakiś prawdziwy  u z d r o w i c i e l, podczas gdy coraz bardziej zatracać się będzie zaufanie do sztuki lekarskiej opartej na  p o d s t a w a c h  n a u k o w y c h.-

Przyczyną takiego postępowania mas - jest zawsze  n i e o m y l n y  i n s t y n k t,  w y c z u w a j ą c y  m o c  u z d r a w i a n i a  w człowieku  d o  t e g o  u r o d z o n y m  i mało się troszczącym o to, czy taki człowiek posiada również  w i a d o m o ś c i  n a u k o w e, by móc  k o n t r o l o w a ć  swoją działalność. Chory chce  w y z d r o w i e ć  i nie ma najmniejszej chęci, by go uważano za "interesujący przypadek", jakim być może tylko dla badacza, nigdy zaś dla  u z d r o w i c i e l a!

 

--------------------------

N I E B E Z P I E C Z E Ń S T W A  M I S T Y K I

Dokumenty wszystkich czasów świadczą o pewnych ludziach, którzy twierdzili, że dla nich  r z e c z y  b o s k i e  uchodzą za prawdziwe nie tylko dlatego, że za takie je podają  w i e r z e n i a  r e l i g i j n e, lecz raczej dlatego, że je sami  ś w i a d o m i e  p r z e ż y w a l i  i dobrze się z nimi obeznali w wypróbowanych i nie ulegających wątpliwości przeżyciach.

Takie twierdzenie uchodzi za zuchwalstwo w oczach wszystkich uznających za pewnik, że wszyscy ludzie są  "r ó w n i  w o b e c  B o g a", co tłumaczą w ten sposób, jakoby nie mogło być dostępnych przeżyć dla jednych, a niedostępnych dla innych.

Posiadamy jednak świadectwa poszczególnych ludzi dowodzące przecież, iż zakres dziedziny przeżyć jest  b a r d z o  różny dla nas - mieszkańców ziemi, a nawet w przeżywaniu  r z e c z y  z e w n ę t r z n y c h  rzuca się w oczy niesłychana różnorodność  z d o l n o ś c i  przeżywania.

Jeżeli już w życiu   z e w n ę t r z n y m  rzeczą ważną jest, jakie wrodzone skłonności człowiek posiada i jak sobie radzi z rozwojem swych uzdolnień, to przy przeżyciach  d u c h o w o  -  p s y c h i c z n y c h  zachodzi jeszcze cały szereg innych okoliczności, a wszystkie one muszą zgodnie  w s p ó ł d z i a ł a ć, jeśli mamy osiągnąć nie  b u d z ą c e  w ą t p l i w o ś c i  przeżycie w dziedzinach niewidzialnych.

N a d z w y c z a j  rzadko zdarzają się wypadki, kiedy ludzie przeżywają rzeczy Ducha z całkowitą jasnością i pewnością. Byłoby jednak bardzo nierozsądnie nie zwracać na nie uwagi z powodu ich rzadkości lub nawet chcieć im zaprzeczać. Tym bardziej, że i  d z i s i a j  zdarzają się ludzie, którzy w ten sposób przeżywają i z niezwykłą trzeźwością sądu zdają sobie sprawę ze swych przeżyć.

Należy jednak zawsze odróżniać właściwe  p r z e ż y c i e  o d  r e l a c j i  o nim, w której przeżywający usiłuje wyrazić przeżycie w słowach.

W takich relacjach człowiek z całym zapałem dąży do wypowiedzenia tego, co nigdy słowami wypowiedzieć się  n i e  d a j e, i siłą rzeczy stwarza sobie  o b r a z  i  p o d o b i e ń s t w o, by innym duszom udostępnić to, co go spotkało.

W tym dążeniu przejawia się wewnętrzne przeczucie, że własne przeżycie musi mieć jakieś znaczenie i bogatą wartość również dla wszystkich ludzi. Sprawozdawca poczuwa się do  o b o w i ą z k u  podać wieść o nim, choćby nawet takie wyznanie miało mu sprawić trudność.

Badając obrazy i przenośnie w zeznaniach tyczących się tych spraw, można by łatwo dojść do wniosku, iż chodzi zawsze o  j e d n e  i  t e  s a m e  przeżycia wewnętrzne, tylko rozmaicie przedstawione, zależnie od zdolności opisowej przeżywającego, od właściwego mu świata wyobraźni.

Rozejrzawszy się jednak uważniej, nawet jeśli nigdy nie wstrząsnęły nami podobne przeżycia, bez trudu można spostrzec, że chodzi tu o sprawozdania z przeżyć w istocie bardzo różnych, choćby użyte opisy skłaniały nas do przypuszczeń, iż te doświadczenia były co do istoty swej  t e g o  s a m e g o  r o d z a j u.

A nawet ujrzy niebawem, iż chodzi o całe  g r u p y  przeżyć zgoła odrębnych, mimo że w jednakowych lub bardzo podobnych słowach zdano o nich sprawę.-

Przyczyna zaś leży w tym, że   k a ż d e  przeżycie nieuchwytne dla zmysłów  f i z y c z n y c h, może być oddane wyłącznie za pomocą  p o r ó w n a ń  i napomknięć. Poza tym sprawozdawca zapożycza chętnie obrazy i przenośnie od innych, by tylko wybrnąć z dręczącej go niemożności wypowiedzenia się.

Chodzi tu o  d w i e  wielkie grupy ludzi przeżywających, każda zaś z tych grup obejmuje znowu  p o s z c z e g ó l n e  rodzaje indywidualnych możliwości przeżywania.

Z jednej strony mamy do czynienia z ludźmi, którzy przeżywają tylko to,   c o  s k r y t e  jest w ich  w ł a s n y m  w n ę t r z u  mniemając, iż przeżyli tu już coś: "boskiego", gdyż nieznane im są szczyty i głębie, dale i przestworza, jakie ogarnia dusza ludzka, a nie chcą się wznieść do wiary, że wszystko to leży jeszcze w granicach  c z ł o w i e c z e ń s t w a.

Większość przeżyć odbywa się tu w  e k s t a z a c h  i  w i z j a c h, zawsze jednak w jakimś "innym stanie", różniącym się bardzo od normalnej, trzeźwej świadomości codziennej.

Z drugiej strony mamy ludzi, którzy naprawdę przeżywają w  d u c h u  o b i e k t y w n ą  r z e c z y w i s t o ś ć  d u c h o w ą  - odczuwają instynktowny lęk przed wszelkimi ekstazami i wizjami, a cenią tylko takie przeżycia, jakich dostąpić można z  n i e p r z y ć m i o n y m i  zmysłami zewnętrznymi, w  p e ł n i  ś w i a d o m o ś c i  s i e b i e  i  o t a c z a j ą c e g o  ś w i a t a  z e w n ę t r z n e g o.

Ci, którzy doznają tego rodzaju przeżyć, trafiają się daleko rzadziej, niż ekstatycy i wizjonerzy, gdyż takie żywe, na jawie, przeżywanie duchowe wymaga prawdziwie surowej dyscypliny wewnętrznej i samokontroli. Nieodzownym warunkiem takiego przeżywania jest umiejętność osiągnięcia w sobie przede wszystkim zdrowego, harmonijnego życia wewnętrznego, oraz najskrupulatniejszego wystrzegania się wszelkich marzycielskich uczuć i wynurzeń, aby o trzeźwych zmysłach, lecz z czcią głęboką wobec istotnych spraw Ducha chronić zawsze prawdziwe doznania rzeczywistości duchowej od wszelkich wytworów fantazji.-

Podczas gdy ekstatycy i wizjonerzy zawsze opisują swe przeżycia w wykładni mającej potwierdzać powszechnie przyjęte pojęcia religijne, choćby nawet usiłowali te pojęcia jakoś rozwijać lub pogłębiać - to przeciwnie, każdy człowiek świadczący o przeżyciach rzeczywistości duchowej, daje bardzo wyraźnie do zrozumienia, że nie krępują go żadne panujące w tych czasach poglądy.

Nie pragnie on, posługując się znanymi pojęciami i wyobrażeniami, podtrzymywać panujące w jego czasach i w jego środowisku poglądy na sprawy Ducha, lecz nie troszcząc się o jakiekolwiek konstrukcje dogmatyczne, na mocy posiadanej znajomości rzeczy chce  w s k a z y w a ć, jakie kamienie w tego rodzaju budowlach są  t r w a ł e, a jakie niektóre są ociosane  w ł a ś c i w i e, a które  w a d l i w i e, ponieważ nie chodzi mu o burzenie, lecz o to, by budowla odpowiadała rzeczywistości  z n a n e j  mu z przeżyć duchowych.

Wiele błędów powstało z bezkrytycznego pomieszania wskazanych wyżej relacji obu grup ludzi wewnętrznie oglądających i przeżywających. Chociaż świadectwa ekstatyków i wizjonerów bywają nawet czasami godne podziwu i wysokiej oceny, lecz są to zawsze relacje mniej lub więcej przystosowane do swego czasu i  s u b i e k t y w n i e  zabarwione, a przy tym  p r z e s ł o n i ę t e  i  m g l i s t e, opowiadające o niecodziennych wprawdzie lecz nie wolnych od złudzeń przeżyciach  w e w n ę t r z n y c h, dających się porównać z przeżyciami poetów, lecz pozbawionych ładu, jaki wprowadza władczy artyzm.

Odpowiednio do tego wartość przejmowania się tego rodzaju relacjami może polegać wyłącznie na tym, że mogą wywoływać poetyckie natchnienie lub subiektywnie zabarwione podniosłe nastroje religijne.

Taka podziwiana, w i a r ą  p o d s y c a n a  mistyka wszystkich czasów i wszystkich ludów  t k w i  k o r z e n i a m i  w żywej glebie subiektywnej omylności i zagłusza z wolna wszelkie kwiecie  i s t o t n e g o  poznania mistycznego, tak że prawie nie wypada mówić o  "m i s t y c e",   gdy się ma na myśli właśnie coś innego, a nie tę gmatwaninę pnących roślin.

Należy bardzo ściśle odróżniać mistykę  p o z o r n ą, od prawdziwych przeżyć mistycznych, będących  t r z e ź w y m  p r z e ż y w a n i e m  d u c h a  c z ł o w i e c z e g o  w  w i e k u i s t y m, czystym  D u c h u.

Ponieważ chodzi o zdobycie głębszego, jaśniejszego, a przede wszystkim  p r a w d z i w s z e g o  pojmowania kosmologii świata duchowego, jako zastrzeżonej dla nas  w i e k u i s t e j  rzeczywistości, przeto każde nastrojowe wczucie się w mistyczną literaturę owych wyznań, noszącą piętno  s y s t e m ó w  r e l i g i j n y c h  oraz wiary w ich dogmaty, jest  n i e b e z p i e c z e ń s t w e m, dla tego, kto tu  r o z r ó ż n i a ć  nie umie, oraz nie jest dość silny, by się wyrzec swych umiłowanych pojęć w imię  p r a w d y, którą tam tylko znaleźć może, gdzie ją zwiastują ludzie, co  t r z e ź w o  i  r z e c z o w o znaleźli dostęp do świata Ducha.- - -

Nie może być dla nikogo tajemnicą - do której grupy przeżywających wewnętrznie zaliczam siebie, gdyż we wszystkich swoich pismach zaznaczałem zawsze z całym naciskiem, jak daleki jestem od wszelkiej ekstazy i wizjonerstwa.- Gdyby jednak chciano postawić mnie w rzędzie "mistyków", czy to dla wygody, czy może z braku innego wyrazu, to muszę wszystkich nastawić, by zrozumiano różnicę pomiędzy mistyką  d o g m a t y c z n o  -  r e l i g i j n ą, a mistyką  k o s m i c z n o  -  d u c h o w ą,- nieodzowność tego przedstawiłem tu chyba dość wyraźnie.

Tym zaś, którzy w pismach "mistyków" trzymających się  d o g m a t ó w  r e l i g i j n y c h, szukają potwierdzenia tego, co im dziś podaje moja nauka, radzę stanowczo, by sobie oszczędzili trudu.

Bo najwyżej znajdą tam pewne ze mną zgodności, lecz daleko częściej pobałamuci ich bardzo istotnie różne, jeśli nie biegunowo odwrotne posługiwanie się wyrazami i przenośniami.

Przede wszystkim jednak muszą zrozumieć, iż samo ich pragnienie znalezienia potwierdzenia moich słów służy za niezbity dowód, że są o całe niebo jeszcze  d a l e c y  od  p r z e t r a w i e n i a  w sobie tego, co podałem w moich pismach.-

N o w y  d z i e ń  d u c h o w y  już świta, a żadna moc ziemska, choćby miała najtrwalsze oparcie w historii, nie zdoła jego nadejścia powstrzymać, ale z obecnego pokolenia ujrzą go tylko ci, którzy pośpieszą na jego spotkanie  n i e k r ę p o w a n i  n i c z y m  i  t r z e ź w i, i tylko oni mogą zrozumieć moją naukę!- - -

Wszak mnie nie zależy zgoła na werbowaniu sobie "zwolenników" i wdzięczny jestem każdemu czytelnikowi moich pism, jeśli  j a k  n a j m n i e j  uwagi poświęca ich autorowi.

Zadaniem mego życia stało się napisanie w zupełnym ukryciu tego, co mam do ofiarowania bliźnim moim, a nie mam dla nich  n i c  i n n e g o  prócz wyjaśnień, tyczących stosunku człowieka ziemskiego do królestwa rzeczywistego Ducha, jakie się znajduje w moich  k s i ę g a c h.

------------------------

W  M O W I E  W I Ą Z A N E J

 

Ś W I Ą T Y N I A  G Ł Ę B I N.

Nie w  p r z e s t w o r z a c h  masz szybować,
lecz na  z i e m i  mocno stać!
W  g ł ę b i e  trzeba ci zstępować,
jeśli  ź r ó d ł a  d n o  chcesz znać!
Tam, gdzie płyną w ziemi łono
dżdżu potoki, spadłe z chmur,
gdzie miłością czystą płoną
"Mąż i Żona" - szczęścia wzór!
Tam, gdzie wieczne płodne moce
sieją w ziemi życia kwiat: -
gdzie w dziejowej hen pomroce
wielkich mędrców znajdziesz ślad!- - -
Lecz się z pyłu obmyj, bracie,
zanim świętych dotkniesz bram...
Wtedy łaska spłynie na cię,
W i a r a  c i  o t w o r z y  chram!


---------

M Ą D R O Ś Ć.

Na samej sobie oparta,
w sobie doskonała,
taką żywie w duszy
siła wieczysta,
przędząc  s a m ą  s i e b i e
ku żywotowi boskiemu -
-Nigdy nie urodzona
-Nigdy umrzeć nie może!
Kto ją poznał,
poznał siebie samego,
i z siebie przeżywa
jej żywot wiekuisty!
-Wolny od lęku,
-Że mógłby kiedyś przeminąć


---------

Z E W N Ę T R Z N O Ś Ć  I  W E W N Ę T R Z N O Ś Ć.

Jako i świat  z m y s ł ó w  zewnętrznych
Tym tylko jest znany,
Którzy jako jego  c z ą s t k i,
Wiodą w nim życie ruchliwe,
I w ruchu nawet
Czują się nim  o g a r n i ę c i,
Tak się też tym jeno  D u c h jawi,
Co wszystkie siły duchowe
Przygotowali w sobie,
By w nieskończoną  s i ę g a ć  d a l,
O g a r n ą ć  sobą świat Ducha,-
A wtedy są już nie tylko
Cząstkami przeżywanego przez nich świata!
Ogarniając, dzierżą ogarniane
w  b y c i e  w ł a s n y m
I żadne odtąd granice
Już nie dzielą
Przeżywającego
Od tego, co w sobie przeżywa: -
P r z e ż y w a j ą c y  i przeżywane
W  j e d n o ś ć  odtąd
Zlewają się w  p r z e ż y c i u......


----------

W I E L O J E D N O Ś Ć.

J e d n o  jest życie....
- W tym życiu   j e d n y m
Wszyscy płoniemy....
- A jednak własne,
Oddzielne życie -
Dane każdemu.--
Tylko to  s a m o
Dać możemy sobie
Zawsze i wszędzie,
A jednak przecie -
Za każdym razem
C z y m ś  i n n y m  to będzie....


---------

T A J E M N I C A  W O D Y.

Zdrowiem ci czyste źródło tryska,
Zdrowiem się morska fala pieni. -
I bór, i pola, i pastwiska
Z dżdżu piją, z rosy, ze strumieni,
Przedziwna moc wody trwa z wieku po wiek,
Wszystkiemu, co żyje, śle pokarm i lek....

Lecz jest tu więcej jeszcze pono:
Przedwieczny duch tu utajono.-
A przecie milczy o tym lud,
I Czuwający tylko wie,
Że z ziemi się objawia cud,
Co z mędrkowania "mądrych" drwi....

Chcesz li prawdziwie wodę znać,
Zaprawdę, masz ją "świętą" zwać!
Albowiem gdzież Duch boży tak
Wyższej świętości jawi znak,
Jak tu, gdzie ponad ziemią drga
I z wodnych fal : prąd życia tka!


---------

P R Z E S T R O G A.

Trudno tak myśl odmienić snadź,
By w "JA" samego siebie znać,-
Aby w najgłębszym samozatopieniu
Dotrzeć do Tego, kto nie ma imienia:
Jedynego widzieć w wielości,
I nie przecząc sobie samemu,
Pozostać przecie w Jedni,-
By w bycie ostatni pęd z jego raju,
Rozwinął się świetliście w całość!


---------

W I E C Z N O Ś Ć.

Że nazbyt blisko wszystko leży,
Nie bywa rozeznana! -
Gdy wzrok w bezkresne dale bieży,
Myśl jest zaczarowana.- - -

Szuka więc hen w dalekościach,
W "kosmicznych nieskończonościach",
Czego nie znalazł nikt jeszcze,
Prócz tego, kto z sobą zjednoczony,
W swym wnętrzu jest zanurzony,
Aż dar nań spadnie - skarb wieczny!


---------

S Y M F O N I A.

Ze słonecznych ognisk Praświatła
tryskają iskry światorodne,
Stając się słońcami światów,
Światami, co krążą wokół słońc życiodajnych.
Na światach rodzą się istoty,
Z którymi duchy dostojne lączą się w upadku
Złączone, wzwyż ciągną, co ziemskie -
I bezgłośne duchów gromady,
Jako duchy człowiecze, wiecznie
wspinają się ku gwiazdom,
Same stając się gwiazdami,
Duchów człowieczych słońcami,
Istotom ziemskim odtąd jaśniejącymi


---------

M Y S T E R I U M  M A G N U M.

Dla was rozkoszy źródłem zmysłowej
Ta moc płomienna, co we krwi się pali....
Że ona ciało kształtuje duchowi
Nie liczni tylko tę prawdę poznali! - - -

Szczelną zasłoną przyroda okrywa
Ten cud, skarbnicę tajemnic, zaiste,-
Lecz wiedzie sama na drogi prawdziwe
Tych, co chcą spełnić jej prawo wieczyste! - - -

Z tegoż ogniska żar miłości bucha,
Męża z Niewiastą łącząc w zachwyceniu,
I w nim się rodzi nowa szata ducha.
W wieczyście jasnym, przeczystym płomieniu! - - - -


---------

P O W R Ó T  D O  O J C Z Y Z N Y

I jam był kiedyś złudą omamiony....
I jam był dawniej jak w głębokim śnie.
Aż sam w Światłości w światłość przepalony,
Blaskiem rozjaśniłem odtąd drogi swe.

Już mi ciemność ziemi na krańcach przestworza,
Jakoby mgieł kłęby w złudną płynie dal -
A choć słyszę z tej bezdni huk gniewnego morza,
Lecz od burz jego do gwiazdy mej - jakaż dal...


---------

P R Z E C I W I E Ń S T W O

Gdy o wzniosłych mówię rzeczach
Słowa wielkie, Świętobliwe,
Pełznie małość na mą drogę,
I chichoce dokuczliwie.
Ale strzegę się jej gromić
za te psoty poufałe,
Gdyż nie sądzę źle w zaświatach
Nawet tego, co jest małe ! -


---------

S Z C Z E G Ó L N I  S Z U K A J Ą C Y

"Jak więc z tym? -Jak z tamtym jest?
-Jak się to razem wiąże? -"
Takie z ich strony zapytania
wiecznie wokół mnie krążą.
Lecz "Co czynić?" - Czego się wyrzec?
Nigdy nie pytają....
Bo chcą wszak tylko "wiedzieć",
Na resztę czasu nie mają !-
Chcą "nauczyć się" mej nauki,
Jak lekcji uczy się dziecię,
Lecz by na drogi jej zawrócić,
Jak najdalsi tego są w świecie.-
Gdy tylko mogą przed innymi
Pysznić się, jako "wtajemniczeni",
Są już szczęściem tym przejęci,
W szczęściu nie lada pogrążeni....
W słówek górnych obfitości
Roztrajkoczą prawdę wszelką: -
Do poznania, do jasności
Jakże jeszcze im daleko! - - -


---------

P O T R Z E B N A  S U R O W O Ś Ć

Niejedno musisz precz wyrzucić,
Jeśli chcesz wnętrze czyste mieć!
Przeto w pamięci swej masz skupić
Jeno najczystszą życia treść!-


---------

K O N S E K W E N C J A

Jeśli na orła szykujesz swe strzały,
Musisz celować do nieba. -
Lecz jeśli dążysz w świat Ducha wspaniały,
Nie na obłoki spoglądać ci trzeba!


---------

L U D Z I O M  D O B R E J  W O L I

Są ludzie, którzy innym mieć by mnie pragnęli
Niżeli jestem pomimo wszystkiego,
I doprawdy :
Poczciwcy owi
Nie mają w myśli przeciw mnie nic złego !
Gdybym stał się takim istotnie,
Jakim chce widzieć mnie
Nie wyglądałbym zaiste
Tak bardzo źle.-
Ale nie takim miałem stać się pono
Ni dla nich skóry nie zmienię!-
Kim innym byłbym, gdyby mnie stworzono
na miarę ich życzenia
Nikt zaś nie miałby pewno zysku z tego,
Bym miast być sobą - małpował innego !


---------

W O L N O Ś Ć  W  P R Z Y J A Ź N I

Mędrzec tylko wtedy promieniuje miłością,
Jeśli jest zdolny wyrzec się wszystkiego.-
Gdy mu przyjaciel podaje swą dłoń,-
Uchwyci ją radośnie,
Ale gdy jednak od niego chce odejść - -
Rozstaje się z nim - błogosławiąc go.
Albowiem od początku już
Tak dar przyjaźni ocenia,
Jak gdyby tylko lennem był,-
Nie zaś własnością i mieniem. - -


---------

K W I A T  C Z Y  O W O C

K t ó r z y  chcą cieszyć wzrok kwieciem
Co cudnie w wazonach się mieni,
Od zwiędłej gałęzi niech nie czekają owoców w "jesieni",
Bo wszystkie gałęzie więdną bez swoich korzeni....


---------

U O S O B I E N I E  G O D N O Ś C I

Marnie ci, przyjacielu, "godność" twoja służy!
Ty raczej zawsze jesteś na "czci" swej usługi!
Prosto szedłeś dotychczas w ziemskiej swej podróży,
Powiodło ci się wykonać zamiar jeden, drugi,
Lecz teraz idziesz drogą zakrętną i krzywą
I odtąd czyn twój każdy zda się zakłamany.....
Jest tak, jakbyś się musiał pytać bojaźliwo,
Zali możesz się ważyć nadal na swe plany,
By, jako i niegdyś byłeś: sam sobą zostać!
Stajesz się jeno, bracie, utrapieniem sobie,
Przybierasz też dla innych utrapioną postać,
Którzy radzi w wędrówce ufaliby tobie! -
Patos twój wciąż fałszywym dźwięczy tonem,
I wciąż urąga temu, co najlepsze właśnie.....
Zerwij więc, przyjacielu, z dążeniem chybionym.
Jeśli chcesz ujrzeć ducha w samym sobie jaśnie
Musisz wpierw twoją "godność" zmusić do posłuchu,
Jeżeli się spodziewasz zdobyć skarby w duchu,
Lecz nigdy nie zwątpisz nadal o swojej wielkości
Jeśli nie zrzucisz wreszcie maski twej "godności"
Choćbyś się ciągle zdawał godny i wspaniały,
Będziesz wciąż jednak biedny i nędzny i mały....
I będziesz musiał wreszcie marnie lec na ziemi,
Boć wzlecieć nie podobna skrzydłami takimi!


---------

M Ą D R Y  P O D Z I A Ł

Wszystko równocześnie czynić, co się może
Znaczy - rozmijać się z celem!
Jeździec cwałuje na rumaku,
A czarną ziemię orzą konie!


---------

R A D A

Bierz swe życie, jakim jest!
Nie myśl :"Tak by mogło być"
Nie przeklinaj dnia żadnego!
Znoś, co znosić masz ciężkiego!
Błogosław, cokolwiek cię spotyka,
a i Ty będziesz błogosławiony!-


---------

P Y S Z A Ł K I

Niechaj jawne głupstwa plotą
Niech są dumni z swej wielkości!
Niechaj biorą miedź za złoto,
Dając folgę namiętności!
Miejcież litość nad biednymi,
Horyzontów im nie szerzcie!-
Wszak nie będą nigdy mądrzy,
Trzebaż litość znać nareszcie!-
Czego nie wymądrzą sami,
Dla nich przecież nie istnieje
Co innym przypina skrzydła,
Dla nich jeno pustką zieje....
Jednak płacić muszą drogo
Za swe wnioski płytkie, marne,
Na łupiny wciąż trafiają,
Nie znajdując nigdy - ziarna.---


---------

C Z Ł O W I E K  P R Z E M Ą D R Z A Ł Y

Niejeden sądzi, że sam wie lepiej,
Nie pragnie być pouczony,
Tymczasem nóż swój ostrzy i klepie,
By ścinać cudze plony...
Wycina skrawki małe i duże
Do szczętu owoc odziera,
Zostawia jądro - wiszące w górze,
Skrawki do domu zabiera.....
Sadzi je w ziemi, i plonu chciwy -
Już widzi w snach, jak kiełkują,-
Lecz choć podlewa je mędrek troskliwy,
Daremnie wciąż oczekuje! - - -


---------
==========================






strona główna
(23kB)